drukowana A5
29.93
Uwięziona, tom drugi

Bezpłatny fragment - Uwięziona, tom drugi


Objętość:
177 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0716-7

Rozdział drugi (ciąg dalszy)

P. de Charlus był zawsze w życiu tylko dyletantem. To znaczy, że tego rodzaju wypadki nie mogły mu przynieść żadnego pożytku. Przykre wrażenie, pod jakiem go zostawiały, wyładowywał w gwałtownych scenach, w których umiał być wymowny, lub w intrygach. Ale dla osobnika z talentem jakiegoś Bergotte doświadczenia takie mogłyby stać się cenne. Działamy w życiu poomacku, ale podobnie do zwierząt wybierając roślinę, która nam jest zbawienna; co tłumaczy po części, że ludzie tacy jak Bergotte żyją przeważnie w towarzystwie istot miernych, fałszywych i złych. Piękność wystarcza wyobraźni pisarza, podnieca jego dobroć, ale nie przekształca w niczem natury jego towarzyszki, której życie, położone o tysiące metrów niżej, niewiarygodne stosunki, kłamstwa przekraczające wszelkie przypuszczenie, a zwłaszcza idące w odmiennym kierunku, ukazują się chwilami niby błyskawica. Kłamstwo, kłamstwo doskonałe, o ludziach których znamy, o stosunkach jakie nas z nimi łączą, o na szych ewentualnych pobudkach sformułowanych przez nas zupełnie inaczej, kłamstwo o tem czem jesteśmy, co kochamy, czego doznajemy wobec istoty która nas kocha i która sądzi że nas urobiła na swoje podobieństwo dlatego że nas całuje przez cały dzień — to kłamstwo jest niemal jedyną rzeczą, zdolną otworzyć nam perspektywy na coś nowego, nieznanego, obudzić w nas uśpione zmysły i objawić nam wszechświat, którego nigdy nie bylibyśmy poznali.

Co się tyczy pana de Charlus, trzeba powiedzieć, że o ile był zdumiony dowiadując się o Morelu rzeczy które ów przed nim starannie ukrywał, mylił się, wnioskując stąd, iż błędem jest wiązać się z osobnikami z ludu. Ujrzymy w istocie, w ostatnim tomie tego dzieła, samego pana de Charlus robiącego rzeczy, które bardziej zdumiałyby jego rodzinę i przyjaciół, niż jego mogło zdumieć życie odsłonione przez Leę. (Najprzykrzejszą rewelacją była dla barona podróż, którą Morel odbył z Leą, upewniając pana de Charlus, że przez ten czas studjował muzykę w Niemczech. Aby poprzeć to kłamstwo, użył pomocy życzliwych osób, wyprawiając swoje listy do Niemiec, skąd oni przesyłali je panu de Charlus, tak zresztą przekonanemu iż Morel w istocie tam przebywa, że nawet nie patrzył na marki).

Ale już czas dogonić barona, który posuwa się z Brichotem i ze mną do bramy Verdurinów.

— A co się stało — dodał zwracając się ku mnie z młodym hebrajczykiem, któregośmy spotkali w Doville? Przyszło mi na myśl, że gdyby to panu sprawiło przyjemność, możnaby go zaprosić którego wieczora.

W istocie, p. de Charlus, zadowalając się bezwstydnem szpiegowaniem Morela przez biuro detektywów (zupełnie jak mąż lub kochanek), sam chętnie zerkał w stronę innych młodych ludzi. Nadzór, który polecił staremu służącemu roztaczać nad Morelem za pośrednictwem agentów, był tak mało dyskretny, iż lokaje myśleli że to ich śledzą, a jedna z pokojówek umierała ze strachu, nie śmiała się wychylić na ulicę, myśląc że wciąż agent depce jej po piętach. „Ależ niech sobie robi co się jej podoba! Właśnie byśmy tracili czas i pieniądze na to aby ją śledzić! Jakby jej prowadzenie się mogło nas w czemkolwiek obchodzić! wykrzykiwał ironicznie stary sługa, tak namiętnie przywiązany do pana, że nie podzielając bynajmniej gustów barona, obsługiwał je żarliwie, i w końcu mówił o nich tak jakby to były jego własne gusty. „To uosobiona zacność”, mówił o tym starym słudze Charlus, bo nikogo się nie ceni tak, jak tych, którzy ze swemi wielkiemi cnotami łączą cnotę oddawania ich na usługi naszych przywar. Zresztą, co się tyczy Morela, p. de Charlus zdolny był do zazdrości jedynie o mężczyzn. O kobiety nie troszczył się wcale. Jest to zresztą niemal ogólne prawidło Charlusów. Miłość kochanego przez nich mężczyzny do kobiety jest czemś innem, czemś co się dzieje w innym gatunku zwierząt (lew zostawia tygrysy w spokoju), czemś co im nie przeszkadza i raczej ich uspokaja. Czasem, to prawda, tych co czynią z inwersji kapłaństwo, brzydzi taka miłość. Mają wówczas żal do przyjaciela że się jej oddawał; żal nie o zdradę, ale o upadek. Jakiś inny Charlus, odmienny od barona, oburzyłby się wiadomością że Morel żyje z kobietą, tak jakby się oburzył, widząc na afiszu, że on, odtwórca Bacha i Haendla, ma grać Pucciniego! Dla tego właśnie młodzi ludzie, którzy dla interesu poddają się miłości Charlusów, wmawiają w nich, że mają do kobiet zdecydowany wstręt, tak jak powiedzieliby lekarzowi, że nigdy nie używają alkoholu i lubią jedynie źródlaną wodę. Ale p. de Charlus odbiegał nieco w tym punkcie od powszechnej reguły. Tak dalece podziwiał w Morelu wszystko, że jego powodzenia u kobiet nie gniewały go; sprawiały mu tę samą radość co sukcesy skrzypka na koncercie lub w partyjce écarté. „Ależ, drogi panie, pan wie, kobiety lecą na niego! powiadał tonem rewelacji, zgorszenia, może zawiści, zwłaszcza podziwu. „On jest nadzwyczajny — dodawał. Wszędzie najsławniejsze ździry sypią do niego oko. Wypatrują się na niego wszędzie, w metro czy w teatrze. To się robi aż nudne! nie mogę z nim iść do restauracji, żeby garson nie przy niósł mu bilecików od trzech kobiet. A zawsze od ładnych. Trudno się zresztą dziwić. Przyglądałem mu się wczoraj i rozumiem to; zrobił się bajecznie piękny, wygląda na jakiegoś Bronzino, jest doprawdy wspaniały”. Ale o ile p. de Charlus lubił okazywać że kocha Morela, lubił też przekonywać innych, noże i siebie, że posiada jego wzajemność. Miał tę ambicję aby go ciągle mieć przy sobie, mimo szkody, jaką ten młody człowiek mógł przynieść światowej sytuacji barona. Często zdarza się u ludzi dobrze sytuowanych a snobów, że przez próżność zrywają wszystkie stosunki, poto aby ich wszędzie widziano z kochanką z półświatka lub jakąś wybrakowaną damą, której nikt nie przyjmuje, a której fawory wydają się im czemś pochlebnem. Bo baron doszedł do tego punktu, gdzie próżność sili się wytrwale niszczyć cele które osiągnęła, czy że pod wpływem miłości znajdujemy niewidzialny dla innych urok w ostentacyjnych stosunkach z kochaną istotą, czy że urzeczywistnione światowe ambicje słabną, rosną zaś skłonności do pokątnych miłostek, tem bardziej absorbujących iż są platoniczne. I z czasem u barona nowe te upodobania nietylko osiągnęły ale przekroczyły poziom, na którym z trudem utrzymywały się dawne.

Co się tyczy innych młodych ludzi, p. de Charlus uważał, że istnienie Morela nie jest przeszkodą wobec nich i że nawet sława Morela jako pianisty, lub jego poczynający się rozgłos jako kompozytora i dziennikarza, mogłyby w pewnych razach posłużyć mu jako przynęta. Kiedy baronowi przedstawiono jakiego młodego kompozytora o miłej powierzchowności, szukał w talentach Morela okazji do uczczenia nowego znajomego: „Powinienby pan — powiadał — przynieść mi swoje kompozycje, Morel zagrałby je na koncercie albo na swojej tournée. Tak mało jest przyjemnej skrzypcowej muzyki, to prawdziwa gratka znaleźć w tym zakresie coś nowego. I cudzoziemcy bardzo to cenią. Nawet na prowincji są kółka muzyczne, w których pielęgnuje się muzykę z cudownym zapałem i inteligencją.

Wszystko to służyło tylko za przynętę, rzadko bowiem zdarzało się, żeby Morel ziścił te obietnice. A gdy Bloch przyznał się, że jest trochę poetą — „w wolnych chwilach”, dodał z sarkastycznym śmiechem, którym podkreślał banalność, kiedy nie umiał znaleźć oryginalnego wyrażenia — p. de Charlus oświadczył mi z równie wątpliwą szczerością:

— Powiedz pan temu młodemu izraelicie, że, skoro pisze wiersze, powinienby mi je przynieść dla Morela. To zawsze wielka trudność dla kompozytora znaleźć coś ładnego pod muzykę. Możnaby nawet pomyśleć o jakiem librecie. To by mogło być interesujące i nabrałoby pewnego znaczenia z powodu sytuacji poety, mojej protekcji, całego splotu okoliczności, wśród których talent Morela zajmuje pierwsze miejsce, bo on wiele teraz komponuje i pisze także, i bardzo ładnie, opowiem to panu. Co do jego geniuszu wykonawcy, wie pan, że pod tym względem jest już prawdziwym mistrzem. Zobaczy pan dziś wieczór, jak ten smarkacz kapitalnie interpretuje Vinteuila; głupieję poprostu; w jego wieku mieć takie zrozumienie, pozostając przytem takim dzieciakiem, takim malcem! Och, dziś jest tylko mała próba. Wielka awantura ma być za kilka dni. Ale dziś będzie o wiele bardziej elegancko. Toteż jesteśmy bardzo radzi, że pan przyszedł rzekł baron, używając owego my prawdopodobnie dlatego, że król powiada: życzymy sobie. Z racji wspaniałego programu poradziłem pani Verdurin, żeby zrobiła dwie uroczystości. Jedna za kilka dni, na której będą wszyscy jej znajomi, dziś druga, w której pryncypałka jest, mówiąc terminem sądowym, wywłaszczona. To ja ułożyłem listę i zebrałem trochę osób z innego świata, osób które mogą być użyteczne dla Charlie, a które Verdurinom miło będzie poznać. Zapewne, to bardzo ładnie produkować najpiękniejsze rzeczy z udziałem największych artystów, ale cały ewenement ginie bez echa, jeśli publiczność składa się ze sklepikarki z przeciwka i kupca korzennego z rogu. Pan wie, co ja sądzę o poziomie intelektualnym światowców; ale oni mogą odegrać pewne dosyć ważne role, między innemi rolę analogiczną do prasy, jako narzędzia reklamy. Rozumie pan, co mam na myśli: zaprosiłem naprzykład moją bratową Orianę; nie jest pewne czy przyjdzie, pewne natomiast jest, że jeżeli przyjdzie, nie zrozumie absolutnie nic. Ale nikt nie żąda od niej żeby rozumiała, to przekracza jej środki duchowe; żąda się żeby gadała, co jest do tych środków wybornie dostosowane i czego też sobie nie odmówi. Skutek: jutro, zamiast milczenia sklepikarki i korzennika, ożywiona rozmowa u Mortemartów, gdzie Oriana opowie, że słyszała cudowne rzeczy, że niejaki Morel etc; nieopisana wściekłość niezaproszonych, którzy powiedzą: „Palamed uznał z pewnością, że jesteśmy niegodni; zresztą co to za ludzie, u których się to działo! — akompanjament równie pożyteczny jak hymny Oriany, w ten sposób nazwisko Morela powtarza się co chwila i odciska się w pamięci niby lekcja odczytana dziesięć razy z rzędu. Wszystko to stwarza splot okoliczności, który może mieć swoją wartość dla artysty, dla pani domu, może posłużyć poniekąd za głośnik dla uroczystości artystycznej udzielonej w ten sposób i dalszej publiczności. Doprawdy że to warte trudu; zobaczy pan, jakie Charlie zrobił postępy. Objawił się w nim zresztą nowy talent, drogi panie: pisze jak anioł. Jak anioł, powiadam panu.

P. de Charlus nie wspomniał nam, że od jakiegoś czasu — jak owi wielcy panowie z XVII wieku, którzy nie raczyli podpisywać, a nawet pisać swoich pamfletów — kazał sporządzać Mordowi plugawe i potwarcze notatki, wymierzone przeciw hrabinie Molé. Notatki te, rażące bezczelnością tych co je czytali, o ileż musiały być dotkliwsze dla młodej kobiety, odnajdującej w nich ustępy z własnych listów, cytowane dosłownie, ale w sensie, który mógł ją przywieźć do szaleństwa jako najokrutniejsza zemsta. Były zresztą tak zręcznie wsunięte, że nikt prócz niej nie mógł tego zgadnąć. Młoda kobieta przypłaciła to życiem. Ale w Paryżu — powiedziałby Balzac — wychodzi co dnia rodzaj mówionego dziennika, okrutniejszego niż inne. Ujrzymy później, że ta sama „mówiona prasa” zniweczyła później potęgę niemodnego już Charlusa, i o wiele ponad niego wzniosła Morela, który nie był wart ani miljonowej cząstki swego dawnego protektora. Przynajmniej ta moda intelektualna jest naiwna i szczerze wierzy w nicość jakiegoś genialnego Charlusa i w niezaprzeczony autorytet głupiego Morela. Baron był mniej niewinny w nieubłaganych zemstach. Stąd z pewnością gorzki skurcz ust, którego fala zdawała się zalewać policzki żółcią, kiedy baron był w gniewie.

— Myślałem niegdyś, podjął p. de Charlus, że pan, który znałeś Bergotte'a, byłbyś mógł, zwracając mu uwagę na próby tego młodego człowieka, współpracować w pewnym sensie ze mną, pomóc mi rozwinąć podwójny talent, muzyka i pisarza, zdolny kiedyś uróść do miary jakiegoś Berlioza. Pan wie, ci Wielcy mają często co innego na głowie, łykają kadzidła, mało czem się interesują poza sobą. Ale Bergotte, który był naprawdę prosty i usłużny, przyrzekł mi umieścić w „Gaulois”, czy nie wiem już gdzie, te felietoniki pół humorysty pół muzyka. To co teraz pisze, jest równie niepospolite, i doprawdy bardzo rad jestem, że Charlie przydaje do swoich skrzypiec ten strzępek pióra Ingres'a. Sam wiem, że kiedy chodzi o niego, łatwo przesadzam, jak wszystkie stare mamy z konserwatorjum. Jakto, mój chłopcze, nie wiedziałeś tego? To chyba mnie nie znasz z tej strony, od strony entuzjazmu. Wyczekuję godzinami u drzwi komisji egzaminacyjnej. Bawię się jak królowa. Co się tyczy prozy Charlie, Bergotte upewniał mnie, że to jest naprawdę bardzo bardzo.

