drukowana A5
29.47
Margier

Bezpłatny fragment - Margier


Objętość:
173 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0964-2

Słówko od Autora

Litewscy i pruscy kronikarze zapisali pod r. 1336napad krzyżacki na zamek Pullen,bohaterską jego obronę przez wodza Margiera i zgon Litwinów, którzy nie chcąc się żywo oddać w ręce nieprzyjaciół, sami się na stosie na ofiarę swym bogom pozabijali.

Na ten wypadek, jako na wyborny przedmiotdo poematu, pierwsza zwróciła naszą uwagę małżonka nieodżałowanej pamięci Autora Ramot iramotek, Pani Paulina Wilkońska, w liścieswoim do nas pisanym w listopadzie 1852, zachęcając do opiewania Margiera.

Zgadzając się z szanowną korespondentką codo niezaprzeczonej poetyczności przedmiotu, cofnęliśmy się zrazu przed wielkością zadania. Brakło nam odwagi na stworzenie uroczystego Epos, i, co ważniejsza, do porwania się na kreślenie ducha starej Litwy, której nie posiadamy języka, i co za tym idzie, nie znamy gruntu obyczajów.

Ale pokusa pozostała silną — a ilekroć przerzucając kroniki natrafiliśmy na zdobycie Pullen, wyznajemy, że nam serce biło jakimś tajemniczym niespokojem, aż nim stanowczo nie odważyliśmy się na urzeczywistnienie śmiałego zamiaru. Nie dosyćwtajemniczeni w ducha Litwy, nie mogąc obraćformy homerycznej i puścić się drogą wskazanąprzez zasłużonego śpiewaka Anafielas, obraliśmyformę Wirgiliuszowską, której okrągłe kontury,przyzwoite poważnemu Epos, uwalniają od drobiazgowych studiów. Nie mając nadziei trafnegoskreślenia Litwy i Litwinów, na tle danych historycznych kreśliliśmy ludzi w ogólności, starającsię wszakże zgłębiać warunki miejsca i czasu.

Margier, stara wróżbiarka litewska, Wielki MistrzKrzyżaków, są to postaci historyczne, które staraliśmy się oddać wedle wzoru skreślonego w kronikach; Ransdorfowi Warner, także wspomnianemuw dziejach, nadaliśmy charakter drugorzędnegobohatera powieści, Egle i Lutas, postaci imaginacyjne, miały być odbiciem dziewic i bojaków starej Litwy. Co do miejsca wypadku, lubo jedniw Pullen pruskich kronikarzy chcą widzieć dzisiejsze Punie w powiecie Trockim, drudzy wieśPilluny nad Szeszupą — zdawało się nam, że kwestia tego rodzaju jest podrzędną dla poematu.A iż potrzeba było coś jednego wybrać — zdecydowaliśmy się za Puniami, i w letniej naszej w obecnym roku przejazdce, obejrzeliśmy miejscowość,na której tle malował się wypadek.

Już po napisaniu naszej wierszowanej powieścipostrzegliśmy, że ta odpowiada, co do swej powierzchowności, wszystkim warunkom, wymaganym przez dawną krytykę od poematów bohaterskich. Jest tu wezwanie (invocatio), jedność akcji,dostateczna odległość czasu, z której uważane wypadki olbrzymieją, jest nawet tak zwana machina,czyli wpływ siły nadprzyrodzonej (deus ex machina).Oświadczamy uroczyście, że to dopełnienie warunków zgasłego klasycyzmu stało się całkiem przypadkowo, żeśmy się nigdy nie kusili o stworzenieepopei, którą starożytność słusznie uznała za najwyższy szczyt poezji.

Cokolwiek łaskawy czytelnik wyrzecze o Margierze, uważamy go za najlepsze z dzieci naszego ducha. Wyznanie podobne nie może być uważaneza samochwalstwo w autorze: Stopień rozkoszy iboleści, jakich doznawał tworząc, może mu poniekąd służyć za skalę wartości utworu. Nie ofiarujęMargiera żadnemu w szczególności z moich przyjaciół, kto podzielał z autorem jego twórcze rozkosze i boleści, kto witał z współczuciem każdąpieśń nowo narodzoną, ten ma prawo do naszejofiary, do naszej rzewnej podzięki.

Pieśń pierwsza

I

Gdzie ty, święta przeszłości macierzystej ziemi

Z twoimi bohatery, z bogami twoimi?

Z pieśnią dzielnych lirników, synów twego łona?

Przeminęłaś na świecie jakby snem prześniona.

Któż cię potrafi dzisiaj wyczytywać biegle

Na staroświeckiej książce lub na starej cegle?

Kiedy twoją pamiątkę znajdzie w polu chłopię

Albo ciekawy rydel w kurhanie odkopie,

Ze szkieletu, z okruchów żelaza lub gliny

Któż zdoła wypowiedzieć los całej krainy,

Kto wyssać świętą prawdę z podaniowych baśni?

Kto w literze zamknięte życie nam objaśni?

Kto mrok zapadłych czasów odświetli choć trocha?

Chyba serce pobożne, co praojców kocha,

Chyba dusza pieśniarska odgadnie, wyśpiewa

Przy harfie wyciosanej z litewskiego drzewa,

Na czas wywoła z grobu cmentarzowe rzesze

I z gruzów rumowiska skrę życia wykrzesze. —

O! W jakim cię kurhanie zagrzebali starzy,

Stara a święta harfo litewskich pieśniarzy?

Poważnym głuchym szmerem zabrzęknij z mogiły,

Aby się nasze piersi w twój takt dostroiły.

Zrodzony w nowych czasiech i w inszej nauce,

O twoich dawnych bogach oto pieśń zanucę,

Nie świętokradzką ręką, lecz w dobrej otusze

Święty popiół praojców z mogiły poruszę.

