drukowana A5
21.66
Urodzony Jan Dęboróg

Bezpłatny fragment - Urodzony Jan Dęboróg


Objętość:
102 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0967-3

Przedśpiewek do litewskiego czytelnika

Ziemio moja rodzona, Litwo moja święta,

Żółtym piaskiem i drobną trawą przytrząśnięta!

Niepokaźne na oko dzikie twe zacisze,

Nie tak jak u Auzońców i Helwetów, słyszę,

Gdzie pole jak raj ziemski, jako świata dziwo,

Gdzie lasy zarastają mirtem i oliwą;

Gdzie góry od ponarskich wyższe tysiąc razy,

Takie cudne co chwila stawią krajobrazy,

Takie rzeki, kaskady i jeziora tworzą,

Że je Włosi malują i na dziw rozwożą

Po litewskich jarmarkach, gdzie je naród chwyta —

Ty nie dojdziesz téj sławy, Litwo rodowita!

Twoja ziemia posępna, twe niebo bez blasku,

Ciebie do Włoch na pokaz nie powieźć w obrazku;

Nie spada w katarakty twoja woda sina,

Na twych wzgórkach jałowiec, po lasach sośnina, —

Z nieociosanych berwion klecone twe domy,

Kwitnie mech zielonawy na strzechach ze słomy,

A pod strzechą lud pełen prostoty i dziczy;

Rzekłbyś, patrząc na niego, że do trzech nie zliczy.

 A jednak do twéj treści zajrzawszy głęboko,

Litwo! tyś więcéj warta, niż zda się na oko:

Pieszczota oceanu, dziwowisko świata,

Z twych sosen wyciosana brytańska fregata;

Siermiężny syn twych wiosek po to ziemię kopie,

Aby głodno nie było pięknéj Europie;

Nie zląkł się prosty szlachcic, karmiony twém żytem,

Ani Turków pod Wiedniem, ni skał pod Madrytem.

 Cicho Niemen przebiega rodzinne siedziby,

Niestraszny dla żeglarza i spokojny niby,

Pozwala siebie łodziom deptać całe lato,

Zimą da się w ciemnicę zakuć lodowatą;

Nie stawi groźno czoła — nie rwie się, nie ryczy,

Taki zda się pokorny, taki niewolniczy!

O! nie wierz tej pokorze — i patrz, kiedy łaska,

Gdy się na wiosnę wzburzy i lód poroztrzaska, —

Biada! ocknął się olbrzym — wie, kto go znieważa:

Gruchoce dom rybaka i statek żeglarza,

Falą zalewa błonie, echem grzmi po borze,

A gdyby jeszcze chwila — świat zniszczyłby może.

Lecz gniew jego przekipiał, już krzywd zapomina. —

Ot tak samo jak Niemcu i serce Litwina;

Tu gdzie niebo posępne, gdzie chłodnawe klima,

Zda się, żadna namiętność wrząca nie wytrzyma,

Zda się, ludzie drzymali, a całe ich życie

Upływało powoli i nierozmaicie,

Tak Litwin niepocześny, tak zwiesił cóś głowę. —

Ho! ho! zapytaj dziejów, zbierz wieści domowe,

I co mędrzec zapisał, i co prządka gwarzy,

A poznasz, jak na zimnéj i spokojnej twarzy

Odkryć gorącéj myśli tajemnicze piętno.

 O! i poważna Litwa umie być namiętną:

Tutaj chrobrym zapałem pierś męża oddycha —

Tutaj miłość dziewicza gorąca, choć cicha,

Tutaj znać burze życia na obliczu starém...

Kolejno z pługiem, z krzyżem, z mieczem lub z pucharem,

To rąbiąc się wzajemnie, jak rozkażą starszy,

To wiodąc w gronie dziatwy żywot patriarszy,

To w modlitwie, — to doma, to między cudzymi

Ruchawe pędził chwile mieszkaniec tej ziemi.

A ile doznał przygód! — i sam nie spamięta;

Czasem bywa ich powieść serdeczna i święta,

Czasem wypadek krwawy lub tchnący swawolą,

Niekiedy taki śmieszny, że aż boki bolą. —

A pamiątkę tych przygód — co krok to znachodzę!

