drukowana A5
34.89
Tętniące serce

Bezpłatny fragment - Tętniące serce


Objętość:
222 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0488-3

Część pierwsza

Tętniące serce

Aż do późnej starości opowiadał zawsze Jan Anderson ze Skrołyki o onym dniu, kiedy to przyszła na świat córka jego.

Wczesnym rankiem wybrał się po akuszerkę i kobiety do pomocy, potem zaś całe przedpołudnie, a nawet kilka godzin odwieczerza przesiedział na klocu w drewutni i czekał, czekał, czekał bez końca.

Deszcz lał jak z cebra, a chociaż Jan siedział właściwie pod dachem, to pryskała nań woda, przenikając przez szczeliny w dachu i ścianach, także wiatr miótł raz po raz strugi i niby z wiadra chlustał przez pozbawione drzwi wejście do szopy.

— Nie wiem, czy jest taki, co by sądził, że cieszę się z tego dzieciaka! — mruczał i kopał niewielki stos polan nogami, tak że rozlatywały się aż po dziedzińcu. — Jest to największe nieszczęście, jakie mi się mogło przygodzić. Pobraliśmy się dlatego tylko, że nam się sprzykrzyło służyć u Eryka z Falli, jako parobek i dziewka i wiecznie na innych pracować. Własne graty mieć chcieliśmy i dach własny i koniec, o dzieciach ani nam się śniło!

Zasłonił twarz rękami i westchnął żałośnie. Oczywiście pluta i długie, przykre czekanie popsuło mu humor, ale nie były to istotne przyczyny smutnego nastroju. Jan miał powody ważne i żałość jego była uzasadniona zupełnie.

— Muszę pracować codziennie od rana do wieczora... to się rozumie. Ale miałem dotąd przynajmniej noce spokojne. Teraz zaś smarkacz zacznie wrzeszczeć i nawet w nocy nie skończą się moje utrapienia!

Gdy sobie to uświadomił, poczuł w sercu rozpacz wielką. Odjął ręce od twarzy i załamał je tak gwałtownie, że trzasnęły wszystkie stawy.

— Wszystko szło dotąd jako tako, bo Katarzyna mogła tak jak i ja pracować przez cały dzień. Teraz będzie musiała siedzieć w domu i piastować bachora!

Wbił wzrok w szarzejący już prostokąt podwórza i wydało mu się, że widzi snującą się powolnym krokiem koło domu śmierć głodową, która szuka, którędy by wejść.

— Tak... tak! — zawołał i celem wzmocnienia swej argumentacji zaczął bić pięścią po klocu. — Tak... tak! Powiadam tylko tyle, że gdybym był wiedział, jakie będą skutki tego wszystkiego, odmówiłbym stanowczo Erykowi z Falli, który mi pozwolił pobudować się na jego gruncie, a w dodatku podarował stare belki... tak, byłbym stanowczo odmówił i został do śmierci w stajennej komórce we Falli.

Czuł, mówiąc to, że wyrzuca słowa straszne, ale nie miał ochoty cofać ich.

— A niechby się coś przydarzyło!... — zaczął znowu i miał właśnie wyrazić życzenie, by dziecko spotkał tak czy owak jakiś przypadek, gdy nagle uszu jego doleciał krzyk malca. Urwał nagle w pół słowa. Było to jakby piszczenie kurczęcia, przenikające przez ścianę i Jan nie mógł już teraz wypowiedzieć swej myśli.

Drewutnia przybudowana była do chaty i ile razy natężył słuch, zawsze dochodziło go owo piszczenie. Jan, oczywiście, dorozumiał się zaraz, co to takiego i siedział przez długi, długi czas niemy i bez ruchu, nie objawiając ani radości, ani strapienia.

Naraz wzruszył ramionami i powiedział:

— No, nareszcie przyszło na świat, teraz więc mi chyba, na miły Bóg, pozwolą wejść do izby i ogrzać się trochę.

Ale ta ulga nierychło stała się jego udziałem i musiał znowu czekać z godziny na godzinę.

Deszcz lał ciągle z tą samą gwałtownością, wiatr wzmógł się jeszcze, a mimo że był to koniec sierpnia, zimno przenikało go jakby w listopadzie.

Na dobitkę wszelkiego złego przyszła Janowi teraz do głowy myśl, która go zasmuciła i rozgoryczyła jeszcze bardziej.

Uczuł, że wszyscy nim pogardzają i mają za nic.

— W izbie, nie licząc akuszerki, znajdują się trzy zamężne niewiasty! — mruknął do siebie. — Mogłyby się też pofatygować, albo przynajmniej jedna z nich przyjść tu i powiedzieć mi, czy to córka, czy syn. Przyłożył ucho do ściany i przekonał się, że na kominie rozpalają duży ogień. Potem zobaczył, że kobiety czerpią wodę ze źródła, ale żadna nie zwróciła nań najlżejszej uwagi.

Znowu zakrył twarz dłońmi i zaczął żałośnie kołysać się w tył i naprzód.

— Mój drogi Janie Andersonie — mówił do siebie. — Czegóż ci nie dostaje i gdzie twa wina? Czemuż wszystko idzie ci w życiu kulawo i czemuś zawsze taki przygnębiony? Ach, dlaczegóżeś to nie pojął ładnej, szykownej dziewczyny, ale ożenił się z Katarzyną, starą dziewką od krów Eryka z Falli.

Strapienie przejęło go na wylot, a nawet spadło kilka łez, przeciekając pomiędzy palcami.

— Czemuż to — pytał dalej — dobry mój Janie, tak niewiele sobie z ciebie robią we wsi i czemu wszystkim przed tobą dają pierwszeństwo? Wiesz dobrze, że bywają równie biedni jak ty i niesprawni w robocie ludzie, a przecież nikogo nie spychają tak na szary koniec, jak ciebie. Czegóż ci tedy nie dostaje, drogi Janie Andersonie?

Pytanie to zadawał sobie Jan często, a zawsze zupełnie daremnie. Stracił całkiem nadzieję otrzymania na nie odpowiedzi, ale rozważając swe właściwości przekonał się, że nie było nigdzie żadnego wielkiego braku. Nic innego tedy nie mógł wymyślić, tylko to, iż najwyraźniej Bóg i ludzie byli dlań niesprawiedliwi.

Powziąwszy to przekonanie, odjął ręce od twarzy i spróbował przybrać minę wyzywającą.

— Gdy przyjdzie czas, że ci pozwolą wrócić do twego domu, Janie — powiedział do siebie — to ani jednego spojrzenia nie rzucisz na twe dziecko, ale pójdziesz prosto do ogniska i zagrzejesz się.

— Albo, może lepiej by było — zaczął znowu — po prostu wstać i iść. Teraz, kiedy sam wiesz, że wszystko minęło, nie potrzebujesz tu dłużej wysiadywać! Otóż wstań, idź i pokaż Katarzynie i tamtym kobietom, że jesteś panem na własnych śmieciach.

Właśnie zabierał się wstawać z kloca, gdy zjawiła się w otworze drewutni gospodyni z Falli. Skłoniła się przed nim ślicznie i poprosiła, by przyszedł do izby i zobaczył swe dziecko.

Jan był tak źle usposobiony, że nie ruszyłby się na pewno z miejsca, gdyby nie to, że zaprosiła go sama gospodyni z Falli. Wstał naturalnie zaraz i poszedł z nią, nie objawiając jednak żadnego pośpiechu. Ze wszystkich sił starał się naśladować minę i ruchy Eryka z Falli w chwili, kiedy zbliża się do urny wyborczej na ratuszu, aby złożyć w niej swą kartkę. Powiodło mu się to doskonale i wyglądał zupełnie tak samo poważnie i chmurnie.

— Proszę, wejdź Janie! — powiedziała gospodyni i otwarła przed nim na ścieżaj drzwi, sama zaś usunęła się na bok, by wszedł pierwszy.

Od pierwszego spojrzenia przekonał się, że w izbie wszystko było ślicznie wysprzątane i umiecione. Dzbanek z kawą stał na skraju komina, by płyn przestygł nieco, a stół pod oknem zastawiony był filiżankami gospodyni z Falli oraz zasłany śnieżystej bieli obrusem. Katarzyna leżała w łóżku, zaś dwie przybyłe z pomocą niewiasty stanęły pod ścianą, tak, by dobrze mógł się przyjrzeć całemu urządzeniu izby.

Przy stole stała akuszerka i trzymała na rękach tłumoczek.

Mimo woli przyszło na myśl Andersonowi, że wszystko tak wygląda, jakby on tu był pierwszą osobą. Katarzyna patrzyła nań przychlebnie, jakby się pytała, czy jest z niej zadowolony. Oczy wszystkich obecnych były nań zwrócone, czekali najwyraźniej, by im udzielił pochwały za trud, jaki sobie zadali, by stancja miała wygląd odświętny.

Jakże jednak trudno radować się, gdy cały dzień przesiedziało się w drewutni, zziębło na kość i gdy człowieka, po prostu, diabli biorą. Jan nie mógł pozbyć się miny Eryka z Falli i nie mówiąc nic, stał pośrodku izby.

Widząc to, postąpiła ku niemu akuszerka, ale krok ten postawił ją w bezpośredniej bliskości Jana, albowiem rozmiary izdebki były bardzo małe.

— Proszę się przyjrzeć swej córeczce! — powiedziała, podając mu powijak. — Jest to dziecko, jakich mało!

Biedny Jan trzymał teraz w rękach coś ciepłego, miękkiego, uwiniętego w kilka chustek, spośród których wyzierała maleńka, pełna zmarszczek buzia i skurczone, drgające ciągle rączyny.

Stał zmieszany i zadawał sobie pytanie, co ma uczynić z ową rzeczą, którą mu położono na ramieniu. Zadumał się nad tym, ale nagle uczuł jakby pchnięcie, tak silne, że on sam i dziecko, oboje zadrżeli. Ciosu tego nie zadał mu nikt z obecnych, to pewne. Nie wiedział tylko, czy punktem wyjścia było owo maleństwo, czy może stało się to w nim samym i skierowało się ku dziecku. Nie mógł w żaden sposób rozwikłać.

Bezpośrednio potem zaczęło mu tak mocno bić i tętnić serce, jak nie zdarzyło mu się, od kiedy żył na świecie. Nie było mu już teraz zimno, nie czuł żalu, goryczy, ni smutku, ale przeciwnie, wszystko wydawało mu się bardzo dobre i piękne. Niepokoiło go tylko, że nie rozumie, dlaczego w piersi jego w ten sposób puka, bo w ciągu całego dnia nie tańczył, ani nie biegał, ani nie wspinał się na wysoką górę.

— Proszę, połóżcież tu dłoń! — powiedział do akuszerki. — Wydaje mi się, że serce moje bije jakoś niezwyczajnie!

— Prawda! Bicie serca nie lada! — odparła. — Czy się to zdarza często?

— Nie! Dotąd nie zdarzyło się jeszcze! — zaręczał Jan. — Przynajmniej nie miałem dotąd tak silnego ataku.

— Czy się czujecie źle, Janie? Czy was co boli?

— Nie... nie... nic mi nie dolega! — odrzekł.

Akuszerka nie wiedziała, co to ma znaczyć i powiedziała:

— Tak, czy owak, muszę zabrać dziecko!

Ale Jana opanowało nieznane mu dotąd uczucie i nie chciał oddać dziecka.

— Zostawcie mi je! — prosił.

Kobiety musiały w tej chwili coś wyczytać w jego spojrzeniu, albo usłyszeć w głosie coś, co nastroiło je radośnie. Akuszerka uśmiechnęła się kątami ust, a pomocnice roześmiały się w głos.

— Jak to, Janie? — spytała. — Czyż nie kochaliście dotąd nikogo na świecie do tego stopnia, by serce wam doń biło gwałtownie?

— Nie! — odrzekł szczerze.

Pojął teraz nagle, co wywołało tak silne bicie jego serca. Ale mało tego, zrozumiał w tej chwili, czego mu dotąd brakło w życiu i co było powodem wszystkich utrapień. Oto, nie można przecież uważać za człowieka jak należy tego, którego serce nie bije żywym tętnem, ani z bólu, ani też z radości.

Klara Fina Gulleborga

Następnego dnia Jan ze Skrołyki stał przez kilka godzin z rzędu pod domem, trzymając na ręku swą córeczkę.

I tym razem czekał długo, ale sprawa przedstawiała się już zgoła inaczej niż wczoraj. Miał towarzystwo, toteż ani się gniewał, ani smucił.

Trudno powiedzieć, jak miłego doznawał uczucia, przyciskając do piersi małe, ciepłe ciałko dziecka. Przyszedł do przekonania, że dotąd nawet dla siebie samego był twardy, nieprzychylny i zły, teraz zaś przepajała go radość i szczęście niewysłowione. Nie miał pojęcia, że można doznawać owego szczęścia przez to jeno, iż się kogoś kocha z całego serca, z całej duszy swojej.

Stał pod domem, u samych drzwi, z pewnym naturalnie zamiarem. Miała się stać w tym właśnie miejscu rzecz ważna, a nawet decydująca.

