drukowana A5
23.58
Marcin Studzieński

Bezpłatny fragment - Marcin Studzieński


Objętość:
105 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0963-5

Część pierwsza. Wieczór mieszczański

I

Stefan Kotwica rajca wileński

Sprawował ucztę w dzień swego święta,

Rej wodził w tańcu Marcin Studzieński:

Miłém nań okiem patrzą dziewczęta,

Siwi starcowie patrzą nań mile

Jako na wnuka albo na syna;

Bo pan Studzieński zuch w całéj sile,

Każdemu młode dni przypomina.

A nasi starcy, plemię junacze,

Postarzeć sercem prędko nie mogą, —

Za skaczącemi choć okiem skacze

I rześkie takty wybija nogą,

Spod sutych skrętów siwego wąsa

Mruczy piosenkę — snadź dusza rada —

Głowę zarzuca, brodę potrząsa

I ręce pysznie za pas zakłada.

W dzielnym narodzie wiedzą to starzy,

Że być powinni wzorem młodzieży;

I znają dobrze, co im do twarzy,

Co dostojności ich przynależy.

Czy kord bojowy, czy puchar w dłoni,

Starzec ochoczo rej u nas wiedzie,

Czy biesiadnicza muzyka dzwoni,

U nas starcowie zawsze po przedzie.

II

Muzyka dzwoni, a młodzież hasa

I najserdeczniej szumi zabawa;

Zagrzana tańcem dziewicza krasa

Jeszcze się bardziej promienną zdawa,

I jeszcze ostrzéj do serca sięga

Grot pięknych oczek błyszczący jaśnie;

Furknie w powietrzu dziewczęcia wstęga

Albo splot włosów po skroni głaśnie,

Taki dreszcz dziwny przejmie tancerza,

Że wraz by duszę oddał dziewczynie,

Krew mu do serca młotém uderza

A głowa krąży jakby po winie.

Marcin Studzieński tancerz ochoczy,

Do tańca córkę wiódł gospodarza:

Iskrą goreją młodzieńca oczy,

Iskra dziewczęce oczki rozżarza,

Gdyby nie hucznéj muzyki gwary,

Gdyby w podkówki tak nie grzmocono,

Można by słyszeć u piérwszéj pary,

Jak jednym taktem uderza łono;

Lecz choć nie słychać nic za łoskotem,

Łatwo odgadnąć, nie myśląc wiele,

Stare matrony już szepcą o tém:

«Będzie wesele».

III

Będzie... nie będzie... na dwoje wróży

Babka wróżbiarka, śledząc z ukradka,

Bo coś pan ojciec oblicze chmurzy,

A niespokojna coś pani matka;

I pan wójt miejski nachmurzył lica,

Zwrócił ku ojcu wzrok zagniewany:

«Po coż ci było wwodzić szlachcica

Między mieszczany?»

«Żem go wprowadził — niewielka rzecz,

Jak sobie przyszedł, tak pójdzie precz!

Jeżeli szlachcic, stąpając z góry,

Zechce nam miejskie uwodzić córy.

Niechaj się każdy dzierży swych granic,

Nam ich wielmożność nie zda się na nic;

Ważność mi wielka! koń i szabelka,

Pustka w kieszeni i harda postać!

Sławetna miasta obywatelka

Żoną szlachcica nie może zostać!

Niech się tak bardzo z nami nie kuma,

My się na łasce szlacheckiéj znamy,

U nas jest nasza mieszczańska duma,

Z łokcia i szali, z handlu i kramy».

Tak mówił z gniewem Stefan Kotwica,

Trafił mieszczanom w stronę pochlebczą

I pan wójt miejski zachmurzył lica,

I na młodego zucha szlachcica,

Już zmowę szepcą.

IV

Marcin Studzieński nie wie o zmowie,

Nie zważa na nic i na nikogo,

A taniec idzie, grzmocą grajkowie,

A on zajęty Maryją drogą

Na wypoczynek usiada przy niej

I tysiąc grzecznych przymileń czyni,

Pieści jej rączkę, szepce do ucha,

A głos ma drżący — braknie mu słów...

A ona rada, śmieje się, słucha,

Ochłodzi oddech — i w taniec znów.

V

Na półzegarzu już po północy!

Już słychać nocne wołanie stróży,

Już w muzykantach nie stało mocy,

Już i do tańca siła nie służy.

Ucichły huczne skrzypce i kotły,

Tłum się zamieszał po izbie całéj;

Już się tancerzów ręce rozplotły,

Już się zmęczone nogi zachwiały;

I u pań mieszczek złociste czepce

Już po szklanicy na bakier głowa,

Jedna do drugiej po cichu szepce:

«Już czas do domu pani majstrowa!»

Beczułka wina jedna i druga

Już pustym dźwiękiem na finis dzwoni,

Niejeden mdławo oczami mruga

I srebrny puchar wypuszcza z dłoni.

«No gospodarzu! żegnać cię trzeba

Dałeś nam hojnie i pić, i jeść;

Dałeś nam soli, dałeś nam chleba,

Dałeś nam wina, dałeś nam cześć».

VI

Goście żegnają pana Kotwicę

I opuszczają gościnne progi,

Tłum panów — mieszczan poszedł w ulicę,

Choć nie każdemu posłuszne nogi,

Słychać w ulicy pochmielne gwary

Lub głos piosenki ostry a twardy;

Niech sobie zrzędzi stróż miejski stary,

Niestraszne groźby ni alabardy!

«Czyż człek w ulicy krzyczeć nie może,

Gdy sobie podpił, kiedy mu stanie,

Czy my włóczęgi jakie broń Boże?

Tutejsi kupcy albo mieszczanie,

Pachołek miejski!!! żartuj zdrów bracie!!»

Tak stroją śmieszki z nocnego stróża.

A w gospodarskiej pustej komnacie

Została gości garstka nieduża:

Został wójt miasta i dwaj ławnicy

Z siwemi brody, z siwemi głowy,

Czterech przyjaciół pana Kotwicy

I magdeburski pisarz sądowy.

Sama starszyzna — same sensaty

Znaczno po wąsach, co jeżą srogo,

A w oddalonym końcu komnaty

Pozostał rycerz ze swą niebogą.

Czegoś tam w tańcu nie dogadali

Nie dokończyli jakiejś chychotki,

Więc od starszyzny siedli w oddali

I wiodą z sobą rozhowor słodki,

Rozhowor słodki, pusty, dziecinny

Bez ładu, składu, jakby w pochmielu;

Gdyby go z boku słyszał kto inny,

Mógłby powiedzieć, że poszaleli.

Spytaj się u nich, gadali o czem,

To żadne z dwojga samo nie powie.

«Ot! my gwarzymy, ot my chychoczem,

Bo nam tak dobrze na téj rozmowie».

Dobrze wam społem!... strzeżcie się młodzi:

Starsi inaczej widzą te rzeczy!

Pan wójt coś groźnie oczami wodzi,

Pan ławnik szepce i ręką przeczy,

Pan pisarz miejski nie kończy kwarty,

A pan Kotwica czoło zachmurza;

To zły prognostyk, nie żadne żarty:

Ej będzie burza!

VII

«Panie szlachcicu! panie Marcinie! —

Zawołał burmistrz, najpierwszy w radzie —

Czy znasz przysłowie: że zła nie minie

Kto między szparę w drzwi rękę kładzie?

Czy znasz przysłowie sowy i kruka?

Proszę na bacznym chować je względzie,

Niech sobie równy równego szuka;

Czem czart nie orał, tem siać nie będzie,

A to się znaczy, że my choć prości,

Choć naszych przodków szereg niedługi,

Mieszczanie Jego Królewskiej Mości

Tacyśmy dobrzy jak i kto drugi,

A może lepsi... co to na świecie

Nie ma szlachcianek, wojewodzianek,

Że córki miejskie uwodzić chcecie?

Dość tych chychotek i pogadanek!

Ja wiem szlachcicu, co tobie w głowie,

Że się odurzy biedna niewiasta,

Wara tych myśli! — ja ci to mówię,

Wójt wileńskiego sławnego miasta».

VIII

Marcin Studzieński powstał zdumiony,

Krew mu do twarzy warem nabiegła,

Wtém pisarz miejski wpadł z drugiéj strony,

Groźny jak Jowisz, krasny jak cegła;

Szeroko o tém gadano w mieście,

Że k'pięknéj Marii miał afekt rzewny,

Prawda czy kłamstwo — kto to wie wreszcie?

Ale pan pisarz był bardzo gniewny.

Poprawia pasa, czuprynę muska,

A pogładziwszy ręką po głowie,

Stylem statutu, po polsku z ruska

Tak się odzowie:

 «Wszak król jegomość, Jagiełło stary

Dał nam statuta i pargaminy,

Kto by niedobre knował zamiary,

Ma być ukaran wedle swej winy;

A waść kto taki! hej panie bracie,

Co na nas wszystkich poglądasz z góry?

Na miejskim gruncie, przy magistracie

Do córki miejskiej stroisz konkury.

Przecz się szlachice tutaj panoszą

Pustą kieszenią i tarczą biedną?

Możesz tańcować, kiedy cię proszą,

Ale nie z jedną!...

Ale nie z jedną... bo to zniewaga.

Patrz, jak mu piękne smakują lica!..

To przyzwoitej kary wymaga!

Precz stąd szlachcica!

Precz stąd szlachcica! — wszyscyśmy równi:

Nam nie potrzeba szlachty widoku!»

Pan Marcin k'miecza porwał się główni,

Pan pisarz szukał czegoś u boku;

Przyszłaby walka słowo po słowie,

Lecz pan Kotwica huknął jak z beczki:

«Co to się znaczy? Mości panowie!

