drukowana A5
19.67
Matka

Bezpłatny fragment - Matka

Objętość:
84 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1012-9

PoświęconaMieczysławowi Szpakiewiczowi

OSOBY

JANINA WĘGORZEWSKA — matrona lat 54. Chuda, wysoka.Siwe włosy. Ma dwa sposoby mówienia: pospolitawy i istotny — i więcej dystyngowany i powierzchowny. Pierwszy (1),drugi (2).

LEON WĘGORZEWSKI — jej syn. Przystojny brunet, lat 30.Ogolony zupełnie.

ZOFIA PLEJTUS — panna, lat 24. Bardzo ładna brunetka.

JÓZEFA BARONÓWNA OBROCK — siostra Janiny. Chudastara panna lat 65.

JOACHIM CIELĘCIEWICZ — dyrektor teatru. Siwy. Tłustyi czerwony. Broda i wąsy. Lat 60.

APOLINARY PLEJTUS — ojciec Zofii. Siwy. Sumiaste wąsy. Lat 75.

ANTONI MURDEL-BĘSKI — podejrzane indywiduum. Wąsiki. Bez brody. Brunet lat 35.

LUCYNA BEER — bardzo duża i bardzo piękna dama, latokoło 40. Typ semicki.

NIEZNAJOMA MŁODA OSOBA — lat 23. Bardzo piękna i uderzająco podobna do Janiny.

NIEZNAJOMY MŁODY MĘŻCZYZNA — brunet bardzo przystojny z czarnymi wąsami. Głos — bardzo piękny baryton.

GŁOS ZZA SCENY — podobny do głosu Nieznajomego.

ALFRED HR. DE LA TREFOUILLE — arystokratyczny bubek,lat 30.

WOJCIECH DE POKORYA-PĘCHERZEWICZ — typ bogategoziemianina i żuisera. Lat 32.

SZEŚCIU ROBOTNIKÓW — zawzięte gęby, brodate i ogolone.

DOROTA — służąca, lat 40.

W I akcie wszyscy są absolutnie trupio bladzi, bez cienia koloru. Usta czarne, rumieńce czarniawe. Ubrania i dekoracje tylko i jedynie w tonach czarno-białych. Jedną rzeczą kolorowąjest robótka włóczkowa, którą robi Matka — mogą być kolory:niebieski, różowy, żółty i jasnopomarańczowy. W razie pojawienia się kolorów dodawane będą osobne objaśnienia.

AKT PIERWSZY

Scena przedstawia salonik skombinowany z pokojem jadalnym.Urządzenie dość nędzne. Kanapa ceratowa pod ścianą wprost.Przy kanapie stół, pokryty ceratą w desenie. Za stołem siedzi Matka, sama, i robi robótkę w kolorach: niebieskim, różowym, żółtym i jasnopomarańczowym. Okno na lewo, drzwi na prawo

MATKA

odkładając na chwilę robótkę i wpatrując się przed siebie.Wolno, z jadem (1)

Podły wampir — wdał się w ojca. A może jestem niesprawiedliwa w stosunku do nich obu — może to mojawina, że on jest taki? Czymże ja zasłużyłam na inną egzystencję niż tę, którą mam? Czy dokonałam czegoś nadzwyczajnego? Nic, nic... Jestem pospolita kwoka i nic więcej.Ale za co znowu mam tak strasznie cierpieć? O Boże! Życiemoje przemyka jak sen okropny obok mego drugiego,prawdziwego istnienia, które umarło. Muszę sobie uświadomić wszystko. Może to da mi siłę do przetrzymaniajeszcze gorszych rzeczy, które mnie czekają.

Nagle zaczyna wyć dzikim głosem następującą piosenkę:

    Ja byłam kiedyś piękna, młoda,

    Ja miałam duszę, a nawet ciało,

    Wszystkiego dla mnie było mało.

    A teraz nic nie zostało!

      Co za szkoda!

      Co za szkoda!

