drukowana A5
29.81
Gawędy

Bezpłatny fragment - Gawędy


Objętość:
176 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0961-1

Litwinom

Dedykacja Gawęd gminnych

O bracia moi znad Wilii, znad Niemna!

Gdy wam swojacka gawędka przyjemna,

Zasiądźcie w kółko — a ja wam pogwarzę;

Stukniemy w czarki, rozweselim twarze,

A może prawda wynurzy się na dnie,

Albo się chwilka smutkowi wykradnie.

 Ja czasem wierszyk skleciwszy naprędce,

Lubię się wylać w niewinnéj gawędce,

A wy niekiedy serdecznie i czule

Dajecie ucho sielskiemu gadule;

Będziem wzajemnie radzi — tak mi właśnie!

Niechże kto teraz drzwi na klucz zatrzaśnie,

Aby snadź jaki panek, czy półpanek,

Nie przyszedł wyśmiać naszych pogadanek.

U nas, wiadomo, domowa czeladka,

Wiersz od siekiery, robota niegładka,

A słuchacz patrząc w serce gospodarza,

Wdzięczen z przyjęcia czém Pan Bóg obdarza.

 Łatwiéj to z wami wywinąć się księdze,

Bracia w kapocie i bracia w siermiędze!

Gmin nieuczony łatwiéj się pozwoli

Podkraść, wysłuchać: czy mu serce boli,

Czy własna wina, czy Boża niełaska,

Czy błoga radość po sercu pogłaska;

Oblicze gminu blednie, to się płoni,

Pierś przeźroczysta — widno jak na dłoni;

Na sercu grają uczucia otwarte!

Łatwoż je schwycić i przenieść na kartę: —

A potém w kółku tych samych słuchaczy,

Któż niedołężnéj piosnce nie przebaczy?

Kto zechce śpiewek nicować dziadowski,

Z myśli do myśli, ze zgłoski do zgłoski?

 Z jaśnemi pany nie tak idzie składnie;

Któż ich oblicza, ich serca odgadnie?

Jak dla nich śpiewać? kiedy mają narów,Że za swój pieniądz chcą dobrych towarów;

Dla nich się książki w pozłocistych szatach,

Robią w Paryżu w najpiérwszych warstatachGdzież nam dościgać? nierówna gonitwa,

Co insza Paryż, a co insza Litwa, —

Kogo zamorskie pachnidło przynęci,

Cóż mu aromat naszych sianożęci?

Po śpiewie oper jak nudną są rzeczą

Ranne skowronki, co na Litwie skrzeczą!

 Nie żal mi serca i nie żal mi głowy,

Dla ciebie śpiewam gminu szaraczkowy!

— O tobie śpiewam i z tobą zespolę

Nadzieje, radość i smutki, i bole;

Twojém powietrzem orzeźwię oblicze,

Od twoich ptasząt wyrazu pożyczę;

Niech się myśl moja spod serca wygwarzy,

Nutą żniwiarską, w takt brzęku kosarzy, —

Gdzie chata słomą lub dranią pokryta,

Serdeczny Litwin niech piosnkę przeczyta,

A gdy swojaka dopatrzy się we mnie,

Zgrzeszyłbym mówiąc, żem śpiewał daremnie.

Pocztylion

— Tu piją i gwarzą, ty jeden w téj wrzawie,

Wyglądasz jak jeniec w niewoli; —

Weź czarkę, weź lulkę, siądź tutaj na ławie,

I powiedz, co tobie tak boli?

Ni dzwonek, ni trąbka, ni kraśne dziewczęta,

Nie mogą rozerwać twéj nudy;

Dwa lata tu żyjesz, a nikt nie pamięta

Ażebyś był wesół jak wprzódy.

— O! bo też mi gorzko, bo smutno mi wszędzie,

Nie miło na świecie, nie miło;

Daj czarkę! przy czarce odważniéj mi będzie, —

Posłuchaj co mi się zdarzyło:

Gdym przystał na pocztę, zbyt jeszczem był młody,

Lecz dusza dość miała swéj mocy;

Nie znało się wprawdzie wygody, swobody,

Nie było ni święta, ni nocy.

Od ranka do zmroku, od zmroku do ranka,

Woziłem pakiety i pany, —

Dostałem złotówkę; o! wtedy hulanka,

Wesoły i syt, i pijany!

Zwodziłem dziewczęta, skarbiłem przyjaciół,

Z pisarzem jak z równym i kwita;

I konie mię znały, jak gwizdnął, jak zaciął, —

Rwą moje siwaki z kopyta.

Wesoło wieźć pocztę! zatrąbię na moście:

Tu kogoś się spędzi, tam spotka,

Tu wiozę panicza, tu młode imoście,

O! wtedy pewniutka dwuzłótka!

Lecz serce me jednéj oddałem dziewczynie, —

Mieszkała w wioseczce o milę.

Bywało wracając nigdy się nie minie,

Choć krótką przepędzę z nią chwilę.

Raz woła mię pisarz, w północnéj cóś porze,

Budzę się natychmiast, przychodzę, —

A była to zima, mróz tęgi na dworze,

Zawieja, sumioty na drodze.

«Powieziesz sztafetę!» — «Oj licho przywiodło!» —

Tak sobie odchodząc mruczałem.

