drukowana A5
24.58
Gucio zaczarowany

Bezpłatny fragment - Gucio zaczarowany


Objętość:
98 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1001-3

I. Kto jest Gucio i dlaczego się nudzi

Guciowi H. nic nie brakowało do szczęścia, a jednak,dziwna rzecz, nie był szczęśliwy! Miał ojca zamożnego, cieszącego się powszechnym szacunkiem, mateczkę piękną idobrą jak anioł, siostrzyczkę nieumiejącą mu nic odmówić, o cokolwiek by ją poprosił. Miał dużo pięknych książek zobrazkami; fuzję, która chociaż nie mogła zabić nikogo, alegdy na nią nakładał kapiszony, strzelała z wielkim hukiemi dymem; a co najważniejsza, miał ślicznego żywego kucykamaści siwo-jabłkowitej, którego zazdrościli mu wszyscy chłopcy z sąsiedztwa. Ojciec darował mu nowiutkie angielskiesiodełko na imieniny, a siostra uszyła wspaniały czerwonyczaprak, z cyframi solenizanta na rogach. Miał... ach, i wyliczyć trudno, co miał ten chłopiec, istny pieszczoch losu; ajednak, mimo to wszystko ładna jego twarzyczka często bywała oszpecona wyrazem znudzenia, a usta o mało się niepodarły od ustawicznego ziewania.

Począwszy od rodziców, a skończywszy na służbie, wszyscy mu dogadzali; zaledwie objawił jakieś życzenie, już przemyśliwano, jak by je zaspokoić, jak by mu sprawić niespodziankę. Doszło do tego, że nareszcie sam nie wiedział, czego pragnąć, posiadał bowiem wszystko, czego chłopiec wjego wieku mógł potrzebować, a nawet więcej jeszcze.

Wrażliwy z natury, każdą niespodziankę przyjmowałz objawami szalonej radości — ale to krótko trwało; przestając być nowością, przestawała go jednocześnie zajmować.Książki, choćby najciekawszej, nie przeczytał nigdy całej;zajrzał na początek, na koniec, przeczytał kilka kartek ześrodka, pooglądał obrazki i rzucał. Tak było ze wszystkim.

Dlaczego tak było, ja się trochę domyślam: oto dlatego,że Gucio miał wszystkiego zanadto i że nie lubił nic robić.Był próżniaczkiem. Zabawa jest stokroć przyjemniejsza, gdynastępuje po pracy — a nasz przyjaciel unikał wszystkiego,co było z trudem połączone.

Niejeden z czytelników pewnie przypisze winę za topaństwu H. i zgani im zbyteczną słabość dla syna. Ale ja, coznam ich od dawna, i wiem, że gdy Gucio był jeszcze bardzomały, stracili jednego dnia od razu dwóch chłopczyków nazaraźliwą chorobę, nie mogę ich potępiać za to, że nie umieli zakreślić granic swemu przywiązaniu i troskliwości o ostatniego, jaki im pozostał — zwłaszcza że wątła, delikatna budowa chłopca trzymała ich w ciągłej obawie o jego zdrowie.

Zdolności Guciowi nie brakowało: bystry był, pojętny,ale miał nieprzezwyciężony wstręt do nauki, która, jak każdapraca, musiała być połączona z pewnym trudem. Bywało, naprzykład, że panna Anna, nauczycielka, wykłada mu cośi dobiera wyrazów jak najprzystępniej malujących przedmiot; a on te wyrazy jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza i tylko myśli o tym, że białe gołębie jego przyjaciela Janka są ładniejsze od jego szarych gołębi, i że musi się znim pomieniać — albo, jak by też wyglądał jego kucyk, gdyby mu ogon zawinąć w papiloty, a na łeb włożyć pasterskikapelusz Helusi. Toteż gdy panna Anna każe mu powtórzyćto, co słyszał, powtarza tylko słowo w słowo, co mu siostraz litości podpowie; albo jeżeli mu przypadkiem tej dobroczynnej pomocy zabraknie, odpowiada piąte przez dziesiątei miesza wszystko razem, niby bigos hultajski.

Panna Anna, osoba bardzo dobra i szczerze do obojgadzieci przywiązana, napominała go łagodnie raz, drugi,trzeci, ale gdy to nie skutkowało, szła do mamy. Gucio kochał swoją mateczkę nad wszystko w świecie i nie było dlaniego sroższej kary, jak widzieć ją zmartwioną — toteż taka narada z panną Anną, odbywająca się przy drzwiach zamkniętych, budziła w nim zwykle wszystkie głosy sumienia.Z bijącym sercem patrzył z drugiego pokoju w te drzwi; agdy nareszcie otworzyły się i mama wezwawszy go do siebiewyrzucała mu jego niedbalstwo, tak ją przepraszał i całowałpo rękach, tak płakał, tak gorąco obiecywał poprawę, że dobra mateczka zawsze przebaczyła, uściskała synka, a co najważniejsze, uwierzyła w jego przyrzeczenia.

A jak tu było nie wierzyć, kiedy słowa Gucia tchnęłytaką prawdą, a na twarzyczce malowało się zmartwienie takgłębokie, że aż żal było patrzeć! Czy jednak dotrzymywałtych przyrzeczeń? Niestety! Łatwiej jest obiecać niż dotrzymać. Miał on dobre serce, kochał rodziców i siostrzyczkęi gotów byłby w każdej chwili skoczyć dla nich w ogień lubw wodę, choćby go to życie miało kosztować — tak mu sięprzynajmniej zdawało — ale... popracować nad czymś, przełamać swoje lenistwo, tego nikt na nim nie wymógł. Możeto komu dziwne się wyda, że ofiara z życia łatwiejsza zdawała się Guciowi niż na przykład nauczenie się tabliczki mnożenia — a jednak tak było; bo dla poświęcenia życia wystarcza nieraz jedna chwila, a tabliczki mnożenia trzeba sięuczyć kilka dni pilnie i z uwagą, na takie zaś bohaterstwotrudno mu się było zdobyć. Miewał on tysiące pięknych zamiarów, silnych postanowień — ale wszystkie, których natychmiast nie można było wykonać, kończyły się na niczym,bo mu brakowało wytrwałości.

Gucio wiedział o tej wadzie swego charakteru i nierazprzy wieczornym pacierzu dawał sobie słowo, że „od jutrarana będzie inny”. Gdy przyszło owo „jutro”, wstawał rano,ubierał się spiesznie, zasiadał do książki, i... żal mi powiedzieć, ale muszę, bo prawda przede wszystkim — zanim nadeszło południe, zaczął zagłuszać w sobie głos sumieniai prosić je o pobłażanie „na dziś tylko jeszcze, bo od jutraniezawodnie już poprawę rozpocznie”.

Po takim oszukaniu samego siebie uczuwał zawsze trochę wstydu przed sobą, ale uspokajała go myśl, że „jutroz pewnością już będzie inaczej” — i cieszył się zawczasu radością, jaką sprawi mateczce. Nazajutrz jednak najczęściej znalazła się jakaś przeszkoda albo goście do niego przyjechali i poprawa znowu się odkładała. Czasem, jeżeli to byłpiątek, wybierał na tę poprawę poniedziałek, bo zdaniemjego, w sobotę, jako w ostatni dzień tygodnia, zaczynać nie byłowarto. Tak mijały dnie, tygodnie i miesiące...

Ojciec, zajęty od rana do wieczora gospodarstwem, niemieszał się wprawdzie do nauki syna, ale widział zło i przypisywał je temu, że wychowanie Gucia spoczywało przeważnie w rękach nazbyt łagodnych kobiet; że zaś sam zająćsię nim nie miał czasu, więc niejednokrotnie już chciał dodomu sprowadzić jakiegoś zdolnego, wymagającego a surowego nauczyciela. Ale Gucio, ilekroć kazano mu dłużej siedzieć przy książce, narzekał zaraz na głowę; więc matka obawiając się, aby nauczyciel nie męczył nadto jej jedynakai żeby wskutek tego nie ucierpiało jego zdrowie, wypraszałau męża zwłokę na czas jakiś jeszcze, dopóki Gucio trochęnie podrośnie i nie nabierze zdrowszej cery.

Służba tak męska jak żeńska bardzo lubiła panicza. Jakgo tu nie było lubić, kiedy był dla wszystkich grzeczny,uprzejmy, a przy tym taki miły, taki przylepka! Jak go tu niebyło lubić, kiedy dzielił się ze wszystkimi każdym przysmakiem otrzymanym od rodziców, a gdy dostał pieniądze odojca, to póty go one niepokoiły w kieszeni, póki wszystkichnie rozdał! Jak go nie było lubić, kiedy powierzchownościąswoją, nad wyraz wdzięczną, pociągał oczy wszystkich! Jegowielkie błękitne oczy pełne były blasku i życia; włosy jasne,ze złocistym połyskiem, w gęstych zwojach spadały mu naramiona, a delikatna, przezroczystej białości twarzyczkaprzypominała twarze aniołków z obrazów sławnych malarzy.

Gucio nie był dumny ze swej piękności, choć o niejwiedział; przeciwnie, gniewało go to, gdy starsi unosząc sięnad nią mówili, że wygląda jak panienka — gardził bowiemwszystkim, co było rodzaju żeńskiego, nazywając to „babami”. Jedna tylko mateczka w przekonaniu jego nie była,,babą”, ale istotą wyższą nad wszystko, świętością. Wielebyłby dał za to, żeby mieć cerę ogorzałą jak ojciec i pod nosem coś na kształt wąsów, ale niestety! To coś nie pokazywało się, chociaż był już przecież mężczyzną, miał ósmy rok!

II. Gucio obchodzi swoje imieniny

Imieniny Gucia obchodzono zawsze uroczyście: zjeżdżali się wszyscy chłopcy z sąsiedztwa i bawili w przeróżnegry, a pani H. wyprawiała im suty podwieczorek na świeżympowietrzu. Uprzejmość gospodyni domu, jej gościnnośći umiejętność przygotowywania różnych miłych niespodzianek znana była powszechnie — toteż mali przyjaciele Guciaoczekiwali zawsze z niecierpliwością zaproszenia, a otrzymawszy je, nie posiadali się z radości.

Od rana już kucharka Jędrzejowa, wielka w swoim zawodzie mistrzyni, upiekła ogromny placek z wiśniami i ażdwa półmiski wybornych kruchych ciastek, za którymichłopcy przepadali — a teraz, chociaż dopiero południe minęło, spieszy się z nadziewaniem kurcząt, jakby ją kto popędzał, i woła na gospodynię o śmietanę, a na ogrodnika o sałatę i szparagi; słychać tłuczenie, siekanie, brząkanie, a po całym domu rozchodzą się zapachy, od których pies i kot kręcą ogonami i tak uparcie pilnują kuchni, że ani sposób ichwypędzić.

Gucio jest wszędzie: w pokoju, na dworze, w kuchni —ale nigdzie nie siedzi dłużej nad kilka minut; był i znowu gonie ma. Jest w nim coś, co mu nie daje usiedzieć na miejscu,jakaś siła popychająca go gdzieś, do czegoś, którą on czuje,ale nad którą się nie zastanawia, i to nie tylko dziś, ale zawsze.To coś niewytłumaczonego, ta siła popychająca istnieje wduszy każdego człowieka, czy to małego czy dużego: jest towrodzony nam popęd do działania, który, jeżeli skierujemydo poważnej, użytecznej pracy, przynosi nam spokój i zadowolenie — w przeciwnym razie budzi w nas ciągły niepokój,pragnienie i szukanie nie wiadomo czego, czyli jednym słowem, nudę. Życie ludzkie jest jak ów potok spadający z górygwałtownie: jeżeli ujmiemy go w karby, to płynąc spokojnieużyźnia brzegi i poi spragnionych — a puszczony samopasniszczy pracę rolnika i sam ginie, brudząc się ziemią, którąpoobrywał.

Helusia przygotowywała właśnie w jadalnym pokojuowoce dla spodziewanych gości, gdy wszedł Gucio, i rzuciwszy się na fotel z biegunami, zaczął się gwałtownie kołysać.

Helusia była zupełnie inna niż braciszek, tak pod względem powierzchowności jak i charakteru. Starsza od niego olat parę i nad wiek wyrosła, wyglądała zdrowo i jędrnie i niechorowała nigdy. Była może zbyt tęga i zbyt rumiana jak nadziewczynkę; toteż ruchy jej, choć zręczne, ani w połowienawet nie miały w sobie tej lekkości i wdzięku, jakimiodznaczało się każde poruszenie Gucia. Twarzyczkę miałaokrągłą, sympatyczną, oczy podobne do oczu brata, spoglądające pogodnie, i dwa duże płowe warkocze spadające naplecy. Helusia była o tyle poważna, o ile Gucio żywy i roztargniony, a naukę lubiła o tyle, o ile on jej nie cierpiał. Onrzadko kiedy pamiętał o czymś więcej prócz własnych przyjemności, nad których wynajdywaniem ciągle się mozolił; aona pamiętała o wszystkim i o wszystkich, tylko o sobie zapominała. Ona gotowa była zawsze innym służyć, a on ustawicznie czegoś od każdego żądał, wszystkich chciał mieć naswoje usługi i, mimo dobrego serca, jakie miał, był w gruncie samolubem.

Helusię ojciec zwykle nazywał małą gosposią — lubiłabowiem bardzo krzątać się około gospodarstwa i najszczęśliwsza się czuła, gdy mogła w czym wyręczyć mateczkę. I teraz oto stojąc przed kilkoma koszykami, które jej przyniósłogrodnik Maciej, wyjmowała z nich porzeczki, poziomki,maliny, czereśnie i układała w mniejsze płaskie koszyczki,wyłożone winnymi liśćmi.

Gdy Gucio się zjawił, wybrała kilka najpiękniejszych rubinowych malin i, ułożywszy je na okazałym liściu jak na talerzyku, podała mu, dygając przy tym z przesadną grzecznością.

— Dobra z ciebie siostrzyczka — rzekł chłopiec, zatapiając białe ząbki w soczystych owocach — co za szkoda, żejesteś „babą”! Ale wiesz co, te chłopaki coś długo nie przyjeżdżają! Chciałbym, żeby tu już byli. Maciej obiecał mi naciąć ze dwadzieścia długich lasek trzcinowych; zabawimysię w bitwę. Janek będzie dowodził jedną armią, a ja drugą.Zobaczysz, jaka śliczna będzie zabawa! A czy tylko moja panna siostra przygotowała dosyć konfitur dla żołnierzy, żebysię mieli czym pokrzepić po walce? Gdybym był mamą, tobym konfitury dawał codziennie na obiad zaraz po zupie, zamiast mięsa, a w miejsce nieznośnego rosołu, sok malinowy. Wyborne maliny! Czy nie masz tam jeszcze więcej?

— A gdybym też ja dla tego wojska porobiła stosowanekapelusze z papieru, z wielkimi kitami, co? — spytała figlarnie, podając mu owoce.

Gucio się aż zaczerwienił z radości.

— Zrobisz to dla nas, doprawdy! I kity będą się chwiałyza każdym poruszeniem? Cóż to za wspaniały byłby widok!Moja złota, dobra, kochana siostrzyczko, doprawdy, tyś warta być chłopakiem!

Rzucił jej się na szyję i obsypywał ją gorącymi pocałunkami.

„Że stosowany kapelusz dużo dodaje męstwa żołnierzowi, temu nikt nie zaprzeczy — myślał Gucio, chodząc wielkimi krokami po pokoju — gdyby tak jeszcze mina dziarska,wąs potężny!...”

Zatrzymał się przed lustrem umieszczonym nad kominkiem i zaczął się sobie przypatrywać. Niestety, twarzyczkajego nie miała nic wspólnego z twarzą żołnierza, a piękneniebieskie marynarskie ubranie i szeroki kołnierz od koszuli jeszcze więcej uwydatniały jej delikatność. Spróbował postawićmarsa jednego, drugiego, ale to nic nie pomogło. Westchnął.

Z historii panowania Jana III najwięcej podobał mu sięustęp opisujący spotkanie tego króla z cesarzem austriackim,po zwycięstwie nad Turkami pod Wiedniem. Wiadomo, żeżaden z monarchów nie chciał drugiemu pierwszy się ukłonić i długą chwilę stali na koniach, patrząc na siebie w milczeniu. Król polski mimowolnie podniósł rękę do wąsa, cocesarz mylnie wziąwszy za chęć oddania mu ukłonu, z pośpiechem odkrył przed nim głowę. Jak to ładnie śpiewałyNiemki, gdy wjeżdżał do ocalonego miasta:

Oto bohater, co Wiedeń zbawił.

Jakże mu pięknie z tymi wąsami!

„Szczęśliwi ci, którzy mają co podkręcać” — myślał sobie Gucio. On nie miał nic podobnego, chociaż czynił niemałe wysilenia, żeby choć kilka włosków wyciągnąć.

Melancholiczne te rozmyślania przerwał trzask z bicza.Gucio poskoczył do okna i zobaczył dwie bryczki wjeżdżające na dziedziniec, a tam dalej na grobli widać było jeszczedwa drobne czarne punkciki, zbliżające się w tumanie kurzawy.

Wybiegł na ganek na powitanie swoich gości i zanim jeszcze zdążyli się rozebrać, już wiedzieli o laskach z trzciny istosowanych kapeluszach, a nawet o konfiturach, placku zwiśniami i owocach.

Mamże opisywać, jak się chłopcy bawili? Nie, to się opisać nie da, chyba wyśpiewać w pieśni ułożonej umyślnie naich cześć. Aż się serce śmiało na widok waleczności i męstwa tych dzielnych wojowników! Nikt się nie chciał poddawać, przenosząc śmierć zaszczytną nad niewolę — a w przeważeniu zwycięstwa na tę lub ową stronę wielka była trudność, bo polegli zmartwychwstawali i na nowo walczyli wszeregach.

Starsi przypatrywali się bitwie odbywającej się na ogromnym trawniku i przyklaskiwali walczącym, co podniecałojeszcze ich zapał. Gucio okazał zdolności dzielnego dowódcy;wszędzie pierwszy, narażał się na największy ogień i z pogardą patrzył na kule papierowe padające dokoła niego jak grad.Nieustraszoność ta nawet na przeciwnikach czyniła wrażenie — i gdy nareszcie niespodzianym, zręcznie wykonanymobrotem udało mu się otoczyć i rozbroić wodza nieprzyjacielskiego, oba wojska zaczęły wydawać na jego cześć zapalczywe okrzyki.

Gucio w swoim stosowanym kapeluszu, ozdobionymniebieską kokardą, którą sobie wyprosił u matki, z kitą z drobno strzyżonego papieru, powiewającą wspaniale z wiatrem,z twarzyczką rozpłomienioną i oczyma błyszczącymi zapałem wyglądał jak rycerz z bajki — i jak rycerz z bajki ugiąłkolano przed swoją mateczką, a ona młodemu zwycięzcywłożyła wieniec dębowy na skronie. Zabrzmiały znowuokrzyki; ale młody bohater, syt sławy, zmusił wojsko dowiwatów na cześć mateczki, którą sobie wybrał za damęswoich myśli. Wołano więc: „niech żyje!”, podnosząc w górękapelusze, a echa powtarzały: „niech żyje! niech żyje!”. Okrzyki te wzmogły się jeszcze, gdy wszyscy żołnierze ozdobienizostali wspaniałymi orderami, przygotowanymi zawczasuprzez panią H. i Helusię ze złotego i srebrnego papieru. Jakmateczka ściskała i całowała swego synka, jak się cieszyła zjego tryumfów, zrozumie każdy, kto ma matkę.

Podczas gdy służba ustawiała stoły na pobojowisku i nakrywała je do podwieczorku,

Wsparci na mieczach wojownicy stali

I o wypadkach bitwy rozmawiali.

Marsz przez dziedziniec do stołów był prawdziwym pochodem tryumfalnym. Najprzód szedł dobosz i drewnianąpałeczką bębnił w okazały czerwony bęben; za nim szli trębacze, trąbiąc na trąbach utworzonych naprędce z dziesięciu palców. Dalej postępował Gucio w wieńcu dębowym, aza nim wojsko z podniesionymi trzcinowymi karabinami.Przypatrywała się temu cała orkiestra skrzydlata: wróble,wilgi, szczygły, sikory, i wyśpiewywały fanfary na cześć walecznych rycerzy.

Gdy nareszcie wojsko przypuściło atak do półmisków,nic nie oparło się młodzieńczemu apetytowi — wszystko zostało zmiecione. Nie dawano pardonu ani pieczeni, ani sałacie, ani ciastkom, ani biednym kurczakom, z których każdy,trzymając pod jednym skrzydełkiem swoją wątróbkę, a poddrugim żołądek, wyglądał tak, jakby chciał umknąć niepostrzeżenie na powrót do kurnika. Co było na placu, to sięuważało za nieprzyjaciela. Puchary napełnione obficie wodąz sokiem porzeczkowym, malinowym i cytrynowym krążyłygęsto, dowodząc, że „kto dobry do wybitki, ten dobry i dowypitki” — a za każdym wzniesionym toastem Janek, przyjaciel Gucia, strzelał z jego fuzji, co wywoływało głośny zachwyt biesiadników.

III. Gucia spotykają aż dwieniespodzianki

Gdy chłopcy przypuszczali ostatni szturm do koszykówz owocami, dały się słyszeć jakieś szczególne, z bliskiegolasu płynące dźwięki, podobne do odgłosu rogu myśliwskiego albo trąbki pocztowej. Spoglądano po sobie pytająco, alenikt nie mógł odgadnąć, co by to znaczyło; nawet państwoH. nie wiedzieli, co myśleć — nikogo bowiem więcej niespodziewano się tego dnia. Wszyscy zbliżyli się do sztachet,przez które widać było biały, piaszczysty pas drogi wychodzącej z lasu i przerzynającej złociste łany zboża. Jakożwkrótce trąbka odezwała się wyraźniej, głośniej, a z lasu wysunął się duży pakowny powóz, zaprzężony w cztery dobrekonie.

— Ojciec! Ojciec! — zawołała pani H., tknięta radosnym przeczuciem, i wybiegła na drogę, a za nią pan H., Helusia, Gucio, panna Anna i służba.

Chłopiec nie posiadał się z radości. A więc dziadek, którego rzadko widywał, a o którym mateczka mówiła mu zawsze z uwielbieniem, przybywał nareszcie ich odwiedzić —co za niespodzianka! Przybywał w dzień imienin wnuka, awięc jakby dla niego — co za szczęście!

— Jak się macie, moje dzieci, jak się macie — mówiłstarzec, wysiadając ostrożnie, z powodu swej nogi drewnianej, przy pomocy pana H. i jakiegoś młodzieńca przyjemnejpowierzchowności, który z nim przyjechał. — Chciałem jeszcze raz odwiedzić was przed śmiercią, zobaczyć, jak tu żyjecie i jak mi wychowujecie wnuki. Przedstawiam wam panaCzesława T., który świeżo pozyskał stopień doktora filozofiiw uniwersytecie krakowskim i zamierza poświęcić się zawodowi nauczycielskiemu. Zacny młodzieniec; jak go poznacie,pokochacie go niezawodnie.

Córka tuliła się ojcu do piersi, dzieci całowały ręce,służba cisnęła się do kolan. Starzec wszystkich witał serdecznie i obejmował — najtkliwiej zaś i z widocznym wzruszeniem głaskał jasne główki dzieci.

Państwo H. chcieli ojca prowadzić do pokoju, ale oparłsię temu mówiąc, że grzechem byłoby siedzieć między czterema ścianami, gdy Pan Bóg dał dzień tak piękny. Przyniesiono więc z pokoju wygodne krzesło z poręczami i postawiono na ganku.

Piękna była postać tego dziadka: oczy niebieskie, pomimo siedemdziesięciu lat wieku pełne jeszcze życia, patrzyłyna świat pogodnie; włosy i wąsy białe jak mleko odbijały odtwarzy czerstwej i rumianej, nieco pomarszczonej i pokiereszowanej bliznami. Ta na lewym policzku dostała mu się podWolą — a ta głęboka, w poprzek czoła, to pamiątka spod Stoczka. Miał on jeszcze jedną pamiątkę, a nosił ją od bitwy podGrochowem — była to właśnie owa noga drewniana, zastępująca miejsce prawdziwej. Mimo tych wszystkich pamiątekstarzec chodził prosto, trzymał się krzepko, a zasobami siłymoralnej i fizycznej mógłby kilku młodych obdzielić.

Gucio znał od matki historię wszystkich tych pamiątekdziadka i uważał go za niedościgłego niemal bohatera. Zeczcią patrzył w szlachetne oblicze będące obrazem dzielnego, niczym niedającego się przygnębić ducha. Uwielbiałżołnierską postawę dziadka, jego twarz ogorzałą i wąsy sążniste. Ach, co za wąsy!