Wara w mym domie kłótnie i sprzeczki!

Ja was prosiłem panie Studzieński

Podzielać z nami chleb i zabawy,

Bom siła liczył na wasz duch męski,

Bo byłem pewien, żeś rycerz prawy.

A waść się znęcasz nad moim progiem,

Czyhasz na cnotę mojego dziecka:

Jakeś tu przyszedł, idź z panem Bogiem!

Nam niepotrzebna łaska szlachecka.

Idź i nie wracaj — albo bądź gotów,

Że cię niegrzecznie za drzwi wywiodę.

Ty panno córko!... dość tych zalotów,

Bo cię zasadzę na chleb, na wodę».

IX

Tak mówił stary groźnie i żwawo,

Aż mu źrzenice iskrami gorą;

Marcin Studzieński z godną postawą

Poszedł ku niemu i rzekł z pokorą:

«Sławetny rajco! nie w złym zamiarze

Próg waszych komnat przestępowałem;

Moje sumienie wyznać mi każe,

Że waszą córkę kocham z zapałem;

Chciałem odłożyć moje wyznanie,

Aż przyjaźniejsza chwila posłuży,

Lecz mnie zmuszacie... niech się więc stanie!...

Żyć bez twej córki nie mogę dłużéj:

Rad, że rozmowa ku temu zmierza,

A jéj sprzyjania pewien po trosze,

Raczcie przebaczyć śmiałość żołnierza,

Że o jej rękę przy świadkach proszę».

X

Podumał trochę Stefan Kotwica,

Spojrzał na wójta i resztę gości,

«Nie, panie bracie!... nie chcę szlachcica,

Nam nie potrzeba waszéj zacności;

My się na zięcia takiego piszem,

Co go zrodziła matka mieszczanka,

Co byłby w handlu mym towarzyszem,

Co by po towar jeździł do Gdańska,

Co by miał grosza swego dostatek,

Nie patrząc na to, co mu zostawię,

A na ratuszu u sądu kratek

Obok mnie zasiadł na rajców ławie.

A waszmość szlachcic — herbu Gryf pono;

Cóż mi z waszego Gryfa czy Smoka?

Masz chudą szkapkę, szablę stępioną:

Ot i dostojność wasza wysoka!

Pójdziesz na wojnę lub siądziesz w mieście

Na teściowego kawałku chleba;

Jeszcze by bracia rzekła nareszcie,

Że mi szlacheckich związków potrzeba!

A toż mi na co? — nie, panie bracie!

Nie waż mi więcéj wdzięczyć się do niej.

Lepszy cechowy przy swym warsztacie

Niż lichy szlachcic, co wiatry goni».

«Dobrze powiedział... czyta jak z księgi» —

Krzyknęli goście już podchmieleni,

«Wiwat Kotwica! mieszczanin tęgi,

Co tak dostojność mieszczańską ceni!»

Podano gościom miodu antały

I rozpoczęto huczne wiwaty;

Żalem i wstydem przejęty cały,

Rycerz Studzieński wyszedł z komnaty.

Zarzucił rysią delię na szyję,

Hełmem płonące czoło osłania

I na spłakaną w kącie Maryję

Rzucił boleśny wzrok pożegnania.

Część druga. Obmurowanie Wilna

I

Stara stolica Giedyminowa,

Wilno, pieszczota pięknéj natury

Pomiędzy gaje, pomiędzy góry

To kwiat, co w dzikiem zielsku się chowa...

Gdy się na strome wdzierasz urwisko

Albo brniesz piaskiem, drogą pochyłą,

Nigdy byś nie zgadł, że Wilno blisko,

Gdyby twe serce silniéj nie biło.

Gdy przed twojemi mignie oczyma

Szczyt pierwszéj wieży, pierwszego krzyża,

Czujesz dreszcz święty, ów dreszcz pielgrzyma,

Co się ku miejscu świętemu zbliża;

Korne kolano samo się zgina,

Serce uderza tętnem żałoby:

Bo tu Litwina Mekka, Medyna,

Tu jej proroków kolebki, groby!

Tu przed wiekami Litwini starzy

Palili bogom ofiarne znicze,

Tu Przenajświętszéj Panny oblicze

U bramy miejskiej stoi na straży,

Tu Jagiellończyk, lilija dziewic,

Syn uświęcony litewskiej matki,

Patron-przyczyńca, książę, królewic,

Złożył w świątyni ziemskie ostatki;

Tu się męczeństwa pamiątka budzi,

Trzy krzyże wieńczą górę pochyłą.

Bo gdzież jest naród, gdzie miasto ludzi,

Co by proroków swych nie zabiło?

Niejednokrotnie nad miastem starém

Pan różdżkę pomsty wyciągnąć raczy:

Trapi je głodem, morem, pożarem,

Trapi przez krwawy najazd krzyżaczy.

To znów miłościw ku dzieciom swoimDaje po klęskach wytchnąć szczęśliwie;

Ludzi nawiedza zdrowiem, spokojem,

A urodzaje pleni na niwie,

Baszty ukrzepia, mury rozszerza,

Duchem mądrości nawiedza starsze,

Wlewa odwagę w piersi rycerza,

I zbawcze myśli w serce monarsze.

II

Tak wśród rozlicznych losów przemiany

Wilno przetrwało drugie stulecie;

Giedymin pierwsze zasnował ściany,

Olgierd gród ojca kochał jak dziecię,

Pod Jagiellonem w potęgę wzrasta,

Bo czuwa nad niem łaska książęcia,

Pogańskie czoło starego miasta

Już Chrystusowym krzyżem uświęca.

I z wież kościelnych zagrały dzwony,

Kiedy pogaństwa pierzchła pomroka,

A Pan zastępów żegna z wysoka

Litwę i Wilno, i Jagiellony.

A choć krzyżackie czasem znamiona

Zawiały tutaj w bojowym szyku,

Polski i Litwy dłoń zespolona

Odparła Niemca aż do Bałtyku.

Zaprzestał ufać w zdrad swoich dzieło,

Że nas wyplemi, że kraj nam wydrze,

Gdy pod Grunwaldem Witold z Jagiełłą,

Rogatą głowę strzaskali hydrze.

Tymczasem wzrastał, wzrastał gród stary

W sławę u ludzi, w łaskę u Boga,

Z Niemiec od Rusi drużyna mnoga

Szła tu osiadać, kupczyć towary,

Sprawiać rzemiosła dłońmi biegłemi,

Odmierzać łokciem, ważyć na szali,

I żyć pod prawem litewskiéj ziemi,

Co jej kniaziowie dobrzy nadali.

III

Co ojciec począł, to syn dokona,

Uzacnia Wilno nad insze grody,

Książę Kazimierz, syn Jagiellona,

Dał przywileje nowe, swobody.

A kiedy ludzie zewsząd się garną,

Kiedy ład w mieście rodzi się nowy,

Książę napisał ustawę karną,

Aby bezpieczne były ich głowy.

Dzieło ojcowskie umocnił jeszcze

Kniaź Aleksander prawy nowemi,

Tylko postrachy jakieś złowieszcze

Krążyć poczęły w litewskiéj ziemi:

Że się odgraża kniaź Michał Gliński

Na Illiniczów cóś w sercu knowa,Że ma ich bronić pan Zabrzeziński

I buchnie w kraju wojna domowa.

A z drugiéj strony, tam od Podola,

Tam z tatarszczyzny strach wieje wszędzie,

Rycerz w zbroicy dostoi pola,

Ale z bezbronném miastém co będzie?

Póki mieszkańców było w niém mało

Za mur starczyły piersi waleczne,

Dziś już ceglane mury konieczne,

Baszty i bramy mieć już przystało.

By nieprzyjaciel nie wszedł tak łatwo,

Opasać murem konieczność zmusza:

Świątynie pańskie, ściany ratusza,

Kapłanów, starców, niewiasty z dziatwą,

To co najświętsze dla duszy człeka,

Gdzie z jego piersi modlitwa płynie,

Gdzie go otacza prawa opieka,

Gdzie ma wytchnienie przy swej rodzinie,

Może wróg przypaść niespodziewany,

Spali, zbezcześci i pozarzyna;

Więc rada w radę pany, mieszczany,

Opasać murem gród Giedymina.

I z pięciu krańców, z pięciu stron świata,

Gdzie pięć dróg wielkich w mieście się schodzi,

Niech z baszty sterczy groźna armata

By wstrzymać wylew wrogów powodzi.

IV

U nas wiadomo z ojców przykładu

Że gdzie potrzebny środek ochrończy,

Tam gadu gadu, a nie masz ładu,

Do dnia sądnego rzecz się nie skończy,

Aż myśl ognista jak promień słońca

Ku celom bożym powoła rzesze,

Aż dłoń potężna, wzruszeniem drżąca,

Z zimnego głazu iskrę wykrzesze:

Aż gorejące natchnieniem słowo

Wybuchnie ogniem, zapłoni twarze,

Wstrząśnie zmartwiałą deskę piersiową

I sercu czynem zakipieć każe.

Wtedy na Litwie żyć już nie szkoda,

Nowych w jej dziatwie dojrzysz przymiotów,

I ład się znajdzie, i święta zgoda,

I duch do ofiar gorących gotów;

Litwin zapomni uraz uprzejmie,

Pójdzie choć w ogień w najlepszéj chęci,

Kęs chleba sobie od ust odejmie

I krwi ostatnią kroplę poświęci.

V

Taką ognistość w myśli i słowie,

Taki we wzroku zapał zwycięski,

Taką potęgę, co k'czynom zowie,

Miał Wojciech Tabor, biskup wileński.

On, jako niegdyś Stanisław święty,

Królom i panom nadstawiał czoła;

Jak Oleśnicki równie był zdjęty

Miłością kraju i czcią kościoła.