Liczy

Dług u księgarza — 150, za książki z biblioteki — 50, pokój — 200. I to wszystko dla tego tak zwanego kształceniasię. Kiedy ja to wszystko wyrobię tymi robótkami? Idiota!Dureń! Niedołęga życiowy! Żeby przynajmniej zabrał siędo jakiejś pożyteczniejszej pracy! On nic porządnego nigdynie napisze. A ja? Malowałam, miałam duży talent do muzyki, pisałam wcale niezłe nowele... To, co mówię, to niejest żaden psychiczny ekshibicjonizm — tu nikogo niema — na pewno. Ach — ta wieczna samotność. I znikąd słowa pociechy!

GŁOS

Cha, cha, cha, cha!

Matka nie zwraca uwagi na Głos

MATKA

Nie wiem, czemu przypomniał mi się jego śmiech. Leonma śmiech podobny, tylko gorszy. Co u tamtego byłootwartą zbrodnią, u tego jest małą podłostką, czymśobrzydliwym, przydeptanym błyszczącym butem — tylkoogonek tego widać, ale dla mnie to dosyć... Och — jaki onmarny jest, ten mój syn! Czemu go nie karmiłam wódkąod dziecka? Byłby przynajmniej taki mały jak te pieskijapońskie, co od szczeniaka wódkę żłopią — nie byłby tymwstrętnym dorosłym niczym. Jako karzełka, kretyna mogłabym go po prostu kochać. Schamiałam zupełnie — ja,baronówna von Obrock. Ale Józia schamiała także. Możeto blaga z tymi Obrockami przez ck — może my jesteśmypo prostu zwykłe obroki, przez małe o i k? A mówią, żedobre rasy nie chamieją nawet w najgorszych warunkach.

Wyje znowu

    Nade mną zwisa przepiękna maska,

    Diabeł bez ciała ciągnie mnie w grzech,

    Wszystko od żądzy utajonej trzaska.

    Miałam kochanków, miałam aż trzech.

Czy mu się przyznać? czy nie?

Wchodzi Dorota (2)

Moja Doroto, proszę nastawić makaron na zimnej wodzie,po włosku, tak jak panicz lubi. Tak dobrze jest być matką imóc dogodzić synkowi. Prawda?

DOROTA

Słucham jaśnie panią. Ja byłam też matką. Ale ja jestemszczęśliwa — mój syn zginął na wojnie.

MATKA (2)

Precz! Precz! Do makaronu! Ja mego syna uratowałam odwojny, bo on musi zbawić ludzkość całą. On jest wielkimyśliciel, a przy tym taki słabowity. Tacy nie mogą ginąć — powinna być specjalna komisja...

DOROTA

przerywa jej

Znowu jaśnie pani piła za dużo, a pewnie na czczo dotego? Nie mogła to jaśnie pani dotrzymać choć do kolacji?

MATKA (1)

Ach...

Macha ręką ze zniechęceniem

DOROTA

Ja nic nie mówię przeciw paniczowi. Ale czasem lepiejmieć dobrą pamięć o synu, jak mieć go żywym i zdrowym,a nie takim, jakim go się widzieć chciało. Czy ja wiem,jaki by był mój Ferdek teraz — w tej całej maltretacjidzisiejszej? Łobuz był okrutny, a tak wiem przynajmniej,że jest bohater, i tyle.

MATKA (2)

błagalnie

Moja Doroto, czyż Dorota nie widzi, nie czuje, że ja sięmęczę, okropnie męczę. Ja nie mogę już pracować, a on —on ciągle zajęty i taki daleki ode mnie, na tyle wyższyponad wszystko, że ja nie mogę mu przypomnieć, że ja jużnie mogę... tymi robótkami — o Boże! Cały dom... Och,moje oczy... ja już ślepnę, mnie doktor zabronił do końcażycia robótki... Ach, Doroto, Doroto!...

DOROTA

Trzeba było bić, póki był młody. Teraz, w naszych ciężkichczasach, taki się tak zakłamie, tak wykłamie wszystko odsamego środka, tak okłamie siebie i rodzoną matkę, tak sięwkłamie w siebie i w innych, że go nikt, żadna siła, nieodkłamie. Dokłamać się musi do końca. A pojeden to sięjeszcze przekłamie na wylot — i to bywa.

