drukowana A5
26.4
Tymon Ateńczyk

Bezpłatny fragment - Tymon Ateńczyk


Objętość:
145 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0988-8

OSOBY

Tymon — Ateńczyk szlachetnego rodu

Lucjusz — pan, pochlebca Tymona

Lukullus — pan, pochlebca Tymona

Semproniusz — pan, pochlebca Tymona

Wentydiusz — jeden z fałszywych przyjaciół Tymona

Apemantus — opryskliwy filozof

Alcybiades — wódz ateński

Flawiusz — intendent Tymona

Flaminiusz — sługa Tymona

Lucyliusz — sługa Tymona

Serwiliusz — sługa Tymona

Kafis — jeden ze sług wierzycieli Tymona

Filotus — jeden ze sług wierzycieli Tymona

Tytus — jeden ze sług wierzycieli Tymona

Lucjusz — jeden ze sług wierzycieli Tymona

Hortensjusz — jeden ze sług wierzycieli Tymona

Dwaj słudzy Warrona

Sługa Izydora

Dwaj wierzyciele Tymona

Kupido i maski

Trzech cudzoziemnców

Poeta

Malarz

Jublier

Kupiec

Stary Ateńczyk

Paź

Błazen

Frynia — kochanka Alcybiadesa

Tymandra — kochanka Alcybiadesa

Panowie, senatorowie, oficerowie-żołnierze, rozbójnicy, służba.

Scena w Atenach lub w lesie niedaleko miasta.

AKT PIERWSZY

SCENA PIERWSZA

Ateny. Sala w domu Tymona.

Wchodzą Poeta, Malarz, Jubiler, Kupiec i inni z różnych stron.

POETA

Dzień dobry panu.

MALARZ

      Rad widzę cię zdrowym.

POETA

Dawno widziany. Jakże tam świat idzie?

MALARZ

Rośnie, lecz rosnąc zużywa się trochę.

POETA

Stara nowina. Lecz co tam nowego?

Jakie zdarzenie jeszcze bezprzykładne?

Patrz na te czary wspaniałomyślności!

Jej moc te wszystkie wywołała duchy.

Znam tego kupca.

MALARZ

      A ja znam ich obu;

To jest jubiler.

KUPIEC

      O, pan to dostojny!

JUBILER

Rzecz dowiedziona.

KUPIEC

      Nie ma mu równego;

Oddycha tylko, żeby dobrze robić;

Wyższy nad wszystkich.

JUBILER

Przyniosłem tu brylant.

KUPIEC

O, pokaż, proszę. Czy to dla Tymona?

JUBILER

Jeśli zapłaci, co wart. Co do tego...

POETA

Kto śpiewa podłość za nagrodę marną,

Ten muzę plamą napiętnował czarną,

Bo śpiewać cnotę muzy przeznaczeniem.

KUPIEC

patrząc na brylant

Prześliczna forma!

JUBILER

       A przy tym bogata,

A co za woda!

MALARZ

      Z twego zadumania

Wnoszę, że jakąś składasz dedykację

Na cześć patrona.

POETA

      Rzecz tylko natchnienia;

Nasza poezja to guma, co cieknie

Z pnia rodzinnego. Iskra nie wyskoczy

Z kamienia, póki stal go nie uderzy;

Ale szlachetny płomień nasz sam z siebie

Bucha i jakby niewstrzymany potok

Wszystkie zapory, pieniąc się, rozrywa.

A ty coś przyniósł?

MALARZ

      Obraz. Powiedz, proszę,

Kiedy na widok wyjdzie twoje dzieło?

POETA

Skoro je złożę w hołdzie. Pokaż obraz.

MALARZ

Rzecz nie najgorsza.

POETA

      Czyste arcydzieło!

MALARZ

Tak, tak.

POETA

      Cudowne! Jaki w tej postawie

Oddycha urok! Jaka z tej źrenicy

Wytryska siła rozumu i ducha!

Jak wyobraźnia na ustach tych igra!

A ten gest niemy każdy wytłumaczy.

MALARZ

Naśladowanie to życia niezgorsze.

A co mi powiesz o tym pociągnięciu?

POETA

Powiem: naturze naukę dać może,

Bo sztuka rysom tym nadała życie.

Od życia żywsze.

Kilku senatorów przechodzi scenę.

MALARZ

      Jakie tłumy gości!

POETA

Senatorowie ateńscy. Szczęśliwi!

MALARZ

Patrz, coraz więcej.

POETA

      Jakby gości potop.

W moim więc szkicu przedstawiłem męża,

Którego cały ten świat podsłoneczny

Ciśnie do serca w uczuć gorącości.

Mego polotu żaden drobny szczegół

Nie zatrzymuje; płynę jak po morzu;

Żadne zjadliwe, uszczypliwe słówko

Mej jednej komy nie zatruwa żółcią;

Lecę jak orzeł, śmiało, coraz wyżej,

Nie zostawiając śladu poza sobą.

MALARZ

Jak to rozumiesz?

POETA

      Słuchaj, wytłumaczę:

Widzisz, jak wszystkie stany i rozumy,

Chwiejne stworzenia i poważne głowy

Świadczą gotowość na Tymona służbę.