Każdy kopiec na gruncie, każdy krzyż przy drodze,

Stos łomów na gościńcu, kaplica, gospoda,

Wszystko tu jest pamiątką — i wszystko ci poda

Jakąś ciekawą powieść o życiu Litwina.

A ileż się tych podań co dzień zapomina,

Albo widząc nie widzi, a słysząc nie słucha,

Kto rodzimem powietrzem nie napoił ducha?!

 Ej, boleśno, boleśno! — czemuż to, mój Boże,

Lirników i gęślarzów miało Zaporoże?

Czemu na naszych polach nie zjawią się tacy,

Jak bardy kaledońscy, jak greccy żebracy,

Co to każdą pamiątkę w rodzinnym zakresie

Zaraz w pieśnię ułoży i na świat rozniesie?...

Nas Pan Bóg nie obdarzył talentem śpiewaczym;

My domowe pamiątki kamieniami znaczym;

Co ten kamień?? — zaginie, jako ziemia marna,

Zarośnie mchem zgrzybiałym lub pójdzie na żarna,

A podanie zginęło. — Ejże, jako żywo!

Lirnik miałby tu piękne i bogate żniwo

Opiewać nasze krzyże, kurhany i groby,

Od czasów Mendogowych do dzisiejszej doby,

Od baszty w krewskim zamku, gdzie legł Kiejstut stary,

Aż do krzyża nad brzegiem Prypeci lub SzczaryCo wzniosła po topielcu wioskowa gromada

I dotąd o tym krzyżu cuda rozpowiada.

Ej, każda taka powieść dla piewcy ciekawa!

Z każdej ludziom nauka, płacz albo zabawa;

A pamiątka i pieśnia przywiązana do niej

Zawsze duszy litewskiej choć cząstkę odsłoni.

 Otóż podanie z jednej litewskiej mogiły

Składam dzisiaj w twe ręce, czytelniku miły.

Choć kształtem rymowanym oblokłem to dzieło,

Nic się gwoli końcowi prawdzie nie ujęło.

Prawdziwa, w rymotwórcze koncepta uboga,

Powieść urodzonego Jana Dęboroga:

O rotmistrzu pancernym i jego mogile,

I jako się upiorem błąkał przez lat tyle;

O starym Dęborogów z Brochwiczami sporze

I o zgodzie serdecznej, — o definitorze,

O świętych jego cnotach, nauce i pracy,

(Czemuż częściej kapłani nie bywają tacy?)

Słowem, całą gawędę z upłynionej chwili,

Jako niżej ujrzycie, czytelnicy mili,

Powiadał mi obszernie i w niedawnym czasie

Urodzony Dęboróg, kiedy na popasie

Poznałem go raz pierwszy, — zda się, człek statysta,

Z oczu widać szlachetność, mina zawiesista,

A dziś już obywatel, małżonek i ojciec.

Ale czy prawdę mówił — skąd ja mogę dociec?

Więc nie chcąc odpowiedzi brać na własną głowę,

Żem cóś zmyślił lub dodał w powieści osnowę,

A pragnąc w całym kształcie oddać tę gawędę,

Własnemi jego słowy opowiadać będę.

UrodzonyJan Dęboróg

Gawęda szlachecka

I

Pod niegminną i niepodłą

Urodziliśmy się gwiazdą:

Herb Dęboróg nasze godło,

Stary Poleś nasze gniazdo.

Z dziadów, z ojców, w naszym rodzie

Zawsze były łaski boże;

Szlachta drobna, lecz zasobna,

Krzywo pisze, prosto orze,

Processuje, strzeże kopców,

Lasy pali, Boga chwali

I hoduje walnych chłopców.

W naszym rodzie, jak w ogrodzie,

Pełno główek jak makówek;

Znają ludzie każdą głowę,

I urzędów mamy dosyć;

Ale cóż się z nich wynosić,

Kiedy wszystko powiatowe?

Każdy urząd, chociaż ludzki,

Ani grzmiący, ani groźny,

Rotmistrz lidzki lub oboźny,

Albo cześnik nowogródzki.

Herb się naszej parenteli

Ani razu nie doporał,

By po mieczu lub kądzieli

Wziął buławę lub pastorał,

Albo mitrę; — naszej tarczy

Taki luksus nie obarczy.

