drukowana A5
34.5
Achilleis

Bezpłatny fragment - Achilleis

Objętość:
195 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1027-3

[I] NA BOISKU PRZED NAMIOTAMI

ACHILLES

Rycerze miecza i mężowie czynu,

wy, których ludów rzesza mnoga słucha,

którzy chadzacie w gałęziach wawrzynu,

chcę w was obudzić myśl i potrząść ducha.

Lud nasz, nad którym wództwo jest nam dane,

zarazą mrze, pokotem u nóg wam się wali;

rażą go Apollina groty weń ciskane;

umyśliłem, że lud ten ofiara ocali.

Przed Bogiem się oczyścim skruchą w naszej winie

i ofiarę oddamy — Bóg wstrzyma się w czynie.

Jeden z nas winien hańby, za którą Bóg karze:

oto porwano córę temu, co ołtarze

pieści Apollinowe...

AGAMEMNON

      Zamilcz — ty zuchwały.

Wiem już, co chcesz powiedzieć.

ACHILLES

      To i cóż drżysz wdały?

Czas, żebyś oddał dziewkę.

AGAMEMNON

      A twoją zabiorę;

A ciebie tym rozkazem raz przygnę w pokorę!

ACHILLES

Nie o sobie ja rzekłem, bo z krzywdą niczyją

bawię się dziewką moją, której sam dobyłem,

gdy cały ród królewski jej trupem zwaliłem.

Nie wydarłem jej Bogu, lecz mnie Bóg ją nadał,

żebym do woli miał.

AGAMEMNON

      Tożeś wygadał,

Za długo ty się bawisz w miłośnym bezwstydzie,

ulegając kobiecie; — gdy oręż twój władny,

dla którego cię cenim, rdzewieje próżniaczo.

ACHILLES

Nie mów tak — bo mój oręż dziś rano bieliłem,

o ostry porając go krzemień.

A nie przymawiaj mi — gdy wiesz, co słowa znaczą,

bo zejmę z ramion mych rzemień

i poznasz, gdy kobiety w twym domu zapłaczą,

ktom jest i jaki Bóg mnie broni,

gdy cios wymierzę przykładny.

NESTOR

Widzę, że się spieracie i upust dajecie

złości, złej przewodniczce mędrców i młodzieży.

Przyznaję ci, Atrydo — żeś dojrzały w lecie

i nie chcesz wołać próżno. Przyznaję, Pelido,

że chcesz dobra — lecz Bogom zostawcie działanie.

Gdzie wy macie jakiekolwiek pojęcie,

jak trzeba gadać, gdy się co chce zrobić?

Nie dość jest kogo ukarać lub obić,

trza umieć słowem powolnie i święcie

przekonywać i działać ot językiem raczej.

Za moich czasów inni byli ludzie.

Otóż ci inni ludzie gadali inaczej.

Przedewszystkiem umieli gadać, co jest sztuką.

Byli w swej mowie powolni, wytrwali,

wy zaś jesteście tacy, co się tłuką,

i pięścią chcecie wodzić rej. — Pamiętam jeszcze...

Zaraz przypomnę sobie — co mówiłem

lat temu sporo i jak mnie słuchano

dla mej wymowy, słów potoczystości;

bo miałem zdolność mówienia ogromną

i myśl rozważną, spokojną, przytomną.

Zaraz przypomnę sobie — jak to było,

gdy dwóch za moich czasów się kłóciło.

Jakżeż się zwali? Mniejsza o imiona;

ja należałem wtedy do ich grona.

Byli wielcy i tacy dziś w powieści gminu

żyją po latach mnogich. Posłuchajcie dalej,

zaraz wam powiem, jak ci mnie słuchali,

rozmową krzepiąc myśl w przededniu czynu.

Nie tacy byli, jak wy — inni wcale.

ACHILLES

Ody Pejritoos na swojem wesolu

pałą mordował swoich weselników;

syna gdy Tezeus zabijał;

gdy żywa pamięć zbrodni Pelopidów

klątwą ciąży — gdzież ty ucztowniku

bywałeś wtedy. Myśmy nieodrodni

i za kpów mamy, stary przyjacielu,

tych, co szukają duszy na języku.

Gdy ze mnie pożar bije, ten językiem miele,

tak pies kręci się w kółko, gdy barłóg swój ściele.

NESTOR

usiada

ACHILLES

W namiocie moim człowiek padły leży,

porażon słońcem dzisiaj. Wczoraj dwoje legło:

mąż jeden, co przy koniach był, i z niewiast jedna.

A wiem, że w nocy wywleczono trupy

z waszych namiotów Atrydzi kryjomie,

a wy ani pojrzycie, kto jest czerń ta biedna.

Złote robactwo obsiadło im lice,

krew ssając czarną, co z nozdrzy im ciekła.

Jeźli nie lunie deszcz, to te złotnice,

Apollinowe wysłanniki piekła,

pocałunkami darząc nas strasznymi,

zarazę wszczepią w krew, że sczeźniem z nimi.

Wiem, że ty sądzisz, że Bóg sobie zbierze

sam tyle ofiar w ludziach, ile zechce,

Lecz ja to mówię — ja, co w Boga wierzę,

żem mocen wstrzymać tę karzącą rękę,

że tej Apollinowej kaźni znosić nie chcę!

I że w imieniu ludu, postawion nad ludy,

wzywam Boga, by wyrzekł, czego po nas czeka;

by nas wszystkich nie karał w srogości bez miary

za przewinę jednego człowieka.

wskazuje Agamemnona

OFIARNIK

Rzeknę to tedy, którym milczał poty,

że prawie bluźnisz twem słowem młokosie.

Choć kto zawinił, niezmienne są loty

słonecznych grotów, które Bóg ten ciska.

Wy słów się strzeżcie. Niech się nikt nie zbliża

zbytnio ku światłu. We wysokie drzewa

biją nejszybsze groty, co powalą.

Nie wyrastaj ty słowem, Pelido — bo zginiesz.

Od miecza jeno ci słynąć.

A gdy się z sławą mieczową rozminiesz,

z niczem ci przyjdzie odpłynąć.

ACHILLES

Wspomniałeś — może mi przyjdzie się zbierać.

Nie rzekłem jeszcze wszystkiego, co taję,

ku czemu serce bije.

Kiedym się zbierał tu lecieć pod Troję,

mój ojciec cudną darował mi zbroję;

tę matka bogini przyniosła mu w darze,

sam Hefaist ją kował w podziemnej pieczarze,

tę, co dziś pierś mą kryje.

Rzekł ojciec, mój synu — rzekł mi, dziecię moje,

to jest dar Bogów, w tej zbroi jest siła:

Gdy zechcesz zło czynić, nie będzie walczyła.

W tej zbroi nie wolno zawinić.

Idź w bój ten, gdzie męże

skrzyżują oręże,

gdzie męże miotają oszczepy —

lecz strzeż się człowieka,

co wyrósł nad inne,

którego jest serce prawością niewinne

i Boża nad którym opieka.

AGAMEMNON

Na Zewsa, Atrydzi, czy wiecie, gdzie zmierza?

Wszak mało zgaduję, co mówi.

Być może z Iljonem już szukał przymierza

i złamał przysięgę królowi.

ACHILLES

Przysięgim nie złamał,

lecz nie czas, bym kłamał,

gdym nadział świętą zbroję.

Nie zadrżę przed wami,

mocnymi królami,

lecz Bogów słonecznych się boję.

Dziś walkę tę rzucę — zabiorę okręty,

z którymi tu płynąłem.

Was samych ostawię na bój ten przeklęty.

Ze śmiałem stawam lu czołem.

I ojcu, gdy wrócę,

do koan się rzucę

i rzekę, całując skraj szaty:

Znalazłem człowieka.

Dalekom go szukał

i mnogie przebiegiem dlań światy.

AGAMEMNON

Słuchajcie królowie, jak on nas oszukał:

Z Hektorem oto jest w zmowie!

ACHILLES

Nie, ja nie będą wam walczył z Hektorem.

Ja zrozumiałem już dziś w sercu mojem,

gdy nadarzyła się chwila z tym sporem

z tobą, Atrydo — że wy, jako sępi,

tuście zlecieli, gdzie mąż ten nad męże

nad grodowisko ojców wzniósł oręże,

by bronić chaty i żony, i dziecka;

że go tam w sieci dzierży garść zdradziecka

głupców, bezczelnych zbójów z Parysem na czele,

których on jeden przerósł duchem wiele,

i ta jego istota, dusza, co nim rządzi,

mnie go każe szanować — i niech Zews mnie sądzi.

Wy się żrecie, jak sępy o padła kawalce,

nie myśląc cale o tem, z kim stajecie w walce?

Oszukujecie lud własny i chłopów,

że klątwa cięży na ojczystej ziemi;

że gwiazda jasna w morze wam uciekła,

tuście ją gonić przybiegli mocarni;

nienasycone łupem pełniąc wory

dla was samych, nie dbając o lud, co gruz orze.

Gdy was poznaję, nikczemni i marni,

że klątwa wasza wlecze się za niemi,

imieniem czego żądacie pokory?

AJAS

do odchodzącego Achillesa

Co postanawiasz?

ACHILLES

      Już postanowiłem,

bo tu nie z prośbą, z nakazem przybyłem.

AGAMEMNON

Ja dziewki nie dam.

ACHILLES

      A ja nie dam mojej.

ODYS

Pewna, że kłótnią nie weźmiecie Trojej.

ACHILLES

Mądry Odyssie, nad twą mądrość wzrosłem;

nie chcesz uznać, że słusznym gniewem się uniosłem.

ODYS

Synu Peleusa, lubię kiedyś ty rumiany

gniewem, bo to zapowiedź, że krew w tobie pali,

że skoro się do lotów zerwie, Iljon zwali

Pomnisz, jakom cię przywiódł i wśród dziewek poznał,

gdyś ty za miecz uchwycił — ot jako tej chwili,

gdy się rwiesz ku Atrydzie —

AGAMEMNON

      Więc Odys się sili

miłemi słowy ugłaskać Pelidę,

Więc ja niejako jestem winien?

ODYS

      Myślę.

AGAMEMNON

Poczekajcież, więc zaraz pachołków dwu wyślę,

niech przywiodą kochankę moją tu na radę

i zobaczycie, czyli ja jej przymus kładę,

żebym ją dla się miał...

CHRYZES

wchodzi

w godowym stroju Apollinowego kapłana

AGAMEMNON

milknie

OFIARNIK

do Chryzesa

Lepiej byś starcze uczynił, byś ostał

z dala i nie przychodził do władców tej pory.

CHRYZES

Nie przychodzę ich błagać, karać jestem skory.

Bóg jest ze mną. — Ten wicher, co się rwie upalny,

żenie tu nas pomór i piasek gna skalny.

Ludziska wasze mrą — i wy pomrzecie,

gdy mnie w bezwstydzie dziecko marnujecie.

AGAMEMNON

Możesz ją sobie zabrać.

CHRYZES

Nie drwij ze mnie, królu,

i bodajbyś nie zaznał nigdy tego bólu,

który ja ojciec znam.

AGAMEMNON

      Więc poznaj radość.

Możesz odebrać córkę, już miałem jej zadość.

CHRYZEIS

wchodzi

wprowadzona przez zbrojnych

CHRYZEIS

bezradna

Ojcze — ...

do Agamemnona

      Panie mój — królu,...

CHRYZES

      Głupia, obłąkana.

ODYS

Opętana miłością — przylgnęła do męża.

Nie pójdzie z tobą stary. Więc rzuć Apollina

i przyjm te kubły złota odeń, jako dary

za chowaną dziewczynę.

CHRYZES

      Wam nic jej sromota?!

OFIARNIK

Nie widzę tu sromoty ni żadnej bezcześci,

gdy ją najpierwszą z dziewic mąż najpierwszy pieści.

I cale być nie miała na to przeznaczona,

jak inne, by kolejno iść w innych ramiona.

Jest kochanicą króla nad mnogimi ludy

i sądzę, że przesadne twe żale a trudy

i zachód niepotrzebny. Co więcej tem zyskasz,

że się rzucasz na mężów mocniejszych od ciebie,

że się klniesz Apollinem?

CHRYZES

      Pomór was pogrzebie!!

do ofiarnika

Ty, coś fałszerzem świętych praw i świętej woli;

ty, co wiesz, że jedynym sędzią przeznaczenie,

śmiesz urągać łzom moim i krzywdzie, co boli?

Przekupny — możesz złoto zagarnąć, co dają.

Ja nie zabiorę nic. Tu dar przyniosłem.

do córki

Ze mną chodź —

CHRYZEIS

do ojca

      Tu zostanę — gdzie chcesz mnie wieść?

do Agamemnona

      Panie.

On tak oczyma rzuca — straszno patrzy ku mnie,

— a ty milczysz — i jeno uśmiechasz się do mnie.

Czemże byłam dla ciebie — — ? A więc ty się lękasz,

ty się lękasz mnie przyjąć na powrót do łoża?

Kędyż pójdę? — — Mnie ojciec zabije...

CHRYZES

chwyta ją za rękę

      Dłoń Boża.

Zrozumiałem. Wy drwicie ze mnie i z dziewczyny.

Hańba człowieka, to są wasze czyny.

Chcecie, bym u nóg waszych jak pies leżał podły

i wył, skomlał o litość — a wy moje modły

jako czczy dym zgonicie przed Apolla tronem,

sutą go łbów stu pastwą darząc — i mym zgonem.

Jestem Jego kapłanem — ludziom pośredniczę,

człowiecze jeno ciało kryje mego ducha,

aż oto dziś się zrywa Boża zawierucha

i inne mam przyjąć oblicze.

Niechaj was spali żar i ogień z nieba.

Niechaj was zawiść żre i miecz niech was wytępi,

którzyście przyszli tu rycerze-sępi —

za moje dziecko.

ofiarnym nożem zabija córkę

CHRYZEIS

      Ach —

CHRYZES

      Nóż Apollina!!

WSZYSCY

dobywają mieczów

CHRYZES

Przekleństwo mieczom tym! Bóg was przeklina!!

grom bije

WSZYSCY

upadają na kolana

CHRYZES

wznosi ręce

Chciałeś tej krwi — oddałem ją Tobie, Mocarzu.

Śpiewasz tam na tych stropach wysokich pod niebem.

Wtóruj mi gromem, gdy idę z pogrzebem;

rzuciłeś ich na kolana.

Hańba już zmyta i dziewka skalana

ofiarnym nożem zabita.

dźwiga trupa

Pójdź moje dziecię, biorę cię na ręce

i pójdę — precz odpłynę — na głębie morskie — idę w męce...

zastępują mu drogę

Puszczajcie mnie!

WSZYSCY

podnoszą się z miejsc, jak klęczeli

CHRYZES

Dajcie mi łódź czerwoną, strojno

i lud niech stanie przy mnie zbrojno

i córę niech poniosą...

AGAMEMNON

klęcząc

Dajcie mu łódź i zbrojny lud

niech wniesie w łódź dziewczyny ciało

i z ojcem niech odpłyną.

CHÓR

      Cud!

Patrzajcie, co się stało!

OFIARNIK

Niebo chmurami się zakryło.

Zciemniało.

gromy

CHRYZES

do Agamemnona

A jeśli miłość znała z tobą,

nie kryj jej pod zawojem. —

Nie żałuj jej, wydzierco praw.

Jej żal jest prawem mojem.

odchodzi

za nim zmierzają wszyscy, wśród nich Achilles.

Tegoż ostatniego spostrzega Agamemnon i z klęczek wstaje

AGAMEMNON

do swoich wskazując Achillesa

Nie dopuść Bóg,

by mnie śmiał lżyć

i mnie przekleństwo nieść.

Przez cały obóz niech dmie róg

i wieści moją wieść:

Pelidzie każę dziewką wziąć

i oddać w łoże mnie.

Niech wie, gdy Bogiem śmiał mnie kląć,

czyja go ręka gnie.

Hej, nie straciłem jeszcze nic

z mej władzy i przemocy.

Klnę się na Olymp i na Stygs,

że pojmę ją tej nocy.

NESTOR

którego podtrzymuje dwóch młodzieńców

Prowadźcie mnie. — Pójdziemy się przyjrzeć ofiarom.

Wiek mój jest już zgrzybiały i postać mam starą.

Choć człowiek z wiekiem zyska jakie doświadczenie,

zawsze przecie swą młodość w najpierwszej ma cenie.

Częściej-em gadał z młodu — mniej na starość gadam;

przysłuchuję się innym i rad w kącie siadam.

Choć jakie doświadczenie człowiek w starość zyska,

przedsię piękna ta młodość, co przebój się ciska.

Prowadźcie mnie, wam młodym ten zaszczyt przypada.

Nikt tak płynnie jak Nestor o wszystkim nie gada.

odchodzi za tamtymi

ODYS

zbliża się teraz ku Agamemnonowi

Słowo rzec chciałem, nakłoń ucha.

AGAMEMNON

Mów, chociaż patrzą, nikt nie słucha.

ODYS

Niech to, co stanie się tej nocy

a o czem jeszcze nie wiem wiele,

lecz wiem, że w mej się rodzi głowie,

niech to nie zadziwi ciebie.

AGAMEMNON

W dziwnych zagadek błądzisz mowie.

ODYS

Czyn, co się z mojej zrodzi mowy,

jeśli wysłuchasz jej rozumnie,

wyniosły Ilion w gruz zagrzebie.

Znasz mię, że ważę każde słowo,

że słowo czynem jest u mnie.

Zamyślam wielką rzecz tej nocy.

Więc jeśli Troję chcesz mieć w mocy,

zmilcz i nie żądaj, jak ci z gminu,

bym popisywał się z wymową,

gdy czasu skąpo mam do czynu.

AOAMEMNON

słucha

ODYS

Udaj, że idziesz spać — ... a zasię

czuwaj w strzeżonym twym szałasie.

Każ, niech straż będzie przy twym boku,

a zrób tak, byś straż miał na oku,

byś był sam jeden, ten, co czuwa.

AGAMEMNON

Z kłębu się widzę wąż wysnuwa.

ODYS

Czy zamierzona rzecz się uda,

potrzebną moja jest obłuda.

By ktoś na twoim poległ słowie,

potrzebna tobie szczerość w mowie.

Ktokolwiek w nocy przyjdzie k'tobie,

przyjmiesz go godnie w twym namiocie.

Obdarzysz szatą i dziewczyną

i pić dasz co najlepsze wino,

i bacz, by nikt prócz ciebie

jego nie widział, nim ja wrócę.

AGAMEMNON

Gdzie idziesz?

ODYS

      Jeśli noc ta minie

a nikt u ciebie się nie stawi,

znaczyć to będzie — że ten zginie,

pokazuje na siebie

co cię tą sztuczną mową bawi.

nagle kończy

gdy inni się zbliżają i okalają ich

spiesznie się oddala

[II] WĄWÓZ SKALNY

REZOS

Znużony jestem.

PENTEZILEA

      To czary wieczoru.

REZOS

Czar twoich oczu i ust twoich czary.

Rozkosz z nich piłem zeszłego wieczoru

i przypominam tę rozkosz, gdy patrzę.

PENTEZILEA

Spieszmy co prędzej, gdy napoją konie.

Spieszno mi widzieć Ilion i rycerzy.

REZOS

Wiem, pragną twoje to spełnić życzenie,

skorszy ku twojej naginać się woli,

niż ty ku mojej —

PENTEZILEA

      Słuchałam cię wczora.

REZOS

Lecz dziś wróciła znów ta sama pora

i noc nam druga miłosna się zbliża.

Kędyż się spieszysz, jeżeli nie ku mnie?

Wszystkie pragnienia moje zwracam k'tobie.

PENTEZILEA

Tam nas czekają w Iljonie,

REZOS

      Źle robię,

że zwlekam chwilę — wiem że to źle czynię.

lecz przez tę chwilę pragnę żyć dla ciebie,

twoją miłością i twymi ramiony

ujęty, w szczęściu, które wieczór niesie.

Słyszysz te głosy i szum ten po lesie,

i strumień, jak deszczem dzwoni.

Jutro ze świtem wstaniemy w rydwanie,w złocistym moim wozie;

wóz zaprzęgniemy w czworo białych koni

i w pełnem słońcu będziemy w Iljonie.

PENTEZILEA

Mówią, że Parys jest piękny.

REZOS

Niech więc od jutra, gdy pięknym się zjawi,

swoją pięknością jak dziewka cię bawi.

PENTEZILEA

Że nikt nie sprosta mocy Achillesa.

REZOS

Niechże od jutra, gdy ujrzysz go w dali,

ogień cię żądzy ku niemu rozpali.

PENTEZILEA

Chwila nas dzieli od celu podróży.

REZOS

Chwila ta raz się drugi nie powtórzy.

PENTEZILEA

Wierzysz, że miłość moją tylko kłamie?

REZOS

Obecność innych miłość naszą złamie.

PENTEZILEA

Mówią, że Hektor życie swoje całe

jednej niewieście ślubował niezłomnie.

Mówią, że Parys gdy się na dziewczynę

którą przypatrzy, to już ona musi

przyjść sama w nocy do jego łożnicy;

że dar mu taki dała Afrodite,

więc, że są jego zaloty niezbyte.