— No, bębny — mówił starzec — chodźcie tu domnie, tu, bliżej, niech wam się przypatrzę, bo to już dwa lataprzeszło minęły, jak was nie widziałem. Asińdźka, pannownuczko, wyglądasz mi na dzielną dziewczynę; rumieńce są,ciała nie brak, oczy jasne, pogodne... a, i kluczyki za pasem.Dobrze, dobrze, kontent jestem z aśćki: będzie z ciebie porządna kobieta. Ale waść, panie wnuku, coś mi się nie podobasz — mówił dziadek, patrząc bystro w twarz chłopca.— Hm, hm, w twarzy waszmości brak czegoś, czegoś co bydzielnego chłopca znamionowało. Do kata, wyglądasz mi nababę!

Gucio oblał się cały purpurą. Nie mogło być dlań większej obelgi nad to, co usłyszał. Łzy mu w oczach stanęły.

— A to co? — pytał dziadek, wskazując wieniec zdobiący głowę chłopca.

Mateczka wiedziała dobrze, jaką przykrość zrobiły Guciowi słowa dziadka, skorzystała z tego zapytania, żeby opowiedzieć rycerskie czyny swego syna. Starzec słuchając wypogadzał się stopniowo.

— Jest krew w chłopcu, jest — szepnął do siebie —trzeba go tylko porządnie wychować. No, no — rzekł głośno — nie płacz waść! Mam tu dla ciebie podarunek, a prawdę mówiąc, dwa podarunki, ale o drugim dowiesz się dopiero później. Będzie to dla waszmości niespodzianka. Tymczasem bierz to!

I włożył Guciowi w ręce mały srebrny zegarek, z łańcuszkiem misternie wyrobionym z tego samego kruszcu.

Chłopiec osłupiał. O tak wspaniałym podarunku nie marzył nawet. Zegarki udające, że chodzą, miewał nieraz; ależeby mieć zegarek idący naprawdę, i to bez odpoczynku,taki sam, jakie mają dorośli panowie, tego się nie spodziewał! Co za wspaniały dar! Nie wierząc własnemu szczęściu,przykładał go kolejno to do jednego ucha, to do drugiego;zegarek szedł, nie stawał ani na chwilę: tyk, tyk, tyk. Ucałował gorąco ręce dziadka i pobiegł do towarzyszy, żeby sięprzed nimi pochwalić. Co to za przyjemność móc na przykład powiedzieć do kogoś: „Ciekawym, czy nasze zegarkirówno idą?” — i wyjąć swój z kieszonki z pozorną obojętnością, dla porównania niby. Albo iść do kuchni mówiąc: „Spóźniacie się z obiadem, Jędrzejowa, patrzcie, już dwunasta” — i ukazać zegarek zdumionym oczom poczciwej kobiety! Teraz, gdy ma zegarek i widzi, jak czas płynie, poprawi się z pewnością; będzie siedział od godziny do godzinyprzy książce i nie wstanie, żeby tam nie wiem co! Wyraźniebrakowało mu dotąd zegarka, żeby się uczył, jak należy. Tak,musi się poprawić, zacznie zaraz od jutra, i to dzięki zegarkowi. A mateczka, mateczka! Jaka będzie szczęśliwa!

Pod wpływem nowego wrażenia zapomniał zupełnie, żego tylko co przyrównano do „baby” i że miał jeszcze z tegopowodu łzy w oczach.

Chłopcom, którzy zrazu byli świadkami przywitania gościa z domownikami, a potem powrócili do swoich owoców, oczy się zaświeciły na widok zegarka; wydzierali go sobie z rąk, aż Gucio wołał, żeby mu nie rozerwali łańcuszka.Każdy chciał go wziąć w rękę: każdy musiał potrzymać przyobu uszach, żeby się dowodnie przekonać, że idzie: tyk, tyk,tyk. Zachwyt był trudny do opisania; najwięcej jednak oczarowany został zegarkiem przyjaciel serdeczny Gucia, Janek.Połowę życia oddałby bez wahania, byle mógł go choć jedendzień ponosić.

— Słuchaj, Guciu — rzekł odciągając go na bok — unas jutro będą ryby łapać w Czarnym Stawie, wiesz, pod lasem. Poproszę twoją mamę, żeby ci pozwoliła jechać zemną. Będziemy pływać łódką, łapać ryby, a jak nałapiemy,to sobie każemy usmażyć. Nasza Kulasińska paradnie smaży,powiadam ci, tylko palce oblizywać! Dam ci moją wędkęi tyle glist, ile tylko będziesz chciał; mam je naszykowane wdołku, w rowie. A ty mi za to pozwolisz na ten czas swojegozegarka, dobrze?

Łódką jeździć, ryby łapać, w to graj Guciowi. U państwaH. gospodarstwa rybnego nie było, bo mały staw w ogrodzie, jedyny w całej wiosce, do połowy zarośnięty był sitowiem. Płynęła wprawdzie tuż za wioską rzeczka i Gucio jeździł po niej niegdyś łódką, a nawet zdawało mu się, że umiewiosłować; ale od czasu, gdy stary Antoni, który jego i Helusię woził, umarł, ojciec nie pozwalał im już z nikim puszczaćsię na wodę. Niezmiernie się więc ucieszył propozycją Janka, bo to obiecywało mu szereg ulubionych, a tak dawno niedoświadczanych rozrywek. Rzucił się przyjacielowi na szyję i wszystko przyobiecał.

Przyjemności, zaszczyty, dary i niespodzianki sypały sięw tym dniu na naszego przyjaciela jak z rogu obfitości. Byłszczęśliwy nad wszelki wyraz. Czy tylko mama pozwoli jechać z Jankiem? Pozwoli, pozwoli, czemu by nie miała pozwolić! Mama zawsze jest rada, gdy Gucio się zabawi. Tak.Ale... poprawa.... co z poprawą będzie?... Hm, to jakoś nieładnie... Ech, nauka nie ucieknie, a ryby drugi raz nieprędko łowić będą. Zresztą, to już jest prawie koniec miesiąca — czynie lepiej zacząć poprawę od pierwszego? Wszystko już pójdzie regularnie, jak w zegarku. Ach, ten zegarek, jaki on śliczny!

Ale dziadek mówił o jakiejś drugiej niespodziance — coto może być? Co można ofiarować młodzieńcowi posiadającemu konia, siodło, fuzję i zegarek? Chyba frak! Tak, niezawodnie dziadek frak mu przywiózł, mały zgrabny fraczekz cienkiego czarnego sukna, dostosowany do jego kształtówi wzrostu. Drogi, kochany dziadunio!

Nadzieja posiadania fraka wprawiała go w szał niemal.Wprawdzie nie słyszał jeszcze nigdy, żeby dzieci nosiły fraki;ale ojciec powtarzał zawsze, że „nie trzeba dzieci lekceważyć, bo to są mali ludzie”. Gucio więc był małym człowiekiem, nie dzieckiem, a jako taki, miał prawo do wszystkiego,co wolno ludziom dorosłym. To tylko dziewczęta są dziećmi— mężczyzna jest dojrzały już od urodzenia.

Widząc, że koledzy gorliwie jeszcze pracują nad opróżnieniem koszyków ze znajdujących się w nich owoców, pobiegł ku domowi, żeby stanąwszy dziadkowi przed oczami, przypomnieć o obiecanej niespodziance.

Wszyscy siedzieli na ganku, tak jak ich odchodząc zostawił, z tą różnicą, że stał tam teraz stół zastawiony obficie, aprzed dziadkiem butelka omszałego wina i mała srebrnaczarka. Na pozór żadnej innej zmiany nie było, jednakżewszyscy mieli twarze poważniejsze niż poprzednio, a oczypani H. były nawet trochę wilgotne, jakby od łez tylko couronionych. Dziadek coś prawił przekonywająco, a wszyscyzdawali się z nim zgadzać. Gdy Gucio się zjawił, rozmowaurwała się nagłe. Tknęło go jakieś niedobre przeczucie i stanął z pewną nieśmiałością na boku.

— Chodź no tu, chłopcze — odezwał się dziadek, popatrzywszy na niego uważnie — chodź, mówiliśmy właśnie otobie.

Guciowi serce bić zaczęło.

— Dowiaduję się, że asan masz wstręt do książki i lubisz się tylko bawić, a o robocie ani dudu. Wiedziałem jajuż o tym z listów twego ojca i zawczasu przygotowałem ciniespodziankę. Tak dłużej być nie może, bo wyrósłbyś nabałwana.

To mówiąc, wskazał na młodzieńca, który z nim przyjechał.

— Ten pan będzie tak łaskaw, że od jutrzejszego dniarozpocznie z tobą naukę i żadnych wymówek słuchać niebędzie. Panna Anna była dla wasana za dobra, zwyczajnie jakkobieta; przejdziesz w męskie ręce. Trzeba wziąć się wkupę, mości panie! Za dwa lata musisz iść do szkół. Chłopduży, niedługo ojca przerośnie, a w głowie pustki. Słyszanerzeczy!

Gucio podczas całej tej mowy bladł coraz bardziej, ażw końcu stał się biały jak jego kołnierz od koszuli; a gdy sięnareszcie skończyła, spojrzał kolejno po obecnych z wyrazem bezgranicznej rozpaczy, jakby szukając dla siebieobrońcy przeciw tyranii dziadka. Ale wszyscy mieli na twarzach wyraz przyzwalający na zmianę mającą zajść w dotychczasowym życiu Gucia. Najdłużej zatrzymał wzrok namatce, lecz i u niej zobaczył ten sam wyraz, pomimo że jejoczy patrzyły na syna z miłością i współczuciem.

Wszyscy go więc odstąpili, nikt nie przemówił za nimani jednego słowa! Był sam... sam jeden przeciwko wszystkim... Ach, to okropnie! Gdzie tu nawet myśleć o wyjeździe z Jankiem! Więc jego dotychczasowa swoboda skończyła się bezpowrotnie... O, jakże był nieszczęśliwy!

— Chłopcze — rzekł dziadek, który go z oka nie spuszczał — pamiętaj o tym, że wszystko, co żyje na świecie, służy ku ogólnemu pożytkowi; chciałżebyś ty jeden być pasożytem korzystającym z darów boskich, a nie dawać nic nikomu w zamian? Czy nie wstyd ci takiej roli? Spojrzyj dokoła siebie, wszyscy pracują: twój ojciec od świtu do nocy wpolu, matka cały dzień przy igle i gospodarstwie, panna Annaz Helusią przy nauce, służba w pocie czoła zarabia na swójchleb; nawet ten pies, co tam siedzi uwiązany na łańcuchu,pełni obowiązki stróża podwórzowego. Ty jeden korzystaszz pracy wszystkich i nie starasz się o to, żeby się nauczyćbyć także dla drugich pożyteczny; ty jeden jesz darmochleb... Czy ci nie wstyd?

Krwawy rumieniec oblał twarz Gucia; łzy cisnęły musię do oczu, ale wstrzymywał je mężnie, nie chcąc po razdrugi zasłużyć na nazwę „baby”. Stał w milczeniu czekając,aż dziadek skończy, i przypatrując się machinalnie toźdźbłom trawy rosnącej drobnymi kępami przy ścieżce, tokwiatom akacji sypiącym się za każdym poruszeniem gałęzi.

— Zaczerwieniłeś się asan, to dobrze! Widzę, że mójwnuk jeszcze nie stracony, bo ma wstyd. Jesteś człowiekiem, chłopcze; pamiętaj, że każdy człowiek ma obowiązkido spełnienia i aby je spełnić dobrze, musi się starać nabyćrozumu. Będziesz się więc asan uczył. A teraz możesz iść siębawić.

Pan Czesław wyraził nadzieję, iż wkrótce zostaną dobrymi przyjaciółmi i wyciągnął do Gucia rękę — ale chłopiec nie widział tego, czy też udał, że nie widzi, bo po żałości gniew go na pana Czesława ogarnął. Jak stał, tak się odwrócił i poszedł szybkim krokiem w ogród, chociaż mateczka, chcąca synka uściskać i pocieszyć, wołała na niego. Miałdo niej żal głęboki, że nie stanęła po jego stronie, udał więc,że nie słyszy. Szedł w stronę zupełnie przeciwną od tej, wktórej znajdowali się jego towarzysze — i gdy drzewa zasłoniły go przed ich oczyma, gdy oddalił się od miejsca zabawytak, że już nawet gwar ich głosów przestał go dochodzić, zatrzymał się i wybuchnął głośnym płaczem.

Była to pierwsza większa boleść w życiu Gucia: bo choćsię smucił serdecznie wówczas, gdy dwóch jego braciszkóww białych, kwiatami ozdobionych trumienkach, wywiezionona cmentarz — ale własne jego życie dotąd było nieprzerwanym szeregiem zabaw i przyjemności i myślał, że zawsze takbędzie. Tymczasem zetknął się niespodzianie z przykrą rzeczywistością. A taki był dzisiaj szczęśliwy!... Wygrał bitwę,dostał zegarek, cieszył się na zabawę u Janka, a nawet frakasię spodziewał. Wszystko pierzchło jak sen, i to w chwilikiedy miał takie dobre zamiary, gdy chciał poprawić się odpierwszego następnego miesiąca. Dlaczego nie pozwolonomu ich spełnić? Obrzydzono mu naukę, a z nią i życie. Wszyscy się na niego uwzięli, żeby mu dokuczyć.

Ojca, siostrę i pannę Annę oskarżał o brak serca, dziadka o tyranię, matkę... O matce nie mógł nawet myśleć spokojnie; on ją tak kochał!...

Po napadzie żalu przyszedł napad złości. Wszystkie dobre uczucia opuściły Gucia, a wszystkie złe zaczęły wychodzić z kryjówek jego serca, w których były dotąd pochowane — a schowane najgłębiej samolubstwo wyszło na jaw wcałej okazałości. Zapomniał o dobroci dziadka, o miłości rodziców, o zmartwieniach, jakich im ciągle przyczyniał — atylko pamiętał o tym, że jemu sprawiono przykrość, że jegopokrzywdzono. Nawet rozsądek towarzyszący mu podczasprzemowy dziadka, któremu, mimo wszystko, w duchu niemógł zaprzeczyć słuszności, odstąpił go teraz, bo nazwałnaukę „głupstwem umyślnie dla dręczenia ludzi wymyślonym”. Wolałby już pasać źrebięta na łące z chłopakami, niżsię uczyć!

I mały złośnik, biegający podczas całej tej z sobą rozmowy wzdłuż i wszerz trawnika i rzucający się jak ten ptak, cochce rozerwać więzy pętające mu skrzydła, zaczął deptać jakieś niewinne żółte kwiateczki, wychylające się z trawy nieśmiało, z taką zawziętością, jakby to były książki, którychnigdy naprawdę nie lubił, a które teraz zaczynał nienawidzić.

Po tym nieużytecznym wybuchu rzucił się na murawę,zmęczony płaczem i wrażeniami. Trawa w tym miejscu rosłabujniej niż gdzie indziej, do czego jej niezawodnie bliskiesąsiedztwo wody pomagało; puszysta była i miękka niby zielony kobierzec. Gucio wyciągnął się i, podłożywszy rękępod głowę, patrzył przez łzy na ostatnie blaski zachodzącegosłońca, na opary wychodzące z wody i rozpościerające sięnad nią powoli niby przejrzysta gaza. Monotonne brzęczeniemuszek i koników wodnych działało na niego usypiająco.Przymknął oczy, chcąc choć na chwilę zapomnieć o swoimnieszczęściu, ale przeszkadzała mu latająca uparcie koło głowy mucha. Odpędził ją, a patrząc, jak swobodnie wzbiła sięw powietrze, zawołał z żalem:

— To drobne, nieme stworzenie nawet szczęśliwszejest ode mnie, bo nikt mu nie krępuje swobody, ani nie dajeguwernerów. Wolałbym być muchą, niż wieść takie nędzneżycie! Co za szkoda, że czary, o jakich czytałem w Bajarzupolskim, nie istnieją! Nie ma na świecie wróżek ani ludziprzemienionych w zwierzęta, ani „czapek niewidek”, ani,,butów siedmiomilowych”. Nic!

IV. Gucio w jaskini smoka

Zaledwie wymówił te słowa, z oparów unoszących sięnad stawem wynurzyła się jakaś postać niewieścia i zbliżałapowoli ku niemu. Długa jej szata, czarna jak noc, mieniła sięiskrami, a spod chustki pokrywającej głowę wymykały sięsiwe kosmyki włosów. Gdy się bardziej zbliżyła, Gucio zobaczył, że twarz miała mocno pomarszczoną, wystającą brodęi ogromny nos, na którym opierały się szkła okularów. Oczypatrzące znad tych okularów miały blask nadzwyczajny, a takie były przenikliwe, że widząc je skierowane na siebie, czułciarki przechodzące mu po ciele. Postać ta, stanąwszy przednim, wyrzekła uroczystym głosem:

— Młodzieńcze! Wypowiedziałeś życzenie swoje wgodzinie, w której ja i moje siostry wróżki chodzimy poświecie. Jest to godzina czarów... Życzenie twoje spełni się,zamieniam cię w muchę. Pozostaniesz nią dopóty, dopókinie pokochasz pracy i nie staniesz się godzien być człowiekiem.

To powiedziawszy, dotknęła złotą laseczką jego czołai zniknęła. Jak? Było to rzeczą niepojętą, bo ziemia się bynajmniej pod nią nie rozstąpiła; w powietrzu tylko słychać byłojakieś dziwne szmery i świsty.

Gucio patrzył i słuchał przerażony, i nagle spostrzegł,że się z nim stało coś niezwykłego. Poczuł się dziwnie lekki, tak lekki, że wietrzyk podnoszący się od strony stawumógł go był unieść. Spojrzał po sobie; jego piękne niebieskieubranie gdzieś znikło; zastąpiło je jakieś ciało szare, czarnopręgowane i nakrapiane w czarne cętki; nos się przedłużyłi przybrał formę misternej trąbki, węższej u góry a szerszeju dołu. Z grzbietu, którego ciemna barwa wpadała w odcieńbłękitnawy, wyrastały skrzydełka przezroczyste, pokryte tui ówdzie drobnymi włoskami; a z piersi aż sześć nóg wyskoczyło. Słowem, wyglądał zupełnie jak mucha. Chciał dotknąćręką czoła, żeby przekonać się, czy to nie sen, ale natychmiast cofnął ją ze wstrętem: nie miał już rąk, tylko łapkikosmate, cienkie jak niteczki!... Ach, gdyby na tym był koniec!... Ale on nawet oddychał inaczej; powietrze do jegopłuc nie dostawało się, jak dawniej, ustami, ale przez małeotworki, znajdujące się tu i ówdzie między obrączkami ciała.

Naprawdę więc przestał być człowiekiem, a był tylkomałym, drobnym owadkiem, którego nawet nikt nie dojrzymiędzy listkami trawy?

Rozpacz go ogarnęła; zaczął wołać wróżkę i zaklinać jąświętymi słowami, żeby odwołała swoje czary; ale usiłowanie to stało się dla niego tylko nowym powodem przerażenia. Głosu ludzkiego nie było słychać w powietrzu, gdy wołał, a z piersi jego wychodziło tylko słabe brzęczenie!...

— Straciłem więc wszystko, wszystko! — mówił do siebie łkając — ojca, matkę, siostrę, dom! Bo choćbym do nichwrócił, nie poznają mnie nawet i gotowi zabić... Ach, czemuż wróżka, odbierając mi postać ludzką, nie odebrała mi zarazem pamięci! Ale pokutować w ciele muchy, być czymśtak małym, tak nieskończenie małym, a przy tym czuć i myśleć jak człowiek — co za męczarnia!... Ale co to jest? Lasjakiś! Gdzie ja jestem? Czy mnie wróżka przeniosła w krajnieznany, czy co?

Zaczął się dokoła siebie rozglądać, a im więcej się patrzył, tym większe ogarniało go zdumienie. Drzewa otaczające go miały dziwne kształty, niepodobne w niczym do tych,jakie dotąd widywał, nie miały bowiem wcale koron z gałęzi;z korzeni od razu wyrastały po dwa, trzy, cztery pnie i strzelały ku górze równo, prosto, na podobieństwo olbrzymichcienkich iglic lub wąskich sztywnych wstążek, a wierzchołkiwszystkich były lekko pochylone. Za najlżejszym poruszeniem wiatru cały las chwiał się i uginał tak bardzo, że aż prawie kładł się na ziemi.

Zdumienie Gucia było tak wielkie, że aż zagłuszyło nachwilę jego boleść; patrzył i usiłował zgadnąć, gdzie się znajduje: czy w dziewiczych lasach południowej Ameryki, o których czytał z panną Anną w ślicznych powieściach, opisujących przygody podróżników i myśliwych — czy może na jakiej wyspie Oceanu Spokojnego, nieznanej jeszcze podróżnikom, bo o takich drzewach, jakie tu widział, nie czytał jeszcze w żadnej książce.

Co zaś było najdziwniejsze, to że w szczególnym tymlesie nie widział wcale trawy ani mchu, a grunt, pokiereszowany cały rozpadlinami, pełen był niebezpiecznych przepaści i jam, w które bardzo łatwo można było wpaść. Utrudniały też przejście walające się wszędzie bryły kamieni imałe, przezroczyste jak szkło, błyszczące kamyki oraz całepnie drzew leżące w poprzek jedne na drugich, na wpół jużuschłe.

Ciekawość popychała Gucia w głąb tego lasu, ale niewiedział, jak iść. Dotąd chodził zawsze na dwóch nogach, ateraz miał ich aż sześć... Dwie mogły mu wprawdzie zastąpićręce, ale co zrobić z dwiema zbytecznymi? Próbował chodzić jak człowiek, ale przewracał się ciągle; podniósł więcjedną z gałęzi i zaczął się nią podpierać — lecz czuł, to niemogło trwać długo, bo go za bardzo męczyło. Gdy się jestmuchą, trzeba chodzić jak mucha. Powoli i z trudnością stąpał po tym gruncie niebezpiecznym, a cienkie jego nogi zaczepiały się ustawicznie o siatkę korzeni, którymi grunt byłpokryty. Idąc, oglądał się i nasłuchiwał, czy nie usłyszy gdzieryku lwa lub niedźwiedzia, albo nie ujrzy wyglądających zgęstwiny błyszczących oczu hieny. A może dzicy ludzie zamieszkują ten kraj i polują w tym lesie? Jeżeli go strzała którego dosięgnie, zginie marnie z dala od swoich, nie uściskawszy nawet matki...

Biedny Gucio! Zapomniał, że dzicy nie dojrzeliby nawettakiej małej muszki.

Zapuszczając się w las coraz dalej, widział przesuwającesię z cichym, ledwie dosłyszalnym szmerem różne zwierzętaniepodobne w niczym do zwierząt drapieżnych, jakie widywał na obrazkach. Zwierząt tych było mnóstwo, dużych i małych, dążących w różne strony: jedne szły prędko, inne wolno, zaledwie się posuwając; inne jeszcze podskakiwały, doczego pomagały im skrzydła albo wysokie, zgięte mocno wkolanach nogi; inne na koniec wchodziły w rozpadliny i znikały w nich bez śladu. Najwięcej uwagę jego zwracały te,które swoją twardą, błyszczącą, do skorupy żółwia podobnąpowłoką sunęły po ziemi niby małe, ruchome domki.

Chwilami zdawało się Guciowi, że grunt, po którym stąpał, ruszał się i unosił, i strach go brał niewypowiedziany,bo nie widział, jak to sobie tłumaczyć. Może to były oznakitrzęsienia ziemi, mającej lada chwila otworzyć się, zdruzgotać las i jego w gruzach zagrzebać!... Sama ta myśl mroziłamu krew w żyłach — ale wkrótce spostrzegł, że to, co brałza oznaki zbliżającego się trzęsienia ziemi, miało zupełnieinną przyczynę. Ziemia otwierała się wprawdzie dokoła niego w różnych miejscach, gdzie wprzód dawało się czućdrżenie; ale zamiast wulkanicznego ognia wychodziły zotworów jakieś niby żmije żółtawe, barwy cielistej, i pełzając znikały w głębi lasu. Przelękniony, drżący uciekał, a największym w tej chwili jego pragnieniem było pragnienieukrycia się w jakim bezpiecznym schronieniu.

Nareszcie drzewa zaczęły się trochę przerzedzać i Gucio miał nadzieję, że już niedługo wyjdzie na otwarte pole.Ale się zawiódł: las rozstąpił się tylko jakby dla zrobieniamiejsca górze, której łagodne stoki niczym nie były porosłe.Wyglądała ona tak, jakby ją ręka olbrzyma świeżo usypałalub jakby całą jej powierzchnię przekopał świeżo rydelogrodnika. Gucio jednakże nie zwrócił nawet na to uwagi:powodowany instynktem zachowawczym spostrzegł obszerny otwór, znajdujący się u stóp góry, i bez tchu prawie dopadł do niego, rad, że znalazł nareszcie dla siebie kryjówkę.

Gdy jednak po chwilowym wypoczynku przeminął przestrach wywołany widokiem nieznanych zwierząt, bezpieczeństwo schronienia, jakie sobie wynalazł, wydało mu sięcokolwiek wątpliwe.