Drużyną zakrwawioną, w niedźwiedzie przybraną,

Przed oczami potomków praojcowie staną,

Dzicy, jak dzikie puszcze, w których Litwa żyje,

Czyści, jak czyste rzeki, z których wodę pije,

Rzewni, jak wiatr jesienny, co huczy po lesie,

Jak piosenka żniwiarska, którą echo niesie —

Lud, co się przeniewierstwem nie zhańbi, nie skazi

A szanuje swych bogów, kapłanów i kniazi;

A bogi, przed którymi na twarze się ściele

Srodzy, dobrzy i prości, jako ich czciciele; —

A książęta, co Litwę trzymają pod władzą,

Za jej zdrowie swój żywot, swoją krew oddadzą,

A podzielą się z ludem i serca połową

I chlebem, i zdobyczą, i sławą bojową

I śmiercią bohaterską, gdy idzie o życie —

O takim to plemieniu powieść usłyszycie.

A gdy słabymi dłońmi po stronach uderzę

Czyli zapieję pieśnię o chrobrym Margierze,

Czy z daleka ukażę krwią zalane zgliszcze,

Czy w strunach zagrzmi Perkun, czy wicher zaświszcze,

Czy ziemicę Olgierda mój głos upamiętni,

Czy jęknie płacz dziewiczy, lub serce zatętni,

Czy zabrzmi łoskot mieczów i bojowych młotów —

Stara harfo litewska, harfo wajdelotów!

Struny zardzewiałymi od grobowej pleśni

Odezwij się spod ziemi, dodaj hart mej pieśni;

Przyuczeni od wieków słuchać głos twój święcie,

Wstaną ojce na wnuka limicze zaklęcie.

 Synowie młodszych czasów, rówiennicy moi!

Przyjdźcie do nas posłuchać, jak się harfa stroi,

A otoczcie lirnika serdecznie a pięknie,

A wybaczcie, gdy czasem zbyt słabo zabrzęknie,

A przyjmijcie z łaskawym uśmiechem na twarzy

Gdy wam powieść o wiekach dawniejszych wygwarzy.

II

Olgierd władał na Litwie, a Kiejstut na Żmudzi.

Litwa słynęła strachym i cześcią u ludzi;

Od Euksynu po ziemię krzyżackich rycerzy,

Od Karpat po Ładogę swe podboje szerzy,

Rozlewa się po ruskiej i po lackiej ziemi.

I utrwala swą władzę księstwy udzielnenu

Na stolicach, gdzie dojrzeć nie moze z oddali,

Książe mieści swych braci i swoich wasali,

Imieniem hołdownictwa powierza w ich ręce

I miecz sprawiedliwości, i prawo książęce,

Prawo żyć i umierać dla dobra narodu

 O dwa dni pieszej drogi od Trockiego grodu,

W lesie nad krętym Niemnem od krzyżackiej ściany,

Wznosił się zamek Pullen stary a drewniany;

Gdy Kiejstut posiadanie tej strony odbiera,

Swoje prawa książęce przelał na Margiera

Więc jako hołdowniczy książęcej korony

I mieczem uzbrojony, i prawem wzmocniony,

Margier na zamku Pullen wpośród leśnej dziczy

Nad Litwą od Niemeńskich czuwał pograniczy.

III

Na niwach nadniemeńskich bujne rosły żyta,

Zieleniła się łąka kwiatami pokryta.

Lecz przyszły Niemcy z krzyżem, w nieszczęśliwej chwili,

Łąki spaśli, a zboża spalili, stłoczyli.

A ich bardysz stalowy, a ich miecz szeroki,

Nażarł się ciał litewskich, napił się posoki.

Wyzwano ich na rękę — krwawy boj się sroży.

Litwa chrobrze walczyła cały dzionek Boży

I kamiennymi młoty uderzając szczerze

Rozbijała niemieckie piersi i puklerze

Nie przebić głową skały — cofnęły się wrogi,

Wziąwszy łup, zostawiwszy trupy i pożogi

Z dymów palonych wiosek jak się widzieć może,

Krzyżacy szlak swej drogi wzięli na Pomorze.

IV

A tu na bojowisku, pod Pullen wałami,

Zrozpaczeni Litwini zostali się sami,

Załamane ich ręce, żałosna postawa,

A ze źrenic sokolich łza sączy się krwawa.

Czy wracać do swych wiosek? Och, nie ma już po co,

Bo te łuny pożarne, co z dala migocą.

Ten dym, co ponad Niemnem, nad lasem się ściele,

To goniec od ich rodzin: że nieprzyjaciele

Wszystko, czym dusza żyje, co kocha najczulej,

Srodze zamordowali lub więzami skuli

I powiedli w Niemczyznę.

      Serce się rozrywa.

Po żalu przyszła rozpacz zajadła i mściwa,

Litwa wydała okrzyk i hurmem się ciska

Rąbać trupy niemieckie wśród pobojowiska.

I z ciał pokaleczonych, odartych do naga,

Ułożyć stos ofiarny, co bogów przebłaga.

V

Straszny był widok pola: na zdeptanej ścierniLeżą martwe Litwiny i Niemcy pancerni;

Na jednych lniana odzież i osłony rysie,

Na drugich jasna blacha promieniami lśni się.

Ówdzie silne ramiona zakute żelazem

Dławiąc wroga — w uścisku zastygły z nim razem;

Na jednej twarzy boleść — na drugiej z pobliska

Szatan swój śmiech szyderczy na wieki wyciska,

Na inszej taka srogość, że zda się widocznie

Bój przerwany za życia po śmierci rozpocznie.