REZOS

Mówią o tobie, że czyjej się mocy

poddasz raz jeden, to już każdej nocy

szukać go będziesz — oto noc zapada —

że czar ten tylko przez noc tobą włada.

PENTEZILEA

Ufam tej mocy, która wróci do mnie,

gdy noc się skończy — gdy w słońcu zasłynę.

[III] W NAMIOCIE MENELAOSA

W otoczeniu ofiarników czuwa:

MENELAOS

Uchylcie płócien — niech patrzę na morze,

na drogę ku mojej ojczyźnie,

gdzie dom mej żony, gdzie ona mię czeka.

Jakże mi smutno. — Toń jaka daleka.

Jak ciemno. Czy gwiazdy płoną?

Zda mi się, zgasły dla mnie.

Czy jest mój śpiewak? — —

Widzicie tam, w oddali

tę postać? Idzie przez odmęty,

stęskniona idzie ku mnie.

Gwiazd wlecze orszak święty,

uśmiecha się ku mnie z fali. — —

Jestem dotknięty chorobą tęsknoty.

Dopokąd jeszcze świeci się dzień złoty,

to w blasku światła i w złocie promieni

tłumi się żałość i lice rumieni,

i garnę się na wojnę.

Lecz gdy noc zajdzie i orszaki zbrojne

rozejdą się po namiotach,

myśl moja w lotach,

za temi biegnie mroki tajemnemi

strwożona —

snadź dusza moja znaki niebieskiemi

tym się miarkuje

i tęskni, ku czemu stworzona.

Czas kiedyś przyjdzie, gdy oręż odłożę

i okręt czarny spalę.

Aż ci wyginą, którym ja obrożę

mojego wództwa rzuciłem na szyję.

Ich pierś się w piasku pustynię zaryje,

goniących ku próżnej chwale.

O, nie daj Boże powrócić nikomu.

Niech giną, zginą przeklęci,

gdy żagiew kłótni wnieśli w pokój domu

i łup wydzierców ich nęci.

Ja pan zostanę przed Zewsa obliczem.

Daj trupom sławę — pozwól wrócić z niczem.

AGAMEMNON

wchodzi

MENELAOS

się nie zwraca

AGAMEMNON

Brat twój.

MENELAOS

      Przychodzisz o niezwykłej porze.

AGAMEMNON

Chcę z tobą mówić.

MENELAOS

      Mów. — Patrzę na morze:

jak fale lecą i dziwne skorpiony

cisną na brzegi, tu pod stopy moje.

AGAMEMNON

Takie przed chwilą usłyszałem słowa,

że jako skorpion wpełzły mi do głowy,

że pragną z tobą dzielić treść tej mowy:

Odys....

MENELAOS

      Wiem. Sprawa ta dla mnie nie nowa.

W jego zwycięstwie jest sprawy połowa.

AGAMEMNON

W czemżeż spełnienie sprawy jest objęte?

MENELAOS

Gdy wąż, co splotem swym sidła ofiary,

sam zasłużonej doczeka się kary.

AGAMEMNON

Czyliż i ze mną myśl więzisz tę samą?

MENELAOS

Więc myśl mą wyjaw i ogłoś mi jawną,a padniesz pierwszy pod chmurą kamieni,bo nie uwierzy nikt, żeś ty jest inny,bo stanu twego słowo twe nie zmieni. — Posiędziesz Iljon. — Przeczekam spokojnyczas tej wędrówki, czas tej wielkiej wojny,aż wszyscy wielcy, półboże olbrzymywe wichrze zdarzeń zwieją się jak dymy. —Skończyłem — resztę sam sobie rozważaji śmiej się treścią słów, lub się przerażaj.

AGAMEMNON

Przestałeś być człowiekiem czynu.

MENELAOS

      To tak z nocą.

Dzień moje czyny ogląda, noc myśli.

Noc patrzy się na moje myśli. — Twoja wina,

żeś przyszedł nocą. Już działać zaczyna

chwili tej świętość — Zagaście ognisko. —

Słyszysz jak fala szumi...?

szum fali

MENELAOS

daje znak bratu, by się zbliżył

AGAMEMNON

zbliża się i pochyla nad siedzącym bratem

MENELAOS

szepce pochylonemu

W ostępie kamiennej pustyni

spoczywa rycerz, człowiek prawy,

z pomocą idący w miasto.

Tego przyjmiesz — jako wódz łaskawy

i uraczysz winem i niewiastą.

Odys jest człowiekiem czynu.

Tyś jest człowiekiem, co rządzi,

a ja jestem ten, który sądzi

i czeka znaku — czeka na: zjawisko.

wzosi ręce

Ocal nas, Zewsie, ty, któryś sam zwalczył

plemię olbrzymów,

nas, którzy świątyń bożych domy białe

w oliwnych gajach zbudujemy

i opanujem przy twojej pomocy

śpiewem i pieśnią ziemie tych, co padną.

Dozwól im upaść, jak zwaliłeś syny

ziemi, co przeciw tobie szli w dumie.

Strąć je w noc ciemną, już strąciłeś tylu —

a nad naszemi domostwy świętemi

niech świt się płoni i jutrznia promieni.

do ofiarników

Wzywajcie cienie umarłych.

OFIARNICY

klękają nad brzegiem morza, ręce wznoszą i ku morzu ręce wyciągają

szum fal

AGAMEMNON

się oddala

[IV] W NAMIOCIE ACHILLESA

HIPODAMIA

Przez to ciebie lubiłam, żeś ty miał mnie za co

i zrozumiał, że jestem sierota,

i że ten człowiek, gdy mnie wziął ku sobie,

a mnie czekała zbrodnia i sromota;

to życie moje dziś zawdzięczam tobie —

żeś moje piosnki śpiewał przed Pelidą,

aż litość jego serce skruszyła

i miłością ku mnie zniewoliła.

nuci

   miałam ci ja dwór i dom,

   byłem jedną z siedmiu cór,

   króle o mnie wiedli spór...

płacze

nagle urywa

Patrzysz, czy po mnie idą?

Jeśli mnie przyjdą wzięć i on pozwoli,

nóż ten położy koniec mej niewoli.

PATROKLOS

Ty się chcesz zabić?

HIPODAMIA

      Nie mówiłam tego.

PATROKLOS

Cóżeś się odgrażała?

HIPODAMIA

      Zabiję tamtego.

PATROKLOS

To pomyśl o tem, by nóż nie był tępy.

HIPODAMIA

Dzieciaku.

PATROKLOS

      Jak cię goźdźmi wywleką na puszczę

będą miały biesiadę z ciała twego sępy.

HIPODAMIA

Wyjdę pojrzeć, czy idą...?

PATROKLOS

      Czekaj tu.

HIPODAMIA

      Pies — zginie!

ACHILLES

wchodzi

HIPODAMIA

rzuca się ku niemu

ACHILLES

Nie nudź mię!

HIPODAMIA

oddala się w bok

PATROKLOS

podchodzi ku Achillesowi

ACHILLES

      Daj mi pokój.

nagle zwrócił się ku Hipodamii

      Odejdź precz — pieścidło.

Już mi ujęcie ramion twych obrzydło.

Pójdziesz innym w uciechę.

HIPODAMIA

      Nie kłam!

ACHILLES

      Milcz!

HIPODAMIA

      Rozumiem.

Umiałam kochać i pomścić się umiem.

ACHILLES

Mścij się — niewolną jesteś — dzisiaj cię oddaję.

Pójdziesz precz, coś więziła mnie czarów urokiem.

HIPODAMIA

Nie pójdę ani krokiem stąd, nie pójdę krokiem.

ACHILLES

Wypędzam cię — służebni ciebie odprowadzą.

HIPODAMIA

Czy to o mnie królowie na sejmie tym radzą?

ACHILLES

Zostaw mnie moje myśli — caleś mną owładła.

Teraz widzę, jak wszystko wiesz, języku składny,

i jak dobrze, że ciebie biorą.

HIPODAMIA

      Czy on ładny?

PATROKLOS

wybucha śmiechem

HIPODAMIA

usiłuje śmiech pokryć

ACHILLES

patrzy na nią

HIPODAMIA

Pójdę. — Jutro obaczysz, kto jestem, ktom była;

czylim ja go przyjęła, czylim pogardziła?

ACHILLES

Co? Ty byś pogardziła? Marna niewolnica.

HIPODAMIA

Kochanka Achillesa! Wstyd bije mi w lica.

Jabym miała pójść w łoże z innym?

ACHILLES

      Ruszaj sobie.

HIPODAMIA

Oto wiedz, że ja miłość ślubowałam tobie.

I że jeśli się waży król mnie wlec do łoża,

rzuca nóż na ziemię

zamorduję.

PATROKLOS

zasuwając zasłony namiotu

      Już idę.

HIPODAMIA

biegnie ku drzwiom

ACHILLES

uśmiechnął się

      Zapominasz noża.

HIPODAMIA

Podnosi nóż i chowa a patrzy w twarz Achillesowi

WYSŁANNICY

wchodzą

przystają w milczeniu u skraju namiotu

HIPODAMIA

owija się cała zasłoną, że głowę i twarz kryje i wychodzi

WYSŁANNICY

idą za nią

ACHILLES

nie poruszony

TERSYTES

wchodzi

O najmożniejszy królu świata, o człowieku,

któryś godzien królować królom...

ACHILLES

      Psie, co szczekasz?

TERSYTES

O łaj mnie; krzycz, co zechcesz, ty podobny Bogu;

jeno mnie tu od stopy twojej precz iść nie każ.

PATROKLOS

Wynoś się.

TERSYTES

do Patroklosa

      Czy ty chłopcze umiesz to ocenić,

że to jest człowiek wielki?

do Achillesa

      Myśl tę samą miałem,

jak ty. Już dawno precz stąd płynąć chciałem.

Bo co za zysk? Nie dla mnie bojowe te harce.

I cóż miał naród zyskać na tej gospodarce

kilku tyranów?

ACHILLES

do Patroklosa

      Wyrzuć tego szpiega.

TERSYTES

Mówię to, że Atrydzi są łotrzy, bezczelni oszuści.

Powtórzę to — lecz jeno niech młokos mię puści.

PATROKLOS

puszcza go

TERSYTES

szeptem

Powtórzę to, coś mówił, synowi Pryama:

Hektorowi...

ACHILLES

      To jako?

TERSYTES

      Otworzy się brama

dla mnie, tam gdzie zamknione dla Atrydów zwory.

Wiem, że Priam wysłuchać wieści będzie skory,

gdy go ujrzę tej nocy...

klęka przed Achillesem

ACHILLES

      Precz stąd niewolniku.

kopie go nogą

TERSYTES

Krzyczysz, wielki Pelido? — Poprzestań na krzyku

Idę. Zews mnie prowadzi. Myśl miałem tę samą.

ACHILLES

Wrócisz — jak psa cię każę powiesić pod bramą.

TERSYTES

wyszedł

ODYS

wchodzi

ACHILLES

legł na skórach i nie zwraca się ku Odysowi

PATROKLOS

legł w innym kącie namiotu

ODYS

ku Achillesowi

Byłeś niczym, dziewką byłeś. Tyle byłeś wart, co dziewka rozrośnięta i głupia.

Byłeś niczym i dopiero ja wywiodłem cię z domostwa niewoli głupoty i nieświadomości. Przybyłeś tutaj z nami.

Możesz być i nadal niczym i nie będę się silił, żeby cię dźwigać co parę staj drogi w górę i pchać, jak ciężki głaz nieociosany.

Trudził się nie będę tobą i twoimi myślami. Borykaj się z myślą sam i truj. Większa to dla takich głów zaraza, niźli ta Apollinowymi grotami przygnana. Z tej się nie dźwigniesz. A jeno kiedyś, gdy cię szaleństwo obejmie, śmiech mój posłyszysz

Przy mnie tylko i ze mną, i przeze mnie być możesz. Odchodzę. — Teraz rozumiem, że takim, jak ty, wyczytać można z oblicza ich przeznaczenie.

wyszedł

ACHILLES

do Patroklosa

Zobacz, czy odszedł?

PATROKLOS

      Cóż on cię obchodzi?

ACHILLES

To jest ten człowiek, z którego oblicza

fałsz czytam zawdy, ilekroć fałsz knuje.

Ale to człowiek jest, co patrzy w duszę

i wzlot mój każdy jasno przewiduje.

Moja się dusza tak przed nim kształtuje.

Więc on potrzebny jest do mego lotu.

Rozumem idąc, daremno się trudzi.

Wzgardę zdobędzie u Bogów i ludzi.

Kiedyś się ocknie, żeby mnie wspominać.

Będzie już późno, by żywot zaczynać.

do Patroklosa

Podaj orfejkę.

PATROKLOS

podaje mu lutnię

ACHILLES

porusza struny

      Nie. Dźwięk strón mię drażni.

lutnię położył

Tylu już ludzi zwodziło mię co dnia.

Twojej jedynej chcę ufać przyjaźni.

Gdy się przed tobą palę jak pochodnia,

czyli ty, dziecko, płomień ten rozumiesz,

czyli ty czujesz żar i poznać umiesz?

PATROKLOS

Od ciebie się nauczyłem wiązać zbroje.

Od ciebie się nauczyłem wodzić konie.

Od ciebie się uczyłem bełt rzucać.

Od ciebie się uczyłem imać tarczy.

Tyś pouczał, jak kierować wędzidło.

Tyś rękę ze strunami zapoznał,

Tyś me usta otworzył do śpiewu.

Ty mi dałeś dziewczynę i męstwo,

tyś się cieszył na pierwsze zwycięstwo.

Twoją sławą i prawdą twą żyję,

więc mi za nic są prawdy niczyje.

ACHILLES

Oni może będą tobie mówić,

żebyś śledził me kroki i myśli.

Będą może chcieli z ciebie dobyć,

co zamierzam uczynić, gdzie dążę?

Bo skoro wiedzą, że przyjaźń nas wiąże,

będą chcieli te węzły rozerwać,

bym ja sam był i ostał samotny,

żebym nigdzie nie dobył się serca

i bym uznał mój los za sromotny,

ja, tylu mężów morderca,

ja, mocarz Atrydów najemny,

którym przejrzał dziś — raz pierwszy poczuł,

że szczuto mnie jak psa;

że mordowani przeze mnie — niewinni

i że w tych czynach szlachetni bezczynni.

[V] W NAMIOCIE DIOMEDESA

ODYS

wchodzi

Hełm ten mój na to ofiaruję własny,

że ty o Achillesie myślisz.

DIOMEDES

biorąc hełm

      Hełm za ciasny,

ODYS

Że jest skórzany, namknę ci rzemienia;

może rozumu przejmiesz co z odzienia.

DIOMEDES

Że myśl mą zgadłeś, broni się wyzuwasz?

ODYS

Chcę, byś rozumiał, że myśl twoją cenię,

gdy odpowiednie myśli dasz odzienie.

Przyszedłem pewny, że myślisz i czuwasz,

że ci spodobał się Achilles w gniewie

i że twój umysł, co myśleć ma — nie wie.

Tarczę tę moją przydałbym ku temu.

DIOMEDES

K'czemuż chcesz dzisiaj pchać dalej?

ODYS

      Ku złemu.

Ty bowiem jesteś bystrzejszy o wiele

ponad Pelidę i wiele piękniejszy

w ruchach i barwie, żeś smagły na ciele.

DIOMEDES

Myślisz, że sławy jemu język zmniejszy — ?

ODYS

Nie tyle język, ile zmniejszą uszy

tych ludzi, którym język uwiązgł w duszy.

Weź jeszcze oszczep w dłoń i wyjdziesz ze mną.

DIOMEDES

Ja? W twoich znakach?

ODYS

      Pozornie. Ja z tobą.

Sługą ci będę i miecz twój podźwignę.

Gdy miniem obóz i wszystkie namioty

gdy ostawimy daleko za sobą,

zgadniesz, że szliśmy obaj niedaremno.

Chcę cię o przyjaźń prosić – przez twe cnoty,

że biec tak umiesz, jak ani Pelida

nie biegnie — chyba złość gdy kogo ściga.

A musim obaj biec — nie możem zwlekać.

Włócznią uderzysz tych, których ci wskażę,

i potem...

DIOMEDES

      Zabrać łup.

ODYS

      Potem uciekać.

Nie patrzeć nawet na pobitych twarze

ani na znaki — Ja ich sam obnażę

i sam ich zwiążę.

DIOMEDES

      Śpiących?

ODYS

      Nie. Zabitych.

A ty się nagród spodziewaj obfitych,

jeźli twój język przyschnie i myśl zgaśnie.

Oto ku Trojej czworoprząg się zbliża

możnego króla, wielkiego rycerza,

którego dusza jest jak woda świeża

święconych źródeł, których nimfy strzegą,

i wiem, że król ten tam w pół drogi zaśnie,gdzie w czystym źródle konie swe napoi.

Bo wodę źródła struli ludzie moi,

że kto zeń pije, zasypia... jak trzeba.

DIOMEDES

Skoro otruci, cóż ja się mam trudzić?

ODYS

Ty ich zabijać będziesz a ja budzić.

DIOMEDES

Cha, cha, cha.

ODYS

      Śmiej się. Śmiech to jest dar nieba,

a nieświadomość celu szczyt rozumu.

Idź i licz kroki.

DIOMEDES

      Cyt — fal słucham mumu.

ODYS

Idź i licz kroki — Woskiem zalep uszy.

DIOMEDES

Morze wre we mnie krzywdą mojej duszy.

Nie pójdę.

ODYS

      Pójdziesz; wyrośniesz nad tłumem.

Ty jeden godzien zmóc litość rozumem.

DIOMEDES

To nie jest litość.

ODYS

      Nie litość? — To trwoga.

DIOMEDES

To nie jest trwoga.

ODYS

      Więc co?

DIOMEDES

      Duch się budzi.

ODYS

Wiedz: Bogom dane jest zabijać ludzi.

Wiedz, że kto w sobie żal i litość skruszy,

takiego człowiek opowie za Boga.

[VI] W NAMIOCIE AJASA

AJAS

Spokoju mi nie daje Achilles.

Postawa jego

i to mówienie jego tak wyniosłe....

Co to myśl znaczy — jeźli się uwiąże

na czyim karku w węzeł? O Pallado!

Czemużeś ani nie pojrzała ku mnie?

Mówił wyniośle tak, mówił tak dumnie,

że słowo każde było, jakby wzięte

z tych głębin, kędy duch mój zaszedł senny

i skąd chce powstać kiedyś w szał płomienny.

Ja, który dotąd biłem się, jak zbrodzień,

mieczem i włócznią torujący drogę

żądności czynu — omdlewając co dzień

w pochlebstwie łotrów, którzy ze mnie drwili,

chwalby przydając mej ręce. —

Jakżeż ku niemu się zbliżyć — ze wstydem?

Jaka spokojna noc... Śpiew tu dolata.

Raz pierwszy słyszę śpiew i czyjeś granie.

Nie zasnę — Ducha pocznę bojowanie. —

Zabiłem tylu i duch się nie skrzepił.

I naraz, jak ten półbóg oczy wlepił

w Atrydę — naraz ja poczułem siebie,

że poły żyję na ziemi, pół w niebie.

Jakżeż mu sprostać, jak przeróść, jak zwalić?

Kogóż mam zwalczać, a kogo ocalić?

Duch mój zbudzony, lecz myśl precz ucieka.

Nie wiem, czym synem Boga, czy człowieka?

Kres zobaczyłem przed nim i tak blisko. —

On chyba w oczach miał jakie zjawisko?

Ku umie nie przyszła, sam ostałem z nocą...

NOC

Mścicielem będziesz krzywd, które się staną.

Z obłędów nocy wyjdziesz.

AJAS

      Kiedy?

NOC

      Rano.

AJAS

uchyla płócien namiotu i patrzy w pole

Któż ty jesteś?

MARSYAS

zbliża się zwolna ku Ajasowi

Sądzisz, żem ja powinien wiedzieć coś o tobie?

AJAS

Śmieszek jesteś i mowca?

MARSYAS

      Szaleństwem rażony.

AJAS

Szaleństwem? Nieszczęśliwy zatem?

MARSYAS

      Szczęśliw bardzo.

Nie pamiętają o mnie ci, którzy mną gardzą

i nie żądają ode mnie niczego,

więc ja się mogę zajmować spokojny

mojem szaleństwem.

AJAS

      Nigdym cię nie widział.

MARSYAS

Koło namiotu twego grywam codzień.

AJAS

Nigdym nie słyszał.

MARSYAS

      Boś nie słuchał nigdy.

AJAS

Dlaczogóż dzisiaj?

MARSYAS

      Uszy masz otwarte.

AJAS

Chcesz wina?

MARSYAS

      Owszem, jeśli łakniesz wina

i jeźli wino na myśl ci przychodziw rozmowie ze mną; — widocznieś to uczuł,że to, co mówię do cię, ma smak wina.

AJAS

Wino jest w dzbanie.

MARSYAS

      Patrz — noc się zaczyna.

Otwarte uszy masz, otwarte oczy.

Patrzaj i słuchaj, ile tu gra dźwięków.

Ile to czarów Słońce żarem tłumi

i jak bogaty ten — kto słuchać umie.

AJAS

Przychodź grać codzień u mego namiotu.

MARSYAS

Widzisz minie dzisiaj już po raz ostatni.

AJAS

Dlaczego?

