drukowana A5
21.21
Gucio zaczarowany

Bezpłatny fragment - Gucio zaczarowany


Objętość:
98 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1001-3

I. Kto jest Gucio i dlaczego się nudzi

Guciowi H. nic nie brakowało do szczęścia, a jednak,dziwna rzecz, nie był szczęśliwy! Miał ojca zamożnego, cieszącego się powszechnym szacunkiem, mateczkę piękną idobrą jak anioł, siostrzyczkę nieumiejącą mu nic odmówić, o cokolwiek by ją poprosił. Miał dużo pięknych książek zobrazkami; fuzję, która chociaż nie mogła zabić nikogo, alegdy na nią nakładał kapiszony, strzelała z wielkim hukiemi dymem; a co najważniejsza, miał ślicznego żywego kucykamaści siwo-jabłkowitej, którego zazdrościli mu wszyscy chłopcy z sąsiedztwa. Ojciec darował mu nowiutkie angielskiesiodełko na imieniny, a siostra uszyła wspaniały czerwonyczaprak, z cyframi solenizanta na rogach. Miał... ach, i wyliczyć trudno, co miał ten chłopiec, istny pieszczoch losu; ajednak, mimo to wszystko ładna jego twarzyczka często bywała oszpecona wyrazem znudzenia, a usta o mało się niepodarły od ustawicznego ziewania.

Począwszy od rodziców, a skończywszy na służbie, wszyscy mu dogadzali; zaledwie objawił jakieś życzenie, już przemyśliwano, jak by je zaspokoić, jak by mu sprawić niespodziankę. Doszło do tego, że nareszcie sam nie wiedział, czego pragnąć, posiadał bowiem wszystko, czego chłopiec wjego wieku mógł potrzebować, a nawet więcej jeszcze.

Wrażliwy z natury, każdą niespodziankę przyjmowałz objawami szalonej radości — ale to krótko trwało; przestając być nowością, przestawała go jednocześnie zajmować.Książki, choćby najciekawszej, nie przeczytał nigdy całej;zajrzał na początek, na koniec, przeczytał kilka kartek ześrodka, pooglądał obrazki i rzucał. Tak było ze wszystkim.

Dlaczego tak było, ja się trochę domyślam: oto dlatego,że Gucio miał wszystkiego zanadto i że nie lubił nic robić.Był próżniaczkiem. Zabawa jest stokroć przyjemniejsza, gdynastępuje po pracy — a nasz przyjaciel unikał wszystkiego,co było z trudem połączone.

Niejeden z czytelników pewnie przypisze winę za topaństwu H. i zgani im zbyteczną słabość dla syna. Ale ja, coznam ich od dawna, i wiem, że gdy Gucio był jeszcze bardzomały, stracili jednego dnia od razu dwóch chłopczyków nazaraźliwą chorobę, nie mogę ich potępiać za to, że nie umieli zakreślić granic swemu przywiązaniu i troskliwości o ostatniego, jaki im pozostał — zwłaszcza że wątła, delikatna budowa chłopca trzymała ich w ciągłej obawie o jego zdrowie.

Zdolności Guciowi nie brakowało: bystry był, pojętny,ale miał nieprzezwyciężony wstręt do nauki, która, jak każdapraca, musiała być połączona z pewnym trudem. Bywało, naprzykład, że panna Anna, nauczycielka, wykłada mu cośi dobiera wyrazów jak najprzystępniej malujących przedmiot; a on te wyrazy jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza i tylko myśli o tym, że białe gołębie jego przyjaciela Janka są ładniejsze od jego szarych gołębi, i że musi się znim pomieniać — albo, jak by też wyglądał jego kucyk, gdyby mu ogon zawinąć w papiloty, a na łeb włożyć pasterskikapelusz Helusi. Toteż gdy panna Anna każe mu powtórzyćto, co słyszał, powtarza tylko słowo w słowo, co mu siostraz litości podpowie; albo jeżeli mu przypadkiem tej dobroczynnej pomocy zabraknie, odpowiada piąte przez dziesiątei miesza wszystko razem, niby bigos hultajski.

Panna Anna, osoba bardzo dobra i szczerze do obojgadzieci przywiązana, napominała go łagodnie raz, drugi,trzeci, ale gdy to nie skutkowało, szła do mamy. Gucio kochał swoją mateczkę nad wszystko w świecie i nie było dlaniego sroższej kary, jak widzieć ją zmartwioną — toteż taka narada z panną Anną, odbywająca się przy drzwiach zamkniętych, budziła w nim zwykle wszystkie głosy sumienia.Z bijącym sercem patrzył z drugiego pokoju w te drzwi; agdy nareszcie otworzyły się i mama wezwawszy go do siebiewyrzucała mu jego niedbalstwo, tak ją przepraszał i całowałpo rękach, tak płakał, tak gorąco obiecywał poprawę, że dobra mateczka zawsze przebaczyła, uściskała synka, a co najważniejsze, uwierzyła w jego przyrzeczenia.

A jak tu było nie wierzyć, kiedy słowa Gucia tchnęłytaką prawdą, a na twarzyczce malowało się zmartwienie takgłębokie, że aż żal było patrzeć! Czy jednak dotrzymywałtych przyrzeczeń? Niestety! Łatwiej jest obiecać niż dotrzymać. Miał on dobre serce, kochał rodziców i siostrzyczkęi gotów byłby w każdej chwili skoczyć dla nich w ogień lubw wodę, choćby go to życie miało kosztować — tak mu sięprzynajmniej zdawało — ale... popracować nad czymś, przełamać swoje lenistwo, tego nikt na nim nie wymógł. Możeto komu dziwne się wyda, że ofiara z życia łatwiejsza zdawała się Guciowi niż na przykład nauczenie się tabliczki mnożenia — a jednak tak było; bo dla poświęcenia życia wystarcza nieraz jedna chwila, a tabliczki mnożenia trzeba sięuczyć kilka dni pilnie i z uwagą, na takie zaś bohaterstwotrudno mu się było zdobyć. Miewał on tysiące pięknych zamiarów, silnych postanowień — ale wszystkie, których natychmiast nie można było wykonać, kończyły się na niczym,bo mu brakowało wytrwałości.