Prosto sobie herb dziadowski,

Przy nim sztandar i armata,

Hełm lub czapeczka rogata,

Albo biret proboszczowski,

Ot i basta. —

      Protoplasta,

Od którego my pochodzim,

Za Chrobrego czy za Wazy,

Deputatem był dwa razy

I wileńskim podwojwodzim.

Ale z takich antenatów

Nie ma po co dąć się w pysze:

Bo nasz przodek, był to, słyszę,

Mimo sławę wiekopomną,Curtum visum do stu katów!

Więc nie lubim, gdy go wspomną. —

Za to w rodzie naszym słynie

Ów pancerny rotmistrz stary,

Który walczył w Ukrainie

Z hajdamaki i Tatary,

A ugodzon kulą w głowę,

Jak bohater zginął śmiało.

O nim podanie domowe

Taką powieść zachowało:

 Że ostatnią czyniąc wolę,

Kazał przewieźć swoje kości

Do ojczystej posiadłości,

Na wioskową naszą rolę;

Że pogrzebu kościom życzy

Nie we sklepie lub w kościele,

Lecz gdzie żytni łan się ściele,

Gdzie z sąsiadem grunt graniczy,

Aby kurhan nad mogiłą,

Niby kopiec stał ochrończy,

A na wieki znaczno było,

Gdzie poletek nasz się kończy.

Jego wola uroczysta

Wypełniona jak należy.

Przeminęło lat ze trzysta,

A od starca do młodzieży,

Każdy jeszcze dziś pamięta

Grób rotmistrza — kopiec z darni;

A sąsiedzi gospodarni

Znali, że to miedza święta,

Że przywłaszczyć stąd nie wolno,

Choćby jedną skibę rolną.

 Tuż za kopcem stał dwór cudzy,

Ale gruntów nam nie spaszą:

Bo panowie i ich słudzy

Szanowali własność naszą,

Bo wiedziano, że wybrzeże

Stary dziedzic z grobu strzeże.

II

Jak mogę zapamiętać — od najrańszej chwili

Z sąsiadami zza kopca nigdyśmy nie żyli;

Nigdy na naszych ucztach nie byli przytomni,

Mój ojciec nigdy o nich i słówkiem nie wspomni:

Dwa dworki, choć od siebie w mecie niedalekiéj,

Zdaje się, grób rotmistrza rozdzielił na wieki. —

 Jeszcze dzieckiem pamiętam, jak to było gwarno,

Kiedy ściany domowe gości nie ogarną,

Tam przy matce matrony, tu przy ojcu męże,

Wre gwar, brzęczą kielichy, stukają oręże;

Wije się kraśnych strojów barwa uroczysta,

Jako kwiaty na łące, gdy je wietrzyk chysta.

Ojciec wesół, że strzecha ożywiona nasza,

Miód i wino rozlewa i gości zaprasza,

A sam z gośćmi zasiadłszy przy winie lub miodzie,

Rozpowiada o panu trockim wojewodzie, —

Przy którym, jak zwyczajnie szlachta niebogata,

Szukając klienteli, spędził młode lata.

I promienieje starzec, kiedy gwarzyć zacznie.

Niechże kto o sąsiadach przypomni niebacznie

Lub o grobie rotmistrza — wnet się ojciec zmienia,

Jak gdyby go ubodły ciężkie przypomnienia.

Wnet poblednie jak ściana, głowę spuści smutnie,I oblicze nachmurzy, i rozmowę utnie,

I gryzie gniewne wargi — nudzą go przytomni;

Chyba że któś trockiego wojewodę wspomni,

Wtedy ojciec, nie bacząc, że mu serce boli,

Odzyskiwa wesołość powoli, powoli.

 W końcu umarł nasz sąsiad — cóż państwo powiecie?

Ojciec, co go nie lubił, póki żył na świecie,

Po śmierci mu wypłacał, jak gdyby hołd dłużny,

Zapomogę z modlitwy, postu i jałmużny;

Zakupił msze żałobne, krył się od gromady,

A chodził zamyślony, ponury i blady.