MARSYAS

      Boś mnie już posłyszał.

I teraz będziesz nadal duch mój bratni,

jak ja szalony i jak ja przeklęty,

wróg Apollina. — Bądź zdrów.

AJAS

      Dziwne cudo.

MARSYAS

A skier tych dziwna chuć nienasycona,

która przez piersi twoje dziś przepływa,

jest klątwą Bogów i duszy ofiarą

i ogniem świętym wielkich się nazywa.

AJAS

się zrywa

MARSYAS

Zostań w tym ogniu. Żyj w szaleństwie duszy,

zbudzony mężu-rycerzu!

ucieka

AJAS

      Znikł w głuszy.

gdy się zwraca, postrzega krzątającą się po namiocie niewiastkę

AJAS

Gdzieżeś się uchowała, luba dziewczyno?

NOC

Córką jestem wyrobnika, rybaka — a który też umacnianadwątlone okręty wasze i łodzie.

AJAS

Mieszkasz przy ojcu?

NOC

Chowam się przy ojcu. A ojciec mój chaty nie ma anipłócien takich, jak w tym oto szałasie; ale rodzeństwomoje śpi pokotem śród nadbrzeżnych traw i ziół.A ja doglądam ubiorów waszych i w świętej morskiejwodzie szaty wasze płukam — a potem suszy je słońce.

AJAS

Nie widziałem cię nigdy.

NOC

Co noc przychodzę ku waszemu namiotowi i widzę was,jak znużeni pożywacie strawę wieczorną i potem kładzieciesię na łożu.

AJAS

Byłaś codzień koło mnie i byłaś tak lubą i miłą?

NOC

Mówicie, żem jest lubą i milą?

AJAS

Czemużeś nigdy nie przemówiła do mnie?

NOC

tąpałam cicho, a piasek brzeżny tłumił stąpanie moich drewniaków; przemykałam się cicha po ścielonych skórach twego schronienia.

AJAS

I nie ciągnęło cię nic ku mnie? Nie zapragnęłażeś nigdybyć ze mną?

NOC

Spałeś i to mnie cieszyło. Wiedziałam, że taka chwilaprzyjdzie, gdy mnie spostrzeżesz, bo taka przyjść musi;ale wiedziałam, że wtedy spokojność twoję utracisz.

AJAS

Możesz pozostać przy mnie?

NOC

Pozostanę.

[VII] W NAMIOCIE AGAMEMNONA

TERSYTES

wchodzi

Idę ku Trojej.

AGAMEMNON

      Nie żądam po tobie.

TERSYTES

A przedsię pójdę i co zechcesz zrobię.

AGAMEMNON

Pójść więc pozwalam.

TERSYTES

      Poszedłbym bez tego.

Pracuję dla narodu, nic ciebie jednego.

AGAMEMNON

Lecz naród nic nie płaci. Ja płacę, choć skromnie.

Po uznanie narodu przychodzisz tu do mnie.

TERSYTES

Więc nie dasz nic —?

AGAMEMNON

      Chcesz chłosty? Pachołki czekają.

TERSYTES

Nie sztuka, gdy masz takich, co ślepo słuchają.

wyszedł

CHÓR DZIEWCZĄT

otacza Agamemnona

Gdzie Chryze, twoja dziewczyna?

AGAMEMNON

Bywała ze mną tych dni.

CHÓR DZIEWCZĄT

Gdzie Chryze, twoja dziewczyna?

AGAMEMNON

Pod ojca nożem, jedyna,

strugą oblała się krwi.

CHÓR DZIEWCZĄT

Więc ojciec Chryzę zabija?

AGAMEMNON

Więc miłość ojciec przeklina

i dziecko własne zabija.

Strugą oblekła się krwi

pod nożem ojca, jedyna.

CHÓR DZIEWCZĄT

Gdzie Chryze, twoja dziewczyna? — —

słychać szczęk

DZIEWCZĘTA

uciekają

STRAŻNICY

wprowadzają Hipodamię osłoniętą

AGAMEMNON

Kogóż to wiedą?

HIPODAMIA

      Sługę.

AGAMEMNON

      Gwoli?

STRAŻNIK

oddaje nóż Agamemnonowi

AGAMEMNON

      Ty — zbrodniarka!?

patrzy na Hipodamię

Puśćcie jej więzy.

daje znak strażnikom, by odeszli

      Precz.

do Hipodamii

      Ty u mnie, jak mocarka

będziesz. — Nie zbliżę się cale ku tobie.Że cię więżę — to jeno to dlatego robię,żebym w Achillu bohatyra zbudził,któregoś ty uśpiła.

HIPODAMIA

milczy

AGAMEMNON

      Odejdź.

HIPODAMIA

nie odchodzi

AGAMEMNON

      Nie będę się trudził

dla cię.

wskazuje ku płótnom namiotu

      Tam najdziesz dla siebie posłanie.

A jutro rano świtem, skoro słońce wstanie,

wyznaczą ci robotę przy tkackim rzemieśle.

Gdy Pelida zwycięży — wtedy cię odeślę.

HIPODAMIA

rzuca się ku otworowi namiotu

STRAŻ

widać, stojącą tuź koło płócien.

HIPODAMIA

wraca

idzie w bok pod namiot, gdzie znikły dziewczęta.

wraca

Ty mnie tu więzisz psa. A! będę ciebie strzegła.

A nie myśl sobie to, bym z tobą kiedy legła;

byś zdołał ująć mnie podarkiem lub rozkazem.

Z Achillem mnie tu żyć i z nim mnie ginąć razem.

AGAMEMNON

Zaprzysięgłaś się śmierci – bo stąd cię nie zwolę,

aż Achilles wypełni wszystką swoją dolę.

HIPODAMIA

znika za płótnem namiotu

OFIARNIK

wchodzi szybko

klęka przed Agamemnonem

Mocarzu, że przychodzę, trwoga mnie tu zwlekła.

Przynoszę wieść, wróżbita, o, czemuż tak zlękły?

Sam dziwię się zdarzeniu.

AGAMEMNON

      Mów, słucham — ty w trwodze?

OFIARNIK

Wiem, iż tym, co wyrzeknę, serce twe ugodzę.

Że i ty czoło chmurą przywleczesz posępną.

AGAMEMNON

Miałażby twoja mowa być złą a występną?

Czy się stała rzecz jaka?

OFIARNIK

      Nie, ale się stanie.

Lud żądał, abym wróżył przed słońca zachodem,

po onym deszczu ulewnym, gdy chmury

rozstąpiły się nieco przed słońcem z purpury.

AGAMEMNON

I cóż wróżby wyrzekły?

OFIARNIK

      Że gdy słońce wstanie

I Jutrznia z fal wybiegnie różano-kolora —

ty już nie będziesz władał nad narodem;

zasię jutro największy dzień sławy Hektora.

AGAMEMNON

Łgarzu, oszuście!

OFIARNIK

      Jestem równy tobie

i nic nie wierzę w guseł czar i moce;

ale wyjdzi sam pojrzyj, jakie się tam noce

chmurzysków rozpostarły nad korabiów rzędem.

Wiedz, grom daleki błysnął, gdy obrzędem

świętym zajęty, rzezałem jagnięta.

I myślę, że w zdarzeniu tym jest wola święta.

AGAMEMNON

Mamże więcej od ciebie posiadać rozumu,

gdy ty nad tłum wyrosły — sam schodzisz do tłumu?

OFIARNIK

Mocarzu, nie chcę walczyć z nieznaną potęgą.

Gdy mają paść pioruny, niechaj innych sięgą.

AGAMEMNON

Wróżba to mówi, że Hektor zasłynie;

lecz to nie mówi: zwycięży lub zginie.

OFIARNIK

To jest najgorsze, że wróżba wam sroga

jest z woli ludu, więc słowem jest Boga.

AGAMEMNON

Śmiałeś gawiedzi wyjawić rzecz tajną?

OFIARNIK

Królu, tym razem nie była przedajną

ofiara, a gdy ręka niosąca nóż drżała,

wraz poznałem, że siła tajna na mnie działa.

Że się coś dzieje, czego nie rozumiem,

i wybacz, że nie znajdę słów — mówić nie umiem.

AGAMEMNON

Uspokój się. — Ostaniesz dziś pod moją chustą,

w namiocie moim. — Rozkazy ogłoszę,

że Bogom pastwę łbów stu rzucę tłustą

i ucztę sprawię ludom i że sam ponoszę

z mego dostatku wszelką biesiady tej stratę.

Jeszcze są moje statki zadosyć bogate,

bym miał Bogów po myśli. ---

woła na straż

      Hej!

idzie w głąb namiotu, nawołując

      Wołać po leżach,

że nie tracę ufności ja w moich rycerzach.

Lecz gdy wróżba, sprawiona o słońca zachodzie,

zda mi się zapowiadać klęskę w mym narodzie —

by się nikt nie wydalał z obozu dzień cały.

Dzień ten ma dla Hektora być dniem wielkiej chwały.

Więc niech Hektor swej sławy szuka na pustkowiu,

a wy wszyscy broń ostrą miejcie w pogotowiu.

STRAŻNIK

Czy pod namiot Pelidy pójść?

AGAMEMNON

      Nie trudź się cale.

Pelida dawno zasnął w laurów pustej chwale.

oddala się za strażnikiem

DZIEWCZĘTA

wychylają głowy z pod płócien

wpełzają do namiotu

HIPODAMIA

szeptem do jednej z dziewcząt

Ponad Skamandru brzegiem namiot ten ostatni

jego jest.

Gdy nie będzie doma, druh tam jego bratni

Patroklos będzie czuwał. Temu rzec.

DZIEWCZYNA

      Daremno.

Jeśli mnie rzuci chustę, będzie spał dziś ze mną.

HIPODAMIA

To się skrzyw, żebyś mu się wydała nieładną.

DZIEWCZYNA

Ja mam się wydać brzydką? To za cenę żadną.

HIPODAMIA

Ale tamten piękniejszy jest i młodszy wiele.

DZIEWCZYNA

Masz tu farbę i kreski namaż mi na. czele,

żebym się zdała starsza. Czy włosy ma jasne?

HIPODAMIA

Powtórz mu rozkaz wodza.

DZIEWCZYNA

      Czy się ino zdarzy

wybiedz?

AGAMEMNON

wraca

HIPODAMIA

do dziewczyny

      Weź moją chustę.

DZIEWCZYNA

okrywa się jej chustą

DZIEWCZĘTA

ustawiają się rzędem

AGAMEMNON

nie patrząc, rzuca chustę pierwszej z brzegu

i ta za nim idzie

DZIEWCZYNA

odziana w chustę Hipodamii wymyka się tymczasem

AGAMEMNON

do dozorcy dziewcząt

      Policzyć dziewczęta.

Niech za próg jutro przez dzień nikt się wyjść nie waży.

Każesz im dziergać płótna.

DOZORCA DZIEWCZĄT

      Wola wasza święta.

AGAMEMNON

odchodzi wsparty na wybranej dziewczynie

DZIEWKA

do Hipodamii

Byłam pewna, że tobie chusta się dostanie.

HIPODAMIA

No, toś się pomyliła. Sama będę spała.

DZIEWKA

Ułożymy się razem, mnieś się spodobała.

HIPODAMIA

Szmato!

DZIEWKA

      Coś ty lepszego?

DOZORCA DZIEWCZĄT

      Milczeć! Na leżyska!

HIPODAMIA

Zła, że ją pominięto i o to się ciska.

DZIEWKA

podsłuchując pod płótnami kędy się oddalił Agamemnon

Ale tam sobie jedzą i piją aż miło.

do Hipodamii

I powiedz, czy nie lepiej tam z nim by ci było?

Cożeś się tak już z jednym miłością zażegła,

żeby ci szkodzić miało, gdybyś z innym legła?

DOZORCA DZIEWCZĄT

przegania dziewczęta

MUZYKĘ FLETÓW

słychać przez chwilę

GŁOS

wywołującego echa pożegnalne, ginie, coraz z innejstrony płynąc.

cisza

AGAMEMNON

uchyla płócien z boku i wkracza

stąpa ostrożnie

nadsłuchuje

oczekuje

wychodzi przed namiot

przed nim błyska światło księżyca

AGAMEMNON

wraca

skłaniając się przed kimś, kto dąży do namiotu

REZOS

wchodzi

jakby w obłędzie, niespokojny

obdarty z szat

AGAMEMNON

podchodzi ku niemu i rozszerza ramiona

całuje go

wskazuje miejsce na skórach

przynosi i podaje szaty

przynosi mu pić

pije sam wprzódy

klęka przed gościem

zdejmuje sandały Rezosa

kładzie rękę na sercu Rezosa

powstaje

palec kładzie na ustach swoich

palec kładzie na ustach Rezosa

REZOS

Jestem tu zakładnikiem? I z Priama woli?

Jak widzę z twojej twarzy i szczerości lica

podejmujesz mnie godnie.

AGAMEMNON

      Strzegę. — Tajemnica.

Rozumiem. — Jesteś tego sojuszu poręką.

REZOS

Śle mnie Priam —?

AGAMEMNON

      Król Troi wie, że cię przyjmuję.

Za jego to jest wolą — gościem się raduję.

Ktokolwiek jesteś, raduj się w mojej gościnie.

REZOS

Jam jest Rezos, a imię moje prawdą słynie.

Szedłem w obronę prawdzie i tamtym w ucisku,

gdy schwytali mię zbójcę, gdym spał w okopisku.

Z szat moich mię odarli — i wiedli — — ku tobie,

mówiąc, że z twoją wiedzą i z wiedzą Priama.

Dopiero u namiotu twego, gdy już brama

odemknięta poza mną chustami opadła,

z ust mi zdjęto wiązadła.— — — Konie....?

AGAMEMNON

      ...Są przy żłobie.

REZOS

Drużyna moja — — nie wiem, czyli żywa?

AGAMEMNON

Dawno pewno już w mieście zdrowa i szczęśliwa.

REZOS

Sądziłem, że ta zgraja konie mi wykradła

i mój skarb, który miałem.

AGAMEMNON

      Słońce ci je zwróci.

Niech sen ciało pokrzepi i czasu bieg skróci.

oddala się

wraca

prowadząc Hipodamię

oddala się

HIPODAMIA

usiadła przy Rezosie na skórach

Kazano bawić was rozmową.

REZOS

Jesteś tu niewolnicą?

HIPODAMIA

W niewoli jestem, lecz czuję się wolna.

Jestem u tego zakładnicą,

co włada w tym namiocie.

REZOS

A czyjąże tu jesteś kochanką?

HIPODAMIA

Kochanek mój jest ten, co pierwszy przed innymi

mieczem i słowem. A tych nienawidzę.

Nie wierzcie im, bo to są psy podstępne.

REZOS

Nienawidzisz? — Posłuchaj. A przybliż się nieco,

bo może słucha kto, choć mówię cicho.

Złowiony jestem w sieć. — Spałem w miłości

w parowie górskim, wśród lesistej głuszy,

i kochanka moja była przy minie.

Czar nas opętał i błogość dał duszy,

i sań mój śniłem rozkoszy,

kiedym się zbudził, ockniony jej krzykiem

strasznym. — Ból czuję. — Związane mam oczy

mocnym rzemieniem, który ktoś zaciska.

I wlecze mnie wśród nocy,

wśród skał parowu — i, widać, wzdłuż rzeki,

bo chłód powiewu wody czułem.

Gdzie się mój orszak podział? Moje wozy?

Gdzie dziewczę? — Nie wiem. — Tu rzemień mi zdjęto

z czoła — u progu tego namiotu

i winem i ubiorem gościnnym przyjęto. —

Ten jej okropny krzyk dotąd mnie woła;

w uszach mi dzwoni wśród nocy. — —

Więc mówisz, że Achilles nie jest w zmowie

z rodem Atrydów — że jest im niechętny?

Więc także łupem i zdobyczą

z nim się nie dzielą...?

HIPODAMIA

Że tyle jeno ma, co sam zdobędzie

ze swymi ludźmi, gdy idą po nocy

na łup i zdobycz.

REZOS

      Przyrzekł mi Atryda,

że sprawców zbrodni wykryje i skarze.

HIPODAMIA

Jak mnie porwano z domostwa rodziców,

gdy dam nasz spłonął i zapadł się w gruzy,

ostałam wtedy w namiocie zwycięzcy.

Był dobrym dla mnie.

REZOS

      Więc ty?

HIPODAMIA

      Dziś prócz niego

nie mam nikogo. On — właśnie zabronił,

bym, jako inne, szła przez ręce wszystkim,

i strzegł mej hańby, by mię po namiotach

co wieczór inny pieścił,

i on to słowem potężnym obwieścił,

że mnie jedyną chce pojąć za żonę,

gdy stąd odpłynie...

[VIII] W DOMOSTWIE PRIAMA

PRIAM

do domownika

Co jest za jeden, jaki, jak ubrany?

HEKABE

Przekupień, często przynosi świecidła,

które sprzedają nam tamci z obozu,

a w zamian bierze nasze.

PARYS

      Szpieg, powiesić.

HEKABE

Znam go dobrze i z dawna; Grek pewien spokojny;

handluje drobnostkami, jest bardzo przystojny.

A miłyć zawsze widok człowieka grzecznego.

Dopuścić go bezpiecznie. Powie co nowego.

TERSYTES

wchodzi

rozkłada na ziemi, na środku izby mały dywanik i na nim usiada

rozwija przed sobą tobół i dobywa różnych przedmiotów

Ojcowie i synowie Ilionu, oto jest maść, którą się maści Achilles i ciało jego przepojone jest tą wonią. Kiedyś przyjdzie czas, gdy was posiecze. Ale oto niezawodny środek na nieśmiertelność.

Bodajbym się nie ruszył z tego miejsca, jeźli mi boskisyn Tetydy nie dziękował wielokrotnie ze łzami wdzięcznościi rąk tych moich nie całował, rąk tych kształtempięknych i piękną cerą.

Matki i córy Ilionu, oto warkoczeuplecione z włosów najmilszych kochanek, którychlubością i czarem ciała cieszyli się Atrydzi po trudachmozolnych bojów z wami, o przesławni obrońcy świątyniPozejdona.

Oto naszyjnik z potworków morskich suszonych na słońcu.Ktokolwiek go nosi, żywot jego wydłużon będzieo tyleż dni, ile łebków liczy ta święta obroża.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

zdejmuje z głowy sutą jakby czapkę z upiętych loków, niezmiernie długich, w której był przyszedł modą trojańską ubrany; znów jest tylko w swoich naturalnych lokach

potrząsa peruką w rękach

Taka różnica was jednych od drugich,

że Grecy w lokach krótkich, a wy w lokach długich.

Wy się z takich śmiejecie, co głowy nie zdobią;

a tam śmiech, że Trojanie pudło ze łba robią.

Minie we wszystkim do twarzy, wszędzie podejść umiem;

ku temu się naginam, czego nie rozumiem.

Tę zdolność Proteusza posiadłem tajemną:

mogę udać każdego, kto przestaje ze mną.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Przyszedłem w koło rozumnych, jak sądzę. —

Precz ich odwiozę wszystkich — dajcie mi pieniądze.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Wiecie, czemu Achilles popod mury Troi

nie zajeżdża swym wozem?

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

      Achilles sią boi.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Chcecie wiedzieć, co będzie jutro, gdy dzień wstanie?

Oto odpłyną wszyscy i nikt nie zostanie,

prócz Atrydów i kilku małoznacznych osób,

i wiedzcie, że ja na to wynalazłem sposób.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Ja i Achilles, który mi się zwierzył

i prosił mnie, bym wieść tę po obozie szerzył.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Odpłyniemy, lecz trzeba nam złota na drogę.

Idź, rzekł, i przynieś złoto, gdy ja pójść nie mogę.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Mocarze Troi, że wam to zależy

na tem — jak skoro naród swe króle odbieży,

wyłowicie je w sieci, jak rybak cierpliwy.

Zatęskniłem, by ujrzeć me ojczyste niwy.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

A wiecie to — w obozie wieść publiczna głosi,

że wśród was, choć najwyżej Parys głowę nosi,

najwięcej wart jest Hektor. Zresztą któż to zgadnie,

komu jeszcze najpierwsze miejsce dać wypadnie?

Często robaczek mały przypełznie do góry,

a orzeł zwichnie skrzydła i spadnie spod chmury.

Nie dziwcie się, że mądrość w słowiech zawrzeć umiem,

Odys mawia, że jeden ja jego rozumiem.

A Odys jest myśliciel głęboki i rzadki;

kogo zechce, do swojej tego chwyci klatki.

Więc Odysa się strzeżcie, choćby szedł z podarkiem;

miecz by jego niedługo zawisł wam nad karkiem.

ODYS

który siedzi w obozie Priamidów w stroju i sztach Rezosa

Pilnie go słucham i myśl mi przychodzi,

że gdy tu zręcznie tak wkradł się ten złodziej,

można by go przytrzymać tutaj jako zbiega

i do dalszych używać zleceń jako szpiega.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

który poznał Odysa po głosie

Nie wiem, czybym mógł sprostać? Szlachetne zadanie.

Sądzę, ku temu trzeba mieć już powołanie.

ODYS

milczy

TERSYTES

Chcecie wiedzieć, jakom się dostał tu za mury grodu,

mimo że bram tych strzegą wybrance narodu?

