drukowana A5
64.26
Wojna chocimska

Bezpłatny fragment - Wojna chocimska


Objętość:
534 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0704-4

Wstęp

I. Dzieje wojny chocimskiej

Polskę uważali Turcy od czasów Batorowych zahołdownika, ale bardzo niesfornego. Bo i haracz-upominki nadchodziły do Stambułu niestale; i rościła taPolska jakieś do hospodarstw, mianowicie do mołdawskiego, prawa, zsadzając lub wysadzając, z wiedzą bojarów lub bez niej, hospodarów, wprowadzając tam np.samowolnie Mohiłów, którzy nie mogli sobie rościć najmniejszego tytułu (oprócz poparcia polskiego) do tejgodności. Co jednak najgorsza, jej Kozacy plądrowalibezkarnie brzegi morza tureckiego, zapędzali się doMałej Azji i w przedmieścia stambulskie. Prędzej czypóźniej musiało więc przyjść do rozprawy orężnej, do poskromienia przemocą hardego hołdownika-buntownika.Przeszkadzało temu widoczne rozprzężenie potęgi wyłącznie wojskowej, jaką była Turcja, i szereg najniedołężniejszych sułtanów — opojów, żarłoków, idiotów.Skoro miejsce ich zajął dzielny, ambitny młokos, Osman,wojna stała się nieuniknioną, gdyż klęska cecorskauprzątnęła, wedle przekonania Turków, najlepsze siłypolskie. Więc zaciął się Osman w uporze, aby samemuwyruszyć na wyprawę, która miała go postawić w rzędzie dawnych zdobywców, mianowicie obok Solimana II:jak ten Węgry, tak on miał wcielić Polskę do swegopaństwa; nakazał więc jak największe wysiłki i zebrawszy wojsko, wyruszył na czele jego 21 maja 1621 r.ze Stambułu. Wojsko było olbrzymie, dochodziło doliczby 300.000, ale tylko połowa jego była zdatna doboju, a wyborowe siły były wcale szczupłe, janczarównp. było tylko około 12.000; co najważniejsze, nie byłożadnego wodza; młodziutki sułtan władał znakomiciebronią, był odważny (sam prowadził jeden szturm),nienawidził chrześcijan, ale nie miał doświadczenia żadnego, a obok niego nie było nikogo. Akcji tureckiej brakowało zupełnie celowości; tłumy sobie przeszkadzałynawzajem, a dowódcy z zazdrości paraliżowali siły.Mimo to, szczególniej z powodu katastrofy cecorskiej,obruszyło się na Polskę nadzwyczajne niebezpieczeństwo; groza imienia tureckiego była jeszcze niezachwianai zarozumiały młodzik tuszył sobie, że samą tą groząporazi hołdownika.

W Polsce brakło wszystkiego, gotowości wojennej(np. artylerii), pieniędzy, fortec; starano się poruszyćsąsiadów na pomoc, bez skutku; zaciągać wojsko w krajui zagranicą; powołać pospolite ruszenie; zasoby powiększyć licznymi poborami. Czego nie dostawało, zastąpił hart wodza i męstwo wojska, którego zebranookoło 34.000, a do nich przybyło około 30.000 Kozaków. Wojsku koronnemu brakło jednak hetmanów:wielki poległ, Żółkiewski; polny, Koniecpolski, był w niewoli — więc poszło wojsko koronne pod dowództwohetmana litewskiego, Karola Chodkiewicza; polny, Krzysztof Radziwiłł, miał pilnować Inflant. Chodkiewicz, żołnierz wytrawny, który z najlepszej szkoły wyszedłszy,własnego geniuszu niepospolite złożył nieraz świadectwa, przedwcześnie z powodu niesposobnego zdrowiazestarzały, hartem woli i poczuciem obowiązku i honoru, syn wierny kraju i Kościoła, celował nad współczesnymi. Dodany mu do boku podczaszy koronny,Stanisław Lubomirski (późniejszy wojewoda krakowski,ojciec buntownika Jerzego) daleko poza nim kroczyłi wiekiem, i zdolnościami, mimo wszelkiej własnej krewkości i dzielności; używał tytułu hetmana polnego. Z ramienia sejmu występowali przy nich komisarze, biorącudział we wszystkich znaczniejszych sprawach; byłmiędzy nimi Jakub Sobieski (ojciec króla Jana), przyszły dziejopis tej wojny. Kozakami dowodził niesfornyBorodawka, którego miejsce zajął wnet Jan Konaszewicz Sahajdaczny, najdzielniejszy obrońca wszelkichdodatnich tradycji kozackich, na którego odwadze,doświadczeniu, wierności polegał dwór i hetman, a któremu ufali Kozacy najbardziej.

Wojna zataczała szerokie kręgi; pragnęli do niejwciągnąć Turcy również Moskwę, ale ta lizała się z rani wymówiła się grzecznie. Oba hospodarstwa, mołdawskie i wołoskie (multańskie), zasilały wojskiem i prowiantem obóz turecki; wojewoda siedmiogrodzki, Betlen Gabor, z swej strony podjudzał stale Turków dowojny polskiej, chcąc w ten sposób odciągnąć wszelkieposiłki, jakie by Zygmunt wysyłał cesarzowi Ferdynandowi, bo z nim Betlen wojował. Udawał mimo to przyjaźń dla Polski, ale poprzedni hospodar mołdawski,Grek Gracjan, przejął jego listy do Turków i przesłał doWarszawy; z Warszawy odesłano je Betlenowi, aby muwytknąć zdradę; on natychmiast oskarżył Gracjana przedPortą i Porta nakazała Gracjanowi stawić się w Stambule; ten, zamiast jako manzul (odwołany z urzędu) szyjęoddać pod stryczek, spróbował szczęścia w jawnymbuncie, wciągnął Żółkiewskiego, ale zapłacił to własnąśmiercią jeszcze przed katastrofą cecorską. Nowy hospodar, Grek Aleksander, za nie dosyć walną sprężystośćw wykonywaniu tureckich wymagań został również niebawem złożony z urzędu, a miejsce jego zajął wrógPolaków, Tomsza; hospodar wołoski, Raduł, odegrał rolępośrednika w późniejszych rokowaniach pokojowych.Powoli przeprawiało się wojsko tureckie przezBałkany i Dunaj; dopiero 2 września stanęło na górach naprzeciw Chocima. Wojsko polskie gromadziłosię równie opieszale; o planie pierwotnym, spotkaniaTurków nad Dunajem, niebawem nie było mowy, i dopiero około 20 sierpnia przeprawiło się całe przez Dniestrna ziemię mołdawską, pod Chocim, walcząc z góry z niedostatkiem żywności i amunicji. Mołdawię po Jassy wyniszczono, ale Tatarzy poprzecinali rychło połączeniaz krajem i pustoszyli okropnie prowincje ruskie; pospolite ruszenie nie ukazywało się wcale. 1. września przeprawił się i królewicz Władysław przez Dniestr podChocim i przybyli Kozacy, ledwie opędziwszy się Turkomi Tatarom (mirzy Kantymira i samego chana).

Samego przebiegu czterotygodniowych walk niezamierzamy przedstawiać. Dzielnie odpierano wszystkie ataki tureckie i przekonano Osmana, że o łatwym zwycięstwie, jakie sobie sam a pochlebcy jemu obiecywali, nie było i mowy, a niewczasy jesienne, słotai zimno morderczo doskwierały jego siłom. W ciągutych tygodni zaszły walne zmiany: sterany, nie takwiekiem, jak chorobą, Chodkiewicz umarł, ale duchjego przejmował i dalej dowódców i mimo coraz dokuczliwszych braków nie myślał nikt o ustąpieniu;liczono przecież na króla, który nareszcie w połowie października do Lwowa zjechał, i na pospolite ruszenie,które się z przerażającą powolnością przecież skupiaćpoczynało. U Turków zajął miejsce równie namiętnego,jak nieudolnego wezyra Husseina, nowy wezyr, Dilawer,gotowy do traktatów pokojowych przy byle jakim zachowaniu pozorów, to jest nieprzyznaniu się do jawnejklęski. Do takich traktatów była gotowość i po stroniepolskiej, wobec wyczerpania zasobów, mianowicie prochów, wobec chorób srożących się w obozie (i królewicz przeleżał całą kampanię na febrę), wobec rozpaczliwej powolności króla i szlachty. Pośredniczył ajentwojewody wołoskiego, Wewelli; wymieniano listy, w końcu wyruszyło poselstwo polskie do obozu tureckiegoi po krótkich rozprawach, gdy posłowie niczym sięustraszyć ani nakłonić nie dali, zawarto zawieszeniebroni i zgodzono się na wstępne traktaty, które później osobne uroczyste poselstwo (księcia Zbaraskiegow r. 1622) na stałe przemienić miało. Traktaty stanurzeczy nie zmieniały; co w nich o Kozakach i Tatarach wypisano, nie miało znaczenia. Osman zadowolił się tym, że twierdzę mołdawską, Chocim, Polacy Mołdawianom oddali i sułtanowi wyłączne prawo mianowania hospodarów przyznali; z tego tytułu wyprawiłteż w grudniu świetny, tryumfalny wjazd do Stambułu.Nierównie większy był tryumf Zygmunta, bo po razpierwszy, przeciw wszelkim tradycjom tureckim, zawierał sułtan pokój na własnej ziemi. Przebieg kampanii dowiódł Osmanowi niesposobności armii własnej,szczególniej jej jądra, piechoty, janczarów; więc zadzielną poradą mądrego Dilawera zabrał się do wytworzenia nowej armii i zniesienia. niewygodnych pretorianów, ale ci przewąchali jego zamiary, i Dilaweri Osman przypłacili życiem, co dopiero w 200 lat później dało się przeprowadzić.

Zygmunt sarkał na traktaty, że nie czekano z niemijego przybycia, ale sam tu zawinił najwięcej. Polska przypłaciła zwycięstwo chocimskie utratą Inflant, którychogołocony ze wszystkiego Radziwiłł przeciw GustawowiAdolfowi obronić nie mógł. Pospolite ruszenie zawiodłozupełnie; po wojnie kokoszej z r. 1537 nastąpiła gęsiaz r. 1621; opowiadała o niej spółczesna satyra (Niepospolite ruszenie abo gęsia wojna, 1621); potykało sięono, ale podle płota, a ruszało, ale gęsi, gumna i skrzynie.Sami żołnierze chocimscy gorzkiego doznali zawodu;wynędzniałych, chorych, głód, mrozy, do reszty dobiły.Ale sława zwycięstwa chocimskiego, gdyż Turcy mimoolbrzymich przygotowań po raz pierwszy z niczym odeszli, rozeszła się po całym chrześcijaństwie i opromieniławojsko, wodzów i królewicza, a napełniła dumą słusznąobrońców chrześcijaństwa. W pół wieku później miałChocim nowym, walniejszym zasłynąć zwycięstwem.

II. Wojna chocimska w poezji

Poezja współczesna uwieczniła natychmiast zwycięstwo oręża polskiego; nastąpiły szybko po sobie JanaBojanowskiego Naumachia (!!) chocimska, 1622; Marcina Paszkowskiego Chorągiew sauromacka w Wołoszech,1621 (,,dwu autorów przydłuższe zabawy tej marsowej sprawy wciąż przeczytawszy” napisał je autor);Bartłomieja Zimorowica Pamiątka wojny tureckiej, 1623,i i. Ale to były gazety wierszowane, nie dzieła sztuki.Pierwszy godniejszy nieco wojny pomnik poetycki wystawił dopiero Samuel Twardowski w epopei o Władysławie Czwartym (1648 r. ), „punkt drugi” (str. 51--142)sprawie chocimskiej poświęciwszy. Panegiryzmem zwichnął nieco jej opis, bo tak coraz Władysława wysuwał, jakby ten osobiście wpłynął na zwycięstwo, gdywiemy, że wprawdzie jego obecność w obozie niejednątrudność (z Kozakami, z Litwą po śmierci Chodkiewiczowej) usunęła, jednakże zwlókł się z łóżka dopiero przyTe Deum końcowym. Dalej opisał on rzecz acz bardzotreściwie, ale zupełnie po kronikarsku, nabierając farbpoetyckich na wykład całkiem prozaiczny. Nierówniepiękniejszy pomnik zawdzięczamy pióru Wacława Potockiego.

Wojna chocimska Ignacego Krasickiego natomiast jestepopeją filigranową (jak i pomnik wilanowski Sobieskiego) i romansową, w stylu Woltera i Tassa, a z dziejami nie liczy się nigdy, bawiąc się w niemożliwe przybory epickie, obowiązujące jeszcze od Eneidy i Włochów;gładki język, miękkie wysłowienie, banalne wymysły, odhartu ludzi i czasów odbiegły nieskończenie. Żadnegozwiązku nie ma również kronika Wacława Potockiego z Osmanem Jana Gundulicia.

Wojnę pisal Potocki w r. 1670, przed upadkiemKamieńca i haniebnymi układami buczackimi, któreobowiązywały Polskę do haraczu tureckiego i do utratyPodola. Pisał ją wobec coraz groźniejszego niebezpieczeństwa od Turków, gdy się im Doroszeńko z Kozakami poddał, aby wnukom wystawić jako wzór męstwodziadów, obudzić ich waleczność, wysławiając wielkiedzieło oswobodzenia chrześcijaństwa przez jego przedmurze, Polskę, od najpotężniejszego wroga, który wszystkie siły skupił dla jego ostatecznego zhołdowania. Dlanas jest po prostu niezrozmiałym, jak mógł poeta najbardziej patriotyczne i najaktualniejsze swe dzieło z górydo zależenia w „sepecie” (biurku) przeznaczać i anina chwilę nie pomyśleć o jego ogłoszeniu, chociaż tegowłaśnie i czasy i ludzie koniecznie by wymagały, zagadkę rozwiążemy, pomnąc, że publiczność współczesnanie znosiła już wolnego słowa, że poeta nie mógł więcswobodnie rozprawiać, że krępowała go republikańskapodejrzliwość, wietrząca wszędzie zamachy na stanszlachecki i jego złote przywileje, tj. na anarchię.Z obawy przed tą nieprzebłaganą cenzurą obywatelskąwyrzekał się poeta wszelkiej myśli o druku, aby ternswobodniej rozprawić się z gnuśnością i nierządemwspółczesnym. I celu dosiągł. O Wojnie Chocimskiej niktsię nigdy niczego nie dowiedział, oprócz tych kilkuludzi, szczególniej Lipskich i Pisarskich, którzy oryginałlub odpisy poematu odczytywali. Najcelniejsze dziełoepiki siedemnastowiecznej nikomu nie było znane dor. 1839; nawet J. A. Załuski, którego wiekopomnejzasłudze winniśmy ocalenie niemal całego, olbrzymiegospadku poetyckiego po Potockim, który wiedział o wszystkim, co kiedykolwiek po polsku napisano, nic o Wojnie nigdy nie słyszał. A przecież i oprócz Załuskiegoznano i ceniono w XVIII wieku Potockiego, „wielkiegopoetę”. Tak nazywał go wyraźnie np. Matuszewiczw swoich Pamiętnikach (III, 25), gdy satyrę Horacegopoświęcał wnuczce — nie córce! — poety, HelenieMorsztynowej, wojewodzinie inflanckiej, najzacniejszejmatronie polskiej.

Usłyszał o tym poemacie świat polski po raz pierwszy dopiero w r. 1839 w „Tygodniku Petersburskim” (nr.22 i 24) od Samuela Nowoszyckiego, posiadacza rękopisu; rękopis przeszedł na własność hr. Józefa Borkowskiego, a ogłosił go drukiem Stanisław Przyłęckip. t. Wojna Chocimska, poemat bohaterski w X częściachprzez Andrzeja Lipskiego, podwojewodzica sandomierskiego,podczaszego chełmskiego. Z rękopisu współczesnego wydałStanisław Przyłęcki. We Lwowie 1850.

Rękopisowi Nowoszyckiego-Przyłęckiego brakłopierwszej karty, i z przedmowy, z poświęcenia dziełaJ. Lipskiemu, wykombinowali Nowoszycki i Przyłęckinazwisko mylne autora (Nowoszycki w „Athenaeum” Kraszewskiego, I 1841, wydał „ułamek” z Wirginii Potockiego, znaleziony przy owym rękopisie, niby „Hieronima Lipskiego z r. 1652”). Dopiero Karol Szajnochaw szkicu historycznym o Wacławie Potockim ustaliłsłusznie jego autorstwo. Po raz wtóry wydano go w „Bibljotece najcelniejszych autorów europejskich — Literatura polska” ,Warszawa 1880 (W. P., Wojna Chocimska, poemat w 10 częściach i cztery inne tegoż utwory,ze wstępem A. Tyszyńskiego o poecie). Prawdziwy tytułpoematu poznajemy z jednej z kopii rękopiśmiennych(Ossol. nr. 1348); jest on bardzo obszerny, a zaczynasię (co potwierdzają aluzje w dedykacji) od słów: Transakcya Wojny Chocimskiej itd., jak niżej na str. 1 naszego wydania

III. Treść Wojny chocimskiej

Jan Lipski, starosta czchowski, sądecki i perejasławski (1637--1683), dzielny żołnierz, zięć poety (drugąjego żoną była Zofia Potocka, r. 1669 — 1677; po jejśmierci ożenił się po raz trzeci, tym razem z Sapieżanką, wdową po Lubomirskim), otrzymał w darze odteścia ten poemat; nie dla niego go napisał, ale w nimumieszczał zaszczytne wzmianki o Lipskich i Pisarskich(pierwsza żona starosty była bowiem Pisarska z domu).Trybem nieodzownym zaczyna poeta od wiersza herbowego na jego Drużynę (odmianę Szreniawy własnej: rzekaw polu), przekabaconą na italską jakąś Druentia wedlemody ówczesnej; zepsuł wiersz nieskończonym wyliczaniem wszelakich sławnych rzek świata. Dalej szła obszerna przemowa prozą, zagajona i zakończona wierszami.

„Z wojną idę do ciebie, o mój Janie złoty”... —zaczyna ją poeta — „i niedługo rozmyślałem się, że tępracowitem wyrobioną piórem moję lukubracyą ofiarujęW. Panu testamentem... tę sarmacką Bellonę, wiecznysławy naszego narodu pomnik, wierną odrysowaną pracąpoświęcam”.

Po wycieczce, równie wówczas nieodzownej, przeciw zawiści, szczypiącej wszelakie obce dzieło, przechodzi poeta do wysławiania pisma, co jedyne nieśmiertelność ludziom poręcza; przeciwstawia dawnym,pogańskim czasom z ich bohaterami i cnotami nasząmarną, acz chrześcijańską teraźniejszość, żałuje szczególniej, że właśnie Polsce brak pisarzów, którzy by świetneprzodków czyny na chwałę narodową wiekopomnąwystawiali, i takie wyliczając wszelakie (szczególniejJana Zamojskiego), przechodzi do królów obcych, których zwykłym swym trybem silnie nicuje (nie oszczędzając i Batorego). Że się bez obcych śmiało obejśćmożemy, dowodzi właśnie Chocimska wojna — tuwplata panegiryk na króla Michała i tu już tworzy ówanagram, Jam Lech (z Michael), co powtórzy w samympoemacie. „Transakcyi (sprawy) tedy wojny chocimskiej jedno przez lat ośmdziesiąt od śmierci Stefana,jakośmy zza morza przywieźli króla, pamięci godnedzieło do rąk ludzkich podaję”,bo „domowych z Kozaki i z Tatary hałasów wspominać szkoda, za szwedzkie się wstydzić potrzeba; Węgrowie (mowa o Rakoczym) i Moskwa trochę nas ozdobią, i to, kto uważysmoleńskie trzyletnie oblężenie, jako wiele okazji dzielnych czynów zgubiło, nie masz się z czego chlubić; nie masz dla Boga, bo na koniec upadliśmy i nie tylko Smoleńsk nazad, ale Kijów, Perejasław i inszych niemałopowiatów z całym nam odebrali Zadnieprzem, za to,żeśmy palili księgi owe Twardowskiego o ich ekspedycjach napisane” Nasarkawszy się na pobory, co krajzubożyły, na Jana Kazimierza i stronnictwa za interregnum, wysławia nowego króla, i po tym prozaicznymodstępie od rzeczy wraca do Lipskiego „z swoim prezentem”, wierszami wychwala przezacny dom Lipskichi wszystkich Srzeniawitów, dalej dziada, ojca, stryjówLipskiego; dalej koleje jego własnego życia i dzielnespełnianie wszelkich obowiązków, i kończy życzeniamiszczęścia, zaszczytów, nagrody za trudy i najdłuższegożycia.

Ogromny wstęp ten przenosimy w naszym wydaniu na koniec poematu do Dodatku. Razi on nasdzisiaj niejednym: wiersze herbowe są niesmaczne; prozaprzedstawia cienką nitkę polską, na której nanizaneolbrzymie cytacje, zdania i słowa łacińskie, trudno zrozumiałe dla dzisiejszego czytelnika: nawet w kilku przytoczeniach powyżej łacinę usuwaliśmy. Przedrukowujemy go jednakowoż, żeby nie rozrywać całości. Dawniejsi wydawcy zeszpecili haniebnie tekst prozaiczny;nie rozumieli go wcale i z mądrych a trafnych zdań,acz niemiłosiernie łaciną przytłoczonych, uczynili jakąśnieforemną masę; uwzględnienie dwóch niewyzyskanychdotąd rękopisów pozwoliło nam przywrócić dedykacjiwłaściwe i zrozumiałe brzmienie.

Czyż poeta nie pomyślał i o innym wstępie,o innej redakcji jego? Bo sam a sobie słusznie twierdził, że nie był extemporaneus, tzn. nie zadowalałsię, jak niemal wszyscy skrybenci XVII wieku, pierwszym rzutem, że pracę pociosywał stale. Posiadamyteż rozmaite redakcje innych jego wierszy, np. jegoPogrom turecki pod Chocimem w r. 1673 (zwycięstwoSobieskiego) istnieje w brzmieniu krótszym (w Wirydarzu Trembeckiego) i obszerniejszym i poprawniejszym (w rękopisie poznańskim, wydanym przez B.Erzepkiego); podwójnej redakcji uległ wstęp do Wirginii itd. Wiemy przecież, że Potocki władał i pięknąprozą polską; znakomite jej próby daje rozpoczęty w r.1669 zbiór p. t. Przypowieści i przysłowia. Nic jednaknie wiadomo dotąd o jakiejś nowej redakcji czy WojnyChocimskiej, czy samego do niej wstępu.

Wiemy więc od samego poety, że obruszyło go,iż Polacy o sobie i własnych sławnych dziełach małoco wiedzą, a jeszcze mniej piszą, gdy np. Francuzi,,szczere fabuły i bajki, ludziom próżnującym dla zabawy, romansze wielkimi tomami piszą”. Wybrał otoz tej przeszłości właśnie to, co największy zaszczytnarodowi przyniosło, Chocim, i dzieła w dziesięciu „częściach” dokonał. Rozmiary tych części nierówne, najdłuższa (trzecia), liczy 1784 długich wierszy, najkrótsza(ósma) 694; podział jednak wcale odpowiedni. Zaczynadzieło korną prośbą od Stwórcy o zmiłowanie nad chrześcijaństwem i własnym narodem, a kończy również prośbąo zachowanie pokoju i wolności, rządnej a silnej.Pierwsze dwie części — to przygrywka do Chocima;pierwsza opowiada o przyczynach zatargu, o zachłanności potęgi tureckiej, o Tatarach i Kozakach, o sprawach wołoskich, o Cecorze; druga wprowadza w przygotowania tureckie i polskie, uchwały sejmowe, wysyłanie poselstw o pomoc do krajów ościennych. Częśćtrzecią zaczyna opisem wiosny i lata 1621 r., pochodu Lubomirskiego, przybycia Chodkiewicza i przeprawy przezDniestr, wyczekiwania posiłków, szczególnie Kozakówi kończy ich tęsknie i trwożliwie upragnionym przybyciem. Czwarta zaczyna [się] opisem jesieni, poświęconapierwszym wrześniowym szturmom tureckim; piątai szósta dalsze opisują. Siódmą zajęła śmierć Karakasza,osadzenie nowego wezyra, Dilawera, i śmierć Chodkiewicza. W ósmej obok dalszych i równie bezskutecznychszturmów nawiązują się pierwsze układy, prowadzonecoraz skuteczniej w dziewiątej, aż w dziesiątej pokojudobito i wojska pole walk opuściły. Zwyczajem ówczesnym, stale np. przez Twardowskiego przestrzeganym,dopisywał Potocki na brzegach kart króciutką tylkotreść każdego ustępu (»ustępem« sam nazywał tylkodygresje, tj. zboczenia od wątku głównego, i epizody);»argumenty« te w naszym wydaniu na tym samym miejscu zachowujemy.

