drukowana A5
21.55
Stare wrota

Bezpłatny fragment - Stare wrota


Objętość:
101 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0966-6

„Dowieść na mię nie mogą, abym co komu uprosił: bo się za tak u Króla Jegomości Pana mego wdzięcznego i udatnego nie mam, anim jest, ani być chcę. Jeden jednak na się grzech powiem: woźnicy Króla Jmści, który mię kilkanaście lat wozi i ze mną u dworu zstarzał, a nigdy mię nie przewrócił, uprosiłem wielką wakancyję w żupach, groszy 2O na tydzień, aby w starości głodem nie umarł. Jeślim tém zgrzeszył, proszę odpuszczenia”.

Ks. Piotr Skarga, Na artykuł o jezuitach odpowiedź, rozdział I.

Do pana Ignacego Chodźki

Nie wiem, czy pamiętacie, zacny Autorze Obrazów litewskich, żem na wieczorze u Apolinarego Kątskiego, 23października zeszłego roku, zaciągnął względem Was dług zadedykowania najpierwszej gawędy, jaką napiszę. Drobna, lecz malująca całą dobroć Waszego serca, przysługa, jakąście mi uczynili, nie wyszła z mej pamięci: lecz czekałem, aż mi się uda wymozolić cóś Was godniejszego. Później okazane przez Was dowody prawdziwej życzliwości — obietnicę przez żart uczynioną zamieniły dla mnie w dług święty. Przyjmcież dobrem sercem dedykację Starych wrót, które uważam za jeden z lepszych moich utworów. Dobry mój J. I. Kraszewski przysłał mi album swych pięknych ołówkowych szkiców, a w nim na jednej karcie pochyloną wiejską bramę z podpisem: Poczciwe stare wrota. Długo i rzewnie zadumałem się nad tym pełnym prawdy obrazkiem (którego załączam tudrzeworyt); a jakim sposobem przyszedł mi na myśl wiecznej pamięci Skarga, jego woźnica, Jan Kazimierz? jak się z idei wrót wysnuł wątek obecnego poematu? raczy wiedzieć jeden Bóg, który w najniespodziewańszej chwili, z najdalszego przedmiotu wysnowywa w głowach naszych dziwne pasma myśli. Wyraz poczciwe wrota, na wiatr może przez Kraszewskiego rzucony, wywołał całą gawędę historyczną. Niech mu Bóg nagrodzi, jeżeli obecna praca moja na co się przyda powszechności; — niech mu Bóg przebaczy, jeżeli wywołał mierność. Cóżkolwiek bądź, Stare wrota idą pod prasę ozdobione Waszem imieniem: nie pogardzajcie chudobą, a przyjmcie wyznanie mojej czci życzliwej.

WŁ. SYROKOMLA.

14 lipca 1830 r.

Stare wrota

I

W roku zbawienia tysiącznym pięćsetnym

Dziewięćdziesiątym i dziewiątym pono,

Zygmunt, którego trzecim narzeczono,

Panował w Polsce; — czy był królem świetnym?

O czem zamyślał? co czyni? jak żyje?

Czyim dał ucho podszeptom zdradzieckim?

O tem szeroko piszą historyje;

Jeśli chcesz wiedzieć, przeczytaj w Piaseckim.

My się nie wdajem w historyczne sprawy:

Bo strach rozbudzić krytyków z Warszawy.

W skromniejszej mierze trzymając się płota,

Tylko Zygmunta wspomniawszy nawiasem,

Chcę wam opisać staroświeckie wrota

Przy starym dworku pod litewskim lasem.

Och! dawno chaty zwaliły się ściany

I las wycięto, zorano na grunta

I jeszcze większe nastały odmiany

Od owych czasów trzeciego Zygmunta.

II

Onego czasu zakon Jezusowy

Był panem serca i królewskiej głowy.