Gucio wiedział o tej wadzie swego charakteru i nierazprzy wieczornym pacierzu dawał sobie słowo, że „od jutrarana będzie inny”. Gdy przyszło owo „jutro”, wstawał rano,ubierał się spiesznie, zasiadał do książki, i... żal mi powiedzieć, ale muszę, bo prawda przede wszystkim — zanim nadeszło południe, zaczął zagłuszać w sobie głos sumieniai prosić je o pobłażanie „na dziś tylko jeszcze, bo od jutraniezawodnie już poprawę rozpocznie”.

Po takim oszukaniu samego siebie uczuwał zawsze trochę wstydu przed sobą, ale uspokajała go myśl, że „jutroz pewnością już będzie inaczej” — i cieszył się zawczasu radością, jaką sprawi mateczce. Nazajutrz jednak najczęściej znalazła się jakaś przeszkoda albo goście do niego przyjechali i poprawa znowu się odkładała. Czasem, jeżeli to byłpiątek, wybierał na tę poprawę poniedziałek, bo zdaniemjego, w sobotę, jako w ostatni dzień tygodnia, zaczynać nie byłowarto. Tak mijały dnie, tygodnie i miesiące...

Ojciec, zajęty od rana do wieczora gospodarstwem, niemieszał się wprawdzie do nauki syna, ale widział zło i przypisywał je temu, że wychowanie Gucia spoczywało przeważnie w rękach nazbyt łagodnych kobiet; że zaś sam zająćsię nim nie miał czasu, więc niejednokrotnie już chciał dodomu sprowadzić jakiegoś zdolnego, wymagającego a surowego nauczyciela. Ale Gucio, ilekroć kazano mu dłużej siedzieć przy książce, narzekał zaraz na głowę; więc matka obawiając się, aby nauczyciel nie męczył nadto jej jedynakai żeby wskutek tego nie ucierpiało jego zdrowie, wypraszałau męża zwłokę na czas jakiś jeszcze, dopóki Gucio trochęnie podrośnie i nie nabierze zdrowszej cery.

Służba tak męska jak żeńska bardzo lubiła panicza. Jakgo tu nie było lubić, kiedy był dla wszystkich grzeczny,uprzejmy, a przy tym taki miły, taki przylepka! Jak go tu niebyło lubić, kiedy dzielił się ze wszystkimi każdym przysmakiem otrzymanym od rodziców, a gdy dostał pieniądze odojca, to póty go one niepokoiły w kieszeni, póki wszystkichnie rozdał! Jak go nie było lubić, kiedy powierzchownościąswoją, nad wyraz wdzięczną, pociągał oczy wszystkich! Jegowielkie błękitne oczy pełne były blasku i życia; włosy jasne,ze złocistym połyskiem, w gęstych zwojach spadały mu naramiona, a delikatna, przezroczystej białości twarzyczkaprzypominała twarze aniołków z obrazów sławnych malarzy.

Gucio nie był dumny ze swej piękności, choć o niejwiedział; przeciwnie, gniewało go to, gdy starsi unosząc sięnad nią mówili, że wygląda jak panienka — gardził bowiemwszystkim, co było rodzaju żeńskiego, nazywając to „babami”. Jedna tylko mateczka w przekonaniu jego nie była,,babą”, ale istotą wyższą nad wszystko, świętością. Wielebyłby dał za to, żeby mieć cerę ogorzałą jak ojciec i pod nosem coś na kształt wąsów, ale niestety! To coś nie pokazywało się, chociaż był już przecież mężczyzną, miał ósmy rok!

II. Gucio obchodzi swoje imieniny

Imieniny Gucia obchodzono zawsze uroczyście: zjeżdżali się wszyscy chłopcy z sąsiedztwa i bawili w przeróżnegry, a pani H. wyprawiała im suty podwieczorek na świeżympowietrzu. Uprzejmość gospodyni domu, jej gościnnośći umiejętność przygotowywania różnych miłych niespodzianek znana była powszechnie — toteż mali przyjaciele Guciaoczekiwali zawsze z niecierpliwością zaproszenia, a otrzymawszy je, nie posiadali się z radości.

Od rana już kucharka Jędrzejowa, wielka w swoim zawodzie mistrzyni, upiekła ogromny placek z wiśniami i ażdwa półmiski wybornych kruchych ciastek, za którymichłopcy przepadali — a teraz, chociaż dopiero południe minęło, spieszy się z nadziewaniem kurcząt, jakby ją kto popędzał, i woła na gospodynię o śmietanę, a na ogrodnika o sałatę i szparagi; słychać tłuczenie, siekanie, brząkanie, a po całym domu rozchodzą się zapachy, od których pies i kot kręcą ogonami i tak uparcie pilnują kuchni, że ani sposób ichwypędzić.

Gucio jest wszędzie: w pokoju, na dworze, w kuchni —ale nigdzie nie siedzi dłużej nad kilka minut; był i znowu gonie ma. Jest w nim coś, co mu nie daje usiedzieć na miejscu,jakaś siła popychająca go gdzieś, do czegoś, którą on czuje,ale nad którą się nie zastanawia, i to nie tylko dziś, ale zawsze.To coś niewytłumaczonego, ta siła popychająca istnieje wduszy każdego człowieka, czy to małego czy dużego: jest towrodzony nam popęd do działania, który, jeżeli skierujemydo poważnej, użytecznej pracy, przynosi nam spokój i zadowolenie — w przeciwnym razie budzi w nas ciągły niepokój,pragnienie i szukanie nie wiadomo czego, czyli jednym słowem, nudę. Życie ludzkie jest jak ów potok spadający z górygwałtownie: jeżeli ujmiemy go w karby, to płynąc spokojnieużyźnia brzegi i poi spragnionych — a puszczony samopasniszczy pracę rolnika i sam ginie, brudząc się ziemią, którąpoobrywał.

Helusia przygotowywała właśnie w jadalnym pokojuowoce dla spodziewanych gości, gdy wszedł Gucio, i rzuciwszy się na fotel z biegunami, zaczął się gwałtownie kołysać.