IV. Źródła

Wyliczył je na karcie tytułowej sumiennie poeta.Uważał za swoje powołanie wierszopiskie, prozę łacińską „przysmaczać” rymami polskimi. Za głównego przewodnika obrał Jakuba Sobieskiego, wojewodzica lubelskiego, jednego z komisarzy sejmowych, dodanych wodzom do boku, który wypadki dzienne notował w „diaryuszu” (Dzienniku), a później je po łacinie opracowałi wydał p. t. Commentariorum belli Chocimensis libritres, w Gdańsku 1646 r. Potocki śledzi Sobieskiegokrok za krokiem — jego wiersz bywa nieraz tylko omówieniem owej prozy — ale korzystał i z innych źródeł, np. z łacińskiej kroniki biskupa Pawła Piaseckiego(jemu zawdzięcza opis wycieczki Osmanowej pod Kamieniec i Paniowce, o czym Sobieski zupełnie milczy,jak i inne źródła współczesne), dalej z obu epopei-kronikS. Twardowskiego, z Przeważnej Legacji (1638 r. i częściej), jak i z Władysława Czwartego (1649 r. ): znał je tak dokładnie, że słowa Twardowskiego tkwiły muw pamięci i że je powtarzał; jemu też chyba zawdzięczaużywanie prócz w znaczeniu tylko. Obok tych czterechdzieł zasadniczych polegał i na podaniach rodzinnych,np. Pisarskich i Lipskich.

Natomiast zmyślał swobodniej wszelkie modlitwyi wota (śluby) Chodkiewicza i Lubomirskiego, i innych(Sobieskiego, Lipskiego, Pisarskiego), i Turków przemowy i rady, na polu bitwy i w namiocie, w dywaniei u sułtana, chociaż i do niektórych z tych mów znachodził w źródłach oparcie i szczegóły. Całkiem jegowłasnością są opisy przyrody, pór roku, zajęć dziennych; wycieczki przeciw współczesnym, niewieściuchom,piecuchom (domatorom), sobkom; przeciw pochlebcomi obmowcom (u dworów); o znikomości ludzkich przedsięwzięć. Na koniec liczne, nieraz szeroko opowiedzianeanegdoty i aluzje (napomknienia) historyczne, przeważnie z świata starożytnego; tu zapuszcza się poetaw szczegóły dzisiejszemu czytelnikowi zupełnie obce,nieraz nadto dziwaczne.

Wylicza np. z powodu Srzeniawy-rzeki wszelkiei najobskurniejsze rzeki starożytne, np. „niechaj się Cybeliną Almon chełpi łaźnią” (w podrzymskim tym potoczku obmywali kapłani Cybeli jej posąg co roku),dalej Amphrysus, Lincestis itd., rzeczki w Tessaliiitd., z mitologii znane; za to rzeki Arymaspus złotonośnej wcale nie było; on ją sam zmyślił, był tylkolud Arymaspów, co gryfom złoto wykradał. W przytaczaniu tych anegdot nieraz się Potocki myli, czy z własnej winy, pomieszawszy nazwy i rzeczy, czy z winyogólnie powtarzanej bajędy. Jeden przykład: w księdze siódmej, w. 927--1018, o zgubnym pochlebcówi obmowców wpływie na panujących, trzy anegdotyprzytoczył, wszystkie mylne. Nie Thais wymogła naAleksandrze, że spalił Persepolis (on pałac, nie miasto,i nie dla Taidy spalił); Kallistena, krewnego Arystotelesa, kazał Aleksander obwiesić, ale nie dlatego, że Kallistenes przeczył jego boskiemu pochodzeniu: przeciwnie,to właśnie Kallistenes tę bajkę zmyślił i szerzył i tymsię szczycił — zarozumiały i niezręczny historiografAleksandra potknął się na czymś zupełnie innym. Arystypa wreszcie nie kazał ściąć Dionizjusz po obiedzie:dowcipnemu dworakowi, mistrzowi sztuki życia i odpowiedniej filozofii (hedonizmu, używania mądrego,filozofii cyrenajskiej, co Potocki z cyniczną pomieszał),wybaczał Dionizjusz chętnie i najdrażliwsze dowcipy; —umarł też Arystyp najprozaiczniej, zachorowawszy podczas powrotu do ojczyzny.

Za takimi to anegdotami upędzał się formalniepoeta i czyhał na sposobności albo sam je stwarzał,aby takie pouczające powiastki wtrącać. Zmyśla np.,że nowy wezyr z nauczycielem Osmanowym opowiadają sobie stare dzieje, niby „dni pożycia swego” (musieliby dwieście lat żyć, gdyby to pamiętali), aby tylkowsadzić bajeczkę o „Tamburlanie”,obwożącym zwyciężonego Bajazeta w żelaznej klatce, o którą głowęsobie Bajazet rozbił, gdy żonę i córki na usługach nagie obaczył: „stąd prawo, co ich (Turków) carom broniożenienia”; — wszystko najmylniej: bajkę o klatce itd.wymyślili Grecy; w istocie Tamerlan Bajazetowi wszelkie wyrządzał zaszczyty, acz go, szczególniej po nieudałej ucieczce podkopami ziemnymi, pilnie strzegł;owego zaś prawa nigdy nie było; zwyczaj bronił sułtanom tylko żenienia się z turkiniami (córkami wezyrów itp.); przeciw temu zwyczajowi właśnie Osmanpostępował.

Potocki znał na wylot całe Pismo św. i autorówklasycznych (łacińskich; po grecku wcale nie umiał),Liwiusza, Tacyta, Justyna, a z poetów, obok Eneidyi Georgik Wergiliuszowych, osobliwiej Przemiany i „Kalendarz” (Fasti) Owidiuszowe; czytając to, notatki robiłi z nich później obficie korzystał; stąd to nagromadzenie wszelakich nazwisk mitologicznych i innych. Czytał równie uważnie historyków nowszych, Thuana i in.,ale brakło mu tablic synchronistycznych, porównawczych, więc mylił się co do współczesności wypadkówi osób fatalnie; np. Tamerlan (1400) i nasz BolesławWstydliwy (Pudyk, 1250) są mu współcześni, pomieszałwięc napad Mongołów z XIII w. z późniejszym o półtora wieku. Albo taką popełnia myłkę: Sobieski powoływa u niego w r. 1621 bitwę pod Groningen, którąSzwedzi przegrali — po raz pierwszy powinęła się imwtedy noga w Niemczech — w r. 1634 dopiero, chociaż właśnie różnowiercy polscy dzieje wojny trzydziestoletniej a szczególniej Gustawa Adolfa bardzo pilnie śledzili (i Potocki przerobił wiersz Przypkowskiego naGustawa Adolfa z łaciny na polskie i do straconegoKamieńca odniósł r. 1672). Dla konceptu z królemMichałem, mniemanym przyszłym oswobodzicielemEuropy od Turków, naciąga Michała VIII Paleologa,jakoby po jego trupie Turcy do Europy wkroczyli;tymczasem Michał ów założył tylko ostatnią carogrodzką dynastię Paleologów (po zniesieniu cesarstwa łacińskiego), a Turcy dopiero w następnym wiekuw Europie się usadowili na stałe. Więc z historycznością tych przykładów bywa nieraz bardzo krucho, jaki z pisownią nazwisk, dla rymu przekręcanych (np.Selin zamiast Selim, mylnie oprócz tego przezwanyzięciem zamiast wnękiem — wnukiem Mahometa II; byłon zięciem chana tatarskiego, ale synem Bajazeta II,którego z tronu złożył). Najzabawniej wypadł katalognarodów wschodnich, jakie niby Osman pod swojebuńczuki pozaciągał (ks. IV, w. 150 — 190); jest tostraszna gmatwanina nazw mitologicznych, klasycznychi nowych wschodnich, gdzie tylko rym i ilość zgłosekrozstrzygały; dostały się do tego katalogu i narodyceltyckie, np. Cadurci, z trackimi Bisalty; Cyrci, to Liwiuszowy ludek rozbójniczy w Persji, Cyrtii lub Cyrtaei;Chiny i Indie tu zastąpione wbrew wszelkiej historii;zaczyna zaś od obu słupów Herkulesowych, Kalpei Abila (dzisiejszy Gibraltar i t. d. ). Wobec tej powodzi klasycznej ustępuje zupełnie świat biblijny, chociażi on z Karmelem i in. poprzytaczany; Nabuchodonozor,Sisara, Antioch, Senacherib itd. przewijają się równoz Sesostrisem, Macedończykiem, Emiliuszami. Cokolwiek bądź, widoczne jest znaczne oczytanie poety, obfitość jego źródeł.

V. Plan, styl i język

Wojna Chocimska nie jest poematem; pozostajekroniką wierszowaną; nie gardził jednak poeta wypróbowanymi środkami epickimi. Nie wprowadza naswprawdzie in medias res, jak to powinien epik prawdziwy; zamiast zacząć od 2 września lub później nieco,poświęca pierwsze dwie księgi przesłankom wojny,chociaż to wszystko dałoby się wygodnie i późniejstreścić. Ale jest inwokacja epicka, wezwanie Boga;są dalej próby kreślenia przyrody, niezłe opisy zmianpór rocznych i dziennych, dowodzące bystrego oka myśliwego i rolnika, co się zżył z przyrodą; mianowiciewschód dnia coraz inaczej, a zawsze ładnie opisany.Co jednak nierównie ważniejsze: poeta charakteryzujeludzi, chociaż wyłącznie tylko przez ich mowy. Polacy, Kozacy, Turcy mówią językiem Potockiego, alejednolity język nasiąka odmiennymi tonami wedle osobymówiącej. Inaczej mówi gorączka Lubomirskiego; inaczejprzezorność Sobieskiego, co nigdy wszystkiego na jednąkartę nie stawi; inaczej głęboka powaga Chodkiewicza,animusz rycerski młodego Lipskiego, natchnienie krzyżowca, starego Pisarskiego, dojrzałość rady Muftiego,zapalczywość niesforna chłopczyka Osmana; — tylkoKozaka nie utrafił Potocki: przemawia on do Osmananie z chłopska-kozacka, lecz jak rycerz, i słusznie muOsman zarzuca: „czy nie uczył ty u giaurów szkoły?”Z tym jednym wyjątkiem należy te pierwsze próby odmiany charakterystycznej wedle wieku, stanu, temperamentu uznać za bardzo udałe, chociaż Turcy nie używają własnego wschodniego stylu (którego Potocki wcalenie znał), polskim jedynie się posługują.

Starał się dalej Potocki zachować obiektywnośćepika, oddać i nieprzyjacielowi, na co zasłużył, i wyraźnie ten swój zamiar zapowiedział (ks. I. w. 429--433),chociaż niezupełnie dotrzymał; mianowicie w scenachz Osmanem obniżał się do zbyt płaskich i grubychrysów. Od kroniki suchej odbiegał wylewami gorącegouczucia; jego sarkania na nierząd dawny, na zbytkinowe, na niewojenność szlachty, jego docinki rodowiszwedzkiemu, jego panegiryki Michałowi (całkiem niezasłużone, jak to niebawem sam się przekonał), towszystko ożywia skutecznie, przerywa jednostajne opowiadanie. Umie je i inaczej urozmaicić: opisami osóbgłównych, acz tylko ich zbroi i rumaków (o rysachtwarzy itd. nie ma jeszcze mowy, jakby szlachta przedstawiała się masą zbiorową bez rysów indywidualnych);dalej ich mowami; opisami przyrody (głównie tylko atmosfery, oświetlenia); anegdotami historycznymi, wspomnieniami (najpiękniejsze w przemowie do Lipskiego str.390, gdzie wylicza „domy szlacheckie” Śrzeniawitówod Podgórza do Śląska). Nawet opisy szturmów i bitewnie powtarzają się jednostajnie, jest pewne ich stopniowanie; tu jednak Potocki poniekąd zawodzi. Żaden bowiem batalista XVII w., ani Piotr Kochanowski, aniSamuel Twardowski, ani Wacław Potocki, osobiścienie walczyli nigdy, więc te ich opisy trącą raczej literaturą, schematem, niż prawdą-przeżyciem.

O kompozycji nie ma mowy; zastąpił ją układchronologiczny, dzień za dniem — acz nie każdy wymieniony, uwaga na głównych skupiona; więc i o jakimś zawikłaniu akcji, intrygi, nie myślimy; jednośćstworzyły wypadki same; główny ich bohater zstępujeprzedwcześnie do grobu. Styl natomiast epicki, podniosły, uroczysty, godny przedmiotu; miejscami tylkorubaszność autorska i niewyrobiony smak oszpeciłyzbyt płaskimi konceptami tok zresztą znakomity. Niebrak ulubionych kalamburów, gry słownej: więc Warna,klęską pamiętna, woła wara na Polaków; są anagramy, MichaelJam Lech; są liczne aluzje herbowe.Mowy w stylu Liwiuszowym. Epika wyróżnia malowniczość stylu, osiągana głównie przymiotnikami, bezktórych rzadki rzeczownik; są obszerne porównania,znakomite przenośnie, głównie z życia i wrażeń myśliwego, rolnika, gospodarza. Nie dba jednakowoż o staleepitety; chyba Osman coraz „durny” (szalony, zarozumiały); powtarzają się porównania i opisy główniednia wschodzącego; dla dobitności powtarza nierazanafora słowa lub całe części zdania.

Największą poematu ozdobą jest jego język. Przestarzałych form, słów, zwrotów w nim mało. Z formnależy wymienić drugie i czwarte przypadki liczbypojedynczej żeńskiej: prace, baszę, pracą, płacą, zamiastpracy, baszy, pracę, płacę; drugie przypadki liczbymnogiej męskiej Tatar, suchar, janczar zamiast Tatarów itd.; bardzo liczne 6 przypadki na -y, zamiast-ami; przed wojski, pióry (piórami), z pułki, pęty itd.;7 przypadki na -iech: w hetmaniech, raziech (razach);używa jeszcze liczby podwójnej: obie stronie (strony),siestrze, córce, strzelę (strzały). I to niemal wszystkojuż; Azyej zamiast Azji, o płacej itp. do wyjątkównależą, jak i imiesłów bojący, bojąc (bez się, które Potocki często opuszcza, jak i końcówkę -je, np. srożezamiast srożeje). Ociec (ojciec), wszytkie (wszystkie),barzo (ale bardziej), aże (aż), wżdy (przecież), to najpospolitsze okazy dawnego języka. Imiesłowu używa całkiem swobodnie, jak Francuzi, jak Pasek, najbardziejzaś St. Leszczyński i Litwa, np. który rano z Hussejnem,podskarbi trzecie miejsce wziąwszy, zaprasza itd.

Form i słów narzeczowych używa dla rymów, nieraz wcale sztucznych, nieraz dosyć pospolitych (powtarzanie np. czasownika złożonego i niełożonego: ukażei każe rymują), więc kościół, gościoł (zamiast gościłwedle wymowy ludowej pewnych okolic); dla cynadrypowie ladry, zamiast leiry (Leiter, drabina); zmieni dowolnie pisownię, aby rym dla oka pełny wypadł; w niniejszym wydaniu przywracamy formy poprawne tam, gdzienas przekręcenia zbyt rażą, bez względu na rym; usuwamy więc takie formy jak gościoł, rościoł, dosić, na czesie(zam. na czasie), lepi, bardzi, gęści itp. (zam. lepiej,bardziej, gęściej), umyśnie, loźny, pioron, z grontu, sierci(dla rymu, gdzie indziej czytamy poprawnie: umyślnie,luźnym, piorun, grunt, sierść), ony, ty, obfity itp. (zam.onej, tej, obfitej), wreszcie gwarowe e przed ł, r (w słowach jak: siła, miły, omyłki, uprzedził, nawiedził, zostawił, Kazimirski, Birże, itp. ).

Potocki mistrz nad językiem nieporównany, boowładnął jego bogactwem i z nadzwyczajną lekkościąi zręcznością każdą przezwycięża trudność. Jak bladyjęzyk Kochanowskiego wobec jędrności, barwności,wypukłości, niesłychanej obfitości, która język Potockiego nawet nad Twardowskiego wyniosła! Myśliwy,gospodarz, rolnik, szafuje skarbem domorosłym, najrzadszych użyje wyrazów dla pełnego wydania obrazu,myśli, porównania. Lecz słowniczek, dodawany do wydań dawniejszych, zawodzi; nie objaśnia wcale, czegodzisiejszy czytelnik już nie zrozumie. Np.: (wojsko) idziena maciory; domyślamy się ze związku, że „wraca należe”, ale to przenośnia od pszczół (pczołami je jeszcze Potocki zowie) i ula; maciora to ich matka, królowa. Albo: fortuna daje coś komu na wymiot; nazwato stała małego daru, jaki ubogi wymiata (wyrzuca),aby wielki ułowić: i fortuna drobnostką usidli człowieka, aby go tym silniej porazić. W ks. I, w. 220:Prócz że tamecznych krajów ludzie są tworzydła znaczy:Oprócz tego, że (tak stale Potocki samo prócz że używa),są (Polacy) ludźmi tworzydła tamtejszych krajów (tworzywa, osnowy); — w słowniczku znajdzie czytelniktylko: tworzydło, worek, w którym sery wyciskają!Gdzie znaczy u Potockiego, jak i u Kochanowskiegoi in., także i gdy, ale o tym wydawcy nie wiedzą, itd.

Otóż na stronę językową zwrócono w niniejszymwydaniu baczną uwagę; objaśniano słowa, które na pozór objaśnienia nie wymagają, lecz w istocie dziś sąniezrozumiałe, np. takie ustawnie sprawować — słowniczki milczą, że to znaczy: ustawicznie się usprawiedliwiać. Dla wygody czytelnika objaśnia się stale każdesłowo w przypisku, nie w słowniczku; ile więc razypowtarza się imo, kobuz itd, tyle razy objaśnia sięje u dołu, nie odsyła czytelnika do poprzedniego objaśnienia. Dotyczy to szczególnie słów obcych, tureckichi łacińskich, których aż nadto w poemacie, więc zakażdym razem objaśnia się emiry (rozkazy), propozyt(zamiar) itd.

Co do słów obcych, używa poeta wiele tureckich(ale przeważnie tylko pospolitych), za przykładem Twardowskiego, dla oddania kolorytu wschodniego. Używa,jako Podgórzanin i właściciel wsi ruskich, słów i formruskich (dla wiersza), np. sorom i i.; czeskie rzadkie,najczęstsze hustem, gęsto (pisze je mylnie i przez ch,chustem, bo jako Polak h i ch nie odróżnia). Francuskich nie ma jeszcze, prócz randewu i szarża (stopień wojskowy); więcej niemieckich, czasem dla żartu, czasem dlarymu, np. binder, pluder, kranki, szwanki, wincze, glance,cugi im. Nierównie więcej włoskich: dziardyn (ogród), foza(moda), galantomo (elegant), speza (wydatek), bando(ogłoszenie), spasso (zabawa), tyr (tiro, przytyk), awizy,splendeca i kontenteca, rewolta, seguito (orszak) itp.

Tysiąc sześćset siedmdziesiąt i trzeciemu roku

Z niewinnym przez Heroda okrutnego końce

Zabiciem izraelskich niesie niemowlątek,

czytaj: 1673 roku niesie (nowy rok) końce z niewinnym (!) zabiciem izraelskich niemowlątek przez itd. I takbywa często, to wymaga największej od czytelnikauwagi. Dalej używanie wedle łaciny zaimków względnych na początku zdań głównych, zamiast wskazujących, który, których, co itd. zamiast ten, tych, toitd. (wedle łacińskiego qui, quod itd.). Dalej częsta składnia co do myśli, zamiast formy, np. pogaństwo... prowadzą, zamiast prowadzi (łacińska konstrukcjaad sensum); wreszcie biernik z bezokolicznikiem, np.mniemając swoje być przed sobą Kozaki itp., ale toraczej wyjątkowe. Zresztą, prócz tych skaz drobnych,język mistrza wydaje, który sobie, swej władzy pewien,najswobodniej poczyna, nawet Sudermana dla rymuna man Suder przekabaci, czasowniki opuszcza, np. cożywo się do robót (dodaj: bierze). Zarzucimy mu znowu,że nieszczęsnego który zbyt często używa, że nie dbao urozmaicenie, takie zwłaszcza i i. nadto powtarza.Z innych właściwości wymieniamy jeszcze, że staleużywa wedle trybu współczesnego Zaporowski, ostrowskizamiast zaporoski (od Zaporoża), ostroski (od Ostrogu),zaciemiać, nie zaciemniać (do zaćmić); że nie kreskujeo, cośmy tu wprowadzili.

Piętą Achillesową i rękopisu i wydań dotychczasowych jest przecinkowanie. Potocki tylko o kropki dbał;jego dwukropek i średnik i i. nieraz tylko przestanek,cezurę wiersza oznacza; szafuje nadto hojnie znakiemzapytania. Wydawcy tekstu wcale nie rozumieli dokładniej i ich przecinkowanie stale myśli przeczy, —więc zupełnie je zarzuciłem i własne przeprowadziłem,wedle istotnej myśli, aby jej zrozumienie czytelnikowiumożliwić. Przy obfitości pomysłów i porównań, np.z pisma Starego Zakonu (por. modlitwę Lubomirskiego,ks. VIII, w. 57--70, porównanie z budową Świątyni,o którym panu podczaszemu się ani śniło), szafowałPotocki co raz nawiasami, ale sam kładł je wyjątkowona piśmie — w tym wydaniu stale je wyrażano. Potockisam przerywa podobne wtręty, jeśli obszerniejsze, najprozaiczniejszymi zwrotami, np. więc do rzeczy, krótcerzekszy, ale wracam do miejsca (III, 1291), dokąd mniepióro uniosło itp.

Obfitość przysłów i zwrotów przysłowiowych nawet Rejową przewyższa. Są takie, których ani Rysińskinic zapisał; inne znakomicie jego zbiór przysłów potwierdzają; niejeden zwrot stale się powtarza, np. zadąćsowę (zasępić się), odtoczyć od czopa (oddać za swoje),upijać się na co (przedwcześnie liczyć na coś), na szydłach siedzieć (o sytuacji drażliwej nadto), wpaść w ptaki(popłochu narobić, pomieszać szyki) itp.; nawetz klasycznego świata się odnajdą zwroty, np. Ulissesna Frygi (frant na głupich) itp. Nie wystrzega sięPotocki powtarzania obojętnych słów (co ostatecznaredakcja utworu usuwać by winna) w zbyt krótkichodstępach. Niejedno słowo powtarza w rozmaitym znaczeniu, np. rum (wykrzyknik: dalej, w drogę; rumowisko, gruzy; wolna droga, przestwór, przejście); rugi(zmarszczki, z łac. ruga; z niem. rugi sądowe; w końcui gwar, szum) itp.

Budowa wiersza, ulubionego trzynastozgłoskowcarymowanego dwójkami, prawidłowa; myśl urywa sięz wierszem, lecz, częściej niż u spółczesnych, przenosisię i do następnego; średniówka zawsze z końcem słowaprzypada; dwugłoski eu, au słów obcych liczy poeta,wedle wiersza, bądź za jedne, bądź za dwie zgłoski:feud, kausa, Europa itp. są więc i dwu--, trzy-- i czterozgłoskowe. Rym, znacznie obfitszy, pełniejszy, niż np.u Kochanowskiego (jego rymów gramatycznych, nakońcówki -ować, -emu itp. nie ma już wcale), winiendla oka jawnie wystąpić, nie tylko dla słuchu, i z tegopowodu poeta nieraz sam kawi (dziwy stroi), co innymwyrzucał; w niniejszym wydaniu przywrócono nierazformę prawidłową z uszczerbkiem dla rymu; zresztązatrzymano dawny język, ale kreskuje się ó (poeta znatylko o), i pisze się i, y, gdzie wypada, zamiast ie, eprzed m, nimi, nie niemi; którymi, nie któremi. Języki wiersz nie odbiegają więc znaczniej od współczesnychznakomitszych pisarzy, Twardowskiego czy Kochowskiego; na uznanie szczególne zasługuje, że złożonychprzymiotników Potocki niemal wcale nie używa, jesttylko orzeł białopióry i gdy o słońcu mowa, złotobiodre,ogniogrzywe (jego konie), złotolite itp.

VI. Znaczenie poematu

Dla Potockiego — najbardziej to słoneczny utwórmuzy jego, niesłychanie obfitej; tylko sielanka Libusza,spółcześnie napisana, jeszcze większą tchnie swobodą,a nawet swywolą. Powstał bowiem poemat w najszczęśliwszej chwili życia: żaden cios nie ugodził jeszczew błogie zacisze domowe, nic nie zamąciło ani nawetnie zagrażało szczęściu rodzinnemu, a myśl upragniona,ulubiona, że na koniec przestały „kwoki szwedzkie wodzić polskie kaczęta”: że Piast osiadł na tronie, a z nimwrócą Jagiełłowe czasy, opromieniała całe dziełoi chwile jego tworzenia. Optymizm poety jeszcze niewzruszony.