Próżno Zamojski zżyma się na sejmiePacta conventa że monarcha targa, —

Król jezuitom serca nie odejmie:

Bo jego serca pilnował Piotr Skarga.Święty Piotr Skarga! wśród synów LojoliWyrósł, zestarzał — i wierzył w ich cnotę;

Grzmiał z kazalnicy w słowa szczerozłote,

Żył i pracował zakonowi gwoli.

W ręce obłudy dał się nieobłudnie,

I w piersiach uczuć niezgłębioną studnię

I męską wolę, i rozumu siły

Złożył Piotr Skarga na starszyzny ręce;

Już posiwiały, już k'ziemi pochyły,

Przechował w duszy wierzenie dziecięce.

Z wesołą twarzą, w pokornej postaci

Kwapił się spełnić swych starszych rozkazy:

W świętych źrzenicach sam nie mając skazy,

Nie mógł jej dojrzeć na sercu swych braci.

Czy w Sandomirzu, gdy szlachta zebrana

Na jezuitów wykrzykuje veto,

Czy trzeba wstydzić błędy aryjana,

Albo się ścierać z uczonym Helwetą,

Czy to rycerstwo na koń się sadowi,

Czy idzie z wojny z bogatym obłowem,

Czy rokoszanin zagraża królowi, —

Staje Piotr Skarga z piórem i ze słowem.

On broni świętych tajemnic ołtarzy,

Zasłania Kościoł od błędnej szarańczy,

W bitnych pancerzach odwagę rozżarzy,

W togach senatu szczepi duch poddańczy.

Dwoi się Skarga — i kędyż go nié ma,

Gdzie woła Kościół lub ziemia rodzima??

Mąż wielki sercem, potężny w wyrazy,

Nie dziw, że został filarem Kościoła,

Że pańskie serce u Zygmunta Wazy

Takiemu człeku odjąć się nie zdoła.

Gdy go królewskie zawiodą nadzieje,

Kiedy mu serce przepełniają żale,

Czegóż się dziwić, że duszę wyleje

Przed Piotrem Skargą przy konfesjonale?

Że gdy jak ojciec od swawolnych dziatek

Doznał zniewagi szlachty czy magnata,

Już Zygmunt tęskni do spowiednich kratek,

Skarżyć się Skardze na ból, co przygniata?

Że kiedy dworskie pochlebstwo owionie,

Gdy mu dworują koronni panowie,

Tęskliwem okiem patrzy ku ambonie?

Bo tam z ust Skargi o prawdzie się dowié.

A Skarga kochał Zygmunta trzeciego:

Bo w jego sercu dostrzegał grunt żyzny,

Bo w łzach pokutnych, co mu z oczu biegą,

Widział deszcz hojny dla plonów ojczyzny.

Może ze strachem, z boleścią ukrytą

Popierał głowę króla słabowitą;

Może zwodniczym blaskiem nieomamion

Znał, jak mu cięży pomazańców toga,

I może nieraz modlił się do BogaO większą siłę dla Zygmunta ramion, —

A znając dobrze, skąd się krzepkość bierze,

Na drogach Pańskich umacniał go w wierze.

I grunt był żyzny, i siewca nie lada,

A czemuż ziarna nie wyrosły boże?

Ten chyba na to odpowiedzieć może,

Co losy plemion i wieków układa.

III

Ledwie bywało dziewiąta godzina

Wydzwoni ranek na zamkowéj wieży,

Król z brewijarza jutrznię rozpoczyna

(Bo się pilnował kapłańskich pacierzy).

A na pokojach u tronowéj sali

Już się panowie i dworscy zebrali,

I szepcąc cicho prze królewskie zdrowie,

Czekali, rychło dzwonek się odzowie.

Potém dworzanin, który pełnił straże,

Otwiera pańskie komnaty i woła:

«Królestwo ichmość zaraz się ukaże,

Tędy przechodzić będzie do kościoła».

