drukowana A5
43.5
Księżniczka

Bezpłatny fragment - Księżniczka


Objętość:
300 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1002-0

W domu

I

Gdy w miasteczku M. rozeszła się wieść o założeniu DomuHandlowo-Komisowego Rolników Nadw...skich w celu wyswobodzenia właścicieli ziemskich z rąk lichwiarzy przez dawanie im taniego kredytu na zboże — między kupcami tamecznymi, w rękach których dotąd koncentrował się handelzbożem w całej okolicy, objawił się niemały popłoch, a obradygiełdowe, odbywające się regularnie co dzień z rana na środkurynku, zwanego żydowskim, bywały głośniejsze niż kiedykolwiek. Z gestykulacji rąk, z rozpłomienionych twarzy, z częstego przesuwania czapek futrzanych na tył głowy i z tyłuna przód widać było, że wieść ta niespodziana wstrząsnęłakupcami do głębi. Ale gdy w ślad za pierwszą wieścią przyszła wkrótce na giełdę druga o urządzeniu filii Domu w M.i mianowaniu ajentem pana Marcina Oreckiego, barometrusposobienia moralnego miejscowych Rotszyldów, spadły jużbardzo nisko, podniósł się w jednej chwili; dziwowano siętylko wielce, jak Dom, na którego czele stawali ludzie znanizaszczytnie w przemyśle krajowym, mógł wybrać na reprezentanta firmy człowieka nie mającego żadnego o handluwyobrażenia — a stary doświadczony Hersz przepowiadałnawet prędki upadek filii.

Gdyby do składu nowo powstającej instytucji należeli samitylko ludzie fachowi, to posada ajenta pewnie dostałaby siękomu innemu — ale połowę członków stanowili ziemianie,a ci użyli swego prawa głosu dla zaprotegowania krewnychi znajomych, czemu przecie dziwić się nie można. Jednymz protegowanych był znany z prawości charakteru pan MarcinOrecki, niegdyś zamożny obywatel ziemski. Burza wstrząsająca do gruntu całym krajem pozbawiła go dziedzicznej własności — został mu jednakże kapitał, z którym osiadł w miasteczku, kupiwszy sobie dom z ogrodem. Powolny, łagodny,uprzejmy, serce, a często i kieszeń otwarte miał dla każdego— i pomimo sześćdziesięciu lat wieku, idącego z latami doświadczenia, pomimo że nieraz bywał ofiarą własnej łatwowierności — nie pozbył się jej i ufał każdemu z rzadką naiwnością. Wszyscy dla niego byli uczciwymi ludźmi; a jeśli ktozbyt jawnie przeciwko zasadom uczciwości wykroczył, pan Marcin najprzód wierzyć nie chciał, a potem litował się nad nimi tysięczne dowody wynajdywał na jego usprawiedliwienie.

Tytuł kupca pierwszej gildii, jaki panu Marcinowi dostałsię wraz z posadą ajenta, sprawił mu niemałą przyjemność.Kazał oprawić patent za szkło w ozdobne, złocone ramy i powiesił w kantorze nad biurkiem. Cieszyło go to, że on, szlachcic, zajmując stanowisko handlowe, poświęcał swoje przesądyszlacheckie, przyczyniał się do postępu i brał udział w reformie kraju, szukającego nowych dróg do powiększenia ogólnej zamożności — a przekonanie to podnosiło go we własnychoczach. Każdemu, kto do niego przyszedł, pokazywał patenti objaśniał jego znaczenie, przy czym mówił dużo o postępie,posługując się całymi okresami, wyjętymi z mowy, jaką przyotwarciu nowej instytucji miał jeden z członków Domu, noszący historyczne nazwisko — mowy obfitej w piękne frazesyi efekty oratorskie, a którą pan Marcin wyczytawszy w gazetach, tak sobie upodobał, że większą część umiał prawiena pamięć. Przejęty ważnością swego stanowiska, gorliwie sięzabrał do zaopatrzenia kantoru w odpowiednie jego przeznaczeniu sprzęty i nie mógł się dość nacieszyć kasą ogniotrwałąi jej sztucznym zamkiem, otwierającym się tylko za właściwym nastawianiem liter — oraz, choć jeszcze nie było wiadomo, jaki będzie ruch interesów, przyjął sobie dwóch pomocników, którym pensje wyznaczył z własnej kieszeni.

Jakoż wbrew przepowiedni Hersza od razu w kantorze panaMarcina objawił się ruch wielki: bracia szlachta, chętni dokorzystania z taniego kredytu, cisnęli się po zaliczki i nierazw kantorze było tłumno jak w kościele. Jak zresztą nie miałobyć tłumno, kiedy prawie nikt stamtąd nie odszedł niezadowolony, jak to bywało u Hersza lub Arona? Pan Marcin miałdobre serce i nie lubił ludziom robić trudności, przy tym byłczłowiekiem towarzyskim, gościnnym i znał cały powiat. Załatwiwszy jak najśpieszniej interes, gawędził chętnie z interesantami o urodzajach, polowaniu, polityce i co dzień prawie przyprowadzał żonie gości na śniadanie lub obiad, niepytając, czy była na to przygotowana, czy nie. Gdy młockasię skończyła, cała ulica, przy której stał dom pana Marcina,tak była zapchana furmankami z odstawą, że trudno się byłoprzez nią przedostać. Przez całą zimę pan ajent i jego pomocnicy zaledwie sobie dali radę z przyjmowaniem odstaw, ważeniem zboża i ładowaniem go na statki, mające popłynąćdo Gdańska. Rzeka, jak okiem dojrzeć, pokryła była lasemmasztów ozdobionych różnokolorowymi chorągiewkami, któreniby las bagnetów miały walczyć w imię postępu i wywalczyćkrajowi nieznaną dotąd pomyślność i bogactwo. Statki kolejno zarzucały kotwice w małej przystani, należącej do posesjipana Marcina, gdzie brzeg wzmocniony był drewnianym bulwarkiem i gdzie stał śpichrz, z którego odbywało się ładowanie.

Jeżeli kto przypuszcza, że miejscowi handlarze spiskowaliprzeciwko panu ajentowi, to bardzo się myli. Nic podobnegonie było. Hersz i Aron wobec tej procesji furmanek zachowywali się obojętnie, a nawet przyjacielsko. Przychodzili do kantoru, gawędzili z panem Marcinem o cenach zboża, braliw rękę próbki, nieśli je do okna, oglądali, ważyli, przesypywali z dłoni na dłoń, szwargotali z sobą półgłosem, kiwaligłowami, ale też na tym był koniec.

Zboże w Gdańsku sprzedane zostało kupcom angielskimz takim zyskiem, że to w członkach Domu Handlowego najświetniejsze obudziło nadzieje, wyglądana era dla handlui rolnictwa zdawała się już być blisko. Członek Domu, noszącyhistoryczne nazwisko, wypowiedział na ogólnym zebraniu mowę jeszcze piękniejszą niż przy otwarciu tej instytucji, a gazety powtórzyły ją urbi et orbi.

Toteż istotnie trudne było do zrozumienia, dlaczego w rokunastępnym ruch w kantorze pana Marcina zmniejszył się —a znaczna część tych, co korzystali z dobrodziejstwa taniegokredytu, zwróciła się na powrót do droższego kredytu żydowskiego i chociaż nie miała zboża na odstawienie Domowi Handlowemu, odstawiała je jednak bocznymi ulicami swoim dawnym kredytorom. Pan Marcin, gdy mu o tym doniesiono, powiedział najprzód, że „to nie może być” — a następnie, że „tosą ludzie porządni i z pewnością oddadzą, co winni”. Dla tejsamej przyczyny nie chciał korzystać z paragrafu ustawy,dozwalającego mu poszukiwać sądownie niesumiennych dłużników — czym ośmieleni, nie szukali już bocznych dróg, mniejdogodnych bądź co bądź dla koni idących z ciężarami, aleprzed oknami kantoru przejeżdżali z furami, wiozącymi zbożedla Hersza i Arona. Raz zszedłszy się z takim dłużnikiem okow oko na ulicy pan Marcin zaczął mu robić wyrzuty, ale tamten potrafił mu w tak posępnych kolorach przedstawić swojepołożenie, że wzruszony jego niedolą, pożyczył mu jeszczepięćdziesiąt rubli z własnej kieszeni.

Ustawa wymagała, aby każdy biorący zaliczkę stawiał za sobą dwóch poręczycieli, gotowych odpowiedzieć własnymmajątkiem, w razie gdyby się nie uiścił z długu; byli jednakżetacy, którzy poręczycieli, mimo usilnych starań, znaleźć niemogli, a pieniędzy potrzebowali koniecznie — i ci, znającmiękkie serce pana Marcina, dopóty go prosili, dopóki ichnie wyratował z kłopotu własnym poręczeniem. Że zaś takiewypadki powtarzały się od czasu do czasu i wytworzyły jużdość pokaźną sumę, więc pomocnik pana Marcina, człowiekszczerze rodzinie jego życzliwy, ostrzegł o tym poufnie paniąOrecką, o której wpływie na męża wiedział. Na czynione sobieprzedstawienia i wyrzuty, że przez swą nieopatrzność możepozbawić chleba na przyszłość jedyne dziecko, pan Marcinodpowiedział z niezachwianą ufnością:

— Ale oni oddadzą! Jak cię kocham, tak oddadzą: to sąporządni ludzie. Gdybym ich nie znał, to co innego, ale jaich znam. Chociażby ten Tecki: Towarzystwa nie miał czymzapłacić i byliby mu wystawili wieś na subhastę. Trzeba gobyło ratować — jakże! Dzieci pięcioro; z torbami przecie niepójdą. Imość tobyś chciała, żeby nikomu nic nie dać. Olaboga!laboga! Jak trzeba, to trzeba, trudna rada!

Wyrzuty miały ten skutek, że następne poręczenia pan Marcin uskuteczniał w sekrecie przed swoim pomocnikiem — paniOrecka zaś, pomimo zapewnień męża o uczciwości dłużników,zaczęła uczuwać obawę o przyszłość, czas bowiem mijał, a oninie oddawali ani pieniędzy, ani zboża.

Gdy tak sprawy stały w kantorze, w spichrzu działy siętakże różne dziwne rzeczy. W pierwszym roku był pewiennadmiar zboża, w następnym już go nie było, a później okazał się nawet niedobór, który pan Marcin rokrocznie dopełniaćmusiał z własnej kieszeni. Zachodził on w głowę, co to byćmogło, bo przecież dostawy odbierano pod miarą i wagą.A gdy mu pomocnik powiedział raz, że widział, jak ludziearfujący pszenicę sypali ją garściami za cholewy, uczuł doniego niechęć i, spotkawszy jednego z robotników, o którychbyła mowa, zagadnął go tymi słowy:

— Słyszysz ty, prawda to, co mi pan Antoni powiada, żewy sypiecie za cholewy pszenicę? hę?

— E, wielmożny panie, gdzie by zaś była prawda — mówiłzagadnięty, kłaniając mu się do kolan — raz ino wzionemkwaterkę pośladu dla kurcząt, i tyla.

Więc pan Marcin machnął ręką i na tym się skończyło —do pomocnika zaś powiedział:

— Franciszek mówi, że tylko raz wziął garść pośladu dlakurcząt, a pan zaraz zrobiłeś z tego wielkie rzeczy. Co teżza człowiek z pana! Olaboga, laboga!

Musiał to być jednak poślad bardzo pożywny i rozmnażający się cudownie, jak ów chleb ewangeliczny, bo wszyscyrobotnicy, pracujący w śpichrzu, trzymali kury, wyglądające lepiej od kur ich pryncypała, i przynosili je nawet doniego na sprzedaż, a on je kupował, nie domyślając się nawet, że na jego pszenicy zostały wypasione.

Tak rzeczy stały kilka lat, z tą różnicą, że ruch w kantorze zmniejszał się coraz bardziej, a większa część statkówprzeniosła się na drugą stronę rzeki, gdzie stały śpichrze Hersza i Arona, i tam zarzucały kotwice. Walka w imię postępusłabła widocznie i groziła zupełną przegraną. Dom Handlowy przysłał swemu ajentowi instrukcje obostrzające dawanie zaliczeń i zażądał ściągnięcia długów w jak najkrótszymczasie.

Były to ciężkie chwile dla pana Marcina; widział się bowiem jako poręczyciel w konieczności zapłacenia za tych,którym niegdyś dopomógł, przez co kapitał, mający być posagiem jego ukochanej córki, zmniejszył się do minimum —i gdyby nie pensja, którą pobierał jako ajent, a która obecniestanowiła główną podstawę utrzymania domu, to procent odkapitału nie starczyłby nawet na codzienne potrzeby. Pocieszał się wprawdzie nadzieją, że odbierze swoje pieniądze z czasom, ale mimo to chudł, mizerniał i starzał się coraz bardziej.Tymczasem nadchodziły niepokojące wiadomości o obniżaniusię cen zboża na rynkach europejskich z powodu zasypaniaich pszenicą amerykańską i przebąkiwano, że Dom Handlowyzechce pewnie zwinąć filię w mieście M., której utrzymaniebyło dość kosztowne, a od kilku lat żadnych nie przynosiłokorzyści. Pan Marcin po całych dniach siedział w pustymkantorze, gdzie już nie było jego pomocników przy biurku,i patrząc bezmyślnie na rzekę, wybijał palcami marsza nazielonym suknie. Jedna tylko córka miała przywilej rozweselania ojca; słuchając jej szczebiotu, uśmiechał się i ożywiał jak dawniej, ale skoro tylko odeszła, wpadał znów w poprzednie zamyślenie i bębnił dalej swojego marsza.

Przez okno kantoru widać było także dziedziniec, łączącysię z nim ogród i mały, nowy domek z pruskiego muru, otoczony niewielkimi gospodarskimi budynkami, a oddzielonytylko parkanem od posesji pana Marcina. Należał on do Niemca Ofmana, właściciela jednej z największych berlinek, wożących zboże do Gdańska. Jakim sposobem ubogi człowiek domajątku przyszedł, nie naszą jest rzeczą badać, ale byli tacy,co pamiętali, jak przywędrował z kijem w jednej, a szczupłymwęzełkiem w drugiej ręce, które to szczegóły w zestawieniuz obecnym położeniem Ofmana przyniosły mu tylko zaszczyt,jako dowodzące niezmiernej jego wyższości nad krajowcami,wielkiej wytrwałości i energii w walce o byt. Już sam sposóbpozyskania gruntu pod budowę wart był zanotowania w kronice miasta, jako dowód rozumu przybysza i umiejętnościtworzenia czegoś z niczego, która to umiejętność jest narodowym przymiotem Niemców.

Za parkanem ogrodu pana Marcina był kawałek cuchnącego bagna, zalewanego od czasu do czasu przez wodę rzeczną.Ofman nabył to bagno od miasta za kilkanaście talarów, z powodu którego to interesu pan burmistrz aż boki zrywał ześmiechu i drwił z biednego Niemca, ilekroć go spotkał, nazywając go „jaśnie wielmożnym dziedzicem”. Nowy obywatelmiasta jednak znosił spokojnie te drwinki i postępowaniemswoim dowiódł, że mądrze czyni ten, kto się śmieje na ostatku.Zaczął od porozumienia się ze służbą policyjną i furmanami,których zadaniem było wywożenie śmieci z ulic, i za poczęstunek oraz kilka pudełek zagranicznych cygar skierował wywózkę na własne terytorium. Tak załatwiwszy interes, postarał się o miejsce szypra na berlince i co roku wracającz Gdańska ze statkiem po ładunek, wiózł głęboko schowanew kajucie cygara i widział z pociechą, jak grunt jego rósłcoraz wyżej, wyżej, aż zrównał się poziomem z posesją panaMarcina. Wtedy Ofman uznał, że już więcej cygar z zagranicy przywozić nie ma potrzeby, i wyjąwszy ze skórzanegoworeczka pieniądze, zebrane kilkoletnią pracą, oszczędnościąi przemysłem, ogrodził grunt i wystawił na nim mały parterowy domek, podług planu, jaki sam sobie obmyślił. W drugim roku stanęły budynki gospodarskie, w trzecim przybyłaozdobna facjatka na domu mieszkalnym, w czwartym weranda przed domem i ogródek, mały wprawdzie, ale z dalekanęcący oko barwnością kwiatów i starannym utrzymaniem —a całość posesji przybrała charakter miniaturowego holenderskiego folwarczku. Każdy szczegół mówił o wzrastającejzamożności posiadacza. Zamożność ta stała się jeszcze widoczniejsza od czasu, gdy się Ofman ożenił z wdową po właścicielu berlinki, na której poprzednio pełnił służbę szypra. Burmistrz już przestał śmiać się z niego, a pan Marcin, wzruszający z początku tylko ramionami, zaczął przypatrywać siętej fortunie rosnącej pod jego bokiem z pewną ciekawością.Co kilka dni bowiem można tam było zobaczyć coś nowego:to ganeczek, którego dawniej nie było, to sztachetki, to drzewka świeżo zasadzone, to altankę! A między tym wszystkim odświtu do nocy chodził sam właściciel, krzątając się z trudnądo zrozumienia dla szlachcica wytrwałością. A zawsze cośtrzymał w ręku: to młotek, to szpadel, to nóż, to świder —ciągle coś robił, przybijał, sam uskuteczniał każdą naprawę.Wkrótce też urządził porządny bulwark, regulujący brzegrzeki w tym miejscu; statki przy nim zarzucały kotwice, a nawet zimowały za pewną opłatą, której żądać nie przyszłonigdy do głowy jego sąsiadowi — a co wiosna stawały tamtratwy zbite z drzewa budulcowego. Miał już bowiem Ofmanswój własny las w okolicy i powoli go wyrąbywał.

Obok tych zabudowań, uderzających mile oko ładem i czystością, smutnie odbijała obszerna posesja pana Marcina. Parkan, gnijący od spodu i grożący upadkiem, popodpierany byłtu i ówdzie drągami; ze ścian domu tynk poodpadał w wielumiejscach, a drzewo wystawione na działanie powietrza i wilgoci pokrywało się pleśnią. Dach na śpichrzu od roku potrzebował naprawy. Ze wszystkich kątów wyglądała zbliżająca się powoli ruina. Pan Marcin ruiny tej bynajmniej niepragnął, ale miał jedną maleńką wadę: lubił wszystko odkładać na jutro. Gdy dach zaczął zaciekać, a pomocnik, zwróciwszy mu na to uwagę, chciał zaraz posyłać po rzemieślnika,odpowiadał, że „jest w gorącej wodzie kąpany” i że „nie manic pilnego”. Tym sposobem uszkodzenia, zrazu małe i drobnymi kwotami dające się usunąć, zwiększały się i coraz znaczniejszych wymagały kosztów — że zaś wskutek nieszczęśliwego obrotu interesów fundusze pana Marcina zmniejszyłysię bardzo, więc ani można już było myśleć o większych reparacjach.

Jeżeli pan Marcin z okien swego kantoru widział, co siędziało u Ofmana, to Ofman widział równie dobrze, a możenawet lepiej, co się działo u niego — czego najlepszym dowodem było, że w chwili bardzo krytycznej dla pana Marcinazaproponował mu sprzedaż domu i ogrodu. Ale pan Marcin,choć flegmatyczny z natury, zsiniał aż z gniewu i nawymyślałmu po szlachecku. Niemiec zniósł obelgi z tak zimną krwią,jak niegdyś drwinki burmistrza, i pomyślał sobie prawdopodobnie, że i na niego przyjdzie kiedyś kolej wymyślać,tylko trzeba czekać cierpliwie.

