drukowana A5
60.41
Pustelnia parmeńska

Bezpłatny fragment - Pustelnia parmeńska


Objętość:
484 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0953-6

Od tłumacza

Wydając niedawno po polsku Czerwone i czarne Stendhala, poprzedziłem tę książkę krótkim życiorysem oraz charakterystyką pisarza; niebędę tedy powtarzał tych ogólnych rysów, dodam jedynie kilka słówodnoszących się do samej Pustelni parmeńskiej. Ukazała się ona drukiemw r. 1839, jako ostatni większy utwór Stendhala, pomyślana zostałajednakże już w r. 1832, tuż po Czerwonym i czarnym. I w istocie czuć, iż obautwory wyrosły z jednej epoki duchowego życia pisarza, tyle odnajdujemyw nich wspólności.

Wspólność — ale raczej wewnętrzna; na pozór znajdujemy się w zupełnieinnym świecie. Tam Francja, tu Włochy; tam bohaterem powieści jestambitny plebejusz, tu spieszczony arystokrata... Mimo to twórczość Stendhala jest — przy pozorach suchego obiektywizmu — tak osobista, iż znówtrzeba nam w nim samym poszukać komentarza do tej Pustelni parmeńskiej.

Przypomnijmy go sobie w r. 1800, kiedy jako siedemnastoletni chłopakpierwszy raz dosiada konia, aby w ślad za krewniakiem swym, Daru,podążyć do Włoch za armią Bonapartego. Młody Beyle dostaje się doMediolanu, a siła tych pierwszych upojeń, które znalazł na ziemi włoskiej,jako jedna z żywych głosek wspaniałego rapsodu, który się tam rozgrywał,jest taka, iż w trzydzieści lat później wspomnienie ich starczy, aby mupodyktować karty rozpoczynające Pustelnię parmeńską, jedne z najgorętszych, najbardziej świeżych, jakie kiedy wyszły spod jego pióra. Ten samnapoleonizm, który przenikał Czerwone i czarne, bije i tutaj z każdejstronicy; ale podczas gdy tam był to ów napoleonizm pogrobowy, beznadziejny, tutaj tryska on świeżością i stanowi nieporównany dokument dozrozumienia tej epoki dziejów. Cały początek powieści wraz z tym taksławnym w literaturze opisem bitwy pod Waterloo jest arcydziełem.

Napoleon... oto wielkie imię, które stanowi klucz do zrozumieniabohaterów obu tych powieści; ono stwarza to braterstwo duchowe międzyfrancuskim plebejuszem a włoskim arystokratą i pozwala duszy samegoautora przeglądać się w nich obu. Dwie te powieści to dwa studianapoleonizmu, tej wielkiej epidemii wieku; monografie dwóch gorących serc usychających w nostalgii za tą dziwną, bajkową ojczyzną,jaką była dla nich armia Napoleona.

Kult Napoleona to u Stendhala kult energii, hymn o mocnym życiuinstynktu, hazardu i wzruszenia. Francuzom, będącym (wedle Stendhala)na antypodach tej heroicznej koncepcji życia, dał go kosztować Napoleon.Francja, a zwłaszcza ów tak antypatyczny mu Paryż — to dla Stendhalakrólestwo intelektu; Włochy, a zwłaszcza Włochy z epoki Renesansu --- tokrólestwo instynktu. Ale coś — wiele nawet — z renesansowej Italii żyjei w owych współczesnych Stendhalowi Włoszech, które tak bardzo ukochał,w których spędził większą część życia i które nawet na kamieniu grobowymuczynił swą prawdziwą ojczyzną. Zwłaszcza włoska kobieta, którą Stendhaltak uwielbia i którą tak zawsze przeciwstawia antypatycznej dlań Francuzce, pozostała — w najwspanialszych swych egzemplarzach — owym czystyminstynktem, bez którego nie istnieje dlań żadne piękno, żadnawielkość życia. I po trosze ze strzępów przeżyć i wspomnień, po trosze i więcej zapewne — z marzenia urodziła się tu niepokojąca Gina Pietranera(pierwsza kobieta, którą Stendhal kochał we Włoszech, nazywała sięPietragrua), która kartom tej powieści daje tyle mocnego i oryginalnegowdzięku. Równocześnie jest ta księżna Sanseverina żywym wyrazem owejspokojnej, niezachwianej ani na chwilę amoralności kobiety, o ilepozostała ona cała instynktem, nie tkniętym niemal przez wychowaniespołeczne. Nawet wyrzut sumienia — to coś dla niej nie istnieje. Zastanawiałem się nad tym swego czasu, pisząc o Makbecie Szekspira.

Instynktem jest i Fabrycy. Jakiś alogiczny imperatyw dyktuje mu wszystkie jego czynności; mamy uczucie, jak gdyby żył w jakimś śnie na jawie. Ale— powiedzmy otwarcie — ta postać o wiele mniej jest żywa niż sama księżna;omal nie powiedziałbym chybiona. Marząc sobie postacie kobie6ce, kochając się w nich z piórem w ręku, Stendhal wywoływał je z doskonałą siłąwizji; tak powstały te niezapomniane figury pani de Renal, Matyldy de laMole, Giny Pietranera. Trudniej z mężczyznami; tu egotyzm autora,osobiste elementy wciskają się pod pióro, mącąc nieraz czystość rysunkui plastykę postaci. O ile egotyzm ten mocą siły twórczej stopił się niemaldoskonale z postacią Juliana Sorel, dając jej intensywne a samoistne życie,o tyle tutaj odnajdujemy go w Fabrycym w nie dość organicznym zespoleniu.

Skoro już mowa o brakach tej powieści, zaznaczamy jeszcze ten sam rys,który tak niecierpliwiąco dawał się uczuć w Czerwonym i czarnym: mianowicie posługiwanie się osobami, które odgrywają znaczną rolę w akcji, a których znamy jedynie nazwiska powracające raz po raz nibyliczmany: takim liczmanem jest tu owa wieczna margrabina Raversi,a poniekąd i Fabio Conti, Rassi etc. Jeszcze, jak wspomniałem, nieprzeszedł przez powieść nowoczesną Balzac ze swoją sztuką wywoływaniacałego świata żywych postaci — aż do najdrobniejszych.

Poza tym Pustelnia pąrmeńska posiada też same cechy „techniki”pisarskiej Stendhala co Czerwone i czarne; ten sam sposób opowiadaniamało operujący dialogiem, więcej drobiazgową analizą stanów duszy. Taanaliza uczyniła ze Stendhala bożyszcze „szkoły psychologicznej” w ostatnich dziesiątkach ubiegłego wieku. Dziś staliśmy się nieco bardziej sceptyczni wobec psychologii w ogóle: może jest i coś fatydycznego w samymterminie „psychologia”, co — jak wiadomo — oznacza nie tyle znawstwoduszy, ile gadania o duszy. Faktem jest, iż raczej przemawia dziś do nasw Stendhalu to, co jest wyobraźnią, niż to, co jest ową drobiazgową analizą.

Wyobraźnia Stendhala — mimo iż tak bardzo odrębna od wyobraźniromantyków — działa w tym utworze z niezwykłą siłą sugestii. Stwarza świat— mniejsza, w jakim stopniu odpowiadający rzeczywistości — zanurza nasw pewnej atmosferze, w której pozostajemy aż do ostatniej karty książki.Te Włochy Stendhala, radosne, zbudzone do życia wkroczeniem zwycięskiej armii Bonapartego — to znów, po runięciu olbrzyma, ta atmosferamałego dworu z jego śmiesznością, intryżkami, małostkami, wszystko tożyje i zmusza nas do udziału w tym życiu. Czasem tylko buntujemy się nachwilę; zwłaszcza więzienna idylla Fabrycego i Klelii trąci nam romantyzmem nazbyt już „operowym”.

Ale nie mam zamiaru ustalać bilansu zalet i wad tej książki. Mimo swoichsłabizn, mimo — zwłaszcza dotkliwych rozwlekłości (w części drugiej) —mimo swego „naturalnego” stylu, przetrwała ona i przetrwa zapewne jakojeden z najbogatszych w treść wewnętrzną, najbardziej sugestywnychutworów epoki. Jest ta książka jedną z najbardziej znanych, cytowanych.Istotnie, kto ją raz przeczyta, ten jej nie zapomina; zacierają się w pamięciszczegóły zawiłej intrygi, ale dusza bogaci się o jeden ton, oryginalny,mocny i nieraz wspomnieniem swoim pogrążający w zadumie. I to wpółtajemnicze działanie stanowi urok Stendhala i sprawia, że książki jegoprzeżyły tyle innych, skądinąd może doskonalszych utworów literackich.

Warszawa, w czerwcu 1923

I

Gia mi fur dolci inviti a empir le carte

I luoghi ameni.

Ariosto, Satyry IV

(Do napisania tych kart natchnęły mnie niegdyś te czarowne okolice.)

Przedmowa

Opowiadanie to skreślono w zimie 1830 roku, o trzysta mil odParyża; nie może tu być więc żadnej wzmianki o wydarzeniach z 1839 roku.

Wiel lat wprzódy, gdy nasze armie przebiegały Europę, traf pomieściłmnie na kwaterze w domu pewnego kanonika; było to w Padwie, szczęśliwym mieście. Pobyt przeciągnął się dość długo, mieliśmy czas zaprzyjaźnićsię z kanonikiem.

Przejeżdżając przez Padwę z końcem 1830 roku pobiegłem do domostwazacnego księdza; nie żył już, wiedziałem o tym, ale chciałem raz jeszczezobaczyć salon, gdzie spędziliśmy tyle miłych wieczorów, tak często późniejwspominanych z żalem. Zastałem bratanka kanonika oraz jego żonę;przyjęli mnie jak starzy przyjaciele. Nadeszło jeszcze kilka osób, zebranieprzeciągnęło się. Gospodarz kazał przynieść z kawiarni „Pedroti” doskonały zambajon. Głównie zabawiła nas do tak późna historia księżnejSanseverina. Ktoś o niej wspomniał, a bratanek kanonika opowiedział rzecz namoją cześć w całości.

— W kraju, do którego się udaję — rzekłem do moich przyjaciół — nieznajdę takiego domu jak ten; toteż, aby zapełnić długie wieczorne godziny,ułożę powiastkę z życia uroczej księżnej Sanseverina.

W takim razie — rzekł bratanek — pożyczę panu zapisków mego wuja,który pod paragrafem Parma wspomina niektóre intrygi tego dworu,w czasie gdy trzęsła nim księżna Sanseverina; ale strzeż się pan! Historia tanie jest zbyt moralna i obecnie, kiedy wy we Francji macie ambicjeewangelicznej czystości, może ściągnąć na pana wprost morderczą reputację.

Ogłaszam tę powiastkę nic nie zmieniając w rękopisie z roku 1830, comoże mieć dwie ujemne strony:

Pierwsza — dla czytelnika: bohaterowie jej, jako Włosi, mniej go możezainteresują, ile że charakter tego kraju dość jest różny od Francji. Włosi sąszczerzy, dobrzy ludzie, bez fałszywego wstydu mówią, co myślą: próżności ulegają jedynie chwilami, wówczas staje się ona namiętnością i przybieramiano puntiglio. Wreszcie ubóstwo nie jest u nich śmieszne.

Druga ujemna strona odnosi się do autora.

Wyznaję, że miałem tę odwagę, aby zostawić działającym osobomwszystkie brutalności ich charakteru; ale w zamian oświadczam głośno, iżnie szczędzę najmoralniejszej wzgardy wielu ich postępkom. Na co im byłodawać wysoką moralność i wdzięk charakterów francuskich, które kochająpieniądz ponad wszystko i nie dopuszczają się grzechów z miłości lubnienawiści? Włosi grający rolę w tym opowiadaniu są bardzo odmienni.Zresztą mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy się posuwamy o dwieściemil z południa na północ, nastręcza się nowy krajobraz jak i nowa powieść.Urocza bratanica kanonika znała, a nawet bardzo kochała księżnę Sanseverina i prosi mnie, abym nie zmieniał nic w jej przygodach, zaiste bardzonagannych.

23 stycznia 1839

Rozdział pierwszy

Mediolan w roku 1796

15 maja 1796 roku generał Bonaparte wszedł do Mediolanu na czelemłodej armii, która świeżo przebyła most Lodi i pokazała światu, że po tyluwiekach Cezar i Aleksander zyskali następcę. Cudy odwagi i geniuszu,których świadkami były Włochy, rozbudziły w ciągu kilku miesięcy uśpionylud; jeszcze na tydzień przed przybyciem Francuzów mediolańczycy widzieli w nich jedynie zgraję bandytów pierzchających stale przed wojskami Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości; tak przynajmniej głosiła trzy razy natydzień miejscowa gazeta, świstek drukowany na brudnym papierze.

W średnich wiekach republikańscy Lombardowie byli dzielni jak Francuzi i osiągnęli tyle, że cesarze niemieccy zrównali z ziemią ich miasto. Odczasu jak się stali wiernymi poddanymi, głównym ich zajęciembyło drukować sonety na różowych jedwabnych chusteczkach z okazjimałżeństwa córek jakiej szlachetnej lub zamożnej rodziny. W parę lat po tejwielkiej epoce swego życia młoda dziewczyna brała sobie służkę:niekiedy nazwisko takiego galanta, wybranego przez rodzinę męża, widniało na honorowym miejscu w kontrakcie ślubnym.

Cóż za przeskok od tego leniwego życia do gwałtownych wzruszeń, jakiedało niespodziane przybycie armii francuskiej! Niebawem wyłoniły sięnowe obyczaje i namiętności. Z dniem 15 maja 1796 roku cały naródspostrzegł, iż wszystko, co dotąd czcił, było nad wyraz śmieszne, nierazwstrętne. Wymarsz ostatniego austriackiego pułku zaznaczył upadek dawnych pojęć: narażanie życia stało się rzeczą modną. Zrozumiano, iż aby byćszczęśliwym po wiekach obłudy i gnuśności, trzeba naprawdę ukochaćojczyznę i dokonywać bohaterskich czynów. W atmosferze będącej spuścizną zazdrosnego despotyzmu Karola V i Filipa II Lombardowie żyli w mrokach głębokiej nocy; teraz obalili ich posągi i nagle znaleźli się w potokachświatła. Od pięćdziesięciu lat, w miarę jak we Francji wschodził dzieńEncyklopedii i Woltera, mnichy wmawiały poczciwym mediolańczykom, że nauka czytania lub czego bądź na świecie to trud bardzo zbytecznyi że płacąc regularnie dziesięcinę proboszczowi i opowiadając mu sumiennieswoje grzeszki, ma się mniej więcej zapewnione przyzwoite miejsce w raju.Aby wypruć z tego ludu, tak groźnego niegdyś i tak rezonerskiego, wszelkinerw, Austria sprzedała mu tanio przywilej uwalniający od dawaniarekruta.

W 1796 roku armia mediolańska składała się z dwudziestu czterechdrabów w czerwonych mundurach, którzy wraz z czterema wspaniałymipułkami grenadierów węgierskich strzegli miasta. Obyczaje były mocnorozwiązłe, ale namiętności nader rzadkie. Nie licząc przykrości opowiadania wszystkiego spowiednikowi pod groźbą ruiny na tym świecie, poczciwyludek mediolański był jeszcze skrępowany monarchicznymi pętami, którebywały dość uciążliwe. Tak na przykład arcyksiążę, który rezydowałw Mediolanie i władał w imieniu cesarza, swego kuzyna, wpadł na zyskownypomysł handlu zbożem. Wskutek tego zabroniono chłopom sprzedawaćzboże, póki Jego Wysokość nie napełni swoich spichrzów.

W maju 1796 roku, w trzy dni po wejściu Francuzów, młody miniaturzysta, nieco szalona pałka, zowiący się Gros (nazwisko później sławne),który przybył wraz z armią, usłyszawszy w modnej wówczas kawiarni,,Servi” o działalności arcyksięcia, będącego w dodatku olbrzymim brzuchaczem, wziął spis lodów wydrukowany na ćwiartce lichego żółtegopapieru. Na odwrotnej stronie narysował grubego arcyksięcia: żołnierzfrancuski kłuje go bagnetem w brzuch i zamiast krwi sypie się zeńnieprawdopodobna ilość zboża. Wszelki żart, karykatura były czymś zupełnie nieznanym w tym kraju czujnego despotyzmu. Rysunek zostawionyprzez Grosa na stoliku kawiarni wydał się cudem, który zstąpił z nieba;odbito go w nocy, a następnego dnia sprzedano dwadzieścia tysięcyegzemplarzy.

Tegoż samego dnia ogłoszono afiszami kontrybucję wojenną sześciu milionów na potrzeby armii francuskiej, której po sześciu wygranychbitwach i zdobyciu dwudziestu prowincji brakło jedynie butów, spodni,odzieży i kapeluszy.

Ci nędzarze Francuzi wnieśli z sobą do Lombardii tyle szczęścia i radościżycia, że jedynie księża i paru magnatów odczuło ciężar tej sześciomilionowej kontrybucji, po której niebawem przyszły inne. Żołnierze francuscyśmiali się i śpiewali cały dzień; żaden z nich nie miał dwudziestu pięciu lat,wódz ich zaś, który miał lat dwadzieścia siedem, uchodził za najstarszegow armii. Ta wesołość, młodość, beztroska były jakby ucieszną odpowiedziąna wściekłe nawoływania mnichów, którzy od pół roku głosili z ambony, żeFrancuzi to są potwory obowiązane pod karą śmierci palić wszystko i ścinaćgłowę każdemu, kto się nawinie: w tym celu każdy pułk kroczy z gilotyną naczele.

Po wsiach widziało się na progu chaty francuskiego żołnierza kołyszącegoniemowlę gospodyni domu, prawie zaś co wieczór dobosz jakiś, grający naskrzypcach, improwizował balik. Ponieważ kadryl zbyt był uczony i zawiły,aby żołnierze, nie umiejący go zresztą, mogli go nauczyć swoje tancerki,częściej one uczyły młodych Francuzów monferyna, skoczki i innychtańców włoskich.

Oficerów pomieszczono, o ile się dało, w domach bogatych; mocnopotrzebowali się skrzepić! Tak na przykład pewien porucznik imieniemRobert otrzymał kwaterę w pałacu margrabiny del Dongo. Oficer ten,niedawny rekrut, dość lekkomyślny, posiadał w tej chwili za cały majątektalara otrzymanego pod Placencją. Pod Lodi zabrał dorodnemu austriackiemu oficerowi, zabitemu przez kulę, wspaniałe nankinowe spodnie,zupełnie nowe. Nigdy odzież nie zjawiła się równie w porę! Oficerskie szlifymiał wełniane, na rękawach mundur przyszyty był do podszewki, abystrzępy nie odpadały — ale najsmutniejsze było to, iż podeszwy u butów byłysporządzone z kawałków kapelusza, również zagarniętego na polu bitwy, zamostem Lodi. Te improwizowane podeszwy przywiązane były do butów zapomocą bardzo widocznych sznurków, tak iż kiedy marszałek dworu zjawiłsię w pokoju porucznika Roberta, aby go zaprosić w imieniu margrabiny naobiad, pogrążył go zaiste w okropnym kłopocie. Dwie godziny, którezostawały do tego nieszczęsnego obiadu, spędził wraz ze swym forysicem nacerowaniu munduru oraz czernieniu atramentem nieszczęsnych sznurkówu trzewików. Wreszcie nadszedł straszliwy moment.

„W życiu nie byłemrównie zakłopotany — mówił mi porucznik — te panie myślały, że im napędzę strachu, a ja byłem bardziej drżący od nich. Patrzałem na swoje trzewikii nie wiedziałem, jak stąpać z wdziękiem. Margrabina del Dongo — dodał — była wówczas w całym blasku piękności: pamiętasz te cudne oczy o anielskiej słodyczy, te piękne ciemnoblond włosy, rysujące owal jej uroczejtwarzy. W pokoju moim była na ścianie Herodiada Leonarda da Vinci;można by myśleć, że to jej portret. Bóg dał, iż oszołomiony tą nadprzyrodzoną pięknością, zapomniałem o swoim stroju. Od dwóch lat widziałemw górzystych okolicach Genui same szpetne i nędzne postacie: ośmieliłemsię wyrazić jej w kilku słowach swój zachwyt.

Ale nie byłem tak niemądry, aby długo brnąć w komplementach. Klecącdworne frazesy, widziałem w marmurowej jadalni tuzin lokajów ubranychw sposób będący w moich ówczesnych pojęciach szczytem wspaniałości.Wyobraź sobie, hultaje mieli trzewiki nie tylko całe, ale do tego zesrebrnymi sprzączkami! Widziałem spod oka, jak wytrzeszczają gały namoje ubranie, może i na buty, co mnie doprowadzało do rozpaczy. Mogłemjednym słowem nagnać pietra tym trutniom, ale jak ich przywołać doporządku, nie przestraszając pań? Bo margrabina, aby sobie dodać odwagi —nieraz mówiła mi to później — sprowadziła z klasztoru siostrę męża, Ginę delDongo, pensjonarkę, która została później ową uroczą hrabiną Pietranera.Nikt nie dorównał jej wdziękiem i weselem w pomyślności, jak nikt nieprzewyższał jej hartem i pogodą w złej doli.

Gina mogła mieć wówczas trzynaście lat, ale wyglądała na osiemnaście.Żywa i szczera, jak ją znasz, tak się bała, aby nie parsknąć śmiechem nawidok mego stroju, że nie miała odwagi jeść. Margrabina, przeciwnie, zasypywała mnie wymuszonymi uprzejmościami; widziała doskonale w moich oczach zniecierpliwienie. Słowem, grałem głupią rolę, łykałem wstyd,rzecz podobno niemożliwa dla Francuza. Wreszcie myśl zesłana z niebarozświeciła mój mózg: zacząłem opowiadać paniom o naszej nędzy wszystko, cośmy wycierpieli od dwóch lat w pogórzu genueńskim, gdzie nastrzymali starzy, głupi generałowie. Mówiłem, jak nam dawano asygnaty niemające obiegu i trzy uncje chleba dziennie. Nie upłynęły dwie minuty, jakdobra margrabina miała łzy w oczach, a Gina spoważniała.

— Jak to, panie poruczniku — mówiła — trzy uncje chleba?

— Tak, pani, ale dostawa zawodziła trzy razy na tydzień, że zaś wieśniacy,u których staliśmy kwaterą, byli jeszcze biedniejsi od nas, dawaliśmy imnieco naszego chleba.

Po obiedzie przeprowadziłem margrabinę do drzwi salonu; następnie zaś, wróciwszy szybko, dałem lokajowi usługującemu mi przy stole owąjedyną sztukę srebra, na której budowałem tyle zamków na lodzie.

W tydzień później — ciągnął Robert — skoro już się upewniono, żeFrancuzi nie gilotynują nikogo, margrabia del Dongo wrócił ze swegozamku Grianta nad jeziorem Como, dokąd się mężnie schronił za zbliżeniem armii, zostawiając losom wojny młodą i piękną żonę wraz z siostrą.Nienawiść, jaką ten magnat czuł do nas, była równa jego strachowi, toznaczy niezmierzona; uciesznie było widzieć tę dużą, bladą facjatę świętoszka, kiedy się silił wobec mnie na uprzejmość. Nazajutrz po jego powrocieotrzymałem trzy łokcie sukna i dwieście franków z owej sześciomilionowejkontrybucji; oporządziłem się nieco i stałem się nadwornym rycerzem tychpań, bo nastała epoka balów”.

Historia porucznika Roberta to w przybliżeniu dzieje wszystkich Francuzów; zamiast drwić z nędzy tych dzielnych żołnierzy, ulitowano się ichi pokochano.

Ten okres niespodziewanego szczęścia i upojenia trwał ledwie dwa lata;szaleństwo było tak niezwykłe i tak powszechne, że niepodobna byłoby midać pojęcia o nim inaczej niż za pomocą tej głębokiej historycznej refleksji:lud ten nudził się od stu lat.

Rozkosz przyrodzona południowym krajom władała niegdyś na dworzeViscontich i Sforzów, słynnych diuków mediolańskich. Ale od 1624 roku,kiedy Hiszpanie zawładnęli Mediolanem jako panowie milczący, podejrzliwi, dumni i wciąż lękający się buntu, wesołość pierzchła. Ludność,przejmując obyczaje swych panów, raczej myślała o tym, aby pomścićsztyletem najlżejszą zniewagę, niż aby się cieszyć życiem i chwilą.

Szalona radość, wesele, rozkosz, zapomnienie wszelkich smutków, a nawet rozsądku doszły — od 15 maja 1796, daty wejścia Francuzów doMediolanu, aż do kwietnia 1799, kiedy ich wypędzono w następstwie bitwypod Cassano — do tego, że można by przytoczyć starych kupców-milionerów, starych lichwiarzy, rejentów, którzy przez ten okres zapomnielio kwaśnej minie i o ciułaniu grosza.

Co najwyżej można by wymienić kilka magnackich rodzin, które usunęłysię do swoich pałaców na wsi, jak gdyby dąsając się na powszechną wesołośći rozkwit serc. Trzeba przyznać, że szlachetne te i bogate rodziny wyróżniono w przykry sposób w rozdziale kontrybucji ściąganej na rzecz armiifrancuskiej.

Margrabia del Dongo, oburzony tym weselem, schronił się jeden z pierwszych do swego wspaniałego zamku Grianta, za Como, dokąd też paniezabrały z sobą porucznika Roberta. Zamek ten, o położeniu jedynym możena świecie, wznosi się na płaskowyżu, na sto pięćdziesiąt stóp nad cudnymjeziorem; była to niegdyś warownia. Rodzina del Dongo zbudowała gow piętnastym wieku, jak o tym świadczyły herby gęsto wyryte na marmurach; są tam jeszcze mosty zwodzone i głębokie rowy, co prawda bez wody,lecz mury wysokie na osiemdziesiąt stóp i grube na sześć zabezpieczają odnapaści; dlatego zamek ów był tak drogi podejrzliwemu margrabiemu.Otoczony paroma tuzinami sług, w których oddanie wierzył zapewnedlatego, że nie odzywał się do nich inaczej niż z obelgą na ustach, czuł siętam mniej spłoszony niż w Mediolanie.

Strach ten nie był zupełnie bezpodstawny: margrabia utrzymywał żywąkorespondencję z pewnym szpiegiem, pomieszczonym przez Austrię nagranicy szwajcarskiej, o trzy mile od Grianta, dla ułatwienia ucieczkijeńcom pojmanym na polu bitwy; rzecz, która mogłaby się bardzo niepodobać generałom francuskim.

Margrabia zostawił młodą żonę w Mediolanie; zawiadowała tam sprawami rodzinnymi, miała poruczone bronić się przed kontrybucjami nałożonymi na Casa del Dongo, jak mówią w tym kraju; starała się je zmniejszyć, cozniewalało ją do stykania się z magnatami, którzy zgodzili się przyjąćfunkcje publiczne, a nawet z paroma wpływowymi osobistościami z nieszlachty. Właśnie zaszedł w rodzinie ważny wypadek. Margrabia ułożył małżeństwo siostry swej Giny z bogatym i wysoko urodzonym jegomością, aleoblubieniec pudrował się, co sprawiło, że Gina przyjmowała go wybuchemśmiechu, niebawem zaś popełniła to szaleństwo, że zaślubiła hrabiegoPietranera. Był to, trzeba przyznać, wyborny szlachcic, bardzo urodziwy,ale zrujnowany od dwóch pokoleń i na domiar nieszczęścia gorący zwolennik nowych idei. Pietranera był podporucznikiem w legii włoskiej, codopełniało rozpaczy margrabiego.

Po tych dwóch latach szczęścia i szału Dyrektoriat paryski, jak władcapewny swego panowania, okazał śmiertelną nienawiść do wszystkiego, conie było miernotą. Nieudolni generałowie, których wysyłał do armii włoskiej, przegrali szereg bitew na tych samych równinach werońskich, któredwa lata wprzód były świadkiem cudów Arcole i Lonato. Austriacy zbliżylisię do Mediolanu; porucznik Robert, mianowany majorem i ranny podCassano, po raz ostatni zamieszkał u przyjaciółki swej, margrabiny del Dongo. Pożegnanie było smutne; Robert odjechał z hrabią Pietranera,który towarzyszył Francuzom w ich odwrocie pod Novi. Młoda hrabina,której brat odmówił wypłaty ojcowizny, jechała za armią na wózku.

Wówczas zaczęła się epoka reakcji i powrotu do dawnych pojęć, którąmediolańczycy nazywają i tredici mesi (trzynaście miesięcy), ponieważw istocie, na ich szczęście, powrót ten do głupoty trwał tylko trzynaściemiesięcy, do Marengo. Wszystko, co było stare, nabożne, markotne, zjawiłosię znów u steru i objęło rządy: niebawem ludzie, którzy pozostali wierniuczciwym zasadom, otrąbili po kraju, że Napoleona powiesili w Egipciemamelucy, jak na to z tylu tytułów zasługiwał.

Między tymi, którzy zaszyli się w swoich zamkach, a teraz wrócili dyszącyzemstą, margrabia del Dongo wyróżniał się zajadłością; zacietrzewienie towysunęło go na czoło stronnictwa. Ci panowie, bardzo zacni ludzie, kiedysię nie bali, ale drżący wciąż ze strachu, zdołali opętać austriackiegogenerała. Poczciwina dał w siebie wmówić, że surowość jest wysokąpolityczną mądrością, i kazał uwięzić stu pięćdziesięciu patriotów; byli tonajtężsi ludzie ówczesnych Włoch.

Niebawem wywieziono ich do Cattaro i wtrącono do podziemnych grot,gdzie wilgoć, a zwłaszcza brak chleba — uporały się rychło z łajdakami!

Margrabia del Dongo otrzymał wysokie stanowisko, że zaś do innychpięknych zalet łączył brudne skąpstwo, chwalił się publicznie, że nie posyłaani talara siostrze, hrabinie Pietranera, która, wciąż szalenie zakochana, niechciała opuścić męża i przymierała z nim głodem we Francji. Dobramargrabina była w rozpaczy; wreszcie udało jej się wykraść kilka brylancików ze swoich kosztowności, które mąż odbierał jej co wieczór, aby jezamknąć pod łóżkiem w żelaznej kasie; margrabina wniosła mężowiosiemset tysięcy franków posagu, a dostawała osiemdziesiąt frankówmiesięcznie na osobiste wydatki. Przez trzynaście miesięcy, które Francuzibyli poza Mediolanem, owa tak lękliwa kobieta znalazła pozory, aby niezdejmować czarnej sukni.

Musimy wyznać, iż za przykładem wielu poważnych autorów zaczęliśmyhistorię naszego bohatera na rok przed jego urodzeniem. Główną tą osobąjest w istocie nie kto inny niż Fabricio Valserra, marchesino del Dongo, jakmówią w Mediolanie. Raczył właśnie przyjść na świat w chwili, gdy wypędzano Francuzów, i był dzięki trafowi urodzenia drugim synemmargrabiego del Dongo, owego magnata, którego bladą twarz, obleśnyuśmiech i bezgraniczną nienawiść do nowych prądów już znacie. Całymajątek rodzinny przepisano na starszego syna, Ascania del Dongo, którybył godnym wizerunkiem ojca. Miał osiem lat, a Fabricio dwa, kiedy nagleów generał Bonaparte, o którym wszyscy dobrze urodzeni ludzie sądzili, żewisi od dawna, zeszedł z Góry Świętego Bernarda. Wszedł do Mediolanu;chwila ta jest czymś jedynym w historii: wyobraźcie sobie lud oszalałymiłością. W kilka dni potem Napoleon wygrał bitwę pod Marengo. Resztynie trzeba mówić. Upojenie mediolańczyków doszło do szczytu; ale tymrazem kojarzyło się z myślą o zemście: nauczono ten dobry lud nienawiści.Niebawem sprowadzono garstkę owych patriotów, którzy zdołali przetrwaćpobyt w grotach Cattaro; powrót ich był narodowym świętem. Ich bladetwarze, wielkie, zdziwione oczy, wychudłe członki stanowiły kontrastz buchającą ze wszystkich stron radością. Przybycie ich było sygnałemodjazdu dla najbardziej skompromitowanych rodzin. Margrabia del Dongouciekł jeden z pierwszych do zamku w Grianta. Naczelnicy wielkich rodówdyszeli nienawiścią i strachem; natomiast żony ich i córki pamiętały uciechypierwszego pobytu Francuzów i żałowały Mediolanu oraz wesołych balów,które tuż po Marengo zaczęły się w „Casa Tanzi”. Wkrótce po zwycięstwiegenerał francuski, utrzymujący ład w Lombardii, spostrzegł, że wszyscydzierżawcy i wszystkie staruszki na wsi zamiast być olśnieni zdumiewającymzwycięstwem pod Marengo, które zmieniło losy Włoch i odzyskało trzynaście fortec w jednym dniu, pamiętają jedynie proroctwo świętego Giovity,pierwszego patrona Brescji. Wedle tych świętych słów pomyślność Francuzów i Napoleona miała się skończyć ściśle w trzynaście tygodni po Marengo.Pewnym usprawiedliwieniem dla margrabiego del Dongo i całej zgraidąsających się szlachciurów jest to, że szczerze, bez obłudy wierzyliw proroctwo. Wszyscy ci ludzie nie przeczytali w życiu ani czterech książek;gotowali się otwarcie wrócić do Mediolanu po trzynastu tygodniach, alekażdy dzień zaczynał się nowym postępem sprawy Francuzów. Wróciwszydo Paryża, Napoleon ocalił roztropnymi dekretami rewolucję wewnątrzkraju, jak ją ocalił pod Marengo przed cudzoziemcami. Wówczas szlachtalombardzka, zaszyta w swoich zamkach, doszła do przekonania, że źlepojęła zrazu przepowiednię świętego patrona Brescji: miał na myśli nietrzynaście tygodni, ale trzynaście miesięcy. Trzynaście miesięcy upłynęło,a powodzenie Francuzów zdawało się rosnąć z każdym dniem.

Prześliźnijmy się po dziesięciu latach postępu i szczęścia, od 1800 do1810. Fabricio przebył je w zamku Grianta, bijąc się na kułaki z wiejskimichłopakami i nie ucząc się niczego, nawet czytać. Później posłano go dokolegium ojców jezuitów w Mediolanie. Stary margrabia życzył sobie, abysyna uczono łaciny nie na owych starych autorach bajających wciążo republice, ale na wspaniałej książce, zdobnej przeszło stu rycinami,arcydziele mistrzów XVII wieku; była to łacińska genealogia Valserrów,margrabiów del Dongo, wydana w 1650 roku przez Fabrycego del Dongo,arcybiskupa parmeńskiego. Ponieważ wielkość Valserrów urosła przeważnie z wojenki, ryciny przedstawiały mnogo bitew; raz po raz widziało sięjakiegoś bohatera tego nazwiska tęgo kropiącego mieczem. Książka tapodobała się wielce chłopcu. Matka, która go ubóstwiała, uzyskiwała odczasu do czasu pozwolenie odwiedzania go w Mediolanie; ale mąż nie dawałjej nigdy grosza na te podróże: pożyczała jej bratowa, owa miła hrabinaPietranera. Po powrocie Francuzów hrabina stała się jedną z najświetniejszych dam na dworze księcia Eugeniusza, wicekróla Italii.

