drukowana A5
21.98
Marcin Studzieński

Bezpłatny fragment - Marcin Studzieński


Objętość:
105 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0963-5

Część pierwsza. Wieczór mieszczański

I

Stefan Kotwica rajca wileński

Sprawował ucztę w dzień swego święta,

Rej wodził w tańcu Marcin Studzieński:

Miłém nań okiem patrzą dziewczęta,

Siwi starcowie patrzą nań mile

Jako na wnuka albo na syna;

Bo pan Studzieński zuch w całéj sile,

Każdemu młode dni przypomina.

A nasi starcy, plemię junacze,

Postarzeć sercem prędko nie mogą, —

Za skaczącemi choć okiem skacze

I rześkie takty wybija nogą,

Spod sutych skrętów siwego wąsa

Mruczy piosenkę — snadź dusza rada —

Głowę zarzuca, brodę potrząsa

I ręce pysznie za pas zakłada.

W dzielnym narodzie wiedzą to starzy,

Że być powinni wzorem młodzieży;

I znają dobrze, co im do twarzy,

Co dostojności ich przynależy.

Czy kord bojowy, czy puchar w dłoni,

Starzec ochoczo rej u nas wiedzie,

Czy biesiadnicza muzyka dzwoni,

U nas starcowie zawsze po przedzie.

II

Muzyka dzwoni, a młodzież hasa

I najserdeczniej szumi zabawa;

Zagrzana tańcem dziewicza krasa

Jeszcze się bardziej promienną zdawa,

I jeszcze ostrzéj do serca sięga

Grot pięknych oczek błyszczący jaśnie;

Furknie w powietrzu dziewczęcia wstęga

Albo splot włosów po skroni głaśnie,

Taki dreszcz dziwny przejmie tancerza,

Że wraz by duszę oddał dziewczynie,

Krew mu do serca młotém uderza

A głowa krąży jakby po winie.

Marcin Studzieński tancerz ochoczy,

Do tańca córkę wiódł gospodarza:

Iskrą goreją młodzieńca oczy,

Iskra dziewczęce oczki rozżarza,

Gdyby nie hucznéj muzyki gwary,

Gdyby w podkówki tak nie grzmocono,

Można by słyszeć u piérwszéj pary,

Jak jednym taktem uderza łono;

Lecz choć nie słychać nic za łoskotem,

Łatwo odgadnąć, nie myśląc wiele,

Stare matrony już szepcą o tém:

«Będzie wesele».

III

Będzie... nie będzie... na dwoje wróży

Babka wróżbiarka, śledząc z ukradka,

Bo coś pan ojciec oblicze chmurzy,

A niespokojna coś pani matka;

I pan wójt miejski nachmurzył lica,

Zwrócił ku ojcu wzrok zagniewany:

«Po coż ci było wwodzić szlachcica

Między mieszczany?»

«Żem go wprowadził — niewielka rzecz,

Jak sobie przyszedł, tak pójdzie precz!

Jeżeli szlachcic, stąpając z góry,

Zechce nam miejskie uwodzić córy.

Niechaj się każdy dzierży swych granic,

Nam ich wielmożność nie zda się na nic;

Ważność mi wielka! koń i szabelka,

Pustka w kieszeni i harda postać!

Sławetna miasta obywatelka

Żoną szlachcica nie może zostać!

Niech się tak bardzo z nami nie kuma,

My się na łasce szlacheckiéj znamy,

U nas jest nasza mieszczańska duma,

Z łokcia i szali, z handlu i kramy».

Tak mówił z gniewem Stefan Kotwica,

Trafił mieszczanom w stronę pochlebczą

I pan wójt miejski zachmurzył lica,

I na młodego zucha szlachcica,

Już zmowę szepcą.

IV

Marcin Studzieński nie wie o zmowie,

Nie zważa na nic i na nikogo,

A taniec idzie, grzmocą grajkowie,

A on zajęty Maryją drogą

Na wypoczynek usiada przy niej

I tysiąc grzecznych przymileń czyni,

Pieści jej rączkę, szepce do ucha,

A głos ma drżący — braknie mu słów...