Za pakiet, za trąbkę, za konia, za siodło,

I w moment puściłem się czwałem. —

A tutaj wiatr świszcze, śnieg kręci i ciemno,

A przytém okrutne bezdroże;

Dwa słupy wiorstowe mignęły przede mną,

Podjeżdżam pod trzeci — o Boże!

Wśród wichru poświstów, głos z płaczem zmieszany,

W bok drogi gdzieś woła pomocy;

Myśl piérwsza — pomogę! któś pewno zbłąkany,

Brnie w śniegu i zginie wśród nocy.

Zwróciłem już konia — wtém jakby mi zda się

Któś szepnął: «a tobież co po tém?

Ej lepiéj godzinkę zyskawszy na czasie,

Odwiedzić twą dziéwę z powrótem».

Strach serce ogarnął, zaledwiem mógł dyszeć,

Pot zamarzł kroplami nad czołem;

Jam w trąbkę uderzył, by jęków nie słyszeć,

I daléj siwego zaciąłem.

Wracałem o świcie — trzy wiorsty od domu,

Strach znowu ogarnął mię skryty;

Duch zamarł, a serce szepcąc po kryjomu,

Stukało jak dzwonek rozbity.

Przy słupie koń czmychnął — zjeżyła się grzywa

Na drodze, pod płachtą powiewną,

Pod warstwą sumiotu — kobiéta nieżywa,

Skostniała, bezwładna jak drewno.

Strząsnąłem płat śniegu na białéj jéj szacie,

I trupa wywlokłem na drogę;

Otarłem śnieg z lica — to była... ach! bracie

Daj czarkę, dokończyć nie mogę —

Trzy gwiazdki

I

— Obdarzcie dziada, co pod waszą chatą!

Dajcie mi chleba, o więcéj nie pytam;

Bóg was nagrodzi, a ja biedny za to

Z mojéj książeczki rozdział wam przeczytam.

— O! toś uczony, gdy nosisz księgi,

Znaczno, żeś szlachcic, a więc nie dziwy;

Znaczno po twarzy, żeś zuch był tęgi,

Znaczno po oczach, żeś nieszczęśliwy. —

— At! litościwy człeku, kiedyś to inaczéj

Było ze mną — i szczęście, i postawa hoża;

Dziś za młodość, za szczęście — ot ten kij żebraczy!

Cóż robić? chodzę z kijem, dziej się wola boża!

Myślisz, widzę, że noszę książeczki światowe?

Nie, to Ewangeliczka, słowa Chrystusowe!

W niéj rozdział po rozdziale przebiegam koleją

Są mędrcy! co światowe księgi rozumieją;

Widziałem ja tych mędrców własnemi oczyma,

Świecą — jak zimny kamień, przysypany żarstwą,

Ich księgi... mocny Boże!... ach czegóż tam nié ma? —

Cha, cha, cha, tylko prawdy ani na lekarstwo!

Nad niemi mędrcy łamią swe uczone głowy,

Nie wierząc w innych ludzi doświadczenie stare;

A chcąc wszystko wyłożyć przez rozum książkowy,

Tylko serca swe suszą, tylko tracą wiarę.

 Ejże! źle im bez serca, ich oschła nauka

Sama im wykazuje swą lichotę biedną;

Czuje mędrzec ból w sercu i w głowę swą puka, —

Ej panie! głowa... serce... to nie wszystko jedno!

II

Ot ja powiem o sobie — służyłem mospanie —

W zacnym domu — tak sobie, służyłem z nałogu,

Choć była własna chatka, a w niéj dzięki Bogu,

Na szlacheckie starcowi wyżywienie stanie. —

Miałem wtedy trzech synów i sam byłem krzepki,

Bywało my we cztérech choć czarta podążym,

Najmłódszy z nich, chłopczyka już miał u kolebki,

Najstarszy — był zaścianku naszego chorążym.

Przyszła wojna ze Szwedem... krótka szlachcie rada,

Już nie siedzieć za piecem, nie pilnować pola,

Przyszła wić od hetmana — wola czy niewola,

Siadaj na koń kto szlachcic i kto szablą włada.

«Ot jedźcie synki» — rzekłem, wywiodłem za wrota

I pobłogosławiłem, — padli na kolana,

Potem siedli na konie i ruszyli kłusa,

Zapłakałem ukradkiem, żem stary sierota,

Zmówiłem pięć pacierzy do Pana Jezusa,

I poszedłem na służbę do dawnego pana. —

III

Mój pan, młódszy ode mnie, ciągle czytał księgi,

I miał głowę nabitą mądrością niemiecką,

Ale umiał szanować stare niedołęgi;

Ja mu bywało bajam, on słucha jak dziecko,

Słucha, lecz czasem mówi: «ja temu nie wierzę —

Bo w księgach nie tak stoi». — Ot dziwak uczony!

Pomawiali go ludzie, że trzymał z masony,

Lecz to fałsz, sam widziałem jak mówił pacierze. —

 Dobrze mi było, dość chleba i czasu,

Niekiedy panu stare rzeczy plotę,

Czasem kuflową podzielam ochotę,

Najczęściéj idę ze strzelbą do lasu.