I wchodził Zygmunt i obok królowa, —

Chylą się czoła w cześć królewskiéj mości;

Lecz król milczenie uroczyste chowa,

Jeno skinieniem pełném uprzejmości

Powita dworzan i przez salę kroczy,

K'ziemi spuściwszy swe promienne oczy.

Wtedy i słowa wyszepnąć nie można:

Bo król rachunek przed spowiedzią czyni.

Wyszedł w krużganek — a ciżba pobożna

Już do zamkowéj tłoczy się świątyni.

Wszyscy w milczeniu, a wszyscy po parze:

Senat za królem, a dworscy po przedzie,

Idą w krużganka kryte korytarze,

Co z zamku prosto do kościoła wiedzie.

Pod baldachimem z bogatéj purpury

Uklęknął Zygmunt lub krzyżem się ściele;

A tam kapelan albo biskup który

Czyta mszę świętą, — a w całym kościele

Szmer taki cichy, jak liści osiny,

Kiedy się trzęsą przy świetle księżyca;

Posłyszysz nawet kiedy parsknie świéca,

Lub czyje serce z cierpienia lub winy

Jęknie westchnieniem.

      Kiedy msza się czyta,

Czarny cień jakiś przesnuł się pomału:

Siwy jak gołąb' stary jezuita

Piotr Skarga zasiadł do konfesjonału.

A kiedy kapłan kreśli znamię krzyża

I Ewangelii odczyta ostatek,

Król lub królowa powoli się zbliża,

A Skarga ucho nachyla do kratek.

Króla z kapłanem spowiedź w cztery oczy

Długa i rzewna — widać jak łzy leje!...

Och! tę rozmowę, którą z Bogiem toczy,

Gdyby raz jeden podsłuchały dzieje,

Może ich karty brzmiałyby inaczéj;

Lecz insze ludzkie — insze sądy boże!

Kapłan dla skruchy grzesznemu przebaczy;

Ale historia przebaczyć nie może.

Znowu msza święta; — wyspowiadan szczerze

Zygmunt sakrament przenajświętszy bierze

Z rąk księdza Skargi — a tak pokrzepiony

Na całodzienne dźwiganie korony,

Do panów radnych przybliża się śmieléj,

Na swe dworzany pogląda weseléj.

Opuszcza kościoł i święconą wodą

Krzyż na swém czole i na piersiach kładzie;

I znów krużgankiem panowie go wiodą,

Gdzie ma przodkować państwa wielkoradzie,

Przyjmować posły ościennych mocarzy

Lub słuchać sejmu, który szumnie gwarzy.

Tak było co dzień — a w każdą niedzielę

Król we świątyni bawił za południe.

Tam się lud mnogi na kolana ściele, —

A ojciec Skarga odzywa się cudnie:

O świętej wierze, o bratniéj miłości,

Słowami prawdy i kamień przebodzie,

Panów prowadzi ku braterskiéj zgodzie,

Sędziów ku pracy i sprawiedliwości,

W żołnierstwie ducha pobożnego szczepi;

I nie przestaje powtarzać słów Pana,

Aż pojmą głusi, aż obaczą ślepi,

Aż rzewny naród padnie na kolana.

Wtedy apostoł z promienistą twarzą,

Wesół na sercu, schodzi z kazalnicy.

Panowie tłumnie k'niemu się kojarzą;

Biją mu czołem dworscy urzędnicy;

Rycerstwo, jakby na widok hetmana,

Stawa do szyku, aby uczcić księdza;

Lud go pozdrawia — a bieda i nędza

Ciśnie się przy nim, ściska za kolana.

A siwy starzec zawstydzon jak panna,

Na wszystkie strony skromny pokłon dzieli;

Śpieszy do swojéj za klauzurą celi,

Kędy go czeka praca nieustanna,

Kędy go czeka swobodne zacisze,

Kędy się modli i swe księgi pisze.

IV

Przez lat trzynaście pełniąc służby boże,

Skarga pracował piórem, sercem, głową,

Ranek miał w zamku, cały dzień w klasztorze,

Chyba że znowu do zamku pozową.