Dla nas — najbardziej to jednolity, najdoskonalszywięc utwór poety. Nazwaliśmy go kroniką, ale wystarczy rzut oka na kronikę Twardowskiego, aby ocenić wyższość Potockiego. Twardowski wciągał sumiennie każdy szczegół, niczym nie wiążący się ani z Władysławem, ani z Chocimem, a więc: pogrzeby cecorskichofiar, zamach Piekarskiego, wesele Chodkiewicza itd.;Potocki wybierał, chociaż miał Twardowskiego przedoczyma, odrzucał wszystko zbędne. Twardowski nieustrzegł się brzydkiego panegiryzmu wobec króla Władysława: ten, choć całą kampanię w łóżku przeleżał,jest niemal wszędzie obecny i czynny; Potocki prawdęciął, a już najbardziej znienawidzonym Szwedom; nieprzemilczał o dezercjach szlachty, o rzezi niewinnychWołochów (i sarkał na zbyt łagodne jej ukaranie),o łupieskich zapędach Kozaków i ciurów. Twardowski pisze sucho, mimo grubo nałożonej szminki literackiej (począwszy od wzywania Muzy, gdy Potockiod Boga zaczyna, i od porównań i zwrotów szkolnych).Wykład Potockiego, przeciwnie, nabrzmiał uczuciamikornej wdzięczności i ufności w łaskę i opatrzność boską; dumy szlachetnej, radości nadmiernej, że należydo narodu, co takiego dzieła dokonał; zespolili się w nimgorący miłośnik ojczyzny i katolik szczery. Boć to nie tylko najbardziej patriotyczne, ale i najbardziej katolickie dzieło Potockiego. Nie tylko uznaje na każdymkroku palec Boży, ale i przed świętymi (św. Wacławem) się korzy i przed Matką Boską i aniołami; codo św. Michała, zniża się nawet do płaskiego konceptu,godnego najlichszego ascetycznego pisarka (św. Michałzachował tryumf nad Turkiem dla swego „drużby”, tj.współimiennika, króla Michała!). Przeciwko duchowieństwu raz tylko zdobył się na uwagę uszczypliwa, natyr, o jego nieofiarności dla ojczyzny, gdy inne jegodzieła w nierównie dotkliwsze tyry stale obfitują.

Wzniósł się Potocki w tym dziele najwyżej; w trzylata później opisał drugi pogrom chocimski (1673 r.),ale jakże obniżył lot z r. 1671. Szpecą go teraz płaskiekoncepty; szydzi z tych Turków, co się w 1673 r.nierównie lepiej bili niż w r. 1621; z ich Huseina robiGąsiora (wedle ruskiej husi), a z Kaplanbaszy Kapłona,i rozwodzi się szeroko nad nieprzyzwoitą „gadką”Kochanowskiego o „dziale” przyrodzonym! W roku 1621miał przecież również Husseina przed oczyma, ale o gąsiorze itp. ani pomyślał. Pogrom 1673 r. — to zwykłagazeta (,,nadzwyczajny dodatek”), wierszowana; Wojna,to dzieło sztuki i natchnienia patriotycznego.

To nim owładło — więc, że sam Polak, zazdrościponiekąd Litwie, iż Chodkiewicza wydała, i kosztemChodkiewicza podwyższa nieco Lubomirskiego, tegożmonomachię nawet wykomponował; między Kozakamisławi Sahajdacznego głównie dla wierności niewzruszonej; wprowadzając jego osobę, poświęca jej więcejwierszów niż wodzom polskim; obok Lipskich i Pisarskich sławi Arciszewskich, eksarian arianów, i różnowierców Anglików (dla Jakuba króla i dla ich floty,zwycięskiej nad hiszpańską) chlubnie wysławia. Zygmunta wyszydza coraz dotkliwiej: na początku prawijeszcze o nim jako o wielkim, bo o królu polskim, aleczym dalej, tym sroższe docinki; przedrwiwa też wózpanegiryków, naładowany dla Władysława za granicą.Natchnienie patriotyczne wybucha jednak także inaczej:w skargach na opieszałość, próżnowanie, marnotrawstwo,zbytki, zniewieściałość, brak miłości ojczyzny, sobkostwo współczesnych. Epik ustąpił satyrykowi; dydaktyczna, moralizatorska żyłka nabrzmiewa; poeta, obruszony miernotą i niskością otoczenia, żółci domieszałdo swych lazurów; ogarnia go pesymizm na widoknędznych potomków sławnych dziadów i pradziadów;dlatego wystawia im to zwierciadło, aby się w niemprzejrzeli. Nowa to podnieta i pobudka do żywego,uczuciowego tworzenia. I powstało w końcu dzieło,z obfitego piśmiennictwa siedemnastowiecznego dziś namnajbardziej w swej całości dostępne, zrozumiałe, bliskie.

Aby je słusznie ocenić, należy je zestawić z najcelniejszymi poematami słowiańskimi, Gundulicia, Twardowskiego, Kochowskiego (innych nie ma, bo Czechyjuż, a Ruś jeszcze milczą) Żaden z nich nie ma tegorozmachu epickiego; śmiało gardzi Potocki ich podpórkami sztucznymi, ich machiną epicką. Twardowski zaczyna: „Muzo, ty to wypowiesz ducha w się natchnąwszyI kaduków (!) Febowych” itd., ale o natchnieniu nie madalej i śladu; Gundulić i Kochowski poruszają siły nadprzyrodzone, piekielne, o czym u Potockiego głucho;racjonalista eksarianin gardzi nawet wróżbami nieszczęścia, jakich mu Twardowski obficie dostarczał. Tennie opuści niczego; z całego „punktu” o Chocimskiejmniejsza połowa (str. 51--93) zawarła to, z czym sięPotocki w pierwszej „części” uporał, a miał przecieżTwardowskiego przed oczyma ciągle (od niego przejąłi wotum Lubomirskiego o świątyni itd.). Żółkiewskich i Chodkiewiczów nie znał wiek XVI ani XVIII;rycerski duch, obcy ziemiańskim tym wiekom, ożywiałwiek XVII, ożywia, przenika poemat Potockiego: tenduch, gorące uczucia patriotyczne i chrześcijańskie(odnoszące powodzenia i klęski do woli opatrzności,wzywanej kornie a ufnie), język przepyszny, stworzyłynajpiękniejszy, najtrwalszy pomnik chluby narodowej,Chocima.

Wiek XVI próżno marzył i tęsknił o epopei, szczycie poezji, o polskim Maronie; brakło mu tchu do tego,bo znał tylko walki parlamentarne i walkę o swobodęsumienia; szczęk oręża w nim zagłuchł. Ożył w siedmnastym i rozwinęła się bujnie poezja epicka, a szczytem jej pozostanie Wojna Chocimska, i dla przedmiotu,słusznie przez poetę wybranego, i dla stylu, godnegotej treści wyraziciela.

Rękopisy i bibliografia

O życiu i twórczości poety por. Wstęp do drugiegowydania Wyboru poezyj jego, w Bibliotece Narodowej nr. 19.

Gdy malutki kraik dalmacki Osmana Gunduliciowego(również dopiero w wieku XIX drukowanego) w trzydziestukilku odpisach (jeden u Zamoyskich, z biblioteki StanisławaAugusta) przechował, olbrzymia Polska szlachecka tylkotrzema czy czterema odpisami Wojny się zadowoliła.

Przy opracowaniu niniejszego wydania krytycznegorozporządzaliśmy trzema rękopisami. Najstarszy, rękopisOssolineum nr. 1822, przyjęliśmy za podstawę. Jest on ponad wszelką wątpliwość autografem Potockiego. Stwierdzamy to, porównywając pismo z szeregiem własnoręcznychpodpisów poety, zachowanych w krakowskim Archiwumgrodzkim i ziemskim. Ale gdyby nawet brakło tego dowodu zewnętrznego, cechy wewnętrzne rękopisu wystarczyłyby dla przekonania, że wyszedł z pod pióra samegoautora; tak mianowicie jest staranny i poprawny, tak konsekwentnie zachowuje te same charakterystyczne właściwości form, ortografii, interpunkcji, jak by tego żaden kopistazachować w tak ogromnym skrypcie nie potrafił. Jeżeli przedruk Przyłęckiego, na tymże rękopisie oparty, zawierał rozliczne błędy i niekonsekwencje, oraz wiele zbyt jak na Potockiego zmodernizowanych form, skąd nasuwać się musiałoprzekonanie, iż rękopis nie wyszedł spod pióra samegopoety, trzeba to położyć jedynie na karb niedostatecznejstaranności przedruku (na którym znów oparło się wydaniewarszawskie). Autograf zawiera tu i ówdzie uzupełnieniai dodatki grup wierszy, pisane tą samą ręką, ale w późniejszym czasie, które w innych znanych rękopisach są normalnie w tekst wcielone, pod każdym też względem (formjęzykowych, poprawności brzmienia, ortografii itp.) górujenad innymi rękopisami Wojny. Niestety brak w autografiejedenastu pierwszych kart dedykacji wraz z kartą tytułową,tudzież karty 197/8.

Z kopii najstarszy jest rękopis biblioteki młynowskiejChodkiewiczów, dziś złożony w Muzeum Narodowym w Krakowie, pisany ręką pierwszej połowy XVIII wieku. Posiadaon całą dedykację. Niestety tak bardzo zbutwiał, że korzystać można zaledwie z pierwszych sześciu pieśni; reszta rozpadłaby się, gdyby odwracać karty. Na podstawie studiumdostępnej części przypuścić można, że rękopis ten pochodziod innego tekstu niż wyżej opisany autograf, w dedykacji np.brak kilku wierszy, które w tamtym zostały później na marginesie dopisane, a ma natomiast wiele odmian w wyrazachi formach, na ogół jednak, wyjąwszy kilka drobnych miejsc,nie lepszych od tamtego.

Obydwa te rękopisy nabył w r. 1838 adwokat SamuelNowoszycki równocześnie od krzemienieckiego Żyda antykwarza, który je wynalazł gdzieś na Podolu; drugi, jako pełniejszy, ofiarował Chodkiewiczom, pierwszy odstąpił hr. Borkowskiemu we Lwowie, gdzie posłużył Przyłęckiemu zapodstawę do pierwszej edycji drukowanej. Przyłęcki jednakowoż wiele form nieuważnie zmodernizował, bardzo wielemiejsc mylnie odczytał, które to błędy w niniejszym wydaniu poprawiamy. Jest ich zbyt wiele, aby je szczegółowowymieniać. Rękopis Chodkiewiczowski przydał się tu i ówdzie jedynie dla upewnienia się co do brzmienia niektórychzwrotów, oraz do poprawienia niektórych miejsc w dedykacji.

Niewiele usługi, gdy chodzi o sam poemat, oddajerękopis trzeci, z Ossolineum nr. 1348; jest to kopia rękądrugiej połowy XVIII w. (właścicielem jej był w r. 1776Michał Jordan), pochodząca nie od tekstu Chodkiewiczowskiego, gdyż ma w dedykacji dwa wiersze więcej niż tamten;ale niewątpliwie przepisana z pierwszego rękopisu, z autografu, którego jednakże język często modernizuje i psuje,wiersze opuszcza lub przestawia. Natomiast ten właśnierękopis przekazuje nam i kartę tytułową, i całą dedykację(znać, że odpisany został jeszcze, zanim jego oryginał uległzdefektowaniu), dzięki czemu możemy w niniejszym wydaniu nadać dedykacji treść zrozumiałą, oczyścić ją z ogromubłędów dotychczasowych wydań; pozwala wreszcie zastąpićbrak jednej karty w autografie dla ustępu pieśni X w. 666--762.

J. I. Kraszewski oglądał rękopis Wojny znajdujący sięok. r. 1880 w Cekowie w kaliskiem w posiadaniu zbieraczaCelińskiego; nie powiodło nam się wykryć dzisiejszych losów tegoż rękopisu, którego Celiński miał się jeszcze zażycia pozbyć. Kraszewski, porównawszy jego wstęp z ogłoszonym przez Przyłęckiego, stwierdził, że znajdowało sięw nim więcej o 10 wierszy w poemacie na klejnot Lipskich;za to brakowało całej dedykacji prozą i wierszem. (Por.,,Przegląd bibljograficzno-archeologiczny”, t I., Warszawa 1881,str. 31--34. )

Całą literaturę o Potockim i o Wojnie wyliczył starannie dr. L. Bernacki w Historji literatury polskiej R. Piłata, III (Lwów 1911), str. 142--146; odtąd nic nie przybyłoważniejszego; wydania wymieniliśmy we Wstępie, str. XII.

Transakcya wojny chocimskiej

GdzieOsman cesarz turecki wszytkie państw swoichz Afryki, z Azji i z Europy na Polaki zgromadziwszy siły, za łaską Najwyższego Pana,roztropnością czułych opatrznych wodzówa dzielnością rycerstwa polskiego, spadł z imprezy swojej i straciwszy sto tysięcy ludzi,część w polu, część do naszych szturmując,część własnych broniąc obozów: starego z Koroną polską potwierdziwszy przymierza, inglorius wrócił do Konstantynopolaroku zbawiennego 1621 i stanąwszy pod Chocimemdnia trzeciego Septemb., odszedł dnia dziesiątego Octob.

Z różnychjako manuskryptów i diaryuszów, tak z relacyj ludzi starych, którzy tam byli praesentes, zebrana, ale osobliwie z tradycyiJw. Jm. Pana Jakóba Sobieskiego, od stanurycerskiego w tej ekspedycyi komisarzaa potym kasztelana krakowskiego, z łacińskiego na polskie dostatecznie dla nieśmiertelnej narodu polskiego sławy wierszem przetłomaczona.

Roku pańskiego 1670 dnia Decembra ostatniego.

Wojny chocimskiejczęść pierwsza

 Wprzód niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje

Potomnym wiekom Muza na papier wyleje,

Niż durnego Turczyna propozyt szkaradyPisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady

(Który z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,

Chciał ich przykryć haraczem z Węgry i z Bułgary),

Boże!, którego nieba, ziemie, morza chwalą,

Co tak mdłym piórem jako władniesz groźną stalą,

Co się mścisz nad ostatnim tego domu węgłem,

Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłem —Ciebie proszę, abyś to, co ku twojej wdzięceW tym królestwie śmiertelne chcą wspominać ręce,

Szczęścić raczył; boć to jest dzieło twej prawice:

Hardych tyranów dumy wywracać na nice,

Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli,

Przez tych, którzy swą siłą od ciebie zawiśli.

Spadł Antyoch z imprezy, spadł i Herod z krzesła;

Tamten żywo zgnił, tego gadzina rozniesła.

Spadł durny Sennacheryb, gdy we trzechset szabel

Tysięcy musiał pierzchać; spadł Nimrod z swej Babel;

Spadł z człowieczej natury NabuchodonozorI ten, co Boga bluźnił, trawę łapał ozor.

Spadły mury wysokie, które samem spycha

Echem trąby Jozue, wielkiego Jerycha.

Spadł wysoki Madyan, kiedy garścią ludzi

Gedeon go oświeci i ze snu obudzi,

A on młocek wczorajszy — cud nie wysłowiony!

Monarchom z głów dostojnych zdejmował korony.

Padł Holofern Judycie, Sisara Jaheli,

Bohatyr mdłej niewieście i szabla kądzieli.

Grzechy nasze, o Panie!, za którymi w tropy

Na pierwszy świat chodziły ognie i potopy,

Dziś nie w wodzie (dla tęcze), nie w ogniu z Gomorą,

Ale się w własnej swojej krwi czyszczą i piorą.

Krwią się myje, krwią poci ten świat jako w łaźni:

Wszędy pełno niezgody, pełno nieprzyjaźni.

Nawet miłość prywatna między ludźmi zgasła,

Wszytko z łakomstwem zazdrość nieszczęsna popasła.

Jeżelić kto co radzi, patrz na obie oczy,

Bo teraz każdy wodę na swe koło toczy;

Usty świadcząc ofiary, wywodzi cię w pole

A niechętnym sercem żga i od siebie kole,

Byle cię jako zażąć albo cię mógł zażyć;

Poty termin przyjaźni, którą wyposażyćJeszcze trzeba; tym kształtem zmyje cię bez ługu;

Bo jeśli mu się słowa i upomnisz długu,

Za psa twoja uczynność, krew, przyjaźń, warunek!

A drugi, rychlej niż dług, weźmie basarunek.

Wyrzekł się świat szczerości, rzadko między braty

Znajdziesz ją rodzonymi, nikt nic bez prywaty

Nie robi, i gdzie mu się praca nie nagrodzi,

Niech tonie, niech psy drażni, niech o kiju chodzi,

Bliźniemu nie usłuży, nie poradzi szczerze,

Cóż by go miał wykupić z pogańskiej obierze?

 Byłoć to, powiedają — i prawdę podobno,

Póki moje a twoje nie strzygło tak drobno

Ziemie; póki łakomstwo i przeklęte żądze

Nie dały miejsca prętu, łanu, łokciu, siądze;

Miarą sama potrzeba: gdy natury wedle

Ani w odzieniu człowiek, w piciu, ani w jedle

Inszego na tym świecie szukał sobie bytu,

Okrom przyrodzonego dla ciała dosytu.

Ziemia też dobrowolnie, bez ludzkiej ciemięgi,

Bez pługu, nie kąkole, chwasty i ostręgi,

Czyste zboża rodziła: co śnieć, co kostrzewa,

Nie znał człek, więc rok cały nieszczepione drzewa,

Miody, soki, oliwy i rozkoszne figi

Dawały; owo żyli bez wszelkiej fatygi,

Takie wiemy Lacyum z poetyckich liter,

Kiedy zegnał na ziemię Saturna Jupiter.

Toż nie dwaj, nie trzej, co dziś przykład barzo rzadki,

Lecz wszytek rodzaj ludzki, jakby z jednej matki

Wyszedł: tak go miłości jednoczyły pęta,

Że wojny na się nigdy, tylko na zwierzęta

Drapieżne, nie podnosił; każdy człek był bratem,

Każdy bliźnim, z niedźwiedziem nieprzyjaźń kudłatem,

Z wilkiem, lwem i tygrysem i co się na szkodę

Bestyj lągnie; z tymi człek wieczną miał niezgodę,

Którym do dzikiej dała natura postury

Okropny ryk, kły, rogi, raci i pazury.

Ptacy nosy i spony przy pierza lekkości;

Skrzele ma niema ryba i zęby, i ości;

Żądła gad jadowite, bazyliszek w oku

Śmiertelną ma zarazę; w nozdrzach jest u smoku;

Wąż kąsa a jeż kole, brzydki pająk truje;

Tnie osa, mrówka, komar i biedna pchła uje;

Nagi człowiek, bez broni, bez biegu, bez mocy,

A wżdy teraz ani lwi, ani się tak smocy

Waśnią na się, jako on na swe własne plemię:

Bestyje, ognie, wody, wiatry, nawet ziemię

Stosuje (tu dowcipy, tu rozumy liczy),

Gdy ludzi z świata gładzi, gdy bliźnich kaleczy!

 Jeszczeż pogaństwo, jeszcze, co pod Mahometem

Z bydlęty za cielesnym dało się impetemI pobożność i prawo ostrą szablą mierzą

(Nie dziw, bo nie zna Boga i Jego przymierza),

Ale my chrześcijanie, jako się sprawimy,

Ze stokroć bardziej sami z sobą się dławimy,

Niźli z Chiną Scytowie, niż Turcy a Persi

Pod jednym zabobonem żyjąc, którym piersi

I serce bisurmańskie, choć ścierwy obrzeżą,

Obewrzały nikczemną bydlęcą lubieżą.

 Pojźry, o wieczny Boże, któryś niegdy tęgiem

Ujął gniew sprawiedliwy przez niebo popręgiemI wiecznieś malowaną zawiązał obręcząSwój arsenał, skąd grozy Twe nad światem brzęczą —

Pojźry na tęczę, którą słońce Twej dobroci

We krwi i w wodzie świętym rumieńcem stokroci,

W tej krwi, którą toczyła niedołęga nasza,

W tej wodzie, co Twych sądów na ludzi przygaszą;

Przez tę krew, przez tę wodę, która jednym stokiem

Lała się, wytoczona Syna Twego bokiem,

Proszą Cię chrześcijanie, Stwórco miłosierny!

Zamkni krwie w Cię wierzących żałosne cysterny!

Nie racz ich, nie racz, Panie, z twardym Faraonem

Za wielkie grzechy w morzu zagubiać Czerwonem!

Niech jej nie toczy srogi bisurmanin czopem,

Nie racz świata drugi raz zatracać potopem!

Ale niech nasze serca zwady i niesnaski

Przeciw sobie wyrzucą, a dla Twojej łaski

My, pod nowoprzymiernym którzy żyjem kluczem,

Tobie krzywdy i swoje urazy poruczem.

Ty pokarzesz, kto winien; za Twych ludzi zgodą,

Spuszczą rogi poganie, którymi nas bodą,

I jeżeli nie wrócą, co naszą niesforą

Wzięli, przynamniej więcej już niechaj nie biorą!

 Bo odtąd jako buje białopióry orzeł

Pod znaki zbawiennego krzyża upokorzył,

Odziawszy skroń szczęśliwej wiktoryej bobki,

Pisał pamiętne durnym sąsiadom nagrobki

I takiemiż przewiwszy złote wieńce zioły,

Bogu święcone niemi ozdabiał kościoły,

Skoro mu w Mieczysławie z oczu spadła łuska,

Skoro z Jagiełłem mitra litewska i ruska

(Wraz z nim z błędów pogańskich ten naród wyzuty)

W Pogoniej mu waleczne dała Korybuty(Dwunastu rodnym braciej po ojcu Olgierdzie,

Wiarę poznać zdarzyło Boże miłosierdzie).

Tak Orzeł, którego wzrok blask zniesie najjarszy,Świętym związkiem z wojennym Pegazem się zwarszy,

Którego dzielny osiadł Bellerofon kłęby,

Walił trupów pogańskich obszerne poręby.

I już byli tam swoje rozpostarli kopce,

Gdzie Dunaj Czarne morze miesza a to obce

I słodkie biorąc wody w zasolone brzuchy,

Pieni się i straszliwe sprawuje rozruchy,

Aż kędy cicha Wisła, krom szumu, krom zrzuty,

W bałtyckich porciech stawia ładowane szkuty.

Ale Bóg, który tego świata podkomorzym,

Jednym się nam rozkazał kontentować morzem;

Drugie dał Turkom, gdzie się Jupiter stał wołem

(I godzien stać, taki bóg z bydłem pod okołem),Żeby na dużym karku piękną dziewkę onę,

Mógł przepławić na czwartą tego świata stronę,

Której skoro subtelną dotknęła się stopą,

Natychmiast jej przezwiskiem nazwana Europą.

Tam hardy Ottomanin, obciążywszy pęty

Azyą i Afrykę, stanowił okręty;

Tam się w cudzym, o wstydzie, rozpostarszy kącie,

Łowi ryby, jak stara przypowieść, w odmącie;

A co dalej, to głębiej zaciągając włokiem,

Wziął Kandyą i na Rzym krzywym patrzy okiem,

Tam Grecya, tam ona macedońska pycha,

Tam z Tracyą Bulgary i pół Węgier wzdycha.

I przez nas jak siano wlókł, bo gdy owce strzygą,

Drży baran. Obyż taką zjednoczeni ligąChrześcijanie, w jakiej są bisurmani sforze —

Jużby ich za Czerwone zapędzili morze!

Ale gdy pojedynkiem każdy się z nim bije,

Wszytkich zwycięży, wszytkim da jarzmo na szyje.

Tać to bestyja, strasznej to plemię Gorgony,

Co wlecze niezliczone jednym łbem ogony

I przyszedszy do płotu, kędy głowę wsadzi,

Snadno wszytkie ogony za głową wprowadzi.

Tysiąc głów chrześcijanie, jeden ogon mają,

Które, kiedy sobie dziur osobnych szukają,

Choćby co wiedzieć jakim snuli się obrotem,

Muszą koniecznie ogon zostawić za płotem.

Stądci, stąd trzeba będzie dać liczbę koniecznie

Bogu, gdy przyjdzie na świat dekretować wiecznie.

Ta krew, którąście z sobą lali sami hustem,

Jawnym wam będzie świadkiem, jawnym nieodpustem

Że nie raczej, pogańskie farbując nią karki,

Na więźniów chrześcijańskich zniesiecie jarmarki,

Gdzie tyle milionów, aż się serce kurczy

Od żalu, na każdy rok ludzi się poturczy.

 Ale mnie cóż po tym brać prowincją cudzą?

Są ambony, niechże was kaznodzieje budzą

Z tego snu, w którym wszytkie utopiwszy zmysły,

Sprosnym zbytkom, skąd grzechy jak z pasma zawisły,

Swe rady, swe fortuny a szkodę ku szkodzie

Poddajecie, gdy Turczyn łupi was o wodzie.

Nigdyć męstwo w rozkoszy a cnota we złocie

Nie może w doskonałej ostać się istocie.

Twarda stal; niechże jedno pójdzie między ognie,

Tak zwolnieje, że ją młot jako łyko pognie;

Pieszczota nieszczęśliwa kominem a miechy.

Pycha, zbytki i wszytkie cielesne uciechy;

W tym węglu, nie będzie-li od rozumu wstrętu,

Zmięknie, choćby z twardego serce diamentu.

Co siły Samsonowi bierze, co go ślepi?

Żądza miłości, skoro w piersi mu się wrzepi.

Co miecz Achillesowi, kobzaż wzięła z ręku?

Żądza miłości winna, że pilnował brzęku,

Kiedy się drudzy bili; dopiero ją zwładał,

Skoro w bitwie swojego Patrokla postradał.

Pięknież Herkulesowi, gdy tryumfów pełny,

Nie wstydał się z dziewczęty wrzeciona i wełny?

Albo kiedy pijany groźną onę klawęDziecku dał za konika; wrzuciwszy pod ławę

Lwi łupież, którym trwożył piekielne napasty,

Nagi między Satyry wszedł i ich niewiasty?

