drukowana A5
21.09
Hajdamacy

Bezpłatny fragment - Hajdamacy


Objętość:
97 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0992-5

Świat stoi, a wszystko i mija, i ginie,

Lecz o tym, skąd idzie i kędy przepada —

I dureń, i mądry nie wiedzieć co gada...

Ten żyje, ów kona... Owo się rozwinie,

A tamto zwiędnieje, na wieki zwiędnieje —

I liście pożółkłe gdzieś wicher rozwieje.

A świat tak i będzie, taki sam wschód słońca,

I gwiazdy tak samo popłyną bez końca,

I ty, jak i zwykle, o mój białolicy!

Po niebios błękitach w noc jasną przelecisz,

Popatrzysz się w czyste zwierciadło krynicy

I w morze bez granic — i znowu zaświecisz,

Jak nad Babilonu wiszącym ogrodem,

Nad starą mogiłą i biednym jej rodem.

O wieczny mój! z tobą, sam nie wiem dlaczego,

Jak z bratem czy siostrą rozmawiam z ochotą

I dumkę ci śpiewam z natchnienia twojego...

Ach, radźże mi dzisiaj z tą krwawą tęsknotą!

Nie jestem samotny, nie jestem sierotą...

Mam dziatki — a nie wiem, co robić mam z nimi!

Grzech ukryć je w sobie — te duchy żyjące,

Bo może to braci pocieszy na ziemi,

Gdy ujrzą te słowa i łzy te palące,

Którymi pieśń moja płakała nad nimi...

O, nie! nie ukryję — wszak to duch żyjący!

Jak błękit niebieski bez granic widnieje,

Tak duch bez początku i śmierci istnieje...

Lecz gdzież to on będzie?... dźwięk przemijający!..

Ach! dajcież przynajmniej choć pamięć mi swoją,

Bo ciężką jest piersi bezsławna mogiła...

Kochała was ona, o kwiaty wy moje!

I dolę tę waszą opiewać lubiła...

Tymczasem do świtu zaśnijcie, me dzieci,

A ja wam Watażki poszukam po świecie.

Hajże, zuchy, Hajdamacy!

 Świat wielki do woli,

Lećcie chłopcy, pohulajcie,

 Poszukajcie doli.

Syny moje niedorosłe,

 Nierozumne dzieci,

Kto was szczerze, sierot biednych,

 Przygarnie na świecie?...

Syny moje! orły moje!

 Ej, na Ukrainę!

Choć i licho tam się zdarzy,

 Toć pośród rodziny.

Tam znajdziecie dusze szczere,

 Zginąć wam nie dadzą;

A tu... a tu... ciężko, dziatki!

 Kiedy w dom wprowadzą,

Powitają was ze śmiechem,

 Ten już zwyczaj mają —

Wszyscy wielcy, drukowani,

 Słońce nawet łają...

„Nie z tej strony — mówią — wschodzi,

 I nie dobrze świeci,

Tak by — mówią — należało...”

 Co tu robić, dzieci!

Trzeba słuchać, któż wie? może

 Nie tak słońce wschodzi —

Toć piśmienni wyczytali...

 Rozum dziwy płodzi!

A cóż na was rzekną oni?

 O, znam waszę sławę!

„Niech, powiedzą, spoczywają

 Póki ojciec wstanie

I rozpowie po naszemu

 O tym tam hetmanie!

Co tam kiep ten wygaduje

 Zmarłemi słowami —

I jakiegoś tam Jaremę

 Prowadzi przed nami,

Odzianego w świtę szarą

 I w łapcie łyczane...

Ej, na próżno widać w szkole

 Łatano ci boki!

Po Kozactwie, po Hetmaństwie

 Mogiły wysokie,

Nic się więcej nie zostało,

 I te — rozkopane.

Próżna praca, panie bracie!