— Kto wie, czy nie trafiłem do jaskini rozbójników —rzekł do siebie — ale do lasu nie wrócę za nic w świecie!Wolę być zabity przez zbójców, niż żywcem zjedzony przezdzikie zwierzęta. Zresztą, po co mieliby mnie zabijać, jeżelinie mam przy sobie pieniędzy?

Ciekawość zwiedzenia jaskini przemogła wszystkie jegoobawy. Trzymając się ściany, zaczął posuwać się w głąbostrożnie. Panowała tam prawie zupełna ciemność: światłoprzez otwór wpadało tak słabe, że całe wnętrze pogrążonebyło w zmroku, i długa chwila minęła, zanim oswoił się znim i zaczął rozróżniać otaczające go przedmioty. Z jaskiniwiódł w głąb szeroki, wygodny korytarz, którego ściany, zbudowane z mocno ubitej ziemi, podobne były do nierównego,chropowatego muru. Powodowany wzmagającą się ciekawością i ośmielony ciszą panującą w podziemiu zapuszczałsię coraz dalej.

Po kilku minutach takiej drogi korytarz nagle się rozszerzył i Gucio posłyszał szmer dziwnego rodzaju, jakbykto drapał ziemię pazurami i odrzucał ją na stronę z nadzwyczajną regularnością. Mały nasz podróżny przystanął i zaczął przysłuchiwać się temu szmerowi, wstrzymując oddech.

Wtem ze sklepienia spadł kamyk, a łoskot sprawionyjego upadkiem rozległ się głośnym echem w podziemiu;wraz z kamykiem odpadło także trochę ziemi, wskutek czego zrobiła się w górze szczelina, a przez szczelinę przedarłsię promyk światła dziennego. Gucio zobaczył teraz dużąpieczarę, a w niej potwora, którego sam widok przeraził go.Olbrzymie jego ciało pokryte było ciemnobrunatnym aksamitnym futrem; ogon miał krótki, pysk zakończony długimryjem. Oczu wcale nie było widać: potwór macał dokoła siebie ziemię ryjem jak ślepy.

Guciowi przypomniała się legenda o smoku niegdyś żyjącym w jaskini pod górą Wawel, w Krakowie; i zapomniawszy, że jest tylko muchą, począł żałować, że nie wziąłz sobą barana wypchanego słomą i siarką, żeby jak drugi Krakus potwora zgładzić ze świata. Bohaterskie te myśli nie dodały mu jednak wcale odwagi.

Potwór kopał ciągle pazurami ziemię, jakby w niej czegoś szukając, i odrzucał ją łapami na boki i poza siebie. Zdawało się jednak, że poczuł, iż nie jest sam, bo przerwał robotę, podniósł łeb i zaczął węszyć.

— Spostrzegł mnie, zginąłem! — szepnął do siebie Gucio ledwie żywy — on mnie połknie!

Potwór musiał mieć bystry słuch, bo obróciwszy się kuniemu, gniewnie zamruczał.

— To ja — wyjąknął Gucio — przepraszam pana bardzo, panie smoku. Wszedłem tu zupełnie przypadkiem... niemiałem zamiaru panu przeszkadzać. Bardzo przepraszam... jastąd zaraz odejdę. Niech mnie pan nie połyka! Jestem małyi chudy... Mama powiada, że wyglądam jak chrabąszcz...

— A, a, człowiek pokutujący! — mruknął potwór dosiebie. — Możesz być spokojny: nic by mi nie przyszło ztwojej śmierci. Ja bardzo lubię chrabąszcze, ale ty wcale niejesteś podobny do tego smacznego stworzenia; tyś taki mały,że choćbym cię zjadł, to bym nawet nie poczuł, jak smakujesz. Wreszcie dowiedz się, że cię nie wolno nikomu zabijać.Masz na sobie znak czarów, odróżniający cię od much zwyczajnych: czerwoną czapeczkę na głowie. Kto nosi takie znaki, temu ani broń, ani paszport w podróży niepotrzebne. Nikomu nie wolno jest wyrządzać krzywdy zaczarowanemu;przeciwnie, dawać pomoc, jeżeli jej potrzebuje, i udzielaćobjaśnień. Nie zgub tylko swojej czapeczki, bo wtedy byłabyci wielka bieda, co chwila bowiem mógłbyś być narażonyna niebezpieczeństwo utraty życia.

Gucio sięgnął łapką do głowy i przekonał się, że maistotnie czerwoną czapeczkę, dającą się zdejmować, choćmocno do głowy przyczepioną; ciekawy był tylko, jak niewidomy smok mógł to widzieć. Nie był on jednak niewidomy.Gucio zobaczył to teraz, gdy potwór obrócił się ku niemu.Dwoje oczu maleńkich jak ziarnka maku błyszczało spośródsierści, w której były ukryte.

Świadomość, że znaki czarów bronią go od wszelkiegoniebezpieczeństwa, w jednej chwili wlała w Gucia ogromnemęstwo. Z odwagą, jakiej by się sam Krakus nie powstydził,zbliżył się do potwora i zapytał, czy on czasem nie jest potomkiem tego samego smoka, co mieszkał pod Wawelemi miał siedem głów.

Potwór roześmiał się na całe gardło, takim grubym głosem, że naszemu bohaterowi, pomimo mężnego usposobienia i czapki bezpieczeństwa, zrobiło się niemiło koło serca.

— Nie, mój chłopcze — odmruczał — nie pochodzę ztak wysokiego rodu. Nie jestem wcale smokiem, za jakiegomnie bierzesz, ale skromnym, pospolitym kretem, pomocnikiem rolnika. Jesteś zdumiony tym odkryciem i dziwisz się,że krety są takie ogromne, ale przypomnij sobie, że jesteśmuchą, małym, drobnym owadkiem i że przy twoim wzroście wszyscy więksi od ciebie wydają się olbrzymami. Założyłbym się, że trawę wziąłeś przez pomyłkę za las, a mojekretowisko za ogromną górę. Tak, mój chłopcze, jestem tylko kretem, skromnym robotnikiem podziemnym, nie większym od szczura.

Słowa te rozświeciły Guciowi w głowie. Zrozumiał teraz swoją omyłkę, która go takiego strachu nabawiła i niedawnego zwycięzcę, ozdobionego wieńcem dębowym zawaleczność, zagnała do dziury jak zająca. Wstyd mu byłoprzed kretem i gniewał się na siebie za tchórzostwo i brakprzytomności umysłu. Toteż chcąc zwrócić rozmowę nainny przedmiot, zapytał:

— Powiadasz pan, że jesteś pomocnikiem rolnika; jakimże to dzieje się sposobem?

— Wykopuję z ziemi robaki podgryzające korzeniedrzew i roślin. Ludzie narzekają wprawdzie czasem, że imszpecę ogrody mymi robotami, ale sami przyznają, że usługi,jakie im oddaję, są stokroć większe niż mniemane szkody.

— Czy się panu ta robota nie przykrzy? Jeżeli cię niktnie pilnuje, to mógłbyś sobie często odpoczywać.

Kret popatrzył na niego surowo.

— Nikt nie pilnuje — odpowiedział — ale widzi mnieBóg, którego oko przenika wszystkie skrytości. On nie przeciąża robotą żadnego stworzenia, ale przymierza ją do siłi zdolności każdego. Ja też pracuję, ile zdołam, a mądrośćStwórcy dała mi jeszcze, jako silniejszy do tego bodziec,ogromny apetyt. Zjadam tyle codziennie upolowanej zwierzyny, ile sam ważę. Wreszcie, jakież prawo miałbym korzystać z pożywienia, napoju, powietrza, mieszkania, gdybymteż choć w części nie przykładał się do ogólnego pożytku?Kto nic nie robi, niewart żyć.

Już po raz drugi Gucio zawstydził się i zmieszał. Kretniechcący powiedział mu gorzką prawdę, a co więcej, okazałsię wyższy od niego, człowieka. Ale że Gucio nie lubił prawdy, zwłaszcza jeżeli miała jakiś związek z pracą, więc znowuusiłował zwrócić rozmowę na co innego, zapytując kreta,czy ma żonę i dzieci.

— Ożeniłem się w tym roku — odrzekł — i mam ażośmioro drobiazgu. Jeżeli chcesz, zapoznam cię z moją rodziną. Wiesz co! Nie znasz tych podziemi, więc błądziłbyśtylko po omacku. Siadaj na mnie, będziemy prędzej na miejscu.

Gucio odrzucił kij, który mu tylko przeszkadzał, i beznamysłu wskoczywszy na grzbiet zwierzęcia, powiedział sobie, że siedzenie jest miękkie i wygodne; żeby nie zlecieć,trzymał się mocno włosa. Niezwykła ta jazda bawiła go jakkażda nowość.

Kret sunął szybko korytarzem w głąb; z powodu swoichkrótkich nóg toczył się raczej jak kula, niż biegł, piersią dotykając ziemi. Od czasu do czasu przystawał, węszył i jeżeliblisko gdzie zwietrzył pędraki, kopał z zapałem, zapominająco swoim jeźdźcu; zatrzymywał się też przy małych studzienkach pełnych zaskórnej wody, które sam pobudował w bliskości mieszkania, i gasił pragnienie. Po kwadransie takiejprzerywanej jazdy przybyli nareszcie do miejsca i Gucio zeskoczył ze swego podjezdka.

Znajdowali się w kotlinie wysłanej starannie mchem,sianem i włóknistymi korzonkami. Na miękkim posłaniu siedziała poważnie pani krecina, a koło niej ruszały się niezgrabnie małe kreciaki, nie większe od ziarnek bobu.

— Moja żono — przemówił kret — przyprowadzam ciczłowieka pokutującego, który pragnie zwiedzić nasze mieszkanie.

Gucio, zawsze pełen uprzejmości, zdjął czapeczkęi ukłonił się z wdziękiem, ale jejmość nie raczyła mu nawetkiwnąć głową, tylko od razu na niego napadła.

— Cóżeś to, chłopcze, przeskrobał, co? No, przyznajsię.

— Mówmy o czym innym, łaskawa pani — rzekł obrażony mocno tą niedelikatnością — czy to jest jedyny pokójpaństwa?

— Ale gdzie tam — mruknął mąż, który jako troskliwy o wygodę domowników gospodarz, rad się był przed człowiekiem swymi urządzeniami pochwalić. — To dopiero sypialnia; tu obok jest salon wsparty na pochylonych nieco do środka kolumnach, a tam dalej spiżarnia pełna zapasów upolowanej zwierzyny. Znajdziesz w niej glisty, ślimaki, stonogi, a nawet i grubsze sztuki: kilka małych, tłustych myszek i jaszczurkę. Z tych pokoi trzy chodniki wiodą do wyjścia na zewnątrz, abyśmy w razie napadu nieprzyjaciela mogli sobie zapewnić odwrót, a te jeszcze są połączone z pięcioma innymi.

Gucio podziwiał sztuczną budowę podziemnych sal, korytarzy, chodników i zaułków i dziwił się zmyślności kreta,umiejącego tak wszystko rozumnie obmyślić i urządzić.

— Chodnik, który widzisz na prawo, jest bardzo wygodny — mówił kret — i prowadzi pod drzewo znajdującesię niedaleko stawu. Jeżeli chcesz już wyjść na powierzchnięziemi, to radzę ci wybrać tę właśnie drogę. Ja już dalej niemogę ci towarzyszyć, bo kto wie, czy tam przy wyjściu nieczatują na mnie nieprzyjaciele kreciego rodu: pies, bocianalbo kuna.

V. Gucio zawiera znajomośćz wróblami

Gucio podziękował kretowi za objaśnienia i, udawszysię we wskazanym kierunku, wydostał się wkrótce na świat.Znalazł się w tym samym lesie, z którego przed godzinąuciekał; ale teraz wiedział już, że to jest tylko wysoka, bujnatrawa — że dzikie zwierzęta, których się obawiał, to są robaczki i owady, a owe bryły kamieni to tylko drobne kryształki piasku. Po godzinnym przeszło przebywaniu pod ziemią czuł się teraz odurzony świeżym powietrzem i olśnionyświatłem dziennym, oślepiającym go prawie. Chwilę stał jaknieprzytomny, nareszcie przypomniał sobie, że ma skrzydła;poruszył nimi i uniósłszy się w górę, zatoczył kilka niezgrabnych kręgów i opadł na gałąź wspaniałego rozłożystegodrzewa.

Ta pierwsza próba latania zmęczyła go; odpoczywając,patrzył z góry na ów las mniemany i myślał, że dawniej, gdybył jeszcze człowiekiem, nigdy nie przyszło mu do głowyprzypatrywać się źdźbłom trawy ani zatroszczyć się o lostych drobnych istot, których milionami ziemia jest przepełniona. A jednak one żyją, a więc muszą mieć także swoje potrzeby, swoje cele, swoje radości i cierpienia!... Czy zastanowił się kiedy nad tym? Gdzie tam! Teraz dopiero, gdy widziałżycie kreta, przekonał się, że i od zwierząt nauczyć się czegoś można i że niesłusznie jest pogardzać mniejszymi od siebie. Wszakże on sam od paru godzin był tylko muchą!...

Rozmyślając nad swoim położeniem, powiedział sobie,że rozpaczać nie przyda się na nic. Najgorętsze łzy nie przywrócą mu dawnej postaci; sama tylko wola wróżki może tosprawić, a ona powiedziała mu, że będzie muchą, „dopókinie pokocha pracy i przez to nie stanie się godzien być człowiekiem”. Jak do tego przyjdzie, nie pojmował zgoła, alemiał nadzieję, że jego niedola musi się kiedyś skończyć.Tymczasem ciekawość brała górę nad jego zmartwieniem:otwierał się przed nim świat niedostępny gołemu oku człowieka, świat tajemniczy, pełen tym większego uroku, że nieznany mu jeszcze. Już samo drzewo, na którym odpoczywał,było krajem cudów, zdolnym co chwila wywoływać okrzykipodziwu i zachwytu. Rosły na nim przepyszne mchy, miększe i puszystsze niż aksamit; rosły grzyby najrozmaitszychbarw i dziwaczne porosty przechodzące kształtami najśmielsze wytwory wyobraźni, a wszystko zamieszkałe przez istotybędące w ustawicznym ruchu. Snadź drobne to społeczeństwo mnogie miało sprawy i interesa.

Tak przypatrując się, dziwiąc i zatrzymując co chwila,Gucio przechodził z gałęzi na gałąź, dążąc coraz wyżej i coraz nowe czyniąc odkrycia; idąc, żałował, że przyjaciel jegoJanek ani siostrzyczka Helusia nie mogli tego widzieć. Kiedyś, gdy pokuta jego się skończy, a wróżka przywróci muludzką postać, opowie im wszystko z najdrobniejszymiszczegółami, ale czy będą chcieli mu wierzyć? Dziwiło toGucia bardzo, że wszystko teraz widział lepiej, dokładniejniż wtedy, gdy był człowiekiem, jakby mu kto włożył okulary ze szkłem bardzo powiększającym. Nie okulary to jednaknosił Gucio, ale oczy miał inne, oczy muchy, składające sięz ogromnej liczby małych sześciennych oczek, i one to widziały wszystko z taką nadzwyczajną dokładnością. Nie wiedział on o tym, jak również i o innych właściwościach wzroku owadów, do których teraz należał. Wciąż się więc dziwiłsamemu sobie. I to go także zdumiewało, że chociaż szedłod spodu gałęzi, więc do góry nogami, to jednak nie spadał.Jego cienkie, delikatne stopy opatrzone były na końcachpazurkami czepiającymi się chropowatości kory, a znajdujące się między tymi pazurkami maleńkie, wilgotne poduszeczki przylegały do każdej powierzchni równie silnie jak pazurki. Gucio nie miał nóg tak urządzonych, gdy był w postaci człowieka; ale wiedział dobrze, że nie mógł wówczas chodzić po ścianie i po suficie, choć nigdy się nie zastanawiał,czemu nie może dokazać tego, co umie każdy prawie robaczek. Dopiero teraz chciał nad tym pomyśleć, tylko że w tejchwili nie miał czasu. Gdy mu wróżka przywróci ludzką postać, zapyta się o to mędrszych od siebie i będzie się pilniedowiadywał o wszystkie szczegóły dotyczące jego ciała,równie jak ciała i życia wszelkich stworzeń żyjących.

Obecnie cienki, piskliwy świergot ptaszków, odzywający się z wierzchołka drzewa, zwrócił jego uwagę. Podążył wkierunku słyszanych głosów i wkrótce znalazł się przed ślicznym okrągłym gniazdeczkiem, zawieszonym między dwiema blisko siebie rosnącymi gałęziami. Siedmioro malutkichszarych łepków, odznaczających się wielką ruchliwością,wyglądało z gniazdka, jakby oczekując czegoś niecierpliwie,a tuż obok na gałązce matka tego drobiazgu zajęta była wygarnianiem spod kory robaczków, bacząc przy tym pilnie nakażdy ruch dzieci i za każdym niemal szelestem oglądającsię i nasłuchując.

„Ciekawy jestem, czy te ptaszki mają jeszcze ojca,czy też pani wróblowa jest wdową” — myślał Gucio, przypatrując się z zajęciem całej rodzinie.

W tejże chwili przyleciał skądciś stary wróbel, a wgniazdku powstał na jego widok ogromny ruch i gwar i jednocześnie wszystkie siedem dziobków otworzyło się szeroko. Przyniósł on widać w gardziołku niemały zapas ziarnauzbieranego, bo wszystkich nakarmił, po czym zajął się takżewyszukiwaniem robaczków w spękaniach kory i oboje zżoną znosili je dzieciom, dopóki się nie nasyciły.

Gucio ciekawy, co też za istoty mogły żyć w tak ciasnychmieszkaniach jak szpary w korze, przysunął się trochę i usłyszał, jak pani wróblowa powiedziała do swego towarzysza:

— Patrz no, mężu, czy widzisz tę małą błękitnawą muszkę z gatunku mięśniaczków, co się wlecze jak kaleka? Tojakieś niedołężne stworzenie, schwytajmy ją!

„Czyżby o mnie mówili?” — rzekł do siebie Gucio zpewną niespokojnością i dziwiąc się, że świergot ptaków byłdla niego równie zrozumiały jak mruczenie kreta.

Wróbel popatrzył na niego uważnie i odrzekł:

— To nie jest mucha zwyczajna, tylko człowiek pokutujący. Czy nie widzisz, że ma czerwoną czapeczkę na głowie?

— Ach, prawda! Niechże sobie żyje. Musi to być wielkie ladaco, kiedy wróżka przemieniła go w tak małego owada.

Gucio mocno dotknięty tym szorstkim, ale niestety trafnym określeniem swej moralnej wartości, szepnął z gniewem:

— Wszystkie baby są impertynentki; wróblowa nie lepsza od kreciny.

Musiał się czegoś domyślać wróbelek, bo zbliżył się dońi zapytał ze współczuciem:

— Powiedz mi, biedny chłopczyku, kto jesteś i za coskazano cię na tak ciężką pokutę? Widuję nieraz młodzież wpołożeniu podobnym twojemu, ale bywają to motyle, konikipolne, pszczoły; muchę dopiero pierwszy raz spotykam. Musiałeś popełnić ciężką winę.

— Nie chciałem się uczyć — szepnął Gucio po chwilowym wahaniu się. — Powiedz mi pan, czy takie przemianyz ludźmi często się przytrafiają?

— Od czasu do czasu. Przed godziną właśnie odpoczywała tu u mnie mała księżniczka Joasia, przemieniona w pszczołę za niegrzeczne obchodzenie się ze służącymi. Służy ona teraz u królowej pszczół za popychadło i musi robić wszystko, co jej każą. Joasia jednak miała przy swoich wadach przynajmniej tę zaletę, że uczyła się dobrze. Teraz nie dziwię się, że wróżka tak surowy wydała na ciebie wyrok; próżniactwo bowiem jest jednym z najgorszych przestępstw i źródłem wszystkiego złego. Ale gdzie mieszkają twoi rodzice?

— Mój ojciec jest właścicielem tej wioski.

— Znam go, znam, bo go co dzień widuję. Pracowityczłowiek! Od rana do wieczora w polu. Dziwna rzecz, że synjego jest próżniakiem!

Słowa te bardzo obraziły Gucia i rozdrażniły. Wszyscydziś prawili mu niegrzeczności.

— Mój panie — rzekł, podnosząc z godnością głowęmało co większą od dużego łepka szpilki — proszę mi nieubliżać! Wyrzucasz mi pan moje lenistwo, choć sam nic nierobisz. Ptaszki przychodzą na świat już ubrane, a zboże zbierają nie orząc ani siejąc, zabierając po prostu cudzą własność. Całym waszym zajęciem jest latać w powietrzu i śpiewać!

— Mylisz się, chłopczyku, jeżeli naprawdę mniemasz, żeja i moi krewni wiedziemy żywot bez pracy — odparł wróbel poważnie. — Nie siejemy wprawdzie ani orzemy, ale tępimy szkodliwe dla rolnictwa owady i gąsienice. Bez naszejpomocy rolnicy nie zebraliby nawet połowy plonu, a lasyzmarniałyby ogołocone z liści. Widzę po tobie, że mi niewierzysz: zaczekaj chwilkę, zaraz cię dowodniej przekonam.

To powiedziawszy, ptaszek zerwał dziobkiem liść jedencały podziurawiony i położył przed Guciem.

— Patrzaj, co za straszne spustoszenie zrobiła tu gąsienica — powiedział — wygryzła wszystką zieleń ze środka, pozostawiwszy tylko nerwy. To już nie liść, to szkielet!

Gucio milczał zdziwiony, spoglądając kolejno to na wróbla, to na liść, na którym wiła się gąsienica, ściągając i rozciągając czarne pierścienie swego ciała, upstrzone tu i ówdzie białymi cętkami i kępkami ciemnożółtych włosów.

— Ta niszczycielka nazywa się pierścienica — rzekł wróbel — czy widziałeś ją kiedy?

— Widziałem — odrzekł Gucio — ale nie przypuszczałem, żeby pożerała liście.

— Liście są dla drzew tym samym, czym dla ludzi i zwierząt płuca — świergotał ptaszek dalej, podczas gdy pani wróblowa schwyciwszy gąsienicę i rozerwawszy na sztuki dawała je dzieciom do zjedzenia. — Drzewo nimi oddycha i czerpie z powietrza wilgoć, zasilającą cały jego organizm; gdy zatem płuc mu braknie, musi umierać na suchoty. Wypędźnas z tej poczciwej gruszki, rodzącej wyborne soczyste owoce, a zobaczysz, że w przyszłym roku ojciec twój każeją ściąć na opał. Nie dość na tym: jajka pierścienic i poczwarki rozmnożą się na niej tak niezmiernie, że zniszczą całyogród.

Gucio słuchał, nie spuszczając oczu z wróbelka: ten niepozorny szaraczek odkrywał mu dziwne rzeczy.

— Gdybyś, chłopczyku, przyjrzał się kiedy na wiosnę,jak całymi legionami uderzamy na hordy niszczycieli pożerających chciwie młodziutkie pędy zbóż, zrozumiałbyś, że jesteśmy użytecznymi robotnikami, ratującymi od głodu człowieka, który częstokroć odpłaca się nam niewdzięcznością,żałując odrobiny ziarna. Strzela on do nas, chwyta w sidłai niszczy nasze gniazda!

W historii ptasiego rodu znajduje się niejedna krwawakarta. Sto lat przeszło temu Fryderyk Wielki, król pruski,o którym musiałeś słyszeć, sławny z zaborów i skąpstwa, osądziwszy, że za wiele zjadamy mu zboża, nie tylko wydał wyrok zabraniający wróblom przebywania w granicach jego państwa, ale nawet nałożył cenę na nasze głowy, jak gdybyśmy byli przestępcami politycznymi. Wymordowano nas wtedy setki tysięcy; ale zaraz w następnym roku robactwo takbardzo zniszczyło plony rolników, że Wielki ów Fryderykodwołał wyrok i dawał nagrody pieniężne mieszkańcomswego państwa za każdego sprowadzonego doń żywegowróbla. Garstka wychodźców wróciła wtedy z tryumfem; alemój prapradziad, który cudem tylko uszedł śmierci i pod gościnnym dachem polskiego wieśniaka znalazł przytułek, niechciał już wracać. Pokochał on Polskę jak własną ojczyznęi w niej też chciał złożyć swoje kości... We Francji, na Węgrzech i we Włoszech cierpieliśmy także czas jakiś podobnejak w Prusach prześladowanie. Wypędzano nas, a potemznów gwałtem sprowadzano, zachęcano wszelkimi sposobami do osiedlania się, a nawet urządzano nam na drzewachgotowe już mieszkania...

— Co za dziwne koleje losu — odezwał się Gucio, słuchający z wielkim zajęciem tego opowiadania — nigdy bym nie pomyślał, że wróbel jest przyjacielem i dobroczyńcą człowieka!