Bywało, kto w sąsiedztwie zamknie w Panu oczy,

Mój ojciec w uczynności braterskiej ochoczy,

Spieszy i losem sierot troska się najczulej,

Ówdzie wdowę pocieszy, tam dziatwę utuli,

Zajmuje się pogrzebem, gospodarzy w stypie,

I gawędki o trockim wojewodzie sypie;

A tutaj, chociaż smutek wpił się mu do głowy,

Nie pojechał na pogrzeb, nie pocieszył wdowy

I odzywał się słowy gniewnego rankoru,

Kiedy wspomną nazwisko sąsiada lub dworu. —

Raz, widząc, że ochłonął z gniewu i rozpaczy,

Spytałem go nieśmiało: co to wszystko znaczy?

Czemu zwykle tak dobry, ochoczy z usługą,

Na sąsiadów zza kopca gniewa się tak długo?

Dlaczego, gdy się gniewa w jednostajnej mierze,

Umarłego sąsiada żałuje tak szczerze?

Dlaczego, gdy żałuje, dwór omija z dala,

Nic o zmarłym nie wspomni i nam nie pozwala?

Tu się ojciec zapłonił, potem zbladł jak ściana:

«A skądże ta ciekawość? — at, proszę aspana,

Młokos jesteś i kwita, wścibiasz nosa wszędzie!

Jak ci z laty rozumu do głowy przybędzie,

Jak na skórze zużyjesz rózeg całą puszczę,

Wtenczas, proszę aspana, całą rzecz wyłuszczę;

A tymczasem wiedz, błaźnie, i zapisz to w głowie,

Że nie ja, ani sąsiad, lecz nasi przodkowie,

Może to prapradziady, mieli z sobą waśnię

I wnukom przekazali gniew, co nie wygaśnie

Póty z naszego serca — dopóki wystarczy

Naszych imion szlacheckich i herbów na tarczy,

Wiele wody upłynie, długie przejdą lata,

Dopóki się Dęboróg z Brochwiczem pobrata;

A o tamtych zatargach pamięć i nauka

Z ojca pójdzie na syna, a z syna na wnuka,

I chyba który z rodu... at, i gadać szkoda!

Co by to rzekł, mospanie, trocki wojewoda,

Że się młokos u starca tak zuchwale pyta?

Nie rozumiesz tych rzeczy — więc milczeć, i kwita».

III

Byłem już sobie rosłe pacholę,

Runiał mi wąsik na kraśnej twarzy;

Czas był do szkoły — ale o szkole

Mojemu ojcu ani się marzy;

A kiedy wspomni, to zawsze w gniewie:

«Proszę aspana, czas wyśmienity,

Młodzież głupieje, nic a nic nie wie,

A gdzie się uczyć bez jezuity?

Minęła wiara i karność stara,

Po szkołach jakieś nowotne dzieło,

Nie masz łaciny, nie masz Alwara,

Równo z Alwarem — wszystko zginęło.

Ksiądz jezuita niegdyś dobitnie

Wrażał łacinę i karność w dziecię,

Przetoż bywało i mądrość kwitnie,

I lepiej jakoś było na świecie;

Przodkowie nasi stąd mieli ducha,

Stąd wiekopomne tworzyli cuda,

Dzisiaj bez rózgi moralność krucha,

Z pijarskich książek łacina chuda.

Syna bym w domu nie trzymał dłużéj,

Lecz Pan Bóg widzi, że pusto w kiesie:

Dać do konwiktu możność nie służy,

Uczyć przy farze jakoś nie chce się;

Zwłaszcza gdy człowiek z dawna pamięta,

Że dom nasz bywał w świetniejszym stanie,

Byliśmy w szkole między panięta,

Chłostę na perskim brali dywanie.

A dziś... mój dziedzic... biada nam, biada!

Daremno człowiek ratunku szuka,

Co dzień to ciężej ród podupada

Z ojca na syna, z syna na wnuka.

Proszę aspana, uczyć się pora,

Lecz nie masz za co, nie masz widocznie,Uproszę księdza definitora,

Niech bakałarzyć nad tobą pocznie.

Kształć się w łacinie i świętej wierze,

Nim pójdziesz do szkół wedle zwyczaju —

Może się u mnie grosiwo zbierze

I jezuici wrócą do kraju».