P. de Charlus, który znał Bergotte'a oddawna przez Swanna, był w istocie u niego na kilka dni przed śmiercią pisarza z prośbą aby wyrobił Morelowi rubrykę w dzienniku dla jego wpół-humorystycznych felietoników o muzyce. Idąc, miał p. de Charlus trochę wyrzutów sumienia, bo będąc wielkim wielbicielem Bergotte'a, uprzytomnił sobie, że nigdy nie był tam dla niego samego, ale poto aby, dzięki wpół-intelektualnemu wpół-socjalnemu uznaniu jakiego zażywał w oczach pisarza, wy świadczyć jakąś grzeczność Morelowi lub innemu z przyjaciół. Nie raził pana de Charlus fakt, że się posługuje „światem” już tylko poto. Z Bergottem było mu to trochę przykre, bo czuł, że Bergotte nie jest utylitarystą jak ludzie światowi i wart jest czegoś więcej. Ale życie barona było bardzo wypełnione; jeżeli znajdował czas, to tylko wtedy, kiedy miał wielką ochotę na coś, naprzykład kiedy się to odnosiło do Morela. Co więcej, sam bardzo inteligentny, obojętny był na rozmowę człowieka inteligentnego: zwłaszcza Bergotte był na jego gust zanadto literatem i był z innego klanu, nie wchodził w jego punkt widzenia. Co się tyczy Bergotte'a, zdawał on sobie sprawę z interesowności wizyt barona, ale nie miał o to pretensji; całe życie był niezdolny do konsekwentnej dobroci, ale lubił zrobić komuś przyjemność, umiał rozumieć, a nie szukał satysfakcji w tem aby komuś dawać nauczkę. Nie podzielał w żadnej mierze przywary pana de Charlus, ale raczej stanowiła ona element koloru danej osobistości, fas et nefas dla artysty, wspierające się nie na żywych przykładach, ale na wspomnieniach Platona lub Sodomy.

— Ale ciebie, piękny młodzieńcze, nie często się widzi na quai Conti. Nie nadużywasz gościnności tego domu.

Odpowiedziałem, że przeważnie dotrzymuję towarzystwa kuzynce.

— Patrzcie go! towarzystwo kuzynki, jakie to niewinne! — rzekł p. de Charlus do Brichota. I zwracając się znów do mnie, dodał: — Ależ my nie żądamy rachunku z tego co robisz, moje dziecię. Wolno ci robić to, co cię bawi. Żałujemy jedynie, że nie mamy w tem udziału. Zresztą ma pan wyborny gust, urocza jest pańska kuzynka, niech się pan spyta Brichota, zaprószył nią sobie głowę w Doville. Będzie nam jej brakowało dzisiaj. Ale możeś pan dobrze zrobił, żeś jej nie przyprowadził. To cudowna rzecz ta muzyka Vinteuila. Ale dowiedziałem się, że ma tu być córka autora i jej przyjaciółka, osoby o straszliwej reputacji. To zawsze kłopotliwe dla młodej panienki. Będą tutaj, chyba że nie mogły przyjechać. Miały być już popołudniu na malej domowej próbie, którą pani Verdurin urządziła i na którą zaprosiła samych nudziarzy, rodzinę, ludzi których nie chcieliśmy mieć wieczorem. Otóż dopiero co przed obiadem Charlie powiedział nam, że to co nazywamy, „obie panny Vinteuil”, oczekiwane niezawodnie, nie przybyły.

Mimo straszliwego bólu jaki uczułem zestawiając nagle ze skutkiem (wyłącznie znanym mi wprzódy) odkrytą wreszcie przyczynę projektów Albertyny, mianowicie zapowiedzianą (ale nieznaną mi) obecność panny Vinteuil i jej, przyjaciółki, zachowałem na tyle rozeznania, aby zanotować, że p. de Charlus, który oświadczył przed paru minuta mi, że nie widział Morela od rana, zdradził się przez nieuwagę z tem że go widział przed obiadem.

Cierpienie moje stało się widoczne: „Ale co panu? — rzekł baron; zielony pan jest; no, wejdźmy, zaziębi się pan, fatalnie pan wygląda”. Uczuciem, jakie zrodziły we mnie słowa pana de Charlus, nie były wątpliwości co do cnoty Albertyny. Wiele innych podejrzeń wdarło się już we mnie; za każdem nowem wątpieniem wydaje się nam że miara jest przebrana, że nie zdołamy go już wytrzymać; a potem i tak znajduje sobie miejsce, i skoro raz dostanie się w nasze wnętrze, ściera się z tyloma pragnieniami ufności, z tyloma powodami do zapomnienia, że dość szybko przystosowujemy się do niego, przestajemy się niem w końcu zajmować. Zastaje w nas jedynie, jako ból nawpół uleczony, groźba cierpienia, która, niby podszewka pragnienia, z tej samej kategorji co ono i jak ono stawszy się centrum naszych myśli, sączy w nie na nieskończoną odległość subtelne smutki — smutki, podobnie jak żądza rozkoszy, nieodgadnionego pochodzenia — wszędzie gdzie może się coś skojarzyć z myślą o tej którą kochamy. Ale ból budzi się, kiedy w nas wstąpi całkowicie nowe wątpienie; daremnie natychmiast prawie powiadamy sobie: „jakoś się z tem uporam, znajdzie się jakiś sposób na to aby nie cierpieć, to nie musi być prawda”; mimo to, w pierwszym momencie cierpiało się tak, jak by się wierzyło. Gdybyśmy mieli tylko członki takie jak ręce i nogi, życie byłoby znośne; na nieszczęście, nosimy w sobie ten drobny organ, który zowiemy sercem, podległy pewnym chorobom, w trakcie których jest on nieskończenie wrażliwy na wszystko co dotyczy życia danej osoby. I kłamstwo — ta rzecz niewinna i w której żyjemy tak wesoło, czy uprawiamy je my, czy kto inny kiedy pochodzi od tej osoby, przyprawia owo małe serce (powinno by się je móc usuwać chirurgicznie!) o ból nie do zniesienia. Nie mówmy o mózgu, bo chociaż nasza myśl mędrkuj, e bez końca w czasie tych ataków, nie zmienia ich, tak samo jak nasza uwaga nie ma wpływu na ból zębów. Niewątpliwie, osoba ta winna jest że skłamała, przysięgała przecież że zawsze będzie nam mówiła prawdę! Ale wiemy z własnego przykładu w stosunku do innych, co warte są przysięgi. I chcieliśmy im dawać wiarę, kiedy pochodziły od niej, mającej właśnie wszelki interes w tem aby nam skłamać i nie wybranej zresztą przez nas dla swoich cnót! Prawda że później — właśnie kiedy serce stanie się obojętne na kłamstwo — nie potrzebowałaby już prawie wcale kłamać — dlatego że już nie będziemy się interesowali jej życiem. Wiemy to, mimo to poświęcamy chętnie nasze życie, bądź zabijając się dla tej osoby, bądź idąc na śmierć za zabicie jej, bądź poprostu wydając dla niej w kilka wieczorów cały majątek, co nas zmusza później do samobójstwa, bo nie mamy już nic. Zresztą, choćbyśmy się czuli najspokojniejsi w czasie gdy kochamy, miłość znajduje się w sercu zawsze w stanie niestałej równowagi. Lada co wystarczy, aby ją przechylić w stronę szczęścia; promieniejemy, obsypujemy czułościami nie tę którą kochamy, ale tych co nas podnieśli w jej oczach, co ją ustrzegli od wszelkiej pokusy; i myślimy że jesteśmy spokojni, a wystarczy jednego słowa: „Gilberta nie przyjdzie” albo „zapowiedziała się panna Vinteuil”, aby całe przygotowane szczęście, do którego wyciągaliśmy ręce, runęło w gruzy, aby się słońce schowało, aby się wiatr zmienił i aby się rozpętała wewnętrzna burza, której pewnego dnia nie będziemy się już zdolni oprzeć. W tym dniu, w dniu kiedy serce stało się tak kruche, przyjaciele darzący nas swoim podziwem cierpią nad tem, że takie nic, taka istota może nam zadać ból, może nas uśmiercić. Ale co poradzą na to? Kiedy poeta umiera na zapalenie płuc, czy możemy sobie wyobrażać przyjaciół tłumaczących pneumokokom, że poeta ma talent i że pneumokoki powinnyby go oszczędzić?

Podejrzenie tyczące się panny Vinteuil nie było bezwzględnie nowe. Ale moja popołudniowa zazdrość o Leę i jej przyjaciółki stłumiła je poniekąd. Skoro tamto niebezpieczeństwo znikło, uczułem spokój, sądziłem żem go odzyskał na zawsze. Ale nowy był dla mnie zwłaszcza pewien spa cer, o którym Anna powiedziała mi: „Byłyśmy tam a tam, nie spotkałyśmy nikogo”, gdy przeciwnie panna Vinteuil umówiła się na tym spacerze z Albertyną do pani Verdurin. Teraz pozwoliłbym chętnie Albertynie wychodzić samej, chodzić gdzie tylko chce, bylebym mógł gdzieś zamknąć pannę Vinteuil i jej przyjaciółkę i mieć pewność że ich Albertyna nie spotka. Bo zazdrość jest przeważnie cząstkowa, o zmiennych lokalizacjach, bądź dlatego że jest bolesnem przedłużeniem niepokoju wywołanego to przez tę to przez inną osobę, którą kochanka nasza mogłaby pokochać, bądź wskutek ograniczenia naszej myśli, zdolnej pojąć jedynie to co sobie wyobraża, resztę zaś zostawiającej w stanie mglistym, prawie bezbolesnym.

W chwili gdyśmy mieli zadzwonić do bramy, złapał nas Saniette, który oznajmił, że księżna Szerbatow umarła o szóstej, i dodał, że nas nie poznał odrazu. „Patrzałem przecież na was od dłuższej chwili — rzekł zdyszany. Nie jest-że to ciekawem, żem się zawahał? „Czy to nie ciekawe” wydałoby mu się błędem; upodobanie w staroświeckich zwrotach przechodziło u niego w manję. „A przecież panowie stanowicie znajomość do której można się przyznać. Jego ziemista cera zdawała się oświetlona ołowianym blaskiem burzy. Zadyszka, która jeszcze tego lata zjawiała się jedynie wtedy kiedy pan Verdurin „mył mu głowę”, była teraz stała. „Wiem, że wyborni artyści, osobliwie Morel, mają wykonać niewydane dzieło Vinteuila. — Czemu osobliwie? spytał baron, który dopatrywał się w tym przysłówku krytyki. — Nasz przyjaciel Saniette — pośpieszył Brichot, obejmując rolę tłumacza — jako niepospolity erudyta mówi chętnie językiem epoki, w której osobliwie znaczyło „zwłaszcza”.

Kiedyśmy wchodzili do przedpokoju, p. de Charlus zapytał mnie czy pracuję. Kiedym odrzekł że nie, ale że bardzo się w tej chwili interesuję starem srebrem i porcelaną, powiedział że nigdzie nie zobaczę piękniejszych rzeczy niż u Verdurinów; byłbym je zresztą mógł oglądać w la Raspeliére, bo, pod pozorem że przedmioty są też przyjaciółmi, Verdurinowie robili to szaleństwo że wszystko zabierali z sobą. Baron dodał, że trochę kłopotliwe jest wyciągać dla mnie wszystko w dniu proszonego wieczoru, ale postara się, aby mi pokazano co zechcę. Poprosiłem, żeby tego nie robił. P. de Charlus rozpiął palto, zdjął kapelusz; ujrzałem iż głowa jego srebrzy się miejscami. Ale baron robił wrażenie cennego krzewu, przybierającego jesienne barwy, którego liście ochroniono zawijając w watę lub umocowując gipsem; kilka siwych włosów na wierzchołku dopełniało jedynie pstrokacizny twarzy. A jednak, nawet pod warstwami rozmaitych wyrazów, szminek i hipokryzji, które ją maskowały tak licho, twarz pana de Charlus wciąż ukrywała niemal całemu światu sekret, który dla SI mnie wprost z niej krzyczał. Byłem niemal zażenowany jego oczami; balem się, aby mnie nie schwycił na tem że w nich czytam ten sekret jak w otwartej książce; zażenowany jego głosem, który mi powtarzał ten sekret na wszystkie tony z niestrudzonym bezwstydem. Ale tajemnice takich ludzi są bezpieczne, bo wszyscy w ich pobliżu stają się głusi i ślepi. Osoby, dowiadujące się prawdy pośrednio, przez Verdurinów naprzykład, wierzyły w nią, ale tylko póty, póki nie znały p. de Charlus. Jego twarz nietylko nie potwierdzała brzydkich pogłosek, ale rozpraszała je. Tworzymy sobie o pewnych abstrakcjach pojęcie tak wielkie, że nie umielibyśmy ich utożsamić z poufałemi rysami znajomej osoby. I z trudnością uwierzymy w tego rodzaju przywary, jak nie uwierzymy nigdy w genjusz człowieka, z którym jeszcze wczoraj byliśmy w Operze.

P. de Charlus oddawał do szatni palto ze swobodą stałego gościa. Ale lokaj przy szatni był nowy, bardzo młody. Otóż, p. de Charlus tracił obecnie często to, co się nazywa „busolą” i nie zdawał już sobie sprawy z tego co przystoi a co nie przystoi. Jego znana nam z Balbec chwalebna chęć pokazania że go nie przerażają pewne tematy, że się nie boi rzec o kimś: „Ładny chłopiec”, słowem powiedzieć to samo co mógłby powiedzieć ktoś nie będący z „takich”, teraz przeciwnie wyrażała się często mówieniem rzeczy, których nie mógłby powiedzieć ktoś nie będący z „takich”. Rzeczy te zaprzątały go tak ustawicznie, iż baron zapominał, że nie wszyscy wciąż o nich myślą. Toteż, patrząc na nowego lokaja, podniósł palec i myśląc iż robi wyborny żart, rzekł: „Słuchaj, zabraniam ci robić do mnie oko w ten sposób. Poczem, obracając się do Brichota, dodał: „Ma zabawną buziułkę ten mały, pocieszny ten nosek. I kontynuując swój żarcik lub odczuwając przypływ żądzy, opuścił poziomo palce, zawahał się chwilę, poczem, nie mogąc się wstrzymać, wysunął nieodparcie palec prosto ku lokajowi i dotknął mu końca nosa, mówiąc: „Pif”. — Ucieszna buda, pomyślał lokaj, który pytał później kolegów, czy baron jest kawalarz czy bzik. — Takie już ma maniery, odparł maître d'hôtel (który miał barona trochę za narwanego, trochę z „fiołem”), ale to wielki przyjaciel państwa, godny człowiek, złote serce”.

— Czy pan będzie w tym roku w Incarville? — spytał mnie Brichot. Zdaje się, że nasza pryncypałka wynajęła znów la Raspelière, mimo że miała kłopoty z właścicielami. Ale to nic, takie chmury łatwo się rozpraszają — dodał tym samym optymistycznym tonem, jakim dzienniki mówią: „Popełniono błędy, oczywiście, ale któż nie popełnia błędów? Ale ja pamiętałem, w jakim stanie opuściłem Balbec i nie pragnąłem bynajmniej tam wrócić. Odkładałem z dnia na dzień projekty w związku z Albertyną. „Ale rozumie się, że przyjedzie, pragniemy tego, nieodzowny nam jest” oświadczył p. de Charlus z autorytatywnym i nic nie rozumiejącym egoizmem uprzejmości.