— Człowiek ma dużo przyjaciół — świergotał wróbeldalej — ale sam jest największym swoim nieprzyjacielem.Dopóki nie mieliśmy dzieci, odbyliśmy oboje z żoną kilkapodróży po kraju i to cośmy widzieli, napełniło nas smutkiem i trwogą o jego przyszłość. Dawniej rozpościerały siętu obszerne lasy, których gęste podszycie dawało ochronętysiącom ptaków; teraz gdzie spojrzeć, drzewa wycięte wpień, kraj coraz bardziej pustoszeje, a nasze legiony pozbawione przytułku przerzedzają się straszliwie. Wkrótce zabraknie człowiekowi sprzymierzeńców, walczących wierniew obronie jego pól. Coraz częściej rozchodzą się wieścio nieznanych dotąd w Polsce gatunkach chrząszczykówi much, niszczących pola i lasy. Obym się omylił, ale to sązwiastuny klęsk, na które niedługo będziemy czekać!...

Tu wróbel westchnął głęboko i mówił dalej.

— Najcięższą porą roku dla nas jest zima: giniemy zgłodu tysiącami. Gdyby człowiek chciał nam rzucać chociażokruchy chleba ze swego stołu, te okruchy, które wyrzucaco dzień w śmieci, uratowałby tysiące głodnych bez żadnego uszczerbku dla siebie.

— Czy to państwo nie wyjeżdżacie w jesieni za granicę? — zapytał Gucio.

— Cała arystokracja wyjeżdża — odpowiedział ptaszek— kukułki, słowiki, jaskółki, bociany, żurawie; my, szaraczki,pilnujemy domowej zagrody. Ale ty musisz być strudzony,chłopczyku, bo widzę, że się ledwie trzymasz na nogach.Wejdź, proszę, do mojej chatki i odpocznij tak długo, jak tylko będzie ci się podobało. A może jesteś głodny? Mógłbymcię poczęstować jakim tłustym robaczkiem.

— Nie mów mi nawet o tym — odrzekł Gucio zewstrętem. — Wolałbym umrzeć z głodu, niż dotknąć się czegoś podobnego.

— To może pozwolisz jajko pierścienicy? Jest smaczne,bardzo strawne i nie obciąża żołądka. Moja kuzynka, sikorka,przepada za tym przysmakiem. Zjada ona codziennie po kilka tysięcy tych jajeczek.

„Winszuję jej apetytu” — pomyślał Gucio, wstrząsającsię na tę propozycję, i odrzekł — Bardzo dziękuję, nie będęnic jadł. Pozwólcie mi tylko państwo trochę u siebie odpocząć.

— Z całego serca!

Wszedłszy do gniazdka, Gucio z podziwieniem przypatrywał się jego misternej budowie i różnorodności materiału, z jakiego została sporządzona. Bo też i czego tam niebyło! Źdźbła słomy i siana, delikatniejsze włókna korzeni,skrawki od sukien, kawałki waty, nitki, bawełna, sierść,szczecina, mech, a wszystko razem ułożone w całość z pewnym planem i ładem i troskliwie wewnątrz wysłane puchem, który może ptaszyna wydzierała sobie z piersi, żebydzieciom urządzić miękkie i ciepłe posłanie. Rozważając, ileta budowa kosztowała pracy, jak każdy z osobna kawałekmateriału budowlanego musiał być przez małego budowniczego z trudem daleko nieraz wyszukiwany i w dziobkuprzyniesiony — Gucio czuł się mimowolnie wzruszony i zawstydzony pracowitością swego uprzejmego gospodarza.O ileż on, człowiek, gorszym był od tego ptaszka!

Ostatnie blaski słońca zniknęły już zupełnie: małe ptaszyny pochylały senne główki, a matka, rozpostarłszy nadnimi skrzydła, tuliła je do siebie i osłaniała przed chłodemwieczornym! Gucio wspomniał sobie swoją mateczkę; wspomniał, jak co wieczór pochylała się nad jego łóżeczkiem,okrywała troskliwie i ucałowawszy synka na dobranoc, kreśliła mu krzyżyk na czole, żeby Bóg strzegł go przez noc,a Anioł Stróż przyniósł sny przyjemne i wesołe. Czuł, że gołzy zaczynają dławić, że mu się serce wydziera do domui zapragnął zobaczyć rodziców i Helusię, chociaż z daleka.Jeżeli okna jeszcze otwarte, wleci do pokoju i zobaczy, cosię dzieje, czy już spostrzeżono jego zniknięcie. Pewnie goszukają na wszystkie strony, nie domyślając się nawet rzeczywistego nieszczęścia. Co to będzie, gdy go nie znajdą!

— Żegnam cię, poczciwy ptaszku — rzekł do swego gospodarza. — Naucz mnie, jak mógłbym ci się odwdzięczyćza gościnność. Dziś wprawdzie jestem tylko małym owadkiem, ale mam nadzieję, że kiedyś pokuta moja skończy sięi będę na powrót tym, czym byłem, a wtedy...

— Wtedy — dokończył wróbel — gdy przyjdzie zima,a śnieg wszystko zasypie, nie pozwól umierać z głodu moimbraciom, gdy ich ujrzysz skupiających się około domu i szukających ratunku u ludzi.

— Przysięgam — odpowiedział uroczyście Gucio —że ani jeden okruch chleba z naszego stołu nie pójdzie wśmieci. Będę je sam zbierał starannie i rzucał przed oknami,a oprócz tego poproszę ojca, żeby pozwolił nade drzwiamidomu zawiesić snopek zboża dla biednych zgłodniałych ptaszków.

— Oby się spełniły twoje słowa! Bądź zdrów, chłopczyku; życzę ci, aby twoja pokuta skończyła się jak najprędzej. Ale to późno już, może byś lepiej u mnie przenocował.

— Nie, miły gospodarzu, nie mogę, chciałbym dziś jeszcze dostać się do domu i zobaczyć swoich, zanim pozamykają okna.

— A więc posłuchaj mojej rady: wejdź na sam wierzchołek drzewa; stamtąd zobaczysz jak na dłoni dom i ogród.Rozpatrz się dobrze, a potem rozwiń skrzydła i leć prostow kierunku domu; inaczej mógłbyś zabłądzić, boś się jeszczenie wprawił w lataniu.

VI. Gucio nocuje w pałacu liliowym

Gucio poszedł za radą gościnnego wróbelka, ale nieprzyzwyczajonemu do żeglugi powietrznej skrzydełka prędko osłabły. Zaczął opadać coraz niżej, niżej, przy czym spuścił z oczu dom rodzicielski i zabłądził w drodze. Długo krążył na prawo i na lewo, nareszcie straciwszy nadzieję odnalezienia drogi, spoczął zmęczony na krzaku białej lilii.

Noc nadeszła, ale była to jasna noc letnia. Księżycwszedł na niebo i niby lampa cudowna oświecał wszystkieprzedmioty łagodnym srebrzystym światłem; gwiazdy migotały drobnymi światełkami, niby miliony ócz patrzących naziemię i mrugających bezustannie, a w trawie, niby garśćrozsypanych diamentów, błyszczały robaczki świętojańskie.Od drzew ogrodu padały na ziemię wielkie, długie cienie,kładąc się jeden koło drugiego. Tak leżały całe szeregi. Znękany umysł Gucia zaczął machinalnie rachować te cienie iprzyszło mu na myśl, że one wyglądają jak spisywane wwielkiej księdze Boga rachunki dni zmarnowanych przezniego w bezczynności; jak widma przychodzące go dręczyćpytaniami, co zrobił z godzinami, które mu owe dnie przynosiły kolejno, a które już nigdy nie powrócą... Pomyśleć,że coś minęło i nie powróci nigdy, choćbyśmy to nawet kosztem życia własnego chcieli okupić, co za straszna rzecz!Gucia dreszcz przeszedł, gdy się nad tym zastanowił.

— Jak ja tę noc przepędzę i co ze mną będzie dalej?— mówił do siebie. — Bóg czuwa nad światem, ale czy będzie chciał opiekować się mną, który niczym nie zasłużyłemna to?

Cisza zaległa ogród, tylko żaby w stawie mówiły jeszczewieczorne pacierze i kwiaty szeptały ciche modlitwy. Gucioprzeżegnał się i zaczął także mówić swój pacierz codzienny,a potem jeszcze pieśń Kto się w opiekę. Skończywszy, podniósł oczy w niebo, jakby szukając tam odpowiedzi na swegorące prośby, i wydało mu się, że duża poczciwa twarzksiężyca dodaje mu otuchy, a gwiazdy mrugają przyjaźnie.Uczuł się troszkę pokrzepiony i zaczął myśleć o noclegujako tako wygodnym.

Tuż przy nim, na wysmukłej łodydze rozkwitała przepyszna lilia biała, otoczona licznym orszakiem nocnych motyliw białych szatach; wspanialszy pałac trudno było wymarzyć. Gucio postanowił w nim noc przepędzić i wszedł do środkakwiatu, który znalazł szeroko otwarty.

Gucio lubił kwiaty dla ich barw pięknych i zapachu, aleuważnie nigdy żadnemu się nie przypatrzył; toteż oczarowany został pięknością liliowego pałacu, któremu srebrneświatło księżyca dodawało jeszcze tajemniczego uroku.Obejrzenie go dokładne odłożył na jutro; dziś już nie chciałmyśleć o czym innym jak o spoczynku, zwłaszcza że znalazłszy na płatkach kwiatu krople wieczornej rosy, zaspokoił jedną z nich pragnienie dotkliwie mu dokuczające.

Właśnie wyciągał się na śnieżystej pościeli i wdychającw siebie z rozkoszą balsamiczną woń kwiatu, myślał, że żaden król nie ma wspanialszego od niego łoża, gdy naglesłuch jego uderzony został śpiewem tak pięknym, że mimoznużenia zerwał się z posłania i wyszedł ze swej sypialni. Stanąwszy na jednym z bardziej wywiniętych na zewnątrz płatków lilii, jak na balkonie, zaczął przysłuchiwać się temu niespodziewanemu koncertowi.

Śpiew wychodził z bliskich krzaków agrestu, nisko przyziemi rosnących, i płynął ku niebu, a tony jego rozbrzmiewały po całym ogrodzie i szły po rosie daleko. Gucio poznałpo głosie śpiewaka: był to natchniony artysta, uznany odwieków przez świat cały — słowik. Słyszał on słowika nieraz,ale nigdy jeszcze śpiew jego nie zrobił na nim takiego jakdziś wrażenia. Nieszczęście, osamotnienie, tęsknota do swoich zrobiły go czulszym na wszystko i wydobywały z głowymyśli, a z serca uczucia, jakie może nieprędko byłyby się tamodezwały w zwykłych okolicznościach. Te tony anielskiejczystości, słodkie, tęskne i rzewne przenikały go do głębiduszy i dziwił się, że taki mały ptaszek ma taki potężny głosi tyle przyjemności słuchaczom sprawić zdoła.

Usiłował sobie przypomnieć, ile też on kiedy zrobiłkomu przyjemności, ale jakoś pamięć nie miała mu nic doprzypomnienia. Trzeba przyznać, że bardzo mało myślał odrugich. Wszystko ograniczało się do rozdawania pieniędzy,ciastek i cukierków, które nic go nie kosztowały, bo ich miałdo zbytku.

Nie sam tylko Gucio słuchał natchnionego śpiewaka. Wcałej wiosce zapanowała cisza uroczysta: żaby przerwałyswoje pacierze i wstrzymywały oddech, ćmy i motyle przestały latać, ucichły szelesty kwiatów, szum drzew; nawetdrobne robaczki, suwające po ziemi z cichym szmerem, zdawały się także słuchać.

Wtem pieśń urwała się tak nagle, jak gdyby jakaś strunapęknięta zepsuła cały instrument; słychać tylko było w zaroślach jakby trzepotanie skrzydeł, jakby szamotanie się rozpaczliwe, a potem ucichło wszystko...

Gucia zdjęła niewytłumaczona obawa o śpiewaka. Co tobyło? Co mu takiego stać się mogło? Dlaczego nie dokończyłkoncertu? Wstrzymywał więc oddech i czekał, czy czarującedźwięki nie odezwą się jeszcze. Czekali i inni słuchacze: robaczki, motyle, żaby, kwiaty i drzewa, ale głucha cisza panowała w ogrodzie; więc po chwili wszystko wróciło do poprzednich zatrudnień i różne szumy, szelesty i szmery napełniły znowu powietrze. Gucio stał jeszcze czas jakiś zamyślony na swoim balkonie, czyniąc przeróżne domysły i przypuszczenia, i z ciężkim sercem wrócił do liliowego pałacu.

Zmęczony przygodami i wzruszeniami, odurzony cudowną wonią kwiatu zasnął twardo i przyśniło mu się wszystko, co kochał i utracił; stary, poczciwy dom rodzinny, całyobrośnięty dzikim winem, z zawieszonym nad drzwiamiwchodowymi obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, malowanym na blasze; lipy stojące przed gankiem i akacje; mateczka, ojciec, Helusia, dziadek, panna Anna, siwy konikokryty czaprakiem, ulubiony pies Burek. Widział ich wszystkich we śnie, cieszył się z nimi i mieli się już nigdy nierozłączać.

Ale wszystko na świecie musi mieć swój koniec, więci sen Gucia nie mógł trwać wiecznie. Gdy się przebudził, niemógł od razu pojąć ani gdzie jest, ani co się z nim stało;chwila upłynęła, zanim zdał sobie sprawę ze swego położenia. Z ciężkim westchnieniem zabrał się do pacierza, polecając Bogu swój los i prosząc go o skrócenie pokuty.

W powietrzu był miły, orzeźwiający chłód. Słońce tylkoco wstało i poszło zaglądać do chat wieśniaczych, jakby wołając na ludzi, że czas już iść do roboty. Skrzydlata ptakóworkiestra śpiewała hymn tak wesoło i hałaśliwie, jak gdybychóry chciały się wzajemnie przekrzyczeć i kłóciły się o to,które wprzód będą usłyszane w niebie. Wnętrze liliowegopałacu, ozłocone promieniami słońca, jaśniało królewskimprzepychem, a krople rosy tu i ówdzie błyszczały na płatkach niby diamenty na białym atłasie.

Gucio z zachwytem przypatrywał się tym ścianom atłasowym. Było ich aż sześć: rozłożone u góry niby kartki wachlarza schodziły się z sobą u dołu w jedną całość, a wzdłużkażdej szedł wąski złoty pasek. Co go najwięcej dziwiło, toklomb dziwaczny, znajdujący się w tej wonnej komnacie: wsamym środku stała wysoka, bladozielona kolumna, zakończona u góry trzema żebrami rozszerzonymi na samymwierzchu, a żebra te pokryte były drobnymi brodawkamipowleczonymi lepką cieczą. Naokoło kolumny wznosiło sięsześć niższych od niej cienkich nitek, czyli pręcików, a nakażdym u samego wierzchołka wisiał długi podwójny woreczek jakby przeszyty przez środek. Woreczki miały ciemnożółtą barwę, a przyczepione tylko środkiem do pręcików,chwiały się za każdym silniejszym wiatru powiewem.

Gucio przyglądał się temu klombikowi, tym pręcikom,a najwięcej tym żółtym woreczkom, ciekawy, co też one zawierać w sobie mogą — gdy leciuchny szmer zwrócił jegouwagę. Do komnaty zajrzała ciekawie mała ciemnobrunatnamuszka i zobaczywszy Gucia, zawahała się, jakby się namyślając, czy wejść dalej, czy nie wejść.

„Mówił mi wczoraj kret czy wróbelek, że każdestworzenie pracuje dla ogólnego dobra — pomyślał — głupstwo! Ciekawa rzecz, do jakiej też roboty może być zdatnata oto jejmościanka. Próżnuje to pewnie cały boży dzieńi tylko patrzy, gdzie jest co do zjedzenia albo też wygrzewasię na słońcu”.

Chwilę tak patrzyli na siebie, ona na niego, a on na nią.On dziwił się szczególnie jej dużym, zajmującym prawiecałą głowę oczom, złożonym z niezliczonej ilości małychsześciennych oczek, a najwięcej trzem małym dodatkowymoczom umieszczonym na czole i rożkom pokrytym pierzastąszczeciną. Nie wiedział jeszcze, biedak, że zupełnie tak samowygląda! Nareszcie jejmościanka osądziwszy snadź, że niema potrzeby wcale na niego zważać, weszła do środka, nieprzeprosiwszy nawet za natręctwo. Dokoła klombu błyszczało coś jakby wilgoć. Muszka zaczęła żwawo chodzić naokołoi wypijać tę wilgoć swoją misterną, delikatną trąbką. Chodząc, potrącała pręciki i, o dziwy! Gucio zobaczył, że owepodwójne woreczki pękały na zeszyciu przez środek i każdapołowa odwróciła się na lewą stronę, przy czym obficie wysypywał się żółtopomarańczowy proszek. Klomb był całypokryty tym proszkiem, a muszka podobna do młynarzamielącego żółtą mąkę. Gucio nie mógł już dłużej wytrzymaćw roli obojętnego widza.

— Moja panno, co to wszystko znaczy? — odezwał sięostro, wskazując łapką na rozsypany proszek — po co tu weszłaś i dlaczego narobiłaś tyle nieporządku?

Muszka odwróciła się żywo i zmierzyła go od stóp dogłów swymi bystrymi oczami.

— Aa! Pokutujący człowiek! — rzekła nareszcie — niespostrzegłam tego od razu, boś czerwonej czapeczki na głowie nie miał. Cóż to pan dobrodziej przeskrobał?

Gdyby Gucio nie był w tej chwili muchą, ale chłopczykiem, to by groźnie brwi zmarszczył; ale, niestety, nie mógłtego uczynić, musiał więc poprzestać na powiedzeniu sobie,że nie warto zważać na „baby”, choć zły był okropnie. Podniósł czapeczkę, która mu była spadła podczas snu, i kładącją na głowę, odpowiedział głosem na pozór obojętnym:

— Moja panienko, mężczyźni nie lubią babom zwierzać się ze swoich tajemnic, nie żądaj więc ode mnie odpowiedzi na swoje pytanie, bo musiałbym być dla ciebie niegrzeczny. Spodziewam się jednak, że będziesz łaskawa wytłumaczyć mi, dlaczegoś tu przyszła i naśmieciła?

— Dlatego, żeby kwiat miał nasienie — odpowiedziała.

— Co? Co? Nie rozumiem panny!

— Słuchajże mnie z uwagą. Najważniejszą częścią każdego kwiatu jest to — i to.

Tu wskazała umączoną łapką na wierzchołek kolumny,okryty teraz grubo żółtym proszkiem, i na pręciki z woreczkami.

— Pod wierzchem tej kolumny — mówiła — jestotwór głęboki, sięgający aż do samego dołu, gdzie ukryte sązalążki nasionek, i to wszystko razem nazywają ludzie słupkiem. Żeby jednakże z zalążków wytworzyły się nasiona,trzeba je zasilić tym żółtym pyłkiem, który się znajduje wworeczkach. Kwiat tego sam zrobić nie może, potrzebujepomocy i tę dajemy mu my, owady. Wytrząsamy z woreczków pyłek, a on przeciska się między brodawkami, spada dośrodka słupka i zasila zalążki.

Gucio słuchając tego kiwał głową z niedowierzaniem.

— Bywają kwiaty niemające wcale pręcików, tylkosame słupki, i inne, które znów słupków nie mają, tylko pręciki. W takich nasiona nie zawiązałyby się nigdy, gdybyusłużne owady nie latały po całych dniach z kwiatka nakwiatek i nie znosiły na łapkach i skrzydłach każdemu tego,co mu jest potrzebne. Bez nasion nie ma owoców: gdybynie my i nie wiatr, co nam często w tej pracy pomaga, ty,chłopczyku, nie jadłbyś nigdy owoców. Jesteśmy bożą czeladką i jak widzisz, odrabiamy ważną robotę z rozkazu Panaświata.

Gucio ciągle kiwał głową z niedowierzaniem: brzmiałoto jak bajka z Tysiąca nocy, bo czytał był tę książkę. Czypodobna, żeby takie małe, nędzne stworzenia miały takdużo znaczyć w życiu świata? Muszka sobie chyba z niegożartuje.

Pomyślawszy chwilę, rzekł nareszcie:

— Wróbel mi mówił, że owady tępić trzeba jako szkodliwe rolnictwu, a panna nazywasz je bożą czeladką. Któreżz was mówi prawdę?

— Jedno i drugie. Owady rozmnażają się z niesłychanąszybkością, znosząc rocznie setki tysięcy jajeczek; gdyby ichptaki nie tępiły, to w krótkim czasie one jedne zapanowałyby nad światem. Niezmordowani ci robotnicy tak daleko posunęliby swą pracę, że nic by się nie ostało przed ich nienasyconym obżarstwem. Żadne stworzenie nie istnieje bezcelu, ale w stosunku ich do siebie musi być zachowana równowaga.

— Dziwna rzecz, że panna, przybywszy tu dla pracy,pomyślałaś jednak najprzód o jedzeniu — przerwał Gucio,który dotąd nie pozbył się jeszcze swej podejrzliwościwzględem gościa.

— Nie zapieram się tego. Bóg tak urządził, żeby pracawykonywana przez nas łączyła się ściśle z naszym własnyminteresem. Otrząsamy pyłki, szukając w kielichach kwiatówpożywienia dla siebie. Najczynniejsze w tej robocie sąpszczoły, chociaż moim zdaniem one zanadto się poświęcają. Słodycz znajdowaną w kwiatach noszą one do ula i gromadzą dla ludzi, którzy wprawdzie miód chętnie jedzą, alepracy pszczół i trudu nawet w setnej części nie oceniają tak,jak na to zasługuje.

— Więc to jest słodkie? — zapytał Gucio, który nagleuczuł silny głód, wskazując łapką na wilgoć błyszczącą dokoła klombu.

— Jak miód, spróbuj tylko.

Gucio spróbował, a spróbowawszy, połykał z chciwością wonny nektar.

— Żegnam pana, pokutujący człowieku — rzekła muszka, dygając uprzejmie. — W dalszej podróży spotkasz siępewnie z księżniczką Joasią, która pokutuje tak samo jak ty,za złe obchodzenie się ze służącymi. Bardzo jednak spuściłaz tonu od czasu, jak służy u królowej pszczół za popychadło. Jej królewska mość jest wielce surowa i wymagająca.

— Po czymże księżniczkę Joasię można poznać? —spytał Gucio.

— Nosi złocistą spódniczkę. Bądź zdrów. Smacznegoapetytu.

VII. Czarni rycerze

Wczoraj jeszcze Gucio potrafił zjeść na podwieczorek całego kurczaka, a dziś odrobina słodyczy wystarczyła mu na pierwsze śniadanie. Skończywszy posiłek, wyszedł zobaczyć,co się dzieje na dworze.

Kształt balkonu, z którego wczoraj przy świetle księżyca słuchał koncertu, zmienił się nieco przez noc. Lilia jeszcze więcej rozkwitła, a płatki jej wywinięte na zewnątrzi połączone z sobą tworzyły z jednej strony kwiatu długi zębaty ganek, po którym można było swobodnie spacerować.Gucia wszystko dziwiło i zajmowało. Co chwila odkrywałcoś nowego, a on zawsze za nowościami przepadał. Na jednym ze śnieżnych płatków kilka kropli rosy zebranych razem tworzyło malutką sadzawkę. Gucio, który dziś jeszczenie myślał o odświeżeniu toalety, skorzystał z tego, żeby sięwykąpać. Pierwszy to raz, od chwili gdy został zaczarowany,ujrzał swój obraz odbity w wodzie: miał on takie same oczy,złożone z mnóstwa małych sześciennych oczek, jak owa muszka, z którą tylko co się pożegnał, a które go tak dziwiły;miał takie same trzy dodatkowe oczka na czole i takie sameróżki.

— Pięknie wyglądam, ani słowa — rzekł do siebiei westchnął.

Zanurzył się kilka razy z rozkoszą i wyskoczył, a otrząsnąwszy skrzydełka z wody, przeszedł na stronę ganku wystawioną więcej na słońce, żeby się wysuszyć.

Tutaj uderzył go niespodziewany widok. Pod krzakiemróży, na ścieżce, leżał martwy artysta, którego śpiewu wczoraj w uroczystym milczeniu słuchała cała wioska. Oczyzamknięte, piórka poszarpane pod gardłem, krwawa rana napiersiach i nóżki kurczowo zgięte pokazywały, że biednyśpiewak zginął gwałtowną śmiercią... Nieco dalej na ścieżceleżało trochę piór wyrwanych ze skrzydeł, a tuż przy nich,na wilgotnym piasku, odciśnięte były wyraźnie ślady pazurów kota. Wszystko wskazywało, że napad był nagły, niespodziany i że zabójca jakimś szelestem spłoszony uciekł, zostawiając swoją ofiarę.

