drukowana A5
15.47
Woyzeck

Bezpłatny fragment - Woyzeck


Objętość:
46 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0116-5

OSOBY

Woyzeck

Maria

Kapitan

Doktor

Tamburmajor

Podoficer

Andrzej

Małgorzata

Właściciel budy

Wywoływacz

Starzec z katarynką

Żyd

Gospodarz

Pierwszy rzemieślnik

Drugi rzemieślnik

Kasia

Obłąkany Karol

Babcia

Pierwsze, drugie, trzecie dziecko

Pierwsza, druga, trzecia osoba

Komisarz policji

Żołnierze, studenci, chłopcy, dziewczęta, dzieci, tłum.

U KAPITANA

Kapitan na krześle, Woyzeck goli go.

KAPITAN

Powoli, Woyzeck, powoli; jedno po drugim! Zawrotu głowy dostanę! Cóż to ja z czasem pocznę, gdy się dziśWoyzeck o dziesięć minut prędzej uwinie? Woyzeck! Niechno on pomyśli, jeszcze trzydzieści pięknych lat ma przedsobą! Trzydzieści lat! To jak obszył trzysta sześćdziesiątmiesięcy, a co dopiero dni, godzin, minut! Cóż to on myślipocząć z taką kupą czasu? Niech on go sobie podzieli!

WOYZECK

Rozkaz, panie kapitanie!

KAPITAN

Zaczynam się na dobre bać o świat, kiedy pomyślę o wieczności. To orka, Woyzeck, to ci dopiero orka! Wiecznie —to wiecznie, wiecznie. To on rozumie; no, ale czasem niejest znowu takie wieczne i wtenczas jedna chwila, tak,tylko chwilka. — Woyzeck, dreszcz mnie bierze, gdy pomyślę, że świat w jedną dobę sam siebie obiega. Co zamarnotrawstwo czasu! — do czego to zmierza? — Woyzeck, już nie mogę patrzeć na żadne koło młyńskie, bo sięmnie melancholia czepia!

WOYZECK

Tak jest, panie kapitanie!

KAPITAN

Woyzeck, czemuż to on zawsze taki zagoniony? Dobryczłowiek tak nie wygląda, dobry człowiek, który ma czystesumienie... Woyzeck, niech no on coś powie. Pogoda dzisiaj jaka?

WOYZECK

Parszywa, panie kapitanie, parszywa. Wietrzysko!

KAPITAN

Czuję to, coś się szasta po dworze, taki wiatr to coś jakmysz. szczwano Miarkuję, że to pewnie coś z północo-południa?

WOYZECK

Tak jest, panie kapitanie!

KAPITAN

Ha! ha! ha! Z północo-południa! Ha! ha! ha! On jest głupi,potwornie głupi. wzruszony Woyzeck, on jest dobry człowiek, ale patetycznie on nie ma moralności! Moralność toznaczy, jak się jest moralnym, czy on to rozumie? Moralność — dobre słowo. On ma dziecko bez błogosławieństwa kościoła, jak mówi nasz wielebny kapelan, „bez błogosławieństwa kościoła” — wyrażenie nie moje.

WOYZECK

Panie kapitanie. Dobry Bóg nie będzie pytał biednegopędraka, czy wymówiono amen przed jego zrobieniem. Panmówi: „Dopuśćcie maluczkich do mnie!”

KAPITAN

Co on gada? Cóż to za dzika odpowiedź? Woyzeck, onmnie tą odpowiedzią zupełnie zbił z pantałyku! Gdy mówię on, to jego mam na myśli, jego...

WOYZECK

My biedny naród. Widzi pan, panie kapitanie, grosz! grosz!Jak kto nie ma pieniędzy! — Niech no taki popróbujew świecie radzić sobie na moralny sposób! A przecież masię także ciało i krew! Ale naszemu bratu źle będzie natym i na tamtym świecie! Myślę, że gdybyśmy się nawetdo nieba dostali, to by nas i tam zapędzono do robienia grzmotów.