Bywało sobie w wieczornéj godzinie,

Mówiąc koronkę usiadam na dworze;

Liczę Zdrowaśki, patrzając na zorze, —

Ni stąd ni zowąd i łza mi popłynie!

 A była u mnie ta przywyczka marna

Żem trzy gwiazdeczki polubił z zapałem;

Malutkie gwiazdki, jak... makowe ziarna,

Ja tylko jeden znaleźć je umiałem,

Jam je odróżniał z innych gwiazdek grona,

Drżałem, gdy która nie dość jasno świeci.

Ponadawałem im synów imiona,

Wierząc, że one to gwiazdki mych dzieci.

Tak się to w serce wrosło, wkorzeniło;

Że gdy pochmurna albo mglista pora

I moich gwiazdek nie ujrzę z wieczora, —

Cóś mi na duszy tęskno i niemiło.

IV

Pan był tęgi myśliwy; raz — było to w maju,

Gdzie przed świtem, — z strzelbami poszliśmy do gaju

Bić cietrzewie na tokach: przybyliśmy wcześnie,

Siedliśmy w naszych budach, — wszystko było we śnie.

Czasem chruściel chrapliwy ozwał się gdzie z błota,

Czasem wietrzyk zawieje, słowik zaszczebiota. —

 Tak cicho! ani szaśnie — tak pięknie w téj dobie,

Żem niewolnie znak krzyża położył na sobie

I począł mówić pacierz strzelisty, głęboki,

Spuściłem kurek strzelby na piérwszym odwodzie

I czekając cietrzewi, patrzałem w obłoki,

Jak zawsze na trzy gwiazdki — te były na wschodzie.

Igrały ze mną starym, błysną, to przygasną,

To zapłyną obłokiem, to zaświecą jasno,

Czysto dziatki swawolne...

      Ot razem coś mignie,

Coś jak sznurek ognisty na niebie przeleci,

Spojrzałem... dreszcz mię przeszedł... i krew w żyłach stygnie —

Spadły trzy gwiazdki moje... gwiazdki moich dzieci!!...

Począłem płakać głośno, sam nie wiedząc za czym,

Począłem Anioł Pański — aż Pan krzyknął w gniewie:

«Czego tam Janie chlipiesz? popłoszysz cietrzewie,

Z twojéj łaski zwierzyny w oczy nie obaczym!»

«Ej Panie — powiedziałem — mnie nie do zwierzyny,

Ot się trzy małe gwiazdy stoczyły z niebiosów»; —

— «To i cóż?» — «Ach te gwiazdy! to były me syny!

To gwiazdy moich synów, światełka ich losów!» —

— «Skądże to wziąłeś?» — «Hola! wszakże mówią ludzie,

Że każdy człek na niebie ma swą gwiazdkę własną;

Że jéj bystra zrzeniczka pogląda z daleka,

I strzela promykami tak ciemno lub jasno,

Jak jasna albo ciemna dola jéj człowieka. —

Że gwiazdy tych, co idą szczęśliwą koleją,

Piękną iskrą na siném niebie płomienieją,

Ot jak ta co pan widzisz!... co się w lewo żarzy...

A te gwiazdy drobniutkie — to gwiazdy nędzarzy,

Tleją... at! jak dogarek lampy na pogrzebie. —

 I mówią: że gdy człowiek snem śmiertelnym zaśnie,

Wtenczas i gwiazda jego stoczy się po niebie.

Błyśnie wężykiem... i zgaśnie.

Oj dożyłem na starość! — Widziałem w téj chwili

Jak gwiazdy moich dzieci zgasły na błękicie,

Ejże biedne me syny! — już mi nie wrócicie...

Gdzieś was na cudzéj ziemi wrogowie zabili!!»

V

Pan począł śmiać się ze mnie: — «Ech! jesteś dziwakiem,

Wstydź się wierzyć w te duby, co plecie prostota!

Człek swoim, gwiazda swoim postępuje szlakiem,

I losami ludzkiemi nic się nie kłopota. —

Każda gwiazda na niebie, co ją wzrok doścignie,

To planeta lub słońce, przysłonione mgiełką,

A to co widzisz czasem — jak przeleci, mignie,

To po prostu meteor — lub błędne światełko. —

To fosfor albo gazy — próżno głupcy bredzą,

Gwiazdy o twoich synach... nic a nic nie wiedzą». —

 I począł daléj mówić, tłumaczyć na nowo,

Po mądremu, z łacińska, fizykę książkową,

Chciałem wierzyć i umysł pocieszyć stroskany,

Lecz gdzie tam! łza jak na złość po oczach się kręci,

Mądre słowa, to prawda — lecz jak groch do ściany,

Nie przylgnęły do serca, ani do pamięci.

 Smutnie kiwnąłem głową i westchnąłem z cicha,

Wtém szast!! cietrzew przyleciał — tak blisko aż miło...

Złożyłem się — palnąłem — ej pudło u licha!

Oko łzami zabiegło i cel prześlepiło!... —

VI

Upłynął miesiąc — drugi — aż oto —

(Czyż mi téj chwili dożyć potrzeba?)

Wyszło na prawdę, co ludzie plotą

O upadaniu gwiazd z nieba!...

