drukowana A5
64.45
Pustelnia parmeńska

Bezpłatny fragment - Pustelnia parmeńska


Objętość:
484 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0953-6

Od tłumacza

Wydając niedawno po polsku Czerwone i czarne Stendhala, poprzedziłem tę książkę krótkim życiorysem oraz charakterystyką pisarza; niebędę tedy powtarzał tych ogólnych rysów, dodam jedynie kilka słówodnoszących się do samej Pustelni parmeńskiej. Ukazała się ona drukiemw r. 1839, jako ostatni większy utwór Stendhala, pomyślana zostałajednakże już w r. 1832, tuż po Czerwonym i czarnym. I w istocie czuć, iż obautwory wyrosły z jednej epoki duchowego życia pisarza, tyle odnajdujemyw nich wspólności.

Wspólność — ale raczej wewnętrzna; na pozór znajdujemy się w zupełnieinnym świecie. Tam Francja, tu Włochy; tam bohaterem powieści jestambitny plebejusz, tu spieszczony arystokrata... Mimo to twórczość Stendhala jest — przy pozorach suchego obiektywizmu — tak osobista, iż znówtrzeba nam w nim samym poszukać komentarza do tej Pustelni parmeńskiej.

Przypomnijmy go sobie w r. 1800, kiedy jako siedemnastoletni chłopakpierwszy raz dosiada konia, aby w ślad za krewniakiem swym, Daru,podążyć do Włoch za armią Bonapartego. Młody Beyle dostaje się doMediolanu, a siła tych pierwszych upojeń, które znalazł na ziemi włoskiej,jako jedna z żywych głosek wspaniałego rapsodu, który się tam rozgrywał,jest taka, iż w trzydzieści lat później wspomnienie ich starczy, aby mupodyktować karty rozpoczynające Pustelnię parmeńską, jedne z najgorętszych, najbardziej świeżych, jakie kiedy wyszły spod jego pióra. Ten samnapoleonizm, który przenikał Czerwone i czarne, bije i tutaj z każdejstronicy; ale podczas gdy tam był to ów napoleonizm pogrobowy, beznadziejny, tutaj tryska on świeżością i stanowi nieporównany dokument dozrozumienia tej epoki dziejów. Cały początek powieści wraz z tym taksławnym w literaturze opisem bitwy pod Waterloo jest arcydziełem.

Napoleon... oto wielkie imię, które stanowi klucz do zrozumieniabohaterów obu tych powieści; ono stwarza to braterstwo duchowe międzyfrancuskim plebejuszem a włoskim arystokratą i pozwala duszy samegoautora przeglądać się w nich obu. Dwie te powieści to dwa studianapoleonizmu, tej wielkiej epidemii wieku; monografie dwóch gorących serc usychających w nostalgii za tą dziwną, bajkową ojczyzną,jaką była dla nich armia Napoleona.

Kult Napoleona to u Stendhala kult energii, hymn o mocnym życiuinstynktu, hazardu i wzruszenia. Francuzom, będącym (wedle Stendhala)na antypodach tej heroicznej koncepcji życia, dał go kosztować Napoleon.Francja, a zwłaszcza ów tak antypatyczny mu Paryż — to dla Stendhalakrólestwo intelektu; Włochy, a zwłaszcza Włochy z epoki Renesansu --- tokrólestwo instynktu. Ale coś — wiele nawet — z renesansowej Italii żyjei w owych współczesnych Stendhalowi Włoszech, które tak bardzo ukochał,w których spędził większą część życia i które nawet na kamieniu grobowymuczynił swą prawdziwą ojczyzną. Zwłaszcza włoska kobieta, którą Stendhaltak uwielbia i którą tak zawsze przeciwstawia antypatycznej dlań Francuzce, pozostała — w najwspanialszych swych egzemplarzach — owym czystyminstynktem, bez którego nie istnieje dlań żadne piękno, żadnawielkość życia. I po trosze ze strzępów przeżyć i wspomnień, po trosze i więcej zapewne — z marzenia urodziła się tu niepokojąca Gina Pietranera(pierwsza kobieta, którą Stendhal kochał we Włoszech, nazywała sięPietragrua), która kartom tej powieści daje tyle mocnego i oryginalnegowdzięku. Równocześnie jest ta księżna Sanseverina żywym wyrazem owejspokojnej, niezachwianej ani na chwilę amoralności kobiety, o ilepozostała ona cała instynktem, nie tkniętym niemal przez wychowaniespołeczne. Nawet wyrzut sumienia — to coś dla niej nie istnieje. Zastanawiałem się nad tym swego czasu, pisząc o Makbecie Szekspira.

Instynktem jest i Fabrycy. Jakiś alogiczny imperatyw dyktuje mu wszystkie jego czynności; mamy uczucie, jak gdyby żył w jakimś śnie na jawie. Ale— powiedzmy otwarcie — ta postać o wiele mniej jest żywa niż sama księżna;omal nie powiedziałbym chybiona. Marząc sobie postacie kobie6ce, kochając się w nich z piórem w ręku, Stendhal wywoływał je z doskonałą siłąwizji; tak powstały te niezapomniane figury pani de Renal, Matyldy de laMole, Giny Pietranera. Trudniej z mężczyznami; tu egotyzm autora,osobiste elementy wciskają się pod pióro, mącąc nieraz czystość rysunkui plastykę postaci. O ile egotyzm ten mocą siły twórczej stopił się niemaldoskonale z postacią Juliana Sorel, dając jej intensywne a samoistne życie,o tyle tutaj odnajdujemy go w Fabrycym w nie dość organicznym zespoleniu.

Skoro już mowa o brakach tej powieści, zaznaczamy jeszcze ten sam rys,który tak niecierpliwiąco dawał się uczuć w Czerwonym i czarnym: mianowicie posługiwanie się osobami, które odgrywają znaczną rolę w akcji, a których znamy jedynie nazwiska powracające raz po raz nibyliczmany: takim liczmanem jest tu owa wieczna margrabina Raversi,a poniekąd i Fabio Conti, Rassi etc. Jeszcze, jak wspomniałem, nieprzeszedł przez powieść nowoczesną Balzac ze swoją sztuką wywoływaniacałego świata żywych postaci — aż do najdrobniejszych.

Poza tym Pustelnia pąrmeńska posiada też same cechy „techniki”pisarskiej Stendhala co Czerwone i czarne; ten sam sposób opowiadaniamało operujący dialogiem, więcej drobiazgową analizą stanów duszy. Taanaliza uczyniła ze Stendhala bożyszcze „szkoły psychologicznej” w ostatnich dziesiątkach ubiegłego wieku. Dziś staliśmy się nieco bardziej sceptyczni wobec psychologii w ogóle: może jest i coś fatydycznego w samymterminie „psychologia”, co — jak wiadomo — oznacza nie tyle znawstwoduszy, ile gadania o duszy. Faktem jest, iż raczej przemawia dziś do nasw Stendhalu to, co jest wyobraźnią, niż to, co jest ową drobiazgową analizą.

Wyobraźnia Stendhala — mimo iż tak bardzo odrębna od wyobraźniromantyków — działa w tym utworze z niezwykłą siłą sugestii. Stwarza świat— mniejsza, w jakim stopniu odpowiadający rzeczywistości — zanurza nasw pewnej atmosferze, w której pozostajemy aż do ostatniej karty książki.Te Włochy Stendhala, radosne, zbudzone do życia wkroczeniem zwycięskiej armii Bonapartego — to znów, po runięciu olbrzyma, ta atmosferamałego dworu z jego śmiesznością, intryżkami, małostkami, wszystko tożyje i zmusza nas do udziału w tym życiu. Czasem tylko buntujemy się nachwilę; zwłaszcza więzienna idylla Fabrycego i Klelii trąci nam romantyzmem nazbyt już „operowym”.

Ale nie mam zamiaru ustalać bilansu zalet i wad tej książki. Mimo swoichsłabizn, mimo — zwłaszcza dotkliwych rozwlekłości (w części drugiej) —mimo swego „naturalnego” stylu, przetrwała ona i przetrwa zapewne jakojeden z najbogatszych w treść wewnętrzną, najbardziej sugestywnychutworów epoki. Jest ta książka jedną z najbardziej znanych, cytowanych.Istotnie, kto ją raz przeczyta, ten jej nie zapomina; zacierają się w pamięciszczegóły zawiłej intrygi, ale dusza bogaci się o jeden ton, oryginalny,mocny i nieraz wspomnieniem swoim pogrążający w zadumie. I to wpółtajemnicze działanie stanowi urok Stendhala i sprawia, że książki jegoprzeżyły tyle innych, skądinąd może doskonalszych utworów literackich.

Warszawa, w czerwcu 1923

I

Gia mi fur dolci inviti a empir le carte

I luoghi ameni.

Ariosto, Satyry IV

(Do napisania tych kart natchnęły mnie niegdyś te czarowne okolice.)

Przedmowa

Opowiadanie to skreślono w zimie 1830 roku, o trzysta mil odParyża; nie może tu być więc żadnej wzmianki o wydarzeniach z 1839 roku.

Wiel lat wprzódy, gdy nasze armie przebiegały Europę, traf pomieściłmnie na kwaterze w domu pewnego kanonika; było to w Padwie, szczęśliwym mieście. Pobyt przeciągnął się dość długo, mieliśmy czas zaprzyjaźnićsię z kanonikiem.

Przejeżdżając przez Padwę z końcem 1830 roku pobiegłem do domostwazacnego księdza; nie żył już, wiedziałem o tym, ale chciałem raz jeszczezobaczyć salon, gdzie spędziliśmy tyle miłych wieczorów, tak często późniejwspominanych z żalem. Zastałem bratanka kanonika oraz jego żonę;przyjęli mnie jak starzy przyjaciele. Nadeszło jeszcze kilka osób, zebranieprzeciągnęło się. Gospodarz kazał przynieść z kawiarni „Pedroti” doskonały zambajon. Głównie zabawiła nas do tak późna historia księżnejSanseverina. Ktoś o niej wspomniał, a bratanek kanonika opowiedział rzecz namoją cześć w całości.

— W kraju, do którego się udaję — rzekłem do moich przyjaciół — nieznajdę takiego domu jak ten; toteż, aby zapełnić długie wieczorne godziny,ułożę powiastkę z życia uroczej księżnej Sanseverina.

W takim razie — rzekł bratanek — pożyczę panu zapisków mego wuja,który pod paragrafem Parma wspomina niektóre intrygi tego dworu,w czasie gdy trzęsła nim księżna Sanseverina; ale strzeż się pan! Historia tanie jest zbyt moralna i obecnie, kiedy wy we Francji macie ambicjeewangelicznej czystości, może ściągnąć na pana wprost morderczą reputację.

Ogłaszam tę powiastkę nic nie zmieniając w rękopisie z roku 1830, comoże mieć dwie ujemne strony:

Pierwsza — dla czytelnika: bohaterowie jej, jako Włosi, mniej go możezainteresują, ile że charakter tego kraju dość jest różny od Francji. Włosi sąszczerzy, dobrzy ludzie, bez fałszywego wstydu mówią, co myślą: próżności ulegają jedynie chwilami, wówczas staje się ona namiętnością i przybieramiano puntiglio. Wreszcie ubóstwo nie jest u nich śmieszne.

Druga ujemna strona odnosi się do autora.

Wyznaję, że miałem tę odwagę, aby zostawić działającym osobomwszystkie brutalności ich charakteru; ale w zamian oświadczam głośno, iżnie szczędzę najmoralniejszej wzgardy wielu ich postępkom. Na co im byłodawać wysoką moralność i wdzięk charakterów francuskich, które kochająpieniądz ponad wszystko i nie dopuszczają się grzechów z miłości lubnienawiści? Włosi grający rolę w tym opowiadaniu są bardzo odmienni.Zresztą mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy się posuwamy o dwieściemil z południa na północ, nastręcza się nowy krajobraz jak i nowa powieść.Urocza bratanica kanonika znała, a nawet bardzo kochała księżnę Sanseverina i prosi mnie, abym nie zmieniał nic w jej przygodach, zaiste bardzonagannych.

23 stycznia 1839

Rozdział pierwszy

Mediolan w roku 1796

15 maja 1796 roku generał Bonaparte wszedł do Mediolanu na czelemłodej armii, która świeżo przebyła most Lodi i pokazała światu, że po tyluwiekach Cezar i Aleksander zyskali następcę. Cudy odwagi i geniuszu,których świadkami były Włochy, rozbudziły w ciągu kilku miesięcy uśpionylud; jeszcze na tydzień przed przybyciem Francuzów mediolańczycy widzieli w nich jedynie zgraję bandytów pierzchających stale przed wojskami Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości; tak przynajmniej głosiła trzy razy natydzień miejscowa gazeta, świstek drukowany na brudnym papierze.

W średnich wiekach republikańscy Lombardowie byli dzielni jak Francuzi i osiągnęli tyle, że cesarze niemieccy zrównali z ziemią ich miasto. Odczasu jak się stali wiernymi poddanymi, głównym ich zajęciembyło drukować sonety na różowych jedwabnych chusteczkach z okazjimałżeństwa córek jakiej szlachetnej lub zamożnej rodziny. W parę lat po tejwielkiej epoce swego życia młoda dziewczyna brała sobie służkę:niekiedy nazwisko takiego galanta, wybranego przez rodzinę męża, widniało na honorowym miejscu w kontrakcie ślubnym.

Cóż za przeskok od tego leniwego życia do gwałtownych wzruszeń, jakiedało niespodziane przybycie armii francuskiej! Niebawem wyłoniły sięnowe obyczaje i namiętności. Z dniem 15 maja 1796 roku cały naródspostrzegł, iż wszystko, co dotąd czcił, było nad wyraz śmieszne, nierazwstrętne. Wymarsz ostatniego austriackiego pułku zaznaczył upadek dawnych pojęć: narażanie życia stało się rzeczą modną. Zrozumiano, iż aby byćszczęśliwym po wiekach obłudy i gnuśności, trzeba naprawdę ukochaćojczyznę i dokonywać bohaterskich czynów. W atmosferze będącej spuścizną zazdrosnego despotyzmu Karola V i Filipa II Lombardowie żyli w mrokach głębokiej nocy; teraz obalili ich posągi i nagle znaleźli się w potokachświatła. Od pięćdziesięciu lat, w miarę jak we Francji wschodził dzieńEncyklopedii i Woltera, mnichy wmawiały poczciwym mediolańczykom, że nauka czytania lub czego bądź na świecie to trud bardzo zbytecznyi że płacąc regularnie dziesięcinę proboszczowi i opowiadając mu sumiennieswoje grzeszki, ma się mniej więcej zapewnione przyzwoite miejsce w raju.Aby wypruć z tego ludu, tak groźnego niegdyś i tak rezonerskiego, wszelkinerw, Austria sprzedała mu tanio przywilej uwalniający od dawaniarekruta.

W 1796 roku armia mediolańska składała się z dwudziestu czterechdrabów w czerwonych mundurach, którzy wraz z czterema wspaniałymipułkami grenadierów węgierskich strzegli miasta. Obyczaje były mocnorozwiązłe, ale namiętności nader rzadkie. Nie licząc przykrości opowiadania wszystkiego spowiednikowi pod groźbą ruiny na tym świecie, poczciwyludek mediolański był jeszcze skrępowany monarchicznymi pętami, którebywały dość uciążliwe. Tak na przykład arcyksiążę, który rezydowałw Mediolanie i władał w imieniu cesarza, swego kuzyna, wpadł na zyskownypomysł handlu zbożem. Wskutek tego zabroniono chłopom sprzedawaćzboże, póki Jego Wysokość nie napełni swoich spichrzów.

W maju 1796 roku, w trzy dni po wejściu Francuzów, młody miniaturzysta, nieco szalona pałka, zowiący się Gros (nazwisko później sławne),który przybył wraz z armią, usłyszawszy w modnej wówczas kawiarni,,Servi” o działalności arcyksięcia, będącego w dodatku olbrzymim brzuchaczem, wziął spis lodów wydrukowany na ćwiartce lichego żółtegopapieru. Na odwrotnej stronie narysował grubego arcyksięcia: żołnierzfrancuski kłuje go bagnetem w brzuch i zamiast krwi sypie się zeńnieprawdopodobna ilość zboża. Wszelki żart, karykatura były czymś zupełnie nieznanym w tym kraju czujnego despotyzmu. Rysunek zostawionyprzez Grosa na stoliku kawiarni wydał się cudem, który zstąpił z nieba;odbito go w nocy, a następnego dnia sprzedano dwadzieścia tysięcyegzemplarzy.

Tegoż samego dnia ogłoszono afiszami kontrybucję wojenną sześciu milionów na potrzeby armii francuskiej, której po sześciu wygranychbitwach i zdobyciu dwudziestu prowincji brakło jedynie butów, spodni,odzieży i kapeluszy.

Ci nędzarze Francuzi wnieśli z sobą do Lombardii tyle szczęścia i radościżycia, że jedynie księża i paru magnatów odczuło ciężar tej sześciomilionowej kontrybucji, po której niebawem przyszły inne. Żołnierze francuscyśmiali się i śpiewali cały dzień; żaden z nich nie miał dwudziestu pięciu lat,wódz ich zaś, który miał lat dwadzieścia siedem, uchodził za najstarszegow armii. Ta wesołość, młodość, beztroska były jakby ucieszną odpowiedziąna wściekłe nawoływania mnichów, którzy od pół roku głosili z ambony, żeFrancuzi to są potwory obowiązane pod karą śmierci palić wszystko i ścinaćgłowę każdemu, kto się nawinie: w tym celu każdy pułk kroczy z gilotyną naczele.

Po wsiach widziało się na progu chaty francuskiego żołnierza kołyszącegoniemowlę gospodyni domu, prawie zaś co wieczór dobosz jakiś, grający naskrzypcach, improwizował balik. Ponieważ kadryl zbyt był uczony i zawiły,aby żołnierze, nie umiejący go zresztą, mogli go nauczyć swoje tancerki,częściej one uczyły młodych Francuzów monferyna, skoczki i innychtańców włoskich.

Oficerów pomieszczono, o ile się dało, w domach bogatych; mocnopotrzebowali się skrzepić! Tak na przykład pewien porucznik imieniemRobert otrzymał kwaterę w pałacu margrabiny del Dongo. Oficer ten,niedawny rekrut, dość lekkomyślny, posiadał w tej chwili za cały majątektalara otrzymanego pod Placencją. Pod Lodi zabrał dorodnemu austriackiemu oficerowi, zabitemu przez kulę, wspaniałe nankinowe spodnie,zupełnie nowe. Nigdy odzież nie zjawiła się równie w porę! Oficerskie szlifymiał wełniane, na rękawach mundur przyszyty był do podszewki, abystrzępy nie odpadały — ale najsmutniejsze było to, iż podeszwy u butów byłysporządzone z kawałków kapelusza, również zagarniętego na polu bitwy, zamostem Lodi. Te improwizowane podeszwy przywiązane były do butów zapomocą bardzo widocznych sznurków, tak iż kiedy marszałek dworu zjawiłsię w pokoju porucznika Roberta, aby go zaprosić w imieniu margrabiny naobiad, pogrążył go zaiste w okropnym kłopocie. Dwie godziny, którezostawały do tego nieszczęsnego obiadu, spędził wraz ze swym forysicem nacerowaniu munduru oraz czernieniu atramentem nieszczęsnych sznurkówu trzewików. Wreszcie nadszedł straszliwy moment.

„W życiu nie byłemrównie zakłopotany — mówił mi porucznik — te panie myślały, że im napędzę strachu, a ja byłem bardziej drżący od nich. Patrzałem na swoje trzewikii nie wiedziałem, jak stąpać z wdziękiem. Margrabina del Dongo — dodał — była wówczas w całym blasku piękności: pamiętasz te cudne oczy o anielskiej słodyczy, te piękne ciemnoblond włosy, rysujące owal jej uroczejtwarzy. W pokoju moim była na ścianie Herodiada Leonarda da Vinci;można by myśleć, że to jej portret. Bóg dał, iż oszołomiony tą nadprzyrodzoną pięknością, zapomniałem o swoim stroju. Od dwóch lat widziałemw górzystych okolicach Genui same szpetne i nędzne postacie: ośmieliłemsię wyrazić jej w kilku słowach swój zachwyt.

Ale nie byłem tak niemądry, aby długo brnąć w komplementach. Klecącdworne frazesy, widziałem w marmurowej jadalni tuzin lokajów ubranychw sposób będący w moich ówczesnych pojęciach szczytem wspaniałości.Wyobraź sobie, hultaje mieli trzewiki nie tylko całe, ale do tego zesrebrnymi sprzączkami! Widziałem spod oka, jak wytrzeszczają gały namoje ubranie, może i na buty, co mnie doprowadzało do rozpaczy. Mogłemjednym słowem nagnać pietra tym trutniom, ale jak ich przywołać doporządku, nie przestraszając pań? Bo margrabina, aby sobie dodać odwagi —nieraz mówiła mi to później — sprowadziła z klasztoru siostrę męża, Ginę delDongo, pensjonarkę, która została później ową uroczą hrabiną Pietranera.Nikt nie dorównał jej wdziękiem i weselem w pomyślności, jak nikt nieprzewyższał jej hartem i pogodą w złej doli.

Gina mogła mieć wówczas trzynaście lat, ale wyglądała na osiemnaście.Żywa i szczera, jak ją znasz, tak się bała, aby nie parsknąć śmiechem nawidok mego stroju, że nie miała odwagi jeść. Margrabina, przeciwnie, zasypywała mnie wymuszonymi uprzejmościami; widziała doskonale w moich oczach zniecierpliwienie. Słowem, grałem głupią rolę, łykałem wstyd,rzecz podobno niemożliwa dla Francuza. Wreszcie myśl zesłana z niebarozświeciła mój mózg: zacząłem opowiadać paniom o naszej nędzy wszystko, cośmy wycierpieli od dwóch lat w pogórzu genueńskim, gdzie nastrzymali starzy, głupi generałowie. Mówiłem, jak nam dawano asygnaty niemające obiegu i trzy uncje chleba dziennie. Nie upłynęły dwie minuty, jakdobra margrabina miała łzy w oczach, a Gina spoważniała.

— Jak to, panie poruczniku — mówiła — trzy uncje chleba?

— Tak, pani, ale dostawa zawodziła trzy razy na tydzień, że zaś wieśniacy,u których staliśmy kwaterą, byli jeszcze biedniejsi od nas, dawaliśmy imnieco naszego chleba.

Po obiedzie przeprowadziłem margrabinę do drzwi salonu; następnie zaś, wróciwszy szybko, dałem lokajowi usługującemu mi przy stole owąjedyną sztukę srebra, na której budowałem tyle zamków na lodzie.

W tydzień później — ciągnął Robert — skoro już się upewniono, żeFrancuzi nie gilotynują nikogo, margrabia del Dongo wrócił ze swegozamku Grianta nad jeziorem Como, dokąd się mężnie schronił za zbliżeniem armii, zostawiając losom wojny młodą i piękną żonę wraz z siostrą.Nienawiść, jaką ten magnat czuł do nas, była równa jego strachowi, toznaczy niezmierzona; uciesznie było widzieć tę dużą, bladą facjatę świętoszka, kiedy się silił wobec mnie na uprzejmość. Nazajutrz po jego powrocieotrzymałem trzy łokcie sukna i dwieście franków z owej sześciomilionowejkontrybucji; oporządziłem się nieco i stałem się nadwornym rycerzem tychpań, bo nastała epoka balów”.

Historia porucznika Roberta to w przybliżeniu dzieje wszystkich Francuzów; zamiast drwić z nędzy tych dzielnych żołnierzy, ulitowano się ichi pokochano.

Ten okres niespodziewanego szczęścia i upojenia trwał ledwie dwa lata;szaleństwo było tak niezwykłe i tak powszechne, że niepodobna byłoby midać pojęcia o nim inaczej niż za pomocą tej głębokiej historycznej refleksji:lud ten nudził się od stu lat.

Rozkosz przyrodzona południowym krajom władała niegdyś na dworzeViscontich i Sforzów, słynnych diuków mediolańskich. Ale od 1624 roku,kiedy Hiszpanie zawładnęli Mediolanem jako panowie milczący, podejrzliwi, dumni i wciąż lękający się buntu, wesołość pierzchła. Ludność,przejmując obyczaje swych panów, raczej myślała o tym, aby pomścićsztyletem najlżejszą zniewagę, niż aby się cieszyć życiem i chwilą.

Szalona radość, wesele, rozkosz, zapomnienie wszelkich smutków, a nawet rozsądku doszły — od 15 maja 1796, daty wejścia Francuzów doMediolanu, aż do kwietnia 1799, kiedy ich wypędzono w następstwie bitwypod Cassano — do tego, że można by przytoczyć starych kupców-milionerów, starych lichwiarzy, rejentów, którzy przez ten okres zapomnielio kwaśnej minie i o ciułaniu grosza.

Co najwyżej można by wymienić kilka magnackich rodzin, które usunęłysię do swoich pałaców na wsi, jak gdyby dąsając się na powszechną wesołośći rozkwit serc. Trzeba przyznać, że szlachetne te i bogate rodziny wyróżniono w przykry sposób w rozdziale kontrybucji ściąganej na rzecz armiifrancuskiej.

Margrabia del Dongo, oburzony tym weselem, schronił się jeden z pierwszych do swego wspaniałego zamku Grianta, za Como, dokąd też paniezabrały z sobą porucznika Roberta. Zamek ten, o położeniu jedynym możena świecie, wznosi się na płaskowyżu, na sto pięćdziesiąt stóp nad cudnymjeziorem; była to niegdyś warownia. Rodzina del Dongo zbudowała gow piętnastym wieku, jak o tym świadczyły herby gęsto wyryte na marmurach; są tam jeszcze mosty zwodzone i głębokie rowy, co prawda bez wody,lecz mury wysokie na osiemdziesiąt stóp i grube na sześć zabezpieczają odnapaści; dlatego zamek ów był tak drogi podejrzliwemu margrabiemu.Otoczony paroma tuzinami sług, w których oddanie wierzył zapewnedlatego, że nie odzywał się do nich inaczej niż z obelgą na ustach, czuł siętam mniej spłoszony niż w Mediolanie.

Strach ten nie był zupełnie bezpodstawny: margrabia utrzymywał żywąkorespondencję z pewnym szpiegiem, pomieszczonym przez Austrię nagranicy szwajcarskiej, o trzy mile od Grianta, dla ułatwienia ucieczkijeńcom pojmanym na polu bitwy; rzecz, która mogłaby się bardzo niepodobać generałom francuskim.

Margrabia zostawił młodą żonę w Mediolanie; zawiadowała tam sprawami rodzinnymi, miała poruczone bronić się przed kontrybucjami nałożonymi na Casa del Dongo, jak mówią w tym kraju; starała się je zmniejszyć, cozniewalało ją do stykania się z magnatami, którzy zgodzili się przyjąćfunkcje publiczne, a nawet z paroma wpływowymi osobistościami z nieszlachty. Właśnie zaszedł w rodzinie ważny wypadek. Margrabia ułożył małżeństwo siostry swej Giny z bogatym i wysoko urodzonym jegomością, aleoblubieniec pudrował się, co sprawiło, że Gina przyjmowała go wybuchemśmiechu, niebawem zaś popełniła to szaleństwo, że zaślubiła hrabiegoPietranera. Był to, trzeba przyznać, wyborny szlachcic, bardzo urodziwy,ale zrujnowany od dwóch pokoleń i na domiar nieszczęścia gorący zwolennik nowych idei. Pietranera był podporucznikiem w legii włoskiej, codopełniało rozpaczy margrabiego.

Po tych dwóch latach szczęścia i szału Dyrektoriat paryski, jak władcapewny swego panowania, okazał śmiertelną nienawiść do wszystkiego, conie było miernotą. Nieudolni generałowie, których wysyłał do armii włoskiej, przegrali szereg bitew na tych samych równinach werońskich, któredwa lata wprzód były świadkiem cudów Arcole i Lonato. Austriacy zbliżylisię do Mediolanu; porucznik Robert, mianowany majorem i ranny podCassano, po raz ostatni zamieszkał u przyjaciółki swej, margrabiny del Dongo. Pożegnanie było smutne; Robert odjechał z hrabią Pietranera,który towarzyszył Francuzom w ich odwrocie pod Novi. Młoda hrabina,której brat odmówił wypłaty ojcowizny, jechała za armią na wózku.

Wówczas zaczęła się epoka reakcji i powrotu do dawnych pojęć, którąmediolańczycy nazywają i tredici mesi (trzynaście miesięcy), ponieważw istocie, na ich szczęście, powrót ten do głupoty trwał tylko trzynaściemiesięcy, do Marengo. Wszystko, co było stare, nabożne, markotne, zjawiłosię znów u steru i objęło rządy: niebawem ludzie, którzy pozostali wierniuczciwym zasadom, otrąbili po kraju, że Napoleona powiesili w Egipciemamelucy, jak na to z tylu tytułów zasługiwał.

Między tymi, którzy zaszyli się w swoich zamkach, a teraz wrócili dyszącyzemstą, margrabia del Dongo wyróżniał się zajadłością; zacietrzewienie towysunęło go na czoło stronnictwa. Ci panowie, bardzo zacni ludzie, kiedysię nie bali, ale drżący wciąż ze strachu, zdołali opętać austriackiegogenerała. Poczciwina dał w siebie wmówić, że surowość jest wysokąpolityczną mądrością, i kazał uwięzić stu pięćdziesięciu patriotów; byli tonajtężsi ludzie ówczesnych Włoch.

Niebawem wywieziono ich do Cattaro i wtrącono do podziemnych grot,gdzie wilgoć, a zwłaszcza brak chleba — uporały się rychło z łajdakami!

Margrabia del Dongo otrzymał wysokie stanowisko, że zaś do innychpięknych zalet łączył brudne skąpstwo, chwalił się publicznie, że nie posyłaani talara siostrze, hrabinie Pietranera, która, wciąż szalenie zakochana, niechciała opuścić męża i przymierała z nim głodem we Francji. Dobramargrabina była w rozpaczy; wreszcie udało jej się wykraść kilka brylancików ze swoich kosztowności, które mąż odbierał jej co wieczór, aby jezamknąć pod łóżkiem w żelaznej kasie; margrabina wniosła mężowiosiemset tysięcy franków posagu, a dostawała osiemdziesiąt frankówmiesięcznie na osobiste wydatki. Przez trzynaście miesięcy, które Francuzibyli poza Mediolanem, owa tak lękliwa kobieta znalazła pozory, aby niezdejmować czarnej sukni.

Musimy wyznać, iż za przykładem wielu poważnych autorów zaczęliśmyhistorię naszego bohatera na rok przed jego urodzeniem. Główną tą osobąjest w istocie nie kto inny niż Fabricio Valserra, marchesino del Dongo, jakmówią w Mediolanie. Raczył właśnie przyjść na świat w chwili, gdy wypędzano Francuzów, i był dzięki trafowi urodzenia drugim synemmargrabiego del Dongo, owego magnata, którego bladą twarz, obleśnyuśmiech i bezgraniczną nienawiść do nowych prądów już znacie. Całymajątek rodzinny przepisano na starszego syna, Ascania del Dongo, którybył godnym wizerunkiem ojca. Miał osiem lat, a Fabricio dwa, kiedy nagleów generał Bonaparte, o którym wszyscy dobrze urodzeni ludzie sądzili, żewisi od dawna, zeszedł z Góry Świętego Bernarda. Wszedł do Mediolanu;chwila ta jest czymś jedynym w historii: wyobraźcie sobie lud oszalałymiłością. W kilka dni potem Napoleon wygrał bitwę pod Marengo. Resztynie trzeba mówić. Upojenie mediolańczyków doszło do szczytu; ale tymrazem kojarzyło się z myślą o zemście: nauczono ten dobry lud nienawiści.Niebawem sprowadzono garstkę owych patriotów, którzy zdołali przetrwaćpobyt w grotach Cattaro; powrót ich był narodowym świętem. Ich bladetwarze, wielkie, zdziwione oczy, wychudłe członki stanowiły kontrastz buchającą ze wszystkich stron radością. Przybycie ich było sygnałemodjazdu dla najbardziej skompromitowanych rodzin. Margrabia del Dongouciekł jeden z pierwszych do zamku w Grianta. Naczelnicy wielkich rodówdyszeli nienawiścią i strachem; natomiast żony ich i córki pamiętały uciechypierwszego pobytu Francuzów i żałowały Mediolanu oraz wesołych balów,które tuż po Marengo zaczęły się w „Casa Tanzi”. Wkrótce po zwycięstwiegenerał francuski, utrzymujący ład w Lombardii, spostrzegł, że wszyscydzierżawcy i wszystkie staruszki na wsi zamiast być olśnieni zdumiewającymzwycięstwem pod Marengo, które zmieniło losy Włoch i odzyskało trzynaście fortec w jednym dniu, pamiętają jedynie proroctwo świętego Giovity,pierwszego patrona Brescji. Wedle tych świętych słów pomyślność Francuzów i Napoleona miała się skończyć ściśle w trzynaście tygodni po Marengo.Pewnym usprawiedliwieniem dla margrabiego del Dongo i całej zgraidąsających się szlachciurów jest to, że szczerze, bez obłudy wierzyliw proroctwo. Wszyscy ci ludzie nie przeczytali w życiu ani czterech książek;gotowali się otwarcie wrócić do Mediolanu po trzynastu tygodniach, alekażdy dzień zaczynał się nowym postępem sprawy Francuzów. Wróciwszydo Paryża, Napoleon ocalił roztropnymi dekretami rewolucję wewnątrzkraju, jak ją ocalił pod Marengo przed cudzoziemcami. Wówczas szlachtalombardzka, zaszyta w swoich zamkach, doszła do przekonania, że źlepojęła zrazu przepowiednię świętego patrona Brescji: miał na myśli nietrzynaście tygodni, ale trzynaście miesięcy. Trzynaście miesięcy upłynęło,a powodzenie Francuzów zdawało się rosnąć z każdym dniem.

Prześliźnijmy się po dziesięciu latach postępu i szczęścia, od 1800 do1810. Fabricio przebył je w zamku Grianta, bijąc się na kułaki z wiejskimichłopakami i nie ucząc się niczego, nawet czytać. Później posłano go dokolegium ojców jezuitów w Mediolanie. Stary margrabia życzył sobie, abysyna uczono łaciny nie na owych starych autorach bajających wciążo republice, ale na wspaniałej książce, zdobnej przeszło stu rycinami,arcydziele mistrzów XVII wieku; była to łacińska genealogia Valserrów,margrabiów del Dongo, wydana w 1650 roku przez Fabrycego del Dongo,arcybiskupa parmeńskiego. Ponieważ wielkość Valserrów urosła przeważnie z wojenki, ryciny przedstawiały mnogo bitew; raz po raz widziało sięjakiegoś bohatera tego nazwiska tęgo kropiącego mieczem. Książka tapodobała się wielce chłopcu. Matka, która go ubóstwiała, uzyskiwała odczasu do czasu pozwolenie odwiedzania go w Mediolanie; ale mąż nie dawałjej nigdy grosza na te podróże: pożyczała jej bratowa, owa miła hrabinaPietranera. Po powrocie Francuzów hrabina stała się jedną z najświetniejszych dam na dworze księcia Eugeniusza, wicekróla Italii.

Kiedy Fabricio odbył pierwszą komunię, hrabina uzyskała od margrabiego, wciąż dobrowolnego wygnańca, aby jej wolno było czasem zabieraćchłopca z kolegium. Wydawał się jej oryginalny i inteligentny; był niecopoważny, ale przy tym ładny chłopiec, wcale na miejscu w salonie modnejkobiety; zresztą straszliwy nieuk, ledwie umiejący pisać. Hrabina, biorącakażdą rzecz bardzo gorąco, przyrzekła swoje poparcie przełożonemuzakładu, jeżeli bratanek jej Fabricio będzie robił zadziwiające postępyi z końcem roku otrzyma wiele nagród. Aby mu ułatwić ich zdobycie,posyłała po niego w sobotę wieczór i często oddawała go jego mistrzom ażwe środę lub czwartek. Jezuici, mimo iż darzeni sympatią przez księcia-wicekróla, byli wygnani z Włoch mocą praw krajowych; toteż przełożonykolegium, sprytny człowiek, zdawał sobie sprawę z korzyści, jakie mógłwyciągnąć ze swoich stosunków z kobietą wszechmocną na dworze. Ani muw głowie było żalić się na swobody Fabrycego, który mimo iż większy nieukniż kiedykolwiek — otrzymał z końcem roku pięć pierwszych nagród. Za tęcenę świetna hrabina Pietranera w towarzystwie męża, generała gwardii,oraz kilku dostojników dworu zaszczyciła swą obecnością ceremonięrozdawania nagród u ojców jezuitów.

Ksiądz prefekt otrzymał od swych przełożonych wyrazy uznania.

Hrabina prowadziła bratanka na świetne zabawy, wypełniające zbytkrótkie panowanie miłego księcia Eugeniusza. Zrobiła go na własną rękę oficerem huzarów i Fabrycy mając dwanaście lat nosił ten mundur. Jednegodnia hrabina, zachwycona jego zgrabną figurką, poprosiła dlań księciao miejsce pazia, co oznaczałoby pojednanie del Dongów z nowym rządem.Nazajutrz musiała użyć wszystkich swoich wpływów, aby wicekról raczył niepamiętać o tej prośbie, której brakowało jedynie pozwolenia ojca przyszłego pazia; tego pozwolenia ojciec odmówił z publicznym rozgłosem. Po tymszaleństwie margrabia, oburzony i wściekły, znalazł pozór, aby odwołaćmłodego Fabrycego do Grianta. Hrabina gardziła bratem z całej duszy;uważała go za mantykę i głupca, przy tym za człowieka, który byłby zły,gdyby miał władzę po temu. Ale przepadała za Fabrycym; po dziesięciulatach zerwanych stosunków napisała do margrabiego z prośbą o zostawienie jej bratanka: list został bez odpowiedzi.

Wracając do tego olbrzymiego pałacu, zbudowanego przez najbardziejwojowniczych przodków, Fabrycy nie umiał nic prócz musztry i jazdykonnej. Często hrabia Pietranera, równie rozkochany w dzieciaku jak jegożona, sadzał go na koniu i brał z sobą na paradę.

Wróciwszy do Grianta Fabrycy, z oczami jeszcze czerwonymi od łezwylanych przy rozstaniu z pięknymi salonami ciotki, znalazł jedynienamiętne pieszczoty matki i sióstr. Margrabia siedział zamknięty w swoimgabinecie ze starszym synem, marchesino Ascaniem. Sporządzali szyfrowane listy, które miały zaszczyt wędrować do Wiednia; ojciec i syn zjawiali sięjedynie w godzinach posiłku. Margrabia powtarzał ostentacyjnie, że uczyswego spadkobiercę prowadzenia podwójnej buchalterii z poszczególnychmajątków. W rzeczywistości margrabia nadto był zazdrosny o swojąwładzę, aby wtajemniczać w te rzeczy syna, niewątpliwego dziedzicamajoratu. Używał go do szyfrowania depesz, długich na piętnaście lubdwadzieścia stronic, które parę razy na tydzień wyprawiał do Szwajcarii,skąd kierowano je do Wiednia. Margrabia silił się przedstawić swoimprawym władcom wewnętrzny stan Włoch, którego sam nie znał; mimo tolisty jego miały powodzenie. Oto jak: za pośrednictwem tajnego agentamargrabia kazał liczyć na gościńcu liczbę żołnierzy jakiegoś francuskiegolub włoskiego pułku, który zmieniał garnizon, i zdając sprawę dworowiwiedeńskiemu nieodmiennie uszczuplał liczbę żołnierzy o jedną czwartą.Listy te, niezdarne zresztą, miały tę zaletę, że przeczyły innym, prawdziwym, i tym samym podobały się monarsze. Toteż na krótko przed przybyciem Fabrycego margrabia otrzymał wysoki order: był to piąty zdobiącyjego szambelański mundur. Co prawda, ku swemu strapieniu, nie śmiał włożyć tego munduru poza swoim gabinetem; ale nie pozwalał sobie nigdypodyktować depeszy nie przywdziawszy tego haftowanego kostiumu strojnego wszystkimi orderami. Inaczej miałby uczucie, że dopuszcza sięnieuszanowania.

Matka oczarowana była synem. Ale zachowała zwyczaj pisywania paręrazy do roku do generała hrabiego d'A...; było to obecne nazwiskoporucznika Roberta. Margrabina nie umiała kłamać tym, których kochała:wzięła na egzamin syna i przeraziła się jego nieuctwem.

„Jeżeli mnie uderzają luki jego wykształcenia — myślała — mnie, która nieumiem nic, Robert, taki uczony, załamałby ręce nad tym wychowaniem:dziś trzeba wiele nauki.” Nie mniejszym zdumieniem przejęło ją, żeFabrycy wziął serio wszystkie pojęcia religijne, którymi go karmionou jezuitów. Mimo że sama bardzo pobożna, zlękła się fanatyzmu dziecka.,,Jeżeli margrabia zrozumie, jak można wyzyskać ten system wychowania,wydrze mi miłość syna.” Płakała długo i czułość jej dla Fabrycego wzrosłajeszcze.

Życie w tym zamku, zaludnionym paroma dziesiątkami służby, byłobardzo smutne; toteż Fabrycy spędzał dnie na polowaniu lub w łódce najeziorze. Niebawem zawiązał stosunki z woźnicami i stajennymi; wszyscybyli fanatycznymi stronnikami Francuzów i drwili sobie otwarcie z lokajów-bigotów pełniących służbę przy osobie margrabiego lub jego starszego syna.Główny powód do śmiechu z tych poważnych osobistości był ten, że się pudrowali na wzór swoich panów.

Rozdział drugi

...Wówczas gdy Wesper zacienia nam oczy,

Upojony przyszłością, w niebiosów roztoczy

Wzrok topię, w której jasno kreśli ręka boża

Wszelakiego stworzenia ścieżki i bezdroża.

On bowiem, z wyżyn swoich patrząc na nas — ludzi,

Czasem wskazywać drogę litośnie się trudzi

Gwiazdami niebieskimi — to litery jego —

Wróżąc nam przyszły obrót dobrego i złego;

Lecz ludzie, przytłoczeni i ziemią, i zgonem,

Nie czytają, tym pismem gardząc poświęconem.

Ronsard

Margrabia czuł niepokonany wstręt do oświaty. „Myślenie — powiadał — zgubiło Włochy.” Nie wiedział, jak pogodzić ten święty wstręt do naukiz kształceniem Fabrycego, tak świetnie zaczętym u jezuitów. Aby możliwieograniczyć niebezpieczeństwo, polecił zacnemu księdzu Blanès, proboszczowi w Grianta, aby ćwiczył dalej Fabrycego w łacinie. Musiałby do tegosam proboszcz znać ten język; otóż miał go w głębokiej wzgardzie, wiedzajego ograniczała się do recytowania modlitw, których sens umiał mniejwięcej wyłożyć swoim owieczkom. Mimo to proboszcz budził szacunek,a nawet lęk w całej okolicy; zawsze powiadał, że słynne proroctwo świętegoGiovity, patrona Brescji, nie ziści się w trzynastu tygodniach ani nawetw trzynastu miesiącach. W gronie zaufanych przyjaciół dodawał, że tę cyfrętrzynaście należy wykładać w sposób, który zdziwiłby wielu ludzi,gdyby wolno było go wyjawić (1813).

Ksiądz Blanès, osobistość odznaczająca się uczciwością i cnotami iściepierwotnymi, niegłupi przy tym człowiek, spędzał noce na dzwonnicy;miał ćwieka na punkcie astrologii. Spędziwszy dzień na obliczaniu położenia gwiazd, część nocy obracał na śledzenie ich na niebie. Ubogi księżynanie miał innego przyrządu prócz długiej tekturowej rury. Można sobie wyobrazić, jaką wzgardę dla nauki języków żywił człowiek, który trawiłżycie na dochodzeniu ścisłej epoki upadku mocarstw oraz wstrząśnieńzmieniających postać świata. „Czegóż więcej dowiedziałem się o koniu — powiadał do Fabrycego — przez to, że mnie nauczono, iż po łacinie nazywasię equus?”

Wieśniacy bali się księdza Blanès, jako czarnoksiężnika; on zaś dziękistrachowi, jaki budziły jego posiedzenia na dzwonnicy, bezpieczny był odkradzieży. Okoliczni księża, zazdrośni o jego wpływ, nienawidzili go;margrabia del Dongo gardził nim po prostu, bo za wiele mędrkował jak naczłowieka niskiego stanu. Fabrycy ubóstwiał go: z miłości dla niego spędzałcałe wieczory na olbrzymich dodawaniach i mnożeniach. Następnie szedłz nim na dzwonnicę: była to wielka łaska, której ksiądz Blanès nie użyczałnikomu; ale lubił chłopca za jego prostotę. „Jeżeli się nie zrobisz obłudnikiem — powiadał — może wyrośniesz na człowieka.”

Parę razy na rok Fabrycy, nieustraszony i zapamiętały w zabawach, omalnie utonął w jeziorze. Był wodzem wszystkich wypraw, jakie podejmowałyurwisy z Grianty i Cadenabii. Malcy postarali się o parę kluczyków i kiedynoc była bardzo ciemna, silili się otworzyć z kłódek łańcuszki, którymiłodzie były przymocowane do nadbrzeżnych drzew lub kamieni. Trzebawiedzieć, że na Como rybacy zakładają martwe wędki w znacznej odległościod brzegu. Górny koniec sznurka przywiązany jest do deseczki z korkiem,giętka zaś gałązka leszczyny, umocowana na tej deseczce, opatrzona jestdzwonkiem, który dzwoni, skoro ryba chwyciwszy się na haczyk szarpiesznurek.

Głównym celem tych nocnych wypraw, którymi dowodził Fabrycy, byłainspekcja martwych wędek, zanim rybacy usłyszą sygnał, jaki dawały małedzwoneczki. Wybierali na te niebezpieczne wyprawy porę burzliwą i puszczali się nad ranem, na godzinę przed świtem. Siadając do łódki malcy mieliuczucie, że narażają się na największe niebezpieczeństwo, i to była pięknastrona ich czynu; naśladując swych ojców, odmawiali pobożnie Zdrowaś.Otóż zdarzało się, iż w chwili wyjazdu, tuż po odmówieniu pacierza,Fabrycy widział jakiś znak. Był to nawyk wyniesiony ze studiów astronomicznych księdza Blanès, w którego przepowiednie zresztą nie wierzył.W młodej jego wyobraźni znaki te zwiastowały z pewnością powodzeniealbo niepowodzenie; że zaś umiał zdobyć wpływ na towarzyszy, niebawemcała gromada nawykła do tych wróżb tak, iż kiedy w chwili odjazdu ujrzelina brzegu księdza lub kiedy po lewej ręce wzbił się w powietrze kruk, czym prędzej zakładali kłódkę z powrotem i biegli do domu spać. Tak więc ksiądzBlanès nie udzielił Fabrycemu swojej dość trudnej wiedzy, ale bezwiedniezaszczepił mu nieograniczoną wiarę w znaki zdolne przepowiedzieć przyszłość.

Margrabia czuł, że jakaś katastrofa jego szyfrowanej korespondencjimoże go zdać na łaskę siostry: toteż co roku koło świętej Anieli — imięhrabiny Pietranera — Fabrycemu wolno było spędzić tydzień w Mediolanie.Cały rok żył oczekiwaniem lub wspomnieniem tego tygodnia. W tejuroczystej chwili margrabia wręczał synowi na koszty tej politycznejpodróży cztery talary i wedle zwyczaju nie dawał nic żonie, która towarzyszyła chłopcu. Ale w wilię wyjazdu kucharz, sześciu lokajów i woźnicaz dwoma końmi wyruszali do Como i codziennie w Mediolanie margrabinamiała na swoje rozkazy powóz oraz obiad na dwanaście osób.

Te dąsy na nowy porządek rzeczy, jakie uprawiał margrabia del Dongo,były z pewnością bardzo niezabawne, ale miały tę zaletę, iż niepomierniebogaciły rodziny, które raczyły się na nie skazać. Margrabia, który miałprzeszło dwieście tysięcy funtów renty, nie wydawał ani czwartej części: żyłnadzieją. Przez trzynaście lat, od 1800 do 1813 roku, wierzył niezłomnie, żeNapoleon padnie przed upływem pół roku. Można sobie wyobrazić jegoupojenie, kiedy z początkiem 1813 roku dowiedział się o klęsce nadBerezyną! Zdobycie Paryża i upadek Napoleona omal nie przyprawiły goo utratę zmysłów; odtąd pozwalał sobie na grubiańskie wycieczki przeciwżonie i siostrze. Wreszcie po czternastu latach oczekiwania doznał tejniewymownej radości, iż ujrzał austriackie wojska wkraczające do Mediolanu. W myśl rozkazów otrzymanych z Wiednia generał austriacki powitałmargrabiego del Dongo z oznakami wysokiego szacunku; ofiarowano muskwapliwie jedno z naczelnych stanowisk w rządzie, co przyjął niby zapłatędługu. Starszy syn otrzymał stopień porucznika w jednym z najpiękniejszych pułków cesarskich; ale młodszy nie chciał za nic przyjąć ofiarowanejmu rangi kadeta. Tryumf ten, którym margrabia sycił się z rzadką arogancją, trwał ledwie kilka miesięcy i skończył się upokarzającą klęską. Margrabia nigdy nie odznaczał się bystrością, czternaście zaś lat na wsi, w otoczeniusłużby, rejenta i lekarza, w połączeniu ze zgryźliwą starością, która położyłana nim swoją rękę, uczyniły zeń człowieka zupełnie nieudolnego. Otóż podrządem austriackim niepodobna utrzymać się na wybitnym stanowisku bezowego talentu, którego wymaga powolna i zawiła, ale bardzo racjonalnagospodarka tej starej monarchii. Bąki, jakie strzelał margrabia del Dongo, gorszyły urzędników, a nawet tamowały bieg spraw. Jego ultramonarchiczne odezwania się drażniły ludność, którą rząd pragnął trzymać w sennejobojętności. Jednego dnia margrabia dowiedział się, że J. C. Mość raczyłamiłościwie przyjąć jego dymisję z urzędu, równocześnie zaś nadała mumiejsce drugiego wielkiego majordoma Królestwa Lombardzko-Weneckiego. Ta okrutna niesprawiedliwość oburzyła go do żywego;on, który tak nienawidził wolności prasy, wydrukował w gazecie list doprzyjaciela. Wreszcie napisał do cesarza, że ministrowie go zdradzają i że sąprostymi jakobinami. To uczyniwszy wrócił smutnie do zamku Grianta.Miał jedną pociechę. Po upadku Napoleona pewne znaczne osobistościw Mediolanie kazały zamordować na ulicy hrabiego Prina, eks-ministrakróla włoskiego, człowieka wysokiej wartości. Hrabia Pietranera naraziłżycie, aby ocalić ministra, którego zatłuczono parasolami i którego kaźńtrwała pięć godzin. Pewien ksiądz, spowiednik margrabiego del Dongo,mógł ocalić hrabiego Prina, gdyby mu był otworzył furtę kościoła SanGiovanni, koło której wleczono nieszczęsnego ministra, porzuconego nachwilę w rynsztoku, ale z urąganiem odmówił otwarcia bramy. Otóż w półroku później margrabia miał to zadowolenie, że uzyskał dla księdza pięknyawans.

Nienawidził hrabiego Pietranera, swego szwagra, który nie mając anipięćdziesięciu ludwików renty ośmielał się być szczęśliwy, pozwalał sobiedochowywać wiary temu, co kochał całe życie, i miał to zuchwalstwo, abygłosić zasady sprawiedliwości bez względu na osobę, co w oczach margrabiego było bezwstydnym jakobinizmem. Hrabia nie zgodził się wejśćw służbę austriacką; wyzyskano tę odmowę i w parę miesięcy po śmiercihrabiego Prina te same osobistości, które opłaciły morderców, uzyskały, żegenerała Pietranera wtrącono do więzienia. Na to hrabina, jego żona,uzyskała paszport i zażądała pocztowych koni, aby jechać do Wiedniai powiedzieć prawdę cesarzowi. Mordercy hrabiego Prina zlękli się; jedenz nich, krewny pani Pietranera, przyniósł jej o północy, na godzinę przed jejwyjazdem do Wiednia, rozkaz uwolnienia dla męża. Nazajutrz generałaustriacki wezwał hrabiego Pietranera, przyjął go z honorami i zapewnił, żeemerytura jego będzie uregulowana niebawem w sposób najprzyzwoitszy.Dzielny generał Bubna, człowiek rozumny i zacny, wstydził się wyraźniezamordowania Priny i uwięzienia hrabiego.

Po tej burzy, zażegnanej przez niezłomny charakter hrabiny, małżonkowie żyli jako tako z pensji, którą dzięki poleceniu generała Bubna rychłowyznaczono.

Szczęściem hrabina była od kilku lat w bliskiej przyjaźni z młodymczłowiekiem, bardzo bogatym; ten, będąc również serdecznym przyjacielem hrabiego, oddał im na usługi najpiękniejszy angielski zaprzęg w Mediolanie, lożę w teatrze „La Scala” i pałac na wsi. Ale hrabia był to człowiekświadom swej wartości, o duszy gorącej, dzielny, unosił się łatwo i wówczaspozwalał sobie na niebaczne słowa. Jednego dnia, kiedy polował z paromamłodymi ludźmi, jeden z nich, który służył swego czasu pod innymisztandarami, pozwolił sobie na żarciki z żołnierzy Republiki Cisalpińskiej;hrabia dał mu w twarz, przyszło natychmiast do pojedynku i hrabia, którybył sam wśród młodych ludzi, padł. Wiele było gadania o tym pojedynkudziwnego nabożeństwa, tak iż osoby, które w nim brały udział, uznały zawłaściwe wyjechać do Szwajcarii.

Hrabina nie znała owego głupiego hartu zwanego rezygnacją, hartugłupca, który daje się powiesić, nie pisnąwszy słowa. Rozjuszona śmierciąmęża, żądała, aby Limercati, ów bogaty młody człowiek, jej przyjaciel,puścił się również do Szwajcarii i aby spoliczkował mordercę hrabiegoPietranera lub wygarnął doń z karabinu.

Limercati uznał ten projekt za szczyt niedorzeczności, hrabina zaśspostrzegła, że wzgarda zabiła w niej miłość. Zdwoiła swą zalotność wobecLimercatiego; chciała rozpłomienić jego namiętność, następnie zaś rzucićgo i pogrążyć w rozpaczy. Aby ten plan zemsty uczynić zrozumiałym weFrancji, powiem, iż w Mediolanie, kraju bardzo odległym od nas, ludziewpadają jeszcze w rozpacz z miłości. Hrabina, która mimo swej żałobyzaćmiewała wciąż urodą wszystkie rywalki, zaczęła kokietować kwiatmłodzieży mediolańskiej; jeden z młodzieńców, hrabia N..., który zawszeutrzymywał, że Limercati jest nieco przyciężki dla tak uroczej kobiety,zakochał się w hrabinie do szaleństwa. Wówczas napisała do dawnegokochanka:

Chce pan raz w życiu postąpić jak człowiek inteligentny?

Wyobraź pan sobie, że go nigdy nie znałam.

Pozostaję, może z odrobiną wzgardy, uniżoną pańską sługą.

Gina Pietranera

Przeczytawszy ten bilecik, Limercati wyjechał do jednej ze swoichposiadłości: miłość jego wzmogła się do szaleństwa, chciał sobie palnąćw łeb, rzecz niesłychana w tym kraju, który wierzył w piekło. Nazajutrznapisał do hrabiny, ofiarowując jej swą rękę wraz z dwustu tysiącami renty.Odesłała mu list, nie rozpieczętowany, przez grooma hrabiego N... Po czymLimercati spędził trzy lata na wsi, wracając co dwa miesiące do Mediolanu,ale nie mając odwagi tam zostać, zanudzając przyjaciół swą namiętnąmiłością do hrabiny oraz szczegółowym opisem łask, jakimi go darzyłaniegdyś. W początkach dodawał jeszcze, że hrabia N... to jej zguba i że takizwiązek przynosi jej hańbę.

Fakt jest, że hrabina nie kochała hrabiego N... i oznajmiła mu to, skorobyła zupełnie pewna rozpaczy Limercatiego. Hrabia, człowiek wytrawny,błagał ją, aby nie rozgłaszała tej smutnej nowiny. „Jeżeli będzie pani takłaskawą — rzekł — aby mnie przyjmować nadal z pozorami wszystkichwzględów, jakie się ma dla swego kochanka, zdołam się może przyzwoicieulokować w jakim sercu.”

Po tym heroicznym oświadczeniu hrabina nie chciała już koni ani lożyhrabiego N... Ale od piętnastu lat przywykła do najwykwintniejszego życia;stała w obliczu problemu trudnego lub — aby rzec lepiej — niemożliwego dorozwiązania: żyć w Mediolanie z tysiąca pięciuset franków! Opuściła pałac,najęła dwa pokoiki na piątym piętrze, odprawiła służbę, nawet pokojówkę,której miejsce zajęła biedna staruszka dochodząca do sprzątania. Ofiara tabyła w gruncie mniej bohaterska i mniej ciężka, niż nam się zdaje:w Mediolanie ubóstwo nie jest śmieszne i dlatego nie straszy widmemnajgorszego z nieszczęść. Po kilku miesiącach tego szlachetnego ubóstwa,oblegana listami Limercatiego, a nawet hrabiego N.... który też ofiarowałjej swą rękę, stało się, iż margrabia del Dongo, zazwyczaj ohydnie skąpy,pomyślał, że jego nieprzyjaciele mogliby czerpać złośliwy tryumf z nędzyjego siostry. Jak to! Córka del Dongów skazana na to, by żyć z pensyjkiwiedeńskiego dworu — tego dworu tak niewdzięcznego!

Napisał do hrabiny, że mieszkanie i przyjęcie godne jego siostry czekają ją w zamku Grianta. Gorąca dusza hrabiny chwyciła się z zapałemmyśli o tym nowym życiu; dwadzieścia lat nie gościła w tym czcigodnymzamku wznoszącym się majestatycznie wśród starych kasztanów sadzonych za czasów Sforzów. „Tam — mówiła sobie — znajdę spokój, a wmoim wieku, czy to nie jest szczęście? (Ponieważ miała trzydzieści jedenlat, sądziła, że czas jej usunąć się od świata.) Nad tym uroczym jeziorem, nad którym się urodziłam, czeka mnie wreszcie szczęśliwe i spokojneżycie.”

Nie wiem, czy się myliła, ale to pewne, że ta płomienna dusza, która taklekko odrzuciła dwie olbrzymie fortuny, wniosła szczęście do zamkuGrianta. Bratanice jej szalały z uciechy. „Wróciłaś mi piękne dni młodości — powtarzała margrabina ściskając ją — w wilię twego przyjazdu miałam stolat.” Hrabina zaczęła zwiedzać z Fabrycym czarowne okolice Grianty,sławione przez podróżników: willę Melzi po drugiej stronie jeziora, nawprost niej zamek, skąd widać całe jezioro, poniżej święty gaj Sfondrataoraz śmiało zarysowany cypel, który rozdziela dwie odnogi jeziora, owąrozkoszną odnogę od Como oraz tę drugą, surowszą, która ściele się kuLecco — wspaniały i uroczy widok, któremu słynna Zatoka Neapolitańskadorównywa, ale go nie przewyższa. Hrabina odnajdywała z upojeniemwspomnienia swej młodości i porównywała je z obecnymi wrażeniami.,,Jeziora Como nie otaczają — mówiła sobie — jak Jeziora Genewskiego, owewielkie płaty ziemi uprawnej wedle najlepszych metod, co tak bardzoprzypomina pieniądz i spekulacje. Tu na wszystkie strony widzę pagórkiniższe i wyższe, porosłe kępami drzew; ręka ludzka nie zepsuła ich jeszczei nie nagięła do celów dochodowych. Wśród tych pięknie rzeźbionychpagórków, zbiegających się ku jezioru tak malowniczymi płaszczyznami,mogę wskrzesić wszystkie opisy Tassa i Ariosta. Wszystko jest szlachetnei czułe, wszystko mówi o miłości, nic nie przypomina brzydoty cywilizacji.Wioski na stokach wybrzeża kryją się wśród wielkich drzew, ponad którewznoszą się urocze zarysy kościelnych wieżyc. Jeśli jakieś niewielkie pólkoprzetnie od czasu do czasu bukiety kasztanów i dzikich wiśni, oko widzi nanim z lubością rośliny bujniejsze, szczęśliwsze niż gdzie indziej. Za tymipagórkami, na których wznoszą się pustelnie kuszące do tego, aby jezamieszkać, zdumione oko widzi szczyty Alp zawsze pokryte śniegiem,a surowa ich powaga przypomina nam niedolę życia w sam raz na tyle, abypotęgować obecną rozkosz. Odległy dźwięk dzwonu jakiejś wioszczynyukrytej wśród drzew mile wzrusza wyobraźnię; dźwięki te, biegnąc powodzie, łagodnieją, przybierają odcień słodkiej melancholii i rezygnacjii zdają się mówić człowiekowi: »Życie ucieka, nie bądźże tak oporny wobecszczęścia, które się nastręcza, śpiesz się spijać je«”. Wymowa tych czarownych miejsc, które nie mają równych sobie w świecie, wróciła hrabinie serceszesnastoletniej dziewczyny. Nie pojmowała, jak mogła spędzić tyle lat bezwidoku jeziora. „Czyżby — powiadała sobie — szczęście kryło się w zaraniu starości?” Kupiła łódkę, którą Fabrycy, margrabina i ona sama ozdobiliwłasnymi rękami, nie było tam bowiem pieniędzy na nic mimo wspaniałejstopy życia; od czasu niełaski margrabia del Dongo zdwoił arystokratycznyprzepych. I tak, aby zyskać dziesięć piędzi gruntu nad jeziorem, kołosłynnej alei jaworowej, obok Cadenabia, kazał zbudować groblę, którejkoszt dochodził osiemdziesięciu tysięcy. Na końcu grobli wznosiła się wedlerysunków sławnego Cagnola kaplica, cała z olbrzymich złomów granitu,w kaplicy zaś Marchesi, modny rzeźbiarz mediolański, budował margrabiemu grób, którego płaskorzeźby miały wyobrażać bohaterskie czyny jegoprzodków.

Starszy brat Fabrycego, marchesino Ascanio, chciał też towarzyszyćpaniom w tych wycieczkach, ale ciotka pryskała mu wodą pudrowane włosyi codziennie nowym żarcikiem chłostała jego powagę. Wreszcie uwolnił odwidoku swej dużej wypełzłej twarzy wesołą gromadkę, która nie ważyła sięśmiać w jego obecności. Uważali go za szpiega margrabiego, trzeba się zaśbyło liczyć z tym despotą, wciąż wściekłym od czasu swej przymusowejdymisji.

Askaniusz przysiągł się zemścić na Fabrycym.

Raz podczas burzy gromadka znalazła się w niebezpieczeństwie; mimo żebyło krucho z pieniędzmi, opłacili hojnie obu przewoźników, aby nic niemówili margrabiemu, który i tak bardzo był nierad z tego, że córki jegobiorą udział w tych wyprawach. Zdarzyła się druga burza; na tym pięknymjeziorze szaleją straszne i nieprzewidziane nawałnice; huragany zrywają sięnagle z dwóch przeciwległych przesmyków górskich i mocują się z sobą najeziorze. Hrabina chciała wylądować wśród burzy i grzmotów; obiecywałasobie, że na samotnej niewielkiej skale wśród jeziora będzie miała niezwykłe widowisko, otoczona łamiącymi się falami; ale wyskakując z łódki wpadłapod wodę. Fabrycy skoczył, aby ją ratować, i oboje znaleźli się dość dalekood łodzi. Bez wątpienia, topić się to nie jest nic przyjemnego, ale bądź cobądź nuda, mocno zdziwiona, pierzchła z tego feudalnego zamku. Hrabinazapaliła się do naiwnego charakteru i do astronomii księdza Blanès. Trochępieniędzy, które jej zostało po nabyciu łódki, użyto na przygodne kupnoteleskopu: codziennie z bratanicami i z Fabrycym sadowiła się na platformiegotyckiej wieży zamkowej. Fabrycy roztaczał swoją wiedzę i spędzali tamwesoło kilka godzin z dala od szpiegów.

Trzeba przyznać, że bywały dnie, w których hrabina nie odzywała się donikogo; przechadzała się pod wyniosłymi kasztanami, w posępnej zadumie; była zbyt inteligentna, aby nie odczuwać niekiedy braku wymiany myśli.Ale nazajutrz śmiała się znów jak wprzódy; to lamenty bratowej osmucałytę duszę z natury tak czynną. „Czy całą młodość strawimy w tym smutnymzamku?” — wykrzykiwała margrabina.

Przed przybyciem szwagierki nie miała nawet odwagi na takie żale.

Tak spędzono zimę z roku 1814 na 1815. Dwa razy, mimo swegoubóstwa, hrabina bawiła po kilka dni w Mediolanie; znęcił ją cudowny baletVigana w teatrze „La Scala”, a margrabia nie bronił żonie towarzyszyć jej.Podjęła przy sposobności kwartał szczupłej pensyjki i biedna wdowa pogenerale pożyczała po parę cekinów przebogatej margrabinie del Dongo.Cudowne były te wycieczki: zapraszało się na obiad starych przyjaciółi szukało się pociechy, śmiejąc się ze wszystkiego — jak istne dzieci. Tawłoska wesołość, pełna gwaru i swobody, pozwalała zatrzeć w pamięciposępny smutek, który fizjonomie margrabiego i starszego syna roztaczaływ Grianta. Fabrycy, zaledwie szesnastoletni, doskonale reprezentowałgłowę domu.

Siódmego marca 1815 roku obie panie dopiero co wróciły z przemiłejwycieczki do Mediolanu; przechadzały się w pięknej alei jaworowej, świeżoprzedłużonej po sam brzeg jeziora. Od Como zbliżyła się łódka dającszczególne znaki. Agent margrabiego wyskoczył na brzeg: Napoleonwylądował w Zatoce Juan. Europa, poczciwinka, zdumiała się tym wydarzeniem, które nie zdziwiło margrabiego del Dongo; napisał do swegowładcy list pełen wylewów serca, ofiarował mu swoje talenty oraz kilkamilionów, powtarzając, że jego ministrowie to jakobini działający w zmowie z paryskimi menerami.

Ósmego marca o szóstej rano margrabia, ustrojony we wszystkie ordery,przepisywał pod dyktandem starszego syna brulion trzeciej już depeszy;z całą powagą kreślił ją pięknym i starannym pismem na papierze ozdobionym maleńkim portrecikiem władcy. W tej samej chwili Fabrycy kazał się oznajmić hrabinie Pietranera.

— Jadę — rzekł — śpieszę do cesarza, który jest też królem Włoch; on takkochał twego męża, ciociu! Jadę przez Szwajcarię. Tej nocy w Menagio mójprzyjaciel Vasi, ten, co ma sklep z barometrami, dał mi swój paszport; terazty mi daj kilka napoleonów, bo ja mam tylko dwa: ale jeżeli trzeba, pójdępieszo.

Hrabina płakała z radości i lęku.

— Wielki Boże! Czemuż ci to przyszło do głowy! — wykrzyknęła, ściskającręce Fabrycego.

Wstała, wydobyła z szafy z bielizną starannie ukrytą sakiewkę naszywanąperełkami: było to wszystko, co posiadała na świecie.

— Weź — rzekła — ale na miłość boską, nie narażaj się na śmierć. Cóżzostanie nieszczęśliwej matce i mnie, gdyby ciebie brakło? Co się tyczyzwycięstwa Napoleona, to niemożliwe, moje biedne dziecko: nasi panowiepotrafią go zgładzić. Czyś nie słyszał przed tygodniem w Mediolanie historiidwudziestu trzech projektów zamordowania go, tak doskonale obmyślonych, że uniknął ich jedynie cudem? A wówczas był wszechmocny! Widzisz,że naszym wrogom nie zbywa na dobrych chęciach, aby go zgubić: od jegoupadku Francja była niczym. — Hrabina mówiła o losie Napoleona z najwyższym wzruszeniem. — Pozwalając ci śpieszyć doń, poświęcam mu wszystko,co mam najdroższego na świecie — mówiła.

Oczy Fabrycego zwilgły, rozpłakał się, ściskając hrabinę, ale ani na chwilę nie zachwiał się w zamiarze. Z zapałem tłumaczył drogiej przyjaciółceracje, które go skłaniały, a które my pozwolimy sobie uważać za nader pocieszne.

— Wczoraj wieczór, siedem minut przed szóstą, przechadzaliśmy się, jakwiesz, nad jeziorem w alei jaworowej poniżej Casa Sommariva i szliśmyw kierunku południowym. Wówczas zauważyłem z dala statek z Como,niosący tę wielką nowinę. Gdy tak patrzyłem na ów statek, nie myśląco cesarzu i jedynie zazdroszcząc losu tym, którzy mogą podróżować,ogarnęło mnie głębokie wzruszenie. Statek przybił do lądu, agent szepnąłcoś cicho do ojca, który zbladł i wziął nas na stronę, aby nam oznajmićstraszną nowinę. Obróciłem się ku jezioru, aby ukryć łzy radości,którymi spłynęły moje oczy! Naraz, na olbrzymiej wysokości, po prawejręce ujrzałem orła, ptaka Napoleona: płynął majestatycznie, obracając sięw stronę Szwajcarii, a tym samym Paryża. „I ja — powiedziałem sobie —przebędę Szwajcarię z szybkością orła, aby ofiarować temu wielkiemuczłowiekowi niewiele wprawdzie, ale wszystko, co mogę: pomoc megowątłego ramienia.” Chciał nam dać ojczyznę i kochał mego wuja. W jednejchwili, nim orzeł znikł mi z oczu, łzy moje przestały płynąć; dowodem zaś, żeowa myśl przyszła mi z góry, jest to, iż ledwo powziąłem ten zamiar,znalazłem w głowie środki uskutecznienia go. W mgnieniu oka wszystkiesmutki, które, jak wiesz, trują moje życie, zwłaszcza w niedzielę, pierzchły,jak gdyby rozpędzone tchnieniem bożym. Ujrzałem obraz Italii podnoszącej się z błota, w którym grążą ją Niemcy; wyciągała obolałe, jeszcze nawpół zakute w kajdany ramiona ku swemu królowi i wybawcy. „A ja — powiadałem sobie — nieznany jeszcze syn tej nieszczęsnej matki, pójdę,pójdę umrzeć lub zwyciężyć z tym człowiekiem naznaczonym przez los,z tym, który nas chciał obmyć ze wzgardy, jaką nas obrzucają nawetnajbardziej niewolne i spodlone ludy Europy.”

Znasz — dodał ciszej, zbliżając się do hrabiny i wlepiając w nią oczy,z których strzelały płomienie — znasz młody kasztan, który matka mojaw rok mego urodzenia sama zasadziła u źródełka w lesie, o dwie mile stąd;chciałem go odwiedzić, nim cokolwiek postanowię. „Wiosna ledwo sięzaczyna — mówiłem sobie — jeżeli drzewo już puszcza listki, to będzie znak.I mnie trzeba wyjść z odrętwienia, w którym schnę w tym smutnymi zimnym zamku.” Nie uważasz, że te stare sczerniałe mury, dziś symbol,a niegdyś narzędzie despotyzmu, są wiernym obrazem smutnej zimy? Są dlamnie tym, czym zima dla mego drzewa.

Czy uwierzyłabyś, Gino? Wczoraj wieczór, o wpół do ósmej, przybyłempod mój kasztan; miał małe listki, już dosyć rozwinięte! Ucałowałem jedelikatnie. Skopałem z szacunkiem ziemię dokoła ukochanego drzewa.Natychmiast, ożywiony świeżym zapałem, przebyłem górę, dotarłem doMenagio: trzeba mi było zdobyć paszport do Szwajcarii. Czas leciał, byłapierwsza po północy, kiedym się znalazł pod domem Vasiego. Myślałem, żetrzeba mi będzie długo się dobijać, nim go zbudzę; ale nie spał, siedziałw pokoju z trzema przyjaciółmi. Na moje pierwsze słowo krzyknął: „Idzieszdo Napoleona!” — i rzucił mi się na szyję. Tamci również uścisnęli mniez zapałem. „Czemuż jestem żonaty!” — wzdychał jeden.

Pani Pietranera zamyśliła się; uważała, że trzeba się zdobyć na jakieśperswazje. Gdyby Fabrycy miał bodaj trochę doświadczenia, zrozumiałby,że hrabina sama nie wierzy w argumenty, które wytacza. Ale w brakudoświadczenia miał decyzję; ani słuchał tych argumentów! W końcuhrabina ograniczyła się do prośby, aby bodaj uwiadomił matkę o swymzamiarze.

— Powie siostrom i te baby zdradzą mnie ani wiedząc kiedy! — wykrzyknął Fabrycy z odcieniem heroicznej dumy.

— Mówże z większym szacunkiem — rzekła hrabina, uśmiechając się przezłzy — o płci, której będziesz zawdzięczał swój los; bo mężczyźni nigdy niebędą cię lubili: za wiele masz ognia dla poziomych dusz.

Margrabina rozpłakała się na wiadomość o dzikim projekcie syna; nieodczuła jego heroizmu i czyniła, co mogła, aby go zatrzymać. Skoro pojęła,że nic w świecie, z wyjątkiem murów więzienia, nie zdołałoby go wstrzymać,oddała mu tę trochę pieniędzy, które posiadała; potem przypomniała sobie,że właśnie ma kilka niedużych diamentów, wartości może dziesięciu tysięcyfranków, które margrabia powierzył jej wczoraj, aby je dała oprawićw Mediolanie. Siostry weszły w chwili, gdy hrabina zaszywała te brylancikiw podróżne suknie naszego bohatera; nie chciał przyjąć od niebożątek ichparu biednych napoleonów. Siostry były tak zachwycone projektem, ściskały Fabrycego z tak hałaśliwą radością, że chwycił parę diamentów jeszczenie zaszytych i chciał natychmiast jechać.

— Zdradzicie mnie bezwiednie — rzekł. — Skoro mam tyle pieniędzy, niema co zabierać rzeczy, dostanę wszystkiego.

Uścisnął drogie istoty i puścił się natychmiast w podróż, nie wstępującnawet do swego pokoju. Szedł tak szybko, wciąż bojąc się konnej pogoni, żewieczorem jeszcze znalazł się w Lugano. Dzięki niebu był na ziemiszwajcarskiej i nie obawiał się już, iż zapłaceni przez ojca żandarmi mogą goująć na pustym gościńcu. Stamtąd napisał do ojca list: słabostka młokosa,która spotęgowała wściekłość margrabiego. Fabrycy najął konia, przebyłŚwiętego Gotarda i, jadąc bardzo śpiesznie, wszedł w granice Francji przezPontarlier. Cesarz był w Paryżu. Tu zaczęły się niedole Fabrycego; wyruszyłz niezłomnym postanowieniem mówienia z cesarzem; nie przyszło mu dogłowy, że to może być rzeczą trudną. W Mediolanie widywał dziesięć razyna dzień księcia Eugeniusza i mógł z nim mówić. W Paryżu co rano chodziłna dziedziniec Tuilerii przyglądać się rewiom cesarskim; ale ani razu niemógł się zbliżyć do cesarza. Bohater nasz sądził, że wszyscy Francuzi są jakon głęboko wzruszeni niebezpieczeństwem grożącym ojczyźnie. W gospodzie, w której stanął, przy stole nie robił tajemnicy ze swych projektów i zeswego zapału; spotkał tam młodych ludzi nader miłych, jeszcze większychentuzjastów od niego, którzy w krótkim czasie zdołali go okraść doostatniego szeląga. Szczęściem przez czystą skromność nie wspomniał imo diamentach, które miał od matki. Rano, po hulance, w czasie którejokradziono go ostatecznie, kupił dwa piękne konie, zgodził za służącegoeks-żołnierza, obecnie stajennego u koniarza, i pełen wzgardy dla paryskich pyskaczy, puścił się do armii. Nie wiedział nic prócz tego, że gromadzi sięw okolicy Maubeuge. Skoro znalazł się na granicy, wzdrygnął się na myśl, żemiałby się grzać przy ogniu w gospodzie, gdy żołnierze są w biwakach.Mimo perswazji służącego, który miał zapasik zdrowego rozsądku, wmieszał się nierozważnie między pierwsze biwaki na drodze do Belgii. Ledwiedotarł do batalionu obozującego tuż koło gościńca, żołnierze zaczęli sięprzyglądać temu młodemu cywilowi, którego strój w niczym nieprzypominał uniformu. Noc zapadała, był bardzo zimny wiatr. Fabrycyzbliżył się do ognia i poprosił o użyczenie mu miejsca, ofiarując zapłatę.Żołnierze spojrzeli po sobie, zdziwieni, zwłaszcza pomysłem zapłaty,i zrobili mu poczciwie miejsce; służący pomógł mu się rozłożyć. Ale kiedyw godzinę później adiutant przechodził koło biwaku, żołnierze opowiedzielimu o zjawieniu się cudzoziemca licho mówiącego po francusku. Adiutantzaczął wypytywać Fabrycego, który zaczął prawić o swoim entuzjazmie dlacesarza z bardzo podejrzanym akcentem; na co podoficer ów zaprosił go,aby się z nim udał do pułkownika stojącego kwaterą w sąsiedniej wiosce.Służący Fabrycego zbliżył się z dwoma końmi. Widok ich tak zainteresowaładiutanta, że zmienił zamiar i wziął na spytki służącego. Ten stary żołnierz,zgadując od razu plan interlokutora, napomknął o wysokich stosunkachswego pana, wyrażając przekonanie, że nikt chyba nie ma zamiaru zwędzić mu jego pięknych koni. Natychmiast żołnierz, przywołany przezadiutanta, wziął go za kołnierz, drugi zaopiekował się końmi, po czymz surową miną adiutant kazał Fabrycemu iść za sobą bez repliki.

Przeprowadziwszy go tak dobrą milę pieszo, w ciemności, którą nieprzeliczone ognie biwaków czyniły tym grubszą, adiutant oddał Fabrycegooficerowi żandarmerii; ten z poważną miną zażądał odeń papierów.Fabrycy pokazał paszport, w którym figurował jako handlarz barometrówpodróżujący z towarem.

— Cóż za głupcy! — wykrzyknął oficer. — To już za gruby kawał!

Zadał parę pytań naszemu bohaterowi, który zaczął mówić o cesarzui wolności z najwyższym zapałem, na co oficer żandarmerii parsknąłserdecznym śmiechem.

— Do paralusza! Nie jesteś sprytny! — krzyknął. — To już zanadtośmieszne, żeby nam tu nasyłać takich smarkaczy. — I mimo zapewnieńFabrycego, który dowodził na wszystkie sposoby, że w istocie nie jesthandlarzem barometrów, oficer odesłał go do więzienia w B..., w sąsiednimmiasteczku, dokąd nasz bohater przybył o trzeciej rano, dławiąc sięz wściekłości i upadając ze znużenia.

Fabrycy, najpierw zdumiony, a później wściekły, nie rozumiejąc absolutnie nic, spędził trzydzieści trzy długie dni w nędznym więzieniu; pisał list poliście do komendanta placu, żona zaś dozorcy, hoża trzydziestosześcioletniaFlamandka, podejmowała się doręczać te listy. Ale ponieważ nie miaławcale ochoty narażać tak ładnego chłopca — który przy tym płacił wcaledobrze — na rozstrzelanie, bez cerenionii rzucała listy w ogień. Wieczorem,bardzo późno, słuchała cierpliwie skarg więźnia; powiedziała mężowi, żesmarkacz ma pieniądze, wskutek czego roztropny dozorca zostawił jejzupełną swobodę. Skorzystała z pozwolenia i zarobiła kilka napoleonów,adiutant bowiem zabrał tylko konie, oficer zaś żandarmerii nie skonfiskował zgoła nic. Pewnego czerwcowego popołudnia Fabrycy usłyszał odległąkanonadę. Biją się wreszcie! Serce zadygotało mu z niecierpliwości. Usłyszał zgiełk w mieście: w istocie dokonywano znacznych przesunięć, trzydywizje przechodziły przez B... Kiedy koło jedenastej wieczór żona dozorcyprzyszła dzielić jego niedole, Fabrycy był jeszcze czulszy niż zwykle; poczym, ściskając ją za ręce, rzekł:

— Wypuść mnie stąd; przysięgam na honor, że wrócę do więzienia, jaktylko skończą się bić.

— Ot, bajdurzysz! Masz gronie? — wydawał się niespokojny, nierozumiał słowa „gronie”. Dozorczyni widząc ten gest osądziła, że źródłowyschło, i zamiast, jak zamierzała, mówić o dukatach, wspomniała jedynieofrankach. — Słuchaj — rzekła — jeżeli możesz wyłożyć jakie sto franków,przymknę dubeltowym napoleonem każde oko kaprala, który ma w nocyzmieniać wartę. Nie zobaczy, jak czmychniesz z więzienia: jeżeli jego pułkma odmaszerować jutro, przyjmie.

Dobili targu. Żona dozorcy zgodziła się nawet ukryć Fabrycego w swoimpokoju, skąd rano będzie się mógł łatwiej wymknąć. Nazajutrz, przedświtem, roztkliwiona kobieta rzekła do Fabrycego:

— Mój chłopcze, za młody jesteś na takie szpetne rzemiosło: wierzaj mi,nie rób tego więcej!

— Jak to! — powtarzał Fabrycy — więc zbrodnią jest bronić ojczyzny?

— Dajmy już pokój. Pamiętaj zawsze, że ja ci ocaliłam życie: sprawa byłazupełnie jasna, czekała cię kulka w łeb. Ale nie mów o tym nikomu, bo byśmy oboje z mężem stracili miejsce; zwłaszcza nie powtarzaj już tychbredni o mediolańskim szlachcicu przebranym za handlarza barometrów:to za głupie. Słuchaj mnie dobrze: dam ci mundur huzara, który przedwczoraj umarł w więzieniu; gadaj jak najmniej, a gdyby cię kwatermistrz albooficer zagadnęli w ten sposób, że byłbyś zmuszony odpowiedzieć, mów, żeśleżał chory u chłopa, który cię zgarnął przez litość, drżącego z febryw przydrożnym rowie. Jeżeli im to jeszcze nie wystarczy, dodaj, że idzieszdo swego pułku. Przytrzymają cię może dla twego akcentu; wówczaspowiedz, że jesteś z Piemontu, rekrut, który został we Francji od zeszłegoroku itd.

Pierwszy raz po trzydziestu trzech dniach wściekłości Fabrycy zrozumiałzagadkę. Brano go za szpiega. Rozgadał się z żoną dozorcy, która tego ranabyła bardzo czuła; podczas gdy, uzbrojona igłą, zwężała mundur huzara,opowiedział zdumionej kobiecie swą historię. Uwierzyła przez chwilę; miałtak naiwny wyraz i tak mu było ładnie za huzara!

— Skoro masz taką ochotę się bić — rzekła wreszcie wpółprzekonana trzebaż było przybywszy do Paryża zaciągnąć się do pułku. Zapłaciłbyśbutelkę wina kwatermistrzowi, i po wszystkim!

Dała mu wiele dobrych rad na przyszłość; wreszcie o świcie wyprawiłaFabrycego, kazawszy sobie przysiąc po sto razy, że nigdy, co bądź by sięstało, nie wymieni jej. Skoro Fabrycy opuścił miasteczko, wędrując raźnoz huzarską szablą pod pachą, poczuł skrupuły. „Otom jest w ubraniui z marszrutą huzara zmarłego w więzieniu, gdzie się podobno znalazł zakradzież krowy i srebrnego nakrycia! — powiedział sobie. — Wszedłemw jego osobowość... i to mimo woli, nie przeczuwając czegoś podobnego!To pachnie więzieniem!... Wróżba jest jasna: czeka mnie dużo złegow więzieniu.”

Nie minęła godzina, jak Fabrycy rozstał się ze swą wybawczynią, kiedypuścił się tak gwałtowny deszcz, iż świeżo upieczony huzar ledwie mógł iśćw grubych buciorach nie na jego miarę. Spotkał wieśniaka na lichym koniu;kupił konia, porozumiewając się na migi: dozorczyni zaleciła mu jaknajmniej się odzywać z przyczyny akcentu.

Tego dnia armia wygrawszy bitwę pod Ligny maszerowała na Brukselę;było to w przeddzień Waterloo. Około południa, wśród ciągłej ulewy,Fabrycy usłyszał huk armat; szczęście to sprawiło, iż zapomniał o chwilachrozpaczy, jakie przeżył w niezasłużonym więzieniu. Jechał tak do późnej nocy, że zaś nabrał nieco rozsądku, poszukał kwatery w chałupie bardzoodległej od gościńca. Wieśniak lamentował i twierdził, że mu wszystkozabrano; Fabrycy dał mu talara — dostał owsa. „Koń mój nie jest zbyturodziwy — myślał — ale to nic, mógłby wpaść w oko jakiemu adiutantowi.”Za czym ułożył się w stajni koło niego. Nazajutrz na godzinę przed świtembył na gościńcu i, klepiąc konia po szyi, zdołał go skłonić do truchtu. Kołopiątej usłyszał kanonadę: była to przygrywka do Waterloo.

Rozdział trzeci

Niebawem Fabrycy trafił na markietanki, a serdeczna wdzięczność,jaką czuł dla dozorczyni w B..., sprawiła, że zwrócił się do nich; spytałjednej, gdzie znajduje się czwarty pułk huzarów, jego pułk.

— Nie masz się co tak śpieszyć, żołnierzyku — rzekła markietanka,wzruszona bladością i ładnymi oczami Fabrycego. — Nie masz dość tęgiejgarści na dzisiejszą młockę. Gdybyś jeszcze miał fuzję, nie mówię: mógłbyśz niej wygarnąć nie gorzej od innych.

Rada ta podrażniła Fabrycego; ale daremnie zacinał konia, nie mógłwyprzedzić wózka markietanki. Od czasu do czasu huk stawał się jakbybliższy i utrudniał porozumienie. Fabrycy bowiem był w takim upojeniu, żenawiązał rozmowę. Każde słowo markietanki zdwajało jego szczęście.Z wyjątkiem prawdziwego nazwiska i ucieczki z więzienia, opowiedziałwszystko tej kobiecie, która zdawała się tak poczciwa.

Była zdumiona; nie umiała zrozumieć tego, co jej opowiadał pięknyżołnierzyk.

— Cha! cha! domyślam się! — wykrzyknęła z tryumfem — jesteś młodycywil, zakochany w żonie jakiegoś kapitana z czwartego pułku huzarów.Twoja lubka sprawiła ci ten uniform i gonisz za nią. To pewna, jak Bóg naniebie, żeś nigdy nie był żołnierzem, ale widać jesteś dzielny chłopak i skorotwój pułk jest w ogniu, chcesz się tam pokazać, aby nie uchodzić za kapłona.

Fabrycy zgodził się na wszystko; był to jedyny sposób uzyskania wskazówek. „Nie znam zupełnie obyczaju tych Francuzów — myślał — jeżeli mnąktoś nie pokieruje, znowu się dostanę do więzienia i skradną mi konia.”

— Najpierw, mój mały — rzekła markietanka coraz życzliwiej usposobiona — przyznaj, że nie masz dwudziestu lat: najwyżej siedemnaście.

Była to prawda; Fabrycy przyznał ją chętnie.

— Zatem nie jesteś nawet rekrutem; jedynie dla pięknych oczu damulkiidziesz kark skręcić. Dalipan! niezły ma gust. Jeśli masz jeszcze trochę tychdusiów, któreś od niej dostał, trzeba po pierwsze, abyś sobie kupił innegokonia: patrz, jak twoja szkapa nastawia uszu, kiedy armata huknie trochębliżej — to chłopski koń, który cię przyprawi o śmierć, skoro się znajdzieszw szeregu. Ten biały dym, który tu widzisz, o, nad płotem, to ogień rotowy, malcze! Przygotuj się na tęgiego pietra, gdy zaczną gwiżdać kule. Radziłabym ci też zjeść coś, póki jeszcze czas.

Fabrycy usłuchał rady i podając markietance napoleona, poprosił, abysobie wzięła należność.

— To litość bierze! — krzyknęła kobieta — biedny malec, nawet nie umiesię rozpłacić! Wart byłbyś, abym, schowawszy napoleona, podcięła batemmoją Kokotkę; zjadłaby diabła twoja szkapa, nim by ją dogoniła. Cóż byśzrobił, niedojdo, gdybym tak dała nogę? Dowiedz się, że gdy armaty grają,nie pokazuje się nigdy złota. Ot — rzekła — masz tu osiemnaście frankówpięćdziesiąt centymów: śniadanie kosztowało cię trzydzieści su. Terazznajdziemy niebawem jakie konie na sprzedaż. Jeżeli konik mały, dasz zaniego dziesięć franków, w żadnym zaś razie nie więcej niż dwadzieścia,choćby to był koń samego świętego Jerzego.

Gawędę przerwała kobieta, która szła przez pola i przecięła im drogę.

— Hop, hop, hej! — krzyknęła do markietanki — hej, Małgoś! Szóstyszwoleżerów jest na prawo!

— Musimy się rozstać, mały — rzekła markietanka do naszego bohatera — ale doprawdy żal mi cię; udałeś mi się, psiakość! Nic nie wiesz, nic nieumiesz, zmiotą cię, jak Bóg na niebie! Chodź do szóstego szwoleżerów!

— Wiem dobrze, że nic nie umiem — rzekł Fabrycy — ale chcę się bić i mamzamiar iść tam, aż do tego białego dymu.

— Patrz, jak ten koń strzyże uszami! Skoro znajdzie się tam, ta chabetaweźmie na kieł, puści się galopa i Bóg wie dokąd cię zaniesie. Chcesz dobrejrady? Skoro dojdziesz tam, gdzie się biją, podnieś jaką fuzję i ładownicę,stań w szeregu z żołnierzami i rób wszystko jak oni. Ale, Boże drogi, idęo zakład, że ty nie potrafisz nawet odgryźć ładunku.

Fabrycy, bardzo dotknięty, wyznał wszelako nowej przyjaciółce, żezgadła.

— Biedny mały, zabiją go od razu, jak mi Bóg miły! Musisz iść ze mną — rzekła markietanka stanowczo.

— Ja chcę się bić.

— Będziesz się bił, nie bój się; szósty szwoleżerów to chwaty; jest dziśzresztą robota dla wszystkich.

— A kiedyż zajdziemy do pułku?

— Za kwadrans najdalej.

„Pod opieką tej zacnej kobiety — pomyślał Fabrycy — mimo mejnieświadomości nie wezmą mnie za szpiega i będę się mógł bić.”

W tej chwili armaty zagrały mocniej, jeden strzał następował po drugim.

— Istny różaniec — rzekł Fabrycy.

— Można już rozróżnić salwy — rzekła markietanka, podcinając konika,wyraźnie podnieconego bitwą.

Skręciła na prawo i puściła się na przełaj przez łąki; błota było na półłokcia; wózek omal nie ugrzązł, Fabrycy musiał go popychać. Koń upadł mudwa razy; niebawem droga stała się suchsza, biegnąc jedynie ścieżką wśródmurawy. Nim Fabrycy ujechał pięćset metrów, koń zatrzymał się: trup leżałw poprzek ścieżki przyprawiając o wzdrygnięcie jeźdźca i wierzchowca.

Twarz Fabrycego, zazwyczaj blada, przybrała odcień zielony; markietanka przyjrzawszy się trupowi mruknęła do siebie: „to nie z naszej dywizji.” Następnie, spojrzawszy na naszego bohatera, parsknęła śmiechem.

— Cha, cha! malcze! — wykrzyknęła. — Nie cacy?

Fabrycy stał zdrętwiały. Najbardziej uderzyły go straszliwie brudne nogitrupa, którego już obdarto z trzewików, zostawiając mu jedynie nędznespodnie splamione krwią.

— Chodź no — rzekła markietanka — zejdź z konia, musisz się przyzwyczaić. O, patrz! — wykrzyknęła. — Dostał w samą głowę!

Kula, wszedłszy w okolicy nosa, wyszła przeciwną skronią, zniekształcającohydnie trupa; jedno oko miał otwarte.

— Złaźże, malcze, i weź go za rękę, zobaczymy, czy cię uściśnie.

Bez wahania, mimo iż wpółomdlały ze wstrętu, Fabrycy zeskoczyłz konia, ujął trupa za rękę i wstrząsnął nią mocno; po czym stał chwilę jakmartwy: czuł, że nie ma siły wsiąść na konia. Najbardziej przejmowało gowstrętem to otwarte oko.

„Markietanka pomyśli, że jestem tchórz” — myślał z goryczą. Aleniepodobna mu było uczynić kroku; upadłby. Była to straszna chwila;Fabrycy czuł, że bliski jest wymiotów. Markietanka spostrzegła to, skoczyłażwawo i podała mu bez słowa kieliszek wódki, którą wypił jednym haustem;po czym mógł wsiąść na konia i jechał dalej w milczeniu. Markietankaspoglądała nań od czasu do czasu spod oka.

— Będziesz się bił jutro, mały — rzekła wreszcie — dziś zostaniesz ze mną.Sam widzisz, że musisz nawyknąć.

— Właśnie że nie; ja chcę się bić zaraz! — wykrzyknął nasz bohaterz ponurą zawziętością, która spodobała się markietance. Huk stawał sięcoraz mocniejszy i jakby bliższy. Strzały zlewały się w jeden basowypomruk; nie było żadnej pauzy między jednym strzałem a drugim, a na tle tego ciągłego basu, przypominającego łoskot dalekiego strumienia, możnabyło rozróżnić salwy karabinowe.

W tej chwili droga zapuściła się w mały gaik. Markietanka ujrzała kilkunaszych biegnących pędem w jej stronę; zeskoczyła lekko z wózka i ukryłasię o kilkanaście kroków od drogi. Zaszyła się w jamę powstałą po wyrwiewielkiego drzewa. „Pokaże się — pomyślał Fabrycy — czy jestem tchórz!”Stanął koło opuszczonego wózka i wydobył szablę. Żołnierze nie zwrócilinań uwagi i przebiegli pod samym lasem, na lewo od drogi.

— To nasi — rzekła spokojnie markietanka, wracając zdyszana do wózka.

— Gdyby twój koń zdolny był galopować, posłałabym cię naprzód aż na skrajlasu, zobaczyć, czy jest kto na równinie.

Fabrycy nie dał sobie dwa razy powtarzać, ułamał witkę topolową, odarłją z liści i zaczął okładać konia co sił; szkapa puściła się chwilę galopem, poczym wróciła do truchcika. Markietanka wypuściła konia galopem.

— Czekaj no, czekaj! — krzyczała za Fabrycym.

Niebawem znaleźli się oboje w otwartym polu. Dotarłszy na skraj łąki,usłyszeli straszliwy hałas, armaty i karabiny grały ze wszystkich stron, naprawo, na lewo, z tyłu. Ponieważ lasek, z którego wyjechali, rósł na wzgórkuna jakie osiem lub dziesięć stóp nad równiną, ujrzeli dość wyraźnie kawałekbitwy; ale właściwie na łączce nie było nikogo. Łąkę tę odcinał, o jakie tysiąckroków, długi rząd bujnych wierzb; nad tymi wierzbami widać było białydym, który niekiedy wzbijał się krętą smugą ku niebu.

— Gdybym tylko wiedziała, gdzie jest mój pułk — mówiła markietanka,skłopotana. — Nie możemy jechać przez tę łąkę. Słuchaj, ty — rzekła doFabrycego — jeżeli natkniesz się na wroga, bierz go od razu sztychem, niebaw się w rąbaninę.

W tej chwili markietanka spostrzegła czterech żołnierzy, o którychmówiliśmy wyżej: wychylili się z lasu na równinę na lewo od drogi. Jeden byłkonno.

— To coś dla ciebie — rzekła do Fabrycego. — Hej tam! — krzyknęła dotego, który był na koniu — chodź no się napić kieliszek wódki. — Żołnierzezbliżyli się. — Gdzie jest szósty szwoleżerów?! — krzyknęła.

— Tam, o pięć minut stąd, nad kanałem, za wierzbami: ubili im pułkownika Macon.

— Chcesz pięć franków za konia?

— Pięć franków! Żartujecie zdrowo, mateczko, oficerski koń! Nie miniekwadrans, jak go sprzedam za pięć napoleonów.

— Daj mi jednego napoleona — rzekła markietanka do Fabrycego.

Następnie zbliżywszy się do żołnierza na koniu rzekła: — Złaź prędko, masztu napoleona.

Żołnierz zsiadł. Fabrycy wesoło skoczył na siodło, markietanka zdejmowała zawiniątko przypięte do siodła.

— Nuże, pomóżcie mi! — rzekła do żołnierzy. — Pozwalacie się trudzićdamie?

Ale ledwie nowy wierzchowiec poczuł tobołek, zaczął stawać dęba.

Fabrycy, mimo że jeździł bardzo dobrze, musiał dołożyć wszelkich starań,aby go opanować.

— Dobry znak — rzekła markietanka — jaśnie pan nie przyzwyczajony dotłumoków.

— Generalski koń! — wykrzyknął żołnierz, który go sprzedał — wartdziesięć napoleonów jak bułka za grosz.

— Ma pan jeszcze dwadzieścia franków — rzekł Fabrycy, nie posiadając sięz radości, że ma pod sobą tak dziarskie zwierzę.

W tej chwili kula wpadła między wierzby biorąc je z ukosa; Fabrycyujrzał, jak gałązki, ścięte niby kosą, rozsypały się na obie strony.

— Oho, koncercik się przybliża — rzekł żołnierz, biorąc dwadzieściafranków.

Mogło być około drugiej.

Fabrycy był jeszcze pod wrażeniem niezwykłego widowiska, kiedygromadka generałów, wiodąc za sobą jakich dwudziestu huzarów przebyła w galopie skraj rozleglej łąki; koń Fabrycego zarżał, wspiął się kilkarazy, po czym gwałtownie szarpnął uzdę. „Niech i tak będzie!” — pomyślałFabrycy.

Koń, puszczony wolno, ruszył z kopyta i dognał eskortę towarzyszącągenerałom. Fabrycy naliczył cztery pióropusze. W kwadrans potem ze słówhuzara jadącego tuż obok Fabrycy odgadł, że jednym z generałów jestsłynny marszałek Ney. Szczęście jego nie miało granic, ale nie mógł zgadnąćktóry, dałby wszystko, aby się dowiedzieć, ale przypomniał sobie, że nietrzeba się odzywać. Eskorta zatrzymała się przed szerokim rowem pełnymwody z wczorajszego deszczu; rów otoczony był wielkimi drzewami i zamykał od lewej strony łąkę, na której Fabrycy kupił konia. Prawie wszyscyhuzarzy zsiedli; brzeg był stromy i śliski, a powierzchnia wody o kilka stópponiżej łąki. Fabrycy, upojony radością, więcej myślał o marszałku Neyui o sławie niż o swoim koniu, który, mocno podniecony, wjechał w kanał bryzgając wodą. Jeden z generałów, ochlastany od stóp do głów, zakląłwściekły: „Bydlę zas...e!” Fabrycy uczuł się głęboko dotknięty tą zniewagą.,,Czy mogę zażądać satysfakcji?” — myślał. Na razie chcąc dowieść, że niejest tak niezgrabny, postanowił wjechać na przeciwległy brzeg; ale brzeg byłstromy i wysoki na jakie pięć do sześciu stóp. Trzeba było dać za wygraną;za czym puścił się wpław wzdłuż kanału, przy czym koń miał wody po uszy.Wreszcie napotkał łagodniejszy spadek, widocznie dla pojenia koni; w tensposób dostał się bez trudu na drugą stronę. Znalazłszy się tam pierwszyz całego oddziału jechał dumnie brzegiem, gdy huzarzy szamotali się jeszczew kanale, dosyć zakłopotani swą pozycją, bo w wielu miejscach woda byłana pięć stóp. Niektóre konie, przestraszone, próbowały płynąć, chlapiącstraszliwie dokoła. Wachmistrz zauważył manewr tego smarkacza tak małowyglądającego na żołnierza.

— Siadać, jest wodopój na lewo! — zawołał. Niebawem wszyscy dostali się naląd.

Na drugim brzegu Fabrycy znalazł się sam z generałami; huk armat jakbysię zdwoił; ledwie tedy usłyszał owego obryzganego przezeń generała, którykrzyknął mu w ucho:

— Skąd wziąłeś tego konia?

Fabrycy był tak zmieszany, że odpowiedział po włosku:

L'ho comprato poco fa. (Kupiłem go przed chwilą.)

— Co ty gadasz?! — krzyknął generał.

Ale huk zrobił się w tej chwili taki, że Fabrycy nie mógł mu odpowiedzieć. Musimy przyznać, że bohater nasz był w tej chwili bardzo małobohaterski. Strach wszelako zajmował u niego dopiero drugie miejsce; raziłgo przede wszystkim łoskot, od którego pękały mu bębenki. Eskorta puściłasię galopem, jechali szmatem zoranego pola, ciągnącego się za kanałem.Pole było zasłane trupami.

— Raki! raki! — krzyczeli radośnie huzarzy z eskorty. Zrazu Fabrycy niezrozumiał; wreszcie spostrzegł, że w istocie prawie wszystkie trupy miałyczerwone mundury. Jedno przejęło go dreszczem: zauważył, iż wielunieszczęśliwych czerwonych żyło jeszcze; krzyczeli widocznie o pomoc, alenikt nie zważał na to. Bohater nasz, pełen ludzkości, dokładał wysiłków, abykoń jego nie nastąpił na żadnego z czerwonych. Eskorta zatrzymała się;Fabrycy, który nie dość pamiętał o żołnierskich obowiązkach, galopowałciągle, wpatrzony w jakiegoś rannego.

— Zatrzymasz ty się, smarkaczu! — wrzasnął za nim wachmistrz. Fabrycy spostrzegł, iż wyprzedził o dwadzieścia kroków generałów, i to właśnie z tejstrony, w którą wycelowali lornety. Wracając, aby zająć miejsce za innymihuzarami, którzy zostali o kilka kroków, ujrzał najwyższego z generałów,jak przemawiał do drugiego, również generała, rozkazującym tonem,niemal łając; klął przy tym obficie. Fabrycy nie mógł powstrzymać ciekawości; mimo rady, jaką mu dała poczciwa żona dozorcy, aby się jaknajmniej odzywał, obmyślił bardzo poprawne francuskie zdanie i zagadnąłsąsiada:

— Kto jest ten generał, który tak psioczy na drugiego?

— Któż ma być? Marszałek.

— Co za marszałek?

— Ney, ciemięgo. A gdzieżeś ty służył dotąd?

Fabrycemu, mimo że był tak drażliwy, nie postało w głowie się obrazić;pogrążony w dziecinnym podziwie, przyglądał się temu sławnemu księciu Moskwy, chwatowi nad chwaty.