Odtąd pan Marcin czuł do sąsiada dziwną, niewytłumaczonąniechęć, a ta wzmogła się jeszcze od czasu, gdy ten samobywatel Tecki, którego niegdyś uratował od subhastacji, dlaoddania należności Domowi Handlowemu, pożyczył od Ofmana pieniędzy i wymógł znów poręczenie na słabo opierającymsię panu Marcinie. Spisano umowę u Ofmana, żeby przypadkiem pani Orecka nie domyśliła się, o co idzie, po czym panMarcin poszedł do domu najprzód, dla niepoznaki, a Teckimiał w kwadrans potem przyjść do niego z pieniędzmi. Aleminął kwadrans jeden, drugi, trzeci, mijały godziny i wieczór nadszedł, a Teckiego jak nie było, tak nie było.

— Przyjdzie jutro — powiedział sobie pan Marcin, nieuczuwając najmniejszego niepokoju — musiało go coś w mieście zatrzymać.

Ale nazajutrz na próżno Teckiego i pieniędzy cały dzień wyglądał: dopiero wieczorem zjawił się posłaniec z listem, w którym pan Tecki tłumaczył mu, że nagły interes zmusił gowczoraj do natychmiastowego powrotu do domu, i przepraszał, że zwrot należnej Domowi Handlowemu sumy musi jeszcze na sześć miesięcy odłożyć — ale zdrowie jego żony jesttak nadwyrężone, że doktór kazał bezzwłocznie wysłać ją dowód — czemu on, pragnący ratować życie matki kilkorgadzieci, sprzeciwiać się nie może.

Nagły strach ogarnął pana Marcina po przeczytaniu tegolistu, ale uspokoił się wkrótce argumentem, że Tecki jest przecież uczciwym człowiekiem, że go zna; że odda pieniądze niezawodnie za sześć miesięcy, kiedy tak mówi; że wreszcie niemożna mu się dziwić, iż chce ratować żonę! Czyż on sam,Marcin Orecki, nie oddałby wszystkiego, co posiada, dla ratowania swojej? On by duszę zastawił!

Mimo takich i tym podobnych, samemu sobie czynionychperswazji stracił apetyt i humor, chudł coraz bardziej, a włosy jego niedawno jeszcze szpakowate, zupełnie prawie pobielały. Po upływie zapowiedzianych sześciu miesięcy, podczas których Tecki systematycznie unikał wszelkiego z panem Marcinem spotkania, ten ostatni zdecydował się na krokenergiczny, to jest, postanowił sam się upomnieć o pieniądzei zmyśliwszy jakiś niespodziany interes przed żoną, pojechałdo niego. Przez całą drogę układał sobie szereg ostrych wyrzutów, jakimi go miał przywitać — ale gdy ten, dla kogobyły przygotowane, przyjął go z otwartymi ramiony, nie miałodwagi wypowiedzieć ich tak obcesowo, jak sobie był zamierzył, i uczynił to w najłagodniejszej formie. Gospodarz naturalnie ani myślał zaprzeczać, przyznawał się do winy, przepraszał i solennie obiecał przywieźć pieniądze w jak najkrótszym czasie.

Ugoszczony, wyściskany, wycałowany, obdarowany olbrzymim szczupakiem, pół tuzinem kuropatw i dwoma zającamipan Marcin odjechał z dobrą myślą i mocniej niż kiedykolwiek przekonany, że Tecki jest porządnym człowiekiem. Zresztą termin zawartej z Ofmanem ugody obowiązywał dopieroza rok pana Marcina. Tylko tego Niemca coraz bardziej nieznosił.

Zauważył, że od jakiegoś czasu Ofman bacznie przyglądałsię jego posesji, jakby notował sobie wszystkie uszkodzeniai obliczał koszty ich naprawy albo układał w myśli plany naprzyszłość — i na sam widok jego kaftana niebieskiego, włóczkowego i fajeczki porcelanowej łagodny ten człowiek uczuwałnapady głuchej, bezsilnej wściekłości, a po niej bolesne ściśnięcie serca, podobne temu, jakie czuć musi niezawodniedrobna muszka zaplątana w sieć pajęczyny na widok spuszczającego się ku niej pająka. Świat należy do energicznych,powiadają, a Niemiec dodaje po cichu, że i do cierpliwych...

Dla uzupełnienia portretu Ofmana dodać musimy, że rozumny ten człowiek, umiejący pokonywać wszelkie trudności,jednej nie zdołał pokonać: oto że, choć dość długo mieszkałw M., nie mógł jednakże nauczyć się po polsku. Obejście jegoz panem Marcinem, w miarę zmiany stanowiska, ulegało teżniejednokrotnie przemianie. Gdy kupił bagno za swoje kilkanaście talarów, kłaniał mu się nisko, z daleka już zdejmując czapkę; zostawszy właścicielem lasów i dwóch statków,ograniczył się na uchylaniu czapki, z gestem umiarkowaniegrzecznym; a od czasu, jak miał w szufladzie jego podpis, niezdejmował czapki wcale, tylko kiwał głową.

II

Urządzenie domu pana Marcina miało wszelkie cechy pańskości i bogactwa: były tam aksamity na meblach, były zwierciadła, dywany, obrazy, brązy i kryształy, a wszystko składałosię na całość imponującą z daleka, a uderzającą smakiemestetycznym i wytwornością; dopiero przy bliższym rozpatrzeniu widać było, że te dywany i aksamity, resztki dawnejświetności, były bardzo zniszczone i spłowiałe. Służba chodziła w wytartej liberii, ozdobionej dużymi herbowymi guzikami, i liczniejsza, niż potrzeba: było to jedno z długiegoszeregu ich dawnych szlacheckich nawyknień, jakich, pomimoutraty dziedzicznego majątku i kilkoletniego mieszkaniaw mieście, pozbyć się nie umieli. Pan prędzej może byłbysię przerobił na mieszczanina, ale pani, córka magnata, wychowana w atmosferze zbytku, nie mogła przywyknąć dozmiany stanowiska, choć z konieczności zgodzić się nim musiała. Doświadczenie, będące zwykle najlepszą szkołą życia,w tym przynajmniej względzie nie wywarło na nią swegowpływu: nic bowiem nie zapomniała i niczego się nie nauczyła. Im większa przestrzeń czasu oddzielała ją od minionejniepowrotnie przeszłości, tym z większą trudnością znosiłaciężar obecnej egzystencji — a jeszcze nieopatrzność męża nabawiała ją śmiertelnej trwogi o przyszłość.

Chwilami w duszy jej powstawał gwałtowny bunt przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Wówczas czyniła mężowi gorzkie wyrzuty i dostawała płaczu nerwowego, po którym następowała zawsze długa bezsilność i apatyczna rezygnacja.Znękany jej umysł potrzebował koniecznie rozrywki, zmianymiejsca, a wątłe jej zdrowie cieplejszego klimatu — o tymwszystkim jednakże myśleć nawet nie było można. Coraz bardziej pogarszający się stan interesów wymagał znacznychograniczeń w trybie życia, ale możliwość takiej zmiany nawetprzez myśl pani Oreckiej nie przeszła: komfort był tej kobiecie tak potrzebny do życia, jak powietrze do oddychania. Zdawało się, że po nie woskowanej posadzce nie umiałaby chodzić, a potrawy podane na porcelanie lub srebrze miały dlaniej inny smak niż na fajansie lub glinie. Ubiór jej, chociażskromny, zrobiony był zawsze z wyborowego materiału i odznaczał się wytwornością formy. Twarz, nosząca ślady wielkiej piękności, miała wyraz troski i zmęczenia, do czego możeprzyczyniło się kilkoletnie cierpienie nerwowe, podkopującecały organizm. Co tylko miało jakąkolwiek bądź własnośćwzmacniającą, wszelkie ekstrakty, esencje, wina stare, wszystko to sprowadzał dla żony pan Marcin, ale bez żadnegoskutku, nie domyślając się, że on to właśnie swoją nieprzezornością zatruwał jej spokój i rujnował jej zdrowie i żezmiana położenia materialnego na lepsze od razu postawiłabyją na nogi. Po całych dniach leżała na kanapie z oczymautkwionymi w sufit albo z książką, której nie czytała — niemając ani siły, ani ochoty do zajęcia się gospodarstwem, anipotrzeby wreszcie, bo cóż by w takim razie robiła panna służąca? Mimo to, wątła, delikatna dłoń pani Marcinowej trzymała rządy mocno: czuli to wszyscy i ulegali jej, zacząwszyod pana Marcina, mówiącego żonie wszystko, wyjąwszy tego,co mogło jej się nie podobać.

Jedyna córka państwa Oreckich, Helenka, miała w sobiepo trosze z charakteru obojga rodziców. Z ojca wzięła nieograniczoną wiarę w ludzi i serce pełne współczucia dla ludzkiej niedoli; z matki wytworność, wrażliwość nerwową niemal i wstręt do wszelkiego trudu. Jakże zresztą mogła zasmakować w pracy, kiedy od dzieciństwa odsuwano od niej trudwszelki? Nie znała prawie, co to chodzić piechotą, bo w stajnistały konie, gotowe w każdej chwili na rozkazy; nie wiedziała,co ubrać się samej lub rozebrać, bo to był obowiązek pannysłużącej, a po delikatnych paluszkach znać było, że rzadkokiedy spotykały się z igłą. Wdzięczna jej postać uderzała wybujałością wzrostu i delikatną budową; toteż oboje rodzicedrżeli o swoją jedynaczkę i wmawiali w nią słabe zdrowie,co słysząc ciągle dokoła siebie powtarzane, panienka nie tylkouwierzyła, że jest zagrożona, ale w przesadzonej obawie o siebie unikała wszystkiego, co ją męczyło.

Całym jej zajęciem aż do siedmnastego roku życia byłouczyć się lub bawić; a od chwili, gdy miss Mary i mademoiselle Madeleine opuściły ją, to jest od kilku tygodni, niewiedziała, co robić z czasem — i jeżeli matka jej nie potrzebowała, spędzała dnie przy fortepianie. Jedna z guwernantekHelenki wpłynęła na jej postępy w graniu, ale po swojemu,po kobiecemu, płytko i jednostronnie. Co było świetnościąi błyskotą, to spod jej palców dobrze wychodziło, ale każdarzecz głębsza stawała się raczej zgmatwaniem niż rozkryciemskarbów. Szopena lubiła bardzo, szczególnie mniejsze jegoutwory, jak nokturny, walce, ale odziewała je przesadną sentymentalnością, od której jej samej rozstrajały się nerwy, alektórą właśnie matka w niej uwielbiała, mniemając, że córkawydobywa z siebie najtkliwsze kobiece uczucia, że zatem jestzachwycająca, jak mało która z grających. Wiele też godzinpochłaniało jej czytanie książek w kilku językach, nie wyjmując ojczystego, i marzenia, których przedmiotem była jej własna przyszłość, podobna do przyszłości bohaterek wszystkichkończących się szczęśliwie powieści.

Zajęcia te, nie mogące być w żaden sposób nazwanymi pracą, jako nieobowiązkowe ani w systematyczny ład ujęte, niewypełniały życia dziewczęcia — toteż często przy nich poziewała, a ładna jej twarzyczka pozbawiona była głębszego wyrazu. Z tego wszystkiego widać, że wychowaniu Helenki brakowało zupełnie gruntu realnego. Wielkie jej zdolności rozwinięte były tylko jednostronnie: kształcono ją główniew językach i talentach, czyniących kobietę bardzo przyjemnąw salonie, ale niepożyteczną w życiu codziennym — i tylkowłasnemu pragnieniu wiedzy była winna, że umiała trochęwięcej, niż ją starano się nauczyć. Umysł, przebywający ciąglew krainach fantazji, nie rozumiał warunków życia rzeczywistego, a wrodzona bystrość i inteligencja przytępione byłybezczynnością. Jaką dziewczynka ta w przyszłości stanie siękobietą, nie można było wiedzieć. W duszy jej drzemały siłyukryte, które życie tylko mogło rozbudzić albo uśpić zupełnie:były tam zarody energii, była gotowość do poświęceń, odwagai zapał — szlachetne kruszce, potrzebujące koniecznie próbyognia dla nabrania wartości i blasku.

Helenka widziała stopniowy upadek filii Domu Handlowego, ale nie przypuszczała, aby upadek ten tak blisko dotykał jej ojca — miała mu też za złe, że tak te sprawy brał doserca. Ojciec w jej przekonaniu był zamożnym kapitalistą;a choć o cyfrę jego kapitałów nie pytała nigdy, bo miaławrodzony wstręt do cyfr, sam fakt, że istniały, wystarczałjej. O interesach nie mówiono z nią nigdy, przyszłość więcnie przestraszała jej bynajmniej, choć z różnych rzeczy miarkowała, że nie wszystko idzie jak należy. Były to jednakw jej mniemaniu drobnostki, dające się łatwo usunąć, i niewarte, żeby ojciec tracił dla nich apetyt. Patrzyła na światoczyma młodości i widziała wszystko w różowych barwach.Od kilku tygodni zajmowała ją myśl o balu, mającym się odbyć u jej stryja, pana Bartłomieja, zamożnego obywatela, naktórej to zabawie Helenka miała po raz pierwszy ukazać sięjako panna dorosła i, niby rycerz świeżo pasowany, miastszpady, otrzymać długą suknię. Napisano po suknię do Warszawy, a sama Helenka nakreśliła plan tego arcydzieła kunsztu niewieściego. Tymczasem liczyła niecierpliwie dnie, przedzielające ją od balu, i marzyła o nim na jawie i we śnie.Zdawało jej się, że będzie to początek poematu jej życiai wkrótce zaraz po tym początku, jak w bajce, przyjedzie doniej piękny królewicz i złoży u jej stóp serce i majątek.

III

Stary dwór gorzał światłem; sanki, bryczki, powozy wjeżdżały przez wrota na dziedziniec i kolejno ustępowały sobiemiejsca przed gankiem. Odgłosy muzyki mieszały się ze szczekaniem psów i wołaniem stangretów. Na dworze było ciemnomimo śniegu pokrywającego ziemię, a dwie latarnie, zawieszone wysoko na słupach przede dworem, zaledwie na kilkanaście kroków dokoła oświetlały przestrzeń.

W ganku, ugarnirowanym soplami lodu, stoi w baraniejczapce sam pan Bartłomiej i przyjmuje gości, choć mróz nadworze trzaskający. Byłoby komu zastąpić go co prawda, boma synów, ale pan Bartłomiej jest człowiekiem starej datyi po staremu obowiązki gospodarza pojmuje — słynie teżz gościnności w okolicy szeroko i daleko. Światło latarni padawprost na tę wysoką, barczystą postać, z gęstą siwą czuprynąi wąsem zawiesistym, ożywioną wyrazem jowialnej, rubasznejwesołości.

— Jak się macie? — wołał jędrnym głosem — niech wamBóg da zdrowie, żeście przyjechali! Kochany radca! Uniżonysługa pani radczyni dobrodziejki! Ach, panna Anastazja! Serdecznie dziękuję, odsłużę się na weselu. Spieszcie się, państwo,z wysiadaniem, bo pomarzniecie. Całuję rączki pani sędzinie,gdzie mężulek? Cha, cha, cha, nie może się wygramolić nieborak! Jezu Chryste, kogoż to ja widzę? Prezesa? A niechżecię uściskam! A tośmy się kopę lat nie widzieli! Moje uszanowanie pani prezesowej!

Takie i tym podobne wykrzykniki trwały dopóty, dopókipowozy nie rozjechały się powoli ku stajniom. Na samymkońcu podsunęła się pod ganek kareta na saniach, z dużą walizą z tyłu, zaprzężona w cztery konie.

— A wy skąd? — krzyknął pan Bartłomiej na stangreta —czy nie z M.?

— Z M., wielmożny panie — odrzekł zagadnięty, zeskakując z kozła i otwierając drzwiczki.

Z karety wyskoczyła zakapturzona postać niewieścia. Z lekkości tego skoku można było od razu zgadnąć, że to jest cośmłodego, a dwoje wielkich oczu, błyszczących jak dwa ognieprzy świetle latarni, pozwalało się domyślać, że to jest takżecoś ładnego. Pan Bartłomiej otworzył ramiona i porwał tępostać w objęcia.

— Jesteś przecie, robaczku, chwała Bogu! Myślałem, żejuż nie przyjedziecie. Jak się masz, robaczku? Jak się masz?A to ci zmarzł buziaczek, no! Kto też widział tak późno przyjeżdżać, kiedy tylu ładnych chłopców czeka! Doprawdy, żeto nie do darowania! A matka jest?

— Jest, stryjaszku, a jakże! Jest i ojczulek!

Kto późno chodzi, sam sobie szkodzi, mówi przysłowie,i prawdę mówi. Zanim przybyłe panie w przygotowanym dlanich pokoju ogrzały się i rozgościły, zanim młodziutka synowica pana Bartłomieja zdołała uwolnić się z uścisków kuzynek i odpowiedzieć na wszystkie pytania: jak? co? dlaczego? ,zanim panna służąca rozpakowała rzeczy i ubrała najprzódpanią, a potem panienkę, upłynęła długa godzina. Pan Bartłomiej na dobre się niecierpliwił. Pukał co chwila do drzwipytając: „A czy już? a czy jeszcze? a czemu tak długo?” Narzekał na kobiety, że się ze wszystkim guzdrzą. Trudno, gniewaj się, jak chcesz, panie stryju, panienkę ubrać trzeba, boto nie wieczór byle jaki, ale bal całą gębą, bal, na który zjechała się cała okolica. Trzeba na nią włożyć bladoróżowąpowłóczystą sukienkę z gazy tak lekkiej i przezroczystej, żejest obawa, aby się za dotknięciem nie rozwiała jak mgłaporanna; trzeba tę sukienkę przybrać pierwiosnkami, stokrotkami i innymi jeszcze kwiatkami, które przynosi z sobąwiosna. Trzeba panienki białe ramiona troszeczkę odsłonići otoczyć je tymi samymi kwiatami, aby przy ich żywychbarwach wydawały się jeszcze bielsze; trzeba na koniec wewłosy jasne wpiąć parę kwiatów. Pani Orecka, siedząc w fotelu, dawała rozkazy i wskazówki pannie służącej, a potemjeszcze poprawiała wszystko własną ręką. Zrobiła ona ofiarędla córki ze swego zdrowia, przybywając na ten bal — alechciała ją sama po raz pierwszy w świat wprowadzić i byćświadkiem jej powodzenia, o którym nie wątpiła.

Helenka, napatrzywszy się do syta w zwierciadło, zwróciłacałą uwagę na ogon tak dla niej upragniony, a pasujący jąodtąd na dorosłą pannę, gdy wszedł zniecierpliwiony panBartłomiej, prowadząc z sobą pana Marcina, któremu kazałdać admonicję kobietom za guzdranie się. Wszedł i stanąłzdumiony. Odkąd znał swoją synowicę, nigdy jeszcze nie widział jej tak piękną, nigdy jeszcze delikatny owal twarzynie wydał mu się tak szlachetny ani rysy tak regularne; nigdyjej cera delikatna nie była tak przejrzysta jak w tej chwili,gdy ją rumieniec szczęścia na widok podziwu stryja oblewał,ani oczy tak pełne uroku jak teraz, gdy błyszczała w nichzarazem radość i obawa, ciekawość i pragnienie poznaniatego świata, do którego się rwała całą duszą.

