drukowana A5
29.81
Wyzwolenie

Bezpłatny fragment - Wyzwolenie

Objętość:
176 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1035-8

Rzecz napisana w roku 1902. Dzieje się na scenie teatrukrakowskiego.

Gdzieś przed siódmą wieczorem,Kościół kończył nieszporem,bram teatru ledwo uchylono:

DEKORACJA

Wielka scena otworem,

przestrzeń wokół ogromna;

jeszcze gazu i ramp nie świecono.

Kto ci ludzie pod ścianą?

Cóż tu czynić im dano?

Czy to rzesza biedaków bezdomna?

Głowy wsparli strudzone,

cóż ich twarze zmarszczone?

Przecież pracę ich dzienną płacono.

Scena wielka otwarta:

Kościół Boga czy Czarta,

czym się stanie ta sztuki gontyna?

Choć kurtyny zaklęte,

widowisko zaczęte:

oto wszedł ktoś, — puściła go warta.wszedł KonradWeszedł, — uszedł baczności. —

Czy raz pierwszy tu gości,

bo się dziwno rozgląda i bada.

Ci, co siedzą pod ścianą,

gdzie kulisy składano,

nasłuchują; on rozpowiada.

Słów słuchają zdziwieni,

czyli duchem pojęni,

skąd to idą te myśli Konrada?

Czarny płaszcz go okrywa,

ręce wiążą ogniwa,

na rękach ma kajdany.

To powolny, to rzutny,

to zapalny, to smutny,

w mowę własną dziwnie zasłuchany:

KONRAD

Idę z daleka, nie wiem z raju czyli z piekła.

Błyskawic gradem

drży ziemia, z której pochodzę,

we krwi brodzę,

nazywam się Konradem.

Rozpacz za mną się wlekła

głową wężów, okropnym widziadłem,

wyjąc: ZEMSTA.

Byłem gwiazdą,

gwiazdą stałą, niebios niewolnicą.

Tam hen, ujęty łańcuchem,

z wyprężonymi ramiony,

uwięzgłem duchem,

gdzie gwiazd iskrzące skorpiony

świecą

w przestrzeni wieczystych głusz,

gdzie gniazda bogów i dusz —

i spadłem.

Tę ziemię ukochałem

szałem

i w żądzy palącej posiadłem

ciałem! —

Jestem w każdym człowieku, żyję w każdym sercu.

Po kwietnym łąk kobiercu,

po skalnych paściach, krzesanicachjestem niesion skrzydłami

z płomieniem w licach.

Ogień, płomienie w piersi! —

Przyszedłem, — wy najpierwsi —wyciąga ręce ku tym, co siedzą w uboczach i mrocznych zakątach scenyPrzyszedłem — — — cyt — — przychodzę

Myśli zmąciłem w drodze...

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Służby jedynej godziny.

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Przychodzę wprząc was do dzieła.

CHÓR

Czego żądasz —?

KONRAD

Na was myśl moja spoczęła.jakby przypomnieć chciał rzecz, z dawna już jemu znanąTam, kędyś trzeba dojść i wniśća mocą rozprzeć wrota, — —

nie patrzeć pozad...

Nim zwiędnie kwiatu świeży liść,

zanim ptacy zaświergocą swój świt

nad śmiertelną mogiłą,

nim pojmie ich martwota

i wznieść pochodnię ponad! —

Tam kędyś trzeba dojść i wniść

siłą!!patrzy się po otaczających go robotnikach

      Siła to wy.

CHÓR

Czego żądasz?

KONRAD

Poznałem w was siłę.

CHÓR

Czego żądasz —?

KONRAD

Wiem: kościół, zamek, mogiłę.

Te postawię i zburzę.zrywając ręce w silnym ruchu, poszarpnął kajdanZejmijcie mi kajdany.

CHÓR

U rąk je dźwigasz, u nóg;

drogą ty spracowany.

KONRAD

Przeszedłem ciemnie dróg. —

Zejmijcie z prawej ręki.

CHÓR

Znaki więzień i męki.

KONRAD

Zejmijcie z rąk i stóp.

CHÓR

Krwią ubroczone stopy.

KONRAD

Przeszedłem ognie prób;

czoło poorał cierń.

CHÓR

Jesteś wolny.

KONRAD

Kto wy jesteście —?

CHÓR

      Chłopy.

KONRAD

Kto wy jesteście —?

CHÓR

      Czerń.

ROBOTNIK

Śród parcia ludu onego na ostrza bagnetów, padła mi u stóp siostra moja, a krew chlusnęła na moją pierś, — chlusnęła ku oczom. Nic już nie widziałem dalej, jeno krew i krew siostrzaną.

KONRAD

Synu zemsty, — dzieła dokonam z wami i na czyn twój patrzeć będę. Tu będą się bawić, a wy będziecie patrzeć, aż przyjdzie godzina zemsty.

ROBOTNIK

Czekamy takiej godziny.

KONRAD

Oto usiądźcie tam w kątach i uboczach, aż zawezwę was, abyście wystąpili z czynem.

ROBOTNIK

Co rozkażesz —?

KONRAD

Będziecie czynić, co czynicie co wieczór w tym oto gmachu.

ROBOTNIK

I zwykłą dostaniemy zapłatę.

KONRAD

I zwykłą dostaniecie zapłatę.

ROBOTNIK

Dalej nic nie myślę.

KONRAD

Będziecie budować i burzyć.