W tej chwili Verdurin wyszedł na nasze spotkanie. Verdurin, któremu złożyliśmy kondolencje z powodu księżnej Szerbatow, rzekł: „Tak, wiem, że z nią niedobrze. — Ale nie, umarła o szóstej, wykrzyknął Saniette. — Pan zawsze przesadza, odparł brutalnie Verdurin, który, wobec tego że wieczoru nie odwołano, wolał przyjąć hipotezę choroby, bezwiednie naśladując w tem księcia de Guermantes. Saniette, nękany obawą przeziębienia, bo bramę ustawicznie otwierano, czekał z rezygnacją, aby wzięto jego rzeczy.

— Co pan tam tak waruje jak pies? — spytał go Verdurin.

— Czekam, żeby ktoś z tych co czuwają koło rzeczy wziął mój paltot i dał mi numer.

— Co pan plecie? — spytał go surowo pan Verdurin: — „co czuwają koło rzeczy”. Czy pan się robi ramol, mówi się „pilnują rzeczy”. Widzę, że pana trzeba uczyć po francusku, jak kogoś kto miał atak paraliżu. — Czuwać koło czegoś, to jest właściwa forma; ksiądz Le Batteux… — Drażnisz mnie pan! — wykrzyknął Verdurin straszliwym głosem. Jak pan sapie! Czyś się pan drapał na szóste piętro?

Brutalność Verdurina miała ten skutek, że lokaje z szatni przepuścili inne osoby przed Saniettem, kiedy zaś ów chciał podać rzeczy, odpowiedziano mu: „Po kolei, proszę pana, niech się pan tak nie spieszy”.

— Oto mi porządek, tak się należy, brawo, dobrzy ludzie — rzekł z uśmiechem sympatji Verdurin, umacniając lokajów w intencji załatwienia Saniette'a aż po wszystkich. — Chodź pan — rzekł; to bydlę chce nas wszystkich uśmiercić w swoim ulubionym przeciągu. Pójdźmy się trochę ogrzać do salonu. „Czuwać koło rzeczy”! wykrzyknął jeszcze, kiedyśmy się znaleźli w salonie; co za dureń!

— Robi się zmanierowany, ale to nie jest zły chłopak — rzekł Brichot.

— Ja nie mówiłem, że jest zły; mówiłem że idjota — odparł cierpko Verdurin.

Tymczasem pani Verdurin odbywała wielką naradę z Cottardem i ze Skim. Morel odrzucił świeżo zaproszenie do domu, gdzie pani Verdurin przyrzekła jego udział, a odrzucił dlatego, że p. de Charlus nie mógł tam być. Racja odmowy Morela grania u przyjaciół pani Verdurin — racja do której, jak ujrzymy za chwilę, przyłączą się inne, o wiele poważniejsze — mogła być w związku ze zwyczajem właściwym naogół sferom próżniaczym, ale specjalnie tej „paczce”. Zdarzało się, że pani Verdurin podchwyciła między nowymwiernym jakieś słówko powiedziane półgłosem a mogą budzić przypuszczenie że oni się znają albo mają chęć zbliżyć się z sobą (,,zatem w piątek tam a tam”, albo: „niech pan zajdzie kiedy do mnie do pracowni, zawsze jestem do piątej, zrobi mi pan prawdziwą przyjemność”). Wówczas, wzburzona, podejrzewając w nowym świetną zdobycz dla małego klanu, pryncypałka, udając że nic nie słyszała i wciąż zachowując w pięknych oczach, podkrążonych przez nałóg Debussy'ego (nałóg groźniejszy od kokainy), wyraz znużenia, związany nierozdzielnie z u pojeniami muzyki, toczyła mimo to, pod swojem wspaniałem czołem, wysklepionem przez tyle kwartetów i związanych z niemi migren, myśli nie wyłącznie polifoniczne; wreszcie, nie mogąc już wytrzymać, nie mogąc już czekać ani sekundy na ten „zastrzyk” moralny, rzucała się na dwóch rozmawiających, odciągała ich na stronę, i mówiła do nowego, wskazując wiernego: „Czy nie zechciałby pan przyjść na obiad z nim naprzykład w sobotę, albo kiedy pan zechce, w miłej kompanii! Nie mówcie o tem za głośno, bo nie chcę zapraszać całego zbiegowiska” (termin określający na te pięć minut „paczkę”, wzgardzoną chwilowo dla „nowego”, przedmiotu tylu nadziei).

Ale ta potrzeba entuzjazmu, a także kojarzenia, miała swoją przeciwwagę. Kult „środy” rodził u Verdurinów przeciwną chętkę. Była nią żądza skłócenia, oddalenia. Umocniły ją, doprowadziły niemal do szału, miesiące w la Raspelière, gdzie widywano się od rana do wieczora. Verdurin wysilał się aby kogoś złapać na jakiemś przestępstwie, snuł przędzę, w którą mógłby napędzić swojej pajęczycy niewinną muszkę. W braku istotnych win, czepiano się śmiesznostek. Z chwilą gdy wierny wyszedł na pół godziny, drwiono z niego wobec innych, dziwiono się że nie zauważyli jakie ma zawsze brudne zęby, lub przeciwnie że je czyści maniacko dwadzieścia razy dziennie. Jeżeli ktoś się ośmielił otworzyć okno, ten brak wychowania powodował wymianę oburzonych spojrzeń pryncypała i pryncypałki. Po chwili, pani Verdurin kazała sobie podać szal, co pozwalało panu Verdurin powiedzieć z wściekłą miną: „Ale nic, zamknę okno; ciekawym, kto sobie pozwolił otworzyć je” — w obecności winnego, który się rumienił po uszy. Wymawiano gościowi niemal ilość wypitego wina. „Czy to panu nie szkodzi? Pije pan jak robociarz”. Wspólne spacery dwóch wiernych, którzy uprzednio nie opowiedzieli się pryncypałce, pociągały nieskończone komentarze, choćby spacer był najniewinniejszy. Spacery pana de Charlus z Morelem były mniej niewinne. Jedynie fakt, że baron nie mieszkał w la Raspelière (z powodu służby wojskowej Morela) opóźnił moment przesytu, wstrętu, mdłości; ale moment ten miał niebawem nadejść.

Pani Verdurin była wściekła i gotowa „oświecić” Morela co do śmiesznej i wstrętnej roli, jaką mu narzucał p. de Charlus. Kiedy pani Verdurin czuła, że jest komuś winna uciążliwą dla niej wdzięczność, nie mogąc zamordować tego człowieka z obawy kryminału, odkrywała w nim poważną wadę, zwalniającą jej sumienie od wdzięczności. — „Doprawdy — mówiła — jego fasony u mnie wcale mi się nie podobają”. Bo w istocie pani Verdurin miała poważniejsze pretensje do pana de Charlus, niż o ten opór Morela wobec zaproszenia przyjaciół. Przejęty zaszczytem, jaki wyświadczył pryncypałce, sprowadzając na quai Conti osoby, które w istocie nie byłyby tam przyszły dla niej samej, baron założył przy pierwszych nazwiskach, które zaproponowała pani Verdurin, najformalniejszy protest. Stanowczy jego ton łączył drażliwość kostycznego magnata, despotyzm artysty i mistrza od takich fet, raczej skłonnego cofnąć się i odmówić swego udziału, niż zniżyć się do ustępstw, niweczących, jego zdaniem, całość. P. de Charlus zaaprobował, mimo iż nie bez zastrzeżeń, jedynie Saintine'a, z którym, aby nie przyjmować jego żony, pani de Guermantes przeszła od codziennych stosunków do zupełnego zerwania, ale z którym p. de Charlus, ceniąc jego inteligencję, wciąż się stykał. Zapewne, Saintine, niegdyś kwiat salonu Guermantów, postarał się szukać fortuny i (jak sądził) punktu oparcia w mieszczaństwie skrzyżowanem z drobną szlachtą w sferze gdzie wszyscy są tylko bardzo bogaci i spowinowaceni z arystokracją — ale taką, którą wielka arystokracja ignoruje. Ale pani Verdurin, znając arystokratyczne pretensje sfer pani Saintine, a nie zdając sobie sprawy z sytuacji męża (bo wrażenie wysokości daje nam to, co jest trochę powyżej nas, nie zaś to co jest nam prawie niewidoczne, tak dalece gubi się w obłokach), sądziła iż musi usprawiedliwić zaproszenie pana Saintine, podkreślając, że on „ma wiele stosunków, jako mąż panny X”. Ciemnota o jakiej świadczył ten pogląd, diametralnie sprzeczny z prawdą, sprawiła, że na pomalowanych wargach barona wykwitł uśmiech pobłażliwej wzgardy i szerokiej tolerancji. Nie raczył odpowiedzieć wprost, ale ponieważ chętnie budował w materji światowej teorje, w których wyrażała się jego bujna inteligencja oraz wyniosła duma, rzekł potwierdzając tem dziedziczną błahość swoich zainteresowań:

— Saintine powinien był się mnie poradzić, zanim się ożenił; istnieje eugenika socjalna, jak eugenika fizjologiczna, a ja jestem może jedynym jej doktorem. Wypadek Saintine'a nie podlegał dyskusji; jasne było, że żeniąc się w ten sposób, wiąże sobie kulę u nogi i chowa własne światło pod korcem. Jego karjera była skończona. Byłbym mu to wytłumaczył i zrozumiałby mnie, bo jest inteligentny. Naodwrót istniała pewna osoba, posiadająca wszystko co trzeba aby mieć sytuację wysoką, dominującą, uniwersalną, tylko straszliwy ka bel wiązał ją do ziemi. Pomogłem jej, wpół namową, wpół siłą, zerwać linię, i teraz osoba ta zdobyła tryumfalną wolność, wszechpotęgę którą zawdzięcza mnie; trzeba było może trochę wysiłku woli, ale jakaż nagroda! W ten sposób, ktoś kto mnie umie słuchać, sam jest kowalem swojego losu.

Było aż nadto oczywiste, że pan de Charlus nie umiał pokierować swoim; inna rzecz działać, a inna mówić, nawet wymownie, i myśleć, nawet inteligentnie.

— Co się mnie tyczy — ciągnął baron — żyję jak filozof, obserwujący ciekawie reakcje społeczne, które przepowiedziałem; ale nie pomagam im. Toteż zachowałem stosunki z Saintinem, który zawsze miał dla mnie ów żarliwy szacunek, jaki mi się należy. Byłem nawet u niego na obiedzie na nowem mieszkaniu, gdzie pośród największego zbytku ladzie nudzą się tyle ile bawili się dawniej, kiedy, trochę po cygańsku, zbierał w małej klitce najlepsze towarzystwo. Może go pani zaprosić, zgoda, ale zgłaszam veto wobec wszystkich innych nazwisk, które mi pani proponuje. I podziękuje mi pani za to, bo, o ile jestem ekspertem od małżeństw, jestem również ekspertem od przyjęć. Znam osoby które podciągają zebrania wzwyż, dają im rozmach, polot, i znam nazwiska, które strącają je na ziemię, na płask.

Ten ekskluzywizm pana de Charlus nie zawsze wspierał się na urazach człowieka pomylonego lub na wyrafinowaniach artysty; czasem płynął z ambicyj aktora. Kiedy baron wygłosił o kimś, lub o czemś tyradę szczególnie udaną, chciał ją zaprodukować możliwie największej ilości osób, bacząc przy tem, aby do nowej partji zaproszonych nie dopuścić gości z pierwszej partji, zdolnych stwierdzić że brawurowy „kawałek” nie uległ zmianie. Zmieniał publiczność właśnie dlatego że nie zmieniał programu; osiągnąwszy w rozmowie sukces, chętnie zorganizowałby tournée i występy na prowincji!

Jakiebądź były pobudki tych ostracyzmów, kaprysy barona nietylko drażniły panią Verdurin, dotkniętą w powadze gospodyni, ale, biorąc rzecz światowo, wyrządzały jej wielkie szkody; a to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, p. de Charlus, jeszcze drażliwszy od Jupiena, zrywał bez wiadomego powodu z osobami najbardziej stworzonemi na jego przyjaciół. Oczywiście, jedną z pierwszych kar, jaką im wymierzał, było nie zapraszanie ich na przyjęcia, które organizował u Verdurinów. Otóż wśród tych pariasów byli często ludzie bardzo dobrze sytuowani, którzy dla pana ds Charlus tracili ten przymiot z chwilą gdy się z nimi poróżnił. Bo jego wyobraźnia tak skora przypisywać ludziom winy poto aby się z nimi poróżnić, celowała w odzieraniu ich z wszelkiego znaczenia z chwilą gdy stracili jego przyjaźń. Jeżeli naprzykład wia ny był człowiekiem z rodziny bardzo starej, ale z tytułem książęcym, datującym dopiero od XIX wieku (jak np. Montesquiou), z dnia na dzień liczyła się dla pana de Charlus jedynie dawność tytułu, rodzina była niczem. „To nie są nawet książęta — wykrzykiwał. Poprostu tytuł księdza de Montesquiou przeszedł nieprawnie na jego krewniaka, niespełna osiemdziesiąt lat temu. Obecny „książę” jeżeli można go tak nazywać — jest trzeci z kolei. Gadaj mi pan o takich ludziach jak Uzès, La Tremollle, jak Luynes, dziesiątych i czternastych diukach; jak mój brat, dwunasty diuk de Guermantes a siedemnasty książę Kordowy! Montesquiou są ze starej rodziny, więc co? czegóż by to dowodziło, nawet gdyby było dowiedzione? Tak starej, że aż zmurszałej.

Jeżeli przeciwnie baron poróżnił się z arystokratą, diukiem z dziada pradziada, mającym wspaniałe parantele, spokrewnionym z panującymi, ale z rodu któremu ten blask przyszedł nader szybko i nie sięgał zbyt dawno, jak naprzykład Luynes, wszystko było odwrotnie: sam ród się liczył. „Pytam się was, powiedzcie, taki pan Alberti ledwie oskrobany z chamstwa za Ludwika XIII! Cóż to ma za znaczenie że łaska dworu pozwoliła im zgromadzić diukostwa, do których nie mieli żadnego prawa?”

Co więcej, u pana de Charlus, upadek następował tuż po szczytach łaski, z racji owej natury Guermantów, skłonnej wymagać od rozmowy, od przyjaźni, tego czego one nie mogą dać — z dodatkiem znamiennego lęku przed obmową. A upadek był tem głębszy im łaska była większa. Otóż nikt nie cieszył się u barona łaską równą tej, jaką ostentacyjnie okazywał hrabinie Molé. Przez jakiż niedostatek gorliwości hrabina dowiodła pewnego dnia, że jest tej łaski niegodna? Nigdy nie mogła tego odgadnąć. Faktem jest, że samo jej nazwisko budziło furję barona, jego najwymowniejsze i najzjadliwsze filipiki. Pani Verdurin, dla której pani Molé była bardzo uprzejma i która, jak to ujrzymy, podkładała w niej wielkie nadzieje, cieszyła się z góry myślą, że hrabina spotka u niej ludzi najlepiej urodzonych z całej — jak mówiła pryncypałka — „Francji i Nawary”; zaproponowała też natychmiast, żeby zaprosić „panią de Molé”.