 Jeśli chcesz mieć grosze

A w dodatku sławę próżną,

 Śpiewaj nam Matroszę,

Lub Nataszę, radost' naszę,

 Sułtàn, parkét, szpory

Ot gdzie sława!... a on śpiewa

 Hraje synie more,

I sam płacze, za nim szlocha

 Siermiężna gromada...”

Prawda, prawda; mędrce moi

 Dzięki — i to rada...

Kożuch ciepły, szkoda tylko,

 Że nie na mnie szyty,

A rozumne słowo wasze

 Łgarstwami podbite.

Wybaczajcie — dla słów takich

 Uszu nie ma u mnie.

Nie zaproszę was do siebie!

 Wy bardzo rozumni,

A ja dureń; wolę sobie

 W kącie mojej chatki

Sam zaśpiewać i zapłakać,

 Jak dziecię bez matki.

Oj, zaśpiewam... — igra morze,

 Wichry powiewają,

Step czernieje i mogiły

 Z wiatrem rozmawiają.

Oj, zaśpiewam... — rozwarły się

 Mogiły wysokie,

Zaporoże aż po morze

 Kryje step szeroki,

Atamani na bachmatach

 Poprzed buńczukami

Przelatują... a porohy

 Między sitowiami

Ryczą, jęczą — gniewają się,

 Nucą coś strasznego;

Przysłucham się, rozżalę się,

 Zapytam którego:

Czemu, starzy, smutni tacy?

 — „Synu! zła godzina...

Dniepr się na nas gniewa czegoś,

 Płacze Ukraina!...”

I ja płaczę... A tymczasem

 Świetnymi pocztami

Występują atamani,

 Setnicy z popami

I hetmani... każdy w złocie,

 Chatki mej nie minie...

Weszli, kupią się koło mnie,

 I o Ukrainie

Rozmawiają, wspominają:

 Jak Sicz budowali,

Jak Kozacy na bajdakach

 Porohy mijali,

Jak po morzu buszowali,

 Grzali się w Skutarze

I jak lulki zapaliwszy

 W Polsce na pożarze,

Znów witali Ukrainę,

 Jak bankietowali...

„Rżnij, kobzarzu, lej, szynkarzu!”

 Kozacy hukali!

Dziad nalewa, nie poziewa,

 Nie odpocznie, rwie się,

Kobzarz uciął, a Kozacy

 Aż Chortyca gnie się...

Metelice i hopaki

 Hurtem odcinają,

Kufle chodzą i przechodzą,

 Tak i wysychają.

Hulaj, panie, nie w żupanie,

 Wichrze pośród pola!

Graj, kobzarzu, lej, szynkarzu,

 Póki wstanie dola,

W bok się wziąwszy, na przysiadki

 Parobcy z dziadami:

„Ot tak, chłopcy, dobrze, dziatki!

 Będziecie panami!”

Atamani wpośród uczty —

 Niby jaka Rada —

Chodzą sobie, rozmawiają...

 Wielmożna gromada

Nie wytrzyma — i tupnęła

 Starymi nogami...

A ja patrzę, wpatruję się,

 I śmieję się łzami.

Ach, śmieję się, patrzę, zalewam się łzami, —

Nie jestem sam jeden, jest z kim żyć na świecie;

Wśród domku mojego, jak w stepie gdzieś przecie,

Kozacy hulają, gaj szumi drzewami,

Mogiła śni dumki osnute żałobą,

I morze gra sine, topola powiewa,

Cichuteńko dziewczę Hrycia sobie śpiewa,

Nie jestem sam jeden, — jest żyć z kim do grobu.

Ot, gdzie dobro moje, grosze

 I sława poczciwa;

A za radę dziękuję wam,

 Bo rada zdradliwa.

Póki życia — poprzestanę

 Na martwym tym słowie,

By wylewać łzy i smutek...

 Bywajcie mi zdrowi!

Czas mi w drogę już wyprawiać

 Dziatki serca mego.