KAPITAN

Woyzeck! on nie ma cnoty, on nie jest cnotliwy człowiek!Ciało i krew? Gdy leżę w oknie — a deszczyk dopiero coprzeszedł — i przyglądam się białym pończoszkom, jak skaczą po ulicy — tam do diaska! Woyzeck, wtenczas namiłość mi się zbiera! Ja także mam ciało i krew. Ale cnota,Woyzeck, cnota! Bo inaczej, cóż z tym czasem zrobić? —mówię sobie zawsze — cnotliwy z ciebie człowiek, wzruszonydobry człowiek, dobry człowiek!

WOYZECK

Tak, panie kapitanie, cnota — ale gdzie mi tam do tego.Widzi pan, my prosty naród — nie mamy cnoty; naszemubratu zostaje tylko natura. Ale gdybym ja był panem i miałkapelusz i zegarek, i monokl, i umiał ładnie gadać, wtedy bym już na pewno był cnotliwy. Już tam musi być cośładnego w tej cnocie, panie kapitanie, ale ja jestem biedny człowiek.

KAPITAN

Cóż, Woyzeck, on jest dobry człowiek, dobry człowiek.Ale on za dużo myśli, a to zżera człowieka; on jest zawszetaki rozdrażniony. — Zmęczył mnie ten dyskurs. Woyzeck,niech on sobie idzie, a niech tak nie pędzi; niech idziepowoli, powolutku ulicą.

WOLNA OKOLICA. MIASTO W ODDALI

Woyzeck i Andrzej wycinają pręty w zaroślach.Andrzej gwiżdże.

WOYZECK

To miejsce jest przeklęte. Patrz, widzisz ten jasny pas natrawie, gdzie rośnie tyle bedłek? Tam wieczorami toczysię głowa ludzka. Raz podniósł ją jeden, myślał — jeż.A w trzy dni i trzy noce leżał już na wiórach. (cicho)Andrzej! To byli farmazoni, ja wiem. Farmazoni!

ANDRZEJ

śpiewa

Jadły trawkę dwa zające,

Trawkę na zielonej łące...

WOYZECK

Cicho! Andrzej, słyszysz? Słyszysz? Coś idzie!

ANDRZEJ

Zjadły trawkę świeżą z łąki,

Trawkę całą po korzonki!

WOYZECK

Idzie coś za mną, pode mną. tupie o ziemię Wszędziepusto, słyszysz? Pod nami pusto! Farmazoni!

ANDRZEJ

Boję się.

WOYZECK

Cicho, że aż dziwno. Dech zapiera. Andrzej!

ANDRZEJ

Czego?

WOYZECK

Gadaj coś! wodzi ogłupiałym wzrokiem po okolicy Andrzej,jak jasno! Łuna nad miastem! Ogień bucha z ziemi podniebiosa, a z góry jakby ryk puzonów... Jak się przybliża!Uciekajmy! Nie oglądaj się!

Ciągnie go w krzaki.

ANDRZEJ

po chwili

Woyzeck, słyszysz jeszcze?

WOYZECK

Cicho, znowu wszędzie cicho, jakby świat zamarł.

ANDRZEJ

Słyszysz? Bębnią na apel. Musimy iść!

MIASTO

Maria z dzieckiem w oknie, Małgorzata. Ulicą przeciąga capstrzyk. Tamburmajor na przedzie.

MARIA

kołysząc na ręku dziecko

No, mały! Tra ta ta! Tra ta ta! Słyszysz? Nadchodzą!

MAŁGORZATA

Co za chłop! Jak dąb!

MARIA

Trzyma się jak król!

Tamburmajor salutuje.

MAŁGORZATA

Cóż za czułe spojrzenie, pani sąsiadko! Nie wiedziałam, żeumiecie tak patrzeć.

MARIA

śpiewa

Żołnierze to chłopcy na schwał —

Żołnierze, żołnierze —

MAŁGORZATA

Wasze oczy błyszczą jeszcze.

MARIA

A choćby! Co wam do tego? Zanieście swoje ślepia doŻyda, niech wam je wypucuje, może też jeszcze będą błyszczeć i znajdzie się kto, co da za nie dwa świecące guziki.