IV

O milę w wiosce był dom plebana:

Mała świetlica w ziemię schowana,

Krzyżyk się wznosił na facyjacie,

I człowiek boży mieszkał w tej chacie. —

Ksiądz definitor święty, wymowny,

Poważny wiekiem, szlachcic herbowny,

Przybył z klasztoru w wioskowe progi,

I wziął w opiekę kościół ubogi,

Wziął półwłócz gruntu — i na tej ziemi

Pracował równo z owieczki swemi.

Czy raz, bywało, widzieć się zdarza,

Jak święty starzec w porannej porze,

Czytając hymny z kart brewijarza,

Bronuje zagon lub sieje zboże.

Dwa chromiejące kościelne dziady —

To była jego cała posługa.

Ksiądz definitor, ojciec gromady,

Jedzie do lasu, kołków nastruga,

Ogrodzi cmentarz, przywlecze drzewa,

Nosi wiadrami wodę ze strugi,

A idąc, pacierz łaciński śpiewa.

Gdy chcesz mu oddać jakie posługi,

Nigdy nie przyjmie — uchyli głowę:

«Za dobre chęci zapłać ci, Chryste,

Masz waszeć, bratku, prace domowe,

Ja sam chcę orać pole ojczyste!»

I tak modlitwę szepcąc pobożnie,

Sam sobie zorze, zasieje, pożnie.

 Na jego sznurach najlepiej rodzi,

Jego przekosów nie znosi woda;

Gdy on na łąkę z kosą wychodzi,

Pewno dni kilka będzie pogoda.

Z długich doświadczeń jego żywota,

Jakby wyrocznię mieli kmiotkowie:

Drożyzna, pomór, pogoda, słota,

Ksiądz definitor zawsze przepowie.

I cóż dziwnego — wszak jego oko

Na firmamencie tkwiło zwyczajnie,

Myślami w niebo wsięknął głęboko,

Podpatrzył, przeczuł niebieskie tajnie;

Może mu nawet w samotnej celi

I święci pańscy coś podszepnęli.

Kiedy śpiew starca zadrzał w kościele,

Jakoś cię zawsze skrucha ogarnie,

Rzekłbyś: apostoł — kiedy w niedzielę

Prostemi słowy uczył owczarnię,

Kiedy tłumaczył ze świętej księgi:

«Jak to pokorny Zbawiciel świata

Składa majestat bożej potęgi

I w ciele ludzkiem z człekiem się brata,

Bóg z nędzarzami żyje pospołu,

Między grzeszniki siada do stołu

I daje siebie przybić do krzyża,

I składa ciało w człowieczym grobie,

Bóg się do ludzkiej postaci zniża,

By nas uzacnił, podniósł ku sobie.

A u nas szlachcic — jasne wielmoże,

Rad, że mu herby dała ojczyzna,

Bóg został człekiem, a on nie może,

Kmiotków za bliźnich swoich nie przyzna;

Wstyd mu z wieśniaki bawić pospołu,

Hańba z rolnikiem siadać do stołu.

Gdy hardy panek w zbytkach swawoli,

Za jeden puchar starego wina

Głodna i chłodna chłopska rodzina

Na rok by miała chleba i soli.

Za jedno słówko, w najmniejszej rzeczy,

Pany się waśnią, idą na noże;

Wieśniak pod chłostą jęknąć nie może:

Bo nie dla niego honor człowieczy!»

Tak to, bywało, głośno i śmiele

Ksiądz definitor gadał w kościele.

Słów jego świętych nigdy nie zaćmi

Żadna nienawiść lub dzikość sroga,

W oczach — do braci prośba za braćmi.

Albo za ludźmi prośba do Boga.

Ani przeklina, ani się dąsa,

Lecz z płaczem przyszłość stawi przed oczy,

Szlachta coś mruczy, najeża wąsa,

Lecz do spowiedzi hurmem się tłoczy.

A spowiedź jego — wieczna nauka!

Nim rozgrzeszenia krzyżyk nakryśli,

Nim w trybunału kratkę zapuka,

Wynajdzie nitkę najskrytszych myśli

I tak przekona, i tak poruszy,

Tak wpoi miłość, wiarę, nadzieję,

Że choćby grzesznik miał skałę w duszy,

Łzami spod serca trzykroć się zleje.

