drukowana A5
13.17
W podziemiach ruin

Bezpłatny fragment - W podziemiach ruin


Objętość:
25 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0292-6

I

Niedaleko granicy Marchii Brandeburskiej, a dzisiejszych Prus, stał nad Notecią zameczek obronny, Ostrów.

Gruby mur otaczał go wokoło, wewnątrz wznosił się piętrowy dom, w którym przemieszkiwała z dziada pradziada rodzina szlachecka Dzierzbickich.

W czasie, w którym rozpoczyna się to opowiadanie, właścicielem zameczku był Maciej Dzierzbicki. Jako młodzieniec brał on udział w sławnej wyprawie Króla Jana Sobieskiego pod Wiedeń, lecz ranny pod Parkanami wrócił do domu i osiadł w Ostrowie.

Czyniąc zadość woli zmarłego ojca, ożenił się, i wkrótce Pan Bóg dał mu dwie córki. Starsza Aniela liczyła już lat dziewiętnaście; wysoka, kształtna, piękna szatynka słynęła zarówno z urody jak i z dobroci. Okoliczni włościanie nazywali ją swoją matką, bo gdzie tylko zjawiła się choroba, a za nią głód i nędza, Aniela śpieszyła z pomocą. Często też wyjeżdżała konno do wsi okolicznych, a chłopi zdaleka poznawali dzielnego jej siwka, którego zazwyczaj dosiadała, odwiedzając chorych i potrzebujących pomocy.

Słońce wiosenne miało się już ku zachodowi. Pani Dzierzbicka z młodszą córką, dziesięcioletnią Janinką, siedziała obok męża na ganku zajęta robotą. Nagle, odkładając trzymany w ręku haft, rzekła:

— Jestem niespokojna o Anielkę. Wyjechała tak dawno i dotychczas nie wraca. Może ją koń poniósł? Może spadła z siodła?

— Anielka spadłaby z konia! — zdziwiła się Janinka. — Przecież ona jeździ doskonale!

— Prawdę mówi Janinka — uspokajał mąż. — Bóg nie dał mi syna, ale i on nie jeździłby tak dzielnie jak Anielka. Bywało koń skoczy w bok, zlęknie się, ona nawet nie drgnie na siodle.

— Czemuż nie wraca? — niepokoiła się matka.

— Pewno pojechała daleko, ale zresztą, poco ten niepokój, wszak jest z nią stary Bartosz, a ten ją obroni w każdej potrzebie.

— Otóż i Anielka! — zawołało dziecko, wskazując na daleką kurzawę.

— Chwała Bogu! — szepnęła matka.

— Ależ pędzi, Bartosz zaledwie zdąża, a to przecież jeździec nielada.

Zbliżywszy się do bramy, młoda dziewczyna zwolniła bieg konia, kłusem przejechała dziedziniec, lekko zeskoczyła z siodła przed gankiem i, oddawszy wierzchowca masztalerzowi, pośpieszyła do rodziców. Zarumieniona szybką jazdą weszła na ganek i, całując rękę matki, przemówiła dźwięcznym głosem:

— Niech mi mama daruje to opóźnienie, ale miałam przygodę.

— Jaką? Mów moje dziecko.

— Zaraz opowiem, tylko trochę odpocznę.

— Siadaj obok mnie Anielko i odpocznij — rzekł ojciec.

Po chwili dziewczę zaczęło:

— Byłam w ruinach...

— Tak daleko, i poco? — przerwała matka.

— To niedaleko mamo, może godzina drogi. Namówiłam Bartosza, aby mi towarzyszył, gdyż on wzdragał się, mówiąc o strachach i duchach. To podnieciło mnie jeszcze bardziej, uparłam się i pojechałam.

— I zobaczyłaś ducha? — spytała ją siostra.

— Żadnego, moja Janinko, ale wysłuchałam ciekawej opowieści i spotkałam znajomego.

— Kogóż to? — zapytała matka.

Zanim Anielka zdołała odpowiedzieć, rzekł ojciec:

— Opowiadaj po kolei, porządek przedewszystkiem.

— Więc najpierw opowiadanie o ruinach zamczyska. Dobrze mamo?

— Słuchamy! — zawołała wesoło Janinka.

— Otóż dawno, już dawno temu, pan tego zamku miał trzy córki, a gdy żona mu zmarła, ożenił się powtórnie, aby dać dzieciom opiekę, gdyż sam musiał iść na wojnę. Minęło lat kilka — ojciec jak nie wraca, tak nie wraca, a macocha rządzi i krzywdzi sieroty, by zabezpieczyć wszystko swemu synkowi. Wreszcie przyszła wieść o śmierci ojca; wówczas macocha postanowiła pozbyć się pasierbic. Idzie do wróżki, a ta jej mówi; strzeż się pasierbic, bo przez nie zginiesz nie swoją śmiercią. Zawzięta kobieta tak strasznie dokuczała i znęcała się nad sierotami, że one wreszcie z rozpaczy rzuciły się do głębokiej studni zamkowej. Właśnie w tym czasie bawił się na dziedzińcu synek tej srogiej kobiety, a chcąc zobaczyć, co się stało z jego przyrodniemi siostrami, nachylił się tak nieszczęśliwie, że wpadł również do studni i zabił się na miejscu. W jakiś czas wrócił z wojny pan zamku, gdyż wieść o jego śmierci była kłamliwą, a dowiedziawszy się o wszystkiem, zabił własnoręcznie swą drugą żonę, zamek podpalił i sam skoczył w płomienie.