Jego fortuna, swoim blaskiem strojąc

Jego szlachetną, uprzejmą naturę,

Wszystkie mu serca oddaje na własność,

Od zwierciadlanych pasożytów twarzy

Do Apemanta, którego największą

Rozkoszą samym brzydzić się jest sobą;

Ten nawet ugiął swe przed nim kolano,

W pokoju wraca do swojego domu

Skinieniem głowy Tymona bogaty.

MALARZ

Widziałem, jak z nim na stronie rozmawiał.

POETA

Na wzniosłej górze, zielonej, kwiecistej,

W mym poemacie stawiam tron Fortuny,

U stóp jej wszystkie zebrane zawody

Urosnąć chętne pracą i zasługą;

Śród tłumów, z okiem na panią wlepionym

Postrzegasz pańskie Tymona oblicze.

Fortuna ręki liliowej skinieniem

Do swego tronu każe mu przystąpić

I tym skinieniem jego wprzód rywali

Na niewolników i sługi mu zmienia.

MALARZ

Olbrzymi pomysł! Ten tron, ta Fortuna,

To wzgórze, człowiek ten z tłumu jedyny,

Na jej skinienie drapiący się w górę

Do swego szczęścia, wszystko to, mym zdaniem,

Dla sztuki naszej pyszny byłby przedmiot.

POETA

Lecz to nie koniec. Słuchaj tylko, proszę:

Wszyscy przed chwilą jego towarzysze,

Niejeden nawet znaczeniem wznioślejszy,

Są mu orszakiem, w sieniach jego stoją.

Szepcą mu w ucho słowa uwielbienia;

Świętym jest dla nich jego nawet strzemię;

Jego powietrzem tylko oddychają.

MALARZ

Dobrze, cóż potem?

POETA

      A kiedy Fortuna,

Zmieniając humor, swego faworyta

Z wzgardą odepchnie, tłum cały sług jego,

Do szczytu góry drapiących się za nim

Na klęczkach nawet, obojętnym okiem

Na toczącego się w przepaść pogląda,

Lecz mu w upadku nikt nie towarzyszy.

MALARZ

Rzecz to powszednia. Mógłbym ci pokazać

Alegorycznych obrazów tysiące,

Które dobitniej od słów pokazują

Te nagłe ciosy zwodniczej Fortuny.

Chwalę cię jednak, żeś śmiał Tymonowi

Powiedzieć jasno, że ubogie oczy

Widziały nieraz magnatów koziołki.

Przy odgłosie trąb wchodzi Tymon z licznym orszakiem, rozmawiając ze Sługą Wentydiusza.

TYMON

W więzieniu, mówisz?

SŁUGA WENTYDIUSZA

      Tak jest, dobry panie,

Za pięć talentów długu; wierzyciele

Są bez litości; środki jego małe.

Błaga cię, panie, byś słówko napisał

Do twardych ludzi, którzy go zamknęli;

Inaczej, panie, zginął bez nadziei.

TYMON

Biedny Wentydiusz! Nie tego ja pierza

Bym się przyjaciół w kłopotach wypierał.

Wiem, że pomocy ze wszech miar jest godny,

A więc dług płacę i wolność mu wracam.

SŁUGA WENTYDIUSZA

Zobowiązałeś go na wieczne czasy,

Dostojny panie.

TYMON

      Pozdrów go ode mnie.

Dziś poślę okup. Gdy odzyska wolność,

Powiedz, że rad go w domu mym zobaczę,

Nie dość biednego postawić na nogi,

Trzeba go jeszcze podeprzeć. Idź z Bogiem!

SŁUGA WENTYDIUSZA

Niech ci we wszystkim Pan Bóg błogosławi!

Wychodzi. Wchodzi Stary Ateńczyk.

STARY ATEŃCZYK

Racz mnie wysłuchać, panie.

TYMON

      Mów, mój ojcze.

STARY ATEŃCZYK

Jest w twojej służbie niejaki Lucyliusz.

TYMON

I cóż stąd?

STARY ATEŃCZYK

      Rozkaż przywołać go, panie.

TYMON

Gdzie jest Lucyliusz? Niechaj się tu stawi.

Wchodzi Lucyliusz.

LUCYLIUSZ

Jestem na rozkaz.

STARY ATEŃCZYK

      Dostojny Tymonie,

Ten tu jegomość, twoja kreatura,

Do mego domu zagląda po nocach.

Od mych lat młodych grosz do groszam ciułał;

Dziś moje mienie zasłużyło, myślę,

Na spadkobierców wyższych trochę stopniem

Od twoich krajczych.

TYMON

      Dobrze więc, cóż dalej?

STARY ATEŃCZYK

Mam jedynaczkę córkę, żadnych krewnych,

Którym przekazać mógłbym mój majątek.

Dziewczę jest piękne, młode, wychowane

Jak jaka pani wielkim moim kosztem.

Sługa twój, panie, chce miłość jej zyskać;

Racz mi przyjść w pomoc; daj mu, panie, zakaz

Dom mój nawiedzać, bo próżne me słowa.