Znowu puścili się galopem. W kilka chwil później Fabrycy ujrzał nadwadzieścia kroków przed sobą orną ziemię, ruszającą się w osobliwysposób. Bruzdy były pełne wody, wilgotna zaś ziemia, tworząca zagonywśród tych bruzd, leciała raz po raz na parę staj w górę czarnymi grudkami.Fabrycy zauważył mimochodem to dziwne zjawisko, po czym myśl jegoznów utonęła w dumaniach o sławie marszałka. Usłyszał za sobą nagłykrzyk: to dwaj huzarzy padli ugodzeni kulami; kiedy się obejrzał, byli jużdwadzieścia kroków za eskortą. Ujrzał rzecz straszną: zakrwawionegokonia, który się miotał na roli, plącząc nogi we własnych wnętrznościach — chciał gnać za innymi. Krew spływała do błota.

„Ha! jestem nareszcie w ogniu! — powiadał sobie. — Widziałem ogień! powtarzał z zadowoleniem. — Jestem prawdziwy żołnierz.” W tej chwilieskorta pędziła co koń wyskoczy; bohater nasz zrozumiał, że to kulerozpryskują ziemię ze wszystkich stron. Daremnie rozglądał się, skąd tekule; widział biały dym baterii w ogromnej odległości, ale w ciągłymi jednostajnym warczeniu armat zdawało mu się, że słyszy o wiele bliższestrzały: nic nie rozumiał.

W tej chwili generałowie wraz z eskortą zjechali w dróżkę pełną wody,znajdującą się o pięć stóp poniżej.

Marszałek zatrzymał się i znów wymierzył lornetę. Tym razem Fabrycymógł mu się przyjrzeć do woli; był to jasny blondyn z dużą czerwoną twarzą.

„Nie mamy takich twarzy we Włoszech — pomyślał. — Ja, taki blady, z ciemnymi włosami, nigdy nie będę doń podobny” — dodał ze smutkiem.Dla Fabrycego słowa te znaczyły: „Nigdy nie będę bohaterem.” Popatrzyłna huzarów: z wyjątkiem jednego wszyscy mieli płowe wąsy. Gdy Fabrycyprzyglądał się huzarom z eskorty, oni też patrzyli na niego. Zarumienił się;aby ukryć zmieszanie, zwrócił głowę w stronę nieprzyjaciela. Były to długieszeregi czerwonych ludzi, ale — co go mocno zdziwiło — zdali mu się bardzomali. Długie ich linie — pułki czy dywizje — widziały mu się nie wyższe niżpłoty. Szereg czerwonych jeźdźców przybliżał się ku dróżce, którą marszałek i eskorta posuwali się powoli, chlupiąc w błocie. Dym nie pozwalał nicrozróżnić przed sobą; od czasu do czasu na tej białej mgle odcinały sięsylwetki ludzi w galopie.

Nagle od strony nieprzyjaciela Fabrycy spostrzegł czterech ludzi nadjeżdżających pędem. „Aha! atakują nas” — pomyślał; naraz ujrzał, iż dwajz tych ludzi rozmawiają z marszałkiem. Jeden generał ze świty puścił sięgalopem w stronę nieprzyjaciela wraz z dwoma huzarami z eskorty i czterema przybyłymi. Po przebyciu małego kanału Fabrycy znalazł się obokwachmistrza, który wyglądał bardzo dobrodusznie. „Muszę doń zagadać — pomyślał — może przestaną się na mnie gapić.” Długo ważył słowa.

— Proszę pana, pierwszy raz widzę bitwę — rzekł wreszcie — ale czy toprawdziwa bitwa?

— Coś niby. Ale kto ty jesteś?

— Jestem bratem żony kapitana.

— A jakże się ten kapitan nazywa?

Bohater nasz zmieszał się strasznie; nie przewidział tego pytania. Szczęściem marszałek i eskorta znów ruszyli galopem. „Jakie francuskie nazwiskopowiedzieć?” — myślał. W końcu przypomniał sobie nazwisko oberżysty,u którego mieszkał w Paryżu; przysunął się z koniem do wachmistrzai krzyknął z całych sił:

— Kapitan Meunier!

Tamten, nie dosłyszawszy z powodu huku armat, odparł:

— A, kapitan Teulier? Poległ, ubito go.

„Brawo! — pomyślał Fabrycy — trzeba udać zasmuconego.”

— Och, mój Boże! — krzyknął i przybrał stroskaną minę.

Wypadli z bocznej dróżki na łąkę; jechali pędem, kule świstały znowu,marszałek skierował się ku dywizji kawalerii. Eskorta znalazła się wśródtrupów i rannych; ale widok ten nie robił już takiego wrażenia na naszymbohaterze: miał inne rzeczy na głowie.

Gdy eskorta się zatrzymała, ujrzał wózek markietanki; sympatia do tegoczcigodnego korpusu przeważyła wszystko, puścił się wprost ku niej.

— Stójże, psia...! — wrzasnął za nim wachmistrz.

„Co on mi może tu zrobić?” — pomyślał Fabrycy. I dalej galopowałw stronę markietanki. Spinając konia miał nadzieję, że to jest owa poczciwakobiecina, którą poznał dziś rano; koń i wózek były zupełnie podobne, alewłaścicielka była zgoła inna; bohaterowi naszemu wydało się, że ma bardzosrogą minę. Podjeżdżając Fabrycy usłyszał, jak mówi: „A taki był pięknymężczyzna!” Świeżo upieczonego żołnierza czekało tam szpetne widowisko: ucinano nogę wyżej kolana młodemu kirasjerowi, ładnemu i rosłemuchłopcu. Fabrycy zamknął oczy i wypił duszkiem cztery kieliszki wódki.

— Dobrze ciągniesz, smyku! — krzyknęła markietanka.Wódka natchnęła go myślą: „Trzeba mi kupić sobie życzliwość kolegówz eskorty.”

— Poproszę o resztę wódki — powiedział do markietanki.

— Ale czy ty wiesz — odparła — że w taki dzień jak dziś to kosztuje dziesięćfranków?

Dognał eskortę w galopie.

— Cha, cha! przynosisz nam kropelki! — zawołał wachmistrz — po to takzmykałeś! Dawaj!

Butelka poszła w kolej; ostatni, wypiwszy, rzucił ją w górę.

— Dziękuję, kamracie — krzyknął do Fabrycego.

Wszystkie oczy spojrzały nań przyjaźnie. Spojrzenia te zdjęły Fabrycemustufuntowy ciężar z serca; było to jedno z owych zbyt delikatnych serc, którepotrzebują życzliwości. Wreszcie pozyskał sobie kolegów, jest jakiś węzełmiędzy nimi! Fabrycy odetchnął głęboko, po czym swobodnym głosemrzekł do wachmistrza:

— Jeżeli kapitan Teulier zginął, gdzie ja będę mógł odnaleźć siostrę?

Uważał się za młodego Makiawela, że tak gładko powiedział Teulierzamiast Meunier.

— Dowiesz się wieczorem — odparł wachmistrz.

Eskorta ruszyła i skierowała się ku dywizjom piechoty. Fabrycy czuł sięzupełnie pijany; wypił za dużo wódki, kiwał się na siodle; przypomniał sobiemaksymę, którą wygłaszał stangret jego matki; „Kiedy się zaprószyłogłowę, trzeba patrzeć na uszy konia i robić jak drudzy.” Marszałekzatrzymał się dość długo przy kilku korpusach kawalerii, które posłał doataku; ale przez dobrą godzinę bohater nasz nie miał świadomości tego, co się dzieje. Czuł się bardzo zmęczony; gdy koń wypuszczał się galopem, osuwałsię na siodło jak kawał ołowiu.

Naraz wachmistrz krzyknął na swoich ludzi:

— Nie widzicie, sk... syny, cesarza!

Natychmiast eskorta wrzasła na całe gardło:

— Niech żyje cesarz!

Można się domyślić, że bohater nasz wypatrywał oczy, ale ujrzał tylkogalopujących generałów, również na czele eskorty. Długie włosiane ogonyu kasków dragońskich nie pozwoliły mu rozpoznać twarzy. „Tak więcz powodu tej przeklętej wódki nie widziałem cesarza na polu bitwy!” Myślta otrzeźwiła go zupełnie.

Zjechali znów w drogę pełną wody, konie chciały pić.

— Więc to cesarz jechał? — spytał sąsiada.

— No tak, ten w mundurze bez żadnych haftów. Jakżeś go mógł niewidzieć? — odparł kamrat przyjaźnie.

Fabrycy miał wielką ochotę puścić się za eskortą cesarza i wmieszać sięw nią. Cóż za szczęście jechać w trop tego bohatera, walczyć tuż za nim!Wszak na to przybył do Francji. „Mam prawo to uczynić — myślał — ostatecznie o służbie, którą pełnię, rozstrzygnęła jedynie wola mego konia,który puścił się galopem za tymi generałami.”

Jeżeli namyślił się zostać, skłoniło go do tego życzliwe obejście nowychkamratów; zaczynał się uważać za serdecznego druha tych żołnierzy,z którymi galopował od kilku godzin. Roił sobie, że łączy ich szlachetnaprzyjaźń bohaterów Tassa i Ariosta. Gdyby się przyłączył do eskortycesarza, musiałby na nowo zawierać znajomość, może by się nań krzywiono; tamci byli dragoni, a on miał mundur huzarski, jak cała eskortamarszałka. Sposób, w jaki nań patrzyli teraz, napełniał go szczęściem;zrobiłby wszystko dla swoich kolegów; dusza jego, myśl bujały w obłokach.Wszystko przybrało dlań odmienną fizjonomię, odkąd się czuł międzyprzyjaciółmi; umierał z ochoty zadawania im pytań. „Ale jestem trochępijany — myślał — nie zapominajmy rad mojej dozorczyni.” Wyjeżdżającz wąwozu zauważył, że na czele eskorty nie ma już marszałka Neya; generał,za którym jechali obecnie, był wysoki, szczupły, o suchej i groźnej twarzy.

Generałem tym był nie kto inny niż hrabia d'A..., ów porucznik Robertz 15 maja r. 1796. Jakimż szczęściem byłoby dlań ujrzeć Fabrycego delDongo!

Od dawna już Fabrycy nie widział czarnych grudek ziemi bryzgających pod gradem kul. Przybyli za pułk kirasjerów; usłyszał wyraźnie kulekartaczowe, uderzające o pancerze, ujrzał, jak kilku ludzi pada.

Słońce było już bardzo nisko i miało się ku zachodowi, kiedy eskortawynurzając się z wąwozu wspięła się na zbocze wysokie na kilka stóp, abywjechać na orne pole. Fabrycy usłyszał tuż obok dziwny chrzęst; obróciłgłowę: czterech ludzi padło z końmi; i sam generał upadł, ale podniósł się,zbroczony krwią. Fabrycy patrzył na huzarów leżących na ziemi: trzejczynili jeszcze jakieś konwulsyjne ruchy, czwarty krzyczał: „Wyciągnijciemnie!” Wachmistrz i paru ludzi zsiadło z koni, aby dać pomoc generałowi,który opierając się na adiutancie, próbował postąpić kilka kroków; silił sięoddalić od swego konia, który tarzał się po ziemi wierzgając.

Wachmistrz zbliżył się do Fabrycego. Równocześnie bohater nasz usłyszał tuż za sobą słowa: „To jedyny, który jeszcze może iść galopem.” Uczuł,że ktoś chwyta go za nogi: podniesiono mu je w górę, gdy ktoś podejmowałgo pod ramiona. Przesadzono go ponad zadem końskim, po czym upuszczono go na ziemię, gdzie znalazł się w pozycji siedzącej.

Adiutant ujął konia Fabrycego za uzdę; generał, wsparty przez wachmistrza, wsiadł i odjechał galopem; sześciu pozostałych jeszcze ludzi pomknęłoza nim. Fabrycy wstał, wściekły, i zaczął biec za nimi, krzycząc:

Ladri! ladri! (Złodzieje! złodzieje! )

Zabawny widok człowieka goniącego za złodziejami na polu bitwy.

Eskorta i generał hrabia d'A... znikli niebawem za wierzbami. Fabrycy,pijany z gniewu, dotarł też do tych wierzb; stanął nad głębokim kanałem,który przebył. Następnie, znalazłszy się po drugiej stronie, zaczął kląć,spostrzegając na nowo, ale z bardzo daleka, generała i eskortę gubiących sięw drzewach. „Złodzieje! złodzieje!” — krzyczał teraz po francusku. Zrozpaczony o wiele mniej stratą konia niż zdradą, padł nad rowem, wyczerpany,wpółmartwy z głodu. Gdyby to nieprzyjaciel zabrał mu tego pięknegokonia, ani pomyślałby o tym: ale być zdradzonym i okradzionym przez tegowachmistrza, którego tak kochał, i przez tych huzarów, których uważał zabraci! — od tego pękało mu serce. Nie mógł się pocieszyć po takimbezeceństwie; wsparty o wierzbę, zaczął płakać gorącymi łzami. Wyzbywałsię kolejno marzeń o rycerskiej i szczytnej przyjaźni, jaka łączy bohaterówJerozolimy wyzwolonej. Niczym byłoby mu patrzeć na zbliżającą się śmierćw otoczeniu dusz bohaterskich i tkliwych, szlachetnych przyjaciół, którzyściskają ci dłoń w chwili ostatniego tchnienia! Ale jak tu zachować świętyzapał w pobliżu podłych łajdaków! Fabrycy przesadzał jak każdy człowiek oburzony. Po kwadransie roztkliwień zauważył, że kule zaczynają dolatywać do drzew, pod którymi dumał. Wstał i starał się rozeznać w położeniu.Patrzył na łąki zamknięte szerokim kanałem oraz rzędem bujnych drzew,i zdawało mu się, że je poznaje. Spostrzegł korpus piechoty, która przebyłarów i wchodziła w łąkę o ćwierć mili przed nim. „Byłbym usnął — rzekł sobie— cała rzecz w tym, aby się nie dostać do niewoli. I zaczął iść bardzo szybko.W drodze uspokoił się; poznał mundury: pułki, których się bał, że goodetną, były francuskie. Wziął się na prawo, aby się z nimi spotkać.

Z cierpieniem moralnym, że go tak niegodnie zdradzono i okradziono,łączyło się drugie, które dawało mu się czuć coraz żywiej: umierał z głodu.Z największą radością, uszedłszy lub raczej ubiegłszy jakieś dziesięć minut,spostrzegł, że pułk piechoty, który też szedł bardzo szybko, zatrzymuje się,jakby dla zajęcia pozycji. W kilka minut znalazł się przy pierwszychszeregach.

— Koledzy, nie moglibyście mi sprzedać kawałka chleba?

— Ot, durny, on bierze nas za piekarzy!

Ta szorstka odpowiedź i śmiech, który jej towarzyszył, zgnębiły Fabrycego. Wojna nie była tedy owym szlachetnym i wspólnym porywem duszrozkochanych w sławie, jak to sobie wyobrażał z proklamacji Napoleona!Usiadł lub raczej osunął się na trawę; pobladł mocno. Żołnierz, który siędoń odezwał i który się zatrzymał o kilka kroków, aby oczyścić chustkązamek u fuzji, zbliżył się i rzucił mu kawałek chleba; po czym widząc, że gonie podnosi, włożył mu ten chleb do ust. Fabrycy otworzył oczy i jadł, niemając siły mówić. Kiedy wreszcie poszukał oczami żołnierza, aby muzapłacić, ujrzał się sam; najbliżsi żołnierze byli o sto kroków przed nimi w marszu. Podniósł się machinalnie i szedł za nimi. Wszedł do lasu; miałpaść ze znużenia i szukał już okiem wygodnego miejsca; ale jakaż byłaradość, kiedy poznał najpierw konia, potem wózek, a w końcu znajomąmarkietankę! Podbiegła, przerażona jego wyglądem.

— Jeszcze parę kroków, malcze — rzekła. — Czyś ranny?... A twój pięknykoń? — To mówiąc prowadziła go do wózka i wsadziła go podtrzymując podramię. Ledwie znalazłszy się na wózku, bohater nasz, wyczerpany do cna,zasnął głęboko.

Rozdział czwarty

Nic nie mogło go zbudzić: ani strzały karabinowe tuż koło wózka, anitrucht konia, którego markietanka okładała ile wlezie. Pułk, zaatakowanyniespodzianie przez chmarę pruskiej kawalerii, po całodziennej wierzew zwycięstwo cofał się lub raczej pierzchał w stronę Francji.

Pułkownik, piękny młodzieniec w opiętym mundurze, następca Macona,padł rozniesiony szablami; następca jego, major, siwowłosy starzec, zatrzymał pułk.

— Psiekrwie jedne — przemówił do żołnierzy — za czasu republikiczekaliśmy z dawaniem nogi, aż nieprzyjaciel zmusi nas do tego... Brońciekażdej piędzi ziemi i gińcie! — krzyczał i klął na przemian — teraz już ci Prusacy pchają się na naszą francuską ziemię!

Wózek stanął. Fabrycy obudził się nagle. Słońce zaszło od dawna; zdziwiłsię, że jest prawie noc. Żołnierze biegali w popłochu, który zdziwił naszegobohatera; uważał, że mają rzadkie miny.

— Co to takiego? — rzekł do markietanki.

— Ano nic; dali nam radę, chłopcze; kawaleria pruska bierze nas naszable, tylko tyle. Ten tuman generał myślał zrazu, że to nasi. No, prędko,pomóż mi naprawić uprząż, porwała się.

Parę strzałów karabinowych rozległo się o kilka kroków. Bohater nasz,świeży i wypoczęty, rzekł sobie: „Ależ, w gruncie, ja się przez cały dzień niebiłem: eskortowałem tylko generała.” — Muszę się iść bić — rzekł domarkietanki.

— Nie bój się, będziesz się bił więcej, niż będziesz miał ochotę! Zgubienijesteśmy... Aubry, mój chłopcze — krzyknęła do przechodzącego kaprala, zaglądaj no od czasu do czasu na mój wózek!

— Pan idzie się bić? — spytał Fabrycy kaprala.

— Nie, wkładam lakierki i idę na bal!

— Idę z panem!

— Polecam ci małego huzara! — krzyknęła markietanka — ten cywil maducha.

Kapral Aubry szedł, nie mówiąc słowa. Dziesiątek żołnierzy dogonił gopędem: zaprowadził ich za gruby dąb obrosły jeżyną. Następnie rozstawiłich na skraju lasu, wciąż nie mówiąc ani słowa, w szerokiej tyralierskiej linii:każdy był co najmniej o dziesięć kroków od sąsiada.

— Słuchajcie no — rzekł kapral i były to pierwsze jego słowa — a niestrzelać mi przed komendą; pamiętajcie, że macie już tylko po trzy naboje.

„Co to wszystko znaczy?” — pytał sam siebie Fabrycy. Wreszcie, gdyzostał sam z kapralem, rzekł:

— Nie mam fuzji.

— Najpierw milcz! Idź tam: na pięćdziesiąt kroków za lasem znajdzieszktóregoś z naszych zarąbanego szablami; weźmiesz mu fuzję i ładownicę.Ale żebyś mi nie obdzierał rannego, weź takiemu, co będzie na dobrezabity, a strzeż się, żebyś nie oberwał kulki od naszych.

Fabrycy puścił się pędem i wrócił z fuzją i ładownicą.

— Nabij i stań za tym drzewem, a zwłaszcza nie strzelaj, nim damrozkaz... Kroćset fur beczek! — wtrącił kapral — nie umie nawet nabić!... Pomógł Fabrycemu, ciągnąc dalej: — Jeśli nieprzyjacielski jeździec będziepędził na ciebie z szablą, zaskocz za drzewo i nie strzelaj, aż z zupełniebliska, kiedy będzie o trzy kroki: trzeba, aby bagnet prawie dotykałmunduru.

— Rzućże to szablisko! — krzyknął kapral — chcesz się na nim przewrócić,do cholery! Co za żołnierzy dają nam teraz! — To mówiąc, sam ujął szablęi odrzucił ją z gniewem. — Wytrzyjże skałkę chustką. Ale czyś ty kiedystrzelał z fuzji?

— Często na polowaniu.

— Chwała Panu Bogu! — odparł kapral z głębokim westchnieniem. —Zwłaszcza nie strzelaj przed moim rozkazem. — I odszedł.

Fabrycy był rozradowany. „Wreszcie będę się bił naprawdę — mówiłsobie — zabiję nieprzyjaciela. Rano pluli na nas kulami, a ja się tylkopodstawiałem: głupia rola.” Rozglądał się na wszystkie strony z ciekawością. Po chwili usłyszał tuż koło siebie kilka strzałów. Ale, nie słysząckomendy, stał spokojnie za drzewem. Była prawie noc; miał uczucie, że jestna espere, na łowach na niedźwiedzia, w górach Tramezzina, nad Grianta.Przyszedł mu do głowy pomysł myśliwski: wyjął z ładownicy nabój i wykręcił kulę. „Jeśli go zobaczę — rzekł — nie powinienem chybić” — i wpuścił tędrugą kulę do lufy. Usłyszał dwa strzały tuż koło drzewa, równocześnieujrzał jeźdźca w niebieskim mundurze, przejeżdżającego tuż przed nim, odprawej ku lewej. „Jest dalej niż o trzy kroki — rzekł sobie — ale na tęodległość mam go na pewno.” Wiódł pilnie za jeźdźcem końcem lufy, w końcu pocisnął cyngiel, jeździec upadł wraz z koniem. Bohater nasz miałzłudzenie, że jest na polowaniu; pobiegł radośnie ku zwierzynie, którąpołożył. Już zbliżał się do rannego, który — zdawało się — konał, kiedyz nieprawdopodobną szybkością dwaj jeźdźcy pruscy wpadli, aby goroznieść na szablach. Fabrycy uciekł pędem do lasu; dla większej szybkościrzucił fuzję. Prusacy byli już tylko o trzy kroki, kiedy dopadł dębowegogaiku na skraju lasu. Młode dąbki grubości ramienia zatrzymały na chwilęjeźdźców; ale przebyli je i zaczęli ścigać Fabrycego przez polankę. Znowugo już dosięgali, ale wpadł między grubsze drzewa. Równocześnie niemalosmalił go płomień kilku strzałów z fuzji oddanych tuż obok. Spuścił głowę;kiedy ją podniósł, ujrzał przed sobą kaprala.

— Zabiłeś swojego? — rzekł kapral Aubry.

— Tak, ale straciłem fuzję.

— Ba, fuzji nie braknie. Chwat z ciebie, mimo tej za...nej miny, sprawiłeśsię gracko, a tamte gamonie spudłowały do owych dwu drabów, którzygoniąc cię, wpadli wprost na nich; ja ich nie spostrzegłem. Chodzi teraz o to,aby stąd pięknie zwiać; pułk musi być o jakie pół ćwierci mili, a co więcej,mamy po drodze kawałeczek łąki, gdzie mogliby nas zagarnąć półkolem.

Tak mówiąc, kapral szedł żwawo na czele swoich dziesięciu ludzi.O dwieście kroków dalej, wchodząc na ową łączkę, spotkali rannegogenerała, którego niósł adiutant ze służącym.

— Dasz mi czterech ludzi — rzekł do kaprala osłabłym głosem — zaniosąmnie do ambulansu: mam strzaskaną nogę.

— Idź do za...nej cholery! — odparł kapral — ty i wszyscy generałowie! Zdradziliście dziś cesarza!

— Co?! — wykrzyknął generał wściekły — nie słuchasz moich rozkazów!Czy wiesz, jestem generał hrabia B..., komendant waszej dywizji itd., itd.

Gadał tak dłuższy czas. Adiutant skoczył na żołnierzy. Kapral pchnął gobagnetem w ramię, po czym oddalił się ze swymi ludźmi, podwajając kroku.

— Bodajby im wszystkim — rzekł kapral — połamano ręce i nogilGlancusie przeklęte! Wszyscy zaprzedani Burbonom, zdradzili cesarza!

Fabrycy słuchał z przejęciem tego straszliwego oskarżenia.

Około dziesiątej wieczór oddziałek połączył się z pułkiem pod dużąwioską, tworzącą kilka bardzo wąskich ulic; ale Fabrycy zauważył, że kapralAubry unika spotkania z którymś z oficerów.

— Niepodobna się poruszać! — krzyknął kapral.

Wszystkie ulice były zapchane piechotą, jazdą, a zwłaszcza jaszczykami i furgonami. Kapral próbował kolejno wepchać się w każdą ulicę; podwudziestu krokach trzeba się było zatrzymać. Wszyscy klęli i wściekali się.

— Znowu jakiś zdrajca dowodzi! — wykrzyknął kapral. — Jeżeli nieprzyjaciel wpadnie na ten dowcip, aby otoczyć wioskę, wyłowią nas jak psów. Hejtam, chłopcy, za mną!

Fabrycy obejrzał się; było już przy kapralu tylko sześciu żołnierzy. Weszlijakąś otwartą bramą w obszerny dziedziniec; z dziedzińca przeszli do stajni,z której dostali się do ogrodu. Zgubili się w nim na chwilę. Wreszcie,przeszedłszy żywopłot, znaleźli się w zbożu. W niespełna pół godziny,wiedzeni krzykami i hałasem, dobili do gościńca. Rowy pełne były porzuconych fuzji; Fabrycy wybrał sobie jedną. Ale droga, mimo że bardzoszeroka, tak była zapchana uciekającymi i wozami, że w ciągu pół godzinykapral i Fabrycy posunęli się zaledwie o pięćset kroków. Mówiono, że tadroga wiedzie do Charleroi. Wioskowy zegar wybił jedenastą.

— Walmy przez pole! — wykrzyknął kapral.

Oddziałek składał się już tylko z trzech żołnierzy, Fabrycego i kaprala.

Kiedy byli o ćwierć mili od gościńca, jeden z żołnierzy rzekł:

— Ja już nie mogę.

— Ani ja — rzekł drugi.

— Ładna nowina! Wszyscyśmy w jednej skórze — rzekł kapral — alesłuchajcie tylko mnie, a dobrze wyjdziecie. — Ujrzał kilka drzew wzdłużmałego rowu wśród olbrzymiego łanu zboża. — Pod te drzewa — rzekł doswoich ludzi — połóżcie się tu — dodał, skoro się tam znaleźli — tylko bezhałasu. Ale nim uśniemy, kto ma chleb?

— Ja — rzekł jeden z żołnierzy.

— Dawaj — rzekł kapral z powagą. Podzielił chleb na pięć kawałkówi wziął sobie najmniejszy. — Na kwadrans przed świtaniem — rzekł, jedząc — będziecie mieli na karku nieprzyjacielską jazdę. Chodzi o to, aby się nie daćwziąć na szable. Jeden byłby kaput mając na karku jazdę na tej równinie;ale pięciu może się ocalić: trzymajcie się kupą przy mnie, nie strzelajcie, ażz bardzo bliska, a podejmuję się jutro doprowadzić was do Charleroi.

Kapral obudził ich na godzinę przed dniem, kazał im na świeżo nabićbroń. Zgiełk od gościńca dochodził wciąż, trwał całą noc, był to niby łoskotodległego strumienia.

— To zupełnie jak kiedy barany uciekają — rzekł Fabrycy naiwnie dokaprala.

— Stulisz ty pysk, smarkaczu! — rzekł kapral oburzony.

I trzej żołnierze, którzy z Fabrycym składali całą jego armię, spojrzeli,na chłopca z gniewem, jak gdyby dopuścił się bluźnierstwa. Znieważył naród.

„To kapitalne! — myślał nasz bohater. — Zauważyłem to już u wicekrólaw Mediolanie: oni nie uciekają, nie! Z tymi Francuzami nie wolno mówićprawdy, kiedy to obraża ich próżność. Ale ja sobie kpię z ich srogich mini muszę im to dać poznać.” Wciąż szli o pięćset kroków od strumieniauciekających, który pokrywał gościniec. O milę dalej kapral i jego armiaskierowali się drogą wiodącą do gościńca, przy której leżało wielu żołnierzy.Fabrycy kupił sobie niezłego konia, który go kosztował czterdzieści franków, i wśród szabel porzuconych po obu stronach drogi wybrał wielki prostyrapier. „Skoro mówią, że trzeba kłuć sztychem — pomyślał — ten będzienajlepszy.” Tak uzbrojony wypuścił konia i niebawem dogonił kaprala,który udał się przodem. Poprawiwszy się w strzemionach ujął w lewą garśćpochwę rapiera i rzekł do czterech Francuzów:

— Ci uciekający to istne stado baranów... idą jak wystraszone barany...

Ale darmo Fabrycy kładł nacisk na słowo barany, koledzy niepamiętali już, że się pogniewali o to godzinę wprzódy. W tym się wyrażajedno z przeciwieństw francuskiego i włoskiego charakteru; Francuz jestbez wątpienia szczęśliwszy, ślizga się po wypadkach i nie chowa urazy.

Nie będziemy taić, że Fabrycy był bardzo rad ze swojej osoby, powiedziawszy swoje o baranach. Posuwali się, gawędząc. O dwie mile dalejkapral, wciąż zdziwiony, że nie widzi nieprzyjacielskiej jazdy, rzekł doFabrycego:

— Ty jesteś naszą kawalerią, jedź galopem do tej chałupy na wzgórku i spytaj chłopa, czy zechce nam sprzedać śniadanie; powiedz wyraźnie, że jest nas tylko pięciu. Gdyby się wahał, daj mu pięć franków zeswoich pieniędzy; ale bądź spokojny, odbierzemy ten pieniążek po śniadaniu.

Fabrycy spojrzał na kaprala, ujrzał na jego twarzy niewzruszoną powagę,istotny wyraz wyższości moralnej; usłuchał. Wszystko odbyło się tak, jakpowiedział głównodowodzący; Fabrycy jedynie nalegał, aby nie odbierałsiłą pięciu franków, które dał chłopu.

— To moje pieniądze — mówił do towarzyszy — ja nie płacę za was, płacęza owies dla mojego konia.

Fabrycy tak źle wysławiał się po francusku, że towarzysze odczuli w jegosłowach ton wyższości: dotknęło ich to; z tą chwilą w myśli ich zarysował się pojedynek na zakończenie dnia. Wydawał im się bardzo różny od nich, i toich drażniło; Fabrycy, przeciwnie, zaczynał czuć dla nich przyjaźń.

Szli bez słowa od dwóch godzin, kiedy kapral, spoglądając na drogę,wykrzyknął radośnie:

— Nasz pułk!

Rychło znaleźli się na gościńcu; ale niestety! koło orła nie było ani dwustuludzi. Oko Fabrycego ujrzało niebawem markietankę: szła pieszo, z czerwonymi oczami, popłakując od czasu do czasu. Na próżno Fabrycy szukałwzrokiem wózka i Kokotki.

— Zrabowane, przepadłe, skradzione! — wykrzyknęła markietanka w odpowiedzi na spojrzenia naszego bohatera.

Fabrycy bez słowa zsiadł z konia, ujął go za uzdę i rzekł do markietanki:

— Niech pani siada.

Nie dała sobie powtarzać dwa razy.

— Skróć mi strzemiona — rzekła.

Usadowiwszy się, zaczęła opowiadać Fabrycemu klęski owej nocy. Poopowiadaniu nieskończenie długim, ale chciwie łykanym przez naszegobohatera, który — prawdę rzekłszy — nic a nic nie zrozumiał, ale miał żywąprzyjaźń dla markietanki, dodała:

— I rzec, że to Francuzi mnie obłupili, zbili, zrujnowali...

— Jak to! To nie nieprzyjaciele? — spytał Fabrycy naiwnym tonem, którydawał uroczy wyraz jego poważnej i bladej twarzy.

— Jakiś ty głupi, mój poczciwy malcze! — rzekła markietanka, uśmiechając się przez łzy. — Ale bardzo milusi!

— I jak go pani widzisz, doskonale sprzątnął swego Prusaka — rzekłkapral Aubry; wśród powszechnego zamętu kapral znalazł się przypadkowo po drugiej stronie konia, na którym jechała markietanka. — Ale dumnaz niego sztuka... — ciągnął kapral. Tu Fabrycy uczynił gest. — Jakże ty sięnazywasz — ciągnął kapral — ostatecznie, jeżeli będzie raport, chcę cięwymienić.

— Nazywam się Vasi — odrzekł Fabrycy, nieco zmieszany — to jestwłaściwie Boulot — poprawił się żywo.

Boulot było to nazwisko właściciela marszruty, którą mu dała dozorczyniwięzienia; przedwczoraj wystudiował ją starannie w drodze, bo zaczynałzastanawiać się nieco i nie dziwił się już tak wszystkiemu. Prócz marszrutyhuzara Boulot przechowywał troskliwie paszport włoski, wedle któregomiał — prawo do szlachetnego miana Vasi — handlarz barometrów. Kiedy kapral zarzucił mu dumę, omal nie odpowiedział: „Ja dumny! Ja, FabrycyValserra, marchesino del Dongo, który godzi się nosić nazwisko jakiegośVasi, handlarza barometrów!”

Podczas gdy Fabrycy zastanawiał się i powiadał sobie: „Trzebaż pamiętać o tym, że się nazywam Boulot lub też pachnie to więzieniem, które mizagraża” — kapral i markietanka wymienili parę uwag tyczących jego osoby.

— Niech mnie pan nie uważa za wścibską — rzekła markietanka przestając go tykać — jeżeli pytam, to dla pańskiego dobra. Kto pan jest, ale taknaprawdę?

Fabrycy nie odpowiedział zrazu; rozważał, że niepodobna by mu znaleźćprzyjaciół bardziej oddanych, których mógłby się poradzić. A gwałtowniepotrzebował rady! „Przybędziemy do obozu, komenderujący zechce wiedzieć, kto jestem, i znowuż pachnie więzieniem, jeśli się okaże z moichodpowiedzi, że nie znam nikogo w czwartym pułku huzarów, któregomundur noszę!” Jako poddany austriacki, Fabrycy znał całą wagę paszportu; członkowie jego rodziny, mimo że wysoko urodzeni i nabożni, mimo żenależący do zwycięskiego stronnictwa, bywali po dwadzieścia razy niepokojeni z przyczyny paszportu; nic go tedy nie zdziwiło pytanie markietanki.Kiedy — nim zdobył się na odpowiedź — szukał w myśli najjaśniejszychzwrotów francuskich, markietanka, palona ciekawością, dodała, aby gozachęcić:

— Kapral Aubry i ja damy panu dobrą radę, niby względem tego, co maszz sobą począć.

— Nie wątpię — odparł Fabrycy. — Nazywam się Vasi i jestem z Genui;siostra moja, słynna z urody, wyszła za mąż za kapitana. Ponieważ mamdopiero siedemnaście lat, ściągnęła mnie, aby mi pokazać Francję i ogładzićmnie nieco. Nie zastawszy jej w Paryżu i dowiedziawszy się, że jest przyarmii, przybyłem za nią i szukałem na wszystkie strony, nie mogąc jejznaleźć. Żołnierze, uderzeni moim włoskim akcentem, przytrzymali mnie.Miałem wówczas pieniądze; przekupiłem żandarma, który dał mi marszrutę, mundur i powiedział: „Zmykaj, ale przysięgnij, że nigdy nie wymieniszmego nazwiska.”

— Jak się nazywał? — spytała markietanka.

— Dałem słowo — odparł Fabrycy.

— Ma rację — wtrącił kapral — żandarm jest ladaco, ale kolega niepowinien go zdradzić. A jak się nazywa ten kapitan, twój szwagier? Skorebędziemy wiedzieli nazwisko, możemy go poszukać.

— Teulier, kapitan w czwartym pułku huzarów — odparł nasz bohater.

— Zatem — rzekł kapral z domyślną miną — z cudzoziemskiego akcentużołnierze wzięli cię za szpiega.

— Och, to ohydne słowo! — krzyknął Fabrycy z błyszczącymi oczami. — Ja,który tak kocham cesarza i Francuzów! Właśnie ta zniewaga najwięcej mnieoburza.

— Nie ma tu żadnej zniewagi, w tym właśnie się mylisz; omyłka żołnierzyjest zupełnie naturalna — odparł z powagą kapral Aubry.

Za czym wyłożył mu wielce dokładnie, że w wojsku trzeba należeć dojakiejś broni i nosić mundur, inaczej jest zupełnie proste, że człowieka biorąza szpiega. „Nieprzyjaciel nasyła nam ich dużo; kto żyje, zdradza w tejwojnie.” Łuska spadła z oczu Fabrycego: pierwszy raz zrozumiał, żewszystko, co mu się zdarzyło od dwóch miesięcy, było z jego winy.

— Ale trzeba, żeby malec opowiedział nam wszystko — rzekła markietanka, którą ciekawość paliła coraz bardziej.

Fabrycy spełnił jej prośbę. Kiedy skończył, rzekła poważnie do kaprala:

— W gruncie rzeczy ten dzieciak nie jest wojskowy; teraz, kiedy naspobito i zdradzono, czeka nas brzydka wojna. Po co miałby brać po łbiegratis pro Deo?

— Zwłaszcza — rzekł kapral — że nie umie nawet nabić karabinu ani nadwanaście temp, ani tak. To ja nabiłem fuzję, którą sprzątnął Prusaka.

— Co więcej, pokazuje pieniądze całemu światu — dodała markietanka —okradną go od pierwszej chwili, kiedy nie będzie z nami.

— Pierwszy podoficer kawalerii, którego spotka — rzekł kapral — skonfiskuje je, aby sobie postawić szklaneczkę, a może i wezmą go w rekruty narzecz nieprzyjaciela, kto żyje bowiem, zdradza. Pierwszy z brzegu każe muiść za sobą, on pójdzie; lepiej byłoby wpisać go do naszego pułku.

— Och, nie, panie kapralu! — wykrzyknął Fabrycy. — Wygodniej nakoniu! Zresztą ja nie umiem nabić karabinu, a widzi pan, że umiem jeździćkonno.

Fabrycy był bardzo dumny ze swej oracji. Nie będziemy powtarzalidługiej dyskusji nad jego przyszłym losem, która toczyła się międzykapralem a markietanką. Fabrycy zauważył, że w rozmowie powtarzali pokilka razy wszystkie szczegóły jego przygody: podejrzenia żołnierzy,żandarm sprzedający marszrutę i mundur, sposób, w jaki wczoraj sięznalazł w eskorcie generała, cesarz ujrzany w galopie, zwędzony końitd.

Z kobiecą ciekawością markietanka wracała wciąż do sposobu, w jakiwyzuto go z dobrego konia, nabytego z jej pomocą.

— Uczułeś, że cię chwytają za nogi, ściągnięto cię delikatnie przez ogoni posadzono na ziemi?

„Po co powtarzać tak często — myślał Fabrycy — to, co wszyscy trojewiemy tak dobrze?” Nie wiedział jeszcze, że w ten sposób we Francji ludziez gminu szukają myśli.

— Ileż masz pieniędzy? — spytała naraz markietanka.

Fabrycy nie wahał się z odpowiedzią; pewny był szlachetności tej kobiety— to najpiękniejszy rys Francji.

— Wszystkiego zostało mi może trzydzieści napoleonów w złocie i z dziesięć pięciofrankówek.

— W takim razie masz wolne pole! — wykrzyknęła markietanka. Wydobądź się z rozbitej armii, pchnij się gdzie w bok, weź się pierwsząwyjeżdżoną dróżką, którą spotkasz, na prawo i wypuść ostro konia, wciążdalej od armii. Przy pierwszej sposobności kup sobie cywilne ubranie.Kiedy będziesz o jakie osiem lub dziesięć mil i nie będziesz już widziałżołnierzy, siadaj na pocztę i jedź odpocząć i odjeść się przez tydzień dojakiego miasta. Nie mów nikomu, że byłeś w armii, żandarmi zagarnęlibycię jako dezertera; a choć jesteś bardzo milusi, mój mały, nie jesteś jeszczedość kuty, aby gadać z żandarmami. Gdy będziesz miał na sobie cywilneubranie, podrzyj marszrutę na drobne kawałeczki i wróć do prawdziwegonazwiska: mów, że jesteś Vasi. A skąd ma mówić, że jedzie — zwróciła się dokaprala.

— Z Cambrai nad Skaldą, to poczciwe miasteczko, rozumiesz? Jest tamkatedra i Fénelon.

— Doskonale — rzekła markietanka — i nie mów nigdy nikomu, że byłeśw bitwie, nie piśnij słowa o B... ani o żandarmie, który ci sprzedał marszrutę.Kiedy będziesz chciał wrócić do Paryża, udaj się najpierw do Wersalui przejdź rogatkę od tej strony, ot tak, piechotą, jak gdybyś sobie szedłspacerem. Zaszyj swoje napoleony do portek; zwłaszcza kiedy będzieszmiał płacić za coś, pokazuj ściśle tyle, ile wynosi kwota. To mnie trapi, że ciębędą nabierali, że z ciebie wycisną wszystko, co masz. A co ty poczniesz bezpieniędzy, nie umiejąc sobie dawać rady? itd...

Poczciwa markietanka mówiła jeszcze długo; kapral przytwierdzał jejkiwaniem głowy, nie mogąc sam dojść do słowa. Nagle tłum, który pokrywałgościniec, zdwoił zrazu kroku, po czym w mgnieniu oka przebył rów polewej i zaczął uciekać co sił.

— Kozacy! Kozacy! — krzyczano ze wszystkich stron.

— Weźże swego konia! — wołała markietanka.

— Niech mnie Bóg broni! — rzekł Fabrycy. — Galopuj, pani, uciekaj,zostawiam ci go. Chce pani pieniędzy na odkupienie wózka? Połowa tego,co mam, jest twoja.

— Weź swego konia, mówię! — krzyknęła markietanka z gniewemi zatrzymała się, aby zsiąść.

Fabrycy dobył szabli.

— Trzymaj się, pani, mocno! — krzyknął i uderzył płazem konia, którypuścił się galopa i pognał za uciekającymi.

Nasz bohater rozejrzał się po gościńcu; dopiero co kilka tysięcy ludzitłoczyło się tam, ściśniętych jak na procesji. Po okrzyku „Kozacy!” nieujrzał dosłownie nikogo; porzucili czaka, fuzje, szable. Fabrycy, zdziwiony,zeszedł na prawo, na pole wznoszące się na jakie dwadzieścia lub trzydzieścistóp, spojrzał na gościniec, na równinę i nie ujrzał ni śladu Kozaków.,,Zabawni ci Francuzi — pomyślał. — Skoro mam się brać na prawo — myślał najlepiej iść od razu w tym kierunku: może ci, co uciekają, mają jakieśpowody, których ja nie znam?” Podniósł jakiś karabin, sprawdził, że jestnabity, wzruszył proch na panewce, oczyścił skałkę, wybrał pełną ładownicęi rozejrzał się jeszcze raz; był sam wśród tej równiny, niedawno tak nabitejludźmi. Het, w oddali, widział uciekających, którzy wciąż biegli, aż zniknęliza drzewami. „Szczególne!” --- myślał. I przypomniawszy sobie wczorajszymanewr kaprala, usiadł wśród łanu zboża. Nie oddalał się, pragnąc ujrzećjeszcze swoich przyjaciół: markietankę i kaprala Aubry.

W zbożu sprawdził, że ma już tylko osiemnaście napoleonów zamiasttrzydziestu, jak mniemał; ale zostało mu parę diamencików, które ukrył byłw podszewce huzarskiego buta w izbie dozorczyni w B... Schował złoto, jakmógł najlepiej, zastanawiając się głęboko nad tym nagłym zniknięciem.,,Czy to zła wróżba?” — myślał. Głównym jego zmartwieniem było, że niezwrócił się do kąprala Aubry z tym pytaniem: „Czy ja naprawdę brałemudział w bitwie?” Zdawało mu się, że tak; byłby szczęśliwy bez granic,gdyby był tego pewny.

„Bądź co bądź — mówił sobie — brałem w niej udział pod nazwiskiem więźnia, miałem w kieszeni marszrutę więźnia i co więcej, jego mundur nasobie. To fatalne na przyszłość; co by o tym powiedział ksiądz Blanès? I tennieszczęśliwy Boulot umarł w więzieniu! Wszystko to jest zła wróżba; loszaprowadzi mnie do więzienia.” Fabrycy dałby wszystko w świecie, abywiedzieć, czy Boulot był naprawdę winien; zbierając swoje wspomnieniamiał wrażenie, że wedle relacji dozorczyni huzar nie tylko ściągnął srebrostołowe, ale także ukradł krowę chłopską i do tego zbił chłopa niemiłosiernie; Fabrycy nie wątpił, iż prędzej lub później wtrącą jego samego dowięzienia za jakieś przewinienie mające związek z postępkiem huzaraBoulot. Myślał o swoim przyjacielu, księdzu Blanès; cóż by dał za to, aby sięgo móc poradzić! Przypomniał sobie, że nie napisał ani razu do ciotki, odczasu jak opuścił Paryż. „Biedna Gina!” — mówił sobie. Łzy stanęły muw oczach, kiedy nagle usłyszał tuż za sobą szelest: był to żołnierz, który pasłtrzy konie wyraźnie wpółmartwe z głodu, zdjąwszy im uzdę. Trzymał je zatręzle. Fabrycy zerwał się jak młoda kuropatwa, tak iż żołnierz zląkł się.Bohater nasz spostrzegł to i dał się skusić przyjemności odegrania przezchwilę roli prawdziwego huzara.

— Jeden z tych koni jest mój, ty sk..........u! — wykrzyknął — ale dam ci pięćfranków za to, żeś mi go tu przyprowadził.

— Kpisz czy o drogę pytasz? — rzekł żołnierz.

Fabrycy złożył się doń z odległości sześciu kroków.

— Puść albo strzelam!

Żołnierz miał fuzję przewieszoną przez ramię, sięgnął ręką, aby ją ująć.

— Jeśli uczynisz najlżejszy ruch, zginąłeś! — wykrzyknął Fabrycy, pędzącprosto na niego.

— No, więc dawaj pięć franków i bierz konia — rzekł ogłupiały żołnierz,spojrzawszy z żalem na gościniec, gdzie nie było żywej duszy. Fabrycy,trzymając karabin w pogotowiu lewą ręką, prawą rzucił mu trzy pięciofrankówki.

— Złaź albo zginiesz... Załóż munsztuk karemu i oddal się z tamtymidwoma... Strzelam, jeśli się ważysz...

Żołnierz usłuchał mrucząc coś niechętnie. Fabrycy podszedł do koniai ujął cugle lewą ręką, nie tracąc z oczu żołnierza, który oddalał się wolno;kiedy Fabrycy ujrzał go o jakie pięćdziesiąt kroków, wskoczył lekko nakonia. Jeszcze szukał prawą nogą strzemienia, kiedy usłyszał bardzo bliskoświst kuli: to ów żołnierz wygarnął doń z karabinu. Fabrycy, wściekły,pocwałował w stronę żołnierza, który umknął pędem; niebawem Fabrycy ujrzał go w oddali galopującego na jednym z koni. „Ba! już go niedosięgnę” — rzekł sobie. Koń, którego kupił, był wspaniały, ale wyraźniewpółzdechły z głodu. Fabrycy wrócił na gościniec, gdzie wciąż nie byłożywej duszy, przeciął go i puścił konia truchtem, aż wjechał na wzgórek polewej, skąd miał nadzieję ujrzeć markietankę; ale kiedy się znalazł naszczycie, dostrzegł na milę wokoło jedynie kilku pojedynczych żołnierzy.,,Napisane jest, że już nie zobaczę tej dzielnej i dobrej kobiety!” — rzekłz westchnieniem. Dobił do zagrody, którą ujrzał w oddali na prawo. Niezsiadając i płacąc z góry, kazał dać owsa biednemu koniowi, tak wygłodniałemu, że kąsał żłób. W godzinę później Fabrycy człapał po gościńcu, wciążz mglistą nadzieją odnalezienia markietanki lub bodaj kaprala. Jadąc ciąglei rozglądając się na wszystkie strony, przybył nad błotnistą rzekę, na którejbył dość wąski drewniany most. Przed mostem, na prawo od gościńca, stałoodosobnione domostwo noszące nazwę „Pod Białym Koniem”. „Zjem tuobiad” — rzekł sobie Fabrycy. U wejścia na most znajdował się oficerkawalerii z ręką na temblaku; był na koniu i miał minę bardzo zgnębioną;o dziesięć kroków od niego trzech spieszonych kawalerzystów majstrowałokoło fajek.

„Ci ludzie — pomyślał Fabrycy — wyglądają na to, że zechcą ode mniekupić konia jeszcze taniej, niż mnie kosztował.” Ranny oficer i trzejpiechurzy patrzyli nań, zdając się czekać, aż nadjedzie. „Lepiej mi było nieprzejeżdżać przez ten most i wziąć się wzdłuż rzeki na prawo; to by byładroga, jaką mi doradzała markietanka, aby się wycofać z sytuacji...” Tak rzekł sobie nasz bohater — ale jeżeli umknę, jutro będę się tego wstydził;zresztą mój koń ma dobre nogi, koń tego oficera jest pewnie zmęczony;jeżeli zechce mnie zsadzić z siodła, wypuszczę się galopem.” Tak rozumując,Fabrycy ściągnął konia i posuwał się możliwie najwolniej.

— Żywiej no tam, huzarze! — krzyknął oficer rozkazująco.

Fabrycy posunął się o kilka kroków i stanął.

— Chce mi pan zabrać konia? — krzyknął.

— Ależ nie; podjedź tu bliżej.

Fabrycy spojrzał ną oficera; miał siwe wąsy, minę najpoczciwszą podsłońcem; chustka, która podtrzymywała jego lewe ramię, była pełna krwi,a prawa ręka była również zawinięta w krwawą szmatę. „To te piechuryzechcą się dobierać do mojego konia” — rzekł sobie Fabrycy, ale przyjrzawszy się bliżej, ujrzał, że piechury też są ranne.

— W imię honoru — rzekł oficer noszący epolety pułkownika — zostań tuna wedecie i powiedz wszystkim dragonom, szaserom i huzarom, którychujrzysz, że pułkownik Le Baron jest w tej gospodzie i że im rozkazujęzgłosić się tam do mnie.

Stary pułkownik wydawał się straszliwie zgnębiony; od pierwszych słówzdobył sobie serce naszego bohatera, który odpowiedział rozsądnie:

— Jestem zbyt młody, proszę pana, aby mnie usłuchano; trzeba by, abymmiał ten rozkaz na piśmie.

— Ma słuszność — rzekł pułkownik, przyglądając mu się z uwagą — piszrozkaz, La Rose, ty masz prawą rękę całą.

Nic nie mówiąc, La Rose wydobył pergaminowy notatnik, napisał kilkawierszy i wydarłszy ćwiartkę oddał ją Fabrycemu; pułkownik powtórzył murozkaz, dodając, iż po dwóch godzinach warty zluzuje go, jak się należy,jeden z rannych kawalerzystów. To rzekłszy, wszedł do gospody ze swymiludźmi. Fabrycy patrzył za nimi, stojąc nieruchomo z początku mostu, takbardzo uderzyła go niema i posępna boleść tych trzech osób. „Rzekłby ktoś,zaklęte duchy” — mówił sobie. Wreszcie rozwinął złożony papier i przeczytał następujący rozkaz:

Pułkownik Le Baron z 6 pułku dragonów, komendant drugiej brygadypierwszej dywizji 14 korpusu, rozkazuje wszystkim kawalerzystom, dragonom, szaserom i huzarom nie przekraczać mostu i zgłosić się do gospody,,Pod Białym Koniem” koło mostu, gdzie jest jego generalna kwatera.

W kwaterze generalnej, koło mostu na Sainte, 19 czerwca r. 1815.

Za pułkownika Le Baron, rannego w prawą rękę, i z jego rozkazu,wachmistrz

La Rose

Zaledwie pół godziny stał Fabrycy na warcie, kiedy ujrzał nadjeżdżających sześciu szaserów konnych i trzech pieszo; oznajmił im rozkaz pułkownika.

— Zaraz wrócimy — odparli czterej konni i przejechali most ostrymkłusem.

Wówczas Fabrycy zwraca się do dwóch pozostałych. W czasie dyskusji,która się wywiązała, trzej piesi przeszli przez most. Jeden z szaserówsiedzących na koniu orzekł w końcu, że chce zobaczyć rozkaz, i porwałpapier mówiąc:

— Zaniosę rozkaz kolegom, którzy z pewnością wrócą, czekaj tu cierpliwie.

I puścił się galopem, towarzysz za nim. Wszystko to stało się w mgnieniuoka.

Fabrycy, wściekły, zawołał jednego z rannych, który właśnie pokazał sięw oknie gospody. Żołnierz, który — jak to zauważył Fabrycy — miał galonywachmistrza, zeszedł i krzyknął nań podchodząc:

— Szabla do garści, psiakr..! Jesteś w służbie!

Fabrycy usłuchał, po czym rzekł:

— Porwali rozkaz.

— Wściekli się o wczorajsze — odparł tamten ponuro. — Dam ci swójpistolet; gdyby znów kto chciał przełamać zakaz, strzelaj w powietrze:przyjdę ja albo sam pułkownik się pokaże.

Fabrycy dostrzegł gest zdumienia u wachmistrza na wzmiankę o porwaniu rozkazu; zrozumiał, że wyrządzono mu osobistą zniewagę, i postanowiłsolennie nie dać już drwić z siebie.

Uzbrojony w wielki kawaleryjski pistolet wachmistrza, Fabrycy wróciłdumnie pełnić wartę; niebawem ujrzał nadjeżdżających siedmiu huzarówna koniach. Ustawił się tak, aby zagrodzić most, i oznajmił im rozkazpułkownika, co przyjęli kwaśno; najśmielszy próbował przejechać. Fabrycy, idąc za mądrą radą markietanki, która poprzedniego ranka mówiła mu,że trzeba brać na sztych, a nie płazować, pochylił szpic wielkiego rapieraz miną człowieka, który gotów jest przebić każdego, kto zechce przekroczyćrozkaz.

— Ale! on chce nas tu zabijać, ten smarkacz! — krzyknęli huzarzy — jakgdyby nas nie dosyć nazabijano wczoraj!

Jak na komendę dobyli szabel i wpadli na Fabrycego; myślał, że już ponim, ale przypomniał sobie zdziwienie wachmistrza i nie chciał być jeszczeraz dudkiem. Cofając się na most, starał się kłuć sztychem. Miał takpocieszną minę, wywijając tą wielką kawaleryjską szablą, o wiele za ciężkądla niego, że huzarzy poznali niebawem, z kim mają do czynienia: odtądsilili się go nie zranić, ale pociąć mu ubranie. W ten sposób Fabrycyotrzymał kilka lekkich draśnięć w ramię. On sam, wciąż wierny zasadommarkietanki, zadawał z całej siły pchnięcia. Nieszczęściem jedno z tychpchnięć zraniło huzara w rękę; wściekły, że dał się skaleczyć takiemużołnierzowi, odpowiedział energiczną ripostą, raniąc Fabrycego w udo.Cios dosięgnął go dzięki temu, że koń naszego bohatera, daleki od chęci uciekania z tej bitki, znajdował w niej wyraźną przyjemność i rzucał się nanapastników. Ci, ujrzawszy krew spływającą Fabrycemu z prawego ramienia, zlękli się, iż posunęli zabawę zbyt daleko; za czym zepchnąwszy go kubarierze puścili się galopem. Z chwilą gdy Fabrycy odzyskał swobodęruchów, wystrzelił w powietrze, aby ostrzec pułkownika.

Czterech huzarów konnych i dwóch pieszych z tego samego pułku copoprzedni zbliżało się do mostu; byli o jakieś dwieście kroków, kiedy sięrozległ strzał. Śledzili uważnie, co się dzieje na moście; wyobrażając sobie,że Fabrycy strzelił do ich kolegów, czterej konni runęli nań z wyciągniętymi szablami. Była to istna szarża. Pułkownik Le Baron, przywołany strzałem |z pistoletu, otworzył drzwi i rzucił się na most w chwili właśnie, gdy huzarzynadjeżdżali galopem. Sam dał żołnierzom rozkaz zatrzymania się.

— Nie ma tu żadnych pułkowników! — wykrzyknął jeden spinając konia.

Zrozpaczony pułkownik przerwał upomnienia i swoją prawą, zranioną ręką chwycił konia za uzdę z lewej strony.

— Stój! Zły żołnierzu — rzekł do huzara — znam cię, jesteś z kompanii kapitana Henrieta.

— Więc dobrze! niech kapitan sam da mi rozkaz! Kapitana Henrietazabito wczoraj — dodał drwiąco — a ty ruszaj do za...nej śmierci.

Mówiąc to, żołnierz próbuje sobie otworzyć przejście i popycha staregopułkownika, który pada na most. Fabrycy, który stał o dwa kroki dalej, ale twarzą do oberży, najeżdża koniem i podczas gdy koń zuchwałego żołnierza 1obalił piersią pułkownika nie wypuszczającego z rąk cugli, Fabrycy, oburzony, zadaje huzarowi pchnięcie. Szczęściem koń huzara, ciągniony ku ziemi uzdą, którą trzymał pułkownik, skręcił w bok, tak że długa kawaleryjskaszabla Fabrycego oślizgnęła się po dolmanie i mignęła tylko huzarowi przed oczami. Ów, wściekły, obraca się i tnie z całej siły, przecinając Fabrycemu rękaw i raniąc go w ramię; bohater nasz pada.

Jeden ze spieszonych huzarów, widząc dwóch obrońców mostu na ziemi, korzysta z chwili, skacze na konia Fabrycego i chce go sobie przywłaszczyć,puszczając się galopem przez most.

Nadbiegający z gospody wachmistrz widział, jak pułkownik pada, i sądził, że jest ciężko ranny. Biegnie za koniem Fabrycego i zatapia szablęw krzyże złodzieja; ten wali się. Huzarzy, widząc na moście już tylkowachmistrza, puszczają się galopem i przejeżdżają szybko. Ten, który byłpieszo, umknął w pole.

Wachmistrz zbliżył się do rannych. Fabrycy podniósł się już; nie cierpiałzbytnio, ale stracił dużo krwi. Pułkownik podniósł się wolniej; był ogłuszony upadkiem, ale nie ranny.

— Boli mnie jedynie — rzekł do wachmistrza — moja dawna rana w rękę.

Huzar, zraniony przez wachmistrza, konał.

— Bierzże go czart! — wykrzyknął pułkownik. — Ale — rzekł do wachmistrza i dwóch nadbiegających żołnierzy — zajmijcie się tym chłopczyną,którego naraziłem tak nieopatrznie. Ja zostanę sam przy moście i spróbujępowstrzymać tych opętanych. Zaprowadźcie chłopca do gospody i opatrzciemu ramię, weźcie jedną z moich koszul.

Rozdział piąty

Całe to zajście nie trwało ani minuty. Rany Fabrycego okazały sięlekkie; owinięto mu ramię bandażem z koszuli pułkownika. Chciano muposłać łóżko na pierwszym piętrze gospody.

— Ale — rzekł Fabrycy do wachmistrza — gdy ze mną będą się tu cackali napierwszym piętrze, mój koń znudzi się w stajni sam i odjedzie sobie z innympanem.

— Wcale nieźle jak na rekruta — rzekł wachmistrz.

Za czym ułożono Fabrycego na świeżutkiej słomie w samym żłobie, doktórego przywiązany był jego koń.

Widząc, że Fabrycy jest bardzo słaby, wachmistrz przyniósł mu czarkęgrzanego wina i wdał się z nim w gawędę. Parę wplecionych w tę rozmowępochwał sprawiło, że nasz bohater znalazł się w siódmym niebie.

Fabrycy obudził się aż o świcie; konie rżały i robiły wściekły łomot;stajnia pełna była dymu. Zrazu Fabrycy nie rozumiał przyczyny hałasu i niewiedział nawet, gdzie jest; wreszcie wpółzdławiony dymem wpadł na myśl,że to może dom się pali. W mgnieniu oka znalazł się na dziedzińcu i nakoniu. Podniósł głowę: dym buchał z okien nad stajnią; dach był caływ kłębach czarnego dymu. Setka uciekających przybyła w nocy do gospody,,Pod Białym Koniem”; wszyscy krzyczeli i klęli. Żołnierze, którychFabrycy mógł dojrzeć, byli widać zupełnie pijani; jeden chciał go zatrzymać,wołając:

— Dokąd ty bierzesz mojego konia?

Kiedy Fabrycy znalazł się o ćwierć mili, odwrócił głowę: nikt go nie ścigał,dom był w płomieniach. Fabrycy poznał most, przypomniał sobie ranęi uczuł, że ramię ma ściśnięte bandażem i bardzo gorące. „A starypułkownik, co się z nim stało? Dał swoją koszulę, aby mi opatrzono ramię.”Bohater nasz cieszył się tego ranka najzimniejszą krwią pod słońcem;obfitość krwi, którą stracił, oswobodziła go z romantyzmu właściwego jegonaturze.

„Na prawo — powiedział sobie — i w nogi!” Puścił się spokojnie wzdłużrzeki, która od mostu skręcała na prawo od drogi. Przypomniał sobie radypoczciwej markietanki. „Co za życzliwość! — myślał — co za rzetelnycharakter!”

Po godzinie jazdy uczul się bardzo słaby. „Co u licha? Czyżbym miałzemdleć? — powiadał sobie. — Jeśli zemdleję, skradną mi konia, możei mundur, a wraz z nim mój skarbczyk. Nie miał już siły, aby powodowaćkoniem, czynił wysiłki, aby utrzymać się na siodle, kiedy wieśniak, którypracował w polu koło gościńca, spostrzegł jego bladość i ofiarował muszklankę piwa i kawałek chleba.

— Widząc was tak bladym pomyślałem, że jesteście ranni w wielkiejbitwie — rzekł.

Nigdy pomoc nie zjawiła się bardziej w porę. Podczas gdy Fabrycy gryzłkawał czarnego chleba, oczy zaczęły go boleć, kiedy patrzał na wprostsiebie. Skrzepiwszy się nieco, podziękował.

— A gdzie ja jestem? — spytał.

Wieśniak objaśnił, że o trzy ćwierci mili dalej natrafi na miasteczkoZonders, gdzie znajdzie opiekę. Fabrycy dobił do miasteczka, nie bardzowiedząc, co robi, i wciąż dokładając wysiłków, aby nie spaść z konia.Ujrzawszy otwartą bramę wjechał: była to gospoda „Pod Strzemieniem”.Nadbiegła poczciwa gospodyni, kobieta olbrzymiej tuszy; zawołała o pomoc głosem drgającym litością. Dwie młode dziewczyny pomogły Fabrycemu zejść na ziemię; ledwie zsiadł z konia, zemdlał na dobre. Przywołanochirurga, puścił mu krew. Przez ten dzień i przez kilka następnych Fabrycynie bardzo wiedział, co się z nim dzieje, spał bez ustanku.

Pchnięcie w udo groziło mu utworzeniem się abscesu. Kiedy niecooprzytomniał, prosił, aby pamiętano o jego koniu, i powtarzał często, żedobrze zapłaci, co obrażało poczciwą oberżystkę i jej córki. Minęły dwatygodnie, przez które był najtroskliwiej pielęgnowany, i zaczynał przychodzić nieco do siebie; naraz jednego wieczora ujrzał, że gospodynie jegomają miny wielce strapione. Niebawem wszedł do izby niemiecki oficer;rozmawiały z nim w języku, którego Fabrycy nie rozumiał, ale odgadł, żemowa o nim; udał, że śpi. W chwilę później, kiedy sądził, że oficer musiał jużwyjść, przywołał swoje gosposie:

— Czy ten oficer zapisał mnie na liście i chce mnie wziąć do niewoli?

Oberżystka przytwierdziła ze łzami w oczach.

— Mam pieniądze zaszyte w dolmanie! — zawołał, podnosząc się na łóżku— kupcie mi cywilne ubranie i tej nocy jeszcze odjeżdżam na swoim koniu. Ocaliłyście mi już raz życie, przygarniając mnie w chwili, gdy miałempaść martwy na ulicy, ocalcie mi je jeszcze raz, pomóżcie mi wrócić domatki.

Przy tych słowach córki gospodyni rozpłakały się; drżały o Fabrycego, żezaś bardzo słabo rozumiały po francusku, zbliżyły się do łóżka z pytaniami.Rozmawiały żywo po flamandzku z matką, ale co chwila zwracały roztkliwione oczy na naszego bohatera; odgadł, że jego ucieczka może jepoważnie narazić, ale że chcą podjąć to ryzyko. Podziękował im gorąco,składając ręce z rozczuleniem. Miejscowy Żydek dostarczył cywilnegoubrania, ale kiedy o dziesiątej wieczór przyniesiono je, panienki spostrzegły, porównując je z dolmanem Fabrycego, że trzeba je znacznie zwęzić.Natychmiast wzięły się do roboty, nie było czasu do stracenia. Fabrycywskazał kilka napoleonów zaszytych w mundurze i prosił gospodynie, abymu je zaszyły do nowego ubrania. Wraz z ubraniem przyniesiono parębutów, piękną parę nowych butów, w których na prośbę Fabrycegopanienki ukryły w podszewce kilka jego diamentów.

Upływ krwi i wynikłe stąd osłabienie miały ten osobliwy skutek, żeFabrycy prawie zupełnie zapomniał po francusku; przemawiał do swoichgospodyń po włosku, one zaś mówiły narzeczem flamandzkim, tak iżporozumiewali się prawie wyłącznie na migi. Kiedy dziewczęta, zresztązupełnie bezinteresowne, ujrzały diamenty, entuzjazm ich dla Fabrycegonie miał już granic; brały go za przebranego księcia. Aniken, młodszai bardziej naiwna, uściskała go po prostu. Fabrycy był nimi równieżoczarowany; koło północy, kiedy chirurg pozwolił mu nieco wina dlawzmocnienia przed drogą, prawie że miał ochotę nie jechać. „Gdziemogłoby mi być lepiej niż tu?” — mówił. Mimo to około drugiej po północyubrał się. W chwili gdy miał opuścić pokój, zacna gospodyni oznajmiła mu,że konia jego zabrał oficer, który kilka godzin wprzódy odprawiał w domurewizję.

— A, ścierwo! — zaklął Fabrycy — rannemu!

Młody Włoch nie był dostatecznie filozofem, aby pamiętać, w jaki sposóbon sam nabył tego konia.

Aniken opowiedziała mu, płacząc, że wynajęto dlań konia; byłabychciała, aby nie jechał. Pożegnanie było tkliwe. Dwaj rośli młodzi ludzie,krewniacy gospodyni, podnieśli Fabrycego na siodło i przez drogę podtrzymywali go na koniu, gdy trzeci, wyprzedzając o paręset kroków małykonwój, badał, czy nie ma podejrzanego patrolu na drodze. Po dwóchgodzinach zatrzymali się u krewniaczki. Mimo wzdragań Fabrycego młodziludzie nie chcieli go opuścić; twierdzili, że lepiej niż ktokolwiek znająprzejścia w lasach.

— Ależ jutro, kiedy wyjdzie na jaw moja ucieczka, a was nie będziew domu, nieobecność zdradzi was — powtarzał Fabrycy.

Puścili się w dalszą drogę. Szczęściem, kiedy się robił dzień, równina byłapokryta gęstą mgłą. Około ósmej rano przybyli do miasteczka. Jedenz młodych ludzi zaszedł dowiedzieć się, czy nie skradziono koni pocztowych. Poczmistrz zdążył je usunąć i postarał się o haniebne szkapy, którymizapełnił stajnię. Poszukali pary koni w bagnach, gdzie były ukryte, i w trzygodziny później Fabrycy wsiadł do małego koczyka, bardzo zniszczonego,ale zaprzężonego w dwa dobre konie pocztowe. Odzyskał nieco sił.Rozstanie z młodymi ludźmi, krewnymi gospodyni, było nad wyraz wzruszające; za żadną cenę, mimo uprzejmych pozorów, jakie temu nadawałFabrycy, nie chcieli przyjąć pieniędzy.

— W tej chwili, drogi panie, potrzebuje ich pan więcej od nas — odpowiadali wciąż zacni chłopcy.

Wreszcie odjechali z listami, w których Fabrycy, nieco orzeźwionyruchem, starał się wyrazić swoim gospodyniom wszystko, co czuł dla nich.Fabrycy pisał ze łzami w oczach; list pisany do Aniken z pewnością oddychałmiłością.

Reszta podróży odbyła się bez szczególnych wydarzeń. Kiedy Fabrycyprzybył do Amiens, cierpiał bardzo od rany w udzie; wiejski chirurg nie dałodpływu materii; jakoż mimo puszczenia krwi utworzył się absces. Przezdwa tygodnie, które Fabrycy spędził w gospodzie w Amiens, dzierżawionejprzez rodzinę obleśną i chciwą, okupanci zalewali Francję. Fabrycy tyle sięnadumał nad wszystkim, co świeżo przeżył, że stał się jakby innymczłowiekiem. Został dzieckiem tylko na jednym punkcie: to, co widział, czyto była bitwa? i czy ta bitwa to było Waterloo? Pierwszy raz w życiuznajdował przyjemność w czytaniu, spodziewał się wciąż znaleźć w dzienniku albo w opowiadaniach z bitwy jakiś opis pozwalający mu rozpoznaćmiejsca, które przebył w orszaku marszałka Neya, a później innegogenerała. Przez czas pobytu w Amiens pisał prawie co dzień do swoichzacnych przyjaciółek z gospody „Pod Strzemieniem”. Skoro tylko wyzdrowiał, udał się do Paryża; zastał tam w swej dawnej gospodzie ze dwadzieścialistów od matki i ciotki, które błagały go, aby najrychlej wracał. Ostatni listhrabiny Pietranera pisany był w zagadkowym tonie, który zaniepokoił gomocno; list ten rozwiał wszystkie jego tkliwe rojenia. Była to natura, którejtrzeba tylko słowa, aby obudzić najczarniejsze przeczucia; wyobraźniaumiała później odmalować te nieszczęścia z najokrutniejszymi szczegółami.

Strzeż się podpisywać listy, w których donosisz o sobie — pisała ciotka. Gdy będziesz wracał, nie przyjeżdżaj nad Como; zatrzymaj się w Lugano,na terytorium szwajcarskim.

Ma przybyć do tego miasta pod nazwiskiem Cavi; w najlepszej gospodziezastanie lokaja hrabiny, który powie mu, co czynić. Ciotka kończyła tak:

Ukryj wszelkimi możliwymi środkami szaleństwo, któreś popełnił,a zwłaszcza nie chowaj przy sobie żadnego drukowanego ani pisanegoświstka; w Szwajcarii będą ci deptać po piętach druhy Świętej Małgorzaty.Jeśli będę miała dość pieniędzy — pisała hrabina — poślę kogoś do Genewy,do hotelu „Pod Wagą”; tam dowiesz się szczegółów, których nie mogępisać, a które trzeba ci znać, nim przyjedziesz. Ale na imię nieba, ani dniadłużej w Paryżu: szpicle poznaliby cię.

Wyobraźnia Fabrycego zaczęła roić najdziksze rzeczy; niezdolny byłzająć się czymś innym, jak tylko odgadywaniem tajemniczych słów ciotki.Dwa razy w czasie podróży przez Francję przytrzymano go, ale umiał sięwykręcić; utrapienia te ściągnął nań włoski paszport handlarza barometrów, z którym nieszczególnie godziła się młoda twarz i ręka na temblaku.

Wreszcie w Genewie zastał jednego z domowników hrabiny, któryopowiedział, że do policji mediolańskiej zadenuncjowano Fabrycego jakoczłowieka, który zawiózł Napoleonowi propozycje uchwalone przez rozległe sprzysiężenie zorganizowane w byłym królestwie Włoch. „Gdybypodróż jego nie miała tego celu — mówiła denuncjacja — po co przybierałbyobce nazwisko?” Matka Fabrycego będzie się starała dowieść autentycznejprawdy, a mianowicie: primo, że nigdy nie opuszczał Szwajcarii; secundo,że wyjechał z zamku niespodzianie, wskutek kłótni ze starszym bratem.

Opowieść ta przejęła Fabrycego dumą. „Ja miałem być posłem doNapoleona! — powiadał sobie — miałem zaszczyt rozmawiać z tym wielkimczłowiekiem; dałby to Bóg!” Przypomniał sobie, że jego przodek w siódmym pokoleniu, wnuk owego, który przybył do Mediolanu ze Sforzą,dostąpił tego zaszczytu, iż był ścięty przez wrogów księcia, którzy schwycili go, kiedy jechał celem porozumienia się z wiernymi kantonami i dla zaciągużołnierzy. Widział oczami duszy sztych z obrazem tego faktu, znajdujący sięw archiwach rodzinnych. Wypytując służącego, Fabrycy doszedł, że ówoburzony jest szczegółem, który wymknął mu się zresztą mimo woli, wbrewwyraźnym rozkazom hrabiny: to Askaniusz, starszy brat, wydał bratapolicji! To straszne odkrycie wtrąciło naszego bohatera w istne szaleństwo.Aby się dostać z Genewy do Włoch, trzeba jechać przez Lozannę; chciał iśćnatychmiast pieszo, robiąc dziesięć czy dwanaście mil, mimo że dyliżansz Genewy do Lozanny odchodził za dwie godziny. Nim opuścił Genewę,wplątał się w miejscowej kawiarence w sprzeczkę z młodym człowiekiem,który — zdaniem Fabrycego — przyglądał mu się w osobliwy sposób. Była toszczera prawda: młody genewczyk, flegmatyczny, rozsądny, myślący jedynie o pieniądzach, sądził, że Fabrycy oszalał; wchodząc, bohater nasz objąłcały pokój wściekłym spojrzeniem, po czym oblał sobie spodnie kawą, którąmu podano. W zwadzie tej pierwszy odruch Fabrycego był zupełnieszesnastowieczny: zamiast wyzwać genewczyka na pojedynek, dobył sztyleti rzucił się nań, chcąc go przebić. W tej chwili Fabrycy zapomniał wyuczonych prawideł honoru i wracał do instynktu lub — aby rzec lepiej — dowspomnień pierwszego dzieciństwa.

Zaufany człowiek, którego zastał w Lugano, pomnożył jego wściekłość,dostarczając mu nowych szczegółów. Fabrycego w Grianta wszyscy kochali,toteż nikt nie byłby wspomniał jego imienia i — gdyby nie miły postępek jegobrata — wszyscy udawaliby, że wierzą, iż jest w Mediolanie, i jego nieobecność nigdy nie byłaby ściągnęła uwagi miejscowej policji.

— Z pewnością straż graniczna ma pański rysopis — rzekł wysłannik ciotki— gdybyśmy się puścili gościńcem, przytrzymano by pana na granicylombardzko-weneckiego królestwa.

Fabrycy i jego ludzie znali najmniejsze ścieżki w górach dzielącychLugano od jeziora Como; przebrali się za strzelców, to znaczy za przemytników, że zaś było ich trzech z minami dość chwackimi, strażnicy, którychspotkali, skłonili się im grzecznie. Fabrycy wymierzył tak, aby przybyć dozamku około północy; o tej godzinie ojciec i upudrowani lokaje spali oddawna. Zeszedł bez trudu do głębokiej fosy i dostał się do zamku przezokienko od piwnicy; tam czekały nań matka i ciotka; nadbiegły i siostry.Wybuch czułości i łez trwał długo; kiedy zaczęto wreszcie mówić rozsądnie,pierwszy brzask ostrzegł te istoty, uważające się za nieszczęśliwe, że czasucieka.

— Mam nadzieję, że brat nie domyślił się twego przybycia — rzekła paniPietranera. — Nie odzywałam się do niego od jego pięknego postępkui uczynił mi tyle zaszczytu, że był tym mocno dotknięty. Dziś wieczór przywieczerzy raczyłam doń przemówić: trzeba mi było pozoru, aby ukryćszaloną radość, która mogła w nim obudzić podejrzenia. Następnie, skoromujrzała, że jest dumny z tego mniemanego pojednania, skorzystałam z jegoradości, aby w niego lać wino bez miary, i z pewnością nie postało muw myśli zaczaić się, aby dalej prowadzić swoje szpiegowskie rzemiosło.

— Trzeba ukryć naszego huzara w twoich pokojach — rzekła margrabina— nie może jechać zaraz: w tej chwili nie dosyć panujemy nad naszymrozsądkiem, a chodzi o obmyślenie sposobu, aby oszukać straszliwą policjęmediolańską.

Wprowadzono tę myśl w czyn; ale margrabia i jego syn zauważyli jużnastępnego dnia, iż margrabina wciąż siedzi w pokoju szwagierki. Niebędziemy tracili czasu na kreślenie tkliwości i wesela, które tego dniaporuszały serca szczęśliwych istot. Włoskie serca podlegają o wiele więcejod nas podejrzeniom i szalonym myślom, które im podsuwa płomiennawyobraźnia; ale w zamian radości ich są silniejsze i trwalsze. Tego dniahrabina i margrabina były jak oszalałe; Fabrycy musiał wciąż powtarzaćswoje opowiadania; wreszcie postanowiono ukryć wspólną radość w Mediolanie, tak trudno było umknąć na dłużej czujności margrabiego i jegosyna.

Wzięto pałacową łódkę, aby się udać do Como: postąpić inaczej —znaczyłoby obudzić podejrzenia. Ale przybywszy do portu Como, margrabina przypomniała sobie, że zostawiła w Grianta ważne papiery; posłała ponie przewoźników, którzy w ten sposób nie mogli mieć pojęcia o tym, jakobie panie spędziły czas w Como. Zaraz po przybyciu wynajęły powózczekający na gości opodal owej średniowiecznej wieży, która wznosi się nadbramą. Ruszono, zanim woźnica miał czas z kimkolwiek się porozumieć.Ćwierć mili za miastem zjawił się młody myśliwy, znajomy pan, który przezgrzeczność — ile że nie miały z sobą żadnego mężczyzny — ofiarował sięsłużyć im za kawalera aż do bram Mediolanu, dokąd wędrował, polując podrodze. Wszystko było dobrze, panie najweselej w świecie gawędziłyz młodym wędrowcem, kiedy na zakręcie drogi, okalającej urocze wzgórzei lasek San Giovani, trzej przebrani żandarmi obskoczyli powóz, chwytająckonie za cugle.

— Och! mąż zdradził nas! — krzyknęła margrabina i zemdlała.

Wachmistrz, który został nieco w tyle, zbliżył się chwiejnym krokiemi rzekł głosem mocno trącącym szynkownią:

— Wielce mi jest przykra ta misja, której mam dopełnić, ale aresztujępana, generale Fabio Conti.

Fabrycy sądził, że tytuł generała jest niemądrym żarcikiem wachmistrza. „Zapłacisz mi za to” — rzekł sobie. Spoglądał na przebranychżandarmów i czekał sposobnej chwili, aby wyskoczyć i uciec przez pola.

Hrabina uśmiechnęła się na wszelki wypadek, po czym rzekła:

— Ależ, drogi panie sierżancie, tego szesnastoletniego chłopczynę bierzepan za generała Conti?

— Czy pani nie jest córką generała? — odparł wachmistrz.

— Przypatrzcie się, panowie: oto mój ojciec — rzekła hrabina, pokazującFabrycego.

Żandarmi zaczęli się śmiać jak szaleni.

— Proszę pokazać paszporty, bez rozumowań — rzekł wachmistrz, podrażniony powszechną wesołością.

— Te panie nigdy nie biorą paszportów jadąc do Mediolanu — rzekłwoźnica chłodnym i filozoficznym tonem — jadą ze swego zamku w Grianta.Ta pani to hrabina Pietranera, a to margrabina del Dongo.

Wachmistrz, zbity z tropu, oddalił się o kilka kroków, aby się naradzić zeswymi ludźmi. Narada trwała dobrych kilka minut, kiedy hrabina Pietranera poprosiła, aby powóz mógł zjechać o kilka kroków w cień — upał byłmorderczy, mimo że była dopiero jedenasta rano. Fabrycy, który rozglądałsię uważnie na wszystkie strony szukając sposobu ucieczki, ujrzał, jakwynurzywszy się ze ścieżki w polach zbliża się do gościńca pełnego kurzudziewczyna czternasto- lub piętnastoletnia, popłakując lękliwie i ocierającoczy chusteczką. Szła między dwoma żandarmami w mundurach, a o trzykroki za nią, również w otoczeniu żandarmów, szedł wysoki, chudymężczyzna, silący się na powagę niby prefekt na procesji.

— Gdzieżeście ich znaleźli? — rzekł wachmistrz, już zupełnie pijany w tejchwili.

— Uciekali przez pola, bez śladziku paszportów.

Wachmistrz stracił zupełnie głowę; miał pięciu jeńców zamiast dwóch,których mu było trzeba. Oddalił się o kilka kroków, zostawiając tylkojednego człowieka dla strzeżenia więźnia przybierającego majestatycznetony, a drugiego, aby nie pozwolił koniom ruszyć z miejsca.

— Zostań — rzekła hrabina do Fabrycego, który już zeskoczył na ziemię, wszystko się ułoży.

Jeden z żandarmów wykrzykiwał:

— Mniejsza z tym! Jeżeli nie mają paszportów, to także dobra zdobycz.

Wachmistrz nie wydawał się równie zdecydowany; nazwisko hrabinyPietranera zaniepokoiło go; znał nieboszczyka generała, o którego śmiercinie wiedział. „Generał nie jest człowiekiem, który by puścił płazemuwięzienie żony” — myślał.

W czasie tych rokowań, które przeciągnęły się nad miarę, hrabina wdałasię w rozmowę z młodą dziewczyną, stojącą w kurzu obok powozu —uderzyła ją jej uroda.

— Głowa panią rozboli od tego słońca. Ten dzielny żołnierz — rzekławskazując na żandarma przy koniach — pozwoli pani wsiąść.

Fabrycy, który kręcił się koło kolaski, zbliżał się, aby pomóc młodejpanience. Ta już stawała na stopniu, podtrzymywana przez Fabrycego,kiedy imponujący jegomość, stojący o sześć kroków za powozem, wykrzyknął głosem silącym się na wyraz godności:

— Zostań na gościńcu, nie siadaj do cudzego powozu!

Fabrycy nie słyszał tego rozkazu; panna, zamiast siadać do kolaski,chciała wysiąść; podparta ramieniem Fabrycego wpadła w jego objęcia. Onsię uśmiechnął, ona zaczerwieniła się mocno. Kiedy się oswobodziła z jegorąk, stali jakiś czas, przyglądając się sobie.

„To byłaby urocza towarzyszka więzienia — rzekł sobie Fabrycy — co zaszlachetne i myślące czoło! Ona umiałaby kochać!”

Wachmistrz zbliżył się z powagą w obliczu.

— Która z tych pań nazywa się Klelia Conti?

— Ja — odparła panna.

— A ja — wykrzyknął stary jegomość — jestem generał Fabio Conti,szambelan Jego Wysokości najdostojniejszego księcia Parmy, i uważam zabardzo niewłaściwe, aby człowieka mego stanowiska ścigano jak złodzieja.

— Przedwczoraj siadłszy na statek w porcie Como przepędził paninspektora policji, który pana pytał o paszport? Dziś on nawzajem pozwoliłsobie pana trochę przepędzić.

— Łódź już odbiła od brzegu, śpieszyło mi się, nadciągała burza; cywiljakiś krzyknął z brzegu, abym wracał; powiedziałem mu swoje nazwiskoi jechałem dalej.

— A dziś uciekł pan z Como.

— Taki człowiek jak ja nie bierze paszportu, aby jechać z Mediolanuspacerem nad jezioro. Dziś rano w Como powiedziano mi, że mają mniearesztować; wyszedłem pieszo z córką, miałem nadzieję spotkać jakiśwehikuł, który by mnie zawiózł do Mediolanu, gdzie pierwszym moimkrokiem będzie poskarżyć się u gubernatora.

Wachmistrzowi spadł ciężar z serca.

— A więc, generale, jesteś pan więźniem i zaprowadzę pana do Mediolanu. A pan kto jesteś? — zwrócił się do Fabrycego.

— Mój syn — odparła hrabina — Askaniusz, syn generała dywizji Pietranera.

— Bez paszportu, pani hrabino? — rzekł wachmistrz łagodniej.

— W jego wieku! Nigdy jeszcze nie miał paszportu, nie podróżuje nigdysam, zawsze jest ze mną.

Podczas tej rozmowy generał Conti przybierał wobec żaridarmów minęcoraz to bardziej obrażonej godności.

— Za dużo słów — rzekł jeden z żandarmów — jest pan aresztowany,i basta.

— Powinien pan być zadowolony — rzekł wachmistrz — jeżeli się zgodzimy, abyś najął chłopskiego konia; inaczej mimo kurzu i gorąca, i mimorangi szambelana, pójdziesz pan ślicznie piechotą między końmi.

Generał zaczął kląć.

— Zamkniesz ty gębę! — dorzucił żandarm. — Gdzie twój generalskimundur? Czy pierwszy lepszy nie może powiedzieć, że jest generałem?

Generał pogniewał się na dobre. Przez ten czas w kolasce układały sięrzeczy o wiele lepiej.

Hrabina komenderowała żandarmami, jak gdyby to byli jej ludzie. Dałatalara jednemu, aby poszedł po wino, a zwłaszcza po świeżą wodę dokantyny, którą widać było o dwieście kroków. Zdołała uspokoić Fabrycego,który koniecznie chciał umykać do lasu porastającego wzgórze. „Mamdobre pistolety” --- mówił. Uzyskała od obrażonego generała to, że pozwoliłcórce wsiąść do powozu. Przy tej sposobności generał, który lubił mówićo sobie i swej rodzinie, powiadomił panie, że córka jego ma dopierodwanaście lat, jako że urodziła się w roku 1803, 27 października; alewszyscy dają jej czternaście albo piętnaście, taka jest inteligentna.

„Człowiek na wskroś pospolity” — mówiły oczy hrabiny do margrabiny.Dzięki hrabinie wszystko ułożyło się po godzinnej rozmowie. Jeden zżandarmów, który — jak się okazało — miał interes w sąsiedniej wiosce, wynajął swego konia generałowi Conti dzięki temu słóweczku hrabiny: „Dostaniesz dziesięć franków.” Wachmistrz pojechał z generałem;reszta żandarmów została pod drzewami w towarzystwie czterech olbrzymich gąsiorów wina, które posłany do gospody żandarm przyniósł z pomocąwieśniaka. Klelia otrzymała od godnego szambelana pozwolenie odbyciadrogi do Mediolanu w powozie pań, nikomu zaś nie postało w głowieniepokoić syna dzielnego generała Pietranera. Po pierwszej wymianieuprzejmości oraz omówieniu tego szczęśliwego zakończenia wypadkuw podróży Klelia zauważyła odcień uwielbienia, z jakim ta piękna hrabinazwraca się do Fabrycego — z pewnością nie jest jego matką! Uwagę panienkizwróciły zwłaszcza częste aluzje do czegoś heroicznego, śmiałego, nadwyraz niebezpiecznego, czego dokonał niedawno; ale mimo całej inteligencji młoda Klelia nie mogła zgadnąć, o co chodzi.

Patrzała ze zdziwieniem na młodego bohatera, którego oczy jak gdybyoddychały jeszcze ogniem świeżego czynu. Co się tyczy Fabrycego, byłnieco oszołomiony pięknością dwunastoletniej dziewczyny, a spojrzeniajego przyprawiały ją o rumieniec.

Na milę przed Mediolanem Fabrycy oznajmił, że musi odwiedzić wuja,i pożegnał się z paniami.

— Jeśli wyplączę się z tej sprawy — rzekł do Klelii — przyjadę do Parmyobejrzeć piękne olejne obrazy; czy wówczas raczy pani zapamiętać mojenazwisko: Fabrycy del Dongo?

— Ślicznie — powiedziała hrabina — więc tak zachowujesz swoje incognito? A panienkę prosimy, aby zechciała zapamiętać, że ten nicdobrego jestmoim synem i nazywa się Pietranera, a nie del Dongo.

Późno wieczorem Fabrycy wśliznął się do Mediolanu bramą Renza, którawiedzie do modnego miejsca przechadzki. Wysłanie dwóch domownikówdo Szwajcarii wyczerpało drobne oszczędności margrabiny i jej siostry;szczęściem Fabrycy miał jeszcze parę napoleonów i jeden diament, którypostanowiono sprzedać.

Obie panie znały całe miasto i były bardzo kochane; najznaczniejszefigury austriackiego i klerykalnego stronnictwa wstawiły się za Fabrycym dobarona Bindera, naczelnika policji.

— To niepojęte — mówiły — jak można brać serio wybryk szesnastoletniego dzieciaka, który się pokłócił z bratem i uciekł z domu.

— Moim rzemiosłem jest wszystko brać serio — odpowiedział łagodnie baron Binder, człowiek rozumny i smutny; stwarzał wówczas słynną policjęmediolańską i postanowił uniemożliwić rewolucję, taką jak owa w 1740roku, która wypędziła Austriaków z Genui. Ta policja mediolańska, takwsławiona później przygodami panów Pellico i Andryane, nie byławłaściwie okrutna; wykonywała tylko racjonalnie i bez litości suroweprawa. Cesarz Franciszek II chciał przejąć grozą zuchwałe włoskie wyobraźnie.

— Dajcie mi, panowie, dzień po dniu — odpowiadał baron Binderprotektorom Fabrycego — udowodnioną relację wszystkiego, co robiłmarchesino del Dongo od chwili, gdy opuścił Grianta 8 marca, aż do swegowczorajszego przybycia do tego miasta, gdzie znajduje się ukryty u matki,a jestem gotów uważać go za najmilszego urwisa pod słońcem. Ale jeśli niemożecie mi przedstawić marszruty tego młodego człowieka przez cały czas,który upłynął od jego wyjazdu z Grianta, wówczas mimo jego znakomitegourodzenia i mimo szacunku, jaki mam dla przyjaciół jego domu, czyż niejest moim obowiązkiem aresztować go? Czyż nie powinienem trzymać gow więzieniu, póki mi nie udowodni, że nie jeździł do Napoleona z poselstwem od garstki malkontentów, jacy się mogą znaleźć w Lombardii wśródpoddanych Jego Cesarskiej i Królewskiej Mości? Zważcie jeszcze, panowie, że jeśli młody del Dongo zdoła się usprawiedliwić na tym punkcie,zostanie jeszcze winny, że przekroczył granicę bez legalnego paszportu, cowięcej, pod fałszywym nazwiskiem, świadomie korzystając z paszportuprostego robotnika, osobnika klasy o tyle niższej!

Oświadczeniu temu bezlitośnie rozsądnemu towarzyszyły wszystkieoznaki szacunku i czci, jakie naczelnik policji winien był pozycji margrabinydel Dongo oraz osób, które się za nią wstawiały.

Margrabina wpadła w rozpacz, dowiedziawszy się, jaka była odpowiedźbarona Bindera.

— Uwiężą Fabrycego! — wykrzyknęła z płaczem — a skoro raz znajdzie sięw więzieniu, Bóg wie, kiedy się wydostanie. Ojciec się go wyprze!

Pani Pietranera i jej bratowa odbyły naradę z bliskimi przyjaciółmi;mimo wszelkich przedłożeń margrabina nastawała, aby jej syn wyjechałnajbliższej nocy.

— Widzisz przecież — mówiła hrabina — że Binder wie, iż syn twój jesttutaj; to nie musi być zły człowiek.

— Nie, ale chce się przypodobać cesarzowi Franciszkowi.

— Ależ gdyby uważał, że dla jego kariery korzystne jest wtrącić Fabrycego do więzienia, już by chłopiec tam był; uciekać znaczy okazywać muobrażającą nieufność.

— Ależ dać nam do zrozumienia, że wie, gdzie jest Fabrycy, znaczypowiedzieć: „Niechże ucieka!” Nie, nie odetchnę póty, póki będę musiałasobie powtarzać: „Za kwadrans syn mój znajdzie się może za kratą!”Jakiekolwiek byłyby ambicje Bindera, uważa on za pożyteczne dla swejosobistej pozycji w tym kraju okazywać względy człowiekowi takiemu jakmój mąż; a dowodem tego dziwna otwartość, z jaką wyznaje, że wie, gdzieszukać mego syna. Co więcej baron wyszczególnia wręcz dwa punkty,o które Fabrycy jest oskarżony w myśl denuncjacji jego niecnego brata;wyjaśnia, że oba te przestępstwa pociągają za sobą więzienie; czyż to nieznaczy powiedzieć nam, że jeśli wolimy wygnanie, mamy wolny wybór?

— Jeśli wybierzesz wygnanie — powtarzała hrabina — już go nie ujrzymy.

Fabrycy, obecny przy tej rozmowie wraz z jednym z dawnych przyjaciółmargrabiny, obecnie rajcą przy trybunale stworzonym przez Austrię,podzielał zdanie, że trzeba dać nura; jakoż tego samego dnia opuścił pałac,ukryty w powozie, który wiózł do teatru „La Scala” matkę i ciotkę.Woźnica, osobnik podejrzany, wstąpił jak zwykle do szynku; gdy lokaj,człowiek pewny, pilnował koni, Fabrycy, przebrany za wieśniaka, wyśliznąłsię z karety i opuścił miasto. Nazajutrz równie szczęśliwie przebył granicę,a w kilka godzin później był w majątku matki w Piemoncie, blisko Nowary,właśnie w owym Romagnano, gdzie poległ Bayard.

Można sobie wyobrazić, z jaką uwagą obie panie, znalazłszy się w lożyw „La Scala”, słuchały przedstawienia. Udały się tam jedynie po to, aby sięnaradzić z paroma przyjaciółmi należącymi do stronnictwa liberalnego,których pojawienie się w pałacu del Dongo mogłoby się wydać policjipodejrzane. W loży postanowiono jeszcze raz uderzyć do barona Bindera.Nie mogło być mowy o przekupieniu tego nieskazitelnego urzędnika;zresztą obie panie były bardzo biedne; zmusiły Fabrycego, aby zabrałwszystko, co zostało ze sprzedaży diamentu.

Bardzo ważne wszelako było uzyskać od barona ostatnie słowo. Przyjaciele hrabiny przypomnieli jej niejakiego kanonika Borda, bardzo gładkiego młodego człowieka, który niegdyś próbował się do niej zalecać, i tow dość niesmaczny sposób; nie mogąc nic wskórać, zadenuncjował przedgenerałem Pietranera jej stosunek z Limercatim, za co wypędzono go jakłajdaka. Obecnie kanonik ów grywał co wieczór w laroka z baronowąBinder i oczywiście był serdecznym przyjacielem męża. Hrabina zdobyła sięna straszliwie przykry krok: postanowiła iść do tego kanonika. Wcześnierano, nim wyszedł z domu, kazała się oznajmić.

Kiedy jedyny służący wymówił nazwisko hrabiny Pietranera. człowiekten wzruszył się tak, że niemal stracił głos; nie pomyślał nawet o tym, abypoprawić nieco swój negliż.

— Wprowadź i odejdź — rzekł zdławionym głosem.

Hrabina weszła; Borda rzucił się na kolana.

— W tej pozycji nieszczęsny szaleniec winien przyjąć pani rozkazy — rzekłdo hrabiny, która tego rana, w swym skromnym, nie rzucającym się w oczystroju, była nieodparcie urocza. Troska o losy Fabrycego, gwałt, jaki sobiezadała, aby przyjść do człowieka, który tak haniebnie z nią postąpił,wszystko to dawało jej spojrzeniu niewysłowiony blask.

— W tej pozycji pragnę przyjąć pani rozkazy! — wykrzyknął kanonik, jasne bowiem jest, że pani żąda ode mnie jakiejś usługi, inaczej niezaszczyciłabyś swą obecnością domu nieszczęśliwego szaleńca: niegdyś,oszołomiony miłością i zazdrością, zachował się wobec pani jak nikczemnik,skoro poznał, że nie może marzyć o twej miłości.

Słowa te były szczere i tym piękniejsze, iż kanonik zażywał obecniewielkiego wpływu. Hrabinę wzruszyły one do łez; upokorzenie, lęk, któremroziły jej duszę, ustąpiły w jednej chwili roztkliwieniu i nadziei. Z osobyciężko strapionej stała się w mgnieniu oka nieomal szczęśliwą.

— Pocałuj mnie w rękę — rzekła do kanonika, podając mu ją — i wstań!(Trzeba wiedzieć, że we Włoszech tykanie oznacza szczerą przyjaźń równiedobrze jak tkliwsze uczucie.) Przychodzę prosić cię o łaskę dla megobratanka Fabrycego. Oto zupełna prawda, bez najmniejszego fałszu, takjak się mówi staremu przyjacielowi. Niespełna siedemnastoletni chłopakpopełnił szaleństwo. Byliśmy w Grianta, nad jeziorem Como. Pewnegowieczora statek z Como przyniósł nam wiadomość o wylądowaniu cesarzaw zatoce Juan. Nazajutrz Fabrycy puścił się do Francji, wziąwszy paszportod jednego z oddanych mu prostaczków, handlarza barometrów, niejakiego Vasi. Ponieważ nie bardzo wyglądał na handlarza barometrów, przeto — skoro tylko znalazł się we Francji — uwięziono go; jego wybuchy entuzjazmu w lichej francuszczyźnie wydały się podejrzane. Po jakimś czasieumknął i zdołał się dostać do Genewy; posłaliśmy na jego spotkanie doLugano...

— To znaczy do Genewy — rzekł kanonik z uśmiechem.

Hrabina dokończyła historii.

— Zrobię wszystko, co jest w mocy ludzkiej — rzekł kanonik z zapałem — oddaję się na pani rozkazy. Gotów jestem posunąć się do szaleństwa. Niechpani powie, co mam uczynić z chwilą, gdy z tego ubogiego salonu zniknieniebiańskie zjawisko, które stanowi epokę w moim życiu.

— Trzeba iść do Bindera, powiedzieć mu, że pan kocha Fabrycego oddzieciństwa, żeś patrzał na urodzenie tego chłopca, wówczas gdyś bywału nas; wreszcie, że w imię przyjaźni błagasz barona, by użył wszystkichszpiegów na sprawdzenie, czy przed wyjazdem do Szwajcarii Fabrycy miałnajmniejszą styczność z którymś z będących pod jego obserwacją liberałów.O ile baron ma policję dobrze zorganizowaną, przekona się, że chodzi tujedynie o szaleństwo młodości. Pamięta pan, że były w moim mieszkaniu,w pałacu Dugnani, sztychy przedstawiające zwycięskie bitwy Napoleona;sylabizując podpisy tych rycin, Fabrycy nauczył się czytać. Pięcioletniemudziecku biedny mój mąż opowiadał o tych bitwach; kładliśmy mu na głowękask męża, dzieciak wlókł po posadzce jego szablę. I oto pewnego pięknegodnia dowiaduje się, że bóstwo mego męża, cesarz, wrócił do Francji; pędzijak szaleniec, aby mu towarzyszyć, ale mu się to nie udaje. Spytaj panbarona, jaką karą chce skarać tę chwilę obłędu.

— Zapomniałem o jednym! — wykrzyknął kanonik — przekona się pani,że nie jestem tak całkiem niegodny przebaczenia, którego mi pani użycza.Oto — rzekł szukając między papierami — doniesienie tego bezecnego colforto (hipokryty), patrz, pani, podpisane: „Ascanio Valserra del Dongo”,które stało się punktem wyjścia tej całej sprawy. Wziąłem je wczorajwieczór z policji i poszedłem do „La Scala” w nadziei znalezienia tamkogoś, kto bywa w pani loży i przez kogo mógłbym panią powiadomić o tymdokumencie. Odpis znajduje się od dawna w Wiedniu. Oto wróg, któregotrzeba nam zwalczać.

Kanonik przeczytał z hrabiną denuncjację; ułożono, że w ciągu dniadostarczy przez pewną osobę odpisu. Z radością w sercu wróciła hrabina dopałacu del Dongo.

— Niepodobna okazać więcej delikatności niż ten eks-łajdak — rzekła do margrabiny. — Dziś wieczór w „La Scala” trzy kwadranse na jedenastąwyprawimy wszystkich z loży, zgasimy świece, zamkniemy drzwi, a o jedenastej kanonik przyjdzie nam zdać sprawę z tego, co zdołał uczynić. Tonajmniej dla niego kompromitujący sposób.

Ów kanonik był to sprytny człowiek; nie omieszkał się stawić — okazał sięnieskończenie dobry i bezgranicznie wylany, jak bywają ludzie jedyniew krajach, gdzie próżność nie tłumi wszystkich uczuć. Zadenuncjowaniehrabiny Pietranera przed mężem było ciągłym wyrzutem jego życia — i otoznajdował sposób odkupienia.

— Teraz znów romansuje ze swoim bratankiem! — wykrzyknął, skorohrabina wyszła od niego rano; nie był bowiem jeszcze wyleczony. — Tadumna kobieta przyszła do mnie!... Po śmierci biednego Pietranera odepchnęła z oburzeniem moje usługi, mimo że bardzo dwornie przedłożoneprzez pułkownika Scotti, jej dawnego kochanka. Piękna Pietranera mającatysiąc pięćset franków na życie! — dodał, przechadzając się żywo po pokoju.— Potem osiada w zamku Grianta z ohydnym seccatore, z margrabią delDongo!... Wszystko się tłumaczy! W istocie, ten młody Fabrycy jest pełenwdzięku, rosły, zgrabny, zawsze uśmiechnięty, i co więcej, ze spojrzeniembrzemiennym jakąś słodką rozkoszą... fizjonomia z Correggia — dodałkanonik z goryczą.

— Różnica wieku... niezbyt duża... Fabrycy urodził się po wejściuFrancuzów, około 98 roku, o ile mi się zdaje; hrabina może mieć latdwadzieścia siedem czy osiem; niepodobna wyobrazić sobie czegoś bardziejuroczego. W tym kraju, tak bogatym w piękności, ona bije wszystkie:Marini, Gherardi, Ruga, Aresi, Pietragrua — wszystkie gasną przy niej. Żyliszczęśliwie w ukryciu nad tym pięknym jeziorem Como, kiedy młodemuwpadło do głowy lecieć do Napoleona... Są jeszcze dusze we Włoszech!Droga ojczyzna! Nie — ciągnęło dalej to serce rozpłomienione zazdrością — niepodobna sobie inaczej wytłumaczyć tej rezygnacji, tej wegetacji na wsi,z przykrością oglądania co dzień, przy każdym posiłku, ohydnej twarzymargrabiego del Dongo wraz z tą bezecną wyblakłą facjatą marchesinoAscanio, który będzie jeszcze gorszy od ojca!... Dobrze więc; będę jej służyłszczerze. Przynajmniej będę miał przyjemność widywania jej inaczej niżprzez szkło lornetki.

Kanonik Borda przedstawił paniom całą sprawę bardzo jasno. W gruncie rzeczy Binder usposobiony jest jak najlepiej; bardzo jest rad, że Fabrycy sięulotnił, zanim z Wiednia zdążyły przyjść rozkazy; baron bowiem nie mógłrozstrzygać o niczym; w tej jak i w innych sprawach czeka rozkazów i posyłaco dzień do Wiednia dokładną kopię wszystkich informacji; po czym czeka.Trzeba, aby na swym wygnaniu w Romagnano Fabrycy:

Primo: Nie zaniedbał co dzień być na mszy, wziął sobie za spowiednikasprytnego człowieka oddanego monarchii i wyznał mu przy konfesjonale, żeuczucia jego są nienaganne.

Secundo: Nie powinien się zadawać z żadnym człowiekiem uchodzącymza otwartą głowę; przy sposobności powinien mówić ze zgrozą o wszelkimbuncie jako o rzeczy w żadnym razie niedozwolonej.