Od samego rana wysilali się oboje z żoną na wyszukanie imienia dla dziecka. Roztrząsali sprawę bardzo gruntownie i długo, zastanawiali się nad każdym z możliwych imion, ważąc wszystko, co przemawiało za lub przeciw, ale nie mogli dojść do żadnego rezultatu.

Na koniec powiedziała Katarzyna:

— Nie ma innej rady, tylko musisz stanąć z dzieckiem pod domem i uważać na przechodzące mimo kobiety. Pierwszą, jaka się pokaże, spytaj o imię i to imię właśnie, czy będzie proste czy pańskie, damy naszemu dziecku.

Ale domostwo leżało na uboczu, z dala od drogi, przeto nie zdarzało się wielu przechodniów... ba... często nie pokazał się nikt przez cały dzień.

Dnia tego mgła przysiadła góry, nie padał jednak deszcz i nie wiał wiatr, przeciwnie nawet, zrobiło się dosyć parno.

Gdyby nie to, że Jan trzymał na ręku swą córeczkę, niezawodnie dawno by stracił nadzieję zobaczenia przechodnia i rzekłby sobie po prostu:

— Mój Janie Andersonie, pamiętaj że, iż dom twój stoi z dala od ludzkich osiedli nad jeziorem duwneńskim w kotlinie Askaladarny i że tutaj w pobliżu jest tylko jeden folwark jak się patrzy, poza tym zaś mieszkają jeno rozsiani po cudzych gruntach komornicy, rybacy i łatacze sieci. Skądże by się tu wzięło pańskie imię dla twej córki, a podłego nie weźmiesz przecie!

Ale sprawa dotyczyła jego córki, przeto nie wątpił, że w końcu powiedzie mu się, byle tylko czekał cierpliwie. Spozierał ku jezioru i nie zważał wcale na pustać wokoło, nie chciał brać w rachubę dziczy tej zapadłej kotliny. Wszakże może się zdarzyć, że spodoba się jakiejś wytwornej damie z niedalekiej huty duwneńskiej przeprawić na tę stronę jeziora. Jan pewny był nawet, że musi to nastąpić i to umyślnie z powodu jego córeczki.

Dziecko spało przez cały czas, mógł tedy stać pod drzwiami, jak długo mu się podobało i na jak długo starczyło mu cierpliwości. Gorzej było z Katarzyną, nie mogła sobie dać rady i raz po raz pytała, czy kogo nie widać. Jej zdaniem, nie powinien już dłużej wystawać, bo dziecku mogło się stać coś złego.

Patrzył w kierunku wierchu Stornsnipy, wychylającego się stromą ścianą spośród lasów brzozowych i poletków pól askaladarneńskich, co wyglądał na potężną basztę forteczną, pilnującą, by nie dotarł do doliny ktoś niepożądany. Mogło się zdarzyć, że jakaś wykwintna dama, podziwiająca ze szczytu okolicę, w drodze powrotnej zabłądzi i znajdzie się blisko jego domku.

Uspokajał tedy jak mógł Katarzynę. Nic nie zagrażało ani jemu, ani dziecku, a że stał już tak długo, to przecież może postać jeszcze trochę.

Ni śladu człowieka dostrzec nie mógł, ale coraz to większej nabierał pewności, że skądś przyjdzie rada, byle tylko jeszcze trochę poczekał. Nie mogło się stać inaczej. Czyżby się zdziwił, gdyby nagle zjawiła się pośród lasu poszywającego stoki gór królowa w złotej karecie, po to jeno, by córeczce jego nadać swe imię?

Minęła znowu dobra chwila, a Jan zaczął miarkować, że nadchodzi wieczór. Trudno więc było czekać dłużej na dworze.

Katarzyna spoglądała co moment na zegar wiszący na ścianie i wołała, by wracał, bo późno.

— Jeszcze małą chwilkę zaczekaj! — odrzekł Jan. — Właśnie widzę kogoś w dali.

Przez cały dzień mgła wisiała nad światem, teraz jednak słońce przejrzało przez nią i ozłociło promieniami dziecinę.

— Nie dziw mi wcale, że chcesz spojrzeć na małą, zanim pójdziesz spać! — powiedział Jan do słońca — Warto popatrzyć na takie dziecko... ani słowa... warto!

Słońce wydobyło się całe z chmur i rzuciło snop czerwonej poświaty na dziecko, Jana i cały domek.

— Acha... widzę, że chcesz mej córce być ojcem chrzestnym! — powiedział znowu Jan.

Słońce nie dało bezpośredniej odpowiedzi, tylko jeszcze jaśniej zabłysło, potem zaś przysłoniło się znowu welonem chmur i znikło.

Znowu rozległo się wołanie Katarzyny:

— Czy był kto? Słyszałam, że mówiłeś do kogoś. Nie mogę czekać dłużej, wracaj do domu.

— Teraz już mogę wrócić! — zgodził się i zaraz wszedł do izby. — Zdybałem pewną znakomitą damę. Ale śpieszno jej było bardzo, zaledwo ją mogłem pozdrowić i zaraz się oddaliła.

— Szkoda! Czekaliśmy tak długo! — narzekała Katarzyna. — Czy jednak spytałeś ją o imię, może ci zbrakło czasu?

— Spytałem. Miała na imię Klara Fina Gulleborga. Tylem się dowiedział.

— Klara Fina Gulleborga! — zawołała Katarzyna. — To przecież zbyt pańskie imiona dla naszej córki! — Ale nie sprzeciwiała się.

Jan przeraził się tego, co mu się przydarzyło i zdziwił się swej śmiałości, iż sięgnął tak wysoko, by słońce brać za ojca chrzestnego dla swej córki. Ale trudno, ile razy brał na ręce swe dziecko, coś się z nim działo i stawał się zgoła innym człowiekiem.

Chrzest

Kiedy małą miano zawieźć na plebanię, a potem do kościoła dla chrztu, zachował się ojciec jej Jan w sposób tak głupi, że go omal nie zwymyślała żona własna i rodzice chrzestni i to ostatnimi słowy.

Mieli ją do chrztu trzymać Eryk i żona jego, gospodarstwo z Falli. Erykowa wzięła dziecko na ręce i siadła do bryczki, a Eryk szedł obok piechotą, kierując koniem. Pierwszy kawałek drogi, aż do huty duwneńskiej był tak zły, że nie można tego było w ogóle nazwać drogą, toteż Eryk, wioząc niechrzczone dziecko, nie zaniedbał środków ostrożności.

Jan przyglądał się bacznie przygotowaniom do drogi. Sam wyniósł dziecko z izby i oddał gospodyni, a nikt lepiej nadeń nie wiedział, w jak pewne je oddaje ręce. Eryk z Falli w powożeniu był równie zaufania godny, jak w każdym innym uczynku swoim, wiedział to Jan doskonale. Erykowa z Falli urodziła siedmioro dzieci i wychowała, o czym Jan równie dobrze wiedział. Przeto nie miał najmniejszego powodu do obaw ani żadnych wątpliwości.

Kiedy jednak odjechali, a on straciwszy ich z oczu, poszedł na ugorzysko Eryka z motyką, uczuł nagle strach wielki, a niepojęty zgoła. Cóż by się stało, gdyby nagle koń Eryka spłoszył się i poniósł? Albo gdyby proboszcz upuścił dziecko w chwili odbierania go z rąk chrzestnej matki? Albo gdyby gospodyni z Falli owinęła dziecko w taką ilość różnych chustek, że po przybyciu na plebanię okazałoby się, iż zostało zaduszone?

Jan powtarzał sobie po kilka razy, że bardzo to głupio z jego strony bać się i trapić bez powodu, gdy ma za rodziców chrzestnych swego dziecka ludzi tej miary co Erykowie z Falli. Ale strach nie dał się odpędzić i za chwilę tak go chwycił, że nie mógł ścierpieć. Odrzucił motykę i jak stał, w roboczej odzieży, udał się prosto na plebanię.

Dla pośpiechu obrał drogę na przełaj, poprzez góry i maszerował co siły w nogach. Eryk z Falli, wjeżdżając w obejście gospodarskie plebanii natknął się, jako na pierwszego człowieka, na Jana Andersona ze Skrołyki.

Jest to rzecz wprost nieprzyzwoita, by rodzice byli obecni podczas chrztu swego dziecka w kościele, toteż Jan spostrzegł zaraz niezadowolone miny rodziców chrzestnych, gdy zobaczyli, że przyszedł. Eryk nie skinął nań wcale, wyprzęgając konia, by mu pomógł i dokonał tego sam. Podobnie też, nie zwracając nań uwagi i nie rzekłszy słowa, gospodyni z Falli uniosła dziecko w górę i przebywszy niewielki kawałek podwórza, weszła do plebańskiej izby czeladnej.

Czując, że chrzestni nie chcą go widzieć, nie śmiał Jan zbliżać się do nich, kiedy jednak mijała go gospodyni, posłyszał dolatujący z chustek pisk młodego kurczęcia i przekonał się, że dziecka nie uduszono w drodze.

Powinien był teraz wracać prosto do domu. Niestety, zbudziła się w nim zupełna pewność, że proboszcz upuści dziecko na ziemię, a przeto nie mógł odejść, ale przeciwnie chciał uczynić co trzeba, by zapobiec złemu.

Czekał przez chwilę na podwórzu, potem podszedł ku plebanii i wszedł na ganek.

Najgorszy nietakt, jakiego się dopuścić może ojciec dziecka, to kiedy zjawia się osobiście u plebana, a sprawę pogarszał tu jeszcze fakt, że Jan miał takich kumotrów jak Eryka z Falli i jego żonę. Kiedy się tedy wśliznął nieśmiało do kancelarii proboszcza podczas świętego obrządku, w brudnym odzieniu roboczym i nie było możności pozbycia się go, oboje rodzice chrzestni postanowili uroczyście po powrocie do domu zwymyślać Jana porządnie za ten uwłaczający im postępek.

Chrzest odbył się, jak należy, bez najmniejszego przypadku, a Jan nie miał żadnego usprawiedliwienia dla swego nierozumnego czynu. Przed samym też końcem otwarł cichaczem drzwi i wyśliznął się na ganek. Widział na własne oczy, że i bez niego wszystko szło pomyślnie.

Po chwili ukazał się w progu Eryk z Falli wraz z żoną swoją. Chcieli przejść do izby czeladnej, gdzie leżały chustki, z których gospodyni wymotała dziecko, udając się do kancelarii.

Eryk poszedł przodem i otwarł przed żoną drzwi. W tej jednak chwili, wypadły z wnętrza dwa młode koty na ganek i skłębiły się tuż pod nogami idącej, tak że się potknęła i straciwszy równowagę uczuła, iż pada na ziemię.

Błyskawicznie przemknęło jej przez myśl:

„Upadnę wraz z dzieckiem i zgniotę je ciężarem własnym. Tego nieszczęścia nie zapomnę przez całe życie!”

Ale w tej chwili pochwyciły ją czyjeś silne dłonie i przytrzymały. Gdy się obejrzała, zobaczyła, że przyszedł jej z pomocą Jan ze Skrołyki, który przystanął tuż obok wejścia, jakby wiedział, że będzie tutaj niezbędnie potrzebny.

Zanim gospodyni z Fali przyszła do siebie ze strachu i zdobyła się na słowo, Jan znikł gdzieś. Przybywszy z mężem do domu, zastała go na ugorzysku z motyką, pracującego zawzięcie.

Po zapobieżeniu nieszczęściu, uczuł taki spokój ducha, że wrócił niezwłocznie do domu w najweselszym nastroju.

Ani Eryk z Falli, ani jego żona nie uczynili mu żadnej uwagi z powodu niestosownego zachowania się podczas obrzędu chrztu. Przeciwnie, gospodyni zaprosiła go uprzejmie na kawę, mimo że był ubrany jak do roboty i zachlapany gliną przy pracy na rozmokłym jesienną porą ugorzysku.

Szczepienie

Kiedy miano szczepić córkę Jana ze Skrołyki, nie sprzeciwiano się wcale, by był obecny przy tym obrzędzie, zwłaszcza, że głośno chęć tę wobec wszystkich wyjawił. Szczepienie odbyć się miało pewnego wieczoru w sierpniu i kiedy Katarzyna wyruszyła z domu, zmierzch już padał gęsty. Toteż rada była, że ma kogoś przy sobie w drodze trudnej, przez doły, rowy i płoty wiodącej.

Dzieci szczepić miano w domu Eryka z Falli, a Erykowa roznieciła na kominie ogromny ogień, by było jasno. Na stole, gdzie kościelny miał dopełniać swych czynności, świeciła się jeno mała łojówka, przeto ognisko wcale zbyteczne nie było.