— A, zbrodniarz! — zawołał Gucio, przejęty zgrozą —gdybym mógł, zastrzeliłbym go bez litości! Biedny, biednyartysta, tak cudownie wczoraj śpiewał i nie przeczuwał pewnie, że to jego ostatni koncert. Jak ja mogłem spokojnie spaćw nocy, gdy blisko mnie działy się takie straszne rzeczy!

Chciał zbliżyć się do zabitego, ale zauważył, że jegozwłok pilnują dwa owady z bardzo podejrzanymi minami,i to go wstrzymało.

Odziane czarnymi pancerzami, z dwiema żółtoczerwonawymi pręgami na skrzydłach wyglądały jak żałobnicy,a trójkątne hełmy na głowach i ostrogi przy tylnych nogachzdawały się mówić, że te mundury zostały przywdziane dlaoddania honorów wojskowych nieboszczykowi. Co jednakGucia najwięcej uderzało w tym stroju to duże rogi, jakimibyły hełmy opatrzone. Z całej tych rycerzy postaci milczącej, ponurej zdawało się, że to chyba piekło ich przysłało poduszę śpiewaka. Ale co taki poczciwy ptaszek, który rozweselał i cieszył ludzi zmęczonych pracą i nie tylko ludzi, bowszystkie stworzenia, mógł zgrzeszyć?

Jak stolarz obchodzi dokoła ciało nieboszczyka, kiedybierze miarę na trumnę, tak obaj czarni rycerze krążyli dokoła zwłok nieszczęśliwego śpiewaka; po czym stanęli, kilkakrotnie dotknęli się rogami swoich hełmów, jakby dając sobie jakieś znaki tajemnicze, i jeden się oddalił, a drugi pozostał na straży.

„Ciekawy jestem, czego oni chcą?” — pytał sam siebieGucio i czekał, co dalej będzie.

Niedługo czekał. Z górnych warstw powietrza doleciałgo głuchy szmer, szmer szczególny, zagadkowy, nigdy jeszczedotąd niesłyszany, który stawał się coraz wyraźniejszy, i jednocześnie rozeszła się silna woń piżma. Zaciekawiony, kto teżsię tak uperfumował, spojrzał w górę i zobaczył lecący całyoddział czarnych rycerzy; wiódł ich prawdopodobnie tensam owad, który się stąd niedawno oddalił. Oddział składałsię z kilkunastu.

Stanąwszy na ziemi, wszyscy zaczęli wspólnymi siłamiściągać zwłoki śpiewaka ze ścieżki, gdzie było pełno ostrychżwirowatych kamyczków, na piasek, pod krzak lilii, na którym siedział Gucio.

— Moi panowie, co chcecie zrobić z tym biednym ptaszkiem? — odezwał się Gucio, przemógłszy swoją niechęćdo czarnych postaci. — Nie róbcie mu nic złego, bardzo waso to proszę!

— Człowiek pokutujący! Człowiek pokutujący! —szeptali pomiędzy sobą rycerze, oglądając się na niego, a jeden, wyglądający na starszego od innych, odpowiedział:

— Bądź spokojny, chłopczyku, nie mamy żadnychzłych zamiarów, chcemy tylko zamordowanego ptaszka pochować.

Gucio niezmiernie się zdziwił.

— Przepraszam bardzo za moją ciekawość — odezwałsię znowu — ale... dlaczego panowie bierzecie się do tego?Czy grzebanie umarłych jest zwykłym waszym zatrudnieniem?

— Tak, chłopczyku. Jesteśmy grabarzami wszystkichnieżywych stworzeń małego rozmiaru, jak na przykład ptaków, myszy, susłów, chomików i wielu innych. Groby, którekopiemy, są zarazem kolebkami naszych dzieci; składamybowiem jajka w martwe ciało, żeby wylęgnięte z nich potomstwo znalazło zaraz gotowy pokarm pod ręką. Bóg chce,abyśmy z pracy, jaką podejmujemy dla świata, i dla siebieteż wyciągali jakąś korzyść. Innej zapłaty za robotę nie bierzemy.

— Nie rozumiem, co świat na tym korzysta — wtrąciłGucio.

— Czyż nie zgadujesz tego, chłopczyku? Gdyby nie my,wszystkie nieżywe zwierzątka rozkładałyby się i zatruwałypowietrze, a zarazem w krótkim czasie zdziesiątkowałybyludność.

— A jeżeli padnie koń albo krowa, to kto się zajmujeich pogrzebem?

— Nasi krewni, nazywający się grobowcami i kąsawcami; ale oni nie grzebią umarłych tak jak my, tylko ich pożerają, i to nie prędzej, aż ciało zacznie się rozkładać. Jeżelirozkład nie dość prędko następuje, grobowce wydają z siebie ciecz brunatną i cuchnącą, prawdziwy napój śmierci,pod wpływem którego ciało prędzej gnije.

Gucio się cały wstrząsnął, zgroza go przejmowała.

— Wgryzają się one pod skórę zwierzęcia — mówiłgrobarz dalej — i w krótkim czasie tak dokładnie wszystkowyjadają, że nie zostaje ani kosteczka. Załatwiają się one znajwiększymi zwierzętami prędzej niż psy i wilki. Wy, ludziepokutujący, dziwicie się wszystkiemu. Niedawno na pogrzebie małej myszki, która przez łakomstwo wpadła w pułapkę,musiałem opowiedzieć to samo pewnej małej księżniczce,która za złe obchodzenie się ze służącymi musi teraz służyću królowej pszczół za popychadło. A ty, chłopczyku, za copokutujesz?

Gucio, którego w najgorszy humor wprowadzały pytania dotyczące tego drażliwego przedmiotu, udał, że nie słyszy.

— Bądź pan łaskaw powiedzieć mi jeszcze, kto was zawiadamia o śmierci zwierzątek? Czy rodzina i przyjacielezmarłych?

— Nasz własny węch: z daleka czujemy śmierć. Aledość tej gawędki! Towarzysze, do roboty!

Jakby na komendę cały oddział, pochyliwszy się, zacząłsię wciskać łapkami pod ciało ptaszka, kopiąc jednocześnieprzednimi nogami ziemię z nadzwyczajną szybkościąi odrzucając ją na bok tylnymi. Gucio podziwiał te nogi silne, opatrzone haczykami, doskonale zastępującymi łopaty.Zwłoki śpiewaka zagłębiały się w ziemię coraz więcej i więcej; a gdy się zupełnie schowały, czarni rycerze zaczęli wyprawiać na nich szalone skoki, istny taniec czarownic, poczym zasypali je ziemią, tworząc mały wzgórek, udeptalii odeszli. Nie pozostał najmniejszy ślad krwawego dramatu,jaki się tu w nocy odegrał, tylko kilka piór leżących na ścieżce zostało jako jedyna po wielkim artyście pamiątka, a i teza chwilę wiatr rozwieje.

Biedny śpiewak! Niechaj mu ziemia lekką będzie...

VIII. Gucio odpoczywau tkacza pustelnika

Gdy grobarze po skończonym pogrzebie odeszli, Guciowstrząśnięty głęboko widokiem, jaki miał niedawno przedoczyma, pozostał z niewesołymi myślami o śmierci i znikomości życia, o biednym śpiewaku śpiącym teraz cicho wmogile i zapytywał sam siebie, czy istotnie oprócz kilku piórek na ścieżce nic więcej po nim nie pozostało? O nie! Ktosłuchał jego pieśni natchnionych, ten nie zapomni wrażenia,jakiego doznał, i zachowa w sercu życzliwe o nim wspomnienie. On sam czuł to po sobie.

Tu zaczął się zastanawiać, co by też to było, gdyby onumarł. Mateczka rozchorowałaby się ze zmartwienia, siostrzyczka i ojciec płakaliby bardzo, nawet słudzy żałowalibygo, bo szczerze lubili panicza. Ale po pogrzebie każdy by sobie pomyślał: „ten chłopiec tak martwił rodziców swoimlenistwem, że lepiej, iż go Bóg zabrał. Świat i tak nie miałbyz niego żadnego pożytku”.

Zapłakał nad sobą.

Ale trudno jest wytrwać długo w myślach posępnych,gdy słońce świeci jasno, niebo jest pogodne, a usposobienie pokutnika z natury żywe. Toteż Gucio otrząsnął sięprędko z przykrych wrażeń. Przypomniała mu się owa księżniczka Joasia, o której mówili mu wszyscy, wróbelek,muszka i grobarz. Ciekawy był ją poznać i dowiedzieć sięod niej samej o jej losach. Gdyby wiedział, gdzie jej szukać,poszedłby prosto do niej. Ona tam pewnie biedaczka bardzo jest nieszczęśliwa, nieszczęśliwsza jeszcze od niego.On przynajmniej jest swobodny, robi co chce; a ją pewniepszczoły pędzą do pracy od rana do nocy, dokuczają, łają, kolą żądłami i może nawet jeść nie dają. Biedna, biednaksiężniczka! Może ona potrzebuje opieki i pomocy mężczyzny, może oczekuje wybawiciela!

Gucio czytał i słyszał nieraz o królewiczach wybawiających zaklęte księżniczki; czemu więc nie miałby jej wybawić albo przynajmniej los jej złagodzić? Nie był wprawdziekrólewiczem, ale miał serce tkliwe na niedolę bliźniegoi duży zapas rycerskiego zapału. Jak ją wybawić, nie wiedziałi nawet nie próbował łamać nad tym sobie głowy. Alboż ówrybak z baśni czarodziejskiej, co złowił rybkę złotą, albo ówpasterz, co szedł na koniec świata dla odszukania jabłoni rodzącej złote jabłka, widzieli, jak zdobyć swoje skarby? Czysię choć trochę namyślali? Gdzie tam! Szli w drogę śmiałoi pokonawszy tysiączne przeszkody i niebezpieczeństwa zpomocą bożą, zawsze dochodzili do celu. O tym, że dla małego owadka każde przedsięwzięcie musi być trudniejsze,niż było dla rybaka i pasterza — oraz że wybawiciel sam potrzebował wybawienia — rycerski nasz bohater nawet niepomyślał. W drogę więc, w drogę! Pasieka mieści się w części ogrodu stykającej się z lasem. Gdyby zbłądził, to przecieżspotka w podróży kogoś, co mu wskaże, w którą udać sięstronę.

Widząc, jak ptaszki bujały, to wznosząc się, to opuszczając z pełną wdzięku swobodą, zapragnął odbyć podróż naskrzydłach i wzbił się w powietrze, kierując się ku lasowi.Już się trochę oswoił ze swym przyrządem do latania i nauczył sterować, zapatrując się na inne owady. Jak rybka pływająca ponad dnem rzeczki wysłanym kamyczkami i porostami, tak on unosił się nad kwiatami i krzakami, nad miejscami, które wczoraj jeszcze przebiegał jako chłopczyk. Poznawał ścieżki, drzewa, gąszcze, tylko dziwna rzecz, niemógł zgadnąć, w której stronie jest dwór. Ilekroć mu sięzdawało, że trafiła na ślad, zawsze zbłądził. Nie mogąc widzieć nikogo ze swych ukochanych, pragnął z daleka chociaż spojrzeć na dom, w którym żyli. Zdawało mu się, żegdyby się przekonał, że dom stoi na miejscu tak jak dawniej,byłoby mu lżej. Ale widać Bóg chciał go ukarać, bo odmówiłmu tej pociechy.

Długo tak bujał, kąpiąc się z rozkoszą w cieple promienisłońca. Jazda powietrzna sprawiała mu więcej przyjemnościniż niegdyś bujanie na huśtawce, która to zabawa była muulubioną.

Ale po półgodzinnej podróży spostrzegł, że jakoś niezbliża się do celu. Ogród się w dwójnasób powiększył, żeani sposób się z niego wydostać; lasu ani widać, a skrzydełkajuż się zmęczyły i chcąc nie chcąc trzeba popasać.

Zniechęcony usiadł pod drzewem na liściu łopianu,przemyśliwając, kogo by o dalszą drogę spytać, gdy nagleujrzał z najniższej gałęzi drzewa spuszczającego się pająka.

Ciało jego okrągławe, ciemne, upstrzone było białymikropkami ułożonymi na grzbiecie w kształt krzyża — a głowa zrośnięta cienką szyjką z gorsetem, opatrzona była czterema parami nóg przytwierdzonych do piersi. Lina, na którejwisiał, przymocowana do gałęzi, przedłużała się tak szybko,jak gdyby pająk z kłębka ją odwijał. Nie było tam jednakżeżadnego kłębka, ale coś ciekawszego, więcej zadziwiającego:pająk miał na końcu ciała kilka drobnych gruczołków, z których sączyła się jakaś lepka materia i w mgnieniu oka tężałana cieniutkie, ledwie dające się dojrzeć włókienka. Pająk, zapomocą nóg opatrzonych na końcach małymi grzebyczkami,zlepiał te włókienka w jedną niteczkę niby biegła prządkasnująca swoją przędzę. Nitka ta przedłużająca się ciągle,a więcej jeszcze pyszczek zwierzątka zakończony ostrymiszponami i osiem okropnych oczu patrzących uporczywie wnaszego podróżnego napełniły go niemałą obawą i gdyby nieciekawość przykuwająca go do miejsca uciekłby niezawodnie.

Gdy już dzieliła ich mała tylko odległość, pająk wyciągnął ku niemu jedną z przednich łap, opatrzoną mocnym, ostro zakończonym haczykiem, i zrobił taki ruch, jakby sięgotował do skoku. Gucio zerwał się, zatoczył krąg w powietrzu i usiadł na drugim liściu, a pająk cofnął się, mruknąwszyz niezadowoleniem:

— Do licha! Myślałem, że to zwyczajna mucha, a toczłowiek pokutujący: i śniadanie przepadło! Czego tuchcesz, chłopcze? Czy masz do mnie jaki interes? Może sięchcesz nauczyć robić siatkę?

— O nie — odpowiedział Gucio, patrząc nań z nieukrywanym wstrętem — idę do królestwa pszczół i zabłądziłem. Czy pan nie mógłby mi wskazać drogi?

— I owszem. Idź prosto przed siebie, a potem weź sięna prawo: zobaczysz tam duże miasto, które ludzie nazywająpasieką. Domy w nim wysokie a wąskie, podobne do wież zdachami spadzistymi. Była tu u mnie stamtąd przed godzinąksiężniczka Joasia, która służy u królowej za popychadło,i płakała bardzo z tęsknoty za matką.

— Płakała? — pochwycił Gucio ze współczuciem —biedna! Ja idę właśnie do niej. Bądź pan zdrów.

— Zaczekajże — wołał pająk — nie spiesz się tak bardzo, bo i tak nie zastaniesz jej teraz. Królowa wysłała ją pojakiś osobliwy pyłek z kwiatów wodnych, a to jest daleko.Będziesz miał jeszcze dosyć czasu. Chodź, zobaczysz tymczasem moją siatkę!

Gucio zgodził się, acz niechętnie, na obejrzenie warsztatu pająka. Bądź co bądź była to rzecz ciekawa i warta widzenia. Siatka rozpościerała się pomiędzy dwiema gałęziami,w kształcie koła, w którym nitki promieniste rozchodziły sięw równych odstępach od środka. Gucio podziwiał doskonale zachowane wymiary i nieporównaną sztukę w urządzaniutkanki.

— Bardzo to piękny i delikatny wyrób — powiedziałnareszcie — ale szkoda, że nie przyda się nikomu na nic,chyba tylko dla pana samego jako sidła do łapania tych biednych muszek, które tu widzę uwikłane i już nieżywe. Cóż ztego, że wiedziesz żywot pracowity, kiedy dla nikogo więcejnieużyteczny. Czy nie byłoby lepiej, żebyś sobie próżnował?

— Mylisz się, chłopcze. Pajęczyna zmieszana z chlebem od wieków używana jest do tamowania krwi. Ale nie na tym koniec: próbowano z niej wyrabiać pończochy i rękawiczki, a Ludwik XVI, król Francji, kazał z niej nawet dlasiebie utkać suknię. Wprawdzie rzucił ją wkrótce, narzekając,że się prędko podarła, ale to tylko dlatego, że nie wynaleziono jeszcze sposobu nadania pajęczynie trwałości. Kiedyś toprzyjdzie. My tymczasem nie ustajemy w pracy i czekamycierpliwie. Ty, chłopcze, jesteś czymś więcej ode mnie, bojako człowiek masz pod ręką tysiące sposobów stania sięużytecznym, a czy w swym życiu zrobiłeś coś lepszego odpajęczyny?

Gucio nie znalazł na razie odpowiedzi: mocno pomieszany pożegnał pająka i spiesznie się oddalił.

Na zakręcie ścieżki ukazał się stary ogrodnik Maciej wswoim wielkim słomianym kapeluszu z obszarpanymi brzegami i w granatowym płóciennym spencerku, spod któregowyglądała koszula. Co dzień regularnie o tej porze poczciwystaruszek szedł do stawu, nabierał mętnej wody w blaszanąkonewkę i podlewał kwiaty i krzewy delikatniejsze. Guciona widok swego dobrego przyjaciela zerwał się i poleciał kuniemu.

— Dobry, kochany Macieju — wołał, krążąc koło jegokapelusza — ty mnie poznasz, ty odgadniesz w małej muszceswojego panicza i powiesz mi, czy w domu wszyscy zdrowii czy się bardzo martwią, żem im zginął?

Maciej przystanął na chwilę, postawił konewkę na ziemi, zdjął kapelusz i jął się nim od natrętnej muchy opędzać,co brzęcząc głośno, latała mu ciągle koło ucha.

— A to ci uparte stworzenie! — rzekł nareszcie zniecierpliwiony i otworzywszy swoją żylastą dłoń tak nią machnął w powietrzu, że o mało nie zabił panicza.

Gucio z boleścią uciekł.

— Nie poznał mnie — mówił do siebie z płaczem —nie poznał, a ja go tak kochałem!...

I spoglądając wzrokiem pełnym wyrzutu za ogrodnikiem, który krok za krokiem postępując, podlewał dalejkwiaty, czuł do niego żal głęboki, że z takim spokojem wypełniał swoje codzienne zatrudnienie, zamiast się troskaćo panicza, zamiast go szukać i wołać na wszystkie strony.

„Gdyby Helusia zginęła, to by jej szukał — myślał,czując że brzydkie uczucie zazdrości ściska mu serce. —Ona go nauczyła czytać...”

Gorzko mu było w sercu i gorzko w ustach; widokwody spadającej rzęsistym deszczem na kwiaty z koneweczki obudził w nim pragnienie. W powojach błękitnych rosnących nad brzegami trawników pełno było tego deszczu.Gucio usiadł na jednym kwiatku, ale zaledwie zajrzał do kielicha, odeszła go wszelka ochota do picia.

W wodzie roiły się miliony istot potwornych, do wężypodobnych; u wielu z nich drobniutkie włoski, niby kolcepokrywające jeża, zastępowały płetwy rybie przy odbywaniuruchów. Węże te wiły się z niesłychaną szybkością, uganiałyza mniejszymi od siebie istotkami kształtu kulistego i staczały z nimi walki tak zacięte, że trudno było odróżnić napastnika od napastowanego. Walki kończyły się pożeraniem.

— Kto by pomyślał, że w kropli wody mogą się dziaćtak straszne rzeczy! — mówił do siebie Gucio, który patrzyłna to ze zgrozą. Chciał się oddalić co prędzej, bo miękkiemiał serce, ale niezwykłość widowiska przykuwała go domiejsca.

Zwierzątka były różnej wielkości i kształtów tak niezwyczajnych i dziwacznych, że nie tylko spotkać, ale wymyślić coś podobnego byłoby trudno. Jedno zwłaszcza, całe zielone z czerwonym oczkiem na przodzie ciała, zmieniało bezustannie swoją postać, to kurcząc się, to rozszerzając.Inne znów nadmiernie szerokie, z głową pokrytą włosami,podobne były do ryb, inne do woreczków i roślin mającychpączki kwiatowe — a inne jeszcze wyrzucały z siebie kuleczki, które zrazu nieruchomo pływające po pewnym czasie zaczynały się ruszać jak żywe. Były też tam zwierzątka podobne do dzbanuszków, do cieniutkich niteczek i Bóg wie doczego!

Panna Anna mówiła nieraz Guciowi, że kropla wody madużo mieszkańców i że niektórym z nich, większym, przyjrzeć się można przez mikroskop — narzędzie przeznaczonedo badania niewidzialnych gołym okiem drobiazgów — ale,naturalnie, puszczał to mimo uszu, jak wszystko, co miałojakąkolwiek styczność z nauką. Teraz jednak, gdy oczy muchy zastępowały mu najdoskonalszy mikroskop, gdy zobaczył to, czego oko ludzkie nie może dostrzec bez pomocynarzędzi, zrozumiał, że nauka jest potrzebna do poznania cudów tego świata i że bez niej człowiek chodzi po ziemi jakby na pół ślepy.

Poznawać wielkie dzieła ręki bożej, wiedzieć, jak drzewo rośnie i skąd kwiat bierze swoją barwę; wiedzieć, jakżyją zwierzęta, jak gwiazdki chodzą po niebie i dlaczego razsię pokazują, drugi raz znów chowają; jednym słowem wiedzieć dużo, jak najwięcej — co za rozkosz! Człowiek wtedyna rośliny, na zwierzęta, na gwiazdy patrzy jak na swoich dobrych znajomych, co nie mają przed nim tajemnic. Guciopojął teraz, że nie znał nic i nikogo; wszystko dla niego byłoobce, a rozumu uczył się dopiero od zwierząt i robaków, naktóre dawniej patrzył z pogardą lub deptał nogą, nie wiedzącnawet o tym. Co za upokorzenie!

IX. Gucio ocala zaklętą księżniczkę

„Może znajdę gdzie w cieniu drzew kilka kropli czystej rosy, których słońce jeszcze nie wysuszyło — myślałGucio, przelatując nad kwiatami, zaglądając do kielichówi pomiędzy listeczki. — Zresztą, komu w drogę, temu czas!”

W powietrzu tymczasem zrobiło się duszno i parno; naniebie zaczęły się w różnych punktach ukazywać małe, szarechmurki i biegać jedna za drugą, jakby się goniły; nareszciezbiwszy się w jedną wielką gromadę przybrały barwę ołowianą. Ptaki i owady latały przy ziemi niespokojnie i uciekały do gniazd. Grube, pojedyncze krople zaczęły padać, potem błysnęło, rozległ się grzmot i rzęsista spadła ulewa. Gucio, zawsze roztrzepany, nie widział stopniowego gromadzenia się chmur i dopiero, gdy ciemno się zrobiło, gdy zaczęłogrzmieć i błyskać, zobaczył, że burza nadchodzi. Zaskoczyłogo to zupełnie niespodzianie o kilkadziesiąt kroków od strumienia płynącego dołem ogrodu. Przemokły, drżący, schował się między gałązki kaliny i uczepiwszy się mocno nóżkami jednego liścia, czekał, co dalej będzie.

Ogród rozpościerał się na wzgórzu i spuszczał coraz niżej do strumienia. Wskutek tego położenia górna połowaogrodu obsychała bardzo prędko, ale za to dolna w czasieniewielkiego nawet deszczu doświadczała prawdziwychklęsk powodzi. Strugi płynące z góry wyżłobiały w gładkiejścieżce rowy, doły, kanały; porywały żwir, liście, gałązki, słowem wszystko, cokolwiek spotkały na drodze, i niosły w dółdo strumienia, który wzbogacony takim przypływem wodystawał się szerszy najmniej o pół łokcia. Pan H. zawsze starałsię temu zaradzić, ale przy ważniejszych sprawach gospodarczych nie mógł sobie dotąd znaleźć czasu na tę drobnostkę.

Gucio przez szczeliny swego schronienia patrzył na tewodospady płynące z góry, na które, gdy był jeszcze człowiekiem, nie zwróciłby nawet uwagi, ale które w położeniu,w jakim się obecnie znajdował, wydawały mu się przestraszające. Bał się, żeby woda nie podkopała krzaka lub niewyrwała go z korzeniem. Do tego wprawdzie nie przyszło,ale stało się coś innego, czego Gucio wcale nie przewidywał.Zerwał się silny wiatr i tak gwałtownie szamotał gałęziami,że z drzew odrywały się liście i latały w powietrzu jak ptakilub padały na ziemię, a porywane prądem wody płynęły wdół do strumienia.

Gucio ani się spostrzegł, jak liść, do którego się przyczepił, popłynął wraz z innymi. Przeskakiwał on nieraz przezten strumyczek nie zamaczawszy nóg nawet — a dzisiaj wydawał mu się olbrzymią rzeką, której wzburzone fale mogływ każdej chwili zatopić jego wątłą łódkę. Hałas potokówwpadających do tej rzeki, trzask gałęzi, szum wiatru, grzmoty i błyskawice, wszystko to przerażało go i ogłuszało. Zacząłpo cichu odmawiać psalm Kto się w opiekę i zaledwie goskończył, wiatr przycichł, a przez chmury przedarł się promyk słońca i rozpędził czarne pokrywające błękit zasłony.Deszcz przestał też padać, a przez sam środek nieba rozpostarła się wspaniała siedmiobarwna wstęga tęczy.