A wszystko krwią zbryzgane — a przy każdej twarzy,

Zaglądając w źrenice już kruk gospodarzy,

Szary wilk nadniemeński zza jodeł się skrada,

Tam się brytan z brytanem o zdobycz ujada,

A tam z piersi rozbitej ciosami bardyszy

Jeszcze się jęk boleści lub zgonu posłyszy,

Albo ostatkiem siły przyczajonej w łonie

Ktoś modlitwę wyszepce, ktoś przekleństwem zionie.

VI

Litwin zemstą kipiący, a na jęki głuchy,

Odziera z szyj rycerskich złociste łańcuchy,

Odziera miecz od boku, szarpie hełm bogaty,

I płaszcze z krzyżem Pańskim rozdziera na szmaty;

Albo żylaste ręce, jako sępie szpony,

Zapuszcza w trupią brodę, we włos utrefiony,

I targa, i znieważa ostatki człowieka,

Gdzie słyszy bicie serca, pierś na pół rozsieka.

VII

Pod jedlinowym cieniem przyczajony z cicha,

Krzyżak, młode pacholę, pełną piersią dycha;

Cios litewskiego młota, co mu zmysły głuszy

Nie zdołał młodocianej wykołatać duszy.

Młodzieniec czasem stęknie, zawróci oczyma,

Prawicą nieprzytomnie głownię miecza ima,

Woła o kroplę wody — choć w niemieckiej mowie,

Lecz dźwięcznym jego głosem wzruszeni wrogowie

Stanęli jakby wryci — choć pogańcza zgraja:

Och, bo serce litewskie łacno się rozbraja!

I litewski oprawca najdzikszej postaci

Spojrzał niepewnym wzrokiem dokoła współbraci,

I była jedna chwila w tym sercu ze skały,

Miłosierdzie i zemsta że się zawahały;

Lecz się wnet opamiętał — i uśmiechnął zdradnie:

,,Na Perkuna! to Niemiec — niech marnie przepadnie!”

I już podnosił topór, co piersi rozłamie,

Gdy mu silna prawica pochwyciła ramię.

VIII

Oprawca wstecz się cofnął i obejrzał skoro,

Spuścił topór i oczy ku ziemi z pokorą:

Przed nim stał dzielny Margier — odgadniesz mu z twarzy

Bohaterską latorośl litewskich mocarzy.

Krzepkie dęby w Romnowe, gdzie Litwa czci bogi,

Grom w prawicy Perkuna straszny i złowrogi;

Lecz silniejsze od dębu ramiona Margiera,

Straszniejsza od piorunu bojowa siekiera,

Gdy błyśnie w jego rękach — z wileńskich ołtarzy

Znicz podsycon oliwą ogniście się żarzy;

Lecz ogniściej wybucha i goręcej płonie

Serce wodza miłością ku rodzinnej stronie.

On tu nad zamkiem Pullen jako książę włada,

Pana i bohatera wielbi w nim gromada:

Bo też kołpak soboli na książęcej głowie

I hełm z pierzastą kitą, co noszą wodzowie,

Co je Margier wysłużył rycerskiymi dzieły,

Nigdy na dostojniejszym czole nie spoczęły.

Piękne niebo, gdy jutrznia ozłoci je młoda,

Ale w duszy książęcej piękniejsza pogoda;

Jedna tylko — dla Niemców nienawiść w nim żyje,

Ale to taka straszna, jakby wszystkie żmije,

Jakby wszystkie potwory i piekielne siły

W ogniste jego serce swój jad wysączyły,

Dziś, widząc krwią zbryzgane nadniemnowe pole,

Cierpiał za całą Litwę wszystkimi jej bole,

Jak gdyby w jedno serce, ile tylko zmieści,

Wszystkie miecze krzyżackie wbił do rękojeści;

Cierpiał za bogów Litwy, za ujmę ich chwały,

Nie dziw, że mściwe żądze w jego piersiach grały.

O! jeżeli w tej chwili nad niemiecką głową

Cofnął rękę siepacza do mordów gotową,

To snadź, młody Krzyżaku, w niedobrym zamiarze:

Gwoli straszliwszej zemście zachować się każe.

IX

Zawołał głosem strasznym, aż drgnęli Litwini

(Nie był to ryk zwycięski tygrysa w pustyni,

Ale raczej jęk lwice po głębokiej knieje,

Gdy po dziatwie wydartej żałośnie boleje):

,,Stój! Zabijać bezsilnych to dla nas ohyda!

Nam na świętszy użytek ten jeniec się przyda:

Bo na nowiu za miesiąc od dzisiejszej chwili

Wielki dzień Ziemiannika będziem obchodzili.

Dobry bóg urodzajów! — wielkie jego święto

Od czasu gdy na Litwie siać niwę poczęto:

Bo z laski Ziemiannika i pod jego wodzą

Miód, mleko i owoce, i kłosy nam rodzą.

Niegdyś, za naszych ojców, w Litewszczyźnie starej

Z miodu, z mleka, z owoców brał swoje ofiary;

Lecz nam dzisiaj nie starczy na chleby i miody:

Bo Krzyżak zdeptał pola, wyplenił ogrody,

Pozarzynał dobytek i miód wydarł z barci —

Cóż my bogu przyniesiem, z ostatka odarci?

Lecz bóg nie gardzi sercem ni darem ochoczym:

Mamy tu krew krzyżacką — a więc krwi utoczym,

I ołtarz, zawieszony tajemną zasłoną,

Zamiast czerwonych kwieci, zlejem krwią czerwoną.

Ziemiannik przebłagany w ofiarnym pucharze,

Może niwom obficiej rozrodzić się każe,

I w chlebie pożywanym bez łez i goryczy

Nowa siła do piersi yystąpi bojowniczéj. —

Weźcie żywego jeńca! Okuć go należy;

Niech czeka dnia ofiary na zamkowej wieży!”

Tak mówił srogi Margier — a głos jego mowy

Naprzód grzmiący piorunem, a potem grobowy,

Osłabnął, kiedy książę rozkazy wydawa,

A usta były drżące, a powieka łzawa.