Helusia była zupełnie inna niż braciszek, tak pod względem powierzchowności jak i charakteru. Starsza od niego olat parę i nad wiek wyrosła, wyglądała zdrowo i jędrnie i niechorowała nigdy. Była może zbyt tęga i zbyt rumiana jak nadziewczynkę; toteż ruchy jej, choć zręczne, ani w połowienawet nie miały w sobie tej lekkości i wdzięku, jakimiodznaczało się każde poruszenie Gucia. Twarzyczkę miałaokrągłą, sympatyczną, oczy podobne do oczu brata, spoglądające pogodnie, i dwa duże płowe warkocze spadające naplecy. Helusia była o tyle poważna, o ile Gucio żywy i roztargniony, a naukę lubiła o tyle, o ile on jej nie cierpiał. Onrzadko kiedy pamiętał o czymś więcej prócz własnych przyjemności, nad których wynajdywaniem ciągle się mozolił; aona pamiętała o wszystkim i o wszystkich, tylko o sobie zapominała. Ona gotowa była zawsze innym służyć, a on ustawicznie czegoś od każdego żądał, wszystkich chciał mieć naswoje usługi i, mimo dobrego serca, jakie miał, był w gruncie samolubem.

Helusię ojciec zwykle nazywał małą gosposią — lubiłabowiem bardzo krzątać się około gospodarstwa i najszczęśliwsza się czuła, gdy mogła w czym wyręczyć mateczkę. I teraz oto stojąc przed kilkoma koszykami, które jej przyniósłogrodnik Maciej, wyjmowała z nich porzeczki, poziomki,maliny, czereśnie i układała w mniejsze płaskie koszyczki,wyłożone winnymi liśćmi.

Gdy Gucio się zjawił, wybrała kilka najpiękniejszych rubinowych malin i, ułożywszy je na okazałym liściu jak na talerzyku, podała mu, dygając przy tym z przesadną grzecznością.

— Dobra z ciebie siostrzyczka — rzekł chłopiec, zatapiając białe ząbki w soczystych owocach — co za szkoda, żejesteś „babą”! Ale wiesz co, te chłopaki coś długo nie przyjeżdżają! Chciałbym, żeby tu już byli. Maciej obiecał mi naciąć ze dwadzieścia długich lasek trzcinowych; zabawimysię w bitwę. Janek będzie dowodził jedną armią, a ja drugą.Zobaczysz, jaka śliczna będzie zabawa! A czy tylko moja panna siostra przygotowała dosyć konfitur dla żołnierzy, żebysię mieli czym pokrzepić po walce? Gdybym był mamą, tobym konfitury dawał codziennie na obiad zaraz po zupie, zamiast mięsa, a w miejsce nieznośnego rosołu, sok malinowy. Wyborne maliny! Czy nie masz tam jeszcze więcej?

— A gdybym też ja dla tego wojska porobiła stosowanekapelusze z papieru, z wielkimi kitami, co? — spytała figlarnie, podając mu owoce.

Gucio się aż zaczerwienił z radości.

— Zrobisz to dla nas, doprawdy! I kity będą się chwiałyza każdym poruszeniem? Cóż to za wspaniały byłby widok!Moja złota, dobra, kochana siostrzyczko, doprawdy, tyś warta być chłopakiem!

Rzucił jej się na szyję i obsypywał ją gorącymi pocałunkami.

„Że stosowany kapelusz dużo dodaje męstwa żołnierzowi, temu nikt nie zaprzeczy — myślał Gucio, chodząc wielkimi krokami po pokoju — gdyby tak jeszcze mina dziarska,wąs potężny!...”

Zatrzymał się przed lustrem umieszczonym nad kominkiem i zaczął się sobie przypatrywać. Niestety, twarzyczkajego nie miała nic wspólnego z twarzą żołnierza, a piękneniebieskie marynarskie ubranie i szeroki kołnierz od koszuli jeszcze więcej uwydatniały jej delikatność. Spróbował postawićmarsa jednego, drugiego, ale to nic nie pomogło. Westchnął.

Z historii panowania Jana III najwięcej podobał mu sięustęp opisujący spotkanie tego króla z cesarzem austriackim,po zwycięstwie nad Turkami pod Wiedniem. Wiadomo, żeżaden z monarchów nie chciał drugiemu pierwszy się ukłonić i długą chwilę stali na koniach, patrząc na siebie w milczeniu. Król polski mimowolnie podniósł rękę do wąsa, cocesarz mylnie wziąwszy za chęć oddania mu ukłonu, z pośpiechem odkrył przed nim głowę. Jak to ładnie śpiewałyNiemki, gdy wjeżdżał do ocalonego miasta:

Oto bohater, co Wiedeń zbawił.

Jakże mu pięknie z tymi wąsami!

„Szczęśliwi ci, którzy mają co podkręcać” — myślał sobie Gucio. On nie miał nic podobnego, chociaż czynił niemałe wysilenia, żeby choć kilka włosków wyciągnąć.

Melancholiczne te rozmyślania przerwał trzask z bicza.Gucio poskoczył do okna i zobaczył dwie bryczki wjeżdżające na dziedziniec, a tam dalej na grobli widać było jeszczedwa drobne czarne punkciki, zbliżające się w tumanie kurzawy.

Wybiegł na ganek na powitanie swoich gości i zanim jeszcze zdążyli się rozebrać, już wiedzieli o laskach z trzciny istosowanych kapeluszach, a nawet o konfiturach, placku zwiśniami i owocach.

Mamże opisywać, jak się chłopcy bawili? Nie, to się opisać nie da, chyba wyśpiewać w pieśni ułożonej umyślnie naich cześć. Aż się serce śmiało na widok waleczności i męstwa tych dzielnych wojowników! Nikt się nie chciał poddawać, przenosząc śmierć zaszczytną nad niewolę — a w przeważeniu zwycięstwa na tę lub ową stronę wielka była trudność, bo polegli zmartwychwstawali i na nowo walczyli wszeregach.

Starsi przypatrywali się bitwie odbywającej się na ogromnym trawniku i przyklaskiwali walczącym, co podniecałojeszcze ich zapał. Gucio okazał zdolności dzielnego dowódcy;wszędzie pierwszy, narażał się na największy ogień i z pogardą patrzył na kule papierowe padające dokoła niego jak grad.Nieustraszoność ta nawet na przeciwnikach czyniła wrażenie — i gdy nareszcie niespodzianym, zręcznie wykonanymobrotem udało mu się otoczyć i rozbroić wodza nieprzyjacielskiego, oba wojska zaczęły wydawać na jego cześć zapalczywe okrzyki.