— I co dalej? — spytała Janinka, gdy siostra umilkła.

— Od tego czasu w ruinach ciągle straszy; chodzą duchy, potwory dziwne, i każdy unika starego zamczyska.

— Opowieść ładna, ale nieprawdziwa — rzekł ojciec. — Zamek zburzyli Niemcy; a że jest daleko od drogi i ludzi, więc nikt go nie odbudował.

— Zapewne tak napisano w tych wielkich księgach, które ojciec ma w swym pokoju — rzekła Anielka — i pewno to prawda; ale ja wolę tę żywą historyę o nieszczęśliwych sierotach, o macosze, o tych strachach, duchach, potworach.

— Nietylko ty wolisz — odpowiedział ojciec. — Wszyscy włościanie, a nawet szlachta są przekonani, że w tych ruinach coś straszy, i nikt nie odważyłby się pójść tam w nocy, a i w dzień jasny z pewną trwogą zbliżają się do zamczyska.

— O! w dzień nie bałabym się zupełnie! — zawołała Janinka.

— Teraz prawdopodobnie nie przytrafiłoby ci się nic złego, ale dawniej, jeszcze za ś.p. ojca mego, zamczysko to zamieszkiwali rozbójnicy i łotrzykowie.

— I co? I co? — spytała Anielka z żywością.

— A cóż ma być? Jak zwykle napadali podróżnych, dwory i chaty na odludziu okradali i rabowali, a blizkość granicy sprzyjała ich procederowi. Aż nareszcie sprzykrzyło się to ludziom, i starościńscy pachołkowie część zabili, a drugą powiesili.

— Chciałam wejść w podziemia — zaczęła znów Anielka — podobno są tam skarby, ale Bartosz bardzo się wzbraniał, a że i światła nie miałam, wiec tylko pozostała mi chęć odwiedzić tę część zamczyska.

— Nie spodziewałam się tego, Anielko, — rzekła matka dość surowo, — by moja córka mniej miała zastanowienia od masztalerza. Toż w podziemnych chodnikach o złe powietrze lub o nieszczęście nie trudno.

— Matka ma zupełną słuszność — dodał pan Dzierzbicki. — W takich ciemnicach gnieżdżą się choroby, gady, jaszczurki. Proszę też waćpanny wybić sobie z głowy podobne przedsięwzięcia.

Anielka zawstydzona umilkła. Matka nie zapomniała jednak o drugiej części przygód i po chwili spytała:

— Kogo też spotkałaś dzisiaj?

— Znajomego rodziców, grafa von Tannenburg, który przesyła rodzicom pokłony.

— Grafa von Tannenburg? Tu? na naszej stronie? — zdziwił się ojciec.

— Jeździł w odwiedziny do kasztelana i wspominał coś, że był u starosty.

— Pewno łotrzyki z Brandeburgii uciekli do nas, albo nasi tam dokazują, więc żądał pomocy.

— Albo też posunął się w konkury o starościankę, bo już panna z niej leciwa — dorzuciła pani Dzierzbicka.

— Ee! także coś! — odrzekł wzruszając ramionami pan Maciej. — Tym niewiastom zawsze roi się o małżeństwie. Niemiec, protestant, ziemi ma niewiele i narażałby się tak łatwo na wyraźną rekuzę.

— Znowu zasię ja powiem — zaczęła pani — że młody on, i wiem, że dufa wiele w swe grafostwo.

— A niech tam! — machnął ręką mąż. — Ja córki nie dałbym mu, chociażby był piękny, jak Adonis, i bogaty, jak Krezus.

— Ktoś jedzie do nas — zawołała nagle Anielka.

— Ho, ho, i liczna kawalkata! — rzekł pan Dzierzbicki. Wstał, wychylił się z ganku i, klasnąwszy w ręce na służbę, rozkazał:

— Hej! Niech klucznik przysposobi gościnne komnaty, ochmistrz i szafarz niech pomyślą o gościach, by przyjąć przystojnie. A stajnie niech będą w porządku.

Równocześnie pani Dzierzbicka wraz z córkami poszła do fraucymeru, by siebie i córki godnie przystroić na przyjęcie gości.

II. Wizyta

Pan Maciej Dzierzbicki, narzuciwszy na siebie ozdobniejszy kontusz, czekał na ganku gości, którzy, wjechawszy na dziedziniec zameczka i uchylając czapek, wołali:

— Witamy z Bogiem i dobrem słowem.

Gospodarz z rozjaśnioną twarzą kłaniał się, założywszy rękę lewą za pas błyszczący, bowiem od czasu rany otrzymanej w ramię pod Parkanami z wielką tylko trudnością władał lewą ręką.

Gdy z konia zeskoczył gość, przybrany w kołpak z czaplem piórem i spinką brylantową, w żupan i kontusz bogaty, i, acz podróżny, z karabelą u pasa; pan Maciej Dzierzbicki zszedł ze schodów gankowych i, schylając głowę, witał:

— Czołem, mości Kasztelanie! Czołem!

A gdy uścisnęli sobie ręce, rzeki kasztelan:

— Czołem, mości chorąży! Czołem! Przyjechaliśmy do was w gościnę.

— Witam was, mości kasztelanie, całem sercem! Raczcie wstąpić w me progi. Wielce wam wdzięczny za honor i wielki zaszczyt, który mi czynicie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.