A ona rada, śmieje się, słucha,

Ochłodzi oddech — i w taniec znów.

V

Na półzegarzu już po północy!

Już słychać nocne wołanie stróży,

Już w muzykantach nie stało mocy,

Już i do tańca siła nie służy.

Ucichły huczne skrzypce i kotły,

Tłum się zamieszał po izbie całéj;

Już się tancerzów ręce rozplotły,

Już się zmęczone nogi zachwiały;

I u pań mieszczek złociste czepce

Już po szklanicy na bakier głowa,

Jedna do drugiej po cichu szepce:

«Już czas do domu pani majstrowa!»

Beczułka wina jedna i druga

Już pustym dźwiękiem na finis dzwoni,

Niejeden mdławo oczami mruga

I srebrny puchar wypuszcza z dłoni.

«No gospodarzu! żegnać cię trzeba

Dałeś nam hojnie i pić, i jeść;

Dałeś nam soli, dałeś nam chleba,

Dałeś nam wina, dałeś nam cześć».

VI

Goście żegnają pana Kotwicę

I opuszczają gościnne progi,

Tłum panów — mieszczan poszedł w ulicę,

Choć nie każdemu posłuszne nogi,

Słychać w ulicy pochmielne gwary

Lub głos piosenki ostry a twardy;

Niech sobie zrzędzi stróż miejski stary,

Niestraszne groźby ni alabardy!

«Czyż człek w ulicy krzyczeć nie może,

Gdy sobie podpił, kiedy mu stanie,

Czy my włóczęgi jakie broń Boże?

Tutejsi kupcy albo mieszczanie,

Pachołek miejski!!! żartuj zdrów bracie!!»

Tak stroją śmieszki z nocnego stróża.

A w gospodarskiej pustej komnacie

Została gości garstka nieduża:

Został wójt miasta i dwaj ławnicy

Z siwemi brody, z siwemi głowy,

Czterech przyjaciół pana Kotwicy

I magdeburski pisarz sądowy.

Sama starszyzna — same sensaty

Znaczno po wąsach, co jeżą srogo,

A w oddalonym końcu komnaty

Pozostał rycerz ze swą niebogą.

Czegoś tam w tańcu nie dogadali

Nie dokończyli jakiejś chychotki,

Więc od starszyzny siedli w oddali

I wiodą z sobą rozhowor słodki,

Rozhowor słodki, pusty, dziecinny

Bez ładu, składu, jakby w pochmielu;

Gdyby go z boku słyszał kto inny,

Mógłby powiedzieć, że poszaleli.

Spytaj się u nich, gadali o czem,

To żadne z dwojga samo nie powie.

«Ot! my gwarzymy, ot my chychoczem,

Bo nam tak dobrze na téj rozmowie».

Dobrze wam społem!... strzeżcie się młodzi:

Starsi inaczej widzą te rzeczy!

Pan wójt coś groźnie oczami wodzi,

Pan ławnik szepce i ręką przeczy,

Pan pisarz miejski nie kończy kwarty,

A pan Kotwica czoło zachmurza;

To zły prognostyk, nie żadne żarty:

Ej będzie burza!

VII

«Panie szlachcicu! panie Marcinie! —

Zawołał burmistrz, najpierwszy w radzie —

Czy znasz przysłowie: że zła nie minie

Kto między szparę w drzwi rękę kładzie?

Czy znasz przysłowie sowy i kruka?

Proszę na bacznym chować je względzie,

Niech sobie równy równego szuka;

Czem czart nie orał, tem siać nie będzie,

A to się znaczy, że my choć prości,

Choć naszych przodków szereg niedługi,

Mieszczanie Jego Królewskiej Mości

Tacyśmy dobrzy jak i kto drugi,

A może lepsi... co to na świecie

Nie ma szlachcianek, wojewodzianek,

Że córki miejskie uwodzić chcecie?