Póty się Aleksander o drugi świat pytał,

Póki męstwem a cnotą rycerską zakwitał;

Aż gdy w perskich delicyj da się Lernę cichą,

Aż on mały z wielkiego, aż szaleje pychą,

Z której hydra stogłowa zaraźliwą parą

Cnoty jego plugawą powlokła maszkarą.

Wie świat, co był Hannibal, co Rzymowi robił,

Jakie wojska do nogi znosił, wiele pobił

Zawołanych hetmanów, i nie po raz dymem

Całe Włochy zaduszał pospołu i z Rzymem;

Wszytkie kąty spustoszył a od lat piętnastu

Jako wszedł w Europę, kurzył pod nos miastu;

Odebrał prowincyje, i już we zwierciedle

Widział Rzym ciężkie jarzmo, swe tylko osiedleTrzymając, z nieba sięgał pomocy w tym stosie,

Wszytkie ludzkie sposoby puściwszy imo się.

Jakoż jużby był brzęczał nieomylnie w pęcie,

Ale inszy padł w górnym dekret parlamencie.

Póki ludzi Hannibal w twardych pracach trzymał,

Póki ich słońce piekło, mroźny wiatr przedymał,

Co dzień bitwa, co noc straż o wodzie a chlebie,

Póty wojsko z wodzami wielkim sercem grzebie.

Ledwie wojsko wprowadził do kampańskich cieni,

Aż się on lew okrutny z swej sierści wyleni,

W lot one ostre zęby i ogromne spony

Na gałęziste rogów jelenich korony

I na łaskawych łosi kopyta frymarczy,

Już rochmanny, już grzywy nie jeży, nie warczy,

Słodkie wina, miękkie sny, złotem tkane szaty,

Wdzięk owoców rozkosznych, oliwy, sałaty,

Skruszyły Hannibala, że do swej Kartagi

Wrócić musiał i z nią wraz wziął śmiertelne plagi.

Siła inszych przykładów przytoczyłbym i tu

(Ale mi rzecz mojego nie da propozytu),

Jako zawsze stroniła bohatyrska cnota

Od wszelakich rozkoszy i od składów złota,

Boć i w naszej Ojczyźnie niedawnymi czasy,

Nim ją Włoszy wiotchymi zarażą hatłasy,

Surowym zabroniono żołnierzowi godłem,

Żeby nie srebrnym konia rzędem albo siodłem

Ani miękkim sam siebie okładał jedwabiem,

Co nieprzyjacielowi do wygranej wabiem.

Obrót i dzielność konia, ręka serce zdobi

Kawalera, w to, w to się niechaj każdy sobi.Żelazem Mars do sławy odkłada wrzeciądze;

Niech się gach złoci, niech Żyd gromadzi pieniądze.

Najmniej Epaminondy, najmniej to Agryppy,

Najmniej Emiliusza nie szpeci, że stypy

Na tych ludzi, których świat nie przestanie sławić,

Pogrzebie nie było czym dla ubóstwa sprawić,

Chociaż ilekroć który z tryumfem się wracał,

Milionami skarbiec publiczny zbogacał.

 Ale gdzież mnie to pióro rozpędzone zniesło?

Nie moja rzecz zaprawdę, nie moje rzemiesło,

Wodzom i bitnym pisać żołnierzom reguły,

Wskrzeszać, których już kości w grobie się rozsuły.

Polską naszą Bellonę na teatrum świata

Sarmackiego prowadzę: teżby jesne lata

I czas z ojcy naszymi miał zagrześć pożerny?

Nie da Bóg Swej roboty! Otwieraj odźwierny

Wrota, gdzie na szerokiej mej Ojczyzny sali

Wielcy bohatyrowie będą się pisali!

Ale wprzód niż za progi z tą boginią idę,

Żebym, miasto przysługi, nie padł na ohydę,

Gdzie mnie straszą tak świeże, jak dawne przykłady,

Proszę o wzrok i ucho skłonne do mej swady!

Lichać, licha; co prawda, to i nie grzech; widzić

I sama, lecz się szkoda za ubóstwo wstydzić!

Z nikim się równać nie chce, ani psuje głowy,

Że za pierwszymi będzie zbierała podkowy.

Nie trwóż mnie, cny Twardowski, nie pokazuj z żalem

Prace swojej przed grubym spalonej Moskalem.

I na to-żeś zarobił Władysławie Czwarty?!Proszę, niech Mars, nie Wulkan, bierze moje karty!

Więc jeżeli Homerus, książę między Greki,

Maro między Latyny, nie mógł ujść opieki,

Ronsard między Francuzy, zębatego Moma,

Zielone drewno gore, nie maż się bać słoma?

Ale twymi stopami, o wielki Jakubie

Sobieski, postępując, dobrze wróżę sobie:

Że jak pod jesionowym, co się go wąż boi,

Tak cał będę pod cieniem wielmożności twojéj!

Splendor domu wielkiego, który w tej Korony

I Marsem i Minerwą niebo bije łonyOd najpierwszych początków i konsem i swadą,

Zaślepi tę gadzinę swym blaskiem szkaradą;

Splendor wielkich honorów, które, gdy terminu

Dostąpią najwyższego, na Janie, twym synu,

Osiędą. A któż bez łez wspomnieć może Marka,

Któremu śmierć przed laty dotrzęsła zegarka.

Igrał krwią bohatyrską poganin przeklęty,Tocząc ją hustem z więźniów, obciążonych pęty.

I hirkańskie tygrysy, nad które nic pierwej

Surowszego nie było, i co tylko ścierwy

Po norwejskich urwiskach i ryfejskich górach

Na żer nosi szczeniętom w zębach i pazurach,

Wszytko to Krym w tyrańskiej zrówna okrutności!

Gdzie przed laty Dianie tauryckiej z gości

Takie prawo, ten zwyczaj był u pogan stary,

Iż z ludzi poimanych palono ofiary,

Wspomniał sobie Nuradyn zwyczaj zaniedbany —

Lecz pisze urażony na marmorze rany.

I godzieneś, o wielki Sobieski, że na cię

Po zeszłym rodzicielu, po kochanym bracie,

Przywilejowanego trzymając się prawa,

Wielka spadła koronna laska i buława:

Laska — bo też twój patron marszałkował Bogu;

Buława — żebyś przytarł bisurmanom rogu,

Pomścił się śmierci bratniej, którać serce w strefyKraje, nad harpijami i srogimi gryfy.

Dziś twe Pole kochane, twoja Złota NiwaNiech wygląda źrałych zbóż szczęśliwego żniwa,

Doczekawszy Miesiąca, w którym źreją Wiśnie:

Tak rzeczy sporządziła natura umyślnie.

Tegoć życząc, do swej się wracam Muzy, a ty

Stalne sierpy i kosy ciągni na musaty

 Już we trzech częściach Turczyn rozpościera świata

Twardy tron, już ciężarem samym insze zgniata

Królestwa; już Azyja, już ma i Afryka,

Już ma na karku piękna Europa łyka;

Gdzie nad samym Bosforem ze wszytkich narodów

Zburzonych najsławniejszy opanował z grodów

Konstantynopol — niegdy twój, Paleologu!

Tam siedzi i samemu nie składając Bogu,

Do ostatniej złupiwszy okrąg świata miazgi,

Wszytkich za nic poczyta, wszytkich za drobiazgi.

Anoż ona mizerna śmieć ludzka, co zrazu

Budowali koszary po grzbiecie Kaukazu,

Ubogich skotopasów zgraja czcza i nikła,

Dzikim tylko niedźwiedziom i wilkom nawykła,

Z pastucha zbójca, żołnierz ze zbójce, o cuda!

Ta-li świat miała tedy zhołdować paskuda!

I są jeszcze cesarze rzymscy? I bez wstydu

Od tej nędze, od tego wykąsani gidu,

Tym się piszą tytułem? Wstań z popiołu, Kaje,

Któremu to przezwisko najpierwej Rzym daje;

Obacz, jaka odmiana, jako wielkie drwiny:

Nie mając panowania twego i trzeciny,

Wdział drugi trzy korony i ma nad cię wiele,

Coś świat cały a jednę tylko miał na czele.

Nie trzebać się było bać, żebyć ją opłotniZdjął sąsiad, co by było daleko sromotniéj.

Który skoro się tak już daleko rozszerzył,

Każdy się z nim przyjaźnił, każdy się przymierzył.

Stąd naprzód z Bajazetem, a potem z Selimem

(Zięciem ten, a tamten był Mehmetowym synem),

Kazimierz Jagiełłowicz, który w liczbie trzeci,Wieczne zawarł przymierze; po nim jego dzieci,

Olbracht i Aleksander, przysięgą wzajemną

Z Turkami się wiązali w przyjaźń nierozjemną.

Tęż z koroną od przodków swych wziął Zygmunt pierwszy,

Którego w nas żaden wiek sławy nie zawierszy:

Tak się jego werżnęły w serca ludzkie cnoty,

Ze póki świat trwa, one trwać też będą poty;

Lecz i ta nie ostatnie pewnie miejsce bierze,

Gdy tak żył w poprzysięgłej z Solimanem wierze,

Z człekiem sławnym, wojennym, że i dotąd słodka

Tych pakt Turkom pamiątka dla wielkiego przodka.

 I choć też były czasem okazyje zwady

(Bez czego ledwie może być między sąsiady),

Ale gdy do pokoju przychylni z stron obu,

Nie trzeba długo szukać do zgody sposobu;

Nie brać się za każdą rzecz, a dopieroż małą,

Kto chce żyć między ludźmi i mieć przyjaźń całą.

Aczci zaś, gdy się nie mścisz pierwszej krzywdy owej,

Gotuj się prędko cierpieć i wyglądaj nowej;

Zaś kto się mści, dwa razy, mówią, bywa bity:

Moja rada, z możniejszym nie zadzieraj i ty!

Zgoła ze złym sąsiadem nigdy bez kłopota!

Zawsze padnie na nogi, jako rzucisz kota.

Dlatego w żadnym u mnie nie jest dziwowisku,

Ze on szary Floryjan na pobojowisku

Gdy w się pchał wytoczone jelita na ziemię,

Łokietkowi królowi odpowiedział, że mię

Barziej boli zły sąsiad w mej wiosce, niźli ta

Rana, przez którą ze mnie wypadły jelita!

Stąd Jelita Zamoyskich, trzy złożone groty,

Wieczna pamiątka, wieczny charakter ich cnoty;

Które gdy się z Księżycem Wiśniowieckich zdadzą,

Na królewskim je tronie Polacy posadzą:

Więc do zgody sąsiedzej Orła i Pogonie.

Te, co ich sąsiad mierział, Jelita w koronie.

 Ale się ja do rzeczy wracam przedsięwziętej.

I Stefan, i August pokój on zaczęty

Trzymał nienaruszenie, chociaż żywe serce

Wrzało w Stefanie na te wszech krajów pożerce;

Chociaż go Sykstus piąty do tego prowadził,

Żeby był złamał pakta, żeby się był zwadził;

Lecz Warna rozradzała i stawiała w oczy

Władysława, który krwią po dziś dzień widoczy,Że i poganinowi ze złomanej wiary

W tropy pomsta, niesława, śmierć, trumna, grób, mary.

Wolała, mówię, wara! na Polaki Warna.

Tak-że by nasza była korona niekarna?

Lecz i Moskwicin krnąbrny, choć sto razy bity,

Przeszkadzał Stefanowi takie propozyty:

Co się z nim dziś pojednał, co się z nim sprzyjaźnił,

Zaś go jutro pogniewał i na się rozdrażnił.

Więc samą utwierdzone przez czas tak niemały

Starożytością, one dotąd pakta trwały,

Aż przez skryte skałuby i tajemne dziurki

Między mężne Polaki a nadęte Turki

Straszny się wojny krwawej nagle ogień wzniecił,

Który świat od zachodu do wschodu oświecił.

Co za przyczyna wrzawy i onej turnieje,

Co pokój tak stateczny, tak długi rozchwieje?

Powiedz Muzo, to mając pieśni swych prawidłem,

Ze i swoimże uszom pochlebstwo obrzydłem;

Cnotę zaś, która samą sławą się nagrodzi,

Przyznać w nieprzyjacielu i chwalić się godzi!

Tobie tej czci przedwieczne życzyć chciały losy;

Stąd twych Snopów, Zygmuncie, kwitnąć będą kłosy

I tobie, Władysławie, boś tu za Ojczyznę

Pierwszą pięknej młodości położył ćwiczyznę

Z Osmanem, który na cię trzy sprowadził światy;

Aleś ty sercem przeniósł rówiennika laty.

A jako was fortuna złączyła tym placem,

Świat Kuryacyusa widziałby z Horacem,

Gdyby sercu i ręce puścić chciało lejce

Zdrowie: boś nie w obozie, ale był w aptece;

Przytomność jednak twoja i twój namiot głuchy

Serca dodawał i cnym żołnierzom potuchy.

Cóż gdybyś wsiadszy na koń złotą klawą kinął!

Jak wiał, tak by był Osman i z swym wojskiem zginął.

 Ordy naprzód tatarskie posiadszy te kraje,

Gdzie przedtem Tauryka, dziś Krym i Nahaje,

Urywczy wiodąc żywot, o kobylim zdoju,

Ani chcą, ani mogą posiedzieć w pokoju;

Ani handlów prowadzą lądem albo wiosłem;

Ani się pospolitym parają rzemiosłem;

Ani ci wsi budują; ani wprzągszy wołu

Pługiem w ziemi ludzkiego szukają żywiołu.

Dom, talaga pleciona; strój, futro baranie;

Bankiet, źrebię; w bachmacie ukontentowanie;Żon, co trzeba któremu; z niewolników, sługi.

W domu zabawa: derhy, uzdeczki, kańczugi.

Więc czego nie dostaje, jakby słusznym prawem,

Jeśli ukraść nie mogą, bojem biorą krwawém.

Ta przeklęta szarańcza tak się w Polskę wpasła,

Że dotąd tamta ściana nigdy nie wygasła,

Bo lada w dzień, w bok koniom włożywszy ostrogi,

Świeżym dymem, świeżymi kopcą ją pożogi.

Tak giną wsi i miasta, a za kożdym razem

Sto tysięcy dusz weźmie, sto zgładzi żelazem.

O! jako barzo często kwiat koronnej młodzi

W pojśród ziemie ojczystej w tej tonął powodzi,A dziewek krwie szlacheckiej — ciężki żal bez miary!

Pełne i dziś pogańskich przekupniów bazary;

Z niemowiątek zaś owych, z których bite szlaki

Za nimi, w kilku leciech widzim poturnaki,

Którzy drogą krwie Pańskiej opłaceni ceną,

Sprośnego Mahometa uśpieni Syreną,

Onę myśl chrześcijańską jako paraliżem

Masłokiem zaraziwszy, świętym gardzą krzyżem,

Starszy z czół chrześcijańskich charakterów cechy,

Krwią własną przez obrzezkę wpisani do Mechy.

Takieć w Polszcze rabieży robiły i mordy

Tatarskie pod skrzydłami tureckimi ordy!

 Z drugą stronę Kozacy, naród także ludny,

Spadszy mskłymi z porohów swego Dniepru sudny,Oświecą Czarne morze i tej, co Podole

Orda, trwogi nabawią Konstantynopole.

Ci pobrzeżne fortece i portowe zamki,

Których po dziś dzień starczą okropne ułamki,

Głębiej niźli na pięć mil wkrąg zapadszy w ziemię,

Ogniem i mieczem niszczą bisurmańskie plemię.

Często po swych dziardynach, gdzie się Flora poci

Balsamem, gdzie rozkoszne pomarańcze złoci,

Częstokroć po zwierzyńcach przechodząc się hardy

Sułtan, gdy patrząc na lwy cieszy się i pardy,

Razem ognie kozackie urażą go w oczy.

Których flota jeżeli na morzu zaskoczy

Ładowane okręty, zwłaszcza po swym plecu,

Część ich Neptun ma na dnie, a część Wulkan w piecu.

Aleć i w samych portach, kiedy insperacieZbiegną Kozacy, toż ich potka na Gałacie

A woda krwią rumieni, o hańba, o wzgarda!

Pełne dział arsenały, pełna kortygardaUstrzępionych janczarów; odlewani z miedzi

Ryczą smocy: po wieżach wyją hodzie biedzi;

Wre miasto, ziemia jęczy, a pomorskie skały

Szkaradych kartaonów echem rozlegały.

Darmo: bo Zaporożec, mając to za bajki,

Sunie chyżo ku Dniepru obciążone czajki,

I jeżeli za sobą obaczy pościgi,

Tak z bliska, jak z daleka pokaże im figi.

Takieć się w Polszcze rzeczy, takie w Turcech działy,

A przecie mir zostawał na papierach cały.

Była wolna obrona tej i owej stronie.

Częściej jednak Tatarów gromiono w Koronie,

Gdzie koń konia, chłop chłopa, na morskiej zaś głębi

Okręt czółnów, ni kania dogania gołębi.

Dobrzem rzekł, że mir cały, ale na papierze;

Kto by był chciał w obiedwie serca wejźreć szczerze,

I Turczyn na Kozaki, i Polak na Ordy

Za pierwszą okazyją wecowali kordy:Żeby ich w ichże gniazdach i w własnym popiele

Jako szkodliwe wyrżnąć do korzenia ziele.

Turków to osobliwie korciło bez miary,

Gdy naszy porażali na nogę Tatary,

Naród udzielny, bitny, który dotąd głosem

Wolnym pana obierał, a im ci pod nosem

Bez wszelkiej pomsty kurzą, co Dniepru porohy

Osiedli, wzgardzonego pospólstwa motłochy.

 Więc się im w ręce prawie okazyja poda,

Kiedy Stefan Potocki, wtenczas wojewoda

Bracławski, z dawnymi się skrewniwszy Mohiły,

Którym prawem dziedzicznym Wołochy służyły,

Chce brata żony swojej na ojcowski stołek,

Pod którym chytry Tomsza cicho kopał dołek

Za powodem tureckim, posadzić; a do tej

Potrzeby wiele się ich da pisać z ochoty.

I puścił się do Wołoch swoim tylko dworem

A ochotnym żywej krwie koronnej wyborem.

Siła na to baczniejszych sarkało w senacie,

Że się tej wojny podjął swej kwoli prywacie;

Ale on, gdzie przedwieczne ciągnęły go wrogi,

Z przedsięwziętej nikomu nie dał się zbić drogi.

Już milę tylko od Jass roztoczył nad Dzieżą

Rzeką namioty swoje, gdzie z oną młodzieżą

Szlachetnej krwie sarmackiej — ciężki żal Koronie —

Pierwsza sława niestotyż bez potrzeby tonie,

Bo Turcy niezliczoną osuwszy ich zgrają,

Acz się póki sił, póki broni opędzają,

Na koniec z znaczną swoją zatłumili szkodą,

Mało co żywcem z samym wzięli wojewodą.

Prędko po nich Korecki, mając siostrę drugą

Niefortunnych Mohiłów, nad tąż właśnie strugą,

Chcąc szwagra Aleksandra stwierdzić panowanie,

Który był Turków z Tomszą wybił niesłychanie,

Wpadł w sidła Imbrajmowi, okrutnemu baszy.

Tak po dwakroć w Wołoszech porażeni naszy.

Książę uszedł; Potocki pod czarne kopuły

Wrzucony do smrodliwej więźniem Jedykuły,

Skąd nie pierwej w Ojczyźnie swoje zaległ groby,

Aż pompie tryumfalnej przyczynił ozdoby

Okrutnym bisurmanom, którzy już grzebienie

Stawiają: już im polskie imię w lekkiej cenie,

Którego im większy strach przedtem mieli w oczu,

Tym durniejszy, jako koń, gdy zbędzie poboczu.

Ani już kupcom wolno w ich postać kolei;

Nie mogą się w chwyconej ukoić nadziei,

Że ścianę, od której ich przestrzegały wróżki,

Swemu Mahometowi porąbią w podnóżki.

Dodał serca Moskwicin zajątrzony jeszcze,

Ze się w własnej krwi jego monarchia pleszcze,

Bo podtenczas Polacy nieprzerwanym cugiemKrnąbrny naród moskiewski takim myli ługiem.

Leci poseł za posłem, upominków gęstwa,

Chwalebne winszowania z Polaków zwycięstwa,

Prośby i obietnice i wszelkie przynuki,Żeby rznęli między się Koronę na sztuki.

 I niewielkiej już było potrzeba namowy:

Bo Achmet, tryumfami świeżymi surowy,

Posyła Skinderbaszę, wielkiej sławy męża,

Aby jeszcze z Polaki spróbował oręża;

Rozdwojone tam siły: zwykłym, da Bóg, szczęściem

Trupem tego narodu ich pola zagęścim.

Tym basza napuszony leci jako z kusze,

Tusząc, że wojska w Moskwie; lecz skoro u Busze

Obaczył Żółkiewskiego ludzi i armaty,

Onę ekspedycyją skończyli traktaty.

Wtenczas wzięły Wołochy Turczyna za pana,

Które dotąd na obie chromały kolana;

Myśmy się swego prawa już wyrzekli cale,

A co prawda, żeśmy go mieli też o male.

Tak rozumiał Żółkiewski, że mniejsza jest z chromémHołdownikiem utrata, aniżeli z domem

Ottomańskim nieprzyjaźń i wojna widoma.

Każdemu psu kość luba, każdemu łakoma,

A kiedy mu czymkolwiek gębę zatkasz prawiéj,

Tym się kąskiem, będzie-li chciał szczeknąć, udawi.

To wżdy ledwie Żółkiewski u Turków wyswarzy,

Ze chrześcijanie tamci będą hospodarzy.

Ten traktat z Skinderbaszą wtenczas miała Busza.

Czego nam żal, lecz późno na radę z ratusza!

Późno i ciebie serce, hetmanie, zaboli,

Skoroś dał prowincyją pogańskiej niewoli;

Skoroś stracił przedmurze, za którego cieniem

Nie zaraz nas przykry wiatr pierwszym doszedł wieniem.

A teraz rychlej wojnę niźli ujźrym posła

W Koronie; lecz to wszytko Boska ręka niosła!

Wtem Achmet, pod którym się te toczyły burze,

Cesarz turecki, oddał winny dług naturze.

 Straszny dekret zaprawdę i gdyby nie z nieba

Ferowany, okrutnym nazwać by go trzeba,

Który prawem nieprawnym okrywszy krąg świata,

Cokolwiek na nim żyje, wszytko w ziemię wmiata.

Tymże musem monarcha, co i gnojek lichy,

Kiedy czas przyjdzie, lezie pod nię na trzy sztychy.

Tak z barłogu chudzinę, jako pana z puchu

Wepchnie do grobowego Lachezys zaduchu!

 Na Achmetowym tronie, ledwie pierwsze progi

Dzieciństwa przestąpiwszy, siadł Osman, co z bogi

Górną porówna myślą cześć młodości, głupi!

Nie wie, że równo młodych z starymi śmierć łupi;

Owszem więcej cielęcych, jako sami wiecie,

Skórek niźli wołowych bywa na wendecie.

Dawne młodych przywary, dawne to są błędy,

Że zdarszy się z opieki, jako ryba z wędy,

Blaskiem nowej swobody zaślepiwszy oczy,

Do swego się zginienia sama młodość toczy;

Prawdy słuchać nie może; musi-li? To gorzéj

W sercu go niż trucizna jadowita morzy.

To u nich przyjaciele, to są faworyci

Owi dworscy legarci, owi pasorzyci:

Pochlebcy i grubarze — po naszemu rzekę,

Którzy wziąwszy na swoję panicza opiekę,

W koło go jako gęste otaczają strzępki.

Wielkie jego dostatki, mowy i postępki

Z pokornym podziwieniem od rana do zmierzchu,

Tylko nie dokładając, w oczy chwalą, wierzchu,

A jako psi do jatki idąc za baranem,

Powtarzają: niedługo będziesz wielkim panem!

Których wszytka robota i w tym kładą zyski,

Skłamać; zagrać, kto umie; chodzić przed półmiski,

Póki czują o kocie i ojcowskim zbiorze.

A gdy reszty w ostatnim przewąchają worze,

Rozbiegną się i każdy w swoję stronę kinie,

A jedynak, jak beczka zbywszy soli, spłynie.

Toż ubitym gościńcem i bez kałauzaTrafi lub do zakonu lubo do zantuza(I toć twarda reguła w dębowej kapicy),

Kędy na Kluniaku chodzą zakonnicy.

 Do Osmana wracając, dosyć ten miał buty

Z natury, ale kiedy przystąpiła ku téj

Opinia, którą w nim zauszni pochlebce

Budzili, już nie ziemię, samo niebo depce.

Świeżo przeszłe zwycięstwa, oddane pod Buszą

Wołochy, barziej górną fantazyją puszą.

Tak szczęśliwe początki monarchiej jego

Coś mu prognostykują, coś wróżą większego.

Jednym się oceanem, jednym światem nie chce

Kontentować; tym serce wychełznane łechce,

Że mu nic bezdrożnego, o co się pokusi;

Sama nawet natura posłuszna być musi.

Najwięcej Skinderbasza wojnę mu zalecał,

I coraz nowy ogień w młodym człeku wzniecał.

Nieprzyjaciel Polakom jawnie i pokątnie,

Wnet swoje i cesarską tym głowę zaprzątnie,

Że byle tylko Osman pomyślił o zwadzie

Z Polaki, garło swoje przy wygranej kładzie.