Kiedy Fabricio odbył pierwszą komunię, hrabina uzyskała od margrabiego, wciąż dobrowolnego wygnańca, aby jej wolno było czasem zabieraćchłopca z kolegium. Wydawał się jej oryginalny i inteligentny; był niecopoważny, ale przy tym ładny chłopiec, wcale na miejscu w salonie modnejkobiety; zresztą straszliwy nieuk, ledwie umiejący pisać. Hrabina, biorącakażdą rzecz bardzo gorąco, przyrzekła swoje poparcie przełożonemuzakładu, jeżeli bratanek jej Fabricio będzie robił zadziwiające postępyi z końcem roku otrzyma wiele nagród. Aby mu ułatwić ich zdobycie,posyłała po niego w sobotę wieczór i często oddawała go jego mistrzom ażwe środę lub czwartek. Jezuici, mimo iż darzeni sympatią przez księcia-wicekróla, byli wygnani z Włoch mocą praw krajowych; toteż przełożonykolegium, sprytny człowiek, zdawał sobie sprawę z korzyści, jakie mógłwyciągnąć ze swoich stosunków z kobietą wszechmocną na dworze. Ani muw głowie było żalić się na swobody Fabrycego, który mimo iż większy nieukniż kiedykolwiek — otrzymał z końcem roku pięć pierwszych nagród. Za tęcenę świetna hrabina Pietranera w towarzystwie męża, generała gwardii,oraz kilku dostojników dworu zaszczyciła swą obecnością ceremonięrozdawania nagród u ojców jezuitów.

Ksiądz prefekt otrzymał od swych przełożonych wyrazy uznania.

Hrabina prowadziła bratanka na świetne zabawy, wypełniające zbytkrótkie panowanie miłego księcia Eugeniusza. Zrobiła go na własną rękę oficerem huzarów i Fabrycy mając dwanaście lat nosił ten mundur. Jednegodnia hrabina, zachwycona jego zgrabną figurką, poprosiła dlań księciao miejsce pazia, co oznaczałoby pojednanie del Dongów z nowym rządem.Nazajutrz musiała użyć wszystkich swoich wpływów, aby wicekról raczył niepamiętać o tej prośbie, której brakowało jedynie pozwolenia ojca przyszłego pazia; tego pozwolenia ojciec odmówił z publicznym rozgłosem. Po tymszaleństwie margrabia, oburzony i wściekły, znalazł pozór, aby odwołaćmłodego Fabrycego do Grianta. Hrabina gardziła bratem z całej duszy;uważała go za mantykę i głupca, przy tym za człowieka, który byłby zły,gdyby miał władzę po temu. Ale przepadała za Fabrycym; po dziesięciulatach zerwanych stosunków napisała do margrabiego z prośbą o zostawienie jej bratanka: list został bez odpowiedzi.

Wracając do tego olbrzymiego pałacu, zbudowanego przez najbardziejwojowniczych przodków, Fabrycy nie umiał nic prócz musztry i jazdykonnej. Często hrabia Pietranera, równie rozkochany w dzieciaku jak jegożona, sadzał go na koniu i brał z sobą na paradę.

Wróciwszy do Grianta Fabrycy, z oczami jeszcze czerwonymi od łezwylanych przy rozstaniu z pięknymi salonami ciotki, znalazł jedynienamiętne pieszczoty matki i sióstr. Margrabia siedział zamknięty w swoimgabinecie ze starszym synem, marchesino Ascaniem. Sporządzali szyfrowane listy, które miały zaszczyt wędrować do Wiednia; ojciec i syn zjawiali sięjedynie w godzinach posiłku. Margrabia powtarzał ostentacyjnie, że uczyswego spadkobiercę prowadzenia podwójnej buchalterii z poszczególnychmajątków. W rzeczywistości margrabia nadto był zazdrosny o swojąwładzę, aby wtajemniczać w te rzeczy syna, niewątpliwego dziedzicamajoratu. Używał go do szyfrowania depesz, długich na piętnaście lubdwadzieścia stronic, które parę razy na tydzień wyprawiał do Szwajcarii,skąd kierowano je do Wiednia. Margrabia silił się przedstawić swoimprawym władcom wewnętrzny stan Włoch, którego sam nie znał; mimo tolisty jego miały powodzenie. Oto jak: za pośrednictwem tajnego agentamargrabia kazał liczyć na gościńcu liczbę żołnierzy jakiegoś francuskiegolub włoskiego pułku, który zmieniał garnizon, i zdając sprawę dworowiwiedeńskiemu nieodmiennie uszczuplał liczbę żołnierzy o jedną czwartą.Listy te, niezdarne zresztą, miały tę zaletę, że przeczyły innym, prawdziwym, i tym samym podobały się monarsze. Toteż na krótko przed przybyciem Fabrycego margrabia otrzymał wysoki order: był to piąty zdobiącyjego szambelański mundur. Co prawda, ku swemu strapieniu, nie śmiał włożyć tego munduru poza swoim gabinetem; ale nie pozwalał sobie nigdypodyktować depeszy nie przywdziawszy tego haftowanego kostiumu strojnego wszystkimi orderami. Inaczej miałby uczucie, że dopuszcza sięnieuszanowania.

Matka oczarowana była synem. Ale zachowała zwyczaj pisywania paręrazy do roku do generała hrabiego d'A...; było to obecne nazwiskoporucznika Roberta. Margrabina nie umiała kłamać tym, których kochała:wzięła na egzamin syna i przeraziła się jego nieuctwem.

„Jeżeli mnie uderzają luki jego wykształcenia — myślała — mnie, która nieumiem nic, Robert, taki uczony, załamałby ręce nad tym wychowaniem:dziś trzeba wiele nauki.” Nie mniejszym zdumieniem przejęło ją, żeFabrycy wziął serio wszystkie pojęcia religijne, którymi go karmionou jezuitów. Mimo że sama bardzo pobożna, zlękła się fanatyzmu dziecka.,,Jeżeli margrabia zrozumie, jak można wyzyskać ten system wychowania,wydrze mi miłość syna.” Płakała długo i czułość jej dla Fabrycego wzrosłajeszcze.

Życie w tym zamku, zaludnionym paroma dziesiątkami służby, byłobardzo smutne; toteż Fabrycy spędzał dnie na polowaniu lub w łódce najeziorze. Niebawem zawiązał stosunki z woźnicami i stajennymi; wszyscybyli fanatycznymi stronnikami Francuzów i drwili sobie otwarcie z lokajów-bigotów pełniących służbę przy osobie margrabiego lub jego starszego syna.Główny powód do śmiechu z tych poważnych osobistości był ten, że się pudrowali na wzór swoich panów.

Rozdział drugi

...Wówczas gdy Wesper zacienia nam oczy,

Upojony przyszłością, w niebiosów roztoczy

Wzrok topię, w której jasno kreśli ręka boża

Wszelakiego stworzenia ścieżki i bezdroża.

On bowiem, z wyżyn swoich patrząc na nas — ludzi,

Czasem wskazywać drogę litośnie się trudzi

Gwiazdami niebieskimi — to litery jego —

Wróżąc nam przyszły obrót dobrego i złego;

Lecz ludzie, przytłoczeni i ziemią, i zgonem,

Nie czytają, tym pismem gardząc poświęconem.

Ronsard

Margrabia czuł niepokonany wstręt do oświaty. „Myślenie — powiadał — zgubiło Włochy.” Nie wiedział, jak pogodzić ten święty wstręt do naukiz kształceniem Fabrycego, tak świetnie zaczętym u jezuitów. Aby możliwieograniczyć niebezpieczeństwo, polecił zacnemu księdzu Blanès, proboszczowi w Grianta, aby ćwiczył dalej Fabrycego w łacinie. Musiałby do tegosam proboszcz znać ten język; otóż miał go w głębokiej wzgardzie, wiedzajego ograniczała się do recytowania modlitw, których sens umiał mniejwięcej wyłożyć swoim owieczkom. Mimo to proboszcz budził szacunek,a nawet lęk w całej okolicy; zawsze powiadał, że słynne proroctwo świętegoGiovity, patrona Brescji, nie ziści się w trzynastu tygodniach ani nawetw trzynastu miesiącach. W gronie zaufanych przyjaciół dodawał, że tę cyfrętrzynaście należy wykładać w sposób, który zdziwiłby wielu ludzi,gdyby wolno było go wyjawić (1813).

Ksiądz Blanès, osobistość odznaczająca się uczciwością i cnotami iściepierwotnymi, niegłupi przy tym człowiek, spędzał noce na dzwonnicy;miał ćwieka na punkcie astrologii. Spędziwszy dzień na obliczaniu położenia gwiazd, część nocy obracał na śledzenie ich na niebie. Ubogi księżynanie miał innego przyrządu prócz długiej tekturowej rury. Można sobie wyobrazić, jaką wzgardę dla nauki języków żywił człowiek, który trawiłżycie na dochodzeniu ścisłej epoki upadku mocarstw oraz wstrząśnieńzmieniających postać świata. „Czegóż więcej dowiedziałem się o koniu — powiadał do Fabrycego — przez to, że mnie nauczono, iż po łacinie nazywasię equus?”

Wieśniacy bali się księdza Blanès, jako czarnoksiężnika; on zaś dziękistrachowi, jaki budziły jego posiedzenia na dzwonnicy, bezpieczny był odkradzieży. Okoliczni księża, zazdrośni o jego wpływ, nienawidzili go;margrabia del Dongo gardził nim po prostu, bo za wiele mędrkował jak naczłowieka niskiego stanu. Fabrycy ubóstwiał go: z miłości dla niego spędzałcałe wieczory na olbrzymich dodawaniach i mnożeniach. Następnie szedłz nim na dzwonnicę: była to wielka łaska, której ksiądz Blanès nie użyczałnikomu; ale lubił chłopca za jego prostotę. „Jeżeli się nie zrobisz obłudnikiem — powiadał — może wyrośniesz na człowieka.”

Parę razy na rok Fabrycy, nieustraszony i zapamiętały w zabawach, omalnie utonął w jeziorze. Był wodzem wszystkich wypraw, jakie podejmowałyurwisy z Grianty i Cadenabii. Malcy postarali się o parę kluczyków i kiedynoc była bardzo ciemna, silili się otworzyć z kłódek łańcuszki, którymiłodzie były przymocowane do nadbrzeżnych drzew lub kamieni. Trzebawiedzieć, że na Como rybacy zakładają martwe wędki w znacznej odległościod brzegu. Górny koniec sznurka przywiązany jest do deseczki z korkiem,giętka zaś gałązka leszczyny, umocowana na tej deseczce, opatrzona jestdzwonkiem, który dzwoni, skoro ryba chwyciwszy się na haczyk szarpiesznurek.

Głównym celem tych nocnych wypraw, którymi dowodził Fabrycy, byłainspekcja martwych wędek, zanim rybacy usłyszą sygnał, jaki dawały małedzwoneczki. Wybierali na te niebezpieczne wyprawy porę burzliwą i puszczali się nad ranem, na godzinę przed świtem. Siadając do łódki malcy mieliuczucie, że narażają się na największe niebezpieczeństwo, i to była pięknastrona ich czynu; naśladując swych ojców, odmawiali pobożnie Zdrowaś.Otóż zdarzało się, iż w chwili wyjazdu, tuż po odmówieniu pacierza,Fabrycy widział jakiś znak. Był to nawyk wyniesiony ze studiów astronomicznych księdza Blanès, w którego przepowiednie zresztą nie wierzył.W młodej jego wyobraźni znaki te zwiastowały z pewnością powodzeniealbo niepowodzenie; że zaś umiał zdobyć wpływ na towarzyszy, niebawemcała gromada nawykła do tych wróżb tak, iż kiedy w chwili odjazdu ujrzelina brzegu księdza lub kiedy po lewej ręce wzbił się w powietrze kruk, czym prędzej zakładali kłódkę z powrotem i biegli do domu spać. Tak więc ksiądzBlanès nie udzielił Fabrycemu swojej dość trudnej wiedzy, ale bezwiedniezaszczepił mu nieograniczoną wiarę w znaki zdolne przepowiedzieć przyszłość.

Margrabia czuł, że jakaś katastrofa jego szyfrowanej korespondencjimoże go zdać na łaskę siostry: toteż co roku koło świętej Anieli — imięhrabiny Pietranera — Fabrycemu wolno było spędzić tydzień w Mediolanie.Cały rok żył oczekiwaniem lub wspomnieniem tego tygodnia. W tejuroczystej chwili margrabia wręczał synowi na koszty tej politycznejpodróży cztery talary i wedle zwyczaju nie dawał nic żonie, która towarzyszyła chłopcu. Ale w wilię wyjazdu kucharz, sześciu lokajów i woźnicaz dwoma końmi wyruszali do Como i codziennie w Mediolanie margrabinamiała na swoje rozkazy powóz oraz obiad na dwanaście osób.

Te dąsy na nowy porządek rzeczy, jakie uprawiał margrabia del Dongo,były z pewnością bardzo niezabawne, ale miały tę zaletę, iż niepomierniebogaciły rodziny, które raczyły się na nie skazać. Margrabia, który miałprzeszło dwieście tysięcy funtów renty, nie wydawał ani czwartej części: żyłnadzieją. Przez trzynaście lat, od 1800 do 1813 roku, wierzył niezłomnie, żeNapoleon padnie przed upływem pół roku. Można sobie wyobrazić jegoupojenie, kiedy z początkiem 1813 roku dowiedział się o klęsce nadBerezyną! Zdobycie Paryża i upadek Napoleona omal nie przyprawiły goo utratę zmysłów; odtąd pozwalał sobie na grubiańskie wycieczki przeciwżonie i siostrze. Wreszcie po czternastu latach oczekiwania doznał tejniewymownej radości, iż ujrzał austriackie wojska wkraczające do Mediolanu. W myśl rozkazów otrzymanych z Wiednia generał austriacki powitałmargrabiego del Dongo z oznakami wysokiego szacunku; ofiarowano muskwapliwie jedno z naczelnych stanowisk w rządzie, co przyjął niby zapłatędługu. Starszy syn otrzymał stopień porucznika w jednym z najpiękniejszych pułków cesarskich; ale młodszy nie chciał za nic przyjąć ofiarowanejmu rangi kadeta. Tryumf ten, którym margrabia sycił się z rzadką arogancją, trwał ledwie kilka miesięcy i skończył się upokarzającą klęską. Margrabia nigdy nie odznaczał się bystrością, czternaście zaś lat na wsi, w otoczeniusłużby, rejenta i lekarza, w połączeniu ze zgryźliwą starością, która położyłana nim swoją rękę, uczyniły zeń człowieka zupełnie nieudolnego. Otóż podrządem austriackim niepodobna utrzymać się na wybitnym stanowisku bezowego talentu, którego wymaga powolna i zawiła, ale bardzo racjonalnagospodarka tej starej monarchii. Bąki, jakie strzelał margrabia del Dongo, gorszyły urzędników, a nawet tamowały bieg spraw. Jego ultramonarchiczne odezwania się drażniły ludność, którą rząd pragnął trzymać w sennejobojętności. Jednego dnia margrabia dowiedział się, że J. C. Mość raczyłamiłościwie przyjąć jego dymisję z urzędu, równocześnie zaś nadała mumiejsce drugiego wielkiego majordoma Królestwa Lombardzko-Weneckiego. Ta okrutna niesprawiedliwość oburzyła go do żywego;on, który tak nienawidził wolności prasy, wydrukował w gazecie list doprzyjaciela. Wreszcie napisał do cesarza, że ministrowie go zdradzają i że sąprostymi jakobinami. To uczyniwszy wrócił smutnie do zamku Grianta.Miał jedną pociechę. Po upadku Napoleona pewne znaczne osobistościw Mediolanie kazały zamordować na ulicy hrabiego Prina, eks-ministrakróla włoskiego, człowieka wysokiej wartości. Hrabia Pietranera naraziłżycie, aby ocalić ministra, którego zatłuczono parasolami i którego kaźńtrwała pięć godzin. Pewien ksiądz, spowiednik margrabiego del Dongo,mógł ocalić hrabiego Prina, gdyby mu był otworzył furtę kościoła SanGiovanni, koło której wleczono nieszczęsnego ministra, porzuconego nachwilę w rynsztoku, ale z urąganiem odmówił otwarcia bramy. Otóż w półroku później margrabia miał to zadowolenie, że uzyskał dla księdza pięknyawans.

Nienawidził hrabiego Pietranera, swego szwagra, który nie mając anipięćdziesięciu ludwików renty ośmielał się być szczęśliwy, pozwalał sobiedochowywać wiary temu, co kochał całe życie, i miał to zuchwalstwo, abygłosić zasady sprawiedliwości bez względu na osobę, co w oczach margrabiego było bezwstydnym jakobinizmem. Hrabia nie zgodził się wejśćw służbę austriacką; wyzyskano tę odmowę i w parę miesięcy po śmiercihrabiego Prina te same osobistości, które opłaciły morderców, uzyskały, żegenerała Pietranera wtrącono do więzienia. Na to hrabina, jego żona,uzyskała paszport i zażądała pocztowych koni, aby jechać do Wiedniai powiedzieć prawdę cesarzowi. Mordercy hrabiego Prina zlękli się; jedenz nich, krewny pani Pietranera, przyniósł jej o północy, na godzinę przed jejwyjazdem do Wiednia, rozkaz uwolnienia dla męża. Nazajutrz generałaustriacki wezwał hrabiego Pietranera, przyjął go z honorami i zapewnił, żeemerytura jego będzie uregulowana niebawem w sposób najprzyzwoitszy.Dzielny generał Bubna, człowiek rozumny i zacny, wstydził się wyraźniezamordowania Priny i uwięzienia hrabiego.

Po tej burzy, zażegnanej przez niezłomny charakter hrabiny, małżonkowie żyli jako tako z pensji, którą dzięki poleceniu generała Bubna rychłowyznaczono.

Szczęściem hrabina była od kilku lat w bliskiej przyjaźni z młodymczłowiekiem, bardzo bogatym; ten, będąc również serdecznym przyjacielem hrabiego, oddał im na usługi najpiękniejszy angielski zaprzęg w Mediolanie, lożę w teatrze „La Scala” i pałac na wsi. Ale hrabia był to człowiekświadom swej wartości, o duszy gorącej, dzielny, unosił się łatwo i wówczaspozwalał sobie na niebaczne słowa. Jednego dnia, kiedy polował z paromamłodymi ludźmi, jeden z nich, który służył swego czasu pod innymisztandarami, pozwolił sobie na żarciki z żołnierzy Republiki Cisalpińskiej;hrabia dał mu w twarz, przyszło natychmiast do pojedynku i hrabia, którybył sam wśród młodych ludzi, padł. Wiele było gadania o tym pojedynkudziwnego nabożeństwa, tak iż osoby, które w nim brały udział, uznały zawłaściwe wyjechać do Szwajcarii.

Hrabina nie znała owego głupiego hartu zwanego rezygnacją, hartugłupca, który daje się powiesić, nie pisnąwszy słowa. Rozjuszona śmierciąmęża, żądała, aby Limercati, ów bogaty młody człowiek, jej przyjaciel,puścił się również do Szwajcarii i aby spoliczkował mordercę hrabiegoPietranera lub wygarnął doń z karabinu.

Limercati uznał ten projekt za szczyt niedorzeczności, hrabina zaśspostrzegła, że wzgarda zabiła w niej miłość. Zdwoiła swą zalotność wobecLimercatiego; chciała rozpłomienić jego namiętność, następnie zaś rzucićgo i pogrążyć w rozpaczy. Aby ten plan zemsty uczynić zrozumiałym weFrancji, powiem, iż w Mediolanie, kraju bardzo odległym od nas, ludziewpadają jeszcze w rozpacz z miłości. Hrabina, która mimo swej żałobyzaćmiewała wciąż urodą wszystkie rywalki, zaczęła kokietować kwiatmłodzieży mediolańskiej; jeden z młodzieńców, hrabia N..., który zawszeutrzymywał, że Limercati jest nieco przyciężki dla tak uroczej kobiety,zakochał się w hrabinie do szaleństwa. Wówczas napisała do dawnegokochanka:

Chce pan raz w życiu postąpić jak człowiek inteligentny?

Wyobraź pan sobie, że go nigdy nie znałam.

Pozostaję, może z odrobiną wzgardy, uniżoną pańską sługą.

Gina Pietranera

Przeczytawszy ten bilecik, Limercati wyjechał do jednej ze swoichposiadłości: miłość jego wzmogła się do szaleństwa, chciał sobie palnąćw łeb, rzecz niesłychana w tym kraju, który wierzył w piekło. Nazajutrznapisał do hrabiny, ofiarowując jej swą rękę wraz z dwustu tysiącami renty.Odesłała mu list, nie rozpieczętowany, przez grooma hrabiego N... Po czymLimercati spędził trzy lata na wsi, wracając co dwa miesiące do Mediolanu,ale nie mając odwagi tam zostać, zanudzając przyjaciół swą namiętnąmiłością do hrabiny oraz szczegółowym opisem łask, jakimi go darzyłaniegdyś. W początkach dodawał jeszcze, że hrabia N... to jej zguba i że takizwiązek przynosi jej hańbę.

Fakt jest, że hrabina nie kochała hrabiego N... i oznajmiła mu to, skorobyła zupełnie pewna rozpaczy Limercatiego. Hrabia, człowiek wytrawny,błagał ją, aby nie rozgłaszała tej smutnej nowiny. „Jeżeli będzie pani takłaskawą — rzekł — aby mnie przyjmować nadal z pozorami wszystkichwzględów, jakie się ma dla swego kochanka, zdołam się może przyzwoicieulokować w jakim sercu.”

Po tym heroicznym oświadczeniu hrabina nie chciała już koni ani lożyhrabiego N... Ale od piętnastu lat przywykła do najwykwintniejszego życia;stała w obliczu problemu trudnego lub — aby rzec lepiej — niemożliwego dorozwiązania: żyć w Mediolanie z tysiąca pięciuset franków! Opuściła pałac,najęła dwa pokoiki na piątym piętrze, odprawiła służbę, nawet pokojówkę,której miejsce zajęła biedna staruszka dochodząca do sprzątania. Ofiara tabyła w gruncie mniej bohaterska i mniej ciężka, niż nam się zdaje:w Mediolanie ubóstwo nie jest śmieszne i dlatego nie straszy widmemnajgorszego z nieszczęść. Po kilku miesiącach tego szlachetnego ubóstwa,oblegana listami Limercatiego, a nawet hrabiego N.... który też ofiarowałjej swą rękę, stało się, iż margrabia del Dongo, zazwyczaj ohydnie skąpy,pomyślał, że jego nieprzyjaciele mogliby czerpać złośliwy tryumf z nędzyjego siostry. Jak to! Córka del Dongów skazana na to, by żyć z pensyjkiwiedeńskiego dworu — tego dworu tak niewdzięcznego!

Napisał do hrabiny, że mieszkanie i przyjęcie godne jego siostry czekają ją w zamku Grianta. Gorąca dusza hrabiny chwyciła się z zapałemmyśli o tym nowym życiu; dwadzieścia lat nie gościła w tym czcigodnymzamku wznoszącym się majestatycznie wśród starych kasztanów sadzonych za czasów Sforzów. „Tam — mówiła sobie — znajdę spokój, a wmoim wieku, czy to nie jest szczęście? (Ponieważ miała trzydzieści jedenlat, sądziła, że czas jej usunąć się od świata.) Nad tym uroczym jeziorem, nad którym się urodziłam, czeka mnie wreszcie szczęśliwe i spokojneżycie.”

Nie wiem, czy się myliła, ale to pewne, że ta płomienna dusza, która taklekko odrzuciła dwie olbrzymie fortuny, wniosła szczęście do zamkuGrianta. Bratanice jej szalały z uciechy. „Wróciłaś mi piękne dni młodości — powtarzała margrabina ściskając ją — w wilię twego przyjazdu miałam stolat.” Hrabina zaczęła zwiedzać z Fabrycym czarowne okolice Grianty,sławione przez podróżników: willę Melzi po drugiej stronie jeziora, nawprost niej zamek, skąd widać całe jezioro, poniżej święty gaj Sfondrataoraz śmiało zarysowany cypel, który rozdziela dwie odnogi jeziora, owąrozkoszną odnogę od Como oraz tę drugą, surowszą, która ściele się kuLecco — wspaniały i uroczy widok, któremu słynna Zatoka Neapolitańskadorównywa, ale go nie przewyższa. Hrabina odnajdywała z upojeniemwspomnienia swej młodości i porównywała je z obecnymi wrażeniami.,,Jeziora Como nie otaczają — mówiła sobie — jak Jeziora Genewskiego, owewielkie płaty ziemi uprawnej wedle najlepszych metod, co tak bardzoprzypomina pieniądz i spekulacje. Tu na wszystkie strony widzę pagórkiniższe i wyższe, porosłe kępami drzew; ręka ludzka nie zepsuła ich jeszczei nie nagięła do celów dochodowych. Wśród tych pięknie rzeźbionychpagórków, zbiegających się ku jezioru tak malowniczymi płaszczyznami,mogę wskrzesić wszystkie opisy Tassa i Ariosta. Wszystko jest szlachetnei czułe, wszystko mówi o miłości, nic nie przypomina brzydoty cywilizacji.Wioski na stokach wybrzeża kryją się wśród wielkich drzew, ponad którewznoszą się urocze zarysy kościelnych wieżyc. Jeśli jakieś niewielkie pólkoprzetnie od czasu do czasu bukiety kasztanów i dzikich wiśni, oko widzi nanim z lubością rośliny bujniejsze, szczęśliwsze niż gdzie indziej. Za tymipagórkami, na których wznoszą się pustelnie kuszące do tego, aby jezamieszkać, zdumione oko widzi szczyty Alp zawsze pokryte śniegiem,a surowa ich powaga przypomina nam niedolę życia w sam raz na tyle, abypotęgować obecną rozkosz. Odległy dźwięk dzwonu jakiejś wioszczynyukrytej wśród drzew mile wzrusza wyobraźnię; dźwięki te, biegnąc powodzie, łagodnieją, przybierają odcień słodkiej melancholii i rezygnacjii zdają się mówić człowiekowi: »Życie ucieka, nie bądźże tak oporny wobecszczęścia, które się nastręcza, śpiesz się spijać je«”. Wymowa tych czarownych miejsc, które nie mają równych sobie w świecie, wróciła hrabinie serceszesnastoletniej dziewczyny. Nie pojmowała, jak mogła spędzić tyle lat bezwidoku jeziora. „Czyżby — powiadała sobie — szczęście kryło się w zaraniu starości?” Kupiła łódkę, którą Fabrycy, margrabina i ona sama ozdobiliwłasnymi rękami, nie było tam bowiem pieniędzy na nic mimo wspaniałejstopy życia; od czasu niełaski margrabia del Dongo zdwoił arystokratycznyprzepych. I tak, aby zyskać dziesięć piędzi gruntu nad jeziorem, kołosłynnej alei jaworowej, obok Cadenabia, kazał zbudować groblę, którejkoszt dochodził osiemdziesięciu tysięcy. Na końcu grobli wznosiła się wedlerysunków sławnego Cagnola kaplica, cała z olbrzymich złomów granitu,w kaplicy zaś Marchesi, modny rzeźbiarz mediolański, budował margrabiemu grób, którego płaskorzeźby miały wyobrażać bohaterskie czyny jegoprzodków.

Starszy brat Fabrycego, marchesino Ascanio, chciał też towarzyszyćpaniom w tych wycieczkach, ale ciotka pryskała mu wodą pudrowane włosyi codziennie nowym żarcikiem chłostała jego powagę. Wreszcie uwolnił odwidoku swej dużej wypełzłej twarzy wesołą gromadkę, która nie ważyła sięśmiać w jego obecności. Uważali go za szpiega margrabiego, trzeba się zaśbyło liczyć z tym despotą, wciąż wściekłym od czasu swej przymusowejdymisji.

Askaniusz przysiągł się zemścić na Fabrycym.

Raz podczas burzy gromadka znalazła się w niebezpieczeństwie; mimo żebyło krucho z pieniędzmi, opłacili hojnie obu przewoźników, aby nic niemówili margrabiemu, który i tak bardzo był nierad z tego, że córki jegobiorą udział w tych wyprawach. Zdarzyła się druga burza; na tym pięknymjeziorze szaleją straszne i nieprzewidziane nawałnice; huragany zrywają sięnagle z dwóch przeciwległych przesmyków górskich i mocują się z sobą najeziorze. Hrabina chciała wylądować wśród burzy i grzmotów; obiecywałasobie, że na samotnej niewielkiej skale wśród jeziora będzie miała niezwykłe widowisko, otoczona łamiącymi się falami; ale wyskakując z łódki wpadłapod wodę. Fabrycy skoczył, aby ją ratować, i oboje znaleźli się dość dalekood łodzi. Bez wątpienia, topić się to nie jest nic przyjemnego, ale bądź cobądź nuda, mocno zdziwiona, pierzchła z tego feudalnego zamku. Hrabinazapaliła się do naiwnego charakteru i do astronomii księdza Blanès. Trochępieniędzy, które jej zostało po nabyciu łódki, użyto na przygodne kupnoteleskopu: codziennie z bratanicami i z Fabrycym sadowiła się na platformiegotyckiej wieży zamkowej. Fabrycy roztaczał swoją wiedzę i spędzali tamwesoło kilka godzin z dala od szpiegów.

Trzeba przyznać, że bywały dnie, w których hrabina nie odzywała się donikogo; przechadzała się pod wyniosłymi kasztanami, w posępnej zadumie; była zbyt inteligentna, aby nie odczuwać niekiedy braku wymiany myśli.Ale nazajutrz śmiała się znów jak wprzódy; to lamenty bratowej osmucałytę duszę z natury tak czynną. „Czy całą młodość strawimy w tym smutnymzamku?” — wykrzykiwała margrabina.

Przed przybyciem szwagierki nie miała nawet odwagi na takie żale.

Tak spędzono zimę z roku 1814 na 1815. Dwa razy, mimo swegoubóstwa, hrabina bawiła po kilka dni w Mediolanie; znęcił ją cudowny baletVigana w teatrze „La Scala”, a margrabia nie bronił żonie towarzyszyć jej.Podjęła przy sposobności kwartał szczupłej pensyjki i biedna wdowa pogenerale pożyczała po parę cekinów przebogatej margrabinie del Dongo.Cudowne były te wycieczki: zapraszało się na obiad starych przyjaciółi szukało się pociechy, śmiejąc się ze wszystkiego — jak istne dzieci. Tawłoska wesołość, pełna gwaru i swobody, pozwalała zatrzeć w pamięciposępny smutek, który fizjonomie margrabiego i starszego syna roztaczaływ Grianta. Fabrycy, zaledwie szesnastoletni, doskonale reprezentowałgłowę domu.

Siódmego marca 1815 roku obie panie dopiero co wróciły z przemiłejwycieczki do Mediolanu; przechadzały się w pięknej alei jaworowej, świeżoprzedłużonej po sam brzeg jeziora. Od Como zbliżyła się łódka dającszczególne znaki. Agent margrabiego wyskoczył na brzeg: Napoleonwylądował w Zatoce Juan. Europa, poczciwinka, zdumiała się tym wydarzeniem, które nie zdziwiło margrabiego del Dongo; napisał do swegowładcy list pełen wylewów serca, ofiarował mu swoje talenty oraz kilkamilionów, powtarzając, że jego ministrowie to jakobini działający w zmowie z paryskimi menerami.

Ósmego marca o szóstej rano margrabia, ustrojony we wszystkie ordery,przepisywał pod dyktandem starszego syna brulion trzeciej już depeszy;z całą powagą kreślił ją pięknym i starannym pismem na papierze ozdobionym maleńkim portrecikiem władcy. W tej samej chwili Fabrycy kazał się oznajmić hrabinie Pietranera.

— Jadę — rzekł — śpieszę do cesarza, który jest też królem Włoch; on takkochał twego męża, ciociu! Jadę przez Szwajcarię. Tej nocy w Menagio mójprzyjaciel Vasi, ten, co ma sklep z barometrami, dał mi swój paszport; terazty mi daj kilka napoleonów, bo ja mam tylko dwa: ale jeżeli trzeba, pójdępieszo.

Hrabina płakała z radości i lęku.

— Wielki Boże! Czemuż ci to przyszło do głowy! — wykrzyknęła, ściskającręce Fabrycego.

Wstała, wydobyła z szafy z bielizną starannie ukrytą sakiewkę naszywanąperełkami: było to wszystko, co posiadała na świecie.

— Weź — rzekła — ale na miłość boską, nie narażaj się na śmierć. Cóżzostanie nieszczęśliwej matce i mnie, gdyby ciebie brakło? Co się tyczyzwycięstwa Napoleona, to niemożliwe, moje biedne dziecko: nasi panowiepotrafią go zgładzić. Czyś nie słyszał przed tygodniem w Mediolanie historiidwudziestu trzech projektów zamordowania go, tak doskonale obmyślonych, że uniknął ich jedynie cudem? A wówczas był wszechmocny! Widzisz,że naszym wrogom nie zbywa na dobrych chęciach, aby go zgubić: od jegoupadku Francja była niczym. — Hrabina mówiła o losie Napoleona z najwyższym wzruszeniem. — Pozwalając ci śpieszyć doń, poświęcam mu wszystko,co mam najdroższego na świecie — mówiła.

Oczy Fabrycego zwilgły, rozpłakał się, ściskając hrabinę, ale ani na chwilę nie zachwiał się w zamiarze. Z zapałem tłumaczył drogiej przyjaciółceracje, które go skłaniały, a które my pozwolimy sobie uważać za nader pocieszne.