ROBOTNIK

Tak upływa nam życie nasze. Synowie nasi zburzą, co my budujemy. Burzymy, co zbudowali ojcowie nasi.

KONRAD

Będziecie budować i burzyć w milczeniu i cokolwiek byście obaczyli, ktobykolwiek był na waszej drodze, przystąpcie nieubłagalni i podporę wyrwiecie, o którą wsparty i bel weźmiecie, którym się ogrodzą i otoczą, — i rzućcie precz, jako odrzuca się i odciska rumowisko,śmieć i łachy a rupiecie stargane. I ani pojrzycie, co czynić wam przyjdzie.

ROBOTNIK

Tacy jesteśmy.

KONRAD

Takich was widzę i tacy będziecie.

ROBOTNIK

Ujrzysz nas.

KONRAD

A teraz idźcie wypoczywać i czekajcie znaku:

ROBOTNIK

Kto nam da znak?

KONRAD

— — Zapadnie jakoby smuga mroku i cieniem przesłoni wszystko, co przed waszymi oczami.

ROBOTNIK

Oczy nasze nawykły do mroku.

INNY ROBOTNIK

Mrok mnie miły i łagodny.

ROBOTNIK

Noc upragniona i jedyna.

KONRAD

Po czynach waszych przyjdzie NOC.

CHÓR

Noc upragniona i jedyna.

KONRAD

Odejdźcie.

Oddalają się. Wchodzi Reżyser.

REŻYSER

A! witam pana, witam, witam!

Ho, czasów tyle, kopę lat!

Mamy tu scenę, — właśnie czytam

o Romantyzmie, — przerósł świat.

Romantyzm sobie buja, wodzi,

coraz to wyżej, nie dba nic

a światek coraz niżej schodzi.

Cóż tam? Jest jaka sztuka?

KONRAD

      Nic.

REŻYSER

Nic!? A my mamy wielką scenę:

dwadzieścia kroków wszerz i wzdłuż.

Przecież to miejsce dość obszerne,

by w nim myśl polską zamknąć już,

by się te iskry ducho-żerne,

co u rozstajnych siedzą dróg,

zeszły tu wszystkie za nasz próg

w światło kinkietów, — zacząć ruch.

Talenta bowiem są niezmierne,

lecz trzeba, by w mnie wstąpił duch.

To są syntezy pierwsze rzuty,

lecz wymagają dysputy.

Usuwa się z pierwszego planu. Wchodzi Muza.

KONRAD

O tajemnicza, piękna, którą

uwielbiam, pozwól,

że nazwę cię: »Literaturą«.

Kimkolwiek jesteś, Muzo boska,

cóż chmurzy czoło twoje?

MUZA

Troska.

KONRAD

Grasz —?

MUZA

      Będę dzisiaj w grze cudowną,

bo będę w grze kapryśną.

KONRAD

Nawet kaprysy są rutyną

u ciebie, — boska. — Wiedziesz chór

wybranek?

MUZA

      Wieniec cór.

We złotej konsze tu nadpłyną.

Są eteryczne.

KONRAD

      Polki?!

MUZA

      Słyną!

KONRAD

Ta pierwsza?

MUZA

      To harfiarka Lila,

z rodu Wenedów.

KONRAD

      Zmartwychwstała.

MUZA

W tym deszczu włosów, w rąk rzuceniu,

w przegięciu, smętku, zaniedbaniu,

w arfy miłosnym kołysaniu:

Lila żebraczka.

KONRAD

      A ta druga?

MUZA

To najmłodsza córa Popiela:

Zosia, co wszędy kogoś ściga

i goni zamyślona.

KONRAD

      To fryga

narodowa. — A tamte?

MUZA

      Dziewki od pługa.

Postacie, o których mowa, właśnie płyną w głębi we złotej konsze na kółkach i wysiadają na scenę.Ja w teatrzykach amatorskich

grywam markizy i hrabianki;

za guwernantkę mnie półpanki

biorą do swoich dworów;

jestem gwiazdą doktorów

przewodnią; — tyś bohater, słuchaj,

tyś powinien był tu przyjść z pochodnią, —

jak ja z gałązką wawrzynu.

A jakież sobie miano przybrałeś?

KONRAD

Wziąłem to Imię — zgadniesz z czynu:

Czym będę, zgadniesz czym jestem;

chcę działać.

MUZA

      Wiem, rozumiem: gestem.

KONRAD

Czynem!

MUZA

      Gestem!

Czegóż to chcesz?

KONRAD

Wyzwolin.

MUZA

      Z czego? — Czy chcesz ducha

wyzwolić, — alboż duch ma pęta;

czy myśl, — myśl tak daleko biega

wolna: — czy sercu co dolega —?

Wyznaj, — ułożę rzecz na sceny,

i MELANKOLIĘ zagram sama:

ja, jako rola, wielka dama...

a cały teatr mnie posłucha.

KONRAD

Kochanka moja zwie się: wola!

MUZA

Wola?! Być może. — Jakież dane?

By zacząć sztukę, stworzyć dzieło,

potrzeba męki, trudu, pasji,

bólu, skarg, żalu, smętku, lęku,

grozy, litości.

KONRAD

      Teatr stary.

MUZA

Silne ma podstawy budowy.

Chcesz tworzyć...?

KONRAD

      Tworzę.

MUZA

      Teatr?!

KONRAD

      Nowy.

MUZA

Inny?

KONRAD

      Zobaczysz. — Patrz i uważ.