TYMON

To człek uczciwy.

STARY ATEŃCZYK

      Niechże nim zostanie;

Jego uczciwość będzie mu nagrodą,

Mojej mu córki nie trzeba w dodatku.

TYMON

A czy go kocha?

STARY ATEŃCZYK

      Młoda jest i tkliwa;

Uczy nas własnych namiętności pamięć,

Jak wiotka młodość.

TYMON

do Lucyliusza

      A ty, czy ją kochasz?

LUCYLIUSZ

Kocham ją, panie, i jestem kochany.

STARY ATEŃCZYK

Gdy męża weźmie mimo woli mojej,

Bóg mi jest świadkiem, moim spadkobiercą

Pierwszy włóczęga będzie albo żebrak,

Lecz nigdy ona.

TYMON

      Jaki dajesz posag,

Jeśli równego weźmie sobie męża?

STARY ATEŃCZYK

Dziś, trzy talenty, po mej śmierci, wszystko.

TYMON

Szlachcic ten długo i wiernie mi służył:

Dla jego szczęścia, jak powinność każe,

Małą ofiarę gotów jestem zrobić.

Daj mu twą córkę; co jej ty zapiszesz,

Ja z mojej strony wypłacę mężowi,

By jej był równym.

STARY ATEŃCZYK

      Dam mu moją córkę,

Byleś ty raczył twoje dać mi słowo.

TYMON

Oto ma ręka, słów moich rękojmia.

LUCYLIUSZ

Dzięki ci, panie! Przyszła ma fortuna

Twoim jest dziełem, tobie się należy.

Wychodzą Lucyliusz i Stary Ateńczyk.

POETA

Przyjm moją pracę, a żyj długo, panie!

TYMON

Dzięki na teraz; wkrótce coś usłyszysz,

Nie odchodź tylko. Co to, przyjacielu?

MALARZ

To obraz, panie, racz przyjąć go w hołdzie.

TYMON

Chętnie, bo obraz to prawie sam człowiek;

Gdy podłość ludzką frymarczy naturą,

Nieraz człek tylko jest powierzchownością.

Gdy utwór pędzla jest tym, co przedstawia.

Podoba mi się twe dzieło; zobaczysz,

Że się podoba; czekaj, proszę, chwilę,

Mam z tobą mówić.

MALARZ

      Niech cię Bóg zachowa!

TYMON

Witam, panowie! Daj mi twoją rękę,

Musimy dzisiaj razem obiadować.

Twój klejnot, panie, nasłuchał się dosyć...

JUBILER

Krytyki, panie?

TYMON

      Pochwał nieskończonych;

Gdybym zapłacił za niego w stosunku

Do tych uwielbień, poszedłbym z torbami.

JUBILER

Cenię go, panie, wedle kursu giełdy,

Choć wiesz, że przedmiot tejże samej ceny

Wartość swą zmienia wedle właściciela.

Wierzaj mi, panie, klejnot na twym palcu

Stokroć jest droższy.

TYMON

      Prześliczne szyderstwo!

KUPIEC

Nie, dobry panie, on tylko tłumaczem

Uczuć jest naszych.

TYMON

      Patrzcie, kto się zbliża?

Czy chcecie, żeby zburczał was porządnie?

Wchodzi Apemantus.

JUBILER

Zniesiemy wszystko za pańskim przykładem.

KUPIEC

Każdy dostanie swoje, ani wątpię.

TYMON

Witaj! Dzień dobry, słodki Apemancie!

APEMANTUS

„Dzień dobry” oddam, gdy słodkim się stanę,

Ty psem Tymona, uczciwymi ludźmi

Ta łotrów banda.

TYMON

      Czemuż łotrów bandą

Nazywasz ludzi, których nie znasz nawet?

APEMANTUS

Alboż nie są Ateńczykami?

TYMON

Tak jest.

APEMANTUS

Więc nie odwołuję tego, co powiedziałem.

JUBILER

Poznajesz mnie, Apemancie?

APEMANTUS

Widzisz, że cię poznałem, gdym cię nazwał po imieniu.

TYMON

Dumny jesteś, Apemancie.

APEMANTUS

A z niczego dumniejszym, jak z tego, żem niepodobny do Tymona.

TYMON

Gdzie idziesz?

APEMANTUS

Zamordować uczciwego Ateńczyka.

TYMON

Śmierć za to cię czeka.

APEMANTUS

To chyba zrobienie niczego prawo karze śmiercią.

TYMON

Jak ci się obraz ten podoba, Apemancie?

APEMANTUS

Bardzo, zwłaszcza dla swojej niewinności.

TYMON

Czy niedobrze pracował jego malarz?

APEMANTUS

Lepiej ten pracował, który zrobił malarza, a zrobił przecie plugawe tylko dzieło.

MALARZ

Pies z ciebie!

APEMANTUS

Twoja matka z mojego jest rodu: jeśli ja psem, czym ona?

TYMON

Czy chcesz obiadować ze mną, Apemancie?

APEMANTUS

Nie, nie jadam panów.