Bałwany na strumieniu uspokoiły się także, a zielonałódka Gucia, posuwająca się ciągle z biegiem prądu, nie potrzebowała już obawiać się zatonięcia. Dokoła niej płynęłynieżywe owady, drobne gałązki, liście wierzbiny i kasztanówi kawałeczki słomy. Gucio wyciągnął łapkę i pochwycił jedną słomkę cienką jak nitka, ale twardą, chcąc użyć jej zamiast wiosła. Próba udała się: łódka zrobiła obrót w prawo,obrót w lewo, a potem posłuszna woli żeglarza płynęła środkiem strumyka, mijając od czasu do czasu całe gromady liścizbitych w jedną ławicę lub większe kawałki drzewa, z którymi spotkanie mogło jej grozić zatopieniem lub rozbiciem.

Żabki zielone, które się były pochowały przed burzą,wychodziły jedna po drugiej na spacer, a ropuchy dążyły wstronę zagonów kapusty, której liście starannie z liszek zazwyczaj obierały; drobne rybki wychylały łepki z wodyi przypatrywały się Guciowi, towarzysząc jego łódce chwilami. Podróżny nasz przyglądał się wszystkiemu ciekawie,i rybkom, i porostom wodnym, i kamyczkom leżącym nadnie — bo wszystko to, a nawet jego łódka, wiosło i podróżwodna, były dla niego nowością.

Gdy on, pochłonięty cały przez nowe wrażenia, zapomniał zupełnie o minionym niedawno niebezpieczeństwie,jedna mała pszczółka porwana wodą walczyła o życie. Ilekroć nadpływał liść czy gałązka, wytężała wszystkie siły,żeby się do nich dostać, ale zanim zdążyła, mijały obok niej.Już ledwie poruszała nóżkami... Gucio, zobaczywszy jej rozpaczliwe wysilenia, skierował ku niej swoją łódkę i za pomocą wiosła, którego końca uchwyciła się konwulsyjnie, pomógł jej wejść na pokład. Ale zaledwie dotknęła go nóżkami,zemdlała z osłabienia i przestrachu.

Gucio przelękniony skakał dokoła niej, pragnąc ją ratować, a nie wiedział, jak się wziąć do tego, zwłaszcza że niemiał przy sobie ani wody kolońskiej, ani anodyn. Gdyby wiedział, gdzie mieszka doktor pszczelniczy, poleciałby po niego — ale gdzie go szukać? Niemało się biedny chłopiec natroskał, zanim odzyskała przytomność, i niemało nawyrzekałna „baby”, że od byle czego mdleją.

Otworzywszy oczy, pszczółka podziękowała w tkliwychwyrazach swemu wybawcy i zaczęła otrzepywać skrzydełkaz wody i suszyć je na słońcu, składając i rozkładając. Przytym przywracaniu toalety do porządku Gucio zobaczył złocistą spódniczkę, której poprzednio, przy wyciąganiupszczółki z wody, nie dostrzegł, bo była na wskroś przemoknięta.

— Czy ty nie jesteś czasem zaklętą księżniczką? — zapytał, wzruszony niespodzianym widokiem tej, której szukał.

— Zgadłeś — odpowiedziała — ale skąd to wiesz? Ktoci o mnie mówił? Ja się od razu domyśliłam, żeś ty człowiekpokutujący, jak tylko zobaczyłam twoją czapeczkę. Ale powiedz mi, jak się nazywasz i za co pokutujesz?

Gucio nie wiedział, na które pytanie ma wprzód odpowiedzieć, tyle ich było razem — ale zaczął od ostatniego, tojest od własnej historii. Szczęśliwy, że znalazł nareszcie kogoś, kto go po ludzku zrozumie, opowiedział wszystko, nicnie ukrywając — chociaż wyznanie kosztowało go trochę.W dziesięć minut księżniczka znała jego przygody tak dobrze jak on sam, tylko wiadomość o chęci wyswobodzeniajej z ula przyjęła z uśmiechem politowania.

— Dobry z ciebie chłopiec — powiedziała — alewiedz, że nikt na świecie nie zdoła wybawić ani mnie, aniciebie, oprócz wróżki. Ona jedna tylko może odwołać zaklęcie, a kiedy to zrobi, nikt nie wie. Od czasu jak mnie dotknęła swoją złotą laseczką, nie widziałam jej ani razu, a pokutamoja trwa już cały tydzień.

— Jakże to było? — pytał Gucio.

Księżniczka Joasia westchnęła.

— Moi rodzice są bardzo bogaci — rzekła po chwilimilczenia — mieszkają niedaleko stąd w pięknym pałacu,gdzie jest pełno obrazów, zwierciadeł, dywanów i marmurów. Mama kochała mnie bardzo i była ze mnie dumna,uczyłam się bowiem dobrze i moja nauczycielka wychwalałamnie zawsze. Nie było w tym jednak mojej zasługi, bo miałam doskonałą pamięć i dość mi było przeczytać coś paręrazy z uwagą, żeby móc prawie dosłownie powtórzyć. Pomimo to, oprócz mamy, nikt mnie w domu nie lubił, bo byłamkapryśna, popędliwa, a wady te mego charakteru najwięcejsię dawały uczuwać służącym, którymi pogardzałam, uważając ich zawsze za istoty niższe od siebie. Stara Marianna, która mnie wypiastowała, najwięcej ucierpiała. Nigdy w niczymnie mogła mi dogodzić: przy czesaniu krzyczałam zawszewniebogłosy, że mnie targa, aż mama przybiegała łajać ją zanieostrożność. A co miała z ubieraniem i myciem! Nierazbiedna skrycie płakała, nie śmiąc się nawet poskarżyć.

Jednego dnia miałam jechać z mamą na wizytę w sąsiedztwo i koniecznie domagałam się, żeby mi włożono niebieską aksamitną sukienkę, świeżo przysłaną przez babcię zWarszawy; ale mama powiedziała, że to byłoby niewłaściwe,z powodu wielkiego gorąca na dworze, i kazała mi włożyćbiałą muślinową. Zła byłam okropnie, i gdy Marianna przyniosła mi tę suknię, nad której prasowaniem i rurkowaniemmęczyła się od rana, powiedziałam jej z gniewem, że brzydko jest uprana i zgniótłszy suknię w rękach rzuciłam z pogardą na ziemię. Oburzona Marianna powiedziała mi wówczas,że mam złe serce i że woli mojej mamie podziękować zasłużbę, niż usługiwać takiej grymaśnicy. Zawrzałam gniewem i przyskoczywszy do niej uderzyłam ją z całej siły. Ach,Guciu! Gdybyś wiedział, jak na mnie spojrzała!... powiadamci, że nie zapomnę tego do końca życia: była w jej wzrokutaka boleść, że aż zdrętwiałam przerażona własnym czynem.Stałam tak chwilę bez ruchu patrząc, jak wychodziła ocierając łzy fartuchem, jak szła przez ogród do oficyny. Gdy mizniknęła z oczu, rzuciłam się ku drzwiom, chcąc ją dogonići ułagodzić jakimś podarkiem, ale zamiast niej spotkałamwróżkę. Długa jej szata czarna jak noc mieniła się iskrami,a spod chustki pokrywającej głowę wymykały się siwe kosmyki włosów. Twarz miała mocno pomarszczoną, wystającąbrodę i ogromny nos, na którym opierały się szkła okularów.

— To ta sama, co mnie zaczarowała w muchę — przerwał Gucio.

— Oczy jej patrzące przez wierzch tych okularów miały błysk nadzwyczajny, a tak patrzyły przenikliwie, że czułam, jak mnie przeglądają na wskroś.

— Zupełnie tak jak ja.

„Niedobra dziewczyno — przemówiła do mnie surowo — nie dość, że nie umiesz uszanować pracy ludzkiej, alejeszcze ośmieliłaś się podnieść rękę na kobietę, co cię wypiastowała!... Popełniłaś zbrodnię, która nie może pozostaćbez kary. Nie warta jesteś żyć w społeczeństwie ludzkim,więc pójdziesz w służbę do najpracowitszych istot w świecie, do pszczół, i tam w pocie czoła od rana do wieczorapracować będziesz dopóty, dopóki nie nauczysz się szanować pracy i nie zrozumiesz całej wielkości twego występku.Zamieniam cię w pszczołę roboczą!”

To powiedziawszy, dotknęła złotą laseczką mego czołai poczułam, że się ze mną dzieje coś dziwnego. Stawałam sięcoraz mniejsza, mniejsza, aż spostrzegłam, że moja dawnapostać gdzieś się podziała, a ja jestem tylko małym, drobnymowadkiem. Rozpacz mnie ogarnęła. Chciałam wróżkę błagaćo litość, chciałam ją prosić, żeby mi dała czas do poprawy, abędę odtąd zupełnie inna; ale zniknęła tak nagle, jak by sięziemia pod nią rozstąpiła. W powietrzu tylko było słychaćjakieś dziwne szmery i świsty. Zaczęłam wołać, krzyczeć,płakać, wzywać ratunku, ale nikt mi nie odpowiadał, bo niktmnie nie mógł słyszeć; nie miałam już ludzkiego głosu, tylkobrzęczałam tak jak teraz. Ach, jakaż ja byłam nieszczęśliwa!

— Tak samo zupełnie było ze mną — szepnął Gucio, kiwając smutnie głową.

X. Statek Gucia przybijado królestwa pszczół

— Dalsze moje przygody bardzo były podobne dotwoich — mówiła dalej Joasia. — Zapoznałam się z tymii owymi owadami, trochę błądziłam w drodze, aż nareszciedwie pszczoły, przysłane przez wróżkę, wzięły mnie międzysiebie i przyłączyłyśmy się wszystkie do roju zawieszonegona drzewie.

— Jak żyję, nie widziałem jeszcze roju — odezwał sięGucio.

— O, to jest rzecz bardzo ciekawa — mówiła dalej Joasia. — Wyobraź sobie wielką gromadę pszczół zbitych wjedną masę; z daleka wygląda to jak czarny worek wiszącyna gałęzi, szerszy u góry, a węższy u dołu, albo jak duże winne grono. Pszczoły trzymają się jedna drugiej nóżkami. Mojetowarzyszki uczepiły się innych, każda podała mi dwie nóżki, przykazując trzymać się ich mocno i nie puszczać. Takwisiałyśmy z godzinę. Już mnie zaczęło boleć całe ciało odniewygodnego położenia, gdy przyszedł jakiś człowiek wpłóciennym ubraniu i w gęstej drucianej masce okrywającejmu twarz i głowę, a w ręku trzymał plecioną kobiałkę. Człowiek ten zaczął kropić nas wodą, a potem mocno trząść gałęzią, do której rój był przyczepiony, i po chwili spadłyśmyw tę kobiałkę, a on nas zaraz nakrył płótnem i zawiązał. Przelękniona panującą wśród nas ciemnością i hałasem, zaczęłamsię pytać moich towarzyszek, co to znaczy i co z nami dalejbędzie; ale one uspokoiły mnie, mówiąc, że nie potrzebujęobawiać się żadnego niebezpieczeństwa i że odbywają sięwłaśnie przenosiny królowej matki wraz z całym jej dworemdo nowego królestwa.

— Nic nie rozumiem — wtrącił Gucio.

— Ja także nie mogłam pojąć tego od razu, ale pszczoływyjaśniły mi wszystko. Królowa panowała w bogatym i potężnym ulu, otoczona powszechną czcią i miłością poddanych. Ale gdy następczyni tronu, wychowana odpowiedniodo swej wysokiej godności na najpożywniejszych pokarmach, doszła do pełnoletności, królowa ustąpiła jej swegoula, a sama przenosi się do innego, wyszukanego przez poselstwo umyślnie w tym celu naprzód wysłane, i tam zakładanowe państwo, czyli nową rodzinę. Dwie królowe nie mogążyć razem obok siebie w jednym państwie, bo to mogłobysię stać powodem do zamieszań i buntów.

— Dlaczegóż to matka musiała ustąpić miejsca córce?— przerwał Gucio, który w tym widział brak uszanowaniai miłości młodszych dla starszych. — Dlaczego córka nieszukała sobie innego ula? Jak mogła zgodzić się na taką zestrony matki ofiarę?

— Ja tak samo myślałam — odpowiedziała Joasia — alepszczółki wytłumaczyły mi, że tak być musiało. Następczynitronu młoda i niedoświadczona nie umiałaby sama wszystkiego dobrze urządzić; więc królowa, jako troskliwai kochająca matka, wolała zostawić jej państwo już urządzone w najdrobniejszych nawet szczegółach. Kiedyś ona taksamo ustąpi znowu swojej córce. Taki już porządek rzeczyna świecie, że matki zawsze poświęcają się dla dzieci.

Guciowi przypomniała się jego mateczka i westchnął.

— Opuszczając ul — mówiła Joasia dalej — królowazwróciła się do dawnych poddanych pytając, kto zechce jejtowarzyszyć do nowego królestwa, i w tej chwili otoczył jąliczny zastęp; a gdy opuściwszy ul rodzinny na zawsze siadłana gałęzi jednego z drzew ogrodu, zastęp towarzyszący jejzbił się przy niej w gęstą masę, jakby tworząc mur żywy dokoła swej władczyni.

— Z ilu też osób składał się ten dwór? — zapytał Gucio.

— Z dwudziestu tysięcy — odpowiedziała Joasia.

— Ależ to całe wojsko! — zawołał.

— To wystarczało zaledwie na początek. Człowiek,o którym ci mówiłam, że nas strząsnął z gałęzi, przeniósł nasdo nowego, wcale jeszcze nie zamieszkałego ula, w którymkrólowa matka założyła swoją stolicę. Pod jej rozumnym panowaniem państwo coraz bardziej wzmaga się w siły i terazjest nas już przeszło trzydzieści tysięcy.

— Czy nie żartujesz ze mnie? — odezwał się Gucio zniedowierzaniem.

— Będziesz mógł wkrótce sam się o tym przekonać, bopowoli zbliżamy się do pasieki. Uli wszystkich jest tam przeszło pięćdziesiąt, więc wszystkie razem pszczoły składają kilkomilionową armię, jakiej nie może posiadać żadne z ludzkich państw w Europie.

— Czy ja będę mógł obejrzeć jeden ul?

— Dlaczego nie!

— A jeżeli tam stoją straże z wycelowanymi żądłami?

— Nie obawiaj się niczego. Człowiek pokutujący jestzupełnie bezpieczny w całym zwierzęcym świecie: idzie ojego poprawę i naukę, nikt mu więc nie szkodzi, ale każdyotacza go pomocą i opieką. Choćbyś był nawet mniejszy odmrówki, nikt się nie targnie na twoje życie.

— Czy oprócz mnie i ciebie jest więcej ludzi pokutujących?

— Zdarza się od czasu do czasu, że wróżka kogoś zamieni to w rybkę, to w ptaszka, to w owada jakiegoś; ale każdemu da znak wyróżniający go od innych stworzeń tego samego rodzaju, który znaczy to samo, co u ludzi paszportwzywający władze policyjne do dawania posiadającej goosobie pomocy i opieki w razie potrzeby. Ty twój paszportnosisz na głowie, a ja mój u pasa.

— Czy ty umiesz także miód nosić? — zapytał Gucio,patrząc na swoją towarzyszkę z ciekawością.

— Umiem — odrzekła — ale nie zawsze używają mniedo tej roboty. Służę za popychadło, a więc cały dzień jestemna posyłkach, albo też spełniam najniższe posługi: czyścićkomórki woskowe, ul zamiatać, to są moje codzienne obowiązki. Od rana do nocy jestem na nogach i nie ma kiedyodpocząć, chociaż pot się leje ze zmęczenia. Teraz dopierorozumiem, co to jest praca i ile się zawsze namęczyła dlamnie ta biedna Marianna...

— Biedna Joasiu — powiedział Gucio z głębokimwspółczuciem — jakże ty musisz się czuć nieszczęśliwa, żecię zmuszają pracować tak bez odetchnienia.

— Prawda, czuję się bardzo nieszczęśliwa, ale nie dlatego, że mi każą pracować, tylko z powodu tęsknoty do rodziców i wyrzutów sumienia za krzywdę wyrządzoną Mariannie. Czy ona mi kiedy przebaczy? Czy zapomni?

— Ach prawda — westchnął Gucio — wyrzuty sumienia najwięcej dolegają: one i mnie nie dają spokoju...

Zielona łódka przepływała teraz obok wspaniałych nimfwodnych.

— Zatrzymaj tu swój statek — prosiła Joasia — bo muszę spełnić zlecenie, z którym wysłała mnie królowa, a którego z powodu burzy spełnić jeszcze nie mogłam. Nasza Najjaśniejsza Pani za wielki przysmak uważa potrawę przyrządzoną z miodu i pyłku tych pięknych kwiatów wodnychi oświadczyła, że dziś go mieć chce na obiad.

— To królowa jada taką potrawę?

— Nie tylko królowa; wszystkie młode pszczoły zesmakiem ją jadają. Zaczekajże na mnie chwilkę, bo muszętego pyłku uzbierać.

— A w cóż ty go weźmiesz, kiedy nie masz z sobą żadnego naczynia?

— O, mam ja z sobą koszyczki — odpowiedziała — zobaczysz zaraz, jak je zacznę napełniać.

„Pewnie je pogubiła w wodzie w czasie burzy — pomyślałGucio — i zapomniała o tym. Ciekawym, co też zrobi, gdy spostrzeże swoją pomyłkę. Może królowa ukarze ją za to!”

Ale Joasia nie troszczyła się wcale o swoją zgubę. Gdynie wychodziła długo z kielicha kwiatu, Gucio, ciekawy, jakteż sobie radzi, położył wiosło i już chciał udać się za nią,gdy Joasia cała obsypana pyłkiem wyszła ze środka kwiatui uniósłszy się nad nim w powietrze, zgarniała z siebie pyłekdelikatnymi szczoteczkami, umieszczonymi na przednichi środkowych łapkach, do głębokich wyżłobień, czyli koszyczków, jakie miała na tylnych nóżkach. Tam gromadziła pyłki i ugniatała, żeby móc jak najwięcej zanieść z sobą do ula.Gucio nie mógł się wydziwić, jak ona takich trudnych rzeczy mogła dokonywać w powietrzu, bo całe jej ciało pracowało, i skrzydełka i nóżki. Joasia nie wiedziała nawet, że jąpodpatrują; dopiero, gdy już ukończyła zupełnie swoje ładowanie, zobaczyła Gucia.

— Już jestem gotowa — rzekła do niego — spieszmy sięteraz, bo Najjaśniejsza Pani może gniewać się na mnie zaspóźnienie. Moglibyśmy przelecieć ten kawałek na skrzydłach,ale ja tak lubię płynąć łódką! Dalej, bierz się do wiosła!

Gucio w milczeniu spełnił, co mu kazano, i sterując kupasiece, którą z dala było już widać, rozmyślał nad koszyczkami pszczoły; wydawały mu się one czymś tak cudownym i nadzwyczajnym jak wszystko, co od wczoraj spotykałw swej podróży. Nagle wiosło zawadziło o coś w wodziei łódka zatrzymała się. Gucio się pochylił i wyciągając wiosłodo góry zawołał:

— Co za prześliczne podwodne stworzenie! Patrz no,patrz, Joasiu, całe srebrne. Czy to rybka, czy co innego?

I wskazywał wiosłem zwinne stworzenie przesuwającesię szybko obok nich.

— Nie znasz go? To jest topnik, jedyny pająk umiejącypływać i wyborny nurek. Najulubieńszym jego spaceremjest przechadzka po łodygach roślin podwodnych.

— On jest cały okryty srebrnym płaszczem, Joasiu! Czyon zawsze chodzi tak bogato ubrany?

Księżniczka roześmiała się.

— Co też ty mówisz! W srebrnym płaszczu topnika niema ani odrobiny srebra; on jest cały pokryty pęcherzem powietrznym. Pęcherz ten trzyma się mocno włosków pokrywających jego ciało, a światło i woda sprawiają, że wyglądajak srebro.

— Czy on przędzie nici tak samo jak każdy pająk?

— Ho, ho, i jak jeszcze! Toć to w jego sieci zaplątałosię twoje wiosło. Biegły ten tkacz umie także rozmaite sztuczki. Wyobraź sobie, że on swymi gruczołkami przodkowymi, mieszczącymi się na końcu ciała, zatrzymuje duże bańkipowietrza, unosi je z sobą pod wodę, oprzędza wokoło i przymocowuje do gałązek, tworząc sobie z tego mieszkanie. O,czy widzisz tam na prawo jego srebrny pałac podobny dodzwonu nurków?

— Czy ten nie większy od naparstka?

— Ten sam. Wszedł on w tej chwili do niego i czatujena owady wikłające się w sieci, które pod wodą porozciągał.Topnik żyje w swoim pałacu bardzo wygodnie: ma czym oddychać, a jak się przędzeniem zmęczy, to się zabawia polowaniem.

— Skąd ty to wszystko wiesz?

— Czytałam w książkach, a od czasu, jak jestem zaklętaw pszczołę, przylatuję tu często po pyłki lub słodyczei przez wodę jakby przez szybę szklaną przypatruję się życiutego ciekawego zwierzątka.

Gucio bardzo niemiłego doznał uczucia, że jego towarzyszka, chociaż „baba”, rozumniejsza była od niego.

Zmiana krajobrazu odwróciła myśli jego w inną stronę.Znajdowali się w głębi lasu, w samym środku wielkiego miasta pszczół. Gmachy drewniane, na wysokich nogach stałyrzędami wśród zieleni, a wkoło nich uwijały się tłumy pracowitego narodu.

— Możesz puścić swój statek na wolę wiatrów — rzekła do niego Joasia, bo już przybyliśmy do celu: ten otopierwszy gmach z brzegu to zamek naszej królowej.

Gucio przypatrywał się z ciekawością spadzistemu dachowi zamku, bijącemu w oczy z daleka czerwoną barwą,ścianom niebiesko pomalowanym i obitym słomą z przodui po bokach; balkonom znajdującym się przy niektórych okienkach, a najwięcej wysokim nogom, na których stał zamek.

— Dziwny kształt — zauważył — wygląda to jakby bocian stojący w trawie. Nie widzę nigdzie bramy, tylko dwamalutkie okienka: jedno u góry, drugie u dołu.

— Jest jeszcze i z boku — odpowiedziała Joasia. — Cóżchcesz! Pszczoły nie mogą mieszkać tak samo jak ludzie.Zresztą one mają nieprzyjaciół, więc dla zabezpieczenia odnich ludzie budują im zamki warowne.

— Pszczoły mają nieprzyjaciół! — powtórzył ze zdziwieniem. — A to jakich?

— O bardzo wielu: myszy, ptaki, osy, motylice, trupiegłówki.

— Co też ty mówisz! Alboż ludzie chodzą po śmierci?Mama mówiła mi zawsze, że nie trzeba wierzyć w takiebrednie.

— Ależ to nie duch żaden, tylko ćma szara, nazywającasię tak dlatego, że nosi na grzbiecie żółty znak, podobny zkształtu do trupiej główki. W nocy, gdy pszczoły siedzą cicho, wciska się ona do ula, miód wyjada, roboty im psuje,nawet czasem obiera tam sobie mieszkanie, bo żądło pszczółnie wnika w jej ciało przez grubą skórę, jaką ma na sobie.Toteż choćby człowiek porobił większe wejścia do ula,pszczoły zaraz by je zamurowały.

— Czy wszystkie pszczoły na świecie mieszkają w takich zamkach z kolorowymi dachami i ścianami obitymi słomą? — zapytał Gucio.

— O nie, w każdym kraju mają inne mieszkania; u naste ozdobne budynki niedawno weszły w użycie. Po większejczęści pszczoły mieszczą się w wysokich pniach wydrążonych wewnątrz, nakrytych małym słomianym daszkiem i wyglądających jak wieże albo w dziuplach drzew, po lasach. Teoto budynki, które widzisz, są dla pszczół wygodniejsze, aprzez to więcej sprzyjające gromadzeniu miodu. Ale jużdość tej gawędki, rozwijaj skrzydła i lećmy!

XI. Królowa daje Guciowi posłuchanie

Wkrótce potem wchodzili oboje na duży pochyły pomost, wiodący do okienka będącego głównym wejściem.Towarzyszka Gucia, cała obładowana pyłkiem, tak była zmęczona, że ledwie szła. Niedaleko okienka nogi odmówiły jejposłuszeństwa i ześlizgnęła się na dół; ale mała barierka otaczająca pomost dokoła przeszkodziła jej upaść w trawę.

— Ach, jakie też wy, baby, jesteście słabe! — zawołałGucio przelękniony. — Pewnieś sobie nóżkę złamała?

— Bądź spokojny, nic mi się nie stało — odrzekła podnosząc się raźno — tylko troszeczkę pyłku rozsypałam. Widzisz, ten pomost i tę barierkę ludzie umyślnie zbudowali,żeby nam było lżej wchodzić z ładunkiem i żeby nas zabezpieczyć od spadania. Bardzo oni pamiętają o wygodach i potrzebach pszczół, za co też potem sowitą w miodzie biorązapłatę.