MUZA

Wiem, zamiast pełnym latać lotem,

nieledwie jako dziecko fruwasz;

dopiero ja dać władzę mogę,

dopiero ja cię wyprowadzę

w świat...

KONRAD

Idę, by walić młotem!

MUZA

Czy tu potrzebna nowa forma,

czy konieczna?

Pewno jaka sprawa odwieczna; —

by zeszła tylko Duze czy Sorma

i kurtynę wznieść można.

Sarah czy Modrzejewska...

Oto jak myślę, sztukę,

tragedię wprowadza artystka.

W grze jej i w każdym geście

tu będzie czaru lubystka,

że wszyscy, jak tu jesteście,

pod jej urokiem w błędzie,

w złudzeniu...

KONRAD

Że wszystko więc polega na...

MUZA

      Wypowiedzeniu.

KONRAD

MUZO, chcę naród przedstawić.

MUZA

A, to musi odbywać się tak,

by naród mógł się bawić:

Trzeba dekoracje ustawić,

pamiętać o każdym sprzęcie,

umieścić w budce suflera,

jeśli kto tekstu nie spamięta, —

za kulisami reżysera

i inspicjenta

i dać im skrócony szemat.

A gdy już wszystko gotowe,

rozkazać grać na rozpoczęcie

poloneza, jeśli polski temat,

i rzucić, jako pierwszą kartę,

wielkie Słowo.

KONRAD

Chcesz, by wszystko było za umową.

MUZA

Tekst dowolny, komedia del'arte.

KONRAD

Strójcie mi, strójcie narodową scenę,

niechajże ujrzę, jak dusza wam płonie;

niechaj zobaczę dziś bogactwo całe

i ogień rzucę ten, co pali w łonie

i waszą zwołam Sławę!

Teatr, świątynia sztuki, — o duszo przybywaj!

Hej! Tu stawcie kolumny te, tutaj posągi.

Dalej, przynieście ścianę, — ty mi śpiewajhymnus tryumfu, a ty pieśń żałoby.

Dalej! Ustawić bohaterów groby,

pomniki: Boratyński-rycerz, rycerz-Kmita!

Umocujcie je silnie, poprzystawiać drągi,

przyśrubować, — ha Sołtyk, — a tutaj część sali,

jakby sala sejmowa — stół do kart, gra w kości,

Stroić, prędzej się stroić; dom stawiam piękności!

Ledwo powiedział co, a już się stało:Już dekorację znoszą całą;już ustawiają, piętrzą, ładzą.Aktorzy rzeszą się gromadzą,kostiumy na się nawdziewająte, w których potem role grają.

Teatr narodu, sztuka, polska sztuka!

Chcemy go stroić, chcemy go malować,

chcemy w teatrze tym Polskę budować!

Żupany bierzcie, delije, kontusze;

znoście mi lite pasy, krzywce, karabele,

chłopskie gunie, sukmany, trzosy. Tłum w kościele!

Niech w oczy biją kolory jaskrawe,

niechaj rażą jak słońce. — Wstąg, wstążek, okrasy!

Niechaj ich ujrzę razem, jakby w złote czasy.

Razem, razem wy wszyscy, magnat, chłop i miasto.

Siermiężni wy przystańcie około Pasyjki.

Dalej wy, wy husaria, — wy z hrabią Henrykiem

na czele, niedobitki — Sztandar ten z Maryjką.

Szaraczki, wy artyści, fantazjusze, mnichy.

Wy wszyscy! — Strójcie, strójcie się w ornaty,

w ornamenta, złotogłów, we świąteczne szaty

i zacznijcie bój myśli i szermierkę słowa —

a ty im Muzo podaj ton.

MUZA

      Ja już gotowa.

KONRAD

Oto ich widzę! Stoją około mnie żywi:

ci, kunsztem sztuki pozwani do życia.

Grajcie — a z pełnej duszy. Dobądźcie z ukrycia,

co w was tajne, nie kryjcie. — A ty bądź przewodnia.

REŻYSER

Hej światła!!

MUZA

      A w czyim ręku pochodnia?!

KONRAD

Polska współczesna!

MUZA

      Tłumaczysz się jasno.

REŻYSER

Światła niech błysną szerzej!

KONRAD

      Tu mnie ciasno.

REŻYSER

Szerzej, wy razem, — rozstąpić się! Pozy!

Przybierzcie pozy:

litość, zmęczenie, gorycz, moment grozy.

MUZA

Polskę współczesną twórzcie.

REŻYSER

      Sercem szczerem.

Tak, jak ją widzim współcześnie dokoła.

KONRAD

Zarwijcie waszych serc — —

MUZA

      Będzie bohaterem:

kto wejdzie z wieńcem u czoła!

„Tam-tam” nazywa się narzędziew orkiestrze, które dzwon udaje.Jak mówią teatralne zwyczaje,używa się mniej więcej wszędzie,gdzie się do sztuki dzwon dodaje.A więc w Kościuszce do przysięgi,z dna wód w Zaczarowanym kole;raz się z nim w górne idzie sprzęgi,raz się znów staje z nim na dole.Jest „tam-tam” rzeczą właśnie taką,że zawsze się w nią tłucze jednako.Wrażenie, jakie wywołuje,jest tym, co w sobie kto poczuje.„Tam-tam” jest w stanie dzwon Zygmuntówz przedziwną oddać dokładnością,waży zaś ledwo kilka funtówi każdy dźwignie go z łatwością,co uprzystępnia szerszej masiew teatrze drżeć przy tym hałasie,imitującym nastrój dzwonuz przedziwną subtelnością tonu.