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Nie ma takich puklerzów zbrojnych żadne miasto,

których nie spętać winem, nie spodlić niewiastą.

WSZYSCY

milczą

TERSYTES

Dziewkim przywiódł i wasza straż na skejskiej bronie

niewiastkami się bawi.

wskazuje Parysa

      Jak ty...

KRZYK KASANDRY

      Iljon płonie!!

WSZYSCY

nie ruszają się z miejsc

ODYS i TERSYTES

zrywają się ze swoich miejsc

KASANDRA

wbiega

Płonie Ilijon, święte upadają Bogi

w duszącym dymie. Dym kłębem się wzbija! —

O Izis, święta Izis — u twego ołtarza

on leci z mieczem dobytym

i jako piorunnym grotem

uderza — siecze — poraża —

ojca mojego zabija!!

upada obok Priama, obejmując jego kolana

WSZYSCY

słuchają obojętnie

ODYS

zajmuje znów miejsce dawne, spokojny

KASANDRA

Patrzcie, wloką się starce, w trudzie,

w duszących dymów kłębie,

padają jako gołębie. — —

Gdzie Hektor?! — Zbudźcie Hektora!

wlecze się na kolanach ku Hektorowi

Hektorze!! — Wstań, ty umarły,

sępy twe ciało pożarły.

Hektorze! siostra cię woła!

Hektorze, siostra cię wzywa!

HEKTOR

odtrąca ją

Milcz głupia!

PARYS

      Rzec: nieszczęśliwa.

HEKTOR

Biadaczko, z tobą zakończę.

Łeb tobie ten kruczy rozwalę,

że język szczekać przestanie.

PARYS

Cóż tobie wadzi krakanie?

HEKTOR

Niech zmilknie!

KASANDRA

      Bóg we mnie woła!

HEKTOR

chwyta ją

zwraca głową ku ziemi i dzierży za włosy

PARYS

wstaje ze swego miejsca

Puść ją!!

KASANDRA

      Niech mie zabije.

obejmuje stopy Hektora

A strzeż ty się człowieka,

co świętą obmyty wodą,

z wodnicy urodzony,

bo ten cię ujmie szpony

ostremi

i przywali i przybije do ziemi.

Strzeż się! — Konie mu wiodą!

Patrzcie!! — Hektor ucieka?!

śmieje się

wlecze się za Hektorem

HEKTOR

chwyta za nóż

PARYS

biegnie do niego z nożem

Ze mną będziesz miał sprawę przódzi.

HEKTOR

To czerw, krew naszą brudzi.

PARYS

To wasza krew — niech krzyczy.

Jeśli ma w piersi ból czy gniew,

niech wywoła,

a jeśli chce, to niech nam dnie nasze liczy

i straszy wężem u czoła.

Nie dbam o jutrzejszy dzień.

Niech przyjdą! Niech nas wytną w pień.

Patrzeć będę na Pożar Troi.

A to mówię: Hektor się boi,

Hektor przed hańbą drży.

HEKTOR

Gachu, imaj się noża!

rzuca się na Parysa

PRIAM

      Psy!!

rozdziela walczących

WSZYSCY

rzucają się jedni ku Hektorowi, drudzy ku Parysowi i trzymają ich

PARYS

Zranił mnie — niech go zasiekę.

HEKTOR

Jako pan cię na mury powlekę

i rzucę.

PRIAM

do Hektora

      Precz — ty coś na sławę naszą

podniósł dłoń — prostaku tępy.

Precz — zejdź mi z oczu mych i niech cię sępy

rozwłóczą. — Ani cię pożałuję.

I cóż mi z ciebie, że siedzisz bezczynny,

zazdrosny o to, że Parys króluje — ?

HEKTOR

nawołuje ku Parysowi

A że jesteś przybłęda, to w oczy ci powiem.

PARYS

Czytałem dawno to już z twoich oczu

a tum jest przeto siłą mego daru,

że nikt nade mnie.

HEKTOR

      I obejść się może.

Już dawno żądam wyzwać cię na noże.

PARYS

Łatwiej mię uciąć, niźli zrównać głową.

Nie sięgniesz sprytem, a przygnieść chcesz mową.

HEKTOR

Snadź wszelkie słowo tak spływa po tobie,

Jako po wężu lub rybie.

Rozpanoszyłeś się w tym świętym grobie,

w tej mnie należnej sadybie.

PARYS

Jeźli ustąpię pola na dzień jeden,

dzień ten was wszystkich pogrzebie.

HEKTOR

I skąd ta wiara? Przybłędo, hołyszu;

nie dbam o życie przez cię ocalone.

Nie chcę, bym tobie zawdzięczał zwycięstwo.

Tyle chcę jeno, co ręce potrafią

te moje.

PARYS

Że nie do ciebie należy korona,

to nie ty rządzisz.

HEKTOR

Odmawiam twoim rozkazom posłuchu.

Sam walczyć będę za się.

PARYS

      Znam cię duchu.

HEKTOR

Znaj umie — że z tobą rozbrat wieczny wziąłem

Tą ziemią żyję i gwiazd sięgam czołem.

PARYS

Gwiazdy ku ziemi przygnę do mej woli.

Bogi kreśliły bieg ziemskiej mej doli.

Dzień ten mój każdy miłością żebrany.

Ofiarę duszy niosę wam w ofierze.

Codzień miłosny dar Bogini bierze

i ciało moje oplata uściskiem.

Co dzień postaci ponętniejsze, świeże

i codzień nowym krasi się nazwiskiem,

i za tę miłość moją i kochanie

o dzień to moje wzdłuża królowanie.

Więc niczem wasze i bronie i miecze,

bo dawno Iljon, skazany na ognie,

padłby piorunem boskim porażony,

lecz Afrodyty ja palę pochodnię

i czekam na nią, przez nią ulubiony,

czy przyjdzie? — — Tyle waszego istnienia,

póki ta gwiazda wzlotów swych nie zmienia,

wschodząc co wieczór ponad skejską bramą

dla mnie i miłość niosąc mi tę samą.

Nie jestem synem twojego rodzica,

nie jestem twoim bratem;

z tych jestem, których strzeże tajemnica

i władztwo ich nad światem.

Po nic nie sięgam w zazdrości i pysze,

nie dbam o jutro, wczora.

Szept jeno jeden ten miłosny słyszę

i czekam dziś wieczora.

PRIAM

skinął był ku Tersytesowi

TERSYTES

podchodzi ku Priamowi

ładuje do swego toboła podarki Priama

PARYS

Jako na onym dniu, gdy wszyscy razem

przeciwko mnie jednemu szliście sprzysiężeni,

chcąc mnie porazić i usiec żelazem,

niepomni, jakich byłem pan płomieni.

Tak was rozumiem, bracia, że jesteście

ci sami, co na onym dniu zawiści.

Śmierć moja? Cha cha cha, alboż się ziści?

Nie jest to groźba dla mnie, jeno dziwo,

i chwilę zgonu zwać będę szczęśliwą,

gdy po mnie jeno zgliszcz ostanie w mieście.

To lubię, gdy ona wróżka wam skrzeczy,

bo czyn mój każdy tym jej wróżbom przeczy.

To wiem, moc czyja bieg dni wstrzymać może.

Żywoty ludzkie są igraszki boże.

Kto raz zrozumiał, że jutro jest niczem,

że żyje jeno dla tej jednej chwili,

ten Boga śmiałym powita obliczem;

bo owe same nieśmiertelne Bogi,

ilekroć wzięli na się ludzkie ciało,

żywot swój ziemski tak jak ja przeżyli,

wiedząc, że wrócą w olimpijskie progi,

że śmierć największą otoczy je chwałą.

TERSYTES

obok Odysa stanął

szepce

Ja wiem kto jesteś.

ODYS

szeptem

      To się strzeż demonie,

bu pierwej zginiesz, niźli się zapłonię.

TERSYTES

Ja cię nie zdradzę, bom dorósł do dzieła.

które w mej głowie Bogini poczęła.

ODYS

Niech cię twe żądze k'temu zbyt nie spieszą,

bo nim co zdziałasz, wprzódzi cię powieszą.

TERSYTES

Rola ta nasza podobnoż jednaka.

Mniejsza: powieszą króla czy żebraka.

ODYS

Błaźnie.

TERSYTES

      Oceniaj umysłu przytomność.

Jednako podli przejdziemy w potomność.

ODYS

Odpowiem kiedyś na obelgę czynem.

TERSYTES

Tymczasem sławą wyrosnę nad gminem.

Jeśli podstępem laur Odysej zyska,

niech tej podłości napatrzę się z bliska.

PRIAM

O dniu okrutnej rozpaczy. Postrzegam

kres mej wielkości i sławy mej przełom,

i synów moich w kłótni.

Darmo zdążałem ku wieczystym dziełom;

wstecz gnany burzą wydarzeń, odbiegam;

Bogowie mię ścigają okrutni.

Te się nieszczęścia darzą tego lata,

że nie jest Bóg wody poczczony.

Brat oto rękę podnosi na brata,

mój pierwszy w rodzie zhańbiony.

do Odysa

Królu Rezosie, gdy los cię nadarzył,

czas więc, byś słowem na radzie zaważył,

co czynić? co zamierzyć?

Możnali Achajom zawierzyć

i rozejm zyskawszy chwili,

Pozejdonowego rumaka

w morskiej kąpieli opłukać?

Nie sądziszli, że Achaje

w tym nas zapragną oszukać?

i rozejmu czas zaprzysiężony

złamać? Że Bóg niejako im daje

nas w ręce? — Czy oni zechcą kłamać?

ODYS

Mocarzu, oto ja się poświęcę.

Jakom jest pójdę i rzekę:

Zakładnikiem staję się waszym i sługą

niewolnym, ja Rezos, tak długo,

póki męże Ilionu

nie uczynią zadość swojej wierze.

Moich słów prawdy zaświadczę ciałem,

A gdy ujrzą, że się w niewolę podałem

dobrowolną — na rozejm przystaną.

Lecz jedno wiedz: — Pójdę tej chwili,

a wy czyńcie ofiarne posługi

natychmiast. — Gdy błyśnie rano,

możemy już być z powrotem.

PRIAM

Idź i niech Bogi cię strzegą.

ODYS

Przydaj mi rycerze i sługi.

PRIAM

Za tobą rumaka wywiodą.

A gdy uświęcim się zgodą

z Bogiem morskiej rozległej topieli,

wtedy rzekę losom: niech płyną.

I nie zadrżę w mym sercu trwogą,

choć i syny moje poginą.

Czyniłem, co czynić mogą

ludzie — błądziłem ludzką przewiną.

Możem zbyt ufność położył

w potędze sił nieśmiertelnych.

Czas ten minie.

A gdy Bóg mój będzie chciał, bym ożył

w wieków nieśmiertelnej gontynie,

to baczę, bym się nie zapłonił

pamięcią o podłym czynie.

[IX] W DOMOSTWIE HEKTORA

ANDROMAKA

nad kołyską

HEKTOR

wchodzi

Koniec mego spokoju, miejsca tu dla mnie nie ma,

jutro świtem wyruszę na bój.

Mir tam sposobią hańbą kupiony,

zniewagą tęgich rąk i zbrój.

Koń święty w morze zawleczony,

by zbłagać Pozejdonów gniew.

Zranion kochanek Afrodyty,

a do mnie przyschła jego krew.

ANDROMAKA

Zraniłeś brata!

HEKTOR

      Wierzysz temu?

Przybłęda, pastuch leśnych gór,

co mnie przywództwo wziął starszemu,

co śmiał nad Hery ołtarz święty,

którego jestem prawym stróżem,

czcić Afrodyty nagą postać.

ANDROMAKA

Nie drżysz przed zemstą?

HEKTOR

      Zemstą czyją?

ANDROMAKA

Bogini.

HEKTOR

      Hera moją panią.

W tobie jej cześć oddaję ślubem,

za ciebie ginąć chcę i za nią.

ANDROMAKA

Chcesz ginąć?

HEKTOR

      Chcę, bom jest przeklęty.

Bo dziś rozumiem to obłędem,

żem razem z tymi żył pospołu,

z którymi nic minie nie wiąże.

ANDROMAKA

A przecież twoi to rodzice.

HEKTOR

Wiek ich rozdzielił precz ode mnie,

więc ku nim szedłbym już daremnie,

gdy po mnie żądają pokory.

Ta myśl, co siadła u przyczołu

nad drzwiami mego domu,

żąda, bym szedł tam, gdzie zaciążę,

bym tu nie ustąpił nikomu.

Żywota mego tajemnicę

chcę zgadnąć. Dzień rozstrzygnie.

Albo zwycięzcą będę miecza;

walkę sam wbrew ich woli podejmę

i moc ta, którą mam od boga,

będzie wspierać me ramię i siły;

lub lepiej, że zakłuty przez wroga

polegnę — nim dłoń tę wzniosę

na zagładę straszliwą Iljonu.

Wytępić ślubuję brać i naród,

śmiertelną hańbą zarażony:

zburzę Afrodyty ołtarze.

Ani się ogniem nie strwożę,

który, trzaskiem głowni płonących,

świątynie obejmie Boże!

Gdy nowe wzrośnie pokolenie,

które sam stworzę,

grobów zaorzę w ziem kamienie

nad Afrodyty łoże.

ANDROMAKA

Powrócisz?

HEKTOR

      Wrócę!

ANDROMAKA

      Wrócisz!!

HEKTOR

      Może.

Czy chcesz tych moich czynów?

ANDROMAKA

Cokolwiek rzekłeś w słowach klnących,

w czynach wspominaj synów.

HEKTOR

Dla moich dzieci nie chcę życia,

jeno to, które widzę zbożne.

Śmierć chcę nieść, kogo nienawidzę,

kto wdał się mieczem w cudze włości

lub kto chytrością mnie oszukał,

kto ręce swe podłością zbrukał,

zabiję, psom ich rzucę kości.

Kto w Afrodyty usłudze

śmiał Herę przy mnie poniżyć,

śmiał Hery posąg obalić —

śmierć temu ślubuję skorą

i stos pogrzebmy zapalić!

ANDROMAKA

Może słońce, co przyjdzie ze dniem,

pogodę myślom wróci!

i wstaniesz rzeźwym mężem lwem.

Patrz się, jak mali śpią...

HEKTOR

nad kołyską

Sny ich pogodne, sny ich młode.

Obawą drżę o ich pogodę,

by jej nie spluto krwią.

Gdy mnie nie stanie, dzieci moje,

będziecież wy tak urodne;

będziecież wy się śmiać i bawić,

będziecie się weselić?

Tam oto, kędy ja pójść muszę,

szakale, sępy przyszły głodne,

by was w niewolne jarzmo wprząc

i czystą skalać duszę.

zdejmuje zbroję i spoczywa

ANDROMAKA

nuci nad kołyską, kolebiąc dziecko

1. Trójca dziewek przyszła do pasterza

w ustronie pod ciemny bór.

Jedna dała jemu kask żołnierza;

koralowy dała druga sznur.

Trzecia ino na niego pojrzała,

że był młodym pasterzem tych gór.

2. „Powiedz nam ty, chłopcze urodziwy,

bo wiedziemy z sobą o to spór,

która ci się najbardziej udała,

byś ją pieścił na łożu ze skór?”

3. Pastuch śmiał się na trzy tęgie dziwy

i na dary a gdy podniósł dłoń,

rzecze, która na niego patrzała:

,,ty, co oczy masz modre jak toń”.

[X] NAD SKEJSKĄ BRAMĄ

PARYS

siedzi na marach omdlały

CHÓR DZIEWCZĄT

tańcuje przed nim wśród nastawionych nożów

MUZYKA

grajkowie siedzą na ziemi, pod murami

ERYNNIS

przystanęła tuż za Parysem

szepcze mu

Rzuć miasto i przeklnij ojca.

PARYS

To nie mój ojciec ten stary.

ERYNNIS

To on z Hekabą niewiastą

ciebie niemowlę rzuca

na pustkowie, opodal grojca.

Tam ciebie naszli pastuchy

i wychowali mołojca.

PARYS

Z niebios przyniosły mię duchy.

O nie moi to bracia.

ERYNNIS

      Bracia źli.

Za twoją urodę i potęgę

oni się nad tobą mścili.

Pomnisz, jak w ów dzień godów

z mieczami przeciw tobie szli

i już nad tobą siekiera ostra —

aż cię obroniła siostra?

PARYS

O nie moja to siostra, ta panna.

ERYNNIS

Zginą!

PARYS

      Zejdzie gwiazda przedranna,

ostatnia Iljonu iskrzyca

a zgon im wyśpiewa ich siostrzyca

a ku mnie zejdzie Pani jaśniejąca.

ERYNNIS

Trzy zejdą ku tobie niewieście.

PARYS

Trzy niewieście ku mnie przychodzą.

Jedna cale mieczem zbrojna i tarczą,

zasię druga w królewskiej purpurze,

zasię trzecia w gwieździstej osłonie,

gołębie tuląca przy łonie.

ERYNNIS

Ty przedsię wybierzesz którą?

PARYS

Wybiorę we gwiazdach kobietę,

panią nad wszystkie najmilszą

królowę mórz Afrodite.

AFRODITE

zeszła

po promieniu księżyca stąpająca

w płaszczu z gwiazd iskrzących

PARYS

patrzy na nią

ręce ku niej wyciąga

postąpił ku niej

obejmuje ją

całuje

w uścisku przechodzą w kierunku grodu

[XI] W ŚWIĄTYNI ILIONU

LAOKOON

siedzi u stóp drewnianego konika

posłyszał kołatanie

wstaje niechętny

idzie w głąb

otwiera zasuwę we wrotach

wraca na dawne miejsce

PRIAM

wszedł

Czuwacie stary — ?

LAOKOON

      — Odmawiam pacierze.

PRIAM

Wierzycie w siłę modlitw —?

LAOKOON

      — -- Nie wierzę.

PRIAM

Pilnujecie świątnicy.

LAOKOON

      Starego śmietniska.

PRIAM

Nawykłeś czuwać nocą u świętego żłobu.

LAOKOON

W noc świętą tę komorę pełnią mi zjawiska.

Strzegę pamięci wiecznej dzieci moich grobu.

PRIAM

Dniem żyję i na synów żywych patrzę stary.

Nigdym słowem pogardy nie dosięgnął wiary.

LAOKOON

Gdy się synowie twoi na marach położą,

wtedy się oczy twoje szeroko otworzą.

PRIAM

Kiedykolwiek nieszczęścia piorun mnie przytłoczy,

klęski wszystkie przyjmuję — — otwarte mam oczy.

LAOKOON

Od lat nie przestąpiłeś progów tego domu.

Wiedz, że Bóg nie przebacza swej krzywdy nikomu.

PRIAM

Nie chcę litości Boga, co jej nie rozumie.

Chcę go uczcić, by mojej cześć przywrócić dumie.

LAOKOON

Cokolwiek byś uczynił, ten Bóg cię ukarze.

PRIAM

Zanim cios mnie dosięże, winę z siebie zmażę.

LAOKOON

Przestrzegać cię nie będę. Zbędę cię milczeniem.

A to pragnę, byś zgiął się pod losu brzemieniem.

PRIAM

Boga wyzwę do czynu i spełnię ofiarę.

LAOKOON

Na dniu tym samym Bóg spełni swę karę.

PRIAM

Niech dom mój runie, jeźli Bóg go sądzi.

Lecz człowiek rządzę ja — nie Bóg tu rządzi.

LAOKOON

Jeśli chcesz Boga przeżyć — każ spalić świątynię!

Wtedy Bóg ci przebaczy — żeś marnym był w czynie.

Lecz skoro chcesz ofiarą pojednać się z niebem,

powleczesz się, żebraku, za synów pogrzebem.

PRIAM

Com zamyślił, dopełnię. Za nic mi przestroga

Bóg mnie wyzwał — a teraz ja wyzywam Boga.

LAOKOON

Bóg cię oślepił w sądzie i rozumie.

Poznaję boskie dary.

Ja już mym wzrokiem rozeznać nie umię

wiary od niewiary.

Już wszystko we mnie żyjące umarło

w on dzień bezczelnej kary,

gdy w dzień świątalny dzieci moje giną,

święconych wężów zmiażdżone uściskiem. —

Dziś dawne modły powtarzam — niech płyną,

jako te kamienie do lądu,

rzucone wodą — —

i wiem, że nikt ich nie słucha;

i padają, jak padają kamienie

o skałę, gdzie przystań głucha.

A jeźli modlitwę mówię

i w dźwięk ją składam proszalny —

to, że się modlę ku sobie,

sam głuchy jak cios ten skalny,

jak sam Bóg.

szepce

Pozejdon to jestem ja — jestem wieczny. —

A tam w tym kamiennym obrębie

moi żyją synowie — te węże

i przyjdą po mnie — gdy otworzę —

wskazuje wieko studni

bo mnie, jak ich — wydało morze!

Więc gdy na srebrnej trąbie

kto zadmie, róg Pozejdona!

i gdy zaszczękną oręże

u tych wrót —

pokazuje na siebie

      nędzarz skona.

Wtedy trwogę człowieczą zwyciężę

i ujrzycie mnie Laokoona

w oplotach wężów, mych dzieci —

w on czas gwieździca przyleci

w żywego człowieka zmieniona

i wszystko spadnie w popioły...