Wedle pasterzy dobrych zwyczaju,

Po Chrystowemu do serca garnie

I wierne owce swojej owczarnie,

I wszystek naród swojego kraju.

On za ich sprawę stawił się śmiało,

Jak mu kapłańskie każe sumienie,

Chociażby za to spotkać go miało

Prześladowanie lub umęczenie.

On Aleksandra Jagiełły głowę

Uwieńczył książąt litewskich mitrą,

On wzmocnił z Polską przymierze nowe,

Przeniknął wrogów zasadzkę chytrą;

Za jego wpływem, polska korona

Na Aleksandra błysnęła czele,

A jednak później nieprzyjaciele

Wyzuli starca z pańskiego łona.

Król się nań gniewem srogim obrusza,

Zamyka przed nim wejście senatu,

Że chrześcijańska Wojciecha dusza

Za lud się wstawia do majestatu.

Że ze swojego wręcz stanowiska

Śmiał mu przypomnieć kraju ustawy,

Śmiał głośno wołać, że lud uciska

Gliński — powiernik króla nieprawy.

Lecz się kapłańskie nie zlękło serce,

Wojciech przed sejmem stanął raz drugi,

I śmiało palcem wskazał na zdzierce,

Słabego pana zdradliwe sługi.

Stawi jak pasterz groźne oblicze,

Jako poddany przed tronem klęka,

Ażeby tylko królewska ręka

Z szpon Glińskiego wydarła bicze.

Nic nie pomogła szlachetna praca,

Uwiedli króla chytrzy zbrodniarze,

Król od Wojciecha oczy odwraca

I sprzed oblicza odejść mu każe.

I gdyby wkrótce nie śmierci prawa,

Co Bóg na króla przedwcześnie zsyła,

Może drugiego krew' Stanisława

Kartę by dziejów naszych splamiła;

O zacną głowę obrońcy swego

Litwini drżeli po całym kraju:

Król nie ma serca karcić Glińskiego,

Gliński przebaczać nie ma zwyczaju!

VI

Jeszcze za czasów łaski królewskiéj,

Błagał go Wojciech z radnemi pany,

Aby gród święty, gród nasz litewski,

Był krzepką ścianą obmurowany.

Król podskarbiego przyzwał ku radzie,

A rozważywszy środki i cele,

Rzekł, że murować przeszkód nie kładzie,

Ale dziś w skarbie grosza niewiele,

Że to niepilna jeszcze robota,

Że co ma stać się, później się stanie,

«Nie, miłościwy królu i panie!

Do Litwy zewsząd otwarte wrota;

Tatarzyn goni wiatr w Ukrainie,

Wielki kniaź Moskwy z wami w rozterce,

Gdy niespodziana chmura nadpłynie,

Gdy piorun w Litwy ugodzi serce:

Nie pora będzie murować bramy,

Gdy przyjdzie poźno płakać nad stratą;

Jeżeli w skarbie grosza nie mamy,

Serca litewskie dał Bóg nam za to!

Serce ochocze, wierne krajowi,

Swojemu miastu i chwale bożéj;

Każdy z nas znajdzie drobny grosz wdowi,

Co na ofiarę ojczyźnie złoży,

Dłonią ubogą, dłonią bogatą,

Jako kto może, niech się przyczyni.

Ja całe mienie poświęcam na to,

Mnie dopomogą wszyscy Litwini!»

«Wszyscy Litwini! — zgoda, tak zgoda!

Niech każdy wzniesie muru kawałek!» —

Mówił wileński pan wojewoda,

Mówił litewski wielki marszałek,

Żmudzki starosta, kanclerz litewski,

Wszyscy wołali jednym wyrazem:

Jak gdyby płomień z iskry niebieskiéj

We wszystkich sercach wybuchnął razem.

VII

Wojewodowie i kasztelany,

I wszystek senat litewskiéj ziemi,

Rzucają pieniądz garśćmi pełnemi,

Warować miasto tworzą już plany.

Czy który więcéj czy mniéj bogaty,

Jeden przed drugim pośpiesza z darem,

I jagiellońskie w zamku komnaty

Kipią zapału świętym rozgwarem.

Już Wojciech Tabor nie wyrzekł słowa,

Przeżegnał złoto z modlitwą tkliwą,

I łza gorąca, dyjamentowa,

Spadła na jego brodę sędziwą;

Zebrawszy pieniądz porozrzucany,

Głosem natchnienia wyrzekł dostojnie:

«O! krzepkie będą baszty i ściany,

Bo miłość kraju nada im spójnię».

VIII

I stał się rozgłos między mieszczany,

Co senatorstwo na zamku czyni,«A my ktoż tacy? to nie Litwini,

Że lud do składki niepowołany?

Tu idzie sprawa o naszą głowę,

O bezpieczeństwo chat i ratusza,

Gdzie przywileje pargaminowe,

Gdzie naszych swobod złożona dusza!

Na nas by spadły krajowe klęski,

Starzec, niewiasta, dziecię przypłaci».

Tak na ratuszu wołał do braci,

Pan Otoczeńko, burmistrz wileński.

Pan rajca miejski, Stefan Kotwica,

Między swojemi głowa nie lada,

Obywatelski zapał podsyca

I tak powiada:

IX

«Dom moj ubogi, nawet drewniany,

Ale mam w sklepie wiele towarów,

Wolę coś stracić na miejskie ściany,

Niż stracić wszystko z łaski Tatarów.

Zbierałem grosze w ciężkim mozole,

Bo nie tak łatwo teraz o złoto,

Jednak na waszym radzieckim stole

Dwie kopy groszy składam z ochotą».

Pan pisarz miejski, człowiek z natury

Do dobrych czynów chętny i łatwy,

Dał kopę groszy na miejskie mury,

Dla bezpieczeństwa swéj przyszłej dziatwy.

Bo choć był człekiem nie pierwszej wiosny,

Siwiał przy aktach miejskiej ławicy,

Jednak na córkę pana Kotwicy,

Zawsze poglądał wielce miłośnie.

Tak jeden, drugi, wielcy i mali,

Skąpi i szczodrzy — z ochotą miłą

Złotém radziecki stół zasypali,

Bo o powszechną sprawę chodziło.

Bo gdzie zagraża krajowi bieda,

Tam są Litwini zawsze bogaci:

Panom się nędzarz wyprzedzić nie da,

Kto krwi nie leje, — to groszem płaci,

Pomny, co zawżdy od kraju bierze,

Wszystko krajowi składa w ofierze.

X

Stało się tedy — pieniądz już gotów,

Kupiono cegieł, kamieni, chleba,

Lecz nim do kielni, lecz nim do młotów,

Wprzód do modlitwy udać się trzeba:

Bóg po ojcowsku patrzając z góry

Ludzkim starunkom zsyła pomoce,

Ukrzepia w grodach bramy i mury,

Wiekową twardość daje opoce,

Daje natchnienie planów w osnowie,

Obronnym basztom kształtuje czoło,

Robotnikowi umacnia zdrowie,

Nawiedza w pracy myślą wesołą.

XI

Od Boga zbożne dzieło poczęto,

Król je od siebie jeszcze uświetnia,

I wielkie było na Litwie święto

W dzień Wojciechowy, przy końcu kwietnia,

W rozkwitającej wiosny poranek

Piękna na niebie była pogoda,

Przed katedralny w Wilnie krużganek

Lud się litewski cisnął jak woda,

Kolebki panów i same pany,

Szlachta, mieszczanie, wszyscy w natłoku,

Każdy w świąteczny ubior przybrany,

A z uroczystym wyrazem w oku,

Tłum różnobarwny, gwarny, wesoły,

Po katedralnym placu się błąka;

Rzekłbyś, słuchając, że huczą pszczoły,

Rzekłbyś, patrzając, że kwitnie łąka:

Rzuć tylko okiem, jak tłum się mnoży,

Jakiem wrą życiem starzy i młodzi!

A łacno zgadniesz, że to lud boży

Jakieś krajowe święto obchodzi.

XII

Drzwi się otwarły. — Pod baldachimem

Dały się widzieć dwa jasne czoła:

Pasterz z monarchą, jak ojciec z synem,

Z katedralnego wyszli kościoła.

Tabor schylony i siwobrody

Niesie krzyż Pański dłońmi drzącemi;

Król Aleksander, choć jeszcze młody

Cóś bolejąco patrzy ku ziemi,

Wiedzie pod ręką starca-pasterza

I jasną brodę lewicą głaska;

Lecz chorowita na twarzy kraska,

Wszystkich boleśnie w oczy uderza.

«Gasną powoli Jagiellonowie,

Lach nas zagarnia więcéj a więcéj.

Kto wie! czy długo kołpak książęcy

Na téj schorzałéj zostanie głowie!»

Taki gdzieniegdzie szmer przytłumiony

Między wileńskim ludem się szerzy;

Ale tymczasem — zagrzmiały dzwony

Ze starożytnéj Krywejtów wieży,

Słychać śpiewanie, tłum coraz wzrasta,

Dzwony wstrząsają stolicą naszą,

A pochód idzie wokoło miasta,

Tak, jak je murem wkrótce opaszą.

XIII

Naprzód na czarnych koniach trębacze

Grają sygnały, wydąwszy twarze;

Potem nadworna chorągiew skacze

A święty Krzysztof na jéj sztandarze.

Daléj ubrany w żupan bogaty,

Wielki marszałek, z laską swéj cześci,

Wiedzie za sobą wszystkie powiaty,

Ile ich ziemia litewska mieści.

Szlachcic jak centaur wrosły do siodła,

Jakby żelazny, zakuty w zbroi,

Pod powiatowym sztandarem stoi.