Do pana przyszły listy z obozu,

I on o synach wieść mi udziela,

Że raz na czatach wszyscy trzéj razem

Wpadli w zasadzkę nieprzyjaciela

I poginęli kulą, żelazem, —

 A poginęli jak raz w téj porze,

Kiedyśmy z rana byli na tokach,

Gdym widział gwiazdy zgasłe w obłokach,

A pan rozprawiał o meteorze!!...

VII

Ot zapłakałem, potrząsłem czołem,

Oddałem chatę moją rodzinie,

Ewangeliczkę i torbę wziąłem,

I ruszam sobie po żebraninie. —

Z wioski do wioski, z dwora do dwora,

Wędruję sobie w słotę i śpiekę,

A gdy uczuję, że umrzeć pora,

W rodzinne strony znów się powlekę.

VIII

Lecz już was nudzi, co stary gada,

Więc Ewangelię czytać wam będę;

A wy czém łaska obdarzcie dziada

I za czytanie, i za gawędę, —

Grosz na tabakę, suchar dziadowski,

Dość tego na mój zapas podróżny. —

Starzec przeczytał, dostał jałmużny,

I poszedł z Bogiem do drugiej wioski.

31 marca 1846

Dyferencja

I

Starzy szlachta tam pod miedzą

Na naradzie ważnéj siedzą,

A wokoło młodzież wrząca,

Tysiąc gniewnych słów wytrąca, —

Lud się na dwie strony dzieli,

Błyszczą ostrza karabeli.

Pan komornik z sznurem stawa;

Woźny wznosi papier w górę,

Słowem jakaś tu rozprawa,

I de hajda — i de jure.

At, mospanie, któż i kiedy

Przywileje szlachty zaćmi?

To jest zatarg między braćmi

Przy podziale swojéj schedy.

A u szlachty takie chucie:Że gdzie sprawa, tam i wrzawa,

A gdzie wrzawa, tam i bitwa,

Potém kończą na statucie,

Potém kielich i modlitwa. —

Szlachcic poczciw — bo ma duszę,

A wrzaskliwy — bo szlachetny,

Urodzony — nie sławetny,

I nie straszne mu ratusze!

Process w sądzie — to nie boli,

A zabawka niezła wcale; —

Więc brat z bratem przy podziale

Zabijacko się warcholi. —

 Ich się ojcu niegdyś szczęści,

Dość zostawił dla nich mienia,

Co dziś dzielą na dwie części,

Wedle Boga i sumienia. —

Dzielą słusznie jak wystarczy,

I grosiwo, i śpiżarnię,

I oborę, i owczarnię,

I nabytek gospodarczy. —

Potém z obu stron namowy,

Pan komornik przez zagony

Ciągnie sznurem na dwie stronyI wydziela dwie połowy. —

 Zabił wiechę strojną w liście,

Wsunął cérkiel za popręgęI zawołał zamaszyście:

— «No, skończyliśmy mitręgę!

Waść sądowy jenerale,

Mości strony i starszyzna!

Niech mi teraz każdy przyzna,

Żem wydzielił doskonale. —

Ot jak z boru do sosenki

Idzie ścianką ta drożyna,

Stefanowe z prawéj ręki,

A co z lewéj — to Marcina,

A zaś młynek i zatoka

Służą obu jednostajnie. —

Równe schedy jak dwa oka,

Nawet pręta nikt nie stracił,

Mierzę słusznie, nieprzedajnie,

Bo mię żaden nie zapłacił,

Nie skaptował, nie przyodział, —

Ot i sprawa, i rozprawa!

Pytam trzykroć wedle prawa:

Czyli zgoda na mój podział?»

 Stefan krzyknął: «Nie masz zgody!

Bo mi krzywda w oczy kole, —

U mnie piasek — a tu pole,Że choć zaraz siéj ogrody!

Mórg pod lasem... tak daleko...

Co ja zrobię z tym kawałkiem?

Wezmę raczéj mórg nad rzeką,

I zatoka do mnie całkiem!...»

— «O!! zatoka za głęboka! —

Krzyknął Marcin — Panie bracie!

Wcześnie siatkę zapuszczacie,

Nie dam ryby ani oka!

Mórg mój, Mości Dobrodzieje,

Co nad rzeczką, tam pod drogą.

Nie pytając u nikogo

Sam zaorzę i zasieję.

Bo pomiarem...»

— «Co mi pomiar?

Kto się krzywdzić mię ośmieli,

W klindze mojej karabeli,

Słusznej kary znajdzie domiar». —

— «Panie woźny!...»

— «Woźny płazem!

A mierniczy — w łeb żelazem!

Nié ma pana dla Stefana —

Zaraz wszystkich stąd wypłoszę!» —

— «Morg nad rzeką i toń rybna,

Moje!...»

— «Moje, rzecz niechybna!...»

— «Ja zasieję.»

— «A ja skoszę!» —

— «No bratuniu to za śmiało!

A czy znasz ty moją rękę?»

— «A czy znasz ty świszczypało

Moją szablę damascenkę?»

— «Za mną szlachta!»

— «Bij kto sprzyja!!...»

Szlachta w dwie się strony ściska,

Walka w zabój... aż krew tryska...

Pan komornik wiechą zwija,

Woźny pozwem broni duszę,

Papier, wiecha, w zawierusze

Popękały się od kija. —

 Aż skrwawiona, zapocona,

Porąbana, zadyszana,

Ta i owa padła strona,

Wypoczywać na murawie;

Jeszcze w jęku i we wrzawie

Słychać głosy: — «To Stefana...»

