drukowana A5
16.03
Janko Cmentarnik

Bezpłatny fragment - Janko Cmentarnik


Objętość:
51 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0962-8

W naszéj wiosce za mych latek,

 Inszy bywał ruch:

I wesele, i dostatek,

Każde dziéwczę gdyby kwiatek,

 Każdy chłopiec zuch!

Dziś na rozum ludzie biorą,

Ale idzie cóś niesporo

 Insze czasy masz!

Szarém kwieciem łąka kwitnie,

Pokarlały kłosy żytnie,

 Zbladła ludziom twarz!

Czy w jesieni, czy to w wiośnie,

 Były piękne dni;

Czy pracujem — serce rośnie,

Czy się bawim — to rozgłośnie,

 Aż gospoda drży!

Dzisiaj ludzie już nie tacy

I do czarki, i do pracy —

 Wiém ich siłę, wiém!

A ojcowie dzielni, starzy,

Spoczywają u cmentarzy

 Wiekuistym snem!...

Pójdę do nich: na mogile

 Będę płakać rad;

Do nich miodu dzban wychylę,

I pogwarzę słodko, mile,

 Z ludźmi dawnych lat.

Janko Cmentarnik

I

Jak ponad grobem wśród nocnéj pory

Błądzą ogniki i meteory,

Tak dni ubiegłe, dawne dni nasze,

Zawsze uroczy promień opasze.

Choć one były zwykłemi dniami,

Ludzie ci sami i tacy sami,

I świat, i człowiek jedną miał dolę:

Chmury na niebie, troski na czole;

Niekiedy jutrzni promień szeroki

Rozjaśnił serce, przebił obłoki,

I znów się ukrył za gęste mgliska;

Z niebios deszcz pada, z oczu łza tryska,

I tak się ciągle miesza na ziemi:

Chwilka pogody z dniami tęsknemi; —

A jednak promień przeszłości złoty

Każe zapomnieć chmur i tęsknoty:

Gdy w tamtą stronę myśli pobiegą,

Rzewniéj na sercu — Bóg wié dlaczego!

Rok dawno zbiegły dziwne ma wdzięki!

Bo to rówieśnik naszej jutrzeńki;

A tamci ludzie dlatego mili,Że w naszém życiu świadkami byli

Piérwszéj pielgrzymki — kiedyśmy śmieli

Ku niewidomym celom lecieli,

Za motylami, to za kwiatkami,

Za wszystkiém piękném, co oko mami,

Za wszystkiém miłem, co serce pieści, —

Nie tak jak dzisiaj — gdy syn boleści,

Zaznawszy świata, głowę schyliwszy,

Co chwila mędrszy i nieszczęśliwszy,

Obarczon ciężką sakwą podróży,

Gdy mu dawniejsza siła nie służy,

Krwawiąc się cierniem i ostrém zielem,

Idzie do celu — a grób tym celem.

II

Święta jutrzeńko mojego rana!

Tyś była chmurna i opłakana,

Ot taka sama i w każdym względzie

Jak dzień dzisiejszy, jak jutro będzie.

A jednak nie wiem i skąd? i po co?

Nad twém wspomnieniem światła migocą;

A przy tych światłach gdy się rozmarzę,

Lubię oglądać dawniejsze twarze,

Miejsca, gdzie moje zbiegło zaranie,

Gdzie dzisiaj noga już nie postanie.

I patrzę czasem, i tęsknię rzewno

Za ową barwą mglistą, niepewną;

Za temi dachy, gdzie życie biegło,

Za tamtych świątyń znajomą cegłą,

Za tamtym wiatrem, łąki przekosem,

Za tamtych ludzi wzrokiem i głosem,

Z którymi niegdyś żyło się ściśléj,

Łamiąc chléb bratni, mieniając myśli...

Gdy spracowane ramię zaboli,

Gdy pulsa życia tętnią powoli,

Człek ciężko westchnie: «Boże mój Boże!

Tam świeżość dawną zyskałbym może,

Widok stron tamtych i tamtych twarzy

Zastygłe serce pewnie rozżarzy...»

Śmieszne rojenia! puste gawędy!