A po spowiedzi długo, ach długo!

Będzie spokojne sumienie twoje, —

Będziesz skwapliwy z bratnią usługą,

Krzywdę bliźniemu wrócisz we troje;

Wesołe serce... och, popamięta,

Że w niem złożona hostyja święta!

 Kiedy wieczorna szarzeje pora,

On pieszo zwiedzał pobliskie domy,

Z dala poznałeś definitora

Po kapeluszu z zielonej słomy; —

Za cieniem wzniosłej, świętej postawy,

Szło zawsze wierne, pieszczone psisko,

Jak owca biały i kędzierzawy,

Pamiętam, Servus jego nazwisko;

A ksiądz czeczotką kroki podpiera,

Idzie powoli i kwiatki zbiera.

On i w pałacu, i w prostej chacie

Pomagał, radził, krzepił na duchu,

Z panem i chłopem za panie-bracie,

Jakby ogniwo w bratnim łańcuchu.

V

Ksiądz definitor był kapłanów wzorem —

Ojciec mój chodził najpoczciwszą drogą,

Rzecz jednak dziwna, że z definitorem

Nigdy, bywało, zgodzić się nie mogą.

Ojciec mój w mieście zawsze się spowiada,

Ksiądz definitor wiecznie nas ominie,

A gdy się zejdą trafem u sąsiada,

Zawsze się z sobą kłócą po łacinie —

A ojciec mówi: «At, proszę aspana,

Ksiądz i poczciwy, lecz pożal się, Boże,

Tak mu do grzbieta przyrosła sutana,

Że o szlacheckim zapomniał honorze.

Nie sztuka zrzędzić — ale Bogu dzięki,

Moje sumienie nieskalane wcale;

Gdyby przynajmniej statut wziął do ręki,

Proszę aspana, tam w czwartym rozdziale

Jak wołem pisze o ziemskiej dawności: —

Kto przez lat dziesięć dóbr się nie dopomni,

Niech później do nich i prawa nie rości,

Ni on, ni dzieci, ni dalsi potomni.

A toż, mospanie, od początku dzieła

Może dziesiąta dawność upłynęła. —

Z dziadów, z prawnuków szło dalej i dalej,

Czemuż się pierwej nie upominali?

Co wziąłem z ojców, muszę strzec jak głowy,

Muszę w całości przekazać mej dziatwie

Grunta po miedzę, gdzie grób rotmistrzowy,

I całą sprawę, której nie załatwię, —

Bo jest przysłowie: że do końca świata

Herb się Dęboróg z Brochwiczem nie zbrata.

Ksiądz definitor napomina srodze,

Bym oddał grunta aż do samej rzeki,

Proszę aspana, toż minęły wieki,

Nie jam ukrzywdził, nie ja wynagrodzę.

Przodkowie nasi graniczyli miedzą

I mieli proces o sąsiednie niwy,

Przodkowie nasi Bogu odpowiedzą,

Pan Bóg rozezna, kto prawy, kto krzywy.

Może już dotąd gdzieś przed Panem Bogiem

Dawno się Brochwicz zbratał z Dęborogiem,

Lecz tu, na ziemi... to wcale inaczej,

Proszę aspana, i honor coś znaczy,

Honor szlachecki. —

      Ale to najgorzej,

Że ksiądz tak żywo bierze sprawę wdowy,

Puka mi w serce swojemi namowy,

W imię sumienia i bojaźni bożej,

Bym zwrócił grunta; — ja gruntów nie zwrócę,

Proszę aspana, lecz tu sęk, u licha,

Że trzeba z prośbą udać się do mnicha,

By chciał mi syna przyjąć ku nauce.

Bo już co prawda, to wyznać potrzeba, —

Że jego głowa przemądra, choć stara,

Łaciny jeszcze uczył się z Alwara,

A cnoty — chyba od samego nieba;

Uczony, skromny, pracowity, szczery,

Czysto jak święty Franciszek Ksawery.

O! dla młodego taki mistrz nie lada,

Święte w tych rękach boćkowskie narzędzie,

Lecz iść i prosić, nie wiem, czy wypada,

Bo jak odmówi, to jeno wstyd będzie».