Mieszkańcy Skrołyki zauważyli, podobnie jak i inni przybysze, że izba czeladna dzisiaj jaśnieje światłem niezwyczajnym, atoli tym ciemniejsza wydała się czerń na dworze, stojąca niby nieprzenikniony mur tuż za ścianami. W takich warunkach rozmiary izby czeladnej stały się jakby mniejsze niż zazwyczaj. Z czerni owej wynurzały się co chwila pod oknami kobiety z dziećmi na rękach i drzwi otwierały i zamykały się raz po raz. Malcy nie mieli więcej nad rok życia, toteż wszystkie przynoszono zamatulone w chustki, niby naręcza bielizny.

Kobiety rozwijały swe maleństwa, a po wszystkich kątach piętrzyły się chustki, szale i okrycia. Matki zdejmowały też z maleństw barchanowe sukienki i rozluźniały tasiemki przytrzymujące koszulki, aby prędko odsłonić górną część ciałek w chwili, gdy kościelny zawezwie do stolika.

W izbie panowała dziwna cisza, mimo że mnóstwo w niej było krzykalskich. Malcy gapili się na siebie wzajem i sprawiało im to widocznie taką przyjemność, że całkiem zapomnieli o wrzasku. Matki trwały również w milczeniu, by lepiej słyszeć, co mówi kościelny, rozmawiający przez cały czas z wszystkimi.

— Wielka to dla mnie przyjemność — mówił — gdy mogę chodzić od wsi do wsi całego okręgu i szczepiąc, patrzyć na tyle ślicznych malców. Przypatrzmyż się tedy temu roczniakowi, zali wytrzyma porównanie z innymi...

Był on nie tylko kościelnym, ale zarazem nauczycielem i od czasów niepamiętnych mieszkał w parafii. Szczepił on już matki, uczył je, asystował przy ich konfirmacji, był świadkiem ślubów, a teraz oto szczepił dzieci. Po raz pierwszy zetknęły się dzisiaj malcy z owym człowiekiem, który w całym ich późniejszym życiu odgrywać miał tak wielką rolę.

Z początku wszystko szło pomyślnie. Jawiła się jedna matka po drugiej, siadała na krześle przy stole i trzymała dziecko w ten sposób, by światło padało na obnażone lewe ramię maleństwa. Kościelny, rozmawiając ciągle, czynił trzy sakramentalne nacięcia na białej, lśniącej skórze, a dziecko nie wydawało nawet okrzyku.

Potem matki podchodziły ku ognisku i trzymały malców przez pewien czas w bliskości ognia, by szczepionka należycie zaschła. Czyniąc to, myślała każda o tym, co usłyszała od kościelnego i radowała się opinią, jaką wydał o dziecku. Rozpamiętywała z lubością, iż uznał je za zdrowe, dorodne i prorokował, że stanie się jej pociechą, pomocą w gospodarstwie i że wyrośnie na równie dzielnego człowieka, a może dzielniejszego jeszcze niż dziadowie i pradziadowie.

Wszystko odbywało się sprawnie i cicho aż do chwili, gdy przyszła kolej na Katarzynę ze Skrołyki. Gdy usiadła na krześle z Klarą, mała zaczęła się bronić, objawiając najwyższą niechęć. Krzyczała i trzepała rączkami, mimo że kościelny przemawiał do niej łagodnie i przymilnie i mimo usiłowań matki, chcącej ją uspokoić.

Opanował ją jakiś dziki strach, tak że Katarzyna musiała odejść na bok i ciszyć małą, a tymczasem zaszczepiono tłustego, wielkiego chłopca, który zniósł tę operację, nie wydawszy wcale głosu. Katarzyna wróciła ponownie ku stolikowi, ale Klara natychmiast rozpoczęła swój poprzedni występ i o szczepieniu nie mogło być mowy. Mała rzucała się tak, że kościelny ani razu nie był w stanie dotknąć nożykiem jej ramienia.

Klara była ostatnim niezaszczepionym jeszcze dzieckiem w całej izbie i Katarzyna wpadła w bardzo zły humor z powodu niewłaściwego zachowania się swej córki. Nie wiedziała też, co czynić i rozglądała się wokoło, gdy nagle wystąpił z ciemności koło drzwi stojący Jan.

Wziął małą na ręce, a Katarzyna wstała z krzesła, by mu zrobić miejsce.

— Ano, spróbuj — powiedziała — może tobie powiedzie się lepiej! — W głosie jej przebijało nieco pogardy, gdyż nie uważała pod żadnym względem za coś lepszego od siebie podrzędnego, odprawionego ze służby parobka Eryka z Falli, który został jej mężem.

Zanim Jan usiadł, zrzucił kaftan i oto pokazało się, że korzystając z ciemni, zawinął wysoko lewy rękaw koszuli.

Wyciągnął ku kościelnemu nagie ramię i powiedział, że rad by się też zaszczepić. W ciągu całego życia raz tylko był szczepiony, a niczego się tak nie obawiał jak ospy.

Ujrzawszy nagie ramię, Klara uspokoiła się w jednej chwili i patrzyła na ojca z uwagą niezmierną, rozwierając szeroko mądre swe oczy.

Przyglądała się bacznie, jak kościelny robił trzy nacięcia na ramieniu, które podchodziły krwią. Wodziła spojrzeniem z jednego na drugiego i zmiarkowała, że ojcu nic się złego nie stało.

Gdy kościelny skończył operację, Jan zwrócił się doń i powiedział:

— Teraz dziecko uspokoiło się całkiem, może by spróbować raz jeszcze?

Kościelny w istocie spróbował jeszcze raz i rzecz powiodła się nadspodziewanie! Klara patrzyła na nożyk, tnący jej skórę, z miną skupioną i mądrą i nie wydała ani jednego krzyku.

Kościelny milczał również, gdy zaś skończył, powiedział do Jana:

— Jeśli uczyniłeś to, Janie, tylko dlatego by uspokoić małą, to mogliśmy udać, że zapuszczamy szczepionkę... wystarczyłoby to, jak sądzę, całkiem...

Jan mu przerwał i rzekł:

— O nie... nie... panie kościelny, nie udałoby się to na pewno. Nie ma na świecie drugiego takiego dziecka. Nie można tej małej okpić, nie można w nią wmówić czegoś, co nie jest rzetelną prawdą.

Rocznica urodzin

W dniu, w którym Klara ukończyła pierwszy rok życia, ojciec jej pracował znowu na ugorzysku Eryka z Falli, przekopując motyką lepką glinę.

Kopał i usiłował przypomnieć sobie, jak to się działo wówczas, kiedy nie miał jeszcze nikogo, o kim by mógł myśleć podczas pracy w polu, wówczas, kiedy serce w piersiach jego nie umiało jeszcze bić mocno, kiedy nie tęsknił wcale i nie odczuwał żadnego niepokoju.

— Dziwne, że człowiek może żyć w ten sposób! — rzekł głośno i uczuł wielką dla siebie samego pogardę.

— Tak, w tym cała rzecz! — ciągnął dalej. — Choćbym był tak bogaty, jak sam Eryk z Falli, albo tak silny jak Börje, który tam opodal kopie w polu, niczym by to było wobec tętniącego serca, które żyje w piersi mojej.

Spojrzał w stronę, gdzie pracował Börje, osiłek wielki, który podołał dwa razy lepiej każdej pracy niż on, iż paliła mu się po prostu w rękach. Ale gdy tak patrzył, wydało mu się, że Börje dziś nie robi tak sprawnie i nie dokonał tyle co zazwyczaj.

Obaj robili u Eryka z Falli na akord, a Börje odstawiał zawsze dwa razy tyle co Jan, ale zazwyczaj kończyli pracę razem, a dzisiaj dziwnym trafem Börje nie tylko go nie prześcignął, ale został daleko w tyle za słabszym nierównie Janem.

Jan chciał co prędzej wrócić do swej córeczki, toteż wkładał w robotę cały wysiłek, do jakiego był zdolny. Tęsknił dziś do niej dużo więcej jeszcze niż zazwyczaj, a przy tym nie schodziło mu z myśli, że dziecko bywa wieczorem śpiące, toteż może zasnąć, zanim zdąży wrócić z roboty. I na nic będzie wszystko.

Gdy skończył pracę, zauważył, że Börje doszedł ledwo do połowy zagona, co nie zdarzyło się dotąd nigdy, chociaż od dawna już pracowali razem. Zdziwiło to Jana do tego stopnia, że podszedł do Börjego.

Börje stał w głębokiej jamie i usiłował wyważyć łopatą wielką, zbitą grudę ziemi na wierzch. Trafił przypadkiem na kawałek szkła i skaleczył się dotkliwie w stopę. Nie mógł wdziać buta, więc łatwo zrozumieć, jak strasznie było mu naciskać łopatę okaleczałą, bosą nogą. A inaczej nie chciała wchodzić w glinę przerosłą kamieniami.

— Daj lepiej spokój! — powiedział Jan.

— Nie, muszę skończyć! — odrzekł Börje. — Nie dostanę żyta od Eryka z Falli zanim skończę ten zagon, a nie mam już w domu ani szczypty mąki.

— Ano to dobranoc! — powiedział Jan.

Börje nie odrzekł nic. Był tak zmęczony i znękany, że nie mógł się zdobyć na zwyczajne nawet pozdrowienie.

Jan doszedł do końca pola i nagle zatrzymał się. „Cóż stąd przyjdzie twej córce, że przyjdziesz do niej w rocznicę urodzin? — rzekł sam do siebie. — I bez ciebie dobrze jej, a Börje ma w domu siedmioro dzieci, których nie może wyżywić. Czyż zniesiesz, by głodowały, a sam pójdziesz bawić się ze swoją Klarą Gullą?”

Wrócił do Börjego, stanął obok niego i jął się ostro roboty. Ale był już zmęczony własną pracą, przeto nie szło mu sporo i zmierzch już zapadł, zanim skończyli zagon.

„Klara śpi już od dawna!” — pomyślał Jan, odrzucając łopatę. — Dobranoc! — powiedział Börjemu po raz drugi.

— Dobranoc! I dzięki za pomoc! — odrzekł Börje. — Zaraz pójdę po obiecane żyto! Odpłacę ci to niedługo, Janie, możesz być pewny!

— Nie chcę zapłaty! Dobranoc!

— Jak to? — zdziwił się Börje. — Nie chcesz nic za swą pracę? Od kiedyż to stałeś się tak wspaniałomyślny?

— E... to... tylko dziś! Jest to bowiem rocznica urodzin mojej małej! — rzekł Jan.

— Tak? I dlatego to pomagałeś mi w kopaniu?

— Właśnie dlatego... i jeszcze z innego powodu... dobranoc Börje!

Jan oddalił się szybko, aby nie być zmuszonym wyjawiać owego drugiego powodu. Czuł, że powie. Świerzbiał go język, by powiedzieć:

— Dzisiaj rocznica urodzin Klary Gulli, a także rocznica urodzin mego serca...

Dobrze się stało, że do tego nie doszło, bo Börje byłby niewątpliwie sądził, że Jan dostał bzika.

Dzień Bożego Narodzenia

Kiedy małej Klarze minął rok, wziął ją Jan Anderson w dzień Bożego Narodzenia ze sobą do kościoła na nabożeństwo.

Żona uczyniła wprawdzie uwagę, że dziecko jeszcze za małe jest, by je brać ze sobą na tak uroczysty obchód i że może się zachowywać równie niewłaściwie jak wówczas, podczas szczepienia.

Ale Jan postawił na swoim, tym łatwiej, że nie sprzeciwiało się to wcale przyjętym zwyczajom i nie było rzeczą niewłaściwą iść do kościoła z dziećmi, choćby były nawet całkiem małe.

Wczesnym tedy rankiem w Boże Narodzenie wybrali się mieszkańcy Skrołyki w drogę, wyruszając wraz z Klarą Gullą z domu już o piątej z rana. Niebo przysłaniały chmury i ciemność panowała głęboka, ale powietrze było łagodne, niezwykle nawet łagodne, a przy tym ani śladu wiatru, co się często zdarza w tych okolicach przy końcu grudnia.

Droga wiodła zrazu wąskimi miedzami dzielącymi pola lub ścieżynami pośród zagajników askaladarneńskiej kotliny. Potem wędrowcy musieli piąć się stromą percią, zawianą śniegiem, biegnącą po upłazie Snipy, a dopiero poza tym rozpoczynała się jaka taka droga.

Wielki, dwupiętrowy dwór we Falli połyskiwał światłem, bowiem w każdym oknie płonęły świece i wydawał się idącym jakby latarnią morską, przy której blasku dotarli z niejakim zresztą trudem do domu Börjego. Tam napotkali kilku sąsiadów, którzy poprzedniego wieczoru przysposobili sobie pochodnie i teraz przyświecali w drodze. Do nich przyłączył się Jan z Katarzyną. Każdy, kto miał pochodnię, szedł w małej grupce znajomych. Przeważnie wszyscy milczeli, ale panował nastrój wesoły. Wydawało się wędrownikom, że są jak królowie, czy mędrcy ze Wschodu, zdążający do żłóbka przy blaskach cudownej gwiazdy, by oddać pokłon nowo narodzonemu.