TYMON

Gdybyś jadł panów, gniewałbyś panie.

APEMANTUS

O, one same jedzą panów, mają też wielkie brzuchy.

TYMON

Wszeteczna uwaga.

APEMANTUS

Czy tak ją rozumiesz? Weźże ją sobie za fatygę.

TYMON

Jak ci się podoba ten klejnot, Apemancie?

APEMANTUS

Mniej niż szczerość, za którą człowiek szeląga nie płaci.

TYMON

Ile on wart, twoim zdaniem?

APEMANTUS

Niewart mojej myśli. A co tam nowego, poeto?

POETA

A co tam nowego, filozofie?

APEMANTUS

Kłamiesz.

POETA

Albożeś nie filozof?

APEMANTUS

Tak jest.

POETA

Więc nie kłamię.

APEMANTUS

Albożeś nie poeta?

POETA

Tak jest.

APEMANTUS

Więc kłamiesz. Zajrzyj do twojego ostatniego poematu, w którym przez fikcję zrobiłeś go godnym człowiekiem.

POETA

To nie fikcja, to szczera prawda.

APEMANTUS

Masz rację; godny jest ciebie i godny płacić ci za twoją pracę. Kto lubi pochlebstwo, godny jest pochlebcy. Ach, gdybym był panem!

TYMON

Co byś zrobił, Apemancie?

APEMANTUS

To samo, co teraz robi Apemantus: nienawidziłbym panów z całego serca.

TYMON

Co, nienawidziłbyś samego siebie?

APEMANTUS

Tak jest.

TYMON

A to dlaczego?

APEMANTUS

Dlatego że byłem dość głupi, abym pragnął zostać panem. Czy ty nie kupiec?

KUPIEC

Tak jest, Apemancie.

APEMANTUS

Niechże cię twój własny handel zrujnuje, jeśli nie zechcą bogi.

KUPIEC

Co robi mój handel, robią bogi.

APEMANTUS

Handel twoim bogiem, niechże cię twój bóg zrujnuje!

Słychać trąby za sceną. Wchodzi Sługa.

TYMON

Co się to znaczy?

SŁUGA

      Przybył Alcybiades,

A z nim dwudziestu przyjaciół na koniach.

TYMON

Idźcie ich przyjąć i wprowadzić do nas.

Wychodzi kilku dworzan.

Musicie dzisiaj obiadować ze mną;

Zostańcie, póki nie złożę wam dzięków.

Pokażesz dzieło mi twe po obiedzie.

Szczęśliwy jestem, gdy was tutaj widzę.

Wchodzi Alcybiades z przyjaciółmi.

Witaj nam, witaj!

APEMANTUS

      O tak! bardzo pięknie!

Bodaj skostniały wasze gibkie członki!

W sercu tych łotrów tak mało przyjaźni,

Uścisków jednak i pokłonów tyle!

Człowiek się, widzę, w koczkodana zmienił.

ALCYBIADES

Zgłodniały byłem twojego oblicza,

Pozwól, choć teraz niech się nim nasycę.

TYMON

Witaj nam, panie; nim się pożegnamy,

Spędzimy razem kilka chwil wesołych.

Raczcie wejść ze mną.

Wychodzą wszyscy prócz Apemanta. Wchodzą dwaj panowie.

PIERWSZY PAN

Która godzina, Apemancie?

APEMANTUS

Godzina uczciwości.

PIERWSZY PAN

Godzinę tę zawsze zegar pokazuje.

APEMANTUS

Tym też gorzej, że nie spostrzegłeś jej dotąd.

DRUGI PAN

Idziesz na ucztę Tymona?

APEMANTUS

Idę, bo chcę widzieć, jak mięso napycha łotrów, a jak wino rozgrzewa głupców.

DRUGI PAN

Bądź zdrów! Bądź zdrów!

APEMANTUS

Wielkie robisz głupstwo, dając mi dwa pozdrowienia.

DRUGI PAN

Dlaczego, Apemancie?

APEMANTUS

Należało ci jedno zachować dla siebie, bo ja ci go dać nie myślę.

PIERWSZY PAN

Idź się powiesić.

APEMANTUS

Nie mam zamiaru słuchać twojej rady; daj ją twojemu przyjacielowi.

DRUGI PAN

Precz stąd, psie wściekły! Albo sam cię wygonię.

APEMANTUS

Umykam jak pies przed wierzgnięciem osła.

Wychodzi.

PIERWSZY PAN

Co za mizantrop! Lecz idźmy z bogactwa

I gościnności Tymona korzystać.

On dobrotliwszy od dobroczynności.

DRUGI PAN

Rozlewa łaski, a Plutus, bóg skarbów,

Tylko podskarbim na jego jest służbie.

Każdą usługę siedmiokrotnie spłaca;

Dar każdy taką wetuje nagrodą,

Że wszelką miarę wdzięczności prześciga.

PIERWSZY PAN

Świat nie posiada szlachetniejszej duszy.

DRUGI PAN

Przy tej fortunie niech Bóg go zachowa!

Lecz wejdźmy.

PIERWSZY PAN

      Pójdę za twoim przykładem.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Sala w domu Tymona.