O Zygmuncie! słyszałem ciebiei natychmiast poznam, gdy usłyszę.Niech ino się twój głos zakolebiei przenikliwy wżre się w ciszę,w ciszę półgwarną, półszemrzącą,niech ino wpadną pierwsze tony,tą melodyją dźwięku rwącą,już wiem: żeś Ty jest w ruch puszczony,że wołasz, wołasz: PÓJDŹCIE ZE MNĄ,i wołasz wiek już nadaremno.Oni się, co najwyżej, zasłuchająi oczy mgłą im łez napłyną.A gdy ty wołasz: WZNIJDŹ POTĘGO,wrażenia u nich pierwsze miną.A gdy ty wołasz: DZIEJÓW KSIĘGO,ROZEWRZYJ KARTY NAD NARODEM.NARODZIE, WRÓŻĘ, ZMARTWYCHWSTANIESZ,choć stoją jeszcze, choć czekają,czekają: kiedy brzmieć przestanieszi ton ostatni twój zawarczy...Gdy więc za tobą pójść niegodni,a częstych wrażeń tęsknią głodni,na ten użytek „tam-tam” starczy.Wie o tym dobrze i pamiętaREŻYSER (sztukę dziś prowadzi),więc Konradowi „tam-tam” radzi:

REŻYSER

A gdy się ozwie „tam-tam”: dzwon,

ty wejdź.

MUZA

      I bierz najwyższy ton!

KONRAD

I nawet się nie spytasz, jaka słów będzie treść?

MUZA

Chcę akcji, działaj, dajęć pole.

Zagraj, jak zechcesz, twoją rolę,

a możesz ich, gdzie zechcesz, wieść!

KONRAD

A tamci?

MUZA

      Tamci będą grać

za siebie też, — jak kogo stać.

Konrad schodzi ze sceny, która zapełnia się tłumem aktorów i statystów.

REŻYSER

Role rozdane! — kto zaczyna?

Na miejsca! — Wznosi się kurtyna! —

To rzekł i klasnął tu trzy razy.Rampa się nagle rozświetliła;podnosi się zasłona z gazy,która dotychczas wszystko kryła.Gdy się już uporano z gazą,Muza, której grę rozpocząć wypada,suknię poprawia i układa,wreszcie rozpoczyna z emfazą:

MUZA

Niebianką zstąpiłam do tych bram

i Sztukę, której tajnie znam,

przed wami głoszę!

Serca w górę! Do góry głowy! Dumne czoła!

REŻYSER

Czego pani tak woła?

MUZA

W purpurę i złotogłów przyodziani:

oto moi męże wybrani,

a tamci w zgrzebnej koszuli,

a tamci w wiecznej żałobie...

REŻYSER

Daj spokój garderobie.

MUZA

Pieśń moja wybieży przede mną

na wasze spotkanie.

O Pieśni, czyli ty nie będziesz daremną?

O Pieśni, co się z tobą stanie?

Będzieszli ulgą siostrze, bratu?

REŻYSER

Widocznie brak ci tematu.

MUZA

Przestworza! Hej, wy gromolice,

co nosicie w płachtach błyskawice,

wy, o których słyszałam w baśni,

przydajcie siły słowom moim!

REŻYSER

do Maszynisty, któremu daje za kulisy znak

...Trzaśnij!

— — — — — — — — —

Daje się słyszeć jakoby dalekie uderzenie piorunu, — przesypano bowiem kilka ołowianych kul przez blaszaną rynnę, ukrytą w kulisach.Po czym słychać przeciągłe huczenie i dudnienie gromu, coraz zanikającego w oddali, — bo oto bardzo wprawnie bito w bęben, głuche uderzenia wydający, a wysoko na górnym pomoście sceny ukryty.

MUZA

Ktokolwiek żyjesz w polskiej ziemi

I smucisz się, i czoło kryjesz,

z rękoma w krzyż załamanemi,

biadasz, — przybywaj tu, — odżyjesz!

W Przestrzeń rzucimy wielkie słowa,

tragiczną je ubierzem maską.

Ktokolwiek wiesz, co znaczy polska mowa,

przybywaj tu, — odżyjesz Słowa łaską.

Wyzwolin doczekacie się dnia,

przybywamy tu z zapowiedzią, —

tragiczną będzie nasza gra,

wyrzutem będzie i spowiedzią.

Uderzymy górne, wysokie tony,

jak z wieżyc bijące dzwony.

Przybywamy tu z zapowiedzią.

Tragiczną będzie nasza gra:

skarżeniem, chłostą i spowiedzią.

Wyzwolin ten doczeka się dnia,

Kto własną wolą wyzwolony!!

SCENA 1

Tu rozpoczyna szereg mówpolonez, grany dźwiękiem słów:

KARMAZYN

Sto lat już jęczym, w więzach lwy.

Cóż aspan na to?

HOŁYSZ

      Świat z nas drwi.

KARMAZYN

Myśleć o lepszej trudno doli.

HOŁYSZ

Trzeba by za krew łaknąć krwi.

KARMAZYN

Na synów patrzeć serce boli.

HOŁYSZ

Na wnuki patrzeć: hańba, tfy!

KARMAZYN

Cóż acan myśli?

HOŁYSZ

      Że w niewoli

Nawykły jarzmo dźwigać łby.