Niech ruszają! może znajdą

 Kozaka starego,

Co powita syny swoje

 Sędziwymi łzami —

Dość mi tego, raz więc jeszcze:

 Pan ja nad panami!

Tak to siedząc w końcu stoła,

 Myślę po kolei;

Kogo prosić, kto powiedzie?...

 Na dworze już dnieje,

Zagasł księżyc, słońce świeci,

 Hajdamacy wstali,

Pomodlili się, odziali, —

 Naokoło stali —

I posępnie, jak sieroty,

 Milcząc spoglądali.

„Pobłogosław, mówią, ojcze —

 Pokąd silne dzieci;

Pobłogosław szukać doli

 Po szerokim świecie...”

— Poczekajcie, świat nie chata,

 A wy — małe dzieci,

Głupie jeszcze... Któż na czele

 W świat was poprowadzi?

Gdzie watażka? Kto obroni?

 Kto w biedzie poradzi?

Jam was chował, wyhodował,

 Wzrośliście jak dęby...

W świat idziecie, a tam każdy

 Na książkach zjadł zęby.

Wybaczajcie, żem nie uczył:

 Bo i mnie choć bili,

Dobrze bili, lecz niewiele

 Czego nauczyli!

.............................

.............................

Cóż wam rzekną? — chodźmy, dzieci,

 Biedna moja głowa!

Ach, jest u mnie ojciec szczery,

 Chociaż nie rodzony,

Da on mi poradę dla was,

 Bo sam doświadczony:

Wie, jak ciężko żyć na świecie

 Sierocie biednemu.

Nie pogardził on tym słowem,

 Co śpiewała jemu

Matka niegdyś, spowijając

 I nucąc dziecinie;

Nie pogardził on tym słowem

 Co o Ukrainie

Lirnik ślepy tak żałośnie

 Śpiewa gdzieś przy płocie!

On je kocha — on najprędzej

 Poradzi sierocie.

Gdyby nie on mi dopomógł

 O strasznej godzinie,

Już bym dawno leżał w śniegu

 Gdzieś w obcej krainie —

A ludzie by powiedzieli:

 „Dobrze łajdaczynie!”

Przeszło licho, niech się nie śni,

 Chodźmyż więc do niego;

A jeżeli w obcym kraju,

 Wspomógł mnie biednego,

Toć was także przyjmie szczerze

 Jak własną dziecinę;

A od niego, po modlitwie

 Dalej w Ukrainę...

Hej, dobry dzień tacie w chacie!

 U twojego progu,

Pobłogosław dziatki moje

 Przed daleką drogą.

Introdukcja

Była niegdyś szlachetczyzna,

 Wszystko butne pany,

Wojowała Moskwę, Niemce,

 Ordę i Sułtany...

Ej, co było — to już nie jest.

 Wszystko w bożej mocy!

Lach bywało nas zadziera,

 Hula w dzień i w nocy,

I królami poniewiera...

 Nie mówię Stefanem:

Bo ci obaj niezwyczajni

 Ze zwycięskim Janem, —

A innymi. Nieboracy

 Milczkiem panowali,

Wrzały sejmy i sejmiki

 Sąsiedzi czekali,

Spoglądając, jak królowie

 Z Polski uciekają,

I słuchając, jak panowie

 Szalenie hukają:

„Nie pozwalam! nie pozwalam!”

 Bracia repetują,

A magnaty palą chaty,

 Szablice hartują.

Długo, długo tak się działo,

 Aż na tron Piastowski

Skoczył figlem ponad Lachy

 Żwawy Poniatowski.

Zapanowawszy, myślał szlachtę

Przydusić trochę... Nic z tego!

Pragnął ich dobra po ojcowsku,

A może jeszcze chciał czego.

Jedyne słowo nie pozwalamMyślał, że wydrzeć im zdoła,

A potem... Polska wybuchnęła,

Szlachta zawzięła się... woła:

,,Słowo honoru! Próżna praca!