Panu Bartłomiejowi aż się żal zrobiło, że żadna z jego córeknie mogła jej urodą dorównać.

— Co za śliczna dziewczyna! — przemówił, ochłonąwszy zezdziwienia — niech mnie diabli porwą, jeżeli dziś wszystkimchłopcom nie zawrócisz głowy! — I, podając ramię bratowej,dodał: — No, Marcinie, prowadź twoją córkę.

Gdy panna Helena weszła do sali, wsparta na ramieniuojca, rozszedł się szmer i dały się słyszeć szepty. Pan Bartłomiej nie mógł się opędzić prośbom o prezentowanie i zanimpanienka miała czas oswoić się z olśniewającym blaskiemświateł i rozejrzeć w tłumie, już w tańcu okrążała salę. Ledwie ją pierwszy tancerz posadził, już ją zamawiał drugi; niebyło ani chwili czasu do namysłu. Wiedziała tylko, że tańczyła, z kim, nie wiedziała; żadnemu ze swych tancerzy niemiała czasu się przypatrzeć — a jak się który nazywał, niewiedziała, choć stryj wszystkie nazwiska jej wymieniał. Ktoby zresztą tyle nazwisk spamiętał!

Nareszcie mogła trochę odetchnąć, rozpatrzeć się i myślizebrać, jeżeli zebranie myśli możliwe jest na balu. Orkiestrazaczęła grać kujawiaka, tańce na chwilę ustały, ale za tow sali zrobiło się gwarniej. Z miejsca, jakie Helenka sobie dochwilowego odpoczynku wybrała, dochodziły ją urywki rozmów różnych i przepływały mimo jej uszu jak muzyka, z oderwanych dźwięków złożona, nie zostawiająca po sobie śladu.Jeden przecież głos wyróżniła — był to głos jej stryja.

— Pan nie tańczysz, panie Stefanie? — mówił pan Bartłomiej — wstydź się waszmość. Taki tęgi chłopiec i pozwalanogom próżnować! Za moich czasów inna była młodzież. Jabym teraz jeszcze was wszystkich przeskoczył!

— Ależ tańczyłem, szanowny panie, tańczyłem kontredans i walca.

— Zamiast gadać, zawiń się waść koło której panny i wyskocz. Wszakże cię prezentowałem mojej synowicy?

— Nie, panie.

— Nie? — powtórzył jakby zdziwiony — a to chodźże, chodź.

— Chętnie, szanowny panie, ale słyszałem, że jest już zamówiona do wszystkich tańców.

Pan Bartłomiej roześmiał się na całe gardło.

— No, no, nie troszcz się, wyproszę dla ciebie jednego.

Helenka podniosła oczy i ciekawie spojrzała na tego, którego jej stryj prowadził. Był to bardzo piękny młodzieniec; czoło, jak z marmuru wykute, otoczone było bogatymi pierścieniami ciemnokasztanowatych włosów; oczy patrzyły śmiało, a nawet wyzywająco; nos kształtny, prosty, nadawał twarzy charakter umiarkowanej stanowczości, a usta, na półschowane pod wąsem, miały już pewien wyraz znużenia i bajronizmu. Wzrost piękny, obejście znamionujące człowiekaświatowego, frak najświeższej mody i szapoklak, trzymanyz pewnym niedbałym wdziękiem, dopełniały tej postaci młodzieńczej, będącej celem spojrzeń i skrytych westchnień wszystkich panien.

— Pan Stefan Jerski — rzekł pan Bartłomiej prezentując.

— Szanowny gospodarz obiecał mi w imieniu pani kujawiaka — rzekł, usuwając barykadę z krzesełka i składając jej ukłon głęboki — wolnoż mi odwołać się do tej obietnicy?

— I owszem — odrzekła powstając — obietnicę stryja przyjdzie mi wypełnić tym chętniej, że lubię ten taniec.

— Chłopskiego! — krzyknął na muzykę pan Bartłomieji wnet skrzypki, jakby posłyszały zaklęcie, zrobiły się smętniejsze, bastela jęła raźniej basować, od ucha, jak to mówi,a za nimi we wszystkich instrumentach inne ozwało się życie;a było instrumentów kilkanaście, bo muzykę sprowadzono ażz miasta. Nie był to już ów salonowy, z niemieckim walcempobratany taniec, ale kujawiak prawdziwy, w całej swojejoryginalnej poezji i prostocie.

Stefan jedną ręką objął swoją tancerkę, drugą z kapeluszem podniósł w górę i puścił się przez salę.

Kto kujawiaków tańczonych nie widział, ten o charakterzetego tańca nie może mieć dokładnego pojęcia. Już sam początek jest owacją dla tej, która została wybrana. Tancerzzdaje się mówić: patrzcie i zazdrośćcie mi! Potem ujmuje drugąrękę towarzyszki i zaczyna z nią krążyć z wolna, z namysłem,jakby się broniąc owładającemu nim urokowi — zwyciężonyi czcią przejęty, zgina przed nią kolano, a ona wzruszona chylisię w jego objęcia. Tu już taniec staje się iście wichrowaty.On się zrywa jak burza i porywa ją z sobą, żeby znowu zachwilę paść przed nią na kolana — i tak jest coraz częściej,nareszcie co zwrot, a tempo coraz szybsze, staje się w końcuszalone. Rzadko też która tancerka nie dostanie zawrotu głowy i wytrwa do końca. Helenka tańczyła lekko i zręcznie, niedotykając prawie ziemi; Stefan jak wicher, który gałązkękwiatu porwał z sobą.

Gdy skończyli nareszcie, posypały się rzęsiste oklaski. Panowie trochę już podchmieleni bili brawo i wołali o winona wiwat. Zrobił się hałas i wrzawa; jedni, brząkając kielichami, wołali: „Niech żyją Kujawy!” — inni gwałtem chcieliurządzić Kujawiakom owację przez obniesienie ich tryumfalne po sali. Pan Bartłomiej, zaniepokojony o całość swojej synowicy, biegał od jednych do drugich, perswadował — niemógł nikogo przekrzyczeć, lecz udało mu się wreszcie zalaćwinem całą sprawę. Przy brzęku kielichów i wśród wiwatówogłoszono pannę Helenkę królową balu.

Serce matki uderzyło radością i dumą. Wobec tryumfówcórki pani Marcinowa zapomniała o swoich nerwach — a liczne towarzystwo, widok świetnych toalet, muzyka, wreszcieprzerwa w monotonnym i odosobnionym życiu, jakie wiodłaod lat kilku, podziałały na nią skuteczniej i lepiej niż wszystkie krople. Blada jej i zawsze zmęczona twarz ożywiła sięlekkim rumieńcem i przybrała pozory zdrowia, a wyraz gniotącej troski ustąpił miejsca wyrazowi macierzyńskiej dumyi zadowolenia.

Stefan, stojący ciągle za krzesłem Helenki, niepokoił paniąOrecką. Skinęła wachlarzem na pana Bartłomieja i spytałago wprost, co to za jeden i jaki jego stan majątkowy.

— Bądź, siostra, spokojna — odrzekł zapytany — wioskęma ładną, a druga mu się dostanie po najdłuższym życiurodziców. Gospodarz nietęgi, ale się wprawi powoli; myśliwyzawołany; ptactwo strzela w lot, a do zająca trafia o zakład.Dalibóg! W karty gra, ale szczęśliwie, i taką, powiadam siostrze, szelma ma zimną krew, że ani drgnie. Od kieliszka niestroni, przy tym chłopiec gładki, wie, jak trzeba skakać kołopanien; miele językiem tak, że ani się nie zająknie, lepiej niżnasz proboszcz na kazaniu, jak siostrę kocham! Był w Paryżu,co siostra chcesz, skończony kawaler!

Pani Marcinowa kiwnęła głową na znak, że jej to objaśnienie wystarcza, i pomyślała sobie:

„Nie jest to wprawdzie dosyć świetna partia dla mojejcórki, bo ze swoją pięknością i rozumem może ona zrobićlepszą karierę, ale tymczasem nie trzeba odstręczać tego młodzieńca.”

Pan Marcin zapomniał także na chwilę o swoich troskach,a powodzenie córki napełniło go, równie jak jego żonę, świetnymi co do jej przyszłości nadziejami. Dziwnym zbiegiemokoliczności znalazł pomiędzy gośćmi brata wielu swoich dłużników. Ten i ów w pierwszej chwili miał ochotę schować sięna jego widok, ale Tecki pierwszy postąpił ku niemu z wyciągniętymi rękami.

— Drogi, kochany Marcin! Jak się masz, bracie?

Za Teckim i inni, nabrawszy otuchy, witali go, ściskająci całując, i wziąwszy pod ręce, poprowadzili do gabinetu obok.gdzie stały butelki starego, wytrawnego węgrzyna.

— Panowie — odezwał się Tecki — wypijmy zdrowie naszego kochanego Marcina, człowieka rzadkiej w dzisiejszychczasach dobroci i zasłużonego krajowi obywatela. Niech namżyje sto lat!

— Oby się tacy na kamieniu rodzili — wtrącił drugi.

— Wypijmy, wypijmy! — powtórzyli inni. — Niech nam żyje!

— Takich nie sieją — szepnął ktoś półgłosem — samiwschodzą.

Pan Marcin, zaatakowany w stronę swojej obywatelskiejzasługi, będącą u niego stroną najsłabszą — zapomniał o powziętym w pierwszej chwili zamiarze skorzystania ze sposobności dla upomnienia się o swoją należność. A wypiwszykilka kieliszków, do których go gwałtem zmuszono, tak sięrozrzewnił, że wszystkich po kolei uściskał.

Stefan prowadził Helenkę do wieczerzy i, siedząc przy niejcały czas, zabawiał ją rozmową — a tak się nią zajął wyłącznie, że nawet nie słyszał, co do niego mówiła siedząca z drugiej strony panna sędzianka. Rozmowa była wdzięcznym a lekkim pot-pourri, którego nikt nie byłby w stanie powtórzyć,a tym mniej streścić, z tak różnorodnych składało się motywów. Mówiono o balu i modach; o Wenecji, Rzymie i Neapolu; o Bajronie, poezji i romantyczności wieków średnich;o muzyce, miłości, kwiatach i blasku księżyca — słowem,o wszystkim i o niczym. Stefan był mistrzem w tego rodzajukonwersacji salonowej i z niepospolitą zręcznością przechodziłod przedmiotu do przedmiotu, ślizgając się po wszystkich,a nie dotykając głębiej żadnego. O czymkolwiek bądź mówił,oczy jego, spoczywające prawie bezustannie na twarzy towarzyszki, mówiły jej, że jest czarująca, że podbiła jego serce— a ta mowa bez słów upajała ją więcej niż najpiękniejszamuzyka. Dorodny młodzieniec podobał się bardzo Helence:zachwycała ją jego elegancja, jego wytworne maniery, jegoujmująca powierzchowność, a najwięcej może jego dla niejuwielbienie, a chociaż w tej długiej rozmowie nie słyszałaod niego nic takiego, co by dawało miarę jego wewnętrznejwartości — dopowiedziała to sobie sama. W jej przekonaniumusiał być ideałem mężczyzny i serce dziewczęcia uderzyłodla niego jakimś nowym, nie znanym dotąd uczuciem. Poematjej życia zaczął się od tej chwili. Była zakochana, a przynajmniej tak się jej zdawało.

Tańce przeciągnęły się do rana. Pan Bartłomiej nie kazałotwierać okiennic, aż dopiero gdy już słońce było wysoko,a w sali jadalnej na stole ustawiono dymiące półmiski z bigosem, wazy z barszczem, poncz i inne ostre a orzeźwiająceposiłki. Śniadanie było dla wielu osób hasłem do odjazdu.Stefan odjechał, unosząc z sobą obietnicę Helenki, że będziesię znajdowała na balu kostiumowym u barona i przetańczyz nim pierwszego kontredansa.

Przy pożegnaniu powiedzieli sobie wiele rzeczy błahychdla obojętnych ludzi, a dla nich mających znaczenie głębokich,im tylko wiadomych tajemnic.

IV

Rozgłos o tym balu, a z nim razem rozgłos o piękności pannyOreckiej, rozszedł się po całej okolicy. W kilka dni potemposzedł do Warszawy pod adresem modniarki gruby list z dokładnymi instrukcjami, tyczącymi się nowej toalety. Dla lepszego zaś zrozumienia instrukcji dołączony był do listu,jako komentarz, rysunek powleczony wodnymi farbami, a wykonany ręką Helenki. Miał to być kostium leśnej bogini —suknia przybrana bluszczem, błyszczącym od rosy, paprociami, mchem i porostami drzewnymi — pomysł nowy i całkiemoryginalny.

Pan Marcin, gdy się o tym drugim balu dowiedział, sposępniał bardzo, bo przeczuwał, że mu on sporą sumę pieniędzyz kieszeni wyciągnie — ale żona wytłumaczyła mu, że gdysię ma córkę dorosłą, nie można jej chować przed ludźmi.Westchnął więc tylko i zamilkł.

Pani Orecka źle bardzo spała tej nocy. Obudziły ją jakieśbiegania po ulicy, hałasy nawoływania — co wszystko razem,dając pole najrozmaitszym przypuszczeniom i domysłom,straszniejszym jeden od drugiego, nabawiło ją bicia serca.Posłana na wywiady służąca przyniosła wiadomość, że naprzedmieściu pali się dom starej Mośkowej, ale państwo niemają się czego obawiać, bo to daleko stąd, a zresztą już ogieńugasili. Wiadomość ta uspokoiła panią. Poleciła służącej obejśćze świecą cały dom dla przekonania się, czy nie ma gdzieognia zaprószonego, zażyła anodyn na cukrze, kropli laurowych na wodzie i usnęła. Pan Marcin zaś, który dotąd spałsmacznie, po usłyszeniu sprawozdania służącej, jak zaczął sięna łóżku przewracać, poprawiać i wzdychać, tak się poprawiał, przewracał i wzdychał do samego rana, nie zmrużywszyoka ani na chwilę.

Jedna tylko Helenka miała niczym nie zakłócony spoczynek, bo do jej pokoiku na górze, jako położonego od stronyrzeki, hałasy uliczne nie dochodziły tak wyraźnie.

Nazajutrz rano w kuchni opowiadano sobie różne szczegółyo pożarze. Mośkową znali wszyscy, bo roznosiła po mieściezapałki i przynajmniej raz w tydzień zjawiała się w każdymdomu. Stangret Józef i lokaj Antoni byli nawet na miejscukatastrofy i mówili, że z domu Mośkowej została się tylkokupa gruzów i kilka nie dopalonych desek — i że gdyby sięta chałupa nie była spaliła, to pierwszy lepszy wicher pewnieby ją przewrócił, bo się już bardzo na jedną stronę pochyliła.Dalej mówili, że biedna stara zaledwie zdążyła uciec ze swymiwnukami, zostawiwszy w ogniu pościel, towaru za dwa rublei jeden trzyrublowy papierek, bo drzewo spróchniałe spłonęłow jednej chwili jak zapałka. Wypowiedziawszy to wszystko,Józef dodał, że „Żyda nie ma czego żałować, bo oszukaństwem żyje” — a Antoni przywtórzył, że „tak jest, do wszystkich diabłów!”

W tym samym przedmiocie rozmowa toczyła się w pokojujadalnym. Pani, siedząc przy stole w eleganckim negliżu, opowiadała córce o niespokojnej nocy, jaką miała z tego powodu,i o biciu serca, które do tej pory jeszcze niezupełnie się uspokoiło.

— Ale czemu to ojca nie ma przy śniadaniu? — spytała pochwili przerywając opowiadanie — czy posyłałaś, Helenko,Antoniego do kantoru?

— Ojciec wyszedł od godziny, mateczko — odpowiedziała— widziałam sama, jak wychodził.

Pani Orecka zdziwiła się.

— Wyszedł bez śniadania — szepnęła — to coś nadzwyczajnego. Ciekawam, gdzie też mógł iść!

— Może ojciec poszedł na rynek dowiedzieć się o cenachzboża; dziś jest dzień targowy.

— Co ojca obchodzą ceny, gdy śpichrz stoi pustkami —odrzekła z westchnieniem — toć w tym roku ani jeden statekDomu Handlowego nie płynie do Gdańska! Zresztą nie wyszedłby nigdy bez śniadania. Coś w tym być musi. Nalej mi,Helenko, herbaty, tylko słabej; tak, dobra. A teraz dolej śmietanki do pełnego i podaj mi biszkopty. A to co znowu? —zawołała nagle, spojrzawszy w okno. — Helenko, czy widzisz?

Środkiem ulicy szedł pan Marcin w szubie niedźwiedzieji niósł pod futrem jakiś duży przedmiot, któremu widać byłotylko rudą, kędzierzawą głowę i dwoje dużych, niespokojniebiegających oczu. Za nim szła stara Mośkowa bez perukii rwała sobie włosy z głowy, głośno lamentując; dwoje malców wrzeszczących i zabrudzonych dreptało przy niej, trzymając się jej spódnicy, a za Mośkową postępowała poważniekoza z opaloną brodą i beczała. Całemu temu orszakowi towarzyszyła gromada uliczników, naśladujących beczenie kozyna różne sposoby.

— Że też ojciec musiał koniecznie zrobić z siebie widowisko— rzekła pani Orecka, czerwieniąc się — i sprowadza nam tuŻydów na kark. Co my z nimi poczniemy?

— Moja imość, każ dać zaraz tym biedakom jeść — wołałpan Marcin, wchodząc do pokoju i rzucając czapkę na krzesło— oni jeszcze dziś nic w ustach nie mieli! Kazałem im siętymczasem ogrzać w kuchni. Ale też zimno na dworze ażstrach! Daj no herbaty, dziewuszko, bom zmarzł.

— Mój Marcinie, jakże też można było tutaj całą familięsprowadzać? — przemówiła z wyrzutem pani, podczas gdyHelenka pomagała ojcu zdjąć futro. — Gdzież ja ich pomieszczę? Dać im było coś w rękę i na tym skończyć.

— Moja imość, ino się nie gniewaj. Ady tam taka biedate niech ręka Boska broni! Wszystko się spaliło. Siedziało tobiedactwo na bruku i płakało; jakże ich miałem tak zostawić!Że też imości wszystko się nie podoba! Olaboga, laboga!

— Alboż to Mośkowa nie ma tutaj krewnych? Markus to jej szwagier przecie i pewnie nie byłby jej opuścił. Żydzi siętrzymają między sobą.

Pan Marcin poskrobal się w głowę.

— Ano prawda, że to jej szwagier — odrzekł — nie przyszło mi to do głowy. Ino już nie marudź, moja imość, bomgłodny.

Pani Orecka spojrzała na męża z politowaniem i wyszła.

Uczęstowano pogorzelców wyborną polewką z kartoflamii jeszcze dano każdemu po kawale chleba, który jedli, ocierając łzy. Łzy te nieustająco kapały z oczu starej Mośkowej, nicdziwnego, straciła całe mienie! Patrząc na tę twarz pergaminową, wyschłą, spaloną od słońca, nacechowaną w tej chwili wyrazem rozdzierającej boleści, myślało się o słowach psalmisty:,,Chleb mój mieszałem z płaczem, a kości moje jako skwarkiwyschły”.

Cała służba zbiegła się do kuchni, żeby przypatrzyć sięaktorom dramatu i wypytać o szczegóły wiadome dokładniewszystkim i po sto razy już opowiadane. Józef, twierdzącyniedawno, że Żyda nie ma czego żałować, przyniósł ze stajniswoją starą czapkę i podarował Josielkowi — a lokaj Antoni,który ich wysłał do wszystkich diabłów, wcisnął Ryfce w rękę dziesiątkę.