GŁOS

To tak jak ja. Ale ja byłem konsekwentny — ja się stryczka nie bałem.

Śpiewa

I pamięć Węgorzewskiego jest święta pośród zbrodniarzy,I każdy małoletni przestępca o Węgorzewskim tylko marzy.

MATKA (2)

Znowu mi się przypomniał mój mąż. Straszny to byłwprost mezalians. I Bóg mnie za to pokarał. Bóg mezaliansów nie lubi. Czy Dorota wie, że mój mąż zginął na szubienicy w Castel del Assucar, w Brazylii, jako bandytarzeczny. Robił niesłychanie ryzykowne wyprawy... alemniejsza z tym. Jedno trzeba mu przyznać: miał cudownybaryton, był piękny i odważny, miał fantazję. A nadewszystko nigdy nie miał wyrzutów sumienia. Był prawdziwym rycerzem fortuny — un vrai chevalier de fortune.

DOROTA

No — pójdę już do kuchni, bo potem będzie się jaśnie paniwstydzić, że się jaśnie pani za wiele zwierzała. Tylko jedno:czy jaśnie pani nie przestałaby tak pić?

MATKA (2)

Nie — pić będę — to jedyna rzecz, która mi jeszcze została. Ale on o tym nie wie. Morfinuję się też, ale stosunkowo rzadko. To procent od zarobku, który wzięłam nasiebie. To ostatnie mówię Dorocie w najściślejszej dyskrecji. I właściwie, gdzieś na dnie, w zachwyt mnie wprowadzato życie bez żadnego sensu — to poświęcenie bez granicw tej pospolitości bez dna, którą tak kocham jednak bezmiary. Kocham każdy kącik, każdą drobinkę kurzu, każdąniteczkę. Ja siebie w tym kocham, moja Doroto. Ja siebiegonię jak własną małą siostrzyczkę wśród klombików rezedy i heliotropu — to nie jest normalna miłość do świata — to ten okropny odwrócony egoizm. On to ma, ale tego nie odwraca. On w głębi duszy nienawidzi wszystkiego,i mnie też. Ja go odkarmiłam, bo z głodu chciał umrzeć,biedaczek. Do siódmego roku życia — cieniutki był jaktyczka. O — taką miał szyjkę.

Pokazuje ręką robiąc kółko z tzw. kciuka i palca wskazującego

Ja siebie kocham w nim i może więcej go kocham, że jesttaka mała świnka — ja go za to żałuję tak, że mi serce pęka. To są sprzeczności uczuć ponad miarę, ponad siłyczłowieka. On czuje to samo — ja go znam. A od sprzeczności uczuć gorszym jest tylko ich ciężar — jak ktoś nakimś swoim uczuciem zacięży i zegnie go, i zmiażdżyw końcu. To jest jego męka — mego syna. Ja to wszystkorozumiem, ale nic ulżyć mu nie jestem w stanie — przeciwnie, mimo woli zrobię wszystko, aby mu było jeszczeciężej. I wiem, że mojej śmierci on nie przetrzyma. A możemi się zdaje? Może nic nie czuje to wyrodne dziecko i jasię męczę na próżno? Ale co to kogo obchodzi? Bo ta całajego uczoność to blaga, czysty „bajc”, jak Dorota mówi.Tego nie rozumie nikt ani, zdaje się, on sam. On jest takiezero z troszką jakiegoś spryciku... A może go nie rozumiem? Może to wielki mędrzec? Boże jedyny! Jakże pięknieurządzone jest najpodlejsze nawet życie, jak wszędzie widać tę dbałość Twą o Twoją własną chwałę!

Płacze

DOROTA

Ee — urżnęła się dziś jaśnie pani jak nieboskie stworzenie.

Dzwonek, Dorota idzie otworzyć. Wchodzi Leon

LEON

Co to? Mateczka płacze? Znowu ataczek nerwowy?

Siada przy niej i obejmuje ją

Moja najdroższa, a tak właśnie dziś chciałem, aby mateczkabyła zupełnie spokojna i normalna, bez żadnego przeczulenia.