Wydostawszy się na linię lasów, cała gromada musiała przejść koło wielkiego, skalnego bloku, który swego czasu pewien gigant, mieszkający we Frykerudzie, rzucił na kościół swartsjoeński w sam poranek Bożego Narodzenia. Ale kamień przeleciał szczęśliwie ponad wieżą kościelną i spadł bez szkody na upłaz Snipy.

Gdy idący zbliżyli się, skała ta leżała jak zawsze spokojnie, ale wszyscy wiedzieli, że tej nocy podniosła się nad ziemię, uniesiona na dwunastu złotych filarach i że pod nią trolle, olbrzymy i diabły urządzały sobie ucztę, pijatyki i tańce aż do świtu.

Nie zaliczało się wcale do przyjemności przechodzić wczesnym rankiem w samo Boże Narodzenie koło tego kamienia i Jan zerkał raz po raz ku Katarzynie, chcąc się przekonać, czy trzyma dziecko mocno u piersi.

Katarzyna szła pewnym krokiem spokojnie jak zawsze i rozmawiała półgłosem z sąsiadką. Ani jej w głowie było myśleć o niebezpiecznym miejscu, w jakim się właśnie znajdowała.

Znaleźli się pośród lasu wysokopiennych, prastarych, wytrzymałych na burze jedli. Pochodnie rzucały błyski na ich czerwone filary, na olbrzymie czapy ze śniegu, zwieszające się z koron, a temu, kto umiał patrzyć, nasuwała się nieodpornie myśl, że pośród nich stoją przyczajone, postać jedli na się biorące trolle, złe olbrzymy ludziom wrogie, patrzące złośliwie spod śnieżnych kołpaków i wysuwające pazury z białych rękawic.

Póki stały spokojnie, pół biedy jeszcze było, ale któż mógł wiedzieć, czy się nie spodoba któremuś sięgnąć długą grabą i porwać człowieka? Mniejsza o dorosłego, wyplątałby się jakoś z bożą pomocą, ale Jan słyszał często, że trolle mają upodobanie do małych dzieci, a im mniejsze, tym im się podobają bardziej.

Wydało mu się, że Katarzyna postępuje lekkomyślnie i nie dość mocno trzyma dziecko. Niewielka to była sztuka dla olbrzyma sięgnąć pazurzastą łapą i wyrwać jej Klarę. Jan nie śmiał jednak odbierać jej dziecka tutaj, w tym niesamowitym miejscu. Właśnie to mogło rozgniewać potwory i pobudzić je do napaści.

Już i bez tego zaczęło coś trzaskać, szumieć i szeptać górą, tam gdzie wisiały śniegowe czapy, jakby giganty wyciągały członki i zbierały się do ataku.

Jan nie miał odwagi pytać innych, czy widzą i słyszą to co on, bo właśnie owo pytanie mogło rozgniewać potwory i wprawić je w ruch. Nie wiadomo, czym je rozgniewać można.

W udręce tej nie mógł uczynić nic innego, jak tylko zacząć pieśń nabożną.

Nie miał głosu ni słuchu i dotąd wobec innych nie wyrywał się nigdy śpiewać. Nie umiał jakoś trafić na ton właściwy, toteż nawet w kościele nie ważył się brać udziału w śpiewie. Ale teraz było mu wszystko jedno jak śpiewa, byle tylko śpiewać dla ocalenia córki.

Widział, że ci, co idą przed nim, dziwują się, że się trącają łokciami, że się na niego oglądają. Nie robił sobie z tego nic, śpiewał dalej przeraźliwie z wytrwałością wilka.

Posłyszał za chwilę szept jednej z kobiet:

— Zaczekajcieno, Janie. Pomogę wam!

Zaintonowała zaraz pieśń jak należy i wnet rozległ się hymn Bożego Narodzenia:

Zeszedł na ziemię Pan,

Którego głoszono od wieka

Ku wybawieniu człowieka...

Przez las potworów przebiegło straszliwe drżenie. Trolle nasunęły czapy śniegowe na czoła, tak że znikły pod nimi ich szatańskie oczy, cofnęły pazurzaste, gotowe chwytać ręce i wepchnęły je w zaspy. Gdy prześpiewano pierwszą zwrotkę, nikt nie mógł już dostrzec na przełęczy nic innego prócz zwykłego lasu starych, wyhodowanych w walce z wichrami wysokopiennych jedli, nikomu zgoła niemogących krzywdy uczynić.

Powoli dopaliły się pochodnie, przyświecające Askaladarńczykom w wędrówce przez las i w tej samej chwili gromada dobiła do gościńca. Tutaj już łatwo było iść, bo co chwila jawiła się rzęsiście oświetlona chata. Gdy jedna ginęła z oczu, zaraz ukazywała się druga w niewielkiej odległości. Mieszkańcy postawili, ile mieli, świec i lamp w oknach, aby w ten sposób wędrującym do kościoła z całej parafii wiernym ułatwić drogę.

Nareszcie znaleźli się na wzgórzu, z którego mogli zobaczyć sam kościół. Mieli go tuż przed sobą. Światłość buchała z wszystkich okien, tak że wyglądał jak olbrzymia latarnia.

Mimo woli na ten widok przystanęli, bowiem obraz tego domu bożego wprawił ich w wielkie wzruszenie. Wydał im się po wszystkich owych niskich domkach, jakie minęli, nadziemsko wielki i niezrównanie świetlisty.

Patrząc na kościół, wspomniał Jan zaraz owych dwoje biednych ludzi z Palestyny, którzy wędrowali przez całą noc z małym Dziecięciem, będącym całą ich pociechą i skarbem życia. Szli z Betlejemu, zmierzając do Jerozolimy, by w świątyni dopełnić na Dziecku obrządku obrzezania. Musieli jednak skradać się potajemnie i kryć, bowiem Dziecięciu zagrażało niebezpieczeństwo z rąk wielu ludzi.

Askaladerńczycy wyruszyli z domu bardzo wcześnie, aby uprzedzić jadących do kościoła końmi, ale tuż pod kościołem dopędziły ich sanie i konni. Bogatsi nadjeżdżali z pobrzękiem dzwonków, śmigając żwawo, a konie rozpuścili galopem. Toteż biedni piechurzy musieli zmykać z drogi, chroniąc się na wysokie wały śniegu, ciągnące się po obu stronach gościńca.

Jan niósł teraz dziecko i musiał co moment ustępować nadjeżdżającym. W dodatku migotliwe światła pojazdów nie oświecały drogi, a ćmiły tylko wzrok, tak że posuwał się naprzód z wielką trudnością ku promieniejącej świątyni. Pragnął dotrzeć tam co prędzej, mając nadzieję, że gdy dojdzie, wszystko będzie dobrze.

Nagle rozległ się tuż za nim rzęsisty podźwięk i tętent kopyt końskich po śniegu. Nadbiegły duże sanie zaprzężone w dwa konie, w których Jan zobaczył młodego, wykwintnego pana w czarnym futrze i wysokiej czapie, a obok niego młodą damę. Pan sam powoził, a z tyłu stał służący z rozbłysłą jasno pochodnią w podniesionej ręce. Płomień jarzył się w pędzie, zostawiając za sobą długi ogon dymu przetykany iskrami.

Jan stał na wale śnieżnym u skraju drogi. Nie było tu wcale bezpiecznie. Co chwila zapadała mu to jedna, to druga noga i lada chwila mógł upaść. Spostrzegł to pan, ściągnął cugle i przywołał Jana, którego spędził z gościńca.

— Człowieku! Daj dziecko! Zawiozę je w sankach do kościoła i oddam u wejścia! — powiedział uprzejmie. — Tyle tu różnych sani, że niebezpiecznie iść pieszo z dzieckiem na ręku.

Ale Jan odrzekł:

— Dziękuję pięknie! Dam sobie radę!

— Posadzimy maleństwo między sobą, Janie! — dodała dama. — Nic mu się nie stanie.

— Dziękuję pięknie! — powtórzył Jan. — Jakoś sobie poradzę!

— Aa... więc boisz się wypuścić z rąk malca? — powiedział młody pan, roześmiał się i pojechał dalej.

Wędrowcy szli dalej, ale droga stawała się coraz to niebezpieczniejsza i mozolniejsza. Sanie sunęły za saniami. Nie było w całej parafii konia, który by nie ruszył w drogę owego poranku świętalnego, a kto żył, udał się do kościoła.

— Czemużeś nie oddał dziecka? — spytała Katarzyna. — Boję się, byś się z nim jeszcze nie przewrócił!

— Jak to? Miałem im oddać dziecko? — spytał — Kobieto, nie wiesz chyba, co mówisz? Czyż nie wiesz, co to byli za ludzie?

— Cóż by się było stało małej, gdyby ją zabrali właściciele huty duwneńskiej?

Jan stanął nagle osłupiały.

— Czyż to był właściciel huty ze swoją żoną? — spytał takim głosem, jakby się obudził z głębokiego snu.

— Naturalnie, byli to państwo z Duwna. Za kogóż ich wziąłeś?

I prawda! Gdzież to wędrowały myśli Jana? Cóż to było za dziecko, które niósł przez cały czas na ręku? Dokądże zmierzał z nim? Jakiż to kraj wokoło?

Przetarł dłonią czoło i odrzekł z miną wielce zakłopotaną i zawstydzoną:

— A ja myślałem, że to król Herod judejski z żoną swoją, Herodiadą...

Szkarlatyna

Gdy córka Jana miała około trzech lat, zapadła na chorobę, słusznie zwaną szkarlatyną, gdyż ciałko jej stało się szkarłatne i parzyło, gdy się go było dotknąć, jak ogień. Mała nie chciała jeść, a nie mogła też spać. Leżała nieprzytomna w swym łóżeczku i mówiła od rzeczy. Jan nie mógł się zdobyć na to, by odejść z domu i przez cały czas choroby córki po całych dniach i nocach przesiadywał przy niej. Wydawało się, że w tym roku żyto Eryka z Falii nie zostanie wymłócone.

Nad chorą czuwała Katarzyna. Póki dziewczynka była zdrowa, zajmował się nią przeważnie ojciec, ale gdy się rozchorowała, nie śmiał się do niej zbliżyć. Bał się, że może jej zaszkodzić lub nie dosyć delikatnie dotknąć się jej.

Ale nie wydalał się z domu, tylko siedział w kącie przy piecu, z oczyma wlepionymi w małą i patrzył, jak Katarzyna pielęgnowała Klarcię, jak ją okrywała, ile razy zrzuciła kołderkę, i poiła rozcieńczonym sokiem borówkowym, który dostała od gospodyni z Falli.

Dziecko leżało we własnym łóżeczku, ale na samym tylko sienniku, wypchanym słomą, bez prześcieradła. Grube, zgrzebne płótno i twarda wyściółka dotkliwie dawać się musiały we znaki biednemu, napuchłemu i pokrytemu krostami, a przez to bardzo wrażliwemu ciałku dziecka.

Ile razy Jan widział, jak mała rzuca się w gorączce po pościeli, przychodziła mu na myśl najpiękniejsza rzecz, jaką posiadał na świecie, to jest koszula do stroju niedzielnego.

Miał jedną tylko, ale uszyta była z cienkiego, połyskującego, śnieżnego płótna i miała sztywny, krochmalny gors. Zrobiona była tak pięknie, że mógł ją nosić sam nawet właściciel duwneńskiej huty, a Jan obchodził się z nią jak ze świętością. Reszta koszul jego była zgrzebna, podobnie jak siennik, na którym leżała biedna Klarcia.

Wiedział, że daremnie myśli o owej koszuli, bo gdzieżby też Katarzyna zezwoliła na jej podarcie! Wszakże sama mu ją uszyła do ślubu!

Katarzyna uczyniła dla chorego dziecka wszystko, co było w jej mocy. Wypożyczyła od Eryka z Falli bryczkę, otuliła Klarcię we wszystkie posiadane chustki i zawiozła do miasta, do lekarza. Dzielną była kobietą Katarzyna, ale owa bytność w mieście nie dała żadnego skutku. Podobnie też nie pomogła na włos wielka flaszka lekarstwa, przywieziona z apteki, ani najściślejsze stosowanie zaleceń lekarza.

Jan siedział dręczony myślami. Rodzice, którym Bóg dał tak niezwykłe dziecko, jak Klara Gulla, winni są poświęcić dlań wszystko, co najlepszego posiadają. Inaczej nie będą godni, by dziecko to żyło z nimi długo. Tak jest niewątpliwie, ale któż posiada tyle wymowy, by Katarzynę przekonać, że tak jest w istocie?

Dziecko gorączkowało ciągle, a w czasie onym zjawiła się u Jana Karin, Finka z pochodzenia. Jak wszystkie Finki umiała Karin zamawiać rozmaite choroby u bydła, a ponadto posiadała władzę leczenia drobniejszych niedomagań u ludzi, mianowicie jęczmienia na powiece, robaków w żołądku oraz rozlicznych czyraków i wrzodów. O ile szło o choroby poważniejsze, nikt nie chciał zasięgać jej porady, bowiem za rzecz bezbożną uznawano wzywać czarownicę, gdy szło o coś więcej ponad pomniejsze dolegliwości codzienne.