A każdy sztandar insze ma godła:

Tam dziarska Pogoń nad szlachtą wieje,

Tam święty Michał wojuje smoka,

Tam Żubr barczysty z grodzieńskiéj knieje,

Ówdzie Anioła postać wysoka,

Ówdzie Opatrzność, ówdzie pęk kluczy;

Dobrze te godła znają sąsiady!

Gdzie pogoń skoczy, gdzie żubr zamruczy,

Gdzie anioł skinie mieczem zagłady,

Tam nieprzyjaciel uciekać musi,

Jakby powietrze spotkał morowe,

O pierś skalistą Litwy i Rusi

Niejedno plemię strzaskało głowę.

XIV

Za powiatami, pamięć ich chwały,

Idzie Witolda działo armatnie:

I sztandar stary a wypłowiały,

Po bohaterze godło ostatnie.

Dwanaście koni z strusiemi kity,

Obwożą działo na podziw miastu;

A stary sztandar, ledwie rozwityNiesie kolejno mężów dwunastu.

Na święte szczątki patrzą ciekawi

I proszą w duchu o łaskę bożą:

«Kiedyż się drugi Witold nam zjawi,

Gdy Tatarowie Wilnu zagrożą?!»

XV

Poza armatą, poza sztandarem,

Pargaminową księgę niesiono;

I szedł wójt miasta za prawem starem,

Za nim ławników i rajców grono,

Za radą miejską — wpośród kapeli,

Pogoń litewską niesiono w górze,

Poza pogonią szykiem stanęli

Strzelcy nadworni, jej wierni stróże.

Potem kapłani --- wszyscy po parze,

Śpiewając hymny i wznosząc modły,

Potem król, pasterz i dygnitarze,

A tłumy ludu z dala ich wiodły.

XVI

Wietrze litewski! gdybyś te gwary

Zdołał pochwycić w jedną osnowę,

I świętym hymnem przeszłości staréj

Zawiać nam w piersi, orzeźwić głowę,

Abyś te dzwony, śpiewy, okrzyki,

Rozniósł po Litwie na wszystkie strony,

A potém zawiał — gdzieś na step dziki,

By je usłyszał Tatar spłoszony;

Że nie struchleje przy krymskim chanie

Nasza stolica wielkoksiążęca,

Że mur obronny, co tutaj stanie,

Naród buduje, a król poświęca...

Że pasterz Pański, przodkując rzeszy,

Natchnione z nieba słowa ogłasza,

A lud je słuchać skwapliwie śpieszy,

Że tu jest niczem potęga wasza.Pędź już na Litwę hordo zbójecka!

Puszczaj zagony z bliska, z daleka!

Wkrótce dolecisz na pola Klecka,

Gdzie Anioł pomsty z mieczem cię czeka!

XVII

Fundament muru już okopany,

Okop na baszty już oznaczony,

Sędziwy biskup poświęca ściany,

Błaga nad niemi bożéj obrony.

A chór kapłanów w pięknéj gromadzie

Do każdej bramy z królem się zbliża,

Pod każdą basztę fundament kładzie,

I żegna kamień znamieniem krzyża,

Pasterz kraj żegna życzliwą dłonią

Na cztery strony bożego świata;

A lud się modli, a dzwony dzwonią,

A z wałów zamku grzmoce armata.

XVIII

Tak, kiedy przeszli kres obwodowy,

Cały się pochód pod ratusz zwraca;

I Wojciech Tabor śpiewa hymn nowy,

Aby szczęśliwie wiodła się praca.

Kiedy wezwano Świętego Ducha

Zadrżały ściany grodu Jagiełły,

I Witoldowskie działa ryknęły,

I w serce Litwy weszła otucha,

Że przez te murów święconych głazy

Nie przejdzie żadna do miasta klęska;

Ani morowéj powiew zarazy,

Ani Tatarów stopa zwycięska.

XIX

O! nieraz przeszły przez miejskie bramy

I krwawa wojna, i mór wybladły,

Bo w sercu Litwy duch nie ten samy,

Bo na kościołach krzyże opadły,

Ale nad jedną basztą obronną

Musiał się Tabor modlić najdłużéj;

Bo jego modła była niepłonną,

Bo dziś ta baszta za twierdzę służy!

Twierdza to święta, twierdza potężna,

Któréj piekielna siła nie złamie,

Bo tam króluje litewska księżna —

Bogarodzica na Ostréj Bramie!

Tam co dzień ucho łaskawe daje

Na swych poddanych korne pacierze,

I Palemona szerokie kraje,

Od głodu, moru i wojny strzeże.

Część trzecia. Tatarowie pod Kleckiem

I

Wiatr ciągle wieje od stron południa,

Przez Ukrainę i przez Polesie,

Z wiatrem zaraza wioski wyludnia,

Wiatr piorunowe obłoki niesie.

W piaskach i górach Litwy szczęśliwéj,

Ponad miastami wicher się kręci,

Grady żną kłosy dojrzałej niwy

I szarpią kwiaty na sianożęci.

II

To nie wiatr wieje od stron południa,

Przez Ukrainę i przez Polesie;

To nie zaraza wioski wyludnia:

To Tatar nóż swoj morderczy niesie,

W piaskach i górach Litwy szczęśliwéj;

To nie huragan szalony hasa:

Tatar pustoszy złociste niwy,

Tatar kwieciste łąki wypasa.

Ludzka się praca w niwecz obraca,

Krew chrześcijańska płynie jak fala,

Co dnia a co dnia smolna pochodnia

Insze słomiane dachy zapala.

Daléj a daléj chmura się wali,

Wiatr ją zaledwie wyprzedzić zdoła,

Gwizdnie na dachy biednego sioła,

Aby się ludzie w lasy chowali.

Gwizdnie, uderzy o baszty wieży,

Ażeby strzelbę miano w odwodzie,

Sygnał baczności da dla rycerzy,

A serce niewiast strachem przebodzie.

Daremna wietrze twoja usługa!

Zaledwie kmiotek przestrogę zgadnie,

Zaledwie woły wyprzęgnął z pługa,

Już go tatarska horda opadnie.

Jaskółki skore nie zawsze w porę

Zdołają zemknąć z strzechy rolnika,

Szczęka krzesiwo i strzecha gore,

I dym i płomień odlot zamyka:

I ginie ptaszę.

      Ledwie w poddasze

Zawionie, wietrze, twoja przestroga,

Zaledwie rycerz pałasz przypasze,

Już go krępują powrozy wroga.

Ledwie niewiasta wieścią strwożona,

Zdoła wykrzyknąć, włożyć krzyż pański

Na biedne czoło, piersi, ramiona,

A już ją wloką w jasyr pogański.

Próżno rycerstwo po stepie hasa,

Zbiera podsłuchy, śledzi oczyma,

Z gór się przygląda, śledzi wśród lasa,

Wczoraj tu byli, a dzisiaj nie ma.

Tatar co chwila szlaki omyla,

Z każdej przystani albo noclegaAlbo rozsypką czwałuje szybko,

To w niezliczony hufiec się zbiega.

Lecą — jak leci szarańcza mnoga

Z kraju do kraju, z niwy na niwę,

Za hordą ślady — krew i pożoga,

Przed hordą gońce — wieści trwożliwe.

III

Król Aleksander złożon niemocą,

Do snu wiecznego ma zamknąć oczy,

Wtem jeden goniec przyleciał nocą,

Że już Podole we krwi się broczy;

Przyleciał drugi, od Ukrainy,

Z wieścią o wojsku nieprzyjaciela,

Że Achmet-Geréj ze swemi syny,

Na cztery części hordę rozdziela.

Jedna część w środek litewskiéj Rusi,

Pod starą Mińska poszła warownię,

Druga w Polesiu plądrować musi,

Do twierdzy słuckiej drze się gwałtownie,

A trzecia, pewna dobrego skutku,

Poszła na Połock z tysiącem koni,

A czwarta horda, już w Nowogródku,Którego Gasztołd walecznie broni.

Przyleciał goniec trzeci i czwarty,

A wszyscy bladzi i przerażeni,

Bo pożar wszędzie już rozpostarty,

Bo Litwa gore w dziesięć płomieni.

Struchlało Wilno — radni panowie

Do boku króla zbiegli się trwożnie,

Król konający, odzyskał zdrowie:Swoją powinność uczuł pobożnie;

Próżno królowa do stóp się ściele,

Próżno się senat odradzić stara,

Król chce sam stanąć na wojska czele,

Chrobre rycerstwo wieść na Tatara.

Rada senatu długo się wlecze,

Lecz od zamiaru go nie odwiodła,

Młodzież rycerska brząknęła w miecze,

Przywdziała zbroje i konie siodła.

Kniaź Gliński wodzem! a każdy z panów

Gotuje hufce swoich żołnierzy;

Skreślono kartę wojennych planów,

Kto, dokąd pójdzie i jak uderzy?

Już niepochmurne myślmi trwożnemi,

Ale zapałem błysnęły czoła,

Święte kochanie rodzinnéj ziemi,

Swych bohaterów do czynu woła.

I lecą z miasta oddziały chyże,

Stawić wrogowi rękę odporną, —

Szczęsny Illinicz, hrabia na Mirze,

Powiódł chorągiew pierwszą nadworną.

Spłonęły jego włości bogate,

Wróg nie przepuścił żadnemu siołu,

Hrabia pośpiesza dać mu odpłatę,

Jeszcze na świeżym stosie popiołu.

Odbić z niewoli niewiasty, dzieci,

Wzmocnić na duchu tych, co upadli,

I w cieplej jeszcze krwi swoich kmieci,

Miecz zahartować, by rąbał zjadléj.