Wszak czas i życie szły i tamtędy;

A tamte miłe dachy ze słomy

Pokrył mech siwy, mnie nieznajomy;

Drzewka, com niegdyś kochał jak braci,Musiały wzrosnąć w nowéj postaci —

A cóż mi po nich? myśl ma pochmurna

Chciała w nich widziéć dawne konturna,

A one wzrosły jak wszystkie drzewa;

A wiatr tam dzisiaj inny powiewa;

Inaczéj huczą kościelne dzwony,

Jeden rozbity, drugi zmieniony...

A twarze ludzkie?? jak karta biała:

Tam każda chwila cóś zapisała.

Nowe kolébki ściele niewiasta;

Co było dzieckiem — w męża urasta,

Co było mężem --- dzisiaj skroń siwa,

Co było starcem — w grobie spoczywa.

To jacyś obcy... nie chcę tych ludzi:

Ich widok tylko boleść mi wzbudzi!

Cóś znajomego, cóś mi się roi;

Lecz to nie tamci, lecz to nie moi!

Na twarzach zmarszczek głębokie żłoby,

Ślad wieku, smutków albo choroby;Już głos dziewiczy, co ucho pieści,

Ostro dziś płynie z piersi niewieściéj,

Głos męża silny, pełen słodyczy,

Dziś w starczych ustach szepleni, syczy, —

Człek przypomina, wsłucha się, wsłucha:

To obce dźwięki dla mego ucha!...

A sercaż ludzkie! jaka tam zmiana!

Widziałeś piękny zapał młodziana —

Dzisiaj tę duszę czyż poznać można?

Tak samolubna, taka ostrożna!

Widziałeś w niebo wzniesione oko,

Czytałeś w sercu wiarę głęboką,

A jakąż miłość kryło to łono,

Niewyczerpaną, niewyziębioną!

Lecz czego lodem zakuć nie w stanie

Grzech, doświadczenie, odczarowanie?

I już w tych piersiach i już w tej głowie

Chłodna niewiara, straszne pustkowie!

Posłuchaj tylko: szydzi bluźnierca

Z dawniejszéj wiary, z własnego serca...

Precz mi z tym człekiem! ja go nie znałem!

A jam chciał wskrzesnąć jego zapałem!

A jego postać, ileż to razy,

Gdym w myślach kréślił przeszłe obrazy,

Tak promieniście i tak różowo

Przelatywała nad moją głową!...

Szatan nie człowiek!... za jakież winy

Skalał mój obraz, obraz jedyny

Młodéj przeszłości, szczęśliwszej chwili,

Źrzódła, com sądził, że mię posili,

Że zwątpiałemu wróci nadzieje,

Że mię dawniejszym ogniem zagrzeje?!...

Och! jak boleśnie, och! jak boleśnie,

Że dzień wczorajszy nigdy nie wskrześnie!

Wczorajsi ludzie już dziś umarli,

A wiek się zmienia, przyszłość się karli...

Chcesz zdłużyć chwilę, która ucieka??

Rozważaj przeszłość, ale z daleka.

III

Jeśli ochota, słuchacze mili,

Dajcie mi ucho choć na pół chwili:

Starym zwyczajem, w kółku słuchaczy,

Powiém powiastkę, przygodę raczéj,

Którąm zasłyszał z ludzkiéj pogłoski,

Prostą i rzewną — wiadomo z wioski.

Czyńcie co wola — śmiejcie się, płaczcie,

Dobre przyjmijcie, a złe przebaczcie.

IV

Przed pięćdziesięciu czy więcéj laty,

Żył w jednéj wiosce młodzian bogaty,

Młody, wesoły — jeden z tych ludzi,

Którego serca nic nie wystudzi,

Co go nie stworzył Bóg na pieszczocha,

Co kiedy kocha, to szczerze kocha,

Co to do pracy rwie się ochotnie,

Co to przy pługu z rozkoszą potnie,

A kiedy hula, to z całéj duszy,

Którego serce wszystko poruszy,

Co gotów stawić we dnie i w nocy

Pierś do uścisku, dłoń do pomocy.

Więc wszyscy brata widzieli w Janku;

A on zajęty był bez ustanku,

Temu, owemu, czy to, czy owo,

Jakąś gromadzką sprawą wioskową.