Aleć jej nie doczekał; po cecorskiej bowiem

Umarł struty i sławy swej przypłacił zdrowiem.

Czegóż się, czego zazdrość niecnotliwa wzdryga?

Gdy cnotę jako słońce blady miesiąc ściga,

I miawszy czas po temu, promień jego skąpi,

Gdy mu na zodiaku w biały dzień zastąpi.

Lecz jako słońce słońcem, skoro miesiąc minie,

Tak cnota cnotą, zazdrość jako chmura zginie.

Powiedał Skinderbasza, jak Polska nasiadłaKiedy by pod twe nogi, cesarzu, upadła,

Ten wyrok już niech cała Europa czyta,

Że cię monarchą świata całego przywita;

Najciężej ten płot przebyć i obarczyć skrzydła

Orła białego, pójdzie ostatek jak z mydła.

Tak Skinder, lecz i Tomsza wielce na to bolał,

Że Gracyan w Wołoszech, gdyż by się był wolał

Sam na tym widzieć miejscu, jednak przez traktaty

Buskie i on musiał przyść do takiej utraty,

Kędy przy tej Żółkiewski kondycyi stawał,

Żeby Turczyn Wołochy chrześcijanom dawał,

Zwłaszcza póki Mohiłów, a gdy tych nie stanie,

Tamteczni brać ten urząd powinni ziemianie.

Więc i sam jawnie radził, i do swojej rady

Wielu złotem przekupił, żeby przyść do zwady

Z Polaki, w czym się służyć co możności czuje,

Skoro Jassy osiędzie, panu ofiaruje.

Ukazował trakt wojny; podawał sposoby,

Że giaur samej tylko cesarskiej osoby,

Nierzkąc wojska, nie zniesie widzieć tylko okiem,

Bo go w krąg nieprzejrzanym okrywszy obłokiem,

Zegnawszy świat do kupy i lądem i morzem,

Albo zaplujem, albo głodem go wymorzym.

 Ali basza podtenczas wielkim był kanclerzem.

Ten, acz kochał w pokoju i trzymał z przymierzem

(Nie z racyj, bo ich nie miał, lecz w pieszczocie lubej

Schowany, bał się wojny i wleźć pod kozuby

Habiane z onych gmachów i łabęcich puchów;

Nie będzie się chciało wstać, objeżdżać podsłuchów,

Nie zawsze też kryniczną najdzie do sorbetu,

Czasem wytrwać, czasem się przyjdzie napić mętu) —

Co acz wszytko Halego na umyśle nudzi,

Widząc jednak, że pana tym sobie przyłudzi,

Przed którym i na klęczkach, i na jednej nodze,

Równo ze psem, pod stołem który kości głodze,

Ochotnie służyć gotów i wyprawiać dudki,

Drzwiami skrzypać i nosa nadstawiać na szczutki,

Jako ten, który świeżo z eunuchów zgraje

Na dywan i cesarskie przełożon szaraje:

Więc też i ten na wojnę stary wałach woła,

A dobrze by dziadowi pilnować kościoła.

 Skoro tę radę zawarł swej powagą brody,

Wielki wezyr obsyła nią janczarskie ody,

Pisze groźne do agów emiry i begów,Żeby do Donajowych ściągali się brzegów,

Żeby, białą wyjąwszy płeć i małe żaki,

Co tylko mężczyzn świat ma, gnali na Polaki.

Podtenczas Otwinowski przyjeżdża do Porty;

Przed wielkim posłem goniec o zwykłe paszporty.

Piotr Ozga trębowelski wyprawion starosta,

Tusząc, że traktat buski Turczyna ochrosta,

Wróci się pożądany pokój do swej klubyStratą Wołoch, a mirem powetujem zguby;

Choćby sarkał, choćby to nie zdało się komu,

Podleźć, gdzie nie przeskoczym; w ostatku, do domu

Z uszyma, kiedy zły targ; lecz gdy grzebień jeży,

Daj ty kurowi grzędę, on jeszcze chce wieży!

I Osman, Wołochami odąwszy się bardziej,

Polski chce i poselstwem i przymierzem wzgardzi.

O ponowę przyjaźni, o te winszowania

Nowego, z którym Ozga jechał, panowania,

Tudzież o potwierdzenie pakt Solimanowych,

Ni-ocz nie dba, w pochlebców uwierzywszy owych;

Nawet Otwinowskiemu nie dał i na oczyI tylko go zły tyran do wieże nie wtłoczy,

Imo prawa narodów, które są obrońce,

Które strzegą od gwałtu i posły, i gońce.

 Więc już taką ubrdawszy fantazyją w głowie,

Każe, żeby dawali trybut Wołochowie,

Nie wedle podobieństwa, me wedle słuszności,

Ale jaki w okrutnej dumie swej urości.

Dopieroż ci chudzięta poznali niewolą

Pogańską, gdy im każą dźwigać, co nie zdolą;

Dopiero się obejźrą, skoro już czas minie,

Na przyjaźń polską, w tak złym Wołosza terminie

Że ją nie tak ważyli, jako należało,

Toż kiedy się nie dosyć emirowi stało

Cesarskiemu, gdy widzi, że Gracyan wila,

I że do polskiej ligi znowu się nachyla,

Zwłaszcza siedmigrodzkiego kiedy wojewody

List i jasne do Porty przejąwszy dowody,

Gdzie Turków na Polaki Betleem podżega

Dla cesarskiej pomocy, Gracyan przestrzega

I ten list do Warszawy śle z jawną swą zgubą,

Bo go zaś Betlemowi nieuwagą grubą

Odesłano, żeby się sam z swej ręki sądził,

Czym on Gracyanowi złość srogą wyrządził,

Z okrutną go przesławszy skargą Osmanowi,

Żeby zganił tak wielką złość hospodarowi.

A ten, więcej nie trawiąc po próżnicy czasu,

W skok każe Gracyana przywieść do tarasu,

Albo łeb zdjęty z karku powiesić na żerdzi,

Czem swojej Skinderbasza wierności potwierdzi.

Tedy w kilkuset koni zbiegł do Jass ochoczy,

A skoro carski wyrok przełoży przed oczy

Hospodarowi i tę cedułę tak smutną:

Jeśli żywcem iść nie chcesz, daj, że-ć głowę utną,

Racyom miejsca nie masz, kat gotowy czeka,

Swoich nie ma przy boku nad dziesiątek człeka;

Więc, prawi, kiedy takie pana mego zdanie,

Jutro z tobą do Porty wyjadę w świtanie

I oddam ci od zamków powierzone klucze,

Dziś się w drogę gotuję i wielbłądy juczę.

Zrazu Skinder był twardy, lecz skoro uważy,

Że skarby w kupę zbierze, na tę go przeważy

Łakomstwo stronę, że da całe odwieczerze

Frysztu, nim swe Gracyan skarby w kupę zbierze;

A tymczasem zawiodszy straże na wsze strony,

Szedł na wczas, bo był nagłą jazdą utrudzony.

A Gracyan i najmniej nie myśląc o drodze,

Puści wściekłe gniewowi i żalowi wodze,

Zbiera wierne bojary i nim się postrzeże,

Zrazu cicho pogaństwo po gospodach rzeże;

Potem, skoro gruchnęły onym gwałtem Jassy,

Z Skinderbaszą ostatek poszło w dutepasy.

 Zrobiwszy to Gracyan, wie, co za czym chodzi;

Zna swe siły, którymi tureckiej powodzi

Nie strzyma, a na tym się nie omyli pewnie,

Jeśli wpadnie w garść Turkom, że będzie na drewnie.

Więc do Polski jednego za drugim śle posła,

Dając znać, jaka w Turcech fakcya urosła;

Żeby się Ozga wrócił, bo tylko nie wsadził

Gońca Osman; żeby król o obronie radził.

To tak jawnie; cicho zaś z hetmanem rokuje:

Niech nie czeka, niech znowu Wołochy wetuje;

Wszytkich obywatelów jeden umysł szczery,

Nie chcą pod pogańskimi zostawać emiry.

Które nim się do końca nad nimi rozpostrą,

Proszą, żeby ich szablą oswobodzić ostrą;

Oniżby przy pogaństwie, żal się mocny Boże,

Mieli na chrześcijany ostrzyć swoje noże?

Przeto niech z wojskiem idzie; niech Wołochy bierze;

W ostatku Bóg swych ludzi wysłucha pacierze.

 Nie zgoła był Żółkiewski na te prośby głuchy.

Boi się wdać Korony w nowe zawieruchy,

Zaś mu żal niesłychanie, co zrobił pod Buszą.

Tak go na obie stronie skryte żądze kuszą;

Nuż przymierze, które sam swą ręką podpisze.

To wszytko obojętną gdy myślą kołysze,

Na koniec: «Nie jam złamał te traktaty, rzecze,

O który widzisz myśli i sprawy człowiecze!

Tomsza-ż wierutny będzie tym narodem rządzić

Przeciwko spólnym paktom? Sam to racz rozsądzić!»

To rzekszy, Dniestr i z wojskiem przebywszy kwarcianem,

Siły swe z onym chudym łączy Gracyanem,

Który także zwiesił nos, obaczywszy nasze

Posiłki na zastępy straszne Skinderbasze.

Małeć tam było wojsko, ale małość ona

Sercem Kserksesowego doszła miliona.

Nie Dzieża, nie Cecora, podłe uroczyszcze,

Które dziś wieczne imię naszą klęską zyszcze,

Troja, Rzym i Kartago, Ateny i Tyry,

Niech się próżno nie chełpią z swymi bohatyry,

Jakich garść nieopatrznie, ach, pożal się Boże!

Hetman tu na nierówne naraził poroże;

Bo Skinder w ośmiudziesiąt, Dauletgierej we stu

Tysięcy Tatar nagle przypadł do arestu.

Cztery naszych tysiące, ale wziąwszy miarę

Z pierwszego dnia, woleli sromoty przywarę,

Których tchórz opanował; tedy ku wieczoru

Z wodzami do tysięcy uszło ich półtora.

Gracyan był najpierwszy z swą Wołoszą, który

Prut, potem Bukowinę przez wiadome dziuryPrzebywszy, gdy rozumie, że uszedł z pogromu,

Wołoszyn, co go ukrył, zabił go w swym domu;

Którego gdy następcy głowę przyniósł ściętą,

I on ścięt: nie ujdzie grzech karze suchą piętą.

Czego gdy zwąchał Skinder, wyprawi w pogonią;

Tych pobrał, drugich pobił; tych w Prutową tonią

Nagnał i topił oraz. Jakoweż widziadłoOdbieżanym w obozie na serca tam padło,

Gdy jedni ranni, drudzy wydarszy się z troku,

Nadzy i zmokli, w ciemnym powracali mroku.Żalowi okrutnemu noc strachu dodaje.

Dopieroż gdy niepewna nowina powstaje,

Że uszli i hetmani, wszyscy jak w odmęcie

Biegają, jakoby już w niewoli i w pęcie

Pogańskim. I ciurowie, wyzuwszy się z grozy,

Naprzód rabować jęli odbieżane wozy,

Potem i te, które już swoich miały panów.

Co kiedy wiedzieć doszło żałosnych hetmanów,

Wskok pochodnie i lane zapaliwszy knoty,

Objeżdżali przedniejszych rotmistrzów namioty,

Aż dzień, co wszytkim rzeczom wraca postać własną,

Zaświecił nad tym światem słońca lampę jasną.

Toż dopiero Żółkiewski w generalnym kole

Tych naprzód zgromi, którzy nieopatrznie w pole

Wyciągnęli tabory z piechotą i z działy:

Bo się w prawo i w lewo z szykiem nie stykały;

Skąd sześciu dział i strata czterechset piechoty.

Potem się skarżył na tych, którzy bez sromotyW tym nas polu odbiegli na wieczną narodu

Niesławę: jedniż piją, uchybiwszy brodu,

Mętny Prut, drudzy w dybach; liżą rany trzeci;

Jeśli też który uciekł na domowe śmieci,

Tu tu mu lepiej było trupem upaść bladym,

Niż żyć Bogu obrzydłym i światu szkaradym.

Na koniec animuje swe rycerstwo, żeby

W Bogu, który do takiej przywiódł ich potrzeby,

Doświadczając statku ich, ufność swoję kładli:

Bez Jego bowiem woli i biedni nie spadli

Wróblikowie na ziemię, a jeśli ptaszęta,

Cóż was w pieczy nie ma mieć ręka Jego święta?

Trwajcież, zacne rycerstwo, na przepych fortunie,

Której potem każdy z nas śmiele w oczy plunie;

Trwajcie! Co gwałtownego, prędko się przesili,

Co ciężej cierpim, zawsze wspomina się miléj!

 Tak Żółkiewski, choć w sercu pełno żółci czuje,

Pokrywa i wesołe czoło pokazuje.

Tu we wszytkich duch wstąpił; tu wszyscy jak znowu

Do broni, tabor spinać, podnosić ostrowu,

Bo też i Skinderbasza po wczorajszej próbie,

Trzy tysiące straciwszy, odpoczywał sobie.

Jeszcze był Bóg nie zesłał dziś naszym terminu,

Że od niezliczonego w tym odmęcie gminu

Nie zginęli, choć słyszy krzyk, widzi płomienie

Stert odbiegłych pogaństwo, Pańskie zaślepienie.

Cały tydzień w formalnym jakoby przymierzu,

Chociaż się w lepszym czuje Skinderbasza pierzu,

Obie stronie siedziały, prócz, że ku wieczoru

Sam Gałga podjechawszy, wywołał z taboru

Koreckiego, jako mu przyjaciel traktaty

Radząc; coć potem, z tymi ginąć desperaty?

Okupcie się na głowy, co was tu jest, złotem;

Broń oddajcie, a han was daruje żywotem.

Gdy tak Gałga po starej Koreckiemu zada:

Wprzód — rzecze — głowy ręka, wprzód swobody strada,

Niż broń odda; złota nikt na wojnę nie wozi;

O sierść się wilk targuje, skóry pragnie koziej.

Dasz znośne kondycyje, staniemy w akordzieBez krwie rozlania, Turkom tak powiedz i Ordzie.

Inaczej tu na drugim jeden lęże śniatem,

A zdrowia tak sromotnym nie kupi traktatem! —

 Tu jako pies zajadły rzuci się na szkapie

Gałga i kilka razów szablą w pochwy kłapie;

A takżeś to durnego giaurze humoru?

Więc się już nie spodziewaj ze mną rozhoworu,

Szabla, szabla nas zgodzi i tę przą rozstrzygnie! —

To rzekszy, sunie cugiem i tylko się mignie.

Ale gdy głód, co żadnych wywodów nie słucha,

Coraz ludziom i koniom zaziera do brzucha,

W radę naszy chudzięta udają się wskoki:

Przyjaciel im odległy, Bóg aż nad obłoki;

Pola dać już nie masz z kim dla tych, którzy zbiegli;

Poganie ich dokoła koroną obiegli.

Toż się Bogu oddawszy, acz krokiem niesporém,

Idą śmiele ku polskiej granicy taborem.

Tysiąc sześćset dwudziesty zbawiennego dobra

Rok to był, a dzień trzeci miesiąca oktobra,

W siedm przebrane szeregów skartowano wozy,

Z pola spięte łańcuchy, a zewnątrz powrozy,

Ze w jeden raz wszytkie stać, wszytkie iść musiały.

Przód i tył nabitymi opatrzono działy;

Jezdne konie we środek, bo wszyscy piechotą.

Z obudwu stron taboru rota szła za rotą;

Korecki z Ferensbachem rozkazował w przodzie,

We środku Kazanowski, Szemberg na odwodzie.

Tym gdy z miejsca porządkiem, przez wały zrównane,

Ruszą tabor, pogaństwo zrazu zadumane

Patrzy, co to za dzieło; toż, jako się zbliżą

A twardą ich z dział naszy naszpikują spiżą,

Rozpierzchną się jako dym, a ci w swojej sile

Dosyć spokojnie uszli dziś półtorej mile.

Całą noc idąc, skoro słońce z morza wstanie,

Chcą odpocząć, ale się postrzegszy poganie,

Jako gradem z długiego kiedy prażma spadnie,

Wieńcem ich ze wszytkich stron osuli szkaradnie.

Niebo ćmią gęste strzały; od srogiego krzyku

Tylko się zrozumieją ludzie po języku,

Bo słyszeć niepodobna; tu i ówdzie wozu

Macają; utną, jeśli dostaną powrozu;

Drą się w tabor, jak pczoły, choć im z ula kurzą,

Tym się barziej w ul cisną, tym więcej się żurzą;

Abowiem naszy męskich skoro pocą skroni,

Żaden kule z muszkietu darmo nie wyroni,

Ale co natarczywsze uprzątają męże;

Jeżeli też którego ręczna broń dosięże,

Jako nie był na nogach; tak od swojej ściany

Na kilka stajań trupem złożyli pogany,

A już też jasne słońce spadało z kompasu.

Kiedy ludzie szli na wczas, naszy do niewczasu,

Rum w drogę, a poganie tuż przy nich we sforze,

Póki tylko ostatnie nie zagasły zorze,

Huczą, krzyczą z daleka, strzelają nawiasem.

Jeśli też kędy przyjdzie tabor ciągnąć lasem,

To go albo pożarem po wietrze zapalą,

Albo go też wzdłuż i wszerz posieką, obalą.

Zboża na pniu i w kopach, sterty, wsi, stodoły,

Łąki, ugory, wszytko precz poszło w popioły;

I mosty, i przeprawy pozrucali wskoki;

Czyste rzeki mącili; zaciskali stoki;

Ciemne by otworzyli na naszych awerny,

Taka była zawziętość; taki gniew kacerny;

Wstyd potem, że tak wielką ludzi swych nawałą

Z garści prawie upuszczą ludzi garść tak małą;

Żal na wet zejmie baszę i Dauletgiereja,

Że to z gęby wypadnie, co połknie nadzieja!

Tenże gniew i wstyd i żal serca naszych dźwignie

Do męstwa, ale sława wszytko to wyścignie.

Sławy strach, lecz nie śmierci, bo to nie śmierć u mnie,

Kto bijąc się z pogany, ciało odda trumnie;

Lecz strach ciężkiej niewoli i tureckich oków

Doda serca w potrzebie i podeprze boków.

Tedy wszytkie trudności na piersiach stalonych,

Skazę przepraw, ruinę mostów obalonych,

Głód i ciężkie pragnienie, straż w nocy i we dnie,

Gorzki dym, którym drugi na poły przewiędnie,

Wiatry, deszcze i błota, i czym tylko może

Srożeć jesienne niebo, conocne podróże,

I zimno, i gorąco, pożary, poręby,

Mężnym sercem znosili, a jako na dębyChoć ciężki bije piorun, nie wskok je wywraca:

I tych nie okróciła żadna dotąd praca.

Wszytko to bohaterskim i chwalebnym gniewem

Całe ośm dni trzymali; już pod Mohilewem

O milę tylko byli, już widzą kominy

Ojczyste, kiedy wieczne spraw ludzkich przyczyny

W tym ich zaskoczą kresie, gdzie prawie przed bronąUkochanej Ojczyzny, przepłynąwszy, toną.

Czterdziestu spełna stajań nie byli od Dniestru,

Już ich Turczyn zwątpiony wypuścił z sekwestru,

A kiedy się poganie pozostaną w mili,

Naszych, dotąd ostrożnych, tym ubezpieczyli,

Że już nie chcą próbować swoich gonów bierki,

Trochę tylko Tatarów śledziło w nazierki,

Kiedy naszy ciurowie uczyniwszy trwogę,

Tabor porozrywają: potem każdy w nogę,

Pańskich koni dopadszy, a ci gdy piechotą

Chcą ze zdrowiem za oną umykać hołotą,

Jedni się bronić radzą i tabory spinać,

Drudzy ostatek koni od wozów odcinać,

I nie dający z siebie pogaństwu obłowu,

Obronną ręką prosto iść ku Mohilowu.

Nim się hetman rozgarnie, co ma czynić dalej,

Trzeci już połowicę drogi ujechali;

Toż gdy wszyscy różnymi wołają nań głosy,

Lecą Tatarzy, lecą Turcy jako osy,

I suchą ręką prawie, garść onę, kwiat młodzi,

Część trupem ściele, a część w niewolą uwodzi

Z srogim żalem. Mógł był żyć, mógł się był i nie dać

Żółkiewski, lecz się wstydził panu odpowiedać,

Że wojsko zgubił, że się porwał bez uwagi,

Że dał sromotne Rzeczypospolitej plagi,

Wolał przeto bijąc się paść w marsowym polu!

Głowa jego czas długi w Konstantynopolu,

Znak pompy i tryumfu, odcięta od szyi,

U najwyższej wisiała wieże na kopiji.

Tak rzymski Emiliusz, choć z okrutnym żalem,Wolał trupem w przegranej paść pod Hannibalem,

Niżeli się do miasta wróciwszy i domu,

Sprawować się wyroku niebieskiego komu.

Wolał być Koniecpolski żywcem raczej wzięty

I który czas pobrząkać dla Ojczyzny pęty,

Łacniej z turmy, niż z trumny powrócić się do niej,

A kto dziś pęto kładzie, pętem mu oddzwoni;

Przeto skoro dał spore szabli swej obroki,

Ciemne oczom pogańskim zakryły go mroki.

Toż całą noc błądziwszy prawie kiedy świta,

Skinderbaszy Wołosza da, skoro go schwyta.

Tak Warro, pomienionej bitwy hetman drugi,

Choć swoją porywczością Rzym wdał w ciasne fugi,Że nie zaraz rozpaczał, nie zaraz się trwożył,

Ale zdrowie ojczyzny z swym zdrowiem położył,

Chociaż wojsko straciwszy, uciekł po przegranéj,

A wżdy od wszytkich stanów mile był witany,

Że ostatniej nadzieje o ziemię nie rzuci,

Pomniąc, że kogo wieczór fortuna zasmuci,

Tego rano pocieszy, a kto dziś zaszumi,

Jutro go, jutro szczęście niestateczne stłumi.

Z jakiejby okazyej tak padła ta biera?

Hetmańska nieostrożność, a swawola szczera

W ciurach naszych przyczyną, którzy gdy się grozy

Za zrabowane boją obiecanej wozy

Przy koronnej granicy, więc uprzedzić wolą,

Niż którego zawieszą albo też podgolą.

Kiedy tak obu wodzów różny los potyka,

Znowu tu nieszczęśliwy Korecki wpadł w łyka,

I już więcej nie widział swojej ziemi lubej,

Czcze jej tylko do Korca oddano kadłuby,

Bo kości, przez dwa roki obnażone z ciała,

Które Greka jednego cnota dochowała,

Aż powracał Zbaraski z legacyjej onéj;

Tak padł ten rycerz z tyłu nożem uderzony.

Więc inszych zacnych wodzów i rotmistrzów siła,

Których pamięć na piśmie cnota zostawiła

Przyszłym wiekom, i chociaż zginęli w tej burzy,

Znowu ich wieczna sława do nieba wynurzy.

Tam Łukasz syn hetmański i z synowcem Janem,

Żółkiewscy, z tym co ranni wieźli się rydwanem,

Wzięci; taż Potockiego z nimi Mikołaja,

Syna Jakubowego, zagarnęła zgraja;

Tu Marcin Kazanowski żywcem w ręce wpada,

Co dziś u królewicza buzdyganem włada

Pod Chocim; tym Bałaban pospołu i z Strusem,

Winnicki i halicki starostowie musem,

Tym Strzyżowski z Maleńskim, i Ferensbach trzeci,

Pułkownicy do oków poszli; w te zamieci

Sława wojska polskiego tak się nisko przygnie,

Że jej już opieszały potomek nie dźwignie.

Tam Morstyn Aleksander cnoty swojej znamię,

Ubroczoną w pogańskiej krwi po samo ramię

Dał rękę twardym dybom, dał kajdanom nogi

I nawiedził smrodliwej Jedykuły progi.

Teć były proscenia, że rzekę po nasku,

Posełkowie chocimskiej wojny, której trzasku

Pełen był świat, bo wszyscy wyciągnąwszy uszy,

Słuchali, komu tam wżdy fortuna potuszy.

Wojny chocimskiejczęść wtóra

Dopieroż teraz Osman, co się dotąd wahał,

Dotąd się rwać przymierza dziadowskiego strachał,

Jakoby go na wściekłym rozpasał umyśle,

Już w Krakowie popasa, już koń poi w Wiśle.

Równie dzik nie po miejscu trafiony od strzelca,

Żurzy się i sina mu piana kipi z kielca,Świszczy i szczere iskry nozdrzem pryska srodze,

Sierść jeży, i na trzaski bliskie drzewo głodze.

Tak i on rozdrażniony wszytkie kupi siły,

Rad by z imieniem zagrzebł Polaki w mogiły.

Zda mu się, że już dopiął, czego pragnął zawsze,

Wojnę przeto obwołać, wojnę każe na wsze

Świata strony; wojną wschód słońca nagle huknie,

I sam się jako raróg na ręce wysmuknie.

Pełne strasznych emirów w okrutnej zajuszePogańskiej wsi i miasta, dywany, ratusze,

Dzieci tylko maleńkie a z nimi płeć biała

Wolna od wojny w państwach tureckich została.