— Och, mój Boże, rozumiem wszystkie gusty — odparł p. de Charlus — i jeżeli pani lubi pogwarzyć z panią Puszczalską, z panią Bajdalską, albo z panią Prudhomme, nie mam nic przeciwko temu; ale niech to się stanie w dniu. kiedy mnie nie będzie. Widzę od pierwszych słów, że nie mówimy wspólnym językiem, skoro ja pani wymieniam nazwiska arystokratyczne, a pani mi cytuje najobskurniejszych parweniuszów, łyków, krętaczy i plotkarzy! damulki, uważające się za protektorki sztuki dlatego że małpują wzięcie mojej bratowej Guermantes, nakształt sroki, która myśli że udaje pawia. Dodam, że byłoby grubą nieprzyzwoitością na fetę, którą raczę urządzić u pani Verdurin, wprowadzać osobę, nie bez powodu wykluczoną z mojego towarzystwa, gęś bez urodzenia, bez lojalności, bez inteligencji, natyle niepoczytalną aby sobie wyobrażać, że może grać diuszessy i pryncessy de Guermantes — połączenie, będące samo w sobie głupstwem, skoro księżna Marja i księżna Oriana stanowią właśnie dwa przeciwne bieguny. To tak jakby aktorka miała pretensję być równocześnie panną Reichenberg i Sarą Bernhardt. W każdym razie, nawet gdyby to nie było absolutnie sprzeczne, byłoby głęboko komiczne. To, że ja mogę — ja — uśmiechać się czasem z przesady jednej a martwić się ograniczeniem drugiej, to moje prawo. Ale ta mieszczańska żaba, nadymająca się aby dorównać dwom wielkim damom, które bądź jak bądź błyszczą zawsze nieporównaną dystynkcją rasy, to, jak to mówią, końby się uśmiał. Imćpani Molé! Proszę już nie wspominać tego nazwiska, albo nie pozostaje mi już nic, jak tylko się usunąć — dodał z uśmiechem, tonem lekarza, który, pragnąc dobra pacjenta wbrew jemu samemu, nie pozwoli sobie narzucić konsylium z homeopatą.

Z drugiej strony, niektóre osoby, uznane za „nicość” przez pana de Charlus, mogły być w istocie nicością dla niego, ale nie dla pani Verdurin. Przy swojem urodzeniu, p. de Charlus mógł się obejść bez ludzi najwytworniejszych, których obecność uczyniła by salon pani Verdurin jednym z pierwszych w Paryżu. Otóż, pani Verdurin zaczynała uważać, że już wiele razy chybiła sposobności, nie licząc olbrzymiego opóźnienia, o jakie ją przyprawiła omyłka (ze światowego punktu widzenia) w sprawie Dreyfusa, oddając jej coprawda zarazem przysługę. Nie wiem, czym opowiedział, jak niemile widziała pani de Guermantes to, że osoby z jej świata, poddając wszystko kryterjom „Sprawy”, wykluczały kobiety eleganckie a przyjmowały nieeleganckie zależnie od ich stosunku do Dreyfusa; poczem ją samą znowuż krytykowały te same panie jako letnią, ile myślącą i poddającą światowym etykietkom interesy Ojczyzny; czy mógłbym spytać o to czytelnika, jak przyjaciela, kiedy, po tylu kolejach rozmowy, nie przypominamy już sobie, czyśmy pamiętali i czyśmy mieli sposobność zapoznania go z pewnemi sprawami. Czy to zrobiłem czy nie, łatwo sobie wyobrazić zachowanie się pani de Guermantes w owej chwili; a nawet, jeśli się przeniesiemy w późniejszy okres, uznać je, ze światowego punktu widzenia, za zupełnie słuszne. P. de Cambremer uważał sprawę Dreyfusa za zagraniczną intrygę, mającą na celu zniszczenie Service des Renseignement, złamanie dyscypliny, osłabienie armii, rozdwojenie Francuzów, przygotowanie najazdu. Ponieważ literatura była, poza paroma bajkami la Fontaine'a, obca margrabiemu, zostawiał żonie trud stwierdzenia, że literatura wsparta na okrutnej obserwacji, działała równie wywrotowo, stwarzając atmosferę nieuszanowania. „Panowie Reinach i Hervieu zwąchali się” powiadała.

Nie będziemy pomawiali sprawy Dreyfusa o knucie równie czarnych planów w stosunku do „świata”. Ale to pewna, że skruszyła ona jego ramy. Światowcy, którzy nie chcą wpuścić polityki do „świata”, są równie przewidujący, jak wojskowi którzy nie chcą dopuścić polityki do armji. Ze „światem” jest tak jak z pociągiem płciowym, który mógłby dojść niewiadomo do jakich perwersyj, gdyby się raz dopuściło swobodę gustów. Faubourg Saint-Germain przywykło widzieć u siebie damy z innej sfery dla tego że były nacjonalistkami; powód znikł wraz z nacjonalizmem, przyzwyczajenie zostało. Dzięki dreyfusizmowi, pani Verdurin ściągnęła do siebie wybitnych pisarzy, którzy na razie nie przedstawiali dla niej żadnej wartości światowej, bo byli dreyfusistami. Ale namiętności polityczne są jak inne, nie trwają. Przychodzą nowe pokolenia, które ich już nie rozumieją. Nawet to pokolenie, które im podlegało, zmienia się, odczuwa pasje polityczne, które, nie będąc ściśle skopiowane z poprzednich, każą im rehabilitować część proskrybowanych, skoro się przyczyny proskrybcji zmieniły. Podczas sprawy Dreyfusa monarchiści nie troszczyli się o to, czy ktoś jest republikanin, nawet radykał, nawet antyklerykał, byle był antysemitą i nacjonalistą. Gdyby kiedy miała przyjść wojna, patrjotyzm przybrałby inne formy, i nie troszczonoby się o to, czy pisarz-szowinista był niegdyś za Dreyfusem czy przeciw. W ten sposób, przy każdym przełomie politycznym, przy każdej odnowie artystycznej, pani Verdurin skubała pomalutku, jak ptak ścielący gniazdko, źdźbła — na razie nie dające się zużyć — do tego, czem miał być kiedyś jej salon. Sprawa Dreyfusa minęła, został jej Anatol France. Siłą pani Verdurin była szczera miłość sztuki, trud jaki sobie zadawała dla wiernych, wspaniale obiady dawane dla nich samych, bez udziału światowców. Każdego z wiernych traktowano u niej tak, jak niegdyś był traktowany Bergotte u pani Swann. Kiedy gość tego typu stawał się kiedyś znakomitością, którą świat pragnie oglądać, obecność jego u pani Verdurin nie miała nic sztucznego, fałszowanego; nic z kuchni „Potel et Chabot” oficjalnego bankietu; to był niezrównany codzienny stół, równie wyborowy w dniu gdy nie było gości. U pani Verdurin była doskonała i wyćwiczona trupa, pierwszorzędny repertuar — brakowało jedynie publiczności. I od czasu jak smak publiczności odwracał się od racjonalnej i francuskiej sztuki jakiegoś Bergotte'a i kochał się zwłaszcza w egzotycznej muzyce, pani Verdurin — rodzaj paryskiej ekspozytury wszystkich zagranicznych artystów — miała niebawem, obok uroczej księżnej Jurbeletiew, być starą ale wszech potężną wróżką Carabosse rosyjskiego baletu. Ten czarujący najazd, którego urokom bronili się jedynie krytycy pozbawieni smaku, wprawi! Paryż, jak wiadomo, w gorączkę ciekawości mniej ostrą, czysto estetyczną, ale może równie żywą jak sprawa Dreyfusa. Tu znowu pani Verdurin miała być w pierwszym rzędzie ale z całkiem innym światowym rezultatem. Tak jak ją widziano obok pani Zola tuż u stóp trybunału, na sesjach Sądu przysięgłych, tak teraz, kiedy nowy świat oklaskujący rosyjski balet tłoczył się w Operze, strojny w egzotyczne egretki, zawsze widziało się w najlepszej loży panią Verdurin obok księżnej Jurbeletiew. I jak po wzruszeniach sali sądowej spieszyło się wieczorem do pani Verdurin aby oglądać z bliska Picquarta lub Laboriego, a zwłaszcza aby usłyszeć ostatnie nowiny, wiedzieć czego się można spodziewać po Zurlindenie, po Loubecie, no pułkowniku Jouaust, po Regulaminie, tak samo, nie mając zbytniej ochoty do snu po entuzjazmie rozpętanym przez Szeherazadę lub Tańce księcia Igora, szło się do pani Verdurin, gdzie, pod egidą księżnej Jurbeletiew oraz „pryncypałki”, wyśmienita kolacja gromadziła co wieczora tancerzy (dla większej sprężystości nie jedzących obiadu), dyrektora, dekoratorów, wielkich muzyków Igora Strawińskiego i Ryszarda Straussa, niezmienną „paczkę”, z którą, jak niegdyś na kolacjach u państwa Helvetius, największe damy paryskie i zagraniczne księżniczki krwi raczyły się mieszać. Nawet ci światowcy którzy obnosili się ze swoim „smakiem” i zapuszczali się w czcze subtelności na temat rosyjskich baletów, uważając że mise en scène Sylfid jest „cieńsza” od Szeherazady (tę skłonni byli wywodzić ze sztuki murzyńskiej), uszczęśliwieni byli, mogąc oglądać z bliska wielkich odnowicieli teatralnego smaku, którzy, w sztuce sztuczniejszej maże nieco od malarstwa, spowodowali rewolucję równic głęboką jak impresjonizm.

Aby wrócić do pana de Charlus, pani Verdurin nie byłaby zbytnio cierpiała, gdyby baron pomieścił na czarnej liście jedynie hrabinę Molé i panią Bontemps, którą pani Verdurin wyróżniła niegdyś u Odety dla jej miłości sztuki, a która w epoce Dreyfusa bywała u niej czasem na obiedzie z mężem. Pana Bontemps nazywała pani Verdurin letnim, bo nie dopuszczał rewizji procesu; ale jako człowiek bardzo inteligentny i rad mieć kontakty we wszystkich stronnictwach uszczęśliwiony był, że może okazać swoją niezależność, jedząc obiad w towarzystwie Laboriego, któremu się przysłuchiwał, nie mówiąc nic kompromitującego, ale wsuwając w stosownym momencie pochwałę dla uznanej przez wszystkie partje lojalności Jauresa. Ale baron wykluczył również parę dam z arystokracji, z któremi pani Verdurin zapoznała się świeżo z okazji festiwalów muzycznych, kwest, went, i które, cobądźby o nich myślał p. de Charlus, byłyby — o wiele bardziej od niego samego — nieodzownemi elementami dla stworzenia u pani Verdurin nowego „ośrodka”, tym razem arystokratycznego.

Pani Verdurin właśnie liczyła na ten wieczór, na który p. de Charlus miał sprowadzić damy z tego samego świata; zamierzając doprosić do nich nowe znajome, cieszyła się zgóry niespodzianką, jaką będzie dla nich zastać na quai Conti swoje przyjaciółki lub krewne, zaproszone przez barona. Interdykt pana de Charlus przyniósł jej zawód i wprawił ją we wściekłość. Zachodziło pytanie, czy w tych warunkach wieczór będzie dla jej salonu zyskiem czy stratą. Strata nie byłaby zbyt poważna, gdyby bodaj damy zaproszone przez pana de Charlus przyszły tak ciepło nastrojone dla pani Verdurin, że stałyby się przyszłemi filarami jej salonu. W takim razie, nie byłoby zbytniego nieszczęścia; z czasem połączyłoby się te rozdzielone przez barona połówki wielkiego świata, choćby przyszło na ów wieczór wyrzec się jego samego. Pani Verdurin oczekiwała tedy zaproszonych przez barona dam z pewną emocją. Niebawem miała poznać usposobienie w jakiem przybywały i czego może się po nich spodziewać. W oczekiwaniu, pani Verdurin naradzała się z wiernymi, ale widząc pana de Charlus wchodzącego z Brichotem i ze mną, urwała. Ku naszemu zdumieniu, kiedy Brichot wyraził żal, że, jak słyszał, z przyjaciółką jej jest tak źle, pani Verdurin odparła: „Drogi panie, muszę się przyznać, że mnie to niewiele wzrusza. Niema celu udawać tego, czego się nie czuje”. Z pewnością mówiła tak przez lenistwo, zawczasu zmęczona myślą, że musiałaby przybierać smutną twarz na cały wieczór; a także przez dumę, aby się nie zdawało, że szuka wymówek iż nie odwołała przyjęcia; także przez obłudę i spryt, brak współczucia bowiem zaszczytniejszy był o ile płynął raczej ze specjalnej, nagle przejawiającej się antypatji do księżnej Szerbatow niż z zasadniczego braku serca; i dlatego, że szczerość, której nie można podawać w wątpliwość, mimowoli działa rozbrajająco. Gdyby pani Verdurin nie była naprawdę obojętna na śmierć księżnej, czyżby, dla usprawiedliwienia swego rautu, oskarżała się o winę znacznie cięższą? Zapominało się zresztą, że pani Verdurin, równocześnie ze swojem zmartwieniem, wyznałaby fakt, iż nie miała odwagi wyrzec się przyjemności; otóż oschłość serca była czemś bardziej rażącem, niemoralniejszem, ale mniej upokarzającem, tem samem łatwiejszem do wyznania niż namiętność uciech światowych. Tam gdzie winnemu zbrodni grozi niebezpieczeństwo, wyznania dyktuje interes; w błędach bez sankcji karnej — miłość własną. Pani Verdurin uważała z pewnością za bardzo zużyte aforyzmy ludzi, którzy, nie chcąc dla zgryzot wyrzekać się swoich przyjemności, uważają za zbyteczne obnosić się z żałobą „którą mają w sercu”. Wolała wzór inteligentnych przestępców, którzy brzydzą się kliszami zaklęć o niewinności, i których obrona — bezwiedne półwyznanie polega na powtarzaniu, że nie widzieliby nic złego w tem co im się zarzuca i czego, przypadkowo zresztą, nie mieli sposobności popełnić. Może, przyjąwszy dla wytłumaczenia swojej postawy tezę obojętności, uważała — raz osunąwszy się po pochyłości swoich złych uczuć — że jest niejaka oryginalność w odczuwaniu ich, rzadka bystrość w ich rozpoznaniu a pewien tupet w ich głoszeniu. W rezultacie, pani Verdurin akcentowała swój brak zgryzoty nie bez satysfakcji i dumy paradoksalnego psychologa i śmiałego dramaturga.

— Tak, to bardzo zabawne — rzekła — to mnie prawie nie obeszło. Mój Boże, nie mogę powiedzieć że nie wolałabym aby żyła, to nie była zła osoba.

— Owszem — przerwał Verdurin.

— A! mąż jej nie lubi, bo uważał, że jej towarzystwo przynosiło mi szkodę, ale on jest zaślepiony na tym punkcie.

— Przyznaj — rzekł Verdurin — że ja nigdy nie pochwalałem tego stosunku. Zawsze mówiłem, że ona ma złą opinię.

— Nigdy nie słyszałem — zaprotestował Saniette.

— Ależ jakto! — wykrzyknęła pani Verdurin — to było powszechnie znane; nie złą, ale haniebną, hańbiącą. Nie, ale to nie dlatego. Nie umiałam sobie wytłumaczyć swojego uczucia; nie niecierpiałam jej, ale była mi tak obojętna, iż kiedyśmy się dowiedzieli że jest bardzo chora, sam mąż był zdziwiony i rzekł: „Powiedziałby kto, że cię to nic nie obchodzi. Wiecie, dziś wieczór jeszcze proponował mi odwołanie rautu, a ja właśnie chciałam aby się odbył, bo uważałabym to za komedję okazywać zmartwienie, którego nie odczuwam.