IV

Sprawa ojczysta, sprawa wiadoma,

Syn winien czuwać, gdy cierpi matka;

Gdy idą bracia, wstyd zostać doma

Albo oszczędzać krwi swej ostatka!

Ze śmiałą głową, z duszą gotową,

Trzeba iść dla niéj na śmierć i klęski,

Więc pod chorągiew Illiniczową,

Stawił się rycerz Marcin Studzieński.

V

Jutro o świcie wojsko wyruszy,

Wygnać spod Mira nieprzyjaciela;

Do bolejącej kochanka duszy,

Zajrzał jaśniejszy promyk wesela:

Bo zawżdy serce zbywa kamienia,

Gdy powinności przed oczy staną,

Święty ich rozkaz wyrwał z uśpienia,

Pana Marcina myśl rozkochaną;

Nie czas o pięknej myśleć Maryi

Albo rozważać, że serce boli,

Gdy na schylonej braterskiéj szyi

Ciąży haniebny powróz niewoli.

Więc rzekł do siebie: «Miecza nie złożę,

Póki Tatarzyn w Litwie zostanie!

Mogliby miasto napaść broń Boże!

Och! a w tém mieście moje kochanie.

Héj na Tatary! moja szabelko!

Moj siwy koniu, do mnie co żywo!

Mamy przed sobą drogę tak wielką,

Szerokie pole i piękne żniwo!

Do mnie stalowa przyłbico stara!

Do mnie mój piękny rycerski pasie!

Kiedy powrócę, zbiwszy Tatara,

Może pan ojciec ubłagać da się...»

W takich nadziejach serce skąpawszy,

Westchnął modlitwą, pomyślał o niéj,

Uronił łezkę, — weselszy, żwawszy

Już śni, jak w polu Tatary goni.

VI

Piękny poranek na niebie świta,

Rzeźwo tchnie wietrzyk w cieniu gaika,

Młoda niewiasta płaszczem okryta,

Z murów się miejskich z wolna wymyka:

Wokoło siebie patrzy nieśmiało

I czegoś słucha, na kogoś czeka,

Wtem za gaikiem cóś zatętniało

I konny rycerz pędzi z daleka.

Przybiegł i dziarsko skoczył ze siodła,

Podali sobie ręce oboje,

Niewiasta miłem okiem powiodła

Jego sowito błyszczącą zbroję

I białą rączką konia popieści,

Gęstą zasłonę z twarzy odwinie

I rzecze głosem cichej boleści:

«Już nas odjeżdżasz, panie Marcinie!»

To była Maria — pierwszy raz w życiu

Przyszła w ten piękny lasek przy drodze,

Z domu rodziców wyszła w ukryciu;

Ach bo też ciężko było niebodze!

Chciała zobaczyć swego młodziana,

Na pożegnanie rzec mu: «Szczęść Boże!»,

Chciała powiedzieć, że żadna zmiana,

Nigdy w jéj sercu postać nie może...

A przecież milczy, jakby się sroma,

Jak gdyby sama z siebie nierada,

Stoi niepewna i nieruchoma.

Na oczach uśmiech, a twarz jéj blada.

Tak się gdy grzmiące chmurzysko sunie,

Płynie po przedzie obłoczek bladszy,

Nim łzawym deszczem na ziemię lunie

Naprzód się w jasne słoneczko patrzy,

To się w cień schowa — to wymknie z cieni,

To poblednieje, to zarumieni.

Rycerz przywiązał konia do brzozki,

Tarczę przewiesił na siodła łęku,

Wbił w ziemię ciężki oszczep dziadowskiI rysią skórę zwiesił na ręku.

VII

Piękni w téj chwili byli oboje,

Ona do niego troskliwie rzekła,

«Panie Marcinie! Och ja się boję!

Chociaż całego stal cię oblekła.

Czy twoja pawęż dosyć jest zwinna?

I czy twój pancerz dosyć jest gruby?

Przebacz, żem śmiała, żem tak dziecinna,

Ale się lękam twojej zaguby.

Twojej zaguby... nie, to nad siły,

Nie mogę myśleć o twoim grobie,

Ciebie by w boju wrogi zabiły,

Mnie by zabiła tęskność po tobie:

Panie Marcinie! wracaj nieboże!

A pierś sklepiście okrywaj zbroją,

Rodzice moi zgodzą się może,

Będę szczęśliwą — bo będę twoją»

«Maryjo dobra! — rycerz odpowie —

Pancerz mój twardy, miecz mój nie kruchy

Niosę me życie, niosę me zdrowie,

Alem najlepszej pełen otuchy.

Gdy syn Kościoła walczy z pogany,

Nad głową jego anioł stróż lata,

A jego piersi strzeże od rany,

Bogarodzicy promienna szata,

Czuję, że w ostrzu mego brzeszczota

Jest bezpieczeństwo i pomsta braci;

Z tą myślą ręka potężniej grzmota,

A brzeszczot hartu swego nie traci,

Nie zdoła przebić serca w mem łonie,

Niech się Tatarzyn, jak chce, rozhula,

Kiedy pomyślę, że ciebie bronię,

Naszych kościołów, ludu i króla.

Zdrową mi zostań! ja wrócę zdrowo,

Może Bóg spełni nasze nadzieje,

Zamiast pancerza szatę godową

Z łupów tatarskich szytą przywdzieję.

Pereł, brylantów sznurek bogaty

Twéj pięknéj twarzy blasku przyczyni,

Z lamy złocistéj będą ornaty,

Do katedralnéj naszéj świątyni,

Sam Wojciech Tabor, wielki mąż Boży,

Choć go nie bawią złota ponęty,

Będzie wyglądać jak jaki święty,

Kiedy je włoży.

Bywaj mi zdrowa! żywym zostanę,

A nie zawstydzę mego oręża!»

I ucałował oczy spłakane,

I sam zapłakał... cichą łzą męża,

I wskoczył na koń, i ręką skinął,

Och bo się trudno rozstać z niebogą!

I koniem zręcznie w polu wywinął,

I pędem wiatru puścił się drogą.

VIII

Ona została — z tłumionem łkaniem,

W cichéj nadziei, w cichéj obawie,

Krzyż na powietrzu skreśliła za nim,

I do modlitwy klękła na trawie.

Nie było zaklęć ani rozpaczy,

Jeno kochanie, jeno tęsknota,

Bo rycerz widział, co słowo znaczy,

A więc mu zazdrość sercem nie miota,

I dziewic u nas serce dostojne,

Choć za kochankiem truchleje trwogą,

Nigdy nie rzekła: nie jedź na wojnę,

Bo tam na wojnie zabić cię mogą.

Do wszystkiej szlachty litewskiej rzeszy,

Kto jeno poczciw, niech oręż chwyci

I na obronę ojczyzny śpieszy.

Rosną chorągwie obrońców wiary,

Litwa grzmi echem wojennej nuty,

Gliński rozesłał swoje rajtary,

Aby tatarskie zbadać obroty.

X

Od Nowogródka wieść niezbyt trwożna:

Zbiega się szlachta, bliscy, dalecy,

Pan Marcin Gasztołd czyni, co można,

Gromi Tatara z murów fortecy.

Pan Iwan Tryzna i pan Niemira

Biją ich w polu, poza murami,

Illinicz mści się za klęski Mira,

Gdzie wyginęli bezbronni sami.

Radziwiłłowi Nieśwież spalili,

Wioski spalili — lecz czynszownicy,

Wnet siedli na koń i w jednéj chwili

Łeb im strzaskali w Dorohowicy;

Na zamku słuckim dzielna niewiasta,

Wdowa po mężnym kniaziu Siemionie,

Stała w obronie swojego miasta,

Jako orlica w piskląt obronie:

Tam głowa rodu, mały kniaź Jerzy,

Pod okiem matki dziarsko się chowa;

Cóż jeśli Tatar znienacka wbieży

I lube dziecię w więzy zakowa!?...

Lecz król i Gliński spokojni o nią,

Bo księstwo słuckie wojska ma dużo,

A bojarowie kniahinię bronią,

Zaścianki szlachty wiernie jéj służą;

Sama kniahini sercem nietrwożna,

Na zamku armat, prochu dostatki:

Więc co do Słucka, spuścić się można

Na wierność bojar i rozpacz matki.

XI

Ale Glińskiego insze rajtary

Wpadli w sam środek tatarskiej dziczy

I bój był krwawy, mnogich bez miary

Tatarów zbito. Zamiast zdobyczy,

Przynieśli wodzom straszne trofeja:

Dziesięć głów wroga wbitych na dzidy

I wieść straszliwą, że dzicz Gereja,

We sześć tysięcy śpieszy do Lidy.

XII

Padła jak piorun myśl bojaźliwa

O jagiellońską latorośl drogą,

Na zamku lidzkim król dogorywa,

Na koń nie wsiądzie, porwać go mogą!

Więc rada w radę: kanclerz Jan Łaski,

Jan Zabrzeziński i Jan Sobotka

Króla do miękkiéj kładą kolaski,

A Wojciech Tabor siadł z nim do środka,Królowa u nóg i do stolicy

Wyruszył pochód. Wszyscy truchleli,

Senatorowie jako woźnicy,

Siedli na kozioł, cugle ujęli,

A król co chwila w boleściach stęka,

Marzy Tatarów, do broni woła,

Drżąca, troskliwa, a wierna ręka

Pot mu śmiertelny ociera z czoła,

Dwie doby jadąc noga za nogą,

Ledwie stanęli w wileńskiéj bramie,

Wszędzie wieśniactwo przejęte trwogą,

Patrzy na pochód i ręce łamie.

Czapkę przed pańską schyla karocą

I do zamkniętych okien się kłania,

Uczuwa swoją dolę sierocą:

Bo pęknął puklerz, co ją osłania.