Pohaniec! Moskiewski sługa!”

Na okrzyk Puławskiego, Paca,

Szlachta odbiega od pługa,

I — razem sto konfederacji.

Rozbiegły się kupy zbrojne

 Po Polsce, Wołyniu,

Po Multanach i po Litwie

 I po Ukrainie.

Rozbiegli się, zapomnieli

 Swobodę ocalać,

Zwąchali się z Żydziskami

 I dalej podpalać.

Podpalali, mordowali,

 Cerkwi nie szczędzili...

A tymczasem Hajdamacy

 Noże poświęcili.

Hałajda

„Jaremo! hersz tu? Chamie, świnio!

A idź, kobyłę z dworu weź,

Patynki podaj gospodyni,

Ta zamieć izbę, wody wnieś,

Do lochu zajrzyj, jeść daj krowie,

Posyp indykom, gęsiom daj,

Tylko nie zaśnij gdzie tam w rowie,

A narąb drew i sieczki skraj!

A prędzej, chamie!... do Olszany

Jejmości czegoś dzisiaj trza...”

Jarema mruknął coś, znękany,

Żydzisko wrzasło: „Cicho! sza!”

I Kozak nic nie odpowiedział.

Oj, tak to, tak, spadł Kozak nisko,

Poniewierało go Żydzisko.

Jarema giął się, bo nie wiedział,

Nie wiedział sierota, że skrzydła urosły,

Że gdyby podleciał, wysoko by wzniosły,

Nie wiedział — i giął się...

      O Boże mój, Boże!

Tak ciężko, na świecie, a jednak żyć chce się,

I chce się ze słońcem popatrzyć wokoło,

I chce się posłuchać jak sine gra morze,

Jak płacze mogiła, topola powiewa,

Jak ptaszę szczebiocze, jak szumi liść w lesie,

Jak dziewczę żałośnie gdzieś w gaju zaśpiewa...

O Boże mój miły, jak żyć też wesoło!

Jarema — sierota, sam jeden, ubogi,

Ni siostry, ni brata, zamęcza się, trudzi;

Popychacz żydowski, zalega ich progi;

A nie klnie swej doli, nie szemrze na ludzi.

Bo za cóż ich łajać? Alboż oni wiedzą

Kogo pieścić trzeba, a kogo katować?

Niech sobie ucztują! Niech piją i jedzą...

Im dola — sierota sam musi pracować;

Czasami gdzieś w kątku cichutko zapłacze,

I to nie dlatego, że serce mu boli,

A wspomni co niebądź, albo co zobaczy...

I znowu do pracy... trza żyć po niewoli!

Przecz ojciec i matka i złote komnaty,

Jeżeli brak serca, by z sercem pogwarzyć?

Jarema — sierota, lecz jakże bogaty,

Bo jest z kim zapłakać, bo jest z kim pomarzyć!

Są czarne oczęta — jak gwiazdki mu tleją,

Są białe rączęta — w objęciu aż mdleją,

Jest serce jedyne, serduszko dziewicze,

Co śmieje się, płacze, jak on sobie życzy.

Ot, taki to mój Jarema,

 Sierota bogaty,

I ja takim, czarnobrewki,

 Bywałem przed laty...

Przeminęło, uleciało,

 I ślady zawiało.

Pierś zamiera, kiedy wspomnę...

 Czemuż nie zostało?...

Czemu nie zostało, czemu nie potrwało?

Lżej byłoby jęknąć i zalać się łzami.

Ludzie mi odjęli, bo im było mało:

,,Na co jemu dola? Podzielmy się sami,

On i tak bogaty....”

      O! bogaty w łaty

I w drobne łzy krwawe — któż otrzeć je zechce?

Dolo moja, gdzie ty? Wróć się do mej chaty,

Albo choć się przyśnij... i spać mi się nie chce.

Wybaczajcie ludzie dobrzy!

 Trochę zabłądziłem:

O przeklęte dni me czarne

 Myślą zawadziłem.