Mówiła tak, bo sądziła, że to jest w stylu „théâtre libre”, a także bo to było bardzo wygodnie; głośno wyznawana nieczułość lub niemoralność upraszcza życie w tym samym stopniu co moralność ułatwiona; czyni obowiązek szczerości z aktów nagannych, których wówczas nie potrzeba już usprawiedliwiać. I wierni słuchali pani Verdurin z połączonem uczuciem podziwu i niesmaku, jakie budziły niegdyś pewne sztuki okrutnie i przenikliwie realistyczne; i zachwycając się, że droga pryncypałka dala nową postać swojej rzetelności i niezależności, niejeden — powiadając sobie, że ostatecznie to nie byłoby to samo — myślał o własnej śmierci i zadawał sobie pytanie, czy w dniu tej śmierci płakanoby na quai Conti, czy też wyprawionoby zabawę.

— Bardzom rad, z powodu moich gości, że wieczoru nie odwołano — rzekł p. de Charlus, który nie zdawał sobie sprawy, że wyrażając się w ten sposób drażni panią Verdurin. Mnie natomiast, jak każdego kto się zbliżył tego wieczora do pani Verdurin, uderzyła niezbyt przyjemna woń rhinogomenolu. Oto skąd pochodził ten zapach. Widzieliśmy, że pani Verdurin wyrażała zawsze swoje artystyczne wzruszenia nie w sposób duchowy ale w sposób fizyczny, iżby się wydawały przez to bardziej nieodparte i głębsze. Otóż, kiedy jej mówiono o muzyce Vinteuila — jej ulubionej — pozostawała obojętna tak jakby nie odczuwała żadnego wzruszenia. Ale, po kilku minutach nieruchomego, niemal roztargnionego spojrzenia, odpowiadała tonem ścisłym, rzeczowym, prawie niegrzecznym, tak jakby komuś mówiła: „Toby mi było obojętne że pan pali, ale chodzi mi o dywan; jest bardzo ładny (coby mi również było obojętne), ale jest łatwo palny, bardzo się boję ognia i nie chciałabym wszystkich gości usmażyć z powodu niedopałka któryby pan upuścił na ziemię”. Tym więc tonem odpowiadała: — Nie mam nic przeciwko Vinteuilowi; mojem zdaniem, to jest największy muzyk naszej epoki; tylko że ja nie mogę słuchać tych rzeczy, żeby cały czas nie płakać (słowo „płakać” bez żadnego patosu; owszem, tak naturalnie jakby powiedziała „spać”; złe języki twierdziły nawet że ten ostatni czasownik byłby prawdziwszy, czego nikt nie mógł zresztą rozstrzygnąć, bo pani Verdurin słuchała tej muzyki z głową w dłoniach i pewne odgłosy zbliżone do chrapania mogły ostatecznie być łkaniem). Płacz nie sprawia mi przykrości, owszem, mogę płakać ile kto zechce, tylko że z tego łapię wściekły katar. To wywołuje przekrwienie błony śluzowej; w dwie doby po tem wyglądam na starą pijaczkę i trzeba mi całych dni inhalacji, aby moje struny głosowe zaczęły funkcjonować. Pewien uczeń Cottarda, uroczy człowiek, leczył mnie na to. On głosi aksjomat wcale oryginalny: „Lepiej zapobiegać niż leczyć”. I aplikuje mi do nosa maść, zanim się zacznie muzyka. To jest radykalne. Mogę płakać jak cały tuzin matek które straciły dzieci, ani cienia kataru. Czasem trochę zapalenia spojówek, ale to wszystko. Skuteczność absolutna. Bez tego nie mogłabym nadal słuchać Vinteuila. Nie wychodziłam z bronchitu.

Nie mogłem się wstrzymać aby nie wspomnieć o pannie Vinteuil.

— Czy nie ma tu córki autora — spytałem pani Verdurin — i jej przyjaciółki?

— Nie, właśnie dostałam depeszę — rzekła wymijająco pani Verdurin; musiały zostać na wsi.

Miałem przez chwilę nadzieję, że nigdy nie było o tem mowy aby opuściły wieś i że pani Verdurin zapowiedziała przedstawicielki autora jedynie poto, aby korzystnie nastroić wykonawców i publiczność.

— Jakto, więc nie było ich nawet popołudniu na próbie? — rzekł z fałszywą ciekawością baron, który chciał udać że nie widział swego Charlie.

Morel podszedł się ze mną przywitać. Spytałem go pocichu o pannę Vinteuil; nie wydawał się zbytnio poinformowany. Trąciłem go, żeby nie mówił głośno, dając do zrozumienia, że jeszcze pogadamy o tem. Skłonił się, oświadczając, że pozostaje z radością do mojej dyspozycji. Zauważyłem, że jest o wiele grzeczniejszy, o wiele bardziej z szacunkiem niż dawniej: on mógłby może pomóc mi rozprószyć moje podejrzenia. Powinszowałem Morela panu de Charlus; odparł: „Robi tylko to co powinien; nie wartoby mu było żyć wśród ludzi dobrze wychowanych, gdyby miał mieć złe maniery. Dobre maniery, wedle pana de Charlus, to były stare formy francuskie, bez cienia angielskiej sztywności. Toteż kiedy Charlie, wracając z tournée po prowincji lub zagranicą, zjawiał się u barona w podróżnym stroju, ten, o ile nie było przytem zbyt wiele ludzi, całował go bez ceremonji w oba policzki, potrochu może aby przez taką ostentację odjąć czułości wszelki pozór występku; może aby sobie nie odmawiać przyjemności, ale bardziej jeszcze z pewnością dla „stylu”, ku chwale dawnych form francuskich, i tak jakby protestował przeciw monachijskiej „secesji” albo modern-style, zachowując stare fotele po prababce, przeciwstawiając brytyjskiej flegmie tkliwość ośmnastowiecznego ojca, nie ukrywającego radości na widok syna. Czy był wreszcie jakiś cień kazirodztwa w tej ojcowskiej czułości? Prawdopodobniejsze jest, że sposób, w który p. de Charlus zadowalał najczęściej swoje zboczenie i co do którego znajdziemy później parę wyjaśnień, nie wystarczał jego potrzebom uczuciowym, osieroconym od śmierci żony; faktem jest, że powziąwszy kilka razy zamiar powtórnego małżeństwa, obecnie czuł manjacką chęć adoptowania kogoś. Mówiono że chce adoptować Morela i nie byłoby w tem nic niezwykłego. Zboczeniec, który mógł karmić swoją namiętność jedynie literaturą ludzi normalnych, który myślał o mężczyznach czytając Noce Musseta, czuje tak samo potrzebę wejścia we wszystkie socjalne funkcje nie zboczonego mężczyzny, czuje potrzebę utrzymywania kochanka, jak stary bywalec opery utrzymuje tancerki; potrzebę ustatkowania się, ożenienia się lub trwałego stosunku, ojcostwa.

P. de Charlus oddalił się z Morelem pod pozorem, że skrzypek miał mu objaśnić utwory składające program. Baron znajdował osobliwą słodycz w tem, aby — podczas gdy mu Charlie pokazywał nuty — popisywać się publicznie ich sekretną zażyłością. Przez ten czas ja byłem oczarowany. Bo mimo iż „paczka” mało liczyła młodych panien, zapraszano ich w zamian sporo w dnie wielkich przyjęć. Było kilka bardzo ładnych, które znałem. Słały mi zdaleka przyjazne uśmiechy. W ten sposób salon stroił się raz po raz pięknym uśmiechem młodego dziewczęcia: to jest mnoga i migotliwa ozdoba wieczorów — jak i dni. Przypominamy sobie jakąś atmosferę, dlatego że drgał w niej uśmiech młodej dziewczyny.

Czytelnik zdziwiłby się mocno, gdyby się zanotowało zdania, jakie p. de Charlus wymienił ukradkiem z kilkoma poważnymi uczestnikami zebrania. Byli to dwaj książęta, wybitny generał, wielki pisarz, wielki lekarz;, wielki adwokat. Otóż rozmowa ich brzmiała tak:

— À propos, czyś widział nowego lokaja, mówię o tym młodym, co jeździ na koźle? A u naszej kuzynki Guermantes czy nic nie znasz?

— W tej chwili nic.

— Powiedz-no, koło bramy, przy powozach, była młoda osoba blond, w krótkich spodenkach, która mi się wydała całkiem sympatyczna. Zawołała mi bardzo grzecznie powóz, byłbym chętnie przedłużył rozmowę.

— Tak, ale mnie się ta osoba wydaje absolutnie wroga, a przytem robi ceregiele; ty, co lubisz doprowadzać rzeczy do skutku od pierwszego razu, zbrzydziłbyś to sobie. Zresztą wiem, że tam się nic nie da zrobić, jeden z naszych przyjaciół próbował.

— To szkoda, profil bardzo subtelny i włosy wspaniałe.

— Doprawdy, aż tak? Sądzę, że gdybyś się przyjrzał bliżej, rozczarowałbyś się. Nie, raczej przy bufecie, nie dalej niż dwa miesiące temu, ujrzałbyś istne cudo: dryblas dwa metry wzrostu, skóra idealna i przytem lubił te rzeczy. Ale wyjechał do Polski.

— A, to trochę daleko.

— Kto wie, wróci może. Zawsze się można spotkać w życiu.

Każda światowa feta, o ile wziąć jej przekrój dostatecznie głęboko, podobna jest do owych zabaw, na które lekarze zapraszają pacjentów; tacy chorzy mówią rzeczy bardzo rozsądne, mają wzorowe maniery i niczem nie zdradziliby że są warjaci, gdyby któryś nie szepnął wam do ucha, pokazując starszego pana: „O, idzie Joanna d'Arc”.

— Uważam, że byłoby naszym obowiązkiem oświecić Morela — rzekła pani Verdurin do Brichota. Nie abym chciała robić coś przeciwko Charlusowi, przeciwnie. Jest bardzo miły, a co się tyczy jego reputacji, przyzna pan, że nie jest z rodzaju któryby mi mógł zaszkodzić! Powiem nawet, że ja, która w naszej paczce, na obiadach gdzie się rozmawia, nie cierpię flirtów, mężczyzn prawiących w kącie bzdury kobiecie zamiast poruszać zajmujące tematy, z Charlusem nie potrzebowałam się obawiać tego co mi się zdarzyło ze Swannem, z Elstirem, z tyloma innymi. Z nim byłam spokojna, przychodził na obiady, i gdyby nawet spotkał u mnie wszystkie kobiety świata, miałam pewność, że nie zakłóci ogólnej rozmowy przez flirty i szepty. Charlus, to coś ekstra, można być spokojnym, coś jak ksiądz. Tylko niech się nie waży przewodzić nad młodymi ludźmi, którzy przychodzą tutaj i wnosić zamęt w naszą paczkę; wówczas to byłoby jeszcze gorzej niż z kobieciarzem.

I pani Verdurin była szczera, głosząc swoją; pobłażliwość dla charlizmu. Podobnie jak wszelka władza duchowna, uważała ludzkie słabostki za mniej groźne, niż to, coby mogło osłabić pierwiastek autorytetu, szkodzić ortodoksji, zmieniać starożytne credo w jej małym kościele.

— Wówczas pokazuję zęby — ciągnęła. — Dobry jest taki pan, który chciał nie pozwolić, aby Charlie grał w jakimś salonie, dlatego że jego tam nie zaproszono! Toteż udzieli mu się poważnego ostrzeżenia; mam nadzieję że to wystarczy; inaczej może się stąd zabierać. Daję słowo, on go trzyma pod kuratelą!

I używając ściśle tych samych wyrażeń, jakich użyliby wszyscy (bo istnieją takie specjalne zwroty, które jakiś specjalny przedmiot, okoliczność, nieodzownie prawie przywodzą na pamięć mówcy, przeświadczonego, że wyraża swobodnie swoją myśl, gdy powtarza jedynie machinalnie powszechną wersję), pani Verdurin dodała:

— Niepodobna widzieć już Morela, żeby nie wlókł za sobą tego dryblasa, tego leibgwardzisty!

P. Verdurin poddał myśl, żeby odciągnąć na chwilę Morela dla pomówienia z nim, pod pozorem jakiegoś zapytania. Pani Verdurin bała się, że go to zdenerwuje i że będzie gorzej grał. Lepiej dopełnić tej egzekucji aż po jego numerze. A może nawet odłożyć na inny raz. Bo mimo iż pani Verdurin aż drżała do rozkosznej emocji, jakiej doznałaby wiedząc że mąż właśnie uświadamia Morela w sąsiednim pokoju, bała się, w razie gdyby się zamach nie udał, że się skrzypek pogniewa i skrewi jej 16-go.

Ale pana Charlus zgubiło owego wieczora tak częste w wielkim świecie złe wychowanie osób, które zaprosił i które zaczynały napływać. Przyszedłszy przez przyjaźń dla pana de Charlus a także przez ciekawość tego środowiska, każda diuszessa szła prosto do barona, tak jakby to on był gospodarzem, i mówiła, o krok od Verdurinów, którzy słyszeli wszystko:

— Niech mi pan pokaże, gdzie jest stara Verdurin; czy pan sądzi, że koniecznie trzeba się jej przedstawić? Mam bodaj nadzieję, że mnie nie wpakuje do jutrzejszych dzienników, dostałabym pucówkę od całej rodziny. Jakto! jakto, to ta siwa? ależ ona nie wygląda zanadto skandalicznie.

Słysząc, że się rozmawia o pannie Vinteuil, nieobecnej zresztą, któraś dama mówiła:

— A, to córka sonaty? Niech mi pan ją pokaże.

Pozatem, odnajdując wiele przyjaciółek, panie te trzymały się osobno, śledziły wejście wiernych oczami iskrzącemi się ironiczną ciekawością.; umiały conajwyżej pokazywać sobie palcem ekscentryczną nieco fryzurę jakiejś osoby, która w kilka lat później miała wprowadzić w modę tę fryzurę w największym świecie; i w sumie żałowały, że ten salon nie jest tak różny od znajomych salonów jak się tego spodziewały, doznając rozczarowania ludzi światowych, którzy, zapuściwszy się do kabaretu Bruanta w nadziei że będą „opyskowani” przez piosenkarza, wchodząc spotkaliby się z poprawnym ukłonem w miejsce oczekiwanego refrenu: „Idą mordy, idą mordy — idą mordy, raz, dwa, trzy”.