Muzyka. Wielki bankiet zastawiony. Flawiusz i reszta służby. Wchodzą Tymon, Alcybiades, Lucjusz, Lukullus, Semproniusz i inni senatorowie ateńscy. Wentydiusz i służba. Za wszystkimi wchodzi Apemantus w złym humorze.

WENTYDIUSZ

Zacny Tymonie, było wolą bogów

Przypomnieć sobie wiek mojego ojca

I do wiecznego zabrać go pokoju.

Umarł szczęśliwy; ja dzisiaj bogaty,

Pamiętny łaski, którąś mi wyświadczył,

Wracam talenty, przy których pomocy

Wolność zyskałem, dodaję w procencie

Moją ci wdzięczność i wierne me służby.

TYMON

Uchowaj Boże! Dobry Wentydiuszu,

Przyjaźń mą krzywdzisz; wedle mojej myśli,

Co ci raz dałem, dałem ci na zawsze;

Bo kto odbiera, nie może powiedzieć,

Że dał prawdziwie. Jeśli lepsi od nas

Grać w grę tę mogą, ja nie mam odwagi

Iść za ich wzorem, bo wiesz, co się zdarza:

Bogatych błędom świat chętnie pobłaża.

WENTYDIUSZ

Szlachetna dusza!

Wszyscy wstają ceremonialnie i poglądają na Tymona.

TYMON

      Nie, moi panowie,

Boć ceremonię wymyślili ludzie,

By nią osłonić powierzchowne dzieła,

Zwodną gościnność i dobroć fałszywą,

Przed czynem jeszcze żałującą czynu.

Gdzie przyjaźń szczera, po co ceremonie?

Usiądźcie, proszę; przytomność tu wasza

Droższa fortunie mej niż mnie fortuna.

Siadają.

PIERWSZY PAN

To zawsze, panie, naszą było myślą.

APEMANTUS

Ha! Takie dzisiaj twe wyznanie wiary?

TYMON

O, Apemantus; witaj, przyjacielu!

APEMANTUS

Nie witaj tylko, bo ja tu przychodzę

Dlatego, żebyś sam wypchnął mnie za drzwi.

TYMON

Fe! To rzecz brzydka, grubijanin z ciebie,

Podobny humor męża nie jest godny.

Przysłowie mówi: „Ira brevis furor”,

Ale ten człowiek ciągle zagniewany,

Więc mu na boku dajcie stół osobny,

Bo jeśli czuje wstręt do towarzystwa,

Dla towarzystwa nie jest on stworzony.

APEMANTUS

Skoro nalegasz, zostanę, lecz pomnij,

Żem przyszedł tylko wzorki z was wybierać.

TYMON

Nie zważam na to, co mówisz. Jesteś Ateńczykiem, to dosyć, żebyś dobre znalazł u mnie przyjęcie. Sam nie chcę żadnej nadawać tu sobie powagi; więc cię proszę, niech moja uczta zamknie ci usta.

APEMANTUS

Gardzę twą ucztą, twój obiad mnie dławi,

Bo ci pochlebiać nie jest moją myślą.

Boże! Tłum jaki pożera Tymona!

On tylko jeden tego nie spostrzega!

Z boleścią patrzę, kiedy w krwi jednego

Tylu chleb macza, a on jak szalony

Sam ich do tego krzykiem swym podszczuwa.

Dziwna, że ludzie śmią ludziom zawierzać,

Gdy ich powinni zapraszać bez nożów;

Ich uczta równie na tym by zyskała

I bezpieczniejsze byłoby ich życie.

Nie brak przykładów; ten chytry pasożyt,

Który przy boku teraz jego siedzi

I chleb z nim łamie, i z jednej z nim szklanki

Wychyla zdrowie jego, będzie pierwszy,

Żeby go zabić: widziano to nieraz.

Gdybym był panem, nie piłbym przy stole,

By gościom moim nie odsłonić krtani:

Magnatom tylko z pancerzem na gardle

Pić się należy.

TYMON

do gościa, który wznosi zdrowie

      Chętnie, dobry panie,

A niechaj potem puchar idzie kołem.

DRUGI PAN

Zacny Tymonie, niech płynie tą stroną.

APEMANTUS

Płynie tą stroną! To mi zuch, to pływak!

Zdrowie to zdrowiu twemu i fortunie

Grozi chorobą. Pij uczciwą wodę,

Która nikogo w błoto nie rzuciła.

Pokarm mój skromny, jak skromny napitek:

Kto kiedy bogom dziękował za zbytek?

Modlitwa Apemanta przed jedzeniem.

  Boże, o skarby żadne cię nie proszę;

  Za siebie modły, nie za innych wznoszę

  Niech mnie od tego łaska twa zachowa,

  Bym wierzył w ludzkie przysięgi i słowa,

  Bym zapłakanej ufał kurtyzanie

  Lub psu, co drzemać zdaje się przy ścianie,

  Wolność mą w izbie więziennego chował,

  A na przyjaciół w potrzebie rachował.

  Amen. Niech twoją stanie się to sprawą!