Król, który pragnął, aby starość święta

Na długie lata chowała się krzepko,

Co dzień, bywało, najwierniej pamięta,

Aby go dworską odsyłać kolebką.

Ale apostoł pełen ducha mocy,

Brzydził się blaskiem wytwornej karocy

I tak powiadał: «Do czego te dziwy?

Królu i panie wielce miłościwy!

Ścieżka do zamku z klasztoru mi znana,

Ani daleką, ni błędną mam drogę;

Staremu rzeźwiej przechodzić się z rana,

Więc chodzić pieszo i pragnę, i mogę.

Zbawiciel świata, większy pan niż Skarga,

A przecież wierną otoczony rzeszą

Po piaskach judzkich święte stopy szarga,

Z miasta do miasta przechodząc się pieszo».

Ale król na to: «O mój księże miły!

W trzydziestu leciech Chrystus nie był stary,

Ale w te lata, z waścinemi siły,

Nie porywaj się z Chrystusem do miary!»

Chciał Skarga mówić cóś o świętym Pietrze,

Swoim patronie — ale król nie słucha.

A że nastało zimniejsze powietrze,

Nastała w mieście śnieżna zawierucha:

Więc wyszukano na królewskiéj stajnieSkarbniczek mały, wygodny, niekryty,

Co o godzinie szóstej jednostajnie

Szedł pod mieszkanie księdza jezuity,

Wiózł go co ranka pod świątynię dworną,

A o południu pod furtę klasztorną.

V

Od lat trzynastu już odtąd co rano

Ów niepocześny skarbniczek widziano,

Zielonej barwy, z koły wysokiemi;

Trząsł się po bruku czy po równéj ziemi.

A stary konik bułany, niewielki,

Cichej natury, jak właśnie dla księdza,

Szedł sobie stępo zaprzężon w dyszelki, —

Stary woźnica lejcem go popędza.

 Woźnica strojny ze złotem błękitno,

Miał pas wzorzysty i kołpaczek rysi;

Policzki jego jeszcze zdrowiem kwitną,

A wąs srebrzysty aż do pasa wisi.

Rodem był Litwin — nazwiskiem Szeliga,

Sługiwał dawniej na wojskowym żołdzie,

A gdy piątego krzyżyka dościga,

Był dojeżdżaczem przy panu Gasztołdzie.

Potém go biéda — na świecie zwyczajnie —

Wypchnęła z Litwy rodzinnego sioła;

Został woźnicą przy królewskiéj stajnieI księdza Skargę woził do kościoła.

Ksiądz Skarga, wózek i postać woźnicy

I zasłużony koń bułanéj maści,

Zwykli do siebie przez latek trzynaści

I ludzie do nich zwykli na ulicy.

Gdy rankiem przemkną, bywało, przez miasto,

Stragarze wiedzą, że szósta godzina;

Kiedy wracają, to znaczy dwunastą:

Stary skarbniczek wskazówka jedyna.

Wtedy się cisną i wielcy, i mali

Popatrzeć w oczy świętego człowieka:

Ów czołem bije, ów Chrystusa chwali,

A owa dziatwę prowadzi z daleka,

Bo ma otuchę, że apostoł bożyBłogosławieństwo na jéj głowę włoży.

VI

Stary Szeliga był chlubny nie lada,

Takiego człeka że mu wieźć wypada, —

I zazdroszczono jemu tych zaszczytów:

Ale on z dworskich żartując poswarek

Jeździł codziennie, wiernie jak zegarek,

Do jezuitów i od jezuitów.

Tak do swéj służby ułożył się zdatnie,

Że woził Skargę jak żaden z czeladzi:

Na jednem miejscu bułanego zatnie,

Na jednem miejscu o kamień zawadzi;

Gdy wraca próżen w południowej chwili,

Z jednego miejsca przygląda się miastu,

W jednej gospodzie szklanicę wychyli, —

To był obyczaj już od lat trzynastu.