— «To Marcina... mórg przy drodze...»

— «Mórg nad rzeką i zatoką...»

— «I okopię, i ogrodzę...»

— «Nie doczekasz! nie pozwolę,

Będę bronić moje pole,

Jak źrzenicę mego oka!»

— «Nie o pole, nie o szkodę,

Lecz tu idzie o bezprawie».

— «A ja mówię i dowiodę,

Że na swojem rzecz postawię».

— «Ciężko skarżę upór bratni...»

— «Wara leźć mi w moją grzędę!...»

— «Krwią słuszności bronić będę,

Do kropelki, do ostatniéj!»

II

— «Cyt mi szersznie! — tfu do kata! —

Huknął stary pan Ambroży. —

Taki rankor brat na brata!

Mospanowie, to gniew Boży!

Bić się z bratem jakby z wrogiem!

Jakiém okiem, jakiem czołem,

Staniesz jutro przed kościołem,

A po jutrze i przed Bogiem?

Uściśnijcie mi się szczerze,

I wypijmy pojednanie, —

Jutro spowiedź!...»

— «O mospanie!

A zatokę kto zabierze?»

— «Nie chcę morga, co pod lasem!»

— «Nie dam morga, co przy drodze!»

— «No uciszcie się z hałasem,

Ja wam całą rzecz pogodzę».

— «A to jaki śmiałek groźny,

Medyjację swoją wnosi!?»

— «Sza panowie! — krzyknął woźny —

Pan Ambroży o głos prosi!»

Więc Ambroży siadł na miedzy,

Brzęknał czarą po butelce:

— «Bracia szlachta i koledzy,

Mościwi wielce a wielce!

Za zatokę i za pole,

Będzie zawsze wrzawa sroga,

Będą skargi i zatargi,

I processa, i swawole,

I obraza Pana Boga;

Bracia zniszczą się ze szczętem,

Przez rankory i rozpusty;

Będą dzieciom testamentem

Przekazywać process pusty;

Na braterskich karkach — szpetnie

Czynić próbę szabel hartu,

Mazać herb swój nieszlachetnie,

I oddawać duszę czartu! —

By więc zetrzeć plamę z czoła.

Zmazać karę nieochybną,

Radzę oddać do kościoła

Oba morgi i toń rybną.

Za tę skruchę Pan Bóg — jużci

Grzech dzisiejszy wam odpuści,

I ofiarę przyjmie wdzięcznie

Za zgładzenie tych bezprawi, —

A ksiądz proboszcz — comiesięcznie

Za was świętą mszą odprawi. —

Bóg okryje swém ramieniem

Tarczę herbu starożytną,

Wasze domy z pokoleniem,

Pomyślnością wam zakwitną. —

No! czy zgoda?»

— «Mądra rada —

Już inaczéj nie wypada;

Oba morgi niepodzielne,

I zatoka koło młyna,

Ni Stefana, ni Marcina,

Ale odtąd już — kościelne.

Niech pan woźny tu posiedzi,

I dokument spisze żywo —

Jutro idziem do spowiedzi

Z tą pobożną donatywą». —

— «A salaria

— «To nie minie,

To proboszcza rzecz nie nasza, —

A za cięcia od pałasza,

Damyć żyta po ośminie».

— «Zgoda! — krzyknął woźny żwawie —

Teraz kielich do roboty!»Dictum, factum, i po sprawie,

Wykonano co do joty. —

III

Oto sto lat już się zaczną,

Jak braterskie kości społem

Gniją w ziemi pod kościołem,

A mogiły ani znaczno. —

Ale ród ich gęsty w Litwie,

I poczciwy, i zamożny;

Bo co miesiąc głos pobożny

W mszalnej wzmienia ich modlitwie.

A na morgach w pszennym plonie,

Pleban piękne żął owoce,

Stawił kopy na zagonie,

Łowił rybkę na zatoce...

Teraz słyszę, inne dzieje, —

Ktoś już inny morgi trzyma,

I pszeniczkę inny sieje,

I za zmarłych mszy już nié ma.

Słyszał nawet dzwonnik głuchy

Spod grobowca u parkana,

Jakieś krzyki i rozruchy —

Spór Marcina i Stefana.

5 października 1846

O moim starym domku

Ich sehe des Dorfes Weiden,Des Wiesenbaches Rand,Wo ich die ersten FreudenDen ersten Schmerz empfand.

Matisson.

I

Ej za górą, za wysoką,

Stare dęby z lewéj strony —

Za dębami bawi oko,

Nadniemeński brzeg zielony. —

Z prawéj strony bagno szlakiem, —

Na bagnisku wierzba wzrasta —

A na piasku, nad chrustniakiem

Szumi sośnina kolczasta.

W parkanową wjedź ulicę —

Stary domek w ziemię gnie się —

Krzywe ściany, a na strzesie

Mchem zakwitły już dranice,

Widać niebo z drugiéj strony

Szczerbinami między dranic —

To mój domek pochylony,

Lecz nie oddałbym go za nic.