Stanęli wreszcie już w murach Wilna,

Lud się dowiedział, upadł w otusze,

Miasto zaległa cisza mogilna,

Mogilna trwoga zaległa dusze,

Każdy kto może, umknąć się stara,

Każdy przedśmiertne mówi pacierze:

«Wybaw nas Boże z mocy Tatara!

Brońcie głów naszych dzielni rycerze!»

XIII

Już Tatar w Lidzie. — O milę wkoło

Puszcza zagony na każdą stronę:

Czy dwór, czy kościoł, czy ciche sioło,

Wszystko zniszczone, wszystko spalone;

Z lidzkiej warowni widać pożary,

Słychać ich wrzaski, słychać płacz ludu,

Boże zastępów! broń twojej wiary!

Zeszlij nad hufce anioła cudu!

Polski ochotnik zbliża się z wolna,

Kłóci się w twierdzy szlachta gwałtowna,

Jeśli tak dłużej — horda swawolna,

Całą krainę z ziemią nam zrówna.

XIV

Na koniec jakoś zbiegło do Lidy,

Rycerskiej szlachty dziesięć tysięcy.

«Héj czas już rzucić jarzmo ohydy!

Czas do roboty wziąć się goręcéj!»

Krzyknął kniaź Gliński: i w jedną stronę

Wysłał pancernych zastęp niemały,

W drugą rajtary swe wyćwiczone,

W trzecię puszkarzów z dobremi działy,

I w imię boże począł się taniec,

Szlachta się bardziéj, bardziéj ośmiela,

Odetchnął nieco wiejski mieszkaniec,

Bo już obrońcę, bo ma mściciela,

Co dzień przewagi nowe nad zgrają,

Polskiego męstwa nowe popisy,

Codziennie jeńców przyprowadzają,

Lub niosą głowy wbite na spisy.

Na koniec nocą, trzecią czy czwartą,

Chlubnym się plonem uwieńcza praca:

Machmed-Gereja z Lidy odparto.

Znów w nowogródzkie strony powraca.

XV

Hejże ha za nim! — kręci się żmija,

Nie prostą drogą, ale rozsypką,

Niechaj nam sprzyja Jezus Maryja!

Ścigać ich wszędzie, doganiać szybko,

Ale zbójectwo wichrem się błąka,

Błędnemi szlaki lecą jak wściekli,

Gdzie jest Oszlaszyn, Cyryn, Połonka,

Byli — spalili i w lot uciekli.

Litwa ich tropi — horda zbójecka

Umie pogoni zmykać nie lada,

Wreszcie przylata pod mury Klecka

I tam swój wielki tabor zakłada,

Tam krwawych łupów czyni podziały,

Z krwi myją ręce, umacnia siły,

Tam wszystkie hordy zebrać się miały,

Co w dziesięć szlaków Litwę niszczyły.

XVI

Nad grząskim stawem, dwoma obozy,

Synowie chana, dwóch mężnych braci,

Kując łańcuchy, wijąc powrozy,

Czekają Litwy w groźnéj postaci;

Ostrzą na głazach krzywe szabliska,

Sprawiają w łukach cięciwy, groty,

Czynią przechwałki i pośmiewiska

I rozbijają białe namioty.

Białe namioty w polu rozbili,

Konie puścili na grząską paszę,

Gdy niespodzianie, o rannéj chwili,

Nadbiegło chrobre rycerstwo nasze;

Naprzód Glińskiego rajtaria wpada,

Zabiera szatry w polu rzucone

I co się pasły ich koni stada,

Zgania tabunem na polską stronę.

Tatarzy szkodę odbijać lecą,

Wśród rozpaczliwych krzyków i wrzawy,

I hufiec pieszy, i konnych nieco

Przez wrzącą rzeczkę bronią przeprawy.

Gdzie był bród płytki miejscu piasczystem,

Napięli łuki, puścili strzały,

Żelazne groty ze szczękiem, świstem

W litewskie hufce jak grad leciały,

Tak gdy niebaczny bartnik podrażni

Na rój lecące gromady pszczole,

Z brzękotem groźby i nieprzyjaźni,

Tysiące żądeł twarz jego kole,

Celnie strzelają z łuków Tatarzy!

Strzał wyleciało mnogie tysiące.

Że za ich cieniem, jak mówią starzy,

Jakby za chmurą — skryło się słońce,

Niejednemu pocisk przestrzelił głowę

I niejednego powalił z siodła,

Strzała przebiła blachy stalowe

Albo rumaka ciężko dobodła.

Litwa się cofa, — ale po chwili

Śmielej się pocznie brać ku przeprawie,

Radziwiłłowscy z rusznic strzelili,

A broń to była nieznana prawie,

«Hej w imię Boże! przebrnąć te brody!»

A była gęsta zarośl u brzega;

Więc Litwa rąbie chrusty i kłody,

Rzuca do rzeki i po nich wbiega.

Gliński jak orzeł, jak błyskawica

Chruścianym mostem rzekę przebywa,

Na kark tatarski wpada konnica,

I rzeź nastaje krwawa, straszliwa:

Grzmot od wystrzałów, twardy zgrzyt blachy,

Tętnienie koni, rżenie, kurzawa,

Ciężkie w powietrzu mieczów zamachy,

Tam wódz rycerstwu ducha dodawa,

Tam konający «dobij mię!» błaga,

A sznurem płynąc, warczy posoka,

Z piersi hordyńców pierzchła odwaga.

Proszą o wsparcie swego proroka.

XVII

Pod kniaziem Glińskim konia zabito,

Ale się rumak nadarzył świeży,

Wskoczył nań — «Za mną!» — grzmiące kopyto

Znów daje hasło, gdzie iść należy.

Wśród żądeł mieczów, strzał i bardyszy,

Kurz pokrył wojsku oczy i twarze,

A jednak widzi, a jednak słyszy,

Gdzie im kniaź Gliński uderzyć każe;

Szlachta się waha, słabnie, w natłoku

Przed liczną hordą wytrwać nie zdoła.

Wtém nowogródzka chorągiew z boku

Idzie na pomoc jak miecz anioła;

Wściekły pohaniec znów ruszył w taniec,

Wzmógł się na siłach, tabor zamyka.

Ale grodzieńskich puszcz wychowaniec

Wziął go na oszczep, jak bierze dzika,

Mostem padł Tatar zbity zwycięsko,

Konie swych jeźdźców dławią i tłoczą;

Chorągiew mińska wespół z grodzieńską

Po stosach trupów krążą ochoczo.

XVIII

 Lecz nowy sygnał do boju dzwoni, —

Nowy zasiłek pomocy boskiéj: —

Hufiec koronny we trzysta koni,

Lekko, z husarska wiedzie Czarnkowski.

Z dala rozstawił hufce na górze,

Od trąb, od bębnów zagrzmiała niwa,

Aż wróg się zdumiał — wojsko tak duże

Skąd na obronę Litwie przybywa?

Znowu Tatarzyn szyki rozeprze,

Chce się orzeźwić, a tu już zmierzcha;

Lecz sparł go Gliński przy rzece Ceprze,

Położył trupem — a reszta pierzcha.

Wrogów dwadzieści padło tysięcy,

A któż policzy konie poległe?

A trzy tysiące tatarskich jeńcy

Przy murach Wilna dźwigało cegłę,

Uszły tatarscy obaj książęta,

Przez grząskie błota, przez ciemne lasy,

A Litwa długo ten dzień pamięta,

Będzie pamiętać na wieczne czasy!

XIX

 Od krwi wylanéj staw poza Kleckiem

Dziś Kraśnym Stawem naród nazywa:

Tarcze i hełmy z godłem zbojeckiém

Rolnik na polach dziś wyorywa.

A kurhan jeden, drugi i trzeciKopcem tatarskim dotąd się zowie,

Idzie pamiątka z ojców na dzieci,

Że tu pobici są Tatarowie.

A choć od owéj wielkiéj zagłady

Cztery stulecia mija bez mała,

Dziś jeszcze mówią swym wnukom dziady

O wielkich czynach kniazia Michała.

Kniaź był wybawcą dla Litwy całéj,

Był bohaterem pomiędzy braćmi:

Któż by odgadnął, że blask swej chwały,

Podłem zabójstwem i zdradą zaćmi.

XX

 Modła serdeczna niebo przebija,

Ale wyroków zmienić nie zdoła.

Prosząc za lubym, tęskna Maryja,

Odwiedza święte progi kościoła.

Próżno bolesną dzieląc się troską,

Do krat pokuty uczęszcza rada;

Przed Zbawicielem i Matką Boską,

Stan swojéj duszy kornie spowiada.

Ale niebiosa próżno zaklina:

Niebo nie chciało przyjąć ofiary,

Nie ocaliło zdrowia Marcina.

Podczas morderczej bitwy z Tatary

Oszczep mongolski strzaskał mu ramię;

Strzała puszczona z twardej cięciwy,

Ostrym się grotem w piersiach załamie;

 Rycerz się zachwiał, — padł jak nieżywy:

Wśród bojowiska nikt nań nie zważa.

Ledwie po bitwie, a ciemną już nocą

Jakieś życzliwe serce husarza

Towarzyszowi przyszło z pomocą:

Ocalił brata, co krwią oblany

Już dogorywać w mdłości poczyna;

Omył, przewiązał, zasklepił rany,

Na tatarskiego wsadził mierzynaI zaprowadził na wieś pobliską,

I tam wypytał aż do ostatka.

«Jak herb waszmościn? jakie nazwisko?

W jakim powiecie ojciec i matka?»