Tertio: Nie powinien zachodzić do kawiarni; nie powinien czytać dzienników prócz urzędowej gazety turyńskiej i mediolańskiej; w ogóle okazywać wstręt do książek, nie czytać zwłaszcza żadnego dzieła drukowanego poroku 1720, wyjąwszy co najwyżej romansów Walter Scotta.

Quarto: Wreszcie — dodał kanonik z odrobiną złośliwości — trzebazwłaszcza, aby się jawnie umizgał do jakiej pięknej pani w okolicy,oczywiście szlachcianki; to będzie znak, że nie jest ponurym i niezadowolonym z życia materiałem na spiskowca.

Przed spoczynkiem hrabina i margrabina napisały do Fabrycego długielisty, w których tłumaczyły mu z uroczym zakłopotaniem rady kanonikaBorda.

Fabrycy nie miał żadnej ochoty spiskować; kochał Napoleona i — jakourodzony szlachcic — uważał, że mu się należy od życia więcej niż innym;mieszczanie wydawali mu się śmieszni. Nigdy nie otworzył książki od czasukolegium, gdzie czytywał jedynie dzieła przyrządzone przez jezuitów.Osiadł w pewnej odległości od Romagnano, we wspaniałym pałacu, jednymz arcydzieł sławnego architekta Sanmicheli, ale od trzydziestu lat nikt tam nie mieszkał, tak że deszcz padał do wszystkich pokojów i ani jedno okno sięnie zamykało. Zagarnął konie plenipotenta i ujeżdżał na nich bez ceremoniicały dzień; nie odzywał się do nikogo — dumał. Rada znalezienia sobiekochanki w jakiejś dobrze myślącej rodzinie spodobała mu się; wykonał ją dosłownie. Wybrał sobie na spowiednika młodego intryganta, który chciałzostać biskupem (jak spowiednik ze Szpilbergu); ale robił trzy mile pieszo, spowijając się tajemnicą, jak mniemał, nieprzeniknioną, aby czytać „Constitutionner”, który wydał mu się wzniosły: „To jest tak piękne jak Alfierii Dante!” — wykrzykiwał często. Fabrycy miał tę wspólność z młodzieżąfrancuską, iż o wiele poważniej zajmował się swoim wierzchowcem i swoimdziennikiem niż swoją dobrze myślącą kochanką. Ale w tej szczerej i tęgiejduszy nie było jeszcze miejsca na naśladowanie drugich, toteżnie zyskał sobie przyjaciół w miejscowym towarzystwie. Prostotę jegowzięto za dumę; nie umiano określić jego charakteru. „To młodszy syn,markotny, że nie jest starszym” — powiedział proboszcz.

Rozdział szósty

Wyznamy szczerze, że zazdrość kanonika Borda nie była bez podstaw. Skoro Fabrycy wrócił z Francji, ukazał się oczom hrabiny Pietraneraniby piękny cudzoziemiec, którego dobrze znała niegdyś. Gdyby się jejoświadczył, pokochałaby go; czyż nie żywiła już dla jego postępków i osobynamiętnego, można rzec bezgranicznego uwielbienia? Ale Fabrycy całowałją z takim wylewem niewinnej wdzięczności i serdecznej przyjaźni, żebrzydziłaby się sobą, gdyby szukała innego uczucia w tym niemal synowskim przywiązaniu. „Ba — mówiła sobie hrabina — paru przyjaciół, którzymnie znali przed sześciu laty na dworze księcia Eugeniusza, może mniejeszcze uważać za ładną, nawet młodą, ale dla niego jestem kobietączcigodną... i jeżeli mam rzec bez ogródek, nie oszczędzając mojej miłościwłasnej, kobietą starszą.” Hrabina łudziła się co do okresu, w który weszła,ale łudziła się nie na sposób pospolitych kobiet. „W jego wieku zresztą —dodawała — przesadza się nieco uszczerbki czasu; jedynie człowiek bardziejdoświadczony...”

Tak dumając przechadzała się po salonie; zatrzymała się przed lustremi uśmiechnęła się. Trzeba wiedzieć, że od kilku miesięcy serce paniPietranera było poważnie atakowane, i to przez niezwykłą osobistość.Niedługo po wyjeździe Fabrycego do Francji hrabina, która — jasno sobietego nie uświadamiając — zaczynała się nim mocno zajmować, popadław głęboką melancholię. Wszystkie zajęcia wydawały się jej nudne i, jeślimożna tak rzec, bez smaku; powiadała sobie, że Napoleon, chcąc pozyskaćsobie Włochów, zrobił Fabrycego swoim adiutantem. „Stracony jest dlamnie! — wykrzyknęła płacząc — nie ujrzę go już! Będzie pisywał do mnie, aleczymże ja będę dla niego za dziesięć lat?”

W tym stanie ducha hrabina wybrała się do Mediolanu; spodziewała sięzdobyć bliższe wiadomości o Napoleonie i — kto wie — pośrednio możenowiny o Fabrycym. Nie przyznając się do tego przed sobą, ta gorąca duszazaczynała się czuć bardzo zmęczona jednostajnym życiem na wsi. „Toobrona przed śmiercią — mówiła sobie — to nie życie. Co dzień oglądać tepudrowane gęby brata, bratanka, ich lokajów! Czym są przejażdżki pojeziorze bez Fabrycego?” Jedyną pociechę czerpała z przyjaźni margrabiny,ale od jakiegoś czasu ta zażyłość z matką Fabrycego, starszą od niej i odległąod życia, zaczynała mieć dla niej mniej uroku.

W takim szczególnym położeniu znajdowała się hrabina Pietranera;z odjazdem Fabrycego niewiele spodziewała się od przyszłości; serce jejpotrzebowało pociechy i rozrywki. Przybywszy do Mediolanu zapaliła siępo modnej opery, zamykała się sama na długie godziny w „La Scala”, w lożygenerała Scotti, swego dawnego przyjaciela. Ludzie, których starała sięwidywać, aby się dowiedzieć czegoś o Napoleonie i jego armii, wydawali sięjej pospolici i gminni. Wróciwszy do domu improwizowała na klawikordziedo rana. Jednego wieczora w „La Scala”, w loży jednej z przyjaciółek,dokąd udała się po nowiny z Francji, przedstawiono jej hrabiego Mosca,ministra Parmy; był to sympatyczny człowiek, który mówił o Francjii o Napoleonie w sposób zdolny obudzić w jej sercu nowe przyczyny nadzieilub lęku. Znów zaszła do loży nazajutrz; zajmujący ten człowiek zjawił sięrównież; całą operę przegadała z nim z przyjemnością. Od wyjazduFabrycego nie spędziła tak miłego wieczoru. Człowiek ten, który ją umiałrozerwać, hrabia Mosca della Rovere Sorezana, był wówczas ministremwojny, polityki i finansów słynnego księcia Parmy, Ernesta IV, tak głośnegoswą surowością, którą liberałowie mediolańscy nazywali okrucieństwem.Mosca mógł mieć do czterdziestu pięciu lat; miał wydatne rysy, ani śladunadętości, proste i wesołe obejście, które jednało mu sympatię; byłbyjeszcze bardzo przystojny, gdyby dziwactwo księcia nie zmuszało go dopudrowania włosów — rękojmia chwalebnych zasad politycznych. Nieobawiając się zbytnio urazić próżności, ludzie we Włoszech łatwo dochodządo zażyłego tonu i do rozmowy o rzeczach osobistych. Poprawką tegozwyczaju jest to, że o ile się drasnęli, przestają się widywać.

— Czemu, hrabio, pudrujesz włosy — spytała hrabina za trzecim widzeniem. — Puder! Człowiek taki jak pan, jeszcze młody, który z nami wojowałw Hiszpanii!

— To dlatego, że nic nie ukradłem w owej Hiszpanii, a trzeba żyć. Byłemoszalały sławą; pochlebne słówko generała Gouvion-Saint-Cyr, który namidowodził i był wówczas dla mnie wszystkim. Z upadkiem Napoleonaokazało się, iż podczas gdy zjadałem swój majątek w służbie, ojciec mój,człowiek o żywej wyobraźni, który widział mnie już generałem, budował mipałac w Parmie. W 1813 roku znalazłem się, za cały majątek, z wielkim, niedokończonym pałacem i z pensją.

— Trzy tysiące pięćset franków, jak mój mąż?

— Ba! Hrabia Pietranera był generałem dywizji. Moja pensyjka skromnego majora wynosiła ledwie osiemset franków, a i to płacą mi ją dopiero odczasu, jak jestem ministrem finansów.

Ponieważ w loży znajdowała się tylko jej właścicielka, dama przekonańwielce liberalnych, rozmowa toczyła się dalej równie szczerze; Mosca,zagadnięty, opowiadał o swoim życiu w Parmie.

— W Hiszpanii pod generałem Saint-Cyr narażałem się na kule, abyzdobyć krzyż i nieco sławy; obecnie ubieram się jak pajac z komedii, abyprowadzić wielki dom i mieć kilka tysięcy franków. Raz wciągnąwszy sięw tę partię szachów, dotknięty niegrzecznością przełożonych, postanowiłem zająć pierwsze miejsce; osiągnąłem to. Ale najszczęśliwsze moje dni tote, które od czasu do czasu mogę spędzić w Mediolanie; tu żyje jeszcze sercewaszej włoskiej armii.

Szczerość, disinvoltura, z jaką mówił minister groźnego księcia, obudziłyciekawość hrabiny. Sądząc z jego tytułu spodziewała się nadętego pedanta,a widziała człowieka, który się wstydził powagi swego stanowiska. Moscaprzyrzekł jej dostarczać nowin z Francji — była to wielka nieopatrznośćw Mediolanie, na miesiąc przed Waterloo. Chodziło wówczas dla Włocho ich być albo nie być; cały Mediolan przebywał gorączkę nadzieilub obawy. Wśród tego poruszenia hrabina zaczęła się wypytywać o człowieka, który tak lekko mówił o stanowisku budzącym tyle zazdrościi będącym jedynym jego środkiem do życia.

Ciekawe i uderzające swą oryginalnością rzeczy opowiedziano hrabiniePietranera. Hrabia Mosca della Rovere Sorezana bliski jest zostaniapierwszym ministrem i faworytem Ranucego Ernesta IV, samowładnegoksięcia Parmy, i co więcej, jednego z najbogatszych władców w Europie.Hrabia byłby już doszedł do tego naczelnego stanowiska, gdyby miał więcejpowagi; podobno książę dawał mu nieraz nauki w tej mierze.

— Co Waszej Dostojności szkodzi moje zachowanie — odpowiedziałswobodnie — bylem dobrze załatwiał sprawy.

„Szczęście tego faworyta — dodawano — nie jest bez cierni. Trzeba wciążdbać o łaskę monarchy, człowieka niewątpliwie rozumnego i bystrego, alektóry, od czasu jak zajął samowładny tron, stracił po prostu głowę i okazujepodejrzliwość iście kobiecą.”

Ernest IV jest odważny tylko na wojnie. Na polu bitwy widziano go wielerazy, jak prowadził kolumnę do ataku, dowodząc nią jak dzielny generał;ile po śmierci ojca swego, Ernesta III, wróciwszy do swego państwa, gdziena nieszczęście posiada nieograniczoną władzę, zaczął gwałtownie deklanować przeciw liberałom i wolności. Niebawem wyobraził sobie, że gonienawidzą; wreszcie w chwili złego humoru kazał powiesić dwóch liberałów, może nie bardzo winnych, popchnięty do tego przez łajdaka nazwikiem Rassi — coś na kształt ministra sprawiedliwości.

Od tej nieszczęsnej chwili życie księcia zmieniło się; dręczą go najdzikszepodejrzenia. Nie ma pięćdziesięciu lat, a strach go tak skurczył, jeżelimożna się tak wyrazić, iż z chwilą gdy mówi o jakobinach i o projektachkomitetu paryskiego, przybiera fizjonomię osiemdziesięcioletniego starca; popada w lęki nieletniego dziecka. Faworyt jego, Rassi, naczelnyskarbnik (lub wielki sędzia), posiada wpływ jedynie dzięki strachowi swegopana; z chwilą gdy się obawia o swój wpływ, czym prędzej odkrywa nowe sprzysiężenie, możliwie czarne i fantastyczne. Niech się zbierze trzydzieścigorących głów, aby przeczytać numer „Constitutionnel”, Rassi ogłasza ichza spiskowców i osadza w sławnej cytadeli parmeńskiej, postrachu Lombardii. Ponieważ jest bardzo wysoka — sto osiemdziesiąt stóp, jak mówią widać ją z bardzo daleka na tej olbrzymiej równinie; urządzenie zaś tejkaźni, o której powiadają straszne rzeczy, czyni ją, siłą postrachu, królowącałej tej równiny od Mediolanu do Bolonii.

— Czy uwierzyłaby pani — powiadał hrabinie inny podróżny — w nocy natrzecim piętrze swego pałacu, strzeżony przez osiemdziesięciu gwardzistów,którzy co kwadrans wykrzykują hasło, Ernest IV drży w swoim pokoju.Drzwi zamknięte są na dziesięć ryglów, sale nad nim i pod nim pełne sążołnierzy, a on boi się jakobinów. Jeżeli deska w posadzce zaskrzypi, rzucasię do pistoletów, myśląc, że to liberał ukryty pod łóżkiem. Natychmiastrozlegają się dzwonki w całym zamku, a adiutant biegnie zbudzić hrabiegoMosca. Przybywszy do zamku, minister ten nie zdradza najlżejszej wątpliwości co do spisku, przeciwnie: uzbrojony od stóp do głów, sam badaz księciem każdy zakątek, zagląda pod łóżka z drobiazgowością godnąstarej baby. Wszystkie te ostrożności wydałyby się upokarzające samemuksięciu w owym szczęśliwym czasie, kiedy bywał na wojnie i kiedy nieuśmiercił jeszcze nikogo inaczej niż z fuzji. Ponieważ to jest człowiek wcaleniegłupi, wstydzi się tych ostrożności, widzi ich śmieszność w tej samejchwili, w której je praktykuje; otóż źródłem wpływu hrabiego Mosca jestwłaśnie to, iż dokłada wszelkich starań, aby książę nie potrzebował się nigdyrumienić w jego obecności. To on, Mosca, w charakterze ministra policjinalega, aby zaglądać pod sprzęty, zgoła — powiadają w Parmie — do futerałów od basetli. Książę sprzeciwia się temu, żartuje z gorliwościministra.

— To rzecz mojej ambicji — odpowiada hrabia — niech Wasza Dostojnościpomyśli, iloma satyrycznymi sonetami zasypaliby nas jakobini, gdybyśmypozwolili zamordować Waszą Dostojność. Bronimy jej życia, ale i naszegohonoru!

Ale zdaje się, iż książę tylko w połowie wierzy temu wszystkiemu, skorobowiem ktoś w mieście ośmieli się powiedzieć, że w zamku spędzonobezsenną noc, wielki skarbnik Rassi wysyła żartownisia do cytadeli, a gdykto raz znajdzie się w tym wyniosłym i dobrze wietrzonym mieszkaniu, trzeba cudu, aby sobie przypomniano o więźniu. Mosca jesteks-wojskowy, w Hiszpanii ocalił się ze dwadzieścia razy z pistoletemw dłoni z zasadzki — dlatego książę woli go od Rassiego, mimo że Rassi jestgiętszy i uniżeńszy. Owi nieszczęśliwi jeńcy znajdują się w najściślejszymodosobnieniu, obiegają o nich dziwne powieści. Liberałowie twierdzą, iż narozkaz Rassiego dozorcy i spowiednicy utrzymują ich w przekonaniu, że comiesiąc jeden idzie na stracenie. Tego dnia jeńcom wolno wychodzić naterasę olbrzymiej wieży, na sto osiemdziesiąt stóp wysokiej, i stamtąd widząprzeciągający orszak z agentem policji grającym rolę nieboraka prowadzonego na śmierć.

Te opowieści i dwadzieścia innych, nie mniej autentycznych, zaciekawiłypanią Pietranera. Nazajutrz jęła się wypytywać hrabiego Mosca o szczegóły,przekomarzając się z nim. Znajdowała rozrywkę w jego towarzystwie,dowodziła mu, że w gruncie jest on, sam o tym nie wiedząc, potworem.Jednego dnia, wracając do swej gospody, hrabia rzekł sobie: „Nie tylko tahrabina Pietranera jest uroczą kobietą, ale kiedy spędzam wieczór w jejloży, zapominam o niektórych rzeczach w Parmie, których wspomnienieprzeszywa mi serce. (,,Minister ten, mimo lekkich i błyszczących pozorów,nie miał duszy przykrojonej z francuska; nie umiał zapominaćzgryzot. Kiedy w wezgłowiu jego tkwił cierń, umiał tak długo kłuć sięo niego drgającymi członkami, aż go złamał i starł.” Przepraszam za tozdanie przetłumaczone z włoskiego.) Nazajutrz po tym odkryciu hrabiazauważył, iż mimo spraw zatrzymujących go w Mediolanie dzień wlecze się niemiłosiernie; nie mógł wytrzymać w miejscu, zamęczył konie. Kołoszóstej wsiadł na konia, aby pojechać na Corso; miał nadzieję spotkać tamhrabinę; nie widząc jej, przypomniał sobie, że koło ósmej otwierają „LaScala”; wszedł i ujrzał zaledwie dziesiątek osób w olbrzymiej sali. Zawstydził się nieco swojej obecności. „Czy podobna — rzekł — abym ja, mającskończonych czterdzieści pięć lat, robił szaleństwa, których wstydziłby siępodporucznik? Szczęściem nikt się ich nie domyśla. Uciekł i próbowałzabić czas, wałęsając się po pięknych uliczkach dokoła teatru. Jest tammnóstwo kawiarń, które o tej porze roją się od ludzi: przed każdą kawiarniątłum gapiów, siedząc na krzesłach wprost na ulicy, je lody i krytykujeprzechodniów. Hrabia nie należał do tych, którzy przechodzą niepostrzeżeni; nie minęła go ta przyjemność, że go poznano i nagabnięto.Kilku natrętów, z tych, którym nie można się opędzić, schwyciło tę sposobność, aby zdobyć audiencję u potężnego ministra. Dwaj wręczyli mupodania, trzeci poprzestał na udzieleniu mu rozwlekłych rad z zakresupolityki.

„Nie można spać — powiedział sobie — kiedy się jest zbyt inteligentnym;nie można się przechadzać, kiedy się jest zbyt wpływowym.” Wrócił doteatru i wpadł na tę myśl, aby wziąć lożę na trzecim piętrze; stamtądspojrzenia jego, nie pochwycone przez nikogo, mogły się nurzać w lożachdrugiego piętra, gdzie spodziewał się hrabiny. Pełne dwie godziny oczekiwania nie dłużyły się zakochanemu; pewien, że go nikt nie widzi, poddawałsię z rozkoszą swemu szaleństwu. „Czyż starość — powiadał sobie — toprzede wszystkim nie to, że się nie jest już zdolnym do tych rozkosznychdzieciństw?”

Wreszcie hrabina pojawiła się. Uzbrojony w lornetkę badał ją w upojeniu. „Młoda, świetna, lekka jak ptaszek — powiadał sobie — nie ma anidwudziestu pięciu lat. Piękność jest jeszcze najmniejszym jej powabem:gdzie znaleźć tę duszę zawsze szczerą, która nigdy nie umie być ostrożna, która poddaje się cała chwili, która pragnie jedynie dać sięporwać nowemu wrażeniu? Pojmuję szaleństwa hrabiego Nani.”

Hrabia wynajdywał sobie doskonałe racje, aby szaleć, póki myślałjedynie o zdobyciu szczęścia, które widział przed oczyma. Racje te straciłynieco na sile, kiedy zastanowił się nad swym wiekiem i nad troskaminiekiedy bardzo smutnymi, które wypełniały jego dni. „Inteligentny człowiek, któremu strach odbiera rozum, zapewnia mi wystawne życie i wielepieniędzy, abym był jego ministrem; ale niech mnie jutro odprawi, a zostanę stary i biedny, rzecz najohydniejsza w świecie; jest też co ofiarowywaćhrabinie!” Porzucił te czarne myśli, aby wrócić do hrabiny Pietranera; niemógł się nasycić jej widokiem; aby lepiej o niej myśleć, nie szedł do jej loży.,,Wzięła Naniego, powiadano mi właśnie, jedynie, aby zrobić na złośćcymbałowi Limercati, który nie umiał się zdobyć na to, aby pchnąć szpadąlub kazać żgnąć sztyletem mordercę jej męża. Ja bym się bił dwadzieściarazy dla niej!” — zawołał z uniesieniem. Co chwila spoglądał na zegar, któryodcinał się na czarnym tle lśniącymi cyframi, co pięć minut powiadamiającwidzów o godzinie, w której wolno im się udać do przyjacielskiej loży.Hrabia powiadał sobie: „Jako świeży znajomy, mogę zabawić w jej lożynajwyżej pół godziny; gdybym został dłużej, zwróciłbym na siebie uwagę,w moim wieku, a zwłaszcza z tymi pudrowanymi włosami, miałbym minęKasandra.” Jedna refleksja zdecydowała go nagle: „Gdyby hrabina wyszłaz loży, udając się gdzieś z wizytą, ładnie bym wyszedł na sknerstwie, z jakimdawkuję sobie tę przyjemność.” Już wstawał, aby się udać do loży hrabiny,naraz odeszła mu ochota. „Ha! to doprawdy śliczne! — wykrzyknął, śmiejąc się z siebie i przystając na schodach. — Toż to odruch szczerej nieśmiałości! Będzie już ze dwadzieścia pięć lat, jak mi się nie zdarzyło coś podobnego.

Wszedł do loży niemal przemagając się: jako człowiek wytrawnyskorzystał z przypadku, który mu się zdarzył, nie silił się na swobodęi dowcip ani też nie starał się ratować jakim zabawnym opowiadaniem; miałodwagę być nieśmiały, wykorzystał swój spryt, aby odsłonić rąbek wzruszenia, unikając wszelako śmieszności. „Jeżeli jej się to nie spodoba — powiadałsobie — przepadłem na zawsze! Co! nieśmiały, z włosami przysypanymipudrem, a które bez pudru wydałyby się siwe! Ostatecznie to jednakprawda; nie może tedy być śmieszna, chyba że przesadzę lub będę z niejczerpał chlubę. Hrabina tak często nudziła się w Grianta w obliczuupudrowanych głów swego brata, bratanka i kilku dobrze myślących nudziarzy z sąsiedztwa, że nie wpadło jej do głowy zaprzątać sięfryzurą nowego wielbiciela.

Nastrój hrabiny obronił ją przed wybuchem śmiechu, toteż uwagę swąskupiła jedynie na wiadomościach z Francji, których udzielał jej zawsze naosobności, skoro tylko zjawił się w loży; z pewnością wymyślał je. Omawiając z nim te wiadomości, hrabina zauważyła tego wieczora jego spojrzeniebyło sympatyczne i życzliwe.

— Wyobrażam sobie — rzekła — że w Parmie, wśród swoich niewolników,nie ma pan tego miłego spojrzenia; to by zepsuło wszystko i dałoby im cieńnadziei, że nie będą wisieć.

Zupełny brak namaszczenia u człowieka, który uchodził za pierwszegodyplomatę Włoch, zdziwił hrabinę; znajdowała nawet, że to ma swój urok.Wreszcie, ponieważ zwykłe mówił łatwo i z ogniem, nie zraniło jej to, iżuznał za właściwe przyjąć na jeden wieczór rolę słuchacza.

Był to ważny krok i bardzo niebezpieczny; szczęściem dla ministra, któryw Parmie nie spotykał się z oporem, hrabina przybyła z Grianta dopiero odniedawna; umysł jej był jeszcze odrętwiały wiejską nudą. Zdawało się, iżodwykła od żartu; wszystko, co przypominało lekkie i wykwintne życie,miało w jej oczach odcień nowości, co wykluczało kpiny; nie powstało jejw głowie z niczego drwić, nawet z czterdziestopięcioletniego a nieśmiałegozalotnika. W tydzień później nieopatrzność hrabiego mogłaby się spotkaćzgoła z innym przyjęciem. W „La Scala” jest obyczaj nie przeciągać ponaddwadzieścia minut wizyt w lożach; otóż hrabia spędził cały wieczór w loży,w której miał szczęście spotkać panią Pietranera. „Ta kobieta — powiadałsobie — wraca mi wszystkie szały młodości!” Ale czuł niebezpieczeństwo.,,Czy stanowisko paszy, wszechpotężnego o czterdzieści mil stąd, okupimoje niezdarstwo? Tak się nudzę w Parmie!” Mimo to z kwadransa nakwadrans postanawiał sobie iść.

— Trzeba przyznać, pani — rzekł, śmiejąc się do hrabiny — że w Parmieumieram z nudów; nie dziw, że przyjemność, o ile spotkam ją na drodze,upija mnie. Toteż bez konsekwencji i na jeden wieczór, niech mi panipozwoli grać rolę zakochanego. Niestety! za parę dni będę daleko od tejloży, która daje mi zapomnieć o wszystkich zgryzotach, a nawet, powiepani, o wszystkich konwenansach.

W tydzień po tej olbrzymiej wizycie i w następstwie drobnych wypadków, które zbyt długo byłoby może opowiadać, Mosca był zakochany doszaleństwa, a hrabina myślała już sobie, że wiek nie powinien być przeszkodą, o ile poza tym ktoś się podoba. Tak stały rzeczy, kiedy kurier odwołałhrabiego Mosca do Parmy. Można by rzec, że jego władca bał się być sam.Hrabina wróciła do Grianta; wyobraźnia jej nie stroiła już tej pięknejmiejscowości: wydała się jej pustynią. „Czyżbym się przywiązała do tegoczłowieka?” — mówiła sobie. Mosca pisywał do niej — nie potrzebował nic udawać, rozłąka odjęła mu źródło wszystkich jego myśli; listy jego byłybardzo miłe. Wpadł na dobry pomysł: aby uniknąć komentarzy margrabiego del Dongo, który nie lubił opłacać porta, wysyłał kurierów, którzywrzucali jego korespondencję w Como, w Lecco, Varese lub miasteczku unad jeziorem. Zmierzało to do tego, aby przez kuriera dostawać odpowiedzi; osiągnął ten cel.

Niebawem dnie kurierskie stały się wydarzeniem w życiu hrabiny.kurierzy przynosili kwiaty, owoce, drobne podarki, które ją bawiły równie jak jej bratową. Wspomnienie hrabiego kojarzyło się z myślą o jegowielkiej władzy; hrabina słuchała z uwagą wszystkiego, co mówiono o nim:nawet liberałowie oddawali hołd jego talentom.

Głównym źródłem złej opinii hrabiego było to, że uchodził za głowęreakcji na dworze parmeńskim, na czele zaś liberałów stała intrygantkazdolna do wszystkiego, nawet do zwycięstwa, margrabina Raversi, osoba niezmiernie bogata. Książę dawał pilne baczenie, aby nie zniechęcićstronnictwa, które nie było przy władzy, wiedząc dobrze, że zawsze będziepanem, nawet przy ministerium z salonu Raversi. Opowiadano w Griantatysiączne szczegóły o tych intrygach; nieobecność hrabiego, którego wszyscy przedstawiali jako ministra zdolnego i energicznego, pozwalała zapomnieć o pudrowanych włosach, symbolu wszystkiego, co gnuśne i smutne; był to szczegół bez znaczenia, jeden z obowiązków urzędu, na którym poza tym grał tak piękną rolę. „Dwór jest śmieszny — mówiła hrabina do bratowej — ale zajmujący, to zabawna gra, na której prawidła trzeba się zgodzić. Czy komu kiedy przyszło do głowy biadać na niedorzeczność reguł pikiety?A przecież skoro się raz do nich włożyć, miło jest dać przeciwnikowi ipik-repik i kapotę.”

Hrabina często myślała o autorze sympatycznych listów; dzień, w którymje otrzymywała, był dla niej miłym dniem; brała łódkę i jechała jeodczytywać w najpiękniejszych okolicach: w Pliniana, w Belano, w laskuSfondrata. Listy te wynagradzały jej poniekąd brak Fabrycego. Nie mogłaprzynajmniej odmówić hrabiemu, że jest bardzo zakochany; nie upłynąłmiesiąc, a myśli o nim zabarwiały się tkliwą przyjaźnią. Co do hrabiegoMosca, to był on niemal szczery, kiedy jej ofiarował podać się do dymisji,rzucić ministerium i żyć z nią w Mediolanie lub gdzie indziej. „Mam czterysta tysięcy franków — dodawał — co nam zapewni piętnaście tysięcyfuntów renty.” — „Znów loża, konie! itd.” — powiadała sobie hrabina. Przyjemne marzenia. Urocze perspektywy jeziora Como zaczęły ją nas nowo czarować. Chodziła nad jego brzeg, aby marzyć o powrocie doświetnego życia, które wbrew spodziewaniu stawało się dla niej możliwe.Widziała się na Corso, w Mediolanie, szczęśliwa i wesoła jak za wicekróla.,,Młodość, a przynajmniej życie znów zaczęłoby się dla mnie.”

Niekiedy gorąca wyobraźnia przesłaniała jej prawdę, ale nigdy nie byłou niej miejsca na dobrowolne złudzenia, rodzące się z braku odwagi. Była toprzede wszystkim kobieta szczera: jeżeli jestem za stara nieco, abypopełniać szaleństwa, zawiść, która stwarza sobie złudzenia jak miłość,może mi zatruć pobyt w Mediolanie. Po śmierci męża moje szlachetneubóstwo zyskało blask, zarówno jak odtrącenie dwóch wielkich fortun.Biedny Mosca nie ma ani dwudziestej części dostatków, które składałyu moich stóp te dwie ciemięgi, Limercati i Nani. Skromna pensyjka wdowiauzyskana z trudem, odprawienie służby, co miało swój rozgłos, pokoik napiątym piętrze, który ściągał dwadzieścia karet do bramy, wszystko totworzyło swego czasu niezwykłe widowisko. Ale mimo największej zręczności będę miała przykre chwile, jeżeli posiadając za cały majątek jedynieswą pensyjkę, wrócę do Mediolanu, aby korzystać ze skromnego mieszczańskiego dobrobytu, jaki mogą nam dać owe piętnaście tysięcy franków,które będzie miał Mosca po swej dymisji. Ważnym szkopułem, z któregozawiść ukuje sobie straszliwą broń, jest, że hrabia, mimo iż od dawna nieżyje z żoną, jest żonaty. Separacja ta znana jest w Parmie, ale w Mediolaniebędzie ona czymś nowym, przypiszą ją mnie. Tak więc, mój piękny teatrze,,La Scala”, boskie jezioro Como, żegnajcie! żegnajcie!”

Mimo tych uprzedzeń, gdyby pani Pietranera miała bodaj jaki majątek,byłaby przyjęła propozycję hrabiego. Uważała się za kobietę starszą i bałasię dworu; ale — co się wyda z tej strony Alp najmniej prawdopodobne — hrabia byłby wniósł dymisję z radością. Umiał przynajmniej przekonaćo tym swą ukochaną. W każdym liście błagał z rosnącą namiętnością o nowewidzenie się w Mediolanie; użyczyła mu go. „Przysięgać panu, że goszalenie kocham — rzekła hrabina — byłoby kłamstwem; to byłoby za wieleszczęścia, gdybym mogła kochać dziś, po trzydziestce, tak jak kochałamniegdyś, mając lat dwadzieścia dwa! Ale patrzałam na zgon tylu rzeczy,które mi się zdawały wieczne! Mam dla pana najtkliwszą przyjaźń, ufnośćbez granic; ze wszystkich w świecie jest mi pan najmilszy.” Hrabina sądziła,że jest zupełnie szczera; mimo to ku końcowi oświadczenie to zawierałomałe kłamstwo. Gdyby Fabrycy chciał, byłby może przeważył wszystkow jej sercu. Ale Fabrycy był dzieckiem w oczach hrabiego Mosca. Hrabia przybył do Mediolanu w trzy dni po wyjeździe młodego szaleńca do Nowary,i pośpieszył wstawić się za nim do barona Bindera. Hrabia sądził, że wygnanie to sprawa bez ratunku.

Nie przybył do Mediolanu sam; przywiózł w swojej karocy diukaSanseverina-Taxis. Był to sympatyczny sześćdziesięcioośmioletni staruszek, szpakowaty, gładki, schludny, kolosalnie bogaty, ale nie dość szlachetnie urodzony. Zaledwie dziadek jego zebrał miliony na stanowisku generalnego dzierżawcy dochodów państwowych w Parmie. Ojciec diuka zdobyłstanowisko ambasadora księcia Parmy w ... dzięki następującej argumentacji: „Wasza Dostojność daje trzydzieści tysięcy franków swemu posłowiw ..., który ją tam reprezentuje dość mizernie. Jeżeli Wasza Dostojność:raczy mi użyczyć tego miejsca, przyjmę sześć tysięcy franków pensji. Będęwydawał na dworze w ... nie mniej niż sto tysięcy franków rocznie, a mójintendent złoży co rok dwadzieścia tysięcy do kasy spraw zagranicznychw Parmie. Za tę sumę będzie można przydzielić mi takiego sekretarzaambasady, jakiego się zechce, a ja nie będę zazdrosny o sekrety dyplomatyczne, jeśli będą jakie. Moim celem jest dodać blasku swemu domowi,jeszcze nieco świeżemu, i uświetnić go wysoką godnością dworską.”

Obecny diuk, syn owego ambasadora, popełnił tę niezręczność, że sięokazał prawie że liberałem; toteż od dwóch lat był w rozpaczy. ZaNapoleona stracił parę milionów przez upór, z jakim zostawał za granicą;otóż od czasów przywrócenia porządku w Europie nie mógł uzyskać pewnejwstęgi, która zdobiła portret jego ojca; brak tego orderu przyprawiał gejo chorobę.

W tej zażyłości, jaka towarzyszy miłości we Włoszech, względy próżnościnie istniały między dwojgiem kochanków. Zupełnie tedy po prostu hrabiaMosca rzekł do kobiety, którą ubóstwiał:

— Mam parę planów do przedłożenia pani; wszystkie dosyć dobrzeobmyślone; od trzech miesięcy dumam jedynie nad tym.

Primo: Wnoszę dymisję i żyjemy sobie po mieszczańsku w Mediolanie, Florencji, Neapolu, gdzie zechcesz. Mamy piętnaście tysięcy funtówrenty, niezależnie od dobrodziejstw księcia, które mogą trwać dłużej lubkrócej.

Secundo: Raczy pani przenieść się do kraju, gdzie mam jakąś władzę,kupi pani mająteczek, na przykład Sacca, uroczy pałacyk w lesie nadPadem, może pani podpisać kontrakt choćby na tydzień. Książę przywiążepanią do dworu. Ale tu nastręcza się olbrzymia trudność. Przyjmą panią dobrze na dworze; nikt nie odważy się okiem mrugnąć w mojej obecności;przy tym księżna uważa się za nieszczęśliwą, a ja starałem się być jejpomocny z myślą o pani. Ale przypominam pani zasadniczą trudność;książę jest bigot, a jak pani wiadomo, nieszczęście chce, że ja jestem żonaty.Stąd milion drobnych przykrości. Jest pani wdową; ten piękny tytuł trzebaby zmienić na inny, i to stanowi właśnie przedmiot trzeciej propozycji.

Można by znaleźć nowego, wygodnego męża. Ale przede wszystkim musibyć bardzo stary; czemuż miałaby mnie pani pozbawić nadziei zastąpieniago kiedyś? Otóż zawarłem osobliwy układ z diukiem Sanseverina-Taxis;rozumie się, że nie zna nazwiska przyszłej diuszesy. Wie tylko, że zrobi goambasadorem i da mu ten order, który miał jego ojciec, a którego brak czynigo najnieszczęśliwszym ze śmiertelnych. Poza tym książę nie jest najgłupszy; sprowadza z Paryża ubrania i peruki. Nie jest to człowiek zdolny dorozmyślnej niegodziwości; wierzy święcie, że honor polega na tym, aby miećorder, a wstydzi się swego majątku. Przed rokiem przyszedł do mniez propozycją założenia szpitala za ten order; wyśmiałem go; ale on się niewyśmiał ze mnie, kiedy mu zaproponowałem małżeństwo; pierwszym moimwarunkiem było, rozumie się, że nigdy noga jego nie postanie w Parmie.

— Ale czy pan wie, że to, co mi pan proponuje, jest bardzo niemoralne? —rzekła hrabina.

— Nie więcej niż wszystko, co się robi na naszym dworze i na dwudziestuinnych. Absolutna władza ma tę wygodę, że uświęca wszystko w oczachludów. Cóż znaczy śmieszność, której nikt nie dostrzega? Przez dwadzieścialat naszą polityką będzie strach przed jakobinami, i to jaki! Co rokbędziemy święcie przekonani, że jesteśmy w wilię nowego roku 93! Usłyszypani, mam nadzieję, frazesy, jakie wygłaszam na ten temat na swoichrecepcjach! To wspaniałe! Wszystko, co zdoła zmniejszyć nieco ten strach,będzie bezwzględnie moralne w oczach szlachty i dewotów. Otóżw Parmie wszystko, co nie jest szlachtą i dewotami, siedzi w więzieniu lubwybiera się tam. Niech pani będzie przekonaną, że to małżeństwo wyda sięgorszące dopiero w dniu mojej niełaski. Układ ten nie oszukuje, niekrzywdzi nikogo, to główna rzecz, jak sądzę. Panujący, którego łaskąfrymarczymy, uczynił swoje przyzwolenie zależnym od jednego tylkowarunku, to jest, aby przyszła diuszesa była szlachcianką. W zeszłym rokumoja posada, razem wziąwszy, dała mi sto siedem tysięcy franków; ogólnymój dochód był coś około stu dwudziestu dwóch tysięcy; umieściłemdwadzieścia tysięcy w Lyonie. Zatem niech pani wybiera: primo, szeroka egzystencja oparta na stu dwudziestu tysiącach franków dochodu, cow Parmie wynosi najmniej tyle co czterysta tysięcy w Mediolanie, alepołączona z tym małżeństwem, dającym pani nazwisko znośnego człowieka, którego pani ujrzy tylko przy ołtarzu; secundo, skromne życie z piętnasstu tysięcy franków we Florencji lub Neapolu; godzę się bowiem z panizdaniem, że zanadto panią podziwiano w Mediolanie; zawiść ścigałaby nasi zdołałaby nam zatruć życie. Świetności Parmy będą miały, mam nadzieję,pewien urok nowości nawet w oczach pani, które widziały dwór księciaEugeniusza; roztropnie byłoby poznać to życie, nim się je sobie zamknie.Niech pani nie sądzi, że ja chcę wpływać na jej decyzję. Co do mnie,wybrałem dawno: wolę raczej żyć na czwartym piętrze z panią niż wieśćdalej samotnie tę wspaniałą egzystencję.

Możliwość tego osobliwego małżeństwa była co dzień tematem dyskusjimiędzy kochankami. Hrabina ujrzała na balu w „La Scala” diuka Sanseverina-Taxis, który wydał jej się wcale możliwy. W jednej z ostatnich rozmówMosca ujął w ten sposób propozycję:

— Trzeba powziąć postanowienie, jeśli chcemy spędzić mile resztę życiai nie zestarzeć się przed czasem. Książę dał zezwolenie; Sanseverina jestfigurą raczej przyzwoitą; posiada najpiękniejszy pałac w Parmie i niesłychany majątek; ma sześćdziesiąt osiem lat i szaloną żądzę orderu; ale plamąw jego życiu jest, iż kupił niegdyś za dziesięć tysięcy franków biustNapoleona dłuta Canovy. Drugi jego grzech, który go uśmierci, o ile paninie przyjdzie mu z pomocą — to, iż pożyczył dwadzieścia pięć napoleonówFerrantemu Palla, naszemu ziomkowi! Jest to po trosze wariat, po troszegeniusz, którego później skazaliśmy na śmierć, na szczęście zaocznie. ÓwFerrante napisał w życiu jakieś dwieście wierszy, które nie mają nicrównego; powiem je pani, to tak piękne jak Dante. Książę wyśle Sanseverina do ..., on panią zaślubi w dzień wyjazdu, a w drugim roku swej podróży,którą nazwie ambasadą, otrzyma ową wstęgę, bez której nie może żyć.Będzie w nim pani miała brata, który nie będzie się naprzykrzał; podpisujez góry wszystko, czego zażądam, poza tym będzie go pani widywała rzadkolub nigdy, jak zechcesz. Z przyjemnością gotów jest nie pokazywać sięw Parmie, gdzie musi wstydzić się dziadka dorobkiewicza i swego rzekomego liberalizmu. Rassi, nasz kat, twierdzi, że Sanseverina abonował w sekrecie „Constitutionnel” za pośrednictwem poety Ferranta Palla i ta potwarzdługo stanowiła przeszkodę do zgody panującego księcia.

Czemu historyk, który powtarza wiernie szczegóły zasłyszanego opowiadania, miałby być winny? Czy to jego wina, jeśli osoby porwane namiętnościami, których — nieszczęściem dlań — nie podziela, popadają w uczynkigłęboko niemoralne? Prawda, iż tego rodzaju rzeczy nie zdarzają się jużw kraju, gdzie ze wszystkich namiętności przetrwała tylko jedna, mianowicie pieniądz, narzędzie próżności.

W trzy miesiące po tych wydarzeniach diuszesa Sanseverina-Taxisolśniewała dwór parmeński uroczym wdziękiem i szlachetną pogodą; domjej był najmilszy w mieście; a to właśnie hrabia Mosca przyrzekł swemupanu. Ranucjusz Ernest IV oraz księżna, jego małżonka, którym przedstawiły diuszesę dwie najznamienitsze damy w kraju, przyjęli ją bardzołaskawie. Diuszesa ciekawa była ujrzeć owego władcę, pana losów człowieka, którego kochała; chciała go olśnić i udało się to jej aż nadto. Ujrzałaczłowieka słusznego wzrostu, ale nieco ciężkiego; włosy, wąsy, olbrzymiebokobrody były — wedle dworaków — pięknego koloru blond; komu innemuprzywiodłyby na myśl konopie. Od dużej twarzy odbijał mały, niemalkobiecy nos. Jednakże, aby spostrzec wszystkie szczegóły, trzeba byłorozbierać kolejno rysy księcia; w całości budził wrażenie inteligencji i siły.Wzięcie, postawa księcia nie miały wrodzonego majestatu, ale często chciałimponować osobie, z którą rozmawiał; wówczas stawał się sam zakłopotanyi kołysał się z nogi na nogę. Poza tym Ernest IV miał spojrzenie przenikliwei władcze; gesty jego miały coś szlachetnego, a słowa były odmierzonei zwięzłe.

Mosca uprzedził księżnę, że w gabinecie, gdzie daje audiencję, książę maduży portret Ludwika XIV i ładny inkrustowany stolik florencki. Zauważyła, iż podobieństwo jest uderzające: najoczywiściej silił się na spojrzeniei na szlachetny akcent Ludwika XIV, a opierał się na stoliku w sposóbprzypominający Józefa II. Po pierwszych słowach zwróconych do księżnejusiadł, aby jej dać sposobność posłużenia się taboretem należnym jejgodności. Na tym dworze diuszesy, księżne i żony grandów hiszpańskichsiadały same; inne czekały, aż panujący je zachęci; aby zaś zaznaczyćróżnicę, monarcha oczekiwał zawsze chwilkę, nim zaprosił damę, niemającą rangi diuszesy, aby siadła. Pani Sanseverina zauważyła, że chwilamikopia Ludwika XIV była zbyt wyraźna; na przykład uśmiech dobrociz odchyleniem głowy wstecz.

Ernest IV miał na sobie frak ostatniej mody, prosto z Paryża — z tegomiasta, którego nienawidził, przysyłano mu co miesiąc frak, surdut i kapelusz. Ale przez jakąś dziwną kombinację w dniu, w którym przedstawiono mu diuszesę, włożył czerwone spodnie, jedwabne pończochy oraz trzewiki,których model można oglądać na portretach Józefa II.

Książę przyjął panią Sanseverina z wdziękiem, rozwinął wiele dowcipui uprzejmości; mimo to zauważyła pewien brak ciepła.

— Wie pani czemu? — rzekł Mosca, kiedy wróciła z audiencji. — To dlatego,że Mediolan jest większy i ładniejszy od Parmy. Gdyby panią przyjął tak,jak się spodziewałem i jak pozwolił mi mieć nadzieję, bałby się, że będziewyglądał na parafianina oczarowanego piękną panią ze stolicy. Bez wątpienia drażni go jeszcze jeden szczegół, który zaledwie śmiem pani wyznać:książę nie ma na dworze ani jednej kobiety, która by się mogła mierzyćz panią co do urody. To był wczoraj wieczór jedyny przedmiot jegorozmowy z Pernice, pierwszym kamerdynerem, który ma dla mnie względy.Przewiduję małą rewolucję w etykiecie; moim największym wrogiem natym dworze jest głupiec, który zwie się generał Fabio Conti. Niech panisobie wyobrazi pajaca, który był na wojnie może przez jeden dzień w życiu,a który na tej podstawie przybiera tony Fryderyka Wielkiego. Co więcej,stara się również naśladować szlachetny sposób bycia generała Lafayette,a to dlatego, że jest tutaj głową liberałów. (Boże, co za liberałów!)

— Znam Fabia Conti — rzekła księżna — spotkałam go w pobliżu Como;szamotał się z żandarmami.

Opowiedziała przygodę, którą czytelnik przypomina sobie może.

— Dowie się pani kiedyś, jeśli umysł twój zdoła przeniknąć głębinynaszej etykiety, że panny nie pojawiają się na dworze aż do pójścia za mąż.Otóż książę ma taką ambicję na punkcie wyższości Parmy nad innymimiastami, iż założę się, że znajdzie sposób, aby kazać sobie przedstawićmałą Klelię Conti, córkę naszego Lafayette‘a. Jest, na honor, urocza,i jeszcze przed tygodniem uchodziła za najpiękniejszą istotę w całympaństwie.

Nie wiem — ciągnął hrabia — czy okropności, jakie wrogowie księciaopowiadają o nim, doszły do Grianta; zrobiono zeń potwora, ludożercę.Faktem jest, iż Ernest IV posiada mnóstwo drobnych zalet; można dodać,że gdyby był ubezpieczony przeciw ranom jak Achilles, byłby całe życiewzorem panującego. Ale w chwili znudzenia i irytacji, a także aby naśladować Ludwika XIV, który kazał uciąć głowę nie wiem już jakiemu bohaterowi Frondy żyjącemu spokojnie w swoim majątku opodal Wersalu, w pięćdziesiąt lat po Frondzie Ernest IV kazał raz powiesić dwóch liberałów.Zdaje się, że ci lekkomyślnicy zbierali się w oznaczone dnie, aby wygadywać na księcia i modlić się do nieba o zarazę, która by przyszła do Parmyi oswobodziła ich od tyrana. Udowodniono słowo tyran. Rassi nazwał tosprzysiężeniem i uzyskał wyrok śmierci; stracenie jednego z nich, hrabiegoL..., odbyło się bardzo okrutnie. To się działo jeszcze przede mną. Od tejnieszczęsnej chwili — dodał hrabia ciszej — książę podlega napadom lękuniegodnym mężczyzny, ale stanowiącym jedyne źródło łaski,którą się cieszę. Bez tego wszechwładnego strachu charakter mój byłby zbytenergiczny, zbyt surowy dla tego dworu, ziemi obiecanej bałwanów. Czyuwierzyłabyś, że książę zagląda pod łóżka w swoim pokoju, nim się położy,i wydaje milion, co równa się czterem milionom w Mediolanie, aby miećdobrą policję: oto widzi pani głowę tej straszliwej policji. Przez policję, toznaczy przez strach, zostałem ministrem wojny i finansów; że zaś ministerspraw wewnętrznych jest moim nominalnym zwierzchnikiem, gdyż policjanależy do jego sfery działania, postarałem, się dać tę tekę hrabiemuZurla-Contarini, głupcowi zamęczającemu się pracą, który dla przyjemności wypisuje osiemdziesiąt listów dziennie. Otrzymałem właśnie dziś ranolist, na którym hrabia Zurla-Contarini miał satysfakcję położyć własną rękąliczbę porządkową 20 715.

Przedstawiono również panią Sanseverina smutnej księżnej parmeńskiej, Klarze Paulinie, która dlatego że jej mąż miał kochankę (dość ładnąosobę, margrabinę Balbi), uważała się za najnieszczęśliwszą kobietęw świecie, co uczyniło ją może tylko najnudniejszą. Pani Sanseverinaujrzała kobietę wysoką, chudą, mającą niespełna trzydzieści sześć lat,a wyglądającą na pięćdziesiąt. Regularna i szlachetna twarz mogłabyuchodzić za piękną, mimo że zeszpecona okrągłymi oczami krótkowidza,gdyby księżna nie była się zaniedbała. Przyjmowała diuszesę z tak wyraźnym onieśmieleniem, że paru dworzan, niechętnych hrabiemu Mosca,odważyło się powiedzieć, iż księżna wygląda na poddankę, a diuszesa napanującą. Pani Sanseverina, zdziwiona, niemal zmieszana, nie wiedziała,jakich wyrazów dobierać, aby się postawić niżej miejsca, które księżnawyznaczała sobie sama. Aby przywrócić nieco swobody biednej księżnie,która w gruncie nie była bez inteligencji, diuszesa nie znalazła nic lepszegoniż zapuścić się w długą dysertację o botanice. Księżna była w istocie naderuczona w tej materii; miała bardzo ładne cieplarnie z mnóstwem roślinpodzwrotnikowych. Diuszesa, starając się po prostu wybrnąć z kłopotu,pozyskała sobie na zawsze księżnę Klarę Paulinę, która — nieśmiałai zakłopotana z początku — pod koniec tak się ożywiła, iż wbrew etykiecie audiencja trwała blisko pięć kwadransów. Nazajutrz diuszesa zakupiłaróżne egzotyczne rośliny i głosiła się wielką amatorką botaniki.

Księżna przestawała często z wielebnym ojcem Landriani, arcybiskupemparmeńskim, człowiekiem uczonym, rozumnym i zacnym. Było to osobliwezjawisko, kiedy siedział w swoim szkarłatnym aksamitnym krześle (przysługiwało mu z prawa) naprzeciw fotela księżnej otoczonej damami dworui dwiema damami do towarzystwa. Siwowłosy prałat był, jeśli tomożliwe, jeszcze bardziej nieśmiały niż księżna; widywali się co dzień,a każda audiencja zaczynała się od dobrego kwadransa milczenia; do tegostopnia, że aż hrabina Alvizi, jedna z dam do towarzystwa, stała sięrodzajem faworyty dzięki temu, że umiała zagajać rozmowę i przerywaćmilczenie.

Aby dokończyć prezentacji, wprowadzono panią Sanseverina do JegoWysokości księcia następcy tronu, osobistości wyższej od ojca, a bardziejnieśmiałej niż matka. Był mocny w mineralogii i miał szesnaście lat.Zaczerwienił się na widok diuszesy i osłupiał tak, że nie umiał wyrzec słowado pięknej damy. Był to przystojny chłopiec, który spędzał życie po lasachz młoteczkiem w dłoni. W chwili gdy diuszesa wstała, aby położyć koniecmilczącej audiencji, książę następca zawołał:

— Mój Boże, jaka pani ładna!

Damie zaszczyconej prezentacją okrzyk ten wydał się wcale inteligentny.

Margrabina Balbi, dwudziestopięcioletnia kobieta, mogła jeszcze naparę lat przed przybyciem księżnej Sanseverina uchodzić za wzór włoskiej urody. Obecnie miała jeszcze cudowne oczy i rozkoszne minki;ale z bliska skóra jej była usiana drobnymi zmarszczkami, które czyniłyz margrabiny jak gdyby młodą staruszkę. Widziana z odległości, naprzykład w teatrze, w loży, była to jeszcze piękność, toteż publicznośćpodziwiała smak monarchy. Książę spędzał wieczory u margrabiny Balbi,ale często nie otwierał ust; ta nuda dostojnej osoby sprawiła, że biednakobieta wychudła straszliwie. Miała pretensję do wielkiego sprytu i uśmiechała się wciąż złośliwie; mając najpiękniejsze ząbki w świecie, siliła się poomacku, bez żadnej myśli, wyrazić sprytnym uśmieszkiem co innego, niżmówiły jej słowa. Hrabia Mosca powiadał, że to te ciągłe uśmiechy,połączone z wewnętrznym ziewaniem, były przyczyną tylu zmarszczek.Margrabina Balbi miała udział we wszystkich obrotach; państwo nie mogłozrobić interesu ani na tysiąc franków bez jakiegoś upominku (grzecznesłowo używane w Parmie) dla margrabiny. Głos publiczny utrzymywał, że umieściła sześć milionów w Anglii, ale wedle świeżych a ścisłych informacjimajątek jej nie sięgał w istocie ani miliona pięciuset tysięcy franków. Moscapostarał się o tekę finansów głównie dlatego, aby się ubezpieczyć od jejintryg i aby ją trzymać w zależności. Jedyną sprężyną hrabiny był strachprzedzierzgnięty w brudne skąpstwo: „Umrę pod płotem” — mówiłaksięciu zgorszonemu tym wyrażeniem. Pani Sanseverina zauważyła, iżprzedpokój, lśniący od złoceń, oświetlony był łojówką kapiącą na kosztowny marmurowy stół, a drzwi do sali były umorusane palcami lokajów.

— Przyjęła mnie — rzekła pani Sanseverina do swego przyjaciela — tak,jak gdyby oczekiwała ode mnie pięćdziesięciu franków gratyfikacji.

Serię powodzeń księżnej zmąciło nieco przyjęcie, jakiego doznała zestrony najzręczniejszej kobiety na dworze, słynnej margrabiny Raversi,skończonej intrygantki, stojącej na czele stronnictwa przeciwnego hrabiemu Mosca. Chciała go obalić, i to tym bardziej, iż była siostrzenicą diukaSanseverina i obawiała się, że uroki nowej diuszesy mogą zagrażać jejsukcesji.

— Raversi to nie jest bynajmniej kobieta, którą można by lekceważyć — rzekł hrabia do swej przyjaciółki — uważam ją tak dalece za zdolną dowszystkiego, że rozstałem się z żoną jedynie dlatego, że upierała się wziąć zakochanka kawalera Bentivoglio, jednego z przyjaciół margrabiny. Dama ta,virago o bardzo czarnych włosach, zwracająca uwagę diamentami, którenosiła od rana, i różem, którym powlekała policzki, zajęła od początkuwrogie stanowisko wobec księżnej i na recepcji u siebie uważała za właściwerozpocząć kroki wojenne. W listach, które pisywał z ..., Sanseverina zdawałsię tak zachwycony swoją ambasadą, a zwłaszcza nadzieją wstęgi, iż rodzinalękała się, aby nie zostawił części majątku żonie, którą zasypywał podarkami. Pani Raversi, mimo iż zdecydowanie brzydka, miała kochanka, hrabiego Balbi, najładniejszego mężczyznę na dworze; w ogóle udawało się jejwszystko, co podjęła.

Księżna prowadziła dom na największej stopie. Pałac Sanseverina byłzawsze jednym z najwspanialszych w Parmie, a książę, z okazji swejambasady oraz przyszłej wstęgi, wydawał grube sumy na upiększenie go;pani Sanseverina kierowała robotami.

Hrabia odgadł: niedługo po przedstawieniu księżnej zjawiła się nadworze młoda Klelia Conti, zrobiono ją kanoniczką. Aby odwrócić cios, jakim ten fawor mógł się wydawać dla wpływów hrabiego, pani Sanseverinawyprawiła zabawę pod pozorem inauguracji ogrodu i z właściwym sobiewdziękiem uczyniła Klelię — którą nazywała swą młodą przyjaciółką znadComo — królową wieczoru. Cyfra Klelii zjawiła się, niby przypadkiem, natransparencie. Młoda Klelia, mimo iż nieco zadumana, mile wspomniałaprzygodę nad jeziorem oraz wyraziła swą wdzięczność. Mówiono o niej, żejest bardzo pobożna i skłonna do samotności. „Założyłbym się, mówiłhrabia, że jest na tyle inteligentna, iż wstydzi się za ojca.” Księżnazaprzyjaźniła się z młodą panną, czuła do niej sympatię, nie chciała sięokazać zazdrosna i wciągała ją do wszystkich swoich zabaw; słowem,systemem jej było łagodzić nienawiści, których hrabia był przedmiotem.

Wszystko uśmiechało się jej; bawiła się tą egzystencją dworską, w którejwciąż trzeba się lękać burzy; miała uczucie, że zaczyna na nowo żyć. Czuławiele tkliwości i przywiązania do hrabiego, który po prostu szalał zeszczęścia. Szczęście, którego kosztował, dawało mu doskonale zimną krewwe wszystkim, co tyczyło jedynie ambicji. Toteż w niespełna dwa miesiącepo przybyciu księżnej uzyskał stanowisko pierwszego ministra, wielce jużbliskie — co się tyczy honorów — stanowiska samego panującego. Hrabiamiał nieograniczony wpływ na swojego pana, a świeży ten dowód poruszyłcałą Parmę.

Na południowy wschód, o dziesięć minut od miasta, wznosi się słynnacytadela, tak głośna we Włoszech, z wieżą wysoką na sto osiemdziesiąt stópi widną z daleka. Wieża ta, zbudowana na wzór mauzoleum Adrianaw Rzymie przez książąt Farnese, wnuków Pawła III, z początkiem XVIwieku, jest tak obszerna, iż na tarasie, który ją wieńczy, można byłozbudować pałac dla gubernatora cytadeli i nowe więzienie zwane wieżąFarnese. Więzienie to, zbudowane na cześć najstarszego syna RanucjuszaErnesta II, który został kochankiem swej świekry, uchodziło za bardzopiękne i osobliwe. Pani Sanseverina zapragnęła je zwiedzić; dnia tego upałbył straszliwy, na górze zaś znalazła przewiew, co ją tak zachwyciło, żespędziła tam kilka godzin. Otworzono jej skwapliwie sale wieży Farnese.

Na tarasie wielkiej wieży księżna spotkała biednego liberała, któryzażywał tam półgodzinnej przechadzki, udzielanej więźniom co trzy dni. Zapowrotem księżna, która nie nabyła jeszcze dyskrecji potrzebnej naabsolutnym dworze, wspomniała o tym człowieku, który jej opowiedziałcałe swoje życie. Stronnictwo Raversi podchwyciło słowa Giny i powtarzałoje na prawo i lewo w nadziei, że podrażnią księcia. W istocie, Ernest IV mawiał często, iż najważniejsza rzecz to działać na wyobraźnię. „Zawszeto jest wielkie słowo — powiadał — i straszliwsze we Włoszech niż gdzieindziej.” Wskutek tego w życiu swoim nie użyczył łaski. W tydzień powizycie w fortecy pani Sanseverina uzyskała złagodzenie kary, podpisaneprzez panującego i przez ministra z nazwiskiem in blanco. Więzień miałotrzymać zwrot całego mienia oraz pozwolenie dożycia dni w Ameryce.Wpisała nazwisko człowieka, który z nią mówił. Niestety, była to lichafigura, słaba dusza; jego zeznania sprawiły niegdyś, że słynnego FerrantaPalla skazano na śmierć.

Niezwykłe to ułaskawienie doprowadziło do zenitu pozycję pani Sanseverina. Mosca szalał ze szczęścia; piękna ta epoka jego życia wywarłastanowczy wpływ na los Fabrycego. Chłopiec siedział wciąż w Romagnano,blisko Nowary; spowiadał się, polował, nie czytał nic i umizgał się doszlachetnie urodzonej damy, jak zalecała jego instrukcja. Księżna byławciąż nieco krzywa o tę ostatnią konieczność. Drugą niebezpieczną dlahrabiego oznaką było to, iż księżna, zresztą bezwzględnie z nim szczera,myśląca po prostu głośno w jego obecności, nie wspominała mu nigdyo Fabrycym, nie rozważywszy wprzód dobrze każdego słowa.

— Jeżeli chcesz — rzekł pewnego razu hrabia — napiszę do twego braciszkanad Como. Przy pewnym wysiłku moim i moich przyjaciół uda się nammoże skłonić margrabiego del Dongo, aby się postarał o łaskę dla sympatycznego kuzynka. Jeżeli to prawda, o czym nie chcę wątpić, że Fabrycywyrasta ponad młodych ludzi, którzy obnoszą się na angielskich konikachpo ulicach Mediolanu, cóż to za życie — mając lat osiemnaście nie robić nici mieć widoki zawsze nie robić nic! Gdyby niebo użyczyło mu szczerej pasjido czegoś, bodaj do rybołówstwa, uszanowałbym ją: ale co on będzie robiłw Mediolanie nawet po ułaskawieniu? Będzie o stałej godzinie dosiadałwierzchowca sprowadzonego z Anglii; o innej godzinie bezczynność zawiedzie go do kochanki, którą będzie mniej kochał niż konia... A jeślirozkażesz, postaram się zapewnić to życie twemu bratankowi.

— Chciałabym go widzieć oficerem — rzekła księżna.

— Czy radziłabyś jakiemu panującemu, aby powierzył stanowisko, któremoże mieć pewnego dnia swoją wagę, młodemu człowiekowi: primo,zdolnemu do entuzjazmu; secundo, który okazał entuzjazm dla Napoleonado tego stopnia, iż pognał za nim pod Waterloo? Pomyśl, czym bylibyśmywszyscy, gdyby Napoleon zwyciężył pod Waterloo! Nie trzeba by nam sięlękać liberałów, to prawda; ale monarchowie ze starożytnych dynastii nie mogliby się utrzymać przy tronie inaczej niż żeniąc się z córkami marszałków. Tak więc dla Fabrycego kariera wojskowego to los wiewiórki w klatce:wiele ruchu, ani kroku naprzód. Będzie patrzył, jak go wyprzedza każdywytrwały plebejusz. Pierwszą zaletą młodego człowieka dzisiaj, może przezpięćdziesiąt lat, jak długo będziemy czuli strach i jak długo religia nieodzyska władzy, to nie być entuzjastą i nie myśleć.

Przyszło mi do głowy jedno, ale to jest rzecz, na którą zrazu sięokrzykniesz, a mnie sprawi ona wiele kłopotów, i to nie na dzień ani dwa:jest to szaleństwo, które chcę popełnić dla ciebie. Ale powiedz mi, jeśliwierzysz, jakiego szaleństwa nie zrobiłbym, aby uzyskać jeden uśmiech.

— A więc? — spytała księżna.

— A więc! Mieliśmy w Parmie trzech arcybiskupów z waszej rodziny:Ascania del Dongo, który pisywał w r. 16.., Fabrycego w r. 1699 i drugiegoAscania w 1740. Jeśli Fabrycy zechce pójść drogą infuły i odznaczyć sięcnotami, zrobię go gdzieś tam biskupem, a potem arcybiskupem tutaj, o ilewpływ mój potrwa. Realny zarzut jest ten: czy będę ministrem dość długo,aby urzeczywistnić ten piękny plan wymagający wielu lat? Książę możeumrzeć, może wpaść na ten koncept, aby mi dać dymisję. Ale ostateczniejest to jedyny środek, jakim rozporządzam, aby uczynić dla Fabrycego coś,co by było godne ciebie.

Dyskusja trwała długo — myśl ta była dla księżnej bardzo odpychająca.

— Dowiedź mi jeszcze — rzekła do hrabiego — że wszelka inna karieraniemożliwa jest dla Fabrycego.

Hrabia dowiódł.

— Żałujesz — rzekł — świetnego munduru; ale na to nie umiem nicporadzić.

Po miesiącu namysłu, którego zażądała, księżna poddała się z westchnieniem roztropnym poglądom ministra.

— Dosiadać z nadętą miną angielskiego konia w jakimś dużym mieście — powtarzał hrabia — lub obrać zawód zgodny z jego urodzeniem; nie widzępośredniej drogi. Na nieszczęście szlachcic nie może zostać ani lekarzem,ani adwokatem; a nasza epoka należy do adwokatów. Pamiętaj, bądź cobądź — powtarzał hrabia — że zapewniasz swemu bratankowi na brukuMediolanu los, jakim cieszą się ci z jego rówieśników, którzy uchodzą zanajszczęśliwszych. Wyjednawszy ułaskawienie możesz mu dać piętnaście,dwadzieścia, trzydzieści tysięcy franków, mniejsza ile: ani ty, ani ja niezamierzamy robić oszczędności.

Księżna była czuła na sławę; nie chciała, aby Fabrycy był prostymdarmozjadem; wróciła do planu swego kochanka.

— Zauważ — rzekł hrabia — że ja nie mam pretensji zrobić z Fabrycegowzorowego księdza, jakich spotyka się tylu. Nie, to przede wszystkim wielkipan; może być nieukiem, jeśli ma ochotę, mimo to zostanie biskupemi arcybiskupem, o ile księciu nadal będę potrzebny.

Jeśli na twoje rozkazy propozycja moja zmieni się w niewzruszony wyrok— dodał hrabia — nie trzeba, aby Parma oglądała naszego pupila w jegopoczątkach. Kariera jego raziłaby, gdyby go tu widziano jako zwykłegoksiędza; winien pojawić się w Parmie dopiero w fioletowych pończochachi należycie wyekwipowany. Wszyscy się domyślą, że twój bratanek mazostać biskupem, i nikt się tym nie zgorszy.

Posłuchaj mnie, wyślij Fabrycego na trzy lata teologii do Neapolu.Podczas wakacji może pojechać do Paryża i Londynu, ale nie pokaże sięw Parmie.

Ostatnie zdanie przejęło księżnę jak gdyby dreszczem.

Wysłała kuriera do bratanka i naznaczyła mu spotkanie w Placencji.Trzeba dodać, że ten kurier zawiózł mu potrzebne pieniądze i paszport.

Przybywszy pierwszy do Placencji, Fabrycy pobiegł naprzeciw księżneji uściskał ją z uniesieniem, które wycisnęło jej łzy. Szczęśliwa była, żehrabiego nie było przy tym; od czasu ich stosunku pierwszy raz doznała tegowrażenia.

Plany księżnej tyczące jego osoby zrazu wzruszyły głęboko, a potemzmartwiły Fabrycego; zawsze miał nadzieję, iż po umorzeniu sprawyz Waterloo zostanie w końcu żołnierzem. Jedno uderzyło księżnę i pomnożyło jeszcze romantyczną opinię o bratanku: mianowicie, iż odrzuciłstanowczo myśl o kawiarnianym życiu w jednej ze stolic Włoch.

— Wyobrażasz sobie siebie na Corso we Florencji albo Neapolu — powiedziała księżna — na koniku angielskim czystej krwi? Wieczorempowóz, ładne mieszkanko itd. — Z przyjemnością rozwodziła się nad tympospolitym szczęściem, które Fabrycy odpychał ze wzgardą.

„To bohater!” — myślała.

— A po dziesięciu latach tego przyjemnego życia cóż osiągnę — powiedział Fabrycy — czym będę? Młodym człowiekiem dojrzałym, którymusi ustąpić pierwszemu z brzegu chłoptasiowi wchodzącemu w światrównież na angielskim koniu.

Zrazu Fabrycy odtrącił bezwzględnie myśl o karierze duchownej; mówiło wyjeździe do Ameryki, aby zostać obywatelem i żołnierzem republikańskim.

— Cóż za złudzenie? Nie będzie wojny i popadniesz znowu w życiekawiarniane, tylko bez wykwintu, bez muzyki, bez miłości — odparłaksiężna. — Wierz mi, dla ciebie jak i dla mnie życie w Ameryce byłobybardzo smutne.

Wytłumaczyła mu kult boga — dolara oraz ten szacunek, jaki trzebamieć dla pospolitych rzemieślników, którzy głosami swymi rozstrzygająo wszystkim. Wrócili do infuły.

— Nim się zaczniesz burzyć — rzekła księżna — zrozum, czego hrabia odciebie żąda: nie chodzi tu o to, aby być biednym księdzem mniej lub więcejprzykładnym i cnotliwym jak ksiądz Blanès. Przypomnij sobie, czym bylitwoi stryjowie, arcybiskupi parmeńscy, odczytaj sobie ich życiorysy w dodatku do historii twego rodu. Przede wszystkim człowiek o twoim nazwiskupowinien być wielkim panem, szlachcicem, hojnym, tarczą sprawiedliwości,przeznaczonym z góry na to, aby stać na czele... i przez całe życie zrobićtylko jedno łajdactwo, ale bardzo korzystne.

— Tak więc wszystkie moje złudzenia spłynęły z wodą — powiedziałFabrycy, wzdychając głęboko — ciężka, zaiste, ofiara! Wyznaję, że niezdawałem sobie sprawy z tego wstrętu do zapału i inteligencji, nawetobróconych na ich pożytek, jaki odtąd będą odczuwali samowładni monarchowie.

— Pomyśl, że jedna proklamacja, jeden kaprys serca może pchnąćentuzjastę do stronnictwa przeciwnego temu, któremu służył całe życie!

— Ja, entuzjasta! — powtórzył Fabrycy. — Toż ja nie mogę się nawetzakochać!

— Jak to?! — wykrzyknęła księżna.

— Kiedy mam zaszczyt zalecać się do pięknej damy, nawet szlachetnieurodzonej i pobożnej, mogę myśleć o niej tylko póty, póki ją widzę.

Wyznanie to sprawiło osobliwe wrażenie na księżnej.

— Proszę o miesiąc — podjął Fabrycy — abym się mógł pożegnać z paniąC... w Nowarze, i co jeszcze trudniejsze, z zamkami na lodzie całego życia. Napiszę do matki, która zechce może odwiedzić mnie w Belgirate, na piemonckim brzegu Lago Maggiore, w miesiąc zaś później będę incognitow Parmie.

— Nie waż się! — krzyknęła księżna.

Nie chciała, aby Mosca widział ją z Fabrycym.

Jeszcze raz spotkali się w Placencji. Tym razem księżna była bardzopodniecona: burza wszczęła się na dworze; stronnictwo margrabiny Raversibliskie było tryumfu, możebne było, że miejsce hrabiego Mosca zajmiegenerał Fabio Conti, głowa tego, co w Parmie zwało się stronnictwemliberalnym. Wyjąwszy nazwiska rywala, który rósł w łasce panującego, księżna powiedziała Fabrycemu wszystko. Roztrząsała na nowo widokijego przyszłości, nawet w razie gdyby mu zabrakło wszechpotężnegopoparcia hrabiego.

— Mam spędzić trzy lata w Akademii Duchownej w Neapolu — wykrzyknął Fabrycy — ale skoro mam być przede wszystkim młodym arystokratąi skoro nie żądasz, abym prowadził życie cnotliwego seminarzysty, pobytw Neapolu nie przeraża mnie wcale; to nie będzie gorsze niż życiew Romagnano: tamtejsze towarzystwo zaczynało mnie uważać za jakobina.Na mym wygnaniu odkryłem, że nie umiem nic, nawet łaciny, nawetortografii. Miałem zamiar rozpocząć na nowo edukację w Nowarze, będęchętnie studiował teologię w Neapolu: to wiedza nader skomplikowana.

Księżna była zachwycona.

— Jeśli nas wypędzą — powiedziała — odwiedzimy cię w Neapolu. Aleskoro godzisz się na razie wdziać fioletowe pończochy, hrabia, który znadzisiejsze Włochy, kazał ci powiedzieć jedno. Wierz albo nie wierz w to,czego cię będą uczyli, ale nie podnoś nigdy żadnych zarzutów... Wyobraź sobie, że cię uczą gry w wista; czy spierałbyś się z regułamiwista? Powiedziałam hrabiemu, że wierzysz, i bardzo ci to chwalił; to jestpożyteczne na tym świecie i na tamtym. Ale jeżeli wierzysz, nie popadaj w tępospolitość, aby mówić ze wstrętem o Wolterze, Diderocie, Raynalu,wszystkich tych pomylonych Francuzach, prekursorach parlamentaryzmu.Niech te nazwiska rzadko zjawiają się w twoich ustach; ale ostatecznie,kiedy trzeba, mów o tych panach ze spokojną ironią: to ludzie od dawnapognębieni, ataki ich nie mają już znaczenia. Wierz ślepo we wszystko, co cipowiedzą w Akademii. Pomyśl, że będą ludzie, którzy zarejestrują w pamięci twój najlżejszy zarzut; przebaczą ci miłostkę, o ile będzie zręczniepoprowadzona, ale nie wątpliwość — wiek każe zapomnieć o miłostkach,a pogłębia wątpliwość. Trzymaj się tej zasady przy konfesjonałach. Będziesz miał list do biskupa, totumfackiego przy kardynale w Neapolu; jemujednemu możesz wyznać swoją wyprawę do Francji i obecność 18 czerwcaw okolicach Waterloo. Zresztą skracaj mocno, bagatelizuj przygodę,wyznaj ją tylko, aby ci nie można było zarzucić, żeś ją ukrył. Byłeś takmłody!

Druga rada, jaką hrabia ci daje, jest następująca: Jeśli ci się nasunie jakiświetny argument, jakaś nieodparta replika zmieniająca bieg rozmowy, nieulegaj pokusie olśniewania, umiej zmilczeć; sprytni ludzie wyczytają inteligencję w twoich oczach. Będzie czas na wszystko, kiedy zostaniesz biskupem.

Fabrycy rozpoczął życie w Neapolu, mając całej parady skromną kolaskęi czterech służących, poczciwych mediolańczyków, których ciotka muprzysłała. Po roku nauki nikt nie wychwalał jego zdolności: uważano go zamłodego panka, dosyć pilnego, bardzo hojnego, lecz trochę libertyna.

Ten rok, dość zabawny dla Fabrycego, straszliwy był dla księżnej. Hrabiabył parę razy o krok od zguby; książę, bardziej wystraszony niż kiedykolwiek, gdyż był tego roku chory, sądził, iż oddalając hrabiego zrzuci z siebieodium egzekucji dokonanych przed jego urzędowaniem. Rassi był ukochanym faworytem, którego chciał utrzymać przede wszystkim. Niebezpieczeństwo hrabiego sprawiło, iż księżna pokochała go całą duszą; nie myślałajuż o Fabrycym. Aby znaleźć pozór dla usunięcia się, wspominali często, iż klimat Parmy, w istocie nieco wilgotny jak w całej Lombardii, nie służy jejzdrowiu. Wreszcie po okresach niełaski, które dochodziły do tego, żeminister czasem po trzy tygodnie nie widywał zupełnie swego pana, Moscazwyciężył; zamianował generała Fabio Conti, rzekomego liberała, gubernatorem cytadeli, gdzie zamykano liberałów z wyroku Rassiego.

— Jeżeli Conti okaże się pobłażliwy dla więźniów — powiadał Mosca doprzyjaciółki — oddalą go jako jakobina, któremu zasady polityczne każązapominać o obowiązkach generała; jeśli się okaże nieubłagany, a sądzę, iżraczej przechyli się w tę stronę, przestanie być głową własnego stronnictwai straci zaufanie rodzin, które mają w cytadeli swoich. Nieborak ten umiepłaszczyć się przed księciem; w potrzebie przebierze się cztery razy jednegodnia; może zabierać głos w sprawach etykiety, ale to nie jest głowa zdolnaiść stromą drogą, na której jedynie zdołałby się ocalić; na wszelki zaśwypadek ja tu jestem.

Nazajutrz po mianowaniu generała, które zakończyło przesilenie, rozeszła się wieść, że w Parmie powstaje dziennik ultramonarchistyczny.

— Ileż waśni zrodzi ten dziennik! — mówiła księżna.

— Pomysł tego dziennika to moje arcydzieło — rzekł hrabia, śmiejąc się — stopniowo pozwolę wściekłym reakom, aby mi, jakby wbrew mej woli,wydarli jego kierownictwo. Wyposażyłem stanowiska redaktorów ładnąpensyjką. Ze wszystkich stron będą zabiegali o te miejsca; sprawa ta zabawidwór jaki miesiąc lub dwa i pozwoli zapomnieć o niebezpieczeństwach,jakie świeżo przebyłem. Tak poważne osobistości jak panowie P... i D... jużzgłosiły kandydaturę.

— Ale ten dziennik będzie ohydnie głupi.

— Liczę na to — odpowiedział hrabia. — Książę będzie go czytał co ranoi będzie podziwiał moje zasady jako założyciela. Co do szczegółów, jednobędzie mu się podobało, drugie skrytykuje; w każdym razie mamy jużzajęte dwie godziny z tych, które poświęcę rządom. Dziennik ściągnie nasiebie różne pretensje, ale w epoce, gdy się zjawią poważne skargi, za osiemlub dziesięć miesięcy, będzie już całkowicie w rękach zajadłych reaków. Tostronnictwo, które mi jest kulą u nogi, będzie za niego odpowiadać: ja będęstawiał zarzuty dziennikowi. W gruncie wolę sto straszliwych bredni niżjedną szubienicę. Któż pamięta o jakimś głupstwie w dwa lata po wyjściunumeru urzędowego dziennika! Natomiast synowie i rodziny powieszonegoprzysięgają mi nienawiść, która będzie trwała póki mego życia, a możenawet je skróci.

Księżna, wciąż zapalona do czegoś, wciąż w ruchu, nigdy bezczynna,miała więcej rozumu niż parmeński dwór; ale brakło jej owej cierpliwościi zimnej krwi, które są rękojmią powodzenia w intrygach. Bądź co bądźnauczyła się śledzić z zainteresowaniem grę stronnictw, zaczynała nawetmieć osobisty wpływ na księcia. Klara Paulina, panująca księżna, darzonahonorami, ale uwięziona w przestarzałej etykiecie, uważała się za najnieszczęśliwszą z kobiet. Gina otoczyła ją względami i postanowiła dowieśćjej, że nie jest tak nieszczęśliwa. Trzeba wiedzieć, że książę widywał żonęjedynie przy obiedzie; posiłek ten trwał pół godziny, a mijały niekiedytygodnie, że książę nie odezwał się do Klary Pauliny. Pani Sanseverinapróbowała to zmienić; starała się zabawiać księcia, tym lepiej iż umiałazachować niezawisłość. Gdyby nawet chciała, nie mogłaby nie zranićkażdego z głupców, od których roiło się na dworze. Ta jej nieudolnośćw tym kierunku sprawiła, iż ogół dworaków — wszystko hrabiowie albomargrabiowie, posiadający pięć tysięcy funtów renty — nienawidzili jej.Zrozumiała to nieszczęście od pierwszego dnia i starała się przypodobać jedynie panującemu i jego małżonce, która znów miała nieograniczonywpływ na księcia-następcę. Umiała zabawić księcia i korzystała ze szczególnej uwagi, jaką poświęcał jej każdemu słowu, aby przypinać łatki dworakom, którzy jej nienawidzili. Od czasu głupstw, do których pchnął go Rassi— a głupstwa krwawe nie są do naprawienia — książę bał się niekiedy,a nudził się zawsze, co zrodziło w nim smutną zawiść; czuł, że się nie bawi,a stawał się ponury, kiedy mu się zdawało, że inni się bawią; widok szczęściaprzyprawiał go o wściekłość.

— Trzeba ukrywać naszą miłość — mówiła pani Sanseverina do kochanka;i pozwalała się domyślać księciu, że miłość gra już umiarkowaną rolęw stosunku jej do hrabiego, skądinąd tak godnego szacunku.

Odkrycie to dało Jego Dostojności szczęśliwy dzień. Od czasu do czasuksiężna wspominała coś w tym duchu, iż pragnie zapewnić sobie co rokukilkumiesięczny urlop i obrócić go na zwiedzanie Włoch, których nie zna;pragnęła odwiedzić Neapol, Florencję, Rzym. Otóż nic na świecie niemogło sprawić księciu większej przykrości niż taka dezercja: słabostką jegobyło, iż wszystko, co mogło wyrażać lekceważenie jego stolicy, było mubardzo bolesne. Czuł, że nie ma żadnego sposobu, aby zatrzymać paniąSanseverina, a Sanseverina była bez żadnego porównania kobietą najświetniejszą w Parmie. Rzecz niezwykła wobec włoskiego lenistwa — szlachtaz okolicy zjeżdżała na jej czwartki, było to prawdziwe święto: prawiezawsze księżna miała coś nowego i zajmującego. Książę umierał z ochotyznalezienia się na którymś z tych czwartków, ale jak to zrobić? Iść dozwykłego poddanego? To rzecz, której ani jego ojciec, ani on sam nieuczynili nigdy!

Pewnego czwartku deszcz padał, było zimno; co chwila książę słyszał naplacu pałacowym turkot powozów śpieszących do pani Sanseverina. Nachwilę zdjęło go zniecierpliwienie: inni bawią się, a on, monarcha, samowładny pan, który powinien się bawić bardziej niż ktokolwiek, on się nudzi!Zadzwonił na adiutanta. Trzeba było czasu, aby rozmieścić tuzin pewnychludzi w ulicy prowadzącej od pałacu Jego Dostojności do pałacu Sanseverina. Wreszcie po godzinie, która wydała się księciu wiekiem i podczas którejdwadzieścia razy miał ochotę narazić się na sztylety i wyjść z domu na oślep,bez żadnych ostrożności, zjawił się w pierwszym salonie pani Sanseverina.Piorun nie sprawiłby takiego wrażenia. W mgnieniu oka, w miarę jak książęsię posuwał, w gwarnych i wesołych salach zalegało tępe milczenie:wszystkie oczy, szeroko rozwarte, wlepione były w księcia. Dworzanie wydawali się zbici z tropu; jedna gospodyni domu nie okazała zdziwienia.Kiedy wreszcie towarzystwo odzyskało mowę, głównym zajęciem obecnychbyło roztrząsanie tej ważnej kwestii: czy księżna wiedziała o tej wizycie, czyteż zaskoczyła ją ona tak jak wszystkich.

Książę wydawał się rad z zabawy. Pod koniec wizyty zaszło coś, co dobrzemaluje samorzutny charakter księżnej oraz siłę, jaką jej dały owe zręcznezapowiedzi wyjazdu.

Kiedy odprowadzała księcia, który obsypywał ją komplementami, przyszła jej do głowy osobliwa myśl — odważyła się wyrazić ją z zupełną prostotą,niby coś naturalnego.

— Gdyby Wasza Dostojność zechciał użyczyć księżnej małżonce niecotych uroczych słówek, którymi mnie obsypuje, uszczęśliwiłby mnie WaszaDostojność z pewnością bardziej niż powiadając mi, że jestem ładna. Niechciałabym za nic w świecie, aby księżna mogła złym okiem patrzeć na tenbezcenny dowód łaski, jakim Wasza Dostojność raczył mnie obdarzyć.

Książę zmierzył ją oczyma i rzekł oschle:

— Sądzę, że mam prawo chodzić, dokąd mi się podoba.

Pani Sanseverina zarumieniła się.

— Chciałam tylko — odparła — oszczędzić Waszej Dostojności daremnejdrogi, gdyż ten czwartek będzie ostatni: mam zamiar spędzić kilka dniw Bolonii lub we Florencji.

Kiedy księżna wróciła do salonów, wszyscy sądzili, że jest u szczytu łaski,gdy ona ważyła się na coś, na co za ludzkiej pamięci nikt nie odważył sięw Parmie. Skinęła na hrabiego, który opuścił wista i udał się za nią dooświetlonego, ale pustego saloniku.

— Ważyłaś się na rzecz bardzo śmiałą — rzekł — nie byłbym ci tegodoradzał. Ale w prawdziwie kochającym sercu — dodał, śmiejąc się — szczęście pomnaża miłość. Jeśli opuścisz Parmę jutro rano, jadę za tobąwieczorem. Zatrzymałyby mnie jedynie kłopoty z ministerstwem finansów,w które tak głupio się ubrałem; ale dobrze popracowawszy kilka godzin,można zdać niejedną kasę. Wracajmy, droga moja, do salonu i puszmy sięnaszym faworem z całą swobodą; to może nasz ostatni występ w tymmieście. O ile książę uważa, żeś go obraziła, ten człowiek zdolny jest dowszystkiego — nazywa to dawać przykład. Gdy się wszyscy rozejdą,zastanowimy się nad sposobem zabarykadowania się na tę noc; najlepiejbyłoby może jechać bezzwłocznie do tej willi w Sacca nad Padem, która matę zaletę, że jest ledwie o pół godziny od Stanów Austriackich.

Miłość i ambicja księżnej miały rozkoszną chwilę: spojrzała na hrabiego i oczy jej zwilżyły się łzami. Minister tak potężny, otoczony ciżbą dworaków, którzy oddawali mu hołdy niemal jak panującemu, wszystko gotówopuścić dla niej, i tak lekko!

Wracając na salony była upojona radością. Wszyscy korzyli się przed nią.

— Jak szczęście odmienia tę kobietę! — powtarzali dworacy. — Jest nie dopoznania. Wreszcie ta rzymska dusza, tak wyższa ponad wszystko, raczyoceniać niesłychaną łaskę monarchy!

Pod koniec wieczoru hrabia zbliżył się do niej.

— Muszę pani oznajmić nowinę.

Natychmiast osoby stojące w pobliżu księżnej oddaliły się.

— Za powrotem do pałacu — ciągnął hrabia — książę kazał się oznajmiću swojej żony. Pomyśl, co za zdumienie! „Przychodzę — rzekł — aby WaszejDostojności zdać sprawę z bardzo doprawdy miłego wieczoru, któryspędziłem u pani Sanseverina. Sama prosiła mnie, abym ci opowiedział,w jaki sposób urządziła ten zapleśniały pałac.” Za czym książę, siadłszy,zaczął po kolei opisywać twoje salony.

Spędził przeszło dwadzieścia pięć minut u żony, która płakała zeszczęścia; mimo swej inteligencji nie umiała znaleźć ani słowa, aby podtrzymać rozmowę w lekkim tonie, jaki Jego Dostojność raczył jej nadać.

Ów książę nie był zły człowiek, co bądź by o nim mówili włoscyliberałowie. Prawda, iż sporo ich wtrącił do więzienia, ale to tylko zestrachu. Powtarzał często, jak gdyby chcąc się pocieszyć po pewnymwspomnieniu: „Lepiej zabić diabła, niż żeby diabeł zabił nas.” Nazajutrz powieczorze, któryśmy właśnie opisali, był rozpromieniony; spełnił dwapiękne uczynki: poszedł na czwartek i przemówił do żony. Przy obiedzieznów odezwał się do niej; słowem, ten czwartek pani Sanseverinasprowadził rewolucję domową, którą rozbrzmiewała cała Parma; margrabina Raversi była pognębiona, a księżna Sanseverina miała podwójną radość:mogła się przysłużyć swemu kochankowi i przekonała się, że on ją kochabardziej niż kiedykolwiek.

— A wszystko sprawił koncept, który mi strzelił do głowy! — mówiła dohrabiego. — Byłabym niewątpliwie swobodniejsza w Rzymie lub w Neapolu,ale czy znalazłabym tam tak podniecającą grę? Nie, to pewna, że nie, drogihrabio; i dzięki tobie jestem szczęśliwa.

Rozdział siódmy

Dzieje czterech następnych lat trzeba by wypełnić dworskimi anegdotami, równie błahymi jak te, które opowiedzieliśmy przed chwilą. Cowiosnę margrabina spędzała z córkami parę miesięcy w pałacu Sanseverinalub w willi Sacca nad Padem; czas mijał tam bardzo lubo, rozmawiano wieleo Fabrycym; ale hrabia nie pozwolił mu ani razu przybyć do Parmy. Księżnai minister musieli wprawdzie naprawiać tę lub ową lekkomyślność chłopca,ale na ogół Fabrycy trzymał się dość statecznie linii, którą mu wytyczono:wielki pan, który studiuje teologię, ale w karierze swojej nie zanadto liczyna swą cnotę. W Neapolu zapalił się do archeologii; szukał wykopalisk,namiętność ta zastąpiła u niego pasję do koni. Sprzedał swoje angielskiekonie, aby kopać w Mizenie, gdzie znalazł biust młodego Tyberiusza,zaliczony do najpiękniejszych zabytków. Odkrycie tego biustu było niemalnajżywszą przyjemnością, jakiej zaznał w Neapolu. Miał duszę zbyt hardą,aby naśladować innych, na przykład odgrywać serio rolę kochanka. Niebrakło mu kobiet, zapewne; ale nie miały dlań znaczenia. Mimo jego wiekumożna było powiedzieć, że nie znał miłości; za co kochały go tym więcej. Nicnie broniło mu działać z najdoskonalszą zimną krwią; młoda i ładna kobietabyła dlań zawsze tyle warta, co inna młoda i ładna kobieta; z tą różnicą, żeostatnia z brzegu wydawała mu się bardziej nęcąca. Jedna z najbardziejuwielbianych dam w Neapolu robiła dlań szaleństwa przez ostatni rok jegopobytu; zrazu bawiło go to, później znudziło do tego stopnia, iż jednymz uroków odjazdu stało się to, że uwolnił się od względów ślicznej księżnejd'A... W 1821 roku, kiedy zdał jako tako wszystkie egzaminy, guwernerjego otrzymał order i podarek, on zaś ruszył wreszcie do owej sławnejParmy, o której myślał często. Był monsignorem, miał powóz i cztery konie;na stacji przed samą Parmą wziął tylko dwa, a w mieście kazał się zatrzymaćprzed kościołem Świętego Jana. Tam znajdował się bogaty grobowiecarcybiskupa del Dongo, jego stryjecznego pradziadka, autora Genealogiiłacińskiej. Pomodlił się przy jego grobie, po czym przybył pieszo doksiężnej, która spodziewała się go dopiero za kilka dni. Miała gości;niebawem zostawiono ją samą.

— I cóż, rada jesteś ze mnie? — rzekł, rzucając się jej w ramiona. — Dzięki tobie spędziłem cztery dość miłe lata w Neapolu zamiast nudzić sięw Nowarze obok kochanki zatwierdzonej przez policję.

Księżna nie mogła ochłonąć ze zdumienia; na ulicy nie byłaby gopoznała; wydał się jej — jak było w istocie — jednym z najprzystojniejszychmężczyzn we Włoszech; wyraz zwłaszcza miał coś uroczego. Wysłała go doNeapolu jako śmiałego urwisa; szpicrózga, jaką nosił wówczas ciągle, zdawała się nieodłączną cząstką jego istoty; obecnie miał wzięcie bardzoszlachetne i bardzo opanowane wobec obcych, sam na sam zaś odnajdywaław nim cały ogień pierwszej młodości. Był to diament, który nie stracił nic naoszlifowaniu. Nie było godziny, jak Fabrycy bawił u ciotki, kiedy nadszedłhrabia Mosca; przybył nieco za wcześnie. Młody człowiek wyraził się w takdobranych słowach o orderze danym jego guwernerowi, a wdzięczność swąza inne dobrodziejstwa, o których nie śmiał mówić jasno, wysłowił z takdoskonałym taktem, iż od pierwszego rzutu oka minister ocenił go najkorzystniej.

— Bratanek twój — szepnął do księżnej — nie przyniesie ujmy żadnemu zestanowisk, na które zechcesz go wynieść.

Dotąd wszystko szło jak najlepiej; ale kiedy minister, zachwyconyFabrycym i dający baczenie jedynie na jego słowa i gesty, spojrzał naksiężnę, uderzył go wyraz jej oczu. „Ten młody człowiek robi tu dziwnewrażenie” — rzekł sobie. Refleksja ta miała posmak goryczy; hrabia dobiegłpięćdziesiątki; jest to bardzo okrutny wyraz, którego dźwięk możeodczuć jedynie człowiek szalenie zakochany. Hrabia był bardzo dobry,bardzo godzien kochania, jeśli pominiemy surowość jego jako ministra. Alew jego oczach okrutna pięćdziesiątka powlekała czernią całe jegożycie i była zdolna uczynić okrutnym znowu jego. Od pięciu lat pożyciaw Parmie Gina często budziła jego zazdrość, zwłaszcza w pierwszychczasach, ale nigdy nie dała mu poważnego do niej powodu. Sądził —i słusznie — że jeśli księżna wyróżnia na pozór tego lub owego dworskiegolalusia, to dlatego, aby tym lepiej owładnąć sercem jego, hrabiego. Miał naprzykład pewność, że odtrąciła względy samego panującego, który przy tejsposobności wyrzekł słówko wielce pouczające.

— Ależ, gdybym przyjęła hołdy Waszej Dostojności — rzekła księżna,śmiejąc się — z jakim czołem odważyłabym się stanąć przed hrabią?

— Byłbym prawie tak zawstydzony jak pani. Drogi hrabia! mój przyjaciel! Ale ten kłopot bardzo łatwo usunąć, myślałem już o tym: zamknęłobysię hrabiego do cytadeli na resztę życia.

W chwili przybycia Fabrycego księżna była tak szczęśliwa, że niezastanawiała się, co jej oczy mogą nasunąć hrabiemu.. Wrażenie byłogłębokie, a podejrzenie nieuleczalne.

Książę przyjął Fabrycego w dwie godziny po jego przybyciu; paniSanseverina, zdając sobie sprawę z korzystnego wrażenia, jakie ta improwizowana audiencja musi sprawić na publiczności, starała się o nią od dwóchmiesięcy. Łaska ta dawała Fabrycemu od pierwszej chwili wyjątkowestanowisko; pozorem było to, że młody człowiek przejeżdża jedynie przezParmę, udając się do swej matki w Piemoncie. W chwili gdy uroczy bilecikksiężnej oznajmił władcy, że Fabrycy oczekuje jego rozkazów, JegoDostojność nudził się. „Ujrzę — powiadał sobie — jakiego pociesznegobigota, z miną uniżoną lub obleśną. Komendant miasta zdał mi już sprawęz jego pierwszej wizyty u grobu wuja arcybiskupa.” Książę ujrzał rosłegomłodzieńca, którego — gdyby nie fioletowe pończochy — byłby wziął zamłodego oficera.

Niespodzianka ta spłoszyła nudę. „Oto chwat — rzekł sobie — dla któregobędą mnie prosili o Bóg wie jakie fawory, wszystkie, jakimi mogę rozporządzać! Przybywa, musi być wzruszony; wyciągnę go na politykę jakobińską,zobaczymy, co mi odpowie.”

Po zdawkowych uprzejmościach książę rzekł:

— I cóż, monsignore, czy ludy Neapolu są szczęśliwe? Czy króla tamkochają?

— Wasza Dostojność — odparł Fabrycy bez wahania — podziwiałem,przechodząc ulicą, doskonałą postawę żołnierzy J. K. Mości; elita jest pełnaszacunku dla swych panów, jak być powinno! Ale wyznaję, że nigdy w życiunie zniósłbym, aby człowiek z gminu odezwał się do mnie o czym innym niżo robocie, za którą go płacę.

„Do kata! — pomyślał książę — co za namaszczenie! to mi ptaszekdoskonale ułożony! Poznaję panią Sanseverina.” Książę, ubawiony, rozwinął wiele zręczności, aby rozgadać Fabrycego w tym drażliwym przedmiocie. Młody człowiek, podniecony niebezpieczeństwem, znajdował cudowneodpowiedzi.

— Jest to niemal zuchwalstwo — rzekł — objawiać swą miłość do króla;winni mu jesteśmy ślepe posłuszeństwo.

Tak daleko posunięta ostrożność niemal irytowała księcia. „Zdaje się —pomyślał — że to jakiś inteligentny jegomość zjechał nam z Neapolu; nielubię tego plemienia; człowiek inteligentny, choćby wyznawał najlepsze zasady, i nawet szczerze, zawsze jest skuzynowany z Wolteremi Rousseau.”

Ta wzorowa postawa i nienaganne odpowiedzi młodzieńca wydały sięksięciu zuchwalstwem: zawiódł się. W mgnieniu oka przybrał ton dobroduszny i wjechawszy w kilku słowach na zasady rządu i społeczeństwa,wygłosił, przykrawając je do okoliczności, parę frazesów z Fénelona,których nauczono go na pamięć w dzieciństwie dla wygłaszania w czasiepublicznych audiencji.

— Te zasady dziwią cię, młodzieńcze — rzekł do Fabrycego (nazwał gomonsignore na początku audiencji i zamierzał uczcić go monsignoremprzy pożegnaniu, ale w toku rozmowy uważał za korzystniejsze, podatniejsze dla patetycznych zwrotów wołać go poufałym przyjacielskim mianem) te zasady dziwią cię, młodzieńcze; wyznaję, iż nie są podobne do tartynek absolutystycznych (tak się wyraził), które możesz czytać codzień w moim urzędowym dzienniku... Ale, dobry Boże, cóż ja ci cytuję?Dzienniki muszą być dla ciebie światem zupełnie nie znanym.

— Wasza Dostojność najłaskawiej wybaczy; nie tylko czytuję „DziennikParmeński”, który wydaje mi się wcale nieźle redagowany, ale uważamwraz z nim, że wszystko, co uczyniono od śmierci Ludwika XIV w roku1715, jest zbrodnią i głupstwem. Najważniejsza sprawa dla człowieka tojego zbawienie, nie może być na tym punkcie różnicy zdań, a to szczęściema trwać całą wieczność. Słowa wolność, sprawiedliwość,szczęście mas są bezecne i zbrodnicze; wszczepiają nałóg roztrząsańi nieufności. Izba poselska nie ufa temu, co ci ludzie nazywająministerium! Skoro raz się zrodzi ten nieszczęsny nałóg, słabośćludzka stosuje go do wszystkiego, człowiek w końcu nie ufa Biblii, nakazomKościoła, tradycji itd., i z tą chwilą jest zgubiony. Choćby nawet — twierdzenie to jest ohydnym fałszem i zbrodnią — ta nieufność wobecpowagi władców pomazanych przez Boga dawała szczęście przezjakieś dwadzieścia lub trzydzieści lat, do których każdy z nas może sobierościć pretensje, cóż jest pół wieku albo cały wiek w porównaniu z wiekuistymi mękami? itd.

Ze sposobu, w jaki Fabrycy mówił, widać było, iż stara się przelać swojąmyśl w słuchacza; jasne było, że nie recytuje wyuczonej lekcji.

Niebawem książę poniechał walki z tym młodym człowiekiem, któregoprostota i powaga onieśmielały go.

— Żegnam, monsignore, widzę, że wychowanie w Akademii Duchownej w Neapolu jest bez zarzutu. Zupełnie naturalne jest, że kiedy tezasady padną na tak wyborny umysł, rezultat musi być świetny. Żegnam.

I obrócił się plecami.

„Nie spodobałem się tej figurze” — pomyślał Fabrycy.

— A teraz pozostaje nam przekonać się — rzekł książę, skoro został sam —czy ten piękny chłoptaś zdolny jest do namiętności dla czegoś; w takim raziebyłby kompletny... Czy można inteligentniej powtarzać lekcje ciotki?Zdawało mi się, że ją słyszę; gdyby u mnie wybuchła rewolucja, onaredagowałaby „Monitora”, jak niegdyś San Felice w Neapolu! Ale SanFelice, mimo jej dwudziestu pięciu lat i urody, powieszono troszeczkę!Ostrzeżenie dla zbyt inteligentnych dam.

Uważając Fabrycego za wychowanka ciotki, książę mylił się; rozumniludzie na tronie lub w jego pobliżu tracą niebawem wszelkie odczucie; tępiądokoła siebie swobodę rozmowy, która wydaje im się grubiaństwem; chcąwidzieć jedynie maski i mają pretensję sądzić o piękności cery; a najzabawniejsze, że uważają się za bardzo przenikliwych. W tym wypadku, naprzykład, Fabrycy wierzył mniej więcej we wszystko, co mówił; prawda, iżnie zastanawiał się ani dwa razy na miesiąc nad tymi wielkimi sprawami. Byłżywy, inteligentny, ale wierzący.

Pęd do wolności, moda i kult szczęścia mas, którymi nabił sobiegłowę wiek dziewiętnasty, były w jego oczach jedynie herezją, przeznaczoną, by minąć jak inne, ale zabiwszy wiele ciał. Mimo to Fabrycy czytywałz rozkoszą dzienniki francuskie, popełniając nawet nieostrożności, aby sięo nie wystarać.

Kiedy Fabrycy wrócił, oszołomiony jeszcze audiencją, i opowiadał ciotcepodrywki księcia, pani Sanseverina rzekła:

— Musisz teraz natychmiast iść do ojca Landriani, naszego zacnegoarcybiskupa; idź pieszo, wejdź cicho na schody, nie rób hałasu w przedpokoju; jeżeli ci każą czekać, tym lepiej, po tysiąc razy tym lepiej! Słowem,bądź apostolski!

— Rozumiem — rzekł Fabrycy — to jakiś typ z rodziny Tartufa.

— Ani trochę, to wcielona cnota.

— Nawet po tym, co uczynił — odparł Fabrycy zdziwiony — w epocestracenia hrabiego Palanza?

— Tak, moje dziecko, nawet. Ojciec arcybiskupa był urzędniczkiemw ministerium finansów, z drobnej mieszczańskiej rodziny: to tłumaczywszystko. Landriani posiada umysł żywy, rozlewy, głęboki; jest szczery,kocha cnotę: jestem przekonana, że gdyby cesarz Decjusz wrócił na świat,on cierpiałby męczeństwo jak Poliekt w operze, którą dawano tu w zeszłym itygodniu. Oto piękna strona medalu, a oto jego strona odwrotna: z chwilągdy znajdzie się w obecności panującego lub bodaj pierwszego ministra,tyle wielkości olśniewa go; miesza się, czerwieni, fizycznym niepodobieństwem jest mu powiedzieć „nie”. Stąd owe rzeczy, których się dopuścił i które mu zjednały tak smutną sławę w całych Włoszech, ale czego świat niewie, to tego, że kiedy opinia oświeciła go co do procesu hrabiego Palanza,skazał się za pokutę na chleb i wodę przez trzynaście tygodni, tyle tygodni,ile jest głosek w nazwisku Davide Palanza. Mamy tu na dworze niezmierniesprytnego łajdaka, nazwiskiem Rassi, wielkiego sędziego lub generalnegopoborcę, który wówczas, gdy chodziło o śmierć hrabiego Palanza, opętałojca Landriani. W okresie owej trzynastotygodniowej pokuty hrabia Moscaprzez współczucie, a trochę przez złośliwość, zapraszał go na obiad raz lubnawet dwa razy na tydzień; zacny arcybiskup, aby nie być niegrzeczny, jadłjak wszyscy, uważał bowiem, iż odbywać publiczną pokutę za czyn zatwierdzony przez monarchę trąciłoby zuchwalstwem i jakobinizmem. Ale wiadomo było, że po każdym obiedzie, na którym obowiązek wiernopoddańczyzmusił go do jedzenia ze wszystkimi, nakładał sobie za pokutę dwa dnio chlebie i wodzie.

Jego Wielebność ojciec Landriani, tęga głowa, człowiek wielkiej nauki,ma tylko jedną słabostkę: chce być kochany; dlatego rozczul się najego widok, a za trzecią wizytą pokochaj go na dobre. W połączeniu z twoimurodzeniem to wystarczy, aby cię uwielbiał. Nie okaż zdziwienia, że cięodprowadza na schody; zachowaj się jak człowiek przywykły do tychwzględów; arcybiskup jest po prostu na kolanach przed szlachectwem. Pozatym bądź skromny, namaszczony, nic błyskotliwego, żadnych sprytnychodpowiedzi. Jeżeli go nie spłoszysz, będzie za tobą przepadał, a pomyśl, że trzeba, aby z własnego popędu zrobił cię swoim wielkim wikariuszem.Hrabia i ja będziemy zdziwieni i nawet zmartwieni tą szybką karierą; to jestnieodzowne ze względu na księcia.