Gucio w swoim stosowanym kapeluszu, ozdobionymniebieską kokardą, którą sobie wyprosił u matki, z kitą z drobno strzyżonego papieru, powiewającą wspaniale z wiatrem,z twarzyczką rozpłomienioną i oczyma błyszczącymi zapałem wyglądał jak rycerz z bajki — i jak rycerz z bajki ugiąłkolano przed swoją mateczką, a ona młodemu zwycięzcywłożyła wieniec dębowy na skronie. Zabrzmiały znowuokrzyki; ale młody bohater, syt sławy, zmusił wojsko dowiwatów na cześć mateczki, którą sobie wybrał za damęswoich myśli. Wołano więc: „niech żyje!”, podnosząc w górękapelusze, a echa powtarzały: „niech żyje! niech żyje!”. Okrzyki te wzmogły się jeszcze, gdy wszyscy żołnierze ozdobienizostali wspaniałymi orderami, przygotowanymi zawczasuprzez panią H. i Helusię ze złotego i srebrnego papieru. Jakmateczka ściskała i całowała swego synka, jak się cieszyła zjego tryumfów, zrozumie każdy, kto ma matkę.

Podczas gdy służba ustawiała stoły na pobojowisku i nakrywała je do podwieczorku,

Wsparci na mieczach wojownicy stali

I o wypadkach bitwy rozmawiali.

Marsz przez dziedziniec do stołów był prawdziwym pochodem tryumfalnym. Najprzód szedł dobosz i drewnianąpałeczką bębnił w okazały czerwony bęben; za nim szli trębacze, trąbiąc na trąbach utworzonych naprędce z dziesięciu palców. Dalej postępował Gucio w wieńcu dębowym, aza nim wojsko z podniesionymi trzcinowymi karabinami.Przypatrywała się temu cała orkiestra skrzydlata: wróble,wilgi, szczygły, sikory, i wyśpiewywały fanfary na cześć walecznych rycerzy.

Gdy nareszcie wojsko przypuściło atak do półmisków,nic nie oparło się młodzieńczemu apetytowi — wszystko zostało zmiecione. Nie dawano pardonu ani pieczeni, ani sałacie, ani ciastkom, ani biednym kurczakom, z których każdy,trzymając pod jednym skrzydełkiem swoją wątróbkę, a poddrugim żołądek, wyglądał tak, jakby chciał umknąć niepostrzeżenie na powrót do kurnika. Co było na placu, to sięuważało za nieprzyjaciela. Puchary napełnione obficie wodąz sokiem porzeczkowym, malinowym i cytrynowym krążyłygęsto, dowodząc, że „kto dobry do wybitki, ten dobry i dowypitki” — a za każdym wzniesionym toastem Janek, przyjaciel Gucia, strzelał z jego fuzji, co wywoływało głośny zachwyt biesiadników.

III. Gucia spotykają aż dwieniespodzianki

Gdy chłopcy przypuszczali ostatni szturm do koszykówz owocami, dały się słyszeć jakieś szczególne, z bliskiegolasu płynące dźwięki, podobne do odgłosu rogu myśliwskiego albo trąbki pocztowej. Spoglądano po sobie pytająco, alenikt nie mógł odgadnąć, co by to znaczyło; nawet państwoH. nie wiedzieli, co myśleć — nikogo bowiem więcej niespodziewano się tego dnia. Wszyscy zbliżyli się do sztachet,przez które widać było biały, piaszczysty pas drogi wychodzącej z lasu i przerzynającej złociste łany zboża. Jakożwkrótce trąbka odezwała się wyraźniej, głośniej, a z lasu wysunął się duży pakowny powóz, zaprzężony w cztery dobrekonie.

— Ojciec! Ojciec! — zawołała pani H., tknięta radosnym przeczuciem, i wybiegła na drogę, a za nią pan H., Helusia, Gucio, panna Anna i służba.

Chłopiec nie posiadał się z radości. A więc dziadek, którego rzadko widywał, a o którym mateczka mówiła mu zawsze z uwielbieniem, przybywał nareszcie ich odwiedzić —co za niespodzianka! Przybywał w dzień imienin wnuka, awięc jakby dla niego — co za szczęście!

— Jak się macie, moje dzieci, jak się macie — mówiłstarzec, wysiadając ostrożnie, z powodu swej nogi drewnianej, przy pomocy pana H. i jakiegoś młodzieńca przyjemnejpowierzchowności, który z nim przyjechał. — Chciałem jeszcze raz odwiedzić was przed śmiercią, zobaczyć, jak tu żyjecie i jak mi wychowujecie wnuki. Przedstawiam wam panaCzesława T., który świeżo pozyskał stopień doktora filozofiiw uniwersytecie krakowskim i zamierza poświęcić się zawodowi nauczycielskiemu. Zacny młodzieniec; jak go poznacie,pokochacie go niezawodnie.

Córka tuliła się ojcu do piersi, dzieci całowały ręce,służba cisnęła się do kolan. Starzec wszystkich witał serdecznie i obejmował — najtkliwiej zaś i z widocznym wzruszeniem głaskał jasne główki dzieci.

Państwo H. chcieli ojca prowadzić do pokoju, ale oparłsię temu mówiąc, że grzechem byłoby siedzieć między czterema ścianami, gdy Pan Bóg dał dzień tak piękny. Przyniesiono więc z pokoju wygodne krzesło z poręczami i postawiono na ganku.

Piękna była postać tego dziadka: oczy niebieskie, pomimo siedemdziesięciu lat wieku pełne jeszcze życia, patrzyłyna świat pogodnie; włosy i wąsy białe jak mleko odbijały odtwarzy czerstwej i rumianej, nieco pomarszczonej i pokiereszowanej bliznami. Ta na lewym policzku dostała mu się podWolą — a ta głęboka, w poprzek czoła, to pamiątka spod Stoczka. Miał on jeszcze jedną pamiątkę, a nosił ją od bitwy podGrochowem — była to właśnie owa noga drewniana, zastępująca miejsce prawdziwej. Mimo tych wszystkich pamiątekstarzec chodził prosto, trzymał się krzepko, a zasobami siłymoralnej i fizycznej mógłby kilku młodych obdzielić.