A ja i syny anioły

wpełzniem na gruz, na leżące przyczoły

twego domostwa, mocarzu,

i obaczym, jako ty legniesz przy ołtarzu

usieczon,

i obaczym, jako ród twój powleczon

na powrozach, rzezane sługi,

i będziem pić te strugi

krwi ciekące

śmieje się

      my gady...

TROILUS

wchodzi

w otoczeniu jego wielu chłopców, równych mu wiekiem

LAOKOON

...A twój Bóg nam pozazdrości biesiady,

twój Bóg słoneczny. — —

Pozejdon jestem ja — jestem wieczny.

TROILUS

i jego orszak na znak Priama zatrzymuje się w głębi u wrót

LAOKOON

niespokojny

wciąż na miejscu swem siedzi

mówi, jakby sam te sobą

Nie powinni się trwożyć zginąć,

jako ja się śmierci nie trwożę

i wiem, że wiecznie będę słynąć

i żyć — — — jak wiekopłynne morze. —

Przez zieleń fal, na modrej wód ścieli

pan — — — pan —

ku temu mnie przekształcił ból,

gdym patrzył na dzieci chłopięta,

jak w splotach, wężym uścisku

giną na cmentarzysku.

O Boże! Świątynio! —

Gdybym jednym słowem

miał wstrzymać grom, co cię spali —

gdybym miał pewność tę,

że jeden ręki mej ruch

wstrzyma ten rum, co cię powali —

to stałbym niewzruszony duch.

Klnę, klnę, klnę,

wy ludzie — — mali.

nadsłuchuje

Słyszysz szept tych ścian,

słyszysz szept i jęk tych ziem?

Słyszysz — uprząż konika

potrząsa dzwonkiem korali?

A tam — patrz — skrzydło orlika

się chwieje. — — A! Księżyc świeci —

Ból — pierś starą pali:

Moje dzieci — moje dzieci!

Ten dzień, gdyście wy ofiarowali

w tańcach, śpiewie i śmiechu,

na ołtarzu woniące śmieci

rzucając Bogu — wy bez grzechu.

Gdzieżem ja oczy miał, że w to wierzyłem!?

O marność, ojcze-człowieku!

W zaraniu dni was straciłem

w różach i kwiatach, i śpiewie.

Świątynio! Spal cię zarzewie!

zatacza się

Świątynio! Spal cię piorunie!

ORSZAK TROILUSA

zdejmuje bogaty strój z konia świętego

Kapy i strój Pozejdona zwijają

Każdy chłopak dzierży inną część ubioru

LAOKOON

Bierzcie wszystko — a ja tu ostanę w trunie

z synami memi, wężami.

śmieje się

A ty wierzył-mi w to, że ja zapłaczę łzami.

Na mnie tu patrzy wieków sto, lat tysiąc,

i myślą, piersią mą, miłością mam im przysiąc

wierność na prochy.

Ja słyszę szum i szept tych drzew,

co kiedyś nad te lochy

wzrosną gajem —

jak słyszę szum tych mórz,

co skamandrowym ruczajempodpełzły pod to cebrzysko.

Widzicie roje bóstw! — O, roje zmarłych dusz! —

pokazuje dookoła siebie

Otwarcie patrzę w śmierć, tam gwiazda wasza świeci.

O Śmierci! wszakże ty wrócisz mi moje dzieci.

O synku mój płowowłosy,

prawie twoje widzę oczęta

błękitne, jako niebiosy

O synku mój rumiany,

prawie twoje widzę usta rozchylone.

Ołtarza się chwytasz kolany,

wyginasz rozpacznie rączęta...

A! węże! — węże wplecione

w twoje ciało... Cha cha — — a wiesz ty, co zostało?

pokazuje na studnię

pochyla się ku studni

kładzie się na ziemi

nasłuchuje

Tam grają. — — — na dnie topieli

na dnie tej studni głębokiej

i wołają, nawołują ku mnie:

,,Ojcze —- ojcze — my w trumnie —

chcesz ma obaczyć żywemi — —”.

ORSZAK TROILUSA

zabrawszy konika i przybory stroju i łuk i kołczan Pozejdona.

oddalił się poza wrota

i słychać jak idą przy fletach

LAOKOON

nasłuchuje

      Wyrzekłeś — — żyjesz z niemi...

PRIAM

odchodzi

CHÓR CHŁOPCÓW

słychać z za wrót

Zielony wał, zielonych wód!

Przejdziem go w bród,

hej morze, falo, hej morze!

Pozejdon Bóg

potrząsa róg,

piorunem rwie przestworze.

Rumaku hej, koniku hej,

wstań z wód, wstań z wód, wstań z wód.

Zielony wał, pieniących fal,

hej morze!

Przejdziesz go w bród,

koniku hej,

wędzidło ci założę!

głosy giną w oddali

LAOKOON

podnosi się z ziemi

zamyka wrota

stoi chwilę u wrót, jakby w zapomnieniu

postępuje ku studni

zrzuca z pokrywy drewnianej głaz ciężki

pokrywa studni na sznurach dźwiga się sama ku górze

LAOKOOK

klęka

twarz jego mieni się trwogą

oblicze kryje do ziemi

leży stężały z trwogi.

Po długiej chwili

nad ocembrowaniem kamiennem studni kołyszą w ciemności dwa wielkie połyskujące łby:

WĘŻE

[XII] NA POKŁADZIE OKRĘTU ODYSA

ODYS

wszedł na pomost okrętu

TOWARZYSZE

idą za nim

ODYS

usiada

Przedewszystkiem podajcie mi wór z winem; ci bowiem,którzy ugościli mnie, sobą byli zajęci i o skrzepieniusił moich nie pomyśleli.

pije wino

Byli może wiedzeni przeczuciem, że sił moich wszystkichużyję na ich szyderstwo i umniejszenie ich potęgi,która wiele zmalała w mych oczach, którym niejednozobaczył z bliska.

pije wino

Wracam z Troi.

TOWARZYSZE

posiadali na deskach i poręczach

ODYS

Przede wszystkim podajcie mi suchary z moich skrzyń,o których wiem pewno, że nie są zaprawne jadem żadnejtrucizny, i które jedząc, przypomnę sobie domostwomoje i przeszłoroczne zbiory zbóż, i żonę moją. Wracam z Troi.

je suchar

Gdy wam opowiem wszystko, co zaszło dotąd, a poczęłosię z wieczora dnia dzisiejszego, zasnę, a wy zbudziciemnie dopiero wówczas, gdy wykonacie wszystko to, cowam przeznaczyłem do działania.I opowiadanie moje zacznę od tego, co uczynić wypadawam, abyście nie sądzili, że tylko umyśliłem chwalićsię przed wami i że to, co wy macie zdziałać, już nigdywas nie uczyni mnie równymi.

pije wino

Weźmiecie powrozy grube i przygotujecie je tak, abyzarzucone na szyję i ściągnięte, śmierć łatwą dały tym,których z miasta wywiodłem, a którzy nad brzegiemmorza odprawują obrzęd uroczysty.

Jest ich prawie tylu, co was. Więc pójdziecie wszyscy.I powoli, po jednemu się zbliżając, jakobyście niejakomuszli a krabiów szukali, pochyleni podejdziecie ku nimi zwabiać ich będziecie pojedynczo ku sobie.

Jeden zaś niech patrzy z dala i bieg cały zdarzenia obejmiebystrze — i świstawką da znak, kiedy macie zarzucićpowrozy. Księżyc ten będzie świecił jeszcze równiejasno, jak tej świeci chwili — a cichość i milczeniezależy jedynie od waszego rozsądku.

Wtedy zabierzecie wszystką porzuconą przez nich odzieżi stroje, i przybory i wrócicie do mnie, i staniecie nademną śpiącym.

pije wino

Dobranoc.

układa się do snu

zasypia

[XIII] W NAMIOCIE DIOMEDESA

DIOMEDES

siedzi skulony

TERSYSTES

wchodzi niosąc toboły

Cóż to? Czuwasz tej nocy?

DIOMEDES

milczy

TERSYSTES

      Krwi moja rodzona.

Jestem twój krewny — w tym cześć moja cała.

Poza tym jestem niczym. — Ciebie to nie boli,

że ja w tłum szary wszedłem, że zginąłem w tłumie.

Myślisz, że jestem niczym i że nic nie umiem?

Wielki człowieku, pozwól przespać się w namiocie

gdzie w kącie...?

DIOMEDES

milczy

TERSYSTES

      Lub gdy nie śpisz, na twoim posłaniu — ?

Spać muszę, bowiem mam się zbudzić na zaraniu.

kładzie się

Myśl, myśl, mój wielki bracie. Nie zdarza się codzień,

żebyś myślał. U ciebie myśl rzadki przechodzień.

Teraz czuję, gdy patrzę na twą dziwną postać,

żeś ty może mój krewny i możesz mi sprostać.

Gdyby nie to, żem śpiący, mógłbym długo prawić;

smutek twój bym rozprószył i zdołał zabawić.

Lecz jestem wyczerpany z sił w służbie narodu.

Jeźli masz jaki udziec, daj, bo łaknę z głodu.

Pozwól, sam sięgnę ręką. — Rozkoszuj się ciszą. —

W każdym namiocie wiem, gdzie połcie wiszą.

bierze połeć słoniny

Myśl, myśl. Myśl kształci ducha, rozwija, uzbraja.

Myśl, jak wino — opęta ducha i upaja.

Masz tu wino?

DIOMEDES

chrapie

TERSYSTES

maca za winem

      Wór pusty. — Spił się niestatecznie.

Kiedyż ku temu wzrośnie duch, by żył społecznie.

znajduje inny wór

Jest drugi wór. Wysączę i tym go przygnębię,

że w samolubstwie służył własnej gębie,

że mu przez myśl nie przejdą ci biedacy, ludzie,

co przy jego namiocie tu pracują w trudzie.

Dzięki, żeś mnie oświecił, Zewsie dobrodzieju,

żeś mi nie dał zapomnieć, ktom jest.....

ONEIROS

unoszący się w powietrzu, potrąca go nogą

      Pij złodzieju!

TERSYSTES

opuszcza wór z winem

pogląda ku Diomedesowi

DIOMEDES

śpi

TERSYTES

Przez sen gada.

ONEIROS

unoszący się nad Diomedesem

      Morderco! Patrz, krwi rzeka płynie!

przyrzuca Diomedesa płachtą

TERSYTES

Wino go trochę mroczy. — Czuję się wzmocniony.

przykrywa się z głową na posłaniu

Zasnę z workiem, jak ojciec Zews obok Latony.

Kto wie, czy nie pochodzę od Zewsa? Być może.

Zews tak często do gustu zmieniał twórcze łoże.

zasypia

DIOMEDES

szarpie się, spętany płachtą Oneirosa

Trupie! Oderwać rąk....!! Masz! — Upadła!

ONEIROS

      Podły.

Zepchnij ją na dno rzeki!

DIOMEDES

budzi się

usiłuje się uwolnić od Oneirosa

chce go zrzucić z siebie

ONEIROS

udaje jęki człowieka mordowanego

DIOMEDES

jakby kogoś ciskał w przepaść z wysoka

ONEIROS

ulatując w powietrzu

śmieje się

Cha, cha!

DIOMEDES

ockniony

      Noc się sili.

Już nie pamiętam nic. — Jutrzejsze rano:

dla mnie słoneczny dzień. — Trupy nie wstaną.

Moc się Boża przez moje objawiła czyny;

tyleż, co mojej, boskiej w nich jest winy.

Lećcie straszydła precz. — Minęła trwoga.

Niech mnie ogląda dzień rzezańcem Boga.

[XIV] NAD SKAMANDREM

ACHILLES

siedzi na urwistym brzegu

skalony I zapatrzony i zasłuchany w wodę

FALE

przepływające:

1. I dla kogoż ty będziesz siły twe marnował?

2. Bogini cię zrodziła, a Bóg cię wychował.

3. Maszże być sługą cudzym, na czyjej niewoli?

4. Jesteś z tych, co jak lemiesz przejść mają po roli.

5. Za cóż tobie ci ludzie, jeźlić urągają — — ?

6. Żeś synem Bożym jest, uznać cię mają.

7. Na tobie spełni się dola człowieka.

8. Czekaj, wytrwaj twą siłą, królestwo cię czeka.

9. Królestwo ponad wszystką ziem twego narodu.

10. U szczytów sławy polężesz za młodu.

11. Nie wrócisz do ojczyzny, iżeś śmiał odpłynąć.

12. Tutaj tobie znaczono zwyciężyć i zginąć.

zastój

FALE

znów płyną:

1. W sieć losów jesteś przez Bogów złowiony.

2. Strzeż się, bo przez najbliższych twych będziesz zdradzony.

3. Cokolwiek chciałbyś myśleć, ich wola wprzód bieży.

4. Czyhają, jako sępi, na swoich szermierzy.

5. Przyznają tobie sławę, lecz za cenę zgonu.

6. Sławę z śmiertelnym ciosem Bóg ześle ci z tronu.

7. W tobie jest objawiona potęga człowieka.

8. Człowiek przed losem swoim daremno ucieka.

9. Możesz czas twój ostatni na twą zemstę użyć.

10. Nikt nie ma mocy życia przykręcić lub zdłużyć.

11. Możesz przed zgonem w pożar zognić twego ducha.

12. Ciało pokrywa marna jest, skorupa krucha.

zastój

FALE

znów płyną:

1. Żywot twój nie na jednym zakończy się bycie.

2. Będziesz się błąkał duchem we gwiazd zawierusze.

3. Aż trud podejmiesz nowy, nowe zaczniesz życie.

4. W odległe wbiegniesz puszcze, nad jeziorne głusze.

5. Jako orzeł polecisz na skrzydłach niesiony.

6. W górnym locie zapomnisz, gdzie rodzinne strony.

7. Wyzwoleń będziesz duchem z ciała i pamięci.

8. Zginą wszyscy, co z tobą dziś walczą przeklęci.

9. Wzbudzisz nowe narody do siły i czynu.

10. I zginiesz jako teraz, gdy sięgniesz wawrzynu.

11. Skrzydła orle na kasku twoim się rozszerzą.

12. Przemóż Śmierć! — Ducha twego siłą zgonu mierzą!

CENTAUR

nadbiegł i przystanął nad urwiskiem

Eheu, Eheu, Pelido!

Jak wartko dnie twe płyną,

jak w przepaść noce idą.

Jak młodość, hej, ulata

na krańce kędyś świata.

Jak twoje myśli lecą

po wodzie, po tej fali;

ani ku tobie wrócą

z tej morskiej wielkiej dali.

Ino je porwie morze

na wały, hej, na wody —

Pelido, hej, Pelido,

chowańcu ty mój młody!

Pomnisz, jakoś z Centaurem

Wybiegał w las na harce;

jako się drzewa-starce

patrzyły na twe obroty — ?

A tyś się łukiem zmierzył

i wycisnął grotem, i uderzył — ?

Nie chybią twoje groty!

Pomnisz, jakoś spoczął pod laurem — ?

Pod laurem spocząłeś w cieniu

i słuchałeś jako Centaur dzwoni

na złotostrunnej lirze:

o Sławie, o bohatyrze,

o walce, mnogiej zdobyczy —

a twarz się twoja płoni

i twe siły rozważasz w sumieniu.

przebiega górą urwiskiem i przepada

FALE

niosą ciało Pentezilei

FALA

Kochankę twoją niosę,

patrz, dziewczę jasnowłose,

patrz, oczy ma otwarte,

patrz, usta ma w uśmiechu.

Jakiż okrutnik zabił tę urodę?

Patrz, szyja ściśnięta pętlicą,

patrz w jej lico.

czyli nie cudne?

czyli nie milsza niż Bryzejka,

która twoją była kochanką — ?

ACHILLES

przyjmuje z rąk Fal ciało Pentezylei

dzierży ją w objęciach martwą

Fala drwi ze mnie. Noc śle na mnie trwogi.

Któż jesteś, dziewczę niesione przez fale?

Śmierć cię spokojna ujęła.

Dziewczyno! Rzeko płyń, skończone żale.....

Umarła abo li zasnęła — ?

Czyli cię miłość okrutna uśpiła?

Omdlałe gnie się twoje ciało;

o luba, dałbym życie moje,

gdyby to życie tobie dało.

W dziwnym zdarzeniu, z Bogów woli

ku mnie spłynęło twoje ciało.

Przyszłaś u kresu mojej doli,

gdy serce kochać już przestało.

Wszystko, com kochał i polubił,

złość ludzka, zawiść mi wydziera.

Spłynęłaś, abym cię poślubił,

gdy cię spokojna śmierć ujęła.

O luba, dałbym moje życie,

gdyby to życie dało tobie.

Przyjm pocałunek, boskie dziecię.

Miłość zakwita na grobie.

całuje ją umarłą

całuje i pieści trupa

PENTEZILEA

Gdzieżem jest? — Patrzę. — Duch się mój obudził.

Tyżeś jest przy mnie, kochanku,

tyś całowaniem mię poślubił,

do miasta pójdziem o poranku,

gdy słońce błyśnie, o świcie —

Ktoś jest, coś mi powrócił życie — ?

Ktoś jest, co pieścisz mnie tak czule,

ty, co całujesz mnie umarłą — ?

O patrz, te rany, patrz me bóle —

ran moich tyle się otwarło.

O, lepsza śmierć i zapomnienie.

Sen wieczny — moc mię twoja budzi. —

Pocałuj — — nie chcę żyć śród ludzi.

Daleko jeszcze te promienie

Słońca? — Noc jeszcze głucha. — —

Jutrzejszy dzień da wyzwolenie

nocy twojego ducha.

Dobranoc.....

ACHILLES

      Czyjeż słowa słyszę — ?

Mowa to duszy, moc upiorna.

Dobranoc, niech cię niosą fale.

To ja sam za nią mówię,

a fala szemrze przekorna:

dobranoc. — Już cię woda niesie.

Dobranoc — miłość moja płynie.

oddaje Falom ciało Pentezilei

FALE

płyną unosząc umarłą

ACHILLES

usiadł był tuż u skraju fal, wpatrzony i zasłuchany w wodę

O matko moja, rodzicielko,

Sławę roiłaś dla mnie wielką,

Sławę młodemu wiekopomną.

Czyliś już wróżby twej niepomną,

czy przepomniałaś o twym synie?

FALE

przepływające:

1. I dla kogóż ty będziesz siły twe marnował?

2. Bogini cię zrodziła, a Bóg cię wychował.

3. Maszże być sługą cudzym na czyjej niewoli?

4. Jesteś z tych, co jak lemiesz przejść mają po roli.

5. Za cóż tobie ci ludzie, jeźlić urągają?

6. Żeś synem Bożym jest, uznać cię mają.

7. Na tobie spełni się dola człowieka.

8. Czekaj, wytrwaj twą siłą, królestwo cię czeka.

9. Królestwo ponad wszystką ziem twego narodu.

10. U szczytów sławy polężesz za młodu.

11. Nie wrócisz do ojczyzny, iżeś śmiał odpłynąć.

12. Tutaj tobie znaczono zwyciężyć i zginąć.

zastój

FALE

znów płyną

I znów coś szemrzą, szepcą, gwarzą,raz go pociechy słowem darzą;to mącą słowem światło ducha.On zadumany fal tych słucha.jak szemrzą, szepcą, gwarzą, płynąigrają, w oczach wstają, giną.

[XV] NAD MORZEM

Na ławicy piasku, śród łodzi i okrętów, rojowisko rzemieślników, zajętych pracą.

TERSYTES

wchodzi

przystaje

kijem kreśli znaki po piasku

przystają i gromadzą się koło niego

gdy się zbierze spora liczba gapiów

TERSYTES

porzuca kijek

wskakuje na beczkę i poczyna:

Oto jako zawsze z maluczkich powstaje ogrom.

Z rzeczy na pozór niepozornej rzecz, która wszelkim pozoromsprosta i przerośnie te nawet szczyty, ku którym myśl wasza nie sięgła.

O myśl waszą tu idzie.

Idzie o nią mianowicie, aby szła, a nie stała w miejscu, jak oto w miejscu stoją wasze okręty.

Waszych rąk dzieła, mianowicie te okręty stoją w miejscu.

A oto za ruchem waszych okrętów i żagli pójdzie myśl wasza.

Krótko: Po co wy tu siedzicie?

Wielkości rzuciliście już ten ochłap i pokłonili się, jakby tego wymagała wasza pycha i zarozumiałość. Aleć nie dla samej pychy i zarozumiałości żyjecie? Może wam być indziej i lepiej, aleć to jest nieznane i niech wprzódy takie orzechy rozgryzają same Bogi.

Krótko: chodźcie do domu.

Rzućcie jedno piękno dla piękna kształtu drugiego. Zarzućciewystawanie po cudzych brzegach, może nawet w skutku wzniosie zdobycznością, ale zbyt dybiące trudami na waszą krew i żywot wasz niedoceniony. Zarzućcie dla piękna powrotu, zieleni morskich wałów, dla myśli powitalnej rodzimych strzech i tego dymu woniącegoz kominów rodzimych waszych chat.

Dla chat waszych, kominów i dymu!

Krótko: to samo mówi Achilles, tylko Achilles nie umie mówić waszym językiem.