KARMAZYN

Kiedyż ten przyjdzie, kto wyzwoli?

HOŁYSZ

Nie przyjdzie, to są złudne sny.

To w przewidzenie wiara, w gusła.

KARMAZYN

Więc cóż zostało?

HOŁYSZ

      Kajdan stos,

trucizna, brzytwa i powrósła,

jeśli wam obrzydł, bracie, los.

KARMAZYN

Aleć strój na mnie dobrze leży?

HOŁYSZ

Wybornie! Szlachtę po was znać.

KARMAZYN

Gdy mnie kto ujrzy, to uwierzy,żem z tych, co królom byli brać.

HOŁYSZ

Żeście karmazyn widać z miny.

KARMAZYN

Żeście mnie równy, głoszę sam.

HOŁYSZ

Równego herbu i rodziny? —

Za łaskę dzięki wam.

KARMAZYN

Dajcie mi gęby, dajcie pyska,

niechaj swojego swój uściska.

O jutro co mi tam!

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska;

o jutro co mi tam.

KARMAZYN

Jakoś przepadło moje mienie.

HOŁYSZ

Na mej chudobie cięży dług.

KARMAZYN

Ale choć czyste mam sumienie

i miód niełatwie zwali z nóg.

HOŁYSZ

Srebra rodowe mam w zastawie,

na skrypt pozwano mnie przed sąd.

Bóg wie, że jeszcze służę Sprawie.

Jakoś się wżdy naprawi błąd.

KARMAZYN

Po kniejach niosły het ogary

braci szlacheckiej głośny gwar.

Dziś nam daremno szukać pary.

Dzisiaj już nie ma dawnych wiar.

HOŁYSZ

Batogiem gnałeś chłopstwo w pole,

przez pierś im szedł twój złoty pług.

Dziś umiesz z pychą znieść niewolę.

KARMAZYN

Niewolę przeżyć da mi Bóg.

HOŁYSZ

Da Bóg doczekać dni tych kiedy,

wrócimy znów do dawnych wad.

KARMAZYN

Zapomnim jakoś naszej biedy.

Daj bracie gęby, bądź mi rad.

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska!

To jutro będzie, co ma być.

KARMAZYN

Dajcie mi gęby, dajcie pyska,

dla Republiki trzeba żyć.

HOŁYSZ

Póki jesteśmy, Polska żyje,

Rzeczpospolita znaczy: my.

KARMAZYN

Z nami się pasie, z nami tyje;

że chudnie, to są głodnych sny.

HOŁYSZ

Choć miast karabel mamy kije,

odpędzim kijem głodne psy.

KARMAZYN

Daj bracie gęby, dajcie pyska!

Dla Republiki trzeba żyć.

HOŁYSZ

Niechaj swojego swój uściska.

To jutro będzie, co ma być.

KARMAZYN

Usiądźmy tutaj przy tym stole, —

karty, — rozpocząć można grę.

HOŁYSZ

Gram jakoś-takoś moją rolę,

choć nie wiem, jak to skończy się.

KARMAZYN

Cóż to za gawiedź za krzesłami?Za krzesłami, gdzie siedzi szlachta, stoi gromada chłopstwa.Ostatek złota idzie w pult.

Kto szlachcic brat, niech siada z nami,

będziemy grać karabelami,

będziemy grać o lity pas,

Jedyny wielki ostał kult:honor Poloniae żyje w nas!

HOŁYSZ

Cóż to za gawiedź za krzesłami?

Widzisz, tam na brzeszczocie krew?

KARMAZYN

Co mi tam jutro, dzisiaj z wami!

Sięgnie mnie tylko Boży-Gniew.

Nie zadrży oko przed cepami.

Rzucajcie na stół złoty siew!

Będziemy grać karabelami.

Rozpędzim szablą głodne psy.

Niech stoi gawiedź za krzesłami.

Wiwat Polonia! Wiwat my!

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Prezes.

SCENA 2

PREZES

Twarz zsiadła zmarszczków linią wężą,Zastygłych jest kraterów pawężą;myśl każdą, słowo więzi długo,nim swoją ją uczyni sługąi wypowie z wiarą najgłębszą,im płytszą będzie i tępszą.

Rękę połóżmy na naszym sercu i słuchajmy, jak nasze serce bije.

Powolni biegowi wydarzeń, które około nas idą, wznieśmy się ponad sąd porywczy i młodzieńczych dni naszych przypomnienie i z ręką na sercu w przyszłość patrzmy.

CHÓR

kiwa głowami

PREZES

W przyszłość patrzmy i aby synowie i wnuki, i prawnuki nasze, spokojni i powolni, na sercach kładli ręce i w przyszłość patrzyli coraz dalszą.

CHÓR

kiwa głowami

PREZES

Umierać będziemy, jakośmy wzrośli cisi; zaś okrutną duszy naszej nędzę niech pierś nasza okryje tajemnicą i nieszczęście nasze tajemnicą zejdzie z nami w grób.

Przysięgamy wieczystą tajemnicę.

CHÓR

wznosi ręce do przysięgi

PREZES

A teraz pogodni zasiądźmy do wspólnego stołu i pamiętajmy jedno: nie wymawiać nigdy słowa: Polska.

CHÓR

kiwa głowami

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Przodownik.

SCENA 3

PRZODOWNIK

Palone buty, zapalny ruch,palące krótkie słowo;z pogardą patrzy w tamten tłum,gdzie każdy kiwa tylko głowąi sądzi, że weń wstąpił duch,gdy mówi jedno wciąż na nowo.Jest młody, ogień w oczach znać:całuje, ściska wciąż swą brać.