Tu ostrokoł tuż przy ganku,

Do ogródka mego wnijście

A w ogródku, gdyby w wianku,

Bzy niewielkie, gęstoliście. —

Pod oknami mych rozwalin

Pstrzeją ziółka i kwiatuszki,

A od kwiatów idą dróżki

Do agrestu i do malin. —

Przez ostrokół widzisz pole,

Lub jak z dala Niemen płynie,

A przy gęstym ostrokole

Ul pochyły na darninie. —

To mój ogród — wszystko moje —

Choć ubogo w nim i dziko,

Sam w nim chodzę, piszę, roję,

Kopię rydlem i motyką, —

Domek — ogród — wszystko u mnie,

Jakże rzewnie, jak wesoło!

Jak uroczo, i jak dumnie

Stąd poglądam naokoło,

Czy to patrzę po płaszczyźnie,

Czy na łąki, na ostrowy,

Czy się chciwe oko wśliźnie

Między ciemny bór sosnowy; —

Czy to puścić wzrok po Niemnie

Jak rybaka z jego łódką,

Jak stąd pięknie, jak przyjemnie,

Bujać okiem wokolutko!

Mój horyzont — to jak sala —

A te lasy, to ustronie,

Te rybackie chaty z dala,

To jak sprzęty w mym salonie.

A tam w górze po lazurze

Pływa sobie chmur ułomek —

O! gdy zbierze się na burzę,

Nie wytrzyma stary domek!

Już gdy burza, zawierucha,

Mało służy dach ochrończy;

Już przez pułap deszcz mi plucha,

A przez ściany wiatr się sączy.

II

Stuka, puka topor w lesie,

Echo wstrząsa cisz gajową;

I mnie wieść żałośną niesie,

Że mieć będę chatę nową.

Dach nad dawną moją chatą

Ręka cieśli w próchno zwali,

I że wkrótce, w przyszłe lato,

Będę mieszkać okazaléj. —

Ach! gdy runą z tą starzyzną

Każda izba, każdy kątek,

Gdzież podzieną się — wyślizną

Tyle wspomnień i pamiątek?

Czy bywało serce bije

Uniesieniem, smutkiem, strachem,

Mnie najlepiéj, gdy się skryję,

Pod zakwitłym moim dachem.

Czy bywało radość wchodzi —

Ściany echem się odezwą,

Czy to boleść — znieść ją słodziéj,

Tu i płakać było rzeźwo. —

 Oto przyzba, oto ganek —

Stąd słuchamy, gdy z pobliska

Nadniemeński wychowanek,

Słowik świętą piosnkę tryska;

Czasem tęskną myśl mi poda,

Czasem rzewność tak głęboka,

Ani ujrzysz, gdy ci z oka

Łzy poleją się jak woda.

Raz... pamiętam... zachwycenie

Z rzewnym smutkiem serce burzy...

O! jak błogie i westchnienie,

Gdy je druga pierś powtórzy!

 Ot mój pokój, mój różowy,

Malowany w kolor cegły, —

Och! wokoło biednéj głowy

Jakież myśli tu przebiegły!

Ot na ścianie wieniec żyta

Pamięć żniwa i dożynek. —

Oto sofa pyłem kryta —

Mój po pracy wypoczynek —

Ot mój stolik, tron potęgi,

Tam szpargałów leżą roje —

A to szafa — a w niéj księgi —

Zguba moja, szczęście moje!

A nad stołem, tam, wysoko —

Buja nitka pajęczyny.

W nią wlepiałem moje oko,

W lube dumań mych godziny.

W nią patrzałem, gdyby w tęczę,

Gdy na czole ciężar czułem

Lub gdy myśli pasmo snułem,

Wątłe, słabe jak pajęcze.

Oto komin — druh wesoły,

Tu wchodziły cygar dymy,

Tum fajczane trząsł popioły,

Tu paliłem moje rymy. —

 A ot druga izba w parze:

Lubo nié ma w niej przestworu,

Tu bywało co wieczoru,

Chodzę sobie i cóś gwarzę.

Tu bywało, gdym znużony,

Słodkie wczasu mam godziny,

W uściśnieniu lubéj żony,

Lub w pieszczotach méj dzieciny.

Tu kobierzec w kraśne kwiaty,

Po kanapie rozpostarte,

Tutaj stolik do herbaty,

A na ścianach — Bonaparte.

O lubiłem w téj izdebce,

W gwarze gości tchnąć weselem,

A najbardziéj gdy się szepce

Z ukochanym przyjacielem. —

Oto pokój mój do wczasu!

Łoże twardsze niżli cegły —

Stąd daleko od hałasu,

Tędy moje sny przebiegły.

Czasem w lubych mar osnowie,

Czasem mara myśl przelękła,

Ot węzgłowie — w to węzgłowie,

Ej nie jedna łza zasiękła!

III

Chatko! ściany twoje stoją,

Lecz cię wkrótce proch zagrzebie

Jaż przyrosłem tak do ciebie,

Ty tak wzrosłaś — w duszę moją!

Wkrótce wnijdę w nowy kątek,

Obcy sercu i pamięci —

Nic z mych wrażeń, nic z pamiątek,

Nowej strzechy nie uświęci. —

Tam przeniosę me cygaro,

I mój stolik, i węzgłowie;

Łacno wznowić chatkę starą,

Lecz już duszy nie odnowię.