X

Tedy litewscy męże rzucili się żwawie

I podjęli młodzieńca, co leżał na trawie;

A Margier zapalczywie do boku mu sięga,

Oderwał miecz, aż stalna zabrzękła popręga,

I odpiął mu spod szyje płaszcz rycerski biały,

Krzyż wyszyty na płaszczu poszarpał w kawały

I podeptał.

      Na groźne skinienie książęce

Dwaj Litwini Krzyżaka ujęli na ręce.

A młodzian ledwie oddech wydobywa z łona,

Bezwładna jego głowa zwisa na ramiona,

A kiedy mu odarty i hełm, i kolczuga,

Po jasnych jego włosach krwi pociekła struga,

Ale jej żadna ręka nie otarła z czoła

Nienawistne przekleństwa zawrzały dokoła:

,,Ho! Pieszczone pacholę nie zwykło do zbroi!

Miękka czaszka niemiecka kto wie, czy się zgoi

Kto wie, czyli dożyje o chlebie i wodzie,

Nim mu nóż ofiarniczy serca nie przebodzie?!”

Tak, niosąc do warowni rannego młodzieńca,

Litwa jeszcze się nad nim urąga i znęca.

,,Daj pokój! — mówił drugi — choć to młode szczenię,

Czart niemiecki umacnia swoje pokolenie;

Choć spłynął krwią nieczystą, choć zawraca oczy,

Trzymaj krzepko pohańca: bo wnet ci wyskoczy —

Jeżeli go bezpieczno masz trzymać w jasyrze,

To mu z szyje oberwij te blaszki i krzyże,

Którymi pierś obwiesił: bo tam czart się chowa!”

I ręka świętokradzka już była gotowa

Znieważyć mały krzyżyk na niemieckim łonie,

Co go papież z odpustem święcił w Awinionie;

Lecz orli wzrok Margiera zabłysnął tak srogo,

Że Litwin aż pobladnął i cofnąłsię z trwogą.

,,Wara! — zawołał książę na zgraję swawolną —

Nad wrogiem rozbrojonym pastwić się nie wolno!”

XI

Otwarto wrota zamku — więźnia w głąb ponieśli,

Twierdza prosta, drewniana; tylko topór cieśli

Ponad Niemnem, na górze, na ubitej ziemi,

Piętrzył dębowe kłody jedne nad drugiemi

Wysoko aż pod chmury — a przy ścianach wokół

Pozabijał warowny sosnowy ostrokół; —

Tylko rydel kopacza wkrąg całej budowy

Ponajeżał wałami wąwóz Nadniemnowy,

I ryjąc w głębi ziemi, w tajemnym zamiarze,

Powydrążał pieczary, sklepił korytarze,

Co ciągną się do lasów, do wiosek, nad wodą;

Bóg tylko wie i Margier, gdzie te lochy wiodą,

Jak gdyby nory lisie lub kryjówki węże,

Których brytan nie zwietrzy, a człek nie dosięże.

Och! bo walczyć na zabój z niemieckimi syny

Trzeba mieć chytrość lisią i żądło gadziny,

Nie dowierzać sojuszom, być zdradnym jak oni,

I we śnie nie upuszezać toporu ze dłoni.

Perkunie! groźny boże Litewszczyzny starej!

Któremu krew i ogień najmilsze ofiary,

Czemu twoi czcziciele tak miękcy, tak prości?

Czemu wiecznie twa srogość w ich piersiach nie gości?

Dzisiaj — rzeź, krwawa uczta dla mieczów i młotów,

A jutro Litwin sercem podzielić się gotów,

I przy czarce ałusu ściska swe siepacze,

I nad własną srogością najpierwszy zapłacze.

Przecz Margier — co Krzyżowców w nienawiści chowa

I cały kipi groźbą jak chmura gromowa —

Za chwilę łagodniejszym przemawia wyrazem?

Rozbroił czoło z hełmu i ze gniewu razem,

I westchnieniem ochłodzil pałające łono

I poszedł do wieżycy, gdzie więźnia złożono?

XII

A po ciemnej wieżycy jęk przebiega głuchy.

Leży młodzian krzyżacki zakuty w łańcuchy;

Krew mu leje się z czoła mimo szmatę zdartą,

Broczy kamień, na którym głowę mu oparto;

On miota się, jak gdyby chciał odpędzić ręką

Promyk słońca, co na twarz pada przez okienko.

Margier stał nad młodzieńcem oparty o ścianę,

Wlepił w jego oblicze oko zadumane:

,,Ty cierpisz... żal mi ciebie — niewierny Krzyżacze!

Żal twej matki, co może gdzieś po tobie płacze,

Żal młodości; lecz bogi sprawiedliwe widzę:

A małoż w waszych twierdzach w Malborgu i Rydze

Jęczy litewskiej młodzi — w łańcuchach niewoli?

A i tutaj są matki — i tym serce boli!

Tam umierają z wolna od swoich dalecy,

Dźwigając głaz i cegłę na mury fortecy;

Tobie przynajmniej tutaj prędki zgon się zdarza,

Legniesz, jak młody kłosek pod sierpem żniwiarza.

Ty cierpisz... żal mi ciebie, o! żal w samej rzeczy!

Lecz odegrzeć gadzinę przy piersi człowieczej,

To, jak skoro odzyska siłę utraconą,

Kolnie najpierwszym jadem w dobroczyńcy łono;

Nie wyrwiesz z niego żądła, chyba strzaskaj głowę,

Niechaj światu nie szkodzą plemiona wężowe!”

Tak Margier to się płonąc, to blednąc jak ściana,

Mówił raczej do siebie, niźli do młodziana:

Bo był pewien, że Krzyżak jęczący w boleści

I nie zna, i nie słyszy słów litewskich treści.