Kochał swą wioskę, chlubił się wioską,

Kochał rodziców duszą synowską,

Kochał swe pola i sianożęci,

Kochał rzeczułkę, co tam się kręci,

Kochał swe lasy i dymy chatnie,

Dla parobczaków miał serce bratnie,

Kochał na zabój dziewczęta młode,

Kochał kaplicę, cmentarz, gospodę.

I z tą miłością rodzonéj ziemi,

Dobrze mu było między swojemi:

Bo jakoś zawżdy na sercu gracko,

Dolę, niedolę dzieląc gromadzką;

Żyć ze wszystkimi, czuć bratnią spójnię,

To jakoś serce bije podwójnie.

Bywało, we wsi śmierć kogoś bierze —

Janek jak dziecko spłacze się szczerze,

W obcym człowieku, co zszedł ze świata,

Jakby utracił ojca czy brata;

On dół wykopie, trumnę wyciosa,

Żałobną pieśnią grzmi pod niebiosa,

A jeśli krewni nie dość bogaci,

Jeszcze, bywało, za pogrzeb płaci.

Za to gdy we wsi jakaś hulanka,

Za siódmą górą posłyszysz Janka:

To hucznie śpiewa, to w taniec ruszy,

Gromadzka radość tak mu do duszy.

On na weselach za drużbę stanie,

On piérwszy oracz na dworskim łanie,

Przodowy kosarz na sianożęci,

Nigdy mu nie brak siły i chęci.

No! a na świecie różnie się plecie:

Czasem do bitwy przychodzi w lecie,

Zwłaszcza — że wioska ustronna, mała,

Na spornych gruntach jakoś leżała.

Więc cudzopaniec, w dogodnéj porze,

Łąkę przekosi, grunta przeorze,

Wpuści dobytek w niwę wioskową:

Groźba za groźbę, słowo za słowo,

Krzywda widoczna, a sprawa prędka,

To się i pobić przychodzi chętka.

No! różnie bywa — któréj niedzieli,

Ten się podchmieli, drugi podchmieli,

Słówko za słówko, krew' silniéj bije,

Jakoś przychodzi grzmotnia na kije;

A drugi siedząc, niedługo duma,

Żal mu sąsiada, żal pana kuma,

Więc do pomocy! i z drugiéj strony

Znowu się zjawi gość nieproszony,

I dwie gromadki starym zwyczajem

Gdzieś przy gospodzie grzmocą się wzajem.

Na taką grzmotnię, w lichéj godzinie,

Niech no się tylko Janek nawinie

I rzutem oka niech no wybada,

Że tam chcą skrzywdzić jego sąsiada:

To własne życie już mu nie w cenie,

Choć na dziesięciu wpada szalenie,

A słabej stronie dając pomoce,

Potężną ręką jak cepem grzmoce,

I póty grzmoce daléj a daléj,

Aż przeciwników z nóg nie obali:

Piersi do piersi, a ramię w ramię,

Aż nim ich kije w trzaski połamie.

Słowem, czy w zgodzie, czy to we zwadzie,

Janek był pierwszy w całéj gromadzie.

V

Takie pierwszeństwo nie idzie z rodu,

Ani go zjednać za kufel miodu;

Lecz trzeba kochać a sercem całém,

Trzeba być silnym duszą i ciałem, —

A czy to w wiosce, czy w wielkiem mieście,

Taką przewagę uznają wreszcie.

Przewaga serca w imię przyjaźni,

Najdumniejszego dumy nie draźni,

Wszyscy się chylą przed taką władzą,

Ochocze serca zawżdy poddadzą;

A gdy już pierwsza przebyta proba,

Prowadź gromadkę gdzie się podoba.

VI

I świetną była dola Jankowa,

Póki się we wsi rodzinnéj chowa.

Lecz inszą dolę dały mu nieba:

Panu hajduka było potrzeba,

Spodobał Janka — zabrał go z chaty

W obce wojwództwo aż pod Karpaty.

Żal rodzinnego było mu płota,

I wioska po nim będzie sierota:

Ojciec przeżegnał dobrego syna,

Gorzko płakała matka jedyna,

Chłopaki ucztę dali mu w domu,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.