Może jeszcze spotkamy się,

 Póki nie przepadnę,

Za Jaremą w świat się wlokąc,

 A może... nie zgadnę.

Oj, źle ludzie, wszędzie bieda,

 Za nic nie ma wziąć się;

Kędy, mówią, chyli dola

 Tędy trza i giąć się, —

Giąć się milczkiem i ze śmiechem,

 Żeby nie poznali,

Co się w głębi serca dzieje, —

 Żeby nie witali,

Bo ich łaska... kto szczęśliwy,

 Niech ujrzy ją we śnie,

A sierocie, ubogiemu,

 Niech się nigdy nie śni!

Ciężko mówić, a zamilczeć —

 Nie w mojej naturze.

Lejcie się więc słowa łzawe:

 Słonko gdzieś tam w chmurze,

Nie ogrzeje, nie osuszy...

 Podzielę się łzami...

Lecz nie z braćmi, nie z siostrami —

 Z niemymi ścianami,

W obcym kraju... A tymczasem

 Spójrzmy na karczmisko.

Pochylony koło łóżka

 Trzęsie się Żydzisko

Nad kagankiem: worki liczy,

 Bestyja przeklęta!

A na łóżku... ach, aż słabo!.

 Bialutkie rączęta

Rozrzuciła, odkryła się...

 Jak kwiatek na błoniu

Czerwienieje; a koszulka...

 Koszulka na łonie

Rozerwana... samej, jednej,

 Gorąco w pierzynie;

Biedna szepcze, — gwarzyć chce się

 Młodziutkiej dziewczynie.

Śliczna, śliczna niewymownie

 Dziewka Izraelska!

Oto córka! a to ojciec —

 Kieszenia diabelska!

Chajka stara leży dalej,

 Cała w stosach pierza.

Gdzież Jarema? Wziąwszy torbę,

 Do Olszany zmierza.

Konfederaci

„Hej, odmykaj, podły Żydzie!

Będziesz bity...” — „W to mu graj!

Drzwi wywalić póki wyjdzie

Psisko stare!”

 Żyd — „Aj waj!

Zaraz, zaraz!”

 — „Nahajami

Juchę! Co to? Będziesz spać,

Czy żartować?”

      „Ja? Z panami?

Chowaj Boże! Dajcie wstać,

Jasne pany (ciszej — głupi)!”

— „Co tam czekać! walże już!”

Drzwi runęły... nahaj wzdłuż

Po żydowskim karku łupi.

„A! Jak się masz, świnio, Żydzie!

 Trzymaj psiego syna!”

Ta nahajem, ta nahajem.

 Żyd kurczy się, zgina:,

„Nie żartujcie, mości panie!”

 — „Dzień dobry, niezdaro!

Jeszcze parcha, jeszcze!... dosyć!

 Wybaczaj, psia wiaro!

Masz dobrydzień! a gdzie córka?”

 — „Umarła, panowie.”

— „Łżesz, Judaszu! pal go batem!

 Na zdrowie, na zdrowie!”

— „Oj, panie mój, gołąbku mój,

 Dalibóg nie żyje!”

— „Łżesz, łajdaku!”

      — „Jeśli kłamię,

Niech mnie Bóg zabije!” —

,,Nie Bóg, a my. Przyznawaj się!”

 — „Na co bym ja chował,

Gdyby żyła? Bodaj mnie tak

 Pan Bóg poratował!...”

— „Cha, cha, cha, cha!... Patrzcie, państwo,

 Czart pacierze mruczy.

Przeżegnaj się!”

      „Jakże ono?

Niech mnie pan nauczy.”

— „Ot tak, patrzaj!...”

      Lach żegna się,

 Za nim Żyd parszywy:

„Brawo! brawo! ot i ochrzcił.

 No! za takie dziwy

Mohoryczu, mości panie!

 Słyszysz? Ty ochrzczony!