Podczas gdy matka i córka zajęte były przeglądaniem bielizny, żeby wybrać z niej coś dla pogorzelców, pan Marcinjadł śniadanie z apetytem, jakiego już nie miał od dawna.Zainteresowanie się biedną rodziną zajęło na chwilę jegoprzygnębiony umysł i odsunęło na bok myśli dręczące go jakzmora. Jedząc, wstawał raz po raz od stołu i zaglądał dokuchni. To nasmarował kilka bułek masłem i zaniósł, to wziąłgarść cukru i dał dzieciom, to znowu nakładał na talerz biszkopty i potraktował malców. Tak spacerując ciągle z pokojudo kuchni i z kuchni do pokoju, spostrzegł porzucone na oknieklucze; uradowany z tego odkrycia, otworzył kredens, napakował jabłkami kieszenie, spiesząc się z dokonaniem operacji,zanim żona powróci, i już miał je nieść do kuchni, gdy wszedłAntoni i podał mu na tacy listy i gazety.

Pan Marcin odłożył na bok gazety, a wziął się do listów.Jeden był pisany stylem płaczliwym z prośbą o wsparcie dlajakiejś biednej wdowy, która co kilka tygodni przypominałasię w ten sposób panu Oreckiemu, powołując się na swojeszlacheckie pochodzenie, a drugi z firmą Domu Handlowegona kopercie. Widok tego ostatniego zdziwił przyjemnie panaMarcina. Tak rzadkie od pewnego czasu bywały między nima Domem korespondencje, że gdy nareszcie jakaś się zdarzyła,było to dla niego prawdziwą uroczystością. Czuł się znowuajentem, a przed oczyma jego wyobraźni stawały szeregamicyfry i zdawało mu się, że słyszy znowu turkot wozów, zajeżdżających z odstawami, wołania robotników i odbijanie statków od brzegu.

Rozerżnął kopertę i przeczytał, co następuje:

Szanowny Panie!

Ponieważ od dwóch lat ruch interesów filii naszej w M. jestprawie żaden i nie ma widoków powiększenia się na przyszłość — a dalsze utrzymywanie ajentury w tym mieście naraziłoby tylko Dom nasz na straty, przeto Rada Nadzorcza naposiedzeniu z dnia 3-go bieżącego miesiąca postanowiła zwinąć ajenturę, której szanowny pan do tej pory przewodniczyćraczyłeś, i wydelegować jednego spomiędzy siebie dla odebrania od pana ksiąg handlowych, rejestrów i zupełnego zlkwidowania interesów. Delegowany nasz wyjeżdża dzisiaj. Raczpan przyjąć...

Pan Marcin, przeczytawszy ten list, zbladł straszliwie,a przed oczami zaczęły mu biegać różne koła, czerwone, niebieskie, żółte...

— Ojczulku, co to jest?! — krzyknęła Helenka, wchodzącaw tej chwili do pokoju. — Czy ojczulek chory? Czy też stało sięjakie nieszczęście?

Pan Marcin spojrzał na córkę błędnym wzrokiem i szepnął głosem zmienionym:

— Wszystko się skończyło! Nie chcą mnie już... Dają midymisję!

Obejrzał się i, poszukawszy poręczy krzesła, osunął sięw nie, bo już nie mógł dłużej utrzymać się na nogach.

Helenka objęła ojca za szyję.

— Drogi, kochany ojczulku — mówiła, głaszcząc pieszczotliwie jego rzadkie, siwe włosy — utrata posady to jeszczenie nieszczęście. Nie jesteśmy przecież biedni; mamy dom,a oprócz tego jeszcze coś...

— Otóż to właśnie, że nic nie mamy prócz domu, który nieprzynosi nam żadnego dochodu, a od którego jeszcze podatkipłacić trzeba! — wybuchnął. — Miałem majątek, ale większajego część przepadła u ludzi, a i reszta pewnie przepadnie!Prawda, byłem nieopatrzny, ale chciałem ratować innych. Bógwidział. Nie będziesz miała posagu, moje dziecko, twój ojciecgo strwonił! Czy mu to kiedy przebaczysz?

Zapłakał biedny starzec.

— Ojcze, ojcze, nie mów tak do mnie — prosiła płacząc —ja ci nie mam nic do przebaczenia. Chciałeś dobrze, ojczulku,miałeś zawsze złote serce! Obejdę się bez posagu... Czyż jajuż jestem taka zła i brzydka — dodała, zaglądając mu w oczyz uśmiechem — że mnie bez pieniędzy nie zechce żaden chłopiec?

Pan Marcin popatrzył na nią z rozrzewnieniem.

Ubogie panny z trudnością wychodzą za mąż, moje dziecko — rzekł z westchnieniem — zresztą dalekie to rzeczy jeszcze, a tymczasem nie mamy z czego żyć!

Helenka zamyśliła się bardzo nad tymi słowami.

— Zobaczy ojczulek, że poradzimy sobie jakoś — rzekła,obcierając sobie oczy — będziemy oszczędzać...

— Oszczędzać! — powtórzył z goryczą. — Alboż wy obiez matką umiecie oszczędzać? Alboż ja to sam potrafię? Czyktóre z nas kiedy myślało o oszczędności?

W przyległym pokoju dały się słyszeć kroki.

— Słuchaj, Helenko — powiedział prędko pan Marcin, spoglądając na drzwi — nie mów nic o tym matce, bo by się zarazrozchorowała.

— Mówiłam ci już tyle razy, Marcinie, że Antoniemu koniecznie trzeba sprawić nową liberię — mówiła pani Oreckawchodząc do pokoju z pakietem bielizny, którą panna służąca miała przerobić dla wnuków Mośkowej. — Doprawdy żeaż wstyd, jak on chodzi; a ile razy wejdzie do pokoju przygościach, to aż mi się coś robi!

Ojciec i córka zamienili z sobą spojrzenia.

Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, pani Marcinowa popatrzyła na oboje i zaraz zmiarkowała, że jest coś niedobrego;a choć pan Marcin, spuszczając oczy, zapewniał, że „nie wieo niczym”, choć się zaklinał na swoją miłość dla niej i corazsłabszym głosem prosił, żeby mu dała pokój, mówiąc, że „niewie, czego imość chce” — żona wydobyła z niego tajemnicę,bo też trudno było ukryć cośkolwiek przed bystrym wzrokiempani Marcinowej.

Wiadomość, wyczytana w liście, sprawiła na niej wrażenieuderzenia gromu i byłaby się niezawodnie rozchorowała natychmiast, jak tego mąż jej się obawiał, gdyby nie łączący sięz utratą posady męża fakt przybycia delegowanego RadyNadzorczej, którego należało przyjąć jak gościa, a gościnnośćleżała już we krwi pani Oreckiej. Nigdy w żadnych okolicznościach nie zapomniała o obowiązkach gospodyni — i dlaspełnienia ich odpowiednio honorowi domu gotowa była ponieść wszelkie ofiary. Potrzeba przygotowania przyjęcia byładla niej w tej chwili prezerwatywą od choroby i opóźniłajej wybuch, jeżeli nawet nie osłabiła go.

— Musisz mi dać pieniędzy, Marcinie, bo ja już dziś ostatnie wydałam — rzekła po chwili — a nie ma w domu aniwina, ani likierów. Trzeba też będzie kupić ryb i z jednegozająca.

Pan Marcin zwrócił znowu na córkę oczy nacechowane wyrazem takiego cierpienia, że w dziewczęciu serce się ścisnęło.Wstał jednak posłuszny i wolnym krokiem poszedł do kantoru, gdzie stała ulubiona jego kasa ogniotrwała, niegdyś takpełna pieniędzy, a dziś tak pusta... Wyjął kilkanaście banknotów i, chowając je do kieszeni, szepnął z boleścią:

— Ostatnia pensja!

Wracając z kantoru spotkał w sieni siedzącą na progu Mośkową, patrzącą przed siebie wzrokiem osłupiałym. Przystanął na chwilę, popatrzył i na twarzy jego odbiło się pewnewahanie. Nareszcie sięgnął do kieszeni i oddzieliwszy z sumy,stanowiącej jego ostatnią pensję, trzyrublowy papierek, wetknął go w rękę starej, oglądając się, czy kto nie widzi.

— Kupcie sobie towaru za to i handlujcie jak dawniej —powiedział prędko i odszedł.

W kilka minut potem znowu skrzypnęły drzwi od sienii pani, oglądając się, czy czasem nie widzi mąż, który terazmiał wszelkie prawo wymagać od niej oszczędności, wsunęław rękę Mośkowej rubla. Ledwie się oddaliła, ktoś drobnymikrokami zbiegł szybko ze schodów i znowu w rękę staruszkiwpadł pieniądz. Był to złoty, błyszczący dukat. Mośkowa ujrzała się nagle bogatszą, niż była przed pożarem.

Odwróciła głowę i długo patrzyła na drzwi, za którymizniknęli wszyscy troje, z których ani jedno nie znało wartości pieniędzy, i łzy puściły jej się z oczu.

Takie były pierwsze oszczędności w tym domu.

V

Pan Radlicz, delegowany Rady Nadzorczej, przyjechał wieczorem i przyjęty był nie tylko gościnnie, ale nawet wystawnie. Na stole nie brakowało ani ryb, ani zwierzyny, ani kosztownych przekąsek, ani starego, omszałego węgrzyna — cowszystko razem, przy cienkim holenderskim obrusie i zastawie, składającej się ze srebra, kryształów i porcelany sewrskiej, pochodzącej jeszcze z wyprawy pani, świadczyło pozornie o zamożności domu. Antoni w swej wytartej liberii prezentował się też nie najgorzej, dzięki starannie kredą wyczyszczonym guzikom i białemu krawatowi.

Pan Radlicz, przyjeżdżając w charakterze urzędnika, chciałsię w nim utrzymać, ale to było niepodobne wobec szlachcica, przywykłego przez całe życie widzieć gościa w każdym,ktokolwiek przestąpił próg jego domu. Zresztą gość niczymurzędnika nie krępował, bo pani Orecka, mieszająca się niekiedy do rozmowy, odzywała się z prawdziwą pańską niedbałością o posadzie, jaką mąż jej miał utracić. Jedna tylko Helenka wiedziała, ile kosztowała matkę ta niedbałość i miłauprzejmość, jaką miała dla gościa. Ona sama tak była niespodzianie zaskoczona wypadkami dnia tego, że nie pomyślała nawet o żadnej roli dla siebie; była jak ten, komu niespodzianie grunt się spod nóg usuwa i nie wie, gdzie znaleźćdla siebie i swoich ukochanych oparcie. Zwykle wymownawobec obcych, dziś w milczeniu słuchała rozmowy ojca z gościem o stosunkach ekonomicznych i handlowych miasta i okolicy — w której to rozmowie pan Radlicz był stroną wypytującą, a ojciec objaśniającą, przy czym często plątał się w odpowiedziach, jakby myślał o czym innym.

Po wieczerzy naprężone siły gospodarstwa tak się wyczerpały, że rozmowa, przez samego już tylko gościa podtrzymywana, rwała się co chwila. Pani zdawała się pilnie liczyć nitki holenderskiego obrusa, pan Marcin, zapatrzony w talerz,bębnił palcami marsza na stole i nie słyszał, co do niego mówiono. Spostrzegł to gość i, przypisawszy ogólne roztargnienieprzyzwyczajeniu obojga gospodarstwa do wczesnego spoczynku, spojrzał na zegarek i choć jeszcze godzina nie była późna,powiedział dobranoc i oddalił się do przeznaczonego dla siebie pokoju.

Pani Orecka nie spała wcale tej nocy, pomimo silnej dozyopium, jaką zażyła; pan Marcin przewracał się z boku na boki także nie zmrużył oka — a Helenka długo siedziała w swoimpokoiku na górze bez ruchu i bez światła. Wypadki dnia upłynionego wprawiły ją w pewien rodzaj osłupienia, które jejdotąd jeszcze nie opuściły. Póki była z rodzicami, spełniałaróżne drobne czynności, pomagała matce w urządzeniu przyjęcia dla gościa, rozmawiała i obracała się machinalnie; aleteraz, gdy została sama i nie potrzebowała udawać spokoju,którego nie miała, rzuciła się na krzesło, zmęczona, i puściławolny bieg myślom.

Po raz pierwszy dopiero życie dało jej uczuć swoją prozę,i to ze strony najdotkliwszej, z troski o chleb powszedni...A więc to nie sen, ale najprawdziwsza prawda, że majątek,w którego istnienie wierzyła, już nie istnieje!... I to takżeprawda, że ojciec wziął z kasy ostatnią pensję i że gdy onasię wyczerpie, nie będą mieli z czego żyć... O Boże, Boże! Miesiąc egzystencji jest zabezpieczony, a potem co? Pożyczać u ludzi? Tak, to najłatwiej — ale z czego potem oddać? Lepiej jużpozbyć się zbytkownych przedmiotów, choć ciężko będzie następnie żyć bez nich; jest powóz, są konie, srebra, porcelana,zwierciadła.. .. Ale jak tu sobie wyobrazić matkę chodzącąpiechotą i obywającą się bez tych wszystkich rzeczy, którymcodzienne nawyknienie odebrało charakter zbytku, a przeobraziło je w potrzeby codzienne! Ciężko będzie odwyknąć odnich, ale już lepsza ta ostateczność niż śmierć z głodu. Wszystkiego tego jednak zaledwie na rok utrzymania wystarczy, a poroku?... Jest jeszcze dom, ale ojciec powiada, że domy w małych miasteczkach małą mają wartość i nie znajdują chętnych nabywców. Przypuśćmy wreszcie, że się znajdzie nabywca: to fundusz ze sprzedaży domu wyczerpie się w paręlat tak samo, jak ostatnia pensja i fundusz ze sprzedaży zbytkownych przedmiotów. A potem... potem co się stanie, gdy jużnie będzie co sprzedawać? Co z sobą zrobią, gdzie pójdą: znękany wiekiem i nieszczęściami starzec i chora, potrzebującadrobiazgowej troskliwości kobieta?

Na zegarze miejskim wybiła dwunasta i w tejże chwiliz dwóch stron przeciwnych dało się słyszeć grzechotanie stróżów nocnych, obchodzących ulice co godzina. Odgłos ten wyrwał Helenkę z zamyślenia. Przetarła ręką czoło i teraz dopierozobaczyła, że noc była piękna, a księżyc oświetlał środek pokoju. Smuga światła posuwała się powoli, ale ciągle corazdalej i dalej — a Helence, patrzącej na to, przyszło na myślże nędza i głód takim samym wolnym, ale nieustającym krokiem do domu ich przybliżać się będą. Zimne dreszczewstrząsnęły jej delikatnym, rozpieszczonym ciałem, a w głowie uczuła pewien ból. Umysł, nie przyzwyczajony do praktycznego myślenia ani jakiegokolwiek bądź obrachowywania,pierwszy raz odbywający tę pracę z musu, znużony był nadwszelki wyraz.

Wstała i zbliżyła się do okna. Widać z niego było cały ogród,folwark Ofmana, rzekę i statki, zimujące wzdłuż brzegu, z poopuszczanymi masztami, a za tym wszystkim kawał pola, wioskę i las rozpostarty na wzgórzu. Woda była ścięta lodem,a promienie księżyca ślizgały się po nim i drżały; biednedziewczę, patrzące dziś na wszystko przez posępne tło swegousposobienia, pomyślało sobie znowu, że one tak samo drżąjak jej serce wobec widma niedostatku, z którym nie wiedziała, jak walczyć.

Całe miasto spało — tylko w kajucie statku, stojącego najbliżej, błyszczało jeszcze światełko, a po cieniu zasłaniającymokienko w regularnych, szybko po sobie idących odstępach,można się było domyślić, że tam ktoś jeszcze szyje pracowicie. Dawniej, wpatrując się tak w blaski księżyca, Helenkadumała o nieszczęściach Marii Stuart, o Balladynie alboo dzielnym Rob Royu — a dzisiaj, śledząc ruch cienia w okienku, zastanawiała się nad tym, jak się to dzieje, że ludzie czuwający do późna w nocy przy pracy, żyjący w ciasnych mieszkaniach i obywający się bez wielu potrzeb, uważanych przeznią i jej rodziców za niezbędne, mają jednak dobry humori są zadowoleni ze swego losu! Co im daje ten humor i to zadowolenie? Skąd się bierze siła czyniąca z ludźmi takie cuda?Gdzie jej szukać i jak się ona nazywa?

Głos jakiś wewnętrzny powiedział jej, że to praca, któradając trud we dnie, słodkim czyni spoczynek w nocy; że onato hartuje serca, drżące przed niedostatkiem, a przygnębionym umysłom przywraca jasność i pogodę... Przypominała sobie, jak kilka tygodni temu, gdy przez ciekawość poszła obejrzeć jeden statek, żona właściciela, oprowadzająca ją po nim,pokazywała jej z dumą kolorową bawełnianą serwetę kupioną w Gdańsku, dodając, że jest owocem oszczędności z całegokwartału — a duża, pucołowata jej twarz promieniała przytym radością. Wówczas wydało się to zabawne, niemal śmieszne Helence, ale dziś, przypomniawszy to sobie, westchnęłatylko. Zrozumiała, że rozpromienienia tego źródłem była pracadająca zarobek i oszczędność pozwalająca gromadzić. Z czegopowstała fortuna Ofmana, jeżeli nie z pracy i oszczędności?A upadku fortuny jej ojca co było powodem? Ach, nie tylkochęć pomagania drugim, ale i nieoględność w wydatkach, ależycie nad stan — czuła to dobrze w tej chwili.

Gdy grzechotka stróża nocnego odezwała się powtórnie,światło w kajucie zgasło, a Helenka — zapytywała siebie, czyw tej sile właśnie, która daje majątki ludziom ubogim a wytrwałym, ona nie mogłaby znaleźć środka ratunku dla rodziców? Nie należą przecież jeszcze do najbiedniejszych; niejedenna ich miejscu uważałby się za bogacza! Więc zamiast rozpaczać, należy raczej podziękować Bogu, że im zostawił dach nadgłową, i wynaleźć pracę mogącą wystarczyć na chleb powszedni. Tak, ale kto będzie pracował? Czy ojciec, znękanywiekiem i złamany nieszczęściem, czy matka chora, potrzebu jąca wygód i do żadnej pracy niezdolna? Jedna jest tylkow domu istota, która może i powinna pracować...

Serce dziewczęcia mocniej uderzyło; w umyśle jej mętnymi odrętwiałym zaczęły świtać niewyraźne blaski, a w duszybudzić się siły, które tam leżały głęboko uśpione. Dziwiła siętylko, że na myśl tak dobrą nie wpadła od razu, ale doszła doniej dopiero po długim rozumowaniu, i wstyd jej było siebiesamej.

„Czyż ja jestem taką egoistką?” — myślała z żalem.

Gdzie szukać pracy, za której pomocą chciała zabezpieczyćbyt rodzicom, nad tym nie namyślała się długo. Powzięła onapewien zamiar, zdający się jej łatwym do wykonania. Byłajeszcze zbyt młoda i niedoświadczona, aby zastanawiać sięnad mogącymi stanąć jej na drodze przeszkodami i trudnościami.