U wejścia stało kilka pszczół będących na straży i te nawidok przybywających wysunęły się ku nim na pomost zwycelowanymi żądłami; ale księżniczka oznajmiła przybycieczłowieka pokutującego i prosiła, aby go wpuszczono.

Przez chwilę słychać było tylko za okienkiem równyodgłos grubego mruczenia, jakby echo mielenia w żarnach,nareszcie jedna z pszczół ukazała się i wyciągnęła łapkę.

— Podaj swój paszport — szepnęła mu Joasia.

Gucio, domyśliwszy się od razu, o co idzie, zdjął swoją czerwoną czapeczkę i podał przez okienko. Wielka odźwierna, obejrzawszy czapeczkę z uwagą, zwróciła mu ją natychmiast mówiąc, że może wejść. Joasia szła pierwsza, a on za nią, i zaraz na początku dziwny widok uderzył jego oczy: przy okienku stało kilka robotnic wachlujących skrzydełkami tak pracowicie, że na przychodzących żadnej nawet niezwróciły uwagi. Wachlowanie to wywoływało lekki, orzeźwiający prąd powietrza. Gucio stanął zdziwiony.

— Joasiu, dlaczego one się tak męczą? — zapytał.

— Odświeżają powietrze — odpowiedziała. — Jest tokonieczne dla utrzymania zdrowia mieszkańców ula. Chodźże, chodź ze mną, nie zatrzymuj się, bo i tak już bardzo sięspóźniłam.

Obejrzawszy się jeszcze kilkakrotnie na wachlujące pracownice, Gucio szedł za Joasią, która prowadziła go wąskimkorytarzem przez cały szereg arkad sztucznie pokrzyżowanych.

— Powiedz mi, dlaczego te korytarze są tak ciasne, żeledwie można się nimi przecisnąć — zapytał znowu swojejprzewodniczki.

— Żeby trupia główka, która jest bardzo gruba i opasła,nie dostała się do ula. Zostań tu tymczasem, Guciu: pójdędo królowej i poproszę o posłuchanie dla ciebie.

To powiedziawszy, oddaliła się.

Długa chwila upłynęła, zanim Gucio oswoił się z panującą w ulu ciemnością i zdołał rozróżnić znajdujące się wnim przedmioty. Stały tam plastry miodowe niby ściany, oddalone od siebie na szerokość małego palca; wiele komórekw ścianach było wypełnionych i pozamykanych woskowymipokrywami, a wiele próżnych, przygotowanych dla mającegosię z pola przynieść miodu. Przypatrując się temu, Guciodziwił się równości komórek i jednostajnej grubości ichścianek. Zdawałoby się, że nauka rozmierzania i budowaniajest pszczołom doskonale znana.

Koło niego tłumno było i gwarno: pszczoły pracowałyjak robotnicy w fabryce. Jedne znosiły materiały: pyłki kwiatowe w koszyczkach, słodkie soki kwiatów w żołądku, a nałapkach sok lepki, żywiczny, którym zalepiały szpary i otwory niepotrzebne; inne czyściły i porządkowały, inne jeszczepomagały swoim siostrom zdejmować z koszyczków i zeskrzydeł pyłek, którym tamte były obładowane. W jednejstronie pomiędzy tłumem skrzętnych robotnic wszczął sięhałas i wołanie jakby na trwogę: Gucio rozumiejący językiwszystkich stworzeń, jakie tylko spotykał od chwili swegozaczarowania, dowiedział się, że plaster jeden począł sięosuwać i grozić obaleniem. W jednej chwili pszczoły złożyłynaradę, zaczęły znosić materiały i zabrały się do budowaniasłupów, arkad i podpórek. Na Gucia, zdawało się, że nikt niezważa, jakby go nie było — ale on zważał na wszystko i czułsię zawstydzony widokiem pracowitości drobnych owadów.

Jedna zwłaszcza pszczółka bardzo go zaintrygowała. Zpoczątku zdawało mu się, że ona nic nie robi; ale przyjrzawszy jej się baczniej, zauważył, że spomiędzy obrączek jejciała wydziela się biała przezroczysta łuszczka. Zdziwiło goto bardzo i gdy jego przyjaciółka Joasia wróciła, wzywającgo do królowej, wyjawił jej powód zdziwienia, pytając, coto ma znaczyć.

— Ona wosk robi — odpowiedziała.

— Wosk? Czyż wosk nie zbiera się z kwiatów tak samojak miód?

— Gdzie tam! Wosk jest to po prostu tłusty pot, którypszczoła z siebie wydziela w postaci łuszczki; łuszczka tazmieszana ze śliną pszczoły, jak na przykład glina z wodą,jest właśnie tym materiałem, z którego się buduje plastry zkomórkami. To tylko słodycz i pyłek zbiera się z kwiatów.Ale królowa matka nie może czekać! Chodźmy już, chodźmy, po skończonym posłuchaniu oprowadzę cię po ului wszystko pokażę.

— Dlaczego nazywacie ją matką? — pytał Gucio, którego wszystko dziwiło.

— Bo ona jest prawdziwą matką całego rodu; ona jedna znosi jajka, z których wylęgają się później pszczoły robocze. Nie myśl, że królowa pędzi próżniacze życie: dużo sięona namęczy, zanim zniesie przeszło tysiąc jaj dziennie i każde umieści we właściwej komórce.

Gucio postępował w milczeniu za swoją towarzyszkąmiędzy ścianami plastrów i gdy kilka minęli, zobaczył kratęmetalową sięgającą od góry aż do dołu, a Joasia objaśniła go,że ta krata właśnie przegradza mieszkanie królewskie od reszty budynku.

Mieszkanie to nie odznaczało się niczym nadzwyczajnym. Takie same tam znajdowały się ściany plastrowe, tylkow komórkach mało było miodu; zapełniało je za to co innego: w jednych leżały jajeczka tylko co zniesione, w postacimałych białych niteczek, w innych widać było zwinięte wkłębek robaczki, białe także, leżące nieruchomo, jakby śpiące — i do tych zaglądały raz po raz pszczoły niosąc im pożywienie; inne jeszcze komórki pozamykane były ciemnymiwypukłymi pokrywami.

Jej Królewska Mość siedziała poważnie u góry na plastrze otoczona licznym dworem, bacznym na każde jej skinienie, a jedna mała pszczółka podawała jej trąbką pożywienie. Okazałą postawą i wzrostem królowa tak bardzo różniłasię od innych pszczół, że od pierwszego rzutu oka można wniej było poznać monarchinię. Strój też okrywał ją bogatszy,odpowiedni piastowanej przez nią godności. Pierścieniebrzuszka miała złocisto ubarwione a łapki delikatne, bursztynowe, ale bez koszyczków i szczoteczek, te bowiem nie byłyjej wcale potrzebne, jako nigdy nierobiącej wycieczek nakwiaty po słodycze. Po komnacie przechadzała się poważniejakaś dostojna osobistość, odznaczająca się także wzrostem,dorodnością postaci i różkami na głowie większymi, niż miały wszystkie inne pszczoły. Osobistość ta spostrzegłszywchodzącego Gucia, jakby wstydząc się swojej bezczynności, podjęła z ziemi cieniutką długą słomkę i stanęła z niąprzy kracie, pełniąc niby obowiązki marszałka dworu.

— Kto jest ten jegomość? — zapytał po cichu Gucioswej przewodniczki.

— To książę Truteń, syn królowej: on i jego bracia, których jest kilkuset, dotrzymują towarzystwa NajjaśniejszejPani. Ale cicho bądź, bo ona teraz na nas patrzy.

Jej Królewska Mość, obtarłszy pyszczek, odprawiła służebną pszczółkę majestatycznym ruchem i zeszła ku dołowi.Utopiwszy bystre spojrzenie swych pięciu ócz w Guciu, który z pewną nieśmiałością postępował ku niej, przemówiła,zwracając się do Joasi:

— Czy to jest ów człowiek pokutujący, o którym miopowiadałaś?

— Tak jest, Najjaśniejsza Pani — odpowiedziała, i trącając Gucia, szepnęła doń — Odezwijże się! Stoisz jakniemy. Co królowa o tobie pomyśli!

Gucio zdjął czerwoną czapeczkę i obracając ją w łapcerzekł, jąkając się trochę:

— Chciałem prosić Waszą Królewską Mość o pozwolenie zwiedzenia całego ula.

— I owszem — odrzekła łaskawie — znam twoją historię, chłopcze, i wiem, że masz wrodzony wstręt do pracy.

Gucio spuścił głowę.

— Może nauczysz się ją szanować i cenić, tak jak sięnauczyła twoja przyjaciółka Joasia, gdy się rozpatrzysz wurządzeniach naszego państwa. Joasiu, oprowadź gościa i pokaż wszystko, co tylko może go interesować: nasze zapasy,warsztaty, zakłady wychowawcze, a nie zapomnij przy tympoczęstować go miodem.

To powiedziawszy, Jej Królewska Mość dała znak łapką,że posłuchanie skończone i odeszła w górę ze swoim orszakiem. Joasia miała nadzieję, że się ono przeciągnie dłużej; aleupał na dworze był straszny, gorąco w ulu trudne do zniesienia, więc monarchini skinęła na swoje damy honorowe, które spuściwszy się na sam dół ula rozpostarły skrzydełka i zaczęły nimi wachlować w taki sam sposób, jak te, które Guciowidział przy wejściu. Ożywczy prąd świeżego powietrza dochodził aż do królowej.

— Jakież wrażenie zrobiła na tobie królowa matka? —spytała Joasia, gdy się nieco oddalili.

— Przyznam ci się — odrzekł z pewnym zakłopotaniem — że wszystko, co tu widzę, jest dla mnie zupełnienowe. Jak żyję, nie widziałem nigdy żadnego króla inaczejjak na obrazku i to byli wszystko ludzie z wąsami i koronamina głowach, ale żeby owady rządziły poddanymi, to misię wydaje tak dziwne...

— Królowa nie rządzi, tylko panuje, bo gdzie jest zgoda i miłość wzajemna, gdzie każdy obowiązki swoje spełnia,tam wszelki rząd jest zbyteczny. Pszczoły robocze nie uważają się za poddanych, tylko za dzieci, a królową otaczająwygodami, czcią i miłością jako matkę rodu.

— Dlaczego książę Truteń ma taką smutną minę?

— A, bo wie, że niedługo pójdzie na wygnanie.

— Na wygnanie? Cóż on takiego zrobił? Czy uknuł spisek na życie królowej, czy może buntował pszczoły albowszedł w stosunki z nieprzyjaciółmi państwa?

— O nie, tylko widzisz, on nie lubi pracować; więcprzez lato, gdy w ulu jest dużo miodu, pszczoły go żywią;ale gdy zima nadchodzi i w spiżarniach trzeba zaprowadzićpewne oszczędności, wtedy książę zmuszony jest opuścićpaństwo, w którym jest tylko próżnym ciężarem. Jeżeli sięwzdraga, pszczoły go zabijają.

— Ależ to jest okropne! — zawołał ze zgrozą.

— Nie, to jest tylko sprawiedliwe, próżniak bowiemniewart żyć na świecie. On sam to czuje i ilekroć ktoś obcywejdzie do ula, książę udaje zawsze, że coś robi.

Krew uderzyła do głowy Gucia tak gwałtownie, że myślał, iż go zaleje. „Próżniak niewart żyć na świecie...” — okrutnyten, ale sprawiedliwy wyrok wgryzał mu się w mózg i w serce. Zdawało mu się, że ściany ula zawalą się i zgniotą jego wątłą postać swoim ciężarem albo że zginie taką samąśmiercią jak książę Truteń. Był próżnym ciężarem tylko dlaswoich rodziców i sam się dziwił, że Bóg pozwolił mu żyćdo tej pory. Jakże ten dobry Bóg był cierpliwy, że czekał najego poprawę dotąd; jakże dobrzy byli rodzice, że go dotądnie wypędzili z domu!

— Co ci pokazać najprzód — pytała go przewodniczka— może komórki, w których wychowują się młode pszczółki? One są tutaj.

— Dobrze — odrzekł machinalnie, nie przestając porównywać siebie z księciem.

— Patrz — mówiła Joasia, pokazując mu cały szereg —oto są komórki, w które królowa matka przed trzema dniamiposkładała jajka. Z nich wylęgają się gąsieniczki, ale nie wychodzą z komórek, bo pszczoły robocze karmią je smacznym, pożywnym mleczkiem, przyrządzonym z przetrawionego we własnych ich żołądkach pyłku kwiatowego, wodyi miodu. Po ośmiu dniach gąsieniczki oprzędzają się cieniutką i jak śnieg białą tkaniną, w której wyglądają jak w koszulkach, i w poczwarki się zamieniają — a pszczoły robocze zalepiają ich komórki woskiem. Zamknięcie to trwa dwanaściedni, po czym poczwarka w pszczołę przemieniona pragniewydostać się z zamknięcia. Ale uważaj tylko, czy słyszysz tenszmer tu obok?

— Słyszę — odpowiedział — co to jest?

— Cicho bądź i uważaj.

Gucio był posłuszny: milczał i nie spuszczał oka z komórki, z której szmer wychodził. Po chwili w komórce zrobił się otworek tak mały jak od ukłucia szpilką, a w nim ukazały się malutkie kleszczyki pracujące nad rozszerzeniem go.Z każdą chwilą otworek powiększał się, po czym wysunęłysię przezeń dwie cieniutkie łapki. Następnie łapki te uchwyciły się silnie brzegów komórki, zrobiły ostatnie wysileniei wyszła z więzienia młodziutka siwa pszczółka, cała opylona. Skrzydełka jej były zmięte, a ona sama z osłabienia zaledwie się trzymała na nogach. W tejże chwili przybiegły dwiepszczoły robocze, zaczęły ją całować, oczyszczać z pyłu,prostować skrzydełka, nakarmiły świeżym miodem i zabrałyz sobą.

— To pewnie guwernantki! Ale gdzie one ją prowadzą?— pytał Gucio.

— Do innych młodych pszczółek, jej siostrzyczek, które zajmują się łatwiejszymi pracami domowymi. Za kilka dnibędą ją uczyły latać.

— A te wielkie komory owalne, kształtu jajowatego, coto jest?

— To są mateczniki: w nich pszczoły robocze troskliwe o następstwo tronu, w razie zgonu królowej lub przeniesienia się przez nią z częścią pszczół do innego państwa,przysposabiają matki. Umyślnie budują im duże komórki,aby gąsieniczki, mając więcej miejsca, lepiej się rozwinęłyi uzdolniły do znoszenia jajek w wielkiej ilości. Z tego teżwzględu królewny bywają najlepszą i najposilniejszą potrawą karmione.

— Czy pszczoły robocze nie znoszą wcale jajek?

— Nie. Chodź teraz zobaczyć nasze zapasy. Znajdująsię one w górze, najbliżej dachu.

I poprowadziła go ku górze; komórki tam były dłuższe,plastry grubsze, a przejścia między nimi węższe.

— Patrz — mówiła, wskazując łapką — oto są różne gatunki miodu: ten ciemny jest wrzosowy, ten jaśniejszy gryczany, ten biały akacjowy, ten zaś zielonawy pochodzi z lipi rzepaków.

— Czy pszczoły z każdego gatunku kwiatów osobnosłodycz zbierają? — zapytał Gucio.

— O nie! Zbierają z takich, jakie po kolei napotykają,ale miód nabiera tego lub owego smaku od tego, jakich więcej kwiatów bywa kwitnących w tej lub owej porze. Któregoż chciałbyś skosztować?

— Spróbuję lipowego — odrzekł po namyśle — słyszałem, że ma być najsmaczniejszy.

Joasia otworzyła jedną komórkę i Gucio zaczął wsysaćtrąbką wyborny gęsty miodek. Gdy zaspokoił pierwsze pragnienie, pszczółka zalepiła komórkę, a otworzyła akacjową,zachęcając go także do skosztowania. Tak kolejno próbującwszystkich gatunków miodu, zachwycał się jego przedziwnym smakiem i zapachem, dziwił się licznym odcieniombarw i czystości tego przysmaku.

— Prawda, Joasiu, że ludzie krzywdzą pszczoły, zabierając im miód nagromadzony z taką pracą i trudem?

— Ale gdzież tam! Pszczoły nigdy nie zdołałyby spożytkować dla siebie tego wszystkiego, co nagromadzą. Człowiek zabiera tylko to, co jest zbyteczne i należy mu się tosłusznie za opiekę, jaką nad pszczółkami rozciąga. On buduje ule, on je czyści, on też i karmi czasem pszczoły, jeżelimiodu zabraknie, on je leczy, jeżeli chorują.

Zajęci kosztowaniem miodu i rozmową nie zauważyli,że straże pilnujące wejścia dały znak trwogi cieniutkimpiszczeniem; dopiero, gdy w ulu zrobił się ruch ogromny,gdy pszczoły przelęknione zaczęły biegać, wołając: „nieprzyjaciel! nieprzyjaciel!”, spostrzegli, że jest jakieś niebezpieczeństwo.

— Co się stało? — zapytał Gucio swojej przewodniczki, cisnąc się za innymi w korytarz i widząc z daleka, żestraże potroiły się u wejścia i wycelowały swoje żądła jakobroń.

— To pewnie żołna — odpowiedziała Joasia — chodźmy bliżej, to zobaczymy.

Nieprzyjaciela nie było i nie mogło być w ulu; taki dużyptak nie zmieściłby się w żaden sposób przez ciasne okienko. Toteż nie kusił się nawet o to. Obrał sobie stanowiskona pomostku, a przez otwór wsunął tylko swój długi, lepkijęzyk szukający miodu.

Cały oddział pszczół zatopił żądła w tym języku, ale, ozgrozo! Język zabrał żądła razem z pszczołami, które ani sięspostrzegły, jak je wciągnął do gardła, skąd się dostały dożołądka ptaka. Po chwili znowu język ukazał się w otworze.

Zniknięcie walecznych obrońców wznieciło niemałypopłoch w reszcie mieszkanek ula. Nastąpił chwilowy odwrót z placu boju i wielka narada wojenna; ale zanim powzięto jakiekolwiek postanowienie, rozległ się strzał, od którego aż ściany ula się zatrzęsły. Wejście do niego zostało nagle odsłonięte i coś ciężkiego spadło na ziemię.

XII. Gucio rozstaje się z księżniczką

Gucio, wiedziony ciekawością, wybiegł wraz z innymiprzez okienko na pomost i ujrzał na ziemi ślicznego ptaka,strojnego w pierze żółtawozielone, w pąsowy czubek na głowie i takież podbrzusze, broczącego we krwi. O kilkanaściekroków dalej stał młody wieśniak w płótniance i dużym słomianym kapeluszu z dymiącą jeszcze strzelbą w ręku. Guciodomyślił się w nim pasiecznika.

Pszczoły tłumnie otoczyły dogorywającego nieprzyjaciela, który już przestał być dla nich niebezpieczny. Oglądały go, siadały mu na głowie, latały dokoła brzęcząc złośliwiei jakby usiłując mścić się za przeszkodę w pracy, zakłócenieim spokoju i pożarcie towarzyszek.

Ptak niemający już siły do obrony musiał znosić tewszystkie przykrości. Nareszcie spojrzał żałosnym wzrokiemna słońce, wyciągnął się i skonał. Guciowi aż słabo się zrobiło od tego widoku.

— Za chwilę tu pewnie zjawią się grobarze — rzekł doJoasi. — Widziałem już dziś jeden pogrzeb i na drugim byćnie chcę. W ulu też widziałem już wszystko, co było do widzenia, pójdę więc w dalszą drogę; podziękuj w moim imieniu królowej za jej łaskę i gościnność. Gdybym wiedział, żetutaj mogę ci się na co przydać, zostałbym chętnie, ale tysama powiadasz, że nic ci nie zdołam pomóc.

Przekonanie, że niepotrzebny jest Joasi, przykre byłoGuciowi, miał bowiem w sobie niemało rycerskiego zapałui gdyby mógł odegrać rolę bohatera, byłby bardzo rad.

— Widzę ze wszystkiego, że jesteś poczciwym chłopcem — odpowiedziała — ale sam rozważ, na co ty mi przydać się możesz? Nie masz koszyczków na tylnych nogach,więc mi pyłków i żywicy nosić nie pomożesz; mleczka dlakrólowej matki i dla małych dzieci nie umiałbyś też przyrządzać, bo jesteś inaczej zbudowany; nie masz naczynia do noszenia miodu jak my wszystkie. Nie masz kleszczyków, którymi mógłbyś budować komórki woskowe, zalepiać kitemżywicznym szpary i wykonywać tysiączne roboty, jakich wymaga utrzymanie porządku w ulu, jak na przykład wynoszenie nieżywych pszczół, oczyszczanie komórek, wyrzucanieśmieci. Powiedz sam, czybyś to mógł robić? Naturalnie żenie, bo nie jesteś pszczołą. Widzisz więc, że nie masz po codla mnie tu zostawać, bo w niczym nie polepszyłbyś megolosu. Z początku bardzo płakałam i rozpaczałam, ale widząc,że to nic nie pomoże, dałam spokój. Muszę cierpieć pokutę,dopóki wróżka sama mnie od niej nie zwolni. Czy chcesz,żebym cię odprowadziła za pasiekę?

— Byłbym ci bardzo wdzięczny...

Polecieli razem przez gęstwinę lasu aż do drogi, na której widać było głębokie ślady wozów.

— Tutaj muszę się z tobą pożegnać — rzekła ze smutkiem Joasia — życzę ci, żebyś był szczęśliwszy ode mnie...to jest... żeby twoja pokuta skończyła się prędzej.

Głos jej zadrżał i łzy rzęsiste popłynęły z oczu.

— Biedna Joasiu — rzekł Gucio wzruszony — twojasłużba musi być bardzo ciężka!

— Ach! Nie o to mi idzie, wierzaj mi. Choćbym musiaładziesięć razy więcej pracować, nie czułabym się jeszcze nieszczęśliwa, bo widzę, że człowiek o tyle tylko jest coś wart,o ile jest innym użyteczny. Ale to mnie dręczy, że tak długonie mogę przeprosić Marianny za wyrządzoną jej krzywdę.O, Boże! jakże ciężko jest żyć z grzechem na sumieniu!

Gdy to mówiła, spomiędzy drzew wysunęła się wysokapostać okryta czarnym jak noc mieniącym się iskrami płaszczem, spod którego wyglądały siwe kosmyki włosów.Twarz miała od starości pomarszczoną, wystającą brodęi ogromny nos, na którym opierały się szkła okularów. Oczypatrzące przez wierzch tych okularów jaśniały nadzwyczajnym blaskiem, a takie były przenikliwe, że wzrok ich trudnobyło wytrzymać. W ręku trzymała złotą laseczkę.

— Wróżka! Wróżka! — zawołali oboje razem, a sercaich zbolałe i znękane uderzyły nadzieją.

— Słyszałam twoje słowa — rzekła do Joasi głosem poważnym i uroczystym — i widzę, że twój charakter uległważnej zmianie. Pszczoły nauczyły cię rozumu i sprawiły, żemożesz powrócić do ludzi. Wracaj do matki, która tęskni zatobą, i sercem staraj się wynagrodzić krzywdę wyrządzonąprzywiązanemu do ciebie sercu Marianny.

Wyciągnęła rękę i dotknęła laseczką głowy pszczółki. Wtejże chwili zniknął mały skrzydlaty owad, a na jego miejscu Gucio ujrzał śliczną ośmioletnią dziewczynkę, w różowej muślinowej sukience. Jej biała, delikatna twarzyczkaotoczona była ciemnymi lokami, a oczy błyszczały radością.Chciała dziękować wróżce, ale już jej nie było. Nagle krzyknęła z radości. O kilka kroków przed nią, na drodze, stałpiękny otwarty powóz, a zaprzężone do niego siwe konierwały niecierpliwie piasek kopytami. W głębi powozu siedziała kobieta średnich lat i wyciągała do niej ręce z czułością. Była to księżna. Joasia zapomniała o wróżce, o czarach,o Guciu, o wszystkim; pobiegła co prędzej i wskoczyła dopowozu. Stangret palnął z bata, koniki ruszyły z miejsca i pochwili z całego widowiska został tylko tuman kurzawy.

Gdy wszystko zniknęło, Guciowi serce ścisnęło się boleśnie.

— Ach, wróżko! Dobra wróżko! — wołał rozpaczliwie— wróć się, wróć i zdejm ze mnie czary, tak jak je zdjęłaś zJoasi! I ja też nauczyłem się czegoś i przysięgam, że się poprawię zaraz, natychmiast, nie odkładając już do pierwszego.Ja tak dawno nie widziałem mateczki, ojca, Helusi.... tyle wycierpiałem! O! litości, litości!