Karin, wszedłszy do izby, od razu zobaczyła, naturalnie, chore dziecko, a Katarzyna powiedziała jej, że ma szkarlatynę. Ale ani matka, ani ojciec nie prosili Karin o radę.

Karin widziała dobrze niepokój i troskę rodziców. Toteż gdy została pogoszczona kawą i otrzymała od Jana cały skrętek tytoniu, powiedziała sama z siebie:

— Nie jest w mojej mocy uleczyć dziecko z tej choroby, ale pouczę was, w jaki sposób sami możecie się dowiedzieć, czy choroba ta zakończy się śmiercią, czy dziecko żyć będzie. Czuwajcie do północy, potem zegnijcie palec wskazujący i wielki lewej ręki w ten sposób, by powstało kółko i przez nie spojrzyjcie na dziecko. Uważajcie bacznie na to, co obok małej leży w łóżku, a dowiecie się, co czeka waszą córkę.

Katarzyna podziękowała jej gorąco, bo z takimi ludźmi najlepiej być na dobrej stopie i dolała jeszcze kawy. Ale ani jej w głowie było postąpić według rady czarownicy.

Również i Jan nie przypisywał tej radzie żadnego znaczenia. Myślał bezustannie o koszuli, żałując, że mu brak odwagi wystawić się na gniew Katarzyny.

Nie mógł w żaden sposób prosić jej, by mu pozwoliła podrzeć podarek ślubny. Wiedział, że nie przyniesie to wielkiej ulgi biednemu dziecku, a jeśli ma umrzeć, to koszula będzie po prostu zmarnowana.

Gdy nastał wieczór, udała się Katarzyna jak zawsze do łóżka, ale Jan zbyt był niespokojny, by spać, nie kładł się tedy i siedział dalej w kącie przy piecu. Widział, jak Klarcia wije się z bólu, bo uraża ją ciągle zgrzebny siennik, i rozważał, jakby to było ślicznie, gdyby jej mógł zrobić miękkie, gładkie, chłodne prześcieradełko.

Koszula leżała w szafie, wyprasowana, czysta i bezużyteczna i na myśl o tym krajało się serce Jana. Z drugiej strony, przykro mu było ranić Katarzynę przez potarganie rzeczy, którą dlań uszyła, w tym celu, by z niej zrobić prześcieradło.

Mimo wszystko, gdy wskazówka zegara zbliżyła się do północy, wstał, zbliżył się do szafy i wyjął koszulę. Przede wszystkim oderwał twardy gors, potem zaś podzielił resztę na dwie części. Jedną podsunął delikatnie pod ciałko dziecka, drugą zaś rozpostarł na nim i przykrył ciepłą, grubą kołdrą, pod którą leżało.

Uczyniwszy to, wrócił do swego kąta i czuwał dalej. Za niedługą chwilę zegar wydzwonił północ. Nie zdając sobie sprawy z tego, co czyni, złożył w kółko palce lewej ręki, podniósł do oka i spojrzał na łóżko dziecka.

To co ujrzał, przepoiło go zdumieniem. Na brzegu łóżka siedział mały, nagusieńki aniołek. Ciało jego nosiło ślady zadrapań i odparzeń od grubego płótna siennika i najwyraźniej wstał, by porzucić niewygodne leże. Nagle obrócił się, dotknął cienkiego, miękkiego płótna koszuli, przesunął po nim rączkami i przerzucając z powrotem nożyny do łóżka, położył się obok chorego dziecka, by czuwać nad nim dalej.

Kiedy aniołek zabierał się do odejścia, wylazło z drugiej strony coś czarnego, niesamowitego i wychyliło głowę ponad łóżko, radując się, że gdy anioł pójdzie sobie, będzie mogło zająć jego miejsce przy dziecku.

Ale anioł nie dopuścił tego, więc ciemna stwora przeciągła się, wykrzywiła obrzydliwie, potem skurczyła, jakby ją przeniknęła wielka boleść i wijąc się wężowymi ruchy, spełzła powoli ku ziemi.

Następnego dnia Klarcia miała się znacznie lepiej. Choroba się przełamała tej właśnie nocy, a Katarzyna tak była uradowana, że nie miała odwagi czynić wyrzutów Janowi, iż podarł otrzymaną od niej koszulę ślubną. W duchu pomyślała sobie tylko, że ma męża niespełna rozumu.

Wizyta we dworze

Kiedy małej Klarci szło już na piąty rok życia, wziął ją pewnego niedzielnego popołudnia Jan za rączkę i poszli razem w kierunku lasu.

Minęli cieniste przylaski brzozowe, gdzie zazwyczaj siadywali, minęli również borówczane wzgórze, ba... minęli nawet potok wijący się jarem, gdzie prano bieliznę. Szli i szli, nie zatrzymując się wcale.

Wędrowali ręka w rękę cisi, poważni, zadumani i podróż ta znamionowała, że czeka ich coś niezwyczajnego, coś uroczystego.

Tam, gdzie na wschodniej stronie zielenieje najgęstszy las, zatonęli pośród drzew, ale nawet i tutaj nie spoczęli jeszcze i ukazali się niebawem po drugiej stronie na porosłym krzakami wzgórzu, powyż Lobby.

Stąd udali się na rozdroże, gdzie bity gościniec przecina drogę przez wieś i w tym miejscu musiało się na koniec wyjaśnić, dokąd zmierzają.

Ale nie skierowali się do Nesty, ani też do Nysty, nie obrócili się też ku Där-Fram, ani ku Pa-Vallu.

Maszerowali dalej prosto, drogą przez wieś i teraz stało się zupełną zagadką, gdzie leży cel ich podróży. Niepodobieństwem było przypuszczać, by zamierzali złożyć wizytę Björnowi Hindriksonowiw Lobby!

Co prawda, żona Björna Hindriksona była przyrodnią siostrą matki Jana, Jan był więc spowinowacony z najbogatszymi rodzinami w parafii i miał prawo zwać ciotką i wujem Björna Hindriksona i jego żonę. Dotąd jednak Jana jakoś nie obchodziło wcale to pokrewieństwo, a nawet z Katarzyną bardzo rzadko rozmawiał o bogatych wujkach, których miał więcej jeszcze wokoło. Przeciwnie, schodził zawsze z drogi Björnowi Hindriksonowi, a nawet w niedzielę na placu przed kościołem nigdy doń nie przystąpił z pozdrowieniem i uściskiem dłoni, mimo, iż był to zaszczyt niemały.

Teraz jednak, kiedy Jan miał tę małą, przedziwną córeczkę, był on czymś więcej, jak biednym zarobnikiem. Posiadał skarb, jakiego nie miał nikt, kwiat, którym mógł się przystroić. Był teraz bogaczem pośród bogatych i potężnych pośród mocarzy. Teraz to udał się wprost do wielkiego dworzyszcza Björna Hindriksona, by po raz pierwszy w życiu odwiedzić krewnych swoich.

Wizyta ona trwała niedługo. W godzinę niespełna kroczył Jan ze swą córeczką z powrotem ku bramie wjazdowej przez obszerne podwórze.

Gdy jednak znalazł się u bramy, stanął i obejrzał się, jak gdyby miał ochotę zawrócić i wejść raz jeszcze do wnętrza.

Nie miał żadnego powodu żałować tych odwiedzin. Nie... nie... nie doznał żadnej przykrości, zarówno on, jak Klarcia zostali przyjęci bardzo życzliwie. Żona Björna Hindriksona zaprowadziła zaraz Klarcię do szerokiej, niebiesko lakierowanej szafy, stojącej pod najszerszą ścianą izby i dała jej kawałek placka i cukru. Sam Björn spytał, ile ma lat i jak jej na imię, potem zaś otwarł wielki, skórzany worek, który nosił w kieszeni spodni i darował jej srebrną monetę czteroszylingową.

Jana potraktowano kawą, ciotka wypytywała o Katarzynę, dowiadywała się, czy mają krowę, świnię, czy w domu ich bardzo zimno i czy Eryk z Falli płaci im tyle, byle mogli żyć, nie robiąc długów.

Wizyta miała taki przebieg, że Jan nie mógł się na nic użalać. Po chwili rozmowy Hindriksonowie oświadczyli, że mają zaproszenie na wieczór i muszą za pół godziny jechać. Jan zrozumiał, że tej pół godziny potrzebują, aby się przystroić, jak należy, przeto wstał i pożegnał się. Wówczas to gospodyni domu szybko podeszła do szafarni, dobyła masło, słoninę, napełniła woreczek kaszą, drugi mąką i związawszy wszystko w chustkę zrobiła tobołek, który przy rozstaniu podała Janowi, mówiąc, że jest to mały podarek dla Katarzyny. Należy jej się nagroda za to, że nie była na wizycie, ale pilnowała przez ten czas domu.

Wziął, co mu dano, ale pakunek ten wprawił go w wielkie zakłopotanie.

Wiedział, że były tam rzeczy wyśmienite, wspaniałe rzeczy, o których z utęsknieniem wspominali w Skrołyce przy każdym jedzeniu. Ale Jan czuł, że przyjmując te smakołyki, ubliży do pewnego stopnia swej małej córeczce i zrobi jej krzywdę.

Nie, nie przybył on do Björna Hindriksona jako żebrak, ale jako krewny, udający się w odwiedziny do krewnych. Nie wolno Hindriksonom brać sprawy z niewłaściwej strony, pod żadnym warunkiem. Trzeba ich przekonać, jak się rzecz ma.

Przyszło mu to na myśl jeszcze w izbie podczas pożegnania, ale szacunek, jaki żywił dla Björna i jego żony, nie pozwolił mu odmówić wprost przyjęcia datku. Dlatego wziął podany sobie tłumoczek.

Zawrócił od bramy, podszedł kilkanaście kroków i złożył zawiniątko u węgła stajni, tak że musieli je niezawodnie spostrzec domownicy, chodzący tamtędy nieustannie.

Bolało go bardzo, że zostawia te wszystkie delikatesy na ziemi, ale wszak jego Klarcia nie była córką żebraka i nikt nie będzie śmiał powiedzieć, że wraz z ojcem chodzi do bogatych krewnych po jałmużnę.

Egzamin

Klara Fina Gulleborga miała lat sześć, kiedy pewnego dnia powszedniego poszła wraz z Janem do szkoły w Östenby, gdzie odbywał się właśnie egzamin.

Była to pierwsza prawdziwa szkoła w całej parafii, a wszyscy cieszyli się bardzo z jej posiadania. Przedtem musiał kościelny Svartling, pełniący funkcje nauczyciela, zadowalać się wędrówką z jednego dworku do drugiego i wodzić ze sobą swych uczniów.

Aż do roku 1860, kiedy to ukończono nareszcie budowę szkoły, musiał co dwa tygodnie zmieniać lokal szkolny i często wypadło mu uczyć w izbie, gdzie gospodyni gotowała jedzenie, gospodarz stał u warsztatu i heblował drzewo, tuż obok leżeli niemogący się już podnieść staruszkowie, pod ich zaś łóżkami kury gdakały lub wysiadywały jaja.

Mimo to nauka szła zawsze dobrze, bowiem kościelny Svartling zaliczał się do ludzi, którzy umieją w każdych warunkach utrzymać ład i porządek. Niemniej rozkosznego doznał uczucia w chwili rozpoczęcia swych czynności w izbie wyłącznie na naukę przeznaczonej, wolnej od owych zwykłych, a uciążliwych dodatków. Pod ścianami nie było już łóżek ani szaf, ani szafarni, okien nie zasłaniały wysokie warsztaty tkackie, grążąc w cieniu szkołę, a także nie mogła tu już wepchnąć się żadna sąsiadka przynosząca nowinki, paplająca, niby kury co gdaczą i pijąca kawę.

Tutaj mógł zawiesić na ścianach obrazy z historii biblijnej, rysunki roślin i zwierząt oraz wyobrażenia królów szwedzkich. Tutaj też miały dzieci niskie, prawdziwe ławki szkolne i nie były zmuszone siedzieć przy wysokich stołach, kiedy to nader często nie sięgały nosami umieszczonej gdzieś w górze płaszczyzny, na której leżały książki lub tabliczki.

Tutaj miał nauczyciel katedrę, jak się należy, poza nią półki i szuflady, gdzie mógł chować księgi ze świadectwami i katalogi, a gdy tak podczas nauki siedział wzniesiony ponad poziom klasy, miał minę dostojną, jak nigdy w ciągu całej swej nauczycielskiej kariery. Dotąd siadywał najczęściej na kominie, a dzieci otaczały go półkolem, przysiadłszy na podłodze. Dotąd najczęściej miał poza sobą żar ogniska, teraz czuł się wyśmienicie, stał się człowiekiem osiadłym, miał czarną tablicę, gwoździe do zawieszania map i rycin i nie musiał je opierać o szafy, stoły, czy ławy, jak to czynił przez czas długi.

Wiedział teraz, ile posiada piór gęsich i mógł uczyć dzieci ciągnąć proste kreski i regularne łuki. Zaświtała na koniec nadzieja, że cała parafia wyuczy się z czasem pisać tak pięknie, jak on sam, wreszcie, na czym mu bardzo zależało, mógł teraz ustawiać uczniów w regularne, wojskowe szeregi, by w porządku po nauce opuszczały budynek.