MATKA

chlipie, ale się opanowuje

Dobrze, dobrze, Leoneczku. Zaraz się uspokoję. Ty wiesz przecie, że ja dla ciebie wszystko, wszystko... Żebyś nie ty,to bym ani chwilki jednej nie żyła... Jestem już u końcamoich sił...

LEON

Tak, tak. Ale po co przygniatać mnie zaraz całym ogromem poświęcenia? Zastanów się lepiej, co byś robiła, gdybyś nie była moją matką, gdybyś nie musiała robić tych ciągłych robótek, gdybyś cały dzień mogła robić, co byśchciała. Czy nie robiłabyś tego samego właśnie i z takąsamą zawziętością? Zamiast tej robótki do sprzedania byłbyjakiś ornat, jakieś pończochy dla biednych — czy ja wiemco? No, czyż nieprawda?

MATKA

Prawda, prawda, mój najdroższy. Powiedz mi teraz, czemuchciałeś, abym dziś była spokojna? Czy mam się przygotować na jakąś złą wiadomość?

LEON

Przypuszczam, że nie. Wiesz, jak okropnie rozpraszającodziałają na mój umysł te wszystkie tak zwane „moje kobiety”. Postanowiłem zerwać te ostatnie pięć romansów,które mi się tak dziwnie splątały, i ożenić się z kimś zupełnie z innej sfery psychicznej. Węgorzewski, syn nieudanegostolarza i śpiewaka, może sobie pozwolić na pewien mezalians — choćby psychiczny. Inny mezalians trudno by mi było zresztą popełnić. A nawet — jeśli weźmiemy poduwagę tak zwaną kądziel, a nie tylko miecz — to od biedyi z punktu widzenia Almanachu de Gotha jest to...

MATKA

Leoneczku!

LEON

Ależ ja żartowałem. Nie wiem, czy Obrockowie przez cksą tam notowani, i nic mnie to nie obchodzi...

MATKA

Ależ na pewno. Szkoda, że sprzedałam tę piękną książkę,kiedyś był jeszcze mały. Cześć dla przodków...

LEON

z ironią

Tak — szczególnie ojciec mój czczony jest w tym domu. Ale wszystko jedno: myślę, że nie będziesz robić niepotrzebnych trudności. Niech się tombak łączy z aliażemtombaku i złota. Ona czeka tu, w tej cukierence na lewo.No, mateczko?

MATKA

po krótkiej pauzie

Jesteś niesmaczny. Czy... czy jest bogata?

LEON

z wahaniem

Przede wszystkim jesteśmy niesmaczni wszyscy, i ty też,mamo. Nie, nie jest bogata — właściwie nie ma nic. Jestbardzo źle wychowana, ma fatalne formy towarzyskie i nicnie chce się jej robić. Nawet nie jest w moim typie. Pamiętasz, co mówił nieboszczyk wuj: „Nie żeń się nigdy zeswoim typem — każda ładniejsza dziewczynka na ulicyw tym rodzaju zdystansuje ci żonę”. Ale Zosia jest pięknai, mimo że nie powinno tak być, podoba mi się szalenie.Podobno takie kombinacje są najistotniejsze.

MATKA

I najniebezpieczniejsze...

LEON

Ee — nie mówmy o niebezpieczeństwach tego rodzaju —są gorsze na horyzoncie. Poza tym ona cierpi na zupełnezniechęcenie do życia — dziwne u osoby tak pierwotnej.Wspaniale skombinowałem te właściwości — prawda?Opłacą się w innej sferze. Jest to doskonały antydot namoje intelektualne przemęczenie. Ty myślisz, że ja nic nierobię? Jestem przepracowany — dochodzę downiosków ostatecznych w mojej pracy. A moja narzeczonama jedną zaletę: rozumie wszystko, cokolwiek jej mówięlub czytam. Znamy się od kilku dni zaledwie — jeszcze nieeksponowałem przed nią moich idei zasadniczych.