Dość tych chychotek i pogadanek!

Ja wiem szlachcicu, co tobie w głowie,

Że się odurzy biedna niewiasta,

Wara tych myśli! — ja ci to mówię,

Wójt wileńskiego sławnego miasta».

VIII

Marcin Studzieński powstał zdumiony,

Krew mu do twarzy warem nabiegła,

Wtém pisarz miejski wpadł z drugiéj strony,

Groźny jak Jowisz, krasny jak cegła;

Szeroko o tém gadano w mieście,

Że k'pięknéj Marii miał afekt rzewny,

Prawda czy kłamstwo — kto to wie wreszcie?

Ale pan pisarz był bardzo gniewny.

Poprawia pasa, czuprynę muska,

A pogładziwszy ręką po głowie,

Stylem statutu, po polsku z ruska

Tak się odzowie:

 «Wszak król jegomość, Jagiełło stary

Dał nam statuta i pargaminy,

Kto by niedobre knował zamiary,

Ma być ukaran wedle swej winy;

A waść kto taki! hej panie bracie,

Co na nas wszystkich poglądasz z góry?

Na miejskim gruncie, przy magistracie

Do córki miejskiej stroisz konkury.

Przecz się szlachice tutaj panoszą

Pustą kieszenią i tarczą biedną?

Możesz tańcować, kiedy cię proszą,

Ale nie z jedną!...

Ale nie z jedną... bo to zniewaga.

Patrz, jak mu piękne smakują lica!..

To przyzwoitej kary wymaga!

Precz stąd szlachcica!

Precz stąd szlachcica! — wszyscyśmy równi:

Nam nie potrzeba szlachty widoku!»

Pan Marcin k'miecza porwał się główni,

Pan pisarz szukał czegoś u boku;

Przyszłaby walka słowo po słowie,

Lecz pan Kotwica huknął jak z beczki:

«Co to się znaczy? Mości panowie!

Wara w mym domie kłótnie i sprzeczki!

Ja was prosiłem panie Studzieński

Podzielać z nami chleb i zabawy,

Bom siła liczył na wasz duch męski,

Bo byłem pewien, żeś rycerz prawy.

A waść się znęcasz nad moim progiem,

Czyhasz na cnotę mojego dziecka:

Jakeś tu przyszedł, idź z panem Bogiem!

Nam niepotrzebna łaska szlachecka.

Idź i nie wracaj — albo bądź gotów,

Że cię niegrzecznie za drzwi wywiodę.

Ty panno córko!... dość tych zalotów,

Bo cię zasadzę na chleb, na wodę».

IX

Tak mówił stary groźnie i żwawo,

Aż mu źrzenice iskrami gorą;

Marcin Studzieński z godną postawą

Poszedł ku niemu i rzekł z pokorą:

«Sławetny rajco! nie w złym zamiarze

Próg waszych komnat przestępowałem;

Moje sumienie wyznać mi każe,

Że waszą córkę kocham z zapałem;

Chciałem odłożyć moje wyznanie,

Aż przyjaźniejsza chwila posłuży,

Lecz mnie zmuszacie... niech się więc stanie!...

Żyć bez twej córki nie mogę dłużéj:

Rad, że rozmowa ku temu zmierza,

A jéj sprzyjania pewien po trosze,

Raczcie przebaczyć śmiałość żołnierza,

Że o jej rękę przy świadkach proszę».

X

Podumał trochę Stefan Kotwica,

Spojrzał na wójta i resztę gości,

«Nie, panie bracie!... nie chcę szlachcica,

Nam nie potrzeba waszéj zacności;

My się na zięcia takiego piszem,

Co go zrodziła matka mieszczanka,

Co byłby w handlu mym towarzyszem,

Co by po towar jeździł do Gdańska,

Co by miał grosza swego dostatek,

Nie patrząc na to, co mu zostawię,

A na ratuszu u sądu kratek

Obok mnie zasiadł na rajców ławie.

