drukowana A5
15.47
Wiersze światowe

Bezpłatny fragment - Wiersze światowe


Objętość:
46 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0206-3

Pochwała lasów i miłego w nich na osobności życia w stanie pasterskim, od pewnej pasterki

Zważywszy życia ludzkiego obroty

 Uchodzę w lasy i wesołe knieje,

Mając w nich więcej gustu i ochoty.

 Niech kto chce z mojej dzikości się śmieje,

  Nie dbam nic na to; wolę z swej prostoty

  Las aniżeli świat pełen niecnoty.

Nie umiem bajek prawie szeptać w ucho,

 Łaciny nie znam, ni terminów prawnych,

Wody sprowadzić, tam gdzie było sucho,

 O Cyceronach nie słyszałam sławnych;

  Więc kto tych czasów w tej nie ćwiczon szkole

  Niech pasie bydło albo kopie role.

Lasy kochane, zielone chłodniki

 Drzewa przyjemny szum dające z siebie,

Trawy, pagórki, biegące strumyki,

 Przy was niech mieszkam choć o suchym chlebie;

  Zdrowszy mi napój z waszych źródeł żywych

  Niż drogie trunki, gdy z rąk nieżyczliwych.

Jak ranna zorza swój rumieniec śliczny

 Pokaże, rosa perłowe kropelki

Pozbiera, jużci pasterz okoliczny

 Nie zaśpi, a ptak wyśpiewuje wszelki;

  Ci trzody owiec żeną między wrzosy,

  Te, mokre skrzydła otrzepują z rosy.

Wnet różnych głosów stroją instrumenta

 Po drzewach skacząc wysoko, to nisko;

Krzykną roślejsze i drobne ptaszęta,

 Bezpieczne, chociaż słuchamy ich blisko.

  Za nic koncerty i włoskich nut sztuki,

  Ich milsze głosy bez mistrza nauki.

Odpocznie ptastwo, aż zaczną pasterze

 Smutne wywodzić dumy na fujarze,

Inni zaś skoczne mazury na lerze,

 Tańcując z nami każdy w swojej parze:

  My wdzięczne pieśni śpiewamy koleją

  Lasy słuchają, a gaje się śmieją.

Nie wiem co tęsknić, pasąc owiec trzodę,

 Z pilnością strzedz ich potrzeba od wilka.

Przebrnąwszy potok, oczyma powiodę,

 Aż pastereczek bieży ku mnie kilka;

  Z temi się witam, chwytając za szyje,

  Wnet jedna drugą szczesze, splecie, zmyje.

Usiędziem sobie pod jaworem ciemnym

 Nad czystem źródłem pryskającej wody:

Ze skał fontanny natura, foremnym

 Kunsztem, zrobiła pasterzom ochłody;

  Nic nam słoneczny upał nie dokuczy

  Jawor zaszumi, a strumyk zamruczy.

Zaczniemy mówić o naszych zabawach,

 Na czem dzień cały przeminie godziną:

O pięknem kwieciu, w jakich rosną trawach;

 Ta powie; jest tu miejsce nad doliną,

  Na którem kwiaty w rozliczne kolory

  Kwitną posiane od Bogini Flory.

Więc wszystkie w zawód bieżąc, jedna drugą

 Popchnie w bok, by się wyprzedzić nie dała;

Ta w miękką trawę upadnie jak długą,

 Ta już tym czasem kwiatków nazbierała.

  Z tych wieńce wijąc głowy sobie strojem,

  O brylantowe korony nie stojem.

Szczera wesołość, śmiech, żarty niewinne,

 Nikogo zgorszyć, owszem, cieszyć mogą;

Prostoty naszej niech się uczą inne,

 Przystojnych zabaw z nami idą drogą.

  To co ma która, wybiera z koszyka,

  Jemy ser z chlebem i masło z jaszczyka.