Teraz dopiero, gdy mniemała, że znalazła środki ratunku,uczuła potrzebę spoczynku. Zapaliła świecę i gdy łagodneświatło rozświeciło pokój, można było widzieć dokładnie jegowytworne urządzenie. Znać tu było, że rodzice chcieli zadowolić wszystkie nie tylko upodobania, ale nawet kaprysy jedynaczki. Ściany, wyklejone papierem bladoróżowym w srebrne arabeski, zastosowane były barwą do tkaniny pokrywającejmeble z dębu czarnego, naśladującego heban, i do firanek,przysłaniających weneckie okno. Surową powagę tego oknałagodziły białe, muślinowe falbanki, wyglądające spod różowych draperii. Łóżeczko osłaniała muślinowa kotara, podpięta różowymi kokardami, a obok łóżka z jednej strony stał stolik z lustrem w posrebrzanych ramach, a z drugiej umywalnik, wyłożony marmurem i zastawiony porcelaną, dobieranąwidocznie do tonu barw panujących w pokoju. Pod oknemstało śliczne dębowe biureczko, a pod ścianą miękka kozetkaze stolikiem do roboty i dwoma fotelikami. Była tam jeszczei szafka oszklona, pełna książek ładnie oprawnych, i różnedrobne, kosztowne, a niepożyteczne graciki, i wzorzysty kobierzec, wyścielający część posadzki, i ozdobna lampa, zwieszająca się od sufitu w kształcie kielicha kwiatu: z bogatychram złoconych wychylało się słodkie oblicze Matki Boskiej,wyborna kopia z obrazu Carlo Dolce.

Helenka, trzymając świecę w ręku, przypatrywała się swemu pokoikowi z taką uwagą, jakby go widziała dopiero po razpierwszy. Nigdy jeszcze nie wydawał jej się tak piękny, miłyi wygodny jak teraz, gdy wiedziała, że wkrótce będzie gomusiała opuścić... Tyle lat swobodnych i szczęśliwych przepędziła tutaj, a z każdym niemal sprzętem wiązało się jakieśwspomnienie. Przed tym obrazem, będącym pamiątką rodzinną, modliła się zawsze; to biurko dostała na imieniny od ojca;tę szafkę matka jej ofiarowała niedawno; ten kobierzec przyniosła jej gwiazdka. Wszystkie otaczające ją sprzęty — byli todobrzy jej znajomi i przyjaciele, przed którymi nie miała tajemnic: każdy miałby coś ciekawego do powiedzenia o swejpani, gdyby tylko umiał mówić — a najwięcej może biurko:.na którym rysowała szkice do owego wymarzonego kostiumuleśnej bogini.

Przypomnienie balu wstrząsnęło Helenką jak iskra elektryczna i obudziło w duszy głuchy bunt przeciw powziętymprzed chwilą dobrym zamiarom. Ach, ten bal! Ona o nim tylemarzyła, tyle z nim wiązała nadziei, a teraz ma go się wyrzec? Nieraz słyszała we śnie dźwięki muzyki, gwar rozmów,widziała jarzący blask świateł i siebie wspartą na ramieniuStefana, unoszoną wirem tańca wobec powszechnego szmerupodziwu i uwielbienia. A gdyby też pogodzić z sobą dwie rzeczy: być na balu i po nim dopiero o pracy pomyśleć? Sukniajuż i tak obstalowana, więc w każdym razie zapłacić za niątrzeba... Co zresztą powiedziałby Stefan, któremu dała słowo,że będzie; Stefan, który ją do pierwszego tańca zamówił?

Długą chwilę trwała w duszy dziewczęcia walka egoizmumłodości z dobrymi zamiarami i te ostatnie zwyciężyły. Helenka nie była złą ani zbyt lekkomyślną; miała dobre sercei szczerze pragnęła ratować rodziców. Wrodzona jej szlachetność odepchnęła pokusę z oburzeniem.

— Nie godzi się nawet myśleć o tym — rzekła do siebie —Stefan, jeżeli zechce, potrafi mnie wszędzie znaleźć.

I, usiadłszy przy biurku, napisała do modniarki list cofający obstalunek — ale gdy go włożyła w kopertę i zapieczętowała, popłynęły jej z oczu łzy żalu za przyjemnością, którądobrowolnie poświęciła, i za marzeniami, których się wyrzekała. Poemat jej życia przerwał się na samym początku.

Łzy te oczyściły ją z grzechu egoizmu i w końcu zmieniłysię w słodkie łzy rozrzewnienia na myśl, że czyni to dla rodziców, którymi od tej chwili będzie się opiekowała. Była topierwsza ofiara i pierwsze nad sobą zwycięstwo.

Gdy stróż nocny z grzechotką przechodził koło domu panaMarcina, na zegarze miejskim wybiła godzina druga, ale Helenka już tego nie słyszała. Spała snem twardym. Z całej rodziny ona jedna tylko spała tej nocy.

VI

Pan Radllcz był już człowiekiem niemłodym, lecz starymnie można go było jeszcze nazwać, pomimo pięćdziesięciu przeszło lat. Wprawdzie włosy i faworyty miał siwe, twarz porysowaną zmarszczkami, ale oczy pełne były życia, a w ruchach,w głosie przebijała się sprężystość i energia. Rysy były dośćpospolite, ale miały wybitnie indywidualny charakter, którego wyrazem była siła i stanowczość; czoło przecinały ostrelinie, a w zagięciu ust było coś nieubłaganego. Na pierwszyrzut oka nie był to człowiek sympatyczny, bo nie wzbudzający innego uczucia oprócz obawy i poszanowania; ale gdyspod brwi gęstych i krzaczastych popatrzył na kogo przezszkła okularów wzrokiem pełnym rozumu i dobroci, wzbudzałnatychmiast nieograniczoną do siebie ufność i wiarę. Tak goteż osądziła Helenka podczas wczorajszego wieczora.

Państwo Oreccy wstawali zwykle późno, a ruch prawdziwyw ich domu rozpoczynał się dopiero o dziewiątej. DelegowanyRady Nadzorczej jednakże inny miał widać obyczaj, boo ósmej już był w kantorze zajęty przeglądaniem ksiąg i obliczaniem długich szeregów cyfr. W całym domu panowała jeszcze cisza, służba tylko co powstawała i zaczynała się krzątać leniwie po pokojach, chodząc na palcach i poziewającgłośno.

Czoło pana Radlicza fałdowało się często przy tej czynności:z każdej niemal karty wyglądał brak praktycznej podstawyw obrotach pieniężnych pana Marcina i jego dyletantyzm —a znajdowały się pozycje, wprowadzające go w głębokie zdumienie. Zatopiony w pracy, nie słyszał drobnych kroków zbliżających się do drzwi kantoru i nieśmiałego pukania — dopiero gdy po chwili powtórzyło się nieco głośniej, usłyszał je.

— Proszę wejść — odezwał się, nie podnosząc głowy od papierów, nad którymi był pochylony.

Drzwi otworzyły się i zamknęły na powrót z delikatnąostrożnością i drobne kroki zbliżyły się do stołu, przy którympracował delegowany. Pan Radlicz, mniemający zrazu, że tosłużąca, podniósł nagle głowę i zdziwił się, gdy ujrzał przedsobą córkę gospodarza domu. Powitawszy ją uprzejmie, wyraził przypuszczenie, że prawdopodobnie spodziewała się zastać tu ojca zamiast niego.

— Nie, panie — odrzekła — ojciec mój nie wstaje tak rano,więc wiedziałam, że go nie zastanę w kantorze. Chciałam pomówić z panem bez świadków i dlatego tu przyszłam; jest tojedyna pora, w której nam nikt nie przeszkodzi.

Wypowiedziawszy te słowa odetchnęła głęboko; pierwszyten krok na drodze samodzielności dużo ją kosztował. Zanimtu przyszła, musiała stoczyć niejedną walkę z wahaniem sięna nowo ją ogarniającym, z fałszywym wstydem i tysiącznymi uczuciami, jakie ją po przebudzeniu się opanowały. Teraz,gdy wyrzekła pierwsze wyrazy, wszystko już było skończone;nie mogła się cofnąć. Zdziwienie pana Radlicza wzrosło jeszcze bardziej, ale nie dał tego poznać po sobie. Podał jejkrzesło i rzekł, siadając także:

— Słucham panią.

— Pewnie się to panu wydaje dziwne, a nawet niewłaściwe,że człowiekowi obcemu, widzianemu po raz pierwszy w życiu,przychodzę czynić zwierzenie... ale bardzo ważne powody skłaniają mnie do tego. Proszę pana o trochę tylko cierpliwości.Niech mnie pan wysłucha, a potem mnie pan osądzi.

Przerwała na chwilę, jakby dla nabrania odwagi, zaczerpnęła powietrza i mówiła dalej:

— Ojciec mój wskutek różnych nieprzyjaznych okolicznościstracił majątek, a dymisja z posady ajenta odbiera mu jedyny środek utrzymania.

Pan Radlicz poruszył się na krześle.

— Przykro mi niezmiernie — powiedział — że na mniespadł obowiązek wykonawcy tej smutnej dla państwa zmiany,ale nie przybyłem tu z własnej wyłącznie woli i nie powinniście państwo mieć o to do mnie urazy.

— O, bynajmniej — odpowiedziała z pośpiechem — rozumiemy wszyscy, że pan jest tylko reprezentantem instytucji.

— To, co słyszę od pani — mówił zapalając cygaro — dziwimnie niewymownie — sposób bowiem życia państwa i stopa,na jakiej dom trzymacie, prowadzi do innych wniosków,a pani Orecka wczoraj nawet powtórzyła dwukrotnie, że radajest, iż mąż jej pozbędzie się kłopotu z ajenturą.

Helenka zarumieniła się lekko.

— Mama jest dumną — wyszeptała — i ma wstręt do budzenia w ludziach litości.

Pan Radlicz pomyślał, że duma mogłaby się była inaczejobjawić, niekoniecznie w ten sposób, ale zachował tę uwagęprzy sobie, powiedział tylko:

— Zdaje mi się, że zgadłem powód obecności pani tutaj,i z góry żałuję, że muszę rozwiać pani złudzenie. Dymisji ojcapani nie wywołały względy prywatnej natury, więc cofniętąbyć nie może. Dalsze utrzymywanie ajentury w M. naraziłobyDom Handlowy na straty.

— Pojmuję to — odpowiedziała — i omylił się pan przypuszczając, że przyszłam tu żądać rzeczy niemożliwych. Zamiarymoje są inne: wiem, że co się stało, odstać się już nie może;ale położenie moich rodziców, nie znających dotąd, co tojest troszczyć się o jutro, jest więcej niż smutne. Otóż... pragnę los ich, o ile to jest możliwe, złagodzić. Jednym słowem,chciałabym pracować. Tyle kobiet w moim wieku zarabia naswoje utrzymanie, a nawet pomaga rodzinie...

Pan Radlicz, słuchający dotąd z grzeczną obojętnością, spojrzał z większym nieco zajęciem na mówiącą.

— Myśl bardzo dobra — zauważył, nie zgadując jednakże,dlaczego mu ona to wszystko mówi.

— Nie mam nikogo, co by mi w tym przedsięwzięciu umiałlub chciał poradzić. Moi rodzice nic jeszcze o tym nie wiedząi będę miała niemałe z nimi trudności, zanim oswoją się z tąmyślą... a wszyscy moi znajomi i przyjaciele mają dawne pojęcie o kobiecie i jedynie działalność w obrębie domowegoogniska uważają dla niej za właściwą, zwłaszcza jeżeli należydo mojej sfery.

Lekki uśmiech przebiegł po ustach pana Radlicza.

— Chciałabym się dostać do Warszawy, gdzie, jak czytami słyszę, istnieją rozliczne sposoby zarobkowania dla kobiet,ale nie wiem, jak się do tego wziąć. Niech mi pan nie bierzeza złe mej śmiałości, ale pański wiek, pańska twarz, choć surowa, budzi we mnie zaufanie i nadzieję, że pan nie odmówimi swojej rady. Mam dopiero lat siedmnaście, nie znam świata...

Podniosła nań oczy pełne gorącej, acz nieśmiałej prośby,oczy podobne do gwiazd, w których znać było, że nigdy niepatrzyły na ziemię z bliska.

Pan Radlicz w milczeniu spoglądał przez chwilę na delikatną twarzyczkę dziewczęcia, po której przemykały odblaskiróżnorodnych myśli i wrażeń; na wytworny układ włosówprzepiętych złotą przepaską, na ubiór ściśle zastosowany doostatnich wymagań mody, na ręce uderzające niezwykłą małością i ozdobione pierścionkami; na całą postać, tchnącawdziękiem słabości, przyzwyczonej, jak się zdawało, widziećspełnionymi natychmiast wszystkie zachcenia — patrzył i rozważał, nareszcie rzucił jej krótkie pytanie:

— Cóż pani umiesz?

Pytania tego, streszczającego kwestię w dwóch słowach, najmniej się spodziewała Helenka. Na twarzy jej odmalowało sięzakłopotanie.

— Uczono mnie wszystkiego po trosze — rzekła po chwili— umiem mówić dosyć biegle po francusku, po niemiecku, poangielsku, grać, śpiewać, rysować z natury.

— Szkoda. Wolałbym, abyś pani umiała mniej, a dobrze.Czy przecież posiadasz pani choć jeden przedmiot gruntownie,to jest tak, że mogłabyś się podjąć go wykładać?

— Niestety, nie, ale od czegóż są książki?

— Metoda zadawania dzieciom lekcji z książek minęła jużniepowrotnie — odparł pan Radlicz poważnie — pedagogikadzisiaj posługuje się innymi środkami. Nauczający przedewszystkim musi sam umieć dobrze to, czego chce uczyć.

Helenka posmutniała.

— Zdaje mi się, że znam nieźle muzykę — rzekła z mniejszą niż wprzód pewnością.

— Nauczycieli muzyki mamy w Warszawie więcej, niż potrzeba, z uczennicami konserwatorium nie wytrzyma panikonkurencji. Ludzie oddadzą zawsze pierwszeństwo tym, którzy swojej umiejętności będą mogli dowieść patentem.

— To może mogłabym dostać miejsce nauczycielki prywatnej? Tyle jest nauczycielek umiejących mniej ode mnie...

Pan Radlicz popatrzył na nią z politowaniem.

— Warszawa mało potrzebuje nauczycielek prywatnych —powiedział. — Przy wzrastającej drożyźnie mieszkań i artykułów spożywczych utrzymanie nauczycielki jest kosztownymzbytkiem. Zresztą najlepsza nawet nauczycielka nie może posiadać wszystkich przedmiotów ani zastąpić szkoły. Rodzicewięc posyłają dzieci do którego z zakładów, gdzie nauka jesttańszą i lepszą. Ludzie bogaci wprawdzie pozwalają sobiezbytku utrzymywania kilku nauczycielek razem i dobrze impłacą, ale na to trzeba choć jeden przedmiot znać doskonale.Dlaczego pani jednakże szuka miejsca koniecznie w Warszawie? Czyż nie łatwiej bez porównania byłoby pani znaleźć jetutaj, jeżeli nie w samym mieście, to w okolicy, gdzie panimusisz mieć stosunki, znajomości?

— O, nie! — przerwała z mocnym rumieńcem — za nicw świecie nie zgodziłabym się przyjąć obowiązku płatnegow domu, w którym mnie dotąd przyjmowano jako gościa i odpowiednimi względami otaczano. Różnica stanowiska wobectych samych osób byłaby dla mnie nazbyt przykrą. Ciągłaobawa, aby mi tego uczuć nie dano, zrobiłaby mnie drażliwąna każde słowo, każde spojrzenie i upatrywałabym chęć upokorzenia mnie tam nawet, gdzie by jej nie było. Nie, nie!Pragnę opuścić te strony i między obcymi ludźmi nowe rozpocząć życie.

— Zdaniem moim jest to wstyd fałszywy — zauważył spokojnie — nikt nie powinien się wstydzić brać pieniędzy zarobionych uczciwie.

Helenka nic nie odpowiedziała.

— Dobrze władam obcymi językami, zwłaszcza francuskim— odezwała się po chwili — czy więc nie mogłabym dawaćlekcji konwersacji?

— Każdy woli rodowitą Francuzkę, łaskawa pani, na zasadzie, że nauka obcego języka pewniejsza jest z pierwszejręki niż z drugiej. Polki za konwersację otrzymują bardzonędzne wynagrodzenie, a i ono jeszcze niełatwe jest do zdobycia. Należy wprzód dać się poznać, wyrobić sobie stosunki,a na to potrzeba czasu.

Ciężkie westchnienie wydobyło się z piersi Helenki.

— Najkorzystniej byłoby nauczyć się jakiego rzemiosła, dostępnego dla kobiet, ale pani i do tego wydajesz mi się niezdolna; a szkoda, bo na tej drodze najprędzej można sobie zapewnić byt niezależny. Jestem ojcem trzech córek, każdaz nich, oprócz wyższego naukowego wykształcenia, posiadajeszcze specjalne wykształcenie fachowe, dające zarobek; każda nie tylko utrzymuje się z własnej pracy, ale ma jeszczepo kilkaset rubli zaoszczędzonych.

Uczucie zazdrości obudziło się w sercu Helenki. Gdyby onamiała kilkaset rubli, rodzice na kilka miesięcy mieliby zapewniony spokój!

— Ta droga jest dla mnie niemożliwą — rzekła — dla nauczenia się rzemiosła trzeba czasu, a ja potrzebuję zaraz zarabiać. Mój ojciec wczoraj wziął ostatnią pensję!...

„I mimo to daliście wystawną kolację — pomyślał pan Radlicz nie bez oburzenia. — Na Boga, ci ludzie nie mają najmniejszego pojęcia o rachunku!”

— Słyszałam — mówiła dalej niepewnym głosem Helenka— że Polki, posiadające obce języki, bywają użyteczne napensjach.

— Ma pani słuszność: sądzę, że pani mogłaby robić tłumaczenia z uczennicami klas niższych i objaśniać im znaczeniewyrazów. Znam przełożoną, która wspominała mi właśnie, żetakiej osoby potrzebuje.

— Ach, panie! — zawołała z błyskiem nadziei w oczach —niech mi pan pomoże uzyskać to miejsce.

— Chętnie, ale czy pani jesteś mocna w języku rosyjskim?

Helenka spojrzała na niego ze zdziwieniem.

— Nie znam go wcale, ale cóż to ma do rzeczy?

Z kolei pan Radlicz spojrzał ze zdziwieniem na Helenkę.

— Więc pani nic o tym nie wiesz, że wykłady na pensjachmuszą się odbywać po rosyjsku? — zapytał. — Że polski język może się używać tylko jako pomocniczy?

Helenka zbladła.

— Jak to! — spytała głosem drżącym, w którym czuć byłoniedowierzanie — więc obcy język wykłada się w innym,obcym także dla dzieci języku?

— Polski to język uważa się za obcy, łaskawa pani — odpowiedział z goryczą — i jako taki wykłada się po rosyjsku.

Źrenice dziewczęcia rozszerzyły się dziwnie; na twarzy odmalował się przestrach.

— Jakże sobie radzą z tym cudzoziemki? — pytała dalej.

— Uczą się po rosyjsku.

— A dzieci?

— Z początku nic nie rozumieją... z czasem przyzwyczajająsię.

Zapanowało milczenie. Pan Radlicz rzucił nie dopalone cygaro, podniósł się i zaczął chodzić po pokoju z założonymiw tył rękami.

— Nie powinniśmy jednakże dlatego rąk opuszczać — rzekł,zatrzymując się przed nią — przeciwnie, w tych właśnie warunkach, jakie są, pomimo wszelkich trudności, należy staraćsię spełnić obowiązek. Naucz się pani po rosyjsku tak, żebyśmogła zdać z tego języka egzamin, a postaram się wyrobićci miejsce na pensji.