Mohoryczu!”

      — „Zaraz, zaraz!”

 Każdy jak szalony

Ryczy, wrzeszczy, a po stole

 Kufle postukują.

„Jeszcze Polska nie zginęła!”

 Lachy wyśpiewują.

„Dawaj, Żydzie!”

      Nowochrzczeniec

 To w lochu, to w chacie,

Miga, biega i dolewa;

 A konfederaci

Znów hukają: „Żydzie! miodu!”

 Żyd lata zziajany.

„Gdzie cymbały? Graj, psia wiaro!”

 Aż trzęsą się ściany —

Odcinają krakowiaka,

 Walca i mazura,

A Żyd spojrzy — tu pod nosem:

 „Szlachecka natura!”

— „Dobrze, dosyć! śpiewaj teraz!”

 — „Dalibóg, nie mogę!”

— „Nie przysięgaj się, psia jucho!”

 — „Jakąż wam? Niebogę?

Była sobie Handzia,

Kaleka nieboga,

Bożyła się, prosiła się,

Że boli jej noga:

Na pańszczyznę nie chodziła,

A za parobkami

Po cichutku i ładniutko

Między burzanami.”

— „Dość! to jakaś schizmatycka,

I słowa nieskromne!”

— „Jakiejże wam? chyba taką?

Czekajcie! przypomnę...”

„Oj, przed panem Todorem

Chodził Żydek ślad w ślad,

Oj, przed panem Todorem

Chodził w przód, chodził w zad.”

„Dobrze, dosyć! teraz zapłać!”

 — „Żartujecie, panie;

Za co płacić?”

      — „Że słuchali.

Nie krzyw się, bałwanie!

To nie żarty. Dawaj grosze!”

,,Jakie grosze? Czyje?

U mnie nie ma ni szeląga,

Łaską pańską żyję.”

,,Łżesz, sobako! przyznawaj się!

Hajże go tu znowu

      Nahajami!”

 Zaświstały,

Chrzczą Lejbę na nowo.

I ćwiczyli i łupili

Aż pierze leciało...

,,Dalibógże, ani grosza!

Zjedzcie moje ciało!

Ani grosza! Gwałt! Ratujcie!”

,,My tu tobie damy.”

,,Poczekajcie, ja coś powiem.”

,,Słuchamy, słuchamy,

Tylko nie łżyj, bo choć zdechniesz,

Łgarstwo nie pomoże.”

— ,,Nie, w Olszanie...”

      — „Grosze twoje?”

 — „Moje!... chowaj Boże!

Nie, ja mówię, że w Olszanie...

 Olszańscy Schizmaci

Po trzy domy i po cztery

 Żyją w jednej chacie.”

— „My to wiemy, bośmy sami

 Tak ich ociosali.”

— „Nie to, nie to... Bodajże was...

 Biedy by nie znali,

Niech pieniądze się wam przyśnią...

 Widzicie... Olszana...

Tam jest cerkiew... u starosty...

 Jest córka Oksana.

Chowaj Boże! Jaka śliczna!

 A jakie to mile!

A dukatów! Choć nie jego —

 To co? Byle były!”

— „Byle były, jednakowo!

 Dobrze Lejba radzi:

Lecz, by większa pewność była,

 Niechże sam prowadzi.

Ubieraj się!”

      Pojechali

 Lachy do Olszany;

Jeden tylko gdzieś pod ławą

 Konfederat pjany.

Wstać nie zduża, lecz wesoły

 Przyśpiewuje sobie:

........................

........................

Tytar

„Oj w gaju, w gaju

Wietrzyk nie wieje,

A tam, na niebie

Gwiazdki migają,

Księżyc bieleje.

Serce jedyne, —

Wyglądam ciebie:

Wyjrzyj, rybeczko!

Choć na godzinę;

Wyjdź, gołąbeczko!

Wyjdź, pomarzymy,

I pogruchamy

I potęsknimy:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.