Podajmy sobie ręce braterskie i jedno ino wciąż wołajmy: Polska, Polska.

CHÓR

Polska, Polska!

PRZODOWNIK

Braterskie sobie podajmy ręce, abyśmy wiedzieli, że w węzeł spajamy się nierozdzielny, nierozerwalny, uświęcony tym słowem: Polska.

CHÓR

Polska, Polska!

PRZODOWNIK

Rozpacz rozumów naszych niech zabije i rozgoni ten jeden jedyny zgodny chór słowa:

CHÓR

Polska, Polska.

PRZODOWNIK

Niech każdy wie, że w piersi naszej i myśli naszej nie ma nic, co by się temu słowu oparło. Kto nam wydrzeć to słowo zechce, ten najdzie nasze piersi i myśl naszą pustkowiem a głuszą. Nie patrzmy poza nasz stół, nie patrzmy; jeno braterskie sprzęgnijmy ręce i krzyczmy, krzyczmy: Polska!

CHÓR

Polska, Polska!!

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Kaznodzieja.

SCENA 4

KAZNODZIEJA

Do góry bracia, do góry,

gdzie orzeł, ptak białopióry

roztoczy nad nasze głowy

osłonę skrzydeł.

Do góry bracia, do lotu,

do wyżyn, uniesień ducha,

pod gwiazdy, duchem wzwyż.

Patrzajcie, oto krzyż!

Bóg moich wywodów słucha.

Do góry, bracia, do góry.

Zapominajcie doli,

ściganej marą straszydeł.

Do góry, bracia, do góry,

gdzie orzeł ptak białopióry,

wolen krat, więzów, sideł,

roztoczy na nasze głowy

osłonę szeroką skrzydeł.

Za chmury, bracia, do lotu,

do wyżyn, gdzie Bóg wszechwłady,

czoła podnieście i szpady

w przysiędze za Miłość wieczną,

za wierność niebieskiej nagrody,

którą weźmiecie z zagłady

zła i niewoli, i nędzy,

w ciał wielkim zniszczeniu i skrusze,

ratując dusze, dźwigając dusze,

do góry, bracia, do góry,

gdzie orzeł ptak białopióry

Polskę na skrzydłach ponosi.

CHÓR

Polskę Bóg przez ciebie głosi!

KAZNODZIEJA

Bóg Polskę we mnie głosi!!!

CHÓR

Do góry myślą, do góry,

gdzie orzeł ptak białopióry!

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Prymas.

SCENA 5

PRYMAS

O dumni, wy na kolana

przed jasnym obliczem Pana.

W proch, na kolana, w pył,

a duch wasz zyszcze sił,

a duch wasz zyska moc.

O dumni, ukorzcie pychę

a jako są w was nędzne i liche,

grążone w noc, —

tak powstaną wywyższone,

świętością ciche:

olbrzymy, tytany z mogił,

we wieńcach nieśmiertelności,

pany niebieskich włości.

Padajcie na kolana,

by była wysłuchana

modlitwa ziemi tęskniąca;

żywot dopełniony, dowieczny.

Czoła w proch, w pył!!

CHÓR

Daj nam sił, daj nam sił

na żywot wieczny — —

PRYMAS

W proch czoła przed moją szatą.

Szata ta moja czerwona,

we krwi Centaurów pojona,

zwycięstwo znaczy kościoła,

gdy z zamku-kastelu Anioła

działa bojowe uderzą

i zabiją te, które nie wierzą.

Uznajcie we mnie książęcia,

sztandary przede mną pochylić.

Roma mi udziela zaklęcia

a Roma nie może się mylić.

W proch czoła, ROMA LOCUTA;

w mym słowie uznajcie Pana,

a sława i wielkość wasza,

męczeństwem w granitach kuta,

wiekom się wieczysta ogłasza,

żywotem świętych bogata.

W pokorę, w pokorę dumni!

Na kolana!

CHÓR

      Na kolana!!

PRYMAS

Klęczący, wytrwajcie w postawie.

Dobądźcie szabel na poły.

Nad wami grobu sklepienie

zawarły święte kościoły.

Słuchajcie! ROMA LOCUTA,

wyrzekła to w waszej Sprawie:

Niech będą wyczekujący,

aż Śmierć je zgrabi, zaorze.

Zyskają zbawienie boże.

Niechaj w postawie wytrwają:niech wierzą i niech czekają!

Poznaję krzywe szablice,

poznaję delije, żupany

i dumę na czele kwitnącą.

Na kolana Rycerze-Polacy,

ze schylonym stawajcie tu czołem

przed niebios złotym Aniołem,

z tymi szablami krzywymi

i schylonymi sztandary,

przysiężni obrońce wiary,

wieczyście postawą jednacy.

Gdzie Jozua, co słońce wstrzyma

nad wami, co pogotowiu,

ze wzniesionymi oczyma,

z pół dobytymi szablami?

Klęczący Rycerze-Polacy!

Nie będzież nigdy słuchana

modlitwa wasza, umarli?

CHÓR

O wielki, o sługo Pana,

choćby nas wiekiem przywarli.

PRYMAS

Na kolana!

CHÓR

      Na kolana!

Inna znów grupa na siebie uwagę zwraca, a w niej główną osobą: Mówca.

SCENA 6

MÓWCA

Przez serce do serca droga.