Gucio znał od matki historię wszystkich tych pamiątekdziadka i uważał go za niedościgłego niemal bohatera. Zeczcią patrzył w szlachetne oblicze będące obrazem dzielnego, niczym niedającego się przygnębić ducha. Uwielbiałżołnierską postawę dziadka, jego twarz ogorzałą i wąsy sążniste. Ach, co za wąsy!

— No, bębny — mówił starzec — chodźcie tu domnie, tu, bliżej, niech wam się przypatrzę, bo to już dwa lataprzeszło minęły, jak was nie widziałem. Asińdźka, pannownuczko, wyglądasz mi na dzielną dziewczynę; rumieńce są,ciała nie brak, oczy jasne, pogodne... a, i kluczyki za pasem.Dobrze, dobrze, kontent jestem z aśćki: będzie z ciebie porządna kobieta. Ale waść, panie wnuku, coś mi się nie podobasz — mówił dziadek, patrząc bystro w twarz chłopca.— Hm, hm, w twarzy waszmości brak czegoś, czegoś co bydzielnego chłopca znamionowało. Do kata, wyglądasz mi nababę!

Gucio oblał się cały purpurą. Nie mogło być dlań większej obelgi nad to, co usłyszał. Łzy mu w oczach stanęły.

— A to co? — pytał dziadek, wskazując wieniec zdobiący głowę chłopca.

Mateczka wiedziała dobrze, jaką przykrość zrobiły Guciowi słowa dziadka, skorzystała z tego zapytania, żeby opowiedzieć rycerskie czyny swego syna. Starzec słuchając wypogadzał się stopniowo.

— Jest krew w chłopcu, jest — szepnął do siebie —trzeba go tylko porządnie wychować. No, no — rzekł głośno — nie płacz waść! Mam tu dla ciebie podarunek, a prawdę mówiąc, dwa podarunki, ale o drugim dowiesz się dopiero później. Będzie to dla waszmości niespodzianka. Tymczasem bierz to!

I włożył Guciowi w ręce mały srebrny zegarek, z łańcuszkiem misternie wyrobionym z tego samego kruszcu.

Chłopiec osłupiał. O tak wspaniałym podarunku nie marzył nawet. Zegarki udające, że chodzą, miewał nieraz; ależeby mieć zegarek idący naprawdę, i to bez odpoczynku,taki sam, jakie mają dorośli panowie, tego się nie spodziewał! Co za wspaniały dar! Nie wierząc własnemu szczęściu,przykładał go kolejno to do jednego ucha, to do drugiego;zegarek szedł, nie stawał ani na chwilę: tyk, tyk, tyk. Ucałował gorąco ręce dziadka i pobiegł do towarzyszy, żeby sięprzed nimi pochwalić. Co to za przyjemność móc na przykład powiedzieć do kogoś: „Ciekawym, czy nasze zegarkirówno idą?” — i wyjąć swój z kieszonki z pozorną obojętnością, dla porównania niby. Albo iść do kuchni mówiąc: „Spóźniacie się z obiadem, Jędrzejowa, patrzcie, już dwunasta” — i ukazać zegarek zdumionym oczom poczciwej kobiety! Teraz, gdy ma zegarek i widzi, jak czas płynie, poprawi się z pewnością; będzie siedział od godziny do godzinyprzy książce i nie wstanie, żeby tam nie wiem co! Wyraźniebrakowało mu dotąd zegarka, żeby się uczył, jak należy. Tak,musi się poprawić, zacznie zaraz od jutra, i to dzięki zegarkowi. A mateczka, mateczka! Jaka będzie szczęśliwa!

Pod wpływem nowego wrażenia zapomniał zupełnie, żego tylko co przyrównano do „baby” i że miał jeszcze z tegopowodu łzy w oczach.

Chłopcom, którzy zrazu byli świadkami przywitania gościa z domownikami, a potem powrócili do swoich owoców, oczy się zaświeciły na widok zegarka; wydzierali go sobie z rąk, aż Gucio wołał, żeby mu nie rozerwali łańcuszka.Każdy chciał go wziąć w rękę: każdy musiał potrzymać przyobu uszach, żeby się dowodnie przekonać, że idzie: tyk, tyk,tyk. Zachwyt był trudny do opisania; najwięcej jednak oczarowany został zegarkiem przyjaciel serdeczny Gucia, Janek.Połowę życia oddałby bez wahania, byle mógł go choć jedendzień ponosić.

— Słuchaj, Guciu — rzekł odciągając go na bok — unas jutro będą ryby łapać w Czarnym Stawie, wiesz, pod lasem. Poproszę twoją mamę, żeby ci pozwoliła jechać zemną. Będziemy pływać łódką, łapać ryby, a jak nałapiemy,to sobie każemy usmażyć. Nasza Kulasińska paradnie smaży,powiadam ci, tylko palce oblizywać! Dam ci moją wędkęi tyle glist, ile tylko będziesz chciał; mam je naszykowane wdołku, w rowie. A ty mi za to pozwolisz na ten czas swojegozegarka, dobrze?

Łódką jeździć, ryby łapać, w to graj Guciowi. U państwaH. gospodarstwa rybnego nie było, bo mały staw w ogrodzie, jedyny w całej wiosce, do połowy zarośnięty był sitowiem. Płynęła wprawdzie tuż za wioską rzeczka i Gucio jeździł po niej niegdyś łódką, a nawet zdawało mu się, że umiewiosłować; ale od czasu, gdy stary Antoni, który jego i Helusię woził, umarł, ojciec nie pozwalał im już z nikim puszczaćsię na wodę. Niezmiernie się więc ucieszył propozycją Janka, bo to obiecywało mu szereg ulubionych, a tak dawno niedoświadczanych rozrywek. Rzucił się przyjacielowi na szyję i wszystko przyobiecał.

Przyjemności, zaszczyty, dary i niespodzianki sypały sięw tym dniu na naszego przyjaciela jak z rogu obfitości. Byłszczęśliwy nad wszelki wyraz. Czy tylko mama pozwoli jechać z Jankiem? Pozwoli, pozwoli, czemu by nie miała pozwolić! Mama zawsze jest rada, gdy Gucio się zabawi. Tak.Ale... poprawa.... co z poprawą będzie?... Hm, to jakoś nieładnie... Ech, nauka nie ucieknie, a ryby drugi raz nieprędko łowić będą. Zresztą, to już jest prawie koniec miesiąca — czynie lepiej zacząć poprawę od pierwszego? Wszystko już pójdzie regularnie, jak w zegarku. Ach, ten zegarek, jaki on śliczny!