Wszyscy byli niewymownie zadowoleni z posiadania szkoły, obok tego jednak zjawiło się nowe uczucie. Oto wydało się rodzicom, że dzieci stały im się obce, od kiedy zaczęły chodzić do nowego budynku. Wydało im się, że dzieci przeniosły się w jakiś inny, dostojniejszy stan, do którego oni nie mieli dostępu. Uczucie to było uzasadnione, ale niesłuszne, bo przecież wielką to powinno było napawać rodziców radością, że dzieciom dostało się coś lepszego, niż im samym i że mogą sięgnąć wyżej.

Onego dnia, kiedy Jan szedł na egzamin, wiódł on przez całą drogę za rączkę swą małą Klarę Gullę, jak to zawsze miało miejsce i rozmawiali ze sobą po przyjacielsku i szczerze.

Gdy jednak Klara Gulla znalazła się w pobliżu szkoły i zoczyła kupkę dzieci, czekających u wejścia, wysunęła dłoń z ręki ojca i przeszła na drugą stronę drogi, znalazłszy się zaś pod samym budynkiem, zupełnie zapomniała o Janie i przyłączyła się do współuczniów.

Podczas egzaminu siedział Jan ze Skrołyki na krześle w bezpośrednim sąsiedztwie katedry, pomiędzy wysokimi dostojnikami i członkami rady szkolnej. Był on zmuszony zająć to miejsce, inaczej bowiem nie byłby widział nic prócz pleców Klary Gulli, siedzącej pośród najmłodszych uczniów, w pierwszej ławce na prawo od katedry. Gdyby nie to, za nic w świecie nie byłby się ośmielił siadać na tak poczesnym miejscu. Kto jednak był ojcem tak niezrównanego dziecka, jak Klara Gulla, nie miał powodu, uważać się za coś gorszego niż każdy inny parafianin.

Klarcia z miejsca swego musiała widzieć ojca, inaczej być nawet nie mogło. Mimo to nie spojrzała nań ani razu i wydawało się, że dla niej nie istnieje wcale.

Natomiast wpatrywała się bez przerwy w nauczyciela. Zajęty był on właśnie egzaminowaniem starszych dzieci, siedzących na lewo od katedry. Musiały czytać, pokazywać na mapie różne kraje i miasta, rachować na wielkiej tablicy, a nauczyciel miał ledwo czas rzucić okiem ku malcom po prawej. Toteż nic by nie szkodziło, gdyby Klara Gulla spojrzała bodaj przelotnie w stronę ojca. Ale ani razu nie zwróciła ku niemu głowy.

Pocieszał się po trosze tym, że czyniły to samo wszystkie inne dzieci. Siedziały spokojnie, z oczyma utkwionymi w nauczyciela i udawały, że rozumieją wszystko, co mówi... ba... nawet kiedy zażartował sobie, trącały się łokciami i śmiały z cicha.

Rodzice nie mogli się wydziwić, że malcy są tak grzeczni i tak przyzwoicie zachowują się podczas długiego egzaminu. Dziwny to był zaiste człowiek ten kościelny Svartling i dokazać musiał wszystkiego, czego tylko chciał.

Jan zaczął doznawać niepokoju i strachu. Nie wiedział już dobrze, czy ta siedząca w pierwszej ławce na prawo dziewczynka jest jego dzieckiem, czy patrzy na córkę jakiegoś innego człowieka. Trapiło go to tak bardzo, że wstał z krzesła i przesiadł się bliżej drzwi, pomiędzy wyrobników i sieciarzy.

Na koniec skończył się egzamin starszych, a nauczyciel wziął się do malców, którzy zaledwo posiedli sztukę czytania. Nie mieli wielkiego zapasu wiadomości, musieli jednak również odpowiedzieć na kilka pytań. Zaczęło się od stworzenia świata.

Przede wszystkim spytano je, kto świat stworzył i okazało się, że wiedzą to doskonale. Ale zdarzyło się nieszczęściem, że nauczyciel spytał, czy któreś nie zna jeszcze innego miana, jakim oznaczamy Boga.

Wszyscy malcy zamilkli od razu. Twarzyczki ich poczerwieniały, czoła pokryły się fałdami, widać było wysiłek myśli tych małych główek, ale żadne nie mogło znaleźć odpowiedzi na tak niemądre pytanie.

W ławkach, gdzie siedziały starsze dzieci, rozpoczęło się poruszanie podniesionymi rękami, strzyżenie palcami, szepty i chichoty. Ale maleństwa zaciskały usta i nie wiedziały, co powiedzieć, a Klara Gulla wiedziała tyle co i inne.

— Jest pewna modlitwa, którą odmawiamy codziennie — pomagał nauczyciel — jakże w niej zwiemy Boga?

Klara Gulla doznała olśnienia. Zrozumiała, że nauczyciel chce, by powiedziano, że Boga zwiemy także ojcem i podniosła w górę palce.

— Powiedz tedy, Klarciu, jak zwiemy jeszcze Boga? — rzekł nauczyciel.

Zaczerwieniła się mocno, wstała w ławce, a spleciony sztywno warkoczyk wyprostował się z tyłu głowy niby ogonek.

— Boga nazywamy także Janem! — powiedziała donośnie i wyraźnie.

Śmiech się rozległ w całej szkole. Wysocy dostojnicy, radni szkolni i rodzice uśmiechnęli się także, a nawet nauczyciel miał minę wzruszoną.

Klara Gulla spąsowiała, a łzy napłynęły jej do oczu. Ale nauczyciel stuknął mocno w podłogę kijem służącym do pokazywania na mapie i zawołał:

— Cicho!

A potem wyrzekł kilka słów wyjaśnienia.

— Klara Gulla chciała powiedzieć: ojcem! Powiedziała zamiast tego: Janem, bo ojciec jej ma na imię Jan. Ale nie powinniśmy się tak bardzo dziwować, czy jest w całej szkole dziecko, które by miało tak dobrego jak ona ojca. Widziałem nieraz, jak czekał na nią przed szkołą w zawiei i deszczu i jak ją niósł do szkoły na ręku, kiedy śnieg zawiał wszystkie ścieżki. Dlatego to nic dziwnego, że mówi: Jan, gdy chce wyrazić coś najlepszego i najwyższego spośród wszystkiego, co zna.

Pogładził dziewczynkę czule po włosach, a wszyscy uśmiechali się życzliwie i byli mocno wzruszeni.

Klara Gulla siedziała na swym miejscu, nie wiedząc, co począć, ale Jan ze Skrołyki szczęśliwy się czuł jak król, bo znowu stało mu się jasne, że mała dziewczynka w pierwszej ławce na prawo to jego własne, naprawdę własne dziecko.

Turniej egzaminowy

Dziwny zachodził stosunek pomiędzy małą dziewczynką ze Skrołyki, a jej ojcem. Zdawać by się mogło, że oboje są wyciosani z jednego kawałka, bo oto umieli wzajem czytać swoje myśli.

W Svartsjö mieszkał nauczyciel, stary, wysłużony wojak. Uczył dzieci mieszkające na samych krańcach parafii, nie miał jak kościelny szkoły, ale był powszechnie bardzo lubiany przez uczniów swoich. Nie zdawały sobie całkiem sprawy z tego, że idą do szkoły po to, by się uczyć, ale biegły do nauczyciela jak na zabawę, ciekawe każdego dnia osobno, co im nowego powie.

Przyjaźń niezmącona panowała pomiędzy oboma nauczycielami, ale zdarzyło się pewnego razu, że młodszy chciał zwrócić uwagę starszemu, iż należy iść z duchem czasu i zaproponował mu, by porzucił w nauce czytania przestarzałą metodę sylabizowania. Kilka już razy Svartling nakłaniał starego wojaka do podobnych zmian, ale tenże pomijał to milczeniem. Tym razem jednak obruszył się:

— Przewróciło ci się, widzę, w głowie — zawołał — od kiedy zbudowano dla ciebie szkołę! Otóż powiadam ci, że moje dzieci czytają równie dobrze, jak twoje, mimo że uczę po izbach czeladnych.

— Wiem o tym! — odparł Svartling. — Nigdy też nie twierdziłem co innego. Chcę tylko powiedzieć, że należy dzieciom oszczędzać trudności...

— No i cóż dalej? — spytał stary wojak. Kościelny poznał po głosie jego, że się czuje dotknięty i zabrał się do odwrotu.

— To prawda — rzekł łagodnie — że ułatwiasz dzieciom naukę, że nigdy się nie uskarżają na trudności...

— Może chcesz przez to powiedzieć, że im ułatwiam zanadto naukę? Może ich nie uczę wcale? — krzyknął stary i uderzył pięścią w stół.

— Cóż ci się to dzisiaj stało, Tybergu? — spytał kościelny. — Wszystko co powiem, bierzesz z najgorszej strony!

— Czemuż mi ciągle robisz docinki?

Wmieszali się inni do rozmowy, załagodzili spór i obaj nauczyciele rozstali się w takiej samej jak dawniej przyjaźni. Ale słowa kościelnego przyszły znowu na myśl Tybergowi, podczas gdy samotny wracał do domu i zawrzał takim samym, jak poprzód gniewem.

„Jak śmie ten mądrala twierdzić, że dzieci moje uczyłyby się więcej i lepiej, gdybym postępował z jego tam jakimś duchem czasu? — pomyślał. — Sądzi oczywiście, żem już za stary, tylko nie ma odwagi powiedzieć tego otwarcie!”

Nie mógł strawić tej sprawy i przyszedłszy do domu, wytoczył rzecz całą w rozmowie z żoną.

— Nie rób sobie nic z paplaniny kościelnego! — powiedziała żona. — Młody nosa zadziera, a stary plany zbiera! Zawsze to powtarzam. Jesteście obaj doskonałymi nauczycielami i basta!

— Ba... cóż mi z twojej przychwałki? — powiedział. — Inni sądzą całkiem inaczej!

Przez parę dni był tak przygnębiony, że aż litość brała patrzeć.

— Czyż nie mógłbyś mu udowodnić, że nie miał racji? — spytała żona.

— Jakże mu to udowodnię? — zdziwił się. — Cóż masz na myśli?

— Myślę, że jeśli rzeczywiście pewny jesteś, iż twoje dzieci umieją tyle co jego...

— Jestem tego pewny! — zawołał.

— W takim razie zażądaj, by jego i twoje dzieci zostały razem wyegzaminowane.

Stary wojak zrobił taką minę, jak gdyby słowa żony nie uczyniły nań żadnego wrażenia, ale nurtowały one w jego umyśle i po kilku dniach otrzymał kościelny list z propozycją zmierzenia wzajemnie zakresu wiedzy uczniów obu szkół.

Nic przeciw temu nie miał Svartling, chciał tylko, by turniej egzaminowy odbył się w czasie świąt Bożego Narodzenia, bo wówczas można mu było nadać charakter uroczystości świętalnej dla dzieci, co nie wymagało osobnego zezwolenia rady szkolnej.

— Nie jest to wcale głupi pomysł! — mruknął kościelny. — To mi zaoszczędzi w tym kwartale wypracowań za karę!

I rzeczywiście nie było ich potrzeba, bo dzieci szkół obu rzuciły się do nauki aż grzmiało, mimo że była zima.

W drugi dzień świąt miał się odbyć turniej. Szkolną salę przystrojono wieńcami z jedliny i pozapalano wszystkie świece i świeczki pozostałe z nabożeństwa w kościele dnia poprzedniego, a w wieńcach tkwiło tyle jabłek, że starczyło po dwa dla każdego dziecka. Chodziły nawet pogłoski, że rodzice i opiekunowie, przybyli na popis, zostaną ugoszczeni gorącą kawą.

Główną rzeczą pozostał jednak ów turniej egzaminowy. Po jednej stronie sali siedziały dzieci Tyberga, po drugiej dzieci kościelnego. Szło o to, by dzieci walczyły o sławę swych nauczycieli, bo Tyberg miał pytać dzieci Svartlinga, a Svartling dzieci Tyberga. Jeśliby jedna ze szkół nie mogła odpowiedzieć na jakieś pytanie lub rozwiązać zadania, miała to uczynić szkoła druga. Potem miano zliczyć wszystkie dobre i złe wyniki i wydać wyrok, która ze szkół jest lepsza.

Kościelnemu przypadło zacząć pytać i wszyscy dobrze słyszeli, z jaką sobie poczynał ostrożnością. Ale gdy się przekonał, że ma do czynienia z dziećmi umiejącymi dużo, naciskał je coraz to silniej. Dzieci Tyberga dawały odpowiedzi wprost świetne, żadne nie zawahało się na chwilę i z mnóstwa pytań żadne nie spaliło na panewce.

Teraz przyszła kolej na starego Tyberga pytać dzieci kościelnego.