MATKA

Otóż to właśnie: to jest zasadnicze — ja cię nie rozumiem — wiem. Więc jeszcze jeden ciężar zwala się na mnie. Czyż ty nie widzisz, że ja już naprawdę nie mogę — ostatkami sił...

LEON

Tylko na rok, a najwyżej na dwa. Wiesz, mamo, że mamjakąś nienormalną ambicję na punkcie pieniędzy. Jednejrzeczy nie mógłbym zrobić, to jest ożenić się bogato. Byłbym w stanie o byle głupstwo zerwać z moją żoną na zawsze w takich warunkach.

MATKA

Tak — tej ambicji nie masz tylko w stosunku do mnie. Zemną o byle co nie zerwiesz.

LEON

Czyż nie jesteś moją matką?

MATKA

Chwilami nie wiem już naprawdę, kim jestem: jestemmatką od kuchni, robótek, wycierania kurzu i poprawiania bielizny, ale...

LEON

Ach! Tak chciałem choć raz uniknąć tych przykrych rozmów — jeden wieczór... Tu trzeba być aniołem, żeby się nie wściec!

MATKA

Dla ciebie to tylko przykra rozmowa, a dla mnie całe mojeżycie, którego ciężary...

LEON

Ach, dosyć, na Boga! Jeden jedyny wieczór w spokoju!!

Zagaduje

Myślę, że za rok, może za dziewięć miesięcy będę już profesorem we własnej szkole, którą mam zamiar założyć...

MATKA

I to tak bez doktoratu, bez docentury, a nade wszystkobez stosunków? Czy ty czasem nie przesadzasz, mój drogi?

LEON

Znowu mi mama chce odebrać odwagę, jak wtedy z tymodkryciem zasady logizacji każdej wiedzy, nie tylko podstaw matematyki. A teraz już x ludzi pisze o tym samym i zastosowuje moją metodę. A ileż faktów podobnych było w dzieciństwie!

MATKA

Ja wiem — ja psuję wszystko. A w zamian za to zniechęcanie do wszystkiego daję ci tylko marne utrzymanie. Alecóż to może mieć dla ciebie za wartość?

LEON

Czy może mama woli, żebym został od razu alfonsem lubszpiegiem? To są zawody, które nie wymagają przygotowania i nie wyczerpują intelektualnie.

MATKA

A ty nie mówisz niepotrzebnie przykrych rzeczy? Czyż tynie rozumiesz, że ja ci chcę otworzyć oczy na to, co jest?Czy ty pomyślałeś kiedy nad tym, czym będziesz, kiedymnie nagle zabraknie?

LEON

Myślałem. I tylko jedna Zosia może mnie wstrzymać od samobójstwa w tym wypadku. Bo ty jednego tylko nie rozumiesz, że ja ciebie naprawdę kocham i że dotąd nie widziałem życia przed sobą bez ciebie. Nawet moje koncepcje...

MATKA

Zostaw na chwilę te twoje koncepcje. Tobie się zdaje, żety masz uczucia — ty jesteś tylko sentymentalny. Ty naprzypomnienie mojej możliwej śmierci widzisz jedną rzecztylko: twoje samobójstwo, które nigdy zresztą nie nastąpi,bo właściwie jesteś tchórzem.

LEON

Jeśli tak jest, to twoja wina, że mnie na takiego wychowałaś.

MATKA

Byłeś tak słabowity... Ach, co ja mówię! Jak my w ogólemówimy — przecież to jest wstrętne!

LEON

Otóż to, kręcimy się w kółko. Czy nie lepiej porzucić terozmowy i brać życie takim, jakim jest?

MATKA

No tak — to znaczy wysysać tę nieszczęsną matkę, aż pókinie zdechnie jak spracowane bydlę. Ja wiem, ja wiem —to nazywasz tragizacją. Logizacja — tragizacja. Ty logizujesz wiedzę o przyszłości ludzkiej, ja tragizuję wiedzę i o mnie samej i o tobie.

LEON

I cóż zostaje po takiej rozmowie? Jedyny wniosek jest ten:żebym porzucił moją istotną pracę i zaczął zarabiać w zupełnie bezmyślny sposób.