  Bogacze grzeszą, korzonki mą strawą.

je i pije

Niech ci to służy na zdrowie, Apemancie!

TYMON

Wodzu Alcybiadesie, twoje serce jest teraz na placu bitwy.

ALCYBIADES

Moje serce zawsze jest na twoje usługi, Tymonie.

TYMON

Wolałbyś jednak śniadanie z nieprzyjaciół złożone niż obiad z przyjaciół.

ALCYBIADES

To prawda, panie; nie ma potrawy nad nieprzyjacielską surowiznę; najlepszemu przyjacielowi takiego bym życzył bankietu.

APEMANTUS

Chciałbym też, żeby ci wszyscy pochlebcy twoimi byli nieprzyjaciółmi, abyś mógł ich zabić, a mnie potem na ucztę zaprosić!

PIERWSZY PAN

Gdybyś mógł, panie, jakim szczęśliwym zdarzeniem nasze serca choć raz na próbę postawić! Gdybyśmy mieli sposobność pokazać ci choć cząstkę naszego dla ciebie poświęcenia! Nic by już nam wtedy do życzenia nie zostało.

TYMON

Nie wątpię o tym, dobrzy moi przyjaciele, że same bogi dadzą wam kiedyś sposobność pośpieszenia mi na pomoc; bo inaczej dlaczegóż bylibyście moimi przyjaciółmi? Czyż dałbym wam, przed tysiącem innych, tytuł ten kosztowny, gdybym was w sercu nie nosił? Sam sobie powiedziałem o was więcej niż wy przy waszej skromności moglibyście na waszą pochwałę powiedzieć, bo nieskończona jest moja w was ufność. O bogi, myślałem sobie nieraz: „Na co by się nam zdali przyjaciele, gdybyśmy nie potrzebowali ich nigdy? Byliby najnieużyteczniejszymi stworzeniami, gdyby nam nigdy żadnej nie oddali przysługi; byłyby to tylko dźwięczne instrumenty w futerałach swoich zamknięte, tylko dla siebie swoją harmonię chowające”. Wyznaję wam, że nieraz pragnąłem zostać ubogim, żeby się do serc waszych przybliżyć. Rodzimy się, żeby sobie świadczyć dobrodziejstwa; a co lepiej, co właściwiej możemy nazwać naszym od bogactw naszych przyjaciół? Co za nieskończona radość; tylu mieć braci, rozrządzających nawzajem jedni drugich majątkami! płacze O radości, przed urodzeniem we łzach tonąca! Oczy moje łez wstrzymać nie mogą; żeby o ich słabości zapomnieć, piję wasze zdrowie!

APEMANTUS

Płaczesz, Tymonie, żeby oni pili.

DRUGI PAN

Tak samo w naszych poczęta źrenicach

Radość, jak dziecię, w łzach się naszych rodzi.

APEMANTUS

Śmieję się, myśląc, że to dziecię bękart.

TRZECI PAN

Wierzaj mi; panie, bardzoś mnie rozczulił.

APEMANTUS

Bardzo!

Słychać za sceną odgłos trąb i rogów.

TYMON

Co znaczą te trąby i rogi?

Wchodzi Sługa.

SŁUGA

Kilka dam czeka u drzwi i nalega o posłuchanie.

TYMON

Dam? Czego pragną?

SŁUGA

Wyprzedził je posłaniec z poleceniem objawienia ich życzeń.

TYMON

Proszę cię, wprowadź je natychmiast.

Wchodzi Kupido.

KUPIDO

Witaj, Tymonie! witajcie, panowie,

Do gościnnego przypuszczeni stołu!

Pięć zmysłów, których ty jesteś patronem,

Hołd ci swój teraz przybiegają złożyć;

Słuch, powonienie, smak i dotykanie

Uradowane wstały już; me panie

Przychodzą teraz widzenie nasycić.

TYMON

Witam je chętnie, niech wejdą co prędzej.

A niech kapela da im powitanie.

Wychodzi Kupido.

PIERWSZY PAN

Dowód masz nowy, jak jesteś kochany.

Muzyka. Wchodzi Kupido w towarzystwie dam zamaskowanych, w ubiorze Amazonek z lutniami w ręku; grają i tańczą.

APEMANTUS

Ha! Co za banda pustoty nadbiegła!

Tańczą! To, widzę, szalone kobiety.

Szaleństwem tylko jest chwała żywota,

Jak jest szaleństwem pompa ta, równana

Z kroplą oliwy i szczyptą korzonków.

Żeby się bawić, zmieniamy się w błaznów;

Płacim pochlebstwem, by nam pić dał człowiek,

Któremu damy na starość za wino

Tylko zatrutą pogardę i zazdrość.

Kto żył nie psując albo nie popsuty?

Kto zmarł, do grobu nie biorąc w podarku

Słowa pogardy z ust swoich przyjaciół?

Boję się, żeby kiedyś ci, co teraz

Tańczą przede mną, nie deptali po mnie.

Zwyczaj to ludzi drzwi swoje, z dnia końcem,

Przed zachodzącym już zamykać słońcem.