Ochłódł on już całkiem z gniewu, był nawet bardzo uradowany świetnym wynikiem egzaminu swych dzieci, toteż przyszedł mu do głowy figiel. Zrazu postawił dzieciom kościelnego kilka zwyczajnych pytań, ale nie mogąc długo utrzymać powagi, wpadł w nastrój, w jakim był zawsze w swojej szkole.

— Wiem dobrze — powiedział — że uczyłyście się, moje dzieci, dużo więcej, niż ci uczniowie, którzy mieszkają na samym krańcu parafii, w zapadłym kącie. Znacie nauki przyrodnicze i różne inne rzeczy. Chciałbym się jednak przekonać, czy które z was może powiedzieć, jakich kamieni najwięcej znaleźć można w strumieniu Motali?

Ani jedno z dzieci kościelnego nie podniosło palców w górę. Przeciwnie, po drugiej stronie sterczał las rąk. Wśród dzieci kościelnego znajdował się Olof Olson, który sam dobrze wiedział, że jest najtęższą głową w gminie, a dalej Hindrik Björnson, pochodzący ze starego, mądrego kmiecego rodu, lecz żaden nie umiał dać odpowiedzi na to pytanie. Siedziała tu jeszcze Karin Svens, pilna dziewczyna, która nie opuściła w życiu ani jednej lekcji i zachodziła w głowę, z jakiego powodu kościelny zataił przed swymi uczniami owe dziwne własności kamieni strumienia Motali.

Siedziała tu również Klara Fina Gulleborga ze Skrołyki, której ojcem chrzestnym było samo słońce, ale i w jej głowie panowały te same ciemności nieprzeniknione, co w głowach wszystkich innych dzieci Svartlinga.

— Musimy tedy — powiedział Tyberg — spytać dzieci z drugiej szkoły, chociaż dziwi mnie mocno, że pośród tylu chłopców i dziewcząt, obdarzonych rozumem i sprytem, nie ma ani jednego ucznia, który by dał odpowiedź na tak łatwe pytanie.

W tejże chwili obróciła się Klara ku swemu ojcu i spojrzała Janowi w oczy w ten sposób, jak to czyniła zawsze w chwilach, gdy nie mogła sobie z czymś ciężkim poradzić. Jan stał tak daleko od córki, że nie mógł jej w żaden sposób podszepnąć odpowiedzi. Ale gdy dziewczyna wpatrzyła się w oczy ojca, wyczytała w nich wszystko.

Szybko podniosła rękę i z wielkiego zapału wstała.

Zwróciły się na nią oczy wszystkich uczniów i uczennic jej szkoły, a kościelny uśmiechnął się zadowolony, że z pytaniem nie trzeba będzie zwracać się do dzieci Tyberga.

— Najwięcej jest kamieni mokrych! — zawołała, nie czekając, aż zostanie zapytana, na co zresztą nie było już nawet czasu.

W tej chwili pewna była, że powiedziała coś niezmiernie głupiego i popsuła opinię całej szkole. Opadła tedy na ławkę, skuliła się i omal, że nie zesunęła się na ziemię, by zejść ludziom z oczu.

— Doskonale! — zawołał Tyberg. — Wybornie powiedziała Klara Fina Gulleborga! Szczęście to dla was uczniowie tej szkoły, że jedno przynajmniej z dzieci dało odpowiedź należytą, inaczej bowiem zostałybyście pobite, mimo całej masy wiadomości, jakie wam wpoił nauczyciel.

Śmiech zabrzmiał ogólny pośród dzieci obu stron sali, a śmiali się też dorośli. Jedni uczniowie wstawali, by wyśmiać się należycie, inni kładli się twarzami na ławkach w tym samym celu i od razu przepadła powaga i porządek.

— Wyrzućmy teraz ławki i zatańczmy wokoło drzewka! — zawołał Tyberg.

Nigdy jeszcze w szkole nie panowała taka wesołość, ani też poza nią, jak owego dnia turnieju.

Rybołowczyni

Trudno sobie, naturalnie, wyobrazić, by ktoś w Skrołyce mógł tak kochać Klarę Gullę, jak jej własny ojciec. Mimo to jednak można twierdzić stanowczo, że stary sieciarz Ola był jej wielkim i szczerym przyjacielem.

Przyjaźń ta miała następujący początek. Pewnego dnia przyszło na myśl dziewczynce, że trzeba koniecznie zastawić tyki na pstrągi w potoku, w którym prano bieliznę. Było ich tam dużo, zwłaszcza w górnym biegu i Klara poradziła sobie, oczywiście wraz z ojcem, doskonale. Pozatykano tyczki, przeciągnięto przez nie sznur na poprzek prądu i pozakładano haczyki z glistami. Rezultat był świetny, bo zaraz nazajutrz Klara wróciła do domu z dwoma małymi rybkami.

Radowało ją to niemało, a matka i ojciec sławili pod niebiosy swą córeczkę, która, mimo że ma dopiero osiem lat, już teraz stara się zaopatrzyć dom w żywność. By ją tym lepiej zachęcić, Katarzyna pozwoliła jej samej oprawić i usmażyć ryby, a Jan skosztowawszy oświadczył, że w życiu swym nie jadł nic podobnego. Była to zresztą czysta prawda, bo pstrąg był tak twardy i ościsty, że sama rybołowczyni nie mogła przełknąć więcej ponad pierwszy kęs.

Niezrażona tym, jęła się rybołówstwa z nieopisanym zapałem. Wstawała rano jednocześnie z ojcem, brała na ramię koszyk, by nieść wygodniej do domu zdobycz, a w kieszeni miała blaszane pudełko z glistami dla zastąpienia obgryzionej na haczykach przynęty.

W ten sposób wyekwipowana wędrowała w górę biegu potoku spływającego w dół po rozlicznych głazach to wąskim, ścieśnionym prądem, to znów zachodząc w zalewiska o cichej, przejrzystej, ledwo poruszającej szybie wodnej.

Stała się jednak rzecz niepojęta. Oto gdy w pierwszym zaraz dniu połów był obfity, przez cały tydzień następny nie złapała się ani jedna ryba. Szczęście opuściło zupełnie małą Klarę Gullę. Wprawdzie poznikały ze sznura nie tylko przynęty, ale nawet brakło kilku haczyków, natomiast nie było ani jednego, jedynego pstrążka.

Zrozpaczona, zabrała swe narzędzia rybackie z węzizny na zalewisko, stamtąd przeniosła je znowu pod wodospad, niestety, nie zmieniło to wcale sprawy, niepowodzenie okazało się stałe.

Biedna dziewczyna indagowała synów Börjego, potem Eryka z Falli, chcąc się dowiedzieć, czy może wstawszy raniej od niej szli wzdłuż potoku i kradli jej ryby. Ale chłopcy nie raczyli nawet odpowiadać jak należy, uważali to bowiem za poniżenie dla siebie. Żadnemu na myśl by nie przyszło łowić ryby w potoku, w którym prano bieliznę. Mieli przecież do dyspozycji rozległe jezioro duwneńskie. Łapanie w potoku dobre jest dla małej smarkuli, której nie wolno chodzić po brzegu głębokiego jeziora. Taką wydali godnie opinię, ale Klara Gulla nie wiedziała, czy ma im wierzyć, czy nie.

Pewna była tylko, że ktoś jej ryby zdejmuje z haczyków, bo jakżeby mogło być inaczej, skoro nie używała wcale zgiętych szpilek, ale zakładała, jak się należy, porządne haczyki z przynętą, wedle wszelkich zasad rozstawione na długim sznurze.

Chcąc rzecz raz ostatecznie wyjaśnić, wstała pewnego ranka jeszcze wcześniej niż ojciec i matka i pobiegła nad wodę co prędzej. Zbliżywszy się do miejsca, gdzie były jej przyrządy, zwolniła kroku i zaczęła stąpać ostrożnie, wolno, kryjąc się za krzaki i bacząc pilnie, by nie potrącić kamienia lub nie zaszeleścić gałązką.

Nagle zadrżała i całe jej ciało zdrętwiało. Przyszedłszy nad samą wodę, podniosła głowę, spojrzała i przekonała się, że miała rację. Złodziej kradnący jej ryby stał w tym samym właśnie miejscu, gdzie zeszłego wieczoru zarzuciła sznur z haczykami i zdejmował z nich pstrągi.

Ale nie był to, jak się spodziewała, żaden z małych chłopców, tylko dorosły człowiek. Pochylił się właśnie nad wodą i wyciągnął sporą rybę, a Klara Gulla widziała połysk łuski, gdy ją zdejmował z haczyka.

Miała niespełna osiem lat, ale nie bała się nikogo, toteż podbiegła żwawo i schwytała złodzieja na gorącym uczynku.

— A... — zawołała — więc to wy, Ola, kradniecie mi ryby? Dobrze się stało, żem przyszła, bo trzeba temu koniec położyć!

Mężczyzna podniósł głowę i Klara Gulla mogła spojrzeć mu w oczy. Poznała go od razu po ruchach był to stary sieciarz, mieszkający w jednym z szałasów leśnych.

— Prawdę mówisz! — rzekł całkiem spokojnie, bez gniewu, co nie zdarza się nigdy ludziom popełniającym coś złego, gdy się ich przewinienie wykryje.

— Jak śmiecie, Olo, zabierać rzecz niebędącą waszą własnością? — wykrzyknęła dziewczynka.

Spojrzał na nią, a wzroku tego zapomnieć potem już nigdy nie mogła. Ujrzała dwie, ciemne przepaści, bardzo głębokie, na dnie których majaczyły wpół zagasłe oczy. Nie było już w nich smutku, ni radości żadnej.

— Tak... tak! — powtórzył. — To jest rzecz twoja, ale ty dostajesz od rodziców wszystko, czego ci potrzeba, a łapiesz ryby tylko dla zabawy. Ale dzieci moje przymierają często głodem!

Klara spąsowiała. Nie wiedziała, co się stało, ale uczuła sama wielki wstyd.

Sieciarz nie rzekł już ni słowa. Podniósł czapkę, która mu spadła z głowy, gdy się pochylił nad haczykami i odszedł.

Klara Gulla milczała także. Po brzegu rzucało się kilka ryb łyskając łuską, ale dziewczynka nie podniosła ich wcale. Patrzyła na nie przez chwilę, potem potrąciła je w ten sposób nogą, że wpadły z powrotem do wody.

Przez cały dzień była z siebie mocno niezadowolona, sama nie wiedząc dlaczego. Przecież to nie ona dopuściła się złego czynu?

Nie mógł jej wyjść z pamięci stary sieciarz. Ludzie powiadali, że był dawniej bogaty, że posiadał aż siedem folwarków, a każdy z nich był tyle co najmniej wart, co całe gospodarstwo Eryka z Falli. W dziwny jakiś sposób utracił jednak wszystko i zbiedniał do tego stopnia, że musiał wieść żywot półdzikiego mieszkańca lasu.

Nazajutrz o świcie poszła Klara Gulla nad potok, by zobaczyć, co się dzieje z jej przyborami rybołówczymi. Nikogo tu widocznie nie było, bo na każdym haczyku wisiała ryba. Pozdejmowała wszystkie i włożyła je do koszyka, potem poszła, ale nie do domu, jeno do chaty starego Oli.

W chwili gdy przybyła, sieciarz rąbał drwa przed szałasem. Przystanęła u płota i patrzyła na pracującego. Był tak ubogo ubrany i tak obdarty, że ojca nie widywała nigdy w podobnej odzieży.

Klara zapamiętała, że opowiadano, jakoby miejscowy bogacz zaproponował Oli, by u niego zamieszkał do śmierci. Ale nie przyjął zaprosin, natomiast zaś udał się do swej synowej, przebywającej w Askaladarnie i pomagał jej, jak mógł. Miała ona dużo dzieci, a mąż ją opuścił dawno, wyjechał dokądś i znaku życia nie dawał.

— Dziś złapało się dużo ryb! — powiedziała dziewczynka spoza płotu. — Ani jeden haczyk nie pozostał pusty.

— Aa... — odrzekł sieciarz — musi cię to pewnie cieszyć.

— Będę wam, Olo, przynosiła wszystkie złapane ryby! — odezwała się znów. — Tylko nie psujcie mi zabawy!

Przekroczyła przełaz w płocie, zbliżyła się, wysypała na ziemię tuż przy nim ryby i pewna była, że Ola uraduje się bardzo i zacznie ją chwalić, jak to czynił ojciec, unoszący się nad wszystkim, co zrobiła i powiedziała.

Ale stary sieciarz pozostał obojętny, jaki był zawsze, spojrzał na ryby i rzekł:

— Zabierz, co twoje. Nawykliśmy tak do głodowania, że śmiało obejść się możemy bez tych kilku małych rybek.

Dziwnym był stary Ola człowiekiem i Klara czuła, że nie może odejść, zanim go dla siebie pozyska.

— Pozwalam wam Ola zabierać wszystkie ryby co rana i zakładać świeżą przynętę! — zawołała.

— Nie! Nie chcę ci psuć zabawy! — odparł.

Ale Klara nie ruszyła się z miejsca i rozmyślała, w jaki sposób mogłaby zrobić przyjemność staremu Oli.