Czarna wysoka postać w płaszczu mieniącym się iskrami, jakby zmiękczona namiętnymi prośbami chłopca stanęłaznowu przed nim.

— Twój czas nie nadszedł jeszcze — wyrzekła uroczyście i zniknęła, a z nią razem ostatnia nadzieja biednego pokutnika.

Łzy popłynęły mu z oczu. Długo tak stał pogrążony wboleści, nie wiedząc, w którą zwrócić się stronę; bo czy udasię w prawo, czy w lewo, wszystko jedno, zawsze będziejednakowo nieszczęśliwy.

— Joasia jednak miała więcej męstwa ode mnie —rzekł do siebie po chwili — bo ona umiała się godzić zeswoim losem. Miałżebym ja być słabszym od baby? Nie, zanic w świecie!

Obtarł oczy kosmatymi łapkami, do których się już otyle przyzwyczaił, że nie budziły w nim takiego wstrętu jakz początku, i tłumiąc łzy, podniósł oczy w niebo, jakby jebrał na świadka, że pragnie być prawdziwym mężczyzną.

W lesie było gwarno i wesoło, ptaszki wyśpiewywały nawszystkie tony. Sikorki wieszały się na cieniutkich gałązkachbrzeziny i huśtały, jaskółki goniły w powietrzu owady. Dzięcioł przelatywał z drzewa na drzewo i opukiwał je jak doktor badający chorego, a których dźwięk wydawał mu się podejrzany, zaraz w jego wnętrzu szukał poczwarek będącychulubionym jego przysmakiem. Wszystko było jakąś robotązajęte i snadź nie przykrzyło jej sobie, bo krzątało się żwawo i śpiewało przy tym radośnie. Gucio, któremu odgłostego wesela był przykry, bo nie mógł go podzielać, przeleciał ponad lasem i ujrzał przed sobą pole, drogę wysadzonąwierzbami, cmentarz rozłożony na wzgórzu, wieżę kościółka, dwór i gromadę chat wieśniaczych rozrzuconych malowniczo w dolinie. Widok ten dobrze mu był znany; znał każdą chatę i wiedział, do kogo należy, a tą drogą wierzbamiwysadzoną jeździł często na spacer na swoim siwo-jabłkowitym koniku.

Wieśniak jakiś orał właśnie pole pod ozime zasiewy;dwa piękne czerwone woły ciągnęły pług krający ziemię wrówniuteńkie pasy i odkładający na bok skibę za skibą. Wieśniak pośpiewywał sobie i idąc obok pługa, raz po raz klepałwoły przyjaźnie po karku. W ślad za pługiem postępowałagromada ptactwa. Najprzód na wysokich czerwonych nogach poważnie kroczył bocian i swoim ostrym, długim dziobem wyławiał z ziemi gąsienice chrabąszczów, które świeżoodrzucona skiba na wierzch wyrzucała, a które przez trzylata w tej postaci pozostając w ziemi, podgryzały korzenieroślin. Za bocianem wrony, kawki, gawrony, skowronki, pliszki całymi stadami dreptały i skakały po parującej wilgociąroli, wyławiając także gąsienice i robaki.

— Ptaszki pomagają poczciwemu Walentemu — rzekłdo siebie Gucio i siadł na wysokiej grudce ziemi, przypatrując się polowaniu skrzydlatych robotników.

Ale wkrótce spostrzegł coś, co całkowicie pochłonęłojego uwagę. Z ziemi, przesiąkniętej na wskroś obficie przeddwoma godzinami padającym deszczem, wychodziły gromadki glist ziemnych i ruszały się z niepojętą żwawością,jakby zabierając się także do roboty.

Gucio widywał nieraz glisty, gdy je chłopcy wiejscy,idący z wędkami na ryby, brali z sobą na przynętę i zatykalina ostrze haczyka; ale nigdy nie przyszło mu do głowy przyjrzeć się temu nieponętnemu stworzeniu. Teraz zobaczył zezdziwieniem, że one nie mają ani nóg, ani oczu. Zaciekawiony, co też takie kaleki robić mogą, zaczął je bacznie śledzić.Z zajęciem przypatrywał się różowawemu, przezroczystemuciału robaczka, składającemu się z mnóstwa obrączek kurczących się i rozciągających nieustannie bardzo żwawo. Glisty szukały liści wilgotnych, przegniłych i zręcznie je wciągały do swoich podziemnych kryjówek. Gucio nie pojmował, jak one, niemające przecież oczu, mogły wynajdywaćlistki. Czyżby Bóg obdarzył je jakim odrębnym, zastępującym wzrok, zmysłem pomocniczym?

Zdziwienie jego jeszcze bardziej wzrosło, gdy ujrzał glistę połykającą ziemię za pomocą maleńkiego pyszczka.Uczuł w sercu wielką litość nad robaczkami jedzącymi rzeczy tak niestrawne.

— Biedne robaczki, co wy robicie! — przemówił serdecznie — nie jedzcież ziemi, bo się wszystkie pochorujecie!

Robaczki, jak pracowały schylone z pyszczkami zanurzonymi w ziemię, tak wszystkie popodnosiły łebki i słuchały; nareszcie jeden przemówił głosem cichym, podobnymdo najlżejszego westchnienia wiatru.

— Tyś pewnie człowiek pokutujący w postaci owada,skoro cię to dziwi, bo wszystkie muchy wiedzą, dlaczego torobimy. Spojrzyj na ziemię, w miejsca tylko co opuszczoneprzez nas, i powiedz, co tam widzisz?

— Widzę ziemię w postaci małych cieniutkich sznureczków nie dłuższych od was — odpowiedział.

— Otóż widzisz: każdy taki sznureczek przeszedł przeznasze ciało i w żołądkach naszych razem z przegniłymi liśćmi przetrawiony został. Jesteś pewnie na to dość rozsądny, żeby zrozumieć, że takie ustawiczne przepychanie ziemiprzez cienkie woreczki rozmiękcza ją i rozdrabnia. Tym sposobem spulchniamy i przesiewamy ziemię, przerabiamy jałową na urodzajną i uprawiamy lepiej od najlepszych narzędzirolniczych. Przy tym wędrując ustawicznie z góry na dół,ściągamy w głąb zwierzchnie warstwy, a spodnie wyrzucamy na wierzch.

— Jak to! — zawołał Gucio w najwyższym zdumieniu— więc i wy pracujecie, wy, najnędzniejsze, najwięcej upośledzone od natury stworzenia, wy, kaleki, ślepce i beznóg?...

— Jakże chcesz, żebyśmy nie pracowały? Wszystko, cożyje na świecie, pracować musi. My jeszcze nie jesteśmy najmniejszymi robotnikami w służbie u Pana świata; są istotytak małe, że jedno ziarnko piasku jest dla nich tym, czymdla ciebie największa góra. A i te jeszcze nie żyją bezużytecznie, ale mają swoje sprawy i swoje cele, choć wiemy, żeludzie nie zdołali jeszcze celów tych odgadnąć ni zbadać, bomałość owych istotek wymyka się ludzkiemu wzrokowi.

Gucio uczuł zawrót w głowie.

Robaczek opowiadał mu jeszcze, jak na zimę zakopujesię głęboko na kilka łokci pod ziemię, jak wygniata tam sobiejamkę wygodną, wybrukowawszy ją wprzód gruzem lubdrobnymi ziarneczkami żwiru, i odpoczywa, dopóki pierwsze odgłosy wiosny nie wezwą go do pracy. Mówił, że wpolu na każdych stu łokciach kwadratowych ziemi pracujeich do pięćdziesięciu tysięcy, a w ogrodach trzy razy więcej;że przenosząc ustawicznie ziemię z wierzchu pod spód i zespodu na wierzch pokrywają powoli kamienie i rumowiskarozsypane po polach, a nawet wielkie głazy i budynki. Wielejeszcze, wiele zajmujących rzeczy mówił mu robaczek oswoim życiu, ale Gucio nic z tego wszystkiego nie słyszał.W uszach dźwięczały mu ciągle te wyrazy: „Są istoty takmałe, że ziarno piasku jest dla nich tym, czym dla ciebie największa góra, a i te jeszcze nie żyją bezużytecznie...” i sercejego przejęte zostało drżeniem bojaźni wobec tej niezmiernej, niedającej się obliczyć małości, która jednakże miaławyższość nad nim...

W wędrówce swojej od dnia wczorajszego spotykałróżne istoty: kreta, wróbla, słowika, muchę, grobarza, pająka,pszczołę, glistę i przy poznaniu każdej czuł się coraz mniejszy, coraz więcej upokorzony. Każde z tych stworzeń rzucało mu w duszę drobny promyczek światła, ale teraz otonędzny ten robaczek resztę bielma zdjął z jego oczu. Nagłeświatło rozświeciło jego umysł: wszystko, co istniało naświecie, na co spojrzał, czego się dotknął, było użyteczne.Cała natura pracowała. Jeden wielki łańcuch łączył wszystkiestworzenia świata, a każde pojedynczo było ogniwem, bezktórego łańcuch obejść się nie mógł. Każde z osobna odrabiało swoją robotę i za to miało prawo korzystania z pracyinnych. On jeden, chociaż człowiek i nie kaleka, był próżniakiem nieużytecznym... Nawet obłoki, unoszące się nad ziemią, dawały jej cień i wilgoć; słońce i księżyc także nie próżnowały, bo ono rozlewało w dzień ciepło i światło, a onprzyświecał w nocy. Sam Bóg, chociaż Pan świata, przezsześć dni pracował, jak powiada Pismo Święte, a siódmegodopiero odpoczął.

Upokorzony głęboko, przygnieciony ogromem siły, którą widział i czuł dokoła siebie, a która się nazywała ruchemi pracą, upadł na kolana.

— O, Boże! — zawołał, wznosząc oczy ku niebu. — Jakże jesteś wielki w dziełach Twoich i jakże jesteś nieskończenie dobry, że dotąd trzymasz mnie na tym świecie, przenikniętym na wskroś pracą wszystkich stworzeń! O, Ty! Któryuczysz śpiewać ptaszki, ubierasz kwiatki i każesz ziarneczkom zboża wyrastać w kłosy, ulituj się nade mną i pozwól,abym został znowu człowiekiem. Dozwól, abym jak wszystkie Twoje stworzenia, mógł wziąć się także do pracy. Brzydzę się moim próżniactwem, chcę pracować i być użyteczny. Niech i ja też czymś będę. Pracy! Pracy daj mi, o, Boże!

— Poszukaj jej sobie sam — szepnął mu jakiś głos wewnętrzny.

Tak, Gucio czuł, że nie powinien czekać, aż mu pracaw ręce wpadnie, ale sam iść na jej spotkanie. Gdyby był znowu człowiekiem, wiedziałby, do czego się wziąć, ale jak mapracować drobna, nic nieznacząca muszka? Ach! Już wie,będzie roznosił pyłki kwiatowe jak ta mucha ciemnobrunatna, z którą dziś rano zawarł znajomość w pałacu liliowymi która mu odkryła tajemnicę nasionek kwiatowych.

Obejrzał się: o kilkanaście kroków dalej cały łan pokryty był pięknymi bladoróżowymi kwiatami gryki. Tam poleciał i pracował bez odpoczynku przez całe dwie godziny, jakmu się zdawało, wytrząsając pyłek z woreczków zawieszonych na pręcikach i przenosząc go na inne kwiaty, aż zmęczony, zlany potem, cały obsypany jakby żółtą mąką przestałna chwilę, żeby odpocząć i sił nowych zaczerpnąć.

XIII. Gucio dowiaduje się, gdzie jegomateczka chodziła często na spacer

Odgłos kroków w pobliżu dał się słyszeć. Obejrzał się:to siostra jego, Helusia, biegła prędko przez pole, skacząc zzagona na zagon. Miała na sobie tę samą sukienkę, w którąsię była ubrała na imieniny braciszka, i ten sam biały fartuszek, który kładła na siebie, ilekroć wyręczała matkę w gospodarstwie. Płowe jej włosy, błękitnymi na końcach przewiązane wstążkami, powiewały z wiatrem, a twarzyczka zarumieniona była od prędkiego biegu.

— Gdzie też ona idzie — pomyślał sobie Gucio —czyżby mnie szukała i przeczuwała, że tu jestem?

Serce mu mocno bić zaczęło. O, jakże on kochał tę dobrą siostrzyczkę, jak pragnął ją uściskać!

Ale Helusia nie domyślała się nawet jego obecności:przybiegła ona do wieśniaka orzącego na polu i wyjąwszy zkieszeni woreczek, wysypała mu na rękę garstkę drobnejmonety, mówiąc:

— Weźcie to, mój poczciwy Walenty, i kupcie butelkęwina dla waszej matki: zobaczycie, że ją to wzmocni nasiłach. Nie dziękujcie, nie, moi kochani, nie ma za co —dodała, gdy Walenty zdjąwszy czapkę obejmował panienkę za kolana. — Ja tam dziś będę u was w chacie wieczorem; schowałam dla babusi rosołu z obiadu, to go jej przyniosę.

I jakby chcąc się od dalszych podziękowań uwolnić,spiesznie uciekła.

— Nazywałem ją skąpą — myślał Gucio — a ona zbierała pieniądze na lekarstwa dla biednych, nie dla siebie. Ajednak nie powiedziała mi tego wcale, kiedym jej skąpstwowyrzucał. O! Ileż ona jest lepsza ode mnie, chociaż baba!

Tęskno mu się zrobiło, gdy zniknęła. Już rozwijał skrzydła, żeby ją dogonić, gdy na drodze prowadzącej od dworuukazała się postać, na której widok serce Gucia zadrżało zradości. Była to jego matka. Zdawało mu się, że wieki jużnie widział tej szczupłej, wysokiej postaci, pełnej godnościi wdzięku, tej twarzy szlachetnej, delikatnej, otoczonej włosami ciemnoblond, i tych oczu wielkich, szarych, tak częstosmutnych, które patrzyły zawsze na niego z wyrazem bezgranicznej miłości.

Pani H. bardzo zamyślona szła prosto ku wzgórzu, naktórym widniała gromada małych i dużych krzyży białychi czarnych, prostych i pochylonych w różne strony.

— Mama idzie na cmentarz — szepnął Gucio do siebie,czując bolesne ściśnienie serca i jakąś niewytłumaczonąobawę.

Wzbił się w powietrze i leciał za nią, unosząc się nadjej głową.

Pani H. otworzyła furtkę i minąwszy kilkanaście grobówzatrzymała się w miejscu, gdzie obok siebie leżały dwie mogiłki: jedna większa, druga mniejsza. Obie pokryte były zieloną darnią, pomiędzy którą rosły gęsto białe i różowe stokrotki. Nad mogiłami wznosił się krzyż brzozowy, cały opleciony zwojami bluszczu, a u stóp krzyża była tablica z następującym napisem:

Janek i Zygmuś H.

zmarli razem dnia... roku...

Proszą o westchnienie do Boga

Tablicę otaczał wieniec ze świeżych kwiatów. Gróbutrzymany był z nadzwyczajną starannością, snadź opiekowała się nim troskliwa i kochająca ręka, snadź ręka ta samasadziła kwiaty, sama je podlewała i przystrzygała darń, samaoczyszczała z chwastu. Gucio wiedział już teraz, gdzie tojego mateczka chodziła tak często na spacer sama jedna,i czemu pytania ojca zbywała wymijającymi odpowiedziami.Brat może zapomnieć o siostrze, przyjaciel o przyjacielu, alematka nigdy nie zapomni o dziecku...

Gucio znał to miejsce, bywał tam czasem z siostrą, alejak to było jego zwyczajem, patrzył nie widząc. Więc i szczegółów, które dziś zobaczył, nie zauważył dotąd nigdy. Słyszałon nieraz od rodziców i od Helusi smutną historię śmierciswoich starszych braci, których bardzo mało pamiętał. Obajumarli w jednym dniu po krótkiej chorobie na grasującą wewsi błonicę — a matka, która wiele czasu poświęcała leczeniu i pielęgnowaniu dzieci włościańskich i wyrzucała sobie,że może za mało będąc ostrożna, własnym dzieciom przyniosła zarazę, o mało nie przypłaciła życiem tego wypadku. Słyszał, że obaj uczyli się pilnie i wróżyli świetne nadzieje naprzyszłość; a on, najmłodszy, najzdolniejszy ze wszystkich,jak o nim mówiono, nie chciał się uczyć i lenistwem swoimranił ciągle to biedne zakrwawione serce matki tak bardzopotrzebujące spokoju, zamiast pracować nad zabliźnieniemjego ran, zamiast kochać matkę zdwojoną miłością, zamiastotoczyć ją troskliwymi staraniami i odsuwać od niej wszystkie troski, wszystkie zmartwienia... Helusia to robiła — aon co? Ach, gdy nad sobą się zastanawiał, zdawało mu się, żejest zbrodniarzem. Patrząc w te smutne szare oczy, poprzysiągł sobie, że nigdy już, nigdy ani jedna łza nie popłynie znich z jego przyczyny.

Pani H. uklękła przy mogiłkach, popatrzyła na nie i łkanie gwałtowne wyrwało się z jej piersi.

— Dobre z was były dzieci — szeptała — nie martwiliście rodziców lenistwem i wstrętem do nauki, tak jak Gucio,toteż pewnie jesteście teraz aniołkami i macie łaskę u Boga.Proście Go, proście, żeby waszego brata natchnął DuchemŚwiętym i sprawił, aby pokochał pracę, od której tak uciekana nasze zmartwienie i na swoją niedolę w przyszłości. O,moje dzieci, moje najdroższe dzieci! Boże! Boże! Czemu miich zabrałeś?

Gucio nie mógł dosłyszeć dalszych matki wyrazów, amoże nie mogła już mówić od płaczu i łkania. Taki ból gwałtowny, taki żal ciężki nad biedną mateczką i nad sobą samymprzeszył jego serce, że nie widział, jak przed nim stanęła wysoka postać w czarnym płaszczu mieniącym się iskrami i wyciągnęła ku niemu złotą laseczkę. Nie widział nic, i zapomniawszy, że jest tylko małym owadem, rzucił się do kolanmatki, wołając z płaczem.

— Mateczko! mateczko! Zgrzeszyłem ciężko przedtobą, przebacz mi, przebacz!

XIV. Gucio się przebudza

— Guciu! Guciu! A wstawajże już, śpiochu! Od dwóchgodzin szukamy cię po całym ogrodzie, a ty tu sobie spokojnie śpisz pod drzewem. Pięknie przyjmujesz gości!

— Dobry gospodarz, ani słowa! — wołali chłopcy naprzemian, stając nad naszym bohaterem.

— I to jeszcze w swoje imieniny — dodał Janek. — Aleco tobie się śniło? Płakałeś przez sen. Musiało to być cośprzykrego. Pewnie cię rozbójnicy napadli i prosiłeś ich, żebyci darowali życie. No, gadajże!

Gucio otworzył oczy pełne łez i popatrzył najprzód nakolegów, a potem na siebie. O, radości! Był znowu człowiekiem! Zamiast ciemnych wzdłuż ciała obrączek miał na sobie swoje piękne niebieskie ubranie, a tuż przy nim na trawie leżał jego srebrny zegarek. A więc to wszystko, co przezdwa dni wycierpiał, to był sen tylko? Dzięki Bogu!

— Gdzie mama? — zawołał nagle, patrząc po obecnych.

— Ja chcę widzieć mamę! Mateczko! Mateczko!

— Jestem synku, jestem — zabrzmiał tuż przy nim głossłodki — szukałam cię i niepokoiłam się o ciebie, ty śpioszkuniedobry!

— O, mateczko! — szepnął chłopiec, tuląc się do jej kolan — byłem bardzo złym synem, toteż Bóg mnie ukarałi zesłał mi sen straszny. Śniło mi się, żem was wszystkichutracił, że wróżka mnie zaczarowała w muchę. O mateczko,co ja wycierpiałem! Jak tęskniłem do ciebie! Przebacz mi poraz ostatni! Będę się uczył, będę pracował, zobaczysz! Ale tyza to, mateczko kochana, nie będziesz już płakać tam, nacmentarzu... czy dobrze?

Kochające ramiona objęły syna i przytuliły do piersi, abiedny chłopiec wzruszony tą tkliwą pieszczotą płakał takgwałtownie, tak bardzo, że aż drżał cały.

— A to co znowu! — zabrzmiał mu nad uchem tubalnygłos dziadka, który, niespokojny także, przywędrował za wszystkimi na swej drewnianej nodze w towarzystwie ojca Guciowego — asan płaczesz? Wstydźże się, mości wnuku, żeby beczeć jak baba! Mężczyzna beczy, słychane rzeczy!

— Dziaduniu — odrzekł Gucio, obcierając oczy —niech się dziadunio nie gniewa, to już ostatni raz. Będę terazprawdziwym mężczyzną, bo zacznę od jutra uczyć się takpilnie, że z pewnością zdam za dwa lata egzamin do pierwszej klasy. Dziękuję dziadzi za przywiezienie nauczyciela,bardzo dziękuję.

Spiął się na palce i wyciągnął ręce, chcąc objąć za szyjędziadka. Starzec go podniósł, przycisnął do piersi i pocałował w głowę.

— Teraz mi się podobasz, chłopcze — mówił, przesuwając ręką po jego jasnych włosach — widzę, że zaczynaszmieć rozum i że będziesz jeszcze kiedyś porządnym człowiekiem. Ale opowiedzże nam, do kata, co ci się śniło?

— Tak, tak, niech opowie! — wołali chłopcy.

— Ale w pokoju — dodała pani H. — bo tu nad wodązaczyna się już robić chłodno. Chodźmy, herbata już na stole.

Gucio podniósł z ziemi swój zegarek i zobaczył ze zdziwieniem, że nie więcej jak dwie godziny upłynęły od czasu,jak się położył na trawie. Przyłożył go do ucha: zegarek szedłciągle, tyk, tyk, tyk. Ostatnie blaski zachodzącego słońcabyło jeszcze widać, tylko na niebie ciemniało coraz bardzieji coraz gęstsze mgły unosiły się nad stawem.

Wszyscy ruszyli do domu i skoro tylko zasiedli przystole, Gucio na ogólne żądanie opowiedzieć musiał zgromadzonym swoje senne przygody od początku aż do końca.Chłopcy słuchali z wielkim zajęciem i ustawicznie zwracalisię do starszych z zapytaniami, czy też to może być prawdą,co Guciowi się śniło o ptakach i owadach? A gdy pan Czesław oświadczył, że prawda i że jak na drugi raz przyjadąodwiedzić Gucia, to im pokaże przez mikroskop przywieziony z sobą z Krakowa różne ciekawe rzeczy, jak trąbkę muchy, skrzydło pszczoły, nogę pająka — nie posiadali się z radości i obiecali prosić rodziców, żeby im pozwolili jak najprędzej przyjechać tu znowu.

Panna Anna objaśniła z kolei, że opowiadała nieraz Guciowi o owadach i zwierzętach, ale słuchając zawsze z roztargnieniem i myśląc przez ten czas o figlach zapomniałwszystko, co słyszał. Sen przypomniał mu to dopiero. Bardzoto naturalne zdawało się wszystkim, bo każdy smutek usposabia człowieka poważnie i do głębszego zastanowienia sięprowadzi, duszę jego skupia niejako. Przypomina mu sięwówczas wiele i z tego, co go kiedyś przelotnie uderzyło.Matka zwróciła uwagę Gucia na potrzebę zastanawiania sięnad sobą samym i nad otaczającymi go szczegółami, bo zewszystkiego można wyciągnąć świadomość, która kiedyśprzydać się może. Gucio pod wpływem świeżych jeszczemarzeń sennych tym lepiej słowa mateczki zrozumiał i prawdziwość ich tym serdeczniej uznał.

Dotrzymał też słowa danego matce i dziadkowi: zabrałsię do nauki z zapałem i co ważniejsza, nie ostygł z tego zapału wcale. W dobrej części było to także zasługą pana Czesława, który poznawszy naturę chłopca, umiał go zachęcićdo nauki i przywiązać do siebie. Gucio też pojąwszy, że nauka prowadzi do zrozumienia wielu rzeczy na świecie, pragnął jak najwięcej wiedzieć.

Będąc ciągle zajęty, nie miał czasu się nudzić, wskutekczego bawił się lepiej niż dawniej w wolnych chwilach itwarz jego uderzająca dawniej jakimś nieokreślonym brakiem i dziewczęcą miękkością nabrała wyrazu męskiego.Brakuje mu wprawdzie wąsów — no, ale i to przyjdzie z czasem! Dziadek powiada, że kiedy tylko miejsce na wąsy jest,to nie ma się o co kłopotać.

Ale nie tylko słowa danego matce Gucio dotrzymał —dotrzymał także i tego, które dał we śnie wróblowi. Codzień starannie zbiera wraz z Helusią okruszyny chleba zestołu i rzuca je ptaszkom; a gdy zima nadejdzie, ojciec najego prośbę każe zawiesić nade drzwiami dworu snopekzboża dla biednych zgłodniałych ptaszków. Już mu to przyobiecał.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.