Szukać wrażeń już nie sposób

Zardzawiałemi oczyma;

A w tym świecie, wśród tych osób,

Już pamiątek dla mnie nié ma. —

Już widoki z okien nowe:

Niemna okiem nie pogonię,

Lasów k'sobie nie przyzowę,

Bo te będą w innej stronie.

I mój ogród... precz te żale!

Już minęła młodość mglista. —

Cóż po sercu? po zapale?

Trzeba żyć już jak statysta...

Było... przeszło... cóż rozpacze?

Daj waletę życiu temu!...

Chwilka... chwilka... niech zapłaczę,

Niechaj westchnę po staremu!

15 lutego 1847

Kradzione

— W ręce aspana, Panie Jakubie,

Mówisz: kradzione lepsze i chcesz tego dowieść;

Ja sobie rozmaite przypowieści lubię,

 Powiem aspanu przypowieść:

W samym końcu zaścianku, pilnując swéj niwy,

 Żył sobie szlachcic poczciwy, —

A miał syna wyrostka z wąsem wyżéj nosa,

Chłopiec dobre miał serce, ale w głowie za to

 Okropnie było pstrokato,

 Zwyczajnie jak u młokosa.

A tutże mój mospanie, obok ich stodoły

 Ciągnął się wygon sąsiada,

 Na którym pasły się stada,

 Konie, owieczki i woły.

— Czy wiecie co, tatulu (tak mówił raz młody),

 Fraszki to — praca i cnota,

U nas panie poczciwość, trudy, niewygody,

 A w domu wieczna hołota;

Czy to Pan Bóg uważa, że ludziska giną,

 Poczciwym nie da talarka,

Dla jednego pomyślność odmierza ośminą,

 Drugiemu liczy na ziarnka.

Na przykład choćby u nas: — ot idą zapusty,

 A w domu ni to, ni owo,

Hola, jakby to dobrze, by na Czwartek Tłusty

 Utuszyć pieczeń wołową!

— A skądże weźmiesz wołu?

      — Czy to wielka sztuka,

 Niby to dostać nie możem,

Chodzą woły sąsiada — po gardlisku nożem,

 Niech potém sąsiad poszuka. —

— Cóż to! — zawołał ojciec — to kradzież wyraźnie,

 To jakaś sztuka zbójecka;

A siódme przykazanie? a sumienie? — błaźnie,

 A nasza wiara szlachecka?...

— At myśleć, co się godzi, a co się nie godzi,

 Za cóż my biedni i głodni?

Nas jeden wół przeżywi przez kilka tygodni,

 Czy to po ludziach nie chodzi? —

Na takie argumentum ojciec mruknął z cicha:

 — Cóż robić? szatan cię uczy,

Ukradniem jutro wołu — lecz pomnij do licha,

 Nigdy kradzione nie tuczy!

Wieczorem stary ojciec poszedł do sąsiada,

Cichaczem kupił wołu, napił się borysza;

Nazajutrz bierze syna, niby się podkrada,

 I z wołem... het! do zacisza.

Zaraz nożem po gardle, nieszczęsnego byka

 Rozćwiartowali w stodole,

I jak słowo powiedzieć, już u czynszownika

 Wołowa pieczeń na stole.

— Wiesz co teraz, mój synku? — odmierzym się w pasie,

 Zjadając mięsko tak cudnie,

Będziem wiedzieć Mospanie, po niejakim czasie,

 Kto z nas utyje? kto schudnie? —

Zmierzyli się; — i każdy na swojej poprędze

 Zaznaczył kreskę czerwoną.

— Co to gadać tatulu, schudzeni przez nędzę,

 Teraz utuczym się pono! —

Przez całe trzy tygodnie gody u szlachcica,

 Co dzień przysmaczek od wołu:

Dzisiaj rura do barszczu, jutro polędwica,

 Po jutrze pieczeń u stołu.

A tu rozruch w zaścianku, sąsiad niby jęczy,

Niby to szuka wołu, niby ludzi zowie,

Syn dręczy się obawą jak duch potępieńczy,

 Już mu i jadło nie w głowie;

Czy kto skrzypnie we wrotach — on w nocy i we dnie

 Marzy o przyjściu sąsiada;

W obiedzie... strach, zgryzota, co chwila poblednie,

 A ojciec smaczno zajada.

Syn był młody i zdrowy, jak dębina krzepka;

 Ojca wiek zniszczył i znoje;

Lecz kiedy zjedli wołu — syn wysechł jak szczepka,

 A ojciec utył we dwoje.

— A co błaźnie! (rzekł stary) pamiętaj przysłowie:

 Że maleparta do czarta,

Ja zakupiłem wołu, — toć mi szło na zdrowie,

 Ty kradnąc schudłeś na charta. —

— A cóż panie Jakubie, jak przypowieść zda się?

— Moralna! sens na wierzchu jakby gwiazda świeci.

— Ja umiem jeszcze lepsze — a w swobodnym czasie

 Więcej opowiem waszeci. —

12 marca 1849

Bywało!

Gawęda z samym sobą. Urywek

Ej oddałbym, oddał i duszę, i ciało,

Gdyby się tak raźno jak dawniéj hulało!