Swojego czasu w Balbec p. de Charlus dowcipnie krytykował przy mnie panią de Vaugoubert, która mimo wielkiej inteligencji, spowodowała po nieoczekiwanym sukcesie katastrofalny upadek męża. Kiedy panujący, przy których p. de Vaugoabert był akredytowany, król Teodozjusz i królowa Eudoksja, przybyli znów do Paryża, tym razem na dłuższy pobyt, dawano na ich cześć codzienne fety, w czasie których królowa, zaprzyjaźniona z panią de Vaugoubert, którą widywała od dziesięciu lat w swojej stolicy, i nie znając ani żony prezydenta Republiki ani żon ministrów, odsunęła się od nich, aby się trzymać na uboczu z ambasadorową. Ta, uważając swoją pozycję za niewzruszalną — jako że p. de Vaugoubert był twórcą sojuszu między królem Teodozjuszem a Francją — czerpała we względach królowej zadowolenie próżności, bez poczucia niebezpieczeństwa, które jej groziło i które zrealizowało się w kilka miesięcy później, w wypadku niesłusznie uważanym za niemożliwy przez tę zbyt ufną parę i w dymisji brutalnie udzielonej panu de Vaugoubert. P. de Charlus, komentując swego czasu w „samowarku” w Balbec upadek swego przyjaciela z lat dziecinnych, dziwił się, że kobieta tak inteligentna nie użyła w danej okoliczności całego swego wpływu na monarszą parę w tym sensie, aby królestwo pomogli jej ukryć że ma jakikolwiek wpływ. Powinna się była postarać, aby panujący przenieśli na żonę prezydenta Republiki i na żony ministrów swoją uprzejmość, która byłaby tym dostojnikom pochlebiła tem bardziej — to znaczy za którą byliby tem bardziej wdzięczni Vaugoubertom, im bardziejby wierzyli, że ta uprzejmość jest samorzutna, a nie podyktowana przez ambasadora i jego żonę. Ale ktoś, kto widzi błędy innych, często popada w nie sam, gdy go upoją okoliczności. I gdy goście tłoczyli się aby winszować, dziękować baronowi, tak jakby on był gospodarzem domu, jemu nie postało w myśli prosić ich, żeby powiedzieli parę miłych słów pani Verdurin. Jedynie królowa Neapolu, w której żyłach płynęła ta sama szlachetna krew co w żyłach jej sióstr, cesarzowej Elżbiety i księżnej d'Alençon, wdała się w rozmowę z panią Verdurin tak jakby przyszła bardziej dla przyjemności ujrzenia jej niż dla muzyki i niż dla pana de Charlus; powiedziała „pryncypałce” tysiąc komplementów, podkreśliła dawną już chęć poznania jej, winszowała jej domu, mówiła o najrozmaitszych przedmiotach tak jakby była u niej z wizytą. Tak byłaby chciała (powiadała) przyprowadzić swoją siostrzenicę Elżbietę (tę, co niebawem miała wyjść za Alberta belgijskiego). Tak będzie żałowała! Królowa umilkła, widząc że muzycy zasiedli na estradzie; kazała sobie pokazać Morela. Nie musiała mieć zbytnich złudzeń co do pobudek pana de Charlus w tem, aby otoczyć młodego wirtuoza taką chwalą. Ale stara mądrość panującej, w której żyłach płynęła najszlachetniejsza krew historji, najbogatsza w doświadczenie, sceptycyzm i dumę, w nieuniknionych skazach ludzi których najbardziej lubiła, jak swego kuzyna Charlus (syna księżniczki bawarskiej, jak ona była córką domu bawarskiego) kazała jej widzieć nieszczęścia, czyniące tem cenniejszem oparcie jakie tacy ludzie mogli w niej znaleźć i podnoszące tem samem przyjemność użyczenia go. Wiedziała, m Charlus byłby podwójnie wzruszony tem że ona się trudziła w takiej okazji. Tylko że ta heroiczna kobieta, równic dobra jak się niegdyś okazała dzielną, prawdziwa królowa-żołnierz, która sama dała ognia z wałów Gaety, zawsze gotowa stawać rycersko po stronie słabych, widząc panią Verdurin samą i opuszczoną (nie świadomą zresztą, że nie powinna opuszczać królowej), starała się udawać, że dla niej, królowej Neapolu, pani Verdurin jest właśnie centrum tego wieczora, atrakcją która ją sprowadziła. Wytłumaczyła się, że nie może zostać do końca, mając — mimo że nie bywała prawie nigdzie — inny wieczór; prosiła zwłaszcza, aby nikt się dla niej nie trudził, kiedy będzie odchodziła, zwalniając panią domu z powinności, których ta zresztą nie znała.

Trzeba oddać tę sprawiedliwość panu de Charlus, że, o ile zapomniał zupełnie o pani Verdurin i pozwalał o niej wręcz skandalicznie zapomnieć zaproszonym przez siebie osobom „ze swojego świata”, zrozumiał w zamian, że nie godzi się traktować produkcji muzycznej z tem samem złem wychowaniem, jakie okazali wobec gospodyni domu. Morel już wstąpił na estradę, artyści zajmowali miejsca, kiedy jeszcze słyszało się rozmowy, nawet śmiechy, powiedzenia w rodzaju: „zdaje się, że trzeba być wtajemniczonym, aby coś zrozumieć”. Natychmiast p. de Charlus, prostując się, jakgdyby wszedłszy w inne dało niż to które widziałem przed chwilą wlokące się opieszałe do pani Verdurin, przybrał wyraz proroka. Spojrzał po zgromadzeniu z powagą, która mówiła, że to nie pora na śmiechy: od tego spojrzenia poczerwieniała nagle twarz niejednej z zaproszonych dam, złapanej na gorącym uczynku, niby uczenica w klasie. Dla mnie, ta szlachetna zresztą postawa pana de Charlus miała coś komicznego; piorunował swoich gości płomiennem spojrzeniem; to znów, aby im, niby vade mecum, przypomnieć nabożną ciszę, jaką należało zachować, oderwanie od wszelkiej światowej myśli, sam, podnosząc do pięknego czoła ręce w białych rękawiczkach, stawał się wzorem (do którego należało się zastosować) powagi, niemal ekstazy. Nie odpowiadał na ukłony spóźnionych gości, na tyle nieprzyzwoitych aby nie zrozumieć, że obecna godzina należy do Wielkiej Sztuki. Wszyscy byli zahipnotyzowani; nikt nie śmiał już wyrzec słowa, poruszyć krzesłem; cześć dla muzyki, poprzez prestige Palameda udzieliła się nagle ciżbie równie źle wychowanej jak eleganckiej. Widząc że na estradzie zasiadają nietylko Morel i pianista, ale i inni muzykanci, sądziłem, że zaczną od innych utworów, nie od Vinteuila. Bo myślałem, że istnieje tylko jego sonata skrzypcowa.

Pani Verdurin siadła z boku; na wspaniałych półkulach białego lekko zaróżowionego czoła, włosy były rozrzucone nawpół przez naśladownictwo pewnego XVIII-wiecznego portretu, nawpół przez potrzebę chłodu u osoby zgorączkowanej, której wstyd nie pozwala wyrazić swego stanu; siedziała sama, bóstwo prezydujące uroczystościom muzycznym, bogini wagneryzmu i migreny, niemal tragiczna wróżka, ściągnięta przez geniusza w koło tych nudziarzy, przy których bardziej jeszcze niż zwykle miała gardzić wyrażaniem swoich uczuć wobec muzyki, którą znała lepiej od nich. Koncert zaczął się; nie znalem tego co grano, znalazłem się w obcej kramie. Gdzie ją umieścić? W dziele jakiego autora się znalazłem? Byłbym rad wiedzieć, a nie mając obok siebie nikogo kogobym mógł spytać, byłbym chciał być osobistością z owych Tysiąca i jednej nocy, które odczytywałem bezustanku, gdzie, w chwilach niepewności, zjawia się nagle geniusz lub czarująca dziewczyna, niewidzialna dla innych, ale nie dla zakłopotanego bohatera, któremu objawia ściśle to co pragnął wiedzieć. Otóż, w tej właśnie chwili nawiedziło mnie takie czarodziejskie zjawisko. Jak w okolicy, napozór nieznanej a którą w istocie oglądamy z nowej strony i minąwszy zakręt wchodzimy nagle na inną drogę, gdzie każdy zakątek jest nam poufały (tylko żeśmy nie nawykli przybywać tam od tej strony), powiadamy sobie nagle: „ależ to ścieżka do furtki moich przyjaciół X; jestem o dwie minuty od nich”; i w istocie zjawia się ich córka i wita się mijając nas, tak ja nagle, wśród tej nowej dla mnie muzyki, odnalazłem się w pełni sonaty Vinteuila; jej lekka fraza, bardziej czarodziejska niż młoda dziewczyna, w srebrzystej szacie, ociekająca dźwiękami lśniącemi, lekkiemi i miękkiemi nakształt gazy, podeszła, łatwa do poznania w tym nowym stroju. Radość moją żem ją odnalazł wzmagał akcent tak przyjacielski, tak znany, który przybierała zwracając się do mnie, tak przekonywujący, tak prosty, mimo iż rozświetlony jej promienną pięknością. Tym razem zresztą przeznaczeniem jej było tylko pokazać mi drogę; nie drogę sonaty, bo to było niewydane dzieło Vinteuila, w którem, jedynie przez aluzję, podkreśloną w tem miejscu komentarzem programu (należało go mieć równocześnie przed oczami), muzyk, jakby dla zabawy, wprowadził na chwilę leciutką frazę z sonaty. Zaledwie przywołana w ten sposób, znikła; poczem znalazłem się znów w nieznanym świecie, ale wiedziałem teraz — i wszystko mi już wciąż o tem przypominało — że to jest jeden ze światów, o których stworzenie nawet nie podejrzewałem Vinteuila; kiedy bowiem, zmęczony sonatą, będącą dla mnie wszechświatem już wyczerpanym, próbowałem sobie wyobrazić inne, równie piękne lecz odmienne, czyniłem jedynie tak jak owi poeci, którzy zapełniają swój rzekomy raj łąkami, kwiatami, rzekami, dublującemi łąki, kwiaty i rzeki ziemi. To, com miał przed sobą, dawało mi tyle szczęścia ileby mi go dała sonata, gdybym jej nie znał; tem samem, będąc równie piękne, było inne. Podczas gdy sonata ukazywała mi liljowy i sielski świt, rozszczepiając swoją ulotną czystość aby zawisnąć na lekkiej a przecież silnej tkaninie wiciokrzewów i białych geranji, nowy utwór rozpościerał się na powierzchni gładkiej i równiej jak powierzchnia morza, w burzliwy poranek już zarumieniony purpurą, pośród cierpkiego milczenia, w bezkresnej pustce; i ten nie znany wszechświat wyłaniał się z ciszy i z ciemności, w różanym blasku jutrzenki, wznosząc się stopniowo przedemną. Ta czerwień tak nowa, tak nieobecna w tkliwej, sielskiej i czystej sonacie, barwiła całe niebo — niby jutrzenka — tajemniczą nadzieją. I już przeszywał powietrze śpiew, pełna gama tonów, śpiew nieznany, najróżniejszy od wszystkiego cobym zdołał kiedy wyroić, niewysłowiony i krzykliwy zarazem, już nie, jak w sonacie, podobny do gruchania gołębi, ale rozdzierający powietrze, równie żywy jak szkarłatny odcień w którym tonął początek, coś niby mistyczne pianie koguta, niewymowne ale ostre wołanie wiekuistego poranka. Atmosfera dimna, spłukana deszczem, elektryczna — o tak odmiennym charakterze, o całkiem innych ciśnieniach, w świecie tak odległym od dziewiczego i pełnego roślin świata sonaty, zmieniała się co chwila, zacierając purpurową obietnicę Jutrzenki. O południu wszelako, w palącym i przelotnym blasku, zdawała się ona spełniać w ciężkiem, wiejskiem, niemal sielskiem szczęściu, gdzie kołysanie się hucznych i rozpętanych dzwonów (podobnych tym, które rozpalały żarem plac kościelny w Combray i które Vinteuil, słyszący je z pewnością często, odnalazł może w owej chwili w pamięci niby farbę pomieszczoną własną ręką na palecie) wyrażało jakgdyby materjalnie najgrubszą radość. Prawdę mówiąc, z estetycznego punktu, ten radosny motyw nie podobał mi się; wydał mi się prawie brzydki, rytm jego wlókł się tak leniwo po ziemi, że możnaby go naśladować niemal wiernie jedynie samym hałasem, uderzając w pewien sposób pałeczkami o stół. Zdawało mi się, że Vinteuilowi zbrakło tu natchnienia, a tem samem i mojej uwadze zbrakło trochę wytrwania.

Patrzyłem na „pryncypałkę”, której surowa martwota zdawała się protestować przeciwko wybijaniu taktu, jakiemu oddawały się nieokrzesane damy z największego świata. Pani Verdurin nie powiadała: „Pojmujecie, że ja znam trochę tę muzykę, no tak! Gdybym miała wyrazić wszystko co odczuwam, nie skończylibyśmy tak prędko! Nie mówiła tego. Ale jej prosta i nieruchoma postawa, martwe oczy, niesforne kosmyki włosów, mówiły za nią. Wyrażały także jej odwagę, i to że wykonawcy mogą jechać śmiało, nie oszczędzać jej nerwów, że się nie cofnie przy andante, nie zacznie krzyczeć przy allegro. Patrzałem na muzyków. Wiolonczelista panował nad instrumentem który ściskał kolanami, pochylając twarz, której pospolite rysy dawały w manierycznych momentach mimowolny wyraz wstrętu; pochylał się nad swoim kontrabasem, skubał go z tą samą gospodarską cierpliwością co gdyby obierał kapustę, podczas gdy obok niego harfistka (jeszcze dziecko) w krótkiej spódnicy, obramiona ze wszystkich stron promieniami złotego czworoboku podobnego do tych, które w czarnoksięskiej izdebce wróżki wy obrażałyby wedle umownych a uświęconych form eter, zdawała się szukać po nich, we właściwym momencie, lubego dźwięku, w ten sam sposób, w jaki alegoryczna boginka, stojąc przed złotą/ kratą niebieskiego sklepu, zrywałaby gwiazdy. Co się tyczy Morela, niewidzialny dotąd i zgubiony w jego włosach pukiel oderwał się i falował nad jego czołem. Obróciłem nieznacznie głowę ku publiczności, aby sobie zdać sprawę z tego co p. de Charlus musiał myśleć o tym puklu. Ale oczy moje napotkały tylko twarz, lub raczej ręce pani Verdurin, bo twarz była całkowicie utopiona w dłoniach.