Panowie wstają od stołu z wielkimi oznakami uwielbienia dla Tymona, a na dowód miłości każdy bierze Amazonkę i wszyscy tańczą parami przy odgłosie obojów; po chwili zatrzymują się.

TYMON

Ileż mej uczcie dodałyście krasy,

Piękne me panie, przytomnością waszą!

Bez was połowę straciłaby wdzięku,

Wam swoją godność, swój blask winna cały,

Pierwszy mój pomysł swoje dopełnienie.

Dzięki wam za to!

PIERWSZA PANI

      Zbyt jesteś łaskawy

I bierzesz, panie, z najlepszej nas strony.

APEMANTUS

Bo najgorsza tak jest plugawa, iż, jak myślę, wziąć byłoby za trudno.

TYMON

A teraz, panie, przyjmijcie łaskawie

Wieczerzę skromną i bez ceremonii.

WSZYSTKIE

Dziękujem, panie.

Wychodzą Kupido i panie.

TYMON

      Flawiusz!

FLAWIUSZ

      Na rozkazy.

TYMON

Przynieść mi, proszę, moją tu szkatułkę.

FLAWIUSZ

Spieszę.

na stronie

      Rozdzielać chce znowu klejnoty;

Sprzeciwić mu się niepodobna teraz.

Mógłbym powiedzieć — może bym powinien —

Gdy wyda wszystko, markotno mu będzie,

Że mu się na czas nikt nie śmiał sprzeciwiać.

Szkoda, że dobroć z tyłu oczu nie ma!

Serce nikogo by nie zubożyło.

Wychodzi i wraca ze szkatułką.

PIERWSZY PAN

Gdzie nasza służba?

SŁUGA

      Na rozkazy, panie.

DRUGI PAN

Przyprowadź konie.

TYMON

      Moi przyjaciele,

Jedno wprzód słowo. Patrz, dobry mój panie,

Zrób mi tę łaskę, racz ten klejnot przyjąć

I na pamiątkę noś go na tym palcu.

PIERWSZY PAN

Tak mnie już łaską twoją obsypałeś...

WSZYSCY

Jak i nas wszystkich.

Wchodzi Sługa.

SŁUGA

      Dostojny mój panie,

Przybyło właśnie kilku senatorów

Z odwiedzinami.

TYMON

      Witam ich z radością.

FLAWIUSZ

Chciałbym ci, panie, jedno szepnąć słowo

W sprawie dla ciebie nieskończenie ważnej.

TYMON

Ważnej? Więc dobrze, powiesz mi je później;

Zajmij się teraz przyjęciem mych gości.

FLAWIUSZ

na stronie

Tylko jak? Nie wiem.

Wchodzi inny Sługa.

SŁUGA

      Na dowód przyjaźni

Lucjusz, a pan mój, przysyła ci w darze

W srebrnych przyborach cztery mleczne konie.

TYMON

Przyjmuję chętnie. Nie zapomnij tylko

Pięknym prezentem piękny spłacić prezent.

Wchodzi Trzeci sługa.

TYMON

Co za nowiny?

TRZECI SŁUGA

Pan mój, dostojny i szlachetny Lukullus, zaprasza cię z sobą jutro na polowanie, a zarazem przysyła ci dwie smycze chartów.

TYMON

I zaproszenie, i charty przyjmuję,

Nie bez odpłaty.

FLAWIUSZ

na stronie

      Lecz jak się to skończy?

Każe mi świetne rozsyłać prezenty,

Wydawać uczty, a szkatuła pusta.

Ani chce wiedzieć, co w jego sakiewce,

Ani mnie słucha, gdy pragnę powiedzieć,

Że dobre serce jego dziś żebrakiem

Niezdolnym zadośćuczynić życzeniom;

Tak są nad środki jego obietnice,

Że długiem wszystko, co mówi, że winien

Za każde słowo; tak zawsze był dobry,

Że dziś dobroci swej płaci procenty;

Na wszystkich dobrach ciąży hipoteka.

Jak bym chciał z jego wyśliznąć się służby,

Zanim konieczność gwałtem mnie wypędzi!

O, jak szczęśliwsza samotność uboga

Nad tłum przyjaciół groźniejszych od wroga!

Myśl o mym panu serce mi zakrwawia.

Wychodzi.

TYMON

Sam siebie krzywdzisz, wartość twą poniżasz.

Przyjmij ten drobny przyjaźni zadatek.

DRUGI PAN

Przyjmuję, panie, z wdzięcznością bez granic.

TRZECI PAN

To czysta dusza wspaniałomyślności!

TYMON

A teraz sobie przypominam, panie,Żeś wczora chwalił mojego gniadosza;

Racz więc go przyjąć, gdy ci tak do serca.

DRUGI PAN

O, co do tego, panie, racz przebaczyć...

TYMON

Możesz za słowo wziąć mnie bez skrupułu;

Wiem, co kto chwali, pragnąłby posiadać;

Moich przyjaciół życzenia są moje;

Wierz memu słowu. Odwiedzę was wkrótce.

WSZYSCY

Nigdy milszego nie ujrzymy gościa.