Taka w mym ojcu toczyła się walka,

Wreszcie kabała rozstrzygnie ją może;

Więc ujął karty, liczy: tuz... król... kralka...

Z kart wyszło dobrze — idźmy w imię boże.

VI

Ksiądz definitor prośby wysłuchał wesoło,

Ściskał ojca, mnie ściskał, ucałował w czoło

I rzekł: «Zostań tu chłopcze, ucz się w imię boże!

Wszystką miłością w sercu, chlebem, co w komorze,

I nauką, co w głowie — choć jej tak niewiele,

Co Bóg dał, wszystkiem chętnie z tobą się podzielę! —

Tylko że widzi waszmość — rzekł do ojca dalej —

Ja stary, mam narowy, a szlachcice mali

Zwykle przynoszą z domu dwa początki liche,

Bo dwa grzechy śmiertelne — lenistwo i pychę;

A u mnie chleb pożywać trzeba w ciężkim trudzie.

Przekonać się, że równi sobie wszyscy ludzie,

Czy kto ma herb, czy nie ma — braciaśmy po prostu,

Czy kto żyje w pałacu, czy w lepiance z chrostu,

Chłopyśmy i parobki przed bożem obliczem! —

Nikt cię tutaj nie będzie nazywać paniczem,

Jeść będziesz razem ze mną, z nami czeladź jada,

W zakrystyi wyręczać kulawego dziada,

Na polu mnie się w pracy nieraz dopomoże:

Ja będę żąć, ty w snopy związywać mi zboże;

A żeby się nie nudzić, to na pole ruszym

Z gramatyką łacińską i Wirgiliuszem,

Z konwią mleka i z chlebem — toż to będzie cudnie,

Siadłszy pod kopą żyta we znojne południe,

Posilając się sobie póki skwaru chwila,Titire! tu patule... tłumaczyć z Wirgila:

Bo sielanki najlepiej w polu się wydadzą. —

A szlachcic, co ma dzierżyć lud boży pod władzą,

Gdy sam pozna w rolnictwie i róże, i osty,

Nie będzie się tak lekko porywać do chłosty;

A gdy razem z czeladzią swą sochę zaprzęże,

Równiejsze będą skiby...»

VII

      «Miłościwy księże!

(Tak mu przerwał mój ojciec nadąsany srodze)

Na to, proszę aspana, nigdy się nie zgodzę.

Pracować to pracować, lecz herbowne dziecko

Winno zawsze zachować powagę szlachecką

Wobec gminnych plebejów, co z wioski ród wiodą.

Ot, powiem jegomości — z trockim wojewodą

Raz taki był przypadek. — Jak jegomość wiecie,

Na poleskich jeziorach, w bujnym oczerecie,

Lęgną się stada kaczek; — panu wojewodzie

Zamarzyło się z wioski sprowadzić dwie łodzie

I ruszyć na jezioro — w jednej szuchaleiByłem ja, pan Bylina i dojeżdżacz z kniei;

A w drugiem czółnie starem i popsutem wielce

Jechał sam wojewoda, wyżeł i dwa strzelce.

Wpływam na głębinę, — wtem... zawietrzył w stronę

Wyżeł, psisko niekarne, a wielce pieszczone,

Obaczył sto kaczek — więc bestyja skora,

Machnął tylko kosmykiem... i buch do jeziora!...

Stara łódź się pochysta, już żłopnęła wody,

Tonie... gwałtu! ratujcie! nie masz wojewody!

Jeno kędyś pluchocą w rozhulanej fali

I on sam, i myśliwcy, którzy z nim jechali, —

Jeno, proszę aspana, z falami się miesza

Jego suta, zielona ze srebrem bekiesza. —

Pan nie pływał, bo tusza była na przeszkodzie;

Lecz Poleszuk, jak ryba, nie zatonie w wodzie,

Strzelcy się wydobyli za wspólną pomocą,

Nogami depcą fale, pięściami je grzmocą,

Płyną, proszę aspana, że aż widok miły —

Jeden z nich, jak dziś pomnę, Hryćko syn Kiryły,

Wynurzył się... odetchnął... dał nurka na nowo...

I jako zgryźć orzecha, jak powiedzieć słowo,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.