Po tem bankiecie chcący trunku zażyć,

 Spieszno biegniemy do naszej piwnicy,

Którą nad winne więcej trzeba ważyć,

 Czystej jak kryształ pod skałą krynicy:

  Z tej co dzień dzbanem pijąc nie ubywa,

  W pełni zostaje, nikt jej nie doliwa.

Gdy już z południa słońce nie zbyt grzeje,

 Wychodzim z gęstych lasów na krzewiny;

Tam gdzie chłód miły od pagórków wieje

 Igramy w babkę pomiędzy jedliny,

  Patrząc przez niskie krzaczki i jałowce,

  Czy dobrze nasze napasły się owce.

Samym wieczorem zbliżając ku domu,

 Zganiamy trzody społem do gromady;

Poznają owce, co należy komu,

 Bierzemy swoje bez swaru, bez zwady:

  Żadna nie zbłądzi do cudzej owczarnie,

  Każda do swego sałaszu się garnie.

My zaś pasterki do chaty chróścianej

 Nad pałac cichszej spieszym na spoczynek;

Mleka siadłego na misce glinianej

 Podjadszy, nie śląc po mięso na rynek;

  Nie psują takie potrawy żołądka,

  Dłużej my niż pan żyjem, niebożątka.

Opisanie oczu ciekawych Akteona

Często ciekawe oko szkodę czyni w duszy,

 Często w niewolne jarzmo wolnego zaprzęga;

Oko nasz nieprzyjaciel, mózg i ciało suszy,

Zdrów dopiero, wnet z niego żebrak niedołęga,

  Choruje napiera się, a nie wie, że w trunku

  Zamiast lekarstwa bierze złą śmierć w bassarunku.

Teć to są perspektywy misternej roboty,

 I choć z daleka patrząc, nie nasyca wzroku,

Pędzi ciekawość szybko, dodaje ochoty,

 Pozwala bezpieczeństwa, przyspieszając kroku;

  Zaciekły oślep bieżąc, często w przepaść mierzy,

  Oczy traci, gdy głowę o skałę uderzy.

Przypłacił ciekawości Akteon myśliwy,

 Lubo nie szukał w kniei damy lub jelenia;

Hartowną strzałę z łuku wypuściwszy chciwy,

 Bieży w lot do harapu, ubił bez wątpienia,

  A pragnąc oczy napaść, w pobitej zwierzynie

  Topi wzrok równo z strzałą w kąpiącej dziewczynie.

Nie sądzi ją być z rzędu Bogiń wielowładnych,

 Choć z twarzy coś Bozkiego, w groźnej minie czyta;

Pasterek dosyć widząc, przy piękności ładnych,

 Żadnej się gust i z sercem tak mocno nie chwyta:

  Im dłużej myje nogi, ciało wodą pleszcze,

  Nie dość opodal widzieć, z bliska lepiej jeszcze.

Już wszelkich sztuk przybiera, dogodzić swej woli;

 Raz się skrada pomiędzy gęstych drzew zarośle,

Wnet jak wąż pełznie w trawie, nie czując, że boli,

 Gdy ciernie ostry bodziec w ciało miękkie pośle.

  Nie dba na ciernie, głogi, osty i zawady

  Ten, kto ciekawych oczu, rad słucha porady.

Stanął Akteon w mecie pożądanej blisko,

 Tak, że już było trudno przydać więcej kroku;

Wnet Bożek łuczny z niego uczyni igrzysko,

 Wnet pozna, co za skutek w zakazanym stoku,

  W którym Dyana czysta, Bozkie myjąc członki

  Na pokrycie nagości nie miała zasłonki.

W tym spojrzy w bok, postrzeże ukrytego szpiega:

 Wstydem, a potem gniewem zdjęta, wodą pryśnie

Zalawszy oczy, sama szukając Nimf biega,

 Okiem nań, słowem groźnym jak piorunem ciśnie,

  Mówiąc mu: byś nie wydał przed światem sekretu,

  Coś widział, bądź jeleniem, z mojego dekretu.

Ledwie co wymówiła Bogini zajadła,

 Aż postać kawalera wybornej urody

Mieni się, bo twarz z głową natychmiast opadła.