— Wczoraj wieczór, siedem minut przed szóstą, przechadzaliśmy się, jakwiesz, nad jeziorem w alei jaworowej poniżej Casa Sommariva i szliśmyw kierunku południowym. Wówczas zauważyłem z dala statek z Como,niosący tę wielką nowinę. Gdy tak patrzyłem na ów statek, nie myśląco cesarzu i jedynie zazdroszcząc losu tym, którzy mogą podróżować,ogarnęło mnie głębokie wzruszenie. Statek przybił do lądu, agent szepnąłcoś cicho do ojca, który zbladł i wziął nas na stronę, aby nam oznajmićstraszną nowinę. Obróciłem się ku jezioru, aby ukryć łzy radości,którymi spłynęły moje oczy! Naraz, na olbrzymiej wysokości, po prawejręce ujrzałem orła, ptaka Napoleona: płynął majestatycznie, obracając sięw stronę Szwajcarii, a tym samym Paryża. „I ja — powiedziałem sobie —przebędę Szwajcarię z szybkością orła, aby ofiarować temu wielkiemuczłowiekowi niewiele wprawdzie, ale wszystko, co mogę: pomoc megowątłego ramienia.” Chciał nam dać ojczyznę i kochał mego wuja. W jednejchwili, nim orzeł znikł mi z oczu, łzy moje przestały płynąć; dowodem zaś, żeowa myśl przyszła mi z góry, jest to, iż ledwo powziąłem ten zamiar,znalazłem w głowie środki uskutecznienia go. W mgnieniu oka wszystkiesmutki, które, jak wiesz, trują moje życie, zwłaszcza w niedzielę, pierzchły,jak gdyby rozpędzone tchnieniem bożym. Ujrzałem obraz Italii podnoszącej się z błota, w którym grążą ją Niemcy; wyciągała obolałe, jeszcze nawpół zakute w kajdany ramiona ku swemu królowi i wybawcy. „A ja — powiadałem sobie — nieznany jeszcze syn tej nieszczęsnej matki, pójdę,pójdę umrzeć lub zwyciężyć z tym człowiekiem naznaczonym przez los,z tym, który nas chciał obmyć ze wzgardy, jaką nas obrzucają nawetnajbardziej niewolne i spodlone ludy Europy.”

Znasz — dodał ciszej, zbliżając się do hrabiny i wlepiając w nią oczy,z których strzelały płomienie — znasz młody kasztan, który matka mojaw rok mego urodzenia sama zasadziła u źródełka w lesie, o dwie mile stąd;chciałem go odwiedzić, nim cokolwiek postanowię. „Wiosna ledwo sięzaczyna — mówiłem sobie — jeżeli drzewo już puszcza listki, to będzie znak.I mnie trzeba wyjść z odrętwienia, w którym schnę w tym smutnymi zimnym zamku.” Nie uważasz, że te stare sczerniałe mury, dziś symbol,a niegdyś narzędzie despotyzmu, są wiernym obrazem smutnej zimy? Są dlamnie tym, czym zima dla mego drzewa.

Czy uwierzyłabyś, Gino? Wczoraj wieczór, o wpół do ósmej, przybyłempod mój kasztan; miał małe listki, już dosyć rozwinięte! Ucałowałem jedelikatnie. Skopałem z szacunkiem ziemię dokoła ukochanego drzewa.Natychmiast, ożywiony świeżym zapałem, przebyłem górę, dotarłem doMenagio: trzeba mi było zdobyć paszport do Szwajcarii. Czas leciał, byłapierwsza po północy, kiedym się znalazł pod domem Vasiego. Myślałem, żetrzeba mi będzie długo się dobijać, nim go zbudzę; ale nie spał, siedziałw pokoju z trzema przyjaciółmi. Na moje pierwsze słowo krzyknął: „Idzieszdo Napoleona!” — i rzucił mi się na szyję. Tamci również uścisnęli mniez zapałem. „Czemuż jestem żonaty!” — wzdychał jeden.

Pani Pietranera zamyśliła się; uważała, że trzeba się zdobyć na jakieśperswazje. Gdyby Fabrycy miał bodaj trochę doświadczenia, zrozumiałby,że hrabina sama nie wierzy w argumenty, które wytacza. Ale w brakudoświadczenia miał decyzję; ani słuchał tych argumentów! W końcuhrabina ograniczyła się do prośby, aby bodaj uwiadomił matkę o swymzamiarze.

— Powie siostrom i te baby zdradzą mnie ani wiedząc kiedy! — wykrzyknął Fabrycy z odcieniem heroicznej dumy.

— Mówże z większym szacunkiem — rzekła hrabina, uśmiechając się przezłzy — o płci, której będziesz zawdzięczał swój los; bo mężczyźni nigdy niebędą cię lubili: za wiele masz ognia dla poziomych dusz.

Margrabina rozpłakała się na wiadomość o dzikim projekcie syna; nieodczuła jego heroizmu i czyniła, co mogła, aby go zatrzymać. Skoro pojęła,że nic w świecie, z wyjątkiem murów więzienia, nie zdołałoby go wstrzymać,oddała mu tę trochę pieniędzy, które posiadała; potem przypomniała sobie,że właśnie ma kilka niedużych diamentów, wartości może dziesięciu tysięcyfranków, które margrabia powierzył jej wczoraj, aby je dała oprawićw Mediolanie. Siostry weszły w chwili, gdy hrabina zaszywała te brylancikiw podróżne suknie naszego bohatera; nie chciał przyjąć od niebożątek ichparu biednych napoleonów. Siostry były tak zachwycone projektem, ściskały Fabrycego z tak hałaśliwą radością, że chwycił parę diamentów jeszczenie zaszytych i chciał natychmiast jechać.

— Zdradzicie mnie bezwiednie — rzekł. — Skoro mam tyle pieniędzy, niema co zabierać rzeczy, dostanę wszystkiego.

Uścisnął drogie istoty i puścił się natychmiast w podróż, nie wstępującnawet do swego pokoju. Szedł tak szybko, wciąż bojąc się konnej pogoni, żewieczorem jeszcze znalazł się w Lugano. Dzięki niebu był na ziemiszwajcarskiej i nie obawiał się już, iż zapłaceni przez ojca żandarmi mogą goująć na pustym gościńcu. Stamtąd napisał do ojca list: słabostka młokosa,która spotęgowała wściekłość margrabiego. Fabrycy najął konia, przebyłŚwiętego Gotarda i, jadąc bardzo śpiesznie, wszedł w granice Francji przezPontarlier. Cesarz był w Paryżu. Tu zaczęły się niedole Fabrycego; wyruszyłz niezłomnym postanowieniem mówienia z cesarzem; nie przyszło mu dogłowy, że to może być rzeczą trudną. W Mediolanie widywał dziesięć razyna dzień księcia Eugeniusza i mógł z nim mówić. W Paryżu co rano chodziłna dziedziniec Tuilerii przyglądać się rewiom cesarskim; ale ani razu niemógł się zbliżyć do cesarza. Bohater nasz sądził, że wszyscy Francuzi są jakon głęboko wzruszeni niebezpieczeństwem grożącym ojczyźnie. W gospodzie, w której stanął, przy stole nie robił tajemnicy ze swych projektów i zeswego zapału; spotkał tam młodych ludzi nader miłych, jeszcze większychentuzjastów od niego, którzy w krótkim czasie zdołali go okraść doostatniego szeląga. Szczęściem przez czystą skromność nie wspomniał imo diamentach, które miał od matki. Rano, po hulance, w czasie którejokradziono go ostatecznie, kupił dwa piękne konie, zgodził za służącegoeks-żołnierza, obecnie stajennego u koniarza, i pełen wzgardy dla paryskich pyskaczy, puścił się do armii. Nie wiedział nic prócz tego, że gromadzi sięw okolicy Maubeuge. Skoro znalazł się na granicy, wzdrygnął się na myśl, żemiałby się grzać przy ogniu w gospodzie, gdy żołnierze są w biwakach.Mimo perswazji służącego, który miał zapasik zdrowego rozsądku, wmieszał się nierozważnie między pierwsze biwaki na drodze do Belgii. Ledwiedotarł do batalionu obozującego tuż koło gościńca, żołnierze zaczęli sięprzyglądać temu młodemu cywilowi, którego strój w niczym nieprzypominał uniformu. Noc zapadała, był bardzo zimny wiatr. Fabrycyzbliżył się do ognia i poprosił o użyczenie mu miejsca, ofiarując zapłatę.Żołnierze spojrzeli po sobie, zdziwieni, zwłaszcza pomysłem zapłaty,i zrobili mu poczciwie miejsce; służący pomógł mu się rozłożyć. Ale kiedyw godzinę później adiutant przechodził koło biwaku, żołnierze opowiedzielimu o zjawieniu się cudzoziemca licho mówiącego po francusku. Adiutantzaczął wypytywać Fabrycego, który zaczął prawić o swoim entuzjazmie dlacesarza z bardzo podejrzanym akcentem; na co podoficer ów zaprosił go,aby się z nim udał do pułkownika stojącego kwaterą w sąsiedniej wiosce.Służący Fabrycego zbliżył się z dwoma końmi. Widok ich tak zainteresowaładiutanta, że zmienił zamiar i wziął na spytki służącego. Ten stary żołnierz,zgadując od razu plan interlokutora, napomknął o wysokich stosunkachswego pana, wyrażając przekonanie, że nikt chyba nie ma zamiaru zwędzić mu jego pięknych koni. Natychmiast żołnierz, przywołany przezadiutanta, wziął go za kołnierz, drugi zaopiekował się końmi, po czymz surową miną adiutant kazał Fabrycemu iść za sobą bez repliki.

Przeprowadziwszy go tak dobrą milę pieszo, w ciemności, którą nieprzeliczone ognie biwaków czyniły tym grubszą, adiutant oddał Fabrycegooficerowi żandarmerii; ten z poważną miną zażądał odeń papierów.Fabrycy pokazał paszport, w którym figurował jako handlarz barometrówpodróżujący z towarem.

— Cóż za głupcy! — wykrzyknął oficer. — To już za gruby kawał!

Zadał parę pytań naszemu bohaterowi, który zaczął mówić o cesarzui wolności z najwyższym zapałem, na co oficer żandarmerii parsknąłserdecznym śmiechem.

— Do paralusza! Nie jesteś sprytny! — krzyknął. — To już zanadtośmieszne, żeby nam tu nasyłać takich smarkaczy. — I mimo zapewnieńFabrycego, który dowodził na wszystkie sposoby, że w istocie nie jesthandlarzem barometrów, oficer odesłał go do więzienia w B..., w sąsiednimmiasteczku, dokąd nasz bohater przybył o trzeciej rano, dławiąc sięz wściekłości i upadając ze znużenia.

Fabrycy, najpierw zdumiony, a później wściekły, nie rozumiejąc absolutnie nic, spędził trzydzieści trzy długie dni w nędznym więzieniu; pisał list poliście do komendanta placu, żona zaś dozorcy, hoża trzydziestosześcioletniaFlamandka, podejmowała się doręczać te listy. Ale ponieważ nie miaławcale ochoty narażać tak ładnego chłopca — który przy tym płacił wcaledobrze — na rozstrzelanie, bez cerenionii rzucała listy w ogień. Wieczorem,bardzo późno, słuchała cierpliwie skarg więźnia; powiedziała mężowi, żesmarkacz ma pieniądze, wskutek czego roztropny dozorca zostawił jejzupełną swobodę. Skorzystała z pozwolenia i zarobiła kilka napoleonów,adiutant bowiem zabrał tylko konie, oficer zaś żandarmerii nie skonfiskował zgoła nic. Pewnego czerwcowego popołudnia Fabrycy usłyszał odległąkanonadę. Biją się wreszcie! Serce zadygotało mu z niecierpliwości. Usłyszał zgiełk w mieście: w istocie dokonywano znacznych przesunięć, trzydywizje przechodziły przez B... Kiedy koło jedenastej wieczór żona dozorcyprzyszła dzielić jego niedole, Fabrycy był jeszcze czulszy niż zwykle; poczym, ściskając ją za ręce, rzekł:

— Wypuść mnie stąd; przysięgam na honor, że wrócę do więzienia, jaktylko skończą się bić.

— Ot, bajdurzysz! Masz gronie? — wydawał się niespokojny, nierozumiał słowa „gronie”. Dozorczyni widząc ten gest osądziła, że źródłowyschło, i zamiast, jak zamierzała, mówić o dukatach, wspomniała jedynieofrankach. — Słuchaj — rzekła — jeżeli możesz wyłożyć jakie sto franków,przymknę dubeltowym napoleonem każde oko kaprala, który ma w nocyzmieniać wartę. Nie zobaczy, jak czmychniesz z więzienia: jeżeli jego pułkma odmaszerować jutro, przyjmie.

Dobili targu. Żona dozorcy zgodziła się nawet ukryć Fabrycego w swoimpokoju, skąd rano będzie się mógł łatwiej wymknąć. Nazajutrz, przedświtem, roztkliwiona kobieta rzekła do Fabrycego:

— Mój chłopcze, za młody jesteś na takie szpetne rzemiosło: wierzaj mi,nie rób tego więcej!

— Jak to! — powtarzał Fabrycy — więc zbrodnią jest bronić ojczyzny?

— Dajmy już pokój. Pamiętaj zawsze, że ja ci ocaliłam życie: sprawa byłazupełnie jasna, czekała cię kulka w łeb. Ale nie mów o tym nikomu, bo byśmy oboje z mężem stracili miejsce; zwłaszcza nie powtarzaj już tychbredni o mediolańskim szlachcicu przebranym za handlarza barometrów:to za głupie. Słuchaj mnie dobrze: dam ci mundur huzara, który przedwczoraj umarł w więzieniu; gadaj jak najmniej, a gdyby cię kwatermistrz albooficer zagadnęli w ten sposób, że byłbyś zmuszony odpowiedzieć, mów, żeśleżał chory u chłopa, który cię zgarnął przez litość, drżącego z febryw przydrożnym rowie. Jeżeli im to jeszcze nie wystarczy, dodaj, że idzieszdo swego pułku. Przytrzymają cię może dla twego akcentu; wówczaspowiedz, że jesteś z Piemontu, rekrut, który został we Francji od zeszłegoroku itd.

Pierwszy raz po trzydziestu trzech dniach wściekłości Fabrycy zrozumiałzagadkę. Brano go za szpiega. Rozgadał się z żoną dozorcy, która tego ranabyła bardzo czuła; podczas gdy, uzbrojona igłą, zwężała mundur huzara,opowiedział zdumionej kobiecie swą historię. Uwierzyła przez chwilę; miałtak naiwny wyraz i tak mu było ładnie za huzara!

— Skoro masz taką ochotę się bić — rzekła wreszcie wpółprzekonana trzebaż było przybywszy do Paryża zaciągnąć się do pułku. Zapłaciłbyśbutelkę wina kwatermistrzowi, i po wszystkim!

Dała mu wiele dobrych rad na przyszłość; wreszcie o świcie wyprawiłaFabrycego, kazawszy sobie przysiąc po sto razy, że nigdy, co bądź by sięstało, nie wymieni jej. Skoro Fabrycy opuścił miasteczko, wędrując raźnoz huzarską szablą pod pachą, poczuł skrupuły. „Otom jest w ubraniui z marszrutą huzara zmarłego w więzieniu, gdzie się podobno znalazł zakradzież krowy i srebrnego nakrycia! — powiedział sobie. — Wszedłemw jego osobowość... i to mimo woli, nie przeczuwając czegoś podobnego!To pachnie więzieniem!... Wróżba jest jasna: czeka mnie dużo złegow więzieniu.”

Nie minęła godzina, jak Fabrycy rozstał się ze swą wybawczynią, kiedypuścił się tak gwałtowny deszcz, iż świeżo upieczony huzar ledwie mógł iśćw grubych buciorach nie na jego miarę. Spotkał wieśniaka na lichym koniu;kupił konia, porozumiewając się na migi: dozorczyni zaleciła mu jaknajmniej się odzywać z przyczyny akcentu.

Tego dnia armia wygrawszy bitwę pod Ligny maszerowała na Brukselę;było to w przeddzień Waterloo. Około południa, wśród ciągłej ulewy,Fabrycy usłyszał huk armat; szczęście to sprawiło, iż zapomniał o chwilachrozpaczy, jakie przeżył w niezasłużonym więzieniu. Jechał tak do późnej nocy, że zaś nabrał nieco rozsądku, poszukał kwatery w chałupie bardzoodległej od gościńca. Wieśniak lamentował i twierdził, że mu wszystkozabrano; Fabrycy dał mu talara — dostał owsa. „Koń mój nie jest zbyturodziwy — myślał — ale to nic, mógłby wpaść w oko jakiemu adiutantowi.”Za czym ułożył się w stajni koło niego. Nazajutrz na godzinę przed świtembył na gościńcu i, klepiąc konia po szyi, zdołał go skłonić do truchtu. Kołopiątej usłyszał kanonadę: była to przygrywka do Waterloo.

Rozdział trzeci

Niebawem Fabrycy trafił na markietanki, a serdeczna wdzięczność,jaką czuł dla dozorczyni w B..., sprawiła, że zwrócił się do nich; spytałjednej, gdzie znajduje się czwarty pułk huzarów, jego pułk.

— Nie masz się co tak śpieszyć, żołnierzyku — rzekła markietanka,wzruszona bladością i ładnymi oczami Fabrycego. — Nie masz dość tęgiejgarści na dzisiejszą młockę. Gdybyś jeszcze miał fuzję, nie mówię: mógłbyśz niej wygarnąć nie gorzej od innych.

Rada ta podrażniła Fabrycego; ale daremnie zacinał konia, nie mógłwyprzedzić wózka markietanki. Od czasu do czasu huk stawał się jakbybliższy i utrudniał porozumienie. Fabrycy bowiem był w takim upojeniu, żenawiązał rozmowę. Każde słowo markietanki zdwajało jego szczęście.Z wyjątkiem prawdziwego nazwiska i ucieczki z więzienia, opowiedziałwszystko tej kobiecie, która zdawała się tak poczciwa.

Była zdumiona; nie umiała zrozumieć tego, co jej opowiadał pięknyżołnierzyk.

— Cha! cha! domyślam się! — wykrzyknęła z tryumfem — jesteś młodycywil, zakochany w żonie jakiegoś kapitana z czwartego pułku huzarów.Twoja lubka sprawiła ci ten uniform i gonisz za nią. To pewna, jak Bóg naniebie, żeś nigdy nie był żołnierzem, ale widać jesteś dzielny chłopak i skorotwój pułk jest w ogniu, chcesz się tam pokazać, aby nie uchodzić za kapłona.

Fabrycy zgodził się na wszystko; był to jedyny sposób uzyskania wskazówek. „Nie znam zupełnie obyczaju tych Francuzów — myślał — jeżeli mnąktoś nie pokieruje, znowu się dostanę do więzienia i skradną mi konia.”

— Najpierw, mój mały — rzekła markietanka coraz życzliwiej usposobiona — przyznaj, że nie masz dwudziestu lat: najwyżej siedemnaście.

Była to prawda; Fabrycy przyznał ją chętnie.

— Zatem nie jesteś nawet rekrutem; jedynie dla pięknych oczu damulkiidziesz kark skręcić. Dalipan! niezły ma gust. Jeśli masz jeszcze trochę tychdusiów, któreś od niej dostał, trzeba po pierwsze, abyś sobie kupił innegokonia: patrz, jak twoja szkapa nastawia uszu, kiedy armata huknie trochębliżej — to chłopski koń, który cię przyprawi o śmierć, skoro się znajdzieszw szeregu. Ten biały dym, który tu widzisz, o, nad płotem, to ogień rotowy, malcze! Przygotuj się na tęgiego pietra, gdy zaczną gwiżdać kule. Radziłabym ci też zjeść coś, póki jeszcze czas.

Fabrycy usłuchał rady i podając markietance napoleona, poprosił, abysobie wzięła należność.

— To litość bierze! — krzyknęła kobieta — biedny malec, nawet nie umiesię rozpłacić! Wart byłbyś, abym, schowawszy napoleona, podcięła batemmoją Kokotkę; zjadłaby diabła twoja szkapa, nim by ją dogoniła. Cóż byśzrobił, niedojdo, gdybym tak dała nogę? Dowiedz się, że gdy armaty grają,nie pokazuje się nigdy złota. Ot — rzekła — masz tu osiemnaście frankówpięćdziesiąt centymów: śniadanie kosztowało cię trzydzieści su. Terazznajdziemy niebawem jakie konie na sprzedaż. Jeżeli konik mały, dasz zaniego dziesięć franków, w żadnym zaś razie nie więcej niż dwadzieścia,choćby to był koń samego świętego Jerzego.

Gawędę przerwała kobieta, która szła przez pola i przecięła im drogę.

— Hop, hop, hej! — krzyknęła do markietanki — hej, Małgoś! Szóstyszwoleżerów jest na prawo!

— Musimy się rozstać, mały — rzekła markietanka do naszego bohatera — ale doprawdy żal mi cię; udałeś mi się, psiakość! Nic nie wiesz, nic nieumiesz, zmiotą cię, jak Bóg na niebie! Chodź do szóstego szwoleżerów!

— Wiem dobrze, że nic nie umiem — rzekł Fabrycy — ale chcę się bić i mamzamiar iść tam, aż do tego białego dymu.

— Patrz, jak ten koń strzyże uszami! Skoro znajdzie się tam, ta chabetaweźmie na kieł, puści się galopa i Bóg wie dokąd cię zaniesie. Chcesz dobrejrady? Skoro dojdziesz tam, gdzie się biją, podnieś jaką fuzję i ładownicę,stań w szeregu z żołnierzami i rób wszystko jak oni. Ale, Boże drogi, idęo zakład, że ty nie potrafisz nawet odgryźć ładunku.

Fabrycy, bardzo dotknięty, wyznał wszelako nowej przyjaciółce, żezgadła.

— Biedny mały, zabiją go od razu, jak mi Bóg miły! Musisz iść ze mną — rzekła markietanka stanowczo.

— Ja chcę się bić.

— Będziesz się bił, nie bój się; szósty szwoleżerów to chwaty; jest dziśzresztą robota dla wszystkich.

— A kiedyż zajdziemy do pułku?

— Za kwadrans najdalej.

„Pod opieką tej zacnej kobiety — pomyślał Fabrycy — mimo mejnieświadomości nie wezmą mnie za szpiega i będę się mógł bić.”

W tej chwili armaty zagrały mocniej, jeden strzał następował po drugim.

— Istny różaniec — rzekł Fabrycy.

— Można już rozróżnić salwy — rzekła markietanka, podcinając konika,wyraźnie podnieconego bitwą.

Skręciła na prawo i puściła się na przełaj przez łąki; błota było na półłokcia; wózek omal nie ugrzązł, Fabrycy musiał go popychać. Koń upadł mudwa razy; niebawem droga stała się suchsza, biegnąc jedynie ścieżką wśródmurawy. Nim Fabrycy ujechał pięćset metrów, koń zatrzymał się: trup leżałw poprzek ścieżki przyprawiając o wzdrygnięcie jeźdźca i wierzchowca.

Twarz Fabrycego, zazwyczaj blada, przybrała odcień zielony; markietanka przyjrzawszy się trupowi mruknęła do siebie: „to nie z naszej dywizji.” Następnie, spojrzawszy na naszego bohatera, parsknęła śmiechem.

— Cha, cha! malcze! — wykrzyknęła. — Nie cacy?

Fabrycy stał zdrętwiały. Najbardziej uderzyły go straszliwie brudne nogitrupa, którego już obdarto z trzewików, zostawiając mu jedynie nędznespodnie splamione krwią.

— Chodź no — rzekła markietanka — zejdź z konia, musisz się przyzwyczaić. O, patrz! — wykrzyknęła. — Dostał w samą głowę!

Kula, wszedłszy w okolicy nosa, wyszła przeciwną skronią, zniekształcającohydnie trupa; jedno oko miał otwarte.

— Złaźże, malcze, i weź go za rękę, zobaczymy, czy cię uściśnie.

Bez wahania, mimo iż wpółomdlały ze wstrętu, Fabrycy zeskoczyłz konia, ujął trupa za rękę i wstrząsnął nią mocno; po czym stał chwilę jakmartwy: czuł, że nie ma siły wsiąść na konia. Najbardziej przejmowało gowstrętem to otwarte oko.

„Markietanka pomyśli, że jestem tchórz” — myślał z goryczą. Aleniepodobna mu było uczynić kroku; upadłby. Była to straszna chwila;Fabrycy czuł, że bliski jest wymiotów. Markietanka spostrzegła to, skoczyłażwawo i podała mu bez słowa kieliszek wódki, którą wypił jednym haustem;po czym mógł wsiąść na konia i jechał dalej w milczeniu. Markietankaspoglądała nań od czasu do czasu spod oka.

— Będziesz się bił jutro, mały — rzekła wreszcie — dziś zostaniesz ze mną.Sam widzisz, że musisz nawyknąć.

— Właśnie że nie; ja chcę się bić zaraz! — wykrzyknął nasz bohaterz ponurą zawziętością, która spodobała się markietance. Huk stawał sięcoraz mocniejszy i jakby bliższy. Strzały zlewały się w jeden basowypomruk; nie było żadnej pauzy między jednym strzałem a drugim, a na tle tego ciągłego basu, przypominającego łoskot dalekiego strumienia, możnabyło rozróżnić salwy karabinowe.

W tej chwili droga zapuściła się w mały gaik. Markietanka ujrzała kilkunaszych biegnących pędem w jej stronę; zeskoczyła lekko z wózka i ukryłasię o kilkanaście kroków od drogi. Zaszyła się w jamę powstałą po wyrwiewielkiego drzewa. „Pokaże się — pomyślał Fabrycy — czy jestem tchórz!”Stanął koło opuszczonego wózka i wydobył szablę. Żołnierze nie zwrócilinań uwagi i przebiegli pod samym lasem, na lewo od drogi.

— To nasi — rzekła spokojnie markietanka, wracając zdyszana do wózka.

— Gdyby twój koń zdolny był galopować, posłałabym cię naprzód aż na skrajlasu, zobaczyć, czy jest kto na równinie.

Fabrycy nie dał sobie dwa razy powtarzać, ułamał witkę topolową, odarłją z liści i zaczął okładać konia co sił; szkapa puściła się chwilę galopem, poczym wróciła do truchcika. Markietanka wypuściła konia galopem.

— Czekaj no, czekaj! — krzyczała za Fabrycym.

Niebawem znaleźli się oboje w otwartym polu. Dotarłszy na skraj łąki,usłyszeli straszliwy hałas, armaty i karabiny grały ze wszystkich stron, naprawo, na lewo, z tyłu. Ponieważ lasek, z którego wyjechali, rósł na wzgórkuna jakie osiem lub dziesięć stóp nad równiną, ujrzeli dość wyraźnie kawałekbitwy; ale właściwie na łączce nie było nikogo. Łąkę tę odcinał, o jakie tysiąckroków, długi rząd bujnych wierzb; nad tymi wierzbami widać było białydym, który niekiedy wzbijał się krętą smugą ku niebu.

— Gdybym tylko wiedziała, gdzie jest mój pułk — mówiła markietanka,skłopotana. — Nie możemy jechać przez tę łąkę. Słuchaj, ty — rzekła doFabrycego — jeżeli natkniesz się na wroga, bierz go od razu sztychem, niebaw się w rąbaninę.

W tej chwili markietanka spostrzegła czterech żołnierzy, o którychmówiliśmy wyżej: wychylili się z lasu na równinę na lewo od drogi. Jeden byłkonno.

— To coś dla ciebie — rzekła do Fabrycego. — Hej tam! — krzyknęła dotego, który był na koniu — chodź no się napić kieliszek wódki. — Żołnierzezbliżyli się. — Gdzie jest szósty szwoleżerów?! — krzyknęła.

— Tam, o pięć minut stąd, nad kanałem, za wierzbami: ubili im pułkownika Macon.

— Chcesz pięć franków za konia?

— Pięć franków! Żartujecie zdrowo, mateczko, oficerski koń! Nie miniekwadrans, jak go sprzedam za pięć napoleonów.

— Daj mi jednego napoleona — rzekła markietanka do Fabrycego.

Następnie zbliżywszy się do żołnierza na koniu rzekła: — Złaź prędko, masztu napoleona.

Żołnierz zsiadł. Fabrycy wesoło skoczył na siodło, markietanka zdejmowała zawiniątko przypięte do siodła.

— Nuże, pomóżcie mi! — rzekła do żołnierzy. — Pozwalacie się trudzićdamie?

Ale ledwie nowy wierzchowiec poczuł tobołek, zaczął stawać dęba.

Fabrycy, mimo że jeździł bardzo dobrze, musiał dołożyć wszelkich starań,aby go opanować.

— Dobry znak — rzekła markietanka — jaśnie pan nie przyzwyczajony dotłumoków.

— Generalski koń! — wykrzyknął żołnierz, który go sprzedał — wartdziesięć napoleonów jak bułka za grosz.

— Ma pan jeszcze dwadzieścia franków — rzekł Fabrycy, nie posiadając sięz radości, że ma pod sobą tak dziarskie zwierzę.

W tej chwili kula wpadła między wierzby biorąc je z ukosa; Fabrycyujrzał, jak gałązki, ścięte niby kosą, rozsypały się na obie strony.

— Oho, koncercik się przybliża — rzekł żołnierz, biorąc dwadzieściafranków.

Mogło być około drugiej.

Fabrycy był jeszcze pod wrażeniem niezwykłego widowiska, kiedygromadka generałów, wiodąc za sobą jakich dwudziestu huzarów przebyła w galopie skraj rozleglej łąki; koń Fabrycego zarżał, wspiął się kilkarazy, po czym gwałtownie szarpnął uzdę. „Niech i tak będzie!” — pomyślałFabrycy.

Koń, puszczony wolno, ruszył z kopyta i dognał eskortę towarzyszącągenerałom. Fabrycy naliczył cztery pióropusze. W kwadrans potem ze słówhuzara jadącego tuż obok Fabrycy odgadł, że jednym z generałów jestsłynny marszałek Ney. Szczęście jego nie miało granic, ale nie mógł zgadnąćktóry, dałby wszystko, aby się dowiedzieć, ale przypomniał sobie, że nietrzeba się odzywać. Eskorta zatrzymała się przed szerokim rowem pełnymwody z wczorajszego deszczu; rów otoczony był wielkimi drzewami i zamykał od lewej strony łąkę, na której Fabrycy kupił konia. Prawie wszyscyhuzarzy zsiedli; brzeg był stromy i śliski, a powierzchnia wody o kilka stópponiżej łąki. Fabrycy, upojony radością, więcej myślał o marszałku Neyui o sławie niż o swoim koniu, który, mocno podniecony, wjechał w kanał bryzgając wodą. Jeden z generałów, ochlastany od stóp do głów, zakląłwściekły: „Bydlę zas...e!” Fabrycy uczuł się głęboko dotknięty tą zniewagą.,,Czy mogę zażądać satysfakcji?” — myślał. Na razie chcąc dowieść, że niejest tak niezgrabny, postanowił wjechać na przeciwległy brzeg; ale brzeg byłstromy i wysoki na jakie pięć do sześciu stóp. Trzeba było dać za wygraną;za czym puścił się wpław wzdłuż kanału, przy czym koń miał wody po uszy.Wreszcie napotkał łagodniejszy spadek, widocznie dla pojenia koni; w tensposób dostał się bez trudu na drugą stronę. Znalazłszy się tam pierwszyz całego oddziału jechał dumnie brzegiem, gdy huzarzy szamotali się jeszczew kanale, dosyć zakłopotani swą pozycją, bo w wielu miejscach woda byłana pięć stóp. Niektóre konie, przestraszone, próbowały płynąć, chlapiącstraszliwie dokoła. Wachmistrz zauważył manewr tego smarkacza tak małowyglądającego na żołnierza.

— Siadać, jest wodopój na lewo! — zawołał. Niebawem wszyscy dostali się naląd.

Na drugim brzegu Fabrycy znalazł się sam z generałami; huk armat jakbysię zdwoił; ledwie tedy usłyszał owego obryzganego przezeń generała, którykrzyknął mu w ucho:

— Skąd wziąłeś tego konia?

Fabrycy był tak zmieszany, że odpowiedział po włosku:

L'ho comprato poco fa. (Kupiłem go przed chwilą.)

— Co ty gadasz?! — krzyknął generał.

Ale huk zrobił się w tej chwili taki, że Fabrycy nie mógł mu odpowiedzieć. Musimy przyznać, że bohater nasz był w tej chwili bardzo małobohaterski. Strach wszelako zajmował u niego dopiero drugie miejsce; raziłgo przede wszystkim łoskot, od którego pękały mu bębenki. Eskorta puściłasię galopem, jechali szmatem zoranego pola, ciągnącego się za kanałem.Pole było zasłane trupami.

— Raki! raki! — krzyczeli radośnie huzarzy z eskorty. Zrazu Fabrycy niezrozumiał; wreszcie spostrzegł, że w istocie prawie wszystkie trupy miałyczerwone mundury. Jedno przejęło go dreszczem: zauważył, iż wielunieszczęśliwych czerwonych żyło jeszcze; krzyczeli widocznie o pomoc, alenikt nie zważał na to. Bohater nasz, pełen ludzkości, dokładał wysiłków, abykoń jego nie nastąpił na żadnego z czerwonych. Eskorta zatrzymała się;Fabrycy, który nie dość pamiętał o żołnierskich obowiązkach, galopowałciągle, wpatrzony w jakiegoś rannego.

— Zatrzymasz ty się, smarkaczu! — wrzasnął za nim wachmistrz. Fabrycy spostrzegł, iż wyprzedził o dwadzieścia kroków generałów, i to właśnie z tejstrony, w którą wycelowali lornety. Wracając, aby zająć miejsce za innymihuzarami, którzy zostali o kilka kroków, ujrzał najwyższego z generałów,jak przemawiał do drugiego, również generała, rozkazującym tonem,niemal łając; klął przy tym obficie. Fabrycy nie mógł powstrzymać ciekawości; mimo rady, jaką mu dała poczciwa żona dozorcy, aby się jaknajmniej odzywał, obmyślił bardzo poprawne francuskie zdanie i zagadnąłsąsiada:

— Kto jest ten generał, który tak psioczy na drugiego?

— Któż ma być? Marszałek.

— Co za marszałek?

— Ney, ciemięgo. A gdzieżeś ty służył dotąd?

Fabrycemu, mimo że był tak drażliwy, nie postało w głowie się obrazić;pogrążony w dziecinnym podziwie, przyglądał się temu sławnemu księciu Moskwy, chwatowi nad chwaty.

Znowu puścili się galopem. W kilka chwil później Fabrycy ujrzał nadwadzieścia kroków przed sobą orną ziemię, ruszającą się w osobliwysposób. Bruzdy były pełne wody, wilgotna zaś ziemia, tworząca zagonywśród tych bruzd, leciała raz po raz na parę staj w górę czarnymi grudkami.Fabrycy zauważył mimochodem to dziwne zjawisko, po czym myśl jegoznów utonęła w dumaniach o sławie marszałka. Usłyszał za sobą nagłykrzyk: to dwaj huzarzy padli ugodzeni kulami; kiedy się obejrzał, byli jużdwadzieścia kroków za eskortą. Ujrzał rzecz straszną: zakrwawionegokonia, który się miotał na roli, plącząc nogi we własnych wnętrznościach — chciał gnać za innymi. Krew spływała do błota.