Ogień, co tleje w iskierce,

rozniecę w łunę pożaru,

serdecznym porywem daru,

ust złotą, miodową wymową.

Przyjmijcie Słowo!

Kochajcie! Miłość: płomienie!

O Miłość, kwiecie różany!

Róż wieńce rzućcie kobiecie,

mnie wieniec cierniów wiązany.

Cierniami serce oplotę,

w słońcu je przyjmę za złote,

za więzy złote słoneczne,

miłośnie wiążące duszę.

Kochajcie! Zawiść przygłuszę,

przygłuszę zazdrość i złości

godłem jedynym Miłości.

Kochajcie! Ogień w iskierce!

Do serca droga przez serce!

Od głębi sceny, spoza filarów katedry, wchodzą Ojciec i Syn.

SCENA 7

OJCIEC

Troska o syna: jego maska. Syn przed nim już niemłody. I obaj idą w zawody,że starość się w nich pośród waży:u którego z nich więcej jej w twarzy.Czy w tej młodości, co zlękniona,w okrutnym jakimś marsie czoła;czy w tej, która los zgadnąć chcąca,czuje, że wstrzymać go nie zdoła.

Synu mój najmileńszy, nie poglądaj ku prawej stronie, ani ku lewej nie patrz. Źli oni, jedni jako drudzy; — i sercem chcę, byś wyrósł ponadonych, za moją idąc myślą i słowem.

SYN

Słyszę ojcze.

OJCIEC

Jeno przedsię idź i patrz przedsię, a we swej duszy się wpatruj widziadło, które pocznie się przed tobą z myśli mojej i ze słowa mojego.

SYN

Słyszę ojcze.

OJCIEC

Niechaj nie zatrzyma cię na drodze twej żadna ręka zbrodnicza, ani ręka skalana brudem i podłością, lecz przejdziesz wskroś podłych i nikczemnych ty jeden uświęcony, szlachetny, wierzący w prawdę myśli mojej i w prawdę słowa mojego.

SYN

Słyszę ojcze.

Tu na scenę wchodzi Harfiarka zatrzymująca się wśród różnych grup.

Widzę ją, oto idzie ku mnie i struny trąca:

SCENA 8

OJCIEC

W ręku jej harfa złota.

SYN

W włos jej wplątane węże.

Jej szata łachman lichy.

OJCIEC

Jej strun ze złotej arfy

głos czarodziejski i cichy.

Złociste stroją ją szarfy;

strój pychy. — Uciekaj synu:

ona z piekieł idąca.

SYN

Ojcze, łachmany ją kryją.

Jej struny się żalą i płaczą.

Sercem mnie k'sobie czuli.

We zgrzebnej jest koszuli.

OJCIEC

Duszę tobie zatrują.

O synu, patrz przed się, synu.

Nie słuchaj, kto ciebie zwodzi

w rozstajne, w błędne drogi.

Poganki, błędnice, bogi.

Idź mężem, idź siłą młodzi

naprzód, wciąż dalej patrzący,

dalej i dalej, i dalej,

aż znikną nędzni i mali.

Nie słuchaj muzyk zwodnicy,

uciekaj, — za myślą moją, —

niech tobie będzie ostoją,

za myślą, za moją duszą,

niech klątwy ciebie przymuszą

za prawdą słowa mojego.

Ustrzegę, ustrzegęć złego.

Idziemy ku przeczystej krynicy,

kędy ja młodość odzyszczę,

ty w męża wzrośniesz z młodzieńca.

HARFIARKA

Przychodzę śpiewać na zgliszcze.

Przystanęła oto teraz tuż przed Ojcem i Synem.

OJCIEC

Hen, dalej, spieszaj do dzieła.

Nie słuchaj...

SYN

      Serce mi wzięła.

HARFIARKA

Na tych strunach nanizanych

serce moje gram;śmiej się do mych lic rumianych,

duszę twoją znam.

Dusza w tobie się żaliła,

spostrzegłam ją raz:

na rozstaju w źródle piła,

kędy ołtarz-głaz.

U ołtarzam służką była:

wróżyłam ci wiek.

Dusza twoja w źródle piła

zapomniany lek.

Hej, wy struny moje złote,

grajcie szumny gaj;

włosy moje w harfę splotę...

Harfo duszę graj.

SYN

Grasz mi mego serca nutę.

HARFIARKA

Duszę twoją gram.

OJCIEC

Synu, serce w niej zatrute.

Pójdź za mną...

SYN

      Kocham ją.

OJCIEC

Miłość, synu, zabija.

Uciekaj od miłosnych lic.

SYN

Ty moja...

HARFIARKA

      Ja niczyja...

OJCIEC

Uciekaj od różanych ust.

Miłość to czar i kłam.

SYN

Kocham...

HARFIARKA

      Duszę twoją gram.

.................................

Tęskni w tobie żalem, śpiewem,

gdzie rodzimy kąt,

kędy dwór twój z wielkim drzewem

lip woniących słodką woń.

Tęsknisz doń — —?

Hej, pobiegłbyś stąd.

Gdyby tobie kwietne sady

dały chłód nad skroń.

Brzęczą... Słyszysz rój? — Patrz gady

pełzają śród traw.

To się tobie śni:

W kosodrzewy umajony

czarny — modry staw;

ty nad wodą pochylony,

patrzysz w toń.

Tęskno ci?

SYN

      Tęskno mi.