«Jestem Studzieński, — Marcin mi imie,

Gryf jest herbowym moim klejnotem;

Ród mój w Poznańskiem bywał w estymie,

Aleśmy jakoś zbiednieli potem;

Ojciec i matka dawno już w grobie,

A mnie tu nędza w świecie pędza:

Ale jak mogę przypomnieć sobie,

Że mam w Oszmianie krewnego księdza.

Tam chciałbym dobrnąć, gdy będą siły,

A jeśli umrę między obcemi,

Wszakże tu będą kopać mogiły:

Będzie i dla mnie trzy łokcie ziemi!

Umrzeć dla kraju i dla Pana Boga,

Nie żal polskiemu bojownikowi!

A już tam droga moja nieboga

Zgadnie, żem umarł i pacierz zmówi».

XXI

«Ej bredzisz waszmość — husarz odpowie —

Rany waszmości goją się prawie;

Za tydzień, drugi, da Pan Bóg zdrowie:

Ja do Oszmiany sam cię dostawię.

Moi rodzice żyją tam blisko;

I ja mam kraśny cel mych zalotów,

A jak jej imię, a jak nazwisko,

Nie powiem waści, boś odbić gotów».

 Dzięki staraniom bratniej opieki

Od ran tatarskich boleść nie taka:

Marcin Studzieński chory, kaleki,

Został pod Kleckiem w chacie wieśniaka.

Część czwarta.Zgon Wojciecha Tabora

I

Król Aleksander już w Wilnie złożył

Na łonie śmierci znękaną głowę,

Nawet tej pięknej chwili nie dożył,

Aż mury miejskie były gotowe.

Postrach tatarski grzał do roboty,

By się zasłonić prędzej od klęski,

Ale najwięcéj dawał ochoty

Wielki mąż boży, biskup wileński.Grosz szczodrobliwy sypał w ofierze,

Miłemu miastu w jego potrzebie,

Otworzył w wioskach mnogie szpichlerzeI robotników garnął do siebie.

II

 We dnie i w nocy zwożono cegły,

Dźwigane ludu wielkiemi siły;

Już się w obronne ściany uległy,

Już się w wysokie baszty spiętrzyły.

A każda wieża głowę piętrzastą

Chlubnie podnosi na Litwę całą

I Gedymina odwieczne miasto

Piękną a groźną postać przybrało.

Snadź duch Jagiełłów czuł radość nową,

Z wysokich niebios gdy spojrzał na nie,

Przez Gedymina pierś granitową,

Przebiegło ciepło w zimnym kurhanie,

Do swej wzniesiona już wysokości,

Kiedy ostatnia baszta stanęła,

Sędziwy biskup płakał z radości,

Widząc owoce swojego dzieła.

I drżące ręce wznosi ku ścianie,

I do modlitwy kolana chyli.

«Teraz w pokoju puść mię już Panie!

Bo upragnionej dożyłem chwili!

Zabezpieczenie w potomne wieki,

Twojego ludu widzą me oczy:

Niechże mur drugi, mur Twéj opieki,

To chrześcijańskie miasto otoczy».

III

Zatém rozkazał uderzyć w dzwony,

A krzyż Chrystusa niosąc po przedzie,

Ze wsi i z miasta lud zgromadzony

Dokoła murów z obrzędem wiedzie:

Pokrapia ściany święconą wodą,

Przy każdéj baszcie dłużéj przystanie,

A zacne dłonie wznosząc nad trzodą,

Z miednickiéj bramy dał przeżegnanie;

Z uszanowaniem głowy uchyla,

Pada na klęczki orszak narodu

I wielka a święta chwila,

W życiu pasterza i w życiu grodu.

IV

 Och! bo chwil wielkich w życiu tak mało,

Radość bez ofiar stać się nie może.

Wkrótce stroskane Wilno płakało

Po swoim ojcu, po swym Taborze.

Złaman chorobą, pracą i laty,

Czuje, że stanął w wieczności progu.

Pójdźmy zobaczyć w jego komnaty,

Jak sprawiedliwy umiera w Bogu.

V

 Z białą rzęsistą od pasa brodą,

Z obliczem piękném, suchém, schorzałém,

Siadł starzec w krześle. Czoło pogodą,

Oczy się jego iskrzą zapałem;

Habit świętego Franciszka gruby

Na zwiędłych członkach jak leży,

Bo Wojciech Tabor uczynił śluby,

Dać się pochować w mniszej odzieży.

 Przy nim oprawna w dębowe deski,

W mosiężne klamry spoczywa księga.

To Pismo Święte — pokarm niebieski,

Wierzącéj duszy moc i potęga.

Na starcu znaczne cierpień ostatki,

Lecz się już dusza niebem nasyca,

Wyswobodzona z kościanej klatki,

Chciałaby lecieć jak gołębica,

W górę!... wysoko!... i wnet uleci,

Lecz jeszcze miłość ku ziemi zowie:

Ojciec pożegnać musi swe dzieci,

Bo tu spłakani stoją synowie.

VI

Naprzód — król Zygmunt, wiedząc, że chory,

Chce uczcić starca ostatnie chwile,

Przysyła do niego swe senatory;

Pasterz ich przyjął — wysłuchał mile

I głosem cichym jako brzęk pszczoły,

Przemówił do nich w następne słowa:

«Nie płaczcie waszmość, gdym ja wesoły,

Nas nie rozdzieli deska grobowa:

Jeśli oglądam Pańskie oblicze,

Jeśli wysokie niebo posiędę,

Wiecie, jak ziemi ojczystéj życzę,

Tam modlitwami służyć jéj będę!

Za króla, za was i za rycerze,

Za stany miejskie, za stan poddańczy,

Będę się modlić. Niech Bóg was strzeże,

Od głodu, moru, ognia, szarańczy!

Niechaj wam niebo męstwa przyczyni,

Od pól oddala grady i susze!

Będę strzec Litwy, a wy, Litwini,

Módlcie się tutaj za grzeszną duszę!»

VII

 Przeżegnał panów skostniałą ręką;

Wyszli ze łzami senatorowie, —

Wszedł burmistrz miasta, pan Otoczeńko,

Padł na kolana i tak doń powie:

«Panie! Wy ojcem naszym jesteście!

Tyleście miastu dali opieki,

Raczcie zezwolić by w naszém mieście,

Stanął twój pomnik w potomne wieki!

Niech go wyrobią nasi rzeźbiarze!

Niech go wykują nasi kowale!

A my, magistrat, jak dług nam każe,

Sami ustawim na miejskim wale!»

— «Panie Burmistrzu! praca za długa,

Mnie za ten pomnik nie kupisz nieba,

Jakaż tu była moja zasługa?

Żem ja was kochał? bo tak potrzeba!

Te wasze baszty, te wasze ściany,

Ta łza, co u was w oczach się kręci,

To będzie pomnik mój wykowany!

On moją pamięć trwaléj uświęci!

Czy nieprzyjaciel, czy czas go zburzy,

Wy się nie leńcie kielni i młota.

Niech wasze głowy strzeże najdłużéj,

Aby nie poszła marnie robota,

W Bramie Miednickiej postawcie straże,

A gdy zadzwonią, że już mię nié ma,

Pierwszy, kto w niéj się jutro ukaże,

Pięćset kop groszy niechaj otrzyma!

Grosz na to w mojéj znajdziecie skrzyni,

Opieczętowan wielce starannie,

Niechże to łaska wasza uczyni,

Bom tak ślubował Najświętszej Pannie!

Bywajcie zdrowi, mój Otoczeńko!

Módlcie się za mną, gdy w Panu zamrę,

Bywajcie zdrowi!» I drżącą ręką

Mosiężnej księgi otworzył klamrę,

I począł czytać — i święta rosa,

Zwilżyła oczy, co jeszcze gorą.

Snadź świętej duszy tęskno w niebiosa!

Burmistrz i Radni wyszli z pokorą...

On się zadumał, w górę wzniósł oczy,

Przycisnął mały krzyżyk do łona,

Wtém jęknął kapłan, co stał z uboczy,

Że pasterz kona...

VIII

 O zmroku w mieście zagrzmiały dzwony

I wieść żałośna wszystkich uderza,

Że już dobrego nie masz pasterza!

Płacz po nim, ludu osierocony!

Mnogi się naród tłoczy w ulicy,

Wszyscy żałośni, wszyscy ciekawi,

«O! na pasterskiej naszej stolicy,

Drugi się Tabor nie prędko zjawi».

IX

Pan burmistrz spełnił to, co mu każe,

Święty nieboszczyk — nazajutrz do dniaW Miednickiéj Bramie postawił straże,

By najpierwszego spotkać przechodnia.

O piątéj z rana bramę otwarto:

Któś idzie pieszo z miednickiéj drogi...

I w miejskiej bramie stanął przed wartą

Pokaleczony żołnierz ubogi.

Twarz ma i postać jeszcze młodzieńczą:

Stąpa szykownie, zbudowan składnie,

Lecz głuchym kaszlem piersi mu brzęczą

I skaleczoną ręką nie władnie.

Skłonił się warcie, wstrzymał się w bramie,

Spojrzał na nowe żelazne wrota

I rzekł z boleścią, co łez nie kłamie:

«Gdzież się ja udam, biédny sierota!» —

«O, ja waszmości drogę pokażę!

Pójdziesz na ratusz, sąd cię opisze». —

Rzecze mu żołdak, co pełnił straże,

Ze śmiechem patrząc na towarzysze.

«Na ratusz! — krzykną. — Kto waszmość taki?

I skąd przychodzisz w tak rannéj chwili!»

Rozswawolone miejskie żołdaki

Halabardami go otoczyli.

«Po co na ratusz? Héj! hola! hola!

Albom ja zbrodzień? — rzekł żołnierz śmiele —

Ja wracam z boju, z kleckiego pola,

Tatarskie rany noszę w mém ciele!