„Ha! jestem nareszcie w ogniu! — powiadał sobie. — Widziałem ogień! powtarzał z zadowoleniem. — Jestem prawdziwy żołnierz.” W tej chwilieskorta pędziła co koń wyskoczy; bohater nasz zrozumiał, że to kulerozpryskują ziemię ze wszystkich stron. Daremnie rozglądał się, skąd tekule; widział biały dym baterii w ogromnej odległości, ale w ciągłymi jednostajnym warczeniu armat zdawało mu się, że słyszy o wiele bliższestrzały: nic nie rozumiał.

W tej chwili generałowie wraz z eskortą zjechali w dróżkę pełną wody,znajdującą się o pięć stóp poniżej.

Marszałek zatrzymał się i znów wymierzył lornetę. Tym razem Fabrycymógł mu się przyjrzeć do woli; był to jasny blondyn z dużą czerwoną twarzą.

„Nie mamy takich twarzy we Włoszech — pomyślał. — Ja, taki blady, z ciemnymi włosami, nigdy nie będę doń podobny” — dodał ze smutkiem.Dla Fabrycego słowa te znaczyły: „Nigdy nie będę bohaterem.” Popatrzyłna huzarów: z wyjątkiem jednego wszyscy mieli płowe wąsy. Gdy Fabrycyprzyglądał się huzarom z eskorty, oni też patrzyli na niego. Zarumienił się;aby ukryć zmieszanie, zwrócił głowę w stronę nieprzyjaciela. Były to długieszeregi czerwonych ludzi, ale — co go mocno zdziwiło — zdali mu się bardzomali. Długie ich linie — pułki czy dywizje — widziały mu się nie wyższe niżpłoty. Szereg czerwonych jeźdźców przybliżał się ku dróżce, którą marszałek i eskorta posuwali się powoli, chlupiąc w błocie. Dym nie pozwalał nicrozróżnić przed sobą; od czasu do czasu na tej białej mgle odcinały sięsylwetki ludzi w galopie.

Nagle od strony nieprzyjaciela Fabrycy spostrzegł czterech ludzi nadjeżdżających pędem. „Aha! atakują nas” — pomyślał; naraz ujrzał, iż dwajz tych ludzi rozmawiają z marszałkiem. Jeden generał ze świty puścił sięgalopem w stronę nieprzyjaciela wraz z dwoma huzarami z eskorty i czterema przybyłymi. Po przebyciu małego kanału Fabrycy znalazł się obokwachmistrza, który wyglądał bardzo dobrodusznie. „Muszę doń zagadać — pomyślał — może przestaną się na mnie gapić.” Długo ważył słowa.

— Proszę pana, pierwszy raz widzę bitwę — rzekł wreszcie — ale czy toprawdziwa bitwa?

— Coś niby. Ale kto ty jesteś?

— Jestem bratem żony kapitana.

— A jakże się ten kapitan nazywa?

Bohater nasz zmieszał się strasznie; nie przewidział tego pytania. Szczęściem marszałek i eskorta znów ruszyli galopem. „Jakie francuskie nazwiskopowiedzieć?” — myślał. W końcu przypomniał sobie nazwisko oberżysty,u którego mieszkał w Paryżu; przysunął się z koniem do wachmistrzai krzyknął z całych sił:

— Kapitan Meunier!

Tamten, nie dosłyszawszy z powodu huku armat, odparł:

— A, kapitan Teulier? Poległ, ubito go.

„Brawo! — pomyślał Fabrycy — trzeba udać zasmuconego.”

— Och, mój Boże! — krzyknął i przybrał stroskaną minę.

Wypadli z bocznej dróżki na łąkę; jechali pędem, kule świstały znowu,marszałek skierował się ku dywizji kawalerii. Eskorta znalazła się wśródtrupów i rannych; ale widok ten nie robił już takiego wrażenia na naszymbohaterze: miał inne rzeczy na głowie.

Gdy eskorta się zatrzymała, ujrzał wózek markietanki; sympatia do tegoczcigodnego korpusu przeważyła wszystko, puścił się wprost ku niej.

— Stójże, psia...! — wrzasnął za nim wachmistrz.

„Co on mi może tu zrobić?” — pomyślał Fabrycy. I dalej galopowałw stronę markietanki. Spinając konia miał nadzieję, że to jest owa poczciwakobiecina, którą poznał dziś rano; koń i wózek były zupełnie podobne, alewłaścicielka była zgoła inna; bohaterowi naszemu wydało się, że ma bardzosrogą minę. Podjeżdżając Fabrycy usłyszał, jak mówi: „A taki był pięknymężczyzna!” Świeżo upieczonego żołnierza czekało tam szpetne widowisko: ucinano nogę wyżej kolana młodemu kirasjerowi, ładnemu i rosłemuchłopcu. Fabrycy zamknął oczy i wypił duszkiem cztery kieliszki wódki.

— Dobrze ciągniesz, smyku! — krzyknęła markietanka.Wódka natchnęła go myślą: „Trzeba mi kupić sobie życzliwość kolegówz eskorty.”

— Poproszę o resztę wódki — powiedział do markietanki.

— Ale czy ty wiesz — odparła — że w taki dzień jak dziś to kosztuje dziesięćfranków?

Dognał eskortę w galopie.

— Cha, cha! przynosisz nam kropelki! — zawołał wachmistrz — po to takzmykałeś! Dawaj!

Butelka poszła w kolej; ostatni, wypiwszy, rzucił ją w górę.

— Dziękuję, kamracie — krzyknął do Fabrycego.

Wszystkie oczy spojrzały nań przyjaźnie. Spojrzenia te zdjęły Fabrycemustufuntowy ciężar z serca; było to jedno z owych zbyt delikatnych serc, którepotrzebują życzliwości. Wreszcie pozyskał sobie kolegów, jest jakiś węzełmiędzy nimi! Fabrycy odetchnął głęboko, po czym swobodnym głosemrzekł do wachmistrza:

— Jeżeli kapitan Teulier zginął, gdzie ja będę mógł odnaleźć siostrę?

Uważał się za młodego Makiawela, że tak gładko powiedział Teulierzamiast Meunier.

— Dowiesz się wieczorem — odparł wachmistrz.

Eskorta ruszyła i skierowała się ku dywizjom piechoty. Fabrycy czuł sięzupełnie pijany; wypił za dużo wódki, kiwał się na siodle; przypomniał sobiemaksymę, którą wygłaszał stangret jego matki; „Kiedy się zaprószyłogłowę, trzeba patrzeć na uszy konia i robić jak drudzy.” Marszałekzatrzymał się dość długo przy kilku korpusach kawalerii, które posłał doataku; ale przez dobrą godzinę bohater nasz nie miał świadomości tego, co się dzieje. Czuł się bardzo zmęczony; gdy koń wypuszczał się galopem, osuwałsię na siodło jak kawał ołowiu.

Naraz wachmistrz krzyknął na swoich ludzi:

— Nie widzicie, sk... syny, cesarza!

Natychmiast eskorta wrzasła na całe gardło:

— Niech żyje cesarz!

Można się domyślić, że bohater nasz wypatrywał oczy, ale ujrzał tylkogalopujących generałów, również na czele eskorty. Długie włosiane ogonyu kasków dragońskich nie pozwoliły mu rozpoznać twarzy. „Tak więcz powodu tej przeklętej wódki nie widziałem cesarza na polu bitwy!” Myślta otrzeźwiła go zupełnie.

Zjechali znów w drogę pełną wody, konie chciały pić.

— Więc to cesarz jechał? — spytał sąsiada.

— No tak, ten w mundurze bez żadnych haftów. Jakżeś go mógł niewidzieć? — odparł kamrat przyjaźnie.

Fabrycy miał wielką ochotę puścić się za eskortą cesarza i wmieszać sięw nią. Cóż za szczęście jechać w trop tego bohatera, walczyć tuż za nim!Wszak na to przybył do Francji. „Mam prawo to uczynić — myślał — ostatecznie o służbie, którą pełnię, rozstrzygnęła jedynie wola mego konia,który puścił się galopem za tymi generałami.”

Jeżeli namyślił się zostać, skłoniło go do tego życzliwe obejście nowychkamratów; zaczynał się uważać za serdecznego druha tych żołnierzy,z którymi galopował od kilku godzin. Roił sobie, że łączy ich szlachetnaprzyjaźń bohaterów Tassa i Ariosta. Gdyby się przyłączył do eskortycesarza, musiałby na nowo zawierać znajomość, może by się nań krzywiono; tamci byli dragoni, a on miał mundur huzarski, jak cała eskortamarszałka. Sposób, w jaki nań patrzyli teraz, napełniał go szczęściem;zrobiłby wszystko dla swoich kolegów; dusza jego, myśl bujały w obłokach.Wszystko przybrało dlań odmienną fizjonomię, odkąd się czuł międzyprzyjaciółmi; umierał z ochoty zadawania im pytań. „Ale jestem trochępijany — myślał — nie zapominajmy rad mojej dozorczyni.” Wyjeżdżającz wąwozu zauważył, że na czele eskorty nie ma już marszałka Neya; generał,za którym jechali obecnie, był wysoki, szczupły, o suchej i groźnej twarzy.

Generałem tym był nie kto inny niż hrabia d'A..., ów porucznik Robertz 15 maja r. 1796. Jakimż szczęściem byłoby dlań ujrzeć Fabrycego delDongo!

Od dawna już Fabrycy nie widział czarnych grudek ziemi bryzgających pod gradem kul. Przybyli za pułk kirasjerów; usłyszał wyraźnie kulekartaczowe, uderzające o pancerze, ujrzał, jak kilku ludzi pada.

Słońce było już bardzo nisko i miało się ku zachodowi, kiedy eskortawynurzając się z wąwozu wspięła się na zbocze wysokie na kilka stóp, abywjechać na orne pole. Fabrycy usłyszał tuż obok dziwny chrzęst; obróciłgłowę: czterech ludzi padło z końmi; i sam generał upadł, ale podniósł się,zbroczony krwią. Fabrycy patrzył na huzarów leżących na ziemi: trzejczynili jeszcze jakieś konwulsyjne ruchy, czwarty krzyczał: „Wyciągnijciemnie!” Wachmistrz i paru ludzi zsiadło z koni, aby dać pomoc generałowi,który opierając się na adiutancie, próbował postąpić kilka kroków; silił sięoddalić od swego konia, który tarzał się po ziemi wierzgając.

Wachmistrz zbliżył się do Fabrycego. Równocześnie bohater nasz usłyszał tuż za sobą słowa: „To jedyny, który jeszcze może iść galopem.” Uczuł,że ktoś chwyta go za nogi: podniesiono mu je w górę, gdy ktoś podejmowałgo pod ramiona. Przesadzono go ponad zadem końskim, po czym upuszczono go na ziemię, gdzie znalazł się w pozycji siedzącej.

Adiutant ujął konia Fabrycego za uzdę; generał, wsparty przez wachmistrza, wsiadł i odjechał galopem; sześciu pozostałych jeszcze ludzi pomknęłoza nim. Fabrycy wstał, wściekły, i zaczął biec za nimi, krzycząc:

Ladri! ladri! (Złodzieje! złodzieje! )

Zabawny widok człowieka goniącego za złodziejami na polu bitwy.

Eskorta i generał hrabia d'A... znikli niebawem za wierzbami. Fabrycy,pijany z gniewu, dotarł też do tych wierzb; stanął nad głębokim kanałem,który przebył. Następnie, znalazłszy się po drugiej stronie, zaczął kląć,spostrzegając na nowo, ale z bardzo daleka, generała i eskortę gubiących sięw drzewach. „Złodzieje! złodzieje!” — krzyczał teraz po francusku. Zrozpaczony o wiele mniej stratą konia niż zdradą, padł nad rowem, wyczerpany,wpółmartwy z głodu. Gdyby to nieprzyjaciel zabrał mu tego pięknegokonia, ani pomyślałby o tym: ale być zdradzonym i okradzionym przez tegowachmistrza, którego tak kochał, i przez tych huzarów, których uważał zabraci! — od tego pękało mu serce. Nie mógł się pocieszyć po takimbezeceństwie; wsparty o wierzbę, zaczął płakać gorącymi łzami. Wyzbywałsię kolejno marzeń o rycerskiej i szczytnej przyjaźni, jaka łączy bohaterówJerozolimy wyzwolonej. Niczym byłoby mu patrzeć na zbliżającą się śmierćw otoczeniu dusz bohaterskich i tkliwych, szlachetnych przyjaciół, którzyściskają ci dłoń w chwili ostatniego tchnienia! Ale jak tu zachować świętyzapał w pobliżu podłych łajdaków! Fabrycy przesadzał jak każdy człowiek oburzony. Po kwadransie roztkliwień zauważył, że kule zaczynają dolatywać do drzew, pod którymi dumał. Wstał i starał się rozeznać w położeniu.Patrzył na łąki zamknięte szerokim kanałem oraz rzędem bujnych drzew,i zdawało mu się, że je poznaje. Spostrzegł korpus piechoty, która przebyłarów i wchodziła w łąkę o ćwierć mili przed nim. „Byłbym usnął — rzekł sobie— cała rzecz w tym, aby się nie dostać do niewoli. I zaczął iść bardzo szybko.W drodze uspokoił się; poznał mundury: pułki, których się bał, że goodetną, były francuskie. Wziął się na prawo, aby się z nimi spotkać.

Z cierpieniem moralnym, że go tak niegodnie zdradzono i okradziono,łączyło się drugie, które dawało mu się czuć coraz żywiej: umierał z głodu.Z największą radością, uszedłszy lub raczej ubiegłszy jakieś dziesięć minut,spostrzegł, że pułk piechoty, który też szedł bardzo szybko, zatrzymuje się,jakby dla zajęcia pozycji. W kilka minut znalazł się przy pierwszychszeregach.

— Koledzy, nie moglibyście mi sprzedać kawałka chleba?

— Ot, durny, on bierze nas za piekarzy!

Ta szorstka odpowiedź i śmiech, który jej towarzyszył, zgnębiły Fabrycego. Wojna nie była tedy owym szlachetnym i wspólnym porywem duszrozkochanych w sławie, jak to sobie wyobrażał z proklamacji Napoleona!Usiadł lub raczej osunął się na trawę; pobladł mocno. Żołnierz, który siędoń odezwał i który się zatrzymał o kilka kroków, aby oczyścić chustkązamek u fuzji, zbliżył się i rzucił mu kawałek chleba; po czym widząc, że gonie podnosi, włożył mu ten chleb do ust. Fabrycy otworzył oczy i jadł, niemając siły mówić. Kiedy wreszcie poszukał oczami żołnierza, aby muzapłacić, ujrzał się sam; najbliżsi żołnierze byli o sto kroków przed nimi w marszu. Podniósł się machinalnie i szedł za nimi. Wszedł do lasu; miałpaść ze znużenia i szukał już okiem wygodnego miejsca; ale jakaż byłaradość, kiedy poznał najpierw konia, potem wózek, a w końcu znajomąmarkietankę! Podbiegła, przerażona jego wyglądem.

— Jeszcze parę kroków, malcze — rzekła. — Czyś ranny?... A twój pięknykoń? — To mówiąc prowadziła go do wózka i wsadziła go podtrzymując podramię. Ledwie znalazłszy się na wózku, bohater nasz, wyczerpany do cna,zasnął głęboko.

Rozdział czwarty

Nic nie mogło go zbudzić: ani strzały karabinowe tuż koło wózka, anitrucht konia, którego markietanka okładała ile wlezie. Pułk, zaatakowanyniespodzianie przez chmarę pruskiej kawalerii, po całodziennej wierzew zwycięstwo cofał się lub raczej pierzchał w stronę Francji.

Pułkownik, piękny młodzieniec w opiętym mundurze, następca Macona,padł rozniesiony szablami; następca jego, major, siwowłosy starzec, zatrzymał pułk.

— Psiekrwie jedne — przemówił do żołnierzy — za czasu republikiczekaliśmy z dawaniem nogi, aż nieprzyjaciel zmusi nas do tego... Brońciekażdej piędzi ziemi i gińcie! — krzyczał i klął na przemian — teraz już ci Prusacy pchają się na naszą francuską ziemię!

Wózek stanął. Fabrycy obudził się nagle. Słońce zaszło od dawna; zdziwiłsię, że jest prawie noc. Żołnierze biegali w popłochu, który zdziwił naszegobohatera; uważał, że mają rzadkie miny.

— Co to takiego? — rzekł do markietanki.

— Ano nic; dali nam radę, chłopcze; kawaleria pruska bierze nas naszable, tylko tyle. Ten tuman generał myślał zrazu, że to nasi. No, prędko,pomóż mi naprawić uprząż, porwała się.

Parę strzałów karabinowych rozległo się o kilka kroków. Bohater nasz,świeży i wypoczęty, rzekł sobie: „Ależ, w gruncie, ja się przez cały dzień niebiłem: eskortowałem tylko generała.” — Muszę się iść bić — rzekł domarkietanki.

— Nie bój się, będziesz się bił więcej, niż będziesz miał ochotę! Zgubienijesteśmy... Aubry, mój chłopcze — krzyknęła do przechodzącego kaprala, zaglądaj no od czasu do czasu na mój wózek!

— Pan idzie się bić? — spytał Fabrycy kaprala.

— Nie, wkładam lakierki i idę na bal!

— Idę z panem!

— Polecam ci małego huzara! — krzyknęła markietanka — ten cywil maducha.

Kapral Aubry szedł, nie mówiąc słowa. Dziesiątek żołnierzy dogonił gopędem: zaprowadził ich za gruby dąb obrosły jeżyną. Następnie rozstawiłich na skraju lasu, wciąż nie mówiąc ani słowa, w szerokiej tyralierskiej linii:każdy był co najmniej o dziesięć kroków od sąsiada.

— Słuchajcie no — rzekł kapral i były to pierwsze jego słowa — a niestrzelać mi przed komendą; pamiętajcie, że macie już tylko po trzy naboje.

„Co to wszystko znaczy?” — pytał sam siebie Fabrycy. Wreszcie, gdyzostał sam z kapralem, rzekł:

— Nie mam fuzji.

— Najpierw milcz! Idź tam: na pięćdziesiąt kroków za lasem znajdzieszktóregoś z naszych zarąbanego szablami; weźmiesz mu fuzję i ładownicę.Ale żebyś mi nie obdzierał rannego, weź takiemu, co będzie na dobrezabity, a strzeż się, żebyś nie oberwał kulki od naszych.

Fabrycy puścił się pędem i wrócił z fuzją i ładownicą.

— Nabij i stań za tym drzewem, a zwłaszcza nie strzelaj, nim damrozkaz... Kroćset fur beczek! — wtrącił kapral — nie umie nawet nabić!... Pomógł Fabrycemu, ciągnąc dalej: — Jeśli nieprzyjacielski jeździec będziepędził na ciebie z szablą, zaskocz za drzewo i nie strzelaj, aż z zupełniebliska, kiedy będzie o trzy kroki: trzeba, aby bagnet prawie dotykałmunduru.

— Rzućże to szablisko! — krzyknął kapral — chcesz się na nim przewrócić,do cholery! Co za żołnierzy dają nam teraz! — To mówiąc, sam ujął szablęi odrzucił ją z gniewem. — Wytrzyjże skałkę chustką. Ale czyś ty kiedystrzelał z fuzji?

— Często na polowaniu.

— Chwała Panu Bogu! — odparł kapral z głębokim westchnieniem. —Zwłaszcza nie strzelaj przed moim rozkazem. — I odszedł.

Fabrycy był rozradowany. „Wreszcie będę się bił naprawdę — mówiłsobie — zabiję nieprzyjaciela. Rano pluli na nas kulami, a ja się tylkopodstawiałem: głupia rola.” Rozglądał się na wszystkie strony z ciekawością. Po chwili usłyszał tuż koło siebie kilka strzałów. Ale, nie słysząckomendy, stał spokojnie za drzewem. Była prawie noc; miał uczucie, że jestna espere, na łowach na niedźwiedzia, w górach Tramezzina, nad Grianta.Przyszedł mu do głowy pomysł myśliwski: wyjął z ładownicy nabój i wykręcił kulę. „Jeśli go zobaczę — rzekł — nie powinienem chybić” — i wpuścił tędrugą kulę do lufy. Usłyszał dwa strzały tuż koło drzewa, równocześnieujrzał jeźdźca w niebieskim mundurze, przejeżdżającego tuż przed nim, odprawej ku lewej. „Jest dalej niż o trzy kroki — rzekł sobie — ale na tęodległość mam go na pewno.” Wiódł pilnie za jeźdźcem końcem lufy, w końcu pocisnął cyngiel, jeździec upadł wraz z koniem. Bohater nasz miałzłudzenie, że jest na polowaniu; pobiegł radośnie ku zwierzynie, którąpołożył. Już zbliżał się do rannego, który — zdawało się — konał, kiedyz nieprawdopodobną szybkością dwaj jeźdźcy pruscy wpadli, aby goroznieść na szablach. Fabrycy uciekł pędem do lasu; dla większej szybkościrzucił fuzję. Prusacy byli już tylko o trzy kroki, kiedy dopadł dębowegogaiku na skraju lasu. Młode dąbki grubości ramienia zatrzymały na chwilęjeźdźców; ale przebyli je i zaczęli ścigać Fabrycego przez polankę. Znowugo już dosięgali, ale wpadł między grubsze drzewa. Równocześnie niemalosmalił go płomień kilku strzałów z fuzji oddanych tuż obok. Spuścił głowę;kiedy ją podniósł, ujrzał przed sobą kaprala.

— Zabiłeś swojego? — rzekł kapral Aubry.

— Tak, ale straciłem fuzję.

— Ba, fuzji nie braknie. Chwat z ciebie, mimo tej za...nej miny, sprawiłeśsię gracko, a tamte gamonie spudłowały do owych dwu drabów, którzygoniąc cię, wpadli wprost na nich; ja ich nie spostrzegłem. Chodzi teraz o to,aby stąd pięknie zwiać; pułk musi być o jakie pół ćwierci mili, a co więcej,mamy po drodze kawałeczek łąki, gdzie mogliby nas zagarnąć półkolem.

Tak mówiąc, kapral szedł żwawo na czele swoich dziesięciu ludzi.O dwieście kroków dalej, wchodząc na ową łączkę, spotkali rannegogenerała, którego niósł adiutant ze służącym.

— Dasz mi czterech ludzi — rzekł do kaprala osłabłym głosem — zaniosąmnie do ambulansu: mam strzaskaną nogę.

— Idź do za...nej cholery! — odparł kapral — ty i wszyscy generałowie! Zdradziliście dziś cesarza!

— Co?! — wykrzyknął generał wściekły — nie słuchasz moich rozkazów!Czy wiesz, jestem generał hrabia B..., komendant waszej dywizji itd., itd.

Gadał tak dłuższy czas. Adiutant skoczył na żołnierzy. Kapral pchnął gobagnetem w ramię, po czym oddalił się ze swymi ludźmi, podwajając kroku.

— Bodajby im wszystkim — rzekł kapral — połamano ręce i nogilGlancusie przeklęte! Wszyscy zaprzedani Burbonom, zdradzili cesarza!

Fabrycy słuchał z przejęciem tego straszliwego oskarżenia.

Około dziesiątej wieczór oddziałek połączył się z pułkiem pod dużąwioską, tworzącą kilka bardzo wąskich ulic; ale Fabrycy zauważył, że kapralAubry unika spotkania z którymś z oficerów.

— Niepodobna się poruszać! — krzyknął kapral.

Wszystkie ulice były zapchane piechotą, jazdą, a zwłaszcza jaszczykami i furgonami. Kapral próbował kolejno wepchać się w każdą ulicę; podwudziestu krokach trzeba się było zatrzymać. Wszyscy klęli i wściekali się.

— Znowu jakiś zdrajca dowodzi! — wykrzyknął kapral. — Jeżeli nieprzyjaciel wpadnie na ten dowcip, aby otoczyć wioskę, wyłowią nas jak psów. Hejtam, chłopcy, za mną!

Fabrycy obejrzał się; było już przy kapralu tylko sześciu żołnierzy. Weszlijakąś otwartą bramą w obszerny dziedziniec; z dziedzińca przeszli do stajni,z której dostali się do ogrodu. Zgubili się w nim na chwilę. Wreszcie,przeszedłszy żywopłot, znaleźli się w zbożu. W niespełna pół godziny,wiedzeni krzykami i hałasem, dobili do gościńca. Rowy pełne były porzuconych fuzji; Fabrycy wybrał sobie jedną. Ale droga, mimo że bardzoszeroka, tak była zapchana uciekającymi i wozami, że w ciągu pół godzinykapral i Fabrycy posunęli się zaledwie o pięćset kroków. Mówiono, że tadroga wiedzie do Charleroi. Wioskowy zegar wybił jedenastą.

— Walmy przez pole! — wykrzyknął kapral.

Oddziałek składał się już tylko z trzech żołnierzy, Fabrycego i kaprala.

Kiedy byli o ćwierć mili od gościńca, jeden z żołnierzy rzekł:

— Ja już nie mogę.

— Ani ja — rzekł drugi.

— Ładna nowina! Wszyscyśmy w jednej skórze — rzekł kapral — alesłuchajcie tylko mnie, a dobrze wyjdziecie. — Ujrzał kilka drzew wzdłużmałego rowu wśród olbrzymiego łanu zboża. — Pod te drzewa — rzekł doswoich ludzi — połóżcie się tu — dodał, skoro się tam znaleźli — tylko bezhałasu. Ale nim uśniemy, kto ma chleb?

— Ja — rzekł jeden z żołnierzy.

— Dawaj — rzekł kapral z powagą. Podzielił chleb na pięć kawałkówi wziął sobie najmniejszy. — Na kwadrans przed świtaniem — rzekł, jedząc — będziecie mieli na karku nieprzyjacielską jazdę. Chodzi o to, aby się nie daćwziąć na szable. Jeden byłby kaput mając na karku jazdę na tej równinie;ale pięciu może się ocalić: trzymajcie się kupą przy mnie, nie strzelajcie, ażz bardzo bliska, a podejmuję się jutro doprowadzić was do Charleroi.

Kapral obudził ich na godzinę przed dniem, kazał im na świeżo nabićbroń. Zgiełk od gościńca dochodził wciąż, trwał całą noc, był to niby łoskotodległego strumienia.

— To zupełnie jak kiedy barany uciekają — rzekł Fabrycy naiwnie dokaprala.

— Stulisz ty pysk, smarkaczu! — rzekł kapral oburzony.

I trzej żołnierze, którzy z Fabrycym składali całą jego armię, spojrzeli,na chłopca z gniewem, jak gdyby dopuścił się bluźnierstwa. Znieważył naród.

„To kapitalne! — myślał nasz bohater. — Zauważyłem to już u wicekrólaw Mediolanie: oni nie uciekają, nie! Z tymi Francuzami nie wolno mówićprawdy, kiedy to obraża ich próżność. Ale ja sobie kpię z ich srogich mini muszę im to dać poznać.” Wciąż szli o pięćset kroków od strumieniauciekających, który pokrywał gościniec. O milę dalej kapral i jego armiaskierowali się drogą wiodącą do gościńca, przy której leżało wielu żołnierzy.Fabrycy kupił sobie niezłego konia, który go kosztował czterdzieści franków, i wśród szabel porzuconych po obu stronach drogi wybrał wielki prostyrapier. „Skoro mówią, że trzeba kłuć sztychem — pomyślał — ten będzienajlepszy.” Tak uzbrojony wypuścił konia i niebawem dogonił kaprala,który udał się przodem. Poprawiwszy się w strzemionach ujął w lewą garśćpochwę rapiera i rzekł do czterech Francuzów:

— Ci uciekający to istne stado baranów... idą jak wystraszone barany...

Ale darmo Fabrycy kładł nacisk na słowo barany, koledzy niepamiętali już, że się pogniewali o to godzinę wprzódy. W tym się wyrażajedno z przeciwieństw francuskiego i włoskiego charakteru; Francuz jestbez wątpienia szczęśliwszy, ślizga się po wypadkach i nie chowa urazy.

Nie będziemy taić, że Fabrycy był bardzo rad ze swojej osoby, powiedziawszy swoje o baranach. Posuwali się, gawędząc. O dwie mile dalejkapral, wciąż zdziwiony, że nie widzi nieprzyjacielskiej jazdy, rzekł doFabrycego:

— Ty jesteś naszą kawalerią, jedź galopem do tej chałupy na wzgórku i spytaj chłopa, czy zechce nam sprzedać śniadanie; powiedz wyraźnie, że jest nas tylko pięciu. Gdyby się wahał, daj mu pięć franków zeswoich pieniędzy; ale bądź spokojny, odbierzemy ten pieniążek po śniadaniu.

Fabrycy spojrzał na kaprala, ujrzał na jego twarzy niewzruszoną powagę,istotny wyraz wyższości moralnej; usłuchał. Wszystko odbyło się tak, jakpowiedział głównodowodzący; Fabrycy jedynie nalegał, aby nie odbierałsiłą pięciu franków, które dał chłopu.

— To moje pieniądze — mówił do towarzyszy — ja nie płacę za was, płacęza owies dla mojego konia.

Fabrycy tak źle wysławiał się po francusku, że towarzysze odczuli w jegosłowach ton wyższości: dotknęło ich to; z tą chwilą w myśli ich zarysował się pojedynek na zakończenie dnia. Wydawał im się bardzo różny od nich, i toich drażniło; Fabrycy, przeciwnie, zaczynał czuć dla nich przyjaźń.

Szli bez słowa od dwóch godzin, kiedy kapral, spoglądając na drogę,wykrzyknął radośnie:

— Nasz pułk!

Rychło znaleźli się na gościńcu; ale niestety! koło orła nie było ani dwustuludzi. Oko Fabrycego ujrzało niebawem markietankę: szła pieszo, z czerwonymi oczami, popłakując od czasu do czasu. Na próżno Fabrycy szukałwzrokiem wózka i Kokotki.

— Zrabowane, przepadłe, skradzione! — wykrzyknęła markietanka w odpowiedzi na spojrzenia naszego bohatera.

Fabrycy bez słowa zsiadł z konia, ujął go za uzdę i rzekł do markietanki:

— Niech pani siada.

Nie dała sobie powtarzać dwa razy.

— Skróć mi strzemiona — rzekła.

Usadowiwszy się, zaczęła opowiadać Fabrycemu klęski owej nocy. Poopowiadaniu nieskończenie długim, ale chciwie łykanym przez naszegobohatera, który — prawdę rzekłszy — nic a nic nie zrozumiał, ale miał żywąprzyjaźń dla markietanki, dodała:

— I rzec, że to Francuzi mnie obłupili, zbili, zrujnowali...

— Jak to! To nie nieprzyjaciele? — spytał Fabrycy naiwnym tonem, którydawał uroczy wyraz jego poważnej i bladej twarzy.

— Jakiś ty głupi, mój poczciwy malcze! — rzekła markietanka, uśmiechając się przez łzy. — Ale bardzo milusi!

— I jak go pani widzisz, doskonale sprzątnął swego Prusaka — rzekłkapral Aubry; wśród powszechnego zamętu kapral znalazł się przypadkowo po drugiej stronie konia, na którym jechała markietanka. — Ale dumnaz niego sztuka... — ciągnął kapral. Tu Fabrycy uczynił gest. — Jakże ty sięnazywasz — ciągnął kapral — ostatecznie, jeżeli będzie raport, chcę cięwymienić.

— Nazywam się Vasi — odrzekł Fabrycy, nieco zmieszany — to jestwłaściwie Boulot — poprawił się żywo.

Boulot było to nazwisko właściciela marszruty, którą mu dała dozorczyniwięzienia; przedwczoraj wystudiował ją starannie w drodze, bo zaczynałzastanawiać się nieco i nie dziwił się już tak wszystkiemu. Prócz marszrutyhuzara Boulot przechowywał troskliwie paszport włoski, wedle któregomiał — prawo do szlachetnego miana Vasi — handlarz barometrów. Kiedy kapral zarzucił mu dumę, omal nie odpowiedział: „Ja dumny! Ja, FabrycyValserra, marchesino del Dongo, który godzi się nosić nazwisko jakiegośVasi, handlarza barometrów!”

Podczas gdy Fabrycy zastanawiał się i powiadał sobie: „Trzebaż pamiętać o tym, że się nazywam Boulot lub też pachnie to więzieniem, które mizagraża” — kapral i markietanka wymienili parę uwag tyczących jego osoby.

— Niech mnie pan nie uważa za wścibską — rzekła markietanka przestając go tykać — jeżeli pytam, to dla pańskiego dobra. Kto pan jest, ale taknaprawdę?

Fabrycy nie odpowiedział zrazu; rozważał, że niepodobna by mu znaleźćprzyjaciół bardziej oddanych, których mógłby się poradzić. A gwałtowniepotrzebował rady! „Przybędziemy do obozu, komenderujący zechce wiedzieć, kto jestem, i znowuż pachnie więzieniem, jeśli się okaże z moichodpowiedzi, że nie znam nikogo w czwartym pułku huzarów, któregomundur noszę!” Jako poddany austriacki, Fabrycy znał całą wagę paszportu; członkowie jego rodziny, mimo że wysoko urodzeni i nabożni, mimo żenależący do zwycięskiego stronnictwa, bywali po dwadzieścia razy niepokojeni z przyczyny paszportu; nic go tedy nie zdziwiło pytanie markietanki.Kiedy — nim zdobył się na odpowiedź — szukał w myśli najjaśniejszychzwrotów francuskich, markietanka, palona ciekawością, dodała, aby gozachęcić:

— Kapral Aubry i ja damy panu dobrą radę, niby względem tego, co maszz sobą począć.

— Nie wątpię — odparł Fabrycy. — Nazywam się Vasi i jestem z Genui;siostra moja, słynna z urody, wyszła za mąż za kapitana. Ponieważ mamdopiero siedemnaście lat, ściągnęła mnie, aby mi pokazać Francję i ogładzićmnie nieco. Nie zastawszy jej w Paryżu i dowiedziawszy się, że jest przyarmii, przybyłem za nią i szukałem na wszystkie strony, nie mogąc jejznaleźć. Żołnierze, uderzeni moim włoskim akcentem, przytrzymali mnie.Miałem wówczas pieniądze; przekupiłem żandarma, który dał mi marszrutę, mundur i powiedział: „Zmykaj, ale przysięgnij, że nigdy nie wymieniszmego nazwiska.”

— Jak się nazywał? — spytała markietanka.

— Dałem słowo — odparł Fabrycy.

— Ma rację — wtrącił kapral — żandarm jest ladaco, ale kolega niepowinien go zdradzić. A jak się nazywa ten kapitan, twój szwagier? Skorebędziemy wiedzieli nazwisko, możemy go poszukać.

— Teulier, kapitan w czwartym pułku huzarów — odparł nasz bohater.

— Zatem — rzekł kapral z domyślną miną — z cudzoziemskiego akcentużołnierze wzięli cię za szpiega.

— Och, to ohydne słowo! — krzyknął Fabrycy z błyszczącymi oczami. — Ja,który tak kocham cesarza i Francuzów! Właśnie ta zniewaga najwięcej mnieoburza.