MAŁGORZATA

Co, co? Ty panno z dzieckiem! Ja jestem uczciwa osoba,ale ty, każdy cię zna! Siedem par skórzanych portekpotrafisz prześwidrować ślepiami.

MARIA

Zdzira! zatrzaskuje okno Chodź, mój mały! Czego się ciludzie czepiają! Bękart biedny z ciebie, a cieszysz matkęnieślubną mordką! Aaa!

śpiewa

Dziewczyno, jakiż teraz twój los?

Dziecko masz, ale męża ci brak.

Tak czy owak, tak czy siak!

Nocką śpiewam sobie tak —

Baju, baju, mój maleńki, o, hej!

Nie pomoże mi żaden człek, nie!

Janku, zakładaj siwków sześć,

Daj im coś pić, daj im coś jeść —

Siwki owsa nie chcą żreć,

Siwki wody nie chcą pić.

Szczere wino, zimne wino musi być! O, hej!

Dla nich wino zimne musi być!

Ktoś puka w okno.

MARIA

Kto tam? Czy to ty, Franek? Chodź do środka.

WOYZECK

Nie mogę. Muszę na apel!

MARIA

Naciąłeś prętów dla kapitana?

WOYZECK

Tak, Maryś. Ach...

MARIA

Co ci, Franek? Wyglądasz jakoś nieswój?

WOYZECK

tajemniczo

Maryś, było znów coś, dużo... Czyż nie jest napisane: „I patrz — oto wyszedł dym od ziemi jakoby z pieca...”

MARIA

Franek!

WOYZECK

Szło za mną aż do miasta. Coś, czego nie można pojąć, coś,co nam rozum odbiera. Co to może być?

MARIA

Franek!

WOYZECK

Muszę iść. Dziś wieczorem na kiermasz! Uciułałem jeszczetrochę grosza!

Odchodzi.

MARIA

Co za człowiek! Taki zamyślony! Nie popatrzył nawet nadziecko. Jeszcze mu się rozum pokręci od tego myślenia!Coś tak ścichł, syneczku? Boisz się? Ależ ciemno, choćoko wykol! A zawsze przecie widno, jakby latarnia świeciła. Nie wytrzymam już, dreszcz mnie chwyta.

Odchodzi.

ŚWIATŁA, BUDY, LUDZIE

Stary człowiek śpiewa, Dziecko tańczy przy dźwiękachkatarynki.

STARY CZŁOWIEK

śpiewa

Nic stałego, nic trwałego na tym wielkim świecie,

Każdy umrze prędzej, później — wszyscy o tym wiecie!

Hopsasa! Hopsasa!

WOYZECK

Hej, Maryś, hopsasa! — Biedny starzec, biedne dziecko!Smutek i wesele!

MARIA

Franek, jak błazny mają rozum, to my chyba też błazny. —Śmieszny świat! Piękny świat!

Oboje idą do Wywoływacza.

WYWOŁYWACZ

przed jedną z bud, jego żona w spodniach, małpa w kostiumie.

Panowie i panie! Tu można oglądać stworzenie, jakim jejPan Bóg zrobił. Nic, to fraszka! Proszę, co może sztuka!Oto małpa. Chodzi prościuteńko, ma surdut i spodnie.Nosi pałasz u boku! To żołnierz! Najniższy gatunek rodzaju ludzkiego. Michałek, ukłoń się! Ładnie, tak! Niczymbaron! Daj buzi. Tak! trąbi Muzykalne stworzenie! Panowie i panie! Tu można oglądać astronomicznego koniai kanarki. Faworyci wszystkich koronowanych głów Europy. Powiedzą wam wszystko, jaki wiek, ilość dzieci, coza choroba! Rozpoczynamy widowisko! Za chwilę początek początku!

WOYZECK

Chciałabyś tam?

MARIA

A jakże, mogę! Chłop z frędzlą, a baba w portkach! Tomusi być ciekawe.

Wchodzą.

TAMBURMAJOR

Stój! Widzisz! Ale kobita!

PODOFICER

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.