Lecz Niemiec, w nadbałtyckiej urodzony ziemi,

Od dziecka igrał piaskiem z chłopięty pruskiemi,

Nauczył się i dobrze ich mowę pamięta,

Co z litewską podobna, jak dzieci bliźnięta;

Więc zajęknął w tej mowie: „Zwycięzco Litwinie!

Krew zanadto waleczna w twoich piersiach płynie,

Abyś nie czuł, zarówno jak siepacze prości,

Ile wróg pokonany ma praw do litości.

Mówisz, żeśmy Krzyżacy podobni wężowi,

Do piersi dobroczyńcy rzucić się gotowi,

Nie bluźnij nawet gadom — wszak w litewskiej chacie

Widziałem jako węże święcone chowacie,

Czyliż żmij, gdy go ludzka uprzejmość rozbroi,

Ukąsił kiedy rękę, co go mlekiem poi?

A jam człowiek... jam rycerz! Miałbym działać zdradnie!

Nie wiesz, jaką powinność ten krzyż na nas kładnie!

Nie myślę ci wdzięczności zaprzysięgać podle,

Lub czołgać się w nadziei, że życie wymodlę;

Gdybyś jednak rycersko oszczędził mi zdrowie,

Litwinie! Chrześcijanin godnie ci odpowie!”

XIII

Margier nie dzisiaj walczy z drużyną krzyżaczą,

I słyszał jej przysięgi, i wie, co te znaczą;

Uśmiechnął się... podumał... i uwierzył z wolna,

Czy szczeroci młodzieńczej, co kłamać niezdolna,

Albo słowa litewskie cud zdziałały na nim,

Które w uściech niemieckich brzmiały pojednaniem:

Bo w słowach macierzystych jest urok nie lada,

Wróg zawsze nas rozbroi, gdy nimi zagada,

Zawsze zdoła przygasić niechętne zarzewie —

Och, i dobrze, że o tym czarodziejstwie nie wie!

 Tak wódz podumał w duchu i skinął na straże,

I krwawe rany więźnia opatrywać każe,

I z baszty murowanej ciemnego sklepiska

Przenieść w insze komnaty, kędy słońce błyska,

Więc wzięli go na barki silni wojownicy,

I zanieśli do długiej wesołej świetlicy,

Tam w środku stół z kamiennej wyciosany płyty,

Na nim ałus rozlany, i miód niedopity,

Snadź że chrobra drużyna Litwy bohatera

Tutaj się na obrady i na ucztę zbiera.

Na ścianach wbite rogi od żubrów i łosi,

Porozwieszany oręż o zwycięstwach głosi:

Tam przyłbice odarte z połowieckich twarzy,

Orle skrzydła ze zbroje sarmackich husarzy,

I różnych barw turbany — głów tatarskich plony,

I z cerkwi Nowogrodu złociste ikony.

Obaczył tutaj Krzyżak, pomiędzy innemi,

Sławne herby Malborga i Chełmińskiej ziemi:

Orła na białym polu z koroną na szyi;

Obaczył swe proporce z imieniem Maryi,

Obaczył bratnie płaszcze — a myśl jego świeża

Na piaszczyste Bałtyku niosła się wybrzeża

Przypomniał fale morskie, co bawiły oko,

I domek rodzicielski nad morską zatoką,

I komandorstwa mury z niebielonej cegły,

I jeszcze coś przypomniał: bo mu łzy pobiegły.

XIV

Bo duch ludzi rycerskich kształci się za młodu:

Krzyżak już kochał dziewczę swojego narodu,

Zmienne koleje uczuć już grały w młodzianie:

I szczęście, i cierpienie, i odczarowanie,

To uwielbiał, to szydził, to znów gonił mary,

Czuł miłość, jak młodzieniec, rozumiał, jak stary.

Mógłby już opowiadać swego serca dzieje:

Bo zakuta pancerzem pierś prędko mężnieje.

Bo w obozie Krzyżowców wkrada się znienacka

I szlachetność rycerska, i gminność żołdacka.

 Od dziecinnej kolebki, z matczynego łona

Wysysał chrześcijańskich wielkich cnót nasiona;

Siwy ojciec, bywało, na konia go bierze,

I uczy robić włócznią, i mówić pacierze,

I powieścią turniejów zabawia chłopaka,

Gdzie najpiękniejsza z dziewic, jakby święta jaka,

Z wysokiego krużganku pogląda ku ziemi

I rozdziela nagrody siędzy walczącemi.

 Cóż za dziw, że powieśćmi rozmarzone dziecię,

Uczyło się po Bogu dawać cześć kobiecie?

Że, nim w piersiach zagrała namiętności burza,

Wierzył w ziemskie anioły, jak w anioła stróża?

Że marzył o dziewicach promiennie i świetnie? —

A kiedy serce młode, osiemnastoletnie,

Zadrgało lubym dreszczem, co się z wolna wkrada,

I zapukało silnie ku córce sąsiada —

O! wtedy błogich myśli tak wiele... tak wiele!

A w duszy taka świętość, jak w Pańskim kościele,

A dumki takie piękne, tak czyste jak złoto!

Czy był wzajem kochany? — ani pytał o to!

Choć lubego współczucia mógł dopatrzyć trocha,

Lękał się jej znieważyć — nie mówił, że kocha;

Tylko czuje pacholę, że mu coś uroczej,

Gdy patrzy w święte niebo, lub w jej piękne oczy.

 Ale niewinność serca, to, jak pył na kwiecie,

Pierwsza burza żywota oberwie i zmiecie.