— Nie ma tu żadnej zniewagi, w tym właśnie się mylisz; omyłka żołnierzyjest zupełnie naturalna — odparł z powagą kapral Aubry.

Za czym wyłożył mu wielce dokładnie, że w wojsku trzeba należeć dojakiejś broni i nosić mundur, inaczej jest zupełnie proste, że człowieka biorąza szpiega. „Nieprzyjaciel nasyła nam ich dużo; kto żyje, zdradza w tejwojnie.” Łuska spadła z oczu Fabrycego: pierwszy raz zrozumiał, żewszystko, co mu się zdarzyło od dwóch miesięcy, było z jego winy.

— Ale trzeba, żeby malec opowiedział nam wszystko — rzekła markietanka, którą ciekawość paliła coraz bardziej.

Fabrycy spełnił jej prośbę. Kiedy skończył, rzekła poważnie do kaprala:

— W gruncie rzeczy ten dzieciak nie jest wojskowy; teraz, kiedy naspobito i zdradzono, czeka nas brzydka wojna. Po co miałby brać po łbiegratis pro Deo?

— Zwłaszcza — rzekł kapral — że nie umie nawet nabić karabinu ani nadwanaście temp, ani tak. To ja nabiłem fuzję, którą sprzątnął Prusaka.

— Co więcej, pokazuje pieniądze całemu światu — dodała markietanka —okradną go od pierwszej chwili, kiedy nie będzie z nami.

— Pierwszy podoficer kawalerii, którego spotka — rzekł kapral — skonfiskuje je, aby sobie postawić szklaneczkę, a może i wezmą go w rekruty narzecz nieprzyjaciela, kto żyje bowiem, zdradza. Pierwszy z brzegu każe muiść za sobą, on pójdzie; lepiej byłoby wpisać go do naszego pułku.

— Och, nie, panie kapralu! — wykrzyknął Fabrycy. — Wygodniej nakoniu! Zresztą ja nie umiem nabić karabinu, a widzi pan, że umiem jeździćkonno.

Fabrycy był bardzo dumny ze swej oracji. Nie będziemy powtarzalidługiej dyskusji nad jego przyszłym losem, która toczyła się międzykapralem a markietanką. Fabrycy zauważył, że w rozmowie powtarzali pokilka razy wszystkie szczegóły jego przygody: podejrzenia żołnierzy,żandarm sprzedający marszrutę i mundur, sposób, w jaki wczoraj sięznalazł w eskorcie generała, cesarz ujrzany w galopie, zwędzony końitd.

Z kobiecą ciekawością markietanka wracała wciąż do sposobu, w jakiwyzuto go z dobrego konia, nabytego z jej pomocą.

— Uczułeś, że cię chwytają za nogi, ściągnięto cię delikatnie przez ogoni posadzono na ziemi?

„Po co powtarzać tak często — myślał Fabrycy — to, co wszyscy trojewiemy tak dobrze?” Nie wiedział jeszcze, że w ten sposób we Francji ludziez gminu szukają myśli.

— Ileż masz pieniędzy? — spytała naraz markietanka.

Fabrycy nie wahał się z odpowiedzią; pewny był szlachetności tej kobiety— to najpiękniejszy rys Francji.

— Wszystkiego zostało mi może trzydzieści napoleonów w złocie i z dziesięć pięciofrankówek.

— W takim razie masz wolne pole! — wykrzyknęła markietanka. Wydobądź się z rozbitej armii, pchnij się gdzie w bok, weź się pierwsząwyjeżdżoną dróżką, którą spotkasz, na prawo i wypuść ostro konia, wciążdalej od armii. Przy pierwszej sposobności kup sobie cywilne ubranie.Kiedy będziesz o jakie osiem lub dziesięć mil i nie będziesz już widziałżołnierzy, siadaj na pocztę i jedź odpocząć i odjeść się przez tydzień dojakiego miasta. Nie mów nikomu, że byłeś w armii, żandarmi zagarnęlibycię jako dezertera; a choć jesteś bardzo milusi, mój mały, nie jesteś jeszczedość kuty, aby gadać z żandarmami. Gdy będziesz miał na sobie cywilneubranie, podrzyj marszrutę na drobne kawałeczki i wróć do prawdziwegonazwiska: mów, że jesteś Vasi. A skąd ma mówić, że jedzie — zwróciła się dokaprala.

— Z Cambrai nad Skaldą, to poczciwe miasteczko, rozumiesz? Jest tamkatedra i Fénelon.

— Doskonale — rzekła markietanka — i nie mów nigdy nikomu, że byłeśw bitwie, nie piśnij słowa o B... ani o żandarmie, który ci sprzedał marszrutę.Kiedy będziesz chciał wrócić do Paryża, udaj się najpierw do Wersalui przejdź rogatkę od tej strony, ot tak, piechotą, jak gdybyś sobie szedłspacerem. Zaszyj swoje napoleony do portek; zwłaszcza kiedy będzieszmiał płacić za coś, pokazuj ściśle tyle, ile wynosi kwota. To mnie trapi, że ciębędą nabierali, że z ciebie wycisną wszystko, co masz. A co ty poczniesz bezpieniędzy, nie umiejąc sobie dawać rady? itd...

Poczciwa markietanka mówiła jeszcze długo; kapral przytwierdzał jejkiwaniem głowy, nie mogąc sam dojść do słowa. Nagle tłum, który pokrywałgościniec, zdwoił zrazu kroku, po czym w mgnieniu oka przebył rów polewej i zaczął uciekać co sił.

— Kozacy! Kozacy! — krzyczano ze wszystkich stron.

— Weźże swego konia! — wołała markietanka.

— Niech mnie Bóg broni! — rzekł Fabrycy. — Galopuj, pani, uciekaj,zostawiam ci go. Chce pani pieniędzy na odkupienie wózka? Połowa tego,co mam, jest twoja.

— Weź swego konia, mówię! — krzyknęła markietanka z gniewemi zatrzymała się, aby zsiąść.

Fabrycy dobył szabli.

— Trzymaj się, pani, mocno! — krzyknął i uderzył płazem konia, którypuścił się galopa i pognał za uciekającymi.

Nasz bohater rozejrzał się po gościńcu; dopiero co kilka tysięcy ludzitłoczyło się tam, ściśniętych jak na procesji. Po okrzyku „Kozacy!” nieujrzał dosłownie nikogo; porzucili czaka, fuzje, szable. Fabrycy, zdziwiony,zeszedł na prawo, na pole wznoszące się na jakie dwadzieścia lub trzydzieścistóp, spojrzał na gościniec, na równinę i nie ujrzał ni śladu Kozaków.,,Zabawni ci Francuzi — pomyślał. — Skoro mam się brać na prawo — myślał najlepiej iść od razu w tym kierunku: może ci, co uciekają, mają jakieśpowody, których ja nie znam?” Podniósł jakiś karabin, sprawdził, że jestnabity, wzruszył proch na panewce, oczyścił skałkę, wybrał pełną ładownicęi rozejrzał się jeszcze raz; był sam wśród tej równiny, niedawno tak nabitejludźmi. Het, w oddali, widział uciekających, którzy wciąż biegli, aż zniknęliza drzewami. „Szczególne!” --- myślał. I przypomniawszy sobie wczorajszymanewr kaprala, usiadł wśród łanu zboża. Nie oddalał się, pragnąc ujrzećjeszcze swoich przyjaciół: markietankę i kaprala Aubry.

W zbożu sprawdził, że ma już tylko osiemnaście napoleonów zamiasttrzydziestu, jak mniemał; ale zostało mu parę diamencików, które ukrył byłw podszewce huzarskiego buta w izbie dozorczyni w B... Schował złoto, jakmógł najlepiej, zastanawiając się głęboko nad tym nagłym zniknięciem.,,Czy to zła wróżba?” — myślał. Głównym jego zmartwieniem było, że niezwrócił się do kąprala Aubry z tym pytaniem: „Czy ja naprawdę brałemudział w bitwie?” Zdawało mu się, że tak; byłby szczęśliwy bez granic,gdyby był tego pewny.

„Bądź co bądź — mówił sobie — brałem w niej udział pod nazwiskiem więźnia, miałem w kieszeni marszrutę więźnia i co więcej, jego mundur nasobie. To fatalne na przyszłość; co by o tym powiedział ksiądz Blanès? I tennieszczęśliwy Boulot umarł w więzieniu! Wszystko to jest zła wróżba; loszaprowadzi mnie do więzienia.” Fabrycy dałby wszystko w świecie, abywiedzieć, czy Boulot był naprawdę winien; zbierając swoje wspomnieniamiał wrażenie, że wedle relacji dozorczyni huzar nie tylko ściągnął srebrostołowe, ale także ukradł krowę chłopską i do tego zbił chłopa niemiłosiernie; Fabrycy nie wątpił, iż prędzej lub później wtrącą jego samego dowięzienia za jakieś przewinienie mające związek z postępkiem huzaraBoulot. Myślał o swoim przyjacielu, księdzu Blanès; cóż by dał za to, aby sięgo móc poradzić! Przypomniał sobie, że nie napisał ani razu do ciotki, odczasu jak opuścił Paryż. „Biedna Gina!” — mówił sobie. Łzy stanęły muw oczach, kiedy nagle usłyszał tuż za sobą szelest: był to żołnierz, który pasłtrzy konie wyraźnie wpółmartwe z głodu, zdjąwszy im uzdę. Trzymał je zatręzle. Fabrycy zerwał się jak młoda kuropatwa, tak iż żołnierz zląkł się.Bohater nasz spostrzegł to i dał się skusić przyjemności odegrania przezchwilę roli prawdziwego huzara.

— Jeden z tych koni jest mój, ty sk..........u! — wykrzyknął — ale dam ci pięćfranków za to, żeś mi go tu przyprowadził.

— Kpisz czy o drogę pytasz? — rzekł żołnierz.

Fabrycy złożył się doń z odległości sześciu kroków.

— Puść albo strzelam!

Żołnierz miał fuzję przewieszoną przez ramię, sięgnął ręką, aby ją ująć.

— Jeśli uczynisz najlżejszy ruch, zginąłeś! — wykrzyknął Fabrycy, pędzącprosto na niego.

— No, więc dawaj pięć franków i bierz konia — rzekł ogłupiały żołnierz,spojrzawszy z żalem na gościniec, gdzie nie było żywej duszy. Fabrycy,trzymając karabin w pogotowiu lewą ręką, prawą rzucił mu trzy pięciofrankówki.

— Złaź albo zginiesz... Załóż munsztuk karemu i oddal się z tamtymidwoma... Strzelam, jeśli się ważysz...

Żołnierz usłuchał mrucząc coś niechętnie. Fabrycy podszedł do koniai ujął cugle lewą ręką, nie tracąc z oczu żołnierza, który oddalał się wolno;kiedy Fabrycy ujrzał go o jakie pięćdziesiąt kroków, wskoczył lekko nakonia. Jeszcze szukał prawą nogą strzemienia, kiedy usłyszał bardzo bliskoświst kuli: to ów żołnierz wygarnął doń z karabinu. Fabrycy, wściekły,pocwałował w stronę żołnierza, który umknął pędem; niebawem Fabrycy ujrzał go w oddali galopującego na jednym z koni. „Ba! już go niedosięgnę” — rzekł sobie. Koń, którego kupił, był wspaniały, ale wyraźniewpółzdechły z głodu. Fabrycy wrócił na gościniec, gdzie wciąż nie byłożywej duszy, przeciął go i puścił konia truchtem, aż wjechał na wzgórek polewej, skąd miał nadzieję ujrzeć markietankę; ale kiedy się znalazł naszczycie, dostrzegł na milę wokoło jedynie kilku pojedynczych żołnierzy.,,Napisane jest, że już nie zobaczę tej dzielnej i dobrej kobiety!” — rzekłz westchnieniem. Dobił do zagrody, którą ujrzał w oddali na prawo. Niezsiadając i płacąc z góry, kazał dać owsa biednemu koniowi, tak wygłodniałemu, że kąsał żłób. W godzinę później Fabrycy człapał po gościńcu, wciążz mglistą nadzieją odnalezienia markietanki lub bodaj kaprala. Jadąc ciąglei rozglądając się na wszystkie strony, przybył nad błotnistą rzekę, na którejbył dość wąski drewniany most. Przed mostem, na prawo od gościńca, stałoodosobnione domostwo noszące nazwę „Pod Białym Koniem”. „Zjem tuobiad” — rzekł sobie Fabrycy. U wejścia na most znajdował się oficerkawalerii z ręką na temblaku; był na koniu i miał minę bardzo zgnębioną;o dziesięć kroków od niego trzech spieszonych kawalerzystów majstrowałokoło fajek.

„Ci ludzie — pomyślał Fabrycy — wyglądają na to, że zechcą ode mniekupić konia jeszcze taniej, niż mnie kosztował.” Ranny oficer i trzejpiechurzy patrzyli nań, zdając się czekać, aż nadjedzie. „Lepiej mi było nieprzejeżdżać przez ten most i wziąć się wzdłuż rzeki na prawo; to by byładroga, jaką mi doradzała markietanka, aby się wycofać z sytuacji...” Tak rzekł sobie nasz bohater — ale jeżeli umknę, jutro będę się tego wstydził;zresztą mój koń ma dobre nogi, koń tego oficera jest pewnie zmęczony;jeżeli zechce mnie zsadzić z siodła, wypuszczę się galopem.” Tak rozumując,Fabrycy ściągnął konia i posuwał się możliwie najwolniej.

— Żywiej no tam, huzarze! — krzyknął oficer rozkazująco.

Fabrycy posunął się o kilka kroków i stanął.

— Chce mi pan zabrać konia? — krzyknął.

— Ależ nie; podjedź tu bliżej.

Fabrycy spojrzał ną oficera; miał siwe wąsy, minę najpoczciwszą podsłońcem; chustka, która podtrzymywała jego lewe ramię, była pełna krwi,a prawa ręka była również zawinięta w krwawą szmatę. „To te piechuryzechcą się dobierać do mojego konia” — rzekł sobie Fabrycy, ale przyjrzawszy się bliżej, ujrzał, że piechury też są ranne.

— W imię honoru — rzekł oficer noszący epolety pułkownika — zostań tuna wedecie i powiedz wszystkim dragonom, szaserom i huzarom, którychujrzysz, że pułkownik Le Baron jest w tej gospodzie i że im rozkazujęzgłosić się tam do mnie.

Stary pułkownik wydawał się straszliwie zgnębiony; od pierwszych słówzdobył sobie serce naszego bohatera, który odpowiedział rozsądnie:

— Jestem zbyt młody, proszę pana, aby mnie usłuchano; trzeba by, abymmiał ten rozkaz na piśmie.

— Ma słuszność — rzekł pułkownik, przyglądając mu się z uwagą — piszrozkaz, La Rose, ty masz prawą rękę całą.

Nic nie mówiąc, La Rose wydobył pergaminowy notatnik, napisał kilkawierszy i wydarłszy ćwiartkę oddał ją Fabrycemu; pułkownik powtórzył murozkaz, dodając, iż po dwóch godzinach warty zluzuje go, jak się należy,jeden z rannych kawalerzystów. To rzekłszy, wszedł do gospody ze swymiludźmi. Fabrycy patrzył za nimi, stojąc nieruchomo z początku mostu, takbardzo uderzyła go niema i posępna boleść tych trzech osób. „Rzekłby ktoś,zaklęte duchy” — mówił sobie. Wreszcie rozwinął złożony papier i przeczytał następujący rozkaz:

Pułkownik Le Baron z 6 pułku dragonów, komendant drugiej brygadypierwszej dywizji 14 korpusu, rozkazuje wszystkim kawalerzystom, dragonom, szaserom i huzarom nie przekraczać mostu i zgłosić się do gospody,,Pod Białym Koniem” koło mostu, gdzie jest jego generalna kwatera.

W kwaterze generalnej, koło mostu na Sainte, 19 czerwca r. 1815.

Za pułkownika Le Baron, rannego w prawą rękę, i z jego rozkazu,wachmistrz

La Rose

Zaledwie pół godziny stał Fabrycy na warcie, kiedy ujrzał nadjeżdżających sześciu szaserów konnych i trzech pieszo; oznajmił im rozkaz pułkownika.

— Zaraz wrócimy — odparli czterej konni i przejechali most ostrymkłusem.

Wówczas Fabrycy zwraca się do dwóch pozostałych. W czasie dyskusji,która się wywiązała, trzej piesi przeszli przez most. Jeden z szaserówsiedzących na koniu orzekł w końcu, że chce zobaczyć rozkaz, i porwałpapier mówiąc:

— Zaniosę rozkaz kolegom, którzy z pewnością wrócą, czekaj tu cierpliwie.

I puścił się galopem, towarzysz za nim. Wszystko to stało się w mgnieniuoka.

Fabrycy, wściekły, zawołał jednego z rannych, który właśnie pokazał sięw oknie gospody. Żołnierz, który — jak to zauważył Fabrycy — miał galonywachmistrza, zeszedł i krzyknął nań podchodząc:

— Szabla do garści, psiakr..! Jesteś w służbie!

Fabrycy usłuchał, po czym rzekł:

— Porwali rozkaz.

— Wściekli się o wczorajsze — odparł tamten ponuro. — Dam ci swójpistolet; gdyby znów kto chciał przełamać zakaz, strzelaj w powietrze:przyjdę ja albo sam pułkownik się pokaże.

Fabrycy dostrzegł gest zdumienia u wachmistrza na wzmiankę o porwaniu rozkazu; zrozumiał, że wyrządzono mu osobistą zniewagę, i postanowiłsolennie nie dać już drwić z siebie.

Uzbrojony w wielki kawaleryjski pistolet wachmistrza, Fabrycy wróciłdumnie pełnić wartę; niebawem ujrzał nadjeżdżających siedmiu huzarówna koniach. Ustawił się tak, aby zagrodzić most, i oznajmił im rozkazpułkownika, co przyjęli kwaśno; najśmielszy próbował przejechać. Fabrycy, idąc za mądrą radą markietanki, która poprzedniego ranka mówiła mu,że trzeba brać na sztych, a nie płazować, pochylił szpic wielkiego rapieraz miną człowieka, który gotów jest przebić każdego, kto zechce przekroczyćrozkaz.

— Ale! on chce nas tu zabijać, ten smarkacz! — krzyknęli huzarzy — jakgdyby nas nie dosyć nazabijano wczoraj!

Jak na komendę dobyli szabel i wpadli na Fabrycego; myślał, że już ponim, ale przypomniał sobie zdziwienie wachmistrza i nie chciał być jeszczeraz dudkiem. Cofając się na most, starał się kłuć sztychem. Miał takpocieszną minę, wywijając tą wielką kawaleryjską szablą, o wiele za ciężkądla niego, że huzarzy poznali niebawem, z kim mają do czynienia: odtądsilili się go nie zranić, ale pociąć mu ubranie. W ten sposób Fabrycyotrzymał kilka lekkich draśnięć w ramię. On sam, wciąż wierny zasadommarkietanki, zadawał z całej siły pchnięcia. Nieszczęściem jedno z tychpchnięć zraniło huzara w rękę; wściekły, że dał się skaleczyć takiemużołnierzowi, odpowiedział energiczną ripostą, raniąc Fabrycego w udo.Cios dosięgnął go dzięki temu, że koń naszego bohatera, daleki od chęci uciekania z tej bitki, znajdował w niej wyraźną przyjemność i rzucał się nanapastników. Ci, ujrzawszy krew spływającą Fabrycemu z prawego ramienia, zlękli się, iż posunęli zabawę zbyt daleko; za czym zepchnąwszy go kubarierze puścili się galopem. Z chwilą gdy Fabrycy odzyskał swobodęruchów, wystrzelił w powietrze, aby ostrzec pułkownika.

Czterech huzarów konnych i dwóch pieszych z tego samego pułku copoprzedni zbliżało się do mostu; byli o jakieś dwieście kroków, kiedy sięrozległ strzał. Śledzili uważnie, co się dzieje na moście; wyobrażając sobie,że Fabrycy strzelił do ich kolegów, czterej konni runęli nań z wyciągniętymi szablami. Była to istna szarża. Pułkownik Le Baron, przywołany strzałem |z pistoletu, otworzył drzwi i rzucił się na most w chwili właśnie, gdy huzarzynadjeżdżali galopem. Sam dał żołnierzom rozkaz zatrzymania się.

— Nie ma tu żadnych pułkowników! — wykrzyknął jeden spinając konia.

Zrozpaczony pułkownik przerwał upomnienia i swoją prawą, zranioną ręką chwycił konia za uzdę z lewej strony.

— Stój! Zły żołnierzu — rzekł do huzara — znam cię, jesteś z kompanii kapitana Henrieta.

— Więc dobrze! niech kapitan sam da mi rozkaz! Kapitana Henrietazabito wczoraj — dodał drwiąco — a ty ruszaj do za...nej śmierci.

Mówiąc to, żołnierz próbuje sobie otworzyć przejście i popycha staregopułkownika, który pada na most. Fabrycy, który stał o dwa kroki dalej, ale twarzą do oberży, najeżdża koniem i podczas gdy koń zuchwałego żołnierza 1obalił piersią pułkownika nie wypuszczającego z rąk cugli, Fabrycy, oburzony, zadaje huzarowi pchnięcie. Szczęściem koń huzara, ciągniony ku ziemi uzdą, którą trzymał pułkownik, skręcił w bok, tak że długa kawaleryjskaszabla Fabrycego oślizgnęła się po dolmanie i mignęła tylko huzarowi przed oczami. Ów, wściekły, obraca się i tnie z całej siły, przecinając Fabrycemu rękaw i raniąc go w ramię; bohater nasz pada.

Jeden ze spieszonych huzarów, widząc dwóch obrońców mostu na ziemi, korzysta z chwili, skacze na konia Fabrycego i chce go sobie przywłaszczyć,puszczając się galopem przez most.

Nadbiegający z gospody wachmistrz widział, jak pułkownik pada, i sądził, że jest ciężko ranny. Biegnie za koniem Fabrycego i zatapia szablęw krzyże złodzieja; ten wali się. Huzarzy, widząc na moście już tylkowachmistrza, puszczają się galopem i przejeżdżają szybko. Ten, który byłpieszo, umknął w pole.

Wachmistrz zbliżył się do rannych. Fabrycy podniósł się już; nie cierpiałzbytnio, ale stracił dużo krwi. Pułkownik podniósł się wolniej; był ogłuszony upadkiem, ale nie ranny.

— Boli mnie jedynie — rzekł do wachmistrza — moja dawna rana w rękę.

Huzar, zraniony przez wachmistrza, konał.

— Bierzże go czart! — wykrzyknął pułkownik. — Ale — rzekł do wachmistrza i dwóch nadbiegających żołnierzy — zajmijcie się tym chłopczyną,którego naraziłem tak nieopatrznie. Ja zostanę sam przy moście i spróbujępowstrzymać tych opętanych. Zaprowadźcie chłopca do gospody i opatrzciemu ramię, weźcie jedną z moich koszul.

Rozdział piąty

Całe to zajście nie trwało ani minuty. Rany Fabrycego okazały sięlekkie; owinięto mu ramię bandażem z koszuli pułkownika. Chciano muposłać łóżko na pierwszym piętrze gospody.

— Ale — rzekł Fabrycy do wachmistrza — gdy ze mną będą się tu cackali napierwszym piętrze, mój koń znudzi się w stajni sam i odjedzie sobie z innympanem.

— Wcale nieźle jak na rekruta — rzekł wachmistrz.

Za czym ułożono Fabrycego na świeżutkiej słomie w samym żłobie, doktórego przywiązany był jego koń.

Widząc, że Fabrycy jest bardzo słaby, wachmistrz przyniósł mu czarkęgrzanego wina i wdał się z nim w gawędę. Parę wplecionych w tę rozmowępochwał sprawiło, że nasz bohater znalazł się w siódmym niebie.

Fabrycy obudził się aż o świcie; konie rżały i robiły wściekły łomot;stajnia pełna była dymu. Zrazu Fabrycy nie rozumiał przyczyny hałasu i niewiedział nawet, gdzie jest; wreszcie wpółzdławiony dymem wpadł na myśl,że to może dom się pali. W mgnieniu oka znalazł się na dziedzińcu i nakoniu. Podniósł głowę: dym buchał z okien nad stajnią; dach był caływ kłębach czarnego dymu. Setka uciekających przybyła w nocy do gospody,,Pod Białym Koniem”; wszyscy krzyczeli i klęli. Żołnierze, którychFabrycy mógł dojrzeć, byli widać zupełnie pijani; jeden chciał go zatrzymać,wołając:

— Dokąd ty bierzesz mojego konia?

Kiedy Fabrycy znalazł się o ćwierć mili, odwrócił głowę: nikt go nie ścigał,dom był w płomieniach. Fabrycy poznał most, przypomniał sobie ranęi uczuł, że ramię ma ściśnięte bandażem i bardzo gorące. „A starypułkownik, co się z nim stało? Dał swoją koszulę, aby mi opatrzono ramię.”Bohater nasz cieszył się tego ranka najzimniejszą krwią pod słońcem;obfitość krwi, którą stracił, oswobodziła go z romantyzmu właściwego jegonaturze.

„Na prawo — powiedział sobie — i w nogi!” Puścił się spokojnie wzdłużrzeki, która od mostu skręcała na prawo od drogi. Przypomniał sobie radypoczciwej markietanki. „Co za życzliwość! — myślał — co za rzetelnycharakter!”

Po godzinie jazdy uczul się bardzo słaby. „Co u licha? Czyżbym miałzemdleć? — powiadał sobie. — Jeśli zemdleję, skradną mi konia, możei mundur, a wraz z nim mój skarbczyk. Nie miał już siły, aby powodowaćkoniem, czynił wysiłki, aby utrzymać się na siodle, kiedy wieśniak, którypracował w polu koło gościńca, spostrzegł jego bladość i ofiarował muszklankę piwa i kawałek chleba.

— Widząc was tak bladym pomyślałem, że jesteście ranni w wielkiejbitwie — rzekł.

Nigdy pomoc nie zjawiła się bardziej w porę. Podczas gdy Fabrycy gryzłkawał czarnego chleba, oczy zaczęły go boleć, kiedy patrzał na wprostsiebie. Skrzepiwszy się nieco, podziękował.

— A gdzie ja jestem? — spytał.

Wieśniak objaśnił, że o trzy ćwierci mili dalej natrafi na miasteczkoZonders, gdzie znajdzie opiekę. Fabrycy dobił do miasteczka, nie bardzowiedząc, co robi, i wciąż dokładając wysiłków, aby nie spaść z konia.Ujrzawszy otwartą bramę wjechał: była to gospoda „Pod Strzemieniem”.Nadbiegła poczciwa gospodyni, kobieta olbrzymiej tuszy; zawołała o pomoc głosem drgającym litością. Dwie młode dziewczyny pomogły Fabrycemu zejść na ziemię; ledwie zsiadł z konia, zemdlał na dobre. Przywołanochirurga, puścił mu krew. Przez ten dzień i przez kilka następnych Fabrycynie bardzo wiedział, co się z nim dzieje, spał bez ustanku.

Pchnięcie w udo groziło mu utworzeniem się abscesu. Kiedy niecooprzytomniał, prosił, aby pamiętano o jego koniu, i powtarzał często, żedobrze zapłaci, co obrażało poczciwą oberżystkę i jej córki. Minęły dwatygodnie, przez które był najtroskliwiej pielęgnowany, i zaczynał przychodzić nieco do siebie; naraz jednego wieczora ujrzał, że gospodynie jegomają miny wielce strapione. Niebawem wszedł do izby niemiecki oficer;rozmawiały z nim w języku, którego Fabrycy nie rozumiał, ale odgadł, żemowa o nim; udał, że śpi. W chwilę później, kiedy sądził, że oficer musiał jużwyjść, przywołał swoje gosposie:

— Czy ten oficer zapisał mnie na liście i chce mnie wziąć do niewoli?

Oberżystka przytwierdziła ze łzami w oczach.

— Mam pieniądze zaszyte w dolmanie! — zawołał, podnosząc się na łóżku— kupcie mi cywilne ubranie i tej nocy jeszcze odjeżdżam na swoim koniu. Ocaliłyście mi już raz życie, przygarniając mnie w chwili, gdy miałempaść martwy na ulicy, ocalcie mi je jeszcze raz, pomóżcie mi wrócić domatki.

Przy tych słowach córki gospodyni rozpłakały się; drżały o Fabrycego, żezaś bardzo słabo rozumiały po francusku, zbliżyły się do łóżka z pytaniami.Rozmawiały żywo po flamandzku z matką, ale co chwila zwracały roztkliwione oczy na naszego bohatera; odgadł, że jego ucieczka może jepoważnie narazić, ale że chcą podjąć to ryzyko. Podziękował im gorąco,składając ręce z rozczuleniem. Miejscowy Żydek dostarczył cywilnegoubrania, ale kiedy o dziesiątej wieczór przyniesiono je, panienki spostrzegły, porównując je z dolmanem Fabrycego, że trzeba je znacznie zwęzić.Natychmiast wzięły się do roboty, nie było czasu do stracenia. Fabrycywskazał kilka napoleonów zaszytych w mundurze i prosił gospodynie, abymu je zaszyły do nowego ubrania. Wraz z ubraniem przyniesiono parębutów, piękną parę nowych butów, w których na prośbę Fabrycegopanienki ukryły w podszewce kilka jego diamentów.

Upływ krwi i wynikłe stąd osłabienie miały ten osobliwy skutek, żeFabrycy prawie zupełnie zapomniał po francusku; przemawiał do swoichgospodyń po włosku, one zaś mówiły narzeczem flamandzkim, tak iżporozumiewali się prawie wyłącznie na migi. Kiedy dziewczęta, zresztązupełnie bezinteresowne, ujrzały diamenty, entuzjazm ich dla Fabrycegonie miał już granic; brały go za przebranego księcia. Aniken, młodszai bardziej naiwna, uściskała go po prostu. Fabrycy był nimi równieżoczarowany; koło północy, kiedy chirurg pozwolił mu nieco wina dlawzmocnienia przed drogą, prawie że miał ochotę nie jechać. „Gdziemogłoby mi być lepiej niż tu?” — mówił. Mimo to około drugiej po północyubrał się. W chwili gdy miał opuścić pokój, zacna gospodyni oznajmiła mu,że konia jego zabrał oficer, który kilka godzin wprzódy odprawiał w domurewizję.

— A, ścierwo! — zaklął Fabrycy — rannemu!

Młody Włoch nie był dostatecznie filozofem, aby pamiętać, w jaki sposóbon sam nabył tego konia.

Aniken opowiedziała mu, płacząc, że wynajęto dlań konia; byłabychciała, aby nie jechał. Pożegnanie było tkliwe. Dwaj rośli młodzi ludzie,krewniacy gospodyni, podnieśli Fabrycego na siodło i przez drogę podtrzymywali go na koniu, gdy trzeci, wyprzedzając o paręset kroków małykonwój, badał, czy nie ma podejrzanego patrolu na drodze. Po dwóchgodzinach zatrzymali się u krewniaczki. Mimo wzdragań Fabrycego młodziludzie nie chcieli go opuścić; twierdzili, że lepiej niż ktokolwiek znająprzejścia w lasach.

— Ależ jutro, kiedy wyjdzie na jaw moja ucieczka, a was nie będziew domu, nieobecność zdradzi was — powtarzał Fabrycy.

Puścili się w dalszą drogę. Szczęściem, kiedy się robił dzień, równina byłapokryta gęstą mgłą. Około ósmej rano przybyli do miasteczka. Jedenz młodych ludzi zaszedł dowiedzieć się, czy nie skradziono koni pocztowych. Poczmistrz zdążył je usunąć i postarał się o haniebne szkapy, którymizapełnił stajnię. Poszukali pary koni w bagnach, gdzie były ukryte, i w trzygodziny później Fabrycy wsiadł do małego koczyka, bardzo zniszczonego,ale zaprzężonego w dwa dobre konie pocztowe. Odzyskał nieco sił.Rozstanie z młodymi ludźmi, krewnymi gospodyni, było nad wyraz wzruszające; za żadną cenę, mimo uprzejmych pozorów, jakie temu nadawałFabrycy, nie chcieli przyjąć pieniędzy.

— W tej chwili, drogi panie, potrzebuje ich pan więcej od nas — odpowiadali wciąż zacni chłopcy.

Wreszcie odjechali z listami, w których Fabrycy, nieco orzeźwionyruchem, starał się wyrazić swoim gospodyniom wszystko, co czuł dla nich.Fabrycy pisał ze łzami w oczach; list pisany do Aniken z pewnością oddychałmiłością.

Reszta podróży odbyła się bez szczególnych wydarzeń. Kiedy Fabrycyprzybył do Amiens, cierpiał bardzo od rany w udzie; wiejski chirurg nie dałodpływu materii; jakoż mimo puszczenia krwi utworzył się absces. Przezdwa tygodnie, które Fabrycy spędził w gospodzie w Amiens, dzierżawionejprzez rodzinę obleśną i chciwą, okupanci zalewali Francję. Fabrycy tyle sięnadumał nad wszystkim, co świeżo przeżył, że stał się jakby innymczłowiekiem. Został dzieckiem tylko na jednym punkcie: to, co widział, czyto była bitwa? i czy ta bitwa to było Waterloo? Pierwszy raz w życiuznajdował przyjemność w czytaniu, spodziewał się wciąż znaleźć w dzienniku albo w opowiadaniach z bitwy jakiś opis pozwalający mu rozpoznaćmiejsca, które przebył w orszaku marszałka Neya, a później innegogenerała. Przez czas pobytu w Amiens pisał prawie co dzień do swoichzacnych przyjaciółek z gospody „Pod Strzemieniem”. Skoro tylko wyzdrowiał, udał się do Paryża; zastał tam w swej dawnej gospodzie ze dwadzieścialistów od matki i ciotki, które błagały go, aby najrychlej wracał. Ostatni listhrabiny Pietranera pisany był w zagadkowym tonie, który zaniepokoił gomocno; list ten rozwiał wszystkie jego tkliwe rojenia. Była to natura, którejtrzeba tylko słowa, aby obudzić najczarniejsze przeczucia; wyobraźniaumiała później odmalować te nieszczęścia z najokrutniejszymi szczegółami.

Strzeż się podpisywać listy, w których donosisz o sobie — pisała ciotka. Gdy będziesz wracał, nie przyjeżdżaj nad Como; zatrzymaj się w Lugano,na terytorium szwajcarskim.

Ma przybyć do tego miasta pod nazwiskiem Cavi; w najlepszej gospodziezastanie lokaja hrabiny, który powie mu, co czynić. Ciotka kończyła tak:

Ukryj wszelkimi możliwymi środkami szaleństwo, któreś popełnił,a zwłaszcza nie chowaj przy sobie żadnego drukowanego ani pisanegoświstka; w Szwajcarii będą ci deptać po piętach druhy Świętej Małgorzaty.Jeśli będę miała dość pieniędzy — pisała hrabina — poślę kogoś do Genewy,do hotelu „Pod Wagą”; tam dowiesz się szczegółów, których nie mogępisać, a które trzeba ci znać, nim przyjedziesz. Ale na imię nieba, ani dniadłużej w Paryżu: szpicle poznaliby cię.