A gdy wychodzi i ociera wargi

Z szumiącéj piany piwnej albo miodnej,

Znaczy, że w zamku nie ma księdza Skargi

I że Szeliga cały dzień swobodny.

VII

A iż czas ludzi najlepiéj odsłania

I łacno poznać, gdzie poczciwe lice:

Tedy wzajemny węzeł miłowania

Kojarzył Skargę i jego woźnicę.

Szeliga biedak — tym kluczem najprościéj

Serce się Skargi otwarło Szelidze;

Styrał swe lata w wojennéj fatydze —

Toć drugie prawo do jego miłości.

Jak na woźnicę miał talent nie lada:

Konia nie chłoszcze, z przeklęstwem nie fuknie,

Trzy razy tylko o kamień gdzieś stuknie,

W porę zamilczy, w porę coś zagada.

Dla świętych dumań mając cześć i względy,

Nigdy się pierwszy ozwać nie odważył;

Lecz zmiarkowawszy, że ksiądz by pogwarzył,

Ochoczém sercem stanie do gawędy.

Wiedział, co mówić i do jakich osób:

Więc Skarga ucho dawał mu ochocze.

O czém gadali? i w jaki to sposób?

Oto wam próbkę rozmowy przytoczę:

VIII

«Mróz, miły bracie! czy waści nie chłodno?»

«Ręce pokrzepły, miłościwy księże!

Choć mam opończę ciepłą i wygodną,

Chłód i przez szubę do kości dosięże.

Krew' już nie grzeje, to i cóż za dziwy?

Starość nie radość, księże miłościwy!

Śmierć w oczy patrzy!»

      «Niepotrzebna trwoga:

Bliżéj do grobu, to bliżéj do Boga.

(Odpowie Skarga) Zresztą, miły bracie,

Tam w niebie ciepléj».

      «Ciepléj, księże miły,

Niżby, na przykład, ot w téj staréj chacie,

Co nad jéj okny wiszą lodu bryły,

Szybki pobite od wczorajszej burzy,

A jak uważam — z pieca się nie kurzy

Pokiwał głową i na chatę bliską

Skierował swoje woźnicze biczysko.

«A któż tu mieszka?» — spytał Skarga rzewnie.

«Wdowa płatnerza — pomnę ich przed laty:

Tu miał domostwo, tu stały warsztaty,

Dogadzał żonie, jak gdyby królewnie.

Bo było z czego: w batorowskie czasyPancerze, hełmy były wielce w modzie;

Miał ich w sklepiku ogromne zapasy

Ku prześwietnego rycerstwa wygodzie.

A był to z dziadów, z pradziadów zbrojownik,

U nich rzemiosło szło z ojca na syna;

Bywało, pancerz czy koński nagłownik

Z żelaznéj blachy, jak z wosku wygina!

Późniéj postarzał, oślepnął i ginie:

Robota rzadsza, a tu człowiek chory,

Król miłościwy, panujący ninie,

Już do pancerza nie to co Batory!

Zresztą dziś szlachta bogaciéj się stroi:

Wzdycha do lekkich weneckich pancerzy,

Już jéj domowéj nie pokazuj zbroi,

Rada by błyszczéć jakby święty Jerzy!

A tu... jak Niemcy do miasta nalazą,

Jak poczną stawiać nowomodne kramy,

Sprowadzać szwedzkie zza morza żelazo,

Gdzież my prostacy z nimi się zrównamy?

Bolał nieborak od doby do doby

I jego mieszek chorzał na suchoty.

A tu z kramkami wędrujące Szkoty,

Dawaj go leczyć od ocznej choroby!

I wyleczyli... po trosze... po trosze,Zabrali oczy i życie, i grosze...

Została żona — poczciwa starucha

I troje dziatwy — pacholęta jeszcze...