Ale rychło, gdy tryumfalny motyw dzwonów wypędziły, rozprószyły inne, ogarnęła mnie znów ta muzyka; zdałem sobie sprawę, że jeżeli w tym septecie różne elementy wyłaniają się kolejno, to poto aby się stopić w końcu. I sonata Vinteuila i, jak się dowiedziałem później, wszystkie inne jego utwory, były, wobec tego septetu, jedynie nieśmiałemi — uroczemi ale wątłemi — szkicami wobec wspaniałego i pełnego arcydzieła, objawiającego mi się w tej chwili. Mimowoli, przez porównanie, przypominałem sobie również, żem myślał niegdyś o innych światach, jakie mógł był stworzyć Vinteuil, jako o światach tak kompletnie zamkniętych jak każda z moich miłości. Ale w rzeczywistości musiałem uznać, że w stosunku do mojej ostatniej miłości — Albertyny — pierwsze moje próby kochania (w Balbec zaraz z początku, potem po partjti lisa, potem owej nocy w hotelu, potem w mglistą niedzielę w Paryżu, potem po raucie u księżnej Marji, potem znów w Balbec, i wreszcie w Paryżu, gdzie moje życie było ściśle spojone z jej życiem) były jedynie wołaniem; tak samo jeżeli spoglądałem teraz nie już na moją miłość do Albertyny, ale na cale swoje życie, inne miłości również były w niem niby wątłe i nieśmiałe próby, wołania, przygotowujące tę pełniejszą miłość: Albertynę. I przestałem nadążać za muzyką, aby znów dociekać, czy Albertyna widziała w tych dniach pannę Vinteuil, tak jak się bada na nowo objaw choroby, o której rozrywka pozwoliła nam przez chwilę zapomnieć. Bo to we mnie działy się możebne uczynki Albertyny. Posiadamy duplikat wszystkich znajomych istot, ale zazwyczaj mieszczący się na horyzoncie naszej wyobraźni, naszej pamięci; jest stosunkowo zewnątrz nas, i to co zrobił albo mógł zrobić zawiera dla nas nie więcej elementów bólu, niż przedmiot ustawiony w pewnej odległości, dostarczający nam jedynie bezbolesnych wrażeń wzrokowych. To, co dotyczy owych istot, percypujemy w sposób kontemplacyjny; możemy ubolewać nad tem w odpowiednich zwrotach, które dają innym pojęcie o naszem dobrem sercu, lecz nie odczuwamy tego; ale od czasu mojej rany w Balbec, duplikat Albertyny znajdował się w mojem sercu, bardzo głęboko, trudny do wydobycia. To co z niej widziałem, raniło mnie niby chorego o zmysłach tak boleśnie przemieszczonych, że kolor odczuwałby w swojem wnętrzu niby nacięcie w żywe ciało. Na szczęście, nie uległem jeszcze pokusie zerwania z Albertyną; przykrość ujrzenia jej niebawem za powrotem była drobnostką w porównaniu z niepokojem, jakiegobym doznawał, gdyby rozstanie przypadło na chwilę gdym ją podejrzewał, zanimby zdążyła stać mi się obojętna. W chwili kiedy ją sobie wyobrażałem czekającą tak na mnie w domu, jak ukochana kobieta której się czas dłuży, uśpioną może na chwilę w swoim pokoju, upieściła mnie w przelocie tkliwa fraza septetu, rodzinna d domowa. Wszystko tak dalece krzyżuje się i piętrzy w naszem wewnętrznem życiu, iż może frazę tę natchnął Vinteuilowi sen jego córki — jego córki, dziś przyczyny wszystkich moich udręczeń — kiedy w zaciszne wieczory słodycz jej umilała mu pracę; — tę frazę, która mnie tak ukoiła tem samem miękkiem tłem milczenia, nasycającem często zadumę Schumanna, podczas której nawet kiedy „poeta mówi” zgadujemy że „dziecię śpi”. Odnajdę tego wieczora — kiedy mi się spodoba wrócić — Albertynę, dziecko moje, uśpioną, rozbudzoną. A jednak — powiadałem sobie — początek tego dzieła, w pierwszych krzykach jutrzenki, przyrzekał coś bardziej tajemniczego niż miłość Albertyny. Próbowałem wygnać myśl o niej, aby myśleć tylko o muzyku. Bo też miałem wrażenie, że on jest tutaj. Możnaby rzec, że, mocą reinkarnacji, autor żyje na zawsze w swojej muzyce; czuło się radość, z jaką dobierał kolor jakiegoś dźwięku, zestrajał go z innemi. Bo z głębszemi darami Vinteuil łączył dar, który posiada niewielu muzyków, a nawet niewielu malarzy; mianowicie ten, że używał barw nie tylko tak trwałych, ale tak własnych, iż jak czas nie zmienia ich świeżości, tak uczniowie naśladujący ich wynalazcę, a nawet mistrze którzy go przewyższyli, nie zaćmiewają ich oryginalności. Zdobycze rewolucji, jaką sprawiło ich zjawienie się, nie stapiają się bezimiennie z następnemi epokami; szaleje ona a wybucha na nowo, ilekroć się gra utwory wiekuistego odnowiciela. Każdy dźwięk podkreślała barwa, której wszystkie reguły świata, opanowane przez najuczeńszych muzyków, nie zdołałyby naśladować; tak że Vinteuil, mimo iż związany ze swoją epoką i zajmujący swoje miejsce w ewolucji muzyki, zawsze je miał opuścić aby się wysunąć na czoło, z chwilą gdy się zagra który z jego utworów, robiący wrażenie czegoś wykwitłego po najnowszych muzykach, wskutek paradoksalnego i istotnie mylącego wrażenia trwałej nowości.

Symfoniczna muzyka Vinteuila, znana już z fortepianu a słyszana na orkiestrę, była jak promień letniego dnia, który pryzmat okna rozkłada, zanim go wpuści do mrocznej jadalni; odsłaniała, niby niepodejrzewany i wielobarwny skarb, wszystkie klejnoty Tysiąca i jednej nocy. Ale jak porównać z tym nieruchomym blaskiem światła coś, co było życiem, wiekuistym i szczęśliwym ruchem? Tego Vinteuila, którego znałem niegdyś tak nieśmiałym i smutnym, cechowało, kiedy trzeba było wybrać dźwięk, połączyć go z drugim, zuchwalstwo, oraz, w pełnem znaczeniu słowa, szczęście, co do którego wymowa jego dzieła nie zostawiała żadnej wątpliwości. Radość, jaką mu sprawiały pewne harmonje, przypływ sił jaki mu dała ta radość dla odkrycia innych, wiodły słuchacza ze zdobyczy w zdobycz, lub raczej wiódł go sam twórca, w świeżo znalezionych barwach czerpiąc oszalałą uciechę, dającą mu moc odkrywania, rzucania się na kolory wołające go niejako; — zachwycony, drżący, jak od wybuchu iskry, kiedy boskość rodziła się sama ze zderzenia blach, dyszący, upojny, opętany, nieprzytomny, gdy malował swój wielki fresk muzyczny, jak Michał Anioł przywiązany do drabiny i miotający, z głową zwieszoną nadół, burzliwe ciosy pendzla na suficie kaplicy sykstyńskiej.

Vinteuil umarł od wielu lat; ale pośród tych instrumentów które ożywił, dane mu było na czas nieograniczony przedłużyć bodaj część życia. Tylko swego ludzkiego życia? Gdyby sztuka była w istocie tylko przedłużeniem życia, czy warto było jej coś poświęcać, czy nie była czemś równie nierealnem jak samo życie? Wsłuchując się w ten septet, nie mogłem w to uwierzyć. Bezwątpienia, purpurowy septet różnił się osobliwie od białej sonaty; nieśmiałe pytanie, na które odpowiadała lekka fraza, różniło się od zdyszanego błagania o spełnienie dziwnej obietnicy, które rozległo się tak ostre, tak nadprzyrodzone, tak krótkie, wstrząsając bezwładną jeszcze czerwień rannego nieba ponad morzem. A jednak te tak odmienne frazy miały te same Składniki; tak samo bowiem jak istniał pewien świat, pochwytny dla nas w owych cząstkach rozprószonych tu i ówdzie, po jakichś mieszkaniach, muzeach, i stanowiących świat Elstira, ten który Elstir widział, w którym żył, tak samo muzyka Vinteuila rozpościerała, nuta po nucie, dźwięk po dźwięku, nieznane barwy bezcennego, niepodejrzewanego wszechświata, przerywanego lukami powstałemi między audycjami jego dzieł; te dwa tak niepodobne pytania, władające tak odmiennemi tempami sonaty i septetu; jedno łamiące w krótkich wołaniach ciągłą i czystą linię, drucie stapiające w jednolitą armaturę rozprószone fragmenty. Mimo iż jedno tak spokojne i nieśmiałe, prawie oderwane i jakby filozoficzne, drugie tak natarczywe, trwożliwe, błagalne — była to jednak ta sama modlitwa, tryskająca w obliczu różnych wewnętrznych wschodów słońca, jedynie załamana w odmiennych sferach innych myśli, wyszukań sztuki postępującej w ciągu lat, w których artysta chciał stworzyć coś nowego. Modlitwa, na dzieją — wciąż w gruncie ta sama — łatwa do poznania pod temi przebraniami w rozmaitych litworach Vinteuila, i skądinąd znajdująca się tylko w jego utworach. Muzykologowie mogliby łatwo ustalić powinowactwa tych fraz, ich genealogię, w dziełach innych wielkich muzyków, ale tylko z ubocznych racyj, z zewnętrznych podobieństw, analogij raczej zmyślnie odkrytych rozumowaniem niż wprost odczutych. Fraza Vinteuila była różna od wszelkiej innej, jakgdyby, nawspak konkluzjom, wyłaniającym się z wiedzy, istniała jedność indywidualna. Za to wtedy kiedy całą mocą starał się być nowy, wówczas pod pozornemi różnicami poznawało się głębokie powinowactwa i celowe podobieństwa zachodzące w łonie samego dzieła. Kiedy Vinteuil podejmował na parę zawodów jedną i tę samą frazę, różnicował ją, zmieniając jakby dla igraszki rytm, znów ją wprowadzał pod pierwotną formą; wówczas te celowe podobieństwa, twory intelektu — tem samem powierzchowne — nigdy nie były tak uderzające, jak owe podobieństwa ukryte, mimowolne, wybuchające w różnych barwach między dwoma różnemi arcydziełami; wówczas bowiem Vinteuil, starając się być nowym, wnikał sam w siebie całą potęgą twórczego wysiłku, dosięgał własnej istoty w tych głębokościach, gdzie, jakiekolwiek zada się jej pytanie, odpowiada ona tym samym akcentem — swoim własnym. Taki akcent, ów akcent Vinteuila, dzieli od akcentu innych muzyków różnica o wiele większa, niż ta, którą wyczuwamy między glosami dwóch osób, nawet między rykiem lub krzykiem dwóch gatunków zwierząt; przez samą różnicę zachodzącą między myślą owych innych muzyków a wiekuistemi dociekaniami Vinteuila, pytanie jakie sobie zadawał w tylu formach, jego swoista filozofia ale równie oczyszczona z analitycznych form rozumowania, co gdyby się rozgrywała w świecie aniołów, tak że możemy zmierzyć jej głębokość, ale nie bardziej tłumacząc ją na mowę ludzką, niż są do tego zdolne odcieleśnione duchy, kiedy, wywoławszy je, medjum zapyta je o tajemnice śmierci. I nawet biorąc w rachubę owąi nabytą oryginalność, która mnie uderzyła dziś popołudniu, owo pokrewieństwo jakie muzykologowie mogliby znaleźć między nimi, jest to ów jedyny akcent, do którego się wznoszą, do którego wracają mimowoli owi wielcy śpiewacy, jakimi są oryginalni muzycy; akcent będący dowodem nieprzeparcie indywidualnego istnienia duszy. Czy Vinteuil próbował tworzyć w stylu uroczystym, pięknym, czy też chciał być żywszym i weselszym, upiększyć to co widział odbijające się w duszy ogółu, mimowoli zatapiał to wszystko głęboką falą, która czyni jego śpiew wiecznym i łatwym do poznania. Gdzie on się nauczył tego śpiewu różnego od innych, wspólnego wszystkim jego śpiewom, gdzie go usłyszał? Każdy artysta wydaje się obywatelem jakiejś ojczyzny nieznanej, zapomnianej przez niego samego, różnej od tej z której się zjawi i wyląduje na ziemi inny wielki artysta. Co najwyżej, w ostatnich swoich dziełach Vinteuil zdawał się zbliżać do tej ojczyzny. Atmosfera była w nich już inna niż w sonacie; pytajniki fraz stawały się bardziej naglące, niespokojne, odpowiedzi bardziej tajemnicze; czyste ranne i wieczorne powietrze oddziaływało nawet na struny instrumentów. Mimo iż Morel grał cudownie, dźwięki jego skrzypiec zdawały mi się szczególnie ostre, niemal krzyczące. Ta ostrość miała swój urok, czuło się w niej, niby w pewnych głosach, jakąś wartość moralną i wyższość intelektualną. Ale to mogło razić. Kiedy wizja wszechświata zmienia się, oczyszcza, kiedy się staje zgodniejsza ze wspomnieniem duchowej ojczyzny, naturalne jest, że to się wyraża u muzyka podniesieniem temperatury dźwięków, jak u malarza kolorytu. Zresztą, najinteligentniejsza publiczność nie myli się w tej mierze, skoro później uznano ostatnie dzieła Vinteuila za najgłębsze, mimo iż żaden program, żaden temat nie dostarczał tym sądom intelektualnego elementu. Odgadywano tedy, że chodzi o transpozycję głębi w sferę dźwięków.

Muzycy nie przypominają sobie tej straconej ojczyzny, ale każdy z nich zostaje zawsze bezwiednie zestrojony z nią w jakiemś unisono; szaleje z radości kiedy śpiewa wedle swojej ojczyzny, zdradza ją czasem dla miłości sławy. Ale wówczas, szukając sławy, ucieka od niej, a znajduje sławę jedynie gardząc nią, kiedy — bez względu na temat jaki bierze — intonuje ów osobliwy śpiew, którego monotonia dowodzi stałości elementów składających jego duszę, bez względu bowiem na przedmiot, artysta zostaje wierny samemu sobie. Ale wówczas cały realny osad tych składników, który zmuszeni jesteśmy zachować dla siebie, którego nie może udzielić w rozmowie nawet przyjaciel przyjacielowi, ani mistrz uczniowi, ani kochanek kochance, owo niewysłowione, różnicujące to co każdy odczuł i co musi zostawić na progu zdań, w których może komunikować się z drugimi jedynie w zakresie zewnętrznych i nieinteresujących wspólnych punktów, czyż nie ujawnia się w sztuce, w sztuce jakiegoś Vinteuila, Elstira, w tęczowych barwach wyrażając tajemnicę owych światów, które zwiemy indywiduami i których bez sztuki nie poznalibyśmy nigdy? Skrzydła, inny aparat oddechowy, któreby nam pozwoliły przebyć bezmiary, nie zdałyby się nam na nic, bo gdybyśmy się udali na Marsa i na Wenus zachowując te same zmysły, wszystkiemu co moglibyśmy tam ujrzeć, dałyby one tę samą postać jaką oglądamy na ziemi. Jedyną prawdziwą podróżą, jedyną kąpielą w wodzie Młodości, byłoby iść nie ku nowym krajobrazom, ale mieć inne oczy, widzieć wszechświat oczami kogoś innego, stu innych, widzieć sto światów, które każdy z nich widzi, którym każdy z nich jest; a to możemy uczynić z jakimś Elstirem, z Vinteuilem; z podobnymi do nich lecimy naprawdę z gwiazd na gwiazdy.

Andante skończyło się rzewną frazą, której oddałem się cały; zaczem przed następną częścią nastąpiła chwila spoczynku, kiedy wykonawcy odłożyli instrumenty a słuchacze wymienili nieco wrażeń. Pewien książę, chcąc dowieść znawstwa, oświadczył: „To bardzo trudne do dobrego odegrania. Milsze osoby rozmawiały chwilę ze mną. Ale czem były ich słowa, które, jak wszelkie zdawkowe słowo ludzkie, zostawiały mnie tak obojętnym, wobec niebiańskiej frazy, z którą dopiero co rozmawiałem? Byłem w istocie jak anioł, który, strącony z raju, spada w płaską rzeczywistość. I jak pewne stworzenia są ostatniemi świadkami jakiejś formy której natura poniechała, tak ja dumałem, czy muzyka nie jest jedynym przykładem tego, czem mogłoby być porozumienie dusz, gdyby nie było wynalazku mowy, formacji słów, analizy myśli. Muzyka jest niejako możliwością nie mającą następstw; ludzkość weszła na inne drogi — języka mówionego i pisanego. Ale ten powrót do czegoś nie dającego się zanalizować był tak upajający, że po wyjściu z tego raju, zetknięcie się z istotami mniej lub więcej inteligentnemi zdawało się straszliwie mdłe. W czasie muzyki mogłem sobie przypominać istoty ludzkie, łączyć je z nią; lub raczej łączyłem z muzyką wspomnienie jednej tylko osoby — Albertyny. I fraza, która kończyła andante, zdawała mi się tak boska, że powiadałem sobie, iż szkoda że Albertyna nie wie — a gdyby wiedziała, nie zrozumiałaby — jakim zaszczytem jest dla niej być zespoloną z czemś tak wielkiem co nas kojarzy i od czego ona pożycza niejako patetycznego głosu. Ale skoro muzyka się przerwała, obecne w salonie istoty zdawały się nazbyt żadne.