Wyobraźnia Fabrycego zaczęła roić najdziksze rzeczy; niezdolny byłzająć się czymś innym, jak tylko odgadywaniem tajemniczych słów ciotki.Dwa razy w czasie podróży przez Francję przytrzymano go, ale umiał sięwykręcić; utrapienia te ściągnął nań włoski paszport handlarza barometrów, z którym nieszczególnie godziła się młoda twarz i ręka na temblaku.

Wreszcie w Genewie zastał jednego z domowników hrabiny, któryopowiedział, że do policji mediolańskiej zadenuncjowano Fabrycego jakoczłowieka, który zawiózł Napoleonowi propozycje uchwalone przez rozległe sprzysiężenie zorganizowane w byłym królestwie Włoch. „Gdybypodróż jego nie miała tego celu — mówiła denuncjacja — po co przybierałbyobce nazwisko?” Matka Fabrycego będzie się starała dowieść autentycznejprawdy, a mianowicie: primo, że nigdy nie opuszczał Szwajcarii; secundo,że wyjechał z zamku niespodzianie, wskutek kłótni ze starszym bratem.

Opowieść ta przejęła Fabrycego dumą. „Ja miałem być posłem doNapoleona! — powiadał sobie — miałem zaszczyt rozmawiać z tym wielkimczłowiekiem; dałby to Bóg!” Przypomniał sobie, że jego przodek w siódmym pokoleniu, wnuk owego, który przybył do Mediolanu ze Sforzą,dostąpił tego zaszczytu, iż był ścięty przez wrogów księcia, którzy schwycili go, kiedy jechał celem porozumienia się z wiernymi kantonami i dla zaciągużołnierzy. Widział oczami duszy sztych z obrazem tego faktu, znajdujący sięw archiwach rodzinnych. Wypytując służącego, Fabrycy doszedł, że ówoburzony jest szczegółem, który wymknął mu się zresztą mimo woli, wbrewwyraźnym rozkazom hrabiny: to Askaniusz, starszy brat, wydał bratapolicji! To straszne odkrycie wtrąciło naszego bohatera w istne szaleństwo.Aby się dostać z Genewy do Włoch, trzeba jechać przez Lozannę; chciał iśćnatychmiast pieszo, robiąc dziesięć czy dwanaście mil, mimo że dyliżansz Genewy do Lozanny odchodził za dwie godziny. Nim opuścił Genewę,wplątał się w miejscowej kawiarence w sprzeczkę z młodym człowiekiem,który — zdaniem Fabrycego — przyglądał mu się w osobliwy sposób. Była toszczera prawda: młody genewczyk, flegmatyczny, rozsądny, myślący jedynie o pieniądzach, sądził, że Fabrycy oszalał; wchodząc, bohater nasz objąłcały pokój wściekłym spojrzeniem, po czym oblał sobie spodnie kawą, którąmu podano. W zwadzie tej pierwszy odruch Fabrycego był zupełnieszesnastowieczny: zamiast wyzwać genewczyka na pojedynek, dobył sztyleti rzucił się nań, chcąc go przebić. W tej chwili Fabrycy zapomniał wyuczonych prawideł honoru i wracał do instynktu lub — aby rzec lepiej — dowspomnień pierwszego dzieciństwa.

Zaufany człowiek, którego zastał w Lugano, pomnożył jego wściekłość,dostarczając mu nowych szczegółów. Fabrycego w Grianta wszyscy kochali,toteż nikt nie byłby wspomniał jego imienia i — gdyby nie miły postępek jegobrata — wszyscy udawaliby, że wierzą, iż jest w Mediolanie, i jego nieobecność nigdy nie byłaby ściągnęła uwagi miejscowej policji.

— Z pewnością straż graniczna ma pański rysopis — rzekł wysłannik ciotki— gdybyśmy się puścili gościńcem, przytrzymano by pana na granicylombardzko-weneckiego królestwa.

Fabrycy i jego ludzie znali najmniejsze ścieżki w górach dzielącychLugano od jeziora Como; przebrali się za strzelców, to znaczy za przemytników, że zaś było ich trzech z minami dość chwackimi, strażnicy, którychspotkali, skłonili się im grzecznie. Fabrycy wymierzył tak, aby przybyć dozamku około północy; o tej godzinie ojciec i upudrowani lokaje spali oddawna. Zeszedł bez trudu do głębokiej fosy i dostał się do zamku przezokienko od piwnicy; tam czekały nań matka i ciotka; nadbiegły i siostry.Wybuch czułości i łez trwał długo; kiedy zaczęto wreszcie mówić rozsądnie,pierwszy brzask ostrzegł te istoty, uważające się za nieszczęśliwe, że czasucieka.

— Mam nadzieję, że brat nie domyślił się twego przybycia — rzekła paniPietranera. — Nie odzywałam się do niego od jego pięknego postępkui uczynił mi tyle zaszczytu, że był tym mocno dotknięty. Dziś wieczór przywieczerzy raczyłam doń przemówić: trzeba mi było pozoru, aby ukryćszaloną radość, która mogła w nim obudzić podejrzenia. Następnie, skoromujrzała, że jest dumny z tego mniemanego pojednania, skorzystałam z jegoradości, aby w niego lać wino bez miary, i z pewnością nie postało muw myśli zaczaić się, aby dalej prowadzić swoje szpiegowskie rzemiosło.

— Trzeba ukryć naszego huzara w twoich pokojach — rzekła margrabina— nie może jechać zaraz: w tej chwili nie dosyć panujemy nad naszymrozsądkiem, a chodzi o obmyślenie sposobu, aby oszukać straszliwą policjęmediolańską.

Wprowadzono tę myśl w czyn; ale margrabia i jego syn zauważyli jużnastępnego dnia, iż margrabina wciąż siedzi w pokoju szwagierki. Niebędziemy tracili czasu na kreślenie tkliwości i wesela, które tego dniaporuszały serca szczęśliwych istot. Włoskie serca podlegają o wiele więcejod nas podejrzeniom i szalonym myślom, które im podsuwa płomiennawyobraźnia; ale w zamian radości ich są silniejsze i trwalsze. Tego dniahrabina i margrabina były jak oszalałe; Fabrycy musiał wciąż powtarzaćswoje opowiadania; wreszcie postanowiono ukryć wspólną radość w Mediolanie, tak trudno było umknąć na dłużej czujności margrabiego i jegosyna.

Wzięto pałacową łódkę, aby się udać do Como: postąpić inaczej —znaczyłoby obudzić podejrzenia. Ale przybywszy do portu Como, margrabina przypomniała sobie, że zostawiła w Grianta ważne papiery; posłała ponie przewoźników, którzy w ten sposób nie mogli mieć pojęcia o tym, jakobie panie spędziły czas w Como. Zaraz po przybyciu wynajęły powózczekający na gości opodal owej średniowiecznej wieży, która wznosi się nadbramą. Ruszono, zanim woźnica miał czas z kimkolwiek się porozumieć.Ćwierć mili za miastem zjawił się młody myśliwy, znajomy pan, który przezgrzeczność — ile że nie miały z sobą żadnego mężczyzny — ofiarował sięsłużyć im za kawalera aż do bram Mediolanu, dokąd wędrował, polując podrodze. Wszystko było dobrze, panie najweselej w świecie gawędziłyz młodym wędrowcem, kiedy na zakręcie drogi, okalającej urocze wzgórzei lasek San Giovani, trzej przebrani żandarmi obskoczyli powóz, chwytająckonie za cugle.

— Och! mąż zdradził nas! — krzyknęła margrabina i zemdlała.

Wachmistrz, który został nieco w tyle, zbliżył się chwiejnym krokiemi rzekł głosem mocno trącącym szynkownią:

— Wielce mi jest przykra ta misja, której mam dopełnić, ale aresztujępana, generale Fabio Conti.

Fabrycy sądził, że tytuł generała jest niemądrym żarcikiem wachmistrza. „Zapłacisz mi za to” — rzekł sobie. Spoglądał na przebranychżandarmów i czekał sposobnej chwili, aby wyskoczyć i uciec przez pola.

Hrabina uśmiechnęła się na wszelki wypadek, po czym rzekła:

— Ależ, drogi panie sierżancie, tego szesnastoletniego chłopczynę bierzepan za generała Conti?

— Czy pani nie jest córką generała? — odparł wachmistrz.

— Przypatrzcie się, panowie: oto mój ojciec — rzekła hrabina, pokazującFabrycego.

Żandarmi zaczęli się śmiać jak szaleni.

— Proszę pokazać paszporty, bez rozumowań — rzekł wachmistrz, podrażniony powszechną wesołością.

— Te panie nigdy nie biorą paszportów jadąc do Mediolanu — rzekłwoźnica chłodnym i filozoficznym tonem — jadą ze swego zamku w Grianta.Ta pani to hrabina Pietranera, a to margrabina del Dongo.

Wachmistrz, zbity z tropu, oddalił się o kilka kroków, aby się naradzić zeswymi ludźmi. Narada trwała dobrych kilka minut, kiedy hrabina Pietranera poprosiła, aby powóz mógł zjechać o kilka kroków w cień — upał byłmorderczy, mimo że była dopiero jedenasta rano. Fabrycy, który rozglądałsię uważnie na wszystkie strony szukając sposobu ucieczki, ujrzał, jakwynurzywszy się ze ścieżki w polach zbliża się do gościńca pełnego kurzudziewczyna czternasto- lub piętnastoletnia, popłakując lękliwie i ocierającoczy chusteczką. Szła między dwoma żandarmami w mundurach, a o trzykroki za nią, również w otoczeniu żandarmów, szedł wysoki, chudymężczyzna, silący się na powagę niby prefekt na procesji.

— Gdzieżeście ich znaleźli? — rzekł wachmistrz, już zupełnie pijany w tejchwili.

— Uciekali przez pola, bez śladziku paszportów.

Wachmistrz stracił zupełnie głowę; miał pięciu jeńców zamiast dwóch,których mu było trzeba. Oddalił się o kilka kroków, zostawiając tylkojednego człowieka dla strzeżenia więźnia przybierającego majestatycznetony, a drugiego, aby nie pozwolił koniom ruszyć z miejsca.

— Zostań — rzekła hrabina do Fabrycego, który już zeskoczył na ziemię, wszystko się ułoży.

Jeden z żandarmów wykrzykiwał:

— Mniejsza z tym! Jeżeli nie mają paszportów, to także dobra zdobycz.

Wachmistrz nie wydawał się równie zdecydowany; nazwisko hrabinyPietranera zaniepokoiło go; znał nieboszczyka generała, o którego śmiercinie wiedział. „Generał nie jest człowiekiem, który by puścił płazemuwięzienie żony” — myślał.

W czasie tych rokowań, które przeciągnęły się nad miarę, hrabina wdałasię w rozmowę z młodą dziewczyną, stojącą w kurzu obok powozu —uderzyła ją jej uroda.

— Głowa panią rozboli od tego słońca. Ten dzielny żołnierz — rzekławskazując na żandarma przy koniach — pozwoli pani wsiąść.

Fabrycy, który kręcił się koło kolaski, zbliżał się, aby pomóc młodejpanience. Ta już stawała na stopniu, podtrzymywana przez Fabrycego,kiedy imponujący jegomość, stojący o sześć kroków za powozem, wykrzyknął głosem silącym się na wyraz godności:

— Zostań na gościńcu, nie siadaj do cudzego powozu!

Fabrycy nie słyszał tego rozkazu; panna, zamiast siadać do kolaski,chciała wysiąść; podparta ramieniem Fabrycego wpadła w jego objęcia. Onsię uśmiechnął, ona zaczerwieniła się mocno. Kiedy się oswobodziła z jegorąk, stali jakiś czas, przyglądając się sobie.

„To byłaby urocza towarzyszka więzienia — rzekł sobie Fabrycy — co zaszlachetne i myślące czoło! Ona umiałaby kochać!”

Wachmistrz zbliżył się z powagą w obliczu.

— Która z tych pań nazywa się Klelia Conti?

— Ja — odparła panna.

— A ja — wykrzyknął stary jegomość — jestem generał Fabio Conti,szambelan Jego Wysokości najdostojniejszego księcia Parmy, i uważam zabardzo niewłaściwe, aby człowieka mego stanowiska ścigano jak złodzieja.

— Przedwczoraj siadłszy na statek w porcie Como przepędził paninspektora policji, który pana pytał o paszport? Dziś on nawzajem pozwoliłsobie pana trochę przepędzić.

— Łódź już odbiła od brzegu, śpieszyło mi się, nadciągała burza; cywiljakiś krzyknął z brzegu, abym wracał; powiedziałem mu swoje nazwiskoi jechałem dalej.

— A dziś uciekł pan z Como.

— Taki człowiek jak ja nie bierze paszportu, aby jechać z Mediolanuspacerem nad jezioro. Dziś rano w Como powiedziano mi, że mają mniearesztować; wyszedłem pieszo z córką, miałem nadzieję spotkać jakiśwehikuł, który by mnie zawiózł do Mediolanu, gdzie pierwszym moimkrokiem będzie poskarżyć się u gubernatora.

Wachmistrzowi spadł ciężar z serca.

— A więc, generale, jesteś pan więźniem i zaprowadzę pana do Mediolanu. A pan kto jesteś? — zwrócił się do Fabrycego.

— Mój syn — odparła hrabina — Askaniusz, syn generała dywizji Pietranera.

— Bez paszportu, pani hrabino? — rzekł wachmistrz łagodniej.

— W jego wieku! Nigdy jeszcze nie miał paszportu, nie podróżuje nigdysam, zawsze jest ze mną.

Podczas tej rozmowy generał Conti przybierał wobec żaridarmów minęcoraz to bardziej obrażonej godności.

— Za dużo słów — rzekł jeden z żandarmów — jest pan aresztowany,i basta.

— Powinien pan być zadowolony — rzekł wachmistrz — jeżeli się zgodzimy, abyś najął chłopskiego konia; inaczej mimo kurzu i gorąca, i mimorangi szambelana, pójdziesz pan ślicznie piechotą między końmi.

Generał zaczął kląć.

— Zamkniesz ty gębę! — dorzucił żandarm. — Gdzie twój generalskimundur? Czy pierwszy lepszy nie może powiedzieć, że jest generałem?

Generał pogniewał się na dobre. Przez ten czas w kolasce układały sięrzeczy o wiele lepiej.

Hrabina komenderowała żandarmami, jak gdyby to byli jej ludzie. Dałatalara jednemu, aby poszedł po wino, a zwłaszcza po świeżą wodę dokantyny, którą widać było o dwieście kroków. Zdołała uspokoić Fabrycego,który koniecznie chciał umykać do lasu porastającego wzgórze. „Mamdobre pistolety” --- mówił. Uzyskała od obrażonego generała to, że pozwoliłcórce wsiąść do powozu. Przy tej sposobności generał, który lubił mówićo sobie i swej rodzinie, powiadomił panie, że córka jego ma dopierodwanaście lat, jako że urodziła się w roku 1803, 27 października; alewszyscy dają jej czternaście albo piętnaście, taka jest inteligentna.

„Człowiek na wskroś pospolity” — mówiły oczy hrabiny do margrabiny.Dzięki hrabinie wszystko ułożyło się po godzinnej rozmowie. Jeden zżandarmów, który — jak się okazało — miał interes w sąsiedniej wiosce, wynajął swego konia generałowi Conti dzięki temu słóweczku hrabiny: „Dostaniesz dziesięć franków.” Wachmistrz pojechał z generałem;reszta żandarmów została pod drzewami w towarzystwie czterech olbrzymich gąsiorów wina, które posłany do gospody żandarm przyniósł z pomocąwieśniaka. Klelia otrzymała od godnego szambelana pozwolenie odbyciadrogi do Mediolanu w powozie pań, nikomu zaś nie postało w głowieniepokoić syna dzielnego generała Pietranera. Po pierwszej wymianieuprzejmości oraz omówieniu tego szczęśliwego zakończenia wypadkuw podróży Klelia zauważyła odcień uwielbienia, z jakim ta piękna hrabinazwraca się do Fabrycego — z pewnością nie jest jego matką! Uwagę panienkizwróciły zwłaszcza częste aluzje do czegoś heroicznego, śmiałego, nadwyraz niebezpiecznego, czego dokonał niedawno; ale mimo całej inteligencji młoda Klelia nie mogła zgadnąć, o co chodzi.

Patrzała ze zdziwieniem na młodego bohatera, którego oczy jak gdybyoddychały jeszcze ogniem świeżego czynu. Co się tyczy Fabrycego, byłnieco oszołomiony pięknością dwunastoletniej dziewczyny, a spojrzeniajego przyprawiały ją o rumieniec.

Na milę przed Mediolanem Fabrycy oznajmił, że musi odwiedzić wuja,i pożegnał się z paniami.

— Jeśli wyplączę się z tej sprawy — rzekł do Klelii — przyjadę do Parmyobejrzeć piękne olejne obrazy; czy wówczas raczy pani zapamiętać mojenazwisko: Fabrycy del Dongo?

— Ślicznie — powiedziała hrabina — więc tak zachowujesz swoje incognito? A panienkę prosimy, aby zechciała zapamiętać, że ten nicdobrego jestmoim synem i nazywa się Pietranera, a nie del Dongo.

Późno wieczorem Fabrycy wśliznął się do Mediolanu bramą Renza, którawiedzie do modnego miejsca przechadzki. Wysłanie dwóch domownikówdo Szwajcarii wyczerpało drobne oszczędności margrabiny i jej siostry;szczęściem Fabrycy miał jeszcze parę napoleonów i jeden diament, którypostanowiono sprzedać.

Obie panie znały całe miasto i były bardzo kochane; najznaczniejszefigury austriackiego i klerykalnego stronnictwa wstawiły się za Fabrycym dobarona Bindera, naczelnika policji.

— To niepojęte — mówiły — jak można brać serio wybryk szesnastoletniego dzieciaka, który się pokłócił z bratem i uciekł z domu.

— Moim rzemiosłem jest wszystko brać serio — odpowiedział łagodnie baron Binder, człowiek rozumny i smutny; stwarzał wówczas słynną policjęmediolańską i postanowił uniemożliwić rewolucję, taką jak owa w 1740roku, która wypędziła Austriaków z Genui. Ta policja mediolańska, takwsławiona później przygodami panów Pellico i Andryane, nie byławłaściwie okrutna; wykonywała tylko racjonalnie i bez litości suroweprawa. Cesarz Franciszek II chciał przejąć grozą zuchwałe włoskie wyobraźnie.

— Dajcie mi, panowie, dzień po dniu — odpowiadał baron Binderprotektorom Fabrycego — udowodnioną relację wszystkiego, co robiłmarchesino del Dongo od chwili, gdy opuścił Grianta 8 marca, aż do swegowczorajszego przybycia do tego miasta, gdzie znajduje się ukryty u matki,a jestem gotów uważać go za najmilszego urwisa pod słońcem. Ale jeśli niemożecie mi przedstawić marszruty tego młodego człowieka przez cały czas,który upłynął od jego wyjazdu z Grianta, wówczas mimo jego znakomitegourodzenia i mimo szacunku, jaki mam dla przyjaciół jego domu, czyż niejest moim obowiązkiem aresztować go? Czyż nie powinienem trzymać gow więzieniu, póki mi nie udowodni, że nie jeździł do Napoleona z poselstwem od garstki malkontentów, jacy się mogą znaleźć w Lombardii wśródpoddanych Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości? Zważcie jeszcze, panowie, że jeśli młody del Dongo zdoła się usprawiedliwić na tym punkcie,zostanie jeszcze winny, że przekroczył granicę bez legalnego paszportu, cowięcej, pod fałszywym nazwiskiem, świadomie korzystając z paszportuprostego robotnika, osobnika klasy o tyle niższej!

Oświadczeniu temu bezlitośnie rozsądnemu towarzyszyły wszystkieoznaki szacunku i czci, jakie naczelnik policji winien był pozycji margrabinydel Dongo oraz osób, które się za nią wstawiały.

Margrabina wpadła w rozpacz, dowiedziawszy się, jaka była odpowiedźbarona Bindera.

— Uwiężą Fabrycego! — wykrzyknęła z płaczem — a skoro raz znajdzie sięw więzieniu, Bóg wie, kiedy się wydostanie. Ojciec się go wyprze!

Pani Pietranera i jej bratowa odbyły naradę z bliskimi przyjaciółmi;mimo wszelkich przedłożeń margrabina nastawała, aby jej syn wyjechałnajbliższej nocy.

— Widzisz przecież — mówiła hrabina — że Binder wie, iż syn twój jesttutaj; to nie musi być zły człowiek.

— Nie, ale chce się przypodobać cesarzowi Franciszkowi.

— Ależ gdyby uważał, że dla jego kariery korzystne jest wtrącić Fabrycego do więzienia, już by chłopiec tam był; uciekać znaczy okazywać muobrażającą nieufność.

— Ależ dać nam do zrozumienia, że wie, gdzie jest Fabrycy, znaczypowiedzieć: „Niechże ucieka!” Nie, nie odetchnę póty, póki będę musiałasobie powtarzać: „Za kwadrans syn mój znajdzie się może za kratą!”Jakiekolwiek byłyby ambicje Bindera, uważa on za pożyteczne dla swejosobistej pozycji w tym kraju okazywać względy człowiekowi takiemu jakmój mąż; a dowodem tego dziwna otwartość, z jaką wyznaje, że wie, gdzieszukać mego syna. Co więcej baron wyszczególnia wręcz dwa punkty,o które Fabrycy jest oskarżony w myśl denuncjacji jego niecnego brata;wyjaśnia, że oba te przestępstwa pociągają za sobą więzienie; czyż to nieznaczy powiedzieć nam, że jeśli wolimy wygnanie, mamy wolny wybór?

— Jeśli wybierzesz wygnanie — powtarzała hrabina — już go nie ujrzymy.

Fabrycy, obecny przy tej rozmowie wraz z jednym z dawnych przyjaciółmargrabiny, obecnie rajcą przy trybunale stworzonym przez Austrię,podzielał zdanie, że trzeba dać nura; jakoż tego samego dnia opuścił pałac,ukryty w powozie, który wiózł do teatru „La Scala” matkę i ciotkę.Woźnica, osobnik podejrzany, wstąpił jak zwykle do szynku; gdy lokaj,człowiek pewny, pilnował koni, Fabrycy, przebrany za wieśniaka, wyśliznąłsię z karety i opuścił miasto. Nazajutrz równie szczęśliwie przebył granicę,a w kilka godzin później był w majątku matki w Piemoncie, blisko Nowary,właśnie w owym Romagnano, gdzie poległ Bayard.

Można sobie wyobrazić, z jaką uwagą obie panie, znalazłszy się w lożyw „La Scala”, słuchały przedstawienia. Udały się tam jedynie po to, aby sięnaradzić z paroma przyjaciółmi należącymi do stronnictwa liberalnego,których pojawienie się w pałacu del Dongo mogłoby się wydać policjipodejrzane. W loży postanowiono jeszcze raz uderzyć do barona Bindera.Nie mogło być mowy o przekupieniu tego nieskazitelnego urzędnika;zresztą obie panie były bardzo biedne; zmusiły Fabrycego, aby zabrałwszystko, co zostało ze sprzedaży diamentu.

Bardzo ważne wszelako było uzyskać od barona ostatnie słowo. Przyjaciele hrabiny przypomnieli jej niejakiego kanonika Borda, bardzo gładkiego młodego człowieka, który niegdyś próbował się do niej zalecać, i tow dość niesmaczny sposób; nie mogąc nic wskórać, zadenuncjował przedgenerałem Pietranera jej stosunek z Limercatim, za co wypędzono go jakłajdaka. Obecnie kanonik ów grywał co wieczór w laroka z baronowąBinder i oczywiście był serdecznym przyjacielem męża. Hrabina zdobyła sięna straszliwie przykry krok: postanowiła iść do tego kanonika. Wcześnierano, nim wyszedł z domu, kazała się oznajmić.

Kiedy jedyny służący wymówił nazwisko hrabiny Pietranera. człowiekten wzruszył się tak, że niemal stracił głos; nie pomyślał nawet o tym, abypoprawić nieco swój negliż.

— Wprowadź i odejdź — rzekł zdławionym głosem.

Hrabina weszła; Borda rzucił się na kolana.

— W tej pozycji nieszczęsny szaleniec winien przyjąć pani rozkazy — rzekłdo hrabiny, która tego rana, w swym skromnym, nie rzucającym się w oczystroju, była nieodparcie urocza. Troska o losy Fabrycego, gwałt, jaki sobiezadała, aby przyjść do człowieka, który tak haniebnie z nią postąpił,wszystko to dawało jej spojrzeniu niewysłowiony blask.

— W tej pozycji pragnę przyjąć pani rozkazy! — wykrzyknął kanonik, jasne bowiem jest, że pani żąda ode mnie jakiejś usługi, inaczej niezaszczyciłabyś swą obecnością domu nieszczęśliwego szaleńca: niegdyś,oszołomiony miłością i zazdrością, zachował się wobec pani jak nikczemnik,skoro poznał, że nie może marzyć o twej miłości.

Słowa te były szczere i tym piękniejsze, iż kanonik zażywał obecniewielkiego wpływu. Hrabinę wzruszyły one do łez; upokorzenie, lęk, któremroziły jej duszę, ustąpiły w jednej chwili roztkliwieniu i nadziei. Z osobyciężko strapionej stała się w mgnieniu oka nieomal szczęśliwą.

— Pocałuj mnie w rękę — rzekła do kanonika, podając mu ją — i wstań!(Trzeba wiedzieć, że we Włoszech tykanie oznacza szczerą przyjaźń równiedobrze jak tkliwsze uczucie.) Przychodzę prosić cię o łaskę dla megobratanka Fabrycego. Oto zupełna prawda, bez najmniejszego fałszu, takjak się mówi staremu przyjacielowi. Niespełna siedemnastoletni chłopakpopełnił szaleństwo. Byliśmy w Grianta, nad jeziorem Como. Pewnegowieczora statek z Como przyniósł nam wiadomość o wylądowaniu cesarzaw zatoce Juan. Nazajutrz Fabrycy puścił się do Francji, wziąwszy paszportod jednego z oddanych mu prostaczków, handlarza barometrów, niejakiego Vasi. Ponieważ nie bardzo wyglądał na handlarza barometrów, przeto — skoro tylko znalazł się we Francji — uwięziono go; jego wybuchy entuzjazmu w lichej francuszczyźnie wydały się podejrzane. Po jakimś czasieumknął i zdołał się dostać do Genewy; posłaliśmy na jego spotkanie doLugano...

— To znaczy do Genewy — rzekł kanonik z uśmiechem.

Hrabina dokończyła historii.

— Zrobię wszystko, co jest w mocy ludzkiej — rzekł kanonik z zapałem — oddaję się na pani rozkazy. Gotów jestem posunąć się do szaleństwa. Niechpani powie, co mam uczynić z chwilą, gdy z tego ubogiego salonu zniknieniebiańskie zjawisko, które stanowi epokę w moim życiu.

— Trzeba iść do Bindera, powiedzieć mu, że pan kocha Fabrycego oddzieciństwa, żeś patrzał na urodzenie tego chłopca, wówczas gdyś bywału nas; wreszcie, że w imię przyjaźni błagasz barona, by użył wszystkichszpiegów na sprawdzenie, czy przed wyjazdem do Szwajcarii Fabrycy miałnajmniejszą styczność z którymś z będących pod jego obserwacją liberałów.O ile baron ma policję dobrze zorganizowaną, przekona się, że chodzi tujedynie o szaleństwo młodości. Pamięta pan, że były w moim mieszkaniu,w pałacu Dugnani, sztychy przedstawiające zwycięskie bitwy Napoleona;sylabizując podpisy tych rycin, Fabrycy nauczył się czytać. Pięcioletniemudziecku biedny mój mąż opowiadał o tych bitwach; kładliśmy mu na głowękask męża, dzieciak wlókł po posadzce jego szablę. I oto pewnego pięknegodnia dowiaduje się, że bóstwo mego męża, cesarz, wrócił do Francji; pędzijak szaleniec, aby mu towarzyszyć, ale mu się to nie udaje. Spytaj panbarona, jaką karą chce skarać tę chwilę obłędu.

— Zapomniałem o jednym! — wykrzyknął kanonik — przekona się pani,że nie jestem tak całkiem niegodny przebaczenia, którego mi pani użycza.Oto — rzekł szukając między papierami — doniesienie tego bezecnego colforto (hipokryty), patrz, pani, podpisane: „Ascanio Valserra del Dongo”,które stało się punktem wyjścia tej całej sprawy. Wziąłem je wczorajwieczór z policji i poszedłem do „La Scala” w nadziei znalezienia tamkogoś, kto bywa w pani loży i przez kogo mógłbym panią powiadomić o tymdokumencie. Odpis znajduje się od dawna w Wiedniu. Oto wróg, któregotrzeba nam zwalczać.

Kanonik przeczytał z hrabiną denuncjację; ułożono, że w ciągu dniadostarczy przez pewną osobę odpisu. Z radością w sercu wróciła hrabina dopałacu del Dongo.

— Niepodobna okazać więcej delikatności niż ten eks-łajdak — rzekła do margrabiny. — Dziś wieczór w „La Scala” trzy kwadranse na jedenastąwyprawimy wszystkich z loży, zgasimy świece, zamkniemy drzwi, a o jedenastej kanonik przyjdzie nam zdać sprawę z tego, co zdołał uczynić. Tonajmniej dla niego kompromitujący sposób.

Ów kanonik był to sprytny człowiek; nie omieszkał się stawić — okazał sięnieskończenie dobry i bezgranicznie wylany, jak bywają ludzie jedyniew krajach, gdzie próżność nie tłumi wszystkich uczuć. Zadenuncjowaniehrabiny Pietranera przed mężem było ciągłym wyrzutem jego życia — i otoznajdował sposób odkupienia.

— Teraz znów romansuje ze swoim bratankiem! — wykrzyknął, skorohrabina wyszła od niego rano; nie był bowiem jeszcze wyleczony. — Tadumna kobieta przyszła do mnie!... Po śmierci biednego Pietranera odepchnęła z oburzeniem moje usługi, mimo że bardzo dwornie przedłożoneprzez pułkownika Scotti, jej dawnego kochanka. Piękna Pietranera mającatysiąc pięćset franków na życie! — dodał, przechadzając się żywo po pokoju.— Potem osiada w zamku Grianta z ohydnym seccatore, z margrabią delDongo!... Wszystko się tłumaczy! W istocie, ten młody Fabrycy jest pełenwdzięku, rosły, zgrabny, zawsze uśmiechnięty, i co więcej, ze spojrzeniembrzemiennym jakąś słodką rozkoszą... fizjonomia z Correggia — dodałkanonik z goryczą.

— Różnica wieku... niezbyt duża... Fabrycy urodził się po wejściuFrancuzów, około 98 roku, o ile mi się zdaje; hrabina może mieć latdwadzieścia siedem czy osiem; niepodobna wyobrazić sobie czegoś bardziejuroczego. W tym kraju, tak bogatym w piękności, ona bije wszystkie:Marini, Gherardi, Ruga, Aresi, Pietragrua — wszystkie gasną przy niej. Żyliszczęśliwie w ukryciu nad tym pięknym jeziorem Como, kiedy młodemuwpadło do głowy lecieć do Napoleona... Są jeszcze dusze we Włoszech!Droga ojczyzna! Nie — ciągnęło dalej to serce rozpłomienione zazdrością — niepodobna sobie inaczej wytłumaczyć tej rezygnacji, tej wegetacji na wsi,z przykrością oglądania co dzień, przy każdym posiłku, ohydnej twarzymargrabiego del Dongo wraz z tą bezecną wyblakłą facjatą marchesinoAscanio, który będzie jeszcze gorszy od ojca!... Dobrze więc; będę jej służyłszczerze. Przynajmniej będę miał przyjemność widywania jej inaczej niżprzez szkło lornetki.

Kanonik Borda przedstawił paniom całą sprawę bardzo jasno. W gruncie rzeczy Binder usposobiony jest jak najlepiej; bardzo jest rad, że Fabrycy sięulotnił, zanim z Wiednia zdążyły przyjść rozkazy; baron bowiem nie mógłrozstrzygać o niczym; w tej jak i w innych sprawach czeka rozkazów i posyłaco dzień do Wiednia dokładną kopię wszystkich informacji; po czym czeka.Trzeba, aby na swym wygnaniu w Romagnano Fabrycy:

Primo: Nie zaniedbał co dzień być na mszy, wziął sobie za spowiednikasprytnego człowieka oddanego monarchii i wyznał mu przy konfesjonale, żeuczucia jego są nienaganne.

Secundo: Nie powinien się zadawać z żadnym człowiekiem uchodzącymza otwartą głowę; przy sposobności powinien mówić ze zgrozą o wszelkimbuncie jako o rzeczy w żadnym razie niedozwolonej.

Tertio: Nie powinien zachodzić do kawiarni; nie powinien czytać dzienników prócz urzędowej gazety turyńskiej i mediolańskiej; w ogóle okazywać wstręt do książek, nie czytać zwłaszcza żadnego dzieła drukowanego poroku 1720, wyjąwszy co najwyżej romansów Walter Scotta.

Quarto: Wreszcie — dodał kanonik z odrobiną złośliwości — trzebazwłaszcza, aby się jawnie umizgał do jakiej pięknej pani w okolicy,oczywiście szlachcianki; to będzie znak, że nie jest ponurym i niezadowolonym z życia materiałem na spiskowca.

Przed spoczynkiem hrabina i margrabina napisały do Fabrycego długielisty, w których tłumaczyły mu z uroczym zakłopotaniem rady kanonikaBorda.

Fabrycy nie miał żadnej ochoty spiskować; kochał Napoleona i — jakourodzony szlachcic — uważał, że mu się należy od życia więcej niż innym;mieszczanie wydawali mu się śmieszni. Nigdy nie otworzył książki od czasukolegium, gdzie czytywał jedynie dzieła przyrządzone przez jezuitów.Osiadł w pewnej odległości od Romagnano, we wspaniałym pałacu, jednymz arcydzieł sławnego architekta Sanmicheli, ale od trzydziestu lat nikt tam nie mieszkał, tak że deszcz padał do wszystkich pokojów i ani jedno okno sięnie zamykało. Zagarnął konie plenipotenta i ujeżdżał na nich bez ceremoniicały dzień; nie odzywał się do nikogo — dumał. Rada znalezienia sobiekochanki w jakiejś dobrze myślącej rodzinie spodobała mu się; wykonał ją dosłownie. Wybrał sobie na spowiednika młodego intryganta, który chciałzostać biskupem (jak spowiednik ze Szpilbergu); ale robił trzy mile pieszo, spowijając się tajemnicą, jak mniemał, nieprzeniknioną, aby czytać „Constitutionner”, który wydał mu się wzniosły: „To jest tak piękne jak Alfierii Dante!” — wykrzykiwał często. Fabrycy miał tę wspólność z młodzieżąfrancuską, iż o wiele poważniej zajmował się swoim wierzchowcem i swoimdziennikiem niż swoją dobrze myślącą kochanką. Ale w tej szczerej i tęgiejduszy nie było jeszcze miejsca na naśladowanie drugich, toteżnie zyskał sobie przyjaciół w miejscowym towarzystwie. Prostotę jegowzięto za dumę; nie umiano określić jego charakteru. „To młodszy syn,markotny, że nie jest starszym” — powiedział proboszcz.