Ale dziadek mówił o jakiejś drugiej niespodziance — coto może być? Co można ofiarować młodzieńcowi posiadającemu konia, siodło, fuzję i zegarek? Chyba frak! Tak, niezawodnie dziadek frak mu przywiózł, mały zgrabny fraczekz cienkiego czarnego sukna, dostosowany do jego kształtówi wzrostu. Drogi, kochany dziadunio!

Nadzieja posiadania fraka wprawiała go w szał niemal.Wprawdzie nie słyszał jeszcze nigdy, żeby dzieci nosiły fraki;ale ojciec powtarzał zawsze, że „nie trzeba dzieci lekceważyć, bo to są mali ludzie”. Gucio więc był małym człowiekiem, nie dzieckiem, a jako taki, miał prawo do wszystkiego,co wolno ludziom dorosłym. To tylko dziewczęta są dziećmi— mężczyzna jest dojrzały już od urodzenia.

Widząc, że koledzy gorliwie jeszcze pracują nad opróżnieniem koszyków ze znajdujących się w nich owoców, pobiegł ku domowi, żeby stanąwszy dziadkowi przed oczami, przypomnieć o obiecanej niespodziance.

Wszyscy siedzieli na ganku, tak jak ich odchodząc zostawił, z tą różnicą, że stał tam teraz stół zastawiony obficie, aprzed dziadkiem butelka omszałego wina i mała srebrnaczarka. Na pozór żadnej innej zmiany nie było, jednakżewszyscy mieli twarze poważniejsze niż poprzednio, a oczypani H. były nawet trochę wilgotne, jakby od łez tylko couronionych. Dziadek coś prawił przekonywająco, a wszyscyzdawali się z nim zgadzać. Gdy Gucio się zjawił, rozmowaurwała się nagłe. Tknęło go jakieś niedobre przeczucie i stanął z pewną nieśmiałością na boku.

— Chodź no tu, chłopcze — odezwał się dziadek, popatrzywszy na niego uważnie — chodź, mówiliśmy właśnie otobie.

Guciowi serce bić zaczęło.

— Dowiaduję się, że asan masz wstręt do książki i lubisz się tylko bawić, a o robocie ani dudu. Wiedziałem jajuż o tym z listów twego ojca i zawczasu przygotowałem ciniespodziankę. Tak dłużej być nie może, bo wyrósłbyś nabałwana.

To mówiąc, wskazał na młodzieńca, który z nim przyjechał.

— Ten pan będzie tak łaskaw, że od jutrzejszego dniarozpocznie z tobą naukę i żadnych wymówek słuchać niebędzie. Panna Anna była dla wasana za dobra, zwyczajnie jakkobieta; przejdziesz w męskie ręce. Trzeba wziąć się wkupę, mości panie! Za dwa lata musisz iść do szkół. Chłopduży, niedługo ojca przerośnie, a w głowie pustki. Słyszanerzeczy!

Gucio podczas całej tej mowy bladł coraz bardziej, ażw końcu stał się biały jak jego kołnierz od koszuli; a gdy sięnareszcie skończyła, spojrzał kolejno po obecnych z wyrazem bezgranicznej rozpaczy, jakby szukając dla siebieobrońcy przeciw tyranii dziadka. Ale wszyscy mieli na twarzach wyraz przyzwalający na zmianę mającą zajść w dotychczasowym życiu Gucia. Najdłużej zatrzymał wzrok namatce, lecz i u niej zobaczył ten sam wyraz, pomimo że jejoczy patrzyły na syna z miłością i współczuciem.

Wszyscy go więc odstąpili, nikt nie przemówił za nimani jednego słowa! Był sam... sam jeden przeciwko wszystkim... Ach, to okropnie! Gdzie tu nawet myśleć o wyjeździe z Jankiem! Więc jego dotychczasowa swoboda skończyła się bezpowrotnie... O, jakże był nieszczęśliwy!

— Chłopcze — rzekł dziadek, który go z oka nie spuszczał — pamiętaj o tym, że wszystko, co żyje na świecie, służy ku ogólnemu pożytkowi; chciałżebyś ty jeden być pasożytem korzystającym z darów boskich, a nie dawać nic nikomu w zamian? Czy nie wstyd ci takiej roli? Spojrzyj dokoła siebie, wszyscy pracują: twój ojciec od świtu do nocy wpolu, matka cały dzień przy igle i gospodarstwie, panna Annaz Helusią przy nauce, służba w pocie czoła zarabia na swójchleb; nawet ten pies, co tam siedzi uwiązany na łańcuchu,pełni obowiązki stróża podwórzowego. Ty jeden korzystaszz pracy wszystkich i nie starasz się o to, żeby się nauczyćbyć także dla drugich pożyteczny; ty jeden jesz darmochleb... Czy ci nie wstyd?

Krwawy rumieniec oblał twarz Gucia; łzy cisnęły musię do oczu, ale wstrzymywał je mężnie, nie chcąc po razdrugi zasłużyć na nazwę „baby”. Stał w milczeniu czekając,aż dziadek skończy, i przypatrując się machinalnie toźdźbłom trawy rosnącej drobnymi kępami przy ścieżce, tokwiatom akacji sypiącym się za każdym poruszeniem gałęzi.

— Zaczerwieniłeś się asan, to dobrze! Widzę, że mójwnuk jeszcze nie stracony, bo ma wstyd. Jesteś człowiekiem, chłopcze; pamiętaj, że każdy człowiek ma obowiązkido spełnienia i aby je spełnić dobrze, musi się starać nabyćrozumu. Będziesz się więc asan uczył. A teraz możesz iść siębawić.

Pan Czesław wyraził nadzieję, iż wkrótce zostaną dobrymi przyjaciółmi i wyciągnął do Gucia rękę — ale chłopiec nie widział tego, czy też udał, że nie widzi, bo po żałości gniew go na pana Czesława ogarnął. Jak stał, tak się odwrócił i poszedł szybkim krokiem w ogród, chociaż mateczka, chcąca synka uściskać i pocieszyć, wołała na niego. Miałdo niej żal głęboki, że nie stanęła po jego stronie, udał więc,że nie słyszy. Szedł w stronę zupełnie przeciwną od tej, wktórej znajdowali się jego towarzysze — i gdy drzewa zasłoniły go przed ich oczyma, gdy oddalił się od miejsca zabawytak, że już nawet gwar ich głosów przestał go dochodzić, zatrzymał się i wybuchnął głośnym płaczem.