— Przyjdę tu jutro rano po was, Olo. Pójdziemy razem nad potok zobaczyć, co jest na haczykach, a potem podzielimy się rybami!

Na tę propozycję starzec przestał rąbać, skierował na dziewczynkę zapadłe, pół umarłe oczy, a na twarzy zamajaczyło mu coś, niby uśmiech.

— Teraz utrafiłaś w sedno! — powiedział. — Na to zgadzam się chętnie.

Agrypa

Dziwna to była, zaprawdę, dziewczynka, ta Klara Gulla. Doszedłszy do dziesiątego roku życia, dała sobie radę nawet z Agrypą Prestbergiem.

Trudno sobie wprost wyobrazić, jak strasznym człowiekiem był Agrypa. Powieki miał żółte, otoczone czerwonym rąbkiem, ogromne, krzaczaste brwi i nos podobny do wielkiego garbu, pełen rozmaitych narośli. Broda jego składała się z kęp nastroszonych, kłujących włosów, na czole widniały przepaściste zmarszczki, całe ciało było wychudłe, ogromne, kościste, a na głowie nosił starą, potarganą w strzępy wojskową czapkę. Wobec tego ktokolwiek spotkał Agrypę Prestberga, doznawał uczucia strachu.

Pewnego dnia dziewczynka siedziała sama jedna na szerokim, kamiennym schodzie pod drzwiami domu i zajadała chleb z masłem. Nagle spostrzegła na drodze wysokiego, kościstego mężczyznę i niebawem poznała, że jest to Agrypa Prestberg.

Ale Klara nie straciła wcale odwagi. Przede wszystkim przełamała chleb z masłem na dwie części, położyła kawałki nasmarowanymi powierzchniami na sobie, tak by nie było plam tłustych, potem zaś przysposobioną tak kromkę schowała pod fartuszek.

Uczyniwszy to, nie uciekła wcale, ani nie chowała się do domu. Wiedziała, że zamykanie drzwi na klucz nie zda się na nic z człowiekiem tego rodzaju co Agrypa, toteż siedziała dalej spokojnie. Ujrzawszy leżącą na schodzie robotę na drutach porzuconą przez Katarzynę, która oddaliła się, by zanieść Janowi w pole podwieczorek, zaczęła mała Klarcia pracować tak pilnie, że aż druty brzęczały.

Z pozoru była całkiem spokojna i zadowolona, ale rzucała raz po raz spojrzenie ku furtce w nadziei, że Agrypa minie może dom i pójdzie dalej. Ale stało się inaczej, Agrypa zatrzymał się i skierował wprost do wejścia. Klarcia zobaczyła po chwili, że odpina haczyk furtki.

Rozsiadła się jak mogła najszerzej na schodzie kamiennym, rozpościerając spódniczkę, ona to bowiem była w tej chwili strażniczką domowego ogniska i panią domu. Czuła to dobrze.

Wiedziała równie dobrze, że Agrypa nie kradł i nie bił, o ile nie krzyczał ktoś za nim: „Grepa! Grepa!” lub nie chciał mu dawać chleba z masłem. Nie bawił też długo w żadnym domu, chyba, że zdarzyło się nieszczęściem, iż na ścianie wisiał duży, dalarneński zegar wahadłowy.

Agrypa wędrował po całej okolicy, naprawiając zegary, a gdy zaszedł do domu, gdzie zoczył taki zegar, to nie dawał spokoju, póki mu nie pozwolono wyjąć z szafki całej maszynerii, w celu przekonania się, czy nie ma jakichś usterek. Niestety, okazywało się zawsze, że to i owo nie jest w porządku, a wówczas mówił, że musi rozebrać cały zegar na części. Gdy się raz wziął do tego, to trwało zawsze długo, kilka dni nawet, zanim wszystko złożył na nowo. Przez cały ten czas musiano go trzymać w domu i żywić.

Najgorsze było to, że zegar, który raz wpadł w ręce Arypy, nigdy już potem nie chodził tak dobrze, jak przed naprawą. Co najmniej raz do roku musiał go naprawiać Agrypa, inaczej bowiem odmawiał zupełnie usług. Starzec czynił, co było w jego mocy, chciał wykonać robotę uczciwie i sumiennie, wszystko to jednak nie zdało się na nic, zegar szwankował zawsze.

Najlepszą tedy było rzeczą, chronić zegary przed Agrypą i Klara Gulla wiedziała o tym doskonale. Niestety jednak w danym przypadku nie miała możności uratowania wielkiego zegara ściennego, który tykał wesoło i głośno w izbie. Prestberg wiedział, że w domu tym znajduje się zegar i czatował od dawna na sposobność zbadania jego mechanizmu gruntownie. Ile razy jednak znalazł się w domu Janów, Katarzyna była obecna, chowała zegar zawczasu i udaremniała jego naprawę.

Stanąwszy przed dziewczynką, Agrypa uderzył mocno laską w ziemię i wygłosił monotonnie, jakby z dawna wyuczoną lekcję:

— Jestem Jan, Utter, Agrypa Prestberg, tambor Korony i Jego Królewskiej Mości. Stałem w gradzie kul i nie boję się aniołów ni diabłów. Czy jest kto w tym domu?

Klara Gulla nie potrzebowała odpowiadać. Starzec przekroczył ją, wszedł do wnętrza domu i skierował się wprost ku wielkiemu zegarowi ściennemu.

Dziewczynka szybko pobiegła za nim i wysilała się, by wytłumaczyć mu, że zegar chodzi doskonale. Ani się nie spóźnia, ani nie śpieszy i całkiem nie potrzeba go naprawiać.

— Jakże może iść dobrze zegar — spytał — którego nie miał w rękach Jan Utter Agrypa?

Prestberg był tak wysoki, że nie wchodząc na stołek, otwarł szafkę i za moment tarcza zegara i cały jego mechanizm leżały już na stole. Klara zacisnęła pod fartuszkiem pięści, a łzy napłynęły jej do oczu, ale nie była w stanie przeszkodzić nieszczęściu.

Prestbergowi śpieszyło się bardzo zbadać, co można naprawić w zegarze, zanim powrócą do domu Jan i Katarzyna i oświadczą, że nie chcą naprawy. Miał przy sobie zawiniątko z narzędziami i smarowidłem, prędko je tedy rozmotał, ale przy tej sposobności, część zawartości znalazła się na ziemi.

Klara Gulla otrzymała rozkaz pozbierania rozsypanych przedmiotów, a kto znał Agrypę, wiedział, że nie było z nim żartów. Musiała tedy usłuchać, uklękła na ziemi i podała mu małą piłkę i dłutko.

— Czy nie ma już nic? — zawołał starzec. — Winnaś się cieszyć smarkulo, córko marnego wyrobnika, że możesz uczynić przysługę tamborowi Korony i Jego Królewskiej Mości!

— Nic już nie ma pod stołem, przynajmniej nie widzę niczego! — odparła Klara Gulla i uczuła się tak nieszczęśliwa, jak nigdy w życiu. Ojciec i matka oddali jej dom pod straż, a wynik był tak smutny.

— Ha... gdzież się podziać mogły moje okulary? — spytał Prestberg. — Musiały spaść na ziemię!

— Niee... — odparła dziewczynka. — Nie ma tu nigdzie okularów.

I nagle zaświtała w jej sercu nadzieja, że może Agrypa bez okularów nie zdoła popsuć zegara.

W tejże samej chwili spostrzegła futerał okularów, tkwiący za nogą stołu przy samej ścianie.

Starzec grzebał pośpiesznie pośród starych kółek i sprężyn, jakich pełno było w zawiniątku. „Ach! Może jeszcze będzie wszystko dobrze — myślała dziewczynka — może nie znajdzie okularów!”

— Nic z tego! — powiedział po chwili. — Muszę sam klęknąć na ziemi i szukać! Wstawaj, smarkulo!

Błyskawicznym ruchem sięgnęła Klara poza nogę stołową, chwyciła okulary i wsunęła pod fartuszek.

— No, wstawaj zaraz! Nie wierzę ci, kłamczuchu mały... A... cóż to masz pod fartuchem? Wyjmij natychmiast!

Klara wysunęła spod fartuszka jedną rękę, drugą trzymając ukrytą. Agrypa ujrzał w dłoni dziecka kromkę chleba z masłem.

— Do stu tysięcy bomb! — wrzasnął. — To, widzę, chleb z masłem!

Cofnął się wstecz, jak gdyby zobaczył w ręku dziewczynki żmiję jadowitą.

— Właśnie jadłam chleb z masłem w chwili, gdyście nadszedł, Agrypo. Schowałam kromkę pod fartuszek, bo wiem, że nie możecie znieść jego widoku.

Zaspokojony odpowiedzią Agrypa, ukląkł sam na ziemi, ale daremnie szukał wszędzie, okularów nie było.

— Możeście zostawił okulary tam, gdzieście był przedtem? — spytała Klarcia.

To samo przyszło na myśl Agrypie, chociaż nie mógł przypuścić, by to było prawdą.

Mimo wszystko bez okularów nie mógł się wziąć do zegara i nie było innej rady, jak tylko włożyć mechanizm i tarczę do szafki z powrotem i związać tobołek.

W chwili kiedy się obrócił tyłem do dziewczynki, wsunęła szybko futerał z okularami do środka.

Agrypa zawrócił do dworu w Löwdalu, gdzie ostatnio pracował, w celu odnalezienia okularów. Tam rozwiązał tobołek, by pokazać, że ich nie ma, a tymczasem pierwsza rzecz, jaką spostrzegł, był to właśnie futerał z okularami.

Spotkawszy niedługo potem Jana i Katarzynę na placu kościelnym, podszedł do nich pierwszy.

— Doczekacie się wielkiej pociechy ze swej małej córeczki — powiedział — ze swej sprytnej, mądrej córeczki!

Owoc zabroniony

Ciągle różni ludzie przepowiadali Janowi ze Skrołyki, że gdy córeczka jego dorośnie, doczeka się z niej pociechy. Oczywiście nikt nie zdawał sobie sprawy, że teraz już go uszczęśliwia co dnia, co godziny i że jest mu zesłańcem bożym. Raz tylko przez cały okres dziecięctwa Klary musiał się Jan pogniewać na nią i wstydzić tego, co uczyniła.

Tegoż roku w lecie, kiedy skończyła jedenaście lat, udał się Jan z nią poprzez góry do Löwdali. Był to siedemnasty sierpnia, dzień urodzin porucznika Liliecrona, właściciela Löwdali.

Siedemnasty sierpnia był to dzień wesela i wszyscy wyglądali go z utęsknieniem zarówno w Svartsjö, jak i w Bro przez cały boży rok. Był to dzień uroczysty nie tylko dla wielkich państwa oraz dorosłych, ale także dla młodzieży całej wsi i bliższej okolicy i dzieci. Toteż płynęły zewsząd gromadki jasno przystrojonych malców spragnionych pogapić się na dostojnych państwa oraz użyć sobie na śpiewie, muzyce i tańcach.

Młodzież i dzieci pociągała do Löwdali i ta jeszcze okoliczność, że w owym dniu można się było nasycić do woli różnymi dobrymi rzeczami, których pełen był sad. Co prawda, zazwyczaj przestrzegano jak najsurowszych zasad uczciwości, w tym jednak dniu patrzono przez palce i o ile tylko ktoś nie dał się wprost złapać na uczynku, mógł się objeść owoców, których była wielka obfitość, ile dusza zapragnie. Niełatwa to była jednak sztuka nie dać się złapać.

Gdy Jan przyszedł z Klarcią do sadu, zauważył zaraz, jak jej się rozszerzyły źrenice na widok wspaniałych jabłoni, przeciążonych wprost na pół dojrzałymi jabłkami. On sam nie broniłby jej kilku tych owoców, ale spostrzegł stojących pod drzewami karbowego Söderlinda i kilku innych parobków pilnujących w tym roku sadu z większą niż zazwyczaj gorliwością.

Zabrał tedy Klarcię ze sobą do tej części ogrodu, gdzie nie było nic do łasowania, aby uchronić ją od pokusy. Wiedział jednak, że dziewczynka krąży myślami wokoło krzaków agrestowych i jabłoni. Nie patrzyła ani na pięknie postrojonych, dostojnych gości, ani na klomby z kwiatami. Nie budziły w niej zaciekawienia piękne mowy wygłoszone na cześć porucznika przez proboszcza z Bro i inżyniera Boreusa z Borgu. Nie słuchała nawet ślicznego wiersza wygłoszonego przed solenizantem przez kościelnego, Svartlinga.

Z wnętrza domu dolatywały dźwięki klarnetu Andersa Öftera, tak skoczne wygrywającego melodie, że nie sposób było nóg utrzymać w spokoju. Klara Gulla szukała tylko pozoru, by móc wrócić dosadu.

Jan trzymał ją przez cały czas za rączkę, nie puszczał pod żadnym warunkiem i głuchy był na wszelkie wybiegi. Wszystko się tedy odbyło dobrze aż do zmierzchu, kiedy sad zatonął w zmroku.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.