— Ależ ja nie mogę czekać! — zawołała prawie z rozpaczą— nie mogę! Mówiłam już panu, że nie mam czasu do stracenia.

— Nic więc pani nie mogę poradzić.

Nastąpiło znowu milczenie. Helenka patrzyła przed siebieszklanym wzrokiem.

— Może bym chociaż mogła uczyć kaligrafii i przy tymbyć użyteczną przełożonej pensji w jaki inny sposób? — wyszeptała głosem wychodzącym ze ściśniętego gardła, głosem,w którym czuć było, że ostatnia struna była wyprężona, jakbylada chwila miała pęknąć.

Pan Radlicz roześmiał się przykrym, ostrym śmiechem.

— O święta naiwności! Czy pani uczyć będziesz kaligrafii,czy robót, zawsze musisz mieć patent z języka rosyjskiego.Jakże państwo czytacie gazety, że wszystkie te rzeczy są dlawas nowe!

Struna, zbytecznie wyprężona, pękła. Helenka wybuchnęłapłaczem; siły jej moralne wyczerpały się w tej rozmowie doostatka. Wczoraj myślała, że dość jej będzie objaśnić chęć dopracy, żeby ta praca sama weszła w jej ręce i przyniosła obfitekorzyści, a tu napotykała trudności niezwalczone. W powieściach angielskich, które czytywała ze szczególnym upodobaniem, bywały piękne ustępy o pracy — a bohaterki, biorącesię do niej, po mniej więcej niewielkich trudnościach zarabiały dużo pieniędzy i wychodziły za mąż. Myślała, że i z niątak będzie; tymczasem przekonywała się, że życie w powieści, a życie rzeczywiste to dwie rzeczy bardzo różne. Za każdym słowem delegowanego odwaga jej słabła — i tylko przezambicję nie dała tego poznać po sobie. Walczyła z sobą mężniedo ostatniej chwili, ale teraz siły opuściły ją zupełnie. Kaligrafii czepiła się jak tonący deski ocalenia, i to ją zawiodło.Tak była dumną ze swego wykształcenia, a dowodzenia panaRadlicza obróciły tę dumę wniwecz. Była upokorzona i złamana.

— Odebrał mi pan ostatnią nadzieję! — wyszeptała łkając.

Boleść ta wzruszyła głęboko pana Radlicza. Chodził zamyślony po pokoju i zatrzymał się znowu.

— Biedne dziecię! — przemówił ze współczuciem — wychowano cię na kobietę bardzo przyjemną w salonie, ale niepożyteczną w życiu codziennym. Wykształcenie powierzchownezrobiło cię bezbronną wobec walki o chleb powszedni. Aleuspokój się, pani, może jeszcze potrafimy coś wynaleźć.

Helenka pochwyciła obie jego ręce.

— Ach, panie! — zawołała, podnosząc ku niemu oczy łzamizalane — jeżeli tylko pan może, pomóż mi pan, na miłosierdzie Boskie!

— Przestań pani płakać — powtórzył — i wysłuchaj mniespokojnie. Wspominałaś mi pani o kaligrafii; wnoszę stąd, żepiszesz nieźle. Siadaj pani na moim miejscu i pisz, co ci podyktuję.

Helenka obtarła łzy batystową chusteczką i spełniła, czegood niej żądano. Pan Radlicz wziął w rękę jej pismo i przezchwilę uważnie mu się przypatrywał: litery były wyraźne,charakter piękny i wprawny.

— Egzamin wypadł nieźle — rzekł z uśmiechem — połóżpani teraz pióro i posłuchaj mnie uważnie. Jestem właścicielem składu nasion w Warszawie i mógłbym pani dać u siebiezajęcie w ekspedycji. Obowiązkiem pani byłoby przepisywaćrachunki i przygotowywać obstalunki. Ofiarowałbym pani zato piętnaście rubli pensji miesięcznie na początek, wraz z całkowitym utrzymaniem. Czy chcesz się pani tego podjąć?

— Czy chcę! — zawołała z wybuchem radości. — Alboż mnietrzeba o to pytać?

— Ostrzegam panią, że jestem surowy i wymagający i nieznoszę nieakuratności ani najmniejszego lekceważenia przyjętych na siebie obowiązków. W razie gdybyś je pani zaniedbywała, będę zmuszony objawić pani moje niezadowolenie.Nie będę wówczas zważał, kto pani jesteś, ani ubierać słówmoich w wytworne formy salonowej grzeczności, ale postąpiętak, jak bym postąpił z każdym z moich podwładnych. Namyślsię pani dobrze...

Helenka milczała przez chwilę.

„Miałażbym w bezczynności wyczekiwać, aż zjawi się konkurent i za cenę mej ręki wyratuje nas wszystkich z biedy? —myślała. — Nie, to i za ryzykowne, i nazbyt upokarzające.Wolę pracować”. — To, co pan mówi, nie zniechęca mnie —rzekła z mocą — postanowienie moje jest niecofnione; wyborunie mam...

— Brawo! — zawołał pan Radlicz — wychowano panią niepraktycznie, ale nie zdołano zepsuć dobrego materiału, jakiw duszy pani złożyła natura. Podaj mi pani rękę: jest onawprawdzie za mała i zanadto wypieszczona, ale zasługuje nato, żeby ją uścisnąć z szacunkiem. Czy tylko pani wytrwasz?Brak wytrwałości jest naszą narodową wadą.

To powiedziawszy spojrzał na zegarek.

— Przepraszam panią, że muszę zakończyć naszą rozmowę,ale już dziewiąta, a ja mam jeszcze niemało papierów do przejrzenia, bo dziś wyjeżdżam. Ale będę tu znowu za dwa tygodnie dla ostatecznego ukończenia sprawy, to mógłbym paniązabrać. Pomów pani tymczasem z rodzicami. Żegnam panią.

Podał jej rękę i zagłębił się znowu w rachunkach.

U ludzi

VII

Niemałe miała trudności Helenka, zanim przygotowała rodziców do swoich zamiarów. Z początku ani słuchać nie chcieli o zmianie, mającej nastąpić w ich domu. Ojciec płakał i wyrzucał sobie, że to z jego winy córka chce iść wycierać obcekąty; matka dostała ataku nerwowego i wyrzucała córce, żepowzięła myśl szaloną, bo po co ma tam gdzieś szukać pracy,nieodpowiedniej dla panny tak starannie jak ona wychowanej,kiedy może iść tutaj za mąż bogato. Dość będzie sprawićkilka nowych sukien, pokazać się na kilku wieczorach, abycel zamierzony osiągnąć. Mówiła, że się dziewczynie przewróciło w głowie, że „co powie na to świat”, że wreszcie „niema prawdziwego przywiązania do rodziców, kiedy jej takłatwo przychodzi opuścić ich teraz właśnie, gdy spadło nanich nieszczęście”.

Helenka w milczeniu znosiła te wszystkie zarzuty, nie próbując się nawet usprawiedliwić, ale stała przy swoim. Ulegałamatce dotąd zawsze we wszystkim, toteż pani Orecka zdziwiona była i rozgniewana tą nagłą stanowczością, o jaką córkidotąd nie podejrzewała. Okoliczności też wkrótce bardzo Helence do uskutecznienia zamiaru dopomogły. Ostatnia pensjawyczerpała się w połowie miesiąca i trzeba było żyć na kredyt. Postanowiono wprawdzie sprzedać konie, ale nie śpieszono się z tym, bo zbytni pośpiech w sprzedaży rozniósłby zarazpo mieście i okolicy wieść o ruinie majątkowej pana Marcina— a tego właśnie pani Marcinowa nie życzyła sobie.

Gdy delegowany Rady Nadzorczej powtórnie przyjechał,nikt się już nie sprzeciwiał wyjazdowi Helenki. Ojciec tylkostał się jeszcze więcej milczący, wzdychał ciężej i po całychdniach wybijał swojego marsza, nie mogąc się zdobyć na żadne inne zajęcie; matka po cichu płakała i zażywała kropleuspokajające, ale rzeczy były już zapakowane. Dziwiła siębardzo pani Orecka, że żaden z kawalerów, którzy się o jejcórkę dobijali na balu, nie przyjechał dotąd złożyć wizyty,ale pocieszała się nadzieją, że Helenka może w Warszawielepiej jeszcze pójdzie za mąż. Żeby zaś świat nie robił żadnychniepotrzebnych domysłów, zapowiedziało się znajomym, że jedynaczka jedzie do stolicy na karnawał.

Z ciężkim sercem opuszczało dziewczę dom rodzicielski,a gdy przyszła chwila pożegnania i zrozpaczeni rodzice, poleciwszy córkę kilkakrotnie opiece pana Radlicza i otrzymawszy od niego przyrzeczenie, że będzie nad nią czuwał jaknad własną córką, wzajemnie ją sobie z objęć wyrywali; gdysłudzy rzucili się do nóg i rąk panienki, a pies, nieodstępnyjej dotąd towarzysz i przyjaciel, jakby coś przeczuwając, zaczął dokoła niej biegać i skomleć; gdy nareszcie ulubionajej klaczka, na której codziennie jeździła, wybiegła ze stajni,dopominając się chleba, otrzymywanego zawsze z rąk Helenkio tej porze — zesłabło serce w biednej dziewczynie. Zawahałasię na chwilę i wielkim tylko wysiłkiem woli zdołała się przezwyciężyć. Wyrwała się prawie przemocą swoim kochanymi wskoczyła szybko do powozu.

Ofman, oparty łokciami na parkanie, przypatrywał się całejscenie i dziwił go trochę ten smutny wyjazd na wesołą zabawę, a ponieważ był człowiekiem przewidującym i wiedziałjuż, że państwo Oreccy zaczęli brać to i owo na kredyt, ponieważ w przybliżeniu wiedział także, ile to stroje damskiepochłaniają pieniędzy, więc przez błękitne dymy swojej fajeczki, niby przez mgłę przeźroczystą, widział się już w niedalekiej przyszłości posiadaczem posesji pana Marcina.

Gdy konie ruszyły z miejsca, z oczu Helenki, wstrzymującej się dotąd mężnie od płaczu, trysnęły łzy obfite. Teraz, gdyjuż zostawiła za sobą wszystko, co jej było drogie, i przecięłasobie drogę do odwrotu, odstąpiła ją cała odwaga. Ogarnąłją żal bezmierny za tym, co zostawiła, i obawa tego, co jączekało. Pan Radlicz nie przeszkadzał jej płakać ani usiłowałnawiązać z nią rozmowy. Znał dobrze życie i wiedział, że łzyprzynoszą ulgę, a kilka godzin milczącego wpatrywania sięw głąb własnej duszy może wyjść tylko na zdrowie osobie,która na świat patrzyła powierzchownie, a w siebie prawdopodobnie nigdy jeszcze uważnie nie spojrzała.

Większą część drogi przebyli w zupełnym milczeniu, potem jednakże Helenka ożywiła się bardzo i nie tylko nie unikała rozmowy, ale ją nawet podtrzymywała; dopiero gdy pociąg zbliżał się do Warszawy i z daleka ukazały się tysiąceświateł migocących wśród nocy, sposępniała bardzo na myśl,że wkrótce znajdzie się w obcym domu. Pan Radlicz, zgadującjej myśli, powiedział:

— Bądź pani spokojna, znajdziesz osoby chętne i życzliwe.My wszyscy pracujemy, więc umiemy zrozumieć i uszanowaćkażdego, kto pracuje. Żona moja jest zacna i rozumna, dziewczęta poczciwe i wesołe, syn — chłopiec dzielny i pracowity:powinno ci z nimi być dobrze. Salonów pańskich wprawdzieu nas nie ma, zbytku nie znamy, aie jest za to dostatek, ładi oszczędność.

Pociąg zatrzymał się i wysiedli. Tłum gęsty zalegał platformę; zewsząd słychać było okrzyki radości i powitania,zmieszane z wołaniem posługaczy i służących hotelowych. PanRadlicz podał Helence ramię i przeprowadził ją przez tłumna drugą stronę dworca.

— Nie kazałem nikomu czekać na siebie — rzekł do niej —bom nie mógł na pewno dnia powrotu oznaczyć, a nie lubię,gdy ludzie tracą czas nadaremnie. Dom mój jest niedalekostąd, pójdziemy więc pieszo, a potem przyślemy po rzeczy.

„Czyż czas służących jest tak drogocenny? — myślała Helenka. — Cóż wielkiego, gdyby lokaj pana Radlicza przyszedłtu kilka razy na próżno!”

Przeszli między szeregami dorożek i skierowali się w aleję.Noc była ciemna, ale latarnie oświetlały drogę. Powiew mroźnego wiatru orzeźwiająco podziałał na nią: w głowie zrobiłosię jakoś jaśniej, w duszy raźniej i wdzięczna była swemuopiekunowi za tę przechadzkę. Przed dużym, piętrowym domem zatrzymał się i rzekł:

— Jesteśmy już na miejscu.

W bramie pod samą latarnią na ławie siedział stróż i czytał,,Kuriera”. Ujrzawszy swego pana powitał go z widoczną radością i otworzył drzwi szklane, prowadzące na schody. Weszlina pierwsze piętro i zaledwie pan Radlicz pociągnął za dzwonek, gwar dwóch głosów dał się słyszeć w przedpokoju, jakbydwie osoby biegły na wyścigi drzwi otwierać, a w gwarze tymmożna było dokładnie rozróżnić te wyrazy:

— To ojciec, to pewno ojciec!

Nareszcie drzwi otworzyły się i pan Radlicz został obskoczony przez dwoje młodych dziewcząt, które zaczęły go ściskać, całować, zarzucać pytaniami, ściągać z niego futro,a z całego powitania widać było, jak bardzo był kochany tenrozumny ojciec. Helenka, stojąca na boku, patrzyła na tęscenę rodzinną z sercem ściśniętym, a przed oczyma jej stanąłobraz rodziców samotnych i strapionych. Oswobodziwszy sięz objęć córek, pan Radlicz obejrzał się za swoją towarzyszkąi wziąwszy ją za rękę, powiedział:

— Moje dzieci, oto jest panna Orecka, o której wam pisałem; zapoznajcie się z nią i postarajcie się, żeby jej u nasbyło dobrze.

Obie panny Radliczówny wyciągnęły ręce życzliwie donowo przybyłej, a ona ujęta ich pełną prostoty uprzejmością,każdą z rąk sobie podanych uścisnęła serdecznie. Była w obcym domu, daleka od wszystkiego, co kochała, i bardzo potrzebowała życzliwości. Gdy zdjęły z niej aksamitne, lisamipodbite futro, pan Radlicz rzekł wesoło:

— Żebyś pani wiedziała, z jak dostojnymi osobami będzieszodtąd przestawać, wymienię pani ich tytuły: to jest Andzia,moja starsza córka, bardzo rozmiłowana w swoim fachu kwiaciarka, prawdziwa artystka w układaniu bukietów, za którena wystawie ogrodniczej otrzymała medal.

— Ach, ojcze, bo się zarumienię — przerwała śmiejąc sięAnna.

— To Elżunia, rokiem od niej młodsza, zajmuje się malowaniem na porcelanie; powiada ona, że nie pragnie medalu,bo go sama sobie namalować potrafi.

Ogólny śmiech był odpowiedzią na te słowa.

— Najstarszej mojej córki nie mogę pani pokazać, bo mieszka na wsi z dziadkiem — mówił dalej pan Radlicz, a twarzjego przy tym sposępniała — prowadzi ona gospodarstwokobiece, a głównie zajmuje się fabrykacją konfektów na podobieństwo kijowskich. Ta także nie ma jeszcze medalu, alego dostanie z pewnością, bo wyroby jej znalazły wielkiew handlu uznanie. A teraz, kiedyś się pani dowiedziała, żebędziesz żyła w gronie samych znakomitości, pójdziemy dalej.Andziu, gdzie jest matka?

— Mama jest w jadalnym pokoju z Andrzejem, proszę ojca,pewnie nie słyszeli dzwonka.

— To dobrze, chodźmy do nich, zrobimy im niespodziankę.

Pani Radliczowa siedziała w dużym krześle przy stole i cerowała starannie skarpetkę. Przed nią leżały dwa stosy tychskarpetek: jedne były już pocerowane, porządnie wyciągniętei złożone, drugie jeszcze wcale nie ruszone. Obok tych stosówleżał duży kłębek bawełny, paczka tasiemek i nożyczki. Lampa, spuszczająca się od sufitu, rzucała światło wprost na jejgłowę, pochyloną nad robotą, na czarny tiulowy czepek; nawysuwające się spod czepka włosy, gładko przyczesane naskroniach, a tak czarne, że aż wpadały w odcień błękitnawy:na czoło, porysowane licznymi podłużnymi i poprzecznymiliniami, na brwi szerokie i gęste, na nos orli i koniec brody,której kształty nieco ostre znamionowały wytrwałość i energię.Cera ciemnooliwkowa podnosiła jeszcze charakter energicznajej twarzy, tak bardzo już charakterystycznej.

Syn siedział naprzeciw matki po drugiej stronie stołu i czytał głośno gazetę, a pani Radliczowa od czasu do czasu podnosiła na niego duże, wypukłe oczy, w których malowało sięgłębokie skupienie myśli i rozwaga — jakby w twarzy synaszukała rozwiązania faktów uderzających jej umysł — a podniesiona igła zatrzymywała się na chwilę w powietrzu, poczym poruszała się w jej rękach z większą jeszcze szybkością.

Czy była piękna kiedy lub nie, tego na pewno wiedzieć niebyło można, ale to pewna, że rysy jej musiały być łagodniejsze w młodości i tylko życie wśród ciężkich okolicznościzaostrzyło ich kontury tak bardzo, że aż odebrało im delikatniejsze cechy kobiecości. Nie była to głowa piękna, ale każdymalarz byłby ją chętnie umieścił na swym płótnie, przypominała bowiem typy dawnych Rzymianek z najświetniejszychczasów rzeczypospolitej. Tak niezawodnie wyglądać musiałamatka Gracchów.

Kto widział razem oboje państwa Radliczów, ten musiałbyć uderzony dziwnym między nimi podobieństwem — podobieństwem nie zasadzającym się na rysach, bo te byłybardzo od siebie różne, ale na ogólnym wyrazie. Snadź dwojetych ludzi musiało się wzajem dobrze rozumieć, snadź musieliz sobą iść zgodnie ręka w rękę przez życie, skoro wędrówkata napiętnowała ich twarze jednakowym wyrazem.

Andrzej był bardzo podobny do ojca: te same miał rysynieregularne, te same oczy, błyszczące inteligencją i przenikające do głębi, nawet te same dwie fałdy idące wzdłuż czoła.Tylko kolorem cery i włosów przypominał matkę. Włosy te,krótko przystrzyżone i zaczesane do góry, sterczały na głowiejak szczotka, a krótka amerykańska broda dopełniała charakteru tej twarzy wyrazistej, która na pierwszy rzut okawydawała się brzydka. Broda czyniła Andrzeja znacznie starszym, niż był, wyglądał bowiem na lat czterdzieści, a miałdopiero trzydzieści dwa.

Gdy pan Radlicz, przywitawszy się z żoną, przedstawił jejHelenkę, pani odjęła okulary i przez chwilę przypatrywałasię jej delikatnej twarzyczce i eleganckiemu podróżnemu ubiorowi, po czym podniosła na męża wzrok, który zdawał sięmówić:

„Niewiele będziemy mieli pociechy z tej pracownicy”.