Była to pierwsza większa boleść w życiu Gucia: bo choćsię smucił serdecznie wówczas, gdy dwóch jego braciszkóww białych, kwiatami ozdobionych trumienkach, wywiezionona cmentarz — ale własne jego życie dotąd było nieprzerwanym szeregiem zabaw i przyjemności i myślał, że zawsze takbędzie. Tymczasem zetknął się niespodzianie z przykrą rzeczywistością. A taki był dzisiaj szczęśliwy!... Wygrał bitwę,dostał zegarek, cieszył się na zabawę u Janka, a nawet frakasię spodziewał. Wszystko pierzchło jak sen, i to w chwilikiedy miał takie dobre zamiary, gdy chciał poprawić się odpierwszego następnego miesiąca. Dlaczego nie pozwolonomu ich spełnić? Obrzydzono mu naukę, a z nią i życie. Wszyscy się na niego uwzięli, żeby mu dokuczyć.

Ojca, siostrę i pannę Annę oskarżał o brak serca, dziadka o tyranię, matkę... O matce nie mógł nawet myśleć spokojnie; on ją tak kochał!...

Po napadzie żalu przyszedł napad złości. Wszystkie dobre uczucia opuściły Gucia, a wszystkie złe zaczęły wychodzić z kryjówek jego serca, w których były dotąd pochowane — a schowane najgłębiej samolubstwo wyszło na jaw wcałej okazałości. Zapomniał o dobroci dziadka, o miłości rodziców, o zmartwieniach, jakich im ciągle przyczyniał — atylko pamiętał o tym, że jemu sprawiono przykrość, że jegopokrzywdzono. Nawet rozsądek towarzyszący mu podczasprzemowy dziadka, któremu, mimo wszystko, w duchu niemógł zaprzeczyć słuszności, odstąpił go teraz, bo nazwałnaukę „głupstwem umyślnie dla dręczenia ludzi wymyślonym”. Wolałby już pasać źrebięta na łące z chłopakami, niżsię uczyć!

I mały złośnik, biegający podczas całej tej z sobą rozmowy wzdłuż i wszerz trawnika i rzucający się jak ten ptak, cochce rozerwać więzy pętające mu skrzydła, zaczął deptać jakieś niewinne żółte kwiateczki, wychylające się z trawy nieśmiało, z taką zawziętością, jakby to były książki, którychnigdy naprawdę nie lubił, a które teraz zaczynał nienawidzić.

Po tym nieużytecznym wybuchu rzucił się na murawę,zmęczony płaczem i wrażeniami. Trawa w tym miejscu rosłabujniej niż gdzie indziej, do czego jej niezawodnie bliskiesąsiedztwo wody pomagało; puszysta była i miękka niby zielony kobierzec. Gucio wyciągnął się i, podłożywszy rękępod głowę, patrzył przez łzy na ostatnie blaski zachodzącegosłońca, na opary wychodzące z wody i rozpościerające sięnad nią powoli niby przejrzysta gaza. Monotonne brzęczeniemuszek i koników wodnych działało na niego usypiająco.Przymknął oczy, chcąc choć na chwilę zapomnieć o swoimnieszczęściu, ale przeszkadzała mu latająca uparcie koło głowy mucha. Odpędził ją, a patrząc, jak swobodnie wzbiła sięw powietrze, zawołał z żalem:

— To drobne, nieme stworzenie nawet szczęśliwszejest ode mnie, bo nikt mu nie krępuje swobody, ani nie dajeguwernerów. Wolałbym być muchą, niż wieść takie nędzneżycie! Co za szkoda, że czary, o jakich czytałem w Bajarzupolskim, nie istnieją! Nie ma na świecie wróżek ani ludziprzemienionych w zwierzęta, ani „czapek niewidek”, ani,,butów siedmiomilowych”. Nic!

IV. Gucio w jaskini smoka

Zaledwie wymówił te słowa, z oparów unoszących sięnad stawem wynurzyła się jakaś postać niewieścia i zbliżałapowoli ku niemu. Długa jej szata, czarna jak noc, mieniła sięiskrami, a spod chustki pokrywającej głowę wymykały sięsiwe kosmyki włosów. Gdy się bardziej zbliżyła, Gucio zobaczył, że twarz miała mocno pomarszczoną, wystającą brodęi ogromny nos, na którym opierały się szkła okularów. Oczypatrzące znad tych okularów miały blask nadzwyczajny, a takie były przenikliwe, że widząc je skierowane na siebie, czułciarki przechodzące mu po ciele. Postać ta, stanąwszy przednim, wyrzekła uroczystym głosem:

— Młodzieńcze! Wypowiedziałeś życzenie swoje wgodzinie, w której ja i moje siostry wróżki chodzimy poświecie. Jest to godzina czarów... Życzenie twoje spełni się,zamieniam cię w muchę. Pozostaniesz nią dopóty, dopókinie pokochasz pracy i nie staniesz się godzien być człowiekiem.

To powiedziawszy, dotknęła złotą laseczką jego czołai zniknęła. Jak? Było to rzeczą niepojętą, bo ziemia się bynajmniej pod nią nie rozstąpiła; w powietrzu tylko słychać byłojakieś dziwne szmery i świsty.

Gucio patrzył i słuchał przerażony, i nagle spostrzegł,że się z nim stało coś niezwykłego. Poczuł się dziwnie lekki, tak lekki, że wietrzyk podnoszący się od strony stawumógł go był unieść. Spojrzał po sobie; jego piękne niebieskieubranie gdzieś znikło; zastąpiło je jakieś ciało szare, czarnopręgowane i nakrapiane w czarne cętki; nos się przedłużyłi przybrał formę misternej trąbki, węższej u góry a szerszeju dołu. Z grzbietu, którego ciemna barwa wpadała w odcieńbłękitnawy, wyrastały skrzydełka przezroczyste, pokryte tui ówdzie drobnymi włoskami; a z piersi aż sześć nóg wyskoczyło. Słowem, wyglądał zupełnie jak mucha. Chciał dotknąćręką czoła, żeby przekonać się, czy to nie sen, ale natychmiast cofnął ją ze wstrętem: nie miał już rąk, tylko łapkikosmate, cienkie jak niteczki!... Ach, gdyby na tym był koniec!... Ale on nawet oddychał inaczej; powietrze do jegopłuc nie dostawało się, jak dawniej, ustami, ale przez małeotworki, znajdujące się tu i ówdzie między obrączkami ciała.