Wielbię wielkość i lubię słuchać opowiadań o rzeczach wielkich, ale aliści wielkość jest różna. I często nie wymiar jest tym czynnikiem ostatecznym.

Oto: współczucie oceniać ma miarę wielkości.

Rozumiecie mnie teraz, gdy w osierdziu waszem to samorodzi się uczucie, które mnie w słowach ku wam skłania.

Idźcie za uczuciem waszem, za osierdzia waszego pożądaniem,a stworzycie wielkość dla was, podług waszej miary.

Tę wielkość własną.

Nowy stworzycie niejako kształt i rozmiar.

Krótko: ładujcie okręty i w drogę.

Wylądujemy w Tenedos i tam zjemy obiad, nie zapominająco Zewsie, Apollinie, półboskich Atrydach, Achillesiei tym podobnych.

Niech żyje pamięć o Achillesie; bo choć Achilles pamięćma krótką, ale pamięć jego myśli należy do nas, do narodu.

Nie wiadomo jeszcze we wszech rzeczy mierze, ktoze swą miarą i wiarą ostanie — ?

Nie trzeba i źle jest po najwyższe w pysze sięgać, gdynajwyższe znać można ze słuchu. Owszem, niech sięrozwija, ale nie kosztem waszego zdrowia ani kosztemcałości skóry waszej.

Jeśli co kto może — może, powtarzam — niech może sam.

Ku czemuż my potrzebni? — My, mówię — to jest wy. Ku czemuż wy?

Patrzcie na wały tej wody. — Na srebrem pieniące się wały morza, na te bałwany wiekuistego żywiołu.Oto uderzają i wracają. Skarby swej tonii łona swego skorpiony porzucając na wybrzeżu. —

Skorpiony porzucone w suszy zaginą, a narodu falaw głębinie swej wiecznie odżyje.

Atrydzi — to skorpiony! A bałwany te słone, żywioł tenodżywczy, to naród, to wy! To my!! Czyli jedno jesteściez tym piaskiem, przez który rzeka abo potok płynie?

Rzeko, mówię, rzeszo! Potoku, mówię, i żywy strumieniunarodu!

Wracaj, gdzie ci dobrze.

Albowiem chciano cię tu wywieść celem przesiedleniai łupiestwa; by inni część twoją ojczystą wzięli i zagrabili.

Bednarze jesteście i cieśle! Tkacze, koszykarze i garncarze!Kucharze i siodlarze!

W waszem ręku żołądek narodu i jego skrzynie i ubiory.

Mosiądz jego i złoto jego gnie się w waszym ręku. Pracarąk waszych jest nieustająca i pilna i ona jest podstawąkaprysów tych, którzy wami rządzą.

W waszym więc ręku są kaprysy tych, którzy nad wamikapryszą.

Zakres wasz jest mały, ale doniosły.

Waszego potrzebujecie człowieka, który by waszym byłrzecznikiem.

Ja, że wśród was wyrosłem ponad was, ja, że handlujęrozmaitościami, duszę waszą złożoną objąć, pojąć, ukochaći do łona przycisnąć mogę.

Niejako jakby mogę.

Wracajcie ze mną. A utworzymy Pospolitą-Rzecz z waszychsiodeł i skrzynek, z potrawu i jadła, z garnkówi koszyków, z rozmaitości i drobnostek, z pracy rąk waszych.Przez was, dla was — obywatele przyszłości.

Męże do czynu!

W Tenedos spożyjemy pierwszy posiłek.

A od Tenedos Bóg się już dziełu naszemu przeciwstawiałnie będzie.

Bóg i naród.

Naród i Bóg! Wielkość w ogromie spotęgowanej wolimaluczkich.

Mała wielkość! Swoja!!

zachwycony sobą

Pogoda jest i wiatr mię z tyłu podwiewa pomyślny.Wiatr ku ojczyźnie — że i pracy wiele żeglarzom nieprzyda.

wskazuje obnażone wichrem łydki

Boży to znak.

Znak! Bóg! Wielkość! Pogoda!

Obiad w Tenedos!

WSZYSCY

krzyczą

oklaskują Tersystesa

TERSYSTES

wzruszony

poseła od ust całusy

[XVI] W NAMIOCIE ACHILLESA

DZIEWCZYNA

Już dzień. — Więc to mi przyrzekasz,

że nie weźmiesz dziś na się zbroi?

PATROKLOS

To ci pewno przyrzeknę, dziewczyno,

że jak wrócisz do mnie jeszcze kiedy,

to cię przyjmę na moje posłanie.

DZIEWCZYNA

Czy jesteście Achilles, wy panie?

Czy jesteście ten drugi młodzieniec,

co z nim śpi — ?

PATROKLOS

      Którego byś wolała?

DZIEWCZYNA

Ciebie, ale żebyś ty był ten, co go płacze Brizejka.

PATROKLOS

A więc płacze Brizeis w niewoli?

DZIEWCZYNA

Płacze, póki się nie zaśmieje,

jak się śmieje, to zaś nie płacze.

A to ci tak wytłumaczę,

że się wezwyczai powoli.

wstaje z posłania

Już dzień. —

nadziewa chustę

Jużem uciekła.

ucieka

PATROKLOS

wołając za nią z posłania

Hej, zostań lepiej, bo tam weźmiesz chłostę,

jeźli cię złapią. — — Hej!

ACHILLES

wbiega

      Wołasz na kogo?

PATROKLOS

Całyś w ogniu, krew bije ci na twarz płomieniem.

ACHILLES

A ty czem zrumieniony — ?

PATROKLOS

      Miałem tu dziewczynę.

ACHILLES

Nie dziewczyna mi w myśli. — A! ten błazen z piekła

w szyderstwo głupstwa zawlókł myśli moje,

że zrumieniony gniewem wstydnym stoję.

Gawiedź co głupią zebrał po obozie

i za pieniądze wyłudzone Troi

płynie przez morze, przez zielone fale,

głosząc, że woli dym z rodzimej strzechy

niźli zdobyte zbrodnią wielkie czyny.

I że płynie ku wyspom, kędy ja, Pelida,

niebawem za nim pójdę — ?

PATROKLOS

      To pewno Atryda

podmówił go — by udał i ciebie ośmieszył.

ACHILLES

I przed kim — ? Li przede mną chyba tylko samym?

Za cóż ja mam ich myśli, wagę i uznanie?

Wstyd mnie pali, że błazen taki mnie jest w stanie

z imieniem swoim złączyć i głośno powiadać,

że przychodził tu do mnie myśl moją wybadać

i że to wszystko wysnuł z mojego milczenia.

Że jestem jemu równy na wagę myślenia.

PATROKLOS

Gdzieżeś bywał tej nocy?

ACHILLES

      Przesiedziałem całą

żaląc się morskim wałom, a morze słuchało.

PATROKLOS

I czego-żeś się żalił?

ACHILLES

A czy ja wiem czego — ?Że chytrzy okradają zawsze szlachetnego.

Że kto szlachetny, może poskarżyć się niebu;

że go głupiec wychwalać będzie w dzień pogrzebu.

Myśli moje! — Hej, w pościg za wami chyżemi?

wyrzuca bełt z cięciwy

Patrz, jak strzała obiegła. Wbiła się do ziemi.

próbuje ostrzów

PATROKLOS

Cóż to, próbujesz grotów —?

ACHILLES

      Próbuję czy ostre.

PATROKLOS

Ostrzyłem.

ACHILLES

      — — Widziałeś ty Hektora siostrę?

PATROKLOS

Nie widziałem, lecz wtedy będę ją oglądać,

gdy, jako branki, łupem mogę jej zażądać.

ACHILLES

Tak — — tyś ode mnie młodszy i chciałbyś się wsławić.

PATROKLOS

Maszli ty sławy dosyć?

ACHILLES

      Ludźmi chcę się bawić.

Łotrów karać, szlachetnym dłoń podawać śmiele,

choćby to mieli moi być nieprzyjaciele.

PATROKLOS

Co ty mówisz?

ACIHLLES

      To mówię, ku czemu myśl wzrosła.

PATROKLOS

Bo, mój bracie, powtarzasz zdanie tego osła.

ACHILLES

Tersytesa! — On jak pies u nóg moich leżał

i bawił mnie szczekaniem.

PATROKLOS

      Głosi, żeś się zwierzał.

ACHILLES

Ja się temu durniowi zwierzałem? I z czego?

Ten robak śmiał powiedzieć, żem dzielił myśl jego.

Że co się w mojej piersi obudziło duszą,

jest tym samym, co podłe policzki wykrztuszą.

Gniew mnie próżny porywa. Na kogóż się złoszczę?

Pies, co się czołgał tu za moją nogą,

a dzisiaj jest ostoją tym, których ja chłoszczę

czynem, że mnie naprzeciw wszyscy nic nie mogą!

Obić jego powrósłem, rzemieniem czy płazem — ?

Śmieć nie godzien, bym moim jego tknął żelazem.

Nie godzien, bym ja karcił go. — Śmieją się ze mnie!

Bo wszystko, com powiedział tam, rzekłem daremnie.

Bo jeźli takie błazny mnie dziś posłuch dają,

czym są ognie, co w piersi Achilla powstają — ?

Bo jeźli takie płazy, robactwo i brudy

garną się k'mojej myśli — skalane me trudy.

Gdy Achilles w swej dumie żagle w lot rozwinął,

wśród oklasków narodu Tersytes odpłynął!

płacze

PATROKLOS

Płaczesz...?

ACHILLES

      Bo teraz widzę, żem jeno do miecza.

Żem wtedy jeno panem, gdy miecz w rękę chwycę;

że gdy mówię — me słowa obrócą na nice,

że słowa są ciężarem. — Wezmę młot i zwalę,

wpadnę w ich rojowisko i myśl mą ocalę!!

zrywa się

biegnie

PATROKLOS

Co chcesz czynić?!

ACHILLES

      Rzecz wielką. Na wszystko się ważę

W sojuszu będę żył z tym, co mnie godny.

Jestem równie, jak Hektor, na podłą krew głodny.

Pozostanę — lecz łotrów pokryją cmentarze.

PATROKLOS

Ne Zewsa, co chcesz czynić!?

ACHILLES

      Przez Zewsa się stanie.

Tej chwili Hektorowi poślę tarcz, wyzwanie.

I przed Hektorem duszę mą odsłonię całą.

Niech się dzieje, co dawno trza, żeby się stało.

I niech jeno szlachetni władają nad światem,

powiem, że przyjacielem chcę mu być i bratem!

PATROKLOS

się chwieje

klęka

ACHILLES

Dziecko moje najmilsze, co tobie?

PATROKLOS

      Nic bracie.

Lecz myślę, że jednego mnie tutaj kochacie,

że jednego mnie jeno lubicie. — Gdy wola,

pozwólcie, bym Achilla tarcz ja wiódł do pola.

Bym ja wezwał Hektora.

ACHILLES

      Przysięgasz?

PATROKLOS

      Twej sławie

ACHILLES

Wiedz, że śmierć czeka tego, kto przysięgę łamie.

PATROKLOS

Sądzę, że jeden za cię ja godnie się sprawię.

ACHILLES

Przysięgnę sojusz ludom, co dotąd walczyły.

Na hańbę złu szlachetne dziś połączę siły.

Już z dawna Poliksenę dają mi tam w Troi.

Niech poznają, kim jestem dziś, wrogowie moi!

Poliksenę dla ciebie przeznaczam, mój synu.

Dla ciebie jestem gotów wyrzec się wawrzynu:

nieśmiertelnej mej sławy w zabójstwie Hektora.

Teraz, dziecko, dla ciebie jest działania pora.

Jestem na to, bym tępił zło i siłę podłą.

Nie co inne, to jeno, płynąć mnie tu wiodło.

Dziś, gdy widzę, jak podłość mnie oplotła sidłem,

nie czas, bym ja oszustwa cudze skrywał skrzydłem.

Spiesz się, mój ty najmilszy, duszy mojej gończe.

Nieś mą tarcz — niech ja wojnę narodów zakończę!

PATROKLOS

podszedł ku wejściu

daje komuś znaki

znika na chwilę

i tejże chwili wraca

ACHILLES

Czy ty wierzysz, mój chłopcze, ażeby Bryzejka

tak kochała Atrydę, jak mnie — ?

PATROKLOS

      Bracie, nie wiem.

ACHILLES

Czy ty wierzysz, by ona z tem samem zarzewiem

w oczach patrzyła k'niemu, co patrzyła ku mnie?

PATROKLOS

I po cóż myśleć o niej.

ACHILLES

      Westchnąłeś.

PATROKLOS

      Rozumnie

byłoby milczeć.

ACHILLES

      Szydzisz.

PATROKLOS

      Żal mi może

Lecz jeszcze nie wiem czego, czyli jej, czy ciebie?

Czyli tego, co było, gdy była tu z nami?

Czyli tego, że padnie razem z Atrydami,

jako słuszny łup śmierci, który wszystkich sięże,

skoro się zaczniesz mścić.

nadziewa na się pancerz Achillesa

ACHILLES

      Zostaw oręże.

PATROKLOS

Co się gniewasz? — Tę twoją polubiłem zbroję

i szczęk ten lubię dźwięczny twojego pancerza.

ACHILLES

Przestań — już mi mówiłeś — o ciebie się boję.

Nie bierzże mojej zbroi.

PATROKLOS

      Nie chcesz, bym rycerza

udał, gdy na się wezmę twój strój. Czyś zazdrośny?

ACHILLES

Nie. Jedno wiem, że Hektor łuk dalekonośny

dzierży jako nikt inny i oszczep potężny.

I gdybyś ty na chwilę mą zbroją orężny

wybiegł — toby na ciebie przypadli czeredą,

zanimbyś jeszcze sprawił to poselstwo moje.

PATROKLOS

Jedno błagam, Pelido — daj mi dziś twą zbroję.

Postraszę ich Pelidą.

ACHILLES

który posłyszał turkot przed namiotem

      A wóz komu wiedą?

PATROKLOS

Jechać chcę wzdłuż Skamandru. Opodal nad rzeką

zjadę ku źródłom; konie napoję i wrócę.

Będą myśleć, że jedzie Pelida. Zasmucę

wszystkich, gdy ujrzą, żem wozem zawrócił.

ACHILLES

Wracaj. Tu ciebie czekam. Nie skręcaj daleko.

Wracaj.

PATROKLOS

      Czy bardzo o mnie byś się smucił?

ACHILLES

Pleciesz, dziecko — pozwalam — nadto-żeś mi miły.

PATROKLOS

w pełnej zbroi

A ty zawsze myślałeś, że nie mam dość siły,

by te płaty udźwignąć...

ACHILLES

      A stroją cię pięknie.

PATROKLOS

Zda mi się, żem Achilles, jak zbroja ta dźwięknie.

wybiega

[XVII] POD MURAMI

Przeciw siebie stoją na wozach:

HEKTOR

w pełnej zbroi

PATROKLOS

w pełnej zbroi

w prawej dłoni ma wzniesioną gałązkę zieloną

HEKTOR

Przynosisz pokój. — Gardzę twoim mirem!

PATROKLOS

Nie! W twarz tę gałąź chciałem rzucić tobie.

HEKTOR

Wiesz-li kto jestem?

PATROKLOS

      Wiem, idziesz z Iljonu,

nadziałeś zbroję, gotuj się do boju.

HEKTOR

Twoi w obozie głoszą dzień pokoju.

PATROKLOS

Czyli uznajesz mir ten z Atrydami?

HEKTOR

Kimkolwiek jesteś, przybyłeś z łotrami.

Z tych idziesz grona, których nienawidzę.

PATROKLOS

Wiedz: jak ty równie, nienawiść mam dla nich,

Ale są moi i mścić chcę się za nich.

HEKTOR

Wiedz: równy tobie jestem w mojej woli;

walczę w obronie sprawców mej niedoli.

PATROKLOS

Widzę, że działasz przeciw tym, co w grodzie,

gdy inni wszystko sposobią ku zgodzie.

HEKTOR

Widzę, żeś wybiegł przeciw samowolny;

w tej zbroi, którą jeno Achill dźwignie.

PATROKLOS

Sądzisz, żem zbroi udźwignąć nie zdolny.

Zabij mnie, jeźli żądasz, bym zszedł z drogi.

HEKTOR

Poznać cię muszę wpierw, czyli nie kłamiesz,

ty, co Achilla bierzesz na się postać.

PATROKLOS

Więc strąć twym mieczem kask, gdy chcesz mnie dostać.

HEKTOR

Kask zejmij! — Patrzaj — oto kask zejmuję.

zdjął kask

AUTOMEDON

kierujący konie wozu Patroklosa

Hektor!!

PATROKLOS

      O biada ci, gdy zgonu chwila

drugiego każe lękać się Achilla.

HEKTOR

Kłamiesz twą postać — i śmierć będzie karą,

żeś śmiał me oczy Pelidą zatrwożyć.

PATROKLOS

Zadrżałeś! — Możesz mnie zabić, gdy wola;

lecz strzeż się wtedy pojrzeć w twarz Pelidzie.

zdejmuje kask

HEKTOR

Kłamca! — rumienić się będzie we wstydzie,

żeś się zasłaniał, chłopcze, jego tarczą.

PATROKLOS

Strzeż się, Hektorze, bo ten za mną idzie,

którego moce mocy twojej starczą.

HEKTOR

Więc w proch, chłopaku! Gniesz się pod ciężarem..

PATROKLOS

Dzień mój ostatni tobie śmierć zwiastuje.

Szedłem tu do cię z Achillesa darem,

z gałęzią miru dla ciebie jedynie

i oto tak to poselstwo sprawuję,

byś mężem woli uznał mnie w mym czynie.

łamie gałąź

rzuca przed Hektora

nadziewa kask

HEKTOR

nadziewa kask

wozy ruszają przeciw sobie

[XVIII] W NAMIOCIE AGAMEMNONA

ODYS

wchodzi

Wracam — — lecz jeszcze nie skończone dzieło,

dzieło zniszczenia.

kładzie palec na ustach

Cyt. — Mówię za wiele.

Trzeba, by żadne serce nie pojęło

tego, co moja pomyślała głowa.

Spełniłem w noc tę dzieło, dziś reszta się stanie.

Ujrzysz mnie jeszcze w niejednej przemianie.

Przyjm wszystko jako rzecz znaną.

Niechaj ofiara krwi będzie gotowa.

Spieszno mi odejść. — Ty uświęcisz zgodę,

zgodę rzekomą.

AGAMEMNON

      Kłamać?

ODYS

wskazując na niego

      Tak w tej mierze.

Mnie teraz kłamiesz: — — że potrafisz, wierzę.

odchodzi

AGAMEMNON

uderza w tarcz

ZBROJNI

wchodzą

AGAMEMNON

wyprowadza Rezosa

REZOS

wchodzi

AGAMEMNON

do Rezosa

Otoś jest wolny. — — Oto twoje szaty.

Straż moja schwytała złoczyńce.

Pospieszysz w miasto dziś wieścią bogaty.

Witać cię będą jako dobroczyńcę.

Wieczysty sojusz zawieram z Iljonem

i żem śmiał z Bogiem mórz walczyć żelazem,

boć Ilion święte miasto Pozejdona,

więc siedmiu zbrojnych sojusz święcę zgonem;

straszliwą śmiercią siedmiu zbrojnych skona.

Pozejdonową dziś kąpią kobyłę

w fal morskich słonej topieli.

Oto Pozejdon swą objawia siłę:

i ci, co z sobą na bój stanąć mieli,

krzywdy i straty głoszą za niebyłe,

by w zapomnieniu mir wieczysty wzięli,

Ustrój się godnie. W niezadługim czasie

powiedziesz Boga Centaura do grodu.

Tam oczekuje was Święto narodu.

REZOS

oddala się

ZBROJNI

niosą za nim jego ubiory

DZIEWCZYNA

wbiega

AGAMEMNON

Skąd wracasz —?

DOZORCA DZIEWCZĄT

wbiegł za dziewczyną

AGAMEMNON

do dozorcy

      Za nią ty odpowiesz.

DOZORCA DZIEWCZĄT

Myślę, że była u kochanka.

AGAMEMNON

Utopić.

DZIEWCZYNA

      Wracam od Pelidy.

Byłam go przestrzedz — i zostałam.

AGAMEMNON

Kto cię posłał?

DZIEWCZYNA

      Jego branka.

AGAMEMNON

Więc w zamian wzięłaś jej kochanka.

DZIEWCZYNA

Ogniami temi jeszcze pałam,

które mi dał w uścisku.

AGAMEMNON

I przed czem byłai go przestrzegać?

DZIEWCZYNA

By się nie ważył dziś wybiegać

ni wozem, ani pieszo z bronią,

bo śmierć królować ma w igrzysku,

i z tym orędziem sługi twoje

przez cały obóz ganią.

A żem została, chłostaj biczem,

Eros tu winę moją zmniejszy — —

młodszy od ciebie i ładniejszy.

HIPODAMIA

podsłuchiwała, naraz staje we drzwiach namiotu

To nie on!

DZIEWCZYNA

      Wszystko mi to jedno.

Jeszcze ramiona jego czuję

i słowa, co mi szeptał.

HIPODAMIA

Myślisz, by Achill miłość moją

na pierwszym dniu rozstania deptał?