Europie randewu pod murem swej Porty,

Nie radząc się boginiej wprzódy Antevorty,

Która skutki rad ludzkich z dawności tłumaczy,

Że najbliższa Stambołu, pyszny cesarz znaczy;

Azyą i Afrykę ku Donaju zmyka,

Gdzie kto się tylko brzegiem rzeki onej tyka,

A zwłaszcza chrześcijanie, o wstyd i żal srogi!

Muszą mosty budować i naprawiać drogi

Na chrześcijan. Czemużby ze świętej rozpaczy

Nie złączyć szable z nami na pogaństwo raczéj?

Dziambetgierej hanem był pod ten rozruch w Krymie,

ten w swojej ku panu usłudze nie drzémie;

Lecz skoro go od Porty trzecie dojdą wici,

Skoro na przyszłą pracą bachmaty wysyci,

Okrzyknąwszy zwyczajnym ordy swe atłanemChce kredencować, chce się pisać przed Osmanem.

Który, nim dzień ruszenia dojdzie z Carogrodu,

Wielki meczet wyznaczy, a że bez dochodu

Murować go nie może starych ustaw wedle,

Polskę już widząc swoją jako we zwierciedle,

Podole z Ukrainą toż na wieczne czasy

Leguje na sprośnego Mahometa spasy;

Dzieli ziemie koronne, rozrządza urzędy,

Mając na swych koczotów osobliwe względy.

Tak pospolicie bywa; gdzie się nowa błyśnie

Do szczęścia okazyja, co żywo się ciśnie.

Piszą rymy papugi, rozprawują sroki,

Krucy zwycięstw winszują i ledwie nie kwoki

Nowym kontestem, nowym witają prezentem.

Toż się działo natenczas z Osmanem nadętem,

(Co żywo mu winszuje, jakby już widomie

Tryumfował; co żywo źrebię ono łomie),

Który na takie plotki i pochlebstwa ślepy,

Skoro zwiedzie do kupy Kairy z Alepy,

Obwieszcza wywieszonym końskiej grzywy hasłem,

Że sam osobą swoją, sercem niezagasłem

Wyjeżdża: więc kto w łasce cesarskiej korzysta,

Teraz jest okazyja do niej oczywista;

Bo wszytkie insze wojny, przez basze, przez agiOdprawował, ta jego godna jest powagi.

Toż się bierze z nim każdy; każdy się tka w juki.

Sowite pod nadworne poczty ślą bonczukiBasze i wezyrowie; postawą ochoczą

Drudzy z groźnych cekauzów kartaony toczą;

Brzmiące inszy możdżerze, potężne petardy

Gotują. Janczaraga pod złocone dardyZwiódszy swych pod żórawiem personatów pierzem

Wali się z partyzanem przed świetnym żołnierzem.

Patrz, w co to chrześcijańskie bisurmanin syny

Obraca, które co rok z winnej dziesięciny

Nieszczęśliwej od piersi oddarszy macierze,

Już okrzczone nieczystej do obrzezki bierze

I tymi — bo tchórz tchórze, bo Żydy Żyd rodzi —

Pod swe jarzmo królestwa chrześcijańskie wodzi.

Sypą się wojska zewsząd to morzem, to lądem,

Jakim bystry z Abnoby Donaj spada prądem.

Poci się Wulkan w Lemnie i ledwie nastarczy

Kuć szabel, mieczów, grotów, rodeli i tarczy.

 Tak wielkim aparatem i ledwie ku wierze

Podobną gorliwością gdy się Osman bierze,

Poczesny przed nim Mufty, nad wsze starszy hodzie,

Stanął pod srebrnym włosem na głowie i brodzie,

A ufając powadze swego pastorału,

Tak się do wojny owej przymówi zapału:

«I mnieć, wielki cesarzu, od którego dziada

Na tym-em stawion stopniu, twoja doszła rada,

(Chociaż tylko meczytu pilnując i księgi,

Boga za grzechy ludzkiej błagam niedołęgi),

Że chcesz stare zruciwszy z Polaki przymierze

Wojnę wieść. Mnieć, przyznam się, należą pacierze,

Nie Mars; lecz i ty przyznaj i miej to ode mnie,

Że Mars w polu i Wulkan darmo robi w Lemnie

Bez Boga; słaboż by się wasze wojny wiodły,

Gdyby je dobrych ludzi nie wspierały modły!

Tegoć trudno uwłaczać, co z zdumieniem świata

Z natury masz, żeś sercem doszedł Amurata;

Bogdaj doszedł i szczęściem, a z swymi pradziady

Wieczyste górnych osiadł empirów osady!

Tegoć ja bogomodlca winszuję i stary

Pasterz, który twych ludzi zawieram koszary.

Proszę przy tym, racz szczerej radzie mej dać ucha,

Aczci na wszytkich młodych ta padła pomucha,Że nieradzi, gdy im kto ich propozyt porze ;

Lecz jako nieraz ginął, kto stał przy uporze,

Tak i ten nie żałował, kto chciał starych słuchać.

Próżnoż na zimną wodę, sparzywszy się, dmuchać!

Ten garb, wielki Osmanie, te zmarski, te rugiŚwiadczą, jako już żyję na świecie czas długi;

Wżdy mi żaden z tak wiela dni nie zszedł jałowy,

Lecz zawsze co nowego weszło do mej głowy;

I dziś, chociaż mnie to już śmierć dogania skora,

Siła rzeczy wiem, których nie umiałem wczora.

Wiek ludzki długa szkoła, w której nasze mózgi

Wycinają przypadków ustawicznych rózgi;

Stąd w starych doświadczenie zdrową radę rodzi,

Której jeśli chcą słuchać, nie pobłądzą młodzi.

I ty, cesarzu, nie bądź głuchy na me pieśni;

Nie wzgardzaj, którą widzisz na tej głowie, pleśni:

Bo choć ci co do smaku twój zausznik powie,

Skutek rady potwierdza, dawne to przysłowie,

 Mnie się wojna z Polaki nie zda z przyczyn wiela:

Zawsze stracić niż nabyć łacniej przyjaciela;

Imo to że srogi grzech stare miry łomać,

A kto wie, jeśli tego nie będziem się sromać?

Kto ręczy za wygraną? Wołoskie igraszki?

Za brednie to, cesarzu, poczytaj i fraszki.

Niech się tak Skinderbasza barzo nie kokoszy,Że cztery stem czterdziestą tysięcy rozpłoszy

I to słyszę trefunkiem: bo już byli naszy

O wygranej zwątpili, kiedy k'woli paszy

Polacy się rozbiegą i spięte tabory,

Które ich ośm dni bronią, rozerwą ze sfory.

Owszem, to niechaj wstrętem będzie i odwodemZwady okrom przyczyny z tak bitnym narodem;

Okrom rzekę przyczyny, choć nie trudno o kij,

Kto chce psa bić; na dawne pomnicie proroki,

Którzy się nam pilno strzec tej kazali dziury,

Gdzie nam kracze upadek orzeł białopióry.

Nowinaż-to Polakom, choć w poczcie nierównym,

(Co i sam pomnę, jeszcze nie bywszy duchownym),

Płoche gromić Tatary? Nieraz w liczbie małéj

Chmielecki, nieraz ich bił i Zamoyski śmiały:

Czterma, piącią tysięcy ośmdziesiąt ich czasem

Aż do brodów Dniestrowych uściełali pasem.

Onić to w Polszcze zamki murowali, oni,

I dziś ich tam w kajdanach tysiącami dzwoni.

W takiejże-to Wołosza u nas będzie cenie,

Że w niepotrzebne jarzmo tej wojny nas wżenie?

Ród płochy i niewierny, tak chciwy odmiany,

Że by rad co godzina nowe widział pany;

Aleć i ci w twoich już, o cesarzu! ręku;

Dzierż się tylko przymierza pisanego dźwięku.

Niechaj giaur giaurom za twej łaski darem,

Byleć haracz oddawał, będzie hospodarem:

Bo wiara najpewniejsze spraw ludzkich ogniwo;

Tą żyjemy, to światło, to nasze krzesiwo,

Z którego gdy choć w różne iskra serca wskoczy,

W lot je wiecznym miłości płomieniem zjednoczy.

Choć zła, choć dobra, jaką kto wyssie z macierze,

Każdy by w takiej rad żył i umierał wierze.

Daj miejsce rozumowi i niesytej żądze,

Choć wielkiego umysłu, przytrzymaj wrzeciądze.

Patrz, jak siedzisz wysoko, skąd gdybyć, strzeż Boże!

Wypaść przyszło, Ikarus, kiedy go raroże

Nad morzem Ikaryjskim opuściły loty,

Nie miałby tak strasznego upadku, jako ty!

Im na wyższym fortuna człeka sadzi stropie,

Tym chytrzej, tym nieznaczniej dołki pod nim kopie.

Nie większa umiejętność, ufaj starych zdaniu,

W nabyciu, aniżeli w rzeczy zatrzymaniu.

Często gęba łakoma i ręka niesyta

To upuści, co trzyma, gdy niepewne chwyta.

Nie liczba wojska bije, ani miast dobywa,

Ale wojny przyczyna, panie, sprawiedliwa!

Z tą ktokolwiek się porwie, kto się z domu ruszy,

Niech za bożą pomocą tryumfować tuszy.

 Z Polaki co za zwada? Skąd i o co waśni?

Jeśli słuchać nie będziesz pochlebców swych baśni,

Wojna to i daleka, i przyczyny słusznej

Nie ma; nie skłaniaj serca ku plotce zausznej!

Naród w złoto ubogi, nic nie ma przy zdrowiu

Prócz chleba, soli, serca, żelaza, ołowiu,

Serca (mówię, niedarmo czytając ich dzieła;

Bo dopiero u mnie mąż, gdzie przy sercu siła),

O które u nas łacno z wielkim animuszem,

Kiedy go kto masłoku przyfarbuje kuszem.

Pierwej cię droga znuży i Bałchany śnieżne,

Niźli równie Dniestrowe oglądasz pobrzeżne,

Gdzie całoletnim chodem utrudzonych ludzi,

Skoro mróz nieprzywykłej jesieni wystudzi,

Których wszytkich pieszczone wychowały nieba,

Broni na nich Polakom dobywać nie trzeba;

Pomrą jako jaskółki, jako muchy posną,

Tylko że zaś drugi raz nie ożyją z wiosną.

Sam ich niewczas zwojuje, zwłaszcza w takiej kaszy

Różnych narodów, kiedy począwszy od paszy,

I ludziom, i bydlętom najmniejszej wygody

Nie będzie. Szczęśliwy człek, co go cudze szkody

Uczą rozumu, jako w najpewniejszej szkole,

I dadzą poznać głupstwa w sąsiedzkim rosole.

Zegnał Kserkses pół świata na waleczne Greki,

Popasł całą Azyą, powypijał rzeki;

Trzech dni na jednym miejscu nie mógł postać daléj,

Na koniec się sam własną machiną obali,

I onych ludzi zgubił, i sam się na koniec

Roztrącił o swej dumy nieuważnej szaniec.

Ale na cóż tu Persy wspominać i Greki?

Mamy doma u siebie przykład niedaleki:

Jeszcze z tymiż Polaki do tej niefortuny

Naszym przyszło, w kobyle kiedy się kałdunyGrzebli przed ciężką zimą, która ich tam zdybie.

Jak wodą żyć ptakowi trudno, wiatrem rybie,

Tak Turkom pod arabskim rozpieszczonym niebem,

Zimna Polska chorobą, mróz będzie pogrzebem!

Uważ-że to, cesarzu, uważ wszytko z gruntu,Że ludzi spod miękkiego wiedziesz horyzontu,

Gdzie za tłuste migdały, słodkie pomarańcze,

Przyjdzie zbierać po lesie ogryzki szarańcze

Płonek nieużytecznych i cierpkich żołędzi;

Krótko mówiąc, sam was głód, sam was niewczas znędzi.

Polakom jako za dar, wszytko jako z mydła;

Prócz, że tamtecznych krajów ludzie są tworzydła(Bo niewczas, wiatry, śniegi, mrozy, słoty, głody,

Snadniej znoszą, niźli my, północne narody),

Lecz bijąc się o wiarę i swoje kominy,

Serce mają przed nami, gdy mają przyczyny

Do wojny sprawiedliwej; dziesięćkroć się lepiéj

Chłop w obronie żywota, niż napaśnik krzepi.

Zaczem, wielki cesarzu, trzymaj górne loty

Wspaniałego humoru i żywej ochoty;

Stój w mecie i siedź mocno w swej fortuny siedle.

Masz zdrową radę moję; w niej jak we zwierciedle

Przejźry się. W szczerości-li mojej wątpisz? Wzów ty

Inszych do niej, lecz wspomnisz: dobrze-ć mówił Mufty»

 Powaga to siwizny sprawiła biskupiéj,

Że go Osman, choć młody, porywczy i głupi,

Tak cierpliwie dosłucha, choć na szydłach siedzi,

Nie strzymał jednak tego statku w odpowiedzi.«Nie tak-em ojcze, prawi, rozumu daleki,

Żebym go słuchać nie miał, i aczem z opieki

Wyszedł i wszytko mi się według woli darzy

Ani by mi potrzeba więcej bakałarzy,

Słuchałem cię, choćbym się obszedł bez twej rady.

Acześ ty, zapomniawszy wszytkich starców wady,

Wielomowności, którą powszechnie grzeszycie,

Jakobyś na mnie kazał z ambony w meczycie.

Krótko tedy na twoje odpowiem kazanie:

Tak chcę! To moja wola i Mahomet na nię

Przypadł i przyjął dzisia ode mnie plac goły,

Gdzie mu szumne z giaurów wystawię kościoły.

Powiem jeszcze, aleć to, proszę, niech nie cięży,

Że najlepiej w kościele dyskurować księży,

Nie mieszać się w ratusze; przez cóż się rozsułyPaństwa giaurskie, jeśli nie przez kapituły?

Miecz mieczem, a plesz pleszem; kto się czemu święci,

Tego niechaj pilnuje; są też i natręci,

Którym żebyś ty nie był, rządź sobie w kościele,

A twoi niech po wieżach księża drą gardziele!

Na tak twardą replikę starzec on zaniemie

I pójdzie, skoro mu się ukłoni do ziemie,

 Jeszcze Osman z pierwszego nie ochłódł ferworu,

Kiedy Mustafa, wezyr i marszałek dworu,

Stanie przed nim poważnie laską wsparty srebrną,

A czując, że z nim wszyscy w onę tonią webrną,

Chce mu jego porywczość jako wybić z głowy,

Aleć na rozjątrzone trafił z tym narowy.

Skoro powie o polskiej wojnie swoje zdanie,

Przypomni, co w ich świętym stoi al-Koranie,

Kędy Mahomet Turkom surowym zakazem

Zwady ze dwoma broni nieprzyjaciół razem,

«Nam wydarł Pers Babilon, wydrze i Egipty,

tak nas do ostatniej zniszczy zboża szczypty.

Gdy cudzych rzeczy pragnąc nadzieja łakoma

Traci swe własne, pewnie nie będziem tak doma».

 Rozjadł się na wezyra tyran jako wściekły:

«A wierę, nie chce-ć się to z pieca, psie opiekły!

Takżeś to miał złą wprawę, żeć obrzydło pole,

I pozwoliłbyś ty gnić na wieki w popiole,

Niech bies bierze Babilon z tobą, niewieściuchu!

A tu mu bystry andżar chce utopić w brzuchu.

Złoży się i woli raz w ręce odnieść lewéj,

Niźli śliskie żelazo poczuć między trzewy.

Dotąd się gryzł, dotąd się gniewał, dotąd sapał,

Aż krwią Osman afektu w sobie zgasił zapał.

W sobie zgasił; lecz w Polszcze zapalił go srodze.

Nie Polska, chrześcijaństwo wszytko było w trwodze;

Bo skoro się po świecie tak straszna roztrzęsie

Nowina, jakby serca ukrawał po kęsie.

Inszych wprawdzie z daleka wiedzieć to dochodzi,

Czyja tonie kobyła, ten najgłębiej brodzi.

 Sejm zaraz na Polaki składa Zygmunt trzeci,

Tylko go ta od Porty wiadomość doleci,

Że starym durny Turczyn wzgardziwszy przymierzem,

Chce swój miesiąc naszego Orła odziać pierzem,

W jego farby śniegowe, w jego jasne puchy,

Grubego Mahometa ozdobić makuchy;

Że, matkę swą żegnając, przysiągł na to, że się

Nie wróci, aż jej trybut z Polaków przyniesie;

Że całe karawany, żelaznymi pęty

Obciążywszy, prowadzi monarcha nadęty,

W których nogi, pieszczonej przywykłe swobodzie,

Na pompie tryumfalnej w pysznym CarogrodzieBrzęczeć mają przed bramą sprośnego szaraju.

(Na-toć już spięte stoją mosty na Donaju);

Że meczet Ottomańskiej wymierzywszy luny,

Chce nowy cesarz w Polszcze spróbować fortuny,

Jeśliby mógł we dwoje tej odwagi zażyć,

I sam się wsławić, i swój meczet wyposażyć.

Przeto wszyscy, prywatne porzuciwszy sprawy,

Bieżą senatorowie na sejm do Warszawy;

Bieżą od ziem posłowie i Korona czerstwaPoczuwa się na siłach dzielnego rycerstwa:

Tam chce serca i ręki przy szabli i czeleMężnym zażyć, gdzie krwawy Mars gościniec ściele,

Gdzie starszych zdanie będzie, a w ich-że kajdany

Bogu i ludziom zmierzłe tkać Mahometany.

 Więc skoro się zgromadzą, skoro imą radzić,

Z jakim nieprzyjacielem przyjdzie się im wadzić,

Któremu żaden sąsiad z obu stron Bosforu

Aże do naszej ściany nie mógł dać odporu;

Tedy naprzód do Boga, przy świętej ofierze,

Król i rada pokorne wyprawi pacierze:

Żeby on, gdyż w jego są ręku wszytkie bitwy,

Wejźrał na ludzi swoich niegodne modlitwy;

Wziął to państwo w opiekę, gdzie od lat tysiąca

Powinna mu się chwała w kościołach poświąca,

(I na toż by przyjść miały, aby je obrzydły

Bisurmanin niemymi pozastawiał bydły?);Żeby Bóg, który umie i może przez ręce,

Straszne one obrzymy wywracać dziecięce,

Pojźrał na wściekłe grozy tego Goliata,

A naszego Dawida, którego armata

Pięć kamyczków i proca; lecz przy twej pomocy

Możem ufać tym piąciom kamykom i procy,

(Bo węgłowemu każdy rówien z nich kamieniu),

Co ich jest w Zbawiciela naszego imieniu.

A jeśli też złość nasza zatwardzi twe uszy,

Jeśli nas sprawiedliwy twój gniew zawieruszy

(Bo już niejeden naród pod tytułem świętém,

Chrystusowym, w pogańskich ręku brzęczy pętem):

Patrz na polskich patronów, patrz na naszych ziomków

Pokorę, a nie spuszczaj biczów swych ułomków!

Patrz na świecznik swej chwały, który w tej Koronie

Ogniem niezagaszonym ku czci twojej płonie!

I chociaż przez złość naszę, przez nasze niecnoty,

Częste go w oczu twoich zaciemiają knoty,

Utni knot, masz nożyce miłosierdzia w ręce!

Że nie zgasisz, ufamy Jezusowej męce.

 Tak gdy się i swe Bogu konsulta oddadzą,

O posiłkach najpierwej na tę wojnę radzą,

I na tym wnet stanęła zgoda wszytkich stanów,

Żeby do chrześcijańskich posły wysłać panów,

Na wspólnych nieprzyjaciół, nim będziem na schyłku,

Pókiśmy jeszcze duży, żądając posiłku.

Przełożyć im przed oczy, jeśli dotąd ślepi,

Że skoro się do Polski bisurmanin wrzepi

I zniesie to przedmurze, bez wszelakiej chyby

Będzie ich suchą ręką zbierał jako grzyby.

Niech na to wszyscy zgodnie swoje dadzą kreski,Żeby więcej przeklętej nie cierpieć obrzezki;

Teraz czas i pogoda, byle chcieli szczérze

(Onić przyczyną wojny, przy złomanym mirze) —

Zrucić jarzmo tak ciężkie z Chrystusowych ludzi,

Których srożej niż ciała ta niewola nudzi,

Że dusze już z szatańskiej wyjęte tandety,

Znowu sobie Mahomet zaswaja przeklęty.

Niechajby chrześcijanie prywatne urazy

Przed męki Boga swego zruciwszy obrazy,

Świętą ligą spojeni na wojnę tak słuszną,

Wszytkie swe znieśli siły, ofiarą zaduszną.

 Z tym tedy wyprawiwszy posły krokiem chyżem

Do wszytkich królów, co są pod zbawiennym krzyżem,

Acz nie wątpim, że wrota pootwiera Janusz,

(Lecz się na to upijać szkoda, kędy: a nuż

Będzie, albo nie będzie? szkoda stawiać garka,

Jeśli dopiero prosić u sąsiada ziarka).

Tedy o swoich rzeczach samym przyjdzie radzić:

Kogo obrać hetmanem, skąd ludzi gromadzić,

A co najpotrzebniejsza do wojny bez mała,

Skąd zasiągnąć pieniędzy? To im w głowie cwała.

Żółkiewski, wielki hetman, pod Cecorą zginął;

Który się był najpierwszy w tej toni ochynął,

I dotąd — skąd się Turczyn w swej imprezie twierdzi,

Głowa jego na długiej z wieże wisi żerdzi;

Stanisław Koniecpolski polny, tamże wzięty,

Jeszcze brząka w żałosnej Jedykule pęty;

Słyszy chociaż pod ziemią, gdy na zguby nasze

Bismmanin, nadzieją opiły, się kasze.

Obierz sama, ojczyzno! Sama życz buławy,

Kogo do tak pamiętnej godnym widzisz sprawy;

Pod którego byś głowy i piersi zaszczytem,

Z chwały bożej, z całości swojej depozytem,

Bezpieczna zostawała, aż Bóg twój obrońca,

Zruci miesiąc pod nogi prawdy swojej słońca,

 Wszyscy oczy i serca na jednego zgodnie

Obrócą Chodkiewicza; tak się zda, że młodnie;

Że dzieła nieśmiertelne, których mu nie szczędzą

Późne wieki, siwy włos ze skroni mu pędzą;

Mars z oczu, powaga mu sama bije z twarzy,

Tak się w nim wielkość męstwa i swoboda parzy,Że mu szczere tryumfy może czytać z czoła.

Kogóż szukać, dla Boga? Ciebie dzisia woła

Ta wiekopomna praca, waleczny Karolu!

Jeszcze cię też nie znano w Konstantynopolu.

Poznają, co za ludzie idą z naszej Litwy,

Kiedy serdeczny Polak wsiędzie na koń przy twéj

Doskonałej biegłości, o której sąsiedzi

Niech powiedzą: uparta Moskwa, bitni Szwedzi.

W obozieś się urodził, urosłeś na łęku,

Odbierajże buławę dziś z królewskich ręku,

I jeśli tak chcą nieba, ostatniej ćwiczyznyDopędzisz na usłudze kochanej ojczyzny.

Ogłosiwszy swe imię na wschód słońca cały,

Będziesz burzył górnymi Turków arsenały.

Skoro stanął Chodkiewicz wszytkich zdaniem spolnem,

Zaraz myślić poczęto o hetmanie polnem;

A że żył Koniecpolski z pierwszego pogromu,

Trudno to było dawać przywilejem komu;

Więc do tańca, który Mars spólny stronom zagra,

Na onę wojnę jego naznaczono szwagra,

 Stanisław Lubomirski, hrabia na Wiśniczu,

Za towarzysza prace był przy Chodkiewiczu,

Im młodszy, tym też większej godzien jest pochwały

Z serca i z roztropności — wielkie specyjały

W hetmaniech, ale rzadkie, a zwłaszcza pospołu,

Zwłaszcza w młodych: bo stary i już bliski dołu,

Przez siedmdziesiąt lat w onej ćwiczywszy się szkole,

Co za dziw, że i sercem, i rozumem zdole?

Ale ten, co dopiero do tej wszedszy szkoły,

I serca, i rozumu ma z nieprzyjacioły,

W wielkiej cenie, bo owoc wypycha przed kwiatem.

Cóż gdy dojźre i dojdzie doświadczenia z latem?

Lecz rzadki ten na świecie owoc skołoźrywy,

W Polszcze, Bogu bądź chwała, nie wielkie to dziwy,

Hetman młody i dobry, jakiego nam zdarzył,

Kiedy się płochy Osman na Polskę zajarzył.

 Skoro staną hetmani, toż koło pieniędzy

Zdało się tam zakrzątnąć i mówić co prędzej.

Ośm poborów i w Litwie, i w Koronie całej

Na tę ekspedycyją przyszły do uchwały.

Kwarta przy tym sowita i dwoje czopowe,

Duchowni też przez laudum swoje synodowe

Na który do Piotrkowa skoro się zgromadzą,

Sto pięćdziesiąt tysięcy podskarbiemu dadzą

Na wojnę sprawiedliwą. Gdzie przy świętej wierze

Mieli byli dobry rząd zaczynać pasterze,

Wielka krzywda Ojczyzny, ale tym terminem

Nie wszyscy grzeszą. Siła ich z świętym Marcinem

I płaszcze by rzezali za całość Kościoła.