Ledwie włócznię udźwiga, ledwie pancerz spina,

Poszła na dwór krzyżacki niewinna dziecina;

Tam starszyzna i młodzież, wśród hucznej swawoli,

Z najdroższej jego wiary odarli powoli;

Tam, gdy ucho ciekawe bluźnierstwom otworzy,

Zawahał się w swej wierze i miłości Bożej,

Zakosztował z puharu — przed rumieńcem z wina

Rumieniec wstydliwości już pierzchać poczyna;

A otwartych zalotów raz zostawszy świadkiem,

Wstydził się świętych westchnień, co ronił ukradkiem,

Wpośród wesołych wdziękiń na dworze i w mieście

Zapomniał cześć rycerską, co winien niewieście.

 Śladem idąc, gdzie droga skażenia ubita,

Sam kłamliwie przysięga, o prawdę nie pyta,

A za godło rycerskie przybrawszy motyla,

Nowymi uczuciami bawi się co chwila.

Miłość, wiarę, nadzieję, wszystko brał za baśnię;

Choć przypłaci niewiarę, choć serce zadraśnie,

Udawał sam przed sobą, że nie boli rana,

Zdobywał się na uśmiech z przesadą młodziana;

I przyszły namiętności — ugięty ich próbą

Młodzian począł morderczą walkę z samym sobą

 Bo dusza gdy się bożych napije promieni,

Szatan zbawienne ziarno niełacno wypleni.

Jedno święte westchnienie kiedy piersi ściśnie,

Jedna łza uroczysta gdy z oczu wytryśnie,

Już dusza odrodzona, ognista i młoda,

Na długo się, na długo zwątpieniu nie poda;

Jeszcze nieraz w zapasach grot piersi rozłamie,

Lecz do ciosów odbicia hartowniejsze ramię.

XV

W takiej to walki ducha uroczystej chwili

Krzyżowcy na Litwinów wojnę ogłosili,

I pod murami Pullen pobici na głowę,

I młodzieniec się dostał w więzy Margierowe,

I zaniesion w komnatę, gdzie łupy i zbroje,

Kędy obaczył płaszcze i chorągwie swoje,

Kędy stare proporce i podarte krzyże

Uniosły na brzeg morski jego myśli chyże,

I przypomniały sercu swobodę dziecinną

I chatę rodzicielską, i miłość niewinną,

I duch jego uniosła tajemnicza władza,

I zapłakał — łzą świętą, co duszę odmładza.

XVI

Dziwna jest kolej czasów, gdy nam serce boli:

Bo lata płyną prędko, ale dni powoli;

Miesiąc przemknie nad głową, jak chmurka niestała,

A godzina, a chwila, to jak wieczność cała;

A gdy dusza znękana orzeźwić się życzy

I wspomnieć całą kolej przebytych goryczy,

To całe ciężkie lata, całe dni boleści,

W jednym tylko wrażeniu, w jednej chwilce zmieści,

Takie życie wiódł Krzyżak w niewoli Litwina;

Przebolał cały miesiąc — i już zapomina,

I cierpienia, i myśli przeminęły marnie;

Ale dzień do przebycia, to cięższe męczarnie.

On niecierpliwą dłonią zasłoniwszy oczy,

Przeklina słońce Boże, że leniwo kroczy;

Na swym łożu boleści targa się i zrywa,

Zabija go bezsenność i drzemka leniwa; —

Przebiegł myślą swej całej przeszłości obrazy

Po drugie i po trzecie — może ze sto razy;

Przedumała już wszystko rozmarzona głowa,

Co się w serca tajnikach najzakrytszych chowa,

I już go unużyła, jak najcięższa praca,

Myśl, która bez przestanku kołem się obraca.

 Bo dla młodego serca, to jeszcze za wcześnie

Przeszłymi wspomnieniami napawać się we śnie:

Przed tym, kto drogę życia ledwie rozpoczyna,

Jest kraina przyszłości, nadziei kraina,

Jak ziemia obiecana piękna i bogata —

Choćbyś marzył dni całe, marzył całe lata,

Jeszcze trafisz co chwila na ścieżkę nieznaną,

Nie zbierzesz wszystkich kwieci, co tam rozsypano,

Nie zliczysz wszystkich skarbów, które tam ukryto.

 Ale Krzyżak w niewoli i z piersią rozbitą,

Wie dobrze, że się jego przyszłość nie promieni:

Bo śmierć nad jego głową, jak miecz na włosieni,

Zawiesił srogi Margier — przez nienawiść starą

Krzyżak bogów litewskich ma zostać ofiarą;

Każdy dzień, każda chwila powołać go może

Przed ołtarz ofiarniczy, pod kapłańskie noże.Krzyżak był obdarzony bohaterską duszą:

Nie zadrżałby przed śmiercią, kędy włócznie kruszą,

Ległby mężnie od miecza lub od samopału;

Ale umierać co dzień, umierać pomału

I liczyć ziarnka piasku w żywota klepsydrze,

To piersi obezsili i odwagę wydrze.

Gdy wszedłszy na wieżycę, nad zamkowe wrota,

Uderzy w róg bawoli stary Wajdelota,

By dać hasło po Litwie rankiem, lub z wieczora,

Że jutrznia na niebiosach, że modlić się pora,

Lub gdy stara wróżbiarka w zamkowej podziemi

Rozpocznie swój rozhowor z bogi piekielnemi,

I śpiewa drżącym głosem, i krzyczy, i płacze,

I echo jej powtórzy, i jękną puhacze —

Krzyżak zrywa się z łoża i oddech przyczaja,

I mniema, że litewskich ofiarników zgraja

Pozapalała stosy, wyostrzyła miecze,

I schwyci go za chwilę, i na śmierć powlecze.

Ale wszystko umilka... i młodzian zadrzemie,

I znów niesfornym wrzaskiem zajękło podziemie,

I znów go przerażenie ogarnia i mami

I męstwo z jego piersi wysysa kroplami.

Gdy fatalna godzina przed jeńcem ukryta,

Sto razy żegna życie, sto razy je wita.