DZIEWCZYNA

A jednak cię trucizna truje

zazdrości; — nie dbam o złość twoją.

AGAMEMNON

Jeźli to Achill był ten miły,

co cię dziś gościł nocą,

i jeźli twoich słów posłucha —

powiodą cię doń sługowie.

O co rozumu przewagą

darmo się silą królowie:

żeś ty zdeptała jego ducha

powabem twego ciała.

HIPODAMIA

Jeźli to Achill był ten miły,

co cię dziś pieścił nocą

i tulił do piersi nagą —

to patrzeć ino, jak wybieży

we złotej swoich zbrój odzieży,

i tegom ino chciała!

AGAMEMNON

Czego?

HIPODAMIA

By szedł przeciw twej woli.

AGAMEMNON

Zginie!

HIPODAMIA

      A czyliż mu to zginąć pozwoli

tylu tbrajnyeh królów i mężów!?

AGAMEMNON

Zginie — bo dziś żaden pomocą

nie wybieży i nie sięgnie orężów.

HIPODAMIA

Niewolników to masz na smyczy?

WRZASK

słychać

AGAMEMNON

Skąd ten wrzask?

DOZORCA DZIEWCZĄT

      Gawiedź krzyczy.

AGAMEMNON

wychodzi do wrót

DOZORCA DZIEWCZĄT

za nim

HIPODAMIA

Byłaś u niego?

DZIEWCZYNA

      Nie wiem u kogo.

HIPODAMIA

Czy zastałaś innego?

DZIEWCZYNA

      Samego.

HIPODAMIA

Czy był smutny?

DZIEWCZYNA

      Wielce zadumany.

HIPODAMIA

Czy me imię wymówił?

DZIEWCZYNA

      Powtarzał.

Przez pierś, gdy się obnażał,

wyryte miał w promieniach słońce.

AGAMEMNON

wraca z pośpiechem

TŁUM

za nim się ciśnie

uchylono płócien namiotu

WRZASK

Hektor walczy!!

AGAMEMNON

do Hipodamii

      Patrz, tam śmiertelni gońce!

Hektor pędzi złotego rycerza!!

HIPODAMIA

patrząc poza namiot

W słońcu zbroje się świecą.

AGAMEMNON

Trupy z wozu się walą!

HIPODAMIA

      Achilles!! Zbroja jego!

biegnie

AGAMEMNON

Gdzie lecisz?

HIPODAMIA

      Tam! do niego!

wskazuje Agamemnona

Radość z tych oczu bije.

Niedoczekanie, byś mnie miał kochanicą.

DZIEWKI

Konie jakieś pędzą rzucone.

HIPODAMIA

Ksantus! — Lecą w stronę namiotu!

Jak mnie wóz ten zabije,

niech mnie z tym trupem spalą!!

wybiega

ginie pod końmi przelatującego wozu

[XIX] W NAMIOCIE ACHILLESA

ACHILLES

zadumany

TETYS

wchodzi

otoczona chórem wodnic

CHÓR

   1. O nie płacz dziecię rycerzu.

   Cóż tobie jedna kochanka?

   Zdobędziesz inną żołnierzu,

   inna przytuli cię branka.

   2. Najdzie cię inna kochanka,

   dobędziesz inną żołnierzu,

   inna przytuli cię branka —

   o nie płacz dziecię rycerzu.

ACHILLES

O matko, idziesz strojna w wód dziwne obsłony.

O matko, jak okrutnie jestem poniżony.

TETYS

Zwiastujęć, synu, tobie dnie twoje najbliższe.

Będziesz sławą wyniesion nad męże najwyższe.

ACHILLES

Słowom twoim wierzyłem zawdy, matko miła.

TETYS

W bólu twoim najwyższa dla cię, synu, siła.

ACHILLES

Nie uwodzisz mnie chyba zwodną obietnicą?

TETYS

O dziecię, daj mi dłonie twe i przytul lico

ku moim piersiom.

ACHILLES

tuli się do matki

      Bogini srebrzysta...

TETYS

Synu Peleusa, sława twoja wiekuista.

ACHILLES

Więc przez miecz będę sławny?

TETYS

      Nadejdzie godzina,

gdy miecz się stanie żagwią w ręku mego syna.

ACHILLES

Więc przez miecz będę sławny, gdy w gniewie zwyciężę?

TETYS

Najpierwszy z mężów Trojej pod ciosem twym lęże.

ACHILLES

Ja mam zabić Hektora?! Nigdy!

TETYS

      Przez cię zginie.

Ciebie jeno się lękać będzie w swoim czynie.

ACHILLES

Co mówisz? W jakim czynie Hektor mnie się strwoży?

TETYS

Gdy najmilszego z ludzi twych trupem położy.

ACHILLES

Kogo?

CHÓR WODNIC

   Gdzie twoj druh?

   Czyli poszedł poić konie?

   Czyli źrebce paść na błonie?

   Czyli bawi się z dziewczyną?

ACHILLES

      Czegóż się lękam?

TETYS

      Przyjaźni dotrzymaj.

ACHILLES

opędza się wodnicom

Precz przekląte widziadło! Zmora!

TETYS

      Za miecz imaj!

ACHILLES

Zabrał mi moją zbroją i miecz! —

TETYS

      Mścij się synu!!

ACHILLES

O matko, jakąż zemstą wołasz mnie do czynu?!

TETYS

znika

ACHILLES

Jako mgła się rozwiała. — Myśl to jeno moja.

Wybiegną. Tam z daleka zalśni jego zbroja.

tętent wozu

wybiega przed namiot

Konie same wracają — pobiegły do żłobu.

słychać go jak krzyczy:

      ...Któż się w bolu wije?

Padł, przybiegł z wieścią, —

AUTOMEDON

leży na ziemi u płócien namiotu

      Włady,... Patroklos nie żyje.

ACHILLES

dźwigając go

Spadł? Konie go poniosły?

AUTOMEDON

      Nie. — Zabit. — Powleczon.

ACHILLES

Kto go powlókł?

AUTOMEDON

      Tam leży, we krwi w szczerym polu.

Pędziłem całą siłą — bo Hektor mnie goni,

Hektor, który go zabił.

ACHILLES

      Do broni! do broni!!!

— Kto jest przy nim?

AUTOMEDON

      Przy trupie nie było nikogo.

Nikt koło nas nie walczył, patrzono z oddali.

Nikt nie bieżał z pomocą.

ACHILLES

      O nędzni i mali.

Myślano, że to jestem ja w tej mojej zbroi.

AUTOMEDON

Myśleli, że ty giniesz, przyjaciele twoi.

ACHILLES

Podli! — Co prędzej zawróć. — Pij tu z tego kruża.

Odzyskasz moc.

nawołuje do innych po za namiot

Przeprzążcie konie!

patrzy otworem w namiocie

Jakowyś mrok przesłania nadrzeczne wybrzeża.

AUTOMEDON

To Apollon, niechętny nam, Hektora strzeże

i okrywa go chmurą.

ACHILLES

      Rozegnam te chmury.

Krwią Hektora opluję te Iljońskie mury,

ubiera się w zwykłą zbroję niepozorną

Trzymaj lejce. — Tarcz dajcie. Podajcie dziryty.

I lecieć za mną pędem, łup będzie obfity.

burza

ANTILOCHOS

zdyszany wbiega

ACHILLES

czego chcesz?

ANTILOCHOS

      Wieść przynoszę.

ACHILLES

      Już wprzódy przed wami

nieszczęścia wieść czarnymi przybiegła skrzydłami.

Precz.

ANTILOCHOS

Ajas odbił ciało i przegnał zwyciezcę.

ACHILLES

Niech Ajas weźmie zbroję. — Leć z wieścią o klęsce!

Ja Hektora zabiję! — Ziem Trojej zaorzę!!

Zamorduję!!! Hektorze, Hektorze, Hektorze!!!

wybiega

dosiada wozu, wóz rusza

[XX] POD MURAMI. U ŹRÓDEŁ

PALLAS

uzbrojona, biegnąc

Tam, tam, o widzisz go, biegnie w oddali!

ACHILLES

sądzi, że ściga kogoś przed sobą

uzbrojony biegnąc, krzyczy:

Zabiłeś przyjaciela, jedynego druha!!

przebiega

HEKTOR

uzbrojony wbiega

przystaje

Przystanę — krew w gardło mi bucha.

Owóż źródło. — Garść chwycę, ha, jak ukrop pali.

pije

Odetchnąłem. — Gdzież tygrys? Muszę go doścignąć;

niech nie sądzi, żem stchórzył?

PALLAS

przemyka się koło murów

HEKTOR

nie patrząc w tył, a pewny, że jest ktoś za nim

      Pomóż tarcz mą dźwignąć.

I powiedz tam wrotnemu, by wrota odemknął.

PALLAS

zapada się

HEKTOR

Przepadł? Wszak był ktoś tutaj? Czy Deifob? Czy widmo?

Czyli mój to cień własny po murze się przemknął?

Słońce pali.

biegnie w stronę, gdzie pognał był Achilles

Apollu, zawlecz niebo mrokiem.

Czyimże to w śmierć jestem skazany wyrokiem?

grom

Znak mi dajesz. W tym znaku zwycięstwo się waży. —

z trwogą ciszej

Jeżelim kiedy twoich zaniedbał ołtarzy

o Pallas...

ACHILLES

wraca od strony, w którą pobiegł

HEKTOR

      Czekam na cię. Chcesz się mścić. Dostoję!

ACHILLES

Zabójco dzieci, zbrój się, grabarzu, zabiłeś!

HEKTOR

Odrzuć włócznię! Na noże walcz, dostoję pola!

ACHILLES

Strzeż się, gdy nieopatrznie włócznię wyrzuciłeś.

Walczę włócznią, bo zabić jeno moja wola!

rzuca dziryt

HEKTOR

upadł na kolana, ugodzony w szyję

ACHILLES

patrzy

HEKTOR

gnie się ku ziemi, drżący

Ciało me oddaj ojcu, dzieciom i mej żonie.

ACHILLES

Wprzód ogniem cały Iljon zdobyty zapłonie!

wyrywa dziryt z rany Hektora

HEKTOR

omdlewa

[XXI] NA MURACH ILIONU

PRIAM

biegnie z pośpiechem

GROMADA STARCÓW

otacza go, biegnąca za nim

wszyscy patrzą kędyś w dół, poza mury

PRIAM

sute ubranie starczej swojej głowy zrzuca; pozrywał loki i tyarę

Synu! Synu! — Mój Synu! Już cię nie zobaczę!

Już cię żywym nie ujrzę!!

zatrzymuje się

GROMADA NIEWIAST

biegnie z pośpiechem

wszystkie patrzą kędyś w dół, poza mury

wskazują

O tam, o tam! Już widzę! Wóz pędzi śród pyłu!

ANDROMAKA

wpada, krzycząc

Okrutniku! — O widzę!! Tam! Ach! Wlecze trupa!!!

GROMADA STARCÓW

Obłok kurzawy przesłania wóz — konie.

przebiegają pędem

GROMADA NIEWIAST

Pędzą, tam, dalej! tam — ku tamtej stronie!

przebiegają pędem

ANDROMAKA

stoi chwilę, słucha

rozplątuje i rozrywa węzły bogatego ubioru głowy

Stójcie!! —- Ha! Wlecze trupa! Zabił! Okrutny! Straszliwy!

stoi nieruchoma z rękoma wzniesionemi

DZIECI

wbiegają

ANDROMAKA

Dzieci, nie patrzcie tam! — Droga krwią ojca....!!

DZIECI

krzyczą, płaczą

ANDROMAKA

Ojcze!? Ach ojcze! — Zabójca, zabójca!!

GROMADA STARCÓW i NIEWIAST

wracają pędem

Biegą tutaj. Zawrócił. — Wpadł. Przez rzekę goni!

Przebrnął. — Tu pędzi. Ku nam, tu! — — Śmierć goni!!

odwracają się nie patrząc

słychać tętent wozu daleki

ANDROMAKA

przechyla się przez mur

Zabójca! Zabójca! — Zabójca!! — Zabójca!!!

upada zemdlona

tętent wozu tuż pod murami

GROMADA STARCÓW i NIEWIAST

krzycząc, lecą w stronę, ku której pędzi wóz

[XXII] NA POLU WALKI

ACHILLES

uzbrojony

w otoczeniu swoich domowników

nad ciałem Patroklosa

AJAS

uzbrojony

Synu Peleusa. Chciałem w twej obronie...

Za późnom przybył...

ACHILLES

rękę podaje i ściska dłoń Ajasa

      Synu Telamona.

AJAS

Za późno, na nic była już obrona.

ACHILLES

Ty oszczędziłeś mu hańby po skonie,

żeś odbił ciało służalcom Hektora.

AJAS

I twoją zbroję. Tak bowiem sądzono,

żeś ty wybieżał wyzywać Hektora

i że to ciebie jego pocisk zwala.

ACHILLES

Mój przyjacielu, zejmij z niego stroje.

AJAS

zdejmuje części zbroi z Patroklosa, którego podtrzymuje Achilles

ACHILLES

Jak rany straszne i jakie okrutne.

O drogi bracie mój, o mój kochany,

jedyny synu, luby przyjacielu. —

Skłamałeś, dziecko szlachetne. —

Ojcze, mój ojcze, drogi rodzicielu,

i cóż mi zbroje twe świetne?

W nich to przyjaciel mój ginie.

I cóż mi, matko nieśmiertelna Boża,

że sławę do dom przywiozę zza morza,

gdy w strasznym zyskałem ją czynie.

Kogom ukochał, w krwi przede mną leży,

przyjaciel jedyny miły.

Kogom czcić pragnął i duchem doścignął,

ręce go mściwe zabiły.

Próżnom się myślą ku niebu wydźwignął,

lot prześcigł moje siły. — —

O, daj mi ciało, złóż tu na ramiona,

niech go poniosę pod płótna.

Młodości luba! O Śmierci okrutna.

O dolo ty moja stracona.

AJAS

Mogęż pójść z tobą?

ACHILLES

      O czemuż nie z nami —?

Przyjm pocałunek wdzięczności za niego.

całuje ramię Ajasa

Zbroję weź dla się. — — My pójdziemy sami.

AJAS

Strój ten mnie dajesz — twój!?

ACHILLES

      Za czyn szlachetny.

Staniesz się godny i daru godniejszy

niż ja. — Snadź dzieła skończyły się moje.

Żegnaj mi w zdrowiu. — O nic już nie stoję

i jedno w oczy te patrzę przymknione —

sam ci jemu powieki przywarłem

i widzę szczęście to moje zginione.

O dziecko! — W tobie umarłem.

odchodzi, unosząc ciało Patroklosa

AJAS

nad porzuconą zbroją

Te płaty żyją. — Jakoż wezmę na się?

Mówił, żem równy. — Stanę się godniejszy.

Dzień ten mnie zbliżył ku niemu dzisiejszy,

gdy nic już siła u niego nie waży,

gdy duchem boskich dosięga mocarzy.

Hej, za nim w pościg!

wiąże zbroję i zabiera

[XXIII] W NAMIOCIE ACHILLESA

PRIAM

u stóp Achillesa

ACHILLES

Gdyby na chwilę przede mną tu ożył,

raz bym go drugi tym mieczem położył.

PRIAM

Gdybyś na chwilę wskrzesić go był zdolny,

rzekłbym, że światem władasz, jak duch wolny.

ACHILLES

O władztwo się nie kuszę, nie głoszę się Bogiem.

PRIAM

Więc uznaj we mnie ojca, co kląkł przed twym progiem.

ACHILLES

Jesteś ojcem człowieka, co zabił mi brata.

PRIAM

Przed tobą gnę kolana, jak przed władcą świata.

ACHILLES

Chcesz ocalić od hańby syna.

PRIAM

      A z nim ciebie.

ACHILLES

Coś rzekł?

PRIAM

      Hektora sromem hańbisz siebie.

Wróć mu cześć bohaterską.

ACHILLES

      Dam mu ją na stosie

Na stosie Patroklosa pozyszcze dym chwały.

PRIAM

Tak-że okrutne chcesz mieć bawisko w tym losie,

który mu zdradne Bogi z dawna przeznaczały.

Wiedz, że jeźli zgon jego z ich woli się zdarza,

klątwa dosięgnie tego, kto zmarłych znieważa.

Znieważyłeś i wlokłeś.

ACHILLES

      Jako psa włóczyłem.

PRIAM

Na mękę moich oczu sam z wieżyc patrzyłem.

Nasyciłeś twą zemstę.

ACHILLES

      Niestety zbyt łatwo.

Chciałbym cię płaczącego widzieć nad twą dziatwą.

Wszystko, wszystko, co twoje, zaorać i złupić.

PRIAM

Przychodzę mego syna łzami mymi kupić.

Ty sam przypomnij ojca i ludzkich dni koniec. —

Wiesz, jak jest szybki Śmierć, jak lotny goniec.

Nieszczęście nie zabiło mnie, ale mnie chowa

dla jeszcze większych gromów, które padną,

bym widział wszystko gruzem i popiołem

i poznał Śmierć jedyną wielką, siłowładną,

i z tą straszliwą Panią do uczty siadł społem

wśród trupów — ... gdy już ciebie nie stanie, mocarzu.

ACHILLES

Zabieraj twego trupa i idź precz, nędzarzu!

PRIAM

Oddałeś!!! — — O ty wielki. O wielki, szlachetny.

Niech tobie Bóstwo stokroć czyn ten twój nagrodzi.

Daj ucałować rękę.

ujmuje za rękę Achillesa i całuje

ACHILLES

      Ach... starcze. — Całuje.

To jest ręka mordercy twojego Hektora.

PRIAM

Budujesz jego sławę, któryś zabił wczora.

ACHILLES

Puść mi rękę — ze wstydu krew bije do czoła.

PRIAM

Pójdziesz drogą, na którą Hektor cię mój woła!

ACHILLES

rozchyla szeroko płócien namiotu

woła do swoich

Niechaj mu dadzą ciało! —Królowi Iljonu

pokłońcie się do kolan! —

do Priama

      Idź precz.

PRIAM

      Godnyś tronu.

Dzisiaj tyś ponad innych wyrósł duszą Bogów.

patrzy chwilę na Achillesa

wychodzi

LUD

zebrany przed namiotem

bije pokłony Priamowi

ACHILLES

Nie mam przyjaciół już i nie mam wrogów.

LUD

zebrany przed namiotem rozstępuje się

ATRYDZI

wchodzą

MENELAOS

Król królów cię odwiedza.

wskazuje Agamemnona

ACHILLES

nie patrząc

      Przyszedłeś Atrydo.

AGAMEMNON

Przyszedłem — a po za mną inne króle idą.

w pokłon przed twoją dolą i żalem.

ACHILLES

      Za późno.

wchodzą wodzowie i rycerze mnodzy

MENELAOS

Chcesz mówić, że ci ulgę niesiemy na próżno,

że ciężko twemu sercu do nas nią przychylić

i widzieć naszą litość.

ACHILLES

      Mógłbym się omylić.

Starcze — nie żądaj słowa — bo słowo mnie pali

i ogień do lic wraca. — Wy jesteście mali.

Może wy i mocniejsi — i ludy wam dane

może od mych liczniejsze — ale wy za marni.

Wyście przyszli nasycić wzrok wasz tych męczarni

widokiem, które łzami mnie w gardło się cisną. —

O, strzeżcie się — bo jedna moja złość, a miecze błysną.

Bom nie zapomniał jeszcze mych krzywd i ucisku.

Ulga mi jedna: w spólnym cmentarzysku.

AGAMEMNON

Przyznaję, żem pobłądził; przebaczysz, mój drogi.

ACHILLES

Wy przyjaciele moi — jedyne mnie wrogi

AGAMEMNON

Przecież z Troją nie pójdziesz, jeno pójdziesz z nami.

ACHILLES

Zginę, — bywajcie zdrowi — ostaniecie sami.

MENELAOS

Pytałem się wróżbitów i znam wróżbę twoją.

ACHILLES

A wiesz, jakie lekarstwa są, co rany goją

serdeczne — te, co dusza z nich wolna wieczyście

zapomina — i ciało rzuca, jako liście

swe zrzuca drzewo za jesiennym chłodem:

Że mnie tęsknota prze ku Śmierci głodem —

za moim przyjacielem, jedynym mym druhem.

Jego pomnę — i z nim się połączę mym duchem.Bądźcie zdrowi. — Oddalcie się — widok wasz boli.

Oddalcie się... was nie chcę... na świadectwo doli.

WSZYSCY

stoją nieporuszeni

przybywają coraz nowi rycerze

ACHILLES

Walczyć z nikim nie będę. — Krwi już tyle piłem.

Nie chcę krwi. — Matko moja ty — za długo żyłem.

Być może, że na walkę wynijdę — by zginąć.

Już wiem dziś — że mym bólem najbardziej mi słynąć.

Tym, co cierpię. Gdy los mię okrutny ograbił,

gdy najmilszego druha mego Hektor zabił;

śmierć zabójcy nie dała mi zemsty spragnionej

i dziś widzę, że druh mój na próżno pomszczony.

Że nie wróci już nigdy — i krew nic nie może,

gdy dusza raz w tajemne zestąpi bezdroże

nad ciemny Styks. — O matko — i ja tam pójść muszę.