Pan Radlicz zrozumiał znaczenie tego wzroku i rzekł głośno:

— Panna Helena nie otrzymała tak praktycznego wychowania jak nasze dziewczęta, ale szczerze pragnie nauczyć siępracować; dała tego dowód doprowadziwszy swój zamiar doskutku, pomimo przeszkód, jakie miała do zwalczenia zestrony rodziców. Miejmy nadzieję, że wytrwa.

— Daj Boże — odpowiedziała pani Radliczowa nieco przyjaźniejszym tonem — z całego serca życzę tego pannie Oreckiej.

I podawszy jej rękę, wskazała krzesło obok siebie. Helenkaze swej strony w milczącym podziwieniu przypatrywała siętej kobiecie, tak bardzo różniącej się od jej matki nie tylkotwarzą, obejściem i głosem, brzmiącym niskimi tonami, alenawet wszystkimi szczegółami ubioru, którego nadzwyczajnaprostota biła w oczy. Tamta była skończonym typem wielkiejdamy, delikatnej, nerwowej i wiecznie potrzebującej opieki— ta kobiety czynnej, energicznej i zdrowej, a szerokie jejramiona i silna budowa pokazywały, że sama potrafi dużoznieść i jeszcze innych wesprzeć i obronić. Tamta była uosobieniem wdzięku słabości, ta siły moralnej i fizycznej.

„Jest to niewątpliwie osoba wzbudzająca wielki szacunek— myślała sobie Helenka — ale jest w niej także coś, co jejsię bać każe. Nie wiem, czy kiedy potrafię ją pokochać. Alejak też może sama cerować tę szkaradną pończochę! Czy niemogłaby tego kazać zrobić służącej?”

— To jeszcze jedna znakomitość — odezwał się pan Radliczprzedstawiając Helence swego syna — ogrodnik z zawodu,gorliwy mój pomocnik w handlu i przyszły wspólnik. Firma,,Radlicz” zmieni wkrótce tytuł i będzie nosić nazwę: „Radliczi Syn”.

Andrzej ukłonił się z chłodną grzecznością. Piękność Helenki zrobiła na nim wrażenie, ale było to wrażenie innegozupełnie rodzaju niż te, do jakich ona była przyzwyczajoną;nie objawiało się widocznym zachwytem, ale wyrazem ciekawości i idącej za nią chwilowej obserwacji.

„Ach, jakiż brzydki! — pomyślała — czy też znajdzie siękiedy kobieta, co się odważy go zaślubić?”

Podano herbatę i Helenka dziwiła się w duchu, że zastawabyła tak skromną; składały ją: bułki, chleb, masło, ser i szynka — co zaś najwięcej dziwiło, to, że pan Radlicz smakowałwidocznie więcej w tym skromnym posiłku niż w owej sutejwieczerzy, jaką go w M. przyjmowali jej rodzice. Ona samanie jadła nic, choć ją uprzejmie częstowano — przyjęła tylkoszklankę herbaty z rąk pani Radliczowej, a i ta wydawałasię jej cierpka i niesmaczna, może z powodu, że ją podanow szklankach z grubego, nie szlifowanego szkła, a nie w filiżankach z francuskiej porcelany, jak to było zwyczajem w domu, gdzie nie dawano także najzylbrowych łyżeczek. Już tosrebra na stole nie było nawet na lekarstwo, a bielizna stołowa nie odznaczała się bynajmniej cienkością i miała pospolity deseń.

Podczas gdy ojciec jadł, Andrzej zdawał mu sprawę z interesów, jakie zostały dokonane pod jego nieobecność, a gdyskończył, siostry prześcigały się w opowiadaniu różnych drobnych faktów, zaprawiając opowiadanie humorem. Wybuchyśmiechu, żarty, dowcipy niby błyskawice krzyżowały się ponad stołem; gwarno było i wesoło. Śmiał się ojciec, śmiałsię syn, nawet matka uśmiechała się i wtrącała od czasu doczasu jakieś słowo, nie przestając ani na chwilę cerować swoich skarpetek. Na Helenkę nikt nie zważał; zostawiono jąsamej sobie, jakby jej umyślnie chciano dać czas i sposobnośćdo oswojenia się z nowym miejscem i otoczeniem. Dla niejwszystko tu było nowe, nawet ta atmosfera zdrowia moralnego, tryskającego z każdej twarzy, i ta rzeźwość umysłów,i to poprzestawanie na małym, wystarczające widocznie wszystkim — i te niewinne źródła humoru, wywołujące ogólnąwesołość. Wychowanie i życie dotychczasowe nie dały jej tychpierwiastków. Czuła, że trudno jej będzie dostroić się do tonupanującego tutaj, i smutno jej się zrobiło. To co im wystarczało, jej wystarczyć nie mogło — co ich rozweselało, jejby nie mogło rozśmieszyć.

Obie panny Radliczówny były przystojne: rysy ojca i matkiłączyły się w nich z mniejszą lub większą przewagą na korzyść jednego lub drugiego z rodziców, ale obie tak byłydo siebie podobne ze świeżości cery, pogody spojrzenia i rozwinięcia kształtów, że na pierwszy rzut oka niełatwo byłojedną od drugiej odróżnić i umiało się to dopiero po dłuższymna nie patrzeniu. Wówczas dostrzegało się różnice nawetznaczne. Obie miały suknie z taniego wełnianego materiału,skrojone i uszyte z iście spartańską prostotą, bez kosztownychozdób, jak to było u Helenki. Wyglądała ona między nimi jakosoba z innego świata, jak wątła, cieplarniana roślinka wśródświeżych kwiatów polnych, zahartowanych na wietrze i słońcu. Musiał sobie podobną zrobić uwagę pan Radlicz, bo spoglądał na nią i na swoje córki, jakby je z sobą porównywał.

Podróż całodzienna i zbytek nowych wrażeń tak zmęczyłyHelenkę, że z upragnieniem oczekiwała chwili wstania odstołu i rozejścia się towarzystwa. Zauważyła to pani Radliczowa i zaproponowała jej, aby wcześniej udała się na spoczynek.

— Elżunia zaprowadzi panią do pokoju dla pani przeznaczonego — powiedziała — wszystko tam jest przygotowanena pani przyjęcie i łóżko już posłane.

Helenka natychmiast skorzystała z tego pozwolenia i tobyła jedyna chwila, w której oczy jej żywszym zajaśniałyblaskiem.

— Panno Heleno — rzekł pan Radlicz, gdy opuszczała pokój— obowiązki pani rozpoczną się dopiero pojutrze, jutro jestdzień świąteczny. Nie potrzebujesz pani zrywać się bardzorano; wypocznij sobie dobrze.

— Będzie pani miała śliczny pokoik — mówiła Elżunia,prowadząc ją ze świecą po schodach na wyższe piętro — dużyi słoneczny, z widokiem na ogród. Jestem pewna, że się pani spodoba.

Otworzyła drzwi, podniosła świecę do góry i, puszczającnowo przybyłą przed sobą, zawołała wesoło:

— A co! czy nie milutkie mieszkanko?

Ale Helenka nie zdobyła się na odpowiedź. Zdziwionymwzrokiem wodziła po ścianach świeżo wybielonych, po podłodze niefroterowanej, ale białej i czystej, po skromnychsprzętach i milczała. Składały się one z łóżka żelaznego, szafyjesionowej do rzeczy, stołu do pisania, dwóch wyplatanychkrzesełek i umywalnika żelaznego także, na trzech nogach,z garniturem fajansowym. Elżunia, przypisująca milczenieHelenki przyjemnemu zdziwieniu, a nie mogąca się doczekaćodpowiedzi, spytała powtórnie:

— Ładny pokoik, prawda?

— Tak, bardzo ładny — odpowiedziała machinalnie.

Było w tonie tej odpowiedzi coś, co uderzyło pannę Radliczównę. Spojrzała z uwagą w oczy nowej towarzyszki, aleoczy te wydały się zagadkowe jak oczy Sfinksa. Delikatnośćnie pozwalała zadać więcej pytań — zwłaszcza iż zdawało sięElżuni, że panna Orecka pragnie jak najprędzej zostać sama.Postawiła więc świecę na stole, powiedziała jej dobranoci odeszła.

— I ona to nazywa „ładnym pokoikiem”! — rzekła, śmiejąc się sucho, Helenka, gdy się drzwi za wychodzącą zamknęły.— Ładny, ani słowa! Panna służąca mojej matki ma trochęlepszy, bo przynajmniej wytapetowany, i nigdy jeszcze niemyła się tym obrzydliwym prostym mydłem, którego samawoń przykra już może przyprawić o mdłości.

Niewiele myśląc otworzyła lufcik i wyrzuciła mydło z irytacją za okno. Spostrzegła przy tej czynności szarą płóciennąroletę i spuściła ją, wzruszywszy ramionami z politowaniemna widok skromnego wyszycia z białej taśmy, które miałostanowić ozdobę, a w jej pojęciu było równie ordynarne jakfiranka z białego perkalu w duże niebieskie kwiaty. Cóż tobył za kontrast z prześlicznym, różowym pokoikiem, jaki miała w domu! Nie było tu ani jednego sprzętu wyściełanego,nic takiego, co by miało jakiekolwiek podobieństwo z fotelemlub kanapą, na czym by można usiąść wygodnie, oprzeć sięlub położyć. Łóżko stało przy ścianie niczym nie osłoniętej,a na podłodze leżał mały wojłokowy dywanik.

— Ach! — jęknęła Helenka — bez wszystkiego obejść sięmożna, ale jak tu żyć bez kanapy!

Świeca paląca się w mosiężnym lichtarzu i leżąca przy niejpapierowa paczka zapałek raziły jej smak estetyczny — jakrównież stół czarno lakierowany i prosty szklany kałamarz.Kto inny na jej miejscu byłby zadowolony z pokoju czystego,ciepłego i zaopatrzonego we wszystkie potrzeby, ale ona upatrywała w nim podobieństwo do celi więziennej i czuła siębardzo pokrzywdzona. Pozbawiona komfortu, do którego przywykła od dzieciństwa, traciła ochotę do walki z losem napierwszym zaraz kroku. Ogarnęła ją żałość już nie za rodzicami i ich osamotnieniem, ale nad sobą samą. Ciężka ich dola zbladła w jej oczach wobec wielkości własnego poświęcenia — a obrazy tego wszystkiego, czego się dla nichwyrzekła, przesunęły się kolejno przed oczyma jej duszy w barwach więcej uroczych niż kiedykolwiek.

Do serca czystego dotąd przystąpił szatan pychy i to, cobyło tylko obowiązkiem, przedstawił jej jako olbrzymią, podziwienia godną ofiarę.

Na łóżku leżała wełniana, grubo watowana kołdra w kolorowe kraty i duża, ciężka poduszka w perkalowej poszewce.Spojrzała na jedno i drugie z posępną rezygnacją, ale gdy,odwinąwszy kołdrę, spróbowała posłania i poczuła pod rękamaterac z trawy morskiej, w którym nic miękkiego ani elastycznego nie było — brakło jej odwagi do położenia się.

Szybkim, nerwowym krokiem chodziła po pokoju, czekającna służącą, która, zdaniem jej, powinna była przyjść rozpakować jej rzeczy; ale służąca nie przychodziła. Chciała zadzwonić, ale taśmy od dzwonka nie było nigdzie — wołać zaśnie chciała i nie mogła, bo nie wiedziała, w której stroniedomu służba ma pomieszczenie. Mogłaby jeszcze zabłądzićw tym ogromnym budynku, pełnym długich a wąskich korytarzy i ciasnych zaułków, przypominających klasztor i napełniających ją obawą.

Minęło tak pół godziny, a nikt nie przychodził. Czując niezmierne znużenie, a nie chcąc czekać dłużej, Helenka z westchnieniem zabrała się sama do otwierania swych kufrów— a przyszło jej to z większą łatwością, niż przypuszczała.Na wierzchu zaraz leżała różowa atłasowa kołdra, podpiętawebowym prześcieradłem, bogato haftowanym po brzegach,i jedwabna puchowa poduszka, obleczona w batystową poszewkę. Z radością pochwyciła te dwa przedmioty, tak żywouprzytomniające jej ulubiony różowy pokoik, i odrzuciwszyz pogardą kraciastą kołdrę i ciężką pierzaną poduszkę, zastąpiła je swoją elegancką pościelą.

Klękła do pacierza, ale słowa modlitwy, przeplatanej gorącymi łzami, urywały się co chwila lub wydobywały bezwładnie. Usta jej tylko wymawiały, nie serce przepełnione goryczą.

Mimo wielkiego znużenia i senności, długo przewracała sięna materacu z morskiej trawy, której źdźbło każde urażałoją, zanim wreszcie przyszedł sen dobroczynny i przyniósł jejzapomnienie.

VIII

Nazajutrz obudziło ją wejście służącej; była to niemłodakobieta z dużą, poczciwą, ale poważną twarzą. Ubiór jej uderzał nadzwyczajną czystością, a biały, starannie wyrurkowanyczepek leżał na głowie jak ulany i noszony był z godnością.

— Pani kazała mi się dowiedzieć, czy panna przyjdzie naśniadanie? Państwo już siedzą przy stole i tylko na pannęczekają.

Słowa te, powiedziane grubym i niezbyt słodkim głosem,od razu przypomniały Helence nowe położenie, w jakim sięznajdowała od wczoraj. Przetarła oczy i, siadając na łóżku,rzekła:

— Moja dobro kobieto, przeproś bardzo państwa i powiedz,że nie przyjdę. Tylko co się obudziłam i nie zdołam ubraćsię tak prędko.

„Dobra kobieta” nie śpieszyła się z zaniesieniem państwutej odpowiedzi; patrzyła na batystowy kaftanik „panny”i przybierające go falbanki, na poszewkę i prześcieradło,zdobne delikatnymi haftami, zmierzyła ciekawie oczyma obakufry i wyszła, mrucząc z niezadowoleniem.

— To dopiero będzie zawrót głowy z praniem i prasowaniemdla tej księżniczki. Potrzebnie też to pan przywiózł takie paniątko? Tylko trzeba będzie temu ciągle usługiwać! Ciekawam,czy też ona zarobi to, co zje?

Helenka dosłyszała tylko pierwsze wyrazy, dalsze bowiemwymówione już były za drzwiami i na schodach, ale to, cousłyszała, zdziwiło ją niesłychanie. U rodziców służące nigdynie narzekały na pranie i prasowanie; wszystko im było jedno,co robiły, i zawsze były zadowolone.

Drzwi otworzyły się znowu i służąca wniosła na tacceszklankę herbaty i dwie bułki nasmarowane masłem. Helenkarzuciła okiem przelotnie na ten posiłek, który jej się wydawał mniej niż skromny, i widząc, że służąca zabiera się znowudo odejścia, rzekła:

— Moja dobra kobieto...

— Nazywam się Kunegunda — przerwała służąca z godnością.

— Moja dobra Kunegundo, proszę cię, przyjdź za kwadrans,to mnie uczeszesz.

Kunegunda, kładąca już rękę na klamce, odwróciła się nate słowa i sądząc, że się przesłyszała tylko, spytała:

— Co panna każe?

— Proszę cię, żebyś mnie przyszła uczesać — powtórzyławymawiając głośno i dobitnie każdy wyraz.

Na twarzy Kunegundy odmalowało się prawdziwe zdumienie.

— Przepraszam pannę — rzekła po chwili milczenia — alenie służyłam nigdy za garderobianą i nie umiem czesać nikogo, tylko siebie.

— Więc przyślij mi kogo innego do uczesania!

— Ciekawam kogo, proszę panny? Jest nas wszystkich kobiet tylko trzy: ja, praczka i kucharka, i one obie poszły dokościoła. A choćby i były w domu, to wiem, że takiej delikatnej rzeczy nie potrafią, bo mają ręce bardzo grube i narobione. Z przeproszeniem panny, ale to pewnie był tylko żart?Gdzie by zaś panna uczesać się nawet nie umiała! Nasze panienki mają bardzo ładne włosy, ale nikt ich nie czesze...

Kunegunda, nazywająca ją ciągle po prostu „panną” —miała jednak pieszczotliwsze nazwanie dla swoich „panienek”.Helenka doskonale odczuła tę różnicę.

— Nie omyliłaś się, moja dobra Kunegundo — rzekła ponamyśle, przygryzając usta — istotnie, żartowałam tylko.

— Ja też to zaraz zmiarkowałam — odpowiedziała i wyszławzruszywszy ramionami.

Gdy drzwi zamknęły się za nią, Helenka załamała ręce.

— A to dopiero historia! — zawołała — co ja teraz pocznę?Nigdy sama nie próbowałam się czesać! Nasza Julka byłataka zręczna...

Kłopot ten odebrał jej apetyt. Wypiła czystą herbatę i odsunęła tackę.

— Nie ma rady! Trzeba samej spróbować — rzekła z westchnieniem i zaczęła wstawać.

Ale cała godzina upłynęła, zanim po kilkakrotnym splataniu i rozplataniu, upinaniu i rozpinaniu zdołała jako takoułożyć włosy, których obfitość i długość przedstawiła istotnątrudność dla osoby, mającej pierwszy raz z nimi do czynienia.Dodać trzeba, że coraz to szło gorzej i że w miarę niepowodzenia rosła niecierpliwość, a w miarę wzrostu niecierpliwości coraz więcej włosów pozostawało na grzebieniu — a doprawdy było czego żałować, bo gęste te włosy miały kolorjasnopopielaty, rzadkiej piękności, a miękkość i połysk jedwabiu. Gdy się tak męczyła, zapukano z lekka do drzwi i ukazała się w nich postać pani Radliczowej.

Jeżeli Helenka wczoraj, przestąpiwszy progi swego nowegomieszkania, była skromnością jego zdziwiona, to niewątpliwiewięcej dziś była zdziwiona pani Radliczowa na widok zmian,jakie w nim znalazła. Bystre jej oczy chodziły kolejno od wykwintnej pościeli do otwartych kufrów, z których wyglądające przedmioty poprzewracane były w najwyższym nieładzie;od kufrów do torebki podróżnej ze złoconej skórki, przewieszonej przez poręcz krzesła; od torebki do cienkiego ręcznika,ozdobionego dużym monogramem z koroną; od ręcznika dosrebrnego kubka z cyframi, stojącego obok miednicy; od kubka do leżącego na stole puzderka, wybitego zewnątrz skórą,a wewnątrz wysłanego czerwonym aksamitem. Na jego tleładnie odbijały szyldkretowe grzebienie i kryształowe flakony, z których wydobywały się jakieś subtelne zapachy. Ukończywszy podróż naokoło pokoju oczy pani Radliczowej zeszczególną uwagą zatrzymały się na właścicielce tych wszystkich przedmiotów i, począwszy od kaftanika, ozdobionego różowymi kokardami, przesunęły się aż do jej stóp, obutychw niebieskie aksamitne pantofelki, haftowane srebrem.

Helenka niemiłego doznała uczucia wobec tych szczegółowych oględzin przedmiotów do niej należących i swojej osoby.Czuła, że ją badają, krytykują, że ją sądzą — choć nie pojmowała, co w niej być mogło wykraczającego przeciw panującym w tym domu przepisom.

— Patrząc na panią nikt by nie uwierzył, żeś tu przybyłazarabiać na chleb powszedni — przemówiła nareszcie pani Radliczowa — wyglądasz jak księżniczka, która przypadkiemtylko zabłądziła do ubogiego mieszczańskiego domu.