XVII

A rany jego ciała już się pogoiły: —

Litwin siwy, jak gołąb, zgrzybiały, pochyły,

Z cudownymi balsamy i we dnie, i w nocy

Czuwał z woli Margiera w młodziana niemocy,

Imię starca jest Lutas (lew w litewskiej mowie):

Bo siłę i odwagę dali mu bogowie;

Z jego piersi głos silny gromem się odzywa,

A długi włos i broda, jak gdyby lwia grzywa,

Spadały mu poważnie na piersi i plecy —

I pobliscy Lachowie, i Niemcy dalecy,

I Ruś, i Tatarszczyzna i dziś jeszcze pomną

To oblicze wspaniałe, tę postać ogromną,

I siłę jego ramion, i potęgę młota,

Gdy się w boju nasroży i karki gruchota;

Wiedzieli jego głosu potęgę złowrogą,

Która serca umacnia, lub napełnia trwogą,

Która swoich zapala do bitwy junaczej,

A na wrogi uderza zwątpieniem rozpaczy,

 Mnogie lata przebiegły, przyszła wieku zima,

Zgarbiły się potężne ramiona olbrzyma,

A długa czarna broda i włos jego głowy

Pobielały, jak mleko, jakby śnieg grudniowy;

A głos, co ryczał w boju, jak piorun wśród burzy,

Dziś tylko do piosenek bohaterskich służy:

Bo starcom dano przenieść w pieśni i powieści

Chwałę starych praojców do potomnej cześci,

Aby nie zaginęło w napóźniejszej chwili,

Co widzieli, słyszeli i czym sami byli.

Jako świętych kapłanów, co pilnują Znicza,

Tak i starców na Litwie władza tajemnicza:

Bo jedni na ołtarzu ogniska bożego,

Drudzy ognia, co w sercach, pilnują i strzegą...

XVIII

Dzięki lekom krzyżacka zasklepia się rana,

Tylko srodze pobledniał: bo krew u młodziana

Nadto hojnie płynęła i z piersi, i z głowy,

A myśli rozpaczliwe, nie spokój grobowy,

Nadto go obezsila, nadto serce bodzie,

Aby więzień orzeźwiał, jako na swobodzie.

Przygodą zaniesione czasem kraśne róże

Zakwitną w ciemnym lochu na wilgotnym murze;

Lecz żal się Boże kraski — tak wątła, tak blada,

Jeszcze kwiat nie przekwitnął, a już liść opada;

Wije się ziemny robak około jej łona,

A na bladej purpurze siada pleśń zielona; —

Tak młodociany jeniec więdnieje i ginie.

Lutas odgadł cierpienie — i w starym Litwinie

Ozwało się współczucie, co wstręt przezwycięża,

(Choć rodu niemieckiego nie cierpiał, jak węża).

Bywało, ledwie raczy spojrzeć nienawistnie,

Albo żwawo ofuknie, lub przekleństwem ciśnie;

Czy mu ranę namaści, czy uwarzy ziela,

Znaczno, że leczy boleść, lecz jej nie podziela.

Szydził z jęków: bo długim zahartowan bojem,

Tyle ran widział w ciele i cudzym, i swojem,

Tyle broczył się we krwi przez całe swe życie,

Że go ciała boleścią niełacno zmiękczycie,

Lecz dostrzegłszy po jeńcu, że mu dusza boli,

Srogie serce Lutasa rozmiękło powoli,

I mordercze spojrzenie złagodził widocznie,

I łagodniejszym głosem pomrukiwać pocznie,

Spytał go o nazwisko — i wspomnienia zbiera,

Że znał dawnymi laty Ransdorfa Warnera,

Co mu bliznę brzeszczotem wypisał ha twarzy

(Był to ojciec Krzyżaka, wódz toruńskiej straży),

Potem słówko po słówku — tylko patrz na dziada:

 Kiedy oko roziskrzy, kiedy się rozgada,

To się tak wspomnieniami rozigra, rozświetli,

Jakby z pleców garb zrzucił sześćdziesięcioletni;

Zda mu się, że odmłodniał, że wskrzesnął na sile,

Że wiedzie rówienniki — co już śpią w mogile,

Że mu hełmem bojowym najeża się głowa,

Że rozbija toporem wieżyce Kijowa!

Kiedy się rozpromieni, gdy rozżarzy ducha,

Czasem Margier przychodzi i powieści słucha,

Milczący, zadumany, słowa nie uroni;

Tylko mu krew rycerska uderza do skroni,

Tylko spod chmurnych rzęsów, na czarnej źrenicy

Błyśnie mu jakiś ogień na kształt błyskawicy,

I oczy ku tej stronie obróci znienacka,

Kędy morze Bałtyckie, gdzie ziemia krzyżacka,

I ściska gniewne pięście, jakby pocisk mierzy,

Którym złamie potęgę niemieckich rycerzy.

XIX

Lecz nad młodym Ransdorfem nie pastwi się zgoła,

Ani go na ofiarę przed ołtarz nie woła,

Nie wklada mu łańcuchów, nie nagli do pracy,

Lubo w boju na Litwie pojmani Krzyżacy

Kopią lochy podziemne w robocie zadanej,

Albo znoszą kamienie i murują ściany,

Lub skuci kajdanami, w pocie i mozole,

Ciosają twarde kłody, albo orzą pole.

Krzyżak od prac swobodny — czy srodzy wrogowie

Szanują jego młodość, czy jego niezdrowie,

Czy może niezachwiana wola Margierowa

Oszczędza niewolnika: bo na męki chowa?