Tu mi tęskno. — Hektorze, zbudziłeś mą duszę! —

Iljon w płomieniach zgore! — Dusza we mnie płonie.

pokazuje po za namiot

Hej! — Tam stos przyjaciela zbudowan wysoko!

Hej! — Atrydo! Mykeński lwie! wytęż wzrok, oko

i patrz! — Hej! sługi moje, zaprząc konie!!

SŁUDZY

zaprzęgają konie

ACHILLES

Usługę oddam druhowi ostatnią,

a was na ucztę tę dziś spraszam bratnią.

Co mam i co posiadam, wam to ostawuję.

wskazuje po nagromadzonych w namiocie przedmiotach

Podzielcie się, jak wartość swoją każdy czuje.

Mnie już tych rzeczy nie trza. Tęsknię za czemś w dali.

tęsknię. — tęsknota ta pierś moją pali...

wóz zajeżdża

Hej! Wóz po mnie zajeżdża, tam w piasek się ryje.

Konie rżą. — — Przyjacielu, kogóż ci zabiję?

AUTOMEDON

gdy chce wstąpić na wóz, aby ująć lejce, jakaś siła nie da mu dostąpić

wybladły, wylękły przystępuje ku Achillesowi i całuje dłoń jego i uklęka...

ACHILLES

zwraca się i postrzega na wozie:

PALLAS

w czarnej zbroi ze srebrną egidą, z zapuszczoną przyłbicą

ACHILLES

O Pallas! O Bogini. Tyżeś przyszła ku mnie.

Będziesz wóz mój wodziła. Powiedziesz rozumnie.

Ponad tłum polecimy, szybciejsi niż błyski.

Prowadź mię. Teraz czuję, żem Bogom jest bliski.

głaska konie

Ksantus drży. Lot to będzie! jak lot Apollina.

O matko, patrz ty na mnie, na twojego syna.

wstępuje jedną nogą na wóz

Żegnajcie!

wstąpił na wóz, wesoły

Patrzę na was półbogiem z wysoka.

Naprzód. — Już przed oczyma świetlna zawierucha.

Pallas!! — O Pallas, ponoś mego ducha!!

PALLAS

zacina konie lejcami

wóz rusza

WSZYSCY

patrzą w przerażeniu, jak wóz pędzi; w szalonym biegu skręca kilka razy dokoła stosu i jak się rozbija.

[XXIV] PRZED ŚWIĄTYNIĄ ILIONU

KASANDRA

oddaje Troilusowi łuk i kołczan

Tą bronią jeno i tymi grotami

może być Ilion zdobyty

i przeto łuk i groty, chowane w świątyni,

nigdy nie przejdą w ręce obce; są strzeżone.

TROILUS

Więc mają groty być w niebo puszczone

na znak przymierza z Bogiem?

KASANDRA

Łucznik tu stanie przed progiem

i po trzykroć ukłonem pozdrowi

Boży dom. — Ty wtedy zejdziesz ku niemu,

podasz mu łuk i kołczan przerzucisz przez ramię.

Przybędzie ustrojony Centaur konny,

na świętym Pozejdona rumaku,

będzie miał słońce na kołpaku.

I weźmie z twych rąk łuczysko Boga olbrzymie,

i grotem w niebo się zmierzy,

i cięciwy przygnie, i uderzy.

A gdy grot w niebo uleci,

ja bramę świątyni otworzę,

by orszak wszedł. I to będzie znaczyło,

że morski Bóg jest z nami w zgodzie.

A resztę dnia naród spędzi w gospodzie

na ucztach i wesołej zabawie.

TROILUS

Jeno to by mnie jedno cieszyło,

żebym to ja wyrzucał tę strzałę.

KASANDRA

Nie masz dość silnych rąk, ty jesteś dziecko.

TROILUS

Więc po cóż mam tu być?

KASANDRA

Boś ty niewinny i masz w oczach czystość,

i twój wzrok jest pogodnie patrzący,

i żeś ty niewiedzący.

Bo taki tylko może być wybrany,

by łuk podawał i groty

i patrzył w twarz łucznika,

a nie tknięty był grzechem sromoty.

Tak żąda narodu prawo.

Ty jesteś pośrednikiem Boga.

TROILUS

Wszyscy będą się na mnie patrzyli,

co ja zrobię — ? Ja jestem ciekawy,

jak wysoko strzała poleci?

KASANDRA

Laokoon dawnymi latyłucznikiem bywał w tej zabawie.

Dziś Boga klnie i swojej straty

opłakuje, bo mu dzieci pomarły,

bo je węże święcone

oplotły uściskiem i pożarły.

TROILUS

Widziałem go wczora.

KASANDRA

Lat temu tyle, ile twego życia,

jak uroczystość nie była święcona,

odkąd węże wyszły z ukrycia

i Laokoon przeklął Pozejdona.

Nikt inny nie śmiał z koniem pójść

i nikt nie chciał pozwolić,

by jego dziecko łuk ten podawało

u bram rozwartej świątyni,

bo obawiano się Laokoona

losu.

słychać muzykę

POSPÓLSTWO

wbiega

otaczając

ORSZAK POZEJDONOWEGO KONIKA

muzyka

KASADRA

kołace do wrót świątyni

DIOMEDES

przebrany, ustrojony w orszaku Pozejdona

zbliża się ku Odysowi

Co ona robi?

ODYS

skłania się w ceremonialne ukłony

to znów trójzębem tłum przegania

ustrojony z medyjska, jako Pozejdon na drewnianym koniku

tak zaś jest, że jeździec dźwiga sam na szelkach ów tułów koński, na którym niby harcuje

Puka, by ten stary otworzył.

Upatruj sobie tych,

których trza, byś pierwszych położył

trupem,

skoro ja wezmę łuk z rąk chłopaka.

muzyka

KASANDRA

pod wrotami świątyni, zaniepokojona

Stójcie Trojanie!

WSZYSCY

Drzwi rozwalić!!

rozbijają drzwi świątyni

ODYS

kłania się trzykrotnie Troilusowi

TROILUS

zarzuca mu kołczan przez ramię

podaje mu łuk

ODYS

wyrzuca grot w niebo

KASANDRA

przerażona, we wrotach świątyni

Stójcie Trojanie!! — Węże!! Trup tam leży,

ujęty wężów okropnym uściskiem.

Nie patrzcie! zamknąć wrota!!

do Troilusa

Uciekaj dziecko!

ODYS

zmierza się; godzi grotem w Troilusa

ORSZAK POZEJDONA

rzuca się na Trojańczyków, mordując

ODYS

wyrzuca groty i od wrót świątyni mierząc, zabija mężów

KASANDRA

nad upadłym Troilusem

      Kona! Kona! Kona!

Laokoonie, wróżba twa spełniona!

ucieka

z daleka jeszcze grają fletnie

ODYS

bije grotami w tłum.

[XXV] W DOMOSTWIE PRIAMA

PRIAM

w otoczeniu całej rodziny, pogrążony w głębokiej zadumie

REZOS

wchodzi

staje po chwili bezradny

PRIAM

po chwili dopiero dźwiga się z miejsca

podchodzi do Rezosa zdziwiony

REZOS

Raz oto pierwszy ręce twoje

ujmuję w uścisk powitalny,

witaj, monarcho.

PRIAM

      Witaj mężu.

Miło mi twarz twą ujrzeć znowu

i znów do piersi mej przycisnąć

tę dłoń — wczorajszy gościu miły.

REZOS

nie rozumiejąc

Tak, to pragnieniem tylko było,by jeszcze wczora zajść w te progi;

lecz mnie inaczej darzą Bogi.

Namioty Greków mię więziły

po czas, aż Jutrznia weszła błysnąć.

PRIAM

zastanawia się

Dziwna dłoń twoja jest w ujęciu.

Witając, chwytasz w pół tułowu

i skroń ku mojej chylisz twarzy...?

REZOS

Gdy przyjaciela Bóg nadarzy,

to ojce moi we zwyczaju

tak go witają.

PRIAM

      Czemuż wczora

z daleka tylko na kolana

padłeś przede mną, kryjąc lico — ?

REZOS

marszczy brew

Nie kryłem nigdy lica chustą

przed nikim — jeno w świętym chramie.

Przywiodłem świętość waszą w miasto

i tam ostawiłem przy bramie,

gdzie lud się zebrał wesoły

i będzie strzegł ofiary;

by jak było rzeczno,

ofiarą sojusz uświęcono.

PRIAM

niechętny

Weź miejsce twoje znajome,gdzieś z nami siedział wczora.

Ostaniemy tak w zadumie

do późnego gwiezdnego wieczora.

Niech nikt nie przerywa wrzawą

ani okrzykiem

spokoju i ciszy, którą Bóg zseła.

zasiada

REZOS

stoi

PRIAM

po chwili patrzy na Rezosa

REZOS

Wskaż mi miejsce.

PRIAM

      Wskazałem je wczora.

Cóż głos się twój załamał?

Czyżbyś ty kłamał?

REZOS

Idę prawdą. Dla prawdy walczę.

Czemuż wy mnie podstępnie pytacie — ?

Czyż wy kłamiecie — ?

PRIAM

      Zuchwalcze!

REZOS

Jedyny ty mąż żywy

na którego nie porwę za nóż,

choć mnie twój język lży.

PRIAM

Mącisz nasz spokój — —

I wszystko, co mówisz ty,

jest dziwne — inaczej zgoła

wydałeś mi się wczora.

Cóż dziś obejście twoje i ruchy

szorstkie i niehamowne,

i oczy takie błyszczące

niepokojem...?

REZOS

po długiej chwili

nagle

      O wasze życie!!

po chwili

O kim, wy to, monarcho, mówicie?

Raz oto pierwszy dziś tu stoję

gościem wśród was.

PRIAM

      Tę samą zbroję

miałeś na sobie wczora

i zapinki te same, i szaty.

REZOS

Te mi właśnie wczora ze mnie zdarto

i jako żebraka puszczono

przed namiot Agamemnona,

gdzie mnie jako waszego posła

i zakładnika ugoszczono.

A dziś rano — Achajów straże

złodziei onych wychwytały,

którzy moje ukradli ubiory

i ubiory moje mnie zwrócono.

I otom jest w szatach moich przed wami.

PRIAM

zrywa się

Oszuście!!

do swoich

      Imajcie mieczów.

To nie on, co wczora był z nami.

Wszakże mamy w stajniach twoje konie

i wozy twoje złociste.

REZOS

O potęgi światła, wiekuiste!Wszakże konie me wczora skradziono

i to pewno z waszego rozkazu!

O królu! Tobie szedłem z pomocą

i ty na mnie wysłałeś zbrodniarzy,

którzy zdradą opadli mnie nocą,

mnie i dziewczę to o cudnej twarzy,

które zbójcę porwali przemocą.

Więc ci zbójce to wy, królowie — —?!

PRIAM

To jawne! — Z Atrydą jest w zmowie!

Otoczcie go mieczami!

To nie on, co wczora był z nami!

dobywa miecza

PRIAMIDZI

biorą za miecze

REZOS

dobywa miecza

nagle opanowuje wszystkich trwoga

długa chwila milczenia

nagle słychać:

KRZYK KASANDRY

Puszczaj! Puszczaj! Płomienie!!

WSZYSCY

stoją, jak skamieniali, słuchają

POLIKSENA

nieśmiało

Kasandry to zwodnicze wieszczenie.

KRZYKI

łuna pożaru

łomot za drzwiam

WSZYSCY

chowają się wylękli w kątach izby

PRIAM i REZOS

na swoich miejscach z dobytymi mieczami

ODYS

w zbroi ukazuje się we drzwiach

na czele swoich towarzyszów

w jednej chwili izba jest opanowana

REZOS

Odjętą będzie od was wieki ręka Boża,

żeście się zbójeckiego jęli wszyscy noża.

Łamiecie mir! W świadectwo wzywam. Boga wód.

Przeklęte wodze wy i naród wasz, i lud.

ODYS

Stawaj do walki!

REZOS

      Nie walczę z podłymi.

Służalcze ziemi, rzeź spraw nad świętymi.

ODYS

Czas widzę zda się, byś zmilkł usieczony.

REZOS

Siłą wieczystą ostanę pomszczony.

Stawaj do walki. Niech się spełni dola!

ODYS

Ja z woli Bóstwa idę, gdzie mnie wola.

uchylił się przed włócznią Rezosa

Rzuciłeś włócznią! — Więc zmierz się na miecze!

DIOMEDES

zmierzył się łukiem ku Rezosowi

REZOS

ugodzony grotem Diomedesa

Grot!

ODYS

      Łuk Posejdona! Ha, krew z rany ciecze!

pochyla się nad Rezosem

Śmierć twoja była konieczna... człowiecze.

Myślałem, że ty Boży — i już drżałem w lęku,

jeźli moc Boża zjawi się w twym ręku.

REZOS

Wiedz, że moc Boża jawi w mej duszy,

Przekleństwo Boga ciało twoje skruszy.

umiera

ODYS

Cokolwiek będzie, przyjmę mękę godnie.

Spełniłem dzieło. Wiem, że spełniam zbrodnie.

głosem podniesionym

Zarzezać męże! — Niewiasty ocalić.

Śmierć królem naszym! Mordować, ciąć, palić!!!

AGAMEMNON

staje we drzwiach na czele swoich

w głębi pożar

AGAMEMNON

wszedł na izbę

Dzięki Odysie u usługi twoje.

Dziś oto jako pan Iljonu stoję.

wskazując Priamidów

Biorę w opiekę tych ludzi.

MENELAOS

      Spokojni,

przychodzim tutaj zwycięzcy. — Niech zbrojni

wszelką broń złożą. — Darzym was pokojem.

Przestać możecie na tem słowie mojem.

Orężne walki i zbójcza chuć syta.

Troja dziś twoja ogniami spowita.

Mocarzu-starcze. — Życiem was obdarzę.

Niech choć tym słowem zdrady zbrodnię zmażę.

PRIAM

milczy

ODYS

do Menelaosa

Zaiste wielkie słowa łatwo płyną. —

Ci na których nie patrzysz...

wskazuje ku miastu

      Tam za ciebie giną.

MENELAOS

Których Bóg zechce, ocali lub zgnębi.

do Odysa

Mnie posłuszeństwo jesteście powinni.

Spryt wasz oceniam. — Ostańcie bezczynni.

Z wszelkich zdobyczy część wam się wyznaczy.

Lecz tu ja rządzę — głos wasz nic nie znaczy.

HEKABE

z niewiastami przypadła da nóg Menelaosa

Jesteśmy oto stado gołębi

błagalnice u twoich kolan.

Twoja wola nas ocali lub zgnębi.

Oto patrzaj na nasze dziewice.

Wszystkie zabierz złote skarbnice,

ostaw życie — niechaj z wami żyją!

do Priama

ciągnąc go za skraj szaty

Klęknij stary przed ich siłą...

PRIAM

nie poruszony

      Przed czyją —?

[XXVI] NAD SKEJSKĄ BRAMĄ

PARYS

do gromady zbrojnych

Do broni! Nagotujcie łuki

i kamienie miejcie pogotowiu!

DEIFOBOS

patrząc ku księżycowi

Nie rozumiem, czemu bieg się inaczy,

czemu tarcza złocista przygasa — ?

PARYS

Czekać będziemy gwiazdy,

z mieczmi dobytymi w obronie.

Wiedzcie, że jeźli tych skroni

nie uwieńczy gałązka wawrzynu,

do trupów zlecą się kruki,

do trupów zlecą się sępy.

Do walk się gotujcie, do czynu!

Ten muru kawał obronny, te strzępy

Iljonu, ten gruz ostatni;

tu ostatnie nasze schronisko

i kres abo zwycięstwo nasze,

od waszych zależne dłoni,

i kres abo sława blisko!

DEIFOBOS

Tam wrzawa w uszy mi dzwoni.

Czy widzisz, jako biega pod mury

i jako całe nad Skamandrem błonie

pełne koni,

pełne koni i strojnych rycerzy — ?

PARYS

Albo ich złupim z odzieży,

abo Śmierć tu będzie władnąca.

klęka

O gwiazdo! O ty nieblednąca!

Znijdź ku mnie w ostatniej dobie.

Oto otoczon rycerzmi

w modły się skłaniam ku tobie,

jako modliłem się co dnia.

Zejdź ku mnie jak pochodnia,

ty, któraś miłość w mej piersi

miłością zapaliła płomienną.

Zestąp nad bramę tę, boska,

niech trud się mój złamie i troska,

trud i troska o moich!

O, dla tych zachwytów twoich

nie zapomnij twojego pasterza!

DEIFOBOS

Łuna się pożaru rozszerza.

Oto świątynia w czarnym dymie;

w kłębach, co jej czoła sięgły.

Patrz — na palące węgły,

ze wszech stron owite dymem pożaru.

PARYS

klęcząc w modlitwie

Ty mocą twojego czaru

daj moc piorunom!!

wstając

Do broni! — Stawajcie za mną!

DEIFOBOS

Bieży człowiek — zda mi się ze dworu

mego ojca, starego rodzica.

SŁUGA

który przybiegł od strony grodu

Rzeź sprawili! —

do Parysa

Wielki, przysloń lica.

Pasterzu, nakryj twej twarze.

Słowem cię strasznym uderzę.

Skonali pod toporem, pod nożem,

klnąc twoje imię przeklęte

i zwąc karaniem bożem

moce twych czarów nieświęte,

iżeś śmiał Bóstwo gwieździste

wlec w twoje łoże człowieka,

że kara dla cię już bliska,

że klątwa już niedaleka,

co sięże ciebie — przychodnia.

PARYS

Psie! — We krwie tej, co cię opłucze,

świeć mi się jak pochodnia

w pożarnej łunie.

zabija sługę

do rycerzy

      Za tarcze!

Dzielnie bić! — Z wami wystarczę!

walka

DEIFOBOS

tuż obok Parysa walczący

godzi go z tyłu oszczepem

PARYS

pada ugodzony oszczepem

ATRYDZI

na czele swoich rycerzy wkraczają

mordują opornych rycerzy Parysowych

stoją chwilę, jako zwycięzcy

AFRODITE

zstępuje po promieniu

w szacie z gwiazd

idzie, jak senna

szuka kogoś przed sobą

przechodzi w kierunku grodu

JEŃCY TROJAŃSCY

patrzą na nią

1 CHÓR

Gdzie idzie?

2 CHÓR

      Poszła w jego łożnice.

1 CHÓR

Czy widzicie, idzie jak senna —?

2 CHÓR

To ona jemu miłośnie życie

czyniła, Bogini gwiazd promienna,

że nocą szła ku niemu skrycie,

a gdy gwiazda zaświtała jutrzenna,

dom porzucała i łożnice,

unosząc w szatach tajemnicę

miłości.

1 CHÓR

      Patrzcie, wraca.

2 CHÓR

Patrzcie, około siebie szuka.

AFRODITE

wraca

2 CHÓR

Czy widzicie, jak się uśmiecha —?

1 CHÓR

Pragnie; miłości snać niesyta.

2 CHÓR

Czy ona widzi?

1 CHÓR

      Nie, nie widzi.

2 CHÓR

Jakaż to poza nią świta

gwiazd — świetlana droga.

1 CHÓR

Oto widzicie przed sobą Boga,

który postać bierze człowieka

i z błękitów podniebnych ucieka.

2 CHÓR

Błąka się.

1 CHÓR

Przystaje i czeka.

Zdaje się zawiedziona.

Jakże się dziwno uśmiecha.

Snadź nie wie, że kochanek jej kona.

2 CHÓR

Tu idzie — nie widzi trupa.

1 CHÓR

Postrzegła — ze wstrętem się cofa.

2 CHÓR

Znika za węgłem słupa.

1 CHÓR

We światłach groźna wraca.

2 CHÓR

Oczy jej błyskawice, górą!

Zemstą dysze! — Straszliwa.

Upadajcie do ziemi twarzą.

Jej oczy piorunem rażą.

1 CHÓR

Kochanka szuka, płonie.

z szat się rozdziewa nieskromnie.

AFRODITE

porusza ustami

Do mnie, do mnie, pójdź do mnie.

2 CHÓR

Słyszycie, jak się żali?

AFRODITE

porusza ustami

szept, ledwo dosłyszalny

Przyjdź, ciało mię pali.

Mężu, przyjdź — przeklnę Ziemię,

świat wasz cisnę w płomienie,

zabiję piorunami.

Moc moją Bożą odsłonię.

Kochanku, za jednę tę noc,

gdy duch mój ciałem płonie

przeklęty — bierz ciało

w miłosnym czynie,

bo świat ogniem zatopię,

bo wszelki żywot spalę....

WSZYSCY

w trwodze upadają przed Boginią

1 CHÓR

Szaty zdejmuje — zrzuca — lwica!

Okropne oczu błyski — porażą błyskawice.

Nie patrzcie w lica.

Bogini Afrodite!!!

AFRODITE

wpół odsłoniona z szat

MENELAOS

Ja was ocalę! —

biegnie ku niej z mieczem

by ją ciąć

spojrzał

miecz wypada mu z dłoni

AFRODITE

zwrócona ku niemu twarzą

patrzy nań

MENELAOS

w przerażeniu

Helena! Helena! Helena!

AFRODITE

jej oblicze znów się składa do uśmiechu

GRECY

      Helena!!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.