TYMON

Tak mi każdego z was drogi jest widok,

Że nigdy dosyć dać nie jestem w stanie;

Gdybym królestwa miał na me rozkazy,

Mym przyjaciołom rozdałbym je chętnie,

Jesteś żołnierzem, mój Alcybiadesie,

A więc bez grosza; to ci się należy

Prawem jałmużny, bo twoja dziedzina

Pośród umarłych; wszystkie twoje ziemie

Są placem boju.

ALCYBIADES

      Leżą też odłogiem.

PIERWSZY PAN

Tak ci jesteśmy wdzięczni...

TYMON

      Ja wam równie.

DRUGI PAN

A miłość nasza...

TYMON

      Równa mojej dla was.

Hej! Więcej światła!

PIERWSZY PAN

      Niech szczęście bez granic,

Honor, Fortuna strzegą cię, Tymonie!

TYMON

Zawsze gotowy służyć przyjaciołom.

Wychodzą Alcybiades, panowie i inni.

APEMANTUS

Co za harmider! Jakie nóg wierzganie!

Lecz mi się zdaje, że te wszystkie nogi

Niewarte ceny, którą za nie płacisz.

Mętna to przyjaźń. Gdzie serce fałszywe

I nogi także powinny być krzywe.

Tak to niejeden uczciwiec, lecz głupi,

Za całe mienie pokłonów nakupi.

TYMON

Mój Apemancie, gdybyś mniej był cierpki,

Dla ciebie także równie byłbym szczodry.

APEMANTUS

Nie, niczego nie żądam, bo gdybym i ja dał się przekupić, nikt by nie został, żeby śmiać się z ciebie, grzeszyłbyś więc tym łatwiej. Od tak dawna rozdajesz, Tymonie, że lękam się bardzo, abyś w końcu i sam się nie oddał za kwitem. Na co te uczty, ta pompa, ta próżna wystawność?

TYMON

Skoro zaczynasz wygadywać na towarzystwo, przysiągłem cię nie słuchać. Bądź zdrów! Przyjdź innym razem z lepszą muzyką.

Wychodzi.

APEMANTUS

Dobrze! Nie chcesz mnie słuchać teraz, nie usłyszysz mnie później.

Zamknę przed tobą twoje niebo.

Ach, czemu człowiek, dla swojej niedoli,

Na radę głuchy, pochlebstw słuchać woli!

Wychodzi.

AKT DRUGI

SCENA PIERWSZA

Ateny. Pokój jednego z senatorów.

Wchodzi Senator z papierami w ręku.

SENATOR

Ostatnim razem pięć tysięcy; przy tym

Izydorowi wraz z Warronem winien

Dziewięć tysięcy, co razem z mym długiem

Dochodzi sumy dwudziestu i pięciu;

Zawsze go jednak febra marnotrawstwa

Toczy wewnętrznie; trudno, by stan taki

Długo się ostał — ostać się nie może.

Jeśli chcę złota, dość mi będzie ukraść

Psa sąsiadowi, dać go Tymonowi,

A pies mi będzie złotą bił monetę;

Gdybym chciał przedać konia, żeby kupić

Dwadzieścia lepszych, dam go Tymonowi,

Dam jako prezent, a koń mi się źrebi

I rumakami napełnia mi stajnię;

Przy jego wrotach nie ma odźwiernego,

By przechodzących z uśmiechem nie wpraszał.

To trwać nie może, dość chwili rozwagi,

By zgłębić stanu podobnego chwiejność.

Hej! Hola! Kafis.

Wchodzi Kafis.

KAFIS

      Co pan rozkazuje?

SENATOR

Weź płaszcz, co żywo biegnij do Tymona,

O me pieniądze domagaj się głośno;

Pierwszą odmową nie daj się odgonić;

Nie trać języka; jeżeli ci powie,

Grzecznie kiwając czapką w prawej ręce:

,,Poleć mnie pana twojego przyjaźni!”

Powiedz dobitnie, że jestem w kłopocie,

Że mych pieniędzy własne me potrzeby

Na gwałt żądają; termin jego minął,

A ja, na jego licząc wierzytelność,

Własny mój kredyt zrujnowałem prawie.

Kocham go, ale nie chcę krzyżów złamać,

Żeby uleczyć chory jego palec.

Żadnej nie cierpią zwłoki me potrzeby;

Nie słów mi trzeba, ale gotowizny.

Idź, przybierz minę śmiałą, rezolutną,

Bo mi się zdaje, że gdy każde pióro

Wróci do skrzydła swego właściciela,

Tymon, co teraz wygląda jak feniks,

Będzie wyglądał jak gęś oskubana.

Idź!

KAFIS

      Idę, panie.

SENATOR

      Weź z sobą obligi.

A patrz na daty.

KAFIS

      Nie zapomnę, panie.

SENATOR

Idź.

Wychodzą.

SCENA DRUGA

Pokój w domu Tymona.

Wchodzi Flawiusz z plikiem rachunków w ręku.

FLAWIUSZ

Ni jednej chwili rozwagi w tym szale!

Daje i daje, i ani się pyta,

Skąd brać, by dawać; nie uważa na to,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.