Któż zgadnie? — ale cała litewska starszyna

Przyjmuje Krucygiera jak brata, jak syna,

Jak gościa, co z daleka przybywa w te kraje —

Stary Lutas mu śpiewa i powieści baje;

A nawet srogi Margier przy książęcym stole

Wskazał miskę i łyżkę, gdzie jada pacholę,

I z Niemcem, jakby z dzieckiem swego pokolenia,

Podziela chleb swój żytni i ałus z jęczmienia,

I nigdy przy nim klątwy na Niemców nie miota;

Pozwala mu wychodzić poza twierdzy wrota,

Gdzie po całych wieczorach z zamglonej oddali

Młodzian patrzy k'Niemnowi, i po jego fali

I po wietrze wilgotnym, co nad rzeką płynie,

Posyła swoje dumki dalekiej rodzinie,

Pozdrowienie rycerstwu i pokłon Mistrzowi

I pyta się u wiatru: czy żywi? czy zdrowi?

XX

Choć marzy o rodzinie i śni pruskie miasta,

Rzecz dziwna, że do Litwy serce mu przyrasta.

On polubił Lutasa pieśni wojownicze,

Lubi patrzyć w rycerskie Margiera oblicze,

Polubił Niemna brzegi i zielone błonie,

Pobratał się z chmurami, co błądzą w tej stronie,

I z powietrzem litewskiem — i czuł w samej rzeczy,

Że zimny wiatr Niemnowy piersi mu uleczy,

Och! to nie wiatru cuda, nie chmur, ani błoni,

Nie piosenek, co stary burtynikas dzwoni,

Nie powietrzem litewskim, ni chlebem, ni wodą,

Lecz inszym czarodziejstwem jego duszę młodą

Przykowano do Litwy, przykowano zdradnie:

Egle, córka książęca, swój urok nań kładnie —

Widział ją u kądzieli, przez okno zza kraty,

Potem widział na łące, jak zbierała kwiaty;

Uczuł w sercu niespokój, w snach odmianę błogą,

Dziwił się, że poganki tak piękne być mogą,

Że z ich oczu Kupido swe postrzały miota,

Że tyle ma powabu ich leśna prostota,

Bo co insza dziewica lub niewiasta pruska,

Gdy się w strój pozłocisty na ucztę wymuska,

I strzelistym spojrzeniem uderzając śmiele,

Liczne u drobnych stopek hołdowniki ściele.

Nie taka dziewa Litwy — pokorna, nieśmiała,

Strojna tylko rumieńcem, co w jej licach pała,

Ozdobna jasnym włosem we dwoiste sploty.

Nie postał na niej hatłas lub strój szczerozłoty;

Śnieżysta biała szata jej kibić obwija,

Sznurem kraśnych korali uwdzięcza się szyja,

A na głowie stalowych ogniwek przewłoka

Nie zdoła zgasić blasku błękitnego oka.

Ej! nie darmo na Litwie piosenka rzewliwa

I jagódką, i kwiatkiem dziewczynę nazywa:

Bo łagodne spojrzenie, bo oblicze młode,

Piękniejsze niźli kwiaty, słodsze nad jagodę.

XXI

Ponad Niemnem na błoni szeroka a długa

Ciągnęła się zarośli niedostępnych smuga,

Tam nad gęstymi krzewy rozciągał konary

Dąb przedwieczny, jak gdyby patryjarcha stary,

Co błogosławiąc dziatwie w ich życia jutrzence,

Nad młodymi głowami rozpościera ręce.

A czoło dębu suche, nieubrane w liście:

Bo go piorun przed laty roztrzaskał ogniście,

I popisał mu czoło pręgi szerokiemi;

A wróżbiarka, co mieszka w zamkowej podziemi,

Wyrzekła uroczyście, że to znak nie lada

Że sam Perkun wśród dębu mieszkanie zakłada.

Odtąd gaj nadniemnowy był świętym dla Litwy,

Miłym uchronem bogów i miejscem modlitwy;

Na gałęziach i w szczerbach, które piorun czyni,

Ustawiono bożyszcza, jakby we świątyni.

Co ranka, co wieczoru, w tej gęstej zadszy,

I Potrymbos i Milda, co miłością dyszy

I Ziemiannik, co plonem błogosławi jesień,

Odbierali swe hołdy z modlitew i piesień.

A święcone u Litwy jaszczurki i węże,

Czując, że tu żarłoczny bocian nie dosięże

Zwijają się po trawie secinami kroci,

Pośród wonnych przylaszczek i bujnych paproci,

Kopią nory wśród liści i suchych badyli.

A pobożni Litwini od chwili do chwili

Przychodzą tu się modlić — jak pora nadarzy,

Ofiarnicy, dziewczęta, lub mężowie starzy,

I dąbrowa, w południe samotna, milcząca,

Kipi gwarem o wschodzie i zachodzie słońca,

Aż się echo kołysze w lesie i nad wodą,

To cichym starców szmerem, to piosenką młodą.

XXII

Tam dziewica książęca kwiatami przybrana

Szła na czele rówiennic modlić się co rana.

Głos ich dźwięcznej piosenki rozpływa się z rosą

A dziewy konwie mleka, albo kwiaty niosą,

Kwiatami opasują dąb święty, pochyły,

A mlekiem poją węże, co tak się zuczyły,

Że byle na rozdrożu zapiał głos dziewiczy,

To spod każdej jagódki, z każdej trawy syczy

Tysiące głodnych żądeł — i nieraz gadzina

Czołga się aż do ręki, aż do szyi wspina,

I pieści się u łona niewinnej dziewoi

I czeka, nim przemówi a mlekiem napoi.

Raz Krzyżak, zaczajony wśród krzaków i ziela,

Widział Eglę gadzinom jak pokarm rozdziela,

I mówił sam do siebie: „O, ślepi Litwini!

Tutaj nie wąż jest bogiem — tu ona bogini;

Jedno skinienie oczu — och, skinienie święte! —

Działa na podłym płazie cuda niepojęte.

Piękno!! to wielkie słowo! potęga nie lada!

Bo najbrzydsze potwory u stóp swoich składa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.