MATKA

Ach, Leoneczku, czyż ty myślisz, że ja jestem taka naprawdę jak teraz, gdy z tobą mówię?

LEON

obejmując ją

Ja wiem, ja wiem wszystko — ja nie jestem taką świnią, za jaką mnie masz. I wszystko będzie jeszcze tak dobrze.

MATKA

Ja tylko jednej rzeczy chcę: żebyś ty nie łudził się co dosiebie. Może nie pojmuję tej twojej pracy, ale nie wierzęw nią. Ty nie rozumiesz życia zupełnie. Ja cię przed nim osłaniam jak pancerz. I boję się, żebyś nie dożył tej chwili,w której poznasz, że całe twoje życie to ja i nikt, i nic więcej.

LEON

Czy ty myślisz, że ja tego nie wiem? Dlatego mówiłemo samobójstwie.

MATKA

Gdybyś to wiedział, to byś nie tylko nie mówił mi o tymsamobójstwie — ty byś tego nie pomyślał.

LEON

Tak — i wtedy nie posłyszałbym od ciebie tej okropnejprawdy, że jestem tchórzem — o ile to w ogóle jest prawdą.

MATKA

Nie — ty wleziesz na jakiś szczyt, ty nawet możesz miećpojedynek — żeby mnie tylko niepokoju nabawić — ale to jest nie to, nie to...

LEON

Ja wiem: ja nie mam odwagi zostać robotnikiem czy urzędnikiem na poczcie — o to chodzi. Oto są te nasze rozmowy — nawet nie są tragiczne w swej otwartości. Czy nie lepiej zawołać Zosię?

MATKA

Tak się boję, tak się strasznie boję, że ja ją będę musiałanienawidzieć.

LEON

Boję się czegoś innego — oto, że ty przestaniesz mnie doreszty uznawać, a nawet kochać, jak poznasz ją. Poza tymswoim lenistwem i bezwzględnością to jest cudowna istota.Zaraz ją sprowadzę.

Wychodzi

MATKA

do siebie

Boże jedyny! Znowu to samo. Przysięgłam sobie, że nigdymu już tego wszystkiego mówić nie będę — i nic: musiałam, musiałam... O męko straszliwa wymuszonych od wewnątrz czynów, przed którymi skręca się ze zgrozy całata nasza głupia, niby-ludzka powłoczka, nędzna maseczkana tym bydlęcym balu maskowym, którym jest życie społeczne, zaczynając od rewolucji francuskiej. On ma jednak rację, ten bydlak!

Wchodzi Dorota i nakrywa do stołu

Gdzież całe moje wychowanie, gdzie cała moja niby-arystokratyczna finezja? A jednak trzeba się skupić do ostatniej walki i być sobą na nowo.

Innym tonem

Moja Doroto, proszę mi dać mój czarny czepek.

Dorota podaje. Matka mizdrzy się do siebie przed lustrem na prawo. Dzwonek. Matka siada bezwładnie. Dorota idzie otworzyć. Wchodzi Zofia i Leon

LEON

Mateczko, oto moja narzeczona, panna Zofia Plejtus — jedyna kobieta, którą bez dysonansu wewnętrznego możemy przyjąć do naszego domu.

Dorota nakrywa dalej

MATKA

Do mojego domu.

Wstaje

Dobry wieczór pani.

Zofia chce ją pocałować w rękę

O, nie potrzeba; nasze stosunki ułożą się same — bez przymusu.

LEON

Moja matka lubi czasem okazać się gorszą niż jest. Niechpani na to nie zważa, panno Zofio. Od dziś będzie się panistołować u nas wraz z ojcem pani.

Do Matki

Ojciec pani jest byłym stolarzem, tak samo jak mój ojciec.

MATKA

Leoneczku, twój ojciec był też śpiewakiem.

Do Zofii

Ponieważ pani ma zamiar stołować się u nas z całą rodziną,więc lepiej niech się pani dowie całej prawdy od razu.

LEON

Tylko nie zaczynajmy jakichś dramatów à la Ibsen, z takzwaną tragedią fachów i niedociągnięć do tych fachów.Raczej już niech będzie tragedia zimnych zup i wygotowanego z soków mięsa à la Strindberg.