Rozdział szósty

Wyznamy szczerze, że zazdrość kanonika Borda nie była bez podstaw. Skoro Fabrycy wrócił z Francji, ukazał się oczom hrabiny Pietraneraniby piękny cudzoziemiec, którego dobrze znała niegdyś. Gdyby się jejoświadczył, pokochałaby go; czyż nie żywiła już dla jego postępków i osobynamiętnego, można rzec bezgranicznego uwielbienia? Ale Fabrycy całowałją z takim wylewem niewinnej wdzięczności i serdecznej przyjaźni, żebrzydziłaby się sobą, gdyby szukała innego uczucia w tym niemal synowskim przywiązaniu. „Ba — mówiła sobie hrabina — paru przyjaciół, którzymnie znali przed sześciu laty na dworze księcia Eugeniusza, może mniejeszcze uważać za ładną, nawet młodą, ale dla niego jestem kobietączcigodną... i jeżeli mam rzec bez ogródek, nie oszczędzając mojej miłościwłasnej, kobietą starszą.” Hrabina łudziła się co do okresu, w który weszła,ale łudziła się nie na sposób pospolitych kobiet. „W jego wieku zresztą —dodawała — przesadza się nieco uszczerbki czasu; jedynie człowiek bardziejdoświadczony...”

Tak dumając przechadzała się po salonie; zatrzymała się przed lustremi uśmiechnęła się. Trzeba wiedzieć, że od kilku miesięcy serce paniPietranera było poważnie atakowane, i to przez niezwykłą osobistość.Niedługo po wyjeździe Fabrycego do Francji hrabina, która — jasno sobietego nie uświadamiając — zaczynała się nim mocno zajmować, popadław głęboką melancholię. Wszystkie zajęcia wydawały się jej nudne i, jeślimożna tak rzec, bez smaku; powiadała sobie, że Napoleon, chcąc pozyskaćsobie Włochów, zrobił Fabrycego swoim adiutantem. „Stracony jest dlamnie! — wykrzyknęła płacząc — nie ujrzę go już! Będzie pisywał do mnie, aleczymże ja będę dla niego za dziesięć lat?”

W tym stanie ducha hrabina wybrała się do Mediolanu; spodziewała sięzdobyć bliższe wiadomości o Napoleonie i — kto wie — pośrednio możenowiny o Fabrycym. Nie przyznając się do tego przed sobą, ta gorąca duszazaczynała się czuć bardzo zmęczona jednostajnym życiem na wsi. „Toobrona przed śmiercią — mówiła sobie — to nie życie. Co dzień oglądać tepudrowane gęby brata, bratanka, ich lokajów! Czym są przejażdżki pojeziorze bez Fabrycego?” Jedyną pociechę czerpała z przyjaźni margrabiny,ale od jakiegoś czasu ta zażyłość z matką Fabrycego, starszą od niej i odległąod życia, zaczynała mieć dla niej mniej uroku.

W takim szczególnym położeniu znajdowała się hrabina Pietranera;z odjazdem Fabrycego niewiele spodziewała się od przyszłości; serce jejpotrzebowało pociechy i rozrywki. Przybywszy do Mediolanu zapaliła siępo modnej opery, zamykała się sama na długie godziny w „La Scala”, w lożygenerała Scotti, swego dawnego przyjaciela. Ludzie, których starała sięwidywać, aby się dowiedzieć czegoś o Napoleonie i jego armii, wydawali sięjej pospolici i gminni. Wróciwszy do domu improwizowała na klawikordziedo rana. Jednego wieczora w „La Scala”, w loży jednej z przyjaciółek,dokąd udała się po nowiny z Francji, przedstawiono jej hrabiego Mosca,ministra Parmy; był to sympatyczny człowiek, który mówił o Francjii o Napoleonie w sposób zdolny obudzić w jej sercu nowe przyczyny nadzieilub lęku. Znów zaszła do loży nazajutrz; zajmujący ten człowiek zjawił sięrównież; całą operę przegadała z nim z przyjemnością. Od wyjazduFabrycego nie spędziła tak miłego wieczoru. Człowiek ten, który ją umiałrozerwać, hrabia Mosca della Rovere Sorezana, był wówczas ministremwojny, polityki i finansów słynnego księcia Parmy, Ernesta IV, tak głośnegoswą surowością, którą liberałowie mediolańscy nazywali okrucieństwem.Mosca mógł mieć do czterdziestu pięciu lat; miał wydatne rysy, ani śladunadętości, proste i wesołe obejście, które jednało mu sympatię; byłbyjeszcze bardzo przystojny, gdyby dziwactwo księcia nie zmuszało go dopudrowania włosów — rękojmia chwalebnych zasad politycznych. Nieobawiając się zbytnio urazić próżności, ludzie we Włoszech łatwo dochodządo zażyłego tonu i do rozmowy o rzeczach osobistych. Poprawką tegozwyczaju jest to, że o ile się drasnęli, przestają się widywać.

— Czemu, hrabio, pudrujesz włosy — spytała hrabina za trzecim widzeniem. — Puder! Człowiek taki jak pan, jeszcze młody, który z nami wojowałw Hiszpanii!

— To dlatego, że nic nie ukradłem w owej Hiszpanii, a trzeba żyć. Byłemoszalały sławą; pochlebne słówko generała Gouvion-Saint-Cyr, który namidowodził i był wówczas dla mnie wszystkim. Z upadkiem Napoleonaokazało się, iż podczas gdy zjadałem swój majątek w służbie, ojciec mój,człowiek o żywej wyobraźni, który widział mnie już generałem, budował mipałac w Parmie. W 1813 roku znalazłem się, za cały majątek, z wielkim, niedokończonym pałacem i z pensją.

— Trzy tysiące pięćset franków, jak mój mąż?

— Ba! Hrabia Pietranera był generałem dywizji. Moja pensyjka skromnego majora wynosiła ledwie osiemset franków, a i to płacą mi ją dopiero odczasu, jak jestem ministrem finansów.

Ponieważ w loży znajdowała się tylko jej właścicielka, dama przekonańwielce liberalnych, rozmowa toczyła się dalej równie szczerze; Mosca,zagadnięty, opowiadał o swoim życiu w Parmie.

— W Hiszpanii pod generałem Saint-Cyr narażałem się na kule, abyzdobyć krzyż i nieco sławy; obecnie ubieram się jak pajac z komedii, abyprowadzić wielki dom i mieć kilka tysięcy franków. Raz wciągnąwszy sięw tę partię szachów, dotknięty niegrzecznością przełożonych, postanowiłem zająć pierwsze miejsce; osiągnąłem to. Ale najszczęśliwsze moje dni tote, które od czasu do czasu mogę spędzić w Mediolanie; tu żyje jeszcze sercewaszej włoskiej armii.

Szczerość, disinvoltura, z jaką mówił minister groźnego księcia, obudziłyciekawość hrabiny. Sądząc z jego tytułu spodziewała się nadętego pedanta,a widziała człowieka, który się wstydził powagi swego stanowiska. Moscaprzyrzekł jej dostarczać nowin z Francji — była to wielka nieopatrznośćw Mediolanie, na miesiąc przed Waterloo. Chodziło wówczas dla Włocho ich być albo nie być; cały Mediolan przebywał gorączkę nadzieilub obawy. Wśród tego poruszenia hrabina zaczęła się wypytywać o człowieka, który tak lekko mówił o stanowisku budzącym tyle zazdrościi będącym jedynym jego środkiem do życia.

Ciekawe i uderzające swą oryginalnością rzeczy opowiedziano hrabiniePietranera. Hrabia Mosca della Rovere Sorezana bliski jest zostaniapierwszym ministrem i faworytem Ranucego Ernesta IV, samowładnegoksięcia Parmy, i co więcej, jednego z najbogatszych władców w Europie.Hrabia byłby już doszedł do tego naczelnego stanowiska, gdyby miał więcejpowagi; podobno książę dawał mu nieraz nauki w tej mierze.

— Co Waszej Dostojności szkodzi moje zachowanie — odpowiedziałswobodnie — bylem dobrze załatwiał sprawy.

„Szczęście tego faworyta — dodawano — nie jest bez cierni. Trzeba wciążdbać o łaskę monarchy, człowieka niewątpliwie rozumnego i bystrego, alektóry, od czasu jak zajął samowładny tron, stracił po prostu głowę i okazujepodejrzliwość iście kobiecą.”

Ernest IV jest odważny tylko na wojnie. Na polu bitwy widziano go wielerazy, jak prowadził kolumnę do ataku, dowodząc nią jak dzielny generał;ile po śmierci ojca swego, Ernesta III, wróciwszy do swego państwa, gdziena nieszczęście posiada nieograniczoną władzę, zaczął gwałtownie deklanować przeciw liberałom i wolności. Niebawem wyobraził sobie, że gonienawidzą; wreszcie w chwili złego humoru kazał powiesić dwóch liberałów, może nie bardzo winnych, popchnięty do tego przez łajdaka nazwikiem Rassi — coś na kształt ministra sprawiedliwości.

Od tej nieszczęsnej chwili życie księcia zmieniło się; dręczą go najdzikszepodejrzenia. Nie ma pięćdziesięciu lat, a strach go tak skurczył, jeżelimożna się tak wyrazić, iż z chwilą gdy mówi o jakobinach i o projektachkomitetu paryskiego, przybiera fizjonomię osiemdziesięcioletniego starca; popada w lęki nieletniego dziecka. Faworyt jego, Rassi, naczelnyskarbnik (lub wielki sędzia), posiada wpływ jedynie dzięki strachowi swegopana; z chwilą gdy się obawia o swój wpływ, czym prędzej odkrywa nowe sprzysiężenie, możliwie czarne i fantastyczne. Niech się zbierze trzydzieścigorących głów, aby przeczytać numer „Constitutionnel”, Rassi ogłasza ichza spiskowców i osadza w sławnej cytadeli parmeńskiej, postrachu Lombardii. Ponieważ jest bardzo wysoka — sto osiemdziesiąt stóp, jak mówią widać ją z bardzo daleka na tej olbrzymiej równinie; urządzenie zaś tejkaźni, o której powiadają straszne rzeczy, czyni ją, siłą postrachu, królowącałej tej równiny od Mediolanu do Bolonii.

— Czy uwierzyłaby pani — powiadał hrabinie inny podróżny — w nocy natrzecim piętrze swego pałacu, strzeżony przez osiemdziesięciu gwardzistów,którzy co kwadrans wykrzykują hasło, Ernest IV drży w swoim pokoju.Drzwi zamknięte są na dziesięć ryglów, sale nad nim i pod nim pełne sążołnierzy, a on boi się jakobinów. Jeżeli deska w posadzce zaskrzypi, rzucasię do pistoletów, myśląc, że to liberał ukryty pod łóżkiem. Natychmiastrozlegają się dzwonki w całym zamku, a adiutant biegnie zbudzić hrabiegoMosca. Przybywszy do zamku, minister ten nie zdradza najlżejszej wątpliwości co do spisku, przeciwnie: uzbrojony od stóp do głów, sam badaz księciem każdy zakątek, zagląda pod łóżka z drobiazgowością godnąstarej baby. Wszystkie te ostrożności wydałyby się upokarzające samemuksięciu w owym szczęśliwym czasie, kiedy bywał na wojnie i kiedy nieuśmiercił jeszcze nikogo inaczej niż z fuzji. Ponieważ to jest człowiek wcaleniegłupi, wstydzi się tych ostrożności, widzi ich śmieszność w tej samejchwili, w której je praktykuje; otóż źródłem wpływu hrabiego Mosca jestwłaśnie to, iż dokłada wszelkich starań, aby książę nie potrzebował się nigdyrumienić w jego obecności. To on, Mosca, w charakterze ministra policjinalega, aby zaglądać pod sprzęty, zgoła — powiadają w Parmie — do futerałów od basetli. Książę sprzeciwia się temu, żartuje z gorliwościministra.

— To rzecz mojej ambicji — odpowiada hrabia — niech Wasza Dostojnościpomyśli, iloma satyrycznymi sonetami zasypaliby nas jakobini, gdybyśmypozwolili zamordować Waszą Dostojność. Bronimy jej życia, ale i naszegohonoru!

Ale zdaje się, iż książę tylko w połowie wierzy temu wszystkiemu, skorobowiem ktoś w mieście ośmieli się powiedzieć, że w zamku spędzonobezsenną noc, wielki skarbnik Rassi wysyła żartownisia do cytadeli, a gdykto raz znajdzie się w tym wyniosłym i dobrze wietrzonym mieszkaniu, trzeba cudu, aby sobie przypomniano o więźniu. Mosca jesteks-wojskowy, w Hiszpanii ocalił się ze dwadzieścia razy z pistoletemw dłoni z zasadzki — dlatego książę woli go od Rassiego, mimo że Rassi jestgiętszy i uniżeńszy. Owi nieszczęśliwi jeńcy znajdują się w najściślejszymodosobnieniu, obiegają o nich dziwne powieści. Liberałowie twierdzą, iż narozkaz Rassiego dozorcy i spowiednicy utrzymują ich w przekonaniu, że comiesiąc jeden idzie na stracenie. Tego dnia jeńcom wolno wychodzić naterasę olbrzymiej wieży, na sto osiemdziesiąt stóp wysokiej, i stamtąd widząprzeciągający orszak z agentem policji grającym rolę nieboraka prowadzonego na śmierć.

Te opowieści i dwadzieścia innych, nie mniej autentycznych, zaciekawiłypanią Pietranera. Nazajutrz jęła się wypytywać hrabiego Mosca o szczegóły,przekomarzając się z nim. Znajdowała rozrywkę w jego towarzystwie,dowodziła mu, że w gruncie jest on, sam o tym nie wiedząc, potworem.Jednego dnia, wracając do swej gospody, hrabia rzekł sobie: „Nie tylko tahrabina Pietranera jest uroczą kobietą, ale kiedy spędzam wieczór w jejloży, zapominam o niektórych rzeczach w Parmie, których wspomnienieprzeszywa mi serce. (,,Minister ten, mimo lekkich i błyszczących pozorów,nie miał duszy przykrojonej z francuska; nie umiał zapominaćzgryzot. Kiedy w wezgłowiu jego tkwił cierń, umiał tak długo kłuć sięo niego drgającymi członkami, aż go złamał i starł.” Przepraszam za tozdanie przetłumaczone z włoskiego.) Nazajutrz po tym odkryciu hrabiazauważył, iż mimo spraw zatrzymujących go w Mediolanie dzień wlecze się niemiłosiernie; nie mógł wytrzymać w miejscu, zamęczył konie. Kołoszóstej wsiadł na konia, aby pojechać na Corso; miał nadzieję spotkać tamhrabinę; nie widząc jej, przypomniał sobie, że koło ósmej otwierają „LaScala”; wszedł i ujrzał zaledwie dziesiątek osób w olbrzymiej sali. Zawstydził się nieco swojej obecności. „Czy podobna — rzekł — abym ja, mającskończonych czterdzieści pięć lat, robił szaleństwa, których wstydziłby siępodporucznik? Szczęściem nikt się ich nie domyśla. Uciekł i próbowałzabić czas, wałęsając się po pięknych uliczkach dokoła teatru. Jest tammnóstwo kawiarń, które o tej porze roją się od ludzi: przed każdą kawiarniątłum gapiów, siedząc na krzesłach wprost na ulicy, je lody i krytykujeprzechodniów. Hrabia nie należał do tych, którzy przechodzą niepostrzeżeni; nie minęła go ta przyjemność, że go poznano i nagabnięto.Kilku natrętów, z tych, którym nie można się opędzić, schwyciło tę sposobność, aby zdobyć audiencję u potężnego ministra. Dwaj wręczyli mupodania, trzeci poprzestał na udzieleniu mu rozwlekłych rad z zakresupolityki.

„Nie można spać — powiedział sobie — kiedy się jest zbyt inteligentnym;nie można się przechadzać, kiedy się jest zbyt wpływowym.” Wrócił doteatru i wpadł na tę myśl, aby wziąć lożę na trzecim piętrze; stamtądspojrzenia jego, nie pochwycone przez nikogo, mogły się nurzać w lożachdrugiego piętra, gdzie spodziewał się hrabiny. Pełne dwie godziny oczekiwania nie dłużyły się zakochanemu; pewien, że go nikt nie widzi, poddawałsię z rozkoszą swemu szaleństwu. „Czyż starość — powiadał sobie — toprzede wszystkim nie to, że się nie jest już zdolnym do tych rozkosznychdzieciństw?”

Wreszcie hrabina pojawiła się. Uzbrojony w lornetkę badał ją w upojeniu. „Młoda, świetna, lekka jak ptaszek — powiadał sobie — nie ma anidwudziestu pięciu lat. Piękność jest jeszcze najmniejszym jej powabem:gdzie znaleźć tę duszę zawsze szczerą, która nigdy nie umie być ostrożna, która poddaje się cała chwili, która pragnie jedynie dać sięporwać nowemu wrażeniu? Pojmuję szaleństwa hrabiego Nani.”

Hrabia wynajdywał sobie doskonałe racje, aby szaleć, póki myślałjedynie o zdobyciu szczęścia, które widział przed oczyma. Racje te straciłynieco na sile, kiedy zastanowił się nad swym wiekiem i nad troskaminiekiedy bardzo smutnymi, które wypełniały jego dni. „Inteligentny człowiek, któremu strach odbiera rozum, zapewnia mi wystawne życie i wielepieniędzy, abym był jego ministrem; ale niech mnie jutro odprawi, a zostanę stary i biedny, rzecz najohydniejsza w świecie; jest też co ofiarowywaćhrabinie!” Porzucił te czarne myśli, aby wrócić do hrabiny Pietranera; niemógł się nasycić jej widokiem; aby lepiej o niej myśleć, nie szedł do jej loży.,,Wzięła Naniego, powiadano mi właśnie, jedynie, aby zrobić na złośćcymbałowi Limercati, który nie umiał się zdobyć na to, aby pchnąć szpadąlub kazać żgnąć sztyletem mordercę jej męża. Ja bym się bił dwadzieściarazy dla niej!” — zawołał z uniesieniem. Co chwila spoglądał na zegar, któryodcinał się na czarnym tle lśniącymi cyframi, co pięć minut powiadamiającwidzów o godzinie, w której wolno im się udać do przyjacielskiej loży.Hrabia powiadał sobie: „Jako świeży znajomy, mogę zabawić w jej lożynajwyżej pół godziny; gdybym został dłużej, zwróciłbym na siebie uwagę,w moim wieku, a zwłaszcza z tymi pudrowanymi włosami, miałbym minęKasandra.” Jedna refleksja zdecydowała go nagle: „Gdyby hrabina wyszłaz loży, udając się gdzieś z wizytą, ładnie bym wyszedł na sknerstwie, z jakimdawkuję sobie tę przyjemność.” Już wstawał, aby się udać do loży hrabiny,naraz odeszła mu ochota. „Ha! to doprawdy śliczne! — wykrzyknął, śmiejąc się z siebie i przystając na schodach. — Toż to odruch szczerej nieśmiałości! Będzie już ze dwadzieścia pięć lat, jak mi się nie zdarzyło coś podobnego.

Wszedł do loży niemal przemagając się: jako człowiek wytrawnyskorzystał z przypadku, który mu się zdarzył, nie silił się na swobodęi dowcip ani też nie starał się ratować jakim zabawnym opowiadaniem; miałodwagę być nieśmiały, wykorzystał swój spryt, aby odsłonić rąbek wzruszenia, unikając wszelako śmieszności. „Jeżeli jej się to nie spodoba — powiadałsobie — przepadłem na zawsze! Co! nieśmiały, z włosami przysypanymipudrem, a które bez pudru wydałyby się siwe! Ostatecznie to jednakprawda; nie może tedy być śmieszna, chyba że przesadzę lub będę z niejczerpał chlubę. Hrabina tak często nudziła się w Grianta w obliczuupudrowanych głów swego brata, bratanka i kilku dobrze myślących nudziarzy z sąsiedztwa, że nie wpadło jej do głowy zaprzątać sięfryzurą nowego wielbiciela.

Nastrój hrabiny obronił ją przed wybuchem śmiechu, toteż uwagę swąskupiła jedynie na wiadomościach z Francji, których udzielał jej zawsze naosobności, skoro tylko zjawił się w loży; z pewnością wymyślał je. Omawiając z nim te wiadomości, hrabina zauważyła tego wieczora jego spojrzeniebyło sympatyczne i życzliwe.

— Wyobrażam sobie — rzekła — że w Parmie, wśród swoich niewolników,nie ma pan tego miłego spojrzenia; to by zepsuło wszystko i dałoby im cieńnadziei, że nie będą wisieć.

Zupełny brak namaszczenia u człowieka, który uchodził za pierwszegodyplomatę Włoch, zdziwił hrabinę; znajdowała nawet, że to ma swój urok.Wreszcie, ponieważ zwykłe mówił łatwo i z ogniem, nie zraniło jej to, iżuznał za właściwe przyjąć na jeden wieczór rolę słuchacza.

Był to ważny krok i bardzo niebezpieczny; szczęściem dla ministra, któryw Parmie nie spotykał się z oporem, hrabina przybyła z Grianta dopiero odniedawna; umysł jej był jeszcze odrętwiały wiejską nudą. Zdawało się, iżodwykła od żartu; wszystko, co przypominało lekkie i wykwintne życie,miało w jej oczach odcień nowości, co wykluczało kpiny; nie powstało jejw głowie z niczego drwić, nawet z czterdziestopięcioletniego a nieśmiałegozalotnika. W tydzień później nieopatrzność hrabiego mogłaby się spotkaćzgoła z innym przyjęciem. W „La Scala” jest obyczaj nie przeciągać ponaddwadzieścia minut wizyt w lożach; otóż hrabia spędził cały wieczór w loży,w której miał szczęście spotkać panią Pietranera. „Ta kobieta — powiadałsobie — wraca mi wszystkie szały młodości!” Ale czuł niebezpieczeństwo.,,Czy stanowisko paszy, wszechpotężnego o czterdzieści mil stąd, okupimoje niezdarstwo? Tak się nudzę w Parmie!” Mimo to z kwadransa nakwadrans postanawiał sobie iść.

— Trzeba przyznać, pani — rzekł, śmiejąc się do hrabiny — że w Parmieumieram z nudów; nie dziw, że przyjemność, o ile spotkam ją na drodze,upija mnie. Toteż bez konsekwencji i na jeden wieczór, niech mi panipozwoli grać rolę zakochanego. Niestety! za parę dni będę daleko od tejloży, która daje mi zapomnieć o wszystkich zgryzotach, a nawet, powiepani, o wszystkich konwenansach.

W tydzień po tej olbrzymiej wizycie i w następstwie drobnych wypadków, które zbyt długo byłoby może opowiadać, Mosca był zakochany doszaleństwa, a hrabina myślała już sobie, że wiek nie powinien być przeszkodą, o ile poza tym ktoś się podoba. Tak stały rzeczy, kiedy kurier odwołałhrabiego Mosca do Parmy. Można by rzec, że jego władca bał się być sam.Hrabina wróciła do Grianta; wyobraźnia jej nie stroiła już tej pięknejmiejscowości: wydała się jej pustynią. „Czyżbym się przywiązała do tegoczłowieka?” — mówiła sobie. Mosca pisywał do niej — nie potrzebował nic udawać, rozłąka odjęła mu źródło wszystkich jego myśli; listy jego byłybardzo miłe. Wpadł na dobry pomysł: aby uniknąć komentarzy margrabiego del Dongo, który nie lubił opłacać porta, wysyłał kurierów, którzywrzucali jego korespondencję w Como, w Lecco, Varese lub miasteczku unad jeziorem. Zmierzało to do tego, aby przez kuriera dostawać odpowiedzi; osiągnął ten cel.

Niebawem dnie kurierskie stały się wydarzeniem w życiu hrabiny.kurierzy przynosili kwiaty, owoce, drobne podarki, które ją bawiły równie jak jej bratową. Wspomnienie hrabiego kojarzyło się z myślą o jegowielkiej władzy; hrabina słuchała z uwagą wszystkiego, co mówiono o nim:nawet liberałowie oddawali hołd jego talentom.

Głównym źródłem złej opinii hrabiego było to, że uchodził za głowęreakcji na dworze parmeńskim, na czele zaś liberałów stała intrygantkazdolna do wszystkiego, nawet do zwycięstwa, margrabina Raversi, osoba niezmiernie bogata. Książę dawał pilne baczenie, aby nie zniechęcićstronnictwa, które nie było przy władzy, wiedząc dobrze, że zawsze będziepanem, nawet przy ministerium z salonu Raversi. Opowiadano w Griantatysiączne szczegóły o tych intrygach; nieobecność hrabiego, którego wszyscy przedstawiali jako ministra zdolnego i energicznego, pozwalała zapomnieć o pudrowanych włosach, symbolu wszystkiego, co gnuśne i smutne; był to szczegół bez znaczenia, jeden z obowiązków urzędu, na którym poza tym grał tak piękną rolę. „Dwór jest śmieszny — mówiła hrabina do bratowej — ale zajmujący, to zabawna gra, na której prawidła trzeba się zgodzić. Czy komu kiedy przyszło do głowy biadać na niedorzeczność reguł pikiety?A przecież skoro się raz do nich włożyć, miło jest dać przeciwnikowi ipik-repik i kapotę.”

Hrabina często myślała o autorze sympatycznych listów; dzień, w którymje otrzymywała, był dla niej miłym dniem; brała łódkę i jechała jeodczytywać w najpiękniejszych okolicach: w Pliniana, w Belano, w laskuSfondrata. Listy te wynagradzały jej poniekąd brak Fabrycego. Nie mogłaprzynajmniej odmówić hrabiemu, że jest bardzo zakochany; nie upłynąłmiesiąc, a myśli o nim zabarwiały się tkliwą przyjaźnią. Co do hrabiegoMosca, to był on niemal szczery, kiedy jej ofiarował podać się do dymisji,rzucić ministerium i żyć z nią w Mediolanie lub gdzie indziej. „Mam czterysta tysięcy franków — dodawał — co nam zapewni piętnaście tysięcyfuntów renty.” — „Znów loża, konie! itd.” — powiadała sobie hrabina. Przyjemne marzenia. Urocze perspektywy jeziora Como zaczęły ją nas nowo czarować. Chodziła nad jego brzeg, aby marzyć o powrocie doświetnego życia, które wbrew spodziewaniu stawało się dla niej możliwe.Widziała się na Corso, w Mediolanie, szczęśliwa i wesoła jak za wicekróla.,,Młodość, a przynajmniej życie znów zaczęłoby się dla mnie.”

Niekiedy gorąca wyobraźnia przesłaniała jej prawdę, ale nigdy nie byłou niej miejsca na dobrowolne złudzenia, rodzące się z braku odwagi. Była toprzede wszystkim kobieta szczera: jeżeli jestem za stara nieco, abypopełniać szaleństwa, zawiść, która stwarza sobie złudzenia jak miłość,może mi zatruć pobyt w Mediolanie. Po śmierci męża moje szlachetneubóstwo zyskało blask, zarówno jak odtrącenie dwóch wielkich fortun.Biedny Mosca nie ma ani dwudziestej części dostatków, które składałyu moich stóp te dwie ciemięgi, Limercati i Nani. Skromna pensyjka wdowiauzyskana z trudem, odprawienie służby, co miało swój rozgłos, pokoik napiątym piętrze, który ściągał dwadzieścia karet do bramy, wszystko totworzyło swego czasu niezwykłe widowisko. Ale mimo największej zręczności będę miała przykre chwile, jeżeli posiadając za cały majątek jedynieswą pensyjkę, wrócę do Mediolanu, aby korzystać ze skromnego mieszczańskiego dobrobytu, jaki mogą nam dać owe piętnaście tysięcy franków,które będzie miał Mosca po swej dymisji. Ważnym szkopułem, z któregozawiść ukuje sobie straszliwą broń, jest, że hrabia, mimo iż od dawna nieżyje z żoną, jest żonaty. Separacja ta znana jest w Parmie, ale w Mediolaniebędzie ona czymś nowym, przypiszą ją mnie. Tak więc, mój piękny teatrze,,La Scala”, boskie jezioro Como, żegnajcie! żegnajcie!”

Mimo tych uprzedzeń, gdyby pani Pietranera miała bodaj jaki majątek,byłaby przyjęła propozycję hrabiego. Uważała się za kobietę starszą i bałasię dworu; ale — co się wyda z tej strony Alp najmniej prawdopodobne — hrabia byłby wniósł dymisję z radością. Umiał przynajmniej przekonaćo tym swą ukochaną. W każdym liście błagał z rosnącą namiętnością o nowewidzenie się w Mediolanie; użyczyła mu go. „Przysięgać panu, że goszalenie kocham — rzekła hrabina — byłoby kłamstwem; to byłoby za wieleszczęścia, gdybym mogła kochać dziś, po trzydziestce, tak jak kochałamniegdyś, mając lat dwadzieścia dwa! Ale patrzałam na zgon tylu rzeczy,które mi się zdawały wieczne! Mam dla pana najtkliwszą przyjaźń, ufnośćbez granic; ze wszystkich w świecie jest mi pan najmilszy.” Hrabina sądziła,że jest zupełnie szczera; mimo to ku końcowi oświadczenie to zawierałomałe kłamstwo. Gdyby Fabrycy chciał, byłby może przeważył wszystkow jej sercu. Ale Fabrycy był dzieckiem w oczach hrabiego Mosca. Hrabia przybył do Mediolanu w trzy dni po wyjeździe młodego szaleńca do Nowary,i pośpieszył wstawić się za nim do barona Bindera. Hrabia sądził, że wygnanie to sprawa bez ratunku.

Nie przybył do Mediolanu sam; przywiózł w swojej karocy diukaSanseverina-Taxis. Był to sympatyczny sześćdziesięcioośmioletni staruszek, szpakowaty, gładki, schludny, kolosalnie bogaty, ale nie dość szlachetnie urodzony. Zaledwie dziadek jego zebrał miliony na stanowisku generalnego dzierżawcy dochodów państwowych w Parmie. Ojciec diuka zdobyłstanowisko ambasadora księcia Parmy w ... dzięki następującej argumentacji: „Wasza Dostojność daje trzydzieści tysięcy franków swemu posłowiw ..., który ją tam reprezentuje dość mizernie. Jeżeli Wasza Dostojność:raczy mi użyczyć tego miejsca, przyjmę sześć tysięcy franków pensji. Będęwydawał na dworze w ... nie mniej niż sto tysięcy franków rocznie, a mójintendent złoży co rok dwadzieścia tysięcy do kasy spraw zagranicznychw Parmie. Za tę sumę będzie można przydzielić mi takiego sekretarzaambasady, jakiego się zechce, a ja nie będę zazdrosny o sekrety dyplomatyczne, jeśli będą jakie. Moim celem jest dodać blasku swemu domowi,jeszcze nieco świeżemu, i uświetnić go wysoką godnością dworską.”

Obecny diuk, syn owego ambasadora, popełnił tę niezręczność, że sięokazał prawie że liberałem; toteż od dwóch lat był w rozpaczy. ZaNapoleona stracił parę milionów przez upór, z jakim zostawał za granicą;otóż od czasów przywrócenia porządku w Europie nie mógł uzyskać pewnejwstęgi, która zdobiła portret jego ojca; brak tego orderu przyprawiał gejo chorobę.

W tej zażyłości, jaka towarzyszy miłości we Włoszech, względy próżnościnie istniały między dwojgiem kochanków. Zupełnie tedy po prostu hrabiaMosca rzekł do kobiety, którą ubóstwiał:

— Mam parę planów do przedłożenia pani; wszystkie dosyć dobrzeobmyślone; od trzech miesięcy dumam jedynie nad tym.

Primo: Wnoszę dymisję i żyjemy sobie po mieszczańsku w Mediolanie, Florencji, Neapolu, gdzie zechcesz. Mamy piętnaście tysięcy funtówrenty, niezależnie od dobrodziejstw księcia, które mogą trwać dłużej lubkrócej.

Secundo: Raczy pani przenieść się do kraju, gdzie mam jakąś władzę,kupi pani mająteczek, na przykład Sacca, uroczy pałacyk w lesie nadPadem, może pani podpisać kontrakt choćby na tydzień. Książę przywiążepanią do dworu. Ale tu nastręcza się olbrzymia trudność. Przyjmą panią dobrze na dworze; nikt nie odważy się okiem mrugnąć w mojej obecności;przy tym księżna uważa się za nieszczęśliwą, a ja starałem się być jejpomocny z myślą o pani. Ale przypominam pani zasadniczą trudność;książę jest bigot, a jak pani wiadomo, nieszczęście chce, że ja jestem żonaty.Stąd milion drobnych przykrości. Jest pani wdową; ten piękny tytuł trzebaby zmienić na inny, i to stanowi właśnie przedmiot trzeciej propozycji.

Można by znaleźć nowego, wygodnego męża. Ale przede wszystkim musibyć bardzo stary; czemuż miałaby mnie pani pozbawić nadziei zastąpieniago kiedyś? Otóż zawarłem osobliwy układ z diukiem Sanseverina-Taxis;rozumie się, że nie zna nazwiska przyszłej diuszesy. Wie tylko, że zrobi goambasadorem i da mu ten order, który miał jego ojciec, a którego brak czynigo najnieszczęśliwszym ze śmiertelnych. Poza tym książę nie jest najgłupszy; sprowadza z Paryża ubrania i peruki. Nie jest to człowiek zdolny dorozmyślnej niegodziwości; wierzy święcie, że honor polega na tym, aby miećorder, a wstydzi się swego majątku. Przed rokiem przyszedł do mniez propozycją założenia szpitala za ten order; wyśmiałem go; ale on się niewyśmiał ze mnie, kiedy mu zaproponowałem małżeństwo; pierwszym moimwarunkiem było, rozumie się, że nigdy noga jego nie postanie w Parmie.

— Ale czy pan wie, że to, co mi pan proponuje, jest bardzo niemoralne? —rzekła hrabina.