A waszmość szlachcic — herbu Gryf pono;

Cóż mi z waszego Gryfa czy Smoka?

Masz chudą szkapkę, szablę stępioną:

Ot i dostojność wasza wysoka!

Pójdziesz na wojnę lub siądziesz w mieście

Na teściowego kawałku chleba;

Jeszcze by bracia rzekła nareszcie,

Że mi szlacheckich związków potrzeba!

A toż mi na co? — nie, panie bracie!

Nie waż mi więcéj wdzięczyć się do niej.

Lepszy cechowy przy swym warsztacie

Niż lichy szlachcic, co wiatry goni».

«Dobrze powiedział... czyta jak z księgi» —

Krzyknęli goście już podchmieleni,

«Wiwat Kotwica! mieszczanin tęgi,

Co tak dostojność mieszczańską ceni!»

Podano gościom miodu antały

I rozpoczęto huczne wiwaty;

Żalem i wstydem przejęty cały,

Rycerz Studzieński wyszedł z komnaty.

Zarzucił rysią delię na szyję,

Hełmem płonące czoło osłania

I na spłakaną w kącie Maryję

Rzucił boleśny wzrok pożegnania.

Część druga. Obmurowanie Wilna

I

Stara stolica Giedyminowa,

Wilno, pieszczota pięknéj natury

Pomiędzy gaje, pomiędzy góry

To kwiat, co w dzikiem zielsku się chowa...

Gdy się na strome wdzierasz urwisko

Albo brniesz piaskiem, drogą pochyłą,

Nigdy byś nie zgadł, że Wilno blisko,

Gdyby twe serce silniéj nie biło.

Gdy przed twojemi mignie oczyma

Szczyt pierwszéj wieży, pierwszego krzyża,

Czujesz dreszcz święty, ów dreszcz pielgrzyma,

Co się ku miejscu świętemu zbliża;

Korne kolano samo się zgina,

Serce uderza tętnem żałoby:

Bo tu Litwina Mekka, Medyna,

Tu jej proroków kolebki, groby!

Tu przed wiekami Litwini starzy

Palili bogom ofiarne znicze,

Tu Przenajświętszéj Panny oblicze

U bramy miejskiej stoi na straży,

Tu Jagiellończyk, lilija dziewic,

Syn uświęcony litewskiej matki,

Patron-przyczyńca, książę, królewic,

Złożył w świątyni ziemskie ostatki;

Tu się męczeństwa pamiątka budzi,

Trzy krzyże wieńczą górę pochyłą.

Bo gdzież jest naród, gdzie miasto ludzi,

Co by proroków swych nie zabiło?

Niejednokrotnie nad miastem starém

Pan różdżkę pomsty wyciągnąć raczy:

Trapi je głodem, morem, pożarem,

Trapi przez krwawy najazd krzyżaczy.

To znów miłościw ku dzieciom swoimDaje po klęskach wytchnąć szczęśliwie;

Ludzi nawiedza zdrowiem, spokojem,

A urodzaje pleni na niwie,

Baszty ukrzepia, mury rozszerza,

Duchem mądrości nawiedza starsze,

Wlewa odwagę w piersi rycerza,

I zbawcze myśli w serce monarsze.

II

Tak wśród rozlicznych losów przemiany

Wilno przetrwało drugie stulecie;

Giedymin pierwsze zasnował ściany,

Olgierd gród ojca kochał jak dziecię,

Pod Jagiellonem w potęgę wzrasta,

Bo czuwa nad niem łaska książęcia,

Pogańskie czoło starego miasta

Już Chrystusowym krzyżem uświęca.

I z wież kościelnych zagrały dzwony,

Kiedy pogaństwa pierzchła pomroka,

A Pan zastępów żegna z wysoka

Litwę i Wilno, i Jagiellony.