HARFIARKA

Leć, polatuj w wichrach burz,

kędy walczy świat;

gdzie syn z ojcem stacza bój,

kędy z bratem walczy brat,

jeden car, a drugi kat.

Kędy z ojcem walczy syn,

kto ma w ręce ująć czyn?

Kto ma podjąć znój

i ciężar podjąć trosk?

Na bój, przez krew na bój!

W mrowisko hej,

za wichrem leć, za wichrem wiej,

za mną na rozstaje dróg,

kędy w borów zawierusze

dźwięczy błędny złoty róg.

Tęsknisz —?

SYN

      Ach! Tęsknota Bóg.

HARFIARKA

Kochasz — pójdź, — za mną — słysz...

SYN

Mój ojcze!

OJCIEC

      Synu drżysz?

SYN

Odchodzi — tam — za nimi — hen. —

Jej miłość...

HARFIARKA

      Sen, — przelotny sen —

Do dalszych idę scen. —

Oto już przy innej gromadzie przystanęła.

SCENA 9

HARFIARKA

............................

Zagram waszą skrytą myśl

zagram waszej duszy sen

i tamten świat, i światek ten.

Przelotem lećcie hen.

Kłońcie się do moich lic,

do różanych moich ust...

Lotny sen... łachmany chust...

CHÓR

Cóż wyśpiewasz?

HARFIARKA

Nic.

tu lekkim rzutem arfę trąca,jakby to słowo: „nic” dzwoniąca

Oto już przy innej gromadzie przystanęła

Zakołyszę tęskny żal,

jak się czepia szumnych brzóz,

jak się czepia szumnych fal

i zbóż, i traw, i łóz.

Zasłuchani w śpiewek mój,

patrzcie do różanych lic,

Lotny sen... pszczelny rój...

CHÓR

Cóż wyśpiewasz?

HARFIARKA

Nic.po strunach lekko przemknie dłonią,jakby to struny to „nic” dzwoniąOto już przy innej gromadzie przystanęła.Idę dalej, lotny duch;

idę dalej, biedny człek,

z roku w rok, z wieku w wiek,

łachman kryje grzbiet — idę het...

Bywaj zdrowy, bywaj zdrów.

Lotny sen, — uroda lic...

Wrócę znów.

CHÓR

Co przyniesiesz?

HARFIARKA

      Nic.

znów lekkim rzutem strun trąciła,jakby to arfa „nie” dzwoniła Już coraz dalej ginie w tłumie,coraz innymi otoczona.Przyjdzie za mną pszczelny rój,

orszak mój. — —

Zanucimy pieśń.

Przez ten czas, na was już

szron zejdzie i pleśń...

Ha cóż —?

Muszę iść, — — wrócę znów...

Zanucę wam PIEŚŃ

wiosennych moich lic,

lecz słowa to... nic.

Od głębi sceny idzie: Samotnik.

SCENA 10

SAMOTNIK

Ni młoda jego twarz ni stara,nos orli, wielkie łyse czoło;zaklęta w twarzy jedna wiara:Iksjon wpleciony w męczarń koło.Myśli go dręczą, gubią, dławią;myślami tron buduje dla się,aż w myślach z tronu w otchłań runie.I znów zapada w myśl głębokąi w jeden przedmiot utkwi oko,nim myśli nowe go wybawią,że w mózgownicy swej pionka posunie.Wloką się za nim dziwne płaszczeze starych kronik, które czytał,z orłów wypchanych pakułami,z broszur, gdzie jaką myśl zachwytał,z strzęp szalów (niegdyś były nowe,były: purpura, jedwab, złoto);dzisiaj w koronkę zdarte, płowe,gdy je niejedna plama plami,świecą jak pełne gwiazd rzeszoto.

Więc trzebaż było, abym wszystko stracił,

bym myślą się wzbogacił.

Więc trzebaż było, żebym wszystko zdeptał;

przez zgliszcz, przez gruzy zyskał władzę;

by duch mi mój wyszeptał

IDEĘ, którą innych poprowadzę.

Płaszczu z purpury, — gronostaje, puchy:

błoto i kurz, i śnieg...

Marnota, — lichość. — — Walczą duchy,

a zeszły nad przepaści brzeg.

Gdzie stąpię... przepaść; paść już mam

i kamienieję w granit-słup.

Stójcie, — tu przepaść! — Nicość, trup,

na dnie tam trup...!

Szatani śmieją się na dnie...

Słyszycie śmiech?

ECHO

      He, he, he, he.

SAMOTNIK

Przestwory! Widzę poprzez złom

w chmurach wiszący grom,

jak schyla się nad Boży-dom:

daleko hen. — Piorunie stój!

Rozpocznę z Bogiem bój.

Anioły płaczą w skardze, łzach...

ECHO

Ach — — — — — !

SAMOTNIK

Czym jestem —? — Pytać —? — Kogo? — Ech?

Ha wiem!... Kto jestem...

ECHO

      Grzech.

SAMOTNIK

Jak ująć nazwę mą w litery? —

Ja tajemnica. — Jakże zwać,

by moją przestrzec brać? — — —

Jak ująć duszę mą w litery?

ECHO

Nazywasz się czterdzieści cztery.

SAMOTNIK

Ha! — — Jestem sam... Kto oni są?

Cóż oni —! Ślepce — Czyli ja?

Ktoś jęczy — — —

ECHO

      Wichr.

SAMOTNIK

      Ktoś płacze, drży — —

ECHO

To ty. — — —

SAMOTNIK

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.