— Nie więcej niż wszystko, co się robi na naszym dworze i na dwudziestuinnych. Absolutna władza ma tę wygodę, że uświęca wszystko w oczachludów. Cóż znaczy śmieszność, której nikt nie dostrzega? Przez dwadzieścialat naszą polityką będzie strach przed jakobinami, i to jaki! Co rokbędziemy święcie przekonani, że jesteśmy w wilię nowego roku 93! Usłyszypani, mam nadzieję, frazesy, jakie wygłaszam na ten temat na swoichrecepcjach! To wspaniałe! Wszystko, co zdoła zmniejszyć nieco ten strach,będzie bezwzględnie moralne w oczach szlachty i dewotów. Otóżw Parmie wszystko, co nie jest szlachtą i dewotami, siedzi w więzieniu lubwybiera się tam. Niech pani będzie przekonaną, że to małżeństwo wyda sięgorszące dopiero w dniu mojej niełaski. Układ ten nie oszukuje, niekrzywdzi nikogo, to główna rzecz, jak sądzę. Panujący, którego łaskąfrymarczymy, uczynił swoje przyzwolenie zależnym od jednego tylkowarunku, to jest, aby przyszła diuszesa była szlachcianką. W zeszłym rokumoja posada, razem wziąwszy, dała mi sto siedem tysięcy franków; ogólnymój dochód był coś około stu dwudziestu dwóch tysięcy; umieściłemdwadzieścia tysięcy w Lyonie. Zatem niech pani wybiera: primo, szeroka egzystencja oparta na stu dwudziestu tysiącach franków dochodu, cow Parmie wynosi najmniej tyle co czterysta tysięcy w Mediolanie, alepołączona z tym małżeństwem, dającym pani nazwisko znośnego człowieka, którego pani ujrzy tylko przy ołtarzu; secundo, skromne życie z piętnasstu tysięcy franków we Florencji lub Neapolu; godzę się bowiem z panizdaniem, że zanadto panią podziwiano w Mediolanie; zawiść ścigałaby nasi zdołałaby nam zatruć życie. Świetności Parmy będą miały, mam nadzieję,pewien urok nowości nawet w oczach pani, które widziały dwór księciaEugeniusza; roztropnie byłoby poznać to życie, nim się je sobie zamknie.Niech pani nie sądzi, że ja chcę wpływać na jej decyzję. Co do mnie,wybrałem dawno: wolę raczej żyć na czwartym piętrze z panią niż wieśćdalej samotnie tę wspaniałą egzystencję.

Możliwość tego osobliwego małżeństwa była co dzień tematem dyskusjimiędzy kochankami. Hrabina ujrzała na balu w „La Scala” diuka Sanseverina-Taxis, który wydał jej się wcale możliwy. W jednej z ostatnich rozmówMosca ujął w ten sposób propozycję:

— Trzeba powziąć postanowienie, jeśli chcemy spędzić mile resztę życiai nie zestarzeć się przed czasem. Książę dał zezwolenie; Sanseverina jestfigurą raczej przyzwoitą; posiada najpiękniejszy pałac w Parmie i niesłychany majątek; ma sześćdziesiąt osiem lat i szaloną żądzę orderu; ale plamąw jego życiu jest, iż kupił niegdyś za dziesięć tysięcy franków biustNapoleona dłuta Canovy. Drugi jego grzech, który go uśmierci, o ile paninie przyjdzie mu z pomocą — to, iż pożyczył dwadzieścia pięć napoleonówFerrantemu Palla, naszemu ziomkowi! Jest to po trosze wariat, po troszegeniusz, którego później skazaliśmy na śmierć, na szczęście zaocznie. ÓwFerrante napisał w życiu jakieś dwieście wierszy, które nie mają nicrównego; powiem je pani, to tak piękne jak Dante. Książę wyśle Sanseverina do ..., on panią zaślubi w dzień wyjazdu, a w drugim roku swej podróży,którą nazwie ambasadą, otrzyma ową wstęgę, bez której nie może żyć.Będzie w nim pani miała brata, który nie będzie się naprzykrzał; podpisujez góry wszystko, czego zażądam, poza tym będzie go pani widywała rzadkolub nigdy, jak zechcesz. Z przyjemnością gotów jest nie pokazywać sięw Parmie, gdzie musi wstydzić się dziadka dorobkiewicza i swego rzekomego liberalizmu. Rassi, nasz kat, twierdzi, że Sanseverina abonował w sekrecie „Constitutionnel” za pośrednictwem poety Ferranta Palla i ta potwarzdługo stanowiła przeszkodę do zgody panującego księcia.

Czemu historyk, który powtarza wiernie szczegóły zasłyszanego opowiadania, miałby być winny? Czy to jego wina, jeśli osoby porwane namiętnościami, których — nieszczęściem dlań — nie podziela, popadają w uczynkigłęboko niemoralne? Prawda, iż tego rodzaju rzeczy nie zdarzają się jużw kraju, gdzie ze wszystkich namiętności przetrwała tylko jedna, mianowicie pieniądz, narzędzie próżności.

W trzy miesiące po tych wydarzeniach diuszesa Sanseverina-Taxisolśniewała dwór parmeński uroczym wdziękiem i szlachetną pogodą; domjej był najmilszy w mieście; a to właśnie hrabia Mosca przyrzekł swemupanu. Ranucjusz Ernest IV oraz księżna, jego małżonka, którym przedstawiły diuszesę dwie najznamienitsze damy w kraju, przyjęli ją bardzołaskawie. Diuszesa ciekawa była ujrzeć owego władcę, pana losów człowieka, którego kochała; chciała go olśnić i udało się to jej aż nadto. Ujrzałaczłowieka słusznego wzrostu, ale nieco ciężkiego; włosy, wąsy, olbrzymiebokobrody były — wedle dworaków — pięknego koloru blond; komu innemuprzywiodłyby na myśl konopie. Od dużej twarzy odbijał mały, niemalkobiecy nos. Jednakże, aby spostrzec wszystkie szczegóły, trzeba byłorozbierać kolejno rysy księcia; w całości budził wrażenie inteligencji i siły.Wzięcie, postawa księcia nie miały wrodzonego majestatu, ale często chciałimponować osobie, z którą rozmawiał; wówczas stawał się sam zakłopotanyi kołysał się z nogi na nogę. Poza tym Ernest IV miał spojrzenie przenikliwei władcze; gesty jego miały coś szlachetnego, a słowa były odmierzonei zwięzłe.

Mosca uprzedził księżnę, że w gabinecie, gdzie daje audiencję, książę maduży portret Ludwika XIV i ładny inkrustowany stolik florencki. Zauważyła, iż podobieństwo jest uderzające: najoczywiściej silił się na spojrzeniei na szlachetny akcent Ludwika XIV, a opierał się na stoliku w sposóbprzypominający Józefa II. Po pierwszych słowach zwróconych do księżnejusiadł, aby jej dać sposobność posłużenia się taboretem należnym jejgodności. Na tym dworze diuszesy, księżne i żony grandów hiszpańskichsiadały same; inne czekały, aż panujący je zachęci; aby zaś zaznaczyćróżnicę, monarcha oczekiwał zawsze chwilkę, nim zaprosił damę, niemającą rangi diuszesy, aby siadła. Pani Sanseverina zauważyła, że chwilamikopia Ludwika XIV była zbyt wyraźna; na przykład uśmiech dobrociz odchyleniem głowy wstecz.

Ernest IV miał na sobie frak ostatniej mody, prosto z Paryża — z tegomiasta, którego nienawidził, przysyłano mu co miesiąc frak, surdut i kapelusz. Ale przez jakąś dziwną kombinację w dniu, w którym przedstawiono mu diuszesę, włożył czerwone spodnie, jedwabne pończochy oraz trzewiki,których model można oglądać na portretach Józefa II.

Książę przyjął panią Sanseverina z wdziękiem, rozwinął wiele dowcipui uprzejmości; mimo to zauważyła pewien brak ciepła.

— Wie pani czemu? — rzekł Mosca, kiedy wróciła z audiencji. — To dlatego,że Mediolan jest większy i ładniejszy od Parmy. Gdyby panią przyjął tak,jak się spodziewałem i jak pozwolił mi mieć nadzieję, bałby się, że będziewyglądał na parafianina oczarowanego piękną panią ze stolicy. Bez wątpienia drażni go jeszcze jeden szczegół, który zaledwie śmiem pani wyznać:książę nie ma na dworze ani jednej kobiety, która by się mogła mierzyćz panią co do urody. To był wczoraj wieczór jedyny przedmiot jegorozmowy z Pernice, pierwszym kamerdynerem, który ma dla mnie względy.Przewiduję małą rewolucję w etykiecie; moim największym wrogiem natym dworze jest głupiec, który zwie się generał Fabio Conti. Niech panisobie wyobrazi pajaca, który był na wojnie może przez jeden dzień w życiu,a który na tej podstawie przybiera tony Fryderyka Wielkiego. Co więcej,stara się również naśladować szlachetny sposób bycia generała Lafayette,a to dlatego, że jest tutaj głową liberałów. (Boże, co za liberałów!)

— Znam Fabia Conti — rzekła księżna — spotkałam go w pobliżu Como;szamotał się z żandarmami.

Opowiedziała przygodę, którą czytelnik przypomina sobie może.

— Dowie się pani kiedyś, jeśli umysł twój zdoła przeniknąć głębinynaszej etykiety, że panny nie pojawiają się na dworze aż do pójścia za mąż.Otóż książę ma taką ambicję na punkcie wyższości Parmy nad innymimiastami, iż założę się, że znajdzie sposób, aby kazać sobie przedstawićmałą Klelię Conti, córkę naszego Lafayette‘a. Jest, na honor, urocza,i jeszcze przed tygodniem uchodziła za najpiękniejszą istotę w całympaństwie.

Nie wiem — ciągnął hrabia — czy okropności, jakie wrogowie księciaopowiadają o nim, doszły do Grianta; zrobiono zeń potwora, ludożercę.Faktem jest, iż Ernest IV posiada mnóstwo drobnych zalet; można dodać,że gdyby był ubezpieczony przeciw ranom jak Achilles, byłby całe życiewzorem panującego. Ale w chwili znudzenia i irytacji, a także aby naśladować Ludwika XIV, który kazał uciąć głowę nie wiem już jakiemu bohaterowi Frondy żyjącemu spokojnie w swoim majątku opodal Wersalu, w pięćdziesiąt lat po Frondzie Ernest IV kazał raz powiesić dwóch liberałów.Zdaje się, że ci lekkomyślnicy zbierali się w oznaczone dnie, aby wygadywać na księcia i modlić się do nieba o zarazę, która by przyszła do Parmyi oswobodziła ich od tyrana. Udowodniono słowo tyran. Rassi nazwał tosprzysiężeniem i uzyskał wyrok śmierci; stracenie jednego z nich, hrabiegoL..., odbyło się bardzo okrutnie. To się działo jeszcze przede mną. Od tejnieszczęsnej chwili — dodał hrabia ciszej — książę podlega napadom lękuniegodnym mężczyzny, ale stanowiącym jedyne źródło łaski,którą się cieszę. Bez tego wszechwładnego strachu charakter mój byłby zbytenergiczny, zbyt surowy dla tego dworu, ziemi obiecanej bałwanów. Czyuwierzyłabyś, że książę zagląda pod łóżka w swoim pokoju, nim się położy,i wydaje milion, co równa się czterem milionom w Mediolanie, aby miećdobrą policję: oto widzi pani głowę tej straszliwej policji. Przez policję, toznaczy przez strach, zostałem ministrem wojny i finansów; że zaś ministerspraw wewnętrznych jest moim nominalnym zwierzchnikiem, gdyż policjanależy do jego sfery działania, postarałem, się dać tę tekę hrabiemuZurla-Contarini, głupcowi zamęczającemu się pracą, który dla przyjemności wypisuje osiemdziesiąt listów dziennie. Otrzymałem właśnie dziś ranolist, na którym hrabia Zurla-Contarini miał satysfakcję położyć własną rękąliczbę porządkową 20 715.

Przedstawiono również panią Sanseverina smutnej księżnej parmeńskiej, Klarze Paulinie, która dlatego że jej mąż miał kochankę (dość ładnąosobę, margrabinę Balbi), uważała się za najnieszczęśliwszą kobietęw świecie, co uczyniło ją może tylko najnudniejszą. Pani Sanseverinaujrzała kobietę wysoką, chudą, mającą niespełna trzydzieści sześć lat,a wyglądającą na pięćdziesiąt. Regularna i szlachetna twarz mogłabyuchodzić za piękną, mimo że zeszpecona okrągłymi oczami krótkowidza,gdyby księżna nie była się zaniedbała. Przyjmowała diuszesę z tak wyraźnym onieśmieleniem, że paru dworzan, niechętnych hrabiemu Mosca,odważyło się powiedzieć, iż księżna wygląda na poddankę, a diuszesa napanującą. Pani Sanseverina, zdziwiona, niemal zmieszana, nie wiedziała,jakich wyrazów dobierać, aby się postawić niżej miejsca, które księżnawyznaczała sobie sama. Aby przywrócić nieco swobody biednej księżnie,która w gruncie nie była bez inteligencji, diuszesa nie znalazła nic lepszegoniż zapuścić się w długą dysertację o botanice. Księżna była w istocie naderuczona w tej materii; miała bardzo ładne cieplarnie z mnóstwem roślinpodzwrotnikowych. Diuszesa, starając się po prostu wybrnąć z kłopotu,pozyskała sobie na zawsze księżnę Klarę Paulinę, która — nieśmiałai zakłopotana z początku — pod koniec tak się ożywiła, iż wbrew etykiecie audiencja trwała blisko pięć kwadransów. Nazajutrz diuszesa zakupiłaróżne egzotyczne rośliny i głosiła się wielką amatorką botaniki.

Księżna przestawała często z wielebnym ojcem Landriani, arcybiskupemparmeńskim, człowiekiem uczonym, rozumnym i zacnym. Było to osobliwezjawisko, kiedy siedział w swoim szkarłatnym aksamitnym krześle (przysługiwało mu z prawa) naprzeciw fotela księżnej otoczonej damami dworui dwiema damami do towarzystwa. Siwowłosy prałat był, jeśli tomożliwe, jeszcze bardziej nieśmiały niż księżna; widywali się co dzień,a każda audiencja zaczynała się od dobrego kwadransa milczenia; do tegostopnia, że aż hrabina Alvizi, jedna z dam do towarzystwa, stała sięrodzajem faworyty dzięki temu, że umiała zagajać rozmowę i przerywaćmilczenie.

Aby dokończyć prezentacji, wprowadzono panią Sanseverina do JegoWysokości księcia następcy tronu, osobistości wyższej od ojca, a bardziejnieśmiałej niż matka. Był mocny w mineralogii i miał szesnaście lat.Zaczerwienił się na widok diuszesy i osłupiał tak, że nie umiał wyrzec słowado pięknej damy. Był to przystojny chłopiec, który spędzał życie po lasachz młoteczkiem w dłoni. W chwili gdy diuszesa wstała, aby położyć koniecmilczącej audiencji, książę następca zawołał:

— Mój Boże, jaka pani ładna!

Damie zaszczyconej prezentacją okrzyk ten wydał się wcale inteligentny.

Margrabina Balbi, dwudziestopięcioletnia kobieta, mogła jeszcze naparę lat przed przybyciem księżnej Sanseverina uchodzić za wzór włoskiej urody. Obecnie miała jeszcze cudowne oczy i rozkoszne minki;ale z bliska skóra jej była usiana drobnymi zmarszczkami, które czyniłyz margrabiny jak gdyby młodą staruszkę. Widziana z odległości, naprzykład w teatrze, w loży, była to jeszcze piękność, toteż publicznośćpodziwiała smak monarchy. Książę spędzał wieczory u margrabiny Balbi,ale często nie otwierał ust; ta nuda dostojnej osoby sprawiła, że biednakobieta wychudła straszliwie. Miała pretensję do wielkiego sprytu i uśmiechała się wciąż złośliwie; mając najpiękniejsze ząbki w świecie, siliła się poomacku, bez żadnej myśli, wyrazić sprytnym uśmieszkiem co innego, niżmówiły jej słowa. Hrabia Mosca powiadał, że to te ciągłe uśmiechy,połączone z wewnętrznym ziewaniem, były przyczyną tylu zmarszczek.Margrabina Balbi miała udział we wszystkich obrotach; państwo nie mogłozrobić interesu ani na tysiąc franków bez jakiegoś upominku (grzecznesłowo używane w Parmie) dla margrabiny. Głos publiczny utrzymywał, że umieściła sześć milionów w Anglii, ale wedle świeżych a ścisłych informacjimajątek jej nie sięgał w istocie ani miliona pięciuset tysięcy franków. Moscapostarał się o tekę finansów głównie dlatego, aby się ubezpieczyć od jejintryg i aby ją trzymać w zależności. Jedyną sprężyną hrabiny był strachprzedzierzgnięty w brudne skąpstwo: „Umrę pod płotem” — mówiłaksięciu zgorszonemu tym wyrażeniem. Pani Sanseverina zauważyła, iżprzedpokój, lśniący od złoceń, oświetlony był łojówką kapiącą na kosztowny marmurowy stół, a drzwi do sali były umorusane palcami lokajów.

— Przyjęła mnie — rzekła pani Sanseverina do swego przyjaciela — tak,jak gdyby oczekiwała ode mnie pięćdziesięciu franków gratyfikacji.

Serię powodzeń księżnej zmąciło nieco przyjęcie, jakiego doznała zestrony najzręczniejszej kobiety na dworze, słynnej margrabiny Raversi,skończonej intrygantki, stojącej na czele stronnictwa przeciwnego hrabiemu Mosca. Chciała go obalić, i to tym bardziej, iż była siostrzenicą diukaSanseverina i obawiała się, że uroki nowej diuszesy mogą zagrażać jejsukcesji.

— Raversi to nie jest bynajmniej kobieta, którą można by lekceważyć — rzekł hrabia do swej przyjaciółki — uważam ją tak dalece za zdolną dowszystkiego, że rozstałem się z żoną jedynie dlatego, że upierała się wziąć zakochanka kawalera Bentivoglio, jednego z przyjaciół margrabiny. Dama ta,virago o bardzo czarnych włosach, zwracająca uwagę diamentami, którenosiła od rana, i różem, którym powlekała policzki, zajęła od początkuwrogie stanowisko wobec księżnej i na recepcji u siebie uważała za właściwerozpocząć kroki wojenne. W listach, które pisywał z ..., Sanseverina zdawałsię tak zachwycony swoją ambasadą, a zwłaszcza nadzieją wstęgi, iż rodzinalękała się, aby nie zostawił części majątku żonie, którą zasypywał podarkami. Pani Raversi, mimo iż zdecydowanie brzydka, miała kochanka, hrabiego Balbi, najładniejszego mężczyznę na dworze; w ogóle udawało się jejwszystko, co podjęła.

Księżna prowadziła dom na największej stopie. Pałac Sanseverina byłzawsze jednym z najwspanialszych w Parmie, a książę, z okazji swejambasady oraz przyszłej wstęgi, wydawał grube sumy na upiększenie go;pani Sanseverina kierowała robotami.

Hrabia odgadł: niedługo po przedstawieniu księżnej zjawiła się nadworze młoda Klelia Conti, zrobiono ją kanoniczką. Aby odwrócić cios, jakim ten fawor mógł się wydawać dla wpływów hrabiego, pani Sanseverinawyprawiła zabawę pod pozorem inauguracji ogrodu i z właściwym sobiewdziękiem uczyniła Klelię — którą nazywała swą młodą przyjaciółką znadComo — królową wieczoru. Cyfra Klelii zjawiła się, niby przypadkiem, natransparencie. Młoda Klelia, mimo iż nieco zadumana, mile wspomniałaprzygodę nad jeziorem oraz wyraziła swą wdzięczność. Mówiono o niej, żejest bardzo pobożna i skłonna do samotności. „Założyłbym się, mówiłhrabia, że jest na tyle inteligentna, iż wstydzi się za ojca.” Księżnazaprzyjaźniła się z młodą panną, czuła do niej sympatię, nie chciała sięokazać zazdrosna i wciągała ją do wszystkich swoich zabaw; słowem,systemem jej było łagodzić nienawiści, których hrabia był przedmiotem.

Wszystko uśmiechało się jej; bawiła się tą egzystencją dworską, w którejwciąż trzeba się lękać burzy; miała uczucie, że zaczyna na nowo żyć. Czuławiele tkliwości i przywiązania do hrabiego, który po prostu szalał zeszczęścia. Szczęście, którego kosztował, dawało mu doskonale zimną krewwe wszystkim, co tyczyło jedynie ambicji. Toteż w niespełna dwa miesiącepo przybyciu księżnej uzyskał stanowisko pierwszego ministra, wielce jużbliskie — co się tyczy honorów — stanowiska samego panującego. Hrabiamiał nieograniczony wpływ na swojego pana, a świeży ten dowód poruszyłcałą Parmę.

Na południowy wschód, o dziesięć minut od miasta, wznosi się słynnacytadela, tak głośna we Włoszech, z wieżą wysoką na sto osiemdziesiąt stópi widną z daleka. Wieża ta, zbudowana na wzór mauzoleum Adrianaw Rzymie przez książąt Farnese, wnuków Pawła III, z początkiem XVIwieku, jest tak obszerna, iż na tarasie, który ją wieńczy, można byłozbudować pałac dla gubernatora cytadeli i nowe więzienie zwane wieżąFarnese. Więzienie to, zbudowane na cześć najstarszego syna RanucjuszaErnesta II, który został kochankiem swej świekry, uchodziło za bardzopiękne i osobliwe. Pani Sanseverina zapragnęła je zwiedzić; dnia tego upałbył straszliwy, na górze zaś znalazła przewiew, co ją tak zachwyciło, żespędziła tam kilka godzin. Otworzono jej skwapliwie sale wieży Farnese.

Na tarasie wielkiej wieży księżna spotkała biednego liberała, któryzażywał tam półgodzinnej przechadzki, udzielanej więźniom co trzy dni. Zapowrotem księżna, która nie nabyła jeszcze dyskrecji potrzebnej naabsolutnym dworze, wspomniała o tym człowieku, który jej opowiedziałcałe swoje życie. Stronnictwo Raversi podchwyciło słowa Giny i powtarzałoje na prawo i lewo w nadziei, że podrażnią księcia. W istocie, Ernest IV mawiał często, iż najważniejsza rzecz to działać na wyobraźnię. „Zawszeto jest wielkie słowo — powiadał — i straszliwsze we Włoszech niż gdzieindziej.” Wskutek tego w życiu swoim nie użyczył łaski. W tydzień powizycie w fortecy pani Sanseverina uzyskała złagodzenie kary, podpisaneprzez panującego i przez ministra z nazwiskiem in blanco. Więzień miałotrzymać zwrot całego mienia oraz pozwolenie dożycia dni w Ameryce.Wpisała nazwisko człowieka, który z nią mówił. Niestety, była to lichafigura, słaba dusza; jego zeznania sprawiły niegdyś, że słynnego FerrantaPalla skazano na śmierć.

Niezwykłe to ułaskawienie doprowadziło do zenitu pozycję pani Sanseverina. Mosca szalał ze szczęścia; piękna ta epoka jego życia wywarłastanowczy wpływ na los Fabrycego. Chłopiec siedział wciąż w Romagnano,blisko Nowary; spowiadał się, polował, nie czytał nic i umizgał się doszlachetnie urodzonej damy, jak zalecała jego instrukcja. Księżna byławciąż nieco krzywa o tę ostatnią konieczność. Drugą niebezpieczną dlahrabiego oznaką było to, iż księżna, zresztą bezwzględnie z nim szczera,myśląca po prostu głośno w jego obecności, nie wspominała mu nigdyo Fabrycym, nie rozważywszy wprzód dobrze każdego słowa.

— Jeżeli chcesz — rzekł pewnego razu hrabia — napiszę do twego braciszkanad Como. Przy pewnym wysiłku moim i moich przyjaciół uda się nammoże skłonić margrabiego del Dongo, aby się postarał o łaskę dla sympatycznego kuzynka. Jeżeli to prawda, o czym nie chcę wątpić, że Fabrycywyrasta ponad młodych ludzi, którzy obnoszą się na angielskich konikachpo ulicach Mediolanu, cóż to za życie — mając lat osiemnaście nie robić nici mieć widoki zawsze nie robić nic! Gdyby niebo użyczyło mu szczerej pasjido czegoś, bodaj do rybołówstwa, uszanowałbym ją: ale co on będzie robiłw Mediolanie nawet po ułaskawieniu? Będzie o stałej godzinie dosiadałwierzchowca sprowadzonego z Anglii; o innej godzinie bezczynność zawiedzie go do kochanki, którą będzie mniej kochał niż konia... A jeślirozkażesz, postaram się zapewnić to życie twemu bratankowi.

— Chciałabym go widzieć oficerem — rzekła księżna.

— Czy radziłabyś jakiemu panującemu, aby powierzył stanowisko, któremoże mieć pewnego dnia swoją wagę, młodemu człowiekowi: primo,zdolnemu do entuzjazmu; secundo, który okazał entuzjazm dla Napoleonado tego stopnia, iż pognał za nim pod Waterloo? Pomyśl, czym bylibyśmywszyscy, gdyby Napoleon zwyciężył pod Waterloo! Nie trzeba by nam sięlękać liberałów, to prawda; ale monarchowie ze starożytnych dynastii nie mogliby się utrzymać przy tronie inaczej niż żeniąc się z córkami marszałków. Tak więc dla Fabrycego kariera wojskowego to los wiewiórki w klatce:wiele ruchu, ani kroku naprzód. Będzie patrzył, jak go wyprzedza każdywytrwały plebejusz. Pierwszą zaletą młodego człowieka dzisiaj, może przezpięćdziesiąt lat, jak długo będziemy czuli strach i jak długo religia nieodzyska władzy, to nie być entuzjastą i nie myśleć.

Przyszło mi do głowy jedno, ale to jest rzecz, na którą zrazu sięokrzykniesz, a mnie sprawi ona wiele kłopotów, i to nie na dzień ani dwa:jest to szaleństwo, które chcę popełnić dla ciebie. Ale powiedz mi, jeśliwierzysz, jakiego szaleństwa nie zrobiłbym, aby uzyskać jeden uśmiech.

— A więc? — spytała księżna.

— A więc! Mieliśmy w Parmie trzech arcybiskupów z waszej rodziny:Ascania del Dongo, który pisywał w r. 16.., Fabrycego w r. 1699 i drugiegoAscania w 1740. Jeśli Fabrycy zechce pójść drogą infuły i odznaczyć sięcnotami, zrobię go gdzieś tam biskupem, a potem arcybiskupem tutaj, o ilewpływ mój potrwa. Realny zarzut jest ten: czy będę ministrem dość długo,aby urzeczywistnić ten piękny plan wymagający wielu lat? Książę możeumrzeć, może wpaść na ten koncept, aby mi dać dymisję. Ale ostateczniejest to jedyny środek, jakim rozporządzam, aby uczynić dla Fabrycego coś,co by było godne ciebie.

Dyskusja trwała długo — myśl ta była dla księżnej bardzo odpychająca.

— Dowiedź mi jeszcze — rzekła do hrabiego — że wszelka inna karieraniemożliwa jest dla Fabrycego.

Hrabia dowiódł.

— Żałujesz — rzekł — świetnego munduru; ale na to nie umiem nicporadzić.

Po miesiącu namysłu, którego zażądała, księżna poddała się z westchnieniem roztropnym poglądom ministra.

— Dosiadać z nadętą miną angielskiego konia w jakimś dużym mieście — powtarzał hrabia — lub obrać zawód zgodny z jego urodzeniem; nie widzępośredniej drogi. Na nieszczęście szlachcic nie może zostać ani lekarzem,ani adwokatem; a nasza epoka należy do adwokatów. Pamiętaj, bądź cobądź — powtarzał hrabia — że zapewniasz swemu bratankowi na brukuMediolanu los, jakim cieszą się ci z jego rówieśników, którzy uchodzą zanajszczęśliwszych. Wyjednawszy ułaskawienie możesz mu dać piętnaście,dwadzieścia, trzydzieści tysięcy franków, mniejsza ile: ani ty, ani ja niezamierzamy robić oszczędności.

Księżna była czuła na sławę; nie chciała, aby Fabrycy był prostymdarmozjadem; wróciła do planu swego kochanka.

— Zauważ — rzekł hrabia — że ja nie mam pretensji zrobić z Fabrycegowzorowego księdza, jakich spotyka się tylu. Nie, to przede wszystkim wielkipan; może być nieukiem, jeśli ma ochotę, mimo to zostanie biskupemi arcybiskupem, o ile księciu nadal będę potrzebny.

Jeśli na twoje rozkazy propozycja moja zmieni się w niewzruszony wyrok— dodał hrabia — nie trzeba, aby Parma oglądała naszego pupila w jegopoczątkach. Kariera jego raziłaby, gdyby go tu widziano jako zwykłegoksiędza; winien pojawić się w Parmie dopiero w fioletowych pończochachi należycie wyekwipowany. Wszyscy się domyślą, że twój bratanek mazostać biskupem, i nikt się tym nie zgorszy.

Posłuchaj mnie, wyślij Fabrycego na trzy lata teologii do Neapolu.Podczas wakacji może pojechać do Paryża i Londynu, ale nie pokaże sięw Parmie.

Ostatnie zdanie przejęło księżnę jak gdyby dreszczem.

Wysłała kuriera do bratanka i naznaczyła mu spotkanie w Placencji.Trzeba dodać, że ten kurier zawiózł mu potrzebne pieniądze i paszport.

Przybywszy pierwszy do Placencji, Fabrycy pobiegł naprzeciw księżneji uściskał ją z uniesieniem, które wycisnęło jej łzy. Szczęśliwa była, żehrabiego nie było przy tym; od czasu ich stosunku pierwszy raz doznała tegowrażenia.

Plany księżnej tyczące jego osoby zrazu wzruszyły głęboko, a potemzmartwiły Fabrycego; zawsze miał nadzieję, iż po umorzeniu sprawyz Waterloo zostanie w końcu żołnierzem. Jedno uderzyło księżnę i pomnożyło jeszcze romantyczną opinię o bratanku: mianowicie, iż odrzuciłstanowczo myśl o kawiarnianym życiu w jednej ze stolic Włoch.

— Wyobrażasz sobie siebie na Corso we Florencji albo Neapolu — powiedziała księżna — na koniku angielskim czystej krwi? Wieczorempowóz, ładne mieszkanko itd. — Z przyjemnością rozwodziła się nad tympospolitym szczęściem, które Fabrycy odpychał ze wzgardą.

„To bohater!” — myślała.

— A po dziesięciu latach tego przyjemnego życia cóż osiągnę — powiedział Fabrycy — czym będę? Młodym człowiekiem dojrzałym, którymusi ustąpić pierwszemu z brzegu chłoptasiowi wchodzącemu w światrównież na angielskim koniu.

Zrazu Fabrycy odtrącił bezwzględnie myśl o karierze duchownej; mówiło wyjeździe do Ameryki, aby zostać obywatelem i żołnierzem republikańskim.

— Cóż za złudzenie? Nie będzie wojny i popadniesz znowu w życiekawiarniane, tylko bez wykwintu, bez muzyki, bez miłości — odparłaksiężna. — Wierz mi, dla ciebie jak i dla mnie życie w Ameryce byłobybardzo smutne.

Wytłumaczyła mu kult boga — dolara oraz ten szacunek, jaki trzebamieć dla pospolitych rzemieślników, którzy głosami swymi rozstrzygająo wszystkim. Wrócili do infuły.

— Nim się zaczniesz burzyć — rzekła księżna — zrozum, czego hrabia odciebie żąda: nie chodzi tu o to, aby być biednym księdzem mniej lub więcejprzykładnym i cnotliwym jak ksiądz Blanès. Przypomnij sobie, czym bylitwoi stryjowie, arcybiskupi parmeńscy, odczytaj sobie ich życiorysy w dodatku do historii twego rodu. Przede wszystkim człowiek o twoim nazwiskupowinien być wielkim panem, szlachcicem, hojnym, tarczą sprawiedliwości,przeznaczonym z góry na to, aby stać na czele... i przez całe życie zrobićtylko jedno łajdactwo, ale bardzo korzystne.

— Tak więc wszystkie moje złudzenia spłynęły z wodą — powiedziałFabrycy, wzdychając głęboko — ciężka, zaiste, ofiara! Wyznaję, że niezdawałem sobie sprawy z tego wstrętu do zapału i inteligencji, nawetobróconych na ich pożytek, jaki odtąd będą odczuwali samowładni monarchowie.

— Pomyśl, że jedna proklamacja, jeden kaprys serca może pchnąćentuzjastę do stronnictwa przeciwnego temu, któremu służył całe życie!

— Ja, entuzjasta! — powtórzył Fabrycy. — Toż ja nie mogę się nawetzakochać!

— Jak to?! — wykrzyknęła księżna.

— Kiedy mam zaszczyt zalecać się do pięknej damy, nawet szlachetnieurodzonej i pobożnej, mogę myśleć o niej tylko póty, póki ją widzę.

Wyznanie to sprawiło osobliwe wrażenie na księżnej.

— Proszę o miesiąc — podjął Fabrycy — abym się mógł pożegnać z paniąC... w Nowarze, i co jeszcze trudniejsze, z zamkami na lodzie całego życia. Napiszę do matki, która zechce może odwiedzić mnie w Belgirate, na piemonckim brzegu Lago Maggiore, w miesiąc zaś później będę incognitow Parmie.

— Nie waż się! — krzyknęła księżna.

Nie chciała, aby Mosca widział ją z Fabrycym.

Jeszcze raz spotkali się w Placencji. Tym razem księżna była bardzopodniecona: burza wszczęła się na dworze; stronnictwo margrabiny Raversibliskie było tryumfu, możebne było, że miejsce hrabiego Mosca zajmiegenerał Fabio Conti, głowa tego, co w Parmie zwało się stronnictwemliberalnym. Wyjąwszy nazwiska rywala, który rósł w łasce panującego, księżna powiedziała Fabrycemu wszystko. Roztrząsała na nowo widokijego przyszłości, nawet w razie gdyby mu zabrakło wszechpotężnegopoparcia hrabiego.

— Mam spędzić trzy lata w Akademii Duchownej w Neapolu — wykrzyknął Fabrycy — ale skoro mam być przede wszystkim młodym arystokratąi skoro nie żądasz, abym prowadził życie cnotliwego seminarzysty, pobytw Neapolu nie przeraża mnie wcale; to nie będzie gorsze niż życiew Romagnano: tamtejsze towarzystwo zaczynało mnie uważać za jakobina.Na mym wygnaniu odkryłem, że nie umiem nic, nawet łaciny, nawetortografii. Miałem zamiar rozpocząć na nowo edukację w Nowarze, będęchętnie studiował teologię w Neapolu: to wiedza nader skomplikowana.

Księżna była zachwycona.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.