Są drudzy skąpej ręki i twardego czoła;

Wolą nieprzyjaciołom na rabunek chować

Pieniądze tu zebrane, niż suplementowaćKonającą Ojczyznę, choć widzą na oczy,

Uciekając, że je tu nieprzyjaciel wtroczy;

Wolą wieść za granicę i darmo dać komu,

Niźli węgłów podeprzeć pochyłego domu.

Atoli półtorakroć sto tysięcy złożą,

Choć się milionami w ojczyźnie wielmożą,

Na tak główną potrzebę, gdzie i skarbów strata,

Obroń Boże, i sami byliby u kata.

 To pieniężne posiłki; co się ludzi tycze

Pięćdziesiąt uchwalonych tysięcy naliczę;

Bo czternaście w kirysach, dwadzieścia w kolczudzeTysięcy wyniść miało ku onej usłudze

I z Litwy, i z Korony, cudzoziemskie do téj

Liczby i konne pisać pułki i piechoty.

Tyle miały warszawskie natenczas papiery

Ale cóż, trzyzydlowe gdy się tak i kieryNie kurczą, jak się one zstąpiły komputy:

Bowiem więcej nie wyszło w pole ludzi ku téj

Okazyi, rachując konne i piechury,

Nad trzydzieści tysięcy i pięć, same ciury,

I z luźnymi wyjąwszy, z których drugie tyle

Mógłbyś bezpiecznie pisać w dobrej wojska sile.

Szkoda ich lekceważyć; kędy co z zdobyczą,

Pewnie ani postrzałów, ani ran nie liczą.

Dali próbę odwagi w szwedzkiej onej wrzawie,

Gdy szturmem Wittemberga dostali w Warszawie,

Który wczora tryumfy swoje mierzył w strychy;

Nie wojsko, nie żołnierze, holik go wziął lichy.

Aleć i w tę straszliwą z pogaństwem turniejąNie raz pokazowali, co mogą, co śmieją.

Kozacy też przez swoje deklarują posły,

Byle się wojska nasze do Wołoch przeniosły,

We trzydziestu tysięcy i w porządnej sprawieStawią się; tak stanęło u nich na Rusawie!

 Więc oraz na ruszenie pospolite wici

Wychodzą na tych wszytkich, którzy są okryci

Przywilejem szlachectwa, aby nie w imieniu,

Nie w herbie tylko swoim, lecz na tym kamieniu

Pokazali, że przy krwi jest wrodzona cnota,

Na którym brantownego doświadczają złota.

Jeszcześmy, jeszcze byli nie zgospodarzeli,

Żebyśmy się tak słusznej wojny wzdrygać mieli.

Nie dzisia to (odpuśćcie, jeśli się kto czuje),

Gdzie nam tak dom, tak jego pieszczota smakuje,Że kontenci z szlachectwa, co nam idzie rodem,

Już go żadnym popierać nie chcemy dowodem.

Widzieć ich po jarmarkach i prywatnym feście,

Gdy się strojno, czeladno, przechodzą po mieście;

Pódźże z nim do publiki, choć w onejże lamie,

Tak skromny, tak pokorny, że wilk a wilk w jamie;

Dopieroż gdy ich w pole wytkną trzecie wici,

Przyjdzie stać na posłuchu i zmoknąć do nici;

Nuż podjazdy, nuż ona potrzeba, o której

Słuchając włosy z czapką wstawają do góry;

Gdy mu grzbiet kirys orze i jakby za winę

Szyszak perfumowaną prasuje czuprynę;

Gdy się przyjdzie narazić na kule, na strzały,

I stać w miejscu cały dzień jako cel przed działy.

Patrząc, gdy drugich niosą, słysząc świst nieluby,

Oczy w górę podnosić, Bogu czynić śluby,

(Stanie-ć za śmierć strach śmierci, owszem jeszcze gorzéj;

Bo sto razy umiera, jeśli tam kto tchórzy),

Nie dziw, że mierznie wojna naszym galantomom,

Którzy samym nawykszy od młodości domom,

Słuchają, rychło w polu będzie po harapie,

Rychło im kto potrzebę przyniesie na mapie;

Więc żołnierzów obmawiać i hetmanów szczypać.

Da kopę na on pobór; długoż, prawi, sypać

Darmo będziem pieniądze? Wierę zdaniem mojem,

Jużby czas Ukrainę widzieć za pokojem!

Drugi, nie godzien kijem mitręga za bydłem,

Jagły mierzyć z maślonką do tarku tworzydłem,Że wiewiórczym ogonkiem dał opuszyć kołnierz,

Aż już wąsy odyma, aż sędzia, aż żołnierz!

Wdaj że się z nim w rzecz, chociaż nie był dalej bursy,

Historyje i one usłyszysz dyskursy,

Już on wiadom porohów, czajek i Kodaku,

Wiadom złotego, wiadom kuczmańskiego szlaku,

Gdzie Merło, gdzie Drzypole, gdzie w bezludnej dziczy

Sina woda z ordami Polaki graniczy,

Wszytko wie, tego nie wie do siebie nieborak,

Że sklep dziurawy ledwie stoi za półtorak.

Niechże się jedno jaka królewszczyzna błyśnie,

Obaczę, jeśli żołnierz przed nim się dociśnie.

Już na nię zadał, kto tam na tandecie siedzi;

Pewnie najzasłużeńszy do niej nie uprzedzi.

 Nie tak było przed laty, gdzie nie pierwej młody

Do szabelki przypadał, aż od wojewody

Albo króla samego śród walnego festuDo niej był przypasany, koło lat dwudziestu.

To ozdoba, to mu strój nad wsze aksamity!

Dotąd część domu; już był Rzeczypospolitéj.

Brał i pierścień żelazny, charakter sromoty,

Który musiał na palcu swoim nosić poty,

Aż krwią nieprzyjacielską z obligu wyjęty,

Złoty już nosił sygnet, już siadał z książęty;

Żelazny na pamiątkę ze zdobytym łupem,

Kładł Marsowi w kościele w święto przed biskupem.

Dopiero skoro odniósł na swym ciele blizny,

Prawić o wojnie, radzić około Ojczyzny

Godziło się; nie, zrósszy przy doiwie krowiem,

W opiekę brać nieszczęsną Ojczyznę ze zdrowiem.

Dziś!... ale lepiej milczeć, bo i sam widziałem,

Że za prawdą nienawiść, jako cień za ciałem;

Opak wszytko! Bo dziecku małemu do kasze

Drugi ociec szabelkę i łuczek przypasze.

Toż żeby dom nie zginął, dla onej pociechy,

Skoro zwiedzi w Warszawie co przedniejsze wiechy,

Ożeni go; a ten też jakby wlazł do twierdzy,

Ani szable przypasze, ani otrze ze rdzy,

Zasznuruje się w duchnę, i podobnych sobie

Gapiów jakich, ni Bogu ni ludziom, naskrobie.

Nie zna jak żyw pancerza, nie widział kirysu,

Albo się gospodarstwa, albo imie flisu,

Lubo siwe czabany za granicę pędzi,

Lubo też piwo robi i browary smędzi:

Mało na tym, czy flisem, czy wołmi, czy bzdęgą,

Czego inszy krwią nie mógł, takowi dosięgą;

Albo idzie do dworu i tak, świni ucha

Nie uciąwszy, senator z onego piecucha.

 Lecz nie to mój propozyt, ale pod Chocimem

Marsa krwawego dzieła opisować rymem;

Więc do rzeczy! Już wojska, pieniądze, hetmany,

Już mamy po Koronie zaciąg obwołany;

Brzmią bębny po miasteczkach, szeleszczą warstaty,

Co żywo, się w wojenne sobi apparaty;

Już działa w gisseryjach z twardej leją spiże,

Już złote po chorągwiach wyszywają krzyże,

Sypią się z kancellaryi listy przypowiedne

Na żelaznych usarzów i pancernych jedne,

Drugie na pieszych albo woluntaryjusze.

A że nie zażywano już naonczas kusze,

Wszyscy do ręcznej strzelby, do kul i do prochu!

A on główny gospodarz, nie dosiawszy grochu,

Zdjąwszy z ściany, dziadowskie każe zszywać toki,

I wrzaskliwe z szyszaków powygania kwoki,

Rzekłbyś, że Lemno drugie, gdzie na poły nadzy

Obrzymi, straszne ścierwy ubrukawszy w sadzy,

I Brontes, i Styropes z dużym PiragmotemNa przemiany, kowadła ciężkim tłuką młotem.

Lecz jeszcze na posiłki wyciągamy oczy:

Bo nam tej gry pomogą sąsiedzi ochoczy.

 Ociec święty obiecał, skoro cesarz skończy

Wojnę z heretykami (cóż mi po opończy,

Gdy już zmoknę do nici? ), bo na te imprezy

Wszytkie zbiory i wszytkie swoje łoży spezy.

Przydał: jako zbijecie Turczyna do szczętu,

Dam w każdym roku miejsce na pamiątkę świętu.

Toć z Rzymu otrzymali natenczas Polacy,

To im przyniósł ich poseł Grochowski Achacy.

Podziękowawszy za nie (i to nie poślednia

Cnota), lepszej nowiny wyglądamy z Wiednia.

 Naprzód, że krew przyjaźni najpewniejszym gruntem,

Dwie siestrze cesarz mając za naszym Zygmuntem,

Boskiego i ludzkiego uchyliwszy prawa.

Druga, że w Polszcze z jego przyczyny ta wrzawa;

Bo gdy mu król posiłki śle na Gaborego

(Który się z Fryderykiem związał był na niego),

Gabor chcąc się nas z Węgier skaraskać co prędzej,

Cztery piechot tysiące Turkom i pieniędzy

Posyła, żeby wpadszy niespodzianie w ptaki,

Z Czech i z Węgier pomocne odwiedli Polaki.

Stąd jako na trzy tuzy bez wszelkiej omyłki,

Tak śmiele na rakuskie każemy posiłki.

Dadzą ci Bogu liczbę, którzy tego krzywi,

Ale niech się tu każdy niewdzięczności zdziwi:

Za psa krew (jako stara przypowieść natrąca:

Z bratem na lwa, a z szwagrem ledwie na zająca);

Za psa nasza uczynność, bo póki świat światem,

Nigdy Niemiec nie będzie Polakowi bratem.

Nie tylko nam posiłków winnych odmówili.

Lecz werbunku w swej ziemi cale zabronili,

A co najboleśniejsza rzecz musi być, że tem,

Co już wzięli pieniądze, surowym dekretem

Wracać nazad kazali; zaczem wszyscy trząskiemUszli i aż się tam gdzieś oparli za Śląskiem.

Albo to wolność nasza, co im w oczu solą,

Przyczyną, że nas chcieli wterebić w niewolą,

Albo ze zginionymi, za jakich nas mieli

W takiej wojnie z Turkami, łączyć się nie chcieli.

Któż o utrapionego kiedy przyjaźń stoi?

Każdy mija, każdy się zapowietrzyć boi.

Ten był owoc rakuskiej w onę burzą ligi,

Do której ze wszytkimi szliśmy na wyścigi;

Więc mieszać nasze sejmy, nasze interregna,

Czyhając, rychło miła wolność nas pożegna,

Rychło nam karki osieść, mieć czwartą na głowie

Koronę, skąd spadli dwaj Maksymilanowie;

Mało im Węgry, Czechy i niewolnik śląski,

Któremu pod przysięgą biednej zabić gąski

W własnym domu nie wolno, aż zapłaci od niéj;

Ale czego chcą sami, znać, że tego godni.

 Hiszpan barzo żałował, że z tym potentatem,

(Który kiedy się ruszy, całym trzęsie światem),

Polacy się zwadzili, a tym służy właśnie,

Że niżeli mysz skoczy, dalej kocur trzaśnie.

Dla dawnego przymierza, które trzyma ściśle

Z Turkami, żadnego nam posiłku nie przyśle.

A ono złote runo i baranek święty,

Od ciebie nam na związek posłane prezenty,

Mizerneż to ofiary, malowana liga!

Patrząc, gdy nas okrutny poganin postrzyga,

Nie pomóc nam się bronić, nie odegnać wilka

Od baranka? Czy dosyć, że go złota szpilka

Na waszych przypnie piersiach? Człeka-ć wywieść w pole

Łacno; lecz kiedyś w serce ta szpilka zakole.

W takiemże-to igrzysku ten charakter macie,

Ze go sobie za czaczko tylko posyłacie?

 W ten sens i Wenetowie, w ten wszyscy sąsiedzi

Niewdzięczne posłom naszym dają odpowiedzi,

Równi owym doktorom, co widząc w malignieChorego, że nie wstanie, że już duszą rzygnie,

Miasto jakich syropów, co mu jeszcze ciężej,

Każą mu się z sumnieniem rachować u księży.

 Jeden tylko król swojej dał wizerunk cnoty:

Jakub, co rządził Angle, Hiberny i Szkoty.

Krótko o tym mówiwszy z Ossolińskim Jerzym,

Który był wrychle wielkim koronnym kanclerzem,

Ośm swych ludzi tysięcy, przodek biorąc inszém

Chrześcijanom, z ochotą i uprzejmym winszemWyprawił, opatrzywszy żołdem na rok cały.

Wstydźcie się, katolicy, że was do tej chwały

I nabożeństwem obcy, i odległy morzem

Uprzedził i pokazał, że nie z wami tchórzem,

Acz i droga daleka, i czas barzo ścisły

Przyczyną, że do skutku nie przyszły zamysły;

Bo niespełna ćwierć roku trwała ona wojna,

Lecz stoi za rzecz samę ochota przystojna.

 Tedy się Bogu tylko, któremu swe rzeczy

W świętą dawszy opiekę, Zygmunt ubezpieczy,

Wiedząc, że tam najprędzej człowieka pociesza,

Kędy się licha ludzka pomoc nie przymiesza,

A kto w siłach śmiertelnych swą nadzieję kładzie,

Dziś, dziś się niech o swoim upewnia upadzie,

 Już też rok był na schyłku, już wypadszy z Wagi,

Słońce co dzień to szczupłej zagrzewa świat nagi,

Który zima oskubszy ze wszelakiej krasy,

Tak bydłu, jako zwierzu zamknęła popasy.

Wszytko z pola zegnała zaraz za swym przyściem,

Okrom co gałązkami albo żyje liściem.

Już i pasterze swoje puścili koszary;

I ptak poszedł na zwykłe do cieplic opary,

Prócz tych, co się na nasze spuściwszy urobki,

Całą zimę po brogach wysysają snopki.

Twardy mróz ujął ziemię, chociażbyś po bagnie

Kartaony prowadził, pewnie się nie zagnie;

Krzyształowym wątpliwe brody spiął pokostem

I bystre rzeki szklanym poujmował mostem.

Biały śnieg jako z woru na ten się świat kida,

Bo się słońca z uboczy nic a nic nie wstyda;

Lecz skoro oszedzieje, skoro mrozem spierzchnie,

W rozliczne glance iskrzy swe lilie wierzchnie.

Więc komu przyszła wojna głowy nie ugryza,

Delikacko na płytkich saneczkach się śliza.

Świszczą smyczki z daleka gościńcem utartem

A dropiaty, jak rarog, leci pod lampartem.

Kto myśliwy, po śniegu zwierza z charty tropi,

Nasz starzec przy kominie grzanki w piwie topi

A co raz pisanego nachylając garca,

Już syty tego świata, czeka z gołą marca;

Nie idą mu w gust żadne przejażdżki i sanki,

Zjadszy zęby, woli ssać rozmoczone grzanki:

Toć ostatnia człowiecza uciecha, komu się

Da Bóg starzeć i późne oglądać prawnusie,

Krótce rzekszy, gdy słońce wpadło w Kozierogi,

Zima się na podniebne zwaliła podłogi.

Wojny chocimskiejczęść trzecia

Rok nastał tysiąc sześćset pierwszy i dwudziesty,

Jako na ten świat zaszły niebieskie aresty,

(Który już szatan prawem odbierał dziedzicznem,

Aleć go zaraz puścić musiał w rękawicznem;

Bo święta ona Panna, wydawszy na ziemię

Nieśmiertelnego ojca wiekuiste brzemię,

Podarła cyrografy otrzymane w raju,

Za grzech pierwszych rodziców ludzkiego rodzaju,

I uczyniła koniec łez naszych oblewin,

Którymiśmy ogryzek popijali Ewin);

Jako ten Jezus, co się w jej żywocie taił,

Zaprzedanemu światu zbawienie zagaił

(I dał nam inszą kąpiel, kędy przez krzest wodny

Z dusz naszych omywamy grzech nią pierworodny),

Jako Bóg, użalony naszej niedołęgi,

Nie wstydził się człowieczej natury siermięgi

I nie pierwej ją wyzuł, aż go w onej guniLudzkiego utrapienia ubiją pioruni

(Żal, strach, wstyd, ból, że go z tak niewczesnego chyżuŚmierć odrze i sromotnie rozbije na krzyżu,

Którym razem sama śmierć tak swe stępi noże,

Że odtąd na śmierć zarżnąć nikogo nie może).

Kiedy wicher wschodowy, ruszywszy świat z gruntu,

Straszne burze na Polskę rzucił z Hellespontu,

Chcąc ją zalać, chcąc ją w jej własnej krwi utopić,

Przyszło się tedy i nam w takim razie stropićA puściwszy na stronę niepotrzebne skargi,

Stawiać tamy na fale i na przyszłe szargi.

Więc, że żadnej prócz piersi nie czujemy naszéj,

To mury, to fortece. Hej, mężny podczaszy!

Masz pole, bierz na rękę białopióre ptaki

I prowadź ku Podolu odważne Polaki.

Jakakolwiek ich liczba, masz orły i krzyże

Które uganiać mogą i sokoły chyże,

Nierzkąc sowy nikczemne i plugawe gacki,

Co tylko pod miesięczne latają omacki.

Idź w boży czas w tę stronę, gdzie poganin srogi

Niesie pustki żałosne, okropne pożogi,

Niesie płacz matkom naszym i smutne lamenty,

Obciążywszy karawan kajdany i pęty.

Zdarzy Bóg chrześcijański, te pustki, te ognie

Że mu w zanadrzu ręka waleczna zażognie;

Zdarzy, że mać pogańska, paździerze i zgrzebie

Włożywszy na grzbiet, na swych zawyje pogrzebie!

 Już się wiosna poczęła, już baran ochudły

Otrząsszy gęste z śniegu zimowego kudły,

Skoro mu słońce wełnę cieplejsze ugara,

Po łąkach i zielonych murawach się tara.

Role się znowu ziarnem u oracza dłużą,

Pierwszego nie wróciwszy; lasy się papużą;

Obnażone konary, skoro im wiatr pępki

Porozdyma, znowu się pstrzą w barwiste strzępki.

Już krzykliwe żurawie, już swe gęsi klucze,

Jako nasz z śniegu rosa horyzont opłucze,

Długiem pasmem prowadzą; już wdzięcznymi głosy

Po kniejach się wesołych przekrzykują kosy,

A smutny słowik, wiedząc, że mu się nie wróci,

Tak we dnie, jako w nocy po swej stracie nuci.

Już się po krzach pieszczone wabiły kukułki,

Gdy Lubomirski sobie poruczone pułki

Pod Skałą, gdzie się bystry Zbrucz z krzemieni zdziera,

Przednią straż trzymający, obozem zawiera.

Gdzie jako doskonały wódz i hetman czuły,

Mając rznięte na sercu Marsowe reguły,

Na wszytkie razem strony wyprawuje szpiegi.

Więc że już były pewne tatarskie zabiegi,

Żeby z Wołoszą w Polszcze nie czynili szkody,

Dniestrowe swym żołnierzem poosadzał brody

I tak ich razów kilka niespodzianie zbieży,

Że pogaństwo krwią płaci nieczesne kradzieży.

Gdzie Szymon Kopyczyński i sercem, i siłą

Nie da nigdy sławy swej zawierać mogiłą,

Tak ją waleczna ręka ostrą szablą wdruży,Że póki świata, póty w piersiach ludzkich płuży.

Te kiedy ma z Tatary Lubomirski gony,

Przyjechał do obozu poseł niespodziany,

Po przezwisku Weweli, imieniem Konstanty,

Z Krety rodem, wiarą Grek, książę między franty,

Postawą chrześcijanin, lecz gotów dla wziątkuBoga przedać; tego był niecnota rozsądku!

Doznał go w legacyi on Zbaraski wielki,

Że w nim wiary i jednej nie było kropelki.

Tego Spodar wołoski z zmyślonym kontestemChęci swoich wyprawił przeciwko nam ze stem

Rozmaitych dowodów, życząc tego szczerze,

Żeby stare co rychlej odnowić przymierze

Między Turki a Lachy, nim się w wojnę wkroczy,

Nim się Mars obojętny we krwi uposoczy.

Troje prawił nie dziwy: jakim aparatem,

Jakim duchem szedł Osman, który cale na tem,

Jeżeli samą grozą Polaków nie skróci,

Do szczętu ich z imieniem i z państwem wywróci;

Nie przestanie swych wodzów do drogi przynukać,

Bojąc się, żeby mu was nie przyszło gdzie szukać

Po błotach i wertebach dzikimi manowcy;

Tak na upatrzonego spieszą się więc łowcy.

Miał list od Husseima na Sylistrze baszy,

Który skoro koronny przeczyta podczaszy,

Też strachy, też racyje, też rady do zgody,

Które od wołoskiego były wojewody.

Anośmy się niedługo tego dowiedzieli,

Ze nie posłem, ale był szpiegiem ten Weweli,

Aby naszych humory i co mają serca

W takim razie Polacy, widział przeniewierca;

Bo się to wszytkim zdały niepodobne rzeczy,

Żebyśmy kiedy z Turki do takowej przeczyOśmielić się ważyli, nierówną potykąPorwać się, jako mówią, na słońce z motyką;

Samym echem do takiej przyjdziem raczej zrzuty,Że Turkom dobrowolnie pozwolim trybuty,

Drogi pokój opłacim; nie mając się na czem

Wesprzeć, ujmiem dorocznym Osmana haraczem.

Chciał odjechać Weweli i żądał odprawy,

Lecz nie mogąc tak głównej Lubomirski sprawy

Skończyć bez Chodkiewicza; przeto mu rozkaże

Dó bliskiej wsi przez ten czas pod uczciwe straże,

Aż wielki hetman ściągnie, przy którego boku

Ze zgodnego wszytkich rad koronnych wyroku

Komisarze mieszkali, a tych część z senatu,

Część rycerstwa do onej wojny aparatuPrzydano, zawiązanych warowną przysięgą,

Że w cnocie ani w zdrowej radzie nie ulęgą.

Przy nich sądy główniejsze, żołnierskie zapłaty,

Przy nich pokój stanowić i pisać traktaty,

I dobre, i uczciwe w równej trzymać sforze,

Owszem, niźli w pożytku, więcej kłaść w honorze.

 Ciebie naprzód, Jakubie Sobieski, tu liczę.

Pierwszy to był twój stopień, cny wojewodzicze

Lubelski, do któregoś, chociaż laty młody,

Wielu starców uprzedził; nie zawszeć u brody

Rozum bywa, częstokroć ludzie, nadzy skronią,

Siwych owych satyrów dowcipem dogonią.

Tu Mikołaj Sieniawski, krajczy tej korony,

Głowę dla rady mając, ludzi dla obrony;

Tu Matyjasz Leśniowski, bełzki podkomorzy,

Czwarty Michał z Tarnowa; i wam się otworzy

Okazyja do wiecznej sławy w tym terminie,

Janie z Pawłem, rodzeni bracia na Działynie.

Ci-ć byli komisarze z rycerskiego rzędu.

Senatorowie wszyscy z swych krzeseł urzędu

Należeli do rady, co byli przytomni.

Żorawińskiego tylko Muza ma przypomni,

Mąż ręką i rozumem, językiem i piórem,

Nikomu nie był z Litwy i z Korony wtórem.

 Już się wiosna starzała, już jej śliczne glance

Opłowiły gorętsze słoneczne kagańce,

Już ziemia niezielona, już niski świat żółknie,

Skoro na zodyjaku Raka Tytan połknie,

I skoro gorliwego Lwa grzywy zagrzeje.

Dotąd upracowany oracz swej nadzieje

Wyglądając, już ją dziś pełną ręką czerpa,

Pomykając po niwach zębatego sierpa.

Nie duma więcej słowik, jeśli wierzyć bajce,

Nie skarży na czystości swojej winowajcę.

I kukułka nie kuka, bo skoro przymusi

Na swe jaja ptaszynę, potem ją udusi.

(Straszny przykład niewdzięku! za podziękowanie

Na szubieńcę z piastunką, za myto karanie! )

Już lato nastąpiło, już Flora Cererze

Dała miejsce; już słońce w swojej doszło sferze

Najwyższego terminu, z której dzień przyczyny,

Nie do całej przypuszcza noc godzin trzeciny;

Dzień ma szesnaście, noc ośm, lecz rostącpomału,

W krótkim czasie równego doczeka się działu,

I swego powetuje, gdy mroźnego grudnia

Weźmie sobie szesnaście, ośm zostawi u dnia.

 Tedy mając Chodkiewicz podczaszego w czele,

I on by nie chciał gruszki zasypiać w popiele,

Więc Pogonią zbawiennym ozdobiwszy krzyżem,

Sunie się z Litwą krokiem ku Podolu chyżem.