Szanujcie rany! bo jak Bóg miły,

Jeszcze choć szczudłem bronić się mogę!»

Ale żołdaki go ostąpiły,

Wejścia do miasta przecięły drogę.

«Wasz ratusz żadną nie jest mi władzą!

Ja jestem szlachcic!» — wolał kaleka;

Lecz go żołdaki gwałtem prowadzą,

Gdzie na ratuszu obrada czeka.

X

 Poustrajani w szuby sobole,

W bogate pasy, w błyskotek wiele,

Panowie radni siedzą przy stole:

Pan burmistrz miasta siedzi na czele,

A obok niego radni, ławnicy,

Z krętemi wąsy, z butnemi głowy,

A obok pana Piotra Kotwicy,

Siedzi poważny pisarz sądowy.

Kunsztownie tkaną perską makatą

Pozaściełano stoły i ławy,

Pan burmistrz trzyma księgę bogatą:

To magdeburskie miasta ustawy.

Jeden ma w czapce kitę pierzastą,

Drugi ma spinkę z drogich kamieni,

Świetneż być musi wileńskie miasto,

Gdy jego rajcy tak przystrojeni.

XI

 Straż do ratusza wiedzie żołnierza,

Kędy zasiada rajców drużyna,

Każdy ciekawém okiem go zmierza,

Oblicze jego coś przypomina.

Ten, co miał zwierzchność nad miejską wartą,

Tak przed urzędem rzecz swoją czyni:

«Ledwie Miednicką Bramę otwarto,

Ten pierwszy człowiek zjawił się przy niéj

Kto on? skąd idzie? jam go nie pytał,

A resztę czyńcie, jak się wam zdawa».

«Marcin Studzieński! znamy go, znamy!» —

Wykrzyknął burmistrz i rajców grono

I wnet za przejście Miednickiéj Bramy,

Pięćset kop groszy mu wypłacono.

Biédny kaleka patrzy się, dziwi,

Swemu bogactwu i sam nie wierzy;

Lecz go obiegli rajcy życzliwi

Jak przyjaciele, jak bracia szczerzy:

«Boska nad tobą czuwa opieka,

Co było nie jest — w rejestr nie piszem,

Boś ty wybrańcem świętego człeka,

Bądź naszym bratem i towarzyszem.

Powiedz nam, z jakiéj przybywasz strony,

Czemu z twych oczu łza bujna płynie.

Czemu powracasz pokaleczony,

Wszystko nam powiedz, panie Marcinie».

XII

«Krótkie me dzieje, sławetne pany! —

Odpowie żołnierz — powieść niemiła:

W bitwie pod Kleckiem byłem zrąbany,

Strzała tatarska pierś mi przebiła.

Dobry towarzysz przybył z pomocą,

Ratował, leczył jak brat jedyny,

A tuląc moją dolę sierocą,

Zawiódł w Oszmiańskie, do swéj rodziny,

I ja tam miałem krewnego księdza

U franciszkanów, na Mieście Starem,

Ale w klasztorze zwyczajnie nędza;

Czułem, że jestem księdzu ciężarem,

Ramię mam chore, szablą nie władnę,

Żołdem rycerskim żyć już nie mogę,

Nie umiem wdać się w rzemiosło żadne,

Więc kij żebraczy... i daléj w drogę,

Tedy z Oszmiany pieszo wychodzę,

Ale zaledwiem uszedł pół mili,

Jacyś mię zbójcy napadli w drodze

I towarzysza mego zabili.

Pokaleczony, z grosza odarty,

Inaczej radzić gdy było próżno,

Wlokłem się tutaj, ot dzień już czwarty,

Z wioski do wioski, żyjąc jałmużną;

Szedłem, nie wiedząc, gdzie głowę złożę,

Ujął mię żołdak przy bramnéj warcie,

Gdy miłosierdzie cudowne Boże,

Przez wasze ręce dało mi wsparcie».

XIII

 «Snadź ci nadeszła nagrody pora,

Żeś mężnie walczył w kleckiej potrzebie,

Błogosławiona dusza Tabora

W ostatniej chwili przeczuła ciebie.

Ciebie wybrały boże wyroki,

Narzędzie cudu widzimy w tobie,

Pójdźże nawiedzić pasterza zwłoki,

Na dobroczyńcy pomódl się grobie».

Tak doń mówili miejscy rajcowie,

A pan Kotwica grzecznie i skromnie

Wziął go na stronę i cicho powie:

«A na wieczorek przyjdź waszmość do mnie!»

XIV

 W dworcu biskupim smutne dziś rano,

Litwa straciła swego pasterza,

Dzwon katedralny głucho uderza,

Niosąc po kraju wieść opłakaną.

Na prostej ławie, prostym kobiercu,

W izbie, gdzie świateł iskrzy się siła,

Leży mąż boży — z ręką na sercu,

Już dusza jego... tam, gdzie tęskniła,

Już z wysokości krainy górnéj,

Może się patrzy na Litwę drogą!

Księża żałobne pieją nokturny,

Tłumy się ludu cisną, jak mogą,

Żałość rozlana w modlitwie, w śpiewie.

Po wszystkich twarzach łzy bujne biegą,

Każdy się modli — ale sam nie wie:

Modlić się za nim albo do niego.

XV

 Marcin Studzieński wespół z drugiemi,

Gdy się docisnął, wsparty na kuli,

U nóg pasterskich klęknął na ziemi,

Wdzięczną modlitwę lejąc najczulej,

A między ludźmi już rozgłos lata,

Że to jest rycerz, że to ten samy,

Co do miednickiéj pierwszy wszedł bramy,

Że mu sądzona kwota bogata.

Marcin się modli. — Czy dusza wrząca

Dawne mu w sercu wspomnienia budzi?

Czy od zbytniego natłoku ludzi,

Czy z niezliczonych świateł gorąca?

Głowa się mroczy... chwieje się, bladnie,

Ledwie przez ciżbę wyszedł do sieni,

I na podłogę pada bezwładnie,

Jak upadają gromem rażeni.

Długą czy krótką przeleżał chwilę,

On nie pamiętał, a nikt nie zważa,

Ciało obwite w łachman nędzarza,

A dusza strojna w skrzydła motyle,

Przez wspomnień kwiaty, przez wspomnień ciernie,

Leci... o kwiatek, o cierń zahaczy...

To — uśmiech lubéj, co kocha wiernie,

To — krwawa bitwa, to — strój żebraczy,

To — napad zbójców, to rzewna modła,

Przy zacnych zwłokach ojca Tabora,

Wtém go chrapliwa mowa ubodła,

«A powstań waszmość! spać tu nie pora,

Spać tu nie miejsce, wynoś się skoro!»

Żołdak, co w sieniach odprawiał straże,

Szarpnął go silnie za rękę chorą

I z progów pańskich wynieść się każe.

XVI

 Powstał Studzieński — ale o dziwa!

Strzaskana ręka już go nie boli,

Rana, co w piersiach, już nie narywa;

Odrzucił szczudła — przeszedł powoli

I sam nie wierzy, sam siebie bada,

Czy jest w istocie zdrowym i hożym:

A więc ludowi cud opowiada,

Co mu się trafił przy mężu bożym.

Tłoczy się naród bliski, daleki,

Słucha powieści, cudom zawierza:

Bo sam oglądał rany kaleki

I wierzył w świętość ojca pasterza.

Dzisiaj powiecie: «bajka to stara!»

Anachroniczna ta powieść cała,

Ojczyzna cudu, kruchciana wiara,

Dziś z chrześcijańskich serc uleciała.

A czyż ja mówię, że ona żyje

Lub że dziś nasze czyny okrasza?

Ze starych kronik powtarzam chryję:

Wierzcie, nie wierzcie, jak łaska wasza,

Dzisiaj nie nęcą anioły boże,

Dzisiaj niestraszni piekielni czarci,

Czy cud być może? albo nie może?

Czyśmy go warci? albo niewarci?

Czyśmy już w naszej rozumnej pysze

Wydarli Panu berło z koroną?

Ja w to nie wchodzę, lecz powieść piszę

Z czasów, gdy jeszcze w cuda wierzono.

Marcin Studzieński zeznanie cudu

Do katedralnej zaniósł świątyni:

Stało się jawnem w obliczu ludu,

Jak Pan maluczkim swe łaski czyni.

Epilog

 Dał pan Kotwica wieczór wspaniały,

Powrót obchodzić chciał Marcinowy,

Pięćset kop groszy — to grosz niemały,

Więc go do spółki ciągnął handlowej.

Marcin zezwolił, bo z jego chatą

Spółkę serdeczną miał z dawnych czasów;

Więc uradzono na przyszłe lato,

Wspólnie nakupić pereł, hatłasów,

Po drogie wina posłać do Gdańska,

Kupić złotogłów', futra sobole,

«A co do reszty... w tém łaska Pańska,

Spuśćmy się całkiem na Jego wolę!»

Odwiódł na stronę pana pisarza,

«Stary kolego! — rzekł mu do ucha —

Czy widzisz waszmość, co mi Bóg zdarza,

Miłoż mieć zięciem takiego zucha».

Pan pisarz miejski pojął te słowa,

Że się z nierównym spotkał szermierzem,

Ale co wyrzekł — milczenie chowa

Kronika stara, z któréj to bierzem,

Musiał pomyśleć: «niech kat naruszy,

Trzeba odkosza zgryźć po kryjomu!»

Potem wziął czapkę przytulił uszy,

I powędrował cicho do domu.

A tam nauczcie, czy pito wiele?

Wiele zjedzono soli i chleba?

I czy na końcu było wesele?

O tém i mówić, zda się, nie trzeba.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.