Ej dawniéj lubiłem, gdy bratnio i szczérze,

Zimowym wieczorkiem gromadka się zbierze,

I na niej uradzą z chychotem i krzykiem,

Daleko... daleko pojechać kulikiem —

Rząd sanek po drodze jak wicher ucieka

I słychać gwar dzwonków z daleka, z daleka...

A rumak, co leci nie znając zawodu,

Gdy stuknie podkową... aż skra tryśnie z lodu,

A droga po śniegu utarta i gładka,

A księżyc zza chmurki patrzając z ukradkaNa nasze zabawy, na nasze tu życie, —

Puszcza się kuligiem po ciemnym błękicie.

Ja wiozę, bywało, i strzegę, i tulę

Milutką istotę, com kochał tak czule,

Ej słodkoż to jechać, gdy szczęście me przy mnie,

Jest kogo utulić na wietrze, na zimnie,

I gwarzyć, i marzyć, i prosić u Boga,

Ażeby najdłużej przewlekła się droga.

 Wiatr ciepły nas kąpie, a zorza choć blednie,

Od gwiazdek, od śniegu widniutko jak we dnie,

My lecim i lecim, po górach, po błoni,

Nasz kulig szeleszcze, tępoce i dzwoni.

A tam gdzieś w pomroce za milę, czy daléj,

Czy w chatach wieczorne łuczywo się pali?

Czy gwiazdka błyszcząca? czy wilk okiem mruży?

Czy światło gościnne, cel naszej podróży?

Malutka iskierka, to błyśnie, to znika,

Hej prosto na ogień skierować kulika!

O coraz ognistsze zwiększają się kréski,

To blaski od okien, to dworek litewski.

Gospodarz nim zaśnie, nim światło zagaśnie,

Hej żywo przed ganek zajedziem hałaśnie!

Drużyna drużynę serdecznie spotyka,

A gwaruż tam gwaru! bo radzi z kulika,

A śmiechuż tam śmiechu! a szeptów do ucha!...

Kominek przyjaźnem ogniskiem wybucha,

Wieczerza na stole, od końca do końca —

Złocieją rzędami kielichy jak słońca...

 Wypiwszy, spożywszy z bożego cóś daru,

Na nowo ochota do śmiechów, do gwaru,

Pustota i figle krzyżują się wkoło,

Po prostu, niewinnie, serdecznie, wesoło,

U starców od ruchu orzeźwi się łono,

Dziewicom jagody różami zapłoną,

Ich oczki strzelają niewinnie, lecz śmiało,

A młodzież, och młodzież! — już serce stopniało.

Ej słodkoż to słodko, oblawszy się potem,

Na wiązce murogu zasypiać pokotem!

Zasypiać dumając o przeszłej zabawie,

I marzyć toż samo, co było na jawie...

 Lubiłem to niegdyś — o Boże mój, Boże!

Dlaczegóż, gdy rękę na sercu położę,

Tak bije mi tętno, tak łzy z oczu biegą?...

O gdyby choć dzionek wesela dawnego,

Ej hulałbym hulał! daremna podnieto!

Już nie to u ludzi, i w sercu już nie to!

Już kulig na Litwie nudoty nie zgłuszy,

Już sanki i dzwonki nie starczą dla duszy!

1847

Chodyka

I

Zagrano w trąby i naród ciekawie

Na zamek słucki ciśnie się jak woda —

Oto zasiada na sędziowskiéj ławie,

Dziedzic na Słucku, książę wojewoda,

I wedle mocy swoich przywilei,

Zbrojny prawami i łaski, i miecza,

Kmieci i szlachtę sądząc po kolei,

Gromi, uwalnia, karze, zabezpiecza.

Książę daleko od natłoku gości,

Siedzi za stołem, oddzielony kratą,

Tam krzyż i statut oprawny bogato,

Opodal pisarz i pan podstarości —

A w izbie gwarno. —

      Wtem wpośród hałasu,

Pomimo ciżby i oporu warty,

Wszedł jakiś starzec, znędzniały, odarty,

Z kijem sękatym — jak rozbojnik z lasu.

Strach było patrzeć — pod wielkiemi brwiami

Oczy się dziko iskrzyły dziadowi,

Włosy jak mléko, splątane kudłami,

Rysy kościste, ramiona garbate,

Starzec jak błędny wcisnął się za kratę,

Padł... ciężko dycha... ale nic nie mówi.

 Książę się cofnął... Pisarz się przestrasza...

Krzyknął i rozsiał strach w całéj drużynie —

Pan podstarości jął się do pałasza,

I szepce jakiś pacierz po łacinie:

A starzec leży skulony na ziemi,

Głucho cóś jęczy i szepce grobowo,

Dycha — jak gdyby pierśmi chrzypiącemi,

Chciał nabrać siły, by wyrzec choć słowo,

Odetchnął wreście — spoczął bez przeszkody,

Nabiéra głosu, sili się widocznie,

Pełznie do kolan księcia wojewody,

I płacząc tak mówić pocznie:

II

«Nie bój się! Jaśnie Oświecone Książę,

Ja z twojej wioski, ja tu z niedaleka,

Ja zbójca jestem, ja zabiłem człeka,

Znam, że mą głowę miecz katowski czeka,

Niech się przynajmniej sumienie rozwiąże!!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.