MATKA

Tak to obniżasz wartość wszystkiego. Tak samo postępujeszz Ibsenem i Strindbergiem jak ze mną. Cóż jest genialniejszego jak Sonata widm Augusta Strindberga? Ale mniejsza o to. Otóż, moja Zosiu — wszak mogę cię tak nazywać?

ZOFIA

nieśmiało

Jeszcze z panem Leonem jesteśmy na pan i pani. Zaręczyliśmy się przed pół godziną.

LEON

rozwiąźle

Głupstwo — cała wieczność jest przed nami. Zaczynamysię tiutuajować od tej chwili...

MATKA

do Leona

Nie bądź niesmaczny. Nie chodzi o formy.

Do Zofii

Czy wy się kochacie?

Pauza. Dorota wychodzi cicho

Nie? — a więc to jest to samo co w stosunku do mnie. On:mnie nie kocha — on nie kocha nikogo. On tylko mówi, że jest przywiązany do swoich idei, ale i to nie jest pewne.

ZOFIA

A czy pani go kocha?

Pauza ciężka

MATKA

głucho

Nie wiem. Wiem jedno, że gdyby umarł, nie mogłabym...

LEON

Po co te wielkie słowa i wielkie problemy? Burza w kublez pomyjami.

MATKA

Jesteś ordynarny. Jak się nie wstydzisz przy pani?

LEON

Ach — nudzi mnie już to wszystko. Są rzeczy stokroć ważniejsze od tego, czy się kochamy, czy nie. Życie możnatworzyć, nie rozstrzygając tych pozornie wielkich małomieszczańskich sprawek...

Siadają wszyscy

MATKA

A jednak materialnie...

LEON

Czy nie moglibyśmy pozostać w sferze czysto psychicznejjedynie?

MATKA

Nie, nie — to się wszystko splata w jedną całość. Zimnazupa i zamiatanie pokoju — teraz mam służącą, ale mojeoczy...

LEON

zrywając się

Boże, Boże! Ja chyba oszaleję!

MATKA

Chyba — to bardzo charakterystyczne.

ZOFIA

wstaje i kładzie Leonowi rękę na głowie

Uspokój się, Leonku.

Leon flaczeje i siada. Zofia siada również

LEON

Tak — doszliśmy do tego, że nie wiemy już, czy się kochamy, czy nie, jakkolwiek żyć byśmy bez siebie nie mogli.Czyż jest coś gorszego? A ja powiem wam otwarcie: onamówi, że ja jestem wampirem — teraz przybył nam drugiwampir — Zosia, i trzeci — jej ojciec; dawajcie więcejwampirów, które są potrzebne, abym istniał ja, bo jausprawiedliwiam wasze istnienie.

ZOFIA

A tego to już nie rozumiem. Nie gniewaj się, Leonku.

MATKA

To potworne, co on mówi!

LEON

Wcale nie. Ja jeden wpadłem na genialny pomysł. Wy niewiecie. — Mogłem być artystą w trzech rodzajach sztuk:grałem, malowałem i pisałem. Mogłem być także zwykłymrealistycznym rzemieślnikiem w tychże samych fachach:realistycznym malarzyną, kopistą niedościgłej natury, modnym wyszukiwaczem nowych dreszczów uczuciowych dlahisterycznych kobiet w muzyce i literatem — to jest takimpanem, który wszystko opisać potrafi, i mogłem mieć pieniądze. Mogłem być i prawdziwym artystą w sztukach tych,to znaczy tym, który stwarza koncepcje formalne, nawetza cenę deformacji. Mogłem być uznany lub nie — to innakwestia — ale mogłem też być blagierem spekulującymna upadku sztuki w ogóle, szakalem wylizującym resztkiz cudzych półmisków, i przy pomocy tego zrobiłbym jużpieniądze na pewno — nie chciałem! Moja ambicja sięga dalej niż to wszystko.

MATKA

Zawsze byłeś dyletantem, a dyletant nie może mieć prawdziwej ambicji.

LEON

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.