Słowa te, a więcej jeszcze ich ton, dotknęły Helenkę.

— Nie mam zamiaru grać tu żadnej roli — odrzekła podnosząc dumnie głowę — co zaś do mej powierzchowności, tonie moja w tym wina, jeżeli nie mam szczęścia podobać siępani.

— Nie chciałam pani obrazić — powiedziała pani Radliczowa łagodniej — powierzchowności pani nic nie zarzucam, wyjąwszy tego, że jest nazbyt pańską. Znać to, żeś pani przywykła rozkazywać, i budzi się we mnie wątpliwość, czy potrafisz żyć w zależności i ulegać woli innych. Pozwól mi panidokończyć — mówiła spostrzegając, że Helenka chce coś odpowiedzieć. — Jeżeli panią nazwałam księżniczką, to główniez powodu tych wszystkich kosztownych a niepożytecznychdrobnostek i fatałaszków, jakich tu pełno widzę. Dziwią paniąmoje słowa? Już to pani pewnie spostrzegłaś, że dyplomatkąnie jestem i mówię po prostu, co myślę, bez owijania w bawełnę. Powiem więc jeszcze, że te wielkie kufry wprawiająmnie w zdumienie. Po co pani przywiozłaś z sobą takie mnóstwo rzeczy? My tu żyjemy skromnie, bywamy bardzo małoi tylko u ludzi jak my pracujących; balów też nie wydajemy.Strojów pani nikt nie zobaczy. Będziesz pani miała z nimitylko kłopot, bo to trzeba raz po raz przewietrzać i trzepać,żeby się nie zleżało. I samej się tym trzeba zająć, bo służącenic dobrze nie zrobią, jeżeli się ich nie pilnuje.

— Na żadne zabawy u państwa nie liczyłam — rzekła Helenka, która się znowu poczuła dotkniętą — tylko na pracę,dla której wyłącznie tu przyjechałam. W kufrach moich niema ani jednej sukni balowej, jest tylko kilka wizytowych, codziennych i bielizna. Wszystkiego razem niewiele.

— Można by w nie zmieścić dwie wyprawy i jeszcze by sięcoś miejsca zostało — powtórzyła pani Radliczowa obstającprzy swoim. — Pani niezawodnie innego jesteś zdania i niedziwię się temu. Wzrosłaś w atmosferze zbytku i nie maszpojęcia o przestawaniu na małym — a jednakże ono czyniludzi szczęśliwszymi, bo im daje większą swobodę. Człowiek,nie mogący się obejść bez wielu rzeczy, staje się rzeczywiście ich niewolnikiem. Im więcej potrzeb, tym większa niewola.

Logika tych słów o mało nie rozśmieszyła Helenki. Ale boteż to była logika dziwna! Wszystko to służy do wygody, czyni przecież życie łatwiejszym i przyjemniejszym — tak przynajmniej ona sama i wszyscy w domu zapatrywali się na tęsprawę. Patrzeć na nią z punktu widzenia pani Radliczowejnikomu nie przyszło do głowy.

— Czy pani wiesz o tym, że te wszystkie przedmioty, jakie tu widzę porozkładane, przedstawiają niemałą wartośćpieniężną i że za sumę, jaką niegdyś kosztowały, mogłaby żyćpół roku rodzina z kilku osób złożona?

— Czy być może — wyszeptała — nie przyszło mi to nigdyna myśl.

— Pewnie pani także nigdy nie pytałaś się, ile co kosztuje.Nieprawdaż?

— Istotnie, mało mnie to obchodziło.

— Żałuję pani bardzo.

Nastąpiła chwila milczenia.

— Mąż mój opowiadał mi wiele o domu rodziców panii o powodach, jakie cię skłoniły do szukania pracy — mówiładalej pani Radliczowa siadając na krześle, co pozwalało wnosić, że nie zaraz myśli odejść. — Powiada on, że w pani sąbogate materiały, które praca samodzielna na jaw wydobędzie i rozwinie. I ja tak myślę, ale obawiam się, że pani będziesz musiała dużo przecierpieć, zanim dostroisz się do naszych warunków życia i naszego porządku domowego. Przyzwyczajenie bowiem drugą jest naturą.

— Wiem o tym — rzekła posępnie Helenka — ale cokolwiekbądź miałoby mnie to kosztować, nie cofnę się.

— Roztropniej byłoby nie ręczyć za siebie, a wytrwałościw postanowieniu dowieść czynem. Ale już chwilę z sobą rozmawiamy, a nie powiedziałam pani jeszcze, po co tu przyszłam. Wyglądałaś pani wczoraj wieczorem tak blado, że gdydziś rano nie zjawiłaś się przy śniadaniu, przypuszczaliśmywszyscy, że jesteś niezdrowa. Nic łatwiejszego, jak przeziębićsię w drodze, zwłaszcza gdy się podróż odbywa w styczniu.Przyszłam więc sama zobaczyć, jak się pani masz, i powiedziećpani dzień dobry.

Były to pierwsze cieplejsze słowa, jakie Helenka usłyszałaz ust pani Radliczowej, toteż uczuła żywą za nie wdzięczność.

— Dziękuję pani bardzo — odpowiedziała — jestem zdrowa, tylko długo wczoraj zasnąć nie mogłam i dlatego zbudziłam się tak późno.

— Pewnie pani było niewygodnie spać? Przyznaj się pani.

Komu innemu na podobne zapytanie Helenka zaprzeczyłabyw najgrzeczniejszy sposób — ale wobec osoby „nie lubiącejnic obwijać w bawełnę” i gardzącej wszelką dyplomacjąprawdomówność zdawała się być najwłaściwszą.

— Jeżeli mam być szczerą, to tak — odpowiedziała — byłomi cokolwiek za twardo; ale powoli przyzwyczaję się pewniedo tego.

— Moje córki sypiają tak zawsze i mówią, że im jest doskonale. A gdy raz w gościnie posłano im na puchowej pościeli,nie mogły, tak jak pani wczoraj, długo zasnąć i nazajutrzskarżyły się na ból głowy. Do wszystkiego przyzwyczaić sięmożna. Starałam się moje dziewczęta hartować, przyzwyczajałam do trudów i niewygód i dzięki tej metodzie wychowania wyrosły na kobiety zdrowe, silne, nie chorujące prawienigdy. I jest to rzecz bardzo naturalna: ciało rozpieszczonezbyt miękkim wychowaniem nie posiada w sobie żadnej siłyodpornej, wrażliwsze jest na szkodliwe wpływy zewnętrznei przystępniejsze dla chorób. Pani jesteś bardzo wątłą i delikatną, ale gdy pożyjesz z nami czas jakiś, nabierzesz niezawodnie lepszej cery.

Podczas gdy pani Radliczowa mówiła, oczy jej nie spoczywały ani na chwilę. Biegały po różnych przedmiotach i coraz to odkryły coś nowego, czego nie dostrzegły przy pierwszej podróży naokoło pokoju. Kołdra kraciasta, rzucona niedbale na krzesło wraz z poduszką, raziła jej zmysł porządku.Wstała i złożyła ją starannie; to samo zrobiła z grubym płóciennym ręcznikiem, którego Helenka nie użyła, a który,spadłszy z łóżka, leżał sobie spokojnie na podłodze. Widząc jąpodnoszącą go z ziemi, składającą ze szczególną uwagą narówność brzegów i wygładzającą rękami złożenie, Helenkaczuła zakłopotanie i ogarniający ją strach przed tym porządkiem panującym widocznie w tym domu wszechwładnie i usiłującym wszystko i wszystkich podciągnąć pod swoje prawa.

Na fajansowej miseczce obok miednicy leżało wonne, migdałowe mydełko. Bystry wzrok pani Radliczowej musiał z kolei spocząć i na nim.

— Widzę, że pani nie lubisz mydła prostego — zauważyłaspokojnie. — Moim zdaniem, czyści ono skórę lepiej od wszystkich innych, a jest bezwarunkowo higieniczniejsze, bo nie zawiera przeróżnych, a zdradliwych często mieszanin. Ma teżi tę wielką nad nimi wyższość, że jest tańsze o dziewięćdziesiąt procentów; lecz skoro nie chcesz go używać, może pozwolisz, żebym je zabrała. Gdzież ono jest?

Helenka zmieszała się. Czuła teraz, że to, co z mydłem zrobiła, wyda się naganne pani Radliczowej — ale niestety, niemożna już było tego odrobić.

— Wyrzuciłam je za okno — odpowiedziała — nie mogłamznieść jego przykrej woni.

— Jak pani mogłaś to zrobić! — zawołała z oburzeniem. —Czy pani wiesz, że to kosztuje pieniądze?

— Zdawało mi się — szepnęła Helenka, zmieszana jeszczebardziej — że kawałek prostego mydła nie może kosztowaćwięcej nad parę groszy...

— Więc grosze mają u pani tak małą wartość, że możnaje wyrzucać za okno? Z groszy składają się złotówki, mojapani! Czyż pani o tym nikt nie powiedział?

— Uczyniłam to pod wpływem chwilowego wrażenia —tłumaczyła się — nad konsekwencjami mego czynu nie zastanawiałam się bynajmniej. Nie przypuszczałam też ani nachwilę, że kto zwróci uwagę na taki drobiazg...

— Nie ma rzeczy tak drobnych, nad którymi nie byłobywarto się zastanowić — naucz się pani tej prawdy. Marnowanie lekkomyślne tego, co się może zdać na jakikolwiek bądźużytek, jest grzechem. Czy przedmiot ma większą, czy mniejszą wartość, czy kosztuje dukata, czy grosz, to wszystko jedno;tak czy owak, jest on owocem pracy ludzkiej, ludzkiego potui wysiłku. Poniewierać więc nim, choćby to był tylko kawałek prostego mydła, jest to poniewierać życiem ludzkim.

Słowa pani Radliczowej padły na rolę niedostatecznie jeszcze do ich przyjęcia przygotowaną, toteż sprawiły zupełnieinne wrażenie, niż chciała mówiąca — podrażniły tylko Helenkę. Zaczęła żałować, że się usprawiedliwiała, i podnosząc głowę, rzekła z głęboką urazą w głosie:

— Sądziłam, że z tym, co było dla mnie przeznaczone, mogę robić, co mi się podoba, i że nikt nie zażąda z tego odemnie rachunku. Widzę jednak, jak bardzo się omyliłam, i żemoją nierozwagą znaczną wyrządziłam państwu szkodę. Toteżgdybym się nie obawiała pani obrazić...

Przy tych słowach wzrok jej pobiegł w kierunku stołu, naktórym leżała jedwabna sakiewka.

— Tobyś mi pani zwróciła pieniądze za mydło, nieprawdaż? — odrzekła z ironią pani domu, zauważywszy to spojrzenie. — Nic byś pani jednak nie naprawiła. Cała sakiewka paninie powróci rzeczy zmarnowanej, a ja z zasady potępiammarnotrawstwo, czy ono wielkich, czy małych rzeczy dotyczy. Pani dziś tego nie rozumiesz, bo nie znasz wartości pieniędzy, ale gdy sama zaczniesz pracować, nauczysz się je szanować. Firma „Radlicz” stoi dziś w rzędzie zamożnych instytucji tego miasta i rozwija się coraz bardziej, i zdziwisz siępani pewnie, gdy powiem, że wszystkiego, co posiadamy, dorobiliśmy się własną pracą. Ale praca obróciłaby się wniwecz,gdyby jej nie towarzyszyła oszczędność i gospodarność. Drobiazgów nie lekceważyliśmy; szanowaliśmy grosze i dlategorozporządzamy dziś setkami tysięcy. Z nich one powstały. Widok marnotrawstwa, będącego chroniczną chorobą naszegokraju, boli mnie, w nim bowiem widzę źródło naszych politycznych i ekonomicznych nieszczęść. Zaczynało się zawszeod drobiazgów, a że jednostek tak jak pani myślących byłowiele, więc z tych drobiazgów rosły olbrzymie sumy, któredla bogactwa narodowego ginęły. Każdy grosz nie tylko jednostce, ale przez nią i ogółowi przynosi korzyść; gdy więcprzepada, to razem z ową jednostką i ogół ponosi stratę. Ktowięc nie bogaci kraju, ten go uboży, a kto go uboży, ten jestzłym patriotą. Mój mąż powiada, że pani dużo czytałaś i pracowałaś nad sobą; musi ci więc być wiadome zdanie francuskiego publicysty, Saya: „Narody nie umiejące pracowaći oszczędzać muszą zniknąć z powierzchni ziemi”.

Podczas gdy pani Radliczowa mówiła, niewielka jej, choćbarczysta postać zdawała się rosnąć, rysy przybrały jeszczesurowszy wyraz, a duże, wypukłe oczy jaśniały siłą głębokiegoprzekonania. Na Helence czyniła ona dziwne wrażenie: dotądna ideał kobiety, w jej pojęciu, składała się słabość pełnawdzięku i dobroć — teraz spotkała się z siłą, której szorstkieformy raziły ją, ale kazały się podziwiać. W czarnej, wełnianej sukni, bez żadnych ozdób, z wąskim, płóciennym kołnierzykiem u szyi, w czarnym czepku tiulowym pani Radliczowaprzywiodła jej na myśl kobiety sekty kwakrów, których głównymi prawidłami była prostota, surowość obyczajów i wstrzemięźliwość.

— Za wiele może powiedziałam pani rzeczy nieprzyjemnych jak na pierwszy raz — rzekła po chwili — musiałampanią bardzo do siebie zrazić, ale mówiłam pani z góry zaraz,że dyplomacji nie lubię. Z czasem, jak pani nabierzesz więcejdoświadczenia i zobaczysz niejedno, co ja widzę, przyznaszmi słuszność. Im prędzej się to stanie, tym lepiej dla panii otoczenia, w jakim żyć będziesz. Słowa moje może jeszczenieraz dotkną panią, ale nie miej ich za złe starej. Zna onaświat i życie lepiej od pani i dlatego pozwala sobie czasembez skrupułu młodym powiedzieć prawdę. Nie będę pani przeszkadzała dłużej; dokończ się ubierać i urządź w tym pokoju,jak możesz najlepiej. Jeżeli to pani dogodniej, możesz dziś nieschodzić na dół wcześniej jak na obiad, bo do kościoła jużi tak nie zdążysz. Moje dziewczęta dawno poszły. Jadamyo drugiej i lubimy punktualność we wszystkim. Spodziewamsię, że pani nie każesz czekać na siebie. Do widzenia!

Zabrała z sobą ręcznik i kładąc rękę na klamce, odezwałasię jeszcze:

— Na miłość Boską, otwórz, pani, okno, jak będziesz stądwychodzić: tak duszno od perfum i wszelkiego rodzaju zapachów toaletowych, że aż ciężko oddychać. Czy to może byćnawet zdrowo siedzieć w takiej aptece!

Po jej wyjściu Helenka długo była jakby oszołomiona: nawał nowych myśli, pojęć i wrażeń tłoczył się do jej umysłui nie znajdował tam miejsca dla siebie. Wszystko ją dziwiłow tej kobiecie, począwszy od jej ubioru, aż do jej prawdomównej szorstkości, będącej w oczach dziewczęcia brakiemdelikatności.

— Dziwny dom — rzekła na koniec do siebie — pan nie każe po siebie przychodzić na kolej, żeby nie fatygować służącego; pani prawi godzinne kazanie z powodu kawałka prostego mydła i nie czuje jego przykrej woni, a zapachu fiołkówparmeńskich znieść nie może i każe go oknem wypuszczać.Ciekawam, jaka przy bliższym poznaniu okaże się reszta rodziny. Przewiduję, że ciężko mi tu będzie oddychać. Kiedyskładała ręcznik, pilnie zważając, żeby brzeg równał sięz brzegiem, zdawało mi się, że to ja jestem tym ręcznikiemi że mnie tak samo będą chcieli złożyć, wyrównać i wygładzić.

IX

Druga godzina dochodziła na zegarze w jadalnym pokoju,gdy Helenka schodziła ze schodów, ubrana w niebieską jedwabną suknię, przybraną aksamitem. U szyi i rąk były obszycia pajęczej delikatności, dodając tej toalecie elegancji lekkieja wytwornej, podczas gdy długi ogon dodawał jej powagi.Była to suknia, otrzymana w podarunku od matki jednocześnie z balową, aby pasowana na dorosłą pannę jedynaczkamiała na publiczne występy galowy mundur, odpowiedni swejnowej godności. Trzeba przyznać, że w sukni tej, w której,mówiąc nawiasem, mogłaby śmiało ukazać się na tańcującymwieczorku, było jej bardzo ładnie. Barwa niebieska odbijaładobrze od przeźroczystej cery, a rzucając na twarz pewienodcień niebieskawy, podnosiła jeszcze jej idealny charakter.Na zakręcie schodów posłyszała głosy dwóch osób rozmawiających na dole i wydało jej się, że słyszy wymówioneswoje nazwisko. Wiedziona iście kobiecą ciekawością zatrzymała się, wychyliła się za poręcz i zobaczyła kawałek suknikobiecej oraz czarną głowę, pokrytą krótko przystrzyżonymiwłosami, sterczącymi jak szczotka.

— Jakże ci się podoba panna Orecka? — pytał głos należący, jak się zdawało, do Elżuni.

— Ładna laleczka — odrzekł z lekceważeniem Andrzej.

— Tylko tyle?

— Cóż chcesz, żeby powiedzieć więcej o osobie, którą sięraz tylko przez godzinę widziało? Zdaje mi się, że nasz ojciecza wiele sobie po niej obiecuje. Zamiast pomocy, będziemyz niej mieli zawadę w kantorze; wygląda na osobę żyjącątylko fantazją i lubiącą marzyć o niebieskich migdałach,a o pracy porządnej i systematycznej nie mającą najmniejszego pojęcia.

— Mój drogi, uprzedzasz się. Samo to, że przyjechała donas, mówi o niej zupełnie co innego. Dla mnie jest ona sympatyczna: piękna, dystyngowana, delikatna i wygląda na dobrą.

— Przymioty to bardzo powierzchowne, siostrzyczko. Opróczpiękności, delikatności i dystynkcji szukamy jeszcze czegoświęcej w kobiecie, bo i dobroć sama, jeżeli nie jest rozumniepojętą, może być szkodliwą. Zresztą panna Orecka pokaże sama wkrótce, czym jest. Przyznam ci się, że razi mnie zbyteczna elegancja w jej ubiorze. Żadna z was na wizytę nie ustroiła się jeszcze w tyle świecideł, co ona na podróż.

— To prawda! — zauważyła Elżunia.

— Widocznie ilością złota chce podnieść wartość swej osoby,a już grzywka, którą nosi, okazuje jawną pretensję — mówił dalej. — Trzeba nie mieć za grosz smaku estetycznego, żebyzakrywać czoło, tę najszlachetniejszą część twarzy, będącąsiedliskiem myśli. Najpiękniejsza twarzyczka szpeci się tymsposobem, bo przybiera kształt nieforemnego trójkąta i przypomina kudłate pieski pokojowe z rasy pinczerów. Gdy widzękobietę z czołem przysłoniętym, z góry mam o niej niekorzystne wyobrażenie: przypuszczam, że chce coś ukryć i obawiasię, aby jej myśli nie wyczytano. Dlaczego wy grzywek nienosicie? Bo jesteście dziewczętami rozumnymi. Wasz ubiór jestskromny, ale pełen smaku; wasze czoła są tak jasne i pogodnejak wasze myśli.

— Ach, ty pochlebco!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.