A choć krzyżackie czasem znamiona

Zawiały tutaj w bojowym szyku,

Polski i Litwy dłoń zespolona

Odparła Niemca aż do Bałtyku.

Zaprzestał ufać w zdrad swoich dzieło,

Że nas wyplemi, że kraj nam wydrze,

Gdy pod Grunwaldem Witold z Jagiełłą,

Rogatą głowę strzaskali hydrze.

Tymczasem wzrastał, wzrastał gród stary

W sławę u ludzi, w łaskę u Boga,

Z Niemiec od Rusi drużyna mnoga

Szła tu osiadać, kupczyć towary,

Sprawiać rzemiosła dłońmi biegłemi,

Odmierzać łokciem, ważyć na szali,

I żyć pod prawem litewskiéj ziemi,

Co jej kniaziowie dobrzy nadali.

III

Co ojciec począł, to syn dokona,

Uzacnia Wilno nad insze grody,

Książę Kazimierz, syn Jagiellona,

Dał przywileje nowe, swobody.

A kiedy ludzie zewsząd się garną,

Kiedy ład w mieście rodzi się nowy,

Książę napisał ustawę karną,

Aby bezpieczne były ich głowy.

Dzieło ojcowskie umocnił jeszcze

Kniaź Aleksander prawy nowemi,

Tylko postrachy jakieś złowieszcze

Krążyć poczęły w litewskiéj ziemi:

Że się odgraża kniaź Michał Gliński

Na Illiniczów cóś w sercu knowa,Że ma ich bronić pan Zabrzeziński

I buchnie w kraju wojna domowa.

A z drugiéj strony, tam od Podola,

Tam z tatarszczyzny strach wieje wszędzie,

Rycerz w zbroicy dostoi pola,

Ale z bezbronném miastém co będzie?

Póki mieszkańców było w niém mało

Za mur starczyły piersi waleczne,

Dziś już ceglane mury konieczne,

Baszty i bramy mieć już przystało.

By nieprzyjaciel nie wszedł tak łatwo,

Opasać murem konieczność zmusza:

Świątynie pańskie, ściany ratusza,

Kapłanów, starców, niewiasty z dziatwą,

To co najświętsze dla duszy człeka,

Gdzie z jego piersi modlitwa płynie,

Gdzie go otacza prawa opieka,

Gdzie ma wytchnienie przy swej rodzinie,

Może wróg przypaść niespodziewany,

Spali, zbezcześci i pozarzyna;

Więc rada w radę pany, mieszczany,

Opasać murem gród Giedymina.

I z pięciu krańców, z pięciu stron świata,

Gdzie pięć dróg wielkich w mieście się schodzi,

Niech z baszty sterczy groźna armata

By wstrzymać wylew wrogów powodzi.

IV

U nas wiadomo z ojców przykładu

Że gdzie potrzebny środek ochrończy,

Tam gadu gadu, a nie masz ładu,

Do dnia sądnego rzecz się nie skończy,

Aż myśl ognista jak promień słońca

Ku celom bożym powoła rzesze,

Aż dłoń potężna, wzruszeniem drżąca,

Z zimnego głazu iskrę wykrzesze:

Aż gorejące natchnieniem słowo

Wybuchnie ogniem, zapłoni twarze,

Wstrząśnie zmartwiałą deskę piersiową

I sercu czynem zakipieć każe.

Wtedy na Litwie żyć już nie szkoda,

Nowych w jej dziatwie dojrzysz przymiotów,

I ład się znajdzie, i święta zgoda,

I duch do ofiar gorących gotów;

Litwin zapomni uraz uprzejmie,

Pójdzie choć w ogień w najlepszéj chęci,

Kęs chleba sobie od ust odejmie

I krwi ostatnią kroplę poświęci.

V

Taką ognistość w myśli i słowie,

Taki we wzroku zapał zwycięski,

Taką potęgę, co k'czynom zowie,

Miał Wojciech Tabor, biskup wileński.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.