 Dopiero uznał, jakiej wzrok nabawił szkody,

  Gdy w zamianę za ludzką i kształtną posturę

  Brać musi jeleniową głowę, nogi, skórę.

Nie dosyć, że z człowieka przemieniony w zwierza

 Lecz własnych psów sprobował tyraństwa nad sobą.

Wołać chce, ci go szarpią, lancą ku nim zmierza,

 Myśląc wzdycha, cóż to jest Akteonie z tobą?

  Za jednę oczu twoich chęć, przypłacasz śmiercią,

  Okrywasz się jelenią i twoich psów siercią.

Otoż tak igrać z Bogi! a śmiałością grzeszyć?

 Chronić się raczej życzę ich pomsty i gniewu:

Mają moc złych ukarać, mają dobrych cieszyć,

 Człowieka niemym zrobią, mówić każą drzewu.

  Często zła myśl, złe oko, gdzie żądza przeklęta,

  Mieni ludzie w bestye i głupie bydlęta.

Reskrypt pewnemu poecie bojącemu się grzmotów i zabicia od piorunów, że grzesznik

Mocny Bóg, to jest pewna, w piorunie i grzmocie;

 Uznaj grzeszniku winę, wszakże idzie o cie.

Cóż za sposób w bojaźni nagłego karania,

 Żal, wstyd szczery występków, do nich niewracania.

A gdy się w taką zbroję winowajco stroisz,

 Czegóż grzmotów, błyskania, piorunów się boisz?

Chyba że po skończonej burzy, wichrze, strachu

 Masz wolą grzech przytulić do twojego gmachu.

Wiem, że Bóg sprawiedliwy, w doskonałych rządach

 Równe w nim miłosierdzie; lub w ukrytych sądach.

Czemuż ja? czemuż i ty? czemu w piekle na dnie

 Świat nie osiadł dla grzechu, kto tę skrytość zgadnie.

Truchlał Mojżesz na brzmiące ust Bozkich odgłosy

 Krzak widząc, rozzuwa się, w róg powstają włosy.

Rzecze z strachu: już więcej nie mów do mnie Panie,

 Bo umrę, i włosów mi na głowie nie stanie.

Aż ach? jak pożyteczny ten głos, ta rozmowa

 Gdy Mojżesz przykazanie na tablicy chowa.

I przynosi ludowi pełnemu rozpusty,

 Letkie jarzmo do pracy, a wieczne odpusty.

Więc Bóg jak ojciec dzieci nieposłuszne gromi,

 Często zły nałóg, niewstyd, grzmotami uskromi.

I chociaż zagniewany, chociaż się zamierzy

 Mija przecie grzesznika, w suchy dąb uderzy.

Na Bobra złapanego w sieci od pewnego łowczego, którym sąsiadów utraktował

Raz, gdy łowczemu przypadła myśl dobra

 Rozstawić sieci na leśnego zwierza,

Przypadkiem jakimś, widzi w siatce bobra,

 Co go natura bardziej do więcierza

  Napędzić miała jak stworzenie wodne.

  Bóbr w kniei są to rzeczy dziwu godne.

Łowczy jak ludzki, dzieli się z sąsiedztwem

 Częściami z bobra, by go z nim zażyli;

Przyznają wszyscy, że szczęścia łowiectwem

 Bardziej niż bobrem gust swój nasycili,

  Biorąc z łowczego łaski specyały,

  Z których odorem napełnion dom cały.

Posłał dla młodej pani ogon spory,

 Dla starej jakieś w papierze rupieci;

Te przeraźliwe zrobiły fetory,

 Skutek bobrowy w nos, w garło zaleci;

  Dotknieniem owych śmierdzących kawalców,

  Trudno tabaki zażyć trzy dni z palców.

Spyta się pani posłańca ciekawie:

 Coś mi to przywiózł? on o strojach plecie:

Ta mowi: dawno strojem się nie bawię,

 Bom stara; a ten stroje chwali przecie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.