Naprawdę więc przestał być człowiekiem, a był tylkomałym, drobnym owadkiem, którego nawet nikt nie dojrzymiędzy listkami trawy?

Rozpacz go ogarnęła; zaczął wołać wróżkę i zaklinać jąświętymi słowami, żeby odwołała swoje czary; ale usiłowanie to stało się dla niego tylko nowym powodem przerażenia. Głosu ludzkiego nie było słychać w powietrzu, gdy wołał, a z piersi jego wychodziło tylko słabe brzęczenie!...

— Straciłem więc wszystko, wszystko! — mówił do siebie łkając — ojca, matkę, siostrę, dom! Bo choćbym do nichwrócił, nie poznają mnie nawet i gotowi zabić... Ach, czemuż wróżka, odbierając mi postać ludzką, nie odebrała mi zarazem pamięci! Ale pokutować w ciele muchy, być czymśtak małym, tak nieskończenie małym, a przy tym czuć i myśleć jak człowiek — co za męczarnia!... Ale co to jest? Lasjakiś! Gdzie ja jestem? Czy mnie wróżka przeniosła w krajnieznany, czy co?

Zaczął się dokoła siebie rozglądać, a im więcej się patrzył, tym większe ogarniało go zdumienie. Drzewa otaczające go miały dziwne kształty, niepodobne w niczym do tych,jakie dotąd widywał, nie miały bowiem wcale koron z gałęzi;z korzeni od razu wyrastały po dwa, trzy, cztery pnie i strzelały ku górze równo, prosto, na podobieństwo olbrzymichcienkich iglic lub wąskich sztywnych wstążek, a wierzchołkiwszystkich były lekko pochylone. Za najlżejszym poruszeniem wiatru cały las chwiał się i uginał tak bardzo, że aż prawie kładł się na ziemi.

Zdumienie Gucia było tak wielkie, że aż zagłuszyło nachwilę jego boleść; patrzył i usiłował zgadnąć, gdzie się znajduje: czy w dziewiczych lasach południowej Ameryki, o których czytał z panną Anną w ślicznych powieściach, opisujących przygody podróżników i myśliwych — czy może na jakiej wyspie Oceanu Spokojnego, nieznanej jeszcze podróżnikom, bo o takich drzewach, jakie tu widział, nie czytał jeszcze w żadnej książce.

Co zaś było najdziwniejsze, to że w szczególnym tymlesie nie widział wcale trawy ani mchu, a grunt, pokiereszowany cały rozpadlinami, pełen był niebezpiecznych przepaści i jam, w które bardzo łatwo można było wpaść. Utrudniały też przejście walające się wszędzie bryły kamieni imałe, przezroczyste jak szkło, błyszczące kamyki oraz całepnie drzew leżące w poprzek jedne na drugich, na wpół jużuschłe.

Ciekawość popychała Gucia w głąb tego lasu, ale niewiedział, jak iść. Dotąd chodził zawsze na dwóch nogach, ateraz miał ich aż sześć... Dwie mogły mu wprawdzie zastąpićręce, ale co zrobić z dwiema zbytecznymi? Próbował chodzić jak człowiek, ale przewracał się ciągle; podniósł więcjedną z gałęzi i zaczął się nią podpierać — lecz czuł, to niemogło trwać długo, bo go za bardzo męczyło. Gdy się jestmuchą, trzeba chodzić jak mucha. Powoli i z trudnością stąpał po tym gruncie niebezpiecznym, a cienkie jego nogi zaczepiały się ustawicznie o siatkę korzeni, którymi grunt byłpokryty. Idąc, oglądał się i nasłuchiwał, czy nie usłyszy gdzieryku lwa lub niedźwiedzia, albo nie ujrzy wyglądających zgęstwiny błyszczących oczu hieny. A może dzicy ludzie zamieszkują ten kraj i polują w tym lesie? Jeżeli go strzała którego dosięgnie, zginie marnie z dala od swoich, nie uściskawszy nawet matki...

Biedny Gucio! Zapomniał, że dzicy nie dojrzeliby nawettakiej małej muszki.

Zapuszczając się w las coraz dalej, widział przesuwającesię z cichym, ledwie dosłyszalnym szmerem różne zwierzętaniepodobne w niczym do zwierząt drapieżnych, jakie widywał na obrazkach. Zwierząt tych było mnóstwo, dużych i małych, dążących w różne strony: jedne szły prędko, inne wolno, zaledwie się posuwając; inne jeszcze podskakiwały, doczego pomagały im skrzydła albo wysokie, zgięte mocno wkolanach nogi; inne na koniec wchodziły w rozpadliny i znikały w nich bez śladu. Najwięcej uwagę jego zwracały te,które swoją twardą, błyszczącą, do skorupy żółwia podobnąpowłoką sunęły po ziemi niby małe, ruchome domki.

Chwilami zdawało się Guciowi, że grunt, po którym stąpał, ruszał się i unosił, i strach go brał niewypowiedziany,bo nie widział, jak to sobie tłumaczyć. Może to były oznakitrzęsienia ziemi, mającej lada chwila otworzyć się, zdruzgotać las i jego w gruzach zagrzebać!... Sama ta myśl mroziłamu krew w żyłach — ale wkrótce spostrzegł, że to, co brałza oznaki zbliżającego się trzęsienia ziemi, miało zupełnieinną przyczynę. Ziemia otwierała się wprawdzie dokoła niego w różnych miejscach, gdzie wprzód dawało się czućdrżenie; ale zamiast wulkanicznego ognia wychodziły zotworów jakieś niby żmije żółtawe, barwy cielistej, i pełzając znikały w głębi lasu. Przelękniony, drżący uciekał, a największym w tej chwili jego pragnieniem było pragnienieukrycia się w jakim bezpiecznym schronieniu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.