Łączy się z Lubomirskim i zawiera kołem

I Orły, i Pogonie pod Rzepnicą siołem,

Kędy w pułki okryte dzieląc wojska obie,

Szczuplejszy widzi komput i w głowę się skrobie,

Że daleka warszawska uchwała od skutku;

Co acz go w sercu korci, tai w czele smutku;

Znaczy miejsce każdemu, kędy kto ma chodzić,

Lub w ciągnieniu, lub przyjdzie obozy zawodzić;

Więc urzędy wojskowe, kto był czego godny,

Za środkowaniem cnoty rozdaje; dowodny

Wiernek straży zawodził, Kazimirski drugi,

I Bogdaszewski trzeci był od tej usługi.

Dolmad, Litwin, oboźnym, jako żołnierz stary,

Umiał toczyć tabory, szykować kotary.

Co gdy wszytko sporządzi, dla przestrzeńszej pasze,

Ruszy wojsko nazajutrz ku miasteczku Brasze,

Gdzie nad niskimi Dniestru skalistego brzegi

Pięknym wieńcem namioty rozbito w szeregi,

A skoro się dzień chylił i już słońce gasło,

Imię Jezus najpierwsze otrąbiono hasło.

Nie miał więcej armaty i Dawid w sekundzie,

Gdy przy konopnej zabił Goliata fundzie.

Pod ten cień nasze Orły i Pogonie z Litwy,

Przez święte swych patronów cisną się modlitwy,

Który w najgorszą szargę, w najstraszniejszą zrzutę,

Stanie za mur miedziany, warowną redutę.

Oneć to pięć kamyków, pięć liter w tym słowie,

Przed którymi upadać muszą obrzymowie.

 Noc zatem, świat szarymi przyodziawszy skrzydły,

Uspokoiła ludzi z ptastwem, z zwierzmi, z bydły,

Prócz co się słońca strzegą i swój ich cień straszy,

Cały dzień spią, a w nocy wychodzą ku paszy,

Spi obóz, na przyszłe się karasując prace

Mając wkoło posłuchy i we straży place;

Szumi Dniestr, a gdy woda z skałami się kłopi,

W głębszy sen zmysły ludzkie onym szumem topi.

Ty sam nie śpisz za wszytkich, nie dasz zemgnąć oku,

Wielki hetmanie! Darmo tłocząc na bok z boku

Twarde łoże i w głowie pełno mając zgrzytu,

Równo z strażą ranego oczekujesz świtu.

Próżno pieją Syreny słodko-brzmiące dumy,

Choćby z morskiej kolebka utoczona spumy,

Choćby się na to zmówić obie chciały zarze,

Nie uśpią człeka, kędy w głowie jak w browarze,

Sto wątpliwości razem, razem tysiąc myśli,

I w sercu, i w rozumie hetmanowi kréśli.

 Kiedy Tytan, skończywszy przechadzkę podziemną,

Przez rumianą jutrzenkę obwieszcza noc ciemną,

Księżyc bladł, gwiazdy gasły, gdy się wschód zabieli

A zorza purpurowej Febowi pościeli

Ustąpi, który tymże impetem na światy

Ogniste pędzi w szorze iskrzącym bachmaty,

Których jeszcze nad ziemią nie gorzały cugi,

Z uboczy tylko od ciał cień czyniły długi.

Jeszcze i Flory z mokrych pereł nie rozbierze

Zefir, kiedy po świętej Chodkiewicz ofierze

Obsyła senatory i wojskowe rady,

Zapraszając w osobny namiot do gromady;

Gdzie dalszej wojny progres, czy się trzymać Brahy,

Czy się przez Dniestr z obozem przeprawiać w Wałachy,

Do uwagi podaje i na obie stronie

Dość potężne racyje były po Koronie.

Jeśli stać w swojej ziemi, żywność bez omyłki,

I snadniej z Polski w obóz wniść mogą posiłki,

Bronić poganinowi przez rzekę przeprawy;

Nie przebrnie, nie przeleci bez mostu, bez ławy.

Z drugą stroną ustawne sąsiedzkie kwerele.

Cóż gdyby się zgarnęli i nieprzyjaciele

We wnętrzności ojczyste? Pewnie by krom wstrętuI Wołyń, i Podole spłonęło do szczętu.

Listy potem z Warszawy gęste poszty niosły,

Żeby wojska, lub przez most, lub łodzią i wiosły,

Na drugą stronę Dniestru wcześnie przeprawować,

Zamek chocimski zmocnić i chlebem spiżować.

I Kozacy znać dają, że ich zaporohy

Nie puszczą, dokąd naszy nie wnidą w Wołochy.

Tak sobie sztuczny naród na umyśle dumał:

Nużby się jako Turczyn z Polaki pokumał,

Kto wie, jeżeliby ci, chcąc nam przytrzeć rogów,

Nie do naszych te siły obrócili progów

Dla tureckiej przyjaźni? Dotąd przeto z niemi

Łączyć się nie chcą, dokąd Polacy w swej ziemi.

Lecz te wszytkie racyje uważywszy rzędem,

Miejsce było osobnym dla obozu względem,

Gdzie, począwszy od rzeki, wesołe cudownie

Aż do skał nieprzystępnych rozwleką się równie,

Nie bez pagórka jednak i niskiej doliny,

Które pozaraszczały gęste rokiciny,

Że chociaż kto otwarcie, chociaż kto fortelem,

Mógł się na stronie obie bić z nieprzyjacielem.

Tedy wszyscy stosują w ten sens swoje wota,Żeby zamek chocimski osadzić i wrota

Zalec poganinowi, a na jego gruncie

Światu twe imię, wielki ogłosić Zygmuncie.

 Z tym wstają a już cieśle materyje rąbią,

Już przeprawę trębacze po obozie trąbią,

Ani się Wewelego dłużej zdało bawić,

Przeto stanęło zaraz w drogę go wyprawić

Któremu gdy Chodkiewicz spod uczciwej straże,

Chociaż z dobrego bytu, stanąć przed się każe,

Ujźrawszy ten urodę bohatyrską w ciele,

W twarzy postać Jowisza, Gradywa na czele,

Zbladł jako trup i naprzód wzrok pokorny chyli,

Zaś chce upaść pod nogi hetmańskie po chwili.

Poda mu chyżo rękę i tak rzecze skromnie:

«Nie do Turczynaś bracie, ale przyszedł do mnie;

Głupi ludzie ten ukłon i czynią, i właszczą;

U nas jednemu Bogu na ziemię się płaszczą.

Tak nierychłej odprawy od mego kolegi,

Przyczyną są tatarskie w Wołoszech zabiegi,

Teraz już jedź w boży czas i to miej ode mnie,

Że jakom nie przypasał tej broni daremnie,

Alem nią gotów drogą opądzać Ojczyznę

(Po to starość i moję niosę tu siwiznę),

Tak jeśli się przystojne podadzą sposoby

Do zawarcia miłego pokoju, a kto by

Cale w rozum był obran w człowieczym narodzie,

Żeby wolał na wojnie, niżeli żyć w zgodzie?

Zawsze bowiem wojenna obojętna bierka.

W czym ja z osobnym listem posyłam Szemberka,

Gońca mego do basze, i tak tuszę sobie,

Że bezpiecznie na miejsce zajedzie przy tobie».

A ono że był Szemberg wiadom Turków wszędy,

Za tą był okazyją wyprawion na względy.

Skoro skończył Chodkiewicz, tak krótko podczaszy:

«Niech Husseim, niechaj nas hospodar nie straszy.

Pokojem nie gardzimy, ale dla bojaźni

Zebrać go, barziej nas tym jątrzy, barziej drażni.

Rozumiem, że to wszytko pójdzie nam smarowniej,

Skoro sobie na bliskiej poigramy równi.

Na te wojska, co piszą, i na te trzy światy,

My szable, oni mają rydle i łopaty,

A jeżeli się jeszcze balsamem ukleją,

Bliższy Chocim niż Egipt jeździć po mumiją.

Zły tryumf przed wygraną, zły i hup przed skokiem,

Obaczy to Husseim, chociaż jednym okiem

(Bo był ślepy na drugie), a teraz me listy

I afekt swemu panu oddaj otworzysty.

Już byś bez wątpliwości oglądał był Jassy,

Ale pozalegali Tatarowie pasy».

 Toż skoro Wewelego Chodkiewicz uprzątnie,

Z pilnością się koło swej roboty zakrzątnie.

Nowy cud u wszech ludzi, żeby tyli wzrostem,

Tak bystry Dniestr pozwolił brzegi spinać mostem,

Który na nim od świata stworzenia nie postał,

A teraz jakoby go Chodkiewicz ochrostał;

Jakoż rzecz była zwłaszcza przytrudniejsza zrazu,

Ale do surowego gdy hetman rozkazu

Przyda szczodrobliwości, dziesięć razy sporzéjOna wielka machina w ich się oczach tworzy,

I acz cierpieć nie mogąc ckliwy strumień siodła

Tak wodę ściskał, że go kilkakroć przebodła,

Podda się na ostatek, poznawszy magistra,

I da osieść hardy kark woda ona bystra.

 Rozum mistrzem wszech rzeczy, czas mistrzem rozumu:

On mostu, on nas łodzi, on nauczył promu.

Czasem człowiek lwy króci i niedźwiedzie uczy,

Czasem słonie w wojenne beloardy juczy.

Czas odmieniwszy w pysku przyrodzenie ptasze,

Dał srokom i papugom czwarzyć słowa nasze.

Czas wiatry chełzna, które zawarte w chomącie,

Stawią człeka na drugim świata horyzoncie,

Gdy odąwszy płócienne na galerze buje,

Wszytkie ziemie i wyspy i morza osnuje.

Lata skrzydły Dedalus, lata po ojcowsku

Ikarus, póki słońca warował od wosku.

Działa lać, prochy robić, grzmieć i ognie błyskać,

Piorun z daleka w miejsce umyślone ciskać,

Granatów i misternych rac, które do góry

Wzbiwszy się, tworzą z ognia rozliczne figury,

Czas nauczył murować, czas murów ruiny,

Przez potężne petardy i podziemne miny,

Cyngla ruszy, aż wszytko, co obaczą oczy,

Tak zwierza jako ptaka, zmyślny strzelec troczy.

Czasem człek doszedł nieba i policzył gwiazdy,

Wie, która w miejscu wryta, która ma pojazdy.

Czas człeku czasy mierzyć i, choć ślepi oczy,

Wiedzieć którędy, widzieć, jako długo toczy

Słońce koło nad światem, pokazał, i może

Pisać przed stem lat, wiele razy swe porożeKsiężyc, świecę którą noc, słońce, którą krasi

Biały dzień, i w którą noc, w który dzień przygasi.

Czas obrotne zegary, kędy przez sprężyny

Pomiar, przez dzwonki ogłos swój mają godziny,

Albo cieniem cienkiego prącika wyznacza,

Albo w krzysztale piaskiem mieluchnym przetacza.

Czas wiedzieć, kędy ziemia który kruszec kryje,

Czas znać ludzkie persony, dawne historyje,

Skoro je w miedzi ręka ćwiczona wydruży,

Skoro je malarz pęnzlem na płótnie wysmuży,

Da w tysiąc lat oglądać, co już wszytko z czasem

W proch poszło za nikczemnej gadziny opasem,

Druk, papier i litery, którymi wykreśli

Co mówi, co ma w sercu i co człowiek myśli,

I mogą się rozmawiać, nie ruszywszy usty,

Mogą widzieć z daleka ludzie inkausty.

Wszytkiemu czas przyczyną. O Boże dobroci!

Tedyż człowiek żywioły i naturę króci,

A przez te wszytkie wieki na grzech i złe żydłoZnaleźć mu się dotychczas nie dało wędzidło!

Zna zwierze, ryby, ptaki, drzewa, zioła, gady;

Wie, skąd grom, piorun, skąd deszcz, skąd spadają grady,

Krotce mówiąc, na ziemi zna się i na niebie;

Wszędzie mądr, doma głupi, że sam nie zna siebie.

Wiatry chełzna, o cuda! Na cielesne żądze

Dotąd mu się nie dały wynaleźć wrzeciądze.

 Ale do chocimskiego powracając mostu:

Już stał, już był gotowym przenosić i po stu;

Już dzień znaczy przeprawy, już za rzekę zmierza,

Kiedy nieochotnego postrzegszy żołnierza,

I sam się hetman stropi, i propozyt zwlecze,

Aż zrozumie i zleczy, co go w sercu piecze.

Wszyscy nosy zwiesili widząc, że nie żarty,

Że gościniec do Wołoch czeka ich otwarty;

Sto razem niebezpieczeństw, sto trwóg w oczu stanie,

Kiedy nastąpi z miłą ojczyzną żegnanie;

Więc zrazu po namiotach i mówili cicho,

Potem głośniej, aż górę wzięło ono licho;

Na koniec się zebrawszy, w jakiej kto był szarży,

Przed swoim się rotmistrzem jawnie o to skarży;

Że ich za Dniestr, jakoby na rzeź żeną owce,

W kraj pusty, między dzikie wołoskie manowce.

«Skąd żywność między zbójcy? Skąd się ma posilić

Żołnierz, gdy się nie dadzą z obozu wychylić?

Nie trzeba na nas Turków, dokuczy z zasadzki,

Z swoimi opryszkami Wołoszyn Bernacki,

Który wielekroć z nami z tamtę stronę Dniestru

Igrał, nie mogliśmy się doliczyć z regiestru.

Tedy tą garstką ludzi chcecie pobić Turki?

Podobno na nich będziem zaglądać przez dziurki

Z szańców, co to tak barzo hetman każe na nie,

Póki zębów i suchar spleśniałych nam stanie.

Kto ręczy, że Dniestr mostu z swych karków nie zrzuci,

Nim się król z pospolitym ruszeniem ocuci,

Nim się zwleką posiłki, o których coś słychać,

Że lazą na bałuku, a nam tu usychać

Dotąd przyjdzie i kroplę ostatnią krwie sączyć.

Cóż choć przyjdą, gdy z nami nie będą się łączyć,

Chociaż tamto szeroko zalęgą pobrzeże,

Patrząc tylko, jako nas poganin porzeże,

Albo cudzym nieszczęściem swej warując głowy,

Pokiną nasze wilkom i krukom tułowy,

Pójdą za Białą wodę; tym też czasem zima,

Od dalszego progresu pogaństwo przytrzyma.

Praca w ręku, o płacej żaden dotąd nie wie,

Odkąd mu służba idzie; szabla nie zardzewie

W ustawicznych obrotach; już w oczach Wołosza,

A drugi jeszcze nie wziął złomanego grosza!»

Taka uszu hetmańskich skoro dojdzie skarga,

Tylko mu się w drobny kęs serce nie potarga.

Czy zaraz twardym chełznać taki bunt munsztukiem,

Hersztów mieczem skarawszy, drugich tylko fukiem?

Czyli wszytkich zebrawszy w generalne koło,

Przez łaskę i pogodne ma kołysać czoło?

A z tym rady wojennej sprasza do namiotu

I ono zamieszanie przełożywszy, co tu

Dalej czynić, rady chce: czy łaski, czy grozy

Zażyć ma i wzruszone ułożyć obozy?

Różne zdania, różne tam wota były, ale

Gromadzić się nie zdało ludzi w tym zapale,

Ani ich sądem drażnić; a kiedy z rozpaczy

Wojsko się jawnym buntem zwiąże i odsaczy,

Ufając siłom swoim o to się pokusi,

Czego wątpi uprosić, tuszy, że wymusi!

Więc tak z rady stanęło u hetmana spólnéj,

Aby Stefan Potocki, pisarz wtenczas polny,

Kamieniecki starosta, zawiązany ślubem,

Że to wiernie z Sobieskim odprawi Jakubem,

Uważywszy ciągnienie, naprzód z stanowiska,

Komu daleka, komu droga była bliska,

Ten dzień, w który chorągiew w obozowe place

Weszła, pierwszy naznaczył jej ćwierci do płace.

Co skoro między roty, rotmistrze i pułki,

Przez skryte dla zazdrości roześlą cedułki,

Jakby ręką przewrócił, już się nikt nie smęci,

Wszyscy weseli, wszyscy stąd byli kontenci,

Zwłaszcza kiedy w niedługim potwierdzenie czesie

Prędka poszta z Warszawy tych rzeczy przyniesie.

Jako po ślepej chai i okropnej burzy

Piękniejszy świat, gdy słońce jasną twarz wynurzy,

Taką dały pogodę rozesłane kartki,

Spędziwszy niepotrzebnych skrupułów zawartkiZ serc żołnierzów koronnych, kartki, mówię, ony,

Gdzie był każdy o swoim żołdzie upewniony.

 Już śmieli, już posłuszni, nie szepcą, nie mruczą,

Zaprzągają w skarbniki luźne konie juczą,

Każdy by się rad widział w lot na stronie drugiej,

Gdyby można w bród przebyć krzemieniste strugi.

Skoro trąba wesołym ogłosi to echem,

Do mostu się co żywo pobiera z pospiechem.

Ten jęczy pod ciężarem; Dniestr się z jadu pieni,

Wstydzi się okolicznych gór i swych kamieni.

Już się był Lubomirski w Wołoszech rozgościł;

Nie czekając, rychło Dniestr magister pomościł,

Zbiwszy drzewo na glenie, którego przystawił

Po wodzie Chodorowski, pułki swe przeprawił.

Więc nim się wszytko wojsko do obozu zgarnie,

W żywność się sobi, rad by założył spiżarnie,

Żeby i sam miał dosyć, i za czasem komu

W potrzebie mógł dogodzić; przeto po kryjomu

W półtoruset Lipnicki wyprawiony koni,

Z nim Rychter w piąciudziesiąt na czatę dragonii.

Ci, acz bydeł nagnali i nawieźli zboża,

Nie była z kontentecą ona ich podróża;Że nim sławną jarmarkiem Sorokę ubiegli,

Ormianie ich i Grecy zawczasu postrzegli.

Barzo na to Chodkiewicz ubolewał stary,

Gdyby ziemia wołoska Chrystusowej wiary

W jednej się liczyć miała z bisurmańską toni,

Przeto tego pod gardłem przez trąbę zabroni.

 Piotr Mohiła wołoski to był wojewodzic,

Syn Symona Mohiły, że tuteczny rodzic,

Skoro zginął Żółkiewski, jego wierny patron,

Przylgnął do Chodkiewicza: bowiem zmierzał na tron

Dziedziczny kiedykolwiek, który nań i człeczem,

I bożym spadał prawem (lecz kędy za mieczem

Idą rzeczy, tam święta sprawiedliwość wzdycha,

Tam wszelka sukcesyja bliskiej krwie ucicha,

Milczy prawo na wojnie), o któreśmy spadki

Opłakanych Mohiłów i dziś wpadli w siatki.

W te Korecki z Potockim i Piasecki trzeci,

W te mogiły Żółkiewski pod Cecorą leci.

Tamci przy Aleksandrze, Konstantym, Bohdanie

Mohiłach, a Żółkiewski już przy Gracyanie.

Tu wisiał Wiśniowiecki, tu w kacernej męce

Trzy dni konał na haku, trzy dni na osęce

Umierał i z naturą mordując się dużą,

Nie umarł, aż go gęste postrzały donużą.

Trwała jeszcze nadzieja, choć jako na wietrze,

Że ich dom w tym ostatnim miał się dźwignąć Pietrze.

Ten się jeszcze chudzina trzyma swego sznura,

I choć go dzisia wiechciem fortuna potura,

W Bogu i w szabli polskiej ufa, że się dopnie,

Skąd wypadł, i dziadowskie odziedziczy stopnie.

Widząc, że bez nadzieje powrotu nie tonie

Co dzień w morzu głębokim ogniogrzywe słonie;

Bo skoro noc zwyczajnej dopędzi koleje,

Znowu świeci i skryte wyjawia złodzieje,

I nie tak go grubych chmur zamroczą kałduny,

Gdy śród dnia ciągną na świat, grom, grad, lić, pioruny,Żeby się zaś z burego wydarszy ołowu,

Nie miało złotą lampą pałać jako znowu.

Nie zawsze się ćmi ani płomieniste puchyZawsze mu czarny księżyc zarzuca makuchy,

Wydrze się zaraz siestrze, a po sferze modréj

Pędzi w zupełnym świetle cug swój złotobiodry.

Nie zawsze i ocean, srogim szturmem wzdęty,

O zakryte skopuły roztrąca okręty,

Na które kiedy już, już niestrzymanym fluksemWpadają, ali Kastor zawita z Polluksem;

Ucichną potem wichry, a w ślicznej pogodzie

Pełnym żaglem do swego portu płyną łodzie.

Nie trać zaraz otuchy i bądź przy nadziei,

Kiedy cię zepchnie ślepa fortuna z kolei

Pomyślnego żywota; nie maszci i trochy

Statku u tej rodzaju ludzkiego macochy.

Czekaj jeszcze rewolty: bo nie tak uwięzła

Twa dola, żeby z tego wywikłać się węzła

Nie zdołała stateczność. Kto chce mieć wygraną,

Trzeba pierwej z fortuną chodzić na wytrwaną.

Jako nie zaraz bujaj, kiedy cię upierzy;

Bo barzo często różny obiad od wieczerzy

(Jeszczem podobno siła zamierzył, w siedm godzin

Daje pieszczochom swoim po bażantach słodzin)

Tak też nie truchlej nagle, nie rozpaczaj i tu

Czekaj, niźli był wieczór, weselszego świtu.

A kto wie, jeżeli cię z tak żałosnej zrzutyZnowu rane na nogi nie dźwigną koguty?

A im barziej, im zmokniesz do ostatniej nici,

Tym milszym twa cię skutkiem nadzieja wysyci.

I Mohiła, chociaż go zła fortuna topi,

Wżdy nie zaraz rozpacza, nie zaraz się stropi;

Opiera się, nie da się zbijać z jednochodzejBo im co ciężej cierpim, tym wspominać słodzej;

Chwyta się i słabego, jako mówią, wiszu,

Tuszy, że z tak podłego niedługo kociszu,

Na którym się dziś chudak włóczy przy obozie,

Siędzie na tryumfalnym przodków swoich wozie.

Ten prośbą u hetmana pokorną zabieży,

Że wszelakiej w Wołoszech zakaże rabieży.

Przysięże za swój naród, jako do Korony

Przychylny; niech go miasto nie niszczą obrony.

Drugi respekt, Szemberg był, co do Husseima

Z listami wyprawiony; ten hetmana trzyma,

Żeby się na nim nie mścił swego naród płochy,

Kiedy będzie powracał nazad przez Wołochy.

 Dwunastego dnia aże, jako się poczęło

Nasze wojsko przeprawiać, za Dniestrem stanęło.

Pięknie tam było patrzyć, gdy w onej równinie

Tylo Krzyżów, tylo się Pogoni rozwinie!

Tylo Orłów walecznych, na zaszczyt Korony

Niosąc gotowe skrzydła, wyciagnione spony

Na ścierwy bisurmańskie, gdzie kruki i sępy

I pożerne harpije wielkiemi zastępy

Czując o pewnym żerze, tym leciały chciwiéj,

Im się każdy przy Orłach sarmackich pożywi.

Nie mniejszym i to było patrzającym gustem,

Gdy się lekkim przechodząc po chorągwiach szustem,

Tak wspaniale odymał nasze białozoryWolny zefir, że znaczne były ich humory.

Jęczy ziemia gęstymi ubita kopyty,

Czujący krwie cecorskiej mściciele Lechity,

Że krótkiego tryumiu omylnej nadzieje

Przypłaci, gdy się swych krwią mieszkańców obleje,

A na nowe pogaństwa bezecnego groby

Bierny gardziel i zgniłe gotuje wątroby.

Krzyczą wesołe konie w rzędy, w kity, w forgiUstrzępione, z wiatrami mieszają swe gorgi;

Tak się zda, lubo w kole obraca się wężej,

Lub prosto idzie który, że srożej, że ciężej

Ziemię nieprzyjacielską kopytami depce,

Zwłaszcza w naszym Podolu urodzone źrebce

Gotują się z pieszczonej Arabiej łątekPytać, jeśli rogowych podków mają szczątek?

 Chodkiewicz, acz go starość długim wiekiem zgniata,

Serca jednak wielkością sił ciała nadpłata,

Twarz usiawszy powagą i szedziwe skronie,

Na statecznym przed wojski krzepi się hładonie.

Nie tak Hektor serdeczny, nie tak był wspaniały,

Kiedy zaległ ocean Agamemnon cały,

Kajus nie tak roztropny, Pirrus nie tak możny;

Ręką i mową nie tak Hannibal postrożny,

Nie tak Kamill szczęśliwy; nie tak jeden ze stu

Scypio, jako tu był z twarzy, z mowy, z gestu

Hetman polski roztropny, serdeczny, wspaniały,

Szczęśliwy i ostrożny; którego chowały

Na to nieba życzliwe, aby w takiej toniOrłowi i walecznej hetmanił Pogoni,

Kiedy młodzik, swej siły nadzieją odęty,

W jarzmo jedno z drugimi wprządz je chciał bydlęty;

Bo tych ludźmi zwać szkoda, którzy jako weszli

W niewolą, tak już robią w chomącie i we szli!

 Igra krew w Lubomirskim: bo młodość krzemięzna

Żadnych szwanków na ciele, żadnych razów nie zna;

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.