Podano chłodniki. P. de Charlus zaczepiał od czasu do czasu któregoś lokaja: „Jak się miewasz? czyś dostał mój bilecik? Przyjdziesz? Zapewne, była w tych zagadywaniach swoboda wielkiego pana, który sądzi że komuś pochlebia i bardziej jest spoufalony z ludem od mieszczucha; ale była i chytrość przestępcy, który myśli, że to z czem publicznie paraduje, staje się tem samem niewinne. I dodawał tonem Guermantes pani de Villeparisis: „To dzielny chłopak, dobry charakter, często zatrudniam go u siebie. Ale te finty zwracały się przeciwko baronowi, bo jego poufałe grzeczności i bileciki do lokajów zdawały się jednak czemś dość osobliwem. Sami lokaje czuli się zresztą bardziej zakłopotani niż dumni, przez wgląd na kolegów.

Tymczasem septet, który rozpoczął się na nowo, zbliżał się ku końcowi; na parę zawodów jakaś fraza z sonaty wracała, ale za każdym razem zmieniona, w innym rytmie, z innym akompanjamentem, ta sama a przecie inna, tak jak odradzają się rzeczy w życiu; i była to jedna z tych fraz, które, mimo iż nie podobna zrozumieć co za powinowactwo wyznacza im jako jedyne i nieodzowne mieszkanie przeszłość pewnego muzyka, znajdują się tylko w jego utworach i zjawiają się stale w dziele, niby jego wróżki, dryady, bóstwa domowe. Zrazu wyróżniłem w septecie dwie lub trzy takie, które mi przypomniały sonatę. Niebawem spostrzegłem inną frazę z sonaty, jeszcze tak daleką że ją ledwo poznałem; skąpana w fioletowej mgle, która wznosiła się zwłaszcza w ostatniej części dzieła Vinteuila, tak iż nawet kiedy wprowadzał jakiś taniec, była niby uwięziona w opalu; wahała się, zbliżyła, pierzchła jak spłoszona, potem wróciła, splotła się z innemi, przybyłemi — jak się dowiedziałem później — z innych dzieł: wezwała jeszcze inne; te stawały się znowuż naprzemian pełne pokus i perswazji i zawodziły koło, boskie lecz niewidzialne dla większości słuchaczy, którzy, mając przed sobą jedynie gęstą zasłonę i nie widząc przez nią nic, w dowolnych miejscach przerywali okrzykami podziwu ciężką nudę, która dławiła ich śmiertelnie.

Potem te frazy oddaliły się, z wyjątkiem jednej, wracającej kilka razy, przyczem twarzy jej nie mogłem ujrzeć; ale była tak pieszczotliwa, tak inna — jak inna była z pewnością dla Swanna lekka fraza z sonaty — od tego, czego pragnienie obudziła we mnie jakakolwiek kobieta, tak słodkim głosem ofiarowywała mi szczęście, naprawdę warte osiągnięcia — niewidzialna istota, której języka nie znałem a którą rozumiałem tak dobrze — jedyna może Nieznajoma, którą mi kiedy dane było spotkać. Potem ta fraza rozpadła się, przeobraziła, jak owa „swannowska” fraza w sonacie, i znów stała się tajemniczem początkowem wołaniem. Przeciwstawiła się mu inna fraza, bolesna, ale tak głęboka, tak nieuchwytna, tak wewnętrzna, niemal tak organiczna i sięgająca do trzewi, że kiedy wracała, niewiadomo było, czy to są nawroty tematu muzycznego czy newralgji.

Niebawem dwa motywy sprzęgły się w zapasach; to jeden z nich znikał zupełnie; to znów dostrzegało się jakiś strzęp drugiego. Zmagania, prawdę rzekłszy, jedynie energij; bo jeżeli ścierały się te istoty, to wyzwolone z fizycznego ciała, ze swej postaci, imienia, znajdując we mnie widza duchowego, nie dbającego również o nazwy i o swoiste cechy, pochłoniętego jedynie ich niematerjalną i dynamiczną walką, namiętnie śledzącego dźwięczne jej perypetje. Wreszcie zatryumfował motyw radosny; to już nie był ów niespokojny prawie apel rzucony w puste niebo; to była niewysłowiona radość jakgdyby płynąca z Raju; radość równie odmienna od radości sonaty, jak od słodkiego i poważnego anioła Belliniego, grającego na teorbanie, mógłby być różny jakiś archanioł Mantegny, odziany w szkarłatną suknię i dmący w puzon. Wiedziałem, że tego nowego odcienia radości, tego wołania ku ponadziemskiej radości nie zapomniałbym nigdy. Ale czy mogłaby się kiedy ziścić dla mnie? Pytanie zdawało mi się tem ważniejsze, ile że fraza ta mogła najlepiej scharakteryzować owe sprzeczne z resztą mego życia, z widzialnym światem, wrażenia, które w rzadkich odstępach odnajdywałem w swojem życiu jako wytyczne punkty dla zbudowania prawdziwego życia: wrażenie wież w Martinville, drzew w pobliżu Balbec. W każdym razie, aby powrócić do swoistego akcentu tej frazy, jakież to było osobliwe, że przeczucie najodmienniejsze od tego co nam wyznacza przyziemne życie, że najśmielsze zbliżenie się do zaziemskiej radości, zmaterjalizowało się właśnie w smutnym i poprawnym mieszczuchu, którego spotykaliśmy na majowych nabożeństwach w Combray; ale zwłaszcza jak się to stało, że tę najdziwniejszą rewelację nieznanego typu radości zdołałem otrzymać od niego, skoro, jak powiadano, umierając zostawił tylko sonatę, reszta zaś prawie nie istniała, zagrzebana w notatkach niepodobnych do odczytania. Niepodobnych do odczytania, w końcu jednak odczytanych, siłą cierpliwości, inteligencji i czci, przez jedyną osobę, która dość długo żyła w pobliżu Vinteuila, aby dobrze poznać jego sposób pracy, aby odgadnąć znaki jego instrumentacji: była nią przyjaciółka panny Vinteuil. Jeszcze za życia wielkiego muzyka, poznała kult, jaki córka Vinteuila żywiła dla ojca. Właśnie z powodu tego kultu, w chwilach kiedy się idzie nawspak prawdziwym skłonnościom, obie dziewczyny mogły znaleźć obłąkaną, przyjemność w profanacjach, które swego czasu opisałem. (Adoracja dla ojca była wręcz warunkiem świętokradztwa córki. Niewątpliwie, powinny były sobie odmówić rozkoszy tego świętokradztwa, ale nie wyrażało ich ono całkowicie). Zresztą profanacje te stawały się coraz rzadsze, w końcu znikły zupełnie, w miarę jak fizyczne i chorobliwe stosunki, niby mętny i dymny żar, ustąpiły płomieniowi wzniosłej i czystej przyjaźni. Przyjaciółkę panny Vinteuil przeszywała czasem dotkliwa myśl, że może ona przyspieszyła śmierć starego. Trawiąc lata na odcyfrowywaniu rękopisów Vinteuila, ustalając niemylnie lekturę tych hieroglifów, przyjaciółka panny Vinteuil miała tę pociechę, że muzykowi, którego ostatnie lata zasmuciła, zapewniła w odpłatę nieśmiertelność. Stosunki nie uświęcone prawem wynikają z węzłów pokrewieństwa równie wielorakich, równie złożonych, jedynie silniejszych niż te które się rodzą z małżeństwa. Nawet nie wdając się w rozważanie stosunków o charakterze zbyt specjalnym, czyż nie widzimy co dnia, że cudzołóstwo, kiedy się wspiera na prawdziwej miłości, nie osłabia uczuć i powinności rodzinnych, ale je wzmacnia. Wiarołomstwo wprowadza ducha w literę, która bardzo często w małżeństwie pozostałaby martwa. Dobra córka, która jedynie przez konwenans będzie nosiła żałobę po drugim mężu matki, ileż wyleje łez opłakując człowieka, którego matka wybrała z pośród wszystkich za kochanka. Zresztą panna Vinteuil działała jedynie przez sadyzm, co jej nie usprawiedliwiało, ale znajdowałem później niejaką, słodycz w tej myśli. W chwili gdy profanowała z przyjaciółką fotografję ojca, musiała (tak myślałem) zdawać sobie sprawę, że wszystko to jest jedynie chorobą, szaleństwem, nie zaś prawdziwem i radosnem okrucieństwem, jakiegoby pragnęła. Myśl, że to jest jedynie komedja okrucieństwa, psuła jej rozkosz. Ale jeżeli ta myśl mogła jej wrócić później, wówczas, tak jak zepsuła rozkosz, tak musiała zmniejszyć jej cierpienie. „To nie byłam ja — musiała sobie powiedzieć; byłam obłąkana. Chcę się jeszcze modlić za ojca, nie rozpaczać o jego dobroci. Ale możliwe jest, że ta myśl, która z pewnością nastręczyła się jej w rozkoszy, nie nastręczyła się jej w cierpieniu. Byłbym chciał móc jej podsunąć tę myśl. Jestem pewny, żebym jej oddał przysługę i że zdołałbym stworzyć dość słodką styczność między nią a wspomnieniem ojca.

Niby z nieczytelnych kajetów, w których genialny chemik, nie wiedząc że śmierć jego jest tak bliska, notuje odkrycia, mające może zostać na zawsze nieznane, przyjaciółka panny Vinteuil wydobyła z papierów bardziej nieczytelnych niż papyrusy wypełnione pismem klinowem, wiecznie prawdziwą, wiekuiście płodną formułę owej nieznanej radości, mistycznej nadziei szkarłatnego anioła poranku. A ja, dla którego, mniej może niż dla samego Vinteuila, ta kobieta była także, jeszcze tego wieczora — miała być zwłaszcza w przyszłości, budząc na nowo zazdrość o Albertynę — przyczyną tylu cierpień, dzięki niej, w odpłatę, mogłem usłyszeć dziwne wołanie, którego nie przestanę już słyszeć nigdy, jako przyrzeczenie i dowód, że istnieje coś innego niż nicość, którą znalazłem we wszystkich rozkoszach i w samej miłości; coś możebnego do osiągnięcia zapewne przez sztukę; i że, jeżeli życie wydawało mi się tak czcze, to przynajmniej nie wyczerpało ono wszystkiego.

To co młoda kobieta, dzięki swojej pracy, objawiła z Vinteuila, to było, prawdę rzekłszy, całe jego dzieło. Przy tym septecie, niektóre frazy z sonaty, jedyne które publiczność znała, zdawały się tak banalne, iż niepodobna było zrozumieć, jak mogły niegdyś budzić tyle zachwytu. Podobnie dziwi nas, że przez lata kawałki tak błahe jak Pieśń do gwiazdy, Modlitwa Elżbiety mogły wprawiać na koncertach w szał fanatyków, którzy klaskali bez końca i krzyczeli bis, po skończeniu utworów będących przecież nędzą dla nas, znających Tristana, Złoto Renu, Śpiewaków norymberskich. Trzeba przypuszczać, że te bezbarwne melodje już zawierały, choć w minimalnych (i przez to może łatwiejszych do przyswojenia) ilościach, coś z oryginalności arcydzieł, jedynych które dziś liczą się dla nas, ale których zrozumienie utrudniałaby może sama ich doskonałość; tamte przygotowały im może drogę w sercach. To pewna, że jeżeli tamte melodje dawały mgliste przeczucie przyszłego piękna, grążyły je w powszechnej nieświadomości. Tak samo z Vinteuilem; gdyby umierając zostawił — poza pewnemi partjami sonaty — jedynie to co zdołał skończyć, wówczas to coby się zeń znało byłoby, wobec jego prawdziwej wielkości, czemś równie błahem, jak gdyby Wiktor Hugo naprzykład umarł po Pas d'Armes du roi Jean, po Fiancée du TimbalierSarah la baigneuse, nie napisawszy Legendy wieków ani Kontemplacyj; to co jest dla nas jego prawdziwem dziełem zostałoby czysto potencjalne, równie nieznane jak owe światy, których nasze poznanie nie dosięga, o których nigdy nie będziemy mieli pojęcia.

Zresztą pozorny kontrast, owa głęboka łączność między geniuszem (także talentem, a nawet cnotą) a futerałem przywar, w którym, jak się to zdarzyło Vinteuilowi, jest on tak często zawarty i przechowany, były czytelne — niby w przejrzystej alegorji — w samem zebraniu gości, wśród których się znalazłem po skończeniu koncertu. Zebranie, mimo że ograniczone tym razem do salonu pani Verdurin, podobne było do wielu innnych, których elementów nie zna szeroka publiczność, a które filozofujący dziennikarze, bodaj trochę poinformowani, nazywają paryskiemi, lub panamistycznemi, lub dreyfusowskiemi, nie podejrzewając, że można je spotkać tak samo w Petersburgu, w Berlinie, w Madrycie, i w każdej epoce. W istocie, jeżeli podsekretarz stanu Sztuk pięknych, prawdziwy artystą, człowiek wytworny i snob, parę diuszess i trzej ambasadorowie z żonami znaleźli się owego wieczora u pani Verdurin, bezpośrednim źródłem ich obecności były stosunki łączące pana de Charlus z Morelem, stosunki które pobudziły barona do tego, aby dać największy rozgłos sukcesom swego młodego bożyszcza i uzyskać dlań krzyż Legii. Dalszą przyczyną, która umożliwiła to zebranie, był fakt, iż młoda dziewczyna, utrzymująca z panną Vinteuil stosunki równie podejrzane, wydobyła na światło serję genialnych dzieł, które stały się taką rewelacją, że niebawem otwarto subskrypcję pod patronatem ministerstwa Oświaty celem wzniesienia Vinteuilowi pomnika. Zresztą, jak stosunki panny Vinteuil z przyjaciółką, tak i stosunki barona z Morelem stały się użyteczne dla tych dzieł; stworzyły rodzaj przecznicy, skrót drogi, dzięki któremu świat miał się zetknąć z temi dziełami bez przeszkód jeżeli nie niezrozumienia, które miało trwać długo, to bodaj całkowitej niewiedzy, która mogłaby trwać całe lata. Za każdym razem kiedy zachodzi wydarzenie dostępne umysłowi felietonowego filozofa — to zna czy przeważnie wydarzenie polityczne — felietonowy filozof jest przekonany, że coś się zmieniło we Francji, że już się nie ujrzy podobnych wieczorów, że już się nie będzie podziwiało Ibsena, Renana, Dostojewskiego, d'Annunzia, Tołstoja, Wagnera, Straussa. Bo dziennikarze-filozofowie z dwuznacznych podszewek tych oficjalnych manifestacyj czerpią argumenty na to aby znaleźć coś „dekadenckiego” w entuzjastycznie powitanej sztuce, która często jest ascetyczniejsza od innych. Ale nie ma nazwiska, pośród nazwisk najbardziej czczonych przez tych felietonowych filozofów, któreby najnaturalniej nie dało powodu do takich dziwnych biesiad, choćby dziwność ich była mniej jaskrawa i lepiej ukryta.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.