Fabrycy pobiegł do pałacu arcybiskupa; szczęśliwym trafem pokojowieczacnego prałata, nieco głuchy, nie usłyszał nazwiska del Dongo; oznajmił poprostu młodego księdza imieniem Fabrycy. Arcybiskup miał u siebieproboszcza niezbyt przykładnych obyczajów, którego wezwał, aby gopołajać. Właśnie udzielał mu reprymendy, co było dlań rzeczą naderprzykrą, tak że nie chciał dłużej się z nią nosić; kazał tedy czekać trzykwadranse stryjecznemu wnukowi wielkiego arcybiskupa Ascania delDongo.

Jak odmalować jego rozpacze i przeprosiny, kiedy odprowadziwszyproboszcza do przedpokoju i spytawszy za powrotem oczekującego nańczłowieka, czym może mu służyć, ujrzał fioletowe pończochyi usłyszał nazwisko Fabrycy del Dongo? Bohater nasz był tak ubawionyprzygodą, iż na tej pierwszej wizycie ucałował w wylewie czułości rękęświętego prałata. Trzeba było słyszeć arcybiskupa, jak powtarza z rozpaczą:,,Del Dongo wyczekujący w przedpokoju!” Uważał sobie za obowiązek,jako usprawiedliwienie, opowiedzieć mu całą historię z proboszczem, jegoprzewinę, jego tłumaczenie się itd.

„Czyż to możliwe — mówił sobie Fabrycy, wracając do pałacu Sanseverina— aby to był człowiek, który przyśpieszył śmierć biednego Palanzy!”

— Cóż myśli Wasza Ekscelencja? — rzekł ze śmiechem Mosca, widząc gowchodzącego do księżnej (hrabia nie pozwalał, aby Fabrycy nazywał goekscelencją).

— Spadam z obłoków; nic się nie znam na ludziach: gdybym nie wiedziałjego nazwiska, założyłbym się, że ten prałat nie potrafiłby patrzeć, jakzarzynają kurczę.

— I wygrałbyś — odparł hrabia — ale kiedy jest wobec panującego lubchoćby wobec mnie, nie umie się sprzeciwić. Co prawda, aby wywrzeć pełnewrażenie, muszę mieć żółtą wstęgę na piersiach; gdybym był we fraku,sprzeciwiłby się może, toteż kładę zawsze mundur na jego przyjęcie. Nienaszą jest rzeczą niweczyć urok władzy, dzienniki francuskie podkopujągo dość szybko; mania szacunku będzie żyła ledwie tyle co my, a ty,mój bratanku, przeżyjesz uszanowanie. Tak, ty będziesz zacnym człowiekiem.

Fabrycy lubił bardzo towarzystwo hrabiego; był to pierwszy niepospolity człowiek, który raczył z nim mówić bez obłudy; poza tym mieli jednowspólne upodobanie, mianowicie archeologię i wykopaliska. Z drugiejstrony, hrabiemu pochlebiała uwaga, z jaką młodzieniec go słuchał; alezachodziła tu kapitalna przeszkoda: Fabrycy mieszkał w pałacu Sanseverina, żył w pobliżu księżnej, okazywał z całą niewinnością, że ta bliskość jestjego szczęściem — a Fabrycy miał oczy i cerę rozpaczliwie świeże!

Od dawna już Ranucy Emest IV, który rzadko spotykał się z odmową, idotknięty był tym, że cnota księżnej, znana na dworze, nie uczyniła wyjątkudla jego osoby. Widzieliśmy, że spryt i przytomność umysłu Fabrycegouraziły go od pierwszego dnia. Niedobrym okiem patrzał na wzajemnączułość, którą on i ciotka jego okazywali tak nieopatrznie; uważnienadstawiał ucha na plotki dworaków, niewyczerpane w tej mierze. Przybycie młodego człowieka i owa tak niezwykła audiencja stanowiły przezmiesiąc temat gawęd dworskich i budziły zdumienie; co nasunęło księciupewną myśl.

Miał w swojej gwardii prostego żołnierza, który niezwykle dobrze znosiliwino; człowiek ten pędził życie w szynkowniach i zdawał wprost panującemu sprawę z ducha armii. Carlone nie miał wykształcenia, inaczej byłbydawno awansował. Obowiązkiem jego było stawić się co dnia przedpałacem, gdy zegar wieżowy bił południe. Chwilę przedtem książę samspuścił żaluzję w pokoiku przytykającym do gotowalni Jego Wysokości.Wrócił nieco po dwunastej i zastał gwardzistę. Książę miał przy sobie ićwiartkę papieru i kałamarz i podyktował żołnierzowi następujący list.

Wasza Ekscelencja jest niewątpliwie człowiekiem wielkich zdolności;temu właśnie głębokiemu Jego rozumowi zawdzięczamy, iż państwo cieszysię tak dobrym rządem. Ale, drogi hrabio, powodzenie nie obywa się nigdybez odrobiny zawiści, i lękam się, aby świat nie bawił się nieco pańskimkosztem, jeżeli Twoja przenikliwość nie przeniknie, że pewien przystojnymłody człowiek miał szczęście obudzić, może mimo woli, miłość wielce niecodzienną. Szczęśliwy ten śmiertelnik ma dopiero dwadzieścia trzy lata,co zaś, drogi hrabio, wikła nieco sprawę, to, że i Ty, i ja mamy dużo więcejniż dwa razy tyle. Wieczorem, na pewien dystans, hrabia jest uroczy,świetny, dowcipny, miły; ale rano, z bliska, dobrze zważywszy, nowoprzybyły ma może więcej powabów. Otóż my, kobiety, przykładamy wiele wagido puszku młodości, zwłaszcza gdy same przebyłyśmy trzydziestkę. Czy nie słychać już o tym, aby tego miłego młodzieńca przywiązać do dworu zapomocą jakiejś tłustej posadki? I któż najczęściej wspomina o tym WaszejEkscelencji?

Książę wziął list; dał żołnierzowi dwa talary.

— Masz tu poza swoją płacą — rzekł oschle — i bezwarunkowe milczenielub najwilgotniejszy dół w cytadeli.

Książę miał w biurku zbiór kopert z adresami znaczniejszych osób,kreślonymi ręką tego samego żołnierza, który uchodził za nieumiejącegopisać i nie pisywał nawet swoich szpiegowskich raportów; książę wybrałodpowiednią kopertę.

W kilka godzin później hrabia Mosca otrzymał pocztą list; obliczonoporę, w której mógł nadejść, i w chwili gdy listonosz, którego widzianowchodzącego z listem, wyszedł z pałacu, zawołano hrabiego do JegoWysokości. Nigdy jeszcze faworyt nie był pogrążony w cięższym smutku;aby się nasycić jego przygnębieniem, książę wykrzyknął:

— Chcę dziś wytchnąć swobodnie z przyjacielem, a nie pracować z ministrem. Głowa mnie dziś boli szalenie, a co więcej, oblegają mnie czarnemyśli.

Czy potrzeba tłumaczyć fatalny humor, w jakim znajdował się pierwszyminister, hrabia Mosca della Rovere, w chwili gdy mu wolno było opuścićdostojnego pana? Ranucy Ernest IV biegły był w dręczeniu serc; bezzbytniej przesady mógłbym tu użyć porównania o tygrysie, który lubi igraćze swą ofiarą.

Hrabia kazał się odwieźć do domu w galopie; krzyknął, wchodząc, aby niewpuszczano żywej duszy, kazał powiedzieć służbowemu audytorowi,że może odejść (mierziła go świadomość, że w pobliżu znajduje się żywaistota), i zamknął się w galerii obrazów. Tam wreszcie mógł się poddać swejwściekłości; tam strawił wieczór bez światła, przechadzając się tam i z powrotem, jak człowiek nie panujący nad sobą. Starał się nakazać milczenieswemu sercu, aby skupić całą uwagę na tym, co mu należało uczynić.W męce, która by przejęła współczuciem najokrutniejszego wroga, powiadał sobie: „Człowiek, którego nienawidzę, mieszka u księżnej, spędza z niąwszystkie chwile. Mamże wziąć na spytki którąś z pokojowych? Toniebezpieczne; ona jest taka dobra! Płaci hojnie! Ubóstwiają ją! (Któż,wielki Boże, jej nie ubóstwia?) Oto pytanie — podjął z wściekłością: — Czymam objawić zazdrość, która mnie pożera, czy też nie wspominać o tym?

Jeżeli zmilczę, nie będą się kryli przede mną. Znam Ginę, to kobietarządząca się pierwszym popędem; postępowanie jej jest niespodzianką dla niej samej, gdy chce sobie nakreślić rolę z góry, wikła się; zawsze w rozstrzygającej chwili przychodzi jej nowa myśl, za którą leci jak za czymś inajlepszym, i psuje wszystko.

Jeżeli nie zdradzę niczym swego męczeństwa, nie będą się kryli i będęwiedział, co się dzieje.

Tak, ale dając temu wyraz, stworzę nowe okoliczności: pobudzę do zastanowienia; uprzedzę wiele okropnych rzeczy, które mogą się zdarzyć...Może ona go oddali (hrabia odetchnął), wówczas prawie że wygrałempartię; gdyby nawet Gina była na razie nieco markotna, uspokoję ją... a tenniehumor, cóż naturalniejszego?... kocha go jak syna od piętnastu lat.W tym cala nadzieja: jak syna... ale nie widywała go od Waterloo; ale odpowrotu z Neapolu to inny człowiek, zwłaszcza dla niej. Inny człowiek! — powtórzył z wściekłością — i ten człowiek jest uroczy; mazwłaszcza ów wyraz naiwny i tkliwy, oko pełne blasku, które przyrzeka tyle szczęścia! a takich oczu księżna nie widuje na naszym dworze!... Miejsce ichzajęło ponure lub sardoniczne spojrzenie. Ja sam, znękany polityką, władając jedynie dzięki wpływowi na człowieka, który chciałby mnieośmieszyć, jaką minę muszę mieć nieraz! Ach, jakie bądź czyniłbym wysiłki, spojrzenie moje jakże musi być stare! Czyż moja wesołość zawsze niesąsiaduje z ironią? Powiem więcej, trzeba dziś być szczerym, czy przez mojąwesołość nie przegląda, jako rzecz bardzo bliska, absolutna władza...i złość? Czy czasem nie mówię sobie, zwłaszcza gdy mnie kto podrażni:,,Mogę wszystko, co zechcę”?, a nawet dodaję to głupstwo: „Powinienembyć szczęśliwszy niż inni, bo mam to, czego inni nie mają: wszechwładzęw trzech czwartych rzeczy... Bądźmy sprawiedliwi! Przyzwyczajenie do tejmyśli musi psuć mój uśmiech... musi mu dawać pozór egoizmu... zadowolonego... A jaki jego uśmiech jest uroczy! Oddycha szczęściem pierwszejmłodości i rodzi je.

Nieszczęściem dla hrabiego wieczór był gorący, duszny, zwiastującyburzę; czas, który w tym kraju nastraja do gwałtownych decyzji. Jak oddaćwszystkie rozumowania, wszystkie obrazy, które przez trzy śmiertelnegodziny torturowały tego namiętnego człowieka? Wreszcie rozwaga zwyciężyła jedynie pod wpływem tej refleksji: „Prawdopodobnie jestemszalony; łudzę się, że rozumuję, a jedynie kręcę się, aby znaleźć mniejokrutną pozycję; przechodzę mimo jakiejś rozstrzygającej racji, nie widząc jej. Skoro tedy zaślepia mnie nadmierny ból, idźmy za owym prawidłem,zalecanym przez wszystkich mędrców, które nazwano rozwagą. Zresztągdy raz wymówię nieszczęsne słowo zazdrość, rola moja wytyczonajest na zawsze. Przeciwnie, nie rzekłszy nic dziś, mogę powiedzieć jutro:,,Zostaję panem sytuacji”.

Próba była zbyt silna, hrabia byłby oszalał, gdyby potrwała dłużej.Odczuł chwilową ulgę; uwaga jego zatrzymała się na anonimowym liście.Od kogo może pochodzić? Tu nastąpił przegląd nazwisk i refleksja przykażdym; to rozerwało go na chwilę. W końcu hrabia przypomniał sobiezłośliwy błysk, jaki strzelił z oczu księcia, kiedy pod koniec audiencjiwyrzekł: „Tak, drogi przyjacielu, zgódź się tym, rozkosze i zabiegitryumfującej ambicji, nawet nieograniczonej władzy, niczym są wobecszczęścia, jakie daje wzajemna miłość. Jestem człowiekiem wprzód, nimjestem panującym, i kiedy mam to szczęście, że kocham, kochanka moja mado czynienia z człowiekiem, nie z monarchą.” Hrabia zestawił tę chwilęzłośliwej uciechy z owym zdaniem w liście: „...temu właśnie głębokiemurozumowi zawdzięczamy, iż państwo cieszy się tak dobrym rządem.” — „Tozdanie księcia! — wykrzyknął — u dworaka byłoby ono zbyt nieostrożne;autorem listu jest Jego Wysokość.”

Po rozwiązaniu zagadki drobna radość, spowodowana przyjemnościąodgadnięcia jej, ustąpiła niebawem okrutnej wizji uroków Fabrycego,która zjawiła się na nowo. Był to niby olbrzymi ciężar, który spadł na sercenieszczęśliwego. „Cóż znaczy, od kogo jest anonim — wykrzyknął z wściekłością — czyż fakt, który mi on odsłania, mniej przez to istnieje? Ten kaprysmoże zmienić moje życie — rzekł, jakby dla usprawiedliwienia swegoszaleństwa. — W pierwszej chwili, jeśli go kocha jak kochanka, Ginapojedzie z nim do Belgirate, do Szwajcarii, w jakikolwiek kąt świata. Jestbogata, a zresztą, gdyby miała żyć rok cały o kilku ludwikach, co to dla niejznaczy? Czyż nie wyznała mi niespełna przed tygodniem, że pałac jej, takdobrze urządzony, tak wspaniały, nudzi ją? Trzeba czegoś nowego tej takmłodej duszy! I z jaką prostotą nastręcza się to szczęście! Porwie ją, nimpomyśli o niebezpieczeństwie, nim pomyśli, aby się mnie użalić. A ja jestemtak nieszczęśliwy!” — wykrzyknął hrabia, zalewając się łzami.

Przysiągł sobie nie iść do księżnej tego wieczora, ale nie mógł zapanowaćnad sobą; nigdy oczy jego tak bardzo nie pragnęły jej widoku. Okołopółnocy zaszedł do niej, zastał ją samą z bratankiem; o dziesiątej pożegnałagości i kazała zamknąć drzwi dla wszystkich.

Na widok serdeczności panującej między tymi dwiema istotami oraznaiwnej radości księżnej okropna trudność stanęła przed oczyma hrabiego,i to niespodzianie! Nie pomyślał o tym w czasie długich dumań w galerii iobrazów: jak ukryć zazdrość?

Nie wiedząc, jakiego pozoru się chwycić, napomknął, iż tego wieczoraksiążę bardzo źle był dlań usposobiony, sprzeciwiał mu się we wszystkim itd.Z boleścią ujrzał, że księżna zaledwie go słucha i że nie zwraca uwagi na teokoliczności, które przedwczoraj jeszcze byłyby przedmiotem niespokojnych domysłów. Hrabia spojrzał na Fabrycego: nigdy ta piękna lombardzkatwarz nie wydała mu się równie szczera i szlachetna! Fabrycy słuchałz większą uwagą niż księżna kłopotów, o których opowiadał hrabia.

„W istocie — myślał — ta głowa łączy nadzwyczajną dobroć z wyrazemjakiegoś naiwnego i tkliwego wesela, które jest wręcz nieodparte. Zdaje sięmówić, że jedynie miłość i jej upojenia ważne są na tym świecie. Ale mimoto, niech się nastręczy jakiś szczegół wymagający inteligencji, spojrzeniejego budzi się i przejmuje zdumieniem, i wprawia w pomieszanie.

Wszystko jest proste tym oczom, bo wszystko widzą z wysoka. WielkiBoże! jak walczyć z takim wrogiem? A koniec końców, czym jest życie bezmiłości Giny? Z jakim zachwytem słucha ona przemiłych wyskoków tegomłodego umysłu, który dla kobiety musi się zdawać czymś jedynym naświecie!”

Okrutna myśl chwyciła hrabiego jak spazm: „Zasztyletować go wobecniej i zabić się potem?”

Przeszedł się po pokoju, ledwie trzymając się na nogach, ale z rękązaciśniętą konwulsyjnie na rękojeści sztyletu. Żadne z dwojga nie zwracałouwagi na jego zachowanie. Rzekł, iż ma wydać rozkaz lokajowi; nie słyszeligo nawet; księżna śmiała się z rozczuleniem z jakiegoś powiedzeniaFabrycego. Hrabia zbliżył się do lampy w salonie i spojrzał, czy sztylet jestostry. „Trzeba być uprzejmym i wytwornym wobec tego młodzieńca” —powiadał sobie wracając do nich.

Obłęd go się chwytał; zdawało mu się, że nachylają się do siebie,wymieniają pocałunki, tu, w jego oczach. „To niemożliwe, w mojejobecności — powiadał sobie — rozum mi się miesza. Trzeba zachowaćspokój; jeśli będę niegrzeczny, księżna zdolna jest, jedynie przez urażonąambicję, pojechać za nim do Belgirate i tam lub w czasie podróży przypadekmoże wywołać słówko, które określi to, co czują wzajem do siebie; w jednejchwili wszystko się spełni.

Samotność uczyni to słowo rozstrzygającym; zresztą skoro raz księżnaodejdzie, co począć? A jeżeli, zwyciężywszy mnóstwo przeszkód ze stronyksięcia, pokażę swoją starą i stroskaną twarz w Belgirate, jakąż rolę będęgrał wobec tej pary oszalałej szczęściem?

Tutaj nawet, czymże jestem innym niż terzo incomodo (ten pięknywłoski język stworzony jest, zaiste, dla miłości). Terzo incomodo (trzeci,który zawadza)! Cóż za ból dla rozumnego człowieka — czuć, że gra tęohydną rolę, a nie móc tego przemóc na sobie, aby wstać i odejść!”

Hrabia bliski był wybuchu lub przynajmniej zdradzenia swej boleści, takrysy były jego zmienione. Kiedy krążąc po salonie znalazł się blisko drzwi,uciekł, wołając życzliwie i serdecznie: — Dobranoc, dzieci!

„Trzeba unikać krwi” — rzeki sobie.

Nazajutrz po tym okropnym wieczorze, po nocy spędzonej to narozważaniu zalet Fabrycego, to na wybuchach najpiekielniejszej zazdrości,hrabia wpadł na myśl, aby zawołać młodego lokaja; człowiek ten zalecał siędo dziewczyny zwanej Chekina, garderobianej i ulubienicy księżnej. Szczęśliwym trafem ów młody służący był stateczny i oszczędny i pragnął miejscaodźwiernego przy jednej z publicznych budowli w Parmie. Hrabia kazał mu,aby natychmiast sprowadził Chekinę, swą kochankę. Usłuchał; w godzinępóźniej hrabia zjawił się niespodzianie w pokoju, gdzie dziewczyna znajdowała się ze swym przyszłym. Hrabia przeraził ich oboje mnogością złota,które im dał, po czym ozwał się do drżącej Chekiny, patrząc jej prostow oczy:

— Czy księżna romansuje z monsignorem?

— Nie — rzekła po chwili dziewczyna, zbierając się na odwagę — nie,jeszcze nie, ale on całuje często ręce pani, śmiejąc się, co prawda, alebardzo czule.

Po tym świadectwie nastąpiło jeszcze sto odpowiedzi na tyleż wściekłychpytań hrabiego; jego niespokojna zazdrość kazała ciężko zapracować tymbiedakom na pieniądze, które im rzucił; w końcu uwierzył w to, co mumówili; doznał niejakiej ulgi.

— Jeżeli kiedy księżna dowie się czegoś o tej rozmowie, poślę twojegonarzeczonego na dwadzieścia lat do twierdzy i nie ujrzysz go aż z siwymi włosami.

Minęło kilka dni, w ciągu których znowu Fabrycy postradał całą wesołość.

— Zaręczam ci — mówił do księżnej — że hrabia Mosca mnie nie lubi.

— Tym gorzej dla Jego Ekscelencji — odpowiadała z pewną zawziętością.

Nie był to istotny powód niepokoju Fabrycego. „Położenie, w jakim losmnie pomieścił, jest wręcz niemożliwe — powiadał sobie. — Jestem najpewniejszy, że ona się nie zdradzi nigdy; obawiałaby się wymownego słowa nibykazirodztwa. Ale jeżeli pewnego wieczora, po szalonym i nieopatrznymdniu, uczyni rachunek sumienia, jeśli się jej wyda, żem odgadł skłonność,jaką raczy mieć do mnie, jakąż rolę będę grał w jej oczach? Ściśle rolę castoGiuseppe (przysłowie włoskie, aluzja do pociesznej roli Józefa wobec żonyeunucha Putyfary).

Dać jej do poznania, że nie jestem zdolny doprawdziwej miłości? Niemam dosyć wrodzonego statku, by stwierdzić ten fakt w sposób, który by niebył jak dwie krople wody podobny do grubiaństwa. Zostaje mi jakoucieczka jedynie jakaś wielka miłość zostawiona w Neapolu; w takim razietrzeba by tam wrócić na dwadzieścia cztery godziny; myśl roztropna, ale czyto warto? Pozostałaby jeszcze jakaś niewybredna miłostka w Parmie, comogłoby być przykre; ale wszystko lepsze niż ohydna rola mężczyzny, którynie chce się domyślić. Ta droga mogłaby, to prawda, narazić mą przyszłość;trzeba by za pomocą ostrożności i kupnej dyskrecji zmniejszyć niebezpieczeństwo.” Okrutne w tych wszystkich myślach było to, że w istocie Fabrycykochał księżnę o wiele bardziej niż kogo bądź w świecie. „Trzeba byćbardzo niezręcznym — mówił sobie z gniewem — aby się tak lękać, że się niepotrafi przekonać o tym, co jest istotną prawdą!” Nie czując się na siłach,aby się wyplątać z tej pozycji, stał się posępny i drażliwy. „Co by się ze mnąstało, wielki Boże! gdybym się poróżnił z jedyną istotą, do której jestemgorąco przywiązany?” Z drugiej strony Fabrycy nie mógł się zdobyć na to,aby popsuć niebacznym słowem tak rozkoszne szczęście. Życie jego byłotak pełne uroków! Serdeczna przyjaźń lubej i ładnej kobiety była czymś taksłodkim! Co się tyczy praktycznych warunków życia, opieka jej stwarzałamu tak miłą pozycję przy tym dworze, którego wielkie intrygi, dzięki niej,która mu je tłumaczyła, bawiły go jak komedia. „Ale lada chwila piorunmoże mnie obudzić! — powiadał sobie. — Jeśli te wieczory tak wesołe, taktkliwe, pędzone prawie sam na sam z kobietą tak uroczą, doprowadzą doczegoś więcej, ona będzie sądziła, że znalazła we mnie kochanka; będzieżądała uniesień, szaleństw, a ja mogę jej zawsze ofiarować przyjaźń, ale niemiłość; natura odmówiła mi tego wzniosłego szaleństwa. Ileż wymówekbędę musiał znieść w tej mierze! Zdaje mi się, że jeszcze słyszę księżnęd’A..., a wszak ja drwiłem sobie z księżnej! Będzie sądziła, że to brak litości do niej, gdy to jest brak miłości we mnie; nie zechce tegorozumieć. Często pod wrażeniem jakiej dworskiej anegdotki, która w jejustach ma ten niezrównany wdzięk, pustotę — a zresztą potrzebna jest dlatego wykształcenia! — całuję jej rękę, czasem lica. Co począć, jeśli ta rękauściśnie moją w pewien znaczący sposób?”

Fabrycy pojawiał się codziennie w najznaczniejszych i najmniej wesołychdomach w Parmie. Kierowany radami księżnej, zręcznie nadskakiwałpanującemu księciu i jego synowi, księżnej Klarze Paulinie i arcybiskupowi.Miał pozycję, ale to nie uśmierzało jego śmiertelnej obawy poróżnienia sięciotką.

Rozdział ósmy

Tak więc w niespełna miesiąc po przybyciu na dwór Fabrycy miał wszystkie utrapienia dworaka, a serdeczna przyjaźń, stanowiąca szczęście jego życia, była zatruta. Jednego wieczora, dręczony tymi myślami, opuściłsalon księżnej, gdzie zanadto wyglądał na urzędowego kochanka; błądzącna oślep po mieście zaszedł pod teatr. Teatr był oświetlony; wstąpił. Była to pusta lekkomyślność jak na człowieka noszącego jego szaty; takich lekkomyślności postanowił sobie unikać w Parmie, która ostatecznie jest czterdziestotysięczną mieściną. Prawda, iż od pierwszych dni wyzbył się swego urzędowego stroju; wieczorem, kiedy nie puszczał się w najwyższe sfery, był po prostu ubrany czarno, jak człowiek w żałobie.

Wziął lożę na trzecim piętrze, aby go nikt nie widział; grano Młodągospodynię Goldoniego. Wodził oczami po architekturze sali, ledwieczasem obracając je ku scenie. Ale liczna publiczność parskała raz po razśmiechem; Fabrycy spojrzał na młodą aktorkę grającą rolę Gospodyni;wydała mu się zabawna. Przyjrzał się jej uważnie, była milutka, a zwłaszczapełna naturalności; była to naiwna dziewczyna, pierwsza śmiała się z ładnych rzeczy, które Goldoni wkłada jej w usta, i wygłaszała je jakby zezdziwieniem. Spytał, jak się nazywa; powiedziano mu:

— Marieta Valserra.

„A! — pomyślał — wzięła moje nazwisko, to osobliwe.” Mimo swoichprojektów dosiedział w teatrze do końca sztuki. Nazajutrz wrócił; w trzy dnipóźniej znał adres Mariety Valserra.

Tego samego dnia, w którym zdobył ten adres z dość wielkim trudem,zauważył wieczorem, że hrabia jest dlań nadzwyczaj czuły. Biedny zazdrosny kochanek, który dokładał starań, aby się utrzymać w granicach rozsądku, otoczył młodego człowieka szpiegami; wyprawa teatralna ucieszyła go. Jak odmalować radość hrabiego, kiedy nazajutrz po dniu, w którym wymógł nasobie, aby być miły dla Fabrycego, dowiedział się, że ten, co prawda wpółprzebrany w długi niebieski surdut, wdrapał się na nędzne poddasze, jakie Marieta zajmowała na czwartym piętrze starego domostwa za teatrem. Uciechę jego zdwoiła wiadomość, że Fabrycy przedstawił się pod fałszywym nazwiskiem i że miał zaszczyt obudzić zazdrość hultaja zwanegoGiletti, który w mieście grywał role lokajów, a po wsiach tańczył na linie.Szlachetny ten kochanek Mariety wymyślał na Fabrycego i odgrażał się, żego zabije.

Trupy operowe składa impresario, który zbiera po świecie śpiewakówdostępnych dla jego kasy lub takich, którzy nie są zaangażowani. Kompaniatrzyma się przez jeden sezon, najwyżej przez dwa. Inaczej zespołyaktorskie, goniąc od miasta do miasta i zmieniając miejsce pobytu coparę miesięcy, tworzą mimo to jak gdyby rodzinę, której członkowiekochają się lub nienawidzą. Bywają tam stadła, które miejscowym galantom niełatwo przychodzi rozdzielić. Właśnie to zdarzyło się naszemubohaterowi: Marieta patrzyła nań wcale życzliwie, ale bała się straszliwieGilettiego, który uzurpował sobie nad nią absolutną władzę i pilnował jejściśle. Krzyczał wszędzie, że zabije monsignora, śledził bowiem Fabrycegoi doszedł w końcu jego nazwiska. Ów Giletti była to postać nader szpetnai najmniej stworzona do miłości: przesadnie wysoki i chudy, pocętkowanyospą i nieco zezowaty. Chętnie popisując się swymi talentami, zwykł byłwchodzić za kulisy między kolegów na rękach lub płatał inne ładne sztuki.Tryumfował w rolach błazna z umączoną twarzą otrzymując kije lubgrzmocąc innych. Godny rywal Fabrycego miał trzydzieści dwa frankimiesięcznej płacy i czuł się bardzo bogaty.

Kiedy szpiegowie hrabiego Mosca upewnili go o tych szczegółach, miałuczucie, że zmartwychwstaje. Wdzięk jego odżył bardziej, niż kiedybłyszczał w salonach księżnej wesołością i dowcipem. Nie wspomniał jejoczywiście ani słowa o przygodzie, która wróciła mu życie; poczynił nawetstarania, aby jak najpóźniej dowiedziała się o tym. Miał przy tym odwagęposłuchać rozsądku, który krzyczał mu próżno od miesiąca, że ilekroć urokkochanka blednie, kochanek powinien wyjechać w podróż.

Ważne sprawy powoływały go do Bolonii; dwa razy na dzień kurierzyprzywozili mu nie tyle papiery ministerialne, ile nowiny o miłostkachMariety, o wściekłości groźnego Gilettiego i o manewrach Fabrycego.

Jeden z agentów hrabiego zażądał kilkakrotnie Arlekina w pasztecie(jeden z tryumfów scenicznych Gilettiego: wychodzi z pasztetu, który rywaljego, Brighella, właśnie ma napocząć, i grzmoci go kijem); był to pozór, abyaktorzynie darować sto franków. Giletti przytłoczony długami nie pisnąło tej gratce, ale wbił się w niesłychaną dumę.

Kaprys Fabrycego stał się sprawą ambicji (w jego wieku troski doprowadziły go już do tego, że miewał kaprysy!): próżność zawiodła go dateatru; aktoreczka grała bardzo wesoło i bawiła go; wychodząc, czuł się nagodzinę zakochany. Hrabia wrócił do Parmy na wieść, iż Fabrycemu groziistotne niebezpieczeństwo; Giletti, który sługiwał niegdyś w świetnympułku napoleońskich dragonów, odgrażał się serio, że zabije Fabrycego,i przygotowywał sobie z góry ucieczkę do Romanii. Jeśli czytelnik jestbardzo młody, zgorszy się naszym podziwem dla tego szlachetnego rysu. Byłto wszelako niemały heroizm ze strony hrabiego, aby wrócić z Bolonii;ostatecznie bowiem rano cera jego była mocno zmęczona, Fabrycy zaś miałtyle świeżości, tyle pogody! Komuż by przyszło na myśl obwiniać goo śmierć Fabrycego, w jego nieobecności, dla takiego głupstwa! Ale to byłajedna z owych rzadkich dusz czyniących sobie wiekuiste wyrzuty, skorozaniedbają szlachetnego czynu; zresztą nie mógł znieść myśli, aby księżnabyła smutna, i z jego winy.

Zastał ją za powrotem milczącą i przybitą. Oto, co się stało. Pokojowajej, Chekina, dręczona wyrzutami i mierząc rozmiar swej winy ogromemsumy, jaką otrzymała w jej odpłatę, zachorowała. Jednego wieczoraksiężna, która ją lubiła, zaszła do niej. Dziewczyna nie mogła się oprzeć tejdobroci; zalała się łzami, chciała oddać swej pani wszystko, co jej jeszczezostało z otrzymanych pieniędzy, wreszcie zdobyła się na wyznanie rozmowy z hrabią. Księżna żywo zgasiła lampę, po czym rzekła Chekinie, że jejprzebacza pod warunkiem, że nigdy nikomu w świecie nie powie ani słowao tej dziwnej scenie.

— Biedny hrabia — dodała niedbale — lęka się śmieszności; wszyscymężczyźni są tacy.

Księżna pobiegła do siebie. Ledwie zamknąwszy się w pokoju zalała sięłzami; myśl o miłostce z Fabrycym, na którego urodzenie patrzyła, wydałajej się czymś okropnym; a wszelako co znaczy jej postępowanie?

Taka była pierwsza przyczyna czarnej melancholii, w jakiej zastał jąhrabia; po jego powrocie miewała ataki irytacji na niego i niemal naFabrycego; chciałaby nie widzieć na oczy żadnego z nich; gniewała jąśmieszna w jej oczach rola, jaką Fabrycy gra wobec Mariety; hrabiabowiem, jak prawdziwy kochanek niezdolny do utrzymania sekretu, powiedział jej wszystko. Nie mogła się oswoić z tym nieszczęściem! Bożyszcze jejmiało skazę. Wreszcie w chwili wylania spytała hrabiego o radę; była to dlaniego rozkoszna chwila, nagroda za odruch wielkoduszności, który gosprowadził do Parmy.

— Cóż prostszego! — rzekł hrabia, śmiejąc się — chłopiec w tym wieku gonita każdą kobietą, a nazajutrz nie myśli o niej. Czy nie wybierał się doBelgirate odwiedzić margrabinę del Dongo? Więc dobrze, niech jedzie.W czasie jego nieobecności poproszę aktorów, aby przenieśli gdzie indziejswoje talenty, zapłacę koszta podróży; ale zobaczysz niebawem, że zakochasię w pierwszym ładnym buziaku, który mu traf nastręczy... To w porządkui nie chciałbym, aby był inny... Jeżeli to potrzebne, postaraj się, abymargrabina go wezwała.

Myśl ta, rzucona na pozór obojętnie, stała się błyskiem światła dlaksiężnej; bała się Gilettiego. Wieczorem hrabia oznajmił, jak gdybyprzypadkiem, że ma kuriera, który udając się do Wiednia przejeżdża przezMediolan; w trzy dni później Fabrycy otrzymał list od matki. Pojechałbardzo podrażniony tym, iż wskutek zazdrości Gilettiego nie mógł jeszczeskorzystać z dobrych chęci, o jakich Marieta upewniła go przez mammację,starszą kobietę, która służyła jej za matkę.

Fabrycy zastał matkę i jedną z sióstr w Belgirate, dużej wiosce piemonckiej na prawym brzegu Lago Maggiore; lewy należy do Mediolanu, tymsamym do Austrii. Jezioro to, równoległe do jeziora Como i tak samobiegnące z północy na południe, leży o jakieś dwadzieścia mil na zachód.Górskie powietrze, majestatyczny i pełen spokoju widok tego wspaniałegojeziora przypominającego mu inne, nad którym spędził dzieciństwo, wszystko to sprawiło, że niehumor Fabrycego, bliski już gniewu, zabarwił sięłagodną melancholią. Wspomnienie księżnej łączyło się obecnie z uczuciemnieskończonej tkliwości; zdawało mu się, że z oddalenia rodzi się w nim owamiłość, jakiej nie doświadczył dla żadnej kobiety; myśl, iż mógłby się z niąrozstać na zawsze, była mu nad wyraz bolesna. W tym stanie ducha, gdybyksiężna raczyła się uciec do najlżejszej zalotności, byłaby zdobyła to serce na przykład przeciwstawiając mu rywala. Ale ona nie tylko że nie chwytałasię tak energicznego środka, ale doświadczała wyrzutów, iż myśl jej wciążgoni za młodym podróżnym. Wyrzucała sobie to, co nazywała jeszczekaprysem, jak gdyby to była ohyda; zdwoiła względy dla hrabiego,który — omamiony tyloma urokami — nie słuchał zdrowego rozsądku,zalecającego drugą podróż do Mediolanu.

Margrabina del Dongo, naglona małżeństwem starszej córki, którąwydawała za pewnego księcia z okolic Mediolanu, mogła poświęcić ukochanemu synowi ledwie trzy dni: był dla niej serdeczny i tkliwy jak nigdy. W tejmelancholii, która coraz bardziej ogarniała Fabrycego, nastręczała mu się dziwna, a nawet śmieszna myśl, którą natychmiast wykonał. Czy odważymysię powiedzieć, że zapragnął poradzić się księdza Blanès? Zacny ten starzecbył zupełnie niezdolny zrozumieć serca szarpanego sprzecznymi namiętnościami, dziecinnymi a niemal równymi co do siły; trzeba by zresztątygodnia na zapoznanie go z wszystkimi względami, wśród których Fabrycymusiał lawirować w Parmie; ale, zamierzając go się poradzić, Fabrycyodnajdywał świeżość swoich szesnastu lat. Czy kto uwierzy? Pragnął z nimmówić nie tylko jak z rozumnym człowiekiem, jak z oddanym przyjacielem;cel tej wyprawy oraz uczucia, jakie poruszały naszym bohaterem przezpięćdziesiąt godzin jej trwania, są tak niedorzeczne, iż z pewnością dladobra tej opowieści lepiej byłoby je opuścić. Boję się, by łatwowiernośćFabrycego nie pozbawiła go sympatii czytelnika; ale ostatecznie był taki;czemu oszczędzać raczej jego niż kogo innego? Nie oszczędzałem hrabiegoani księcia.

Fabrycy tedy, skoro mamy wszystko powiedzieć, odprowadził matkę ażdo portu Laveno na lewym, austriackim brzegu Lago Maggiore, dokądprzybyła około ósmej wieczór. (Jezioro uważane jest za teren neutralny;o ile ktoś nie wysiada na ląd, nie żądają paszportu.) A ledwie zapadła noc,Fabrycy przeprawił się na tenże brzeg austriacki w punkcie, gdzie mały gaikwrzyna się w wodę. Wynajął sediola, wiejski, bardzo chybki wózeczek,dzięki któremu mógł jechać o pięćset kroków za powozem matki; przebrany był za służącego Casa del Dongo i żadnemu z licznych urzędników policjii komory nie przyszło na myśl zażądać od niego paszportu. O ćwierć miliprzed Como, gdzie margrabina i jej córka miały zatrzymać się na nocleg,skręcił na lewo drogą, która — okrążając wioskę Vico — schodzi się następniez dróżką świeżo wytyczoną nad samym brzegiem jeziora. Była północi Fabrycy mógł liczyć, że nie spotka żandarma. Drzewa w gaikach, któredróżka przecinała na chwilę, rysowały się czarnymi konturami liści na niebiegwiaździstym, ale przesłonionym lekką mgłą. Na wodzie i na niebiepanował spokój; dusza Fabrycego nie mogła się oprzeć tej cudownejpiękności; zatrzymał się, potem usiadł na skale, która wcina się w jezioro,tworząc mały przylądek. Ciszę mąciła jedynie lekka fala rozbijająca sięw regularnych odstępach o brzeg. Fabrycy miał duszę włoską, przepraszamza niego; wada ta, która zmniejsza jego urok, polega na tym: próżnośćwładała nim jedynie okresami, sam zaś widok cudownej piękności wprawiałgo w roztkliwienie i sprawiał, iż zgryzota jego stawała się mniej piekąca.Siedząc na samotnej skale, bez obawy przed policją, spowity w noc i w ciszę, uczuł, iż słodkie łzy zwilżyły jego oczy i znalazł tam tanim kosztem jednąz najszczęśliwszych chwil.

Postanowił nie kłamać Ginie; dlatego właśnie, że kochał ją w tej chwili doubóstwienia, przysiągł sobie nigdy nie powiedzieć jej, że ją kocha; nigdynie wymówi przy niej zaklęć miłości, skoro uczucie, które tak nazywają,obce jest jego sercu. W upojeniu szlachetności i cnoty, które napełniało goszczęściem w tej chwili, postanowił przy pierwszej sposobności powiedziećjej wszystko: serce jego nigdy nie zaznało miłości. Raz powziąwszy tomęskie postanowienie, uczuł, że spadł mu z piersi ciężar. „Napomknie mimoże o Mariecie; dobrze więc, nie zobaczę już Marietki” — powiedział sobiewesoło.

Upał, jaki panował przez cały dzień, ustępował pod wpływem rannegowietrzyka. Już świt rysował bladym światłem wierzchołki Alp na północ i nawschód od jeziora Como. Masy ich, pobielone śniegiem nawet w czerwcu,odcinają się na lazurze niebios, zawsze czystym na tych zawrotnychwysokościach. Odnoga Alp, wysuwająca się na południe ku szczęsnej Italii,oddziela stoki Como od stoków jeziora Garda. Fabrycy śledził okiemrozgałęzienia tych cudownych gór; świt coraz wyraźniej znaczył doliny,rozświetlając lekką mgłę wznoszącą się z ich czeluści.

Fabrycy puścił się w drogę; przebył wzgórze tworzące półwysep Durini,wreszcie ukazała się jego oczom owa wieża w Grianta, z której tak częstobadał położenie gwiazd z księdzem Blanès. „Jakiż ja byłem ciemny! Niemogłem zrozumieć — powiadał sobie — nawet kuchennej łaciny astrologicznych traktatów, które przeglądał mój mistrz. Sądzę, że szanowałem jezwłaszcza dlatego, że rozumiałem z nich ledwie piąte przez dziesiąte:wyobraźnia dawała im sens, i to możliwie najromantyczniejszy.”

Niebawem dumania jego przybrały inny kierunek. „Byłożby coś rzeczywistego w tej twierdzy? Czemu miałaby być gorsza od innych? Pewna ilośćgłupców i filutów umawia się, że umieją, na przykład, po meksykańsku;narzucają się w tym charakterze społeczeństwu, które ich szanuje, i rządom, które ich płacą. Obsypuje się ich względami właśnie dlatego, że są tępii że władza nie potrzebuje się obawiać, aby podburzyli lud, grając w dudkęjego szlachetnych uczuć. Na przykład ksiądz Bari, któremu Ernest IVprzyznał świeżo cztery tysiące franków pensji i order za to, że odtworzyłdziewiętnaście wierszy greckiego dytyrambu!

Ale, wielki Boże! czy mam prawo uważać te rzeczy za śmieszne? Czymnie przystało na nie narzekać — rzekł nagle przystając — czyż nie ten sam order otrzymał mój guwerner w Neapolu?” Fabrycy uczuł głęboki niesmak;piękny i szlachetny zapał, który niegdyś ożywiał jego serce, zmienił sięw szpetną przyjemność udziału w kradzieży. „Dobrze więc — rzekł w końcuz przygasłym wzrokiem człowieka niezadowolonego z siebie — urodzeniedaje mi prawo korzystania z tych nadużyć, głupstwem byłoby nie braćw nich udziału; ale nie wypada już złorzeczyć im publicznie.” Rozumowaniebyło wcale trafne; ale zarazem opuściło Fabrycego podniosłe i szczytneszczęście, które go napełniało godzinę wprzódy. Myśl o przywileju wysuszyła tę delikatną roślinę, którą nazywamy szczęściem.

„Jeżeli nie trzeba wierzyć w astrologię (podjął, starając się zmienić biegmyśli), jeśli ta nauka jest, jak trzy czwarte nauk niematematycznych,zebraniem naiwnych głupców oraz zręcznych hipokrytów zapłaconychprzez tych, którym służą, skąd pochodzi, że ja tak często i ze wzruszeniemmyślę o tej złej wróżbie? Wydostałem się niegdyś z aresztu w B..., alew mundurze i z marszrutą żołnierza wtrąconego słusznie do więzienia.”

Rozumowanie Fabrycego urywało się na tym; kręcił się koło trudności,nie mogąc jej pokonać. Był jeszcze za młody; w chwilach wytchnienia duszajego napawała się romantycznymi wrażeniami, jakich wyobraźnia zawszebyła gotowa mu dostarczyć. Nie umiał przyglądać się cierpliwie sprawom,aby następnie zrozumieć ich przyczyny. Rzeczywistość zdawała mu siępłaska i brudna; pojmuję, że ktoś może nie lubić na nią patrzeć, ale wówczasnie trzeba o niej rozprawiać. Nie trzeba zwłaszcza budować zarzutówz elementów własnej nieświadomości.

Tak mimo wrodzonej inteligencji Fabrycy nie zdawał sobie sprawy, żejego mglista wiara we wróżby jest dlań religią, głębokim wrażeniemodebranym w zaraniu życia. Myśleć o tej wierze znaczyło czuć, znaczyło byćszczęśliwym. Upierał się przy tym, aby dociec, w jaki sposób mogłaby to byćwiedza dowiedziona, istotna, w rodzaju geometrii na przykład?Przechodził wszystkie okoliczności, w których po zauważonych wróżbachnie zjawił się szczęśliwy lub nieszczęśliwy wypadek, jaki zdawały sięzapowiadać. Ale wśród tego rozumowania uwaga jego zatrzymała sięz radością przy wypadkach, w których wróżba okazała się trafna; dusza jegowypełniła się czcią i rozrzewnieniem; czułby nieprzezwyciężoną odrazę doczłowieka, który by przeczył wróżbom lub odnosił się do nich z ironią.

Fabrycy szedł, nie czując przebytej drogi; jeszcze grzęznął w mętnychrozumowaniach, kiedy podniósłszy głowę ujrzał mur ojcowskiego ogrodu.Mur ten podtrzymywał piękną terasę wznoszącą się przeszło na czterdzieści stóp nad drogą. Sznur kamieni ciosanych na samym wierzchu, kołobalustrady, dawał mu wygląd monumentalny. „Wcale niezłe — rzekł zimnoFabrycy — dobra architektura niemal w stylu rzymskim” — rozwijał swojeświeże wiadomości archeologiczne. Niebawem odwrócił głowę ze wstrętem: przypomniała mu się ojcowska surowość, a zwłaszcza denuncjacjabrata, gdy wrócił z Francji.

„Ta ohydna denuncjacja stała się zawiązkiem mego obecnego życia;mogę jej nienawidzić, mogę nią gardzić, ale ostatecznie, ona zmieniła mojelosy. Co by się stało ze mną na wygnaniu w Nowarze, gdzie ojcowskiplenipotent ledwie mnie znosił, gdyby ciotka nie rozkochała w sobiepotężnego ministra? Gdyby w miejsce tej gorącej i tkliwej duszy miała duszęoschłą i pospolitą i nie kochała mnie z oddaniem, które zdumiewa mnieteraz? Co by ze mną dziś było, gdyby księżna miała duszę swego brata,margrabiego del Dongo?”

Pochłonięty okrutnymi wspomnieniami Fabrycy wlókł się chwiejnymkrokiem; zaszedł nad fosę, naprzeciw wspaniałej fasady zamku. Ledwierzucił okiem na ten wielki budynek poczerniały od starości. Szlachetnamowa architektury nie przemówiła doń; wspomnienie brata i ojca zamykałojego duszę na wszelkie piękno; myślał jedynie o tym, aby się mieć nabaczności w obliczu obłudnych i niebezpiecznych wrogów. Popatrzył chwilę, ale ze wstrętem, na okno pokoiku, który zajmował przed rokiem 1815 natrzecim piętrze. Charakter ojca odarł wspomnienia dzieciństwa z wszelkiego uroku. ,,Nie wróciłem tam — myślał — od 7 marca o ósmej wieczór.Wyszedłem, aby pożyczyć od Vasiego paszportu, a nazajutrz obawa przedszpiegami kazała mi śpiesznie wyjechać. Kiedym wrócił z Francji, niemiałem czasu tam zajść, nawet aby obejrzeć swoje sztychy, i to dziękidenuncjacji brata!

Fabrycy odwrócił głowę ze wstrętem. „Ksiądz Blanès ma przeszłoosiemdziesiąt trzy lata — pomyślał ze smutkiem — nie pojawia się już prawiew zamku, jak mówiła mi siostra; starość zrobiła swoje. To dzielne i zacneserce zmroził wiek. Bóg wie, od jak dawna nie chodzi już na wieżę.Schowam się u niego w lamusie, między kadzie albo pod tłocznię, i zaczekam, aż się obudzi; nie chcę mącić snu dobrego starca; prawdopodobnie niepozna mnie nawet; sześć lat to wiele w tym wieku. Zastanę już tylko gróbprzyjaciela! Istne dzieciństwo — dodał — przybyć tu, aby czuć wstręt, jakimprzejmuje mnie zamek ojcowski!

W tej chwili Fabrycy wszedł na placyk przed kościołem; z nieopisanym zdumieniem ujrzał na drugim piętrze starej wieżycy wąskie i długie oknooświetlone latarką księdza Blanès. Ksiądz miał zwyczaj stawiać ją tam,ilekroć szedł do klatki z desek tworzącej jego obserwatorium, iżby jasnośćnie przeszkadzała mu czytać w planisferze. Ta karta niebios rozłożona byłana wielkiej glinianej donicy, w której niegdyś rosła pomarańcza. Na dnienaczynia płonęła maleńka lampka; blaszana rurka odprowadzała z garnkadym, a cień rzucony przez rurę znaczył na karcie północ. Wszystkie teprzypomnienia tak prostych rzeczy zalały wzruszeniem duszę Fabrycegoi wypełniły ją szczęściem.

Bezwiednie złożył dłonie i gwizdnął w nie z cicha; niegdyś umówionysygnał. Natychmiast usłyszał, że ktoś pociąga kilkakrotnie za sznur, którymz wyżyn obserwatorium otwierało się rygiel przy drzwiach do dzwonnicy.Drżąc ze wzruszenia wbiegł na schody, zastał księdza na drewnianym foteluw zwykłym miejscu, z okiem przylepionym do małej lunety w kwadrancie.Ksiądz skinął lewą ręką, dając znak, aby mu nie przerywał; w chwilę później,nakreślił na karcie do gry jakąś cyfrę i obracając się na fotelu otworzyłramiona naszemu bohaterowi, który rzucił się w nie, zalewając się łzami.Ksiądz Blanès był jego prawdziwym ojcem.

— Oczekiwałem cię — rzekł Blanès po pierwszym wylewie czułości.

Czy ksiądz trzymał się w roli uczonego? Czy też często myśląc o Fabrycym ujrzał jakiś astrologiczny znak, który czystym przypadkiem obwieściłmu jego powrót?

— Oto śmierć moja nadchodzi — rzekł ksiądz Blanès.

— Jak to! — wykrzyknął ze wzruszeniem Fabrycy.

— Tak — odparł ksiądz poważnie, ale bez smutku — w półszósta albopółsiódma miesiąca po twoich odwiedzinach życie moje, nasycone szczęściem, zgaśnie.

Come face al mancar dell'alimento (jak lampka, kiedy zabraknie jejoliwy). Przed ostatecznym momentem będę prawdopodobnie miesiąc lubdwa pozbawiony mowy, po czym przejdę na łono naszego Ojca, oczywiście,jeśli się okaże, że spełniłem swój obowiązek na placówce, gdzie mniepostawiono.

Ty jesteś wyczerpany, zmęczony, trzeba ci snu. Od chwili gdy cięoczekuję, chowam dla ciebie chleb i butelkę wódki w skrzyni z instrumentami. Pokrzep się i staraj się nabrać tyle sił, aby mnie wysłuchać jeszczechwilę. Jest w mojej mocy powiedzieć ci różne rzeczy, zanim noc ustąpimiejsca dniowi; obecnie widzę je o wiele wyraźniej, niż może będę widział jutro. Jesteśmy zawsze słabi, moje dziecko, i wciąż trzeba się liczyć z tąsłabością. Jutro może stary człowiek, człowiek ziemny, zajmie się we mnieprzygotowaniami do śmierci, a jutro wieczór o dziewiątej musisz mnieopuścić.

Skoro Fabrycy usłuchał w milczeniu, jak zwykł niegdyś, starzec rzekł:

— Zatem prawdą jest, iż kiedy starałeś się dostać pod Waterloo, zrazuznalazłeś się w więzieniu?

— Tak, ojcze — odparł Fabrycy zdziwiony.

— Otóż wiedz, że to było wielkie szczęście; dusza twoja, ostrzeżonamoim głosem, może się przygotować do innego więzienia, twardszegoi straszliwszego. Prawdopodobnie wydostaniesz się z niego jedynie przezzbrodnię. Ale dzięki niebu nie ty popełnisz tę zbrodnię. Nie posuwaj sięnigdy do zbrodni, mimo największych pokus; zdaje mi się, że będzie tuchodziło o zabicie niewinnego, który nieświadomie przywłaszczy sobietwoje prawa; jeśli się oprzesz gwałtownej pokusie, którą na pozór usprawiedliwi honor, życie twoje będzie bardzo szczęśliwe w oczach ludzi...a w miarę szczęśliwe w oczach mędrca — dodał po chwili namysłu. — Umrzeszjak ja, mój synu, siedząc na zydlu drewnianym, z dala od wielkiego zbytkui zmierżony zbytkiem, i jak ja nie mając sobie nic ciężkiego do wyrzucenia.

Obecnie sprawy przyszłości skończone są między nami; nie umiałbymdodać nic ważnego. Próżno starałem się wyczytać, jak długie będzie towięzienie; pół roku, rok, dziesięć lat? Nie mogłem dojrzeć; widoczniempopełnił jakiś grzech i niebo chciało mnie skarać tą niepewnością. Widzęjedynie, że po więzieniu (ale nie wiem, czy w chwili opuszczenia go) staniesię to, co nazywam zbrodnią; ale na szczęście jestem niemal pewny, że nie tyją popełnisz. Jeśli okażesz tę słabość, aby umaczać palce w zbrodni,wówczas reszta moich obliczeń jest jedynie szeregiem omyłek. Wówczas nieumrzesz ze spokojem w duszy, na drewnianej ławce i w białej szacie.

Mówiąc te słowa, ksiądz chciał wstać; wówczas Fabrycy zauważył ruinęczasu: starzec potrzebował blisko minuty na to, aby się podnieść i obrócić kuFabrycemu. Ten przyglądał mu się w milczeniu i bez ruchu. Ksiądz brał gokilka razy w ramiona i ściskał z niewymowną czułością. Po chwili odzyskałdawną wesołość.

— Staraj się zrobić sobie legowisko wśród tych narzędzi i przespać sięnieco: weź moje futra; jest ich kilka, bardzo wspaniałych: księżna Sanseverina przysłała mi je przed kilku laty. Prosiła mnie o przepowiednię co dociebie; zachowałem te piękne futra i kwadrant, ale przepowiedni jej nie posłałem. Wszelkie wróżenie przyszłości jest wyłomem w regule i zawiera toniebezpieczeństwo, że może odmienić bieg zdarzeń; wówczas cała wiedzarozsypuje się niby domek z kart. Trzeba by mi zresztą mówić zbyt przykrerzeczy tej uroczej księżnej. Ale, ale: nie przeraź się dzwonów, kiedy będą cistrasznie hałasowały nad uchem, kiedy będzie się dzwoniło na mszęporanną; później, o piętro niżej, puszczają w ruch wielki dzwon, od któregosię trzęsie całe moje obserwatorium. Dziś mamy świętego Giovita, żołnierza i męczennika. Wiesz, mała wioska Grianta ma tego samego patrona cowielkie miasto Brescja, co nawiasem rzekłszy, bardzo pociesznie zmyliłomego znamienitego mistrza, Jakuba Marini z Rawenny. Nieraz powiadałmi, że mnie czeka ładna kariera; sądził, że będę proboszczem wspaniałegokościoła San Giovita w Brescji; dostałem wioskę o siedmiuset pięćdziesięciu dymach. Ale wszystko obróciło się najlepiej. Wiedziałem, może dziesięćlat temu, że gdybym został proboszczem w Brescji, przeznaczone mi byłodostać się do więzienia w Szpilbergu. Jutro przyniosę ci różne smacznedania ściągnięte z uczty, jaką wydaję dla okolicznych proboszczów, przybyłych odprawiać ze mną sumę. Przyniosę je na dół, ale nie staraj się ze mnąwidzieć, nie schodź po te smakołyki, aż kiedy usłyszysz, żem wyszedł. Nietrzeba, abyś mnie widział w dzień, że zaś słońce zachodzi jutro o siódmeji minut dwadzieścia siedem, przyjdę cię uściskać koło ósmej i będzieszmusiał odejść, póki godziny liczą się jeszcze dziewiątką, to jest, nim zegarwydzwoni dziesiątą. Uważaj, aby cię nikt nie widział w oknie: żandarmimają twój rysopis i z pewnością są na żołdzie twego brata, który umie byćtyranem! Margrabia jest coraz słabszy — dodał ksiądz Blanès smutno — gdyby cię ujrzał, dałby ci coś może ciepłą ręką. Ale te zabiegi wątpliwejczystości nie przystały człowiekowi takiemu jak ty, którego siła tkwi w jegosumieniu. Margrabia nienawidzi syna swego, Askaniusza; temu synowiprzypadnie pięć czy sześć milionów, które posiada. To słusznie. Ty po jegośmierci dostaniesz cztery tysiące franków rocznie i pięćdziesiąt łokciczarnego sukna na żałobę dla twoich ludzi.

Rozdział dziewiąty

Słowa starca, których słuchał z głęboką uwagą, oraz nadmiernezmęczenie wprawiły Fabrycego w stan podniecenia. Z trudem zasnąłi nękały go sny, może wróżące przyszłość. Rano, o dziesiątej, obudziło godrżenie dzwonnicy, straszliwy hałas jak gdyby z zewnątrz. Wstał, przerażony, z uczuciem, że to koniec świata; później pomyślał, że jest w więzieniu — trzeba mu było czasu, aby rozpoznać dźwięk wielkiego dzwonu, któregoczterdziestu chłopów wprawiało w ruch na cześć świętego Giovity; wystarczyłoby dziesięciu.

Fabrycy szukał dobrego miejsca, aby widzieć, nie będąc widziany:spostrzegł, że z tej wysokości wzrok jego sięga w ogrody, a nawetw wewnętrzny dziedziniec zamku ojca. Zapomniał o nim. Myśl o ojcudobiegającym kresu życia odmieniła jego uczucia. Rozróżniał nawet wróble, które szukały okruszyn na balkonie jadalni. „To potomstwo tych, któreniegdyś obłaskawiałem” — pomyślał. Na tym balkonie, jak na wszystkichbalkonach w pałacu, znajdowały się liczne drzewa pomarańczowe w glinianych donicach różnej wielkości; widok ten rozczulił go; rzut oka na tendziedziniec, tak strojny, z ostro zarysowanymi cieniami, był w istociewspaniały.

Niemoc ojcowska wciąż wracała mu na myśl. „To osobliwe doprawdy,ojciec ma ledwie o trzydzieści pięć lat więcej ode mnie, trzydzieści pięća dwadzieścia trzy to dopiero pięćdziesiąt osiem!” Oczy jego utkwionew oknach tego srogiego człowieka, który go nigdy nie kochał, napełniły sięłzami. Zadrżał, nagle chłód przebiegł jego żyły; zdawało mu się, że poznajeojca przechodzącego terasą zdobną pomarańczami, znajdującą się podoknami jego komnaty; ale to był tylko lokaj. Pod samą dzwonnicądzieweczki, ubrane biało i podzielone na kilka grup, zajęte były wykreślaniem deseni za pomocą czerwonych, niebieskich i żółtych kwiatów w ulicy,którą miała przechodzić procesja. Ale było tam coś, co żywiej przemówiłodo duszy Fabrycego; oczy jego ogarniały dwie odnogi jeziora na odległośćkilku mil; cudowny ten widok kazał mu zapomnieć o wszystkich innych,obudził w nim najpodnioślejsze uczucia. Wspomnienia dzieciństwa obiegały go tłumnie: dzień ten, spędzony w więzieniu w dzwonnicy, był jednymz najszczęśliwszych.

Szczęście wzniosło go na wyżyny dość obce jego usposobieniu; rozważałwydarzenia swego życia, on, tak młody, jak gdyby już doszedł jego kresu.,,Trzeba przyznać — rzekł sobie po kilku godzinach rozkosznych marzeń — żeod przybycia do Parmy nie zaznałem owej spokojnej i doskonałej radości,jakiej kosztowałem w Neapolu galopując po dróżkach Vomero lub uganiając nad brzegiem Mizeny. Splot zawiłych interesów tego mizernego dworui mnie uczynił mizernym człowiekiem... Nie znajduję rozkoszy w nienawiści, sądzę nawet, że byłoby to dla mnie bardzo smutne szczęście upokorzyćwrogów, gdybym ich miał; ale nie mam wrogów... Hola! — krzyknął nagle a Giletti!... To szczególne — rzekł sobie — przyjemność, jaką by mi sprawiło,wyprawić tego plugawca do wszystkich diabłów, przetrwała lekki kaprys,jaki miałem dla Mariety... Ostatecznie, nie umywa się do księżnej d’A...w Neapolu, którą byłem obowiązany kochać, ponieważ powiedziałem jejraz, że jestem w niej zakochany. Wielki Boże! ileż razy umierałem z nudóww czasie schadzek z piękną księżną; nigdy nic podobnego w obdartympokoju, kuchni raczej, w której Marieta przyjęła mnie dwa razy, za każdymrazem po dwie minuty.

Och, Boże! co ci ludzie jedzą! Litość bierze!... Powinienem był wyznaczyć jej i jej mammacji pensję trzech befsztyków, płatnych każdego dnia...Marieta — dodał — odrywała mnie od lichych myśli, jakie mi nastręczyłosąsiedztwo tego dworu.

Byłbym może dobrze uczynił, obierając życie kawiarniane, jak powiadaksiężna; wyraźnie skłaniała się ku temu, a ona ma więcej rozumu ode mnie.Dzięki jej dobrodziejstwom lub bodaj z tą pensją czterech tysięcy frankówi kapitałem czterdziestu tysięcy umieszczonych w Lyonie, które przeznaczami matka, miałbym zawsze konia i parę talarów na kopanie i na gabinetarcheologiczny. Skoro — jak się zdaje — nie jest mi przeznaczone poznaćmiłość, będą to zawsze dla mnie dwa wielkie źródła szczęścia; chciałbym,nim umrę, zobaczyć jeszcze raz pole bitwy pod Waterloo i odszukać łąkę,gdzie mnie tak wesoło zdjęto z konia i posadzono na ziemi. Dopełniwszy tejpielgrzymki, wracałbym często nad to cudowne jezioro; nic równie pięknegonie może być na świecie, dla mego serca przynajmniej. Po co szukać takdaleko szczęścia! Jest tu, przed mymi oczami.

Ba! — rzekł sobie Fabrycy, opamiętując się — policja wypędza mnie znadComo, ale ja jestem młodszy od ludzi, którzy dowodzą tą policją. Tutaj — dodał, śmiejąc się — nie znalazłbym księżnej d’A.... ale znalazłbym którąśz tych małych dziewczynek, które sypią kwiaty, i doprawdy kochałbym ją nie mniej; obłuda mrozi mnie nawet w miłości, a nasze damy silą się na zbytgórne loty. Napoleon zaszczepił im pojęcia obyczajności i stałości.

Tam, do licha! — rzekł cofając głowę, jak gdyby się nagle zląkł, że gopoznają, mimo olbrzymiej drewnianej żaluzji, mającej chronić dzwony oddeszczu — wkraczają w wielkiej paradzie panowie żandarmi.” W istociedziesięciu żandarmów, z tych czterech podoficerów, ukazało się w głównejulicy. Sierżant rozstawił ich co sto kroków wzdłuż drogi, którą miałaprzechodzić procesja. „Wszyscy mnie znają tutaj; jeśli mnie spostrzegą,damy tylko jednego susa znad Como do Szpilbergu, gdzie mi przywiążą dokażdej nogi po sto dziesięć funtów — a co za rozpacz dla księżnej!”

Fabrycy potrzebował parę minut, aby sobie przypomnieć, że przedewszystkim znajduje się na więcej niż osiemdziesiąt stóp w górze, że miejsce,w którym siedzi, jest względnie ciemne, że oczy ludzi, którzy mogliby nańpatrzeć, są oślepione słońcem, że wreszcie wszyscy przechadzają się z wytrzeszczonymi oczami po ulicach, gdzie domy wybielono wapnem na cześćŚwiętego Giovity. Mimo tak jasnego rozumowania włoska dusza Fabrycegobyłaby niezdolna kosztować jakiejkolwiek przyjemności, gdyby międzyżandarmami a sobą nie pomieścił płóciennej szmaty, którą przymocował dookna, zrobiwszy w niej dziury na oczy.

Od dziesięciu minut dzwony wstrząsały powietrzem, procesja wywodziła z kościoła, dały się słyszeć mortaretti. Fabrycy zwrócił głowęi poznał skwer opatrzony parapetem i wznoszący się nad jeziorem, gdzie takczęsto za młodu narażał się, że mortaretti wypalą mu gdzieś między nogi,co sprawiało, że w uroczyste święta matka wolała go mieć przy sobie.

Trzeba wiedzieć, że mortaretti (czyli małe moździerze) są nie czyminnym niż lufą od karabinu upiłowaną w ten sposób, że zostaje już tylkostery cale; dlatego chłopi zbierają chciwie lufy od strzelb, którymi od 1796roku polityka Europy zasiała tak obficie równiny Lombardii. Sprowadziwszy je do czterech cali długości, ładuje się te armatki aż po brzeg prochem,zatyka się je w ziemi pionowo, przy czym smuga prochu biegnie od jednejdo drugiej; ustawia się je w liczbie paruset w trzy szeregi, jak batalion,gdzieś opodal drogi, którą ma przechodzić procesja. Kiedy PrzenajświętszySakrament jest już blisko, zapala się proch i wówczas zaczyna się rotowyogień pociesznie nierównych wystrzałów — kobiety szaleją z radości. Nicweselszego niż hałas tych mortaretti słyszany z dala na jeziorze i złagodzonypluskiem wody; hałas ten, który tak często upajał go w dzieciństwie, spędziłzbyt poważne myśli naszego bohatera. Przyniósł lunetę księdza i rozpoznał większość ludzi idących z procesją. Ta i owa z miluchnych dziewcząt, którąFabrycy zostawił dwunastoletnim dzieckiem, była dziś wspaniałą kobietąw pełni rozkwitu najbujniejszej młodości; widok ich skrzepił serce w naszym bohaterze; aby z nimi pogwarzyć, byłby chętnie zadrwił z żandarmów.

Procesja weszła do kościoła bocznymi drzwiami, których Fabrycy niemógł widzieć. Niebawem upał wzmógł się szalenie, nawet na szczyciedzwonnicy; mieszkańcy schronili się do domów, w wiosce zapanowała cisza.Kilka łodzi napełniło się wieśniakami wracającymi do Belagio, Menagioi innych miejscowości nad jeziorem; Fabrycy słyszał uderzenie każdegowiosła; ten prosty szczegół upajał go wręcz; na jego radość składały sięwszystkie męki i wszystek przymus, jakich zaznał w sprzykrzonym życiudworskim. Z jakąż radością przejechałby się teraz milę po tym spokojnymjeziorze, które odbijało głębię niebios! Usłyszał, że drzwi na dole otwierająsię: to stara służąca księdza Blanès przyniosła duży kosz; musiał zadać sobiegwałt, aby do niej nie zagadać. „Kocha mnie niemal tak samo jak jej pan — powiadał sobie — a zresztą o dziewiątej wieczorem odchodzę, czyżby mi niedochowała, bodaj kilka godzin, sekretu, gdyby mi dała słowo? Ale —powiadał sobie Fabrycy — pogniewałbym mego przyjaciela; mógłbym gonarazić wobec żandarmów!” I Fabrycy pozwolił odejść Ghicie nie odezwawszy się do niej. Zjadł doskonały obiad, po czym ułożył się, aby zasnąć nakilka minut; obudził się o wpół do dziewiątej wieczór; ksiądz Blanèspotrząsnął nim ująwszy go za ramię; była noc.

Ksiądz był bardzo zmęczony, miał o pięćdziesiąt lat więcej niż poprzedniego dnia. Nie mówili już o rzeczach poważnych. Gdy usiadł: „Uściskajmnie” — rzekł do Fabrycego. Wziął go po dwakroć w ramiona.

— Śmierć — rzekł wreszde — która zakończy to długie życie, nie będziemiała nic równie ciężkiego jak to rozstanie. Mam skarbczyk, który zostawięu Ghity z poleceniem, aby czerpała z niego na swoje potrzeby, ale aby oddała to, co zostanie, jeśli kiedy tego zażądasz. Znam ją, zdolna jest,oszczędzając dla ciebie, nie jadać mięsa ani cztery razy na rok, o ile niewydasz jej ścisłych rozkazów. Możesz znaleźć się w nędzy, wówczas groszstarego przyjaciela ci się przyda. Nie spodziewaj się od brata niczego próczłajdactwa; staraj się zdobyć pieniądze pracą, która cię zrobi użytecznym.Przewiduję dziwne przewroty: za pięćdziesiąt lat może nie zniosą jużnierobów. Matki i ciotki może ci zbraknąć; siostry będą musiały słuchaćmężów...

— Idź, idź, uciekaj! — wykrzyknął ksiądz żywo, usłyszawszy w zegarku lekki szczęk, zapowiadający, że dziesiąta ma wybić niebawem; nie pozwoliłnawet, aby go Fabrycy uściskał ostatni raz. — Śpiesz się! śpiesz się! przynajmniej minutę schodzi się ze schodów; uważaj, żebyś nie upadł, tobyłaby okropna wróżba.

Fabrycy rzucił się ku schodom; znalazłszy się na ulicy, zaczął biec.Właśnie był pod zamkiem ojca, kiedy zegar wybił dziesiątą, każdy dźwiękrozległ się w piersi niby uderzenie. Zatrzymał się, aby się zastanowić lubraczej aby się poddać gwałtownym uczuciom, jakie budziła w nim kontemplacja tego majestatycznego budynku, któremu w wilię przyglądał się takobojętnie. Wśród tych dumań obudziły go męskie kroki; podniósł wzroki ujrzał czterech żandarmów. Miał parę znakomitych pistoletów, którepodsypał był świeżo; szczęk kurka zwrócił uwagę żandarma, który już miałgo aresztować. Fabrycy zrozumiał niebezpieczeństwo i gotował się strzelićpierwszy; miał prawo, był to bowiem jedyny sposób stawienia oporuczterem dobrze uzbrojonym ludziom. Szczęściem żandarmi, kórzy obchodzili tego wieczora karczmy, aby wyganiać z nich chłopów, nie okazali sięnieczuli na grzeczności, jakich doznali w tych miłych przybytkach; nie dośćszybko namyślili się pełnić swój obowiązek. Fabrycy puścił się pędem;żandarmi uczynili też kilka kroków wołając: „Łapaj! Trzymaj!” — po czymzaległa cisza. Sto kroków dalej Fabrycy zatrzymał się, aby nabrać oddechu.,,Szczęk moich pistoletów omal mnie nie zgubił; księżna — o ile byłoby midane ujrzeć jeszcze kiedy jej piękne oczy — miałaby prawo powiedzieć mi,że dusza moja znajduje przyjemność w oglądaniu tego, co się zdarzy zadziesięć lat, a zapomina patrzyć na to, co się dzieje tuż obok.”

Fabrycy zadrżał, myśląc o niebezpieczeństwie, którego uniknął; podwoiłkroku, ale niebawem nie mógł się wstrzymać, aby nie biegnąć, co nie byłozbyt ostrożne: zwrócił na siebie uwagę kilku wieśniaków, którzy wracali dodomów. Dopiero w górach, więcej niż o milę od Grianta, zdobył się na to,aby się zatrzymać; a nawet zatrzymawszy się, oblał się zimnym potem namyśl o Szpilbergu.

— Zażyłem ładnego strachu! — powiadał sobie. Słysząc dźwięk tego słowaomal że uczuł wstyd. — Ale czyż ciotka nie powiedziała mi, iż rzeczą, którejnajbardziej potrzebuję, jest nauczyć się przebaczać samemu sobie? Porównywam się zawsze z wzorem doskonałym, który nie może istnieć. Dobrzewięc, przebaczam sobie swój strach, bo z drugiej strony, byłem stanowczogotów bronić swej wolności i z pewnością nie zostaliby na nogach wszyscyczterej, gdyby przyszło odprowadzić mnie do więzienia. Ale — dodał — zachowuję się nie po wojskowemu; zamiast wykonać szybki odwrót,spełniwszy swój cel i może zbudziwszy podejrzenie przeciwnika, zabawiamsię fantazjami niedorzeczniejszymi może niż wszystkie przepowiedniezacnego proboszcza.”

W istocie, zamiast wykonać odwrót najkrótszą drogą i dobić do LagoMaggiore, gdzie czekała go łódka, czynił ogromne koło, aby zobaczyćswoje drzewo. Czytelnik przypomina sobie może miłość, jaką Fabrycyżywił do kasztana, zasadzonego przez jego matkę przed dwudziestu trzemalaty. „Byłoby godne mego brata — powiedział sobie — gdyby kazał ściąć todrzewo; ale tego rodzaju ludzie nie czują rzeczy subtelnych; pewno ani niepomyślał o tym. Zresztą, to nie byłaby zła wróżba” — dodał z otuchą.

W dwie godziny później ujrzał z przerażeniem, że ktoś (psotnicy czyburza?) złamał gałąź młodego drzewa, tak że zwisała uschnięta; Fabrycyobciął ją z szacunkiem i starannie obrobił złamane miejsce, tak aby wodanie mogła sączyć się do pnia. Następnie, mimo że czas był mu drogi, miałobowiem dnieć lada chwila, spędził dobrą godzinę na okopaniu swegoukochanego drzewa. Dopełniwszy tych szaleństw puścił się żywo ku LagoMaggiore. Ogółem nie był smutny, drzewo chowało się ładnie, tęższe niżkiedykolwiek: w pięć lat urosło go niemal drugie tyle. Gałąź była jedyniewypadkiem bez znaczenia; raz odcięta, nie szkodziła już drzewu, którenawet stało się smuklejsze, ile że jego gałęzie zaczynały się wyżej.

Nie zrobił ani mili, kiedy olśniewająca smuga światła oblała na wschodziewierzchołki Resegon di Lek, góry sławnej w okolicy. Droga zaludniła sięwieśniakami; ale zamiast hodować wojownicze myśli, Fabrycy roztkliwiałsię wspaniałym i wzruszającym widokiem lasów w okolicy Como. To możenajładniejsze lasy w świecie — rozumie się, nie w tym znaczeniu, że dająnajwięcej talarków, jakby powiedziano w Szwajcarii, ale że najwięcejmówią do duszy. Słuchać tej mowy w położeniu, w którym się znajdowałFabrycy, wystawiony na pościg panów żandarmów lombardzko-weneckiejprowincji, to było istne dzieciństwo. „Jestem o pół mili od Francji — rzekłwreszcie — spotkam celników i żandarmów odprawiających ranny ront: towykwintne ubranie wyda się im podejrzane, spytają o paszport; otóż tenpaszport zawiera najwyraźniej nazwisko przeznaczone do więzienia; i otoznajdę się w miłej konieczności popełnienia morderstwa. Jeżeli, jak zazwyczaj, żandarmi będą szli po dwóch, nie mogę po prostu czekać z daniemognia, aż jeden z nich zechce mnie brać za kołnierz: niech padając zatrzymamnie bodaj na chwilę, już jestem w Szpilbergu.” Fabrycy, przejęty grozą, zwłaszcza tym, że będzie musiał strzelać pierwszy, być może do dawnegożołnierza swego wuja, hrabiego Pietranera, ukrył się w spróchniałym pniuolbrzymiego kasztana; podsypał pistolety, kiedy usłyszał człowieka, któryszedł przez las, śpiewając bardzo ładnie rozkoszną melodię Marcadantego,modną wówczas w Lombardii.

„Dobra wróżba” — rzekł Fabrycy. Melodia ta, której wysłuchał z nabożeństwem, rozbroiła podrażnienie, które zaczęło barwić jego myśl. Spojrzałuważnie na drogę w obie strony, nie ujrzał nikogo. „Śpiewak nadchodzisnadź boczną dróżką” — rzekł sobie. Prawie w tej samej chwili ujrzał lokajaw schludnej angielskiej liberii; siedział na szkapie swojego chowu, którawlokła się noga za nogą, a wiódł za uzdę rasowego konika, nieco chudego.

„Ha! gdybym rozumował jak Mosca! — rzekł sobie Fabrycy. — Powtarzałmi zawsze, że niebezpieczeństwo, w jakim znajduje się człowiek, jest miarąjego praw nad sąsiadem. W myśl tej zasady palnąłbym w łeb temupachołkowi i siadłszy na jego anglika, kpiłbym sobie z żandarmów. Natychmiast po powrocie do Parmy posłałbym pieniądze temu człowiekowi lubjego wdowie... ale to byłoby okropne!”

Rozdział dziesiąty

Tak sobie prawiąc morały, Fabrycy wyskoczył na gościniec prowadzący do Szwajcarii; w tym miejscu biegnie on wzdłuż lesistego zbocza. „Jeżeliten chwat się zlęknie — rzekł sobie Fabrycy — wypuści się galopem, a jazostanę tu jak dudek.” W tej chwili znajdował się o dziesięć kroków odlokaja, który już nie śpiewał. Fabrycy ujrzał w jego oczach lęk: chciał możezawrócić z końmi.

Niezdecydowany jeszcze, Fabrycy dał susa; chwycił angielskiego koniaza uzdę.

— Mój przyjacielu — rzekł do lokaja — ja nie jestem zwykłym opryszkiem;zacznę od tego, że ci dam dwadzieścia franków, ale muszę pożyczyć odciebie konia; zabiją mnie, jeśli co prędzej nie dam nura. Goni mnie czterechbraci Riva, sławnych strzelców, których zapewne znasz; złapali mniew pokoju siostry, wyskoczyłem oknem i jestem tutaj. Wyszli do lasu zestrzelbami i psami. Schowałem się w ten spróchniały kasztan, bo widziałemjednego z nich, jak przecinał drogę, ale psy wytropią mnie! Siądę na twegokonia i pocwałuję milę za Como: jadę do Mediolanu, aby się rzucić do nógwicekróla. Zostawię ci konia na stacji pocztowej, z dwoma napoleonami dlaciebie, jeśli mi go oddasz dobrowolnie. Ale jeśli stawisz najmniejszy opór,widzisz ten pistolet? Gdybyś po mym odjeździe nasłał mi na kark żandarmów, kuzyn mój, dzielny hrabia Alari, koniuszy J. C. Mości, postara się, abyci połamano gnaty.

Fabrycy wygłosił tę improwizowaną przemowę z miną na wskroś pokojową.

— Zresztą — dodał śmiejąc się — nazwisko moje nie jest tajemnicą: jestemmarchesino Ascanio del Dongo, zamek mój jest tuż obok, w Grianta. Nuże,hultaju! — rzekł podnosząc głos — puść tego konia!

Osłupiały lokaj nie rzekł ani słowa. Fabrycy przełożył pistolet do lewejręki, chwycił cugle, które lokaj puścił, skoczył na konia i pomknął galopem.Skoro się znalazł o jakie trzysta kroków, spostrzegł, że zapomniał daćprzyrzeczone dwadzieścia franków; zatrzymał się; wciąż nie było nikogo nagościńcu prócz lokaja, który jechał za nim galopem. Kiedy go ujrzało pięćdziesiąt kroków, rzucił na gościniec garść monet i odjechał. Ujrzał z daleka, że ów zbiera pieniądze. „Rozsądny człowiek — rzekł Fabrycyśmiejąc się — żadnego zbytecznego słowa!” Pomknął szybko, koło południazatrzymał się w karczemce i w kilka godzin później puścił się znowuw drogę. O drugiej rano znalazł się nad Lago Maggiore; niebawem ujrzałswą łódkę krążącą po wodzie; zbliżyła się na umówiony znak. Nie znalazłszywieśniaka, któremu by mógł oddać konia, puścił szlachetne zwierzę wolno;w trzy godziny później był w Belgirate. Znalazłszy się w przyjacielskimkraju, wytchnął nieco; był wesół, wszystko udało się doskonale. Czyośmielimy się wskazać istotne przyczyny jego radości? Drzewo jegochowało się wspaniale, a dusza była odświeżona głębokim wzruszeniem,którego zaznał w objęciach księdza Blanès. „Czy on w istocie wierzy — powiadał sobie Fabrycy — w te swoje przepowiednie? Czy też wobec tego, żebrat zrobił mi reputację jakobina, człowieka bez czci i wiary, zdolnego dowszystkiego, zacny ksiądz chciał mnie jedynie uchronić od pokusy strzaskania głowy jakiemuś bydlakowi, który mi wypłata szpetnego figla?

Na trzeci dzień Fabrycy był w Parmie, gdzie ubawił hrabiego i księżnęopowiadając im z najdrobniejszymi szczegółami, jak czynił zawsze, historięswej podróży.

Skoro Fabrycy przybył, zastał odźwiernego i całą służbę pałacu Sanseverina w najgrubszej żałobie.

— Co za stratę ponieśliśmy? — spytał księżnej.

— Zacny człowiek, którego nazywano moim mężem, umarł w Baden.Zostawia mi ten pałac (to była rzecz umówiona), ale na znak swej pamięcidodaje trzysta tysięcy franków, czym sprawił mi wielki kłopot; nie mamochoty się ich zrzec na rzecz jego siostrzenicy, margrabiny Raversi, którapłata mi co dzień obrzydliwe sztuki. Ty, który znasz się na tym, musisz miznaleźć dobrego rzeźbiarza; zbuduję księciu grobowiec za trzysta tysięcy.

Hrabia opowiedział parę anegdot o pani Raversi.

— Próżno starałam się ją ułagodzić dobrodziejstwami — rzekła księżna. Co do bratanków męża, porobiłam ich wszystkich pułkownikami albogenerałami. W zamian, nie upływa miesiąc, aby mi nie przesłali jakiegoohydnego anonimu: musiałam przyjąć sekretarza do czytania tej korespondencji.

— Te anonimy to jeszcze ich najmniejszy grzech — podjął hrabia Mosca — mają istną fabrykę nikczemnych denuncjacji. Dwadzieścia razy mogłemoddać całą tę klikę pod sąd, a Wasza Ekscelencja może się domyślić — dodałzwracając się do Fabrycego — czy moi zacni sędziowie byliby ich skazali.

— Otóż to właśnie psuje mi wszystko — odparł Fabrycy z naiwnościąbardzo zabawną na dworze — byłbym wolał, aby ich skazali sędziowiesądzący wedle sumienia.

— Ty, który podróżujesz, aby się oświecać, zrobisz mi wielką przyjemność, dając mi adres takich sędziów: napiszę do nich jeszcze przed pójściemspać.

— Gdybym był ministrem, ten brak uczciwych sędziów upokarzałbymoją ambicję.

— Ale zdaje mi się — odpowiedział hrabia — że Wasza Ekscelencja, którytak kocha Francuzów i który nawet swego czasu udzielał im pomocy swegoniezwalczonego ramienia, zapomina w tej chwili jednej z ich kapitalnychmaksym: „Lepiej zabić diabła, niż żeby diabeł ciebie zabił.” Chciałbymwidzieć, jakbyś ty rządził gorącymi głowami, które czytają cały dzieńhistorię rewolucji francuskiej, gdyby sędziowie uwalniali ludzi,których ja oskarżam. Nie chcieliby w końcu skazywać najoczywistszychłajdaków i uważaliby się za Brutusów. Ale muszę się z tobą podroczyć: czytwoja tak wrażliwa dusza nie ma jakich wyrzutów z przyczyny tegopięknego rasowego konika, któregoś porzucił nad Lago Maggiore?

— Mam zamiar — rzekł Fabrycy najpoważniej — zwrócić, co będzie trzeba,właścicielowi konia, aby go odszkodować za ogłoszenia etc., za pomocąktórych odzyska z powrotem konia od chłopa, który go znalazł; będęczytywał uważnie mediolański dziennik, aby znaleźć ogłoszenie zgubionegokonia; znam dobrze jego rysopis.

— On jest naprawdę cudownie pierwotny — rzekł hrabia do księżnej.— A co by się stało z Waszą Ekscelencją — ciągnął, śmiejąc się — gdybygalopując co koń wyskoczy na tym pożyczonym biegunie, Ekscelencjapozwolił sobie się potknąć? Byłbyś w Szpilbergu, drogi bratanku, i wszystkie moje wpływy zdołałyby zaledwie zmniejszyć o jakie trzydzieści funtówłańcuch u każdej twojej nogi. Spędziłbyś w tym lubym miejscu z dziesięć lat;może nogi popuchłyby ci i zaczęły gnić; wówczas obcięto by ci je schludnie.

— Och, przez litość, nie snuj dalej tak smutnej bajki! — wykrzyknęłaksiężna ze łzami w oczach. — Mamy go z powrotem.

— I cieszy mnie to jeszcze więcej niż ciebie, możesz mi wierzyć — ciągnąłminister z największą powagą — ale ostatecznie czemuż ten okrutny dzieciaknie poprosił mnie o paszport na jakieś przyzwoite nazwisko, skoro miałochotę puścić się do Lombardii? Na pierwszą wieść o jego uwięzieniupojechałbym do Mediolanu, a przyjaciele, których mam w tym kraju, godziliby się zamknąć oczy i uznać, że żandarmi przytrzymali poddanegoksięcia Parmy. Opowiadanie o twojej wycieczce jest miłe, zabawne, godzęsię na to chętnie — odparł hrabia, przechodząc w weselszy ton — twój wypad zlasu na gościniec jest dosyć w moim guście, ale mówiąc między nami, skoroten lokaj miał twoje życie w rękach, miałeś wszelkie prawo wydrzeć mu jegożycie. Gotujemy tu Waszej Ekscelencji świetną karierę, przynajmniej taoto zacna pani tak mi nakazała, nie sądzę zaś, aby największy wróg mnieoskarżył, że kiedykolwiek byłem nieposłuszny jej rozkazom. Cóż zaśmiertelna zgryzota dla niej i dla mnie, gdybyś się był potknął w tymwyścigu! Lepiej by ci już było — dodał hrabia — abyś był z tego konia od razukark skręcił.

— Bardzoś tragiczny, mój drogi, tego wieczora — rzekła księżna, wzruszona.

— Bo też otoczeni jesteśmy tragicznymi wydarzeniami — odparł hrabiarównież ze wzruszeniem — nie jesteśmy we Francji, gdzie wszystko kończysię piosenką lub rokiem więzienia. Źle robię doprawdy, że mówię o tym ześmiechem. A, ba! miły bratanku, przypuszczam, iż kiedyś zdołamy z ciebiezrobić biskupa, bo doprawdy nie mogę zacząć od arcybiskupstwa w Parmie,jak tego pragnie bardzo rozsądnie tu obecna księżna pani; otóż na tymstolcu biskupim, gdzie będziesz daleko od naszych światłych rad, powiedzmi, jaka będzie twoja polityka?

— „Zabić diabła raczej, niż żeby on mnie zabił”, jak dobrze mówią moiprzyjaciele Francuzi — odparł Fabrycy z płonącymi oczyma — zachowaćwszelkimi środkami, ze strzałem z pistoletu włącznie, pozycję, którą miwyrobicie. Czytałem w genealogii del Dongów historię owego przodka,który zbudował zamek w Grianta. Na schyłku jego życia jego serdecznydruh Galeas, książę Mediolanu, wysłał go, aby zwiedził warownię nanaszym jeziorze; obawiano się nowego najazdu Szwajcarów. „Muszęnapisać słówko do komendanta” — rzekł książę mediolański, żegnając go.Pisze i oddaje mu list, zawierający tylko dwa wiersze; potem prosi gojeszcze raz o list, aby go zapieczętować. „To będzie grzeczniej” — dodaje.Wespazjan del Dongo jedzie; ale płynąc przez jezioro przypomina sobiestarą grecką powiastkę, jako że był uczony. Otwiera list swego dobregopana i znajduje rozkaz do komendanta twierdzy, aby go natychmiastuśmiercił. Sforza, zbyt zajęty komedią, jaką grał z naszym protoplastą, pozostawił wolne miejsce między ostatnim wierszem a podpisem; Wespazjan del Dongo pisze rozkaz mianujący go gubernatorem wszystkichzamków na jeziorze i usuwa początek listu. Przybywszy do fortecy i zdobywszy sobie posłuch, wrzuca komendanta do studni, wydaje wojnę Sforzyi po kilku dniach zamienia swą twierdzę na te olbrzymie posiadłości, którestworzyły fortunę naszej rodziny i które kiedyś dadzą mi cztery tysiącefuntów renty.

— Mówisz jak akademik — wykrzyknął hrabia, śmiejąc się — ładny figielnam opowiadasz; ale jedynie co dziesięć lat ma się sposobność płataniatakich figlów. Człowiek niemal tępy, ale baczny, rozważny na co dzień, maczęsto przyjemność drwienia sobie z ludzi o żywej wyobraźni. Przez wyskokwyobraźni Napoleon wydał się w ręce oględnego Johna Bulla zamiast sięstarać zemknąć do Ameryki. John Bull uśmiał się serdecznie w swoimkantorze z listu, w którym cytuje Temistoklesa. Po wiek wieków plugawySancho Pansa będzie miał w końcu przewagę nad wzniosłym Don Kichotem. Jeśli zgodzisz się nie czynić w życiu nic nadzwyczajnego, nie wątpię, żebędziesz biskupem bardzo szanowanym, jeżeli nie bardzo szanownym.Mimo to nie cofam swego poglądu: Wasza Ekscelencja postąpiła sobielekkomyślnie w sprawie z koniem i była o dwa cale od dożywotniegowięzienia.

Słowo to przejęło Fabrycego dreszczem i pogrążyło go w głębokimzdumieniu. „Czy to było — mówił sobie — owo więzienie, które mi grozi? Czyto jest zbrodnia, której nie powinienem był popełnić?” Przepowiednieksiędza Blanès, których proroczy ton śmieszył go mocno, przybierały w jegooczach wagę istotnej wróżby.

— Cóż to? co tobie? — rzekła księżna, zdziwiona — widzę, że hrabiapogrążył cię w posępnych myślach.

— Olśniła mnie nowa prawda i zamiast buntować się, duch mój przyjmujeją. To prawda, byłem bardzo bliski wiekuistego więzienia! Ale ten lokajczyk był taki ładny w swej angielskiej liberii! Szkoda byłoby go zabijać!

Minister był zachwycony jego rozsądkiem.

— Jest bardzo na miejscu pod każdym względem — rzekł, patrząc naksiężnę. — Powiem ci, drogi chłopcze, żeś zrobił pewną konkietę, możenajbardziej upragnioną ze wszystkich.

„Aha! — pomyślał Fabrycy — aluzja do Marietki.” Mylił się, hrabia dodał:

— Twoja ewangeliczna prostota zdobyła serce naszego czcigodnego arcybiskupa, ojca Landriani. W najbliższych dniach zrobimy z ciebiewielkiego wikariusza; ale największy urok tego konceptu stanowi to, żetrzej obecni wielcy wikariusze, ludzie zasłużeni, pracowici (dwaj, jak sądzę,byli wielkimi wikariuszami przed twoim urodzeniem), zażądają w pięknymliście do arcybiskupa, abyś ty był wśród nich najstarszy rangą. Dostojnicy ciuzasadniają to twoją cnotą, a potem tym, że jesteś stryjecznym wnukiemsłynnego arcybiskupa Ascania del Dongo. Kiedym się dowiedział o szacunku, jaki mają dla twoich cnót, natychmiast mianowałem kapitanem bratanka najstarszego z wielkich wikariuszów; był porucznikiem od czasu oblężenia Tarragony przez marszałka Suchet.

— Idź natychmiast w podróżnym stroju, jak stoisz, przywitać się z arcybiskupem! — krzyknęła księżna. — Opowiedz mu o małżeństwie siostry; kiedysię dowie, że ma być księżną, wydasz mu się jeszcze więcej apostolski.Zresztą nic nie wiesz o tym, co hrabia ci powiedział w sprawie nominacji.

Fabrycy pobiegł do arcybiskupa; był prosty i skromny: był to ton, któryprzybierał aż nazbyt łatwo, przeciwnie zaś, potrzebował wysiłku, aby graćwielkiego pana. Słuchając przydługiej gawędy arcybiskupa, powiadał sobie:,,Czy powinienem był strzelić w łeb lokajowi, który prowadził konika?”Rozum powiadał mu, że tak, ale serce nie mogło się oswoić z krwawymobrazem ładnego chłopca, który spada, zeszpecony, z konia.

„To więzienie, które miało mnie pochłonąć, gdyby koń się był potknął,czy to było owo więzienie, którym mi grozi tyle wróżb?”

Kwestia ta była dlań rzeczą niezmiernej doniosłości; arcybiskup byłzachwycony jego głęboką bacznością.

Rozdział jedenasty

Wyszedłszy z konsystorza, Fabrycy pobiegł do Marietki; usłyszał z dala graby głos Gilettiego, który posłał po wino i raczył się z suflerem i zesłużbą teatralną, swoimi kompanami. Jedynie mammacja, która pełniła ifunkcje matki, odpowiedziała na jego sygnał.

— Mamy nowiny od czasu, jak cię nie było — wykrzyknęła — paru naszychaktorów oskarżono, że obchodzili pijatyką dzień wielkiego Napoleona,i nasza biedna trupa, którą nazywają jakobińską, otrzymała rozkaz opuszczenia Parmy, i niech żyje Napoleon! Ale podobno minister wypluł za tonieco grosza. To pewna, że Giletti ma pieniądze: nie wiem ile, ale widziałamu niego garść talarów. Marieta dostała od naszego dyrektora pięć talarów nakoszta podróży do Mantui i Wenecji, a ja talara. Zawsze cię bardzo kocha,ale boi się Gilettiego; nie ma trzech dni, jak na ostatnim przedstawieniu chciał ją koniecznie zabić; wyciął jej dwa siarczyste policzki i — conajobrzydliwsze — podarł jej niebieski szal. Gdybyś zechciał sprawić jejniebieski szal, byłbyś bardzo poczciwy; powiedziałybyśmy, żeśmy go wygrały na loterii. Jutro fechtmistrz od karabinierów urządza zapasy szermierskie; porę wyczytasz na rogu każdej ulicy. Zajdź do nas; jeżeli pójdzie nazapasy, tak że będzie można się spodziewać dłuższej nieobecności, będęw oknie i dam ci znak. Staraj się przynieść nam coś ładnego, a Marietabędzie cię kochała z całej duszy.

Schodząc po kręconych schodkach z tej ohydnej nory, Fabrycy był pełenskruchy. „Nie zmieniłem się — powiadał sobie — wszystkie moje pięknepostanowienia powzięte tam, nad jeziorem, kiedy patrzałem na życie okiemtak filozoficznym, ulotniły się. Dusza moja znajdowała się w niezwykłymistanie; wszystko to było snem i znika przed surową rzeczywistością. Tobyłaby chwila, aby działać” — rzeki Fabrycy wracając do pałacu Sanseverinakoło jedenastej wieczór. Ale próżno szukał w sercu owej wzniosłej szczerości, która w nocy spędzonej nad jeziorem Como wydawała mu się takłatwa. „Obrażę osobę, którą kocham jak nikogo w świecie; jeżeli powiem towszystko, będę wyglądał na lichego aktora; wart jestem coś jedyniew chwilach podniecenia.”

— Hrabia jest dla mnie cudowny — rzekł do księżnej, zdawszy jej sprawę ze swych odwiedzin w konsystorzu — tym wyżej cenię jego postępowanie, iż o ile mi się wydaje, nie ma do mnie szczególnej sympatii; toteż moje zachowanie się wobec niego musi być wzorowe. Hrabia szuka obecnie wykopalisk w Sanguigna i wciąż jest do tego szalenie zapalony sądząc z jego przedwczorajszej wyprawy: zrobił galopem dwanaście mil, aby zabawićdwie godziny, nadzorując robotników. Jeżeli w starej świątyni, której fundamenty właśnie odkryto, znajdą się ułamki posągów, lęka się, aby mu ich nie skradziono; mam ochotę ofiarować mu się, że pojadę na trzydzieści sześć godzin do Sanguigna. Jutro koło piątej mam być jeszcze u arcybiskupa, mógłbym jechać wieczorem i skorzystać z nocnego chłodu, aby odbyć tędrogę.

W pierwszej chwili księżna nie odpowiedziała.

— Rzekłby ktoś, że szukasz pozorów, aby się oddalić ode mnie — rzekławreszcie z niezwykłą tkliwością — ledwieś wrócił z Belgirate, znów chceszjechać.

„Oto piękna sposobność, aby powiedzieć wszystko — pomyślał Fabrycy. Ale nad jeziorem byłem trochę nieprzytomny; w szale szczerości niezauważyłem, że mój komplement obraca się w grubiaństwo. Chodziłobyo to, aby powiedzieć: »Kocham cię najoddańszą przyjaźnią etc., ale duszamoja nie jest zdolna do miłości.« Czy to nie znaczy po prostu: »Widzę, żemnie kochasz, ale uważaj: nie mogę ci odpłacić tą samą monetą.« Jeśliksiężna mnie kocha, może jej być przykro, że ją przejrzałem; jeśli zaś ma do mnie tylko przyjaźń, będzie oburzona mym zuchwalstwem... a to sązniewagi, których się nie zapomina.” Ważąc te doniosłe myśli, Fabrycyprzechadzał się po salonie z twarzą zadumaną i surową, jak człowiek, którywidzi nieszczęście tuż.

Księżna wodziła za nim oczami z zachwytem; to nie było już owo dziecko,na którego urodzenie patrzyła, to nie był już bratanek, zawsze jej posłuszny,ale dojrzały mężczyzna, którego miłość byłaby czymś tak rozkosznym...Podniosła się z otomany i rzucając się ze wzruszeniem w jego ramiona,rzekła:

— Chcesz tedy uciekać przede mną?

— Nie — odparł z miną rzymskiego cezara — ale chciałbym być rozsądny.Słowo to można było rozmaicie tłumaczyć; Fabrycy nie miał odwagi iśćdalej i narażać się na to, że może zranić tę czarującą kobietę. Był zbyt młodyi zbyt łatwo poddawał się wzruszeniom; nie znajdował w głowie żadnegozwrotu dla wyrażenia tego, co chciał powiedzieć. Z naturalnego porywu, wbrew wszelkim rozumowaniom, wziął w ramiona tę lubą kobietę i obsypałją pocałunkami. W tej chwili dał się słyszeć turkot powozu hrabiego nadziedzińcu, a prawie równocześnie on sam zjawił się w salonie; wydawał siębardzo przejęty.

— Budzisz osobliwe przywiązania — rzekł do Fabrycego, którego słowa tezmieszały. — Arcybiskup miał tego wieczora audiencję, której panujący udziela mu co czwartek; książę opowiedział mi właśnie, że arcybiskup z miną bardzo wzruszoną zaczął od wykutej na pamięć i wielce uczonej przemowy, z której zrazu książę nic nie zrozumiał. Ojciec Landriani oświadczył w końcu, jak ważnym dla kościoła w Parmie jest, aby monsignore Fabrycy del Dongo został jego pierwszym generalnym wikariuszem,następnie zaś, skoro ukończy lat dwadzieścia cztery, jego koadiutorem zprzeznaczeniem do następstwa.

Wyznaję, że to słowo przeraziło mnie — rzekł hrabia — to mi byłotroszeczkę za szybko i lękałem się, że książę gotów nam wierzgnąć; alepopatrzył tylko na mnie, śmiejąc się i rzekł po francusku: „Poznaję twoją rączkę, hrabio!” — „Mogę przysiąc przed Bogiem i przed Waszą Wysokością — wykrzyknąłem z całym namaszczeniem — że słowa z przeznaczeniem do następstwa były mi zupełnie nieznane.” Powiedziałem prawdę, to, co powtarzaliśmy tu sami przed kilku godzinami; dodałem z zapałem, że będę to uważał za szczyt łaski Jego Wysokości, jeślina początek użyczy jakiej pomniejszej infuły. Musiał mi książę uwierzyć,bo uznał za właściwe silić się na uprzejmość; powiedział mi z możebnąprostotą: „To jest urzędowa sprawa między arcybiskupem a mną, ty,hrabio, nie grasz tu żadnej roli; poczciwiec przedłożył mi obszerny i dośćnudny raport, w którego konkluzji przechodzi do oficjalnej propozycji;odpowiedziałem mu nader chłodno, że dana osoba jest bardzo młoda,a zwłaszcza jest od bardzo niedawna na moim dworze — wyglądałoby toprawie na płacenie wierzytelności cesarza, gdybym dał widoki tak wysokiejgodności synowi jednego z dostojników lombardzko-weneckiego królestwa. Arcybiskup zarzekł się, że żadne tego rodzaju polecenie nie miałomiejsca. Mówić to mnie — to było kapitalnie głupio. Zdziwiło mnie to zestrony tak wytrawnego człowieka; ale on jest zawsze spłoszony, kiedy mówido mnie, a tego wieczora był bardziej wzruszony niż kiedykolwiek, co minasunęło myśl, że gorąco tego pragnie. Odparłem, iż wiem lepiej od niego,że nie było żadnego wysokiego wstawiennictwa za panem del Dongo, żenikt na moim dworze nie odmawia mu zdolności, że nie mówią nazbyt źle o jego obyczajach, ale że obawiam się, iż jest zdolny do entuzjazmu,a przyrzekłem sobie nie wynosić nigdy na wybitne stanowiska wariatów,z którymi władca nie jest pewny niczego. Wówczas — ciągnął Jego Wysokość— musiałem znieść orację prawie równie długą jak pierwsza: arcybiskupsławił przede mną entuzjazm domu bożego. „Niezdaro — myślałem sobie — w piętkę gonisz, niszczysz nominację, która była już prawie załatwiona;trzeba było skończyć i podziękować ostentacyjnie. Gdzie tam, rżnął dalejswoje z pociesznym zacietrzewieniem! Szukałem odpowiedzi, która niebyłaby zbyt ujemna dla młodego del Dongo; znalazłem, i to dość szczęśliwą,jak możesz osądzić: „Wasza Wielebność — rzekłem — Pius VII był wielkimpapieżem i wielkim świętym: wśród wszystkich monarchów on jedenośmielił się stawić opór tyranowi, który miał Europę u swych stóp; otóż byłon zdolny do entuzjazmu, co go popchnęło, wówczas gdy był biskupemw Imola, do napisania swego słynnego pasterskiego listu obywatelakardynała Chiaramonti na rzecz Republiki Cisalpińskiej.

Poczciwy arcybiskup osłupiał; aby go pogrążyć w tym większym osłupieniu, powiedziałem mu z poważną miną: „Żegnam Waszą Wielebność,trzeba mi dwudziestu czterech godzin zastanowienia się nad jego propozycją. Nieborak dodał jeszcze kilka próśb niezgrabnych i dość niewczesnychpo moim żegnam. A teraz, hrabio Mosca della Rovere, polecam cidonieść księżnej, że nie chcę opóźniać o dwadzieścia cztery godziny rzeczy,która może jej być miła; siadaj tu i napisz do arcybiskupa bilecik z aprobatą,kończący całą tę sprawę.” Napisałem bilecik, książę podpisał i rzekł domnie: „Zanieś go w tej chwili księżnej.” Oto bilecik, pani, i oto, co midostarczyło szczęścia oglądania pani jeszcze dziś wieczór.

Księżna uszczęśliwiona odczytała bilecik. Podczas długiego opowiadaniahrabiego Fabrycy miał czas ochłonąć; nie zdziwiony tym wydarzeniem,przyjął rzecz jak wielki pan, który uważał zawsze za bardzo naturalne, że maprawo do tych nadzwyczajnych awansów, do owych skoków losu, odktórych mieszczanin straciłby głowę; dał wyraz swej wdzięczności, ale wewłaściwej formie, po czym rzekł:

— Dobry dworak powinien schlebiać namiętnościom mocarzy: wczorajwyraził pan obawę, aby pańscy robotnicy w Sanguigna nie ukradli części starożytnych posągów w razie, gdyby coś odkryli; ja bardzo lubię kopać,jeśli pozwolisz, hrabio, pojadę doglądać robotników. Jutro wieczór, złożywszy dzięki w pałacu i u arcybiskupa, pojadę do Sanguigna.

— Ale czy ty zgadujesz, hrabio — rzekła księżna — skąd się wzięła ta nagłaczułość arcybiskupa do Fabrycego?

— Nie potrzebuję zgadywać; wielki wikariusz, którego brat jest kapitanem, powiedział mi wczoraj: „Ojciec Landriani, wychodząc z bezspornejzasady, że arcybiskup wyższy jest od swego koadiutora, nie posiada sięz radości, że ma pod swymi rozkazami prawdziwego del Dongo i że muwyświadczył usługę.” Wszystko, co podkreśla urodzenie Fabrycego, pomnaża jego szczęście: taki człowiek jest jego adiutantem! Z drugiej stronypolubił Fabrycego, nie czuje się wobec niego onieśmielony; a wreszcie,hoduje od dziesięciu lat serdeczną nienawiść do biskupa Piacenzy, który objawia głośne pretensje zajęcia po nim arcybiskupiego stolca, a który, co więcej, jest synem młynarza. Ze względu na to następstwo biskup Piacenzy zawiązał ścisłe stosunki z margrabiną Raversi i obecnie stosunki te napełniają arcybiskupa obawą o powodzenie jego ulubionego zamiaru: mianowicie, aby mieć del Donga w swoim sztabie i dawać mu rozkazy.

Na trzeci dzień wcześnie rano Fabrycy kierował robotami w Sanguigna,naprzeciw Colorno (jest to Wersal książąt Parmy); poszukiwania te odbywały się na równinie tuż obok gościńca prowadzącego z Parmy do mostuprzed Casal-Maggiore, najbliższego miasta austriackiego. Robotnicy przecinali równinę długim rowem, głębokim na osiem stóp a bardzo wąskim:szukano wzdłuż dawnej drogi rzymskiej ruin drugiej świątyni, która wedletradycji istniała jeszcze w wiekach średnich. Mimo rozkazów księcia chłopi inie bez zawiści patrzyli na te długie rowy, tnące ich posiadłości. Co bądź byim powiadać, wyobrażali sobie, że tu chodzi o szukanie skarbu — ledwieobecność Fabrycego zdołała powstrzymać rozruchy. Fabrycy nie nudził się,śledził z zajęciem przebieg prac; od czasu do czasu znajdowano jakiś medal,nie chciał tedy zostawiać robotnikom czasu na porozumienie się międzysobą i ukrycie go.

Dzień był piękny, mogła być szósta rano; Fabrycy pożyczył gdzieś starąjednorurkę i strzelał do skowronków; jeden, ranny, spadł na gościniec. Idącza nim Fabrycy spostrzegł z daleka wehikuł jadący z Parmy ku granicy, do Casal-Maggiore. Nabił właśnie świeżo fuzję, kiedy w zniszczonym wehikule, zbliżającym się wolnym truchtem, poznał Marietę; obok niej siedzieli idryblas Giletti oraz staruszka, będąca rzekomo jej matką.

Giletti wyobrażał sobie, że Fabrycy ulokował się na gościńcu z fuzją poto, aby go znieważyć, może aby mu porwać Marietę. Był odważny,wyskoczył z pojazdu; miał w lewej ręce wielki pistolet mocno zardzewiały,w prawej zaś trzymał szpadę tkwiącą w pochwie, którą to szpadą posługiwałsię, kiedy się dorwał do roli markiza.

— Ha, łotrze! — wykrzyknął — bardzom rad, że cię znajduję o milę odgranicy; ja cię tu oporządzę, tutaj cię nie chronią fioletowe pończochy.

Fabrycy robił miny do Mariety, nie kłopocąc się o wrzaski i o zazdrośćGilettiego, kiedy nagle ujrzał o trzy stopy od piersi lufę zardzewiałegopistoletu; miał jedynie czas podbić ten pistolet fuzją, jak kijem: pistoletwypalił, ale nie zranił nikogo.

— Stójże, skur....! — krzyknął Giletti na vetturina; równocześnie zdołałpochwycić lufę adwersarza i odchylić ją od siebie; obaj ciągnęli fuzję co sił.

Giletti, o wiele mocniejszy, przykładał na przemian ręce, pomykając je kuzamkowi; już miał owładnąć fuzją, kiedy Fabrycy, chcąc udaremnić tenzamach, pociągnął za cyngiel i wypalił. Rozważył przedtem dobrze, że wylotznajduje się o trzy cale nad ramieniem Gilettiego: strzał rozległ się nadsamym jego uchem. Giletti osłupiał, ale opamiętał się rychło.

— A! chciałeś mi strzelić w łeb, kanalio! Już ja się z tobą załatwię!

Dobył swojej teatralnej szpady i runął na Fabrycego z zawrotną szybkością. Fabrycy nie miał broni, pomyślał, że już po nim. Uskoczył w stronęwehikułu, który zatrzymał się o jakie dziesięć kroków za Gilettim; pobiegłw lewo i chwytając się za resor wózka okręcił się zwinnie dookoła,i przebiegając tuż obok drzwiczek, które zostały otwarte. Giletti wypuścił sięna swoich długich nogach, że zaś nie przyszło mu na myśl uchwycić za resor,pobiegł kilka kroków przed siebie, nim zdołał się zatrzymać.

W chwili gdy Fabrycy przebiegł koło drzwiczek, Maneta szepnęła doń: — Uważaj, on cię zabije! Masz!

Równocześnie Fabrycy ujrzał, iż przez drzwiczki wyrzucono wielki nóżmyśliwski; schylił się, aby go podnieść, ale w tej samej chwili szpadaGilettiego ugodziła go w ramię. Podnosząc się, Fabrycy spotkał się nos w nosz Gilettim, który wymierzył mu w twarz wściekły cios rękojeścią; cioszadany był z taką siłą, że zupełnie ogłuszył Fabrycego. W tej chwili znalazłsię w obliczu śmierci. Szczęściem dlań, Giletti był za blisko, aby go mógłpchnąć sztychem. Przyszedłszy do siebie, Fabrycy zaczął umykać co sił;biegnąc, wydobył nóż z pochwy, następnie zaś obróciwszy się żywo, znalazłsię trzy kroki od Gilettiego, który go ścigał. Giletti był rozpędzony. Fabrycynastawił mu ostrze; Giletti zdołał podbić szpadą nóż, ale zyskał tylko tyle, iżkoniec noża przebił mu policzek. Otarł się o Fabrycego, który uczuł, że maprzebite udo: był to nóż Gilettiego, który ten zdążył otworzyć. Fabrycy uskoczył w prawo, odwrócił się i wreszcie dwaj przeciwnicy znaleźli sięw odległości sposobnej do walki.

Giletti klął jak potępieniec.

— Ha! poderżnę ci gardło, klecho przeklęty! — powtarzał co chwila.

Fabrycy był bez tchu, nie mógł mówić: cios w twarz, jaki otrzymał,zadawał mu straszny ból, krwawił też silnie z nosa. Odbił kilka razów swoimmyśliwskim nożem i zadał kilka pchnięć, nie bardzo wiedząc, co czyni; miałmętne uczucie, że jest na publicznym turnieju. Myśl tę zrodziła obecność robotników, którzy w liczbie dwudziestu pięciu lub trzydziestu utworzylikrąg dokoła walczących, ale w przyzwoitej odległości; ci bowiem po razostatni rozpędzali się i rzucali na siebie.

Walka zdawała się nieco słabnąć; ciosy następowały po sobie z mniejszą ichyżością, kiedy Fabrycy pomyślał nagle: „Sądząc z bólu, jaki czuję, tenłajdak musiał mnie oszpecić”. Opanowany wściekłością na tę myśl, skoczyłna przeciwnika, trzymając nóż myśliwski ostrzem ku niemu. Ostrze weszłow prawą pierś Gilettiego i wyszło w okolicy lewego ramienia, w tej samej:chwili szpada aktora wniknęła jak długa w ramię Fabrycego, ale prześliznęła się pod skórą, zadając jedynie nieznaczną ranę.

Giletti upadł; w chwili gdy Fabrycy zbliżył się ku niemu, patrząc na jegolewą rękę, w której trzymał nóż, ręka ta otwarła się machinalnie i wypuściłabroń.

„Łajdak skończył” — rzeki sobie Fabrycy. Spojrzał mu w twarz: Gilettioddawał obficie krew ustami. Fabrycy pobiegł do pojazdu.

— Masz lusterko?! — krzyknął do Mariety.

Marieta, blada, patrzyła nań bez słowa. Stara kobieta otwarła z zimnąkrwią zielony woreczek na robótkę i podała Fabrycemu ręczne lusterkowielkości dłoni. Fabrycy, patrząc w zwierciadło, obmacywał sobie twarz.

— Oczy są całe — mówił — to już dużo. — Spojrzał na zęby; nie byłymiwyłamane. — Skądże ten wściekły ból? — mówił sobie półgłosem.

Stara odparła:

— Stąd, że policzek zmiażdżony jest rękojeścią szpady. Twarz ma panu straszliwie obrzękłą i siną; niech pan natychmiast przystawi pijawki, a nicpanu nie będzie.

— A, ba! natychmiast pijawki! — wykrzyknął Fabrycy, śmiejąc się, i ochłonął zupełnie. Ujrzał, iż robotnicy otoczyli Gilettiego i patrzą nań, nie śmiejącgo dotknąć.

— Ratujcie tego człowieka! — krzyknął — zdejmijcie mu ubranie!

Chciał jeszcze coś mówić, kiedy — podniósłszy oczy — ujrzał o trzystakroków na gościńcu kilku ludzi, którzy zbliżali się miarowym krokiem domiejsca wypadku.

„To żandarmi — pomyślał — znajdą zabitego człowieka, uwiężą mniei będę miał zaszczyt wkroczyć uroczyście do stołecznego miasta Parmy. Cóżto za gratka dla przyjaciół margrabiny Raversi, a wrogów mojej ciotki!”

Natychmiast, z szybkością błyskawicy, rzuca oszołomionym robotnikomwszystkie pieniądze, jakie miał w kieszeni, i skacze do powozu.

— Nie dajcie żandarmom mnie ścigać — krzyczy do robotników — a obsypię was złotem! Powiedzcie im, że jestem niewinny, że ten człowiekmnie napadł i chciał mnie zabić. A ty — rzekł do vetturina — ruszaj galopem! Zarobisz cztery napoleony, jeżeli przejedziesz Pad, zanimci ludzie zdołają mnie dosięgnąć.

— Dobrze — odpowiedział woźnica — ale niechże pan nie ma strachu, toćoni są pieszo, zwykły trucht moich koników wystarczy, aby ich stracićz oczu.

To mówiąc, puścił się galopem.

Słowo strach, jakiego użył woźnica, uraziło naszego bohatera, bo teżw istocie miał chwilę tęgiego strachu, wówczas kiedy otrzymał cios rękojeścią.

— Ale możemy się natknąć i na konnych — rzekł vetturino, snadźczłowiek przezorny i myślący o czterech napoleonach — a ludzie, którzy nasgonią, mogą krzyknąć, aby nas przytrzymano... — To znaczyło: „Niech pannabije broń”.

— Och, jakiś ty dzielny, mój ty złoty księżyku! — wykrzyknęła Marieta,ściskając Fabrycego. Stara wyglądała oknem; po jakimś czasie cofnęłagłowę.

— Nikt pana nie ściga — rzekła do Fabrycego spokojnie — i nie ma nikogona gościńcu przed panem. Wie pan, jacy urzędnicy policji austriackiej sąformaliści: jeżeli pana ujrzą jadącego w galopie groblą nad Padem,przytrzymają pana, może pan być pewny.

Fabrycy wyjrzał przez okno.

— Truchta! — rzekł do woźnicy. — Jaki macie paszport? — spytał starej.

— Nie jeden, ale trzy — odparła — a kosztowały nas każdy cztery franki;czy to nie zgroza tak obdzierać biednych artystów, którzy są wciążw podróżach? Oto paszport pana Gilettiego, artysty: to będzie pan; oto dwapaszporty nasze, niby Marietiny i mój. Ale Giletti miał wszystkie pieniądzew kieszeni, co się z nami stanie?

— Ile? — spytał Fabrycy.

— Czterdzieści nowiutkich talarów — rzekła stara.

— To znaczy sześć i trochę drobnych — rzekła Marieta, śmiejąc się — niedam oszukać mojego księżyka.

— Czyż to nie jest zupełnie naturalne, proszę pana — rzekła staraz najzimniejszą krwią — że ja próbuję pana naciągnąć na trzydzieści czterytalary? Cóż to jest trzydzieści cztery talary dla pana, a my straciłyśmy nasząpodporę. Kto się zajmie tym, aby nam znaleźć pomieszczenie, aby siętargować z woźnicami w podróży i napędzać strachu wszystkim? Giletti niebył piękny, ale był bardzo poręczny; gdyby ta mała nie była głupią gąską,która od razu zadurzyła się w panu, Giletti nie byłby się poznał na niczym,a pan byłbyś nam dawał piękne talarki. Wierzaj mi pan, straszna u nasbieda.

Fabrycy wzruszył się; wyjął sakiewkę i dał staruszce kilka napoleonów.

— Widzi pani — rzekł — że mi już zostało tylko piętnaście, na nic się nie zdadalsze naciąganie.

Marieta rzuciła mu się na szyję, a stara całowała mu ręce. Powóz posuwał się wciąż truchtem. Kiedy ujrzano z daleka żółto i czarno prążkowaną rogatkę, oznajmiającą dziedziny austriackie, stara rzekła do Fabrycego:

— Lepiej by panu było wejść pieszo z paszportem Gilettiego w kieszeni;my zatrzymamy się chwilę pod pozorem ogarnięcia się troszkę. Zresztą celnicy będą rewidowali nasze rzeczy. Pan, niechaj mi pan wierzy, przejdziepan Casal-Maggiore nie śpiesząc się; wstąp pan nawet do kawiarni i wypijpan kieliszek wódki; raz znalazłszy się za miastem, wyciągaj ostro nogi.Policja austriacka jest czujna jak diabli; niebawem dowie się, że zabitoczłowieka; pan podróżuje za cudzym paszportem; to wystarczy aż nadto,aby załapać dwa lata więzienia. Wyszedłszy z miasta bierz się pan na prawow stronę Padu, wynajmij łódkę i zmykaj do Rawenny albo do Ferrary;wydostań się jak najprędzej z ziem austriackich. Za dwa ludwiki może pan kupić inny paszport od jakiego celnika; ten byłby dla pana zgubą; pamiętajpan, że zabiłeś człowieka.

Zbliżając się pieszo do mostu pontonowego pod Casal-Maggiore, Fabrycy odczytywał uważnie paszport Gilettiego. Bohater nasz był pełen lęku,przypomniał sobie żywo wszystko, co hrabia Mosca mówił o niebezpieczeństwie, jakim mu grozi pojawienie się w Stanach Austriackich; otóż o dwieście kroków widział ów straszny most wiodący go do państwa, którego stolicąw jego oczach był Szpilberg. Ale jak zrobić inaczej? Księstwo Modeny,które graniczy z księstwem Parmy od południa, wydaje zbiegów na mocyosobnej umowy; górska granica od strony Genui jest zbyt daleko; przygodajego doszłaby do wiadomości w Parmie, zanim by on przekradł się do tychgór; zostawała tedy jedynie Austria na lewym brzegu Padu. Nim zdołająnapisać do władz austriackich z poleceniem uwięzienia go, minie możepółtorej albo i dwie doby. Zastanowiwszy się dobrze, Fabrycy zapalił odcygara własny paszport; na ziemi austriackiej lepiej mu być lada włóczęgąniż Fabrycym del Dongo, a możebne, że będą go obszukiwać.

Niezależnie od zupełnie zrozumiałego wstrętu, z jakim przychodziło mupowierzyć swoje życie paszportowi nieszczęsnego Gilettiego, dokument tenprzedstawiał materialne trudności: wzrost Fabrycego sięgał co najwyżejpięciu stóp i pięciu cali, a nie pięciu stóp i dziesięciu cali, jak opiewałpaszport! Miał blisko dwadzieścia cztery lata i wydawał się jeszcze młodszy!Giletti miał lat trzydzieści dziewięć. Wyznajemy, że nasz bohater przechadzał się dobre pół godziny po grobli nad Padem, nim się namyślił wejść namost. „Co doradziłbym komuś, kto by się znalazł na moim miejscu? — rzekłsobie wreszcie. — Oczywiście, przejść; zostać w Parmie jest niebezpiecznie;mogą wysłać żandarmów za człowiekiem, który zabił kogoś nawet wewłasnej obronie.” Fabrycy uczynił przegląd kieszeni, podarł wszystkiepapiery, zachowując jedynie chustkę do nosa i puzderko na cygara; zależałomu na tym, aby skrócić grożącą mu rewizję. Przyszedł mu do głowy fatalnyzarzut, na który nie miałby żadnej wymówki — miał powiedzieć, że sięnazywa Giletti, a cala jego bielizna znaczona była: F. D.

Jak widzimy, Fabrycy był jednym z nieszczęśliwych męczenników własnej wyobraźni — dość częsta wada inteligentnych ludzi we Włoszech.Żołnierz francuski, równy mu lub nawet niższy odwagą, przebyłby most odrazu, nie myśląc o trudnościach; ale też uczyniłby to z całym spokojem;Fabrycy zaś był bardzo odległy od zimnej krwi, kiedy na końcu mostu mały,szaro ubrany człowieczek rzekł doń: — Proszę do biura względem paszportu.

Biuro to miało brudne ściany, upstrzone gwoździami, na których wisiałyfajki i brudne czapki urzędników. Wielkie biurko z sosnowego drzewa, zaktórym odbywało się urzędowanie, było całe poplamione atramentemi winem; dwa lub trzy regestry, oprawne w zieloną skórę, nosiły plamywszelakiego koloru, brzegi zaś kartek były poczernione rękami. Na tych regestrach, ułożonych w sterty, spoczywały trzy wspaniałe wieńce laurowe,które służyły przedwczoraj na jakieś święto cesarskie.

Fabrycy widział te szczegóły i serce wzbierało mu mdłością, w ten sposóbopłacił zbytek, jakim lśnił jego apartamencik w pałacu Sanseverina. Musiałwejść do tego niechlujnego biura i stanąć tam jako podsądny; miałprzechodzić indagację!

Urzędnik, który wyciągnął żółtą rękę po paszport, był mały, czarniawy,i miał mosiężną szpilkę w krawatce. „To jakiś stetryczały mieszczuch” —powiadał sobie Fabrycy. Osobistość ta wydawała mu się niezmierniezdumiona przy czytaniu paszportu, a lektura ta zajęła blisko pięć minut.

— Miał pan wypadek — rzekł do przybysza wskazując spojrzeniempoliczek.

Vetturino wysypał nas na grobli nad Padem.

Znów zaległo milczenie; urzędnik obrzucał podróżnego groźnym wzrokiem.

„Wpadłem — powiadał sobie Fabrycy — powie mi, że mu przykro, iż musimi udzielić przykrej nowiny i że jestem aresztowany.” Najszaleńsze myśliprzebiegały przez głowę naszego bohatera, który w tej chwili nie rządził sięzbytnią logiką. Myślał na przykład, aby uciec drzwiami, które zostałyotwarte. „Zrzucam ubranie, skaczę do Padu i z pewnością zdołam przebyćgo wpław. Wszystko raczej niż Szpilberg.”

Urzędnik patrzył nań bystro w chwili, gdy obliczał szansę tej przeprawy — razem tworzyli dwie wymowne fizjonomie. Poczucie niebezpieczeństwapotęguje władzę człowieka rządzącego się rozumem; wznosi go, możnarzec, powyżej samego siebie; człowiekowi z wyobraźnią nasuwa romanse,śmiałe, to prawda, ale często niedorzeczne.

Trzeba było widzieć oburzoną minę naszego bohatera pod badawczym;okiem urzędniczyny strojnego klejnotem z mosiądzu. „Gdybym go zabił — powiadał sobie Fabrycy — skazano by mnie na dwadzieścia lat galer albo naśmierć, co jest o wiele mniej okrutne niż Szpilberg ze stu dwudziestufuntami u każdej nogi i ośmioma uncjami chleba za całe pożywienie! I totrwa dwadzieścia lat: wyszedłbym stamtąd dopiero w czterdziestym czwartym roku.” W logice swej Fabrycy zapomniał, iż skoro spalił swój paszport,nic nie zdradzało urzędnikowi policji, że on jest buntownik Fabrycy delDongo.

Jak widzimy, bohater nasz miał dostatecznego stracha; miałby go o wielewięcej jeszcze, gdyby znał myśli urzędnika policji. Człowiek ten byłw przyjaźni z Gilettim, można ocenić jego zdumienie, kiedy ujrzał paszportprzyjaciela w rękach innego. Pierwszym jego odruchem było zaaresztowaćtego osobnika, następnie pomyślał, że Giletti mógł łatwo sprzedać swójpaszport temu paniczowi, który widocznie spłatał jakiego brzydkiego figlaw Parmie. „Jeśli go zaaresztuję — myślał — Giletti będzie skompromitowany, dojdą łatwo, że sprzedał swój paszport; z drugiej strony, co powiedząmoi przełożeni, jeżeli sprawdzą, że ja, przyjaciel Gilettiego, zawizowałemjego paszport będący w posiadaniu innego? Urzędnik wstał ziewająci rzekł:

— Niech pan zaczeka — po czym przez nałóg policyjny dodał: — zachodzipewna trudność.

Fabrycy rzekł sobie w duchu: „Zajdzie ta trudność, że ja drapnę.”

W istocie urzędnik opuścił biuro, zostawiając otwarte drzwi, a paszportwciąż leżał na sosnowym biurku. „Niebezpieczeństwo jest oczywiste —pomyślał Fabrycy — ściągnę swój paszport i przejdę z powrotem z wolnamost; żandarmowi, gdyby mnie spytał, powiem, że zapomniałem daćzawizować paszport komisarzowi policji w granicznym miasteczku w Parmie. Fabrycy już miał paszport w ręku, kiedy, ku jego niewymownemuzdumieniu, usłyszał, jak urzędniczyna z mosiężną szpilką mówi:

— Daję słowo, już nie mogę, ten upał mnie zabija; pójdę napić się czego.Zajrzyj do biura, gdy wypalisz fajkę, jest tam paszport do zawizowania,jakiś obcy czeka.

Fabrycy, który skradał się ku drzwiom, spotkał się nos w nos z przystojnym, młodym człowiekiem, który rzekł, nucąc:

— Dalej, prędko, gdzie ten paszport, niech go uświetnię moim zakrętasem. Dokąd szanowny pan się udaje?

— Do Mantui, Wenecji i Ferrary.

— Niechże będzie Ferrara — odparł urzędnik, gwiżdżąc; wziął pieczęć,wycisnął wizę niebieskim atramentem, wpisał spiesznie słowa „Mantua,Wenecja i Ferrara” w wolne miejsca, po czym wziął kilkakrotnie rozmach,podpisał i nabrał ponownie atramentu na zakrętas, który wykonał powolii z niezmierną starannością. Fabrycy śledził każde poruszenie jego pióra, urzędnik spojrzał na swój zakrętas z zadowoleniem, dodał kilka kresek,wreszcie oddał paszport Fabrycemu, mówiąc swobodnie:

— Szczęśliwej podróży.

Fabrycy oddalał się, starając się maskować pośpiech, kiedy uczuł, że ktośchwyta go za lewe ramię. Instynktownie położył dłoń na rękojeści sztyletui gdyby nie bliskość domów, byłby może popełnił jakie szaleństwo. Widzącyjego przerażenie człowiek ów, który ujął go za lewe ramię, dodał w formieusprawiedliwienia:

— Wołałem na pana trzy razy, ale pan nic nie odpowiedział, czy pan niema czego do oclenia?

— Mam przy sobie tylko chustkę do nosa; idę polować u krewnych,niedaleko stąd.

Byłby w kłopocie, gdyby mu kazano nazwać tych krewnych. Przy tymupale i po tylu wzruszeniach Fabrycy był tak mokry, jak gdyby skąpał sięw rzece. „Nie brak mi odwagi wobec komediantów, ale gryzipiórki, strojnew klejnoty z mosiądzu, wyprowadzają mnie z równowagi; ułożę na tentemat humorystyczny sonet dla księżnej.”

Ledwie znalazłszy się w Casal-Maggiore, Fabrycy wziął się na prawouliczką biegnącą w stronę Padu. „Wielce mi potrzeba — powiedział sobie pomocy Bachusa i Cerery” — i wszedł do sklepu, nad którym wisiała brudnaszmata przywiązana do kija; na szmacie było napisane: „Trattoria”.Nędzne prześcieradło, rozpięte na dwóch obręczach, zwisało na ziemię,chroniąc drzwi od działania promieni słonecznych. Wewnątrz, wpółnaga,bardzo ładna kobieta przyjęła naszego bohatera z szacunkiem, co musprawiło żywą przyjemność; oznajmił jej skwapliwie, że umiera z głodu.Gdy kobieta przyrządzała śniadanie, wszedł mężczyzna może trzydziestoletni. Wchodząc nie ukłonił się; naraz zerwał się z ławki, na której położyłsię bezceremonialnie, i rzekł do Fabrycego:

Eccelenza, la riverisco (pozdrawiam Waszą Ekscelencję).

Fabrycy był w tej chwili w świetnym humorze i zamiast tworzyć posępneprojekty, odparł śmiejąc się:

— A skąd ty, u diabła, znasz moją Ekscelencję?

— Jak to, Wasza Ekscelencja nie poznaje Lodovica, woźnicy JaśnieOświeconej księżnej Sanseverina? W willi w Sacca, dokąd jeździliśmy coroku, dostawałem zawsze febry; poprosiłem jaśnie pani o spensjonowaniei odszedłem. I ot, jestem bogaty; zamiast dwunastu talarów rocznie, doktórych co najwyżej mogłem mieć pretensje, pani powiedziała mi, że aby mi dać swobodę składania sonetów — bo ja jestem poetą, pisuję w naszejgwarze — wyznacza mi dwadzieścia cztery talary; a pan hrabia powiedziałmi, że gdybym kiedy miał jakie kłopoty, mam się tylko zgłosić do niego.Miałem zaszczyt wieźć monsignora przez jeden postój, kiedy się udawał,jako dobry chrześcijanin, na rekolekcje do kartuzów w Velleja.

Fabrycy patrzył na tego człowieka i przypominał go sobie po trosze. Byłto jeden z największych wykwintnisiów wśród służby Casa Sanseverina:obecnie, kiedy był bogaty, jak powiadał, miał za całą odzież grubą podartąkoszulę i spodnie płócienne, niegdyś czarne, sięgające mu ledwo do kolan;para trzewików i lichy kapelusz dopełniały stroju. Co więcej, nie golony byłprzeszło od dwóch tygodni. Jedząc omlet Fabrycy wdał się w gawędęzupełnie po prostu, jak równy z równym; domyślił się, że Lodovico jestkochankiem gospodyni. Dokończył szybko śniadania, po czym rzekł półgłosem:

— Mam z tobą do pomówienia.

— Wasza Ekscelencja może mówić swobodnie wobec niej, to z kościamidobra kobieta — rzekł Lodovico z odcieniem tkliwości.

— A więc, moi przyjaciele — rzekł Fabrycy bez wahania — popadłemw nieszczęście i potrzebuję was. Przede wszystkim sprawa moja nie ma nicpolitycznego; zabiłem po prostu człowieka, który chciał mnie zamordować,bo rozmawiałem z jego kochanką.

— Biedny panicz! — rzekła gospodyni.

— Niech Wasza Ekscelencja liczy na mnie! — wykrzyknął woźnicaz oczami rozpłomienionymi oddaniem. — Dokąd Wasza Ekscelencja chcesię udać?

— Do Ferrary. Mam paszport, ale wolałbym nie natykać się na żandarmów, którzy mogli zasłyszeć o tym wypadku.

— Kiedy pan go zakatrupił?

— Rano o szóstej.

— Czy Wasza Ekscelencja nie ma krwi na ubraniu? — rzekła gospodyni.

— Myślałem o tym — podjął woźnica — zresztą te suknie są zbytwykwintne, nie chodzi się tak u nas na wsi, to by mogło zwrócić uwagę.Kupię panu jakie ubranie u Żyda. Wasza Ekscelencja jest mniej więcejmego wzrostu, ale szczuplejszy.

— Proszę, nie nazywaj mnie Ekscelencją, to może ściągnąć uwagę.

— Słucham, Ekscelencjo — rzekł woźnica, wychodząc.

— Hop, ho! — krzyknął Fabrycy — a pieniądze? Wracajże!

— Co za pieniądze! — rzekła gospodyni — ma sześćdziesiąt siedemtalarów, które są wszystkie do pana usług. Ja sama — dodała zniżonymgłosem — mam jakieś czterdzieści talarów, którymi panu służę z całegoserca; kiedy się zdarzy taki wypadek, nie zawsze ma się przy sobiepieniądze.

Wchodząc do trattorii Fabrycy zdjął surdut; był upał.

— Ta kamizelka, gdyby ktoś wszedł, — mogłaby nam narobić kłopotu: taładna angielska pika ściągnęłaby uwagę. — To mówiąc gospodyni dałanaszemu zbiegowi czarną płócienną kamizelkę męża. W tej chwili wysoki,młody mężczyzna, ubrany z pewną starannością, wszedł tylnymi drzwiami.

— To mój mąż — rzekła gospodyni. — Piotrze — rzekła do męża — pan jestprzyjacielem Lodovica; zdarzył mu się dziś wypadek z tamtej strony rzeki,pragnie się schronić do Ferrary.

— Ba, przeprawimy go — rzekł mąż bardzo uprzejmie — mamy przecieżbarkę Karola Józefa.

Opowiedzieliśmy o strachu, jaki Fabrycy przeszedł w biurze przy moście;odmalujemy tedy równie naturalnie drugą słabostkę naszego bohatera.Miał łzy w oczach, wzruszyło go głęboko serdeczne oddanie wieśniaków;myślał także o owej charakterystycznej dobroci ciotki — byłby chciałzapewnić los tym ludziom. Lodovico wrócił z pakunkiem.

— Załatwi się — rzekł mąż z przyjazną miną.

— Nie o to chodzi — rzekł Lodovico wyraźnie zaniepokojony — zaczynająmówić o panu, zauważono pana wahanie, gdyś wchodził do naszego vicolo,zbaczając z ulicy jak człowiek, który chce się ukryć.

— Żywo do pokoju na piętrze! — rzekł mąż.

Pokój ten, ładny i duży, miał w oknach szare płótno w miejsce szyb; stałytam cztery łóżka, szerokie na sześć stóp a wysokie na pięć.

— Szybko! szybko! — wołał Lodovico — jest tu od niedawna pewienżandarm, frant, który próbował się zalecać do naszej gospodyni i któremudałem do zrozumienia, że mógłby się natknąć na kulkę; jeśli ten pies słyszałco o Waszej Ekscelencji, zechce nam spłatać figla: będzie się starałzaaresztować pana tutaj, by podać w osławę trattorię Teodolindy.

— Cóż to — ciągnął Lodovico, widząc koszulę Fabrycego zbroczoną krwiąi rany przewiązane chustkami — porco się bronił? Ba, to więcej niż trzeba,aby się dostać do więzienia! Nie kupiłem panu koszuli.

Otworzył bez ceremonii szafę męża i dał koszulę Fabrycemu, któryprzedzierzgnął się w zamożnego młodego wieśniaka. Lodovico zdjął siatkęwiszącą na murze, wrzucił ubranie Fabrycego do koszyka na ryby, zbiegłpędem i wypadł tylnymi drzwiami; Fabrycy za nim.

— Teodolindo! — krzyknął, mijając sklep — schowaj to, co jest na górze,będziemy czekać w wierzbinie, a ty, Piotrze, przyślij nam szybko łódź:płacimy dobrze.

Lodovico przegonił Fabrycego co najmniej przez dwadzieścia rowów.Długie i elastyczne deski służyły za most na najszerszych rowach; skoroprzeszli, Lodovico wciągnął te deski. Przybywszy do ostatniego kanałuwciągnął skwapliwie deskę.

— Odetchnijmy teraz — rzekł — ten pieski żandarm musiałby zrobić więcej niż dwie mile, by dopędzić Waszą Ekscelencję. Ależ pan blady! — dodał — szczęściem nie zapomniałem o flaszczynie wódki.

— Zjawia się bardzo w porę; rana w udzie zaczyna mi dolegać, a zresztąnajadłem się tęgiego strachu w policji, tam, koło mostu.

— Myślę sobie — odparł Lodovico — z koszulą pełną krwi jak pańska! Niepojmuję, jak pan się odważył tam wejść! Co do ran, znam się na tym;zaprowadzę pana w chłodne miejsce, gdzie pan się może przespać godzinkę,łódź przyjedzie tam po nas, o ile w ogóle zdobędziemy łódź; inaczej, skoropan trochę wypocznie, machniemy jeszcze ze dwie milki pieszo; zaprowadzę pana do młyna, gdzie sam wynajmę łódź. Wasza Ekscelencja mao wiele więcej rozeznania ode mnie: otóż jaśnie pani będzie w rozpaczy,kiedy się dowie o wypadku; powiedzą jej, że pan jest śmiertelnie ranny,może nawet pan zabił tamtego podstępem. Margrabina Raversi nie omieszka puścić plotek, które mogą zmartwić naszą panią. Wasza Ekscelencjapowinien by napisać list.

— A jak przesłać?

— Młynarczyk we młynie, do którego idziemy, zarabia dwanaście sudziennie; w półtora dnia może być w Parmie, zatem cztery franki na podróż,dwa franki na zużycie trzewików; gdyby chodziło o biedaka takiego jak ja,to by było sześć franków; ponieważ chodzi o służbę jaśnie pana, dałbymdwanaście franków.

Skom przybyli do cienistego gaiku zarosłego olchą i wierzbiną, Lodovicoposzedł więcej niż o godzinę drogi, aby przynieść atrament i papier.

— Wielki Boże, jak mi dobrze tutaj! — wykrzyknął Fabrycy. — Bywajzdrowa, fortuno, nigdy nie będę arcybiskupem!

Za powrotem Lodovico zastał Fabrycego w głębokim śnie i nie chciał goobudzić. Łódź przybyła aż o zachodzie słońca; skoro Lodovico ujrzał jąz dała, obudził Fabrycego, który napisał śpiesznie dwa listy.

— Wasza Ekscelencja ma więcej rozumu ode mnie — rzekł Lodovico,zakłopotany — i boję się, iż mimo swej dobroci urazi się, jeśli coś jeszczepowiem.

— Nie jestem takim głupcem, jak sądzisz — odparł Fabrycy — co bądź byśpowiedział, zawsze zostaniesz w mych oczach wiernym sługą mojej ciotkii człowiekiem, który uczynił, co w jego mocy, aby mnie ratować.

Trzeba było dalszych zaklęć, aby rozwiązać Lodovicowi język; kiedy sięwreszcie zgodził mówić, zaczął od wstępu, który trwał pięć minut. Fabrycyzniecierpliwił się, ale potem rzekł sobie: „Czyjaż to wina? Naszej próżności,którą ten człowiek dobrze przejrzał z wyżyn swego kozła.” Wreszcieoddanie skłoniło Lodovica do tego, że odważył się wyrazić jasno.

— Ileż nie dałaby margrabina Raversi piechurowi, którego pan mawysłać do Parmy, byle dostać te dwa listy! Są pańskiego pióra, stanowiądowód sądowy przeciwko panu. Wasza Ekscelencja będzie mnie uważała zawścibskiego; po wtóre będzie się może wstydziła przedkładać oczomksiężnej pani moje niezdarne stangreckie pismo; ale ostatecznie, wzgląd napańskie bezpieczeństwo każe mi mówić, choćby pan mnie miał wciąż zanatręta. Czy Wasza Ekscelencja nie mogłaby mi podyktować tych dwóchlistów? Wówczas ja sam byłbym skompromitowany, a i to niewiele;powiedziałbym w danym razie, że mnie pan zaskoczył z kałamarzemw jednej ręce, a pistoletem w drugiej i że mi pan kazał pisać.

— Podaj mi rękę, drogi Lodovico! — wykrzyknął Fabrycy. — Na dowód, żenie chcę mieć tajemnic dla przyjaciela takiego jak ty, przepisz te dwa listytak jak są.

Lodovico zrozumiał całą doniosłość tego dowodu zaufania i był nim milepogłaskany; ale po kilku wierszach widząc, że łódź się zbliża szybko, rzekł:

— Prędzej skończymy listy, jeśli Wasza Ekscelencja zechce mi je podyktować.

Ukończywszy listy, Fabrycy nakreślił w ostatnim wierszu litery A i B, poczym na skrawku papieru, który potem zgniótł, napisał po francusku: Wierzw A i B. Posłaniec miał ukryć przy sobie ten papier.

Skoro łódź się zbliżyła na odległość głosu, Lodovico zawołał na przewoźników fałszywymi imionami; nie odpowiedzieli i przybili do lądu o pięćsetsążni niżej, patrząc na wszystkie strony, czy ich nie widzi jaki celnik.

— Jestem na pańskie rozkazy — rzeki Lodovico — chce pan, abym samzaniósł listy do Parmy? Czy też mam panu towarzyszyć do Ferrary?

— Towarzyszyć mi do Ferrary to przysługa, o którą nie śmiałem prosić.Trzeba by wylądować i dostać się do miasta bez pokazania paszportów.Przyznam ci się, że mam wstręt do podróżowania pod nazwiskiem Giletti, a nie widzę prócz ciebie nikogo, kto by mi się wystarał o inny paszport.

— Czemuż pan nic nie mówił w Casal-Maggiore? Znam szpicla, którybyłby mi sprzedał doskonały paszport, i niedrogo, za czterdzieści albopięćdziesiąt franków.

Jeden z przewoźników, który się urodził na prawym brzegu Padu i tymsamym nie potrzebował zagranicznego paszportu do Parmy, zobowiązał sięzanieść listy. Lodovico, który umiał wiosłować, podjął się kierować barkąwraz z drugim.

— Jadąc w dół Padu — rzekł — spotkamy łodzie należące do policji, alepotrafię je wyminąć.

Więcej niż dziesięć razy trzeba im się było kryć na wysepkach porosłychwierzbiną. Trzy razy wysiedli na ląd, aby przepływająca policja zobaczyłapustą barkę. Lodovico skorzystał z tych długich chwil wywczasu, byrecytować Fabrycemu swoje sonety. Myśl w nich była dość trafna, ale jakbystępiona formą i niewarta, aby ją spisywać; osobliwe było, że ten eks-stangret miał uczucia żywe i obrazowe; stawał się zimny i pospolity, gdy je chciałwyrazić piórem.

— Przeciwieństwo naszego świata — rzekł Fabrycy — gdzie umieją wszystko wyrazić z wdziękiem, ale nie mają nic do powiedzenia.

Zrozumiał, że największa przyjemność, jaką może zrobić wiernemusłudze, to poprawić błędy ortograficzne w jego sonetach.

— Drwią sobie ze mnie, kiedy pokazuję swój kajet — powiadał Lodovico— ale gdyby Wasza Ekscelencja raczył mi podyktować ortografię, słowo posłowie, zawistni musieliby stulić gęby; ortografia nie stanowi o talencie.

Dopiero trzeciego dnia w nocy Fabrycy mógł bezpiecznie wylądowaćw olszynce, na milę przed Ponte Lago Oscuro. Cały dzień przesiedziałw konopiach, gdy Lodovico udał się przodem do Ferrary; wynajął pokoiku biednego Żyda, który zrozumiał, że można coś zarobić, o ile się będzietrzymało język za zębami. Wieczorem o zmierzchu Fabrycy dostał się doFerrary na małym koniku; potrzebował tej podpory, zmogło go gorąco;cięta rana na biodrze i rana na ramieniu od szabli, jaką zadał mu Giletti napoczątku walki, zaogniły się i sprowadziły gorączkę.

Rozdział dwunasty

Żyd, właściciel mieszkania, postarał się o dyskretnego chirurga, który— zwąchawszy pełną sakiewkę — oświadczył Lodovicowi, iż sumienienakazuje mu zawiadomić policję o ranach młodego człowieka, którego on,Lodovico, mieni swoim bratem.

— Prawo jest jasne — dodał — oczywiste jest, iż brat pański nie zranił sięsam, jak opowiada, spadłszy z drabinki w chwili, gdy trzymał otwarty nóżw ręce.

Lodovico odpowiedział spokojnie uczciwemu chirurgowi, że gdyby sięośmielił iść za głosem sumienia, on będzie miał zaszczyt, zanim opuściFerrarę, upaść dokładnie na niego z otwartym nożem w ręce. Kiedy zdałsprawę z tego zajścia Fabrycemu, ten zganił go mocno, ale nie było już anichwili do stracenia; trzeba było zmykać: Lodovico oświadczył Żydowi, żechce przewieźć brata na świeże powietrze; poszedł po dorożkę i przyjacielenasi opuścili dom, aby więcej nie wrócić. Czytelnikowi dłuży się niewątpliwie opowiadanie o tych zabiegach, nieodzownie wynikających z brakupaszportu; kłopot ten nie istnieje już we Francji, ale we Włoszech,zwłaszcza w okolicach Padu, o niczym się nie mówi, tylko o paszportach.Wydostawszy się z Ferrary bez przeszkód, niby spacerem, Lodovico odesłałdorożkę, po czym wrócił do miasta inną bramą i wstąpił do Fabrycegosediolą, którą wynajął na kurs dwunastu mil. Przybywszy w okolicę Boloniinasi przyjaciele kazali się zawieźć polami na gościniec z Florencji doBolonii, spędzili noc w najnędzniejszej oberży, jaką mogli znaleźć, i nazajutrz — gdy Fabrycy czuł się na siłach, aby nieco iść — weszli do Bolonii znówniby spacerem. Paszport Gilettiego spalono; śmierć aktora musiała już byćznana, a mniej niebezpieczne było dostać się w ręce władz bez paszportu niżz paszportem zabitego.

Lodovico znał w Bolonii kilku lokajów z wielkich domów; postanowiono, że pójdzie u nich zasięgnąć języka. Opowiedział, że przybywa z Florencji z młodszym bratem; brat, czując potrzebę spoczynku, pozwolił muwyjechać na godzinkę przed wschodem słońca. Mieli się spotkać w wiosce,gdzie Lodovico miał zatrzymać się, aby przeczekać upał. Ale Lodovico, niemogąc się doczekać brata, wrócił, znalazł go rannego; ludzie jacyś ugodzili go kamieniem i skłuli nożami, a co więcej, okradli go. Ów brat jest to ładnychłopak, umie chodzić koło koni i powozić, także czytać i pisać, i chceznaleźć miejsce w dobrym domu. Lodovico zachował sobie możnośćuzupełnienia tej powiastki — w razie potrzeby — tym: gdy Fabrycy padł,złodzieje, uciekając, unieśli zawiniątko, w którym była bielizna i paszporty.

Przybywszy do Bolonii, Fabrycy, bardzo zmęczony, nie śmiejąc bezpaszportu zajść do gospody, wszedł do olbrzymiego kościoła ŚwiętegoPetroniusza. Panował tam rozkoszny chłód; niebawem skrzepił się zupełnie. „Ja niewdzięczny — pomyślał nagle — wchodzę do kościoła jedynie, abyusiąść, jak do kawiarni!” Padł na kolana i podziękował Bogu za oczywistąopiekę, która go otaczała od czasu, jak miał nieszczęście zabić Gilettiego.Dotąd drżał, że go mogli poznać w biurze w Casal-Maggiore. „Jakim cudem— powiadał sobie — ten urzędnik, którego oczy były tak nieufne i któryodczytywał mój paszport aż trzy razy, nie spostrzegł, że ja nie mam pięciustóp dziesięciu cali, że nie mam trzydziestu ośmiu lat, że nie jestemzeszpecony ospą? Ileż dziękczynień winien ci jestem, o Boże! I ja mogłemsię ociągać do tej chwili z tym, aby rzucić moją nicość pod Twe stopy! Pychamoja chciała wierzyć, że to rozumowi ludzkiemu zawdzięczam ocalenie odSzpilbergu, który już się otwierał, aby mnie pochłonąć!

Fabrycy spędził jeszcze godzinę w tym roztkliwieniu, w obliczu niezmierzonej dobroci Boga. Nie słyszał nadchodzącego Lodovica, który stanął nawprost niego. Fabrycy, który miał czoło ukryte w dłoniach, podniósł głowę;wierny sługa ujrzał łzy spływające mu po policzkach.

— Wróć za godzinę — rzekł Fabrycy dość oschle.

Lodovico wybaczył ton przez wzgląd na zbożną pobudkę. Fabrycyodmówił kilka razy siedem psalmów pokutnych, które umiał na pamięć;zatrzymał się długo przy wersetach mających związek z jego położeniem.

Fabrycy prosił Boga o przebaczenie za wiele rzeczy, ale co godne uwagi,nie przyszło mu na myśl liczyć pomiędzy swoje winy chęci zostaniaarcybiskupem jedynie dlatego, że Mosca jest ministrem; uważał, że tostanowisko oraz płynące zeń korzyści należą się bratankowi księżnej.Pragnął tego bez namiętności, to prawda, ale ostatecznie myślał o tym ściśletak samo jak o zostaniu ministrem lub generałem. Nie przyszło mu dogłowy, aby projekt księżnej mógł dotyczyć jego sumienia. Jest to znamiennyrys tego rodzaju religii, jaką winien był wychowaniu mediolańskich jezuitów. Ta religia odejmuje śmiałość myślenia o rzeczachniezwyczajnych; zabrania zwłaszcza samodzielnego dociekania jako najokropniejszego grzechu: jest to krok ku protestantyzmowi! Aby wiedzieć, czym, się zgrzeszyło, trzeba spytać spowiednika lubodczytać listę grzechów, jaka się znajduje w dziełach pod tytułem Przygotowanie do sakramentu pokuty. Fabrycy umiał na pamięć listę grzechów,której nauczył się po łacinie w Akademii Duchownej w Neapolu. Toteż,odmawiając tę listę, doszedłszy do morderstwa, obwinił się szczerze przed Bogiem, że zabił człowieka, ale w obronie życia. Przebiegł szybko, niezwracając na nie najmniejszej uwagi, artykuły tyczące symonii (uzyskania za pieniądze godności duchownych). Gdyby mu zaproponowano, abydał sto ludwików za to, by zostać wielkim wikariuszem arcybiskupa Parmy,odepchnąłby tę myśl ze zgrozą; ale mimo że nie zbywało mu inteligencji anilogiki, nie przyszło mu na myśl, iż wpływy hrabiego Mosca, obrócone tu najego korzyść, były symonią. Oto tryumf jezuickiego wychowania:włożyć człowieka do tego, aby nie zwracał uwagi na rzeczy jaśniejsze niżdzień. Francuz, wychowany w atmosferze interesowności i ironii paryskiej,mógłby snadnie winić Fabrycego o obłudę, w chwili gdy nasz bohaterotwierał duszę Bogu zupełnie szczerze i z najgłębszym wylaniem.

Nim Fabrycy opuścił kościół, przygotował się do spowiedzi, do którejchciał przystąpić nazajutrz; zastał Lodovica na stopniach kamiennegoperystylu wznoszącego się na wielkim placu przed fasadą Świętego Petroniusza. Jak po burzy powietrze staje się czystsze, tak dusza Fabrycego byłaspokojna, szczęśliwa i jakby odświeżona.

— Mam się bardzo dobrze, nie czuję już prawie ran — rzekł, zbliżając siędo Lodovica — ale przede wszystkim muszę cię przeprosić; odpowiedziałemci szorstko, kiedy mnie zagadnąłeś w kościele: robiłem rachunek sumienia.A więc, jak stoją sprawy?

— Najlepiej: nająłem mieszkanie, co prawda, niezbyt godne WaszejEkscelencji, u żony jednego z moich przyjaciół, ładnej i będącej w bliskichstosunkach z jednym z najlepszych agentów policji. Jutro pójdę oświadczyć,że nam skradziono paszporty; deklarację tę wezmą za dobrą monetę,opłacę tylko porto listu, który policja wyśle do Casal-Maggiore, aby siędowiedzieć, czy istnieje w tej gminie niejaki Lodovico San Micheli,posiadający brata imieniem Fabrycy, w służbach księżnej Sanseverinaw Parmie. Wszystko skończone, siamo a cavallo. (Przysłowie włoskie:jesteśmy ocaleni.)

Fabrycy spoważniał; poprosił Lodovica, aby zaczekał chwilę, wrócił dokościoła niemal pędem i padł na kolana, całując kamienne płyty. „To cud, o Boże — wykrzyknął ze łzami — kiedyś ujrzał, że dusza moja skłonna jestwrócić na drogę obowiązku, ocaliłeś mnie. Wielki Boże! możebne, iżkóregoś dnia zabiją mnie w jakiejś przygodzie: pamiętaj w chwili mejśmierci o stanie, w jakim dusza moja znajduje się w tej chwili.” W uniesieniu radości Fabrycy odmówił na nowo siedem psalmów. Nim wyszedł,zbliżył się do staruszki siedzącej koło posągu Matki Boskiej, obok żelaznego trójkąta ustawionego pionowo na nóżce z tego samego metalu. Brzegitrójkąta były najeżone mnóstwem gwoździków, przeznaczonych na świece,które wierni zapalają przed sławną Madonną Cimabuego. W chwili gdyFabrycy się zbliżył, płonęło tylko siedem świec; wraził sobie w pamięć tęokoliczność z intencją zastanowienia się nad nią później.

— Po czemu świece? — spytał kobiety.

— Po dwa bajoki sztuka.

W istocie były nie grubsze od gęsiego pióra i nie miały ani stopy długości.

— Ile można jeszcze umieścić świec na tym trójkącie?

— Sześćdziesiąt trzy, bo siedem już się pali.

„A — powiedział sobie Fabrycy — sześćdziesiąt trzy a siedem czynisiedemdziesiąt: trzeba to zapamiętać.” Zapłacił za świece, sam umieściłi zapalił siedem pierwszych, po czym ukląkł, aby dopełnić ofiary, i rzekł,wstając, do staruszki:

To za otrzymaną łaskę.

— Umieram z głodu — rzekł Fabrycy do Lodovica, wracając.

— Nie chodźmy do szynkowni, ale do mieszkania; gospodyni kupi panu,co trzeba, ściągnie przy tym ze dwadzieścia su i będzie tym życzliwiejnastrojona.

— Czyli że miałbym umierać z głodu godzinę dłużej — rzekł Fabrycy,śmiejąc się z dziecięcą pogodą; wszedł do gospody obok Świętego Petroniusza. Ku swemu najwyższemu zdumieniu przy sąsiednim stole ujrzał Pepego,zaufanego pokojowca ciotki, tego samego, który niegdyś przybył na jegospotkanie do Genewy. Fabrycy dał mu znak, aby milczał, po czym zjadłszyszybko śniadanie, wstał z uśmieszkiem szczęścia na ustach; Pepe udał się zanim i po raz trzeci bohater nasz wszedł do Świętego Petroniusza. Przezdyskrecję Lodovico zatrzymał się na placu.

— Boże mój, Wasza Dostojność! Jakże rany? Księżna pani jest straszliwie niespokojna: cały jeden dzień myślała, że pan nie żyje, opuszczony najakiej wysepce; natychmiast wyślę do jaśnie pani posłańca. Szukam pana odsześciu dni, trzy dni spędziłem w Ferrarze, goniąc po oberżach.

— Masz dla mnie paszport?

— Mam trzy rozmaite: jeden z nazwiskiem i tytułami Waszej Ekscelencji; drugi jedynie z nazwiskiem, a trzeci na fałszywe nazwisko Józefa Bossi;każdy paszport podwójny, wedle tego, czy Wasza Ekscelencja zechceprzybyć z Florencji, czy z Modeny. Chodzi jedynie o podjęcie małejprzechadzki za miasto. Pan hrabia radziłby jaśnie panu zamieszkać w gospodzie „Del Pelegrino”, której gospodarz jest jego przyjacielem.

Fabrycy, idąc jak gdyby bez celu, wszedł w prawą nawę, aż do miejsca,gdzie płonęły świece; wlepił oczy w Madonnę Cimabuego, po czym ukląkł,mówiąc do Pepego:

— Muszę złożyć dzięki.

Pepe poszedł za jego przykładem. Gdy wychodzili z kościoła, Pepezauważył, że Fabrycy daje dwadzieścia franków ubogiemu, który pierwszypoprosił go o jałmużnę; żebrak jął wydawać okrzyki wdzięczności, któreściągnęły litościwej osobie na kark chmarę nędzarzy, ozdabiających staleplac Świętego Petroniusza. Wszyscy chcieli mieć swój udział w owymnapoleonie. Kobiety, zwątpiwszy, aby zdołały przebić ciżbę, która utworzyła się koło pieniądza, rzuciły się na Fabrycego, wmawiając weń krzykliwie,że on rzucił owego napoleona po to, aby podzielono między wszystkich.Pepe, wymachując laską o złotej gałce, nakazał im, aby zostawili JegoEkscelencję w spokoju.

— Och, Ekscelencjo — podjął chór bab dyszkantem — wyrzućcie teżzłotego napoleona dla biednych kobiet!

Fabrycy przyśpieszył kroku, kobiety biegły za nim krzycząc, zbiegło sięmnóstwo żebraków z sąsiednich ulic, robiło to wrażenie jakiegoś buntu.Cały ten tłum, ohydnie brudny i rozjadły, krzyczał: Ekscelencjo!

Fabrycy uwolnił się z trudem; scena ta ściągnęła jego wyobraźnię na ziemię.

— Mam tylko to, na com zasłużył — rzekł — otarłem się o motłoch.

Dwie kobiety ścigały go aż do bram miasta; Pepe zatrzymał je, grożąclaską i rzucając im nieco grosiwa. Fabrycy wstąpił na urocze wzgórze SanMichele in Bosco, obszedł część miasta poza murami, skręcił w małą dróżkę,wyszedł o pięćset kroków dalej na gościniec florencki, po czym wrócił doBolonii i oddał poważnie urzędnikowi policji paszport, w którym jegorysopis oznaczono dokładnie. Paszport ten mienił go Józefem Bossi,studentem teologii. Fabrycy zauważył plamkę czerwonego atramentu,strzepniętą niby przypadkiem, u dołu w prawym rogu. W dwie godzinypóźniej miał szpiega na karku z przyczyny tytułu Ekscelencji, jaki jego towarzysz dał mu wobec żebraków pod Świętym Petroniuszem,podczas gdy paszport nie zawierał nic, co by dawało prawo do tego tytułu.

Fabrycy ujrzał szpiega i drwił zeń w duchu; nie myślał już o paszporcie anio policji, bawił się wszystkim jak dziecko. Pepe, który miał rozkaz zostaćprzy nim, widząc, że Fabrycy bardzo jest rad z Lodovica, wolał sam zanieśćksiężnej tak dobrą nowinę. Fabrycy napisał dwa długie listy do osób, któremu były drogie; po czym przyszło mu do głowy napisać trzeci, do czcigodnego arcybiskupa. List ten wywarł cudowny skutek: zawierał ścisły opis walkiz Gilettim. Dobry arcybiskup, rozczulony, nie omieszkał odczytać listuksięciu, który raczył go wysłuchać, dość ciekawy, w jaki sposób młodymonsignore zdoła usprawiedliwić tak potworne morderstwo. Dzięki licznym przyjaciołom margrabiny Raversi książę wraz z całym miastem sądził,że Fabrycy użył dwudziestu czy trzydziestu chłopów, aby zatłuc aktorzynę,który odważył się walczyć z nim o Marietę. Na despotycznym dworze ladaintrygant rozrządza prawdą, jak moda rozrządza nią w Paryżu.

— Ależ, u diaska — mówił książę do arcybiskupa — takie rzeczy załatwiasię przez kogoś drugiego; nie ma zwyczaju robić tego samemu. Przy tymtakiego aktorzyny jak Giletti nie zabija się: kupuje się go po prostu.

Fabrycy nie domyślał się ani trochę tego, co się działo w Parmie.Faktycznie chodziło o to, czy śmierć tego komedianta, który za życiazarabiał trzydzieści dwa franki miesięcznie, sprowadzi upadek ministeriumultra oraz głowy jego, hrabiego Mosca.

Dowiedziawszy się o śmierci Gilettiego, książę, podrażniony tonami,jakie sobie nadawała pani Sanseverina, kazał generalnemu poborcy Rassiemu traktować cały proces tak, jakby chodziło o liberała. Fabrycy znowużsądził, że człowiek jego urodzenia jest ponad prawem; nie brał w rachubętego, że w kraju, gdzie wielkie nazwiska nie są nigdy karane, intryga możewszystko, nawet przeciw nim. Mówił często do Lodovica o swej niewinności, którą rychło uznają urzędowo; głównym jego argumentem było, że niejest winny. Na co Lodovico odparł pewnego razu:

— Nie rozumiem, po co Wasza Ekscelencja przy takim rozumie i wykształceniu mówi takie rzeczy mnie, który jestem wiernym sługą. WaszaEkscelencja jest zbyt ostrożny; takie rzeczy dobre są, aby je mówićpublicznie albo przed sądem.

„Ten człowiek uważa mnie za mordercę, mimo to kocha mnie nie mniej”— rzekł sobie Fabrycy, spadając z obłoków.

W trzy dni po wyjeździe Pepego zadziwił się, otrzymując olbrzymi list zapieczętowany jedwabnym sznurkiem, jak za Ludwika XIV, i zaadresowany do „Jego Ekscelencji przewielebnego Monsignore Fabrycego delDongo, pierwszego wielkiego wikariusza diecezji parmeńskiej, kanonika”itd.

„Czy ja jestem jeszcze tym wszystkim?” — rzekł do siebie, śmiejąc się.

List arcybiskupa był arcydziełem logiki i jasności; liczył nie mniej niżdziewiętnaście wielkich stronic i opowiadał wiernie wszystko, co się zdarzyło w Parmie po śmierci Gilettiego.

Armia francuska, idąca na miasto pod dowództwem marszałka Neya, niesprawiłaby większego wrażenia — pisał dobry arcybiskup. — Z wyjątkiempani Sanseverina i mnie wszyscy myślą, drogi synu, że dla kaprysu zabiłeśaktora Gilettiego. Gdyby ci się zdarzyło to nieszczęście, to są rzeczy, któremożna uciszyć dwustoma ludwikami i zniknięciem na pół roku, ale intrygantka Raversi chce tą bronią obalić hrabiego Mosca. Publiczność potępia w twojej sprawie nie ohydny grzech morderstwa, ale jedynie tęniezręczność lub raczej to zuchwalstwo, że nie raczyłeś się uciec dopomocy bulo (rodzaj podrzędnego zbira). Przytaczam ci wiernie rozmowy,jakie słyszę dokoła; bo od czasu tej nieszczęsnej doby obchodzę co dni trzynajznaczniejsze domy, aby cię bronić. I nie sądzę, abym kiedy uczynił godniejszy użytek z odrobiny wymowy, jakiej niebo raczyło mi użyczyć.

Łuska spadła z oczu Fabrycego; listy księżnej, pełne czułości, nie zniżałysię nigdy do faktów. Księżna przysięgała mu, że opuści Parmę na zawsze,o ile on rychło tryumfalnie nie wróci.

Hrabia uczyni dla ciebie — pisała w liście, który otrzymał wraz z listamiarcybiskupa — co w ludzkiej mocy. Co do mnie, zmieniłeś cały mój charaktertą awanturą; stałam się skąpa jak bankier Tombone; odprawiłam wszystkich robotników; więcej jeszcze: podyktowałam hrabiemu inwentarz megomajątku, który okazał się o wiele skromniejszy, niż przypuszczałam. Pośmierci kochanego Pietranera (którego, nawiasem mówiąc, raczej powinieneś był pomścić zamiast narażać życie z takim Gilettim!) zostałam z tysiącem dwustoma funtami renty i pięciu tysiącami długu; przypominam sobiemiędzy innymi, że miałam półtrzecia tuzina białych safianowych paryskichpantofelków, a tylko jedną parę trzewików na ulicę. Jestem prawie zdecydowana wziąć trzysta tysięcy franków, które mi zostawił mój małżonek, a które chciałam obrócić na wzniesienie mu wspaniałego grobowca.Zresztą to margrabina Raversi jest główną twoją — to znaczy moją —nieprzyjaciółką; jeśli się będziesz nudził w Bolonii, powiedz słowo, a przyjadę. Przesyłam ci cztery nowe przekazy itd., itd.

Księżna nie pisała Fabrycemu ani słowa o opinii panującej w Parmie codo jego sprawy; chciała go przede wszystkim pocieszyć, a w każdym razieśmierć takiego Gilettiego nie wydawała się czymś, z czego by można czynićpoważny zarzut panu del Dongo. „Iluż takich Gilettich przodkowie nasiwyprawili na tamten świat — mówiła do hrabiego — a nikomu do głowy nieprzyszło wytaczać im procesów!”

Fabrycy, mocno zdziwiony i pierwszy raz pojmujący istotny stan rzeczy,zaczął studiować list arcybiskupa. Nieszczęściem i sam arcybiskup uważałgo za bardziej świadomego, niż był w istocie. Fabrycy zrozumiał, żenajwiększym atutem margrabiny Raversi jest brak naocznego świadkanieszczęsnej walki. Lokaj, który pierwszy przyniósł tę wiadomość doParmy, znajdował się w oberży w Sanguigna wówczas, gdy walka siętoczyła; Maneta i rzekoma jej matka znikły. W dodatku margrabinaprzekupiła vetturina, tak iż zeznania jego brzmiały fatalnie.

Mimo że dochodzenia otoczone są najgłębszą tajemnicą — pisał dobryarcybiskup swoim cycerońskim stylem — i prowadzone przez Rassiego,o którym jedynie chrześcijańska miłość bliźniego nie pozwala mi się źlewyrazić, ale który zrobił karierę tropiąc nieszczęsne ofiary jak pies myśliwski, mimo iż Rassiemu, powiadam, o którego bezeceństwie i przedajnościnie możesz mieć wyobrażenia, powierzył starania o ten proces rozgniewanywładca, zdołałem przejrzeć trzy zeznania woźnicy. Szczęściem iście niesłychanym nędznik ów przeczy sobie. I dodam sam, ponieważ mówię do megogeneralnego wikariusza, do tego, który ma być po mnie arcypasterzem, iżposłałem po proboszcza parafii, w której mieszka ów zbłąkany grzesznik.Powiem ci. bardzo ukochany synu, ale pod tajemnicą spowiedzi, że tenproboszcz zna już za pośrednictwem żony vetturina sumę, jaką ów otrzymałod margrabiny Raversi; nie śmiałbym twierdzić, iż margrabina zażądała odniego, aby cię spotwarzył, ale rzecz zdaje się prawdopodobna. Pieniądzewręczył mu ów nieszczęsny ksiądz, który pełni mało godne funkcje przyosobie margrabiny i którego zmuszony byłem po raz drugi zawiesić w funkcjach kapłańskich. Nie będę cię nużył opowiadaniem innych starań,których mogłeś się po mnie spodziewać i które zresztą wchodzą w zakres,moich obowiązków. Pewien kanonik, zbyt zadufany niekiedy we wpływypłynące z jego rodowego majątku, którego zrządzeniem bożym zostałjedynym spadkobiercą, pozwolił sobie oświadczyć u hrabiego Zurla, ministra spraw wewnętrznych, że uważa tę drobnostkę za rzecz przesądzoną natwoją niekorzyść (mówił o zabiciu nieszczęśliwego Gilettiego). Kazałem gowezwać i wobec moich trzech generalnych wikariuszów, wobec megokapelana i dwóch księży, którzy znajdowali się w sali obok, poprosiłem, abynas, swoich braci, objaśnił, na jakiej podstawie nabrał tego przeświadczeniaobciążającego jednego z jego kolegów. Nieszczęśnik wybąkał jakieś błaheargumenty; wszyscy powstali przeciw niemu. Mimo że ja sam ograniczyłemsię do paru słów nagany, rozpłakał się i w naszej obecności przyznał się dobłędu, na co przyrzekłem mu tajemnicę w imieniu swoim oraz wszystkichosób obecnych przy tej konferencji, jednakże pod warunkiem, że przyłożysię jak najgorliwiej do prostowania fałszywych pojęć, jakie mógł w ciągutych dwóch tygodni wzbudzić swymi odezwaniami.

Nie będę ci powtarzał, drogi synu, tego, co musisz wiedzieć od dawna, tojest, że z trzydziestu czterech chłopów ryjących ziemię z polecenia hrabiegoMosca (pani Raversi twierdzi, że opłaciłeś ich, aby ci pomagali w zbrodni!)trzydziestu dwóch było w głębi rowu zajętych pracą wówczas, kiedychwyciłeś za nóż myśliwski, aby bronić własnego życia przeciw człowiekowi,który cię napadł znienacka. Dwaj, którzy nie byli w rowie, zaczęli krzyczećna innych: Mordują jaśnie pana! Sam ten krzyk ukazuje twojąniewinność w pełnym blasku. Otóż generalny poborca Rassi twierdzi, że cidwaj ludzie znikli; co więcej, odnaleziono ośmiu z tych ludzi, którzy byliw rowie; w pierwszym przesłuchaniu sześciu oświadczyło, że słyszeli krzyk:Mordują jaśnie pana! Wiem pośrednią drogą, że na piątymprzesłuchaniu, wczoraj wieczór, pięciu oznajmiło, że nie pamiętają dobrze,czy słyszeli wprost ten okrzyk, czy też opowiadał im to któryś z kamratów.Wydano rozkazy, aby mnie powiadomiono o miejscu zamieszkania tychrobotników; tamtejszy proboszcz pouczy każdego z nich, że gubią duszę,jeżeli za kilka talarów posuwają się do gwałcenia prawdy.

Jak widzimy, zacny arcybiskup wchodził w najdrobniejsze szczegóły. Poczym pisał jeszcze po łacinie:

Sprawa ta jest po prostu próbą obalenia ministerium. Jeśli cię skażą,mogą cię skazać jedynie na galery lub na śmierć, wówczas wkroczę ja,oświadczając z wysokości arcybiskupiego stolca, że wiem, iż jesteś niewinny, żeś bronił po prostu życia przeciw rozbójnikowi i że zabroniłem ciwracać do Parmy, póki twoi wrogowie będą górą; gotów jestem nawetnapiętnować, jak na to zasługuje, generalnego poborcę; nienawiść do tegoczłowieka jest równie powszechna, jak uznanie dla jego charakteru rzadkie. Ale bądź co bądź, w wilię dnia, w którym ów człowiek wyda takniesprawiedliwy wyrok, księżna Sanseverina opuści miasto, a może i kraj:w takim razie nie ulega wątpliwości, że hrabia poda się do dymisji.Wówczas, bardzo prawdopodobnie, generał Fabio Conti obejmuje ministerium i margrabina Raversi zwycięża. Najnieszczęśliwsze w twojej sprawiejest, że żaden człowiek z głową nie zajął się tym, aby wydobyć na jaw twąniewinność i udaremnić próby zniewolenia świadków. Hrabia niby spełnia to zadanie, ale on jest zbyt wielki pan, aby zstępować do pewnychszczegółów; co więcej, jako minister policji musiał wydać w pierwszej chwilinajsurowsze rozkazy przeciw tobie. Wreszcie — mamże wyznać — naszdostojny władca wierzy w twoją winę lub bodaj udaje, że wierzy, i odnosi się dość niechętnie do tej sprawy.

(Wyrazy: dostojny władca oraz udaje, że wierzy, były pogrecku. Fabrycy powziął najwyższą cześć dla arcybiskupa za to, że odważyłsię je napisać. Wyciął ten ustęp scyzorykiem i zniszczył go natychmiast.

Fabrycy dwadzieścia razy przerywał czytanie, poruszały nim uczucianajwyższej wdzięczności; odpisał natychmiast listem na osiem stronic.Często musiał podnosić głowę, aby łzy nie spadły mu na papier. Nazajutrz,kiedy miał pieczętować list, ton jego wydał mu się zbyt światowy. „Napiszępo łacinie — powiedział sobie — to będzie przyzwoiciej wobec zacnegoarcybiskupa.” Ale siląc się kleić sążniste zdania w stylu Cycerona, przypomniał sobie, że raz arcybiskup, mówiąc o Napoleonie, nazwał go ostentacyjne Buonapartem: w jednej chwili pierzchło rozczulenie, które w wilięwzruszało Fabrycego do łez... „O królu Włoch! — wykrzyknął — tyluprzysięgało ci wierność za życia, ja ci jej dochowam po śmierci. Kocha mnie,niewątpliwie, ale dlatego, że jestem del Dongo, a on mieszczański syn. Aby nie zmarnować swego pięknego listu po włosku, Fabrycy zmienił toi owo i zaadresował go do hrabiego Mosca.

Tegoż samego dnia Fabrycy spotkał na ulicy Marietę; zaczerwieniła się zeszczęścia i dała mu znak, aby szedł za nią z dala. Weszła szybko do pustejbramy; tam ściągnęła jeszcze czarną koronkę, która wedle miejscowejmody okrywała jej głowę, tak że nie można było jej poznać; po czym,odwróciwszy się szybko; rzekła:

— Jak to być może, że pan tak swobodnie chodzi po mieście?

Fabrycy opowiedział jej swoje dzieje.

— Wielki Boże! był pan w Ferrarze! Ja pana tam tak szukałam! Wie pan,pokłóciłam się ze starą, bo chciała mnie zawieźć do Wenecji, a ja wiedziałam, że pan tam nigdy nie pojedzie, skoro pan jest na czarnej liścieaustriackiej. Sprzedałam naszyjnik, aby się dostać do Bolonii, przeczuciemówiło mi, że pana spotkam; stara przybyła tu w dwa dni po mnie. Niezapraszam pana do nas; znów by pana nagabywała o pieniądze, wstyd mi zanią! Żyłyśmy bardzo dostatnio od owego nieszczęsnego dnia, co pan wie;nie wydałyśmy ani ćwierci tego, co pan jej dał. Nie chciałabym przychodzićdo pana do gospody „Del Pelegrino”, to by było zbyt widoczne. Niech siępan stara wynająć pokoik na odludnej ulicy; po Ave Maria (o zmierzchu)będę czekała tu, w tej bramie.

To rzekłszy, uciekła.

Rozdział trzynasty

Wszystkie poważne myśli poszły w niepamięć po nieoczekiwanymzjawieniu się miłej osóbki. Fabrycy pędził dni w Bolonii w radości i spokoju.Naiwna radość życia przebijała w listach jego do księżnej, aż zaczęło ją todrażnić. Fabrycy zaledwie to zauważył; zapisał jedynie skróconymi znakamina cyferblacie zegarka: „Kiedy piszę do K..., nie mówić nigdy: kiedybyłem prałatem, kiedy byłem duchowną osobą; to jądrażni.” Kupił dwa koniki, z których był bardzo rad (zaprzęgał je do najętejkarocy za każdym razem, kiedy Marieta chciała jechać za miasto; prawie cowieczór wiózł ją do wodospadu na Reno. Wracając, zatrzymywał sięu sympatycznego Crescentini, który się uważał po trosze za ojca Mariety.

„Na honor! jeśli to jest owo życie kawiarniane, które mi się wydawało takpłaskie dla człowieka z charakterem, niesłusznie nim gardziłem” — mówiłsobie Fabrycy. Zapomniał, że chodził do kawiarni jedynie po to, aby czytać,,Constitutionnel”, i że ponieważ był w Bolonii zupełnie nie znany, próżność nie grała żadnej roli w jego szczęściu. Kiedy nie był z Marietą,widywano go w Obserwatorium, gdzie słuchał kursu astronomii; profesorpolubił go bardzo, a Fabrycy pożyczał mu w niedzielę koni, aby mógłparadować z żoną na Corso Montagnola.

Nie mógł znieść myśli, aby jakaś istota, choćby najmniej godna szacunku,miała przez niego cierpieć. Marieta bezwarunkowo nie chciała, aby sięspotkał ze starą; ale pewnego dnia, kiedy Marieta była w kościele, zaszedłdo mammacji, która na jego widok zaczerwieniła się z gniewu. „Oto chwila,aby zagrać pana del Dongo” — pomyślał Fabrycy.

— Ile Marieta pobiera miesięcznie, kiedy jest w teatrze? — wykrzyknąłz ową miną, z jaką szanujący się młody człowiek wchodzi w Paryżu nabalkon do „Bouffes”.

— Pięćdziesiąt talarów.

— Kłamiesz jak zawsze; gadaj prawdę lub, jak mi Bóg miły, nie ujrzyszni centyma.

— A więc zarabiała dwadzieścia dwa talary w Parmie, gdy miałyśmynieszczęście pana poznać; ja zarabiałam dwanaście, każda z nas oddawałatrzecią część Gilettiemu, naszemu protektorowi. Z tego, mniej więcej co miesiąc, Giletti kupował Mariecie jakiś prezent wartości dwóch talarów.

— Jeszcze kłamiesz: ty pobierałeś jedynie cztery talary. Ale jeżelibędziesz dobra dla Mariety, zaangażuję cię, jak gdybym był impresariem;co miesiąc dostaniesz dwanaście talarów dla siebie i dwadzieścia dwa dlaniej. Jeśli ją ujrzę z czerwonymi oczami, bankrutuję.

— Bawi się pan w dobrodzieja: otóż wiedz pan, że cała ta pańska hojnośćtylko nas rujnuje — odparła stara z wściekłością — tracimy avviamento(klientelę). Kiedy będziemy miały nieszczęście postradać łaski WaszeEkscelencji, wyjdziemy zupełnie z obiegu, wszystkie trupy będą w komplecie, nie znajdziemy miejsca i przez pana zginiemy z głodu.

— Idź do diabła! — rzekł Fabrycy, oddalając się.

— Nie pójdę do diabła, plugawy bezbożniku! ale po prostu na policję,która się dowie, że pan jest monsignore, który powiesił sutannę na kołkui że się pan nazywa Józef Bossi tyle co i ja.

Fabrycy, który już wychodził, wrócił.

— Po pierwsze, policja lepiej wie od ciebie, jak ja się naprawdę nazywam; ale jeśli się poważysz mnie zadenuncjować, jeśli się dopuścisz tegołajdactwa — rzekł poważnie — Lodovico pomówi z tobą i nie sześć pchnięćnożem otrzymają twoje stare gnaty, ale dwa tuziny, i znajdziesz się na półroku w szpitalu bez tabaki.

Stara zbladła i rzuciła się do rąk Fabrycego, aby je ucałować.

— Przyjmuję z wdzięcznością los, jaki pan nam zapewnia. Wygląda pantak poczciwie, że brałam pana za dudka. Niech pan pomyśli, że inni mogąpopełnić tę omyłkę; radzę panu nosić się bardziej z pańska. — Po czymdodała z cudownym bezwstydem: — Niech się pan dobrze zastanowi nad tąradą, że zaś zbliża się zima, sprawi pan Mariecie i mnie dwie ciepłe sukienkiz pięknej angielskiej materii, którą widziałam u grubego kupca na placuŚwiętego Petroniusza.

Miłość ślicznej Mariety miała dla Fabrycego wszystkie uroki najtkliwszejprzyjaźni, co nasuwało mu myśl o podobnym szczęściu obok księżnej.

„Ale czy to nie jest zabawne — powiadał sobie — że ja nie jestem zdolny dotego wyłącznego i namiętnego oddania, które ludzie zwą miłością? Wśródprzygodnych miłostek w Nowarze lub w Neapolu czyż spotkałem kiedykobietę, której towarzystwo, nawet w pierwszych dniach, byłoby dla mniebardziej nęcące niż przejażdżka na ładnym nie znanym koniu? To, conazywają miłością — dodał — byłożby to także kłamstwo? Bez wątpieniakocham tak, jak mam apetyt w porze obiadowej! Czyżby owa pospolita skłonność była tym, z czego ci kłamcy ulepili miłość Otella, miłośćTankreda? Lub mamże mniemać, że jestem inaczej stworzony niż inniludzie? Duszy mojej miałoby brakować jednej namiętności, i czemu? Tobyłby osobliwy los!”

W Neapolu, zwłaszcza w ostatnich czasach, Fabrycy spotykał kobiety,które — pyszne swym urodzeniem, pięknością i pozycją swoich porzuconychdlań wielbicieli — próbowały go tyranizować. Spostrzegłszy taki zamiar,Fabrycy zrywał natychmiast, szybko i rozgłośnie. „Otóż — powiadał sobie jeżeli kiedy dam się uwieść pokusie, zresztą bardzo nęcącej, tkliwszychstosunków z tą uroczą istotą, którą mienią księżną Sanseverina, postąpięjak jak ów lekkomyślny Francuz, który zabił złotodajną kurę. Księżnejwinien jestem jedyne szczęście, jakiego zakosztowałem; przyjaźń jej tomoje życie; a zresztą, czym ja jestem bez niej? Biednym wygnańcemzmuszonym do wegetacji w zrujnowanym zamku koło Nowary. Przypominam sobie, jak w czasie słot jesiennych musiałem rozpinać parasol nadłóżkiem. Jeździłem na koniach ojcowskiego plenipotenta, który cierpiał toprzez wzgląd na moją błękitną krew (moje wysokie urodzenie), alektóremu pobyt mój zaczynał się dłużyć; ojciec wyznaczył mi pensję tysiącadwustu franków i uważał, że gubi duszę, dając jeść jakobinowi. Biednamatka i siostry oszczędzały na sukniach, aby mi dać możność zrobieniaczasem drobnego podarku moim kochankom. Ta wspaniałomyślność mniegnębiła. Co więcej, zaczynano się domyślać mojej nędzy, okoliczna młodzież patrzyła na mnie z politowaniem. Wcześniej czy później dudek jakiśdałby wyraz swej wzgardzie dla jakobina, biedaka i niedołęgi; tym bowiemtylko byłem w oczach tych ludzi, byłbym się wplątał w pojedynek, który bymnie zawiódł do twierdzy Fenestrelle, lub musiałbym znów uciekać doSzwajcarii, wciąż z tysiąc dwustoma frankami pensji. Księżnej zawdzięczamocalenie ze wszystkich tych niedoli; co więcej, ona ma dla mnie całą tętkliwą przyjaźń, jaką ja powinienem bym czuć dla niej.

Zamiast tego śmiesznego i płaskiego życia, które byłoby ze mnie zrobiłomelancholika i głupca, żyję od czterech lat w dużym mieście, mamdoskonały powóz, co mi oszczędza prowincjonalnej zawiści i małostek,luba cioteczka łaje mnie zawsze, że nie dość korzystam z otwartej kasybankiera. Mamże na zawsze zniweczyć tę rozkoszną pozycję? Stracićjedyną przyjaciółkę, jaką mam na świecie? Wystarczy kłamstwo,wystarczy powiedzieć tej kobiecie uroczej, może jedynej w świecie, dlaktórej mam najżywszą przyjaźń: kocham cię, ja, który nie wiem, co to jest kochać istotną miłością! Bez ustanku wymawiałaby mi brak owych uniesień, które mi są nie znane. Przeciwnie, Marieta, która nie czyta w mym sercu i która bierze pieszczoty za wylewy duszy, sądzi, że szaleję z miłości, ii uważa się za najszczęśliwszą z kobiet.

W rzeczywistości ów tkliwy poryw, który zowią podobno miłością,poznałem po trosze jedynie przy młodej Aniken w gospodzie opodalbelgijskiej granicy.”

Z żalem przyjdzie nam tu opowiedzieć jeden z najgorszych postępkówFabrycego; wśród tego spokojnego życia nędzny wyskok próżności zawładnął owym sercem, tak opornym na miłość, i zaprowadził go bardzo daleko.

Równocześnie z nim znajdowała się w Bolonii słynna Fausta F..., bezwątpienia jedna z pierwszych śpiewaczek naszej epoki i najkapryśniejszaistota, jaka istniała. Znakomity poeta Buratti z Wenecji ułożył na nią ówsłynny satyryczny sonet znajdujący się wówczas na ustach zarówno książąt,jak uliczników.

„Chcieć i nie chcieć, ubóstwiać i nienawidzić, znajdować szczęściew niestałości, gardzić tym, co świat cały wielbi — oto, jakie wady ma Fausta, i wiele innych jeszcze. Unikaj tego węża. Skoro ją ujrzysz, niebaczny, zapomnisz o jej kaprysach. Jeśli będziesz miał szczęście ją usłyszeć,zapomnisz o sobie i miłość wnet zrobi z ciebie to, co Cyrce zrobiła niegdyśz towarzyszy Ulissesa”.

W tej chwili ów cud piękności był pod urokiem ogromnych bokobrodów ii pańskiej arogancji młodego hrabiego M..., tak że nie raziła jej nawet jegoszpetna zazdrość. Fabrycy widywał hrabiego na ulicy; drażniła go minawyższości, z jaką panoszył się na ulicy i z jaką raczył obnosić swoje wdzięki.Ów młody człowiek był bardzo bogaty, sądził, że mu wszystko wolno, że zaśjego prepotenza ściągnęła nań pogróżki, nigdy nie pokazywał się inaczej niżw otoczeniu dziesiątka buli (zbirów) odzianych w jego barwy, którychsprowadził ze swego majątku w Brescji. Spojrzenia Fabrycego spotkały sięparę razy z oczami straszliwego panka, kiedy traf pozwolił mu usłyszećsłynną Faustę. Zdumiała go anielska słodycz tego głosu; nie wyobrażałsobie nic podobnego: zawdzięczał jej najwyższe wzruszenia, stanowiące bogaty kontrast z letniością jego obecnego życia. „Byłażby to wreszciemiłość?” — powiadał sobie. Bardzo ciekaw poznać to uczucie, ubawionyzresztą myślą o zabawieniu się kosztem hrabiego M..., który spoglądał naludzi groźniej niż dobosz pułkowy, bohater nasz popełnił to dzieciństwo, iżzaczął się przechadzać zbyt często pod oknami pałacu Tanari, który hrabia wynajął dla Fausty.

Jednego dnia o zmroku, kiedy Fabrycy starał się zwrócić na siebie uwagęFausty, powitały go wyraźne śmiechy rębajłów hrabiego, stojących w progupałacu Tanari. Pobiegł do siebie, wziął broń i jeszcze raz przeszedł podpałacem. Fausta, ukryta za żaluzją, czekała tego powrotu i umiała go ocenić.M..., zazdrosny o cały świat, zaczął być osobliwie zazdrosny o Józefa Bossi, pod którego adresem słał pogróżki; w odpowiedzi na to, co rano bohaternasz przesyłał mu list zawierający jedynie te słowa:

Józef Bossi niszczy dokuczliwe robactwo, mieszka w „Pelegrino”, viaLarga nr 79.

Hrabia M..., przyzwyczajony do szacunku, jaki mu wszędzie zapewniałogromny majątek, błękitna krew i trzydziestu tęgich lokajów, niechciał zrozumieć wymowy tego bileciku.

Fabrycy pisywał i do Fausty; M... otoczył szpiegami tego rywala, którymoże umiał wzbudzić wzajemność; najpierw dowiedział się o tym, jak sięnaprawdę nazywa, a potem, że na razie nie może się pokazać w Parmie. Zakilka dni hrabia M..., jego buli, jego wspaniałe konie i Fausta — wszystkoruszyło do Parmy.

Fabrycy, podrażniony, pojechał za nimi nazajutrz. Daremnie go błagałpoczciwy Lodovico; Fabrycy posłał go do diabła, Lodovico zaś, sam bardzodzielny, był tym zachwycony; zresztą podróż ta zbliżała go do pięknejkochanki w Casal-Maggiore. Dzięki staraniom Lodovica ośmiu czy dziesięciu dawnych żołnierzy napoleońskich przystało do pana Józefa Bossiw charakterze służących. „Bylebym — powiadał sobie Fabrycy — czyniąc toszaleństwo, że jadę za Faustą, nie stykał się z ministrem policji, hrabiąMosca, ani z księżną, narażam jedynie siebie. Powiem później ciotce, żeszukałem miłości, owej uroczej rzeczy, której nie spotkałem nigdy. Fakt jest, że myślę o Fauście, nawet kiedy jej nie widzę... Ale czy to wspomnienie jej głosu kocham, czy osobę?” Nie myśląc już o karierze duchownej, Fabrycy zapuścił wąsy i bokobrody prawie równie straszliwe co u hrabiego M...; to go trochę odmieniło. Obrał kwaterę nie w Parmie — to byłoby zbytnieostrożnie — ale w sąsiedniej wiosce, w lasku przy drodze do Sacca, gdzieznajdował się pałacyk ciotki. W myśl rady Lodovica zameldował się w tejwiosce jako lokaj angielskiego magnata, wielkiego oryginała: magnat ów,wydający sto tysięcy franków rocznie na polowanie, miał niebawem przybyć znad Como, gdzie go zatrzymał połów pstrągów. Szczęściem pałacyk, któryhrabia M... wynajął dla pięknej Fausty, leżał na południowym krańcuParmy, właśnie na drodze do Sacca, a okna Fausty wychodziły na alejewysadzane wielkimi drzewami, rozciągające się pod wysoką wieżą cytadeli.Fabrycy nikogo nie znał w tej dzielnicy; śledził kroki hrabiego M...i pewnego dnia, gdy ten właśnie wyszedł od uroczej śpiewaczki, miał tozuchwalstwo, aby się pokazać na ulicy w biały dzień; co prawda nadoskonałym koniu i dobrze uzbrojony. Uliczni muzykanci (którzy bywająwe Włoszech wyborni) roztasowali się ze swymi gitarami pod oknamiFausty i pobrzękując odśpiewali kantatę na jej cześć. Fausta wyjrzałaoknem i zauważyła dwornego młodzieńca stojącego konno na środku ulicy:skłoniwszy się, zaczął ją prażyć niedwuznacznymi spojrzeniami. Mimoprzesadnego angielskiego kostiumu, jaki przywdział Fabrycy, poznałaniebawem autora namiętnych listów, które spowodowały jej wyjazd z Bolonii. „Szczególny człowiek — rzekła sobie — coś mi się zdaje, że go będękochała. Mam sto ludwików zapasu, mogę puścić kantem tego piekielnegohrabiego. Trzeba przyznać, że brak mu dowcipu i fantazji; jeżeli jest czasemzabawny, to jedynie dzięki straszliwym minom jego ludzi.”

Nazajutrz Fabrycy, dowiedziawszy się, że codziennie koło jedenastejFausta słucha mszy w mieście, w tym samym kościele Świętego Jana, gdziesię znajdował grobowiec jego stryjecznego dziadka, arcybiskupa Ascaniadel Dongo, ośmielił się iść za nią. Lodovico wystarał mu się o wspaniałąangielską perukę z włosem koloru najpiękniejszej czerwieni. Nawiązującdo koloru tych włosów, zarazem koloru płomieni, które palą jego serce,ułożył sonet, który Fauście wydał się czarujący; nieznana ręka porzuciła gona jej fortepianie. Oblężenie to trwało ledwie tydzień; ale Fabrycy uważał,iż mimo swych zabiegów nie czyni istotnych postępów: Fausta wzdragała sięgo przyjąć w domu. Przesadził w oryginalności; wyznała mu później, że sięgo bała. Fabrycego trzymała już tylko resztka nadziei, że dojdzie dopoznania tego, co nazywają miłością; ale często nudził się.

— Panie, jedźmy stąd — powtarzał Lodovico — pan nie jest zakochany;pański rozsądek i zimna krew są wprost rozpaczliwe. Zresztą pan nie robipostępów: przez prostą ambicję zmykajmy.

W pierwszej irytacji Fabrycy miał już odjechać, kiedy dowiedział się, żeFausta ma śpiewać u księżnej Sanseverina. „Może ten boski głos zdoła doreszty rozpłomienić moje serce” — powiadał sobie, i ośmielił się wśliznąćw przebraniu do tego pałacu, gdzie go wszyscy znali.

Można sobie wyobrazić wzruszenie księżnej, kiedy pod koniec koncertuzauważyła strzelca w liberii przy drzwiach do wielkiej sali: przypominał jejkogoś. Odszukała hrabiego Mosca, który dopiero wówczas zdradził jejniewiarygodne szaleństwo Fabrycego. Brał to wesoło. Ta miłość do innejbyła mu bardzo po myśli; hrabia, poza polityką człowiek nader delikatny,działał w myśl pewnika, że nie może sam znaleźć szczęścia, o ile księżna niebędzie szczęśliwa.

— Ocalę go przed nim samym — powiedział do przyjaciółki — pomyśl, coza radość dla wrogów, gdyby go uwięziono tutaj! Toteż mam tu z górą setkęswoich ludzi i dlatego poproszę cię o klucze od rezerwuarów wodnych.Obnosi się z szaloną miłością do Fausty i nie może jej wydrzeć hrabiemuM..., który stwarza tej wariatce królewską egzystencję.

Na twarzy księżnej odbiła się najżywsza boleść; Fabrycy był tedy jedynieurwisem niezdolnym do poważniejszego uczucia!

— I nie przyjść nas odwiedzić! Czy ja mu to kiedy przebaczę! — rzekławreszcie. — A ja pisuję do niego co dzień do Bolonii!

— Szanuję jego oględność — odparł hrabia — nie chce nas narazić swoimwybrykiem, a z pewnością opowie nam to bardzo zabawnie.

Fausta była zbyt postrzelona, aby umieć coś zmilczeć; nazajutrz pokoncercie, w czasie którego oczy jej przesyłały wszystkie arie rosłemustrzelcowi, wspomniała hrabiemu M... o nieznanym wielbicielu.

— Gdzie go widujesz? — spytał hrabia, wściekły.

— Na ulicy, w kościele — odparła Fausta, zmieszana.

Starała się naprawić swą nierozwagę lub bodaj usunąć wszystko, comogło przypominać Fabrycego: opisała bardzo obszernie młodego człowieka z rudymi włosami; ma niebieskie oczy; bez wątpienia to jakiś Anglikbardzo bogaty i niezręczny lub jakiś książę krwi. Na te słowa hrabia M...,który nie odznaczał się bystrością, uroił sobie (cóż za rozkosz dla jegopróżności!), że ów rywal to nie kto inny niż sam następca tronu Parmy. Tenbiedny melancholijny młodzieniec, strzeżony przez pięciu czy sześciuguwernerów, preceptorów etc., którzy odbywali za każdym razem naradę,nim pozwolili mu wyjść na ulicę, obejmował namiętnymi spojrzeniamiwszelką niebrzydką kobietę, do której wolno mu było się zbliżać. Nakoncercie u księżnej przypadło mu miejsce przed wszystkimi słuchaczami,na osobnym fotelu, o trzy kroki od pięknej Fausty, a sposób, w jaki na niąpatrzył, mocno podrażnił hrabiego M... To szaleństwo wyrafinowanejpróżności, aby mieć za rywala księcia krwi, ubawiło Faustę, która dla zabawki utwierdziła je za pomocą mnóstwa niby to naiwnie zdradzonychszczegółów.

— Czy twój ród — spytała hrabiego — jest równie stary co ród Famese, doktórego należy ten młody człowiek?

— Co ty pleciesz, równie stary? Ja nie mam bękartów w rodzinie.

Przypadek chciał, że hrabia M... nigdy nie mógł się dobrze przyjrzećmniemanemu rywalowi, co go utwierdziło w myśli, że ma księcia krwi zawspółzawodnika. W samej rzeczy, kiedy okoliczności nie wzywały Fabrycego do Parmy, spędzał czas koło Sacca, nad brzegami Padu. Hrabia M... było wiele dumniejszy, ale też i bardziej ostrożny, odkąd sądził, że trzeba muwalczyć o serce Fausty z osobą krwi monarszej; prosił ją bardzo poważnie,aby się zachowywała najoględniej. Rzuciwszy się do jej kolan, jak zazdrosny i namiętny kochanek, oświadczył wręcz, że kwestią jego honoru jest, abysię ona nie dała uwieść młodemu księciu.

— Pozwól, nie byłoby żadnego uwiedzenia, gdybym go kochała; niewidziałam nigdy panującego u swoich stóp.

— Jeśli ulegniesz — odparł wyniośle — może nie będę się mógł zemścić naksięciu, ale to pewna, że się zemszczę. — Rzekłszy to, wyszedł, trzaskającdrzwiami. Gdyby Fabrycy był w tej chwili pod ręką, wygrałby sprawę.

— Jeżeli dbasz o życie — rzekł hrabia wieczorem, żegnając się z nią poteatrze — staraj się, abym nigdy nie usłyszał, że młody książę dostał się dotwego domu. Nie mogę nic zrobić jemu, do kroćset! Ale nie każ mi pamiętaćo tym, że mogę wszystko zrobić tobie!

— O, mój miły Fabrycy — wykrzyknęła Fausta — gdybym wiedziała, gdziecię szukać!

Podrażniona próżność może daleko zaprowadzić człowieka bogategoi od kolebki otoczonego pochlebcami. Szczera namiętność, jaką hrabia M...żywił dla Fausty, zmieniła się w furię; nie wstrzymało go niebezpieczeństwowalki z jedynym synem monarchy, w którego państwie się znajdował;z drugiej strony, nie przyszło mu do głowy starać się zobaczyć tego księcialub bodaj go śledzić. Nie mogąc go dosięgnąć inaczej, M... próbował goośmieszyć. „Wygnają mnie na zawsze z Parmy — rzekł sobie — więc cóż,mniejsza!” Gdyby się starał rozpoznać pozycję nieprzyjaciela, hrabia byłbysię dowiedział, że biedny książę nie wychodzi nigdy bez eskorty kilkustarców, nudnych stróżów etykiety, i że jedyna dobrowolna przyjemność, jakiej mu dozwolono, to była mineralogia. W dzień i w nocy pałacyk Fausty,gdzie cisnęło się wykwintne towarzystwo parmeńskie, otoczony był przezciekawych; M... wiedział — godzinę po godzinie — co ona robi, a zwłaszcza,co robią inni w jej pobliżu. Zazdrośnik okazał się godny pochwały w tymjednym: owa tak kapryśna kobieta nie miała zrazu pojęcia o tej zdwojonejczujności. Raporty wszystkich agentów mówiły hrabiemu, że młody człowiek w rudej peruce zjawia się często pod oknami Fausty, ale wciąż w innymprzebraniu. „Oczywiście to młody książę — powiadał sobie M... — inaczej pocóż by się przebierał? Do paralusza! Człowiek taki jak ja nie może ustępować. Gdyby nie zamach republiki weneckiej, i ja byłbym panującym.”

W dniu świętego Stefana raporty szpiegów przybrały ciemniejszą barwę izdawały się wskazywać, że Fausta mile patrzy na zabiegi nieznajomego.Mogę natychmiast wyjechać z tą kobietą — powiadał sobie M... — ale cóż!Z Bolonii uciekłem przed del Dongiem, tutaj uciekłbym przed księciem!I co by powiedział ten młokos? Myślałby, że go się zląkłem! Do kroćset!jestem z równie dobrego domu co on. M... był wściekły; a na domiarniedoli starał się przede wszystkim nie narażać na drwiny Fausty, w raziegdyby okazał swą zazdrość. W dzień san Stefano tedy, spędziwszy z niągodzinę i przyjęty z serdecznością, która pachniała mu fałszem, pożegnał jąkoło jedenastej, w chwili gdy się wybierała na mszę do Św. Jana. Hrabia M...wrócił do siebie, włożył czarne wytarte ubranie studenta teologii, udał się dośw. Jana i przystanął za grobowcem zdobiącym trzecią kaplicę po prawej:widział wszystko w kościele pod ramieniem kardynała, którego posągklęczał na grobowcu; posąg ten nie dopuszczał światła do wnętrza kaplicy izasłaniał go wystarczająco. Niebawem ujrzał Faustę, piękniejszą niżkiedykolwiek; była paradnie wystrojona, a towarzyszyło jej dwudziestuwielbicieli z najwyższego towarzystwa. Radość jaśniała w jej oczach i na jejwargach. „Jasne jest — powiadał sobie nieszczęśliwy zazdrośnik — że onaspodziewa się tu zastać człowieka, którego kocha i którego od dawna może,dzięki mnie, nie mogła oglądać.” Naraz szczęście trysło z oczu Fausty.,,Rywal jest tuż” — powiadał sobie M... Podrażniona próżność sprawiała munieznośny ból. „Jakże ja wyglądam, dublując rolę książątka, które gdzieś tutkwi w przebraniu?” Ale mimo wysiłków nie zdołał odkryć rywala, któregodrapieżne jego oczy tropiły na wszystkie strony.

Co chwila Fausta, obiegłszy oczami cały kościół, zatrzymywała w końcubrzemienne miłością i szczęściem spojrzenie na ciemnym kącie, gdzie M...znajdował się w ukryciu. W sercu przejętym namiętnością miłość zdolna jest przecenić najlżejsze odcienie i tłumaczyć je najniedorzeczniej; biednyM... był w końcu przeświadczony, że Fausta go widzi; że mimo jegowysiłków, spostrzegłszy jego śmiertelną zazdrość, chce ją zganić i równocześnie pocieszyć tymi czułymi spojrzeniami!

Grobowiec kardynała, za którym M... się umieścił, wznosił się na kilkastóp nad marmurową posadzką kościoła. Msza dla modnisiów skończyła siękoło pierwszej, większość wiernych odeszła. Fausta odprawiła swoichgalantów pod pozorem modlitwy; osunęła się na klęcznik, oczy jej czulszei bardziej błyszczące zwróciły się ku M...; od czasu jak kościół się opróżnił,spojrzenia jej nie zadawały sobie tego trudu, aby obiegać cały kościół, nimprzystawały z upojeniem na posągu kardynała. „Cóż za delikatność” —powiadał sobie hrabia, myśląc, że ona na niego patrzy. Wreszcie Faustawstała i wyszła nagle, wykonawszy rękoma parę dziwnych ruchów.

M..., pijany miłością i prawie otrzeźwiony z szalonej zazdrości, opuściłswoje miejsce, aby biec do pałacu kochanki i dziękować jej tysiąc razy,kiedy — mijając grobowiec — spostrzegł młodego człowieka w czerni: tazłowroga postać klęczała wsparta o płytę, tak iż spojrzenia zazdrosnegokochanka mogły przechodzić nad jego głową i nie widzieć go.

Ów młody człowiek wstał i wyszedł szybko; natychmiast otoczyło gokilka dość szczególnych postaci, widocznie będących do jego rozkazów.M... rzucił się za nim, ale niby to przypadkiem ludzie chroniący jego rywalazatrzymali go w drewnianym kołowrocie przy wyjściu. Kiedy wreszciezdołał po nich wyjść na ulicę, ujrzał zamykające się drzwiczki niepozornejkolaski, która przez osobliwy kontrast zaprzężona była w dwa wspaniałekonie. W jednej chwili powóz znikł mu z oczu.

Wrócił do siebie, dysząc z wściekłości; niebawem przybyli jego szpiedzy, którzy donieśli mu z zimną krwią, że tego dnia tajemniczy kochanek,przebrany za kleryka, klęczał pobożnie, wsparty o grobowiec, przy wejściudo ciemnej kaplicy. Fausta została w kościele, aż się prawie zupełnieopróżniło, i wówczas wymieniła jakieś znaki z nieznajomym niby to czyniącznak krzyża. M... pobiegł do niewiernej; pierwszy raz nie mogła ukryćpomieszania. Opowiedziała z kłamliwą szczerością kobiecą, że jak zawszebyła u św. Jana, ale że nie spostrzegła tam człowieka, który ją prześladował.Na te słowa M..., nie panując nad sobą, potraktował ją jak ladacznicę,opowiedział wszystko, co widział na własne oczy, kiedy zaś śmiałość jejkłamstw rosła z żywością jego oskarżeń, chwycił sztylet i rzucił się na nią.Z najzimniejszą krwią Fausta rzekła:

— A więc wszystko co mi zarzucasz, jest prawdą, ale próbowałam ją kryć,aby cię nie podjudzić do szalonych planów zemsty, które mogłyby zgubićnas oboje; wiedz bowiem wreszcie, iż wedle moich domysłów, człowiek,który mnie prześladuje, niełatwo ścierpi jakikolwiek opór, przynajmniejw tym państwie. — Napomknąwszy bardzo zręcznie, iż ostatecznie on, M...,nie ma do niej żadnych praw, Fausta oświadczyła w końcu, że prawdopodobnie nie pójdzie już do św. Jana. M... był szalenie zakochany, w sercumłodej kobiety spryt zabarwił się może odcieniem zalotności, dość że uczułsię rozbrojony. Myślał o tym, aby opuścić Parmę; młody książę mimo całejswej potęgi nie mógłby podążyć za nim lub, gdyby to uczynił, stałby się jużtylko jemu równym. Ale duma nasunęła mu znowu, że ten wyjazdwyglądałby na ucieczkę: zabronił sobie myśleć o tym.

„Nie domyśla się istnienia mego złotego Fabrysia — powiadała sobieuszczęśliwiona śpiewaczka — teraz możemy zadrwić sobie z niego w najrozkoszniejszy sposób!”

Fabrycy nie odgadł swego szczęścia; znajdując nazajutrz okna śpiewaczki szczelnie zamknięte i nie widząc jej nigdzie, zaczął uważać, że zabawatrwa nieco długo. Miał wyrzuty. „W jakimż położeniu stawiam hrabiegoMosca, ministra policji! Wezmą go za mego wspólnika, przybyłem tutaj poto, aby zwichnąć jego karierę! Ale jeśli porzucę tak długo ścigany zamiar, copowie księżna, gdy jej opowiem swoje miłosne próby?”

Jednego wieczora, kiedy — gotów już poniechać wszystkiego — prawiłsobie te morały, błądząc pod wielkimi drzewami między pałacem Faustya cytadelą, Fabrycy zauważył, że idzie za nim szpieg bardzo małego wzrostu.Próżno chcąc się go pozbyć kołował po ulicach; wciąż to mikroskopijnestworzenie zdawało się dreptać w jego ślady. Zniecierpliwiony, pośpieszyłw samotną ulicę na przedmieściu, gdzie siedzieli zaczajeni jego ludzie; naznak Fabrycego skaczą na biednego szpiega, który rzuca się im do kolan;była to Bettina, pokojówka Fausty; po trzech dniach nudy i zamknięcia,przebrawszy się za mężczyznę, aby uniknąć sztyletu hrabiego M..., któregoi pani jej, i ona bardzo się bały, postanowiła udać się do Fabrycegoz wiadomością, że pani jej kocha go do szaleństwa i pała chęcią widzenia go,ale nie może się już pojawić u św. Jana.

„Był już czas — powiedział sobie Fabrycy — niech żyje wytrwałość!”

Pokojóweczka była bardzo ładna, co oderwało Fabrycego od roztrząsańmoralnych. Objaśniła go, że promenada i wszystkie ulice, którymi przechodził tego wieczora, obsadzone są dyskretnie przez szpiegów hrabiego M... Najęli pokoje na parterze lub na pierwszym piętrze; ukryci za żaluzjąi zachowując głębokie milczenie, śledzą, co się dzieje na ulicy pozorniezupełnie opustoszałej i słyszą każde słowo.

— Gdyby szpiedzy poznali mój głos — mówiła Bettina — zasztyletowanoby mnie bez pardonu, może i biedną panią.

Strach ten czynił ją w oczach Fabrycego uroczą.

— Hrabia M... — ciągnęła — jest wściekły, a moja pani wie, że on jestzdolny do wszystkiego. Poleciła mi powiedzieć, że chciałaby być o sto milrazem z panem.

Opowiedziała Fabrycemu scenę w kościele w dniu świętego Stefanai wściekłość M..., który nie stracił ani jednego ze spojrzeń i znaków, jakieFausta, tego dnia szalejąca za Fabrycym, mu przesłała. Hrabia dobyłsztyletu, chwycił Faustę za włosy i gdyby nie jej przytomność, byłabyzgubiona.

Fabrycy zaprowadził Bettinę do mieszkania, które miał niedaleko.Opowiedział, że pochodzi z Turynu, jest synem pewnego wielkiego pana,który chwilowo znajduje się w Parmie, co go zmusza do ostrożności. Bettinaodpowiedziała mu ze śmiechem, że jest o wiele większym panem, niż chceokazać. Bohater nasz potrzebował sporo czasu, zanim zrozumiał, że ślicznadziewczyna bierze go ni mniej, ni więcej tylko za samego następcę tronu.Fausta bała się i kochała już po trosze Fabrycego; wymogła na sobie, aby niezdradzić jego nazwiska przed pokojówką, i opowiedziała jej bajeczkęo księciu. Fabrycy wyznał wreszcie Bettinie, że zgadła. „Ale — dodał — jeślimoje imię się rozgłosi, wówczas mimo całej miłości, której dałem twojejpani tyle dowodów, będę musiał przestać ją widywać i natychmiast ministrowie mego ojca, łajdaki, których przepędzę kiedyś, każą Fauście opuścićkraj, który dotąd upiększała swą obecnością.”

Nad ranem układał z pokojóweczką różne sposoby dostania się doFausty; kazał zawołać Lodovica i paru jeszcze chwatów spośród swoichludzi, którzy omawiali szczegóły z Bettiną, gdy on pisał do Fausty najszaleńszy list; sytuacja dozwalała teatralnej przesady, jakoż Fabrycy nie darowałjej sobie. Dopiero o świcie rozstał się z pokojówką, wielce zadowolonąz manier młodego księcia.

Powtórzono sto razy, iż obecnie, skoro Fausta porozumiała się jużz kochankiem, ten nie będzie się pojawiał pod oknami pałacu, aż wówczaskiedy go będzie mogła przyjąć; wtedy da mu sygnał. Ale Fabrycy, zadurzony w Bettinie, a bliski tryumfu z Faustą, nie mógł wytrzymać na swym odludziu o dwie mile od Parmy. Nazajutrz, koło północy, przybył na koniui z dobrą eskortą, aby odśpiewać pod oknami Fausty modną piosenkę,przekształcając okolicznościowo słowa. „Czyż nie tak poczynają sobiekochankowie?” — powiadał.

Od czasu jak Fausta skłoniła się do schadzki, polowanie to dłużyło sięFabrycemu. „Nie, nie kocham — powiadał, śpiewając dość licho pod oknamipałacyku — Bettina wydaje mi się sto razy milsza od Fausty i raczejchciałbym w tej chwili być przy niej.” Fabrycy, dość znudzony, wracałwłaśnie do swej kwatery, kiedy o pięćset kroków od pałacyku Faustykilkunastu ludzi rzuca się na niego; czterech chwyta konia za uzdę, dwaj innichwycili go pod ramiona. Lodovico i bravi, również otoczeni, zdołali uciec,wypaliwszy z pistoletów. Wszystko to było dziełem jednej chwili; w mgnieniu oka, jak gdyby czarami, zjawia się na ulicy pięćdziesiąt zapalonychpochodni — wszystko ludzie dobrze uzbrojeni. Fabrycy mimo tej przemocyzdołał zeskoczyć z konia i silił się przebić; zranił nawet jednego draba, którymu trzymał ramię jak kleszczami; ale zdziwił się mocno, kiedy ten ozwał siętonem najgłębszego uszanowania:

— Wasza Wysokość raczy mi wyznaczyć wysoką pensję za tę ranę, cobędzie dla mnie o wiele korzystniejsze, niż popełniać obrazę majestatu,dobywając szpady przeciw memu władcy.

„Ot, kara za moje głupstwo — rzekł sobie Fabrycy — zgubię duszę zagrzech, który mnie wcale nie nęcił.”

Zaledwie się skończyła ta potyczka, pojawiło się kilku lokajów w paradnej liberii, niosąc złoconą i dziwacznie pomalowaną lektykę; była to jednaz owych komicznych lektyk, jakimi maski posługują się w karnawale.Sześciu ludzi ze sztyletami w dłoni zaprosiło Jego Wysokość do lektyki,powiadamiając, że chłód wieczorny mógłby mu zaszkodzić na głos; udawano formy pełne najwyższego uszanowania, wykrzykując co chwila tytułyksiążęce. Pochód ruszył; Fabrycy doliczył się przeszło pięćdziesięciu ludziniosących zapalone pochodnie. Mogła być pierwsza rano; ludzie zaczęliwyglądać ze wszystkich okien, zwabieni tą uroczystością. „Obawiałem siępuginału hrabiego M... — powiadał sobie Fabrycy — poprzestaje na tym, żesobie drwi ze mnie; nie posądzałem go o tyle smaku. Ale czy on istotniemyśli, że ma do czynienia z księciem? Jeśli dowie się, że jestem tylkoFabrycym, puginał gotów być w robocie!”

Owych pięćdziesięciu ludzi z pochodniami oraz dwudziestu uzbrojonych,zatrzymawszy się długo pod oknami Fausty, udało się w paradzie podnajświetniejsze pałace w mieście. Marszałkowie dworu, idący po obustronach lektyki, zapytywali od czasu do czasu Jego Wysokość, czy nie raczydać jakich rozkazów. Fabrycy nie stracił głowy; przy blasku pochodnidojrzał, że Lodovico i jego ludzie zdążają za pochodem możliwie blisko.Fabrycy powiedział sobie: „Lodovico ma ledwie jakiś dziesiątek ludzi i nieśmie szukać walki.” Z głębi lektyki Fabrycy widział, że ludzie; których użytodo tego niesmacznego figla, uzbrojeni są od stóp do głów. Udawał, że śmiejesię wraz z marszałkami dworu, przydzielonymi do jego usług. Po dwóchgodzinach tryumfalnego pochodu spostrzegł, że kierują się w stronę pałacuSanseverina.

Kiedy skręcili w ulicę, która tam prowadzi, Fabrycy otwiera błyskawicznie drzwiczki na przodzie, skacze przez drążek, obala ciosem sztyletu draba,który mu świecił pochodnią w nos, otrzymuje sam pchnięcie w ramię i drugizbir osmala mu brodę łuczywem; wreszcie Fabrycy dociera do Lodovica,krzycząc: „Bij, zabij wszystkich, co niosą pochodnie!” — Lodovico macharapierem i uwalnia go od dwóch ludzi, którzy próbują go ścigać. Fabrycydobija pędem do pałacu Sanseverina; przez ciekawość odźwierny otworzyłdrzwiczki w dużej bramie i patrzył, oszołomiony, na tę mnogość pochodni.Fabrycy wpada jednym susem i zatrzaskuje drzwiczki, biegnie do ogrodui wymyka się furtką wychodzącą na boczną ulicę. W godzinę później był zamiastem; o świcie przebył granice Modeny, gdzie był bezpieczny. Wieczorem dostał się do Bolonii. „To mi wyprawa! — rzekł sobie — nie mogłemnawet mówić z moją lubą.” Czym prędzej napisał do hrabiego i do księżnejlisty z przeprosinami, listy nader ostrożne, które malując to, co się działow jego sercu, nie mogły dać wrogowi żadnej broni. „Kochałem się w miłości— pisał do księżnej — robiłem wszystko, aby ją poznać; ale zdaje się, żenatura odmówiła mi daru kochania i melancholii; nie mogę wznieść sięponad pospolitą przyjemność” etc.

Trudno opisać, ile hałasu zdarzenie to narobiło w Parmie. Tajemnicapobudziła powszechną ciekawość — mnóstwo ludzi widziało pochodniei lektykę. Ale kto był ów porwany, którego otaczano najgłębszym szacunkiem? Żadnej znanej osobistości nie brakło w mieście.

Ludek, zamieszkały na ulicy, z której się jeniec wymknął, opowiadał, iżwidział trupa; ale rano, kiedy mieszkańcy ośmielili się wyjść z domów, nieznaleźli śladów walk prócz krwi obficie rozlanej na bruku. Więcej niż dwadzieścia tysięcy ciekawych odwiedziło w ciągu dnia ulicę. Włoskiemiasta przyzwyczajone są do osobliwych widowisk, ale zawsze wiedzączemu i jak. Parma była oburzona tym, iż nawet w miesiąc później,kiedy przestano wyłącznie mówić o przechadzce z pochodniami, nikt — dzięki przezorności hrabiego Mosca — nie mógł się domyślić nazwiskarywala, który chciał odbić Faustę hrabiemu M... On sam, zazdrosnyi mściwy kochanek, zemknął z początkiem ceremonii. Z rozkazu hrabiegozamknięto Faustę w cytadeli. Pani Sanseverina uśmiała się serdeczniez małej niesprawiedliwości, na jaką hrabia musiał sobie pozwolić, abyosadzić w miejscu ciekawość panującego księcia, który inaczej mógłbydotrzeć do śladów Fabrycego del Dongo.

Zjawił się wówczas w Parmie uczony człowiek, przybyły z północy dlapisania historii średniowiecza; badał rękopisy w bibliotekach, do którychhrabia dał mu wszystkie upoważnienia. Ale ten uczony, bardzo jeszczemłody, okazywał szczególną drażliwość; myślał, na przykład, że wszyscyw Parmie chcą zeń sobie żartować. Prawda, że ulicznicy gonili za nimniekiedy z przyczyny olbrzymiej i dumnie rozwianej rudej grzywy. Uczonyów sądził, że w gospodzie liczą mu wszystko podwójnie i nie zapłaciłnajmniejszego drobiazgu, nie sprawdziwszy ceny w Podróży pani Starke,która uzyskała dwadzieścia wydań, ponieważ poucza roztropnego Anglikao cenie jabłka, indyka, szklanki mleka etc.

Otóż tego samego wieczora, kiedy Fabrycy odbył swoją przymusowąprzejażdżkę, uczony z rudą grzywą zrobił awanturę w gospodzie i wydobyłkieszonkowe pistoleciki, aby skarać cameriere, żądającego dwasoldy za lichą brzoskwinię. Uwięziono go, ponieważ noszenie kieszonkowych pistoletów liczy się za zbrodnię!

Ponieważ ów gniewliwy uczony był długi i chudy, hrabia wpadł nazajutrzna myśl, aby go podać w oczach księcia za owego śmiałka, który próbowałwykraść Faustę hrabiemu M..., z którego tak zadrwiono. Za noszeniekieszonkowych pistoletów należą się w Parmie trzy lata galer; ale kary tejnigdy się nie stosuje. W ciągu dwóch tygodni więzienia nawiedzał uczonegopewien adwokat, który napędził mu strachu, malując srogość praw, jakimitchórzostwo ludzi będących przy władzy ściga właścicieli ukrytej broni.Następnie odwiedził go inny adwokat i opowiedział mu przejażdżkę, jakąhrabia M... zgotował rywalowi nie znanemu dotąd z nazwiska. Policja niechce się przyznać przed księciem, że nie wie, kto jest ów rywal. „Wyznajpan, że chciałeś zdobyć Faustę, że pięćdziesięciu zbirów porwało pana, kiedyś śpiewał pod jej oknami; że przez godzinę obnoszono cię w lektyce,obchodząc się z panem zresztą jak najuprzejmiej. W wyznaniu tym nie manic upokarzającego; wystarczy jedno słowo. Skoro tylko zeznaniem swoimwybawisz policję z kłopotu, wsadzą pana do kolaski pocztowej i odprowadzą do granicy, życząc dobrej nocy.”

Uczony opierał się miesiąc, parę razy miał go już książę sprowadzić doministerium i sam chciał być obecny przy śledztwie. Wreszcie zapomniał jużniemal o tym, kiedy historyk, znudzony, zgodził się przyznać do wszystkiego, po czym odprowadzono go do granicy. Książę został w przeświadczeniu,że rywal hrabiego M... posiada olbrzymią rudą czuprynę.

W trzy dni po owej słynnej przejażdżce, kiedy Fabrycy, kryjący sięw Bolonii, obmyślał z wiernym Lodovicem sposoby znalezienia hrabiegoM..., dowiedział się, że i on kryje się w górskiej wiosce na drodze doFlorencji. Hrabia miał z sobą tylko trzech buli; nazajutrz, w chwili gdywracał z przechadzki, porwało go zamaskowanych ośmiu ludzi, którzyprzedstawili się jako zbiry z Parmy. Zaprowadzono go, przewiązawszy muoczy, do gospody o dwie mile w górach, gdzie otoczono go wszystkimiwzględami i uraczono obfitą wieczerzą. Do stołu podano najlepsze winahiszpańskie i włoskie.

— Jestem tedy więźniem stanu? — spytał hrabia.

— Ani odrobinę — odparł grzecznie zamaskowany Lodovico. — Obraziłpan prywatnego człowieka, pozwalając sobie obnosić go w lektyce; otóżjutro rano człowiek ów pragnie się bić z panem. Jeśli go zabijesz, znajdzieszdwa dobre konie, pieniądze i pocztę — przygotowane na drodze do Genui.

— Jak się nazywa ten rębajło? — rzekł hrabia, podrażniony.

— Nazywa się Bombacy. Będzie pan miał wybór broni i dobrych,uczciwych świadków, ale jeden z was dwóch musi zginąć!

— Więc morderstwo! — rzekł hrabia M..., przestraszony.

— Ani trochę! To po prostu pojedynek na śmierć i życie z młodymczłowiekiem, którego pan oprowadzał w nocy po ulicach Parmy i któryczułby się zbezczeszczony, gdybyś pan został przy życiu. Jeden z was jestzbyteczny na ziemi; toteż staraj się pan go zabić; będziesz miał szpady,pistolety, szable, wszelką broń, jaką można zgromadzić w kilka godzin, bomusieliśmy się śpieszyć; policja bolońska jest, jak panu wiadomo, bardzoczujna, a nie trzeba, aby przeszkodziła temu pojedynkowi, nieodzownemudla honoru młodego człowieka, z którego pan sobie zadrwił.

— Ale jeżeli ten młody człowiek jest z rodu panujących...

— Jest prywatny człowiek jak pan i nawet o wiele uboższy od pana; alechce się bić na śmierć i zmusi pana, abyś się bił, ostrzegam.

— Nie lękam się niczego w świecie! — wykrzyknął M...

— Tego właśnie pragnie pański przeciwnik najgoręcej — odparł Lodovico. — Jutro, wcześnie rano, gotuj się pan bronić swego życia; zaatakuje jeczłowiek, który ma przyczynę być mocno rozgniewany i który nie będziepana oszczędzał; powtarzam panu, że będziesz miał wybór broni... i róbtestament.

Nazajutrz koło szóstej podano śniadanie hrabiemu M.... otworzonodrzwi od pokoju, gdzie był pod strażą, i wypuszczono go na dziedziniec!Dziedziniec otoczony był żywopłotem i dość wysokim murem, a brama byłaszczelnie zamknięta.

W jednym rogu, na stole, do którego zaproszono hrabiego, znalazła siębutelka wina i wódki, dwa pistolety, dwie szable, dwie szpady, papieri atrament; ze dwudziestu chłopów znajdowało się w oknach gospody, którewychodziły na dziedziniec. Hrabia zaczął błagać o litość.

— Chcą mnie zamordować — wołał — ratujcie mnie!

— Jesteś pan w błędzie albo chcesz wprowadzić w błąd! — krzyknąłFabrycy, który znajdował się w przeciwnym rogu dziedzińca obok stołuzastawionego bronią.

Zrzucił surdut; twarz była zasłonięta drucianą maską, taką, jakiej używasię przy lekcjach fechtunku.

— Wzywam pana — dodał Fabrycy — abyś zechciał włożyć maskę, którąmasz pod ręką, po czym stań naprzeciw mnie ze szpadą lub pistoletem; jakpanu oznajmiono, masz wybór broni.

Hrabia M... robił niezliczone trudności i wyraźnie nie miał ochoty dopojedynku; z drugiej strony Fabrycy obawiał się przybycia policji, mimo iżznajdował się w górach o dobrych pięć mil od Bolonii. Zaczął w końcuobrzucać rywala zniewagami, wreszcie zdołał doprowadzić go do furii:hrabia M... wziął szpadę i ruszył na Fabrycego. Walka rozpoczęła się dośćmiękko.

Po kilku minutach przerwał ją wielki hałas. Bohater nasz czuł, żepopełnia czyn, który na całe życie mógłby się dlań stać przedmiotemzarzutów lub co najmniej potwarzy. Wysłał Lodovica na wieś, aby musprowadził świadków. Lodovico najął za pieniądze obcych wieśniaków,którzy pracowali w pobliskim lesie; przybiegli z krzykiem, myśląc, że chodzio zabicie wroga owej osoby, która dała im pieniądze. Skoro przybyli, Lodovico wezwał ich, aby patrzyli bacznie dla stwierdzenia, czy któryz walczących nie działa podstępnie i czy nie ma nad drugim niedozwolonejprzewagi.

Walka, którą na chwilę przerwały groźne okrzyki chłopstwa, nawiązywała się leniwo. Fabrycy starał się pobudzić próżność hrabiego.

— Panie hrabio — wołał — kiedy się jest bezczelnym, trzeba być odważnym. Czuję, że to dla pana ciężki warunek: pan woli opłacać ludzi, aby byliodważni za pana.

Hrabia, doprowadzony do wściekłości, zaczął krzyczeć, że długo się uczyłfechtunku u słynnego Battistiniego w Neapolu i że skarze to zuchwalstwo.Wpadłszy w gniew, bił się dość tęgo, co nie przeszkodziło, że Fabrycyprzejechał mu ślicznie szpadą przez pierś, kładąc hrabiego do łóżka na kilkamiesięcy. Lodovico, udzielając rannemu pierwszej pomocy, szepnął mu:

— Jeżeli pan zdradzi ten pojedynek przed policją, zakłuję pana w łóżku.

Fabrycy umknął do Florencji; ponieważ w Bolonii trzymał się w ukryciu,dopiero we Florencji otrzymał listy z wymówkami od księżnej: nie mogłamu darować, że był u niej na koncercie, a nie starał się z nią widzieć. Fabrycybył oczarowany listami hrabiego Mosca, tchnącymi szczerą i szlachetnąprzyjaźnią. Odgadł, że hrabia pisał do Bolonii, aby uśmierzyć podejrzenia,jakie mogły ciążyć na nim co do pojedynku. Policja okazała się idealniesprawiedliwa: stwierdziła, że dwaj cudzoziemcy — z których jeden tylko,mianowicie ranny (hrabia M...) był wiadomy — bili się na szpady w obecności przeszło trzydziestu chłopów, wśród których znalazł się pod koniec walkimiejscowy proboszcz czyniący daremne wysiłki, aby rozdzielić walczących.Ponieważ nikt nie wymienił Józefa Bossi, w niespełna dwa miesiące późniejFabrycy ośmielił się wrócić do Bolonii, bardziej niż kiedykolwiek przeświadczony, że los odmówił mu poznania szlachetnej i duchowej strony miłości. Wytłumaczył to obszernie księżnej; był znużony samotnością ipragnął odnaleźć urocze wieczory pędzone między hrabią i ciotką. Odczasu rozstania z nimi nie zaznał słodyczy dobrego towarzystwa.

Tak się wynudziłem miłością, którą siliłem się w sobie obudzić, i Faustą — pisał do księżnej — że obecnie, choćby kaprys Fausty trwał jeszcze, niezrobiłbym ani dwudziestu mil, aby ją wziąć za słowo; toteż niesłusznie sięobawiasz, że pognam do Paryża, gdzie — jak słyszę — śpiewa teraz z szalonympowodzeniem. Zrobiłbym natomiast nieskończoną ilość mil, aby spędzićwieczór z tobą i z kochanym hrabią, tak dobrym dla swych przyjaciół.

II

Przez swoje ciągłe wrzaski republika przeszkodziłaby nam cieszyć się najlepszą z monarchii.

Rozdział czternasty

Podczas gdy Fabrycy polował w sąsiedztwie Parmy na miłość, generalny poborca Rassi, który nie wiedział, że go ma tak blisko, w dalszymciągu prowadził jego sprawę tak, jak gdyby chodziło o liberała: udawał, żenie może znaleźć świadków na jego korzyść lub raczej terroryzował ich;wreszcie po umiejętnej — niemal całorocznej — pracy, blisko dwa miesiącepo ostatnim pobycie Fabrycego w Bolonii, pewnego piątku, margrabinaRaversi, upojona radością, oświadczyła publicznie w swoim salonie, żewyrok wydany przed godziną na młodego del Dongo będzie nazajutrzprzedłożony księciu i zyska jego podpis. W kilka minut później księżnawiedziała już o tym odezwaniu się jej nieprzyjaciółki.

„Agenci hrabiego źle coś pełnią swoje obowiązki — powiedziała sobie —dziś rano jeszcze sądził, że wyrok nie może być wydany przed tygodniem.Może nie byłby on nierad oddalić z Parmy mego młodego monsignore, ale — dodała nucąc — wróci do nas, wróci, i kiedyś będzie naszym arcybiskupem.Księżna zadzwoniła.

Zawołaj całą służbę do poczekalni — rzekła do pokojowca — nawetkucharzy; idź, poproś komendanta placu o pozwolenie na cztery koniepocztowe i do pół godziny niech zaprzęgną do mego landa.

Cały fraucymer zajęty był pakowaniem; księżna wdziała śpiesznie strójpodróżny — wszystko bez wiedzy hrabiego. Myśl, aby zeń zadrwić trochę,przepełniała ją radością.

— Moje dzieci — rzekła do zgromadzonej służby — dowiaduję się, żebiednego bratanka mają skazać zaocznie za to, że miał odwagę bronićswego życia przeciw szaleńcowi; Giletti chciał go zabić. Każdy z was mógłsię przekonać, jaki Fabrycy jest dobry i łagodny. Oburzona tą dotkliwązniewagą, wyjeżdżam do Florencji i zostawiam każdemu z was jego zasługiprzez dziesięć lat; gdybyście byli w niedostatku, piszcie do mnie; póki będęmiała bodaj cekina, znajdzie się i dla was.

Księżna mówiła to zupełnie szczerze, toteż przy ostatnich jej słowachsłużący zalali się łzami, ona też miała wilgotne oczy. Dodała wzruszona:

— Módlcie się za mnie i za Jego Wielebność Fabrycego del Dongo,wielkiego wikariusza diecezji, którego jutro skażą na galery lub, co by byłomniej głupie, na śmierć.

Płacz służby wzmógł się i stopniowo przeszedł niemal w krzyki oburzenia.Pani Sanseverina wsiadła do karety i kazała się zawieźć na zamek. Mimo niemożliwej godziny poprosiła o audiencje przez generała Fontanę, służbowego adiutanta; nie była w dworskim stroju, co przejęło adiutanta głębokimzdumieniem. Co się tyczy księcia, nie okazał zdumienia ani tym mniejniezadowolenia z przyczyny tej audiencji. „Ujrzymy łzy płynące z pięknychoczu — powiadał sobie, zacierając ręce. — Przychodzi prosić o łaskę; wreszcieta dumna piękność upokorzy się! Bo też była już nieznośna ze swojąlekceważącą minką! Te wymowne oczy zdawały się mówić do mnie przywszystkim, co ją raziło: »Neapol lub Mediolan były o wiele milszympobytem niż twoja mizerna Parma!« To prawda, nie jestem władcą Neapoluani Mediolanu; ale wreszcie ta dama przychodzi mnie prosić o coś, co zależyjedynie ode mnie, a czego ona gorąco pragnie; zawsze miałem przeczucie, iżz przybyciem tego siostrzeńca i mnie coś kapnie.”

Uśmiechając się do swych myśli i oddając się lubym przewidywaniom,książę przechadzał się po swym obszernym gabinecie, u którego drzwigenerał Fontana stał wyprężony niby żołnierz na warcie. Widząc błyszcząceoczy księcia i przypominając sobie podróżny strój pani Sanseverina, miałuczucie, że monarchia się wali. Osłupienie jego nie miało granic, kiedyksiążę rzekł:

— Proś pan księżnę, aby zaczekała kwadransik.

Generał-adiutant zrobił w lewo zwrot jak żołnierz na paradzie; książęznów się uśmiechnął: „Fontana nie przywykł — powiedział sobie — aby tadumna pani wyczekiwała u drzwi; zdumiona mina, z jaką powie jej o tymkwadransiku czekania, przygotuje przejście do wzruszającychłez, którymi zrosi gabinet.” Ten kwadransik był rozkoszny dla księcia:przechadzał się stanowczym i równym krokiem, panował. „Chodzi o to, abynie powiedzieć nic niestosownego! Jakiekolwiek są moje uczucia dlaksiężnej, nie trzeba zapominać, że to jest jedna z największych dam mego dworu. Jakże to Ludwik XIV przemawiał do swoich córek, kiedy był znich niezadowolony?” — i oczy jego zatrzymały się na portrecie wielkiegokróla.

Najzabawniejsze jest, iż księciu nie przyszło do głowy zadać sobiepytanie, czy udaruje Fabrycego łaską i jaka będzie ta łaska. Wreszcie, podwudziestu minutach, wierny Fontana zjawił się znowu w drzwiach, nic niemówiąc.

— Księżna Sanseverina może wejść! — zawołał książę z teatralną miną. „Zaczną się łzy” — powiedział sobie i, jakby gotując się do tego widowiska,wydobył chustkę.

Nigdy księżna nie była tak zwinna i tak ładna; nie miała ani dwudziestupięciu lat. Widząc jej chyży krok, zaledwie dotykający dywanu, biednyadiutant omal nie stracił głowy.

— Trzeba mi gorąco prosić Waszą Najdostojniejszą Wysokość o przebaczenie — rzekła księżna swoim lekkim i wesołym głosikiem. — Pozwoliłamsobie zjawić się przed nim w stroju niezupełnie właściwym; ale WaszaWysokość tak mnie przyzwyczaił do swej dobroci, iż śmiem spodziewać się,że raczy mi użyczyć i tej łaski.

Księżna mówiła dostatecznie wolno, aby dać sobie czas nacieszenia sięfizjonomią swego władcy; na fizjonomii tej rozkosznie mieszało się głębokie zdumienie z resztkami pompy, widnej jeszcze w pozycji głowy i ramion.W księcia jak gdyby piorun strzelił; ostrym i drżącym głosem bąkał tylko razpo raz:

Jak to? Jak to?

Księżna, jak gdyby przez uszanowanie, skończywszy swoją przemowę,zostawiła mu czas na odpowiedź; po czym dodała:

— Śmiem żywić nadzieję, że Wasza Najdostojniejsza Wysokość raczy miwybaczyć niestosowność stroju.

Ale gdy tak mówiła, drwiące jej oczy lśniły tak żywo, że książę nie mógłich znieść; spojrzał na sufit, co było u niego ostatecznym znakiem krańcowego zakłopotania.

Jak to? Jak to? — powtórzył, po czym udało mu się szczęśliwieznaleźć zdanie: — Księżno, zechciej pani usiąść! — to mówiąc, przysunął samfotel wcale zręcznie.

Grzeczność ta ujęła księżnę, która złagodziła nieco blask swoich oczu.

Jak to? Jak to? — powtórzył jeszcze raz książę, kręcąc się na fotelu,jak gdyby nie mógł znaleźć sobie miejsca.

— Korzystam z nocnego chłodu, aby się puścić w drogę — podjęła księżna— że zaś moja nieobecność może potrwać jakiś czas, nie chciałam opuścićStanów Waszej Najdostojniejszej Wysokości, nie podziękowawszy mu zadobroć, jaką mi raczył od pięciu lat okazywać.

Na te słowa książę zrozumiał wreszcie. Zbladł: był to człowiek nieznoszący wręcz tego, aby się mógł omylić w przewidywaniach; następnieprzybrał wyniosłą minę, godną portretu Ludwika XIV, który miał przedoczami. „Brawo! — rzekła sobie księżna — to mi mężczyzna!”

— I cóż jest przyczyną tego nagłego wyjazdu? — spytał książę dośćspokojnie.

— Miałam ten projekt od dawna — odparła księżna — a drobna zniewaga,jakiej ofiarą stał się monsignore del Dongo, którego jutro skażą na śmierćlub galery, każe mi przyśpieszyć ten wyjazd.

— I dokąd się pani udaje?

— Do Neapolu, jak sądzę. — Po czym dodała wstając: — Pozostaje mi jużtylko pożegnać Waszą Najdostojniejszą Wysokość i podziękować bardzopokornie za jego minioną dobroć.

Te słowa ona znowuż wyrzekła tonem tak stanowczym, iż książę zrozumiał dobrze, że za dwie sekundy wszystko będzie skończone; skoro wyjazdraz stanie się głośny, wiedział, że wszelkie układy byłyby daremne; to niebyła kobieta, która cofa swe postanowienia. Pobiegł za nią.

— Księżno — rzekł, biorąc ją za rękę — pani wie, że zawsze miałem dla paniprzyjaźń, której jedynie od ciebie zależało nadać inne miano. Popełnionomorderstwo, temu nie da się zaprzeczyć; powierzyłem proces najlepszymsędziom...

Na te słowa księżna wyprostowała się: pozory szacunku, nawet grzeczności pierzchły w mgnieniu oka — została jedynie obrażona kobietamówiąca do człowieka, o którego złej wierze jest przekonana. Z wyrazemnajżywszego gniewu, a nawet wzgardy, rzekła kładąc nacisk na każdesłowo:

— Opuszczam na zawsze Stany Waszej Najdostojniejszej Wysokości,aby nigdy nie słyszeć o poborcy Rassim i o innych nikczemnych zbrodniarzach, którzy skazali na śmierć mego bratanka i tylu innych; jeśli WaszaWysokość nie chce zaprawić goryczą ostatnich chwil, które spędziłamw towarzystwie władcy miłego i rozumnego, o ile nie daje się oszukiwać,proszę go pokornie, aby mi nie przypominał bezczelnych sędziów, którychmożna kupić za tysiąc talarów albo za order.

Cudowny, a zwłaszcza szczery akcent tych słów przyprawił księciao drżenie; lękał się chwilę, aby godności jego nie wystawiły na szwank jakieśbezpośrednie zarzuty; ale na ogół wrażenie jego roztopiło się niebawemw uczuciu przyjemnym: podziwiał księżnę, cała jej osoba osiągnęła w tejchwili wzniosłe piękno. „Boże! jaka ona cudna! — powiadał sobie — trzebacoś wybaczyć kobiecie jedynej, która może nie ma równej sobie w całychWłoszech... Hm, przy odrobinie dyplomacji może dałoby się zrobić z niejmoją kochankę; cóż za przepaść między nią a tą lalą Balbi, która w dodatku okrada co rok moich biednych poddanych na trzysta tysięcy franków... Aleczy ja dobrze słyszałem? — pomyślał nagle — ona powiedziała: „skazali megobratanka i tylu innych.” Za czym gniew wziął górę i z dumą godną swegomajestatu książę rzekł po chwili:

— I cóż trzeba by uczynić, aby pani nie odjechała?

— Coś, do czego Wasza Wysokość nie jest zdolny — odparła księżnaz akcentem gorzkiej ironii i bynajmniej nie maskowanej wzgardy.

Książę miał wybuchnąć, ale praktyka samowładztwa rozwinęła w nim siłęopierania się odruchom. „Trzeba mieć tę kobietę — myślał — to jestemwinien sam sobie, a potem trzeba ją zabić wzgardą... Jeśli wyjdzie z tegogabinetu, nie ujrzę jej już.” Ale, pijany w tej chwili gniewem i nienawiścią,gdzież miał znaleźć słowo, które mogłoby zarazem ochronić jego dumęi zatrzymać księżnę? „Nie można — powiadał sobie — ani powtórzyć, aniośmieszyć gestu” — i stanął pomiędzy księżną a drzwiami. Niebawemusłyszał skrobanie do tych drzwi.

— Cóż za błazen! — zaklął na cały głos — cóż za błazen ośmiela się mnienękać? — Biedny generał Fontana pokazał swoją wybladłą i zmienionąfizjonomię i z miną człowieka w agonii wyjąkał:

— Jego Ekscelencja hrabia Mosca prosi o ten zaszczyt, aby mógł wejść.

— Niech wejdzie! — wrzasnął książę. — Oto — rzekł do hrabiego, który siękłaniał — oto pani Sanseverina, która zamierza natychmiast opuścić Parmę,aby się osiedlić w Neapolu, i w dodatku gada mi grubiaństwa.

— Jak to? — rzekł Mosca, blednąc.

— Co? pan nie wiedział?...

— Ani słóweczka; pożegnałem panią o szóstej wesołą i doskonaleusposobioną.

Słowa te wywarły na księciu nieopisany skutek. Popatrzył na hrabiego,jego wzmagająca się bladość świadczyła, że mówi prawdę i że nie jestwspólnikiem wybryku księżnej. „W takim razie — powiadał sobie — tracę jąna zawsze: przyjemność, zemsta, wszystko mi się wymyka. W Neapolubędzie sobie dworować wraz ze swym siostrzeńcem Fabrycym z wielkiegogniewu małego książątka.” Spojrzał na księżnę; wzgarda i gniew ścierały sięw jej sercu; oczy jej były utkwione w tej chwili w hrabi Mosca, a delikatnyzarys pięknych ust wyrażał bezmierny niesmak. Cała twarz mówiła: „Podłydworak!” — „Tak więc — myślał książę, przyglądając się jej — tracę i tensposób sprowadzenia jej z powrotem. Jeśli wyjdzie z mego gabinetu,stracona jest dla mnie; Bóg wie, co będzie opowiadała w Neapolu o moich sędziach... Z tym rozumkiem i tym boskim darem czarowania, jaki niebo jejdało, sprawi, iż wszyscy jej uwierzą. Opisze mnie jako pociesznego tyrana,który wstaje w nocy, aby zaglądać pod łóżka...” Zręcznym manewrem, nibyto przechadzając się, aby rozproszyć swe wzburzenie, książę znów stanąłprzed drzwiami gabinetu; hrabia znajdował się po prawej, o trzy kroki —blady, zmieniony, drżący tak, że musiał się oprzeć o fotel, który księżnazajmowała z początkiem audiencji, a który władca w przystępie gniewuodepchnął daleko.

Hrabia był zakochany. „Jeżeli ona wyjedzie, jadę za nią — powiedziałsobie — ale czy ona mnie zechce? Oto pytanie.”

Po lewej — księżna, wyprostowana, z rękami skrzyżowanymi na piersiach,patrzała nań ze wspaniałym gniewem: niezwykła bladość zajęła miejscekolorów, które wprzód ożywiały tę cudną głowę.

Książę, przeciwnie, był bardzo czerwony i niespokojny: lewa ręka igrałakonwulsyjnie krzyżem u wielkiej wstęgi orderu, którą nosił pod frakiem;prawą gładził się po podbródku.

— Co robić? — rzekł do hrabiego, nie bardzo wiedząc, co czyni, i nawykłyradzić go się o wszystko.

— Nie wiem doprawdy, Wasza Wysokość — odparł hrabia, jak człowiek,który wydaje ostatnie tchnienie. Zaledwie zdolny był wyrzec te słowa.Dźwięk jego głosu dał księciu pierwsze zadośćuczynienie, jakie duma jegoznalazła w ciągu tej audiencji, a ta drobna satysfakcja nastręczyła mu zdaniedość szczęśliwe dla jego ambicji.

— Więc dobrze — rzekł — jestem najrozsądniejszy ze wszystkich: chcęzapomnieć o swojej pozycji. Będę mówił jak przyjaciel — i dodałz łaskawym uśmiechem, zaczerpniętym ze szczęśliwej epoki Ludwika XIV —jak przyjaciel do przyjaciół. Zatem, księżno — dodał — co trzebazrobić, aby pani zapomniała o swym niewczesnym postanowieniu?

— W istocie nie wiem — odparła księżna z westchnieniem — w istocie niewiem, taki wstręt budzi we mnie Parma. — Nie było w tym złej intencji, czućbyło, że jedynie szczerość mówi przez jej usta.

Hrabia obrócił się żywo; dusza dworaka nie posiadała się ze zgorszenia;spojrzał błagalnie na księcia. Z godnością i zimną krwią książę odczekałchwilę, po czym zwrócił się do hrabiego.

— Widzę — rzekł — hrabio, że twoja urocza przyjaciółka jest zupełnienieprzytomna; to bardzo naturalne: ubóstwia swego siostrzeńca. —I zwracając się do księżnej z najmilszym spojrzeniem, a równocześnie z miną, jaką się przybiera cytując frazes z komedii, dodał: — Co trzebauczynić, aby rozjaśnić te piękne oczy?

Księżna miała czas się namyślić; poważnie i stanowczo, jak gdybydyktując swoje ultimatum, odparła:

— Wasza Wysokość napisze do mnie miły list, jak to wybornie umie;powie w nim, że nie będąc przekonany o winie Fabrycego del Dongo,wielkiego wikariusza diecezji, nie podpisze wyroku, który mu przedłożą,i że ten niesprawiedliwy sąd nie będzie miał następstw na przyszłość.

Jak to niesprawiedliwy! — wykrzyknął, oblewając się pąsemi znów wpadając w gniew.

— To nie wszystko — odparła księżna z dumą iście rzymską — dziświeczór jeszcze, a — dodała spoglądając na zegar — jest już trzykwadranse na dwunastą, dziś wieczór Wasza Wysokość prześle margrabinieRaversi wiadomość, iż radzi jej udać się na wieś dla odpoczynku po trudach,jakie musiał jej sprawić pewien proces, o którym mówiła dziś w swoimsalonie.

Książę przechadzał się po gabinecie, wściekły.

— Widział kto podobną kobietę?!... — wykrzyknął. — Ona mi uchybia!

Księżna odparła z wdziękiem:

— Nie postało mi w myśli uchybiać Waszej Wysokości; Wasza Wysokośćraczył łaskawie oznajmić, że mówi jak przyjaciel do przyjaciół.Nie mam zresztą najmniejszej ochoty zostać w Parmie — dodała, spoglądającna hrabiego z bezgraniczną wzgardą. To spojrzenie zdecydowało księcia,dotąd bardzo niezdecydowanego, mimo że słowa jego jak gdyby zawierałyzobowiązanie; drwił sobie ze słów.

Wymieniono jeszcze kilka zdań; ale wreszcie hrabia Mosca otrzymałrozkaz napisania uprzejmego liściku żądanego przez księżnę. Opuściłzdanie: „Ten niesprawiedliwy sąd nie będzie miał następstw na przyszłość.”

— „Wystarczy — powiedział sobie hrabia — że książę przyrzeknie niepodpisać wyroku, który mu przedłożą.” Kładąc podpis, książę podziękowałmu spojrzeniem.

Hrabia strzelił bąka; książę był zmęczony i byłby podpisał wszystko.Sądził, że wybrnął z sytuacji, a nad całą sprawą górowała ta myśl: „Jeśli onaodjedzie, w ciągu tygodnia dwór stanie się nudny nie do wytrzymania.Hrabia zauważył, że jego pan poprawia datę, kładąc jutrzejszą. Spojrzał nazegarek: była północ. Minister widział w tej poprawce jedynie pedantyczną chęć dokładności i porządku. Co do wygnania margrabiny Raversi, animrugnął; książę miał szczególne upodobanie w wypędzaniu ludzi.

— Generał Fontana! — krzyknął, otwierając drzwi.

Generał zjawił się z twarzą tak zdziwioną i ciekawą, że hrabia z księżnąwymienili wesołe spojrzenie będące niejako przypieczętowaniem zgody.

— Generale Fontana — rzekł książę — wsiądzie pan do mego powozu,który czeka pod kolumnadą; pojedzie pan do margrabiny Raversi i każe sięoznajmić. Jeśli jest w łóżku, dodasz, że przybywasz z mego zlecenia.Znalazłszy się w jej pokoju, powiesz ściśle słowa te, a nie inne: „Panimargrabino, Jego Najdostojniejsza Wysokość prosi panią, abyś jutro przedósmą rano udała się do swego zamku w Velleja; Jego Wysokość zawiadomipanią, kiedy pani będzie mogła wrócić do Parmy.”

Książę poszukał oczami oczu księżnej, która nie dziękując, jak się tegospodziewał, złożyła uniżony ukłon i szybko wyszła.

— Co za kobieta! — rzekł książę do hrabiego Mosca.

Ten, uszczęśliwiony z wygnania margrabiny Raversi, które ułatwiałodziałalność ministra, przemawiał pół godziny jak wytrawny dworak; chciaługłaskać miłość własną swego pana i pożegnał go nie wprzód, aż weńwmówił, że anegdotyczna historia Ludwika XIV nie miała piękniejszejkarty niż ta, której on właśnie dostarczył swym przyszłym dziejopisom.

Wróciwszy, księżna kazała zamknąć drzwi dla wszystkich, nawet dlahrabiego. Chciała być sama i podumać o scenie, która się rozegrała.Działała na oślep, dla sprawienia sobie satysfakcji; ale do jakiegokolwiekkroku by się posunęła, byłaby się go trzymała niezłomnie. Nawet ochłonąwszy, nie byłaby sobie czyniła wymówek ani tym mniej żałowała: taki jużmiała charakter, któremu zawdzięczała to, że była jeszcze w trzydziestymszóstym roku najładniejszą kobietą na dworze.

Dumała w tej chwili nad tym, co mogłaby znaleźć przyjemnego w Parmie,z uczuciem, jakby wróciła z dalekiej podróży: tak bardzo od dziewiątej dojedenastej była pewna, że opuszcza ten kraj na zawsze.

„Biedny hrabia miał pocieszną minę, kiedy się dowiedział o mymwyjeździe w obecności księcia... W gruncie to bardzo kochany człowiek,niepospolite serce. Byłby cisnął swoje godności, aby jechać za mną... Aleteż w ciągu pięciu lat nie miał mi do wyrzucenia najmniejszej zdrady. Ileżkobiet zaślubionych przy ołtarzu mogłoby to samo powiedzieć swemu panui władcy? Trzeba przyznać, że nie jest nadęty, nie jest pedant; nie budzichętki oszukania go; wobec mnie zawsze jakby się wstydził swej potęgi.

Zabawną miał minę w obliczu księcia; gdyby tu był, uściskałabym go...Ale za nic nie podjęłabym się zabawiać ministra, który postradał tekę, tochoroba, z której leczy jedynie śmierć i... która uśmierca. Cóż za nieszczęście byłoby zostać ministrem za młodu! Muszę mu to napisać; niech wieo tym oficjalnie, nim zerwie ze swoim panem... ale zapomniałam o mejpoczciwej służbie.

Zadzwoniła. Garderobiane wciąż pakowały kufry, powóz zajechał, ładowano go; służący, którzy nie byli zajęci, otaczali powóz ze łzami w oczach.Chekina, która w ważnych okolicznościach jedna tylko wchodziła doksiężnej, doniosła jej o wszystkich tych szczegółach.

— Każ im wejść — rzekła księżna.

W chwilę później przeszła do sali.

— Przyrzeczono mi — rzekła — że wyrok na mego bratanka nie uzyskapodpisu monarchy (tak mówi się we Włoszech); zawieszam tedy wyjazd.Zobaczymy, czy moi wrogowie będą mieli na tyle wpływu, aby zmienić topostanowienie.

Po krótkim milczeniu służba zaczęła krzyczeć: — Niech żyje księżna pani!— i klaskać z zapałem. Księżna, która znajdowała się w sąsiednim pokoju,zjawiła się wreszcie niby oklaskiwana aktorka, skłoniła się wdzięczniei lekko służbie i rzekła:

Moje dzieci, dziękuję wam.

Gdyby rzekła słowo, wszyscy w tej chwili ruszyliby szturmować dozamku. Na znak księżnej pocztylion, dawny przemytnik i człowiek oddanyjej całą duszą, udał się za nią.

— Przebierzesz się za zamożnego wieśniaka, wyśliźniesz się z Parmy, jakzdołasz, najmiesz wózek i ruszysz jak najprędzej do Bolonii. Wejdzieszpieszo florencką bramą i oddasz panu Fabrycemu w gospodzie „Pelegrino”paczkę, którą wręczy ci Chekina. Fabrycy kryje się tam pod mianem JózefaBossi; nie zdradź go, nie daj poznać, że go znasz; wrogowie może pośląszpiegów za tobą. Fabrycy odeśle cię tu w kilka godzin albo w kilka dni;wracając zwłaszcza trzeba podwoić ostrożność, aby go nie zdradzić.

— Ba! ludzie margrabiny Raversi! — wykrzyknął pocztylion. — Czekamyich: gdyby pani pozwoliła, rychło byśmy ich wytłukli.

— Może kiedyś; ale strzeżcie się, na życie wasze, czynić coś bez megorozkazu.

Pani Sanseverina pragnęła posłać Fabrycemu kopię listu księcia; niemogła się oprzeć chęci zabawienia go i dodała słówko o scenie, która spowodowała bilecik monarchy; słówko to stało się listem na dziesięć stron.Kazała przywołać pocztyliona.

— Możesz ruszać — rzekła — dopiero o czwartej rano, po otwarciu bram.

— Myślałem się wymknąć wielkim kanałem; miałbym wody po szyję, alewydostałbym się...

— Nie — rzekła księżna — nie chcę narażać na febrę mego najwierniejszego sługi. Czy znasz kogo u arcybiskupa?

— Młody stangret jest moim przyjacielem.

— Oto list do świątobliwego prałata; dostań się tam po cichu, każ sięzaprowadzić do pokojowca, nie chciałabym, aby budzono Jego Wielebność.Jeżeli już będzie w sypialni, zostań przez noc w pałacu; że zaś jest tamw zwyczaju wstawać o świcie, rano o czwartej każ się oznajmić w moimimieniu, poproś arcybiskupa o błogosławieństwo, oddaj mu tę kopertę i weźlisty, które da ci może do Bolonii.

Księżna przesłała arcybiskupowi oryginał listu monarchy; ponieważ listten odnosił się do wielkiego wikariusza diecezji, prosiła, aby go złożyćw archiwach konsystorza, gdzie miała nadzieję, że wielcy wikariuszei kanonicy, koledzy bratanka, zechcą rychło zapoznać się z jego treścią,wszystko pod pieczęcią najgłębszej tajemnicy.

Księżna pisała do Jego Wielebności ojca Landriani w poufnym tonie,którym poczciwy mieszczanin musiał być oczarowany. Sam podpis miał trzywiersze — list bardzo przyjacielski kończył się: „Angelina Cornelia IzotaValserra del Dongo, księżna Sanseverina.”

„Nie wypisałam tego wszystkiego, o ile mi się zdaje — rzekła do siebieksiężna, śmiejąc się — od czasu mego kontraktu ślubnego z poczciwymksięciem, ale na tych ludzi można działać jedynie takimi rzeczami: dlamieszczan tylko przesada stanowi piękno.” Na zakończenie wieczoru niemogła się oprzeć pokusie napisania drwiącego bileciku do biednego hrabiego; oświadczyła mu oficjalnie, dla jego orientacji (powiadała)w stosunkach z koronowanymi głowami, że nie czuje się zdolnazabawiać dymisjonowanego ministra. „Czujesz strach przed księciem;kiedy jego ci zabraknie, czyż ja bym musiała cię straszyć?” I kazała odnieśćlist.

O siódmej rano książę Ernest kazał wezwać hrabiego Zurla, ministraspraw wewnętrznych.

— Na nowo — rzekł — wydaj pan najsurowsze rozkazy wszystkim podestom, aby starali się uwięzić imć Fabrycego del Dongo. Donoszą nam, że może się ośmieli pojawić w naszych Stanach. Ponieważ zbieg znajduje sięw Bolonii, gdzie, jak mniema, może drwić z pościgu naszych trybunałów,umieść pan zbirów znających go osobiście: primo, w kilku wsiach na drodzez Bolonii do Parmy; secundo, w okolicach pałacu księżnej Sanseverinaw Sacca oraz domu jej w Castelnovo; tertio, w pobliżu pałacu hrabiegoMosca. Śmiem liczyć na twą roztropność; panie hrabio, iż zdołasz ukryć terozkazy swego władcy przed hrabią Mosca. Wiedz, że chcę, aby uwięzionoimć Fabrycego del Dongo.

Skoro minister wyszedł, wpuszczono do księcia tajnymi drzwiczkamigeneralnego poborcę Rassi, który zbliżył się zgięty we dwoje, kłaniając sięza każdym krokiem. Minę tego łajdaka warto było malować; oddawała całebezeceństwo jego roli. Podczas gdy szybkie i niespokojne spojrzeniazdradzały, iż posiada świadomość swoich zalet, zuchwały i sarkastycznywyraz ust ukazywał, że umie walczyć przeciw wzgardzie.

Ponieważ człowiek ten będzie miał duży wpływ na losy Fabrycego,można rzec o nim słówko. Wysoki, miał piękne i wyraziste oczy, ale twarzzeszpeconą ospą. Był to człowiek niepospolitej bystrości i inteligencji;przyznawano mu gruntowną znajomość prawa; ale zwłaszcza był nieporównany w krętactwie. Jakkolwiek się przedstawiała sprawa, miał zawsze podręką doskonałe motywy do skazania lub unieważnienia; nie miał równegow sztuczkach prokuratorskich.

Człowiek ten, którego wielu monarchów zazdrościłoby księciu Parmy,miał jedną namiętność: żyć blisko możnych i zabawiać ich błazeństwami.Mało mu ważyło, czy potentat śmieje się z tego, co on mówi, czy z jegoosoby; czy wreszcie pozwala sobie na ohydne koncepty na temat pani Rassi;byleby się śmiał i traktował go poufale, już był zadowolony. Czasem książę,nie wiedząc już, jak sponiewierać wielkiego sędziego, kopał go; jeżelikopnięcie było bolesne, Rassi zaczynał płakać. Ale natura błazna byław nim tak silna, że salon ministra, gdzie go poniżano, wolał od własnegosalonu, gdzie władał despotycznie armią togi i peruki. Rassi uczynił sobieniejako pozycję z tego, iż najpyszniejszemu magnatowi niepodobna go byłoupokorzyć; zemstą jego za zniewagi, jakie cierpiał cały dzień, było to, żeopowiadał je księciu, wobec którego wyrobił sobie przywilej mówieniawszystkiego; prawda, iż często odpowiedzią był celny i bolesny policzek, aleo takie rzeczy się nie obrażał. Obecność tego najwyższego sędziegorozrywała księcia w chwilach złego humoru: bawił się tym, aby go poniewierać. Widzimy, że Rassi był niemal ideałem dworaka: bez czci i bez urazy.

— Przede wszystkim trzeba tajemnicy! — zawołał książę, nie witając sięz nim i traktując go jak sługusa, on, tak grzeczny dla całego świata. — Kiedydatowany jest wyrok?

— Wczoraj rano, Wasza Najdostojniejsza Wysokość.

— Ilu sędziów podpisało?

— Wszyscy pięciu.

— A kara?

— Dwadzieścia lat twierdzy, jak Wasza Wysokość mi mówił.

— Kara śmierci wywołałaby wzburzenie — rzekł książę jakby do siebie — szkoda. Jakie wrażenie wywarłoby to na tej kobiecie! Ale to del Dongo,nazwisko otoczone w Parmie czcią: trzech arcybiskupów, niemal kolejno posobie. Powiadasz: dwadzieścia lat?...

— Tak, Wasza Wysokość — odparł Rassi, wciąż zgięty we dwoje — przedtem akt publicznej skruchy przed portretem Waszej Wysokości; posto chlebie i wodzie co piątek i w wilie wielkich świąt, ileże podsądnyjest znanym bezbożnikiem. To na przyszłość, aby skręcić karkjego karierze.

— Pisz — rzekł książę.

Jego Najdostojniejsza Wysokość, wysłuchawszy łaskawie pokornychbłagań margrabiny del Dongo, matki przestępcy, oraz księżnej Sanseverina, jego ciotki, które powoływały się na to, że w epoce zbrodni winowajcabył bardzo młody i obłąkany miłością do żony nieszczęśliwego Gilettiego,Jego Najdostojniejsza Wysokość, mimo oburzenia na takie morderstwo,raczył zmienić karę Fabrycego del Dongo na dwanaście lat twierdzy.

— Daj, niech podpiszę.

Książę podpisał i położył datę wczorajszą, po czym, oddając wyrokRassiemu, rzeki:

— Napisz tuż pod moim podpisem.

Ponieważ księżna Sanseverina rzuciła się jeszcze raz do kolan JegoWysokości, książę zezwolił, aby co czwartek skazańcowi dozwolono godzinnej przechadzki na platformie kwadratowej wieży, tak zwanej wieżyFarnese.

— Podpisz — rzekł książę — a zwłaszcza gęba na kłódkę, co bądź byśsłyszał, że mówią. Powiesz rajcy del Capitani, który głosował za dwoma latami twierdzy i nawet przemawiał w obronie tej niedorzecznej opinii, żeradzę mu odczytać prawa i paragrafy. Zatem milcz i dobranoc.

Poborca Rassi wykonał bardzo powoli trzy głębokie ukłony, na któreksiążę nie zwrócił uwagi.

To się działo o siódmej rano. W kilka godzin później wiadomośćo wygnaniu margrabiny Raversi rozeszła się po mieście; wszyscy mówilitylko o tym wielkim wydarzeniu. Wygnanie margrabiny wypędziło na jakiśczas z Parmy nieubłaganą plagę małych miast i małych dworów: nudę.Generał Fabio Conti, który już się miał za ministra, udał atak podagryi przez kilka dni nie wychodził ze swej twierdzy. Mieszczaństwo, a za nimlud, wyciągnęło z tych faktów wniosek, iż jasne jest, że książę postanowiłposadzić monsignora del Dongo na stolcu arcybiskupim. Przenikliwi kawiarniani politycy utrzymywali zgoła, że skłoniono już ojca Landriani,obecnego arcybiskupa, aby udał chorobę i przedłożył dymisję: wiedzieli już,że otrzymał sutą pensję w monopolu tytoniowym. Pogłoski te doszłyarcybiskupa, który się nimi wielce przestraszył; przez kilka dni zapał jegodla naszego bohatera mocno osłabł. Dwa miesiące później nowina tapojawiła się w dziennikach paryskich z tą małą zmianą, że to hrabia Mosca,siostrzeniec księżnej Sanseverina, miał zostać arcybiskupem.

Margrabina Raversi szalała z wściekłości w Velleja; nie była ona z tychkobieciątek, którym się zdaje, że się mszczą, kiedy miotają obelgi nawrogów. Nazajutrz po jej niełasce kawaler Riscara i trzej inni zjawili sięz jej rozkazu u księcia i prosili o pozwolenie odwiedzenia jej w zamku. JegoWysokość przyjął tych partów bardzo łaskawie, a przyjazd ich do Vellejastał się wielką pociechą dla margrabiny. Przed upływem drugiego tygodniamiała w zamku trzydzieści osób: wszystkich, którzy związali swe nadziejez losami stronnictwa liberalnego. Co wieczór margrabina odbywała sekretną naradę z wtajemniczonymi. Pewnego dnia, w którym otrzymała sporolistów z Parmy i z Bolonii, udała się wcześnie do siebie; ulubiona garderobiana wprowadziła najpierw obecnego kochanka, hrabiego Baldi, ślicznegomłodego człowieka o twarzy bez wyrazu, a później kawalera Riscara, jegopoprzednika: był to mały człowieczek, czarny moralnie i fizycznie, któryzaczął karierę od tego, że był repetytorem geometrii w kolegium dla synówszlacheckich w Parmie; obecnie był radcą stanu i kawalerem licznychorderów.

— Mam dobre przyzwyczajenie — rzekła do nich margrabina — aby nieniszczyć żadnego papieru, i bardzo sobie to chwalę. Oto dziewięć listów, które pisała do mnie Sanseverina w różnych okolicznościach. Pojedzieciedo Genui, poszukacie wśród galerników eks-rejenta zwącego się Burati, jakwielki poeta wenecki, czy też Durati. Ty, hrabio Baldi, siadaj przy moimbiurku i pisz, co ci podyktuję.

Przyszło mi do głowy, siadam tedy i piszę do ciebie. Jadę do mojej willikoło Castelnovo; jeśli chcesz tam spędzić ze mną kilka godzin, będę bardzoszczęśliwa. Po tym, co zaszło, nie ma, jak sądzę, niebezpieczeństwa —horyzont się wyjaśnia. Mimo to zatrzymaj się, nim wjedziesz do Castełnovo; zastaniesz na gościńcu jednego z moich ludzi — kochają cię wszyscy doszaleństwa. Odbędziesz, oczywiście, tę wycieczkę jako pan Bossi. Powiadają, że masz wspaniałą brodę godną kapucyna, w Parmie zaś nikt nie widziałcię inaczej niż ze skromną twarzyczką wielkiego wikariusza.

— Rozumiesz, Riscara?

— Doskonale, ale podróż do Genui to niepotrzebny zbytek; znamw Parmie człowieka, który, co prawda, nie jest jeszcze na galerach, aleniechybnie się tam znajdzie. Podrobi cudownie pismo Sanseveriny.

Na te słowa hrabia Baldi otworzył szeroko śliczne oczy: dopiero zrozumiał.

— Jeżeli znasz owego godnego mieszkańca Parmy, którego chcesz zaszczycić tym zleceniem, zapewne i on zna cię również — jego kochanka,spowiednik, przyjaciel mogą być na żołdzie Sanseveriny: wolę raczejopóźnić tę małą przyjemność o kilka dni, a nie narażać się na kłopot. Jedźcieza dwie godziny, jak dwa niewinne jagniątka, nie pokazujcie się w Genuinikomu i wracajcie szybko.

Kawaler Riscara umknął, śmiejąc się i wołając przez nos jak poliszynel:

Trzeba spakować tobołek! — mówiąc to, pobiegł pociesznie.Chciał zostawić Baldiego sam na sam z jego damą.

W pięć dni później Riscara odwiózł margrabinie jej lalusia całegoodparzonego: aby zyskać sześć mil, kazał mu przebyć góry na grzbieciemuła. Baldi przysięgał, że już go nie złapią na taką podróż. Baldi oddałmargrabinie trzy egzemplarze listu, który mu podyktowali, i pięć lub sześćinnych listów tym samym pismem, ułożonych przez Riscarę od wypadku.Jeden z tych listów zawierał dowcipne żarciki na temat strachów księciaw nocy oraz na temat żałosnej chudości margrabiny Balbi, jego kochanki,zostawiającej jakoby ślady uszczypnięcia na poduszce, na której siądzie na chwilę. Można było przysiąc, że wszystkie listy pisane są ręką paniSanseverina.

— A teraz wiem ponad wszelką wątpliwość — rzekła margrabina — że jejgagatek, Fabrycy, znajduje się w Bolonii lub w pobliżu...

— Jestem zbyt chory — przerwał Baldi — błagam, aby mnie zwolniono odtej podróży lub bodaj prosiłbym o kilka dni dla podratowania zdrowia.

— Przemówię za tobą — rzekł Riscara. Wstał i poszeptał z margrabiną.

— Więc dobrze, zgadzam się — odparła z uśmiechem.

— Uspokój się, nie pojedziesz — rzekła do Baldiego ze wzgardliwą minką.

— Dziękuję! — wykrzyknął z wdzięcznością. Istotnie Riscara wsiadł samjeden do kolaski pocztowej. Zaledwie dwa dni bawił w Bolonii, ujrzałFabrycego z Marietą w powozie. „Tam do licha! — mruknął — zdaje się, żenasz przyszły arcybiskup nie żałuje sobie; trzeba to donieść księżnej, będzieuszczęśliwiona. Riscarze wystarczyło po prostu jechać za Fabrycym, abysię dowiedzieć, gdzie mieszka; nazajutrz rano Fabrycy otrzymał kurieremliścik genueńskiej fabrykacji; wydał mu się nieco krótki, ale poza tym nieobudził w nim podejrzeń. Na myśl, że ujrzy księżnę i hrabiego, nie posiadałsię ze szczęścia; mimo perswazji Lodovica, najął konia i pomknął galopem.Nie wiedział, że tuż za nim jechał kawaler Riscara, który o sześć mil przedParmą, na jedną stację od Castelnovo, z przyjemnością ujrzał zbiegowiskoprzed miejscowym więzieniem. Odprowadzano tam właśnie naszego bohatera; kiedy zmieniał konie na poczcie, poznali go dwaj siepacze wysłaniprzez hrabiego Zurla.

Małe oczki kawalera Riscara błysnęły radością; stwierdził sumienniewszystko, co zaszło w wiosce, po czym wyprawił kuriera do margrabinyRaversi. Następnie przechadzając się po ulicach, jak gdyby dla obejrzeniabardzo ciekawego kościoła, a potem dla wyszukania obrazu Parmezana,który rzekomo znajdował się w okolicy, spotkał wreszcie podestę, któryskwapliwie powitał radcę stanu. Riscara wyraził zdziwienie, że nie odesłanoNatychmiast do cytadeli w Parmie spiskowca, którego udało się szczęśliwiepojmać.

— Zachodzi obawa — dodał Riscara z pozorną obojętnością — aby jegoliczni przyjaciele, którzy szukali go przedwczoraj, chcąc mu ułatwić przejazd przez Stany Jego Wysokości, nie zaczepili konwoju; było tych buntowników ze dwudziestu lub piętnastu.

Intelligenti pauca? — wykrzyknął podesta z domyślną miną.

Rozdział piętnasty

W dwie godziny później biedny Fabrycy, z rękami w kajdankach,przywiązany długim łańcuchem do bryczki, do której go wsadzono, jechałdo cytadeli w Parmie pod eskortą ośmiu żandarmów. Ci mieli rozkaz braćz sobą wszystkich żandarmów stojących po wsiach, przez które przejeżdżałkonwój; sam podesta jechał z tyłu, w ślad tego ważnego jeńca. Okołosiódmej po południu sediola, eskortowana przez uliczników z całej Parmyoraz przez trzydziestu żandarmów, minęła piękną promenadę, pałacyk,w którym kilka miesięcy wprzódy mieszkała Fausta, wreszcie stanęła przedzewnętrzną bramą cytadeli, w chwili gdy generał Fabio Conti i jego córkamieli wyjeżdżać. Powóz gubernatora zatrzymał się przed mostem zwodzonym, aby wpuścić bryczkę, do której przywiązany był Fabrycy; generałkrzyknął, aby zamknięto bramy, i wysiadłszy z powozu, udał się do furtyzobaczyć, co się dzieje. Zdziwił się niepomału poznawszy jeńca, któryzdrętwiał zupełnie przywiązany do bryczki przez tak długą drogę; czterechżandarmów ujęło go i zaniosło do furty.

„Mam tedy w swojej mocy — powiadał sobie próżny człowiek — słynnegodel Dongo, którym, można rzec, od roku zajmował się wyłącznie cały wielkiświat Parmy!”

Ze dwadzieścia razy generał spotkał go na dworze, u księżnej i gdzieindziej, ale nie zdradził się, że go zna; lękałby się narazić.

— Niech ściągną — krzyknął na pisarza więziennego — szczegółowyprotokół z jeńca dostawionego mi przez godnego podestę z Castelnovo.

Barbone, pisarz, osobistość straszliwa rozmiarami swej brody orazmarsowym wyglądem, przybrał minę jeszcze ważniejszą niż zazwyczaj,istny profos niemiecki. Wiedząc coś niecoś, że to zwłaszcza księżnaSanseverina przeszkodziła gubernatorowi, jego panu, zostać ministremwojny, był dla jeńca nie grzeczniejszy niż zazwyczaj; odzywał się do niegoprzez voi, jak we Włoszech mówi się tylko do służby.

— Jestem prałatem świętego Kościoła rzymskiego — rzekł Fabrycy z siłą — i wielkim wikariuszem tej diecezji; samo urodzenie daje mi prawo dowzględów.

— Nic mi o tym nie wiadomo! — odparł grubiańsko pisarz — dowiedźswoich twierdzeń, przedstawiając papiery dające ci prawo do tych tytułów. — Fabrycy nie miał papierów i nie odpowiedział. Generał stał obok swegoskryby, patrząc, jak pisze, i nie podnosił oczu na jeńca, aby nie musiećstwierdzić, że to jest w istocie del Dongo.

Naraz Klelia, która czekała w powozie, usłyszała straszliwy zgiełkw strażnicy. Pisarz Barbone, sporządzając grubiański i bardzo długi opisosoby jeńca, kazał mu się rozebrać, iżby można było sprawdzić i stwierdzićskaleczenia otrzymane w rozprawie z Gilettim.

— Nie mogę — odparł Fabrycy, uśmiechając się z goryczą — niepodobna miusłuchać pańskich rozkazów, kajdanki mi tego bronią.

— Jak to! — wykrzyknął generał z udanym zdumieniem — więzień makajdanki w obrębie twierdzy? To jest sprzeczne z regulaminem, trzebaszczególnego rozkazu ad hoc, zdejmijcie mu kajdanki.

Fabrycy spojrzał nań. „Pocieszny jezuita! — pomyślał — od godziny widzite kajdanki, które mi zadają nieznośną mękę, i udaje zdziwionego!”

Żandarmi zdjęli mu kajdanki; dowiedzieli się, że Fabrycy jest bratankiem księżnej Sanseverina i okazywali mu uprzedzającą grzeczność, stanowiącą kontrast z grubiaństwem pisarza; ów zdawał się tym dotknięty i rzekłdo Fabrycego, który stał nieruchomo:

— Dalej, prędko pokaż nam te draśnięcia, któreś otrzymał z rękibiednego Gilettiego wówczas, gdyś go mordował.

Jednym skokiem Fabrycy rzucił się na skrybę i dał mu policzek taki, żeBarbone spadł z krzesła na nogi generała. Żandarmi chwycili za ręceFabrycego, który stał bez ruchu; sam generał i żandarmi pośpieszylipodnieść pisarza, któremu krew spływała po twarzy. Dwaj żandarmi stojącydalej podbiegli, by zamknąć drzwi strażnicy, sądząc, że jeniec chce sięwymknąć. Dowodzący nimi sierżant opamiętał się, że młody del Dongo niemoże serio kusić się o ucieczkę z cytadeli; mimo to, przez instynktżandarma, zbliżył się do okna, aby powstrzymać zamęt. Naprzeciw tegootwartego okna, o dwa kroki stał powóz generała; Klelia wtuliła się w kątpowozu, aby nie być świadkiem smutnej sceny odbywającej się w furcie;usłyszawszy zgiełk, podniosła głowę.

— Co się dzieje? — spytała brygadiera.

— Proszę panienki, to młody del Dongo wyciął policzek bezczelnikowiBarbone.

— Jak to! To pana del Dongo prowadzą do więzienia?

— No, tak! — rzekł sierżant — niby z przyczyny wysokiego urodzenia tegobiednego chłopca robi się tyle ceremonii; myślałem, że panienka wieo wszystkim.

Klelia nie cofnęła już głowy: skoro żandarmi otaczający stół rozstąpili sięnieco, ujrzała więźnia. „Kto by powiedział — myślała — wówczas gdy gospotkałam na gościńcu z Como, że go ujrzę po raz drugi w tej smutnejsytuacji?... Podał mi rękę, aby mnie wsadzić do karety swej matki... Jużwtedy był z księżną! Czy ich miłość sięga owej epoki?”

Trzeba powiadomić czytelnika, że liberalne stronnictwo, którym powodowała margrabina i generał Conti, udawało, że nie wątpi o tkliwychstosunkach łączących Fabrycego z księżną. Mosca, znienawidzony przezliberałów, był dla swej rzekomej ślepoty przedmiotem ciągłych żarcików.

„Jest tedy więźniem, i więźniem swoich wrogów, bo w gruncie — myślałaKlelia — hrabia Mosca, choćby go uważać za anioła, będzie uszczęśliwionyz tego obrotu.”

Hałaśliwy wybuch śmiechu rozległ się w strażnicy.

— Jacopo — rzekła do sierżanta zdławionym głosem — co się tam dzieje?

— Generał spytał surowo jeńca, czemu uderzył Barbona. MonsignoreFabrycy odparł spokojnie: „Nazwał mnie mordercą, niech pokażedokumenty i papiery upoważniające go do tego.” I z tego się śmieją.

Dozorca, który umiał pisać, zastąpił Barbona; Klelia ujrzała pisarza, jakwychodził, ocierając chustką krew, która spływała mu obficie po ohydnejtwarzy; klął straszliwie:

— Ten za... Fabrycy — mówił na cały głos — umrze tylko z mojej ręki.Odbiję go katu etc., etc.

Przystanął między oknem a powozem, aby spojrzeć na Fabrycego, i kląłcoraz gwałtowniej.

— Ruszaj swoją drogą — rzekł sierżant — nie będziesz tu klął przypanience.

Barbone podniósł głowę, aby zajrzeć do powozu, oczy jego spotkały sięz oczami Klelii, której wydarł się okrzyk grozy; nigdy jeszcze nie widziałaz bliska tak okropnej twarzy. „Zabije Fabrycego — powiadałasobie — muszęostrzec don Cezara.” Był to jej stryj, jeden z najczcigodniejszych księżyw mieście; generał Conti, jego brat, wyrobił mu miejsce gospodarzawięzienia i naczelnego kapelana więziennego.

Generał wsiadł z powrotem do powozu.

— Czy chcesz wrócić do domu — spytał córki — lub czekać na mnie, możedość długo, w dziedzińcu zamkowym? Muszę zdać sprawę księciu.

Fabrycy wyszedł z furty pod eskortą trzech żandarmów; prowadzili go doceli, którą mu przeznaczono. Klelia wyglądała z karety, jeniec znalazł siębardzo blisko niej. W tej chwili odpowiadała na pytanie ojca tymi słowami:

Chcę być z tobą.

Fabrycy, słysząc te słowa tuż koło siebie, podniósł oczy i spotkał wzrokmłodej dziewczyny. Uderzył go zwłaszcza wyraz melancholii w jej twarzy.,,Jak ona wyładniała — pomyślał — od czasu spotkania niedaleko Como; coza myślący i głęboki wyraz!... Słusznie porównują ją z księżną; anielskafizjonomia!”

Barbone, zakrwawiony skryba, który przystanął koło powozu nie bezintencji, zatrzymał gestem trzech żandarmów, którzy prowadzili Fabrycego, i okrążywszy powóz, aby dotrzeć do generała, spytał:

— Ponieważ więzień dopuścił się gwałtu wewnątrz cytadeli, nie wiem, czyna podstawie 157 paragrafu nie należałoby mu włożyć kajdanków na trzydni?

— Idź do diabła! — wrzasnął generał, dla którego to uwięzienie było, bądźco bądź, kłopotliwe.

Myślał o tym, aby nie doprowadzać do ostateczności księżnej anihrabiego Mosca; zresztą jak hrabia weźmie tę sprawę? W gruncie rzeczyzabicie Gilettiego było drobnostką i jedynie intryga zdołała nadać muwagę.

W czasie tego dialogu Fabrycy był wspaniały w otoczeniu swoichstróżów; twarz dumna i szlachetna, delikatne rysy, uśmiech wzgardy naustach — tworzyły cudowny kontrast z pospolitością otaczających gożandarmów. Ale wszystko to to była, można rzec, jedynie zewnętrznastrona jego fizjonomii; oczarowany był niebiańską pięknością Klelii, a oczyjego zdradzały zdumienie. Ona, zadumana, nie cofnęła głowy z oknakarety; Fabrycy skłonił się jej z uśmiechem pełnym najgłębszego szacunku, czym rzekł:

— Zdaje mi się, że niegdyś, w okolicach jeziora, miałem już zaszczytz nią spotkać, także w otoczeniu żandarmów.

Klelia zaczerwieniła się; była tak zmieszana, że nie znalazła odpowiedzi,,Cóż za szlachetne zjawisko wśród tych pospolitych ludzi! — powiadałasobie w chwili, gdy Fabrycy zwrócił się do niej. Głęboka litość, niemal —powiedzmy — rozczulenie odjęły jej przytomność umysłu niezbędną, aby znaleźć jakąś odpowiedź; zauważyła swoje milczenie i zarumieniła sięjeszcze bardziej. W tej chwili odciągano gwałtownie rygle u bramy cytadeli:czyż Jego Ekscelencja nie czekał co najmniej od minuty? Powstał stąd takihałas, że gdyby nawet Klelia znalazła słowo odpowiedzi, Fabrycy nie byłbygo usłyszał.

Unoszona przez konie, które puściły się galopem, skoro tylko przebytomost, Klelia powiadała sobie: „Musiałam mu się wydać bardzo śmieszna!”Po czym dodała: „Nie tylko śmieszna — musiał mnie wziąć za nikczemnąduszę, musiał pomyśleć, że nie odpowiadam na jego ukłon, bo on jestwięźniem, a ja córką gubernatora.”

Myśl ta stała się nie do zniesienia dla młodej dziewczyny, która miaładuszę szlachetną. „A co czyni mój postępek jeszcze bardziej nikczemnym —dodała — to, iż niegdyś, kiedyśmy się spotkali pierwszy raz, także wotoczeniu żandarmów, jak on mówi, to ja byłam więźniem, a onoddał mi przysługę i wybawił mnie z kłopotu... Tak, trzeba przyznać, mojepostępowanie to szczyt grubiaństwa i niewdzięczności. Biedny chłopiec!Teraz, kiedy jest w niedoli, wszyscy okażą się niewdzięczni względem niego.Powiedział wówczas: „Czy pani zapamięta w Parmie moje nazwisko?” Jakon mną gardzi w tej chwili! Tak łatwo było znaleźć jakieś miłe słówko!Trzeba przyznać, tak, obeszłam się z nim okropnie. Niegdyś, gdyby niepowóz szlachetnie ofiarowany przez jego matkę, byłabym musiała iśćw kurzu za żandarmami lub — co gorsza — siąść na konia za którymś z nich;wtedy ojciec mój był aresztowany, a ja bez obrony! Tak, trudno się gorzejznaleźć. I jak żywo musiał to odczuć taki człowiek jak on! Co za kontrastmiędzy jego szlachetną fizjonomią a moim postępkiem! Co za dostojność!Co za pogoda! Jak on bohatersko wyglądał w otoczeniu plugawych wrogów!Rozumiem teraz miłość księżnej — jeśli taki jest w obliczu niefortunnegowypadku, który może mieć straszne następstwa, jakiż musi być wówczas,gdy jest szczęśliwy!”

Kareta gubernatora stała więcej niż półtorej godziny w dziedzińcuzamkowym; mimo to, kiedy generał wyszedł wreszcie od księcia, Klelii niewydawało się, aby czekała zbyt długo.

— Jaka jest wola Jego Wysokości? — spytała Klelia.

— Jego słowa mówiły: „więzienie!”, a spojrzenie: „śmierć!”

— Śmierć! Wielki Boże! — krzyknęła Klelia.

— Cicho siedź! — burknął generał. — Głupiec ze mnie, aby się wdawaćw rozmowy z dzieckiem.

Przez ten czas Fabrycy przebywał trzysta osiemdziesiąt stopni wiodącychdo wieży Farnese, nowego więzienia, zbudowanego na platformie grubejwieży, na ogromnej wysokości. Nie pomyślał ani razu, przynajmniej zeświadomością, o ogromnej zmianie, jaka zaszła w jego losie. „Co za wzrok!powiadał sobie — ile rzeczy wyrażał, ile głębokiego współczucia! Zdawałosię, że mówi: „Życie jest pasmem nieszczęść! Nie trap się nadto tym, co cięspotyka! Czy nie jesteśmy tu po to, aby cierpieć?” Jak jej piękne oczywpatrywały się we mnie nawet wówczas, gdy konie wjeżdżały z łoskotemod sklepienie!

Fabrycy zapomniał zupełnie być nieszczęśliwym.

Klelia odwiedziła z ojcem kilka salonów; z początkiem wieczoru nikt niewiedział jeszcze o uwięzieniu wielkiego przestępcy, takie bowiemmiano dawali dworacy w dwie godziny później nierozważnemu chłopcu.

Tego wieczora rysy Klelii zdradzały więcej ożywienia niż zwykle; ożywienie, udział w tym, co ją otaczało, to były rzeczy, których zazwyczaj zbywałotej ładnej osobie. Kiedy porównywano jej urodę z urodą księżnej, tenzwłaszcza wyraz obojętności, przepływającej jak gdyby ponad sprawamiświata, przeważał szalę na korzyść rywalki. W Anglii, we Francji, w krainach próżności, opinia wypadłaby odwrotnie. Klelia Conti była to młodadziewczyna, zbyt szczupła jeszcze, podobna do pięknych postaci Guida;nie będziemy ukrywali, iż z punktu widzenia piękności greckiej można byzarzucić tej głowie zbytnią wydatność rysów: wargi na przykład, mimo iżpełne wzruszającego wdzięku, były nieco grube.

Cudowną oryginalnością tej twarzy, na której jaśniał naiwny wdzięk i niebiańska piękność najszlachetniejszej duszy, było to, że mimo swej rzadkiej i odrębnej piękności, nie była w niczym podobna do głów posągówgreckich. Przeciwnie, księżna miała zbyt wiele z urzędowego ideałupiękności: głowa jej, naprawdę lombardzka, przypominała rozkosznyśmiech i tkliwą melancholię pięknych Herodiad Leonarda da Vinci. O ileksiężna była żywa, iskrząca się dowcipem i sprytem, rzucająca się namiętnie— jeśli można się tak wyrazić — na każdy przedmiot, jaki tok rozmowynasuwał przed oczy jej duszy, tak znów Klelia zdawała się spokojna iniełatwa do wzruszenia, czy to przez wzgardę dla tego, co ją otaczało, czyprzez tęsknotę za jakąś nieistniejącą chimerą. Długo sądzono, że poświęcisię życiu zakonnemu. W dwudziestym roku objawiała wstręt do zabaw i balów, a jeżeli towarzyszyła ojcu, to jedynie przez posłuszeństwo, aby nieszkodzić jego ambicjom.

„Niepodobna mi tedy będzie — powtarzała zbyt często niska duszagenerała — mimo iż niebo dało mi za córkę najpiękniejszą osobę w Stanachnaszego monarchy i najbardziej cnotliwą, niepodobna mi będzie wyciągnąćz niej jakiejś korzyści dla mej kariery! Żyję nazbyt odosobniony, mam tylkoją na świecie; trzeba mi koniecznie rodziny, która by mi dała punkt oparciai stworzyła kilka salonów, gdzie moje talenty, a zwłaszcza moje kwalifikacjena ministra, przyjęto by jako coś poza wszelką dyskusją. I ot, moja córka ładna, rozumna, nabożna — krzywi się, ilekroć jakiś młodzieniec, dobrzezapisany na dworze, próbuje jej nadskakiwać. Skoro go przepłoszy, rozjaśnia się i staje się niemal wesoła, póki nie pojawi się nowy konkurent.Najpiękniejszy mężczyzna na dworze, hrabia Baldi, wysunął swą kandydaturę bez powodzenia; najbogatszy człowiek w Stanach Jego Wysokości,margrabia Crescenzi, spróbował szczęścia po nim i ona twierdzi, że byłabyz nim nieszczęśliwa!”

„Stanowczo — powiadał sobie innym razem generał — oczy mojej córkipiękniejsze są niż oczy księżnej, przez to zwłaszcza, iż w rzadkich okolicznościach zdolne są do głębokiego wyrazu, ale kiedy ona miewa tenwspaniały wyraz? Nigdy w salonie, który mogłaby napełnić blaskiem, ale naprzechadzce, kiedy jesteśmy sami i kiedy ją na przykład wzruszy niedolajakiego wstrętnego żebraka. „Zachowaj jakiś ślad tego cudownego spojrzenia — mówię jej czasem — na wieczór do salonów. Gdzie tam; skoro raczyiść ze mną, szlachetna i czysta jej fizjonomia przybiera dość wyniosły, małozachęcający wyraz biernego posłuszeństwa.”

Jak widzimy, generał nie oszczędzał żadnych środków, aby sobie znaleźćprzyzwoitego zięcia, ale to, co mówił, to była prawda.

Dworacy, którzy nie mają po co zaglądać w swoje dusze, dają baczenie nawszystko; zauważyli, że zwłaszcza w owe dni, kiedy Klelia nie była zdolnasię wyrwać z ukochanych marzeń i udawać zainteresowanie czymkolwiek,księżna lubiła siadać przy niej i siliła się ją rozgadać. Klelia miała włosypopielatoblond, odcinające się łagodnie od delikatnej, ale zbyt bladej cery.Jedynie czoło mogło zdradzić uważnemu obserwatorowi, że ten szlachetnywyraz, to wzięcie wyrastające ponad pospolity wdzięk wypływały z głębokiej obojętności dla wszystkiego, co pospolite. Była to nieobecność,a nie niemożliwość zainteresowania się czymkolwiek. Od czasu jak ojciecjej był gubernatorem cytadeli, Klelia w swoim podobłocznym mieszkaniu czuła się szczęśliwa lub bodaj wolna od zgryzot. Przerażająca liczba stopni,na które trzeba było się wspiąć, aby się dostać do pałacu gubernatora,położonego na platformie wieży, oddalała nudne wizyty — z tej przyczynyKlelia zażywała iście klasztornej swobody; był to niemal ideał szczęścia,którego w swoim czasie zamierzała szukać w życiu zakonnym. Odczuwałajak gdyby wstręt na samą myśl, że miałaby wydać swą drogą samotnośći swoje tajemne myśli na łup człowieka, którego tytuł męża uprawniałby dozmącenia jej wewnętrznego życia. Jeżeli w samotności nie znajdowałaszczęścia, to przynajmniej oszczędzała sobie przykrych wrażeń.

W dniu, w którym Fabrycego odprowadzano do twierdzy, księżnaspotkała Klelię u ministra spraw wewnętrznych, hrabiego Zurla; towarzystwo otaczało ją kręgiem; tego wieczora Klelia gasiła księżnę urodą. Oczydziewczyny miały wyraz tak osobliwy i głęboki, że były niemal nietaktowne;w spojrzeniach jej była litość, ale było też oburzenie i gniew. Iskrzący siędowcip księżnej przejmował widocznie Klelię bólem bliskim zgrozy. „Jakież będą krzyki, jęki tej biednej kobiety — powiadała sobie — skoro siędowie, że jej kochanek, młody człowiek o tak wspaniałym sercu i takszlachetnej fizjonomii, dostał się do więzienia. A te oczy monarchy, któreskazują go na śmierć! O samowładztwo, kiedyż przestaniesz ciążyć nadWłochami? O dusze przedajne i niskie! I ja jestem córką dozorcy więzienia!I nie zaparłam się tego szlachetnego tytułu, nie racząc odpowiedziećFabrycemu! A niegdyś on był moim dobroczyńcą! Co on myśli o mnie teraz,sam w swojej celi oświetlonej nędzną lampką?” Wstrząśnięta tą myślą,Klelia obejmowała spojrzeniem pełnym zgrozy iluminację salonów ministra.

„Nigdy — szeptano w kręgu dworaków, jaki utworzyli dokoła dwóchmodnych piękności, starając się wmieszać do ich rozmowy — nigdy nierozmawiały z sobą z takim ożywieniem, a zarazem tak poufale. Czyżbyksiężna, wciąż starająca się łagodzić nienawiści rozpętane przez pierwszegoministra, układała świetne małżeństwo dla Klelii?

Domysł ten wspierał się na okoliczności, która dotąd nie zwróciła uwagidworu: oczy młodej dziewczyny miały więcej ognia, a nawet, można rzec,więcej namiętności niż oczy pięknej księżnej. Co się tyczy księżnej, była onazdziwiona i — powiedzmy to na jej chwałę — zachwycona nowym wdziękiemw młodej samotnicy: od godziny przyglądała się jej z przyjemnością, dośćrzadko odczuwaną na widok rywalki. „Ale co to znaczy? — pytała samasiebie — nigdy Klelia nie była tak piękna i tak wzruszająca: czyżby jej serce przemówiło?... Ale w takim razie to musi być nieszczęśliwa miłość: pod tymożywieniem kryje się posępny ból... Ale miłość nieszczęśliwa milczy.Czyżby chodziło o to, aby odzyskać zmiennika za pomocą światowychtryumfów?” I księżna spoglądała bacznie po otaczającej ją młodzieży. Niezauważyła nigdzie osobliwego wyrazu, wszędzie mniej lub więcej doskonałezadowolenie z siebie. „Ależ to jest jakiś cud — powiadała sobie księżna,podrażniona tym, że nie może zgadnąć. — Gdzie jest Mosca, ten człowiektak przenikliwy? Nie, nie mylę się! Klelia przygląda mi się z uwagą, jakgdybym była dla niej czymś zupełnie nowym. Byłżeby to jakiś rozkaz jejojca, tego podłego dworaka? Myślałam, że ta szlachetna i młoda duszaniezdolna jest zniżyć się do interesu. Czyżby generał miał jakąś ważnąprośbę do księcia?”

Około dziesiątej jeden z przyjaciół księżnej podszedł do niej i szepnąłparę słów; zbladła straszliwie. Klelia ujęła jej rękę i odważyła się jąuścisnąć.

— Dziękuję ci i rozumiem teraz... masz piękną duszę — rzekła księżna,zadając sobie gwałt; zaledwie znalazła siłę, aby wymówić te słowa.

Uśmiechnęła się z przymusem do gospodyni, która wstała, aby jąprzeprowadzić do drzwi ostatniego salonu; takie honory należały sięjedynie księżniczkom krwi i stanowiły dla księżnej okrutną sprzeczność z jejobecnym położeniem. Toteż uśmiechała się wciąż do hrabiny Zurla, alemimo niesłychanego wysiłku nie mogła wycisnąć z siebie ani słowa.

Oczy Klelii napełniły się łzami na widok księżnej wśród tych salonów,zaludnionych w tej chwili wszystkim, co było najświetniejszego w stolicy.,,Co się stanie z tą biedną kobietą — mówiła sobie — skoro się znajdzie samaw powozie? Byłoby natręctwem ofiarować jej swoje towarzystwo, nieśmiem... Cóż by to była za pociecha dla biednego więźnia, siedzącegow jakiejś norze przy nędznej lampce, gdyby wiedział, że jest aż tak kochany!Okropna rzecz ta samotność, w jakiej go pogrążono! A my jesteśmy tutaj,w tych świetnych salonach, cóż za ohyda! Czy byłby sposób, aby mu przesłaćjakie słówko? Wielki Boże! to znaczyłoby zdradzić mego ojca; położeniejego między dwoma stronnictwami jest tak trudne. Co się z nim stanie, jeślisię narazi na nienawiść księżnej, która ma w ręku pierwszego ministra,rozstrzygającego niemal o wszystkim? Z drugiej strony, książę Ernestzajmuje się bez ustanku tym, co się dzieje w twierdzy, i nie zna na tympunkcie żartów: strach czyni go okrutnym... W każdym razie Fabrycy(Klelia nie mówiła już: „pan del Dongo”) o ileż jest godniejszy współczucia! Chodzi dlań o coś innego niż utrata zyskownej posady!... A księżna!...Jakąż straszliwą namiętnością jest miłość!... Mimo to wszyscy kłamcy światamówią o niej jak o źródle szczęścia! Ubolewa się nad starymi kobietami,dlatego że nie mogą już czuć lub budzić miłości... Nigdy nie zapomnę tego,com widziała; co za nagła zmiana! Te oczy, tak piękne, promienne, jakżestały się martwe, zgasłe po owej straszliwej wieści, którą przyniósł jejmargrabia N... Musi ten Fabrycy być bardzo godny kochania!”

Wśród tych dumań, które wypełniały duszę Klelii, komplementy ścigające ją ze wszystkich stron wydały się jej tym bardziej uprzykrzone. Aby sięod nich uwolnić, zbliżyła się do otwartego okna, wpółzasłoniętego jedwabną oponą, i spodziewała się, że nikt nie ośmieli się tam jej ścigać. Oknowychodziło na mały gaik pomarańczowy, zasadzony w ziemi; co zimę trzebabyło okrywać go dachem. Klelia wdychała z rozkoszą zapach kwiatów,a przyjemność wracała nieco spokoju jej duszy... „Na oko wydał mi siębardzo szlachetny — myślała — ale obudzić namiętność w tak niepospolitejkobiecie! Toż ona miała zaszczyt odtrącić hołdy panującego i gdyby raczyła,byłaby tutaj królową... Ojciec powiada, że miłość księcia doprowadziłabygo do małżeństwa, gdyby stał się wolny... I ta miłość do Fabrycego trwa odtak dawna! Toż to już pięć lat, jak ich spotkałam opodal Como... Tak, pięćlat — powtórzyła po chwili namysłu. — Uderzyło mnie to nawet wówczas, gdytyle rzeczy uchodziło moim oczom dziecka. Z jakim podziwem te paniepatrzyły na Fabrycego!...”

Klelia zauważyła z radością, że żaden z młodych ludzi, którzy nadskakiwali jej tak wytrwale, nie ośmielił się zbliżyć. Jeden, margrabia Crescenzi,uczynił kilka kroków, po czym zatrzymał się koło graczy. „Gdybym —powiadała sobie — pod moim oknem w twierdzy, jedynym, które ma cień,miała bodaj te pomarańcze, myśli moje byłyby mniej smutne; ale za caływidok ciosowe kamienie wieży Farnese... Ach! — wykrzyknęła, zrywając się— może to tam go zamknęli! Jak mi pilno pomówić z don Cezarem! Będziemniej surowy od generała. Ojciec nie powie mi z pewnością nic, gdybędziemy wracać do twierdzy, ale dowiem się wszystkiego przez donCezara... Mam pieniądze, będę mogła kupić kilka drzewek pomarańczowych, które pomieszczę pod swoim okienkiem z klatkami, przesłonią mi tegrube mury wieży. O ileż będzie mi wstrętniejsza jeszcze, odkąd znam jednąz istot, które kryje światłu!... Tak, to trzeci raz go widziałam; raz na baluw dniu urodzin księżnej, dziś w otoczeniu trzech żandarmów, gdy ohydnyBarbone żądał dlań kajdanów; wreszcie tam nad Como... Jest już pięć lat... Na jakiego urwisa wyglądał wówczas! Jak patrzył na żandarmów i jakdziwnie spoglądały nań matka i ciotka! Z pewnością musiał być tego dniajakiś sekret między nimi; dawniej myślałam, że i on się bał żandarmów! Klelia zadrżała. — Ale jakaż ja byłam naiwna! Bez wątpienia już wtedyksiężna była nim zajęta... Jak on nas doskonale bawił po jakimś czasie,kiedy te panie, mimo widocznego pomieszania, oswoiły się z obecnościąobcej!... A dziś nie umiałam nic odpowiedzieć, kiedy do mnie przemówił...O, nieśmiałość, niezręczność! Jak często podobne są do najszpetniejszychrzeczy! I taka jestem, mając dwadzieścia lat!... Miałam słuszność, wybierającsię do klasztoru; stworzona jestem do tego, aby żyć w zamknięciu. „Godnacórka stróża więziennego” — musiał sobie powiedzieć. Gardzi mną: skorobędzie mógł pisać do księżnej, wspomni jej o mojej nieczułości. Księżnabędzie mnie uważała za dziewczynę z gruntu fałszywą, bo dziś wieczórmogła przypuszczać, że współczuję z jej nieszczęściem.”

Klelia spostrzegła, że ktoś się zbliża, najwidoczniej w zamiarze, abystanąć obok niej koło okna z żelazną balustradą; podrażniło ją to, mimo żesobie wyrzucała ten odruch; dumania, z których ją wyrwano, nie były wolneod słodyczy. „Dam temu natrętowi dobrą nauczkę” — pomyślała. Jużzwracała głowę z dumnym spojrzeniem, kiedy ujrzała wylękłą twarzarcybiskupa, który zbliżał się nieznacznie. „Ten święty człowiek nie mataktu — myślała Klelia. — Po co mu nękać biedną dziewczynę! Mój spokój towszystko, co posiadam.” Skłoniła się z szacunkiem, ale wyniośle zarazem,prałat zaś rzekł:

— Czy pani zna już tę straszną nowinę?

Oczy dziewczyny zmieniły wyraz, ale — w myśl wiecznych przestróg ojca odparła z nieświadomą minką, której sprzeciwiała się wymowa oczu:

— Nic nie wiem, Wasza Wielebność.

— Mego wielkiego wikariusza, biednego del Dongo, który winien jestśmierci łotra Gilettiego tyle co ja, porwano z Bolonii, gdzie żył podnazwiskiem Józefa Bossi; zamknięto go w waszej cytadeli; przybył p r z y k u t y do bryczki, na której go wieziono. Któryś z dozorców, nazwiskiemBarbone, ułaskawiony swego czasu po zamordowaniu brata, chciał znęcaćsię nad Fabrycym; ale mój młody przyjaciel nie jest człowiekiem, który byścierpiał zniewagę. Rzucił o ziemię bezczelnika, za co wtrącono go do lochudwadzieścia stóp pod ziemią, nałożywszy mu kajdany.

— Kajdany, nie!

— A! więc pani wie coś! — wykrzyknął arcybiskup. I z rysów starca pierzchnął wyraz zniechęcenia. — Ale przede wszystkim ktoś może podejśćdo okna i przerwać nam: czy byłabyś tak miłosierna, aby osobiście oddaćdon Cezarowi ten mój pasterski pierścień?

Dziewczyna wzięła pierścień, ale nie wiedziała, gdzie go schować dlapewności.

— Włóż go na wielki palec — rzekł arcybiskup; i włożył go jej sam. — Mogęliczyć, że oddasz ten pierścień?

— Tak, Wasza Wielebność.

— Czy możesz mi przyrzec, że zachowasz w tajemnicy to, co ci jeszczepowiem, nawet w razie gdybyś nie chciała się przychylić do mojej prośby?

— Ależ tak, Wasza Wielebność — odparła dziewczyna, drżąc na widokposępnej powagi, jaką starzec przybrał nagle. — Nasz czcigodny arcybiskup— dodała — może mi dać rozkazy jedynie godne jego i mnie.

— Powiedz don Cezarowi, że mu polecam mego przybranego syna;wiem, że zbiry, które go porwały, nie zostawiły mu czasu na wzięciebrewiarza, proszę tedy don Cezara, aby mu dał swój, a jeżeli stryj panizechce przysłać jutro do konsystorza, obowiązuję się zwrócić mu książkę,której użyczy Fabrycemu. Proszę również don Cezara, aby doręczył panudel Dongo pierścień znajdujący się obecnie na tej pięknej rączce.

Tu przerwał arcybiskupowi generał Fabio Conti, który przyszedł pocórkę, aby ją odprowadzić do powozu: rozmowa zakończyła się w sposóbprzynoszący zaszczyt zręczności prałata. Nie wspominając ani słowa o więźniu, wtrącił mimochodem ogólne maksymy moralne i polityczne; naprzykład, że bywają w życiu dworów chwile przełomowe, rozstrzygająceo istnieniu największych dygnitarzy; byłoby wielką nieostrożnością zmieniać w osobistą nienawiść różnice wynikające z przeciwieństwastanowisk. Arcybiskup, dając się ponieść zgryzocie, w jakiej go pogrążyło totak niespodziewane uwięzienie, posunął się do słów, iż trzeba niewątpliwiebronić swojej pozycji, ale że byłoby zbyteczną nieostrożnością ściągać nasiebie trwałe nienawiści, przykładając rękę do rzeczy, których się niezapomina.

Znalazłszy się w karecie z córką, generał rzekł:

— Ależ to istne groźby! Groźby wobec człowieka takiego jak ja!

Przez dwadzieścia minut ojciec i córka nie wymienili ani słowa.

Biorąc pierścień arcybiskupa, Klelia obiecywała sobie wspomnieć ojcu,skoro się z nim znajdzie w powozie, o usłudze, jakiej prałat od niej żądał; alepo słowie groźba, wymówionym z takim gniewem, była pewna, że ojciec udaremniłby zlecenie; zakryła pierścień lewą dłonią i ściskała go namiętnie.Przez całą drogę z ministerium spraw wewnętrznych do cytadeli pytała samasiebie, czy byłoby zbrodnią nie powiedzieć o tym ojcu. Była bardzopobożna, bardzo nieśmiała, a serce jej, tak spokojne co dzień, biłogwałtownie; ale wreszcie „Kto idzie?” straży stojącej pod bramą rozległosię, zanim Klelia znalazła właściwą formę, aby nastroić przychylnie ojca, takbardzo lękała się, że jej odmówi. Przebywając trzysta sześćdziesiąt schodówwiodących do pałacu, Klelia nie wymyśliła nic.

Czym prędzej pobiegła do stryja, który ją połajał i nie chciał słyszećo niczym.

Rozdział szesnasty

— I cóż? — wykrzyknął generał na widok brata swego don Cezara — teraz księżna wyrzuci sto tysięcy talarów, aby sobie zadrwić ze mniei wykraść więźnia...

Ale na razie jesteśmy zmuszeni zostawić Fabrycego w więzieniu, nasamym szczycie cytadeli; pilnują go dobrze i może go nieco ten pobytodmieni. Zajmijmy się dworem, gdzie zawiłe intrygi, a zwłaszcza namiętności nieszczęśliwej kobiety, będą rozstrzygały o jego losie. Przebywająctrzysta dziewięćdziesiąt stopni wieży Farnese na oczach gubernatora,Fabrycy, który tak lękał się tego momentu, zauważył, że nie miał czasumyśleć o swym nieszczęściu.

Wróciwszy do domu po wieczorze u hrabiego Zurla, księżna gestemodprawiła służbę, następnie, osunąwszy się w ubraniu na łóżko, wykrzyknęła:

Fabrycy jest w mocy wrogów i może z mojegopowodu otrują go!

Jak odmalować chwilę rozpaczy, która nastąpiła po tym ujęciu sytuacjiu kobiety tak mało rządzącej się rozsądkiem, tak podlegającej wrażeniuchwili i — mimo że nie przyznawała się do tego przed sobą — tak szaleniezakochanej w młodym więźniu. Krzyki, spazmy — ale ani jednej łzy.Odprawiła swoje panny, aby ukryć te łzy; myślała, że wybuchnie płaczem,skoro się znajdzie sama; ale łez, tej ulgi w wielkiej boleści, zabrakło jej.Gniew, oburzenie, wściekłość, poczucie niższości w stosunku do księcianadto władały w tej wyniosłej duszy.

— Czyż nie dość upokorzeń! — wykrzykiwała co chwila — znieważająmnie, więcej, grożą życiu Fabrycego i ja nie miałabym się zemścić! Stój,książę! zabijasz mnie, dobrze, masz władzę, ale kiedyś zapłacisz mi za tożyciem. Ach! biedny Fabrycy, i co ci to pomoże? Cóż za różnica z owymdniem, kiedy chciałam opuścić Parmę... a wówczas uważałam się zanieszczęśliwą... Co za zaślepienie! Miałam zniszczyć wszystkie przyzwyczajenia miłego życia: niestety! nie wiedząc o tym, zbliżałam się do wydarzenia,które miało na zawsze rozstrzygnąć o mym losie. Gdyby przez haniebny nałóg nędznego dworactwa hrabia nie był usunął słów niesprawiedliwy wyrok w nieszczęsnym bileciku, który zdobyłam na księciu, bylibyśmy ocaleni. Miałam w tym — trzeba przyznać — więcej szczęścia niżzręczności, iż zdołałam wciągnąć w grę jego ambicję na punkcie ukochanejParmy. Groziłam mu wyjazdem, byłam wówczas wolna... Boże! Jakążjestem niewolnicą! Przygwożdżona do tej haniebnej kloaki, a Fabrycy skutyw cytadeli, w tej cytadeli, która dla tylu znamienitych ludzi była przedpokojem śmierci — i nie mogę już władać nad tym tygrysem groźbą, że opuszczęjego jaskinię.

Zbyt jest inteligentny, aby nie czuć, że nie oddalę się nigdy od plugawejwieży, do której jest przykute moje serce. Podrażniona próżność tegoczłowieka może mu podsuwać najdziksze pomysły; niedorzeczność ichi okrucieństwo byłyby tylko podnietą dla jego zdumiewającej próżności.Jeśli wróci do dawnych zalotów, jeśli mi powie: „Przyjm hołdy twegoniewolnika lub Fabrycy zginie...” Stara historia Judyty... Tak, ale jeżeli dlamnie to jest tylko samobójstwo, dla Fabrycego to morderstwo; ten głuptas,następca tronu, i niecny kat Rassi powieszą Fabrycego jako mego wspólnika.

Księżna wydawała rozpaczliwe krzyki: alternatywa, z której nie widziaławyjścia, dręczyła nieszczęśliwe serce. Znękana głowa nie widziała żadnejmożliwości na przyszłość. Dziesięć minut miotała się jak szalona, wreszciesen przerwał na kilka chwil ten okropny stan, życie wyczerpało się. W kilkaminut obudziła się nagle i siadła na łóżku; zdawało się jej, że książę w jejobecności chce uciąć głowę Fabrycemu. Jakimż obłąkanym wzrokiem Ginatoczyła wkoło! Kiedy się upewniła, że nie ma koło niej ani księcia, aniFabrycego, padła z powrotem na łóżko, omal nie zemdlała. Ogarnęła ją takaniemoc, że nie czuła się na siłach, aby zmienić pozycję. „Wielki Boże,gdybym mogła umrzeć! — mówiła sobie. — Ale cóż za nikczemność! Jamiałabym opuścić Fabrycego w nieszczęściu! Zmysły tracę... Opamiętajmysię, przyjrzyjmy się z zimną krwią okropnemu położeniu, w które pogrążyłam się jakby umyślnie. Cóż za szaleństwo! Osiedlać się na dworzesamowładcy, tyrana, który zna wszystkie swoje ofiary! Każde ich spojrzeniewydaje mu się obrazą. Niestety! tego ani hrabia, ani ja nie wiedzieliśmy,kiedym opuszczała Mediolan: roiłam o urokach dworu niższego, to prawda,ale czegoś w rodzaju pięknej epoki księcia Eugeniusza.

Z daleka nie mamy pojęcia o tym, co to jest władza despoty, który znaz widzenia wszystkich poddanych. Na pozór formy despotyzmu są takie same co w innych rządach: są sędziowie, na przykład, ale tacy jak Rassi;potwór, niczym byłoby mu powiesić własnego ojca, gdyby książę mu kazał...nazwałby to swoim obowiązkiem... Pozyskać Rassiego! ja, nieszczęsna, niemam sposobu. Cóż mogę mu ofiarować? może sto tysięcy franków;a twierdzą, że po ostatnim pchnięciu sztyletem, jakiego zagniewane na tenkraj niebiosy pozwoliły mu uniknąć, książę posłał mu dziesięć tysięcycekinów ze swojej szkatuły. Zresztą jakaż suma zdołałaby go uwieść? Tadusza z błota, która czyta zawsze w spojrzeniach jedynie wzgardę, ma terazte przyjemność, że widzi w nich lęk, nawet szacunek; może zostanieministrem policji, czemużby nie? Wówczas trzy czwarte mieszkańców krajustaną się jego podłymi dworakami i będą drżeć przed nim tak służalczo, jakon sam drży przed swoim panem.

Skoro nie mogę uciec z tego obmierzłego miasta, trzeba być użytecznąFabrycemu — żyć odludnie, samotna, w rozpaczy? Cóż mogłabym wówczasdla Fabrycego? Dalej, idź naprzód, nieszczęsna kobieto! Pełńswój obowiązek; bywaj w świecie, udaj, że już nie myślisz o Fabrycym...Udawać, że cię zapomniałam, drogi aniele!”

Tu księżna zalała się łzami, wreszcie mogła płakać. Po godzinie, dawszyfolgę ludzkiej słabości, spostrzegła z pociechą, że jej myśli zaczynają sięrozjaśniać. „Mieć czarnoksięski dywanik — powiadała sobie — unieśćFabrycego z cytadeli i schronić się z nim w jakimś szczęsnym kraju, gdzie bynas nikt nie mógł ścigać, w Paryżu na przykład. Żylibyśmy tam zrazuz owych tysiąca dwustu franków, które plenipotent jego ojca przesyła miz tak ucieszną punktualnością. Mogłabym przecież wycisnąć jakieś stotysięcy franków z resztek mojej fortuny! Wyobraźnia księżnej czyniła,z uczuciem niewysłowionej rozkoszy, przegląd wszystkich szczegółów życia,jakie wiodłaby o trzysta mil od Parmy. „Tam — powiadała sobie — mógłbywstąpić do wojska pod przybranym nazwiskiem... Dostawszy się do jakiegoś pułku dzielnych Francuzów młody Valserra zdobyłby rychło reputację;wreszcie byłby szczęśliwy.”

Te błogie obrazy sprowadziły ponownie łzy, ale były to łzy słodkie.Zatem szczęście istnieje jeszcze kędyś! Ten stan trwał długo; biednakobieta drżała z odrazy przed powrotem do okropnej rzeczywistości.Wreszcie, gdy świt zaczynał znaczyć białą linią wierzchołki drzew w ogrodzie, zadała sobie gwałt... „Za kilka godzin — powiedziała sobie — będę napolu bitwy; będzie trzeba działać, a jeśli mnie coś podrażni, jeśli książęodważy się wspomnieć o Fabrycym, nie jestem pewna, czy zdołam zachować zimną krew. Trzeba więc tu, na miejscu, powziąć postanowienie, i to bezzwłocznie.

Jeżeli mnie ogłoszą winną zdrady stanu, Rassi każe zająć wszystko, coznajdzie tu w pałacu; pierwszego tego miesiąca spaliliśmy z hrabią, wedlezwyczaju, wszystkie papiery, których policja mogłaby nadużyć. A on samjest ministrem policji! To najzabawniejsze. Mam trzy diamenty dość wysokiej ceny; jutro Fulgencjusz, mój dawny przewoźnik z Grianty, pojedzie doGenewy i złoży je w bezpiecznym miejscu. Jeżeli kiedy Fabrycy wymkniesię (Boże! bądź mi ku pomocy! — przeżegnała się), niewysłowione tchórzostwo margrabiego del Dongo będzie uważało, że grzechem jest dawać środkido życia człowiekowi ściganemu przez prawego władcę: wówczas będziemiał przynajmniej moje diamenty, będzie miał chleb.

Zerwać z hrabią... Zostać sam na sam z nim po tym, co zaszło, to dla mnieczyste niepodobieństwo. Biedny człowiek! Nie jest zły, przeciwnie, jesttylko słaby. Ta pospolita dusza nie jest na miarę naszych. Biedny Fabrycy!czemu nie możesz być tu na chwilę ze mną, aby się naradzić w tymstraszliwym położeniu!

Małostkowa ostrożność hrabiego krępowałaby mnie; zresztą nie trzebawciągać go w moją zgubę... Czemuż by próżność tyrana nie miała mniewtrącić do turmy? Spiskowałam... cóż łatwiejszego do udowodnienia?Gdyby mnie wysłał do cytadeli i gdybym mogła za cenę złota widzieć siębodaj chwilę z Fabrycym, z jakąż odwagą szlibyśmy oboje na śmierć! Alezostawmy te szaleństwa; wierny Rassi poradziłby mu skończyć ze mną zapomocą trucizny; widok mojej osoby, wiezionej przez ulice na śmiertelnymwózku, mógłby poruszyć serca drogich Parmeńczyków... Ale co! wciążromanse! Ach, trzeba przebaczyć te szaleństwa biednej kobiecie, której losjest tak smutny! Książę nie wyśle mnie na śmierć; ale nic łatwiejszego niżwtrącić mnie do więzienia i przetrzymać tam; każe ukryć w jakim zakamarku mego pałacu podejrzane papiery, tak jak zrobiono z biednym hrabią L...Wówczas trzech sędziów, nawet nie zbytnich łajdaków — będą wszak mielicorpus delicti — oraz tuzin fałszywych świadków wystarczy. Mogę tedy byćskazana na śmierć za spisek, a książę, w nieskończonej łagodności, biorącpod uwagę, że niegdyś miałam zaszczyt należeć do jego dworu, zamienimoją karę na dziesięć lat twierdzy. Ale ja, aby się nie zaprzeć tegogwałtownego charakteru, który kazał mi nieraz nagadać tyle głupstwmargrabinie Raversi i innym wrogom, struję się mężnie w więzieniu.Przynajmniej publiczność będzie tak łaskawa, aby w to wierzyć; ale założę się, że Rassi zjawi się w mojej kaźni, aby mi uprzejmie przynieść, imieniemmonarchy, flakonik strychniny lub opium z Perugii.

Tak, trzeba mi zerwać bardzo ostentacyjnie z hrabią, nie chcę go ciągnąćza sobą do zguby, to by była nikczemność; biedak, kochał mnie z takimoddaniem. Głupotą moją było, że uwierzyłam, iż w prawdziwym dworakumoże zostać dość duszy, aby go uczynić zdolnym do miłości. Prawdopodobnie książę znajdzie jakiś pozór, aby mnie wtrącić do więzienia; będzie sięobawiał, abym nie pozyskała opinii dla Fabrycego. Hrabia jest człowiekiemhonoru; natychmiast uczyni to, co kreatury dworskie w swoim zdumieniunazwą szaleństwem — opuści dwór. Spoliczkowałam owego wieczoru powagę księcia; mogę oczekiwać wszystkiego po jego zranionej próżności: czyżczłowiek urodzony księciem zapomni kiedy tego, co przeżył owego wieczora?... Zresztą po zerwaniu ze mną hrabia będzie miał większą możnośćratowania Fabrycego. Ale gdyby hrabia, którego moje postanowienieprzywiedzie do rozpaczy, zemścił się?... Nie, taka myśl nie postanie w nimnigdy! To nie jest dusza do gruntu podła jak ów książę; hrabia może,wzdychając, kontrasygnować haniebny dekret, ale jest człowiekiem honoru.A wreszcie, za co się mścić? Czy za to, że po pięciu latach, nie dawszy jegomiłości cienia powodu do urazy, powiem mu: »Drogi hrabio, miałam toszczęście, że cię kochałam; otóż ten płomień gaśnie; nie kocham cię już, aleznam twoje serce, zachowam dla ciebie szacunek i będziesz zawsze moimnajlepszym przyjacielem.«

Co może odpowiedzieć zacny człowiek na tak szczere wyznanie?

Wezmę nowego kochanka, przynajmniej świat będzie tak myślał. Powiem temu kochankowi: »W gruncie książę ma słuszność, że karze wybrykFabrycego; ale w dzień swoich imienin bez wątpienia nasz łaskawy monarcha wróci mu wolność.« W ten sposób zyskuję pół roku. Nowym kochankiem, którego wskazywałby rozsądek, byłby ten przedajny sędzia, bezecnykat, ten Rassi... Czułby się zaszczycony i w istocie zapewniłabym mu wstępdo towarzystwa. Przebacz, drogi Fabrycy, taki wysiłek jest dla mnie pozagranicami możliwości. Jak to! Ten potwór, jeszcze zbryzgany krwią patriotów... Zemdlałabym ze zgrozy, gdyby się zbliżył do mnie, lub raczejchwyciłabym nóż i zatopiłabym w jego bezecnym sercu. Nie żądaj ode mnieniemożliwości!

Tak, przede wszystkim zapomnieć Fabrycego! I ani cienia gniewu naksięcia! Wrócić do zwykłej wesołości, która wyda się tym milsza tymduszom z błota; po pierwsze — bo będzie się zdawało, że poddaję się chętnie ich władcy; po wtóre — bo zamiast drwić sobie z nich, będę się starałapodkreślać ich zalety; powinszuję na przykład hrabiemu Zurla białegopióra na kapeluszu, które sprowadził z Lionu kurierem i z którego jest takiszczęśliwy.

Wybrać kochanka w stronnictwie tej Raversi... Jeśli hrabia ustąpi, będzieto stronnictwo ministerialne: tam przejdzie władza. Któryś z przyjaciółmargrabiny będzie panem cytadeli, bo Fabio Conti wejdzie do ministerium.W jaki sposób książę, człowiek światowy i bystry, nawykły do przemiłejpracy z hrabią Mosca, zdoła konferować z tym tępym wołem, z koronnymgłupcem, który całe życie zajmował się tylko tym kapitalnym problemem:czy żołnierze Jego Wysokości powinni mieć u munduru siedem guzików czydziewięć? To są te bydlęta tak zazdrosne o mnie. I w tym właśnieniebezpieczeństwo dla ciebie, drogi Fabrycy! Te bestie będą rozstrzygałyo twoim i o moim losie! Zatem nie trzeba, aby hrabia zgłosił dymisję! Niechzostanie, choćby miał znosić upokorzenia! Wyobraża sobie zawsze, żepodać się do dymisji jest największym poświęceniem, jakie może uczynićpierwszy minister; i ilekroć zwierciadło mówi mu, że się starzeje, ofiaruje mito poświęcenie. Zatem, zerwanie zupełne, tak; a pojednanie jedynie w tymwypadku, gdyby nie było innego sposobu zapobieżenia jego dymisji.Oczywiście załatwię to w sposób jak najmilszy; ale czuję, że po tymsłużalczym opuszczeniu słów niesprawiedliwy wyrok w bilecikuksięcia, czuję, że aby go nie nienawidzić, potrzebuję spędzić kilka miesięcybez jego widoku. Owego rozstrzygającego wieczora nie potrzebowałamjego rozsądku; trzeba mu było jedynie pisać pod mym dyktandem, trzebamu było jedynie napisać to słowo, które zdobyłam swoim impetem;nałogi dworactwa zwyciężyły. Powiedział mi nazajutrz, że nie mógł swemuwładcy dawać do podpisu niedorzeczności, że trzeba by tutaj ułaskawienia. Ech, dobry Boże, z takimi ludźmi, z takimi potworami próżnościi złośliwości zwanym Farnese, bierze się, co się da.”

Na tę myśl gniew jej zawrzał na nowo. „Książę mnie oszukał — powiadałasobie — i jak podle!... Nic go nie może usprawiedliwić: ma inteligencję,spryt, rozum; nikczemne są w nim jedynie namiętności. Ileż razy zauważyliśmy to z hrabią: staje się bydlęciem, gdy sobie ubrda, że go ktoś chciałobrazić. Otóż zbrodnia Fabrycego nie ma nic wspólnego z polityką; tozwykłe zabójstwo, jakich się zdarza setki na rok w jego szczęśliwychStanach, a hrabia przysiągł mi, że zebrał najdokładniejsze informacje i żeFabrycy jest niewinny. Ten Giletti nie był tchórz; czując się o dwa kroki od granicy uległ pokusie pozbycia się rywala, który umiał się spodobać jegodamie.”

Księżna zastanawiała się długo, czy podobna wierzyć w winę Fabrycego:nie iżby uważała, że jest wielkim grzechem, dla człowieka takiego jak jejbratanek, pozbyć się zuchwałego komedianta; ale w swojej rozpaczyzaczynała czuć mglisto, że będzie musiała walczyć o niewinność Fabrycego.,,Nie — powiedziała sobie wreszcie — oto stanowczy dowód: on jest taki jakmój biedny Pietranera, ma zawsze pełno broni po kieszeniach, a tego dniamiał tylko lichą fuzyjkę, i to jeszcze pożyczoną od robotników.

Nienawidzę księcia, bo mnie oszukał, i to najnikczemniej; po swym liście,zawierającym przebaczenie, kazał porwać biednego chłopca w Bolonii itd.Ale policzymy się!”

Około piątej rano księżna, złamana tym długim atakiem rozpaczy,zadzwoniła na garderobiane — wydały głośny krzyk. Widząc ją na łóżku zupełnie ubraną, w diamentach, bladą jak giezło i z zamkniętymi oczami —miały wrażenie, że widzą ją na katafalku. Byłyby ją wzięły za zemdloną,gdyby nie uprzytomniły sobie, że przed chwilą dzwoniła na nie. Kilkaskąpych łez spływało po martwych policzkach; z gestu jej dworki zrozumiały, że chce się położyć.

Po wieczorze u ministra Zurla hrabia dwa razy zjawił się u księżnej;znajdując wciąż zamknięte drzwi, napisał do niej, że chce się jej poradzić wewłasnej sprawie. Czy ma zachować swą pozycję po afroncie, jaki muuczyniono? Hrabia dodawał: „Ten młody człowiek jest niewinny; ale gdybyi był winny, czy godziło się go aresztować nie uprzedziwszy mnie, jegoprotektora?” Księżna otworzyła ten list nazajutrz.

Hrabia nie był cnotliwy; można dodać, że to, co liberały rozumieją przezcnotę (dążenie do szczęścia mas), wydawało mu się głupstwem; sądził, żema obowiązek starać się przede wszystkim o szczęście hrabiego Mosca dellaRovere; ale miał poczucie honoru i był szczery, kiedy mówił o dymisji.W życiu swoim nie skłamał księżnej; ona zresztą nie zwróciła najmniejszejuwagi na ten list; powzięła już postanowienie, i to postanowienie bardzociężkie, mianowicie udawać, że zapomniała o Fabrycym; potym wysiłku wszystko było jej obojętne.

Nazajutrz w południe hrabiego, który dziesięć razy zachodził do pałacuSanseverina, wpuszczono wreszcie; ujrzawszy księżnę, przeraził się... „Maczterdzieści lat! — powiadał sobie — a wczoraj taka świetna, taka młoda!... Wszyscy mi mówili, że w czasie długiej rozmowy z Klelią Conti wyglądałarównie młodo i o ileż ponętniej!”

Głos, ton księżnej były równie niezwykłe jak jej twarz. Ton ten — wyzutyz wszelkiego uczucia, z wszelkiego ludzkiego zainteresowania, z wszelkiegogniewu — sprawiał, iż hrabia pobladł; przypomniał mu jednego z przyjaciół,który parę miesięcy wprzód, mając umrzeć i już przyjąwszy sakramenty,chciał z nim pomówić.

Po kilku minutach księżna zdolna była mówić. Spojrzała na hrabiego,oczy jej pozostały zgasłe.

— Rozstańmy się, drogi hrabio — rzekła głosem słabym, ale wyraźnym,i starając się głos ten uczynić miłym — rozstańmy się, tak trzeba! Niebo miświadkiem, że od pięciu lat byłam wobec ciebie bez zarzutu. Dałeś miświetną egzystencję w miejsce nudy, która byłaby moim smutnym udziałemw Grianta; bez ciebie byłabym znalazła starość o kilka lat wcześniej...Z mojej strony jedynym mym staraniem było dawać ci szczęście. Dlategowłaśnie, że cię kocham, ofiarowuję ci to rozstanie po dobremu, jakmówią we Francji.

Hrabia nie zrozumiał; musiała powtarzać kilka razy. Zbladł i rzucając sięna kolana przy jej łóżku, rzekł wszystko, co zdumienie, a później najżywszarozpacz mogą nasunąć rozumnemu człowiekowi, zakochanemu bez pamięci. Co chwila ofiarowywał się podać do dymisji i jechać ze swą przyjaciółkąna jakieś odludzie o tysiąc mil od Parmy.

— Ty śmiesz mówić mi o wyjeździe, a Fabrycy jest tu! — wykrzyknęławreszcie, zrywając się. Ale spostrzegłszy, że imię Fabrycego sprawia muwielką przykrość, dodała po chwili, wytchnąwszy nieco i ściskając lekkorękę hrabiego: — Nie, drogi przyjacielu, nie powiem, że cię kochałamz namiętnością i żarem, których nie doświadcza się już, o ile mi się zdaje, potrzydziestce, a ja już mam ją daleko za sobą. Powiedzą ci, że kochałamFabrycego; wiem, że takie pogłoski obiegały na tym niegodziwymdworze. (Oczy jej zabłysły pierwszy raz podczas tej rozmowy, gdy wymawiała słowo niegodziwy.) Przysięgam ci w obliczu Boga, na życieFabrycego, że nigdy nie zaszło między nim a mną nic, na co by nie mogłopatrzeć oko osoby trzeciej. Nie powiem ci także, że kocham go ściśle tak jaksiostra; kocham go, że tak powiem, z instynktu. Kocham w nim jego odwagętak prostą i doskonałą, iż można by rzec, że sam o niej nie wie; przypominam sobie, że ten podziw zaczął się za jego powrotem spod Waterloo. Byłjeszcze dzieckiem mimo swoich siedemnastu lat; najwyraźniejszą jego troską było dowiedzieć się, czy naprawdę brał udział w bitwie, a w razie jeślitak, czy może powiedzieć, że się bił, on, który nie szedł do ataku na żadnąnieprzyjacielską baterię ani kolumnę. W czasie wielce poważnych dyskusjina ten doniosły temat zaczęłam ulegać jego urokowi. Poznawałam wielkośćjego duszy; ileż zręcznych kłamstw roztoczyłby na jego miejscu młodzieniecdobrze wychowany! Słowem, jeśli on nie jest szczęśliwy, i ja nie mogę byćszczęśliwa. Ot, to jest słowo, które maluje stan mego serca; jeśli to nie jestprawda, to jest przynajmniej wszystko, co w sobie dostrzegam.

Hrabia, ośmielony tym tonem szczerości i przyjaźni, chciał ucałować jejrękę; cofnęła ją jakby ze zgrozą.

— Te czasy się skończyły — rzekła — mam lat trzydzieści siedem, jestemu bram starości, czuję już całe jej zniechęcenie, a może i jestem bliskagrobu. Ta chwila ma być straszna, wedle tego, co mówią; mimo to zdaje misię, że jej pragnę. Czuję w sobie najgorszy objaw starości: serce moje jestzgaszone tym nieszczęściem, nie mogę już kochać. Widzę w tobie, drogihrabio, już tylko cień kogoś, kto mi był drogi. Powiem ci więcej: jedyniewdzięczność sprawia, że mówię do ciebie w ten sposób.

— Co się ze mną stanie? — powiadał hrabia — czuję, że jestem do ciebieprzywiązany bardziej niż w pierwszych naszych dniach w „La Scala”.

— Muszę ci wyznać, drogi przyjacielu, że rozmowa o miłości nudzi mniei wydaje mi się czymś nieobyczajnym. No — rzekła, próżno siląc się nauśmiech — odwagi! Bądź człowiekiem rozsądnym, przytomnym, zdającymsobie sprawę z sytuacji. Bądź ze mną tym, czym jesteś istotnie w oczachludzi obojętnych: najzręczniejszym człowiekiem i największym politykiem,jakiego Włochy wydały od wieków.

Hrabia wstał i przechadzał się kilka chwil w milczeniu.

— Niepodobna, droga przyjaciółko — rzekł wreszcie — czuję w sobierozdarcie najgwałtowniejszej miłości, a ty mi każesz radzić się megorozsądku? Nie ma już dla mnie rozsądku!

— Nie mówmy o miłości, proszę — rzekła sucho; pierwszy raz od dwóchgodzin głos jej przybrał jakieś zabarwienie.

Hrabia, sam w rozpaczy, starał się ją pocieszyć.

— Oszukał mnie! — wykrzyknęła, nie odpowiadając ani słowem naargumenty, którymi hrabia starał się w niej obudzić nadzieję — on mnieoszukał w najpodlejszy sposób. — Śmiertelna bladość ustąpiła na chwilę; alenawet w chwili tego gwałtownego podniecenia hrabia zauważył, że nie miałasiły podnieść ręki.

„Wielki Boże! byłożby możliwe — pomyślał — aby ona była tylko chora?W takim razie byłby to początek jakiejś poważnej choroby.” Zdjętyniepokojem poddał, aby wezwać słynnego Razori, najlepszego lekarzaw całych Włoszech.

— Chce pan tedy dostarczyć obcemu tej przyjemności, aby poznałrozmiary mej rozpaczy?... Czy to rada zdrajcy, czy przyjaciela? — i spojrzałanań dziwnym wzrokiem.

„Stało się — powiedział sobie z rozpaczą — nie kocha mnie już! Co więcej,nie stawia mnie już nawet w rzędzie pospolitych ludzi honoru.”

— Przyznam ci się — dodał hrabia gorączkowo — że chciałem przedewszystkim mieć szczegóły tego nieszczęsnego uwięzienia i — rzecz szczególna! — nie wiem jeszcze nic pewnego. Kazałem przesłuchać żandarmównajbliższego posterunku; widzieli więźnia przybywającego do Castelnovoi otrzymali rozkaz eskortowania wózka. Wyprawiłem natychmiast ponownie Brunona, którego gorliwość i oddanie znasz równie dobrze jak ja; marozkaz udać się od stacji do stacji, aby się dowiedzieć, gdzie i jak Fabrycegouwięziono.

Na dźwięk tego imienia „Fabrycy” księżnę przebiegł konwulsyjnydreszcz.

— Wybacz, drogi przyjacielu — rzekła do hrabiego, z chwilą gdy mogłamówić — te szczegóły interesują mnie bardzo, powiedz mi wszystko,wytłumacz mi dokładnie najdrobniejsze okoliczności.

— Zatem, łaskawa pani — rzekł hrabia siląc się na ton żartobliwy, aby jąorzeźwić nieco — mam ochotę wysłać zaufanego posłańca do Brunonai kazać mu, aby dotarł do Bolonii; może to tam porwano naszego młodegoprzyjaciela. Jaką datę ma jego ostatni list?

— Wtorek, pięć dni temu.

— Czy otwierano go na poczcie?

— Nie ma żadnego śladu. Muszę objaśnić, że pisany był na najlichszympapierze, adresowany ręką kobiecą, a sam adres opiewa na imię starejpraczki, krewnej mojej pokojowej. Praczka myśli, że chodzi tu o miłość,a Chekina zwraca jej porto bez żadnych wyjaśnień.

Hrabia, który przybrał ton ściśle rzeczowy, starał się z księżną dojść,którego dnia mogło nastąpić porwanie w Bolonii. Wówczas dopierospostrzegł, on, który miał tyle taktu, że to był ton właściwy. Szczegóły tezajmowały nieszczęśliwą kobietę i rozrywały ją nieco. Gdyby hrabia nie byłzakochany, byłby wpadł na ten prosty pomysł od samego początku. Księżna wyprawiła go, aby mógł bez zwłoki przesłać nowe rozkazy wiernemuBrunonowi. Kiedy potrącili mimochodem kwestię, czy istniał już wyrok,w chwili gdy książę podpisywał bilecik dla pani Sanseverina, chwyciłaskwapliwie sposobność, aby powiedzieć hrabiemu:

— Nie będę ci wyrzucała, żeś opuścił słowa niesprawiedliwywyrok w liście, który napisałeś, a który on podpisał: to instynkt dworakachwycił cię za gardło; nie zdając sobie sprawy z tego, przełożyłeś interestwego pana nad dobro swojej przyjaciółki. Poddałeś swoje czyny moimrozkazom, drogi hrabio, i to od dawna, ale nie jest w twej mocy zmieniaćswoją naturę; masz talenty ministra, ale masz i ducha tego rzemiosła.Usunięcie słowa niesprawiedliwy jest moją zgubą, ale nie pragnę citego wyrzucać w żadnym sposobie; to była wina instynktu, a nie zamiaru.

Pamiętaj tyle — dodała, zmieniając ton, głosem rozkazującym — niejestem zbytnio zmartwiona porwaniem Fabrycego; nie mam najmniejszejchęci opuszczać tego kraju; jestem przejęta szacunkiem dla monarchy. Oto,co trzeba mówić, ja zaś powiem ci tyle: ponieważ pragnę na przyszłość samakierować swymi postępkami, chcę się rozstać z tobą zgodnie, to znaczy: jakdobrzy i starzy przyjaciele. Uważaj, że mam sześćdziesiąt lat, młoda kobietaumarła we mnie, nie potrafię już tworzyć sobie złudzeń, nie potrafię jużkochać. Ale byłabym jeszcze nieszczęśliwsza, niż jestem, gdyby mi sięzdarzyło narazić twoje losy. Może dla moich planów wypadnie mi przybraćpozór, że mam młodego kochanka, a nie chciałabym sprawić ci zgryzoty.Mogę przysiąc na szczęście Fabrycego — zatrzymała się chwilę po tym słowie— że nigdy nie zdradziłam cię, i to przez całe pięć lat. To bardzo długo — rzekła; próbowała się uśmiechnąć. Blade policzki zadrgały, ale wargi niemogły się rozchylić. — Przysięgam ci nawet, że nigdy nie miałam zamiaru aniochoty. Zatem rzecz załatwiona; zostaw mnie teraz.

Hrabia opuścił pałac w rozpaczy: czuł u księżnej niewzruszone postanowienie zerwania z nim, a nigdy równie nie był bezpamiętnie zakochany. Jestto jedna z rzeczy, do których trzeba mi wracać często, są bowiem nieprawdopodobne poza Włochami. Wróciwszy do domu wysłał pojedynczo aższeściu ludzi na drogę do Castelnovo i do Bolonii i opatrzył ich listami. „Aleto nie wszystko — powiadał sobie nieszczęsny hrabia — księciu może przyjśćfantazja stracić to nieszczęsne dziecko, aby się zemścić za ton Giny owegofatalnego wieczora. Czułem, że ona przekroczyła granicę, której niepowinno się przekraczać nigdy, i aby naprawić rzecz, popełniłem niewiarygodne głupstwo, usuwając słowa niesprawiedliwy wyrok, jedyne, które wiązały księcia... Ale ba! czy takich ludzi wiąże cośkolwiek? To jestbez wątpienia największy błąd mego życia; postawiłem na kartę wszystko,co może mieć wartość dla mnie; chodzi o to, aby energią i zręcznościąnaprawić tę omyłkę. Ostatecznie, jeśli nie zdołam nic osiągnąć, nawetpoświęcając nieco ze swej godności, rzucam tego człowieka; ze swoimimarzeniami o wielkiej polityce, ze swoimi pomysłami zostania królemkonstytucyjnym Lombardii, zobaczymy, jak sobie da radę beze mnie...Fabio Conti jest głupiec, cały zaś talent Rassiego sprowadza się do tego,że umie legalnie wyprawić na szubienicę człowieka, który się naraziłwładzy.”

Raz powziąwszy silne postanowienie dymisji, w razie gdyby przekroczono wobec Fabrycego granice prostego aresztu, hrabia powiedział sobie:,,Jeżeli kaprys niebacznie podrażnionej próżności tego człowieka kosztujemnie moje szczęście, przynajmniej zostanie mi honor... Ale ba! skoro sobiedrwię ze swej teki, mogę sobie pozwolić na różne rzeczy, które dziś ranojeszcze wydałyby mi się niemożliwe. Na przykład spróbować wszystkiego,aby ułatwić Fabrycemu ucieczkę. Wielki Boże! — wykrzyknął hrabiaotwierając szeroko oczy, jak gdyby na widok nieoczekiwanego szczęścia —księżna nie wspomniała mi o ucieczce: czyżby raz w życiu zgrzeszyłabrakiem szczerości? Miałożby to zerwanie być jedynie chęcią, abymzdradził księcia? Na honor, już się stało.”

Oko hrabiego odzyskało całą sceptyczną przenikliwość. „Ten miłyfactotum Rassi płatny jest przez swego pana za wszystkie wyroki, któreokrywają nas hańbą w Europie, ale nie jest człowiekiem, który by wzgardziłmoim żołdem za to, aby mi zdradzić tajemnicę swego pana. Ten łajdak makochankę i spowiednika, ale kochanka jest zbyt plugawa na to, abym mógłz nią mówić, nazajutrz rozgadałaby to wszystkim przekupkom w sąsiedztwie.” Hrabia, zbudzony do życia błyskiem nadziei, już pędził do katedry:zdumiony lekkością swego chodu, uśmiechał się mimo troski. „Co to znaczy— powiadał — nie czuć się już ministrem!” Katedra ta, jak wiele kościołów weWłoszech, służy za przejście z jednej ulicy na drugą; wszedłszy, hrabia ujrzałz daleka w nawie jednego z wielkich wikariuszów.

— Skoro Waszą Wielebność spotykam — rzekł — czy ksiądz będzie takłaskaw oszczędzić mej podagrze paru pięter drogi i oznajmić arcybiskupowi, iż byłbym mu wielce obowiązany, gdyby zechciał się potrudzić dozakrystii.

Arcybiskup był uszczęśliwiony z wezwania: miał ministrowi powiedzieć mnóstwo rzeczy w związku z Fabrycym. Ale minister domyślił się, że tobędą same frazesy, i nie chciał nawet słuchać.

— Co to za człowiek Dugnani, wikary u Świętego Pawła?

— Mały umysł, a wielka ambicja — odparł arcybiskup — mało skrupułów,a wiele potrzeb; no i grzeszków bez liku.

— Tam, do kata! — wykrzyknął minister. — Wasza Wielebność maluje jakTacyt — i pożegnał arcybiskupa, śmiejąc się. Wróciwszy do ministerium,natychmiast kazał wezwać księdza Dugnani.

— Pan kierujesz sumieniem mego przyjaciela Rassi, czy on nic nie ma mido powiedzenia? — Nie dodał nic więcej i odprawił księdza bez ceremonii.

Rozdział siedemnasty

Hrabia uważał się już za byłego ministra. „Rozpatrzmy się nieco — irzekł sobie — ile będziemy mogli trzymać koni po mej niełasce; bo takiemiano dadzą mojej dymisji.” Hrabia obliczył w myśli swój majątek: wszedłdo ministerium z osiemdziesięcioma tysiącami; ku swemu zdumieniu ujrzał,iż wszystko policzywszy, jego obecny stan posiadania nie dochodzi pięciusettysięcy franków. „Najwyżej dwadzieścia tysięcy renty — powiadał sobie. Trzeba przyznać, że jestem bardzo lekkomyślny; nie ma w Parmie anijednego łyka, który by nie myślał, że mam sto pięćdziesiąt tysięcy renty;a książę jest na tym punkcie gorszy łyk od innych. Kiedy mnie ujrząw nędzy, powiedzą, że dobrze umiem ukrywać majątek. Do kroćset! —wykrzyknął — jeżeli będę ministrem jeszcze trzy miesiące, trzeba mipodwoić majątek.” Ujrzał w tej chwili sposobność napisania do księżneji chwycił się jej skwapliwie; ale aby w obecnej ich sytuacji usprawiedliwićten list, wypełnił go cyframi i rachunkami. „Będziemy mieli — pisał — tylkodwadzieścia tysięcy franków, aby żyć we troje z Fabrycym w Neapolu.Fabrycy i ja będziemy mieli jednego wierzchowego konia na nas dwóch.”Zaledwie minister wysłał list, oznajmiono generalnego poborcę Rassiego;przyjął go wyniośle, nieomal wzgardliwie.

— Cóż to — rzekł — pan każesz porywać z Bolonii człowieka, którego japroteguję, co więcej, chcesz go pan posłać na rusztowanie i nic mi niemówisz? Czy pan zna przynajmniej nazwisko mego następcy? Czy togenerał Conti, czy pan sam?

Rassi zmieszał się; zbyt mało był obyty w wielkim świecie, aby zgadnąć,czy hrabia mówi serio; zaczerwienił się, bąknął coś niezrozumiale; hrabiapatrzał nań i sycił się jego kłopotem. Nagle Rassi otrząsnął się i wykrzyknąłswobodnie z miną Figara schwytanego przez Almavivę na gorącymuczynku:

— Na honor, hrabio, nie będę kręcił z Waszą Ekscelencją! Co mi pan da,abym odpowiedział na wszystkie pytania tak, jakbym odpowiedział swemuspowiednikowi?

— Krzyż Św. Pawła (jest to order Parmy) lub pieniądze, jeżeli mi panzdoła dostarczyć pozoru, pod jakim mógłbym je dać.

— Wolę raczej krzyż Św. Pawła, bo daje szlachectwo.

— Jak to, drogi poborco, pan jeszcze sobie coś robi z naszego biednegoszlachectwa?

— Gdybym się urodził szlachcicem — odparł Rassi z bezwstydem godnymswego rzemiosła — krewni tych, których wysłałem na szubienicę, nienawidziliby mnie, ale by mną nie gardzili.

— Zatem ja cię ocalę od wzgardy, a pan mnie wylecz z mej nieświadomości. Co zamierzacie zrobić z Fabrycym?

— Na honor, książę jest w kłopocie; lęka się, iż urzeczony pięknymioczami Armidy, daruje Ekscelencja ten zwrot nieco swobodny, ale to sąsłowa księcia, lęka się tedy, iż urzeczony pięknymi oczami, które podbiłytroszkę i księcia samego, puści go pan w trąbę, a pan jeden umieszlawirować wśród jego spraw lombardzkich. Powiem nawet Ekscelencji — dodał Rassi zniżając głos — że jest tu dla pana wspaniała gratka, wartakrzyża Św. Pawła, który mi pan daje. Książę przyznałby panu, jako darnarodowy, majątek wartości sześciuset tysięcy franków, który wykroiłby zeswoich domen, lub trzysta tysięcy talarów gratyfikacji, o ile by się panzechciał nie zajmować losem imć Fabrycego del Dongo lub bodaj nie mówićo nim z księciem inaczej niż publicznie.

— Spodziewałem się czegoś lepszego — rzekł hrabia. — Nie zajmować sięFabrycym, to znaczy poróżnić się z księżną.

— Otóż to właśnie powiada nasz monarcha; fakt jest, że mówiąc międzynami, strasznie ma na wątróbce panią Sanseverina; zarazem obawia się, abyEkscelencja, jako rekompensatę za poróżnienie się z tą lubą damą, obecnie,kiedy Ekscelencja jest wdowcem, nie poprosił go o rękę jego kuzynki, starejksiężniczki Izoty, która liczy dopiero pięćdziesiąt latek.

— Zgadł! — wykrzyknął hrabia. — Nasz pan jest najsprytniejszym człowiekiem w całym państwie.

Nigdy hrabia nie miał tego dzikiego pomysłu, aby się chcieć żenić ze starąksiężniczką; nic mniej ponętnego dla człowieka, którego ceremonie dworskie nudziły śmiertelnie.

Zaczął się bawić tabakierką na marmurowej płycie stoliczka stojącegoprzy jego fotelu. W geście tym, wyrażającym zakłopotanie, Rassi ujrzałmożliwość nowej gratki; oko mu błysło.

— Panie hrabio! — wykrzyknął — jeżeli Ekscelencja zechce przyjąć alboowe dobra, albo gratyfikację, proszę nie szukać innego pośrednika niżmnie. Podjąłbym się — dodał zniżając głos — wystarać się o powiększeniekwoty lub nawet o dołączenie do tych dóbr sporego kawałka lasu. GdybyWasza Ekscelencja raczył okazać księciu nieco wyrozumienia i delikatnościw sprawie tego urwisa, który się znalazł pod kluczem, dałoby się możezwiązać tytuł książęcy z majątkiem, który ofiarowałaby Ekscelencji wdzięczność narodowa. Powtarzam Waszej Ekscelencji: w tej chwili książęwściekły jest na panią Sanseverina, ale jest mocno zakłopotany, i to do tegostopnia, iż niekiedy gotów jestem odgadywać jakieś tajemnicze okoliczności, których mi nie śmie wyznać. W gruncie rzeczy moglibyśmy tu znaleźćkopalnię złota, w ten sposób, że ja bym panu sprzedawał jego najtajniejszesekrety. Nic łatwiejszego; uważają mnie za pańskiego śmiertelnego wroga.Książę, o ile wściekły jest na tę damę, o tyle uważa, jak wszyscy zresztą, żepan jeden mógłby skutecznie poprowadzić sekretne rokowania z Mediolanem. Czy Ekscelencja pozwoli mi powtórzyć dosłownie wyrażenie księcia?— rzekł Rassi, rozgrzewając się — słowa mają swoją fizjonomię, której nieumiałby oddać żaden komentarz; z pewnością pan w nich wyczyta więcejode mnie.

— Pozwalam na wszystko — rzekł hrabia wciąż z roztargnieniempukając w marmur złotą tabakierką — pozwalam na wszystko i będę wdzięczny.

— Niech mi Wasza Ekscelencja da szlachectwo z prawem dziedziczności,niezależnie od krzyża, a będę aż nadto zadowolony. Kiedy wspominamksięciu o szlachectwie, odpowiada mi: „Łajdak taki jak ty — szlachcicem!Trzeba by od jutra zamknąć sklepik: nikt w całej Parmie nie chciałby juższlachectwa.” Aby wrócić do sprawy z Mediolanem, książę nie dalej niż trzydni temu powiadał mi: „Jedynie ten ladaco potrafi plątać i rozplątywać teintrygi; jeśli go wypędzę lub jeśli wyjedzie za nią, trzeba mi wyrzec sięnadziei zostania kiedyś liberalną i ubóstwioną przez całe Włochy głowąkraju.”

Na te słowa hrabia odetchnął. „Fabrycy nie umrze” — powiedział sobie.

W życiu swoim nie mógł Rassi dobić się poufnej rozmowy z pierwszymministrem; nie posiadał się ze szczęścia. Widział nadzieję porzucenia swego nazwiska, które stało się synonimem wszystkiego, co podłe i szpetne; ludeknazywał Rassi wściekłe psy; niedawno pobiło się dwóch żołnierzy, bojeden z nich nazwał drugiego Rassi. Wreszcie, nie minął tydzień, aby tonieszczęsne miano nie znalazło się w jakimś jadowitym wierszyku. Synajego, Bogu ducha winnego szesnastoletniego studenta, wypędzono z kawiarni za to nazwisko.

To palące wspomnienie wszystkich rozkoszy swojej pozycji popchnęłogo do nierozwagi.

— Mam majątek — rzekł, zbliżając się z krzesłem do fotela ministra — nazywa się Riva; chciałbym być baronem Riva.

— Czemu nie — rzekł minister.

Rassi był jak oszalały.

— Zatem, hrabio, pozwolę sobie być niedyskretny, ośmielę się zgadnąćcel pańskich życzeń: pragnie pan ręki księżniczki Izoty. Szlachetna ambicja.Raz spokrewniony z dworem jest pan poza groźbą niełaski, ma pan księciaw ręku. Nie będę Ekscelencji ukrywał, że on się otrząsa na to małżeństwo.Ale gdyby sprawa dostała się w ręce zręcznego i dobrze opłaconego człowieka, można by mieć nadzieję...

— Ja, drogi baronie, nie mam żadnej, wypieram się z góry wszystkiego,co mógłbyś powiedzieć w mym imieniu; ale w dniu, w którym tak znakomita parantela ziści moje marzenia, zapewniając mi tak wysoką pozycję udworu, ofiaruję ci trzysta tysięcy franków z własnej szkatuły lub poddamksięciu, aby ci użyczył jakiejś laski, którą byś pan sam przełożył nad tękwotę.

Czytelnikowi dłuży się ta rozmowa; a jednak oszczędziliśmy mu jejwięcej niż połowę; ciągnęła się jeszcze dwie godziny. Rassi wyszedł odhrabiego oszalały ze szczęścia; hrabia pozostał z nadzieją ocalenia Fabrycego i bardziej niż kiedykolwiek gotów się podać do dymisji. Uważał, iżwpływowi jego zdałoby się, aby go odświeżyło powołanie do władzy takichludzi jak Rassi i generał Conti; upajał się widokami zemsty na księciu.,,Może wypędzić Ginę — wykrzyknął — ale, do kroćset, niech się pożegnaz nadzieją zostania konstytucyjnym królem Lombardii.” (Była to śmiesznachimera; książę był trzeźwym człowiekiem, ale tak długo o niej marzył, żesię w niej rozkochał do szaleństwa. )

Hrabia nie posiadał się z radości, biegnąc do księżnej zdać sprawę ze swejrozmowy z Rassim. Zastał drzwi zamknięte; odźwierny zaledwie śmiał mupowtórzyć ten rozkaz otrzymany z ust samej pani. Hrabia wrócił smutny do pałacu; cios ten zniweczył radość, w jaką go wprawiła rozmowa z książęcym zausznikiem. Nie mając już serca do niczego, hrabia błądził smutnow galerii obrazów, kiedy w kwadrans później otrzymał taki bilecik:

Skoro faktem jest, drogi i dobry przyjacielu, że jesteśmy już tylkoprzyjaciółmi, nie trzeba mnie odwiedzać częściej niż trzy razy w tygodniu.Za jakiś czas uszczuplimy te odwiedziny, zawsze tak drogie memu sercu, dodwóch na miesiąc. Jeśli chcesz mi zrobić przyjemność, daj rozgłos temuoziębieniu stosunków; gdybyś chciał mi odpłacić miłość, jaką czułamniegdyś do ciebie, znalazłbyś sobie nową przyjaciółkę. Co do mnie, mamzamiar się bawić; chcę dużo bywać, może nawet znajdę jakiegoś sympatycznego człowieka, który da mi zapomnieć o moich niedolach. Oczywiście,jako przyjaciel ty będziesz zawsze miał pierwsze miejsce w moim sercu; alenie chcę, aby mówiono, że twój rozum kieruje mymi krokami; pragnęzwłaszcza, aby wiedziano, że ja straciłam wszelki wpływ na twoje postanowienia. Słowem, drogi hrabio, wierzaj, że zawsze będziesz dla mnienajdroższym przyjacielem, ale niczym więcej, nigdy. Nie chowaj, proszęcię, żadnej nadziei, wszystko jest skończone. Licz zawsze na mą przyjaźń.

Ten ostatni dos był zbyt silny; hrabia napisał ozdobny list do księciaz prośbą o zwolnienie go ze wszystkich urzędów i przesłał go swejprzyjaciółce z prośbą, aby go wręczyła w pałacu. W chwilę później otrzymałswoją dymisję przedartą na czworo, na czystej zaś stronie księżna raczyłanapisać: „Nie, po tysiąc razy nie!”

Trudno opisać rozpacz biednego ministra. „Ma słuszność, przyznaję — powtarzał sobie co chwila — opuszczenie słów niesprawiedliwywyrok było strasznym nieszczęściem; spowodować może śmierć Fabrycego, a ta śmierć spowoduje moją.” Ze śmiercią też w duszy hrabia, którynie chciał się zjawić w pałacu władcy, nim ten go zawoła, napisał własnoręcznie motu proprio, mianujące Rassiego kawalerem orderu Św. Pawłai nadające mu dziedziczne szlachectwo; hrabia dołączył do tego raport napół strony, w którym przedstawił racje stanu skłaniające go do tego kroku.Z odcieniem melancholijnej radości sporządził z tych dwóch dokumentówdwa odpisy i przesłał je księżnej.

Gubił się w domysłach; silił się zgadnąć, jaki będzie plan postępowaniadrogiej mu kobiety. „Ona sama nie wie — powiadał sobie — jedno jestpewne; to, że za nic w świecie nie cofnęłaby postanowienia, które mioznajmiła.” Mękę hrabiego pomnażało jeszcze to, że nie mógł się dopatrzyćwiny w jej postępowaniu. „Uczyniła mi łaskę, kochając mnie; przestała mniekochać po błędzie, mimowolnym, to prawda, ale który może pociągnąćstraszne skutki; nie mam prawa się skarżyć.”

Nazajutrz rano hrabia dowiedział się, że księżna zaczęła bywać: pokazałasię w wilię wieczorem we wszystkich domach, które przyjmowały tego dnia.,,Co by się stało, gdybym się stawił równocześnie w którym z salonów? Jakmówić? Jaki ton przybrać? A w jaki sposób nie mówić do niej!”

Następny dzień był pod znakiem żałoby; rozeszło się, że Fabrycy ma byćstracony; miasto było w poruszeniu. Dodawano, że książę, przez wzgląd najego urodzenie, raczył zarządzić, że ma być ścięty.

„To ja go zabijam — powiadał sobie hrabia — ani marzyć o tym, abymkiedy oglądał Ginę.” Mimo tego rozumowania, dość nieskomplikowanego,nie mógł się wstrzymać, aby trzy razy nie zjawić się u jej drzwi; prawdęmówiąc, aby nie zwracać uwagi, był pieszo. W rozpaczy zdobył się nawet naodwagę napisania do niej. Posyłał dwa razy po Rassiego. Poborca nie zjawiłsię. „Łajdak, zdradza mnie” — powiadał sobie hrabia.

Nazajutrz trzy nowiny poruszyły wielki świat, a nawet mieszczaństwo.Śmierć Fabrycego stawała się coraz pewniejsza; co zaś było bardzo osobliwewobec tej wieści, księżna nie wydawała się zbyt zbolała. Na oko okazywaładość słabe współczucie swemu młodemu kochankowi; a przynajmniejwyzyskiwała zręcznie bladość mającą za źródło chorobę, która nawiedziłają równocześnie niemal z uwięzieniem Fabrycego. Mieszczanie widzieliw tych szczegółach oschłość wielkiej damy. Dla przyzwoitości wszakżei niby przez ofiarę dla cieniów Fabrycego zerwała z hrabią Mosca. „Cóż zaniemoralność!” — wykrzykiwali parmeńscy janseniści. Ale już księżna — rzecz niewiarygodna! — przyjmowała łaskawie hołdy dworskich gładyszów.Zauważono, między innymi, że bardzo wesoło rozmawiała z hrabią Baldi,kochankiem margrabiny Raversi, i że podżartowuje sobie z jego częstychwycieczek do Velleja. Drobne mieszczaństwo wraz z ludem było wielceoburzone śmiercią Fabrycego, którą przypisywano zazdrości hrabiegoMosca. Dwór również zajmował się bardzo hrabią, ale jedynie, aby się zeńwyśmiewać. Trzecią nowiną, którą podaliśmy do wiadomości, było w istocienie co innego, tylko dymisja hrabiego Mosca; cały świat drwił sobiez pociesznego amanta, który w pięćdziesiątym szóstym roku poświęca wspaniałą pozycję pod wpływem strapienia, że go porzuca kobieta bezserca, od dawna zdradzająca go z młodym chłopcem. Jeden arcybiskup miałtyle rozumu lub raczej serca, aby odgadnął, że honor broni hrabiemu zostaćnadal pierwszym ministrem w kraju, gdzie miano uciąć głowę — i to nieporadziwszy się jego, ministra! — chłopcu cieszącemu się jego protekcją.Wieść o dymisji hrabiego miała ten skutek, że wyleczyła podagrę generałaFabia Conti; opowiemy o tym we właściwym miejscu, kiedy będzie mowao tym, jak biedny Fabrycy spędzał czas w cytadeli, gdy całe miastowywiadywało się o godzinę jego stracenia.

Następnego dnia zjawił się Bruno, wierny sługa, którego hrabia wyprawiłdo Bolonii; widok tego człowieka wchodzącego do gabinetu wzruszył go;hrabia przypomniał sobie szczęśliwy nastrój, w jakim się znajdował, kiedygo posyłał do Bolonii, prawie w porozumieniu z księżną. Bruno wracałz Bolonii, gdzie niczego się nie dowiedział; nie mógł odszukać Lodovica,którego podesta Castelnovo zatrzymał w więzieniu.

— Poślę cię znowu do Bolonii — rzekł hrabia do Brunona — księżnejzależy na tym, aby poznać szczegóły nieszczęść Fabrycego. Zwróć się dosierżanta żandarmerii w Castelnovo... Albo nie! — przerwał sam sobiehrabia — jedź natychmiast do Lombardii i opłać sowicie naszych korespondentów. Pragnę wydobyć od tych ludzi raporty najbardziej pocieszające.

Bruno, zrozumiawszy cel misji, zaczął pisać dla siebie listy uwierzytelniające. Gdy hrabia dawał mu ostatnie zlecenia, otrzymał list wybitniefałszywy, ale bardzo gładko napisany, można by rzec — proszący przyjacielao przysługę. Piszącym był nie kto inny, tylko książę. Usłyszawszy cośo zamiarze dymisji, błagał swego przyjaciela, hrabiego Mosca, aby zatrzymałswój urząd; prosił go o to w imię przyjaźni i niebezpieczeństwojczyzny, nakazywał mu to jako jego władca. Dodawał, że król ... oddalwłaśnie do jego rozporządzenia dwie wielkie wstęgi swego orderu, zatrzymuje tedy jedną, dla siebie, a posyła drugą swemu drogiemu hrabiemuMosca.

— To bydlę pcha mnie do nieszczęścia! — wykrzyknął hrabia, wściekły,wobec zdumionego Brunona. — Myśli, że mnie złapie na frazesy, któretylekroć układaliśmy razem, aby wziąć na lep jakiegoś dudka.

Odrzucił order, który mu ofiarowywano i w odpowiedzi swojej wspomniał o stanie zdrowia, które niewiele zostawia mu nadziei, aby mógł jeszczedługo sprawować wyczerpującą funkcję ministra. Hrabia był wściekły. W chwilę później oznajmiono poborcę Rassiego, którego potraktował jak psa.

— I cóż? Dlatego, żem pana zrobił szlachcicem, zaczynasz być zuchwały?Czemuś pan nie przyszedł wczoraj podziękować mi, jak to było twoimpierwszym obowiązkiem, chłystku?

Rassi był wyższy ponad obelgi; w tym właśnie tonie przyjmował go codzień książę; świeży szlachcic chciał jeszcze zostać baronem. Toteż usprawiedliwiał się zręcznie. Przyszło mu to bardzo łatwo.

— Książę przygwoździł mnie do stołu na cały dzień; nie mogłem wydostaćsię z pałacu. Jego Wysokość kazał mi moim koślawym pismem skopiowaćmnóstwo aktów dyplomatycznych, tak głupich i gadatliwych, iż sądzędoprawdy, że jedynym celem było niejako uwięzić mnie. Kiedym wreszciezdołał się uwolnić, około piątej, umierając z głodu, dał mi rozkaz, abym sięudał wprost do siebie i nie wychodził cały wieczór. W istocie zauważyłemdwóch jego prywatnych szpiegów, dobrze mi znanych, jak się przechadzalipod mymi oknami do północy. Dziś rano, skoro tylko mogłem, kazałemsprowadzić dorożkę, która mnie zawiozła pod samą katedrę. Wysiadłembardzo wolno, po czym puściłem się pędem przez kościół i oto jestem.Wasza Ekscelencja jest w tej chwili człowiekiem, któremu najgoręcejpragnąłbym służyć.

— A ja, mości francie, nie dam się złapać na te baśnie. Nie chciałeś mi nicpowiedzieć o Fabrycym przedwczoraj; uszanowałem pańskie skrupułyi przysięgi, mimo że dla indywiduum takiego jak pan przysięgi są najwyżejkwestią targu. Dziś chcę wiedzieć prawdę. Co znaczą niedorzeczne pogłoskiwysyłające na śmierć tego chłopca jako mordercę komedianta Giletti?

— Nikt lepiej ode mnie nie może zdać Ekscelencji sprawy z tychpogłosek, ponieważ ja sam rozpuściłem je z rozkazu władcy. Sądzę nawet,że jeśli mnie trzymał wczoraj cały dzień na uwięzi, to aby mi przeszkodzićw udzieleniu panu tej nowiny. Książę, który nie ma mnie za wariata, niewątpił, że ja czym prędzej przyniosę Ekscelencji swój krzyż i poproszę, abymi go pan raczył przypiąć osobiście.

— Do rzeczy! — wrzasnął minister — i bez frazesów.

— Bez wątpienia książę chciałby mieć w ręku wyrok śmierci na pana delDongo, ale ma, jak panu wiadomo, jedynie dwadzieścia lat kajdanków,zmienionych przezeń nazajutrz po wyroku na dwanaście lat twierdzy,z postem o chlebie i wodzie co piątek i innymi praktykami religijnymi.

— Dlatego właśnie, że wiem o wyroku skazującym jedynie na więzienie,byłem przerażony pogłoskami o bliskim straceniu, jakie krążą po mieście;przypominam sobie śmierć hrabiego Palanza, którą pan tak sprytnieprzemyciłeś.

— Wówczas powinienem był dostać krzyż! — wykrzyknął nie zmieszanyRassi — trzeba było kuć żelazo, póki było gorące i póki nasz łaskawy władcapragnie tej śmierci. Byłem wówczas niezdara; jakoż, uzbrojony tymidoświadczeniem, ośmielę się radzić Waszej Ekscelencji, aby mnie nienaśladował dzisiaj. (Porównanie to wydało się hrabiemu wysoce niesmaczne; musiał się powstrzymać, aby nie kopnąć Rassiego. )

— Przede wszystkim — podjął ów z logiką prawnika i doskonałą pewnością siebie człowieka, którego żadna zniewaga nie może obrazić — przede awszystkim nie może być mowy o straceniu pana del Dongo; książę nieśmiałby, czasy się zmieniły. Wreszcie ja, szlachcic, i dzięki panu mającynadzieję zostać baronem, nie przyłożyłbym do tego ręki. Otóż, jak wiadomo Waszej Ekscelencji, kat księstwa Parmy może otrzymać rozkazyjedynie ode mnie; przysięgam zaś Waszej Ekscelencji: nigdy kawaler Rassinie wyda rozkazów stracenia imć Dongo.

— I roztropnie uczyni — rzeki hrabia, mierząc go surowym spojrzeniem.

— Trzeba rozróżnić — podjął Rassi z uśmiechem. — Moim wydziałem są jedynie zgony oficjalne; gdyby tedy przypadkiem pan del Dongo umarł z niestrawności, niech mnie Ekscelencja o to nie wini. Książę jest wściekły,nie wiem czemu, na Sanseverinę (trzy dni temu Rassi byłby powiedziałksiężnę, ale jak całe miasto, wiedział o zerwaniu z ministrem).

Hrabia zauważył tę poufałość w takich ustach i można osądzić, jak mu ona była miła; objął Rassiego spojrzeniem brzemiennym nienawiścią.,,Drogi aniele — rzekł w myśli — mogę ci okazać swą miłość jedynie słuchającślepo twoich rozkazów.”

— Wyznam panu — rzekł do poborcy — że ja nie przejmuję się zbytniokaprysami księżnej; bądź co bądź, ponieważ to ona przedstawiła mi tegourwisa Fabrycego, który lepiej by uczynił, gdyby został w Neapolu i niemącił nam tutaj wody, zależy mi na tym, aby go nie uśmiercono za moichrządów. Toteż daję panu słowo, że zostaniesz baronem w tydzień po dniu,w którym Fabrycy opuści więzienie.

— W takim razie, panie hrabio, będę baronem dopiero za pełnychdwadzieścia lat, bo książę jest wściekły, a nienawiść jego do pani Sanseverina jest tak żywa, że sili się ją ukrywać.

— Jego Wysokość jest zbyt dobry: na cóż mu ukrywać nienawiść, skoropierwszy minister już nie stoi za księżną? Nie chcę jedynie, aby mnie ktośoskarżył o nikczemność, a zwłaszcza o zazdrość; to ja sprowadziłem księżnędo Parmy i jeżeli Fabrycy umrze w więzieniu, nie będziesz pan baronem, alebędziesz może zasztyletowany. Ale zostawmy tę drobnostkę; faktem jest,te zrobiłem obliczenie swego majątku, zaledwie doliczyłem się dwudziestutysięcy renty, z czego zrodził się zamiar przedłożenia pokornej dymisjiswemu władcy. Mam niejaką nadzieję, że król Neapolu zechce mniezatrudnić; ta stolica da mi rozrywki, których potrzebuję w tej chwili,a których nie mogę znaleźć w dziurze takiej jak Parma: zostałbym chyba o tyle, o ile by mi pan zapewnił rękę księżniczki Izoty etc., etc.

Rozmowa ciągnęła się w nieskończoność w tym duchu. Kiedy Rassiwstawał, hrabia rzekł bardzo obojętnie:

— Wie pan, mówią, że Fabrycy mnie zwodził w tym sensie, że był jednymkochanków księżnej; nie wierzę w tę bajkę i aby jej zaprzeczyć, pragnę,abyś pan doręczył Fabrycemu tę sakiewkę.

— Ależ, panie hrabio — rzekł Rassi, przerażony, spoglądając na sakiewkę— tu znajduje się olbrzymia suma, a przepisy...

— Dla pana, drogi panie, może być olbrzymia — odparł hrabia z nieskończoną wzgardą — łyk taki jak pan, posyłając pieniądze swemu przyjacielowiw więzieniu, uważa, że się zrujnuje, jeśli da dziesięć cekinów, ja zaś chcę,aby Fabrycy otrzymał te sześć tysięcy franków, a zwłaszcza aby w zamku niedowiedziano się o tej przesyłce.

Gdy Rassi, przerażony, chciał odpowiedzieć, hrabia zniecierpliwionyzamknął za nim drzwi. „Ci ludzie — powiedział sobie — widzą władzę jedyniew brutalności.” To rzekłszy, ów wielki minister oddał się zajęciu takniedorzecznemu, iż z trudnością przychodzi je nam przytoczyć. Podszedł dobiurka, wziął miniaturę księżnej i okrył ją namiętnymi pocałunkami. „Przebacz, aniele — wykrzyknął — że nie wyrzuciłem własną ręką przezokno chama, który ośmielił się mówić o tobie tak poufale; jeślim okazał tyle cierpliwości, to aby ci być posłuszny! Ale co się odwlecze, to nieuciecze.”

Po długiej rozmowie z portretem hrabia, który czuł śmierć w duszy,wpadł na bardzo ucieszny pomysł i wykonał go z dziecinną skwapliwością.Kazał sobie podać galowy strój z orderami i złożył wizytę starej księżniczceIzocie. W życiu nie pojawił się u niej kiedy indziej niż z okazji Nowego Roku. Zastał ją w licznym otoczeniu psów, wystrojoną w galowe suknie,nawet we wszystkich diamentach, jak gdyby szła na dwór. Kiedy hrabiawyraził obawę, że krzyżuje plany Jej Wysokości, która widocznie miaławyjść z domu, Jej Wysokość odpowiedziała ministrowi, że księżniczkaParmy winna jest samej sobie, aby zawsze być ubraną w ten sposób.Pierwszy raz od czasu swego nieszczęścia hrabia uczuł drgnienie wesołości.,,Dobrzem zrobił, żem się tu zjawił — powiedział sobie — dziś jeszcze trzebasię oświadczyć.” Księżna była uszczęśliwiona z odwiedzin człowieka takgłośnego ze swej inteligencji, pierwszego ministra; biedna stara panna niebyła przyzwyczajona do podobnych wizyt. Hrabia zaczął od zręcznegowstępu, wspominając o przepaści, jaka zawsze będzie dzieliła prostegoszlachcica od członka panującego rodu.

— Są w tym odcienie — rzekła księżna — córka króla Francji na przykładnie ma żadnej nadziei dojścia kiedyś do korony; ale w rodzinie parmeńskiejrzeczy mają się inaczej. Dlatego to my, Farnese, musimy zawsze zachowaćna zewnątrz nieco godności: ja, biedna księżniczka, jak mnie pan widzi, niemogę powiedzieć, że jest zupełnie niemożliwe, abyś pan był kiedyś moimpremierem.

Pomysł ten swoim nieoczekiwanym komizmem dostarczył biednemuhrabiemu drugiej chwili prawdziwej wesołości.

Wychodząc od księżniczki Izoty, która mocno się zarumieniła, słyszącwyznanie miłości pierwszego ministra, hrabia Mosca spotkał kuriera pałacowego: książę wzywał go najśpieszniej.

— Jestem chory — odparł minister uszczęśliwiony, że może się okazaćniegrzeczny wobec swego pana. „Ha! ha! doprowadzasz mnie do ostateczności i chcesz, abym ci służył; ale wiedz, mój książę, że w naszej epoce niewystarcza już władza dana od Opatrzności; trzeba dużo rozumu i charakteru, aby być despotą.”

Odprawiwszy kuriera, wielce zgorszonego doskonałym zdrowiem chorego, hrabia wpadł na koncept, aby odwiedzić dwie osobistości mającenajwiększy wpływ na generała Fabia Conti. Co przejmowało drżeniemministra i odejmowało mu otuchę, to fakt, że gubernator cytadeli był kiedyśoskarżony o pozbycie się pewnego kapitana, swego osobistego wroga, zapomocą perugiańskiej acquetta.

Hrabia wiedział, że od tygodnia księżna wydaje olbrzymie sumy, abytobie zapewnić stosunki w cytadeli: ale wedle niego nie miało to widokówpowodzenia — wszystkie oczy były jeszcze zbyt otwarte. Nie będę opowiadałczytelnikowi wszystkich usiłowań, jakich chwytała się nieszczęśliwa kobieta: była w rozpaczy, agenci zaś wszelkiego rodzaju, najzupełniej jej oddani,pomagali jej. Ale na dworach małych despotów istnieje może jeden tylkowydział, który jest prowadzony doskonale, mianowicie straż nad politycznymi więźniami. Złoto księżnej nie wywarło innego skutku prócz tego, żeodprawiono z cytadeli dziesiątek funkcjonariuszy różnego stopnia.

Rozdział osiemnasty

Tak więc, mimo że szczerze oddani więźniowi, księżna i ministerniewiele mogli dlań uczynić. Książę był wściekły; zarówno zaś dwór, jaki publiczność miały Fabrycego na wątróbce i katastrofa jego budziłazachwyt: zanadto był szczęśliwy! Mimo złota rozrzucanego garściamiksiężna nie postąpiła ani kroku w oblężeniu cytadeli; nie minął dzień, abymargrabina Raversi albo kawaler Riscara nie mieli czegoś do zakomunikowania generałowi Fabio Conti. Podtrzymywali jego słabość.

Jak wspomnieliśmy, w dniu uwięzienia Fabrycego zaprowadzono zrazudo „pałacu gubernatora”. Jest to ładny budyneczek wzniesiony w zeszłymwieku wedle rysunków Vanvitelliego, który pomieścił go na wysokości stuosiemdziesięciu stóp, na platformie okrągłej wieży. Z okien tego pałacyku,usadowionego na grzbiecie olbrzymiej wieży niby garb wielbłąda, Fabrycywidział pola i hen, daleko, Alpy; wodził okiem, u stóp cytadeli, za biegiemrzeczki Parmy, która skręcając na prawo o cztery mile za miastem wpada doPadu. Poza tą rzeczką, która tworzy niby szereg olbrzymich białych plamwśród zieleni, zachwycone oko widziało wyraźnie każdy szczyt olbrzymiegomuru, jakim Alpy wznoszą się na północ od Włoch. Szczyty te, zawszeokryte śniegiem, nawet w tej chwili, w sierpniu, dają, mocą wyobraźni,uczucie chłodu wśród tych spiekłych pól; oko może śledzić ich najdrobniejsze szczegóły, mimo iż znajdują się przeszło o trzydzieści mil od cytadeli!Ten rozległy widok z pięknego pałacyku gubernatora ograniczony jest odpołudnia rogiem wieży Farnese, w której gotowano śpiesznie pokój dlaFabrycego. Tę drugą wieżę, jak czytelnik może sobie przypomina, wzniesiono na platformie dużej wieży, na użytek pewnego następcy tronu, który,bardzo w tym różny od Hipolita, syna Tezejowego, nie odtrącił względówmłodej macochy. Księżna zmarła w kilka godzin; młody książę odzyskałwolność aż w siedemnaście lat potem, wstępując na tron po ojcu. Ta wieżaFarnese, do której po trzech kwadransach zaprowadzono Fabrycego,bardzo brzydka, wznosi się na pięćdziesiąt stóp na platformie wielkiej wieżyi opatrzona jest licznymi gromochronami. Ów dotknięty w honorze małżeńskim książę, który kazał wznieść tę wieżę widoczną ze wszystkich stron,wpadł na dziki pomysł wmówienia w poddanych, że istniała ona od dawna;dlatego dał jej miano wieży Farnese. Nie było wolno mówić o tej budowli,a ze wszystkich stron Parmy i otaczającej miasto równiny widać byłodoskonale murarzy, jak kładli kamień po kamieniu tej pięciokątnej architektury. Aby dowieść, że wieża jest stara, pomieszczono nad bramąwchodową — dwie stopy szeroką, a cztery wysoką — wspaniałą płaskorzeźbęprzedstawiającą Aleksandra Farnese, słynnego wodza, jak zmusza Henryka IV, aby odstąpił spod Paryża. Ta wieża Farnese, tak pięknie położona,składa się z parterowej izby, długiej co najmniej na czterdzieści kroków,odpowiednio szerokiej i wypełnionej grubymi, a niskimi kolumnami — izbata bowiem, tak nieproporcjonalnie obszerna, ma nie więcej niż piętnaściestóp wysokości. Mieści się w niej posterunek straży; w samym środkuwznoszą się schody kręcące się dokoła jednej z kolumn; są to żelazneschodki, szerokie ledwie na dwie stopy, ażurowe. Przez te schody uginającesię pod ciężarem dozorców, którzy mu towarzyszyli, Fabrycy dostał się dorozległych komnat więcej niż dwadzieścia stóp wysokich, tworzącychwspaniałe pierwsze piętro. Niegdyś umeblowano je z przepychem dlamłodego księcia, który spędził tam siedemnaście najpiękniejszych lat życia.Na wstępie do apartamentu pokazano nowemu więźniowi bogatą kaplicę;mury i sklepienia wyłożone są czarnym marmurem; kolumny, równieżczarne, szlachetne w rysunku, ciągną się szeregiem wzdłuż czarnych murów,nie dotykając ich. Same mury ozdobione są mnóstwem trupich główekz białego marmuru, olbrzymich rozmiarów i wykwintnej roboty, każda naddwiema kośćmi złożonymi na krzyż. „Prawdziwy wymysł nienawiści, któranie może zabić — rzekł sobie Fabrycy — cóż za diabelski koncept pokazywaćmi to!”

Lekkie ażurowe schodki, również kręcące się dokoła kolumny, prowadziły na drugie piętro. W tych pokojach na drugim piętrze, wysokich mniejwięcej na piętnaście stóp, rozwijał od roku generał Fabio Conti cudygeniuszu. Najpierw pod jego dozorem zakratowano szczelnie okna w tychpokojach, niegdyś zajmowanych przez służbę księcia, a wznoszących sięprzeszło na trzydzieści stóp nad płytami tworzącymi platformę wielkiej okrągłej wieży. Do tych pokojów, mających każdy po dwa okna, dochodzisię ciemnym korytarzem umieszczonym w środku budowli; w korytarzutym, bardzo ciasnym, Fabrycy zauważył troje kolejno po sobie następujących drzwi, utworzonych z olbrzymich belek żelaznych, wznoszących się ażpo sufit. Te właśnie plany, przekroje i rzuty wszystkich tych pięknychwynalazków zapewniły generałowi przez dwa lata co tydzień audiencjęu jego pana. Spiskowiec pomieszczony w jednym z tych pokojów niemógłby się skarżyć przed światem na nieludzkie obchodzenie, a mimo to niemógłby się komunikować z żadną żywą istotą ani też uczynić ruchu, któregoby nie słyszano. Generał umieścił w każdym pokoju grube tarcice dębowe,tworzące niby ławy na trzy stopy wysokie, i to był jego największywynalazek, ten, który mu dawał prawa do teki ministra policji. Na tychławach zbudował celę z desek, bardzo akustyczną, wysoką na dziesięć stópi dotykającą muru jedynie od strony okien. Z trzech innych stron biegłdokoła niej korytarzyk, szeroki na cztery stopy, pomiędzy zewnętrznymmurem kaźni z olbrzymich kamieni ciosowych a drewnianymi ścianami celi.Ściany te, utworzone z czterech podwójnych desek z orzechu, dębu i sosny,były silnie spojone żelaznymi klamrami i mnóstwem gwoździ.

Do jednego z tych od roku zbudowanych pokojów, arcydzieła generałaFabio Conti, które otrzymało piękną nazwę „bierne posłuszeństwo”,wprowadzono Fabrycego. Pobiegł do okna. Widok z tych zakratowanychokien był cudowny; ledwie mały kącik horyzontu zasłonięty był, kupółnocnemu zachodowi, ozdobionym galeryjką dachem pałacyku gubernatora, mającym tylko dwa piętra; parter zajmowały biura generalnegosztabu. Oczy Fabrycego pobiegły ku jednemu z okien na drugim piętrze,gdzie w ładnych klatkach znajdowała się mnogość rozmaitych ptaków.Fabrycy z przyjemnością słuchał ich świegotu patrząc, jak pozdrawiająostatni promyk słońca, gdy stróże więzienni krzątali się koło swej ofiary. Tookno ptaszkarni znajdowało się nie dalej niż dwadzieścia pięć stóp od jegookna, a o pięć lub sześć stóp niżej, tak iż wzrokiem obejmował z góryptaszki.

Tego dnia był księżyc; w chwili gdy Fabrycy wchodził do więzienia,miesiąc wznosił się majestatycznie na widnokręgu po prawej, ponadłańcuch Alp, ku Trevizie. Było dopiero wpół do dziesiątej; na przeciwległym skraju widnokręgu, na zachodzie, świetlistopomarańczowy zmierzchrysował ostro kontury Monte Viso i innych szczytów Alp wznoszących sięod Nicei ku Monte Cenis i Turynowi. Fabrycy nie myślał o swym nieszczęściu; był wzruszony i zachwycony tym wspaniałym widokiem. Więc w tymczarownym świecie żyje Klelia Conti! Dusza jej, poważna i skłonna dozadumy bardziej niż czyjakolwiek, musi sycić się tym widokiem; jest się tuniby w pustkowiu górskim o sto mil od Parmy. Dopiero po dwóchgodzinach, które spędził w oknie, podziwiając ten widnokrąg przemawiający mu do duszy i raz po raz zatrzymując wzrok na pięknym pałacykugubernatoia, Fabrycy wykrzyknął nagle: „Czyż to doprawdy jest więzienie?Czy tego się tak obawiałem?” Zamiast spostrzegać na każdym kroku powóddo rozpaczy, bohater nasz upajał się słodyczą więzienia.

Naraz straszliwy łoskot przywołał go do rzeczywistości; izdebka Fabrycego, dość podobna do klatki, a zwłaszcza bardzo akustyczna, wstrząsnęła się:szczekanie psa i przenikliwe piski spływały się w najstraszliwszy hałas. „Cóżto! Miałżebym tak prędko się wymknąć?” — pomyślał Fabrycy. W chwilępóźniej śmiał się tak, jak może nikt nie śmiał się w więzieniu. Na rozkazgenerała pomieszczono tam wraz z dozorcami złego, angielskiego psa,przełożonego niejako nad strażą pilnującą ważnych więźniów, który miałspędzać całą noc w przestrzeni tak przemyślnie stworzonej dokoła klatkiFabrycego. Pies i dozorca mieli sypiać w trzechstopowej przestrzeni międzykamiennymi płytami posadzki a drewnianą podłogą, na której więzień niemógł uczynić kroku, aby nie być słyszanym.

Otóż w chwili gdy Fabrycy przybył, pokoik „biernego posłuszeństwa”zajęty był przez setkę olbrzymich szczurów, które pierzchły w rozmaitychkierunkach. Pies, bonończyk krzyżowany z angielskim foksem, nie byłpiękny, ale okazał się nader zwinny. Uwiązano go na kamiennych płytachpod podłogą; ale kiedy poczuł szczury przebiegające mu przed nosem,zaczął się tak miotać, iż w końcu uwolnił głowę z obroży. Wówczas nastąpiłacudowna bitwa, której hałas obudził Fabrycego z najsłodszych marzeń.Szczury, które zdołały się ocalić przed pierwszym natarciem, schroniły siędo drewnianej izdebki; pies przebiegł za nimi sześć stopni prowadzących odkamiennej podłogi do izdebki Fabrycego. Wówczas zaczął się zgiełk o wieleprzeraźliwszy: klatka trzęsła się od fundamentów. Fabrycy śmiał się jakszalony, płakał ze śmiechu; dozorca Grillo, niemniej rozbawiony, zamknąłdrzwi; pies, goniąc za szczurami, nie spotykał żadnej zapory, gdyż pokój byłzupełnie pusty; skoki tego myśliwca mógł krępować jedynie żelazny piecw kącie. Skoro pies pokonał wszystkich wrogów, Fabrycy zawołał go,popieścił, zdołał pozyskać jego sympatię. „Jeżeli kiedy ujrzy mnie skaczącego przez mur — pomyślał Fabrycy — nie będzie szczekał.” Ale rachuba ta była jedynie pozorem: w obecnym stanie ducha zabawa z psem sprawiła muniezmierną przyjemność. Przez jakiś dziwny poryw, nad którym się niezastanawiał, tajemna radość rozlewała się w jego duszy.

— Jak się nazywasz? — spytał Fabrycy dozorcy, nauganiawszy się do sytaz psem.

— Grillo, do usług Waszej Ekscelencji we wszystkim, na co regulamindozwala.

— Zatem, drogi Grillo, niejaki Giletti chciał mnie zamordować nagładkiej drodze; broniłem się i zabiłem go; zabiłbym go jeszcze raz, gdybyto było możliwe; ale mimo to pragnę wieść wesołe życie, dopóki będę twoimgościem. Postaraj się o pozwolenie przełożonych i idź poproś dla mnieo bieliznę w pałacu Sanseverina, a także kup mi kilka flaszek asti.

Było to wcale dobre musujące wino, które wyrabiają w Piemoncie,w ojczystym miejscu Alfierego, bardzo cenione, zwłaszcza w klasie amatorów, do których należą dozorcy więzienni. Kilku z tych panów zajętych byłoprzenoszeniem do izdebki Fabrycego starożytnych bogato złoconych mebli,wziętych z pierwszego piętra, z apartamentu księcia; wszyscy z nabożeństwem wysłuchali wzmianki o asti. Mimo wszelkich starań, pomieszczenieFabrycego na tę pierwszą noc było bardzo smętne; ale wydawał sięstrapiony jedynie brakiem butelki wina. „Jakiś dobry chłopiec — orzeklidozorcy, odchodząc — trzeba by tylko, aby nasi panowie pozwolili mudosyłać pieniądze.”

„Czy to możliwe, aby to było więzienie — powiedział sobie Fabrycy,zostawszy sam, kiedy, ochłonąwszy nieco po tym zgiełku, patrzył na olbrzymiwidnokrąg od Trevizy do Monte Viso, na długi łańcuch Alp, na szczytyokryte śniegiem, na gwiazdy — i to jeszcze pierwsza noc w więzieniu!Rozumiem, że Klelia może sobie podobać w tej napowietrznej samotności;jest się tu o tysiąc mil ponad małostkami i niegodziwościami, które naszaprzątają tam w dole. Jeśli te ptaszki pod moim oknem należą do niej,ujrzę ją... Czy zarumieni się na mój widok?” Rozważając tę doniosłąkwestię, więzień zasnął bardzo późno.

Następnego dnia po owej nocy, pierwszej w więzieniu, w czasie której niezniecierpliwił się ani razu, Fabrycy musiał poprzestać na rozmowie z pieskiem foksem; dozorca wciąż spoglądał nań z bardzo wielką sympatią, alenowy rozkaz czynił go niemym; nie przynosił też bielizny ani wina.

„Czy ujrzę Klelię? — powiadał sobie Fabrycy, budząc się. — Ale czy te ptaszki należą do niej?” Ptaki zaczynały krzyczeć i śpiewać; na tejwysokości był to jedyny hałas, jaki było słychać. Owa głęboka cisza na tejwyżynie była dla Fabrycego wrażeniem nowym i pełnym uroku; słuchałz zachwytem bezładnego świegotu, jakim skrzydlate sąsiedztwo witałodzień. „Jeżeli należą do niej, niebawem pokaże się w tym pokoiku, tu podmoim oknem.” Oglądając olbrzymi łańcuch Alp, naprzeciw którego cytadela wznosiła się jak bastion, oczy jego wracały co chwila ku bogatymklatkom z mahoniu i drzewa cytrynowego, które opatrzone złoconymidrutami, wznosiły się w jasnym pokoju służącym za ptaszkarnię. Późniejdopiero Fabrycy dowiedział się, że pokój ten był na drugim piętrze pałacykujedynym, który miał cień od jedenastej do czwartej: zasłaniała go wieżaFarnese.

„Jakiż to będzie smutek dla mnie — pomyślał Fabrycy — jeżeli zamiast tejskromnej i myślącej fizjonomii, której oczekuję i która zarumieni się możena mój widok, ujrzę pospolitą fizys jakiej pokojówki, przybyłej w zastępstwie pani, aby się zająć ptaszkarnią! Ale jeśli ujrzę Klelię, czy raczy mniezauważyć? Na honor, trzeba mi czymś ściągnąć jej uwagę; położenie mojedaje mi niejakie przywileje; zresztą jesteśmy tu oboje sami i tak daleko odświata! Jestem więźniem; tym, co generał Conti i inni nędznicy w jegorodzaju nazywają swoją zwierzyną... Ale ona ma tyle rozumu lub, aby rzeclepiej, tyle duszy, iż wedle tego, co mówi hrabia, gardzi może rzemiosłemojcowskim — stąd zapewne jej melancholia. Szlachetne źródło smutku! Aleja nie jestem dla niej zupełnie obcy. Z jakim pełnym skromności wdziękiemukłoniła mi się wczoraj! Przypominam sobie, iż w czasie owego spotkanianad Como rzeklem: »Któregoś dnia przyjadę obejrzeć pani piękne obrazyw Pannie; czy zapamięta pani to imię: Fabrycy del Dongo?« Czyżbyzapomniała? Była tak młoda wówczas!

Ale prawda — rzekł sobie Fabrycy, przerywając nagle bieg swoich myśli — zapominam się wściekać. Byłżebym jedną z owych wielkich dusz, jakichstarożytność zostawiła nam kilka przykładów? Byłżebym, nie wiedząco tym, bohaterem? Jak to, ja, który tak obawiałem się więzienia, jestemw nim i zapominam się smucić! Można śmiało powiedzieć, że obawa była storazy gorsza od nieszczęścia. Jak to! Muszę dopiero rozumem dochodzić dotego, aby się martwić więzieniem, które, jak powiedział ksiądz Blanès,może trwać równie dobrze dziesięć lat, jak dziesięć miesięcy? Czy możeoszołomienie całą tą nową atmosferą rozprasza zgryzotę, która powinna bymnie dręczyć? Może ta wesołość, niezależna od mej woli i tak niedorzeczna, ustanie nagle; może popadnę w czarną zgryzotę, którą powinienem odczuwać...

W każdym razie, dziwne to jest być w więzieniu i musieć sobie rozsądkiem nakazywać smutek. Na honor, wracam do swego przypuszczenia;może ja mam wielki charakter.”

Marzenia Fabrycego przerwał stolarz więzienny, który przyszedł braćmiarę na abażur do okien; więzienie to miało być pierwszy raz użytei zapomniano go uzupełnić tym zasadniczym szczegółem.

„Tak więc — rzekł Fabrycy — będę pozbawiony tego cudownego widoku.”I silił się zasmucić tym zamachem.

— Jak to — rzekł nagle żywo do stolarza — nie zobaczę już tych miłychptaszków?

— A, ptaszki jaśnie panienki, które tak kocha! — rzekł dobrodusznie ówczłowiek — schowane, zasłonięte, przepadło, jak wszystko inne.

Stolarz miał równie ściśle zakazaną wszelką rozmowę, jak dozorca; aleczuł litość dla młodego więźnia: objaśnił go, że te olbrzymie żaluzje,wsparte ukośnie na futrynie, miały zostawiać więźniom jedynie widoknieba.

— Robi się to ze względów moralnych — rzekł — aby pomnożyć w duszywięźniów zbawienny smutek i żądzę poprawy. Generał — dodał stolarz —wpadł również na ten pomysł, aby usuwać szyby i zastępować je naoliwionym papierem.

Fabrycemu podobał się uszczypliwy ton tej gawędy, bardzo rzadki weWłoszech.

— Chciałbym bardzo mieć ptaszka dla rozrywki; przepadam za tym;kupcie mi ptaszka od pokojówki panny Klelii.

— Jak to! Zna ją pan! — wykrzyknął stolarz — że pan ją tak nazywa poimieniu?

— Któż nie słyszał o tej sławnej piękności? Ale miałem też zaszczytspotkać ją parę razy na dworze.

— Biedna panienka nudzi się tu na umór — dodał stolarz — żyje tylko zeswymi ptaszkami. Dziś rano kupiła piękne drzewka pomarańczowe, którez jej rozkazu pomieszczono koło bramy pod pańskim oknem; gdyby niegzyms, mógłby je pan zobaczyć.

Objaśnienie to było dla Fabrycego bardzo cenne; wręczył stolarzowimonetę, dodając parę życzliwych słów.

— Popełniam dwa błędy na raz — rzekł tamten — mówię z WasząEkscelencją i biorę pieniądze. Kiedy pojutrze przyjdę zakładać żaluzję,przyniosę ptaszka w kieszeni; jeśli nie będę sam, udam, że mi się wymknąłprzypadkiem. O ile zdołam, przyniosę panu książkę do modlenia; musipanu bardzo dolegać, że pan nie może odmówić wszystkich pacierzy.

„Tak więc — myślał Fabrycy zostawszy sam — te ptaki należą do niej, aleza dwa dni już ich nie ujrzę.” Na tę myśl spojrzenia jego przybrały odcieńrozpaczy. Wreszcie, ku jego niewysłowionej radości, po tak długim oczekiwaniu, około południa, Klelia przyszła zajrzeć do swych ptaszków. Fabrycystał nieruchomo, bez oddechu; znajdował się tuż koło olbrzymich sztabprzecinających okno. Zauważył, że ona nie podnosi nań oczu, ale w ruchachjej było jakieś skrępowanie, jak u kogoś, kto czuje, że na niego patrzą.Gdyby nawet chciała, biedna panienka nie mogłaby zapomnieć owegosubtelnego uśmiechu, który błądził po ustach więźnia w wilię, w chwili gdyżandarmi wyprowadzali go ze strażnicy.

Mimo iż pozornie czuwała bardzo pilnie nad swym zachowaniem,zbliżając się do okna zaczerwieniła się wyraźnie. Pierwszą intencją Fabrycego, przyciśniętego do żelaznych sztab w oknie, było zapukać w te sztaby; aletuż potem otrząsnął się na samą myśl o takiej niedelikatności. „Wartbyłbym, aby przez tydzień posyłała do ptaszkarni pokojówkę.” Takisubtelny wzgląd nie byłby mu przyszedł do głowy w Neapolu albow Nowarze.

Śledził ją żarliwie oczyma. „Niewątpliwie — powiadał sobie — odejdzie, nieraczywszy spojrzeć na to biedne okno, mimo że ma je na wprost siebie! Alewracając w głąb pokoju, który Fabrycy z wyżyn swego okna mógł widziećbardzo dobrze, Klelia nie mogła się wstrzymać, aby nań mimochodem niespojrzeć spod oka; to wystarczyło, aby Fabrycy czuł się w prawie ukłonić.,,Czyż nie jesteśmy tu sami na świecie?” — pomyślał, aby sobie dodaćodwagi. Na ten ukłon panienka zatrzymała się i spuściła oczy; następnieFabrycy ujrzał, że je podnosi bardzo wolno; po czym czyniąc widocznywysiłek skinęła więźniowi głową bardzo poważnie i ceremonialnie;ale nie mogła nakazać milczenia oczom, w których prawdopodobnie bez jejwiedzy odbiło się przez chwilę najżywsze współczucie. Fabrycy zauważył jejrumieniec, rozlewający się szybko różanym odcieniem aż na ramiona,z których, wchodząc do ptaszkarni, zdjęła, z przyczyny gorąca, czarnykoronkowy szal. Mimowolne spojrzenie, którym Fabrycy odpowiedział najej ukłon, zdwoiło pomieszanie panny. „Jakże by ta biedna kobieta była szczęśliwa — powiadała sobie myśląc o księżnej — gdyby mogła choć przezchwilę widzieć go tak, jak ja go widzę!”

Fabrycy miał lekką nadzieję ukłonienia się jej raz jeszcze na pożegnanie,ale aby uniknąć tej grzeczności, Klelia wykonała zręczny odwrót, posuwającsię od klatki do klatki, jak gdyby ku końcowi miała coś do czynieniaz ptaszkami będącymi najbliżej drzwi. Wyszła wreszcie; Fabrycy stałnieruchomo, patrząc na drzwi, którymi znikła — był innym człowiekiem.

Od tej chwili celem jego jedynym było dociekanie, jak mógłby jąwidywać nadal, nawet po założeniu tej okropnej żaluzji przy oknie wychodzącym na plac gubernatora.

Poprzedniego dnia wieczorem, przed pójściem spać, Fabrycy zadał sobiebardzo wiele trudu, aby ukryć większą część złota, które posiadał; ukrył jepo rozmaitych szczurzych jamach, które zdobiły jego klitkę. „Dziś wieczórmuszę schować zegarek. Słyszałem, że mając cierpliwość i wyszczerbionąsprężynę od zegarka można ciąć drzewo, a nawet żelazo. Będę mógłprzepiłować tę okiennicę.” Ta praca nad ukryciem zegarka, trwającadobrych kilka godzin, nie dłużyła mu się; myślał o rozmaitych środkachdojścia do celu oraz o swoich wiadomościach z zakresu stolarki. „Jeśli będęumiał wziąć się do rzeczy — powiadał sobie — wytnę po prostu otwórw dębowej desce tworzącej tę okiennicę, tuż koło futryny; będę wedlepotrzeby wyjmował i zakładał deseczkę; oddam Grillowi wszystko, co mam,aby zechciał nie zauważyć tej sztuczki.” Odtąd całe swoje szczęście wiązałFabrycy z możliwością wykonania tej pracy i nie myślał o niczym innym.,,Jeśli zdołam ją bodaj widzieć, będę szczęśliwy... Nie — dodał — trzeba też;aby ona widziała, że ja ją widzę.” Całą noc głowę miał pełną wynalazkówstolarskich; ani razu chyba nie pomyślał o dworze parmeńskim, o gniewieksięcia etc. Wyznajmy, że tak samo nie pomyślał o rozpaczy, w jakiej musitonąć księżna. Czekał niecierpliwie ranka; ale stolarz nie zjawił się już;widać uchodził w więzieniu za liberała. Postarano się o innego, mrukai gbura, który odpowiadał jedynie złowróżbnym pomrukiem na uprzejmośćFabrycego.

Niektóre z usiłowań księżnej, starającej się nawiązać korespondencjęz Fabrycym, zostały wytropione przez licznych agentów margrabiny Raversi, która codziennie ostrzegała, straszyła, podniecała generała Fabio Conti.Co osiem godzin sześciu żołnierzy pełniących straż zmieniało się w salikolumnowej na parterze; co więcej, gubernator ustawił na straży dozorcęprzy każdych żelaznych drzwiach w korytarzu, a biednemu Grillo, jedynemu, który widywał więźnia, pozwolono opuszczać wieżę jedynie raz natydzień, co mu było bardzo nie w smak. Dał odczuć swoje niezadowolenieFabrycemu, który miał na tyle taktu, że mu odpowiedział jedynie słowami:

— Asti, dużo asti, przyjacielu.

I dal mu pieniędzy.

— I ot, nawet tego, co nas pociesza we wszystkich niedolach — wykrzyknąłGrillo oburzony, ale głosem zaledwie na tyle podniesionym, aby go więzieńsłyszał — i tego zabraniają nam przyjmować! Powinienem odmówić, alebiorę. Zresztą, stracone pieniądze; nie mogę panu powiedzieć o niczym. Jużteż pan musiał ładne rzeczy zmalować: całą cytadelę wywrócono do górynogami z pańskiej przyczyny, a figielki księżnej pani sprawiły, że już trzechz nas wydalono.

Czy okiennica będzie gotowa przed południem? Oto ważkie pytanie,które przyprawiało o bicie serca Fabrycego przez cały długi ranek; liczyłkwadranse bijące na zegarze cytadeli. Kiedy wybiło trzy kwadranse nadwunastą, okiennicy jeszcze nie było, natomiast Klelia zjawiła się w ptaszkarni. Okrutna konieczność dodała Fabrycemu tyle śmiałości, a niebezpieczeństwo nieujrzenia jej już tak dalece przeważyło nad wszystkim innym, iżośmielił się, patrząc na Klelię, uczynić gest, jak gdyby piłował okiennice — prawda, iż Klelia spostrzegłszy zuchwały gest więźnia, skłoniła mu się lekkoi odeszła.

„Jak to! — pomyślał Fabrycy, zdziwiony — byłażby tak niedorzeczna, abywidzieć naganną poufałość w geście podyktowanym absolutną koniecznością? Chciałem ją prosić, aby zachodząc do ptaszkarni raczyła zawszespojrzeć, od czasu do czasu, w okno więzienne, nawet wówczas gdy je ujrzyzasłonięte olbrzymią drewnianą okiennicą; chciałem jej wyrazić, że uczynięwszystko, aby ją widzieć. Wielki Boże! miałażby nie przyjść jutro z powodutego nieopatrznego gestu?” Obawa ta, która zmąciła sen Fabrycego,sprawdziła się w zupełności; nazajutrz Klelia nie zjawiła się jeszcze dotrzeciej, kiedy skończono umocowywać przed oknami Fabrycego dwieolbrzymie okiennice; rozmaite ich części wywindowano z platformy dużejwieży za pomocą sznurów i bloków przymocowanych z zewnątrz dożelaznej kraty. Co prawda, ukryta za żaluzją w swym mieszkaniu, Kleliaśledziła ze zgrozą każdy ruch robotników; widziała śmiertelny niepokójFabrycego, niemniej jednak miała odwagę dotrzymać danej sobie obietnicy.

Klelia była naiwną adeptką liberalizmu; w pierwszej młodości wzięła serio wszystkie liberalne frazesy, zasłyszane w otoczeniu ojca, który myślałjedynie o karierze; stąd jej wzgarda, niemal wstręt, do giętkości dworaków;stąd też niechęć do małżeństwa. Od przybycia Fabrycego trawiły ją wyrzuty.,,Oto — powiadała sobie — moje niegodziwe serce staje po stronie ludzi,którzy chcą zdradzić ojca! On ośmiela mi się pokazywać gestem, żeprzepiłuje drzwi!... Ale — powiedziała sobie tuż potem ze ściśnieniem serca— całe miasto mówi o jego bliskiej śmierci! Jutro może nadejść nieszczęsnydzień! Z potworami, które nami rządzą, cóż jest niemożliwe? Co za słodycz,co za heroiczna pogoda w tych oczach, które może wnet się zamkną. Boże!jakież męki musi przechodzić księżna! Powiadają, że jest w ostatecznejrozpaczy. Ja bym zamordowała księcia, jak bohaterska CharlotteCorday.”

Przez trzeci dzień więzienia Fabrycy miotał się wściekły, ale tylko o to, żenie może doczekać zjawienia się Klelii. „Skoro się już miała pogniewać,trzeba mi było powiedzieć jej, że ją kocham! — wykrzyknął; doszedł bowiemdo tego odkrycia. — Nie, to nie przez wielkość duszy nie myślę o więzieniui zadaję kłam proroctwu księdza Blanèsa; nie zasługuję na tyle zaszczytu.Mimo woli myślę o tym łagodnym i litosnym spojrzeniu, którym Kleliaobjęła mnie, gdy żandarmi wyprowadzili mnie ze strażnicy; to spojrzeniewymazało całe moje minione życie. Kto by mi powiedział, że znajdę taksłodkie oczy w takim miejscu, w chwili gdy moje spojrzenia zbrukane byływidokiem fizjonomii Barbone i generał-gubernatora. Niebo objawiło sięwśród tych plugawych istot. I jak nie kochać tej piękności i nie starać się jejwidzieć? Nie, to nie przez wielkość duszy obojętny jestem na wszystkiewięzienne utrapienia.” Wyobraźnia Fabrycego, przebiegając wszystkiemożliwości, doszła do przypuszczenia, że go wypuszczą na wolność. Oddanieksiężnej dokaże z pewnością cudów. „A ja podziękowałbym jej za wolnośćz niechęcią; to miejsce nie należy do tych, do których się wraca! Razwyszedłszy z więzienia, żyjąc w innej sferze, nie widziałbym prawie nigdyKlelii! W gruncie rzeczy, co mi złego w tym więzieniu? Gdyby Klelia raczyłamnie nie gnębić swoim gniewem, czegóż mógłbym żądać od niebios?”

Wieczorem tego dnia, w którym nie widział swej ładnej sąsiadki, Fabrycypowziął myśl: żelaznym krzyżem różańca, który rozdają na wstępie wszystkim więźniom, zaczął — z dobrym skutkiem — wiercić okiennicę. „To możenierozwaga — powiadał sobie przed rozpoczęciem dzieła. — Wszak stolarze mówili przy mnie, że jutro przyjdą malarze! Co powiedzą, skoro zastanąokiennicę przewierconą? Ale jeśli się nie puszczę na to, jutro nie będę mógłwidzieć Klelii. Jak to! Z własnej winy miałbym przeżyć dzień bez jej widoku,i to wówczas kiedy mnie opuściła pogniewana!” Nierozwaga więźniaspotkała się z nagrodą: po piętnastu godzinach pracy ujrzał Klelię. Ku jegobezmiernemu szczęściu Klelia, nie domyślając się, że on ją widzi, stała długobez ruchu, z okiem wlepionym w ogromną okiennicę: miał czas wyczytaćw jej oczach znaki najtkliwszego współczucia. Pod koniec zapomniałanawet najwyraźniej o ptaszkach i ich potrzebach, trwając minuty całez oczami wlepionymi w okno. Klelia była głęboko wzruszona; myślałao księżnej, której nieszczęście obudziło w niej tyle współczucia, a mimo tozaczynała jej nienawidzić. Nie zdawała sobie sprawy z melancholii, która jąowładnęła, gniewna była na samą siebie. Parę razy Fabrycy miał ochotępotrząsnąć okiennicą; miał uczucie, że nie będzie szczęśliwy, póki nie daznaku, że widzi Klelię... Ale — powiadał sobie — gdyby wiedziała, że ja jąoglądam tak swobodnie, wówczas ona, tak nieśmiała i wstydliwa, z pewnością umknęłaby się moim spojrzeniom.”

O wiele szczęśliwszy był nazajutrz (z jakichż drobiazgów miłość budujesobie szczęście!). Gdy Klelia spoglądała smutnie na okiennicę, Fabrycyzdołał przeprowadzić kawałek drutu przez otwór wydrapany żelaznymkrzyżykiem i dawał jej znaki, które widocznie zrozumiała, przynajmniejo tyle, o ile mówiły: „Jestem tu i widzę panią.”

Następnych dni nie wiodło się Fabrycemu. Chciał wyciąć w olbrzymiejokiennicy kawałek deski wielkości dłoni, który by można zakładać z powrotem i który pozwoliłby mu widzieć i być widzianym, to znaczy wyrażać bodajza pomocą znaków to, co się dzieje w jego duszy; ale okazało się, że hałasmizernej piłki, którą sporządził ze sprężyny od zegarka, wyszczerbionejkrzyżykiem, niepokoi Grilla, który spędzał długie godziny w jego pokoju.Zauważył w zamian, to prawda, iż srogość Klelii poniekąd słabnie, w miaręjak piętrzą się trudności porozumienia; Fabrycy widział, że już nie sili sięspuszczać oczu ani nie zajmuje się ptaszkami, kiedy próbował jej sygnalizować swą obecność za pomocą drutu. Widział z przyjemnością, że nigdy niezaniedba zjawić się w ptaszkami dokładnie w chwili, kiedy bije trzykwadranse na dwunastą, i niemal gotów był mniemać, że to on jestprzyczyną tej punktualności. Czemu? Myśl ta nie miała podstawy; alemiłość spostrzega odcienie niewidzialne obojętnemu oku i wyciąga z nichnajdalsze konsekwencje. Tak na przykład, od czasu jak Klelia nie widziała już więźnia, natychmiast prawie po wejściu do ptaszkami spoglądała najego okno. Było to w owych złowrogich dniach, gdy nikt w Parmie niewątpił, że Fabrycy będzie niebawem stracony: on jeden nie wiedział o tym,ale ta okropna myśl nie opuszczała Klelii — i jak miałaby sobie wyrzucaćsympatię okazywaną Fabrycemu? Miał zginąć! I to dla sprawy wolności!Zbyt niedorzeczne bowiem byłoby posyłać na śmierć del Donga dlatego, żepchnął szpadą jakiegoś komedianta. Prawda, że ten luby młodzian zajętybył inną kobietą! Klelia była głęboko nieszczęśliwa, nie przyznawała sięwyraźnie przed sobą do rodzaju zainteresowania, jakie czuła dla więźnia.,,To pewna — powiadała sobie — że jeśli go wyślą na śmierć, ja uciekam doklasztoru i w życiu nie pokażę się w dworskim towarzystwie, wstręt budziono we mnie. Grzeczni mordercy!”

Ósmego dnia po uwięzieniu Fabrycego Klelia miała chwilę wielkiegozawstydzenia. Pochłonięta smutnymi myślami, wlepiła wzrok w oknozasłonięte deską; tego dnia Fabrycy nie dał jeszcze znaku obecności. Naraz,kawałek deski, większy nieco niż dłoń, usunął się; Fabrycy spoglądał na niąwesoło, ujrzała jego oczy, które ją pozdrawiały. Nie mogła znieść tejnieoczekiwanej próby, odwróciła się szybko ku ptaszkom i zaczęła się kołonich krzątać; ale drżała tak, że rozlała wodę, którą im dawała, i Fabrycymógł doskonale widzieć jej wzruszenie. Nie mogła znieść tej sytuacji,uciekła pędem.

Ta chwila była, bez żadnego porównania, najpiękniejsza w życiu Fabrycego. Z jakimż zapałem byłby odrzucił wolność, gdyby mu ją ofiarowanow tej chwili!

Następny dzień był dniem rozpaczy księżnej. Całe miasto uważało zgubęFabrycego za pewną; Klelia nie miała tej smutnej odwagi, aby okazywać musrogość, której nie czuła; spędziła półtorej godziny w ptaszkarni, patrzyłana jego znaki i często odpowiadała mu, przynajmniej wyrazem najgorętszeji najszczerszej sympatii; chwilami oddalała się, aby ukryć łzy. Kobieca jejzalotność odczuwała bardzo żywo niedoskonałość tego języka; gdybynaprawdę rozmawiali z sobą, na ileż sposobów starałaby się przeniknąć, jakijest właściwy charakter uczuć Fabrycego dla księżnej! Klelia nie mogła jużsobie robić złudzeń, nienawidziła pani Sanseverina.

Pewnej nocy Fabrycy myślał nieco uważniej o ciotce — zdumiał się:ledwie że mógł rozpoznać jej obraz; wspomnienie o niej zmieniło sięzupełnie; w tej chwili miała dlań pięćdziesiąt lat.

„Wielki Boże! — wykrzyknął z zapałem — jakież to szczęście, iż ja jej nie powiedziałem, że ją kocham! Nie mógł już zrozumieć, w jaki sposóbwydawała mu się tak ładna. Pod tym względem Marieta mniej odmieniła sięw jego wspomnieniu; a to dlatego, że nigdy nie wyobrażał sobie, aby duszajego była w jakiej bądź mierze związana z Marietą, gdy często myślał, żecała jego dusza należy do Giny. Księżna d'A... i Marieta wydawały mu sięobecnie niby dwie młode gołębice, których wdzięk polegał na słabościi naiwności, gdy wzniosły obraz Klelii Conti, owładając całą jego duszą,budził w nim niemal grozę. Zbyt dobrze czuł, że szczęście jego życia zmusigo, aby się liczył z córką gubernatora, i że w jej mocy jest uczynić gonajnieszczęśliwszym z ludzi. Co dzień uczuwał śmiertelny lęk, że nagle,przez jej nieodwołalny kaprys, skończy się dziwne i rozkoszne życie, jakiepędził w jej pobliżu; bądź co bądź wypełniła już ona szczęściem pierwszedwa miesiące więzienia. Był to okres, w którym dwa razy w tygodniugenerał Fabio Conti powiadał do księcia:

— Mogę dać Waszej Wysokości słowo honoru, że więzień del Dongo nierozmawia z nikim i pędzi dni w największym przygnębieniu lub śpi.

Klelia zachodziła parę razy dziennie do ptaszkami, niekiedy na chwilę.Gdyby Fabrycy tak jej nie kochał, dostrzegłby łatwo, że jest kochany; alemiał śmiertelne obawy w tej mierze. Klelia kazała pomieścić w ptaszkarniklawikord. Trącając klawisze, iżby dźwięk instrumentu mógł zaświadczyćo jej obecności i oszukać straże przechadzające się pod oknem, odpowiadała oczami na pytania Fabrycego. W jednym tylko przedmiocie nie odpowiadała nigdy, nawet w krytycznych momentach ratowała się ucieczką,niekiedy znikając na cały dzień: a to, kiedy znaki Fabrycego wyrażałyuczucia, których zbyt trudno byłoby jej nie zrozumieć. Na tym punkcie byłanieubłagana.

Tak więc, mimo że zamknięty w dość małej klatce, Fabrycy miał życiebardzo zajęte; całe było obrócone na rozwiązanie tego ważnego problemu:,,Czy ona mnie kocha?” Rezultatem tysiąca bez przerwy ponawianych, aleteż bez przerwy podawanych w wątpliwość spostrzeżeń było: „Wszystkie jejrozmyślne gesty mówią »nie«, ale mimowolne drgnienia oczu jak gdybywyznają, że nabiera do mnie sympatii.”

Klelia miała nadzieję, że nigdy nie dojdzie do wyznania; jakoż — abyoddalić to niebezpieczeństwo — odtrąciła z przesadnym oburzeniem wielokrotną prośbę Fabrycego. Nędza środków używanych przez biednegowięźnia powinna była może tchnąć w Klelię więcej litości. Chciał się z niąporozumiewać za pomocą liter, które pisał na dłoni kawałkiem węgla tryumfalnie wygrzebanym z pieca: składałby słowa kolejno, litera politerze. Wynalazek ten byłby wzbogacił konwersację o tyle, że pozwoliłbymówić rzeczy ścisłe. Okno więzienia znajdowało się o dwadzieścia pięć stópod okna Klelii — cóż za gratka gawędzić z osobą ponad głowami strażyprzechadzającej się przed pałacem gubernatora. Fabrycy wątpił, czy jestkochany; gdyby posiadał nieco doświadczenia, nie miałby żadnej wątpliwości; ale nigdy żadna kobieta nie zaprzątała jego serca. Nie miał zresztąpojęcia o pewnej tajemnicy, która — gdyby ją znał — pogrążyłaby gow rozpaczy: mówiono właśnie szeroko o małżeństwie Klelii z margrabiąCrescenzi, najbogatszym człowiekiem na dworze.

Rozdział dziewiętnasty

Ambicja generała, rozpalona do białości kłopotami hrabiego Mosca,które zdawały się wróżyć jego upadek, doprowadziła go do tego, iż zacząłrobić gwałtowne sceny córce. Powtarzał jej bez ustanku, że łamie mu los,o ile się nie zdecyduje wreszcie na wybór; że po dwudziestym roku jest czassię namyślić: że to okrutne osamotnienie, w jakim niedorzeczny jej upórpogrąża generała, musi w końcu ustać itd., itd.

Chęć uniknięcia tych ciągłych wybuchów była pierwotną przyczyną, dlaktórej Klelia schroniła się do ptaszkarni; można się tam było dostać jedyniebardzo niewygodnymi schodkami, do których podagra tamowała generałowi drogę.

Od kilku tygodni dusza Klelii znajdowała się w takiej rozterce, tak małowiedziała sama, czego ma pragnąć, że nie dając wyraźnie słowa ojcu, niemaldała się przekonać. Raz, w przystępie gniewu, generał wykrzyknął, żepotrafi ją zamknąć w najsmutniejszym klasztorze w Parmie i pozwoli się jejtam kwasić tak długo, aż wreszcie raczy uczynić wybór.

— Wiesz, że nasz dom, mimo że bardzo starożytny, nie ma wszystkiegorazem ani sześciu tysięcy funtów renty, gdy fortuna margrabiego sięgawięcej niż stu tysięcy talarów rocznie. Na dworze margrabia cieszy sięopinią najmilszego człowieka; nigdy nikomu nie dał powodu do skargi; jestprzystojny, młody, dobrze widziany u księcia: trzeba być skończonąwariatką, aby go odtrącać. Gdyby to była pierwsza odmowa, mógłbym jąznieść; ale ty, głupia gąsko, odtrąciłaś już pięć czy sześć najlepszych partii.I co by się z tobą stało, pytam, gdyby mnie spensjonowano? Co za tryumfdla wrogów, gdyby mnie ujrzano gniotącego się na jakim drugim pięterku,mnie, dla którego tyle razy była mowa o ministerium! Nie, do kroćset, dośćdługo już przez zbytnią dobroć odgrywałem rolę dudka. Albo mi przedstawisz jakiś ważny argument przeciw biednemu Crescenzi, który jest na tyledobry, że się kocha w tobie, że cię chce wziąć bez posagu i że ci wyznaczaposag w wysokości trzydziestu tysięcy funtów renty, co mi zapewnia bodajjakiś punkt oparcia — albo tedy będziesz ze mną gadała rozsądnie, albo, doczarta, wyjdziesz za niego do dwóch miesięcy!

Jedno słowo w całym tym przemówieniu uderzyło Klelię, mianowiciegroźba klasztoru, a tym samym oddalenie od cytadeli, i to w chwili gdy życieFabrycego wisiało na włosku; nie było miesiąca, iżby pogłoska o jegobliskiej śmierci nie obiegła miasta i dworu. Mimo wszelkich rozumowań niemogła się zdobyć na to ryzyko: rozstać się z Fabrycym, i to w chwili gdydrżała o jego życie! To było w jej oczach największe, a przynajmniejnajbardziej bezpośrednie nieszczęście.

Nie znaczy to, aby nawet w pobliżu Fabrycego serce jej kosztowałoszczęścia; wiedziała o miłości księżnej, a duszę jej rozdzierała śmiertelnazazdrość. Rozbierała w myśli wartość tej kobiety tak ogólnie podziwianej.Surowość, jaką sobie nakładała wobec Fabrycego, rozmowa na migi, jakągo spętała z obawy, by nie przekroczyć granic, wszystko utrudniało jejwyjaśnienie jego stosunku do księżnej. Tak więc z każdym dniem dotkliwiejczuła straszliwe cierpienie, że ma rywalkę w sercu Fabrycego, i z każdymdniem mniej miała odwagi dostarczenia mu środków, którymi mógłbywyrazić wszystko, co się dzieje w jego sercu. Jakże rozkosznie byłobyusłyszeć wyznanie jego prawdziwych uczuć! Co za szczęście dla Kleliirozproszyć okropne podejrzenia trujące jej życie!

Fabrycy był płochy; w Neapolu miał opinię, że dość łatwo zmieniakochanki. Mimo całej skromności, jaką formy nakładają pannie, Klelia, odczasu jak została kanoniczką i bywała u dworu, nie pytała nigdy o nic, alesłuchała uważnie; nauczyła się odcyfrowywać opinię, jaką wyrobili sobiemłodzi ludzie kolejno starający się o jej rękę; otóż w porównaniu z nimiFabrycy był właśnie najlekkomyślniejszy w sprawach sercowych. Byłw więzieniu, nudził się, robił słodkie oczy do jedynej kobiety, którą miałpod ręką; cóż prostszego? Cóż pospolitszego nawet? To właśniegnębiło Klelię. Gdyby nawet w otwartej rozmowie Klelia dowiedziała się,że Fabrycy nie kocha już księżnej, jakąż wiarę mogła pokładać w jegosłowach? Gdyby nawet uwierzyła w ich szczerość, jakąż mogła mieć ufnośćw trwanie tych uczuć? A wreszcie — ostatni cios dla jej serca! — czyż Fabrycynie przebiegł szczebli kariery duchownej? Czy nie miał lada dzień złożyćwiekuistych ślubów? Czyż nie czekały go na tej drodze najwyższe godności?,,Gdyby mi został bodaj błysk rozsądku — powiadała sobie nieszczęśliwaKlelia — czyż nie powinna bym uciec? Czyż nie powinna bym błagać ojca, abymnie zamknął w najodleglejszym klasztorze? A na domiar męki, właśnieobawa oddalenia od cytadeli i zamknięcia w klasztorze powoduje mympostępowaniem! Ta obawa każe mi kłamać, zmusza mnie do wstrętnego i hańbiącego udawania, że przyjmuję starania i publiczne hołdy margrabiego Crescenzi.”

Podstawą charakteru Klelii był rozsądek; w całym życiu nie miała sobiedo wyrzucenia niebacznego kroku, a oto postępowanie jej obecne byłoszczytem nierozsądku: można sobie wyobrazić jej cierpienia!... Były onetym okrutniejsze, że nie robiła sobie złudzeń. Zaczynała się przywiązywaćdo człowieka, za którym szalała najpiękniejsza kobieta na dworze, kobietaz tylu tytułów wyższa od niej. I sam ten człowiek, gdyby nawet był wolny, niebyłby zdolny do poważnego przywiązania, gdy ona — czuła to dobrze — potrafiłaby w życiu kochać tylko raz.

Tak więc Klelia zachodziła co dzień do ptaszkarni z sercem pełnymnajstraszliwszych wyrzutów; skoro przybyła tam jak gdyby wbrew swejwoli, niepokój jej odmieniał charakter i stawał się mniej okrutny, wyrzutyustawały na chwilę; śledziła z szalonym biciem serca chwilę, w którejFabrycy otworzy okienko sporządzone z olbrzymiej żaluzji osłaniającejjego okno. Często obecność dozorcy Grillo w celi nie pozwalała muporozumiewać się z przyjaciółką.

Jednego wieczoru koło jedenastej Fabrycy usłyszał w cytadeli niezwykłyhałas: kładąc się na oknie i wystawiając głowę przez otwór, zdołał w ciszynocnej rozróżnić hałasy rozlegające się na wielkich schodach, tak zwanych,,trzystu stopniach”; schody te wnętrzem okrągłej wieży prowadziłyz pierwszego dziedzińca na kamienną platformę, na której wzniesiono pałacgubernatora oraz więzienie Farnese, w którym znajdował się Fabrycy.

W połowie mniej więcej, na sto czterdziestym stopniu, schody teprzechodziły od południowej strony obszernego dziedzińca na stronępółnocną; tam znajdował się lekki i wąski mostek żelazny, na któregośrodku czuwał zawsze odźwierny. Luzowano tego człowieka co sześćgodzin; musiał wstawać i przyciskać się do poręczy, aby można było przejśćprzez most, którego strzegł i przez który jedynie można się było dostać dopałacu gubernatora i do wieży Farnese. Wystarczyły dwa obroty klucza,który gubernator zawsze nosił przy sobie, aby spuścić ów żelazny mostekw dziedziniec, głęboki w tym miejscu przeszło na sto stóp; skoro siędopełniło tej prostej ostrożności, ponieważ nie było innych schodkóww cytadeli i ponieważ co wieczór o północy adiutant odnosił do gubernatora, do jego gabinetu za jego pokojem, sznury od wszystkich studzien, był onzupełnie niedostępny w swoim pałacu, a tak samo niepodobna byłobykomukolwiek dostać się do wieży Farnese. Fabrycy stwierdził to w dniu. w którym przybył do cytadeli; zresztą Grillo, który jak wszyscy dozorcylubił wychwalać swoje więzienie, wytłumaczył mu to niejeden raz, tak więcnie było żadnej nadziei ucieczki. Mimo to przypomniał sobie maksymęksiędza Blanèsa: „Kochanek częściej myśli o tym, aby dotrzeć do ukochanej, niż mąż o tym, aby pilnować żony; więzień częściej myśli o ucieczce, niżdozorca o tym, aby zamknąć bramę; zatem, jakie bądź byłyby przeszkody,kochanek i więzień powinni wygrać.”

Otóż tego wieczora Fabrycy słyszał wyraźnie ludzi przechodzącychprzez most żelazny, zwany „mostem niewolnika”, bo niegdyś dalmacki niewolnik zdołał umknąć nim, strąciwszy strażnika w dziedziniec.

„Przychodzą kogoś stąd zabierać, może mnie na szubienicę; ale może byćjakiś zamęt, chodzi o to, aby z niego skorzystać.” Chwycił broń, wydobyłzłoto z paru skrytek, kiedy nagle zatrzymał się.

„Człowiek to, trzeba przyznać, zabawne stworzenie! — wykrzyknął. — Coby powiedział jakiś niewidzialny świadek, patrząc na moje przygotowania?Czyżbym ja przypadkiem chciał uciekać? I cóż bym ja począł z sobąnazajutrz po powrocie do Parmy? Czy nie uczyniłbym wszystkiego, abywrócić w pobliże Klelii? Jeśli będzie zamęt, skorzystam z niego, aby sięwśliznąć do pałacu gubernatora; może zdołam mówić z Klelią, może w tymzamieszaniu zdołam ucałować jej rękę. Generał Conti, bardzo podejrzliwyz natury i nie mniej próżny, każe strzec swego pałacu pięciu wartom — pojednym żołnierzu na każdym rogu, a piąty u bramy — ale na szczęście nocjest bardzo ciemna.” Skradając się na palcach, Fabrycy stwierdził, co robiądozorca Grillo i jego pies: dozorca spał głęboko na wołowej skórzezawieszonej na czterech postronkach i obwiedzionej grubą siatką; pies foksotwarł oczy i zbliżył się cicho, aby polizać Fabrycemu rękę.

Jeniec nasz przebył lekko sześć stopni prowadzących do jego drewnianejizdebki; hałas u stóp wieży Farnese stawał się tak mocny, i to właśnie podbramą, iż Fabrycy zląkł się, iż Grillo może się obudzić. Zgromadził wszystkąbroń, gotów do działania i myśląc, że tej nocy czekają go wielkie rzeczy,kiedy nagle usłyszał, iż zaczyna się najpiękniejsza symfonia w świecie: byłato po prostu serenada na cześć generała lub jego córki. Zaczął się śmiać jakszalony: „I ja brałem się do puginału!” — jak gdyby serenada nie była czymśnieskończenie pospolitszym niż uprowadzenie więźnia, wymagające obecności osiemdziesięciu ludzi w więzieniu, albo niż rewolucja! Muzyka byławyborna i wydała się czymś rozkosznym Fabrycemu, którego dusza nie miała od tygodnia żadnej rozrywki; wycisnęła mu z oczu słodkie łzy;w upojeniu swoim przemawiał do pięknej Klelii najbardziej nieodpartymisłowy. Ale nazajutrz w południe ujrzał ją pogrążoną w tak posępnejmelancholii, była tak blada, zwracała nań spojrzenia, w których czytałchwilami tyle gniewu, że nie miał odwagi spytać o serenadę — lękał siępopełnić nietakt.

Klelia miała wielki powód do smutku: serenadę tę wyprawił dla niejmargrabia Crescenzi; krok tak publiczny był niejako urzędowym oznajmieniem małżeństwa. Do dnia serenady, do dziewiątej wieczór tego dnia,Klelia stawiała najwytrwalszy opór, ale miała tę słabość, iż uległa podgroźbą natychmiastowego odesłania do klasztoru.

„Jak to? Miałabym go już nie zobaczyć!” — powiadała sobie, płacząc. Napróżno rozsądek jej dodawał: „...nie zobaczyć człowieka, który stanie się,na każdy sposób, moim nieszczęściem; nie zobaczyć kochanka księżnej; niezobaczyć zmiennika, który miał dziesięć znanych kochanek w Neapolui wszystkie zdradzał; nie zobaczyć ambitnego chłopaka, który — jeśliprzeżyje ciążący na nim wyrok — przyjmie święcenia! Byłoby z mojej stronyzbrodnią spojrzeć nań jeszcze, kiedy opuści tę cytadelę, a jego wrodzonaniestałość oszczędzi mi tej pokusy; czymże bowiem jestem dla niego?Środkiem mniej nudnego spędzenia kilku godzin w tym więzieniu! Wśródtych wyrzekań Klelia przypomniała sobie uśmiech, z jakim patrzył nażandarmów otaczających go, gdy wychodził z furty, aby udać się do wieżyFarnese. Oczy jej spłynęły łzami: „Drogi mój, czegóż nie uczyniłabym dlaciebie! Zgubisz mnie, wiem, taki jest mój los; gubię się sama w okrutnysposób, przyjmując tę ohydną serenadę; ale jutro w południe ujrzę znówtwoje oczy!”

Właśnie nazajutrz po dniu, w którym Klelia uczyniła takie poświęceniedla młodego więźnia, budzącego w niej najgorętsze uczucia, nazajutrz podniu, w którym, znając jego wady, poświęciła mu życie, Fabrycy byłzrozpaczony jej chłodem. Gdyby nawet, posługując się niedoskonałą wymową znaków, zadał najlżejszy gwałt duszy Klelii, prawdopodobnie niezdołałaby wstrzymać łez i Fabrycy uzyskałby wyznanie jej uczuć, ale brakmu było odwagi, zbyt lękał się obrazić Klelię, mogła go ukarać zbyt srogo.Innymi słowy. Fabrycy nie miał żadnego doświadczenia w rodzaju wzruszeń, jakie budzi kobieta, którą się kocha; było to wrażenie, którego nigdynie doznał nawet w najsłabszym stopniu. Od owej serenady trzeba mu byłotygodnia, aby wrócić z Klelią do zwykłej serdeczności. Biedna dziewczyna zbroiła się surowością, drżała, aby się nie zdradzić, a Fabrycemu zdawałosię, że co dzień traci w jej oczach.

Jednego dnia — minęło już blisko trzy miesiące, jak Fabrycy był w więzieniu bez żadnej styczności ze światem, a mimo to nie czuł się nieszczęśliwy —Grillo został rano bardzo długo w pokoju; Fabrycy nie wiedział, jak się gopozbyć, był w rozpaczy; wreszcie wybiło już wpół do pierwszej, kiedy mógłotworzyć dwie małe klapy, na stopę wysokie, które wyciął w nieszczęsnejokiennicy.

Klelia stała w oknie ptaszkarni, z oczami utkwionymi w oknie Fabrycego;zmienione jej rysy wyrażały najgłębszą rozpacz. Ledwie ujrzała Fabrycego,dała mu znak, że wszystko stracone; rzuciła się do klawikordu i udając, żeśpiewa recitativo z modnej opery, powiedziała mu we frazach przerywanychrozpaczą oraz obawą, iż straż pod oknem może ją zrozumieć:

— Wielki Boże! pan jeszcze żyje? Ileż wdzięczności winna jestem niebu!Barbone, ów dozorca, którego zuchwalstwo skarał pan w dniu swegoprzybycia, znikł, nie było go w cytadeli; przedwczoraj wrócił, a od wczorajmam powód mniemać, że stara się pana otruć. Kręci się w kuchni, któradostarcza panu posiłków. Nie wiem nic pewnego, ale pokojówka sądzi, że tazłowroga figura zjawia się w kuchni jedynie po to, aby pana zgładzić.Umierałam z niepokoju, nie widząc pana, myślałam, że pan nie żyje. Niechsię pan wstrzyma od wszelkiego pożywienia aż do nowych wiadomości,zrobię, co w mej mocy, aby panu dostarczyć trochę czekolady. W każdymrazie dziś wieczór o dziewiątej, jeśli łaska niebios pozwoli, aby pan miał jakąnitkę lub aby pan mógł sporządzić taśmę z bielizny, niech ją pan spuści zeswego okna na pomarańcze, ja przyniosę sznur, który pan wciągnie i zapomocą tego sznura prześlę panu chleba i czekolady.

Fabrycy zachował jak skarb kawałek węgla, który znalazł w piecu w swejizdebce; skwapliwie skorzystał ze wzruszenia Klelii i wypisał na dłoni szeregliter, które kolejno utworzyły te słowa:

Kocham panią, życie dla mnie ma wartość jedynie dlatego, że paniąwidzę; przede wszystkim niech mi pani przyśle papier i ołówek.

Tak jak Fabrycy się spodziewał, groza, którą czytał w rysach Klelii, niepozwoliła młodej dziewczynie przerwać rozmowy po tym zuchwałym,,kocham panią”; przestała na okazaniu wyraźnego niezadowolenia. Fabrycy miał tyle sprytu, że dodał: „Przy tym dzisiejszym wietrze bardzo licho słyszałem przestrogi, których mi pani raczyła udzielić; klawikord kryje głos.Co to jest, na przykład, owa trucizna, o której pani mówi?”

Na te słowa przestrach młodej dziewczyny objawił się w całej pełni;spiesznie zaczęła kreślić wielkie litery atramentem na kartkach jakiejśksiążki, którą podarła. Fabrycy nie posiadał się z radości widząc, iż potrzymiesięcznych staraniach dotarł wreszcie do środka korespondencji,o który tak daremnie zabiegał. Trzymał się pilnie niewinnego podstępu,który mu się tak dobrze powiódł, marzył o wymianie listów i udawał cochwila, że nie rozumie dobrze słów, które Klelia składała, podsuwając mukolejno litery przed oczy.

Wreszcie trzeba jej było opuścić ptaszkarnię, aby się udać do ojca; lękałasię nade wszystko, aby nie przyszedł po nią; podejrzliwość jego nie byłabyzgoła rada z bliskiego sąsiedztwa ptaszkarni z oknem więźnia. Chwilęwprzódy sama Klelia — wówczas gdy nieobecność Fabrycego grążyła jąw śmiertelnym niepokoju — wpadła na myśl, że można by rzucić kamykzawinięty w kawałek papieru ponad żaluzję: gdyby przypadkiem dozorcy,pełniącego straż przy Fabrycym, nie było w pokoju, byłby to niezawodnyśrodek korespondencji.

Więzień nasz skwapliwie sporządził taśmę z bielizny; wieczorem, niecopo dziewiątej, usłyszał wyraźnie pukanie w donice z pomarańczami,znajdujące się pod oknem; spuścił taśmę, do której przyczepiono długisznurek; wciągnął zapas czekolady, a potem ku swej niewymownej radościzwitek papieru i ołówek. Na próżno spuszczał sznur jeszcze — nie otrzymałnic; widocznie straż zbliżała się do drzewek. Ale był upojony szczęściem.Czym prędzej napisał nieskończenie długi list do Klelii; ukończywszy,przywiązał go do sznurka i spuścił. Więcej niż trzy godziny czekał na próżno,aby go ktoś odebrał; kilka razy wyciągał list, aby coś w nim zmienić. JeżeliKlelia nie przeczyta mojego listu dziś wieczorem, gdy jeszcze jest wzruszona wiadomością o truciźnie — powiadał sobie — jutro rano odtrąci możez oburzeniem myśl korespondencji.

W istocie było tak, że Klelia nie mogła się wymówić od towarzyszeniaojcu do miasta; Fabrycy domyślił się niebawem tego, słysząc około wpół dopierwszej wracający powóz generała; znał chód koni. Usłyszał, jak generałidzie przez platformę, jak warta prezentuje broń. Jakaż była jego radość,kiedy w kilka minut potem uczuł, że sznurek, który wciąż miał owinięty kołoręki, porusza się. Ktoś przywiązywał do sznurka wielki ciężar; dwa lekkieszarpnięcia dały Fabrycemu znak, aby go wciągnął. Z trudem przyszło więźniowi przeciągnąć ten pakunek przez wystający gzyms pod oknem.Przedmiot ten, który z trudnością przyszło mu wywindować, była to karafkapełna wody, zawinięta w szal. Z jakąż rozkoszą biedny chłopiec, który odtak dawna żył w zupełnej samotności, okrył ten szal pocałunkami. Ale niebędziemy się silili odmalować jego wzruszenia, kiedy po tylu dniachdaremnej nadziei odkrył kawałek papieru przypięty do szala szpilką.

Niech pan pije tylko tę wodę; je tylko czekoladę; jutro uczynię wszystko,aby panu dostarczyć chleba, poznaczę go ze wszystkich stron krzyżykaminakreślonymi atramentem. To okropne wyznać, ale trzeba, aby pan wiedział: może Barbone ma polecenie otruć pana. Jak pan mógł nie odczuć, żetemat, który pan porusza w swoim liście, jest mi niemiły? Toteż niepisałabym do pana, gdyby nie straszliwe niebezpieczeństwo, które namgrozi. Widziałam właśnie księżnę, ma się dobrze, zarówno jak i hrabia, alebardzo schudła. Niech pan już nie pisze do mnie o tym — czy chciałby mniepan pogniewać?

Przedostatni wiersz tego bileciku był wielkim zwycięstwem Klelii nadsobą. Całe towarzystwo na dworze utrzymywało, że pani Sanseverinazaczyna okazywać wiele sympatii hrabiemu Baldi, ślicznemu chłopcu,eksprzyjacielowi margrabiny Raversi. W każdym razie było pewne, iżzerwał w najskandaliczniejszy sposób z margrabiną, która przez sześć latbyła dlań niby matka i która stworzyła mu pozycję w świecie.

Klelia musiała napisać drugi raz ten bilecik kreślony w pośpiechu,ponieważ w pierwszym jego brzmieniu przebijała aluzja do miłostki, o którązłośliwy świat pomawiał księżnę.

— Co za nikczemność! — wykrzyknęła — oczerniać przed Fabrycymkobietę, którą kocha!

Nazajutrz rano, na długo przed świtem, Grillo wszedł do pokojuFabrycego, złożył dość ciężki pakunek i zniknął bez słowa. Pakunek tenzawierał spory bochen, cały poznaczony krzyżykami; Fabrycy okrył gopocałunkami; był zakochany. Wraz z chlebem znajdował się rulon zawinięty kilkakrotnie w papier --- zawierał sześć tysięcy franków w cekinach;Fabrycy znalazł tam piękny nowy brewiarz; prócz tego ręka, którą jużpoznawał, nakreśliła na marginesie te słowa:

Trucizna! Uważać na wodę, na wino, na wszystko; jeść tylkoczekoladę, nietknięty obiad dać psu; nie trzeba okazywać nieufności, wróg poszukałby innego środka. Żadnej nierozwagi, na imię nieba, żadnejlekkomyślności!

Fabrycy żywo wydarł ukochane litery, które mogły narazić Klelię; wydarłrównież garść kartek z brewiarza i sporządził z nich czcionki; każda literabyła starannie kreślona węglem rozcieńczonym w winie. Litery te wyschłydo chwili, gdy o trzy kwadranse na dwunastą Klelia ukazała się o dwa krokiod okna w ptaszkami. „Teraz najważniejsze — powiedział sobie Fabrycy chodzi o to, aby się zgodziła na tę korespondencję.” Ale na szczęścieokazało się, że miała mnóstwo rzeczy do powiedzenia młodemu więźniowico do zamierzonego otrucia; kredensowy pies zdechł, zjadłszy potrawęprzeznaczoną dla Fabrycego. Klelia nie tylko nie wzdragała się użyćalfabetu, ale sama sporządziła wspaniałe czcionki atramentem. Rozmowa,z początku dość uciążliwa, trwała półtorej godziny, to znaczy cały czas,który Klelia mogła zostać w ptaszkarni. Kilka razy, kiedy Fabrycy pozwalał sobie na rzeczy zabronione, nie odpowiadała i zajęła się na chwilę klatkami.

Fabrycy uzyskał to, że wieczorem, posyłając mu wodę, Klelia obiecałamu przysłać alfabet nakreślony przez nią i daleko czytelniejszy. Czymprędzej napisał długi list, w którym starał się unikać tkliwych wynurzeń,przynajmniej takich, które by mogły ją urazić. Powiodło mu się i list zostałprzyjęty.

Nazajutrz w rozmowie za pomocą alfabetu Klelia nie czyniła muwymówek; oznajmiła mu, że niebezpieczeństwo otrucia jest mniejsze;młodzież nadskakująca kuchareczkom z pałacu gubernatora napadła Barbona i niemal go zatłukła; prawdopodobnie nie będzie się już śmiał pokazaćw kuchni. Klelia wyznała, że ośmieliła się skraść ojcu dla Fabrycegoodtrutkę i posyła ją mu; najważniejsze jest, aby bez wahania odrzucałwszelkie pożywienie, które by miało jakiś niezwykły smak.

Klelia długo oblegała pytaniami don Cezara, nie mogła dojść, skądpochodzi sześć tysięcy cekinów, które otrzymał Fabrycy; w każdym raziebył to wyborny znak: surowość zmniejsza się.

Epizod z trucizną niezmiernie posunął sprawy naszego więźnia; wprawdzie nie zdołał uzyskać najlżejszego wyznania, które byłoby podobne domiłości, ale miał szczęście żyć w najpoufalszym zbliżeniu z Klelią. Co rano, często i wieczorem, wiedli ze sobą długie rozmowy za pomocą alfabetu; cowieczór o dziewiątej Klelia przyjmowała długi list, a niekiedy odpowiadałanań kilkoma słowy; posyłała mu gazety i książki; wreszcie ugłaskała Grilla tak, że przynosił Fabrycemu chleb i wino, które mu doręczała co dzieńpokojówka Klelii. Dozorca wywnioskował stąd, że gubernator nie byłw porozumieniu z ludźmi, którzy kazali Barbonowi otruć młodego monsignora, i bardzo był z tego rad, zarówno jak i wszyscy jego towarzysze,ustaliło się bowiem w więzieniu przysłowie: „Wystarczy spojrzeć namonsignora del Dongo, aby zaraz otworzył sakiewkę.”

Fabrycy zrobił się bardzo blady; zupełny brak ruchu szkodził jegozdrowiu; poza tym nigdy nie był tak szczęśliwy. Ton rozmów z Klelią byłserdeczny, niekiedy bardzo wesoły. Jedynymi momentami, w których nieoblegały Klelii ponure przeczucia i wyrzuty, były te, które spędzała narozmowie z Fabrycym. Jednego dnia powiedziała mu niebacznie:

— Podziwiam pańską delikatność; ponieważ jestem córką gubernatora,nie wspomina mi pan nigdy o chęci odzyskania swobody.

— Bo też wcale nie żywię tak niedorzecznej chęci — odparł Fabrycy —gdybym wrócił do Parmy, jakżebym panią widywał? A życie stałoby mi sięnie do zniesienia, gdybym nie mógł mówić pani wszystkiego, co myślę... nie,nie ściśle tego, co myślę, na to pani nie pozwala; ale ostatecznie, mimo pani niegodziwości, żyć nie widując pani co dzień byłoby dla mnie mękądotkliwszą niż to więzienie. W życiu nie byłem równie szczęśliwy!... Czy tonie zabawne, że szczęście oczekiwało mnie w więzieniu?

— Wiele by można powiedzieć na ten temat — odparła Klelia, przybierającnagle niezwykle poważny, prawie posępny wyraz.

— Jak to! — wykrzyknął Fabrycy zaniepokojony. — Czyżby mi groziło, żestracę to tak maleńkie miejsce, które zdołałem zyskać w pani sercu, a którestanowi jedyną mą radość na świecie?

— Tak — rzekła — mam powód mniemać, że pan nie jest ze mną uczciwy,mimo że skądinąd uchodzi pan za dwornego kawalera; ale nie chcę dziśmówić o tym.

To szczególne zwierzenie rzuciło na rozmowę cień zakłopotania — cochwila oboje mieli łzy w oczach.

Generalny poborca Rassi wciąż marzył o zmianie nazwiska; miał dośćtego, pod którym się wsławił, chciał zostać baronem Riva. Hrabia Mosca zeswej strony pracował z całą zręcznością, do jakiej był zdolny, nad tym, abywzmocnić u tego przedajnego sędziego namiętność do baronii, tak jak starałsię podsycić w księciu niedorzeczną nadzieję zostania konstytucyjnymkrólem Lombardii. Były to jedyne środki, jakie zdołał wynaleźć, aby odwlecśmierć Fabrycego.

Książę powiadał do Rassiego:

— Dwa tygodnie rozpaczy i dwa tygodnie nadziei to dieta, którejcierpliwym stosowaniem zdołamy złamać tę dumną kobietę; taką kolejnąodmianą łagodności i srogości ujarzmia się w końcu najnarowistsze rumaki.Przypalaj śmiało!

W istocie, co dwa tygodnie na nowo zaczynały obiegać w Parmie pogłoskio bliskiej śmierci Fabrycego. Pogłoski te grążyły nieszczęsną księżnęw ostatecznej rozpaczy. Wierna postanowieniu, nie wciągała hrabiegow swój upadek, widywała go jedynie dwa razy na miesiąc, ale okrucieństwojej wobec biednego człowieka znalazło karę w atakach rozpaczy, w jakichpędziła życie. Na próżno Mosca, przezwyciężając okrutną zazdrość, jakąbudziły w nim zaloty urodziwego Baldi, pisywał do księżnej, kiedy nie mógłjej widzieć, i udzielał jej wszystkich wiadomości, jakie zawdzięczał oddaniuprzyszłego barona Riva; aby się oprzeć złowrogim pogłoskom obiegającymbez ustanku o Fabrycym, księżna potrzebowałaby pędzić życie obokdzielnego i rozumnego człowieka, jak hrabia Mosca; nicość Baldiego,zostawiającego ją własnym myślom, czyniła jej egzystencję straszną, a hrabia nie mógł jej udzielić otuchy.

Za pomocą rozmaitych, dość zmyślnych pozorów minister zdołał nakłonić swego pana, aby w zaprzyjaźnionym zamku, w samym sercu Lombardii,w okolicach Sarono, złożono archiwa skomplikowanych intryg, przy pomocy których Ranucy Emest IV żywił szaloną nadzieję zostania konstytucyjnym królem tej pięknej krainy.

Więcej niż dwadzieścia tych kompromitujących dokumentów było pisanych ręką księcia lub przez niego podpisanych; otóż w razie gdyby życieFabrycego było poważnie zagrożone, hrabia miał zamiar oznajmić JegoWysokości, iż wyda te dokumenty pewnej potężnej osobistości, któraJednym słowem mogła unicestwić parmeńskie książątko.

Mosca czuł się pewnym przyszłego barona Riva, lękał się jedynietrucizny; zamach Barbona zaniepokoił go mocno, do tego stopnia, iżpostanowił odważyć się na krok pozornie szalony. Pewnego ranka udał siędo bram cytadeli i kazał wezwać generała Fabia Conti, który zeszedł aż dobastionu; tam w czasie przyjacielskiej przechadzki hrabia nie zawahał sięmu powiedzieć po uprzejmym i słodkawym wstępie:

— Jeżeli Fabrycy zginie w podejrzany sposób, tę śmierć mogliby przypisywać mnie; będę uchodził za zazdrośnika; to by mnie okryło nieznośnąśmiesznością i bezwarunkowo tego nie chcę. Zatem, aby się z tego oczyścić, jeśli on zginie z jakiej choroby, zabiję pana własną ręką; możepan być tego pewny.

Generał Fabio Conti odpowiedział bardzo wyniośle, gadał wiele o swymmęstwie, ale wzrok hrabiego utkwił mu w pamięci.

Niedługo potem, jak gdyby zmówiwszy się z hrabią, poborca Rassipozwolił sobie na nieopatrzność bardzo szczególną u takiego człowieka.Powszechna wzgarda, związana z jego imieniem, które stało się obelgąw ustach motłochu, przyprawiła go o chorobę, od czasu jak miał nadziejęuwolnić się od niej. Przesłał generałowi Conti urzędowy odpis wyroku,który skazywał Fabrycego na dwanaście lat twierdzy. Wedle prawa należałoto uczynić zaraz nazajutrz po odesłaniu Fabrycego do więzienia; ale byłorzeczą niesłychaną w Parmie, tym kraju tajności, aby władze sądowepozwoliły sobie na taki krok bez wyraźnego rozkazu panującego. W istocie,jak tu podsycać co dwa tygodnie obawy księżnej oraz ujarzmić — wedlewyrażenia władcy — tę hardą naturę, skoro raz urzędowy odpis wyrokuopuścił kancelarię? W wilię dnia, w którym generał otrzymał papier od poborcy Rassiego, dowiedział się, że skrybę Barbona obito, gdy wracałpóźną nocą do cytadeli; wyciągnął stąd wniosek, że nie ma już w pewnychsferach mowy o pozbyciu się Fabrycego. Przez ostrożność, która ocaliłaRassiego od bezpośrednich skutków jego szaleństwa, generał nie wspominał księciu podczas pierwszej audiencji, którą uzyskał, o doręczonej muurzędowej kopii wyroku. Szczęściem dla spokoju biednej księżnej hrabiadoszedł, iż niezręczny zamach Barbona był jedynie osobistą zemstą,i polecił udzielić skrybie wspomnianej przestrogi.

Fabrycy zdziwił się przyjemnie, kiedy po trzydziestu pięciu dniachwięzienia w dość ciasnej klatce dobry kapelan don Cezar odwiedził gopewnego czwartku, aby się z nim przejść po terasie; nie upłynęło dziesięćminut, a Fabrycy, odurzony powietrzem, omdlał.

Don Cezar użył tego wypadku za pretekst, aby mu użyczyć co dzieńpółgodzinnej przechadzki. Było to głupstwo — częste przechadzki wróciłyniebawem naszemu bohaterowi siły, których nadużył.

Serenady odbywały się często, służbisty gubernator znosił je dlatego, żewiązały wobec margrabiego Crescenzi Klelię, której charakter niepokoiłojca; miał mętne poczucie, że między nim a córką nie ma najmniejszegopunktu styczności, i wciąż lękał się jakiegoś szaleństwa z jej strony. Mogłauciec do klasztoru — i wówczas byłby bezbronny. Poza tym generał obawiałsię, aby ta muzyka, której dźwięki mogły przenikać do kaźni przeznaczonych dla najczarniejszych liberałów, nie zawierała jakiego sygnału. I samimuzykanci niepokoili go również; tuż po ukończeniu serenady zamykanoich na klucz w sieniach pałacu, które w dzień służyły na biura dlageneralnego sztabu; wypuszczano ich nazajutrz, dobrze ku południowi.Sam gubernator, stojąc na „moście niewolnika”, kazał ich obszukiwaćw swojej obecności i zanim wrócił im wolność, powtarzał po kilka razy, żekaże natychmiast powiesić tego, który by przyjął najmniejsze zlecenie doktórego z więźniów. Wiedzieli, że ten strachajło, wciąż drżący przedniełaską, gotów byłby dotrzymać słowa; toteż margrabia Crescenzi zmuszony był potrójnie opłacać muzykantów, bardzo krzywych o tę noc spędzonąw więzieniu.

Wszystko, co księżna mogła wymóc, i z wielkim trudem, na tchórzostwiejednego z tych ludzi, to, iż weźmie list, aby go oddać gubernatorowi. List byładresowany do Fabrycego: księżna ubolewała nad fatalnością, która sprawiła, iż w ciągu tych pięciu miesięcy przyjaciele nie mogli z nim nawiązaćżadnego porozumienia.

Na wstępie do cytadeli przekupiony grajek rzucił się do kolan generałai wyznał, że jakiś nieznajomy ksiądz tak nalegał nań, aby przyjął listadresowany do pana del Dongo, iż nie śmiał odmówić; ale wierny swymobowiązkom oddaje go bezzwłocznie do rąk Ekscelencji.

Generał był bardzo rad; znał środki, jakimi rozporządzała księżna,i mocno się lękał, aby go nie wywiodła w pole. Uszczęśliwiony, pośpieszyłpokazać list swemu panu, który był nie mniej zachwycony.

— Tak więc sprawność mojej administracji zdołała mnie pomścić! Tadumna kobieta cierpi od pięciu miesięcy! Ba, któregoś dnia każę wznieśćszubienicę — rozszalała jej wyobraźnia będzie niechybnie przekonana, że todla tego smarkacza del Dongo.

Rozdział dwudziesty

Jednej nocy, około pierwszej z rana, Fabrycy, leżąc na oknie, wystawiłgłowę przez otwór w żaluzji i patrzył na gwiazdy oraz na bezkresnyhoryzont, którym napawa się oko ze szczytu wieży. Oczy jego, błądzące pookolicy dolnego Padu i Ferrary, zauważyły przypadkiem bardzo małe, aledość żywe światełko biegnące jak gdyby z wysokiej wieży. „Tego światła niewidać z równiny — zauważył Fabrycy — gruby mur nie pozwala go dojrzeć; tomusi być jakiś sygnał na odległość.” Naraz zauważył, że to światło pokazujesię i znika w bliskich odstępach. To jakaś dziewczyna rozmawia ze swoimkochankiem z sąsiedniej wsi. Policzył dziewięć kolejnych błysków. „To I —pomyślał — I jest dziewiątą literą alfabetu. Po chwili znowu czternaściebłysków. To N; później, znowu po pauzie, jeden: to A; to znaczy razem:Ina.”

Jakież były jego radość i zdumienie, kiedy te światła, wciąż przerywanepauzami, stworzyły następujące słowa:

INA PENSA A TE!

Oczywiście: Gina myśli o tobie!

Odpowiedział natychmiast błyskami lampy w uczynionym przez siebieotworze:

FABRYCY CIĘ KOCHA!

Korespondencja trwała do rana. Była to sto siedemdziesiąta trzecia nocjego niewoli; powiedziano mu, że od czterech miesięcy znaki te powtarzająsię co noc. Ale każdy mógł je dojrzeć i zrozumieć; spróbowano tedy tej nocyumówić skróty: trzy szybkie błyski oznaczały Ginę; cztery księcia; dwahrabiego Mosca; dwa szybkie błyski, a po nich dwa wolne znaczyły:,,ucieczka”. Przyjęto na przyszłość dawny alfabet zwany monaca, który,iżby go nie odgadli niepowołani — zmienia porządek liter i daje im dowolne liczby: A na przykład numer 10; B numer 3; to znaczy, że trzy kolejnemigania lampy znaczą B, dziesięć kolejnych migań A itd. Chwila ciemnościrozdziela słowa. Umówiono się na dzień następny na pierwszą po północyi nazajutrz księżna przybyła do tej wieży o ćwierć mili od miasta. Oczy jejnapełniły się łzami na widok sygnałów Fabrycego, którego śmierć tak częstoopłakiwała. Powiedziała mu sama za pomocą migania lampy: „Kocham cię,odwagi, zdrowia, nadziei. Ćwicz swoje siły w celi, trzeba ci będzie całejmocy ramion.” — „Nie widziałam go — powiadała sobie księżna — od czasukoncertu Fausty, gdy zjawił się w drzwiach mojego salonu, przebrany zastrzelca. Kto byłby wówczas przypuszczał, jaki los nas czeka!

Księżna kazała dawać znaki zwiastujące Fabrycemu, że niebawem będzieuwolniony dzięki dobroci monarchy (znaki mógłby ktoś przejąć); następnie zaczęła mu mówić czułości, nie mogła się od niego oderwać.Jedynie perswazje Lodovica, który — dla swych usług oddanych Fabrycemu— stał się jej prawą ręką, zdołały ją nakłonić, już blisko świtu, doponiechania sygnałów, mogących ściągnąć uwagę jakiegoś nieżyczliwegooka. Ta kilkakrotna zapowiedź oswobodzenia pogrążyła Fabrycego w głębokim smutku. Zauważywszy to nazajutrz, Klelia popełniła tę nierozwagę,że spytała o przyczynę.

— Grozi mi to, że będę musiał mocno zmartwić księżnę.

— I czegóż może żądać księżna, czego by jej pan odmówił? — wykrzyknęła Klelia zdjęta najżywszą ciekawością.

— Chce, abym opuścił więzienie — odparł — a na to nie zgodzę się nigdy.

Klelia nie zdołała odpowiedzieć; spojrzała nań i zalała się łzami. Gdybymógł z nią mówić z bliska, może by w tej chwili uzyskał wyznanie uczuć,których niepewność pogrążała go nieraz w głębokim smutku; czuł, że życiebez miłości Klelii byłoby pasmem goryczy i tęsknoty. Miał uczucie, że niewarto żyć po to, aby odnaleźć te same uciechy, które miały dlań urok,dopóki nie znał miłości. Mimo że samobójstwo nie jest jeszcze w modzie weWłoszech, myślał o nim jako o ucieczce, gdyby los rozdzielił go z Klelią.

Nazajutrz otrzymał od niej długi list.

Trzeba, drogi przyjacielu, abyś wiedział prawdę; nieraz, od czasu jakjesteś tutaj, sądzono w Parmie, że nadeszła twoja ostatnia godzina. Prawda,te skazano cię jedynie na dwanaście lat twierdzy, ale niestety, niepodobnawątpić, że wszechpotężna nienawiść dybie na twoje losy. Dwadzieścia razydrżałam, aby trucizna nie przecięła twoich dni — użyj wszelkich możliwych środków, aby się stąd wydostać. — Widzisz, że dla ciebie depcęnajświętsze obowiązki! Osądź groźbę niebezpieczeństwa z tego, co ważę cisię powiedzieć, a co jest tak niewłaściwe w moich ustach. Jeżeli trzebakoniecznie, jeżeli nie ma innej nadziei, uciekaj. Każda chwila, którąspędzisz w tej twierdzy, może grozić twemu życiu; pomyśl, że jest na dworzestronnictwo, którego nie powstrzymała nigdy perspektywa zbrodni. Czyżnie widzisz, że wszystkie zakusy tego stronnictwa odwraca nieporównanazręczność hrabiego Mosca? Otóż odkryto niezawodny sposób wygnania goz Parmy, mianowicie rozpacz księżnej, a czyż nie są aż nadto pewni, żewtrąci ją w rozpacz śmierć młodego więźnia? To jedno słowo, na którenie ma odpowiedzi, zdoła ci oświetlić położenie. Mówisz, że masz dla mnieprzyjaźń; pomyśl tedy, że niezwyciężone przeszkody bronią, aby to uczuciemogło kiedy utrwalić się między nami. Spotkaliśmy się w młodości,podaliśmy sobie pomocną dłoń w krytycznym momencie; los pomieściłmnie w tym strasznym miejscu, iżbym mogła złagodzić twą niedolę, aleczyniłabym sobie wiekuiste wyrzuty, gdyby złudzenia, których nic nieuprawnia — i nie uprawni nigdy — kazały ci poniechać jakiegokolwieksposobu ocalenia swego życia. Straciłam spokój duszy przez okrutnąnierozwagę, jaką popełniłam, wymieniając z tobą znaki sympatii. Jeślinasze dziecinne igraszki z alfabetem wiodą cię do złudzeń, tak małouzasadnionych, a tak zgubnych, na próżno na swoje usprawiedliwienieprzypomniałabym sobie zamach Barbona. W ten sposób wtrąciłabym cięw niebezpieczeństwo o wiele straszniejsze, o wiele pewniejsze, sądząc, żecię uratuję od chwilowej katastrofy; a nierozwaga moja byłaby nie dowybaczenia, jeśli wzbudziła w tobie uczucia zdolne cię skłonić do oporuwobec rad księżnej. Widzisz, do czego mnie zmuszasz, trzeba mi wciążpowtarzać: uciekaj, każę ci...

List był bardzo długi; niektóre ustępy, jak np. owo „każę ci”, któreśmywłaśnie przepisali, przejmowały Fabrycego dreszczem rozkosznej nadziei;zdało mu się, że o ile wyrażenia są nader ostrożne, o tyle charakter uczućjest wcale tkliwy. To znów chwilami ponosił koszta swego zupełnegoniedoświadczenia w tego rodzaju wojnie; widział w liście jedynie prostąsympatię lub najzwyklejsze współczucie.

Zresztą to, czego się dowiedział, nie zmieniło ani na chwilę jegozamiarów; przypuściwszy nawet, że niebezpieczeństwa, jakie mu Kleliaodmalowała, są bardzo realne, czy chwilowe niebezpieczeństwo jest zbyt drogim okupem za szczęście widywania jej co dzień? Jakież czekało gożycie, gdyby się na nowo schronił w Bolonii lub Florencji, uciekłszy bowiemz cytadeli, nie mógł mieć nadziei, aby mu pozwolono żyć w Parmie. A nawetgdyby książę się tak zmienił, żeby go wypuścił na wolność (rzecz małoprawdopodobna, wobec tego, że on, Fabrycy, stał się dla potężnegostronnictwa środkiem obalenia hrabiego Mosca), cóż za życie pędziłbyw Parmie, rozdzielony z Klelią nienawiścią dwóch stronnictw? Raz lub dwarazy na miesiąc przypadek sprowadziłby ich może do jednego salonu; alenawet wówczas jakaż mogłaby być między nimi rozmowa? Jak odnaleźć tęserdeczną poufałość, którą obecnie każdego dnia cieszył się po kilkagodzin? Czym była rozmowa w salonie w porównaniu z ich alfabetem?,,Więc gdyby nawet przyszło okupić pewnym niebezpieczeństwem torozkoszne życie i tę jedyną możliwość szczęścia, cóż w tym złego? I czyż tosamo nie jest szczęściem móc jej dać w ten sposób dowód miłości?”

Fabrycy ujrzał w liście Klelii jedynie sposobność poproszenia jej o schadzkę; był to jedyny i stały cel wszystkich jego pragnień. Mówił z nią raz, i totylko chwilę, w dniu przyjęcia do więzienia; od tego czasu upłynęłoprzeszłodwieście dni.

Nastręczał się łatwy sposób widzenia z Klelią; poczciwy don Cezarprzyzwalał Fabrycemu pół godziny przechadzki na terasie wieży Farnese coczwartek w dzień; ale w inne dnie przechadzka ta, którą mogli zauważyćmieszkańcy Parmy i okolic, co by poważnie naraziło gubernatora, odbywałasię dopiero z zapadnięciem nocy. Na terasę prowadziły jedynie schodkidzwonnicy, należącej do owej kaplicy tak posępnie przybranej czarnymi białym marmurem, którą czytelnik przypomina sobie może. Grillo prowadził Fabrycego do tej kaplicy i otwierał mu drzwi na schodki; obowiązkiemjego było iść za nim, że jednak wieczory zaczynały być chłodne, dozorcapuszczał go samego, zamykał go na klucz w dzwonnicy łączącej się z terasąi wracał grzać się do izby. I ot, któregoś wieczora, czyż Klelia w towarzystwie panny służącej nie mogłaby się znaleźć w kaplicy z czarnego marmuru?

Cały długi list, jakim Fabrycy odpowiedział na pismo Klelii, obliczony byłna to, aby uzyskać tę schadzkę. Poza tym zwierzał się jej otwarcie, jak gdybychodziło o kogo innego, z racji, które go skłaniają do pozostania w cytadeli.

Naraziłbym się co dzień tysiąc razy na śmierć, aby mieć szczęście rozmowy z panią za pomocą naszego alfabetu, który obecnie idzie nam takgładko, a pani chce, abym popełnił to głupstwo i skazywał się na wygnanie w Parmie lub może w Bolonii albo we Florencji. Żądasz, abym dobrowolnieoddalał się od ciebie. Wiedz, że to jest dla mnie niepodobieństwem: próżnodawałbym słowo, nie mógłbym go dotrzymać.

Rezultatem tej prośby o schadzkę było zniknięcie Klelii, które trwałocałe pięć dni; przez pięć dni zachodziła do ptaszkarni jedynie w godzinach,w których wiedziała, że Fabrycy nie może korzystać z okienka. Fabrycy byłw rozpaczy; wywnioskował z tej nieobecności, że mimo pewnych spojrzeń,które rozkołysały w nim szalone nadzieje, nigdy nie budził w Klelii innychuczuć poza prostą przyjaźnią. „W takim razie — powiadał sobie — co mizależy na życiu? Niech mi je książę odbierze, zrobi mi łaskę; jeszcze jedenpowód, aby nie opuszczać twierdzy.” Z uczuciem głębokiej niechęciodpowiadał co noc na sygnały świetlne. Księżna myślała, że zupełnieoszalał, kiedy w biuletynie, który Lodovico przynosił jej co rano, wyczytałate dziwne słowa: „Nie chcę uciekać; chcę umrzeć tutaj.”

Przez tych pięć dni, tak okrutnych dla Fabrycego, Klelia była jeszczenieszczęśliwsza; powzięła tę myśl tak dręczącą dla szlachetnej duszy:,,Obowiązkiem moim jest umknąć do klasztoru z dala od cytadeli; kiedy iFabrycy będzie wiedział, że mnie tu już nie ma, a każę mu to powiedziećprzez Grilla i innych dozorców, wówczas zdecyduje się na ucieczkę. Aleklasztor to znaczy wyrzec się na zawsze widoku Fabrycego; a wyrzec się jegowidoku, gdy daje tak oczywiste dowody, że uczucia wiążące go niegdyśz księżną już nie istnieją! Jakiż bardziej wzruszający dowód miłości możedać młody człowiek: po siedmiu miesiącach więzienia, które poważnienaraziły jego zdrowie, wzdraga się odzyskać wolność. Człowiek płochy,jakim przedstawiały Fabrycego ploteczki dworskie, poświęciłby dwadzieścia kochanek, aby wyjść o dzień wcześniej z cytadeli, a czegóż by nie uczynił,aby wyjść z więzienia, gdzie każdy dzień mógł położyć koniec jego życiu?”

Klelii zbrakło odwagi; popełniła ten straszny błąd, że nie schroniła siędo klasztoru, co dałoby jej zarazem swobodę zerwania z margrabią. Razpopełniwszy ten błąd, jak mogła się oprzeć młodemu człowiekowi takmiłemu, naturalnemu, tkliwemu, który narażał życie na straszne niebezpieczeństwa, aby uzyskać proste szczęście ujrzenia jej w oknie. Po piędudniach okrutnej walki, przerywanej chwilami wzgardy dla samej siebie,Klelia zdecydowała się odpowiedzieć na list, w którym Fabrycy błagało schadzkę w kaplicy z czarnego marmuru. Prawda, że odmówiła, i to dośćsurowo; ale od tej chwili straciła spokój; wciąż wyobrażała sobie Fabrycego ginącego od trucizny; raz po raz wpadała do ptaszkarni; czuła namiętnąpotrzebę upewnienia się własnymi oczami, że Fabrycy żyje.

„Jeśli jest jeszcze w fortecy — powiadała sobie — jeśli grożą mu wszystkieokropności, jakie stronnictwo Raversi być może knuje przeciw niemu dlapozbycia się hrabiego Mosca, to jedynie dlatego, że nie miałam odwagischronić się do klasztoru. Jakiż miałby pozór, aby tu zostać jeszcze, gdybyzyskał pewność, że ja znikłam stąd na zawsze?”

Ta dziewczyna nieśmiała i dumna doszła do tego, że naraziła się namożliwość odmowy ze strony dozorcy Grilla; co więcej, wystawiła się nawszystkie komentarze, jakimi człowiek ten mógł opatrzyć jej osobliwezachowanie. Poniżyła się do tego stopnia, że go wezwała i głosem, którydrżeniem swym zdradzał jej tajemnicę, zwierzyła mu, że Fabrycy niedługoodzyska wolność, że księżna Sanseverina żywo krząta się koło tej sprawy, żeczęsto zachodzi potrzeba szybkiego porozumienia się z więźniem i że,słowem, prosi jego, Grilla, aby pozwolił Fabrycemu wykonać otwór w żaluzji zasłaniającej jego okno, iżby mu mogła udzielić wiadomości otrzymywanych kilka razy dziennie od pani Sanseverina.

Grillo uśmiechnął się i zapewnił ją o swym szacunku i posłuszeństwie.Klelia była mu niesłychanie wdzięczna, że nie powiedział nic więcej; byłooczywiste, że doskonale wiedział o tym, co działo się od kilku miesięcy.

Ledwie dozorca wyszedł, Klelia dała sygnał umówiony z Fabrycym odważnego wypadku; wyznała mu wszystko, co uczyniła.

— Chcesz zginąć od trucizny — dodała — otóż mam nadzieję zdobyć sięniebawem na to, aby opuścić ojca i schronić się gdzieś w klasztorze. Oto, copanu będę zawdzięczała; wówczas, mam nadzieję, nie będzie się pan opierałplanom, które mogą cię stąd wydobyć. Dopóki pan tu jest, przeżywamchwile okropne, szalone; w życiu nie sprawiłam niczyjego nieszczęścia,a mam uczucie, iż ja jestem przyczyną, że pan umrze. Gdyby nawet chodziłoo nieznajomego, ta myśl wystarczyłaby, aby mnie doprowadzić do rozpaczy; a cóż dopiero, kiedy sobie wyobrażę, że przyjaciel, którego nierozwagasprawia mi wiele przykrości, ale którego, ostatecznie, widuję od tak dawnaco dzień, wije się w tej chwili w śmiertelnych męczarniach. Niekiedy czujępotrzebę spytania pana samego, czy pan żyje!

Aby się zbyć tej strasznej boleści, poniżyłam się do błagania o łaskę sługi,który mógł mi jej odmówić i który może jeszcze mnie zdradzić. Zresztąbyłoby to może szczęście dla mnie, gdyby mnie oskarżył przed ojcem;natychmiast znalazłabym się w klasztorze, nie byłabym mimowolną wspólniczką pańskiego szaleństwa. Ale niech mi pan wierzy, to nie może trwać;musisz się poddać rozkazom księżnej. Czy jesteś zadowolony, okrutnyprzyjacielu? To ja, ja błagam cię o to, bym mogła zdradzić ojca. ZawołajGrilla i daj mu pieniądze.

Fabrycy był tak rozkochany, najprostsze życzenie Klelii przyprawiało goo taki lęk, że nawet to niezwykłe wyznanie nie dało mu pewności, że ona gokocha. Zawołał Grilla, któremu wynagrodził hojnie minione usługi, naprzyszłość zaś powiedział mu, że za każdy dzień, w którym mu pozwoliużywać okienka w żaluzji, otrzyma cekina. Grillo przyjął te warunkiz wielkim zadowoleniem.

— Będę z panem mówił z ręką na sercu, Ekscelencjo; czy pogodzi się panz koniecznością zimnego obiadu? Jest bardzo prosty sposób uniknięciatrucizny. Ale proszę pana o ścisłą dyskrecję; dozorca powinien wszystkowiedzieć, a niczego się nie domyślać. Zamiast jednego postaram się panuo kilka psów; nim pan co spożyje, da im pan skosztować. Co się tyczy wina,oddam panu swoje; będzie pan pił tylko z butelek, które ja napocznę. Alejeśli Wasza Ekscelencja chce mnie zgubić na zawsze, wystarczy, aby panzwierzył te szczegóły panience. Kobieta jest zawsze kobietą; jeżeli jutro sięporóżni z panem, pojutrze, aby się zemścić, opowie wszystko ojcu, dlaktórego największą radością byłoby mieć za co powiesić dozorcę. PoBarbone to może najniegodziwszy człowiek w całej cytadeli; obyty jestz trucizną, może pan być pewny, i nie darowałby mi tego pomysłuz pieskami.

Którejś nocy powtórzyła się serenada. Teraz Grillo odpowiadał nawszelkie pytania Fabrycego; przyrzekł sobie wszelako być ostrożnym i niezdradzić panny Klelii, która wedle niego, mając zaślubić margrabiegoCrescenzi, najbogatszego człowieka w Parmie, bawiła się mimo to w miłostki --- o ile mury pozwalały — z przystojnym monsignorkiem. Ale, odpowiadając na pytania Fabrycego co do serenady, dodał nieopatrznie:

— Mówią, że niedługo ma się z nią ożenić.

Można sobie wyobrazić wrażenie, jakie te proste słowa wywarły naFabrycym. W nocy odpowiedział na sygnały jedynie po to, aby oznajmić, żejest chory. Nazajutrz o dziesiątej, kiedy Klelia zjawiła się w ptaszkarni,spytał ją ceremonialnym tonem, bardzo nowym między nimi, czemu niepowiedziała mu po prostu, że kocha margrabiego i że ma niebawem za niegowyjść.

— Dlatego, że to nieprawda — odparła Klelia podrażniona.

Trzeba dodać, że reszta odpowiedzi była mniej jasna; Fabrycy podkreśliłto i skorzystał ze sposobności, aby znów prosić o schadzkę. Klelia, którawiedziała, że szczerość jej spotyka się z niewiarą, zgodziła się prawienatychmiast, zwracając wszakże uwagę Fabrycego, że gubi ją na zawszew oczach Grilla.

Wieczorem, kiedy było zupełnie ciemno, zjawiła się w towarzystwiepanny służącej w kaplicy z czarnego marmuru. Zatrzymała się w środku,obok wiecznej lampki; pokojówka i Grillo cofnęli się ku drzwiom.

Klelia, cała drżąca, przygotowała piękne przemówienie. Postanowiłasobie nie uczynić żadnego kompromitującego wyznania. Ale logika namiętności nie zna paktów; żądza dowiedzenia się prawdy nie pozwala jejzachować czczych względów, tak jak bezgraniczne oddanie niweczy obawęobrażenia ukochanej osoby. Fabrycy olśniony był pięknością Klelii; odośmiu miesięcy widział z bliska jedynie dozorcę. Ale nazwisko margrabiegoCrescenzi zbudziło w nim całą wściekłość, która wzmogła się, skorospostrzegł, że Klelia odpowiadała wymijająco; sama Klelia zrozumiała, żepomnaża podejrzenia miast je rozproszyć. Uczucie to było dla niej zbytokrutne.

— Czy bardzo będzie się pan czuł szczęśliwy — odparła jak gdybyz gniewem i ze łzami w oczach — jeśli mi każesz zdeptać wszystko, co jestemwinna samej sobie? Do trzeciego września zeszłego roku czułam jedynieodrazę do mężczyzn, którzy starali mi się nadskakiwać. Żywiłam bezgraniczną, zapewne przesadną wzgardę dla typu dworaka; wszystko, co byłoszczęśliwe na tym dworze, mierziło mnie. Podbił mnie natomiast urokwięźnia, którego dnia trzeciego września przyprowadzono do tej cytadeli.Przechodziłam, zrazu nie zdając sobie z tego sprawy, wszystkie mękizazdrości. Powaby zachwycającej kobiety, którą dobrze znałam, były nibypchnięcia sztyletu dla mego serca, ponieważ sądziłam i sądzę jeszcze potrosze, że ten więzień ją kocha. Niebawem natarczywość margrabiegoCrescenzi, który ubiegał się o moją rękę, wzrosła; margrabia jest bardzobogaty, a my nie mamy żadnego majątku. Odtrąciłam z lekkim sercem jegozaloty, kiedy ojciec wymówił straszliwe słowo „klasztor”; zrozumiałam, żejeśli opuszczę cytadelę, nie będę już mogła czuwać nad życiem jeńca,którego los mi był drogi. Arcydziełem mej przemyślności było to, że aż dotej chwili jeniec ów nie miał pojęcia o niebezpieczeństwie grożącym jegożyciu. Przyrzekłam sobie nie zdradzić ani ojca, ani swojej tajemnicy; ale takobieta energiczna, genialna, o potężnej woli, która roztacza opiekę nad więźniem, ofiarowała, jak sądzę, młodemu więźniowi sposoby ucieczki;odepchnął je, chcąc mnie zarazem przekonać, że jeśli wzdraga się opuścićcytadelę, to aby się nie oddalić ode mnie. Wówczas popełniłam wielki błąd;walczyłam pięć dni, powinnam była natychmiast schronić się do klasztorui opuścić twierdzę; był to równocześnie prosty sposób zerwania z margrabią.Nie miałam siły opuścić cytadeli i dziś jestem zgubioną dziewczyną;oddałam serce człowiekowi płochemu — wiem, jak żył w Neapolu. Czemużmam przypuszczać, że się zmienił? Zamknięty w surowym więzieniu, zacząłsię zalecać do jedynej kobiety, którą widział i która rozpraszała jego nudę,ot, rozmowa z nią była połączona z trudnościami, zabawa ta przybrała pozórnamiętności. Ponieważ więzień ten zdobył sobie rozgłos przez swą odwagę,wyobraża sobie, iż dowiedzie, że miłość jego jest czymś więcej niż przelotnym kaprysem, narażając się na dość wielkie niebezpieczeństwa, abywidywać nadal osobę, którą rzekomo kocha. Ale z chwilą gdy znajdzie sięw dużym mieście, otoczony na nowo pokusami, stanie się tym, czym zawszebył: światowcem goniącym za rozrywką, za miłostkami; a jego biednatowarzyszka więzienia dokończy dni w klasztorze, zapomniana przez tegozmiennika i ze śmiertelną zgryzotą, że mu otworzyła swe serce.

Orędzie to, z którego podajemy jedynie główne fakty, wywołało, jakmożna się domyślić, sprzeciwy Fabrycego. Był zakochany bez pamięci,toteż przekonany, że nikogo nie kochał przed ujrzeniem Klelii i że losemjego było żyć jedynie dla niej.

Czytelnik wyobraża sobie z pewnością piękne rzeczy, które jej rozpowiadał; wreszcie pokojówka ostrzegła panią, że wybiło wpół do dwunastej i żegenerał może wrócić lada chwila. Rozstanie było bolesne.

— Widzę pana być może ostatni raz — rzekła Klelia do więźnia — zamach,który jest w oczywistym interesie kliki Raversi, może panu dostarczyćokrutnego sposobu dowiedzenia mi, że nie jest pan zmiennikiem.

Klelia opuściła Fabrycego, dławiąc się od łez i umierając ze wstydu, że niemoże ich ukryć przed pokojówką ani zwłaszcza przed dozorcą. Drugarozmowa była możliwa aż wtedy, kiedy generał oznajmi, że wybiera się nawieczór do miasta; że zaś od czasu więzienia Fabrycego i ciekawości, jakąbudziło ono na dworze, uważał za bezpieczniejsze prawie ciągle udawaćatak podagry, wyprawy jego do miasta, regulowane zasadami wytrawnejpolityki, decydowały się często dopiero w chwili wsiadania do powozu.

Od tego wieczora w marmurowej kaplicy życie Fabrycego było jednymupojeniem. Wielkie przeszkody, to prawda, stały jeszcze na drodze do szczęścia, ale wreszcie miał tę niespodziewaną radość, że posiada miłośćboskiej istoty, która pochłaniała wszystkie jego myśli.

Trzeciego dnia po tym widzeniu sygnały świetlne skończyły się bardzowcześnie, mniej więcej około północy; w chwili gdy się skończyły, omal nieroztrzaskała Fabrycemu głowy wielka ołowiana kula, która przeleciawszyponad górnym skrzydłem żaluzji przedarła papierowe szyby i wpadła dopokoju.

Ta wielka kula nie była ani w przybliżeniu tak ciężka, jakby to wróżyły jejrozmiary. Fabrycy otworzył ją z łatwością i znalazł list od księżnej. Zapośrednictwem arcybiskupa, koło którego chodziła troskliwie, udało się jejpozyskać żołnierza z cytadeli. Człowiek ten, zręczny strzelec z procy,oszukiwał czujność szyldwachów rozstawionych koło pałacu gubernatoralub też wchodził z nimi w porozumienie.

Trzeba ci się wymknąć po linach; drżę cała, dając ci tę straszliwą radę,waham się przeszło od dwóch miesięcy wymówić to słowo; ale widoki naprzyszłość stają się z każdym dniem ciemniejsze, można się spodziewaćnajgorszych rzeczy. Proszę cię, daj natychmiast znać lampą, że cię doszedłten niebezpieczny list; zasygnalizuj P B i G według alfabetu alfa monaca, toznaczy; cztery, dwanaście i dwa; nie odetchnę, póki nie zobaczę sygnału.Jestem na wieży, odpowiem ci N i O, siedem i pięć. Otrzymawszyodpowiedź nie dawaj już sygnału i zajmij się jedynie moim listem.

Fabrycy usłuchał czym prędzej, dał umówione znaki, na które natychmiast otrzymał zapowiedziany sygnał, po czym czytał dalej.

Można się spodziewać najgorszych rzeczy; oświadczyli mi to trzej ludzie,do których mam największe zaufanie.

Kazałam im wprzódy zaprzysiąc na Ewangelię, że mi powiedzą prawdę,choćby nawet najokrutniejszą. Pierwszy z tych ludzi zagroził chirurgowi donosicielowi w Ferrarze, że się nań rzuci z otwartym nożem w ręce; drugipowiedział ci po twoim powrocie z Belgirate, że byłoby może przezorniejstrzelić w łeb stajennemu, który szedł z lasu śpiewając i prowadził angielskiego konika: trzeciego nie znasz — to bandyta, mój przyjaciel, gotowy nawszystko, odważny jak ty; dlatego zwłaszcza prosiłam go, aby mi powiedział, co powinieneś robić. Każdy z osobna orzekł — nie wiedząc, że radzę sięi dwóch innych — że lepiej narazić się na skręcenie karku niż spędzić jeszcze jedenaście lat i cztery miesiące w ciągłej obawie wielce prawdopodobnejtrucizny.

Trzeba ci się przez miesiąc ćwiczyć w celi we wchodzeniu i schodzeniu posznurze. Potem, w dzień świąteczny, w którym załoga otrzyma dodatkowąporcję wina, puścisz się na wielkie dzieło. Dostaniesz trzy liny z jedwabiui z konopi grubości łabędziego pióra; pierwsza na osiemdziesiąt stóp, aby sięspuścić trzydzieści pięć stóp z okna do pomarańczowych drzewek; druga natrzysta stóp — i tu jest trudność z przyczyny ciężaru — aby przebyć stoosiemdziesiąt stóp po ścianie wielkiej wieży; trzecia, na trzydzieści stóp,posłuży do przebycia wału. Spędzam dnie całe na studiowaniu muru odstrony wschodniej, to znaczy od Ferrary; wyłom uczyniony przez trzęsienieziemi wypełniono szkarpą, która tworzy równię pochyłą. Mójbandyta upewnia mnie, że podjąłby się zejść tamtędy bez zbytnich trudności, jedynie kosztem paru zadraśnięć, zsuwając się po pochyłości tej szkarpy.Pionowo wynosi to dwadzieścia osiem stóp do samego dołu — ta strona jestnajmniej strzeżona.

Jednakże, razem wziąwszy, ów bandyta, który trzy razy uciekał z więzienia i którego byś pokochał, gdybyś go znał, chociaż on nie cierpi ludzi twojejkasty; mój bandyta, powiadam, lekki i zwinny jak ty, sądzi, że lepiej byłobyspuścić się od strony zachodniej, na wprost pałacyku, zajmowanego niegdyśprzez Faustę, dobrze ci znanego. Ku tej stronie skłania go wzgląd, że mur,mimo iż lekko pochyły, jest prawie cały porośnięty krzem; są tam ździebełka drzewa, grubości małego palca, które mogą podrapać, jeśli się nie uważa,ale których można wybornie się chwytać. Dziś rano oglądałam tę stronęprzez doskonałą lunetę: najlepsze miejsce jest tuż pod nowym kamieniem,który wstawiono w balustradę przed paru laty. Poniżej tego kamieniaznajdziesz nagą przestrzeń długą na dwadzieścia stóp; trzeba się tamposuwać bardzo wolno (czujesz, jak moje serce drży, gdy ci daję testraszliwe wskazówki, ale wszak odwaga polega na tym, aby wybraćmniejsze zło, choćby nawet i ono było straszne); po tej nagiej przestrzeniznajdziesz osiemdziesiąt lub dziewięćdziesiąt stóp gęstego krza, gdzie latająptaki, potem trzydzieści stóp trawy i ziela. Następnie, bliżej ziemi, dwadzieścia stóp krzów i wreszcie dwadzieścia pięć lub trzydzieści stóp świeżopobielonych.

Co by mnie skłaniało ku tej stronie, to, iż tam, wprost pod nowymkamieniem w balustradzie, znajduje się drewniana chałupa, którą żołnierzwybudował w swoim ogródku, a którą przydzielony do twierdzy kapitan inżynierii koniecznie chce mu kazać zburzyć; jest siedemnaście stópwysoka, pokryta słomą, dachem zaś przytyka do muru cytadeli. Ten dachmnie nęci; w razie — okropna rzecz! — jakiego nieszczęścia, złagodziłby twójupadek. Raz się tam znalazłszy, jesteś w obrębie szańców, które są dośćniedbale strzeżone; gdyby cię ktoś chciał zatrzymać, wal z pistoletu i brońsię kilka minut.

Twój przyjaciel z Ferrary i drugi tęgi chwat, ten, którego nazywambandytą, będą mieli drabinki i nie zawahają się wdrapać na szaniec dośćniski, aby ci przyjść z pomocą.

Szaniec ma tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i jest bardzo pochyły.Będę czekała pod murem z garścią uzbrojonych ludzi.

Mam nadzieję przesłać ci jeszcze kilka listów tą samą drogą. Będępowtarzała wciąż te same rzeczy innymi słowami, aby się dobrze porozumieć. Zgadujesz, z jakim sercem donoszę ci, że człowiek z kulą w łebstajennemu, który, ostatecznie, jest najzacniejszym człowiekiem i który umiera ze zgryzoty, myśli, że się z tego wywiniesz kosztem złamanej ręki.Bandyta, który ma więcej doświadczenia w takich wyprawach, sądzi, żejeżeli zechcesz się spuszczać bardzo wolno, nie gorączkując się, wolnośćbędzie cię kosztowała jedynie parę zadraśnięć. Główna trudność to wystarać się o liny; o tym też myślę całe dwa tygodnie, przez które ta ideawypełnia wszystkie moje chwile.

Nie odpowiadam ci na to szaleństwo, jedyną niedorzeczność, jakąpowiedziałeś w życiu: „Nie chcę uciekać.” Człowiek z kulą w łebstajennemu wykrzyknął, żeś oszalał z nudów. Nie ukrywam ci, żeobawiamy się bardzo bliskiego niebezpieczeństwa, które przyśpieszy możedzień twojej ucieczki. Gdy będzie trzeba oznajmić ci to niebezpieczeństwo,lampa powie ci kilka razy z rzędu: „Ogień w zamku”.

Na co odpowiesz: „Czy moje książki spłonęły?”

List zawierał jeszcze kilka stronic szczegółów; pisany był mikroskopijnym pismem na cieniutkim papierze.

„Wszystko to jest bardzo piękne i bardzo dobrze obmyślone — powiadałsobie Fabrycy — winien jestem wiekuistą wdzięczność hrabiemu i księżnej;pomyślą może, że się boję, ale nie ucieknę. Czy kto kiedy uciekał z miejsca,gdzie zażywa największego szczęścia, aby się skazywać na okropne wygnanie, gdzie mu będzie zbywało wszystkiego, nawet powietrza? Cóż ja bym robił po miesiącu we Florencji? Przebrałbym się, aby krążyć koło bram tejcytadeli i łowić jedno spojrzenie.”

Nazajutrz Fabrycy miał chwilę przestrachu; stał w oknie, koło jedenastej,spoglądając na wspaniały krajobraz i czekając szczęsnej chwili, w którejbędzie mógł ujrzeć Klelię, kiedy Grillo wpadł bez tchu do pokoju:

— Prędko, prędko, Ekscelencjo, niech się pan rzuci na łóżko i udajechorego; trzej sędziowie idą tutaj! Będą pana przesłuchiwali; niech się pandobrze namyśli, nim pan coś powie; przychodzą, aby pana zamotać.

To mówiąc, Grillo czym prędzej zamknął okienko w żaluzji, pchnąłFabrycego na łóżko i narzucił nań parę płaszczy.

— Niech pan powie, że pan bardzo cierpi, i niech pan mało mówi;zwłaszcza każ pan sobie powtarzać pytania, aby zyskać na czasie.

Weszli trzej sędziowie. „Trzej galernicy — powiadał sobie Fabrycy widzącte plugawe fizjonomie — a nie trzej sędziowie.” Mieli długie, czarne suknie;skłonili się poważnie i zajęli bez słowa krzesła znajdujące się w celi.

— Panie Fabrycy del Dongo — rzekł najstarszy — strapieni jesteśmyprzykrym poselstwem, którego mamy dopełnić. Przyszliśmy, aby oznajmićzgon Jego Ekscelencji margrabiego del Dongo, pańskiego ojca, wielkiegoochmistrza królestwa lombardzko-weneckiego, kawalera wielkiej wstęgietc., etc.

Fabrycy zalał się łzami; sędzia ciągnął:

— Margrabina del Dongo, pańska matka, przesyła panu tę wiadomośćumyślnym listem; że jednak fakt ten opatrzyła niewłaściwym komentarzem,trybunał orzekł na podstawie wczorajszego zarządzenia, iż listu tego udzielisię panu jedynie w wyjątkach, i te właśnie wyjątki odczyta panu szanownypisarz, imć Bona.

Po ukończeniu czytania sędzia zbliżył się do leżącego wciąż Fabrycegoi dał mu przejrzeć w matczynym liście ustępy, których odpis odczytano.Fabrycy dostrzegł słowa: „niesprawiedliwe uwięzienie, okrutna kara zaniespełnioną zbrodnię”, i zrozumiał, co spowodowało te odwiedziny.Zresztą, przepełniony wzgardą dla sędziów bez sumienia, rzekł tylko tyle:

— Jestem chory, panowie, śmiertelnie osłabiony; darujcie mi, że niemogę wstać.

Po wyjściu sędziów Fabrycy długo jeszcze płakał, po czym rzekł:,,Byłżebym obłudnikiem? Zdawało mi się, że go nie kocham.”

Tego dnia i następnych dni Klelia była bardzo smutna; wołała Fabrycegokilka razy, ale ledwie miała siłę rzec mu kilka słów. Rano, piątego dnia po pierwszym widzeniu, powiedziała mu, że wieczorem przyjdzie do kaplicyz marmuru.

— Mogę panu powiedzieć tylko kilka słów — rzekła, wchodząc. Drżała tak,że musiała się wesprzeć na pannie służącej. Następnie, wyprawiwszy jąz kaplicy, rzekła: — Da mi pan słowo honoru — dodała ledwie dosłyszalnymgłosem — da mi pan słowo honoru, że będzie pan posłuszny księżnej i że panspróbuje uciec w dniu, w którym ona panu każe, i w sposób, który panuzaleci; lub też jutro rano udaję się do klasztoru i przysięgam, że w życiu nieodezwę się do pana.

Fabrycy milczał.

— Niech pan przyrzeknie — rzekła Klelia ze łzami w oczach, jakbynieprzytomna — lub rozmawiamy z sobą ostatni raz. Życie, do jakiego mniepan zmusza, jest straszne: jest pan tu z mojej przyczyny, a każdy dzień możesię stać ostatnim dniem pańskiego istnienia. — To mówiąc, Klelia osłabła tak,że musiała się oprzeć o ogromny fotel, pomieszczony niegdyś pośrodkukaplicy na intencję dostojnego więźnia; była bliska omdlenia.

— Co mam przyrzec? — spytał Fabrycy, przybity.

— Wie pan dobrze.

— Przysięgam tedy rzucić się świadomie w okropne nieszczęście i skazaćsię na życie z dala od najdroższej mi istoty.

— Niech pan przyrzeka rzeczy konkretne.

— Przysięgam być posłuszny księżnej i uciec w dniu, w którym ona zechcei jak zechce. I cóż się ze mną stanie z dala od pani?

— Niech pan przysięgnie, że pan ucieknie, co bądź by się mogło zdarzyć.

— Jak to! Gotowa jest pani zaślubić margrabiego Crescenzi, skoro mnietu już nie będzie?

— O Boże! cóż pan ma za pojęcie o mnie?... Ale niech pan przysięgnielub dusza moja nie będzie miała chwili spokoju.

— Więc dobrze, przysięgam, że ucieknę stąd w dniu, w którym paniSanseverina rozkaże, co bądź by się mogło zdarzyć do tej pory.

Uzyskawszy tę przysięgę, Klelia uczuła się tak słaba, iż podziękowawszyFabrycemu, musiała się oddalić.

— Wszystko było gotowe do mej ucieczki jutro rano — rzekła — w raziegdyby się pan upierał zostać. Widziałabym pana w tej chwili ostatni razw życiu, ślubowałam to Madonnie. Teraz, skoro tylko będę mogła wyjśćz pokoju, pójdę zbadać ów straszliwy mur pod nowym kamieniem w balustradzie.

Nazajutrz była tak blada, że widok jej sprawiał Fabrycemu żywąprzykrość. Rzekła mu z okna ptaszkarni:

— Nie róbmy sobie złudzeń, drogi przyjacielu; uczucie nasze jest grzeszne i nie wątpię, że przyniesie nam nieszczęście. Odkryją cię, gdy będzieszpróbował uciekać, będziesz zgubiony na zawsze, jeśli nie gorzej; bądź cobądź, trzeba uczynić zadość rozsądkowi ludzkiemu, który nam każe ważyćsię na wszystko. Aby się spuścić z wielkiej wieży, trzeba mocnego sznura naprzeszło dwieście stóp. Mimo starań, jakie rozwinęłam od czasu, jak znamprojekt księżnej, zdołałam zgromadzić zaledwie jakich pięćdziesiąt stóp.Na rozkaz gubernatora wszystkie liny, jakie znajdowały się w fortecy, sąpalone, a co wieczór zdejmuje się sznury ze studzien, tak słabe zresztą, żeczęsto pękają pod tym niewielkim ciężarem. Ale niech pan prosi Boga, abymi przebaczył — zdradzam ojca i pracuję, wyrodna córka, nad tym, aby musprawić śmiertelną zgryzotę. Módl się do Boga za mnie i jeżeli ocalisz życie,złóż ślub, że obrócisz wszystkie chwile ku Jego chwale.

Oto myśl, jaka mi przyszła: za tydzień opuszczę cytadelę, aby być naweselu jednej z sióstr margrabiego Crescenzi. Wrócę wieczorem, jak każeprzyzwoitość, ale zrobię wszystko, aby wrócić bardzo późno; może Barbonenie będzie śmiał rewidować mnie bardzo ściśle. Na tym ślubie siostrymargrabiego będą obecne największe damy, z pewnością i pani Sanseverina. Na imię Boga! postaraj się, aby jedna z tych pań wręczyła mi paczkęsznurów, zwiniętych, niezbyt grubych i sprowadzonych do najmniejszychrozmiarów. Choćbym się miała tysiąc razy narazić na śmierć, użyję nawetnajniebezpieczniejszych środków, aby przemycić ten sznur do cytadeli,z podeptaniem, niestety, wszystkich obowiązków. Jeśli ojciec mój dowie sięo tym, nie ujrzę już pana nigdy; ale jakikolwiek los mnie czeka, będęszczęśliwa w granicach siostrzanej przyjaźni, o ile zdołam się przyczynić dotwego ocalenia.

Tegoż wieczora przy pomocy sygnałów Fabrycy powiadomił księżnęo jedynej sposobności przemycenia do cytadeli znacznej ilości sznura. Alebłagał ją o tajemnicę, nawet, co wydało się dziwne, wobec hrabiego.,,Oszalał — pomyślała księżna — więzienie go odmieniło, bierze rzeczytragicznie.” Nazajutrz ołowiana kula, wystrzelona przez procarza, przyniosła więźniowi wiadomość o największym niebezpieczeństwie; osoba podejmując się przemycić sznury ratuje mu — powiadano w liście — dosłownieżycie. Fabrycy przekazał natychmiast tę wiadomość Klelii. Ta ołowianakula przyniosła też Fabrycemu dokładny rysunek zachodniego muru, po którym miał się spuścić z wielkiej wieży w miejscu między dwiemabasztami; z tego miejsca później łatwo było umknąć, ile że szaniec miał, jakwspomnieliśmy, tylko dwadzieścia trzy stopy wysokości i strzeżono goniezbyt czujnie. Na odwrotnej stronie planu wypisany był maczkiemwspaniały sonet — jakaś szlachetna dusza zagrzewała Fabrycego, abyuciekał, by nie dał sobie kazić duszy i niszczyć ciała jedenastoma lataminiewoli, które miał jeszcze znosić.

Tu musimy przerwać na chwilę historię tego śmiałego przedsięwzięcia;potrzebny jest szczegół, który częściowo tłumaczy, jak księżna zdobyła sięna to, aby doradzać Fabrycemu tę niebezpieczną ucieczkę.

Jak wszystkie stronnictwa, które nie są przy władzy, stronnictwo Raversinie było bardzo zgodne. Kawaler Riscara nienawidził poborcy Rassiego,obwiniając go, że przez niego przegrał ważny proces, w którym, nawiasemmówiąc, Riscara nie miał słuszności. Za sprawą Riscary książę otrzymałanonimową wiadomość, iż wyrok na Fabrycego przesłano oficjalniegubernatorowi cytadeli. Margrabina Raversi, przemądra główka stronnictwa, bardzo wzięła za złe ten fałszywy krok i ostrzegła swego przyjaciela,generalnego poborcę, uważając za bardzo proste, że chciał coś wycisnąćz ministra, dopóki Mosca był przy władzy. Rassi stawił się nieustraszeniew pałacu, myśląc, że się wykpi ze sprawy ceną paru kopnięć nogą; książę niemógł się obejść bez zdatnego prawnika, a Rassi kazał wygnać, jakoliberałów, pewnego sędziego i adwokata, jedynych ludzi w kraju, którzymogliby zająć jego miejsce.

Książę, nieprzytomny z wściekłości, obrzucił go obelgami i ruszył kuniemu, chcąc go bić.

— Ha, trudno, to przeoczenie sekretarza — odparł Rassi z najzimniejsząkrwią — litera prawa nakazuje tę formalność, która powinna była byćdopełniona nazajutrz po przyjęciu pana del Dongo do cytadeli. Gorliwysekretarz myślał, że zapomniano o tym, i dał mi widocznie do podpisu aktjako rzecz czysto formalną.

— I ty myślisz, że wmówisz we mnie tak niezdarne kłamstwo? — wykrzyknął książę wściekły. — Powiedz raczej, żeś się sprzedał temu ladaco Moscai że ci za to dał order. Ale, do kroćset, nie skończy się na paru kuksańcach;oddam cię pod sąd, wypędzę cię haniebnie.

— Niech Wasza Wysokość odda mnie pod sąd — odparł Rassi z flegmą(wiedział, że to jest niezawodny sposób uspokojenia księcia) — prawo jest zamną, a Wasza Wysokość nie ma drugiego Rassiego, aby je obejść. Nie da mi książę dymisji, ponieważ przychodzą na księcia chwile srogości; wówczasłaknie książę krwi, ale równocześnie chciałby zachować szacunek uczciwychWłochów; ten szacunek jest warunkiem sine qua non dla ambicji WaszejWysokości. Słowem, weźmie mnie książę z powrotem przy pierwszymokrucieństwie, którego charakter księcia będzie się domagał, ja zaś, jakzawsze, postaram się o bardzo legalny wyrok, wydany przez wystraszonychi dość przyzwoitych sędziów, który to wyroczek uczyni zadość namiętnościom Waszej Wysokości. Niech mi książę znajdzie w całym państwieczłowieka równie pożytecznego jak ja!

To rzekłszy, Rassi uciekł; wykpił się ceną jednego kułaka i paru kopnięć.Opuściwszy pałac udał się do swego majątku w Riva; lękał się niecojakiegoś pchnięcia sztyletu w pierwszej chwili gniewu, ale nie wątpił, że nimminą dwa tygodnie, kurier wezwie go do stolicy. Czas spędzony na wsi zużyłna zorganizowanie pewnego sposobu porozumiewania się z hrabią Mosca,był szalenie zakochany w tytule barona, rozumiał zaś, iż książę zbyt wysokoszanuje tę ongi wzniosłą rzecz, szlachectwo, aby mu je nadać kiedykolwiek;podczas gdy hrabia, bardzo dumny ze swego urodzenia, cenił jedynieszlachectwo dające się wywieść dokumentami sprzed 1400 roku.

Generalny poborca nie omylił się w przewidywaniach: ledwie tydzieńspędził w swoim majątku, kiedy przyjaciel księcia, który zajechał tamprzypadkiem, poradził mu, aby wrócił do Parmy bez zwłoki. Książę przyjąłgo, śmiejąc się, po czym przybrał minę bardzo poważną i kazał mu przysiącna Ewangelię, że zachowa w tajemnicy to, co mu książę powie. Rassiprzysiągł z wielką powagą, książę zaś z okiem płonącym nienawiściąwykrzyknął, że nie będzie się czuł panem u siebie, póki Fabrycy del Dongobędzie żywy.

— Nie mogę — dodał — ani wypędzić księżnej, ani znieść jej obecności;oczy jej urągają mi i nie dają mi żyć.

Pozwoliwszy się księciu wygadać, Rassi, udając najżywsze zakłopotanie,zawołał w końcu:

— Wola Waszej Dostojności jest rozkazem, bez wątpienia, ale rzecz jestpiekielnie trudna: nie ma sposobu skazać del Donga na śmierć za zabójstwojakiegoś Gilettiego; to już była nie lada sztuka wycisnąć z tego dwanaście lattwierdzy. Co więcej, podejrzewam księżnę, że wyszukała trzech chłopków,którzy pracowali przy wykopaliskach w Sanguigna i którzy nie siedzieliw rowie w chwili, gdy ten Giletti napadł Fabrycego.

— I gdzież są ci świadkowie? — rzekł książę, wściekły.

— Ukryci w Piemoncie, jak sądzę. Trzeba by sprzysiężenia na życieWaszej Dostojności...

— Ten środek ma swoje niebezpieczeństwa — rzeki książę — nasuwamyśli...

— A jednak — rzeki Rassi z udaną naiwnością — to cały mój urzędowyarsenał.

— Zostaje trucizna...

— Ale kto ją poda? Czy ten dudek Conti?

— Hm, wedle tego, co mówią, nie byłaby mu to pierwszyzna.

— Trzeba by go rozjuszyć — odparł Rassi — zresztą wówczas gdy sięzałatwiał z kapitanem, nie miał trzydziestu lat, był zakochany i o wielemniejszy tchórz niż dzisiaj. Bez wątpienia wszystko powinno ustąpić racjistanu; ale tak na poczekaniu i na pierwszy rzut widzę dla wykonaniarozkazów monarchy jedynie niejakiego Barbone, pisarza więziennego,którego imć del Dongo obalił na ziemię, dając mu policzek w chwilizałatwiania formalności przyjęcia.

Skoro raz książę się rozgadał, rozmowa potoczyła się gładko; zakończyłją, udzielając generalnemu poborcy miesiąca zwłoki; Rassi żądał dwóch.Nazajutrz otrzymał tysiąc cekinów gratyfikacji. Trzy dni namyślał się;czwartego wrócił do rozumowania, które mu się zdawało oczywiste: „JedenMosca będzie miał serce dotrzymać mi słowa, ponieważ robiąc mniebaronem, daje mi coś, czego nie szanuje; secundo, ostrzegając go, unikam prawdopodobnie zbrodni, za którą jestem mniej więcej z góryzapłacony; tertio, mszczę się za pierwsze upokorzenia, których doznałkawaler Rassi.”

Następnej nocy powtórzył hrabiemu Mosca rozmowę z księciem.

Hrabia nadskakiwał po kryjomu księżnej; prawda, że odwiedzał jąledwie raz albo dwa razy na miesiąc, ale prawie co tydzień, gdy znalazłsposobność mówienia o Fabrycym, księżna w towarzystwie Chekiny przychodziła późnym wieczorem spędzić kilka chwil w ogrodzie hrabiego.Umiała oszukać nawet oddanego woźnicę, który myślał, że pani jego bawiz wizytą w sąsiednim domu. Można się domyślić, że hrabia, otrzymawszystraszliwe zwierzenie Rassiego, przesłał natychmiast księżnej umówionysygnał. Mimo że było po północy, poprosiła go przez Chekinę, aby przybyłnatychmiast. Hrabia, uszczęśliwiony jak kochanek tym pozorem schadzki,wahał się wszakże wszystko powiedzieć księżnej; lękał się, aby nie oszalałaz rozpaczy.

Przygotowawszy półsłówkami złowrogą wiadomość, powiedział jejw końcu wszystko — nie był zdolny dochować sekretu, gdy ona nalegała. Oddziewięciu miesięcy nieszczęście przepalało tę duszę z płomienia, zahartowało ją: toteż księżna nie wybuchnęła płaczem ani skargami.

Nazajutrz wieczór kazała dać Fabrycemu sygnał wielkiego niebezpieczeństwa: „Ogień w zamku!”

Odpowiedział natychmiast: „Czy moje książki spłonęły?”

Tej samej nocy zdołała mu szczęśliwie przesłać list w ołowianej kuli. Byłoto w tydzień po weselu siostry margrabiego Crescenzi, gdzie księżnapopełniła straszliwą nieopatrzność, z której zdamy sprawę w swoimmiejscu.

Rozdział dwudziesty pierwszy

Blisko na rok przed ową epoką nieszczęść zdarzyło się księżnejosobliwe spotkanie; jednego wieczora, kiedy była luna, jak mówi się w tychstronach, udała się niespodziewanie do swego pałacyku w Sacca, zaColomo, na wzgórzu rozciągającym się nad Padem. Z przyjemnościąupiększała ten zakątek; lubiła rozległy las, wieńczący wzgórze i przylegający do zamku; wytyczyła w nim ścieżki wijące się malowniczo.

— Porwą panią któregoś dnia zbójcy, piękna pani — rzeki jej raz książęErnest — niepodobna, aby las, o którym wiedzą, że pani się po nimprzechadza, pozostał bezludny. — Książę zerknął na hrabiego, któregozazdrość chciał podrażnić.

— Niczego się nie boję, Wasza Dostojność, kiedy się przechadzamw moich lasach — odparła niewinnie księżna. — Dodaje mi otuchy ta myśl:,,Nie zrobiłam nikomu nic złego, któż miałby mnie nienawidzić?”

Uznano tę odpowiedź za mocno zuchwałą: przypominała docinki miejscowych liberałów, ludzi bardzo bezczelnych.

Podczas wspomnianej przechadzki przyszły pani Sanseverina na myślsłowa książęce na widok licho odzianego człowieka, który szedł za niąz daleka. Na jakimś nieoczekiwanym zakręcie człowiek ten znalazł się takblisko niej, że się zlękła. Pod pierwszym wrażeniem krzyknęła na gajowego,który został o tysiąc kroków przy klombie kwiatów, tuż kolo pałacu.Nieznajomy miał czas zbliżyć się i rzucił się jej do nóg. Był młody, bardzoprzystojny, ale straszliwie obdarty; odzież jego miała dziury na stopę długie,ale oczy tryskały płomieniem.

— Jestem skazany na śmierć, jestem lekarz Ferrante Palla, umieramz głodu wraz z pięciorgiem dzieci.

Księżna zauważyła, że był straszliwie chudy; ale oczy jego były tak pięknei pełne tak tkliwego ognia, że odjęły jej wszelką obawę. „Palagi — pomyślała — powinien by dać takie oczy Świętemu Janowi na pustyni,którego właśnie namalował dla katedry.” Myśl o świętym Janie zbudziła sięw niej na widok straszliwej chudości Ferranta. Księżna dała mu trzy cekiny,które miała w sakiewce, przepraszając, że daje tak mało, ale że właśnie zapłaciła rachunek ogrodnikowi. Ferrante podziękował z uniesieniem.

— Ach — rzekł — niegdyś mieszkałem w mieście, widywatem wykwintnekobiety; od czasu jak, spełniając obowiązek obywatela, ściągnąłem nasiebie wyrok śmierci, żyję w lasach! Szedłem za panią nie aby prosićjałmużny lub okraść panią, ale jak dziki urzeczony anielską pięknością. Oddawna już nie widziałem pięknych białych rąk.

— Niechże pan wstanie — rzekła księżna, gdy wciąż klęczał.

— Niech mi pani pozwoli tak zostać — rzekł Ferrante — ta pozycja dowodzimi, że nie jestem w tej chwili złodziejem; uspokaja mnie; bo trzeba paniwiedzieć, że ja kradnę, aby żyć, od czasu jak mi nie pozwalają wykonywaćmego rzemiosła. Ale w tej chwili jestem jedynie prostym śmiertelnikiem,który ubóstwia cud piękna.

Księżna zrozumiała, że to po trosze wariat, ale nie zlękła się; widziaław oczach tego człowieka gorącą i prawą duszę, dosyć zresztą lubiłaniezwykłe fizjonomie.

— Jestem tedy lekarzem i romansowałem z żoną aptekarza Sarasinew Parmie; zdybał nas i wypędził ją, zarówno jak troje dzieci, o którychsłusznie podejrzewał, że są ode mnie, nie od niego. Obdarzyła mnie jeszczedwojgiem dzieci później. Matka i dzieci żyją w ostatecznej nędzy, w szałasiezbudowanym moimi rękami w lesie, o milę stąd. Trzeba mi się strzecżandarmów, a biedna kobieta nie chce się ze mną rozłączać. Skazano mniena śmierć, i słusznie: spiskowałem. Nienawidzę księcia, który jest tyranem.Nie mogłem uciec z braku pieniędzy. Ale nieszczęście moje sięga o wieległębiej; powinienem tysiąc razy odebrać sobie życie; nie kocham jużnieszczęśliwej, która mi dała pięcioro dzieci i zgubiła się dla mnie; kochaminną. Ale jeśli się zabiję, dzieci i matka umrą dosłownie z głodu. — Słowa temiały akcent szczerości.

— Ale jak pan żyje? — spytała księżna, wzruszona.

— Matka tych dzieci przędzie; starsza córka pasie owce u pewnegoliberała; ja kradnę na gościńcu między Piacenzą a Genuą.

— Jakże pan godzi kradzież ze swoimi liberalnymi zasadami?

— Prowadzę rejestr ludzi, których okradam, i jeśli kiedy będę miał coś,zwrócę im. Oceniam, że trybun taki jak ja spełnia pracę, która z racji swegoniebezpieczeństwa warta jest z pewnością sto franków na miesiąc; toteż niebiorę nigdy więcej niż tysiąc dwieście franków rocznie. To jest, mylę się:kradnę jeszcze jakąś sumkę ponadto, pokrywam bowiem tym sposobemkoszt druku moich dzieł.

— Jakich dzieł?

Czy... będzie miała kiedy izbę i budżet?

— Jak to — rzekła księżna, zdumiona — to pan jest jednym z największychpoetów epoki, sławnym Ferrante Palla?

— Sławnym może, ale bardzo nieszczęśliwym z pewnością.

— I człowiek z pańskim talentem zmuszony jest kraść, aby żyć?

— Dlatego może mam talent. Dotąd nasi autorzy, cieszący się rozgłosem, byli to ludzie płatni przez rząd albo przez kler, który chcieli podkopywać. Ja, primo: narażam życie; secundo: niech pani sobie wyobrazirefleksje, jakie mną miotają, kiedy idę kraść. „Czy ja mam prawo? — powiadam sobie. — Czy praca trybuna oddaje usługi warte sto frankówmiesięcznie?” Mam dwie koszule, ubranie, które pani widzi, lichą broń i jestem pewien, że skończę na szubienicy; śmiem mniemać, że jestembezinteresowny. Byłbym szczęśliwy, gdyby nie ta nieszczęsna miłość, którazatruła mi życie przy matce moich pięciorga dzieci. Bieda ciąży mi przezswoją szpetotę: lubię ładne suknie, białe ręce...

Patrzał na ręce księżnej tak, że strach ją ogarnął.

— Żegnam pana — rzekła — czy mogę panu zdać się na co w Parmie?

— Niech pani pomyśli czasem o tym: zadaniem moim jest budzić sercai nie dać im usnąć w fałszywym i niskim szczęściu, jakie daje ustrójmonarchiczny. Czy usługi, jakie oddaję rodakom, warte są stu frankówmiesięcznie?... Nieszczęściem moim jest to, że kocham — rzekł bardzołagodnie — od dwóch lat dusza moja zajęta jest tylko panią, ale dotądwidywałem panią, nie strasząc cię.

To rzekłszy, uciekł z zawrotną chyżością, która zdumiała księżnę i uspokoiła ją. „Żandarmi niełatwo go dogonią — pomyślała — w istocie to wariat.”

— To wariat — powiedziała jej służba — wiemy od dawna, że biedaczyskokocha się w jaśnie pani; ilekroć pani jest tutaj, widzimy go, jak błądzi poleśnych wzgórzach, skoro zaś pani odjedzie, przychodzi siadać w miejscach,w których pani się zatrzymała, zbiera skrzętnie kwiaty, które opadły z panibukietu, i przechowuje je długo, przypięte do dziurawego kapelusza.

— I wyście mi nie mówili o tych szaleństwach — rzekła księżna niemalz wymówką.

— Baliśmy się, aby jaśnie pani nie powiedziała o tym panu ministrowiMosca. Biedny Ferrante jest taki dobry! Nigdy nie zrobił nikomu nic złego,a na śmierć skazali go za to, że kocha naszego Napoleona.

Nie powiedziała ministrowi o tym spotkaniu, że zaś od czterech lat była to pierwsza tajemnica przed nim, dziesięć razy musiała sobie przerywaćw ciągu zdania. Wróciła do Sacca z zapasem złota, ale Ferrante nie zjawiłsię. Wróciła w dwa tygodnie później: Ferrante szedł za nią jakiś czas,przekradając się lasem o sto kroków, po czym spadł na nią z chyżością ijastrzębia i rzucił się jej do kolan, jak pierwszym razem.

— Gdzie pan był przed dwoma tygodniami?

— W górach, za Novi; rabowałem mulników wracających z Mediolanu,gdzie sprzedali oliwę.

— Niech pan weźmie tę sakiewkę.

Ferrante otworzył sakiewkę, wziął cekina, którego ucałował i schował na ipiersiach, po czym oddał ją.

— Oddaje mi pan tę sakiewkę, a kradnie pan!

— Oczywiście! to moja zasada, aby nigdy nie mieć więcej niż sto franków:otóż obecnie matka moich dzieci ma osiemdziesiąt franków, a ja mamdwadzieścia pięć, przekroczyłem zasadę o pięć franków i gdyby mniepowieszono w tej chwili, miałbym wyrzuty. Wziąłem tego cekina, bopochodzi od pani i ponieważ panią kocham.

Słowo to wymówił z doskonałą prostotą. „Kocha naprawdę” — rzekłasobie księżna.

Tego dnia Ferrante wydawał się zupełnie obłąkany. Powiadał, że maw Parmie kogoś, kto mu jest winien sześćset franków, i że za te pieniądze naprawiłby chatkę, w której obecnie biedne jego dzieci ziębią się.

— Ja panu zaliczę z góry tych sześćset franków — rzekła księżna,wzruszona.

— Ale czy wówczas wrogowie nie będą mogli spotwarzyć mnie, człowieka publicznego, i powiedzieć, że się sprzedaję?

Rozczulona księżna ofiarowała mu schronienie w Parmie, jeśli zechce jejprzyrzec, że na razie nie będzie działał w tym mieście, a zwłaszcza że niewykona żadnego z wyroków śmierci, które ma, jak powiada, in petto.

— A jeżeli mnie powieszą wskutek mej nierozwagi — rzekł poważnieFerrante — wszystkie te łajdaki, tak zgubne dla ludu, będą żyć długie lata,i czyja to będzie wina? Co powie mój ojciec przyjmując mnie tam w górze?

Księżna mówiła doń długo o jego drobnych dzieciach, które wilgoć możeprzyprawić o śmiertelną chorobę; w końcu przyjął propozycję.

Książę Sanseverina w ciągu jednego dnia, jaki spędził w Parmie od czasuswego małżeństwa, pokazał księżnej osobliwą kryjówkę znajdującą sięw południowym rogu pałacu tego nazwiska. Mur fasady pochodzący ześrednich wieków ma osiem stóp grubości; wydrążono go, i tam znajduje sięskrytka na dwadzieścia stóp wysoka, ale tylko na dwie szeroka. Tuż obokmożna podziwiać zbiornik wody cytowany we wszystkich opisach podróży,słynne dzieło z XII wieku, wykonane w czasie oblężenia Parmy przezcesarza Zygmunta, a później włączone w obręb pałacu Sanseverina.

Wchodzi się do tej skrytki, poruszając ogromny kamień na żelaznej osi,pomieszczonej blisko środka tego ciosu. Księżna była tak głęboko wzruszona szaleństwem Ferranta i losem jego dzieci, których imieniem uparcieodtrącał wszelką darowiznę, iż pozwoliła mu dość długo używać tej skrytki.Spotkała go w miesiąc później, znów w lasach koło Sacca, że zaś tego dniabył spokojniejszy, wyrecytował jej sonet, który wydał się księżnej czymśwyższym od wszystkiego, co napisano we Włoszech od dwóch wieków.Ferrante uzyskał kilka schadzek; ale miłość jego rozpaliła się i stała sięnatarczywa, księżna spostrzegła, że ta namiętność podlega prawom wszelkiej miłości, gdy się jej użyczy bodaj promyczka nadziei. Wyprawiła goz powrotem do lasu, zabroniła mu mówić do siebie; usłuchał natychmiastz zupełną uległością. Tak się rzeczy miały w chwili, gdy uwięziono Fabrycego. W trzy dni później, o zmroku, jakiś kapucyn zjawił się u bram pałacuSanseverina; miał — jak mówił — ważną tajemnicę dla pani domu. Była taknieszczęśliwa, że kazała go wpuścić; był to Ferrante.

— Dzieje się tu nowa niesprawiedliwość, którą trybun ludu musi się zająć— rzekł ten człowiek oszalały z miłości. — Z drugiej strony, jako prywatnajednostka, mogę oddać pani Sanseverina jedynie moje życie i przynoszę jejej.

To tak szczere oddanie złodzieja i szaleńca wzruszyło żywo księżnę.Długo rozmawiała z tym człowiekiem, który uchodził za największegopoetę północnych Włoch, i płakała długo. „Oto człowiek, który rozumiemoje serce” — powiadała sobie. Nazajutrz zjawił się znowu, wciąż o zmroku,przebrany za lokaja w liberii.

— Nie opuszczałem Parmy; słyszałem ohydę, której usta moje niepowtórzą, ale oto jestem. Niech pani pomyśli, księżno, co pani odtrąca!Człowiek, którego pani widzi przed sobą, to nie lalka dworska, ale człowiek!— klęczał, wymawiając te słowa z wyrazem twarzy, który dodawał im wagi. Wczoraj — dodał — powiedziałem sobie: „Płakała w mojej obecności; jesttedy mniej nieszczęśliwa.”