Patrz wasza miłość: ot i w ręce chucha

Nędza nie puści, kogo porwie w kleszcze!

A tego roku drogi chléb i mięso

I wiązki drzewa za szeląg nie dostać:

Nie dziw, że wdowy skurczyła się postać,

Nie dziw, że dzieci od głodu się trzęsą.

Ojciec kuł ludziom pancerze za młodu,

Chronił ich piersi od bojowéj kuli,

A dzisiaj, dziatwy ginącéj od chłodu

Nikt nie ochroni — nikt nie da koszuli!»

Tak stary bajał jednego poranka:

Och! bo i jego był los taki samy!

Machnął biczyskiem i zaciął bułanka!

Stuknął o kamień — i wjechał do bramy.

A ojciec Skarga, co zawsze przy sobie

Miał rzymski stylus i tabliczki z wosku,

Co nieszczęśliwym w utrapienia dobie

Z rychłą pomocą śpieszył po ojcowsku, —

Zapisał imię nieszczęśliwéj wdowy,

Pożegnał starca i ruszył swą drogą;

I już nazajutrz pacholik zamkowy

Zaniósł jéj wsparcie — Bógże wié od kogo!

A kiedy pełniąc stare obyczaje

Krzepił Szeliga w gospodzie swe zdrowie,

Bóg wié, dlaczego cóś mu się wydaje,

Że i miód słodszy i weseléj w głowie.

IX

Tak często-gęsto niby nieumyślnie

Jakieś słóweczko do rozmowy wciśnie;

Wiedział, z kim gada, i wiedział, jak gadać.

Skarga, co ludzi przywyknął spowiadać,

Bywało, zręcznie za słówka go chwyta,

Daje woźnicy wygadać się dłużéj,

A z jego bajań zawsze się wynurzy

Jakaś niedola — gdzieś nędza ukryta.

Skarga dochodził po nitce pajęczéj,

Gdzie jaki dłużnik, co go lichwiarz dręczy,

Kogo nękają bezbożni pieniacze

Lub jakie bole komu serce ranią;

Gdzie biédne dziéwczę rozpaczliwie płacze,

Stojąc nad grzechu straszliwą otchłanią;

Gdzie brat ku bratu oddycha niezgodą,

Gdzie się z sąsiadem poswarki zawiodą.

A żadna powieść nie była napróżna:

Bo ówdzie grosza, tam serca jałmużna,

Rzucona zręczną dłonią apostoła,

Rozjaśnia serca, rozpogadza czoła.

Szeliga wszystko wygwarzył otwarcie;

Lecz była hardość w sercu tego dziada:

Kiedy dla innych kołatał o wsparcie,

Nigdy o własnéj nędzy nie zagada!

Bystra źrzenica księdza kaznodziejeRychło się wpiła w skrytą pierś Litwina, —

Niby nieznacznie pytać go poczyna,

O dom rodzinny, o dawne koleje:

Jak to z Gasztołdem biło się niedźwiedzie?

Co go ze służby pancernéj wywiodło?

Czemu szlacheckie zaniechawszy godło,

Został stajennym? i jak mu się wiedzie?

Czy na swą Litwę wrócić kiedy życzy?

Czy jakich krewnych i przyjaciół nié ma?

Z czego żyć będzie, kiedy lejc woźniczy

Już się w zgrzybiałych rękach nie utrzyma? —

Gdyby go pytał głosem jałmużnika,

W politowania smutnego sposobie,

Pewnie by Litwin zaciął się sam w sobie:

Bo on dla żalów piersi nie odmyka,

Cierpi, gdy nędzę wyspowiadać musi,

Chlebem jałmużny pewnie się zakrztusi.

Ale badany znienacka, a zdatnie,

Niby gawędząc o deszczu i suszy,

Stary Szeliga wpadł w księdzowskie matnie,

Wysączył przed nim każdą kroplę duszy.

I kapłan przeznał Litwina odludka

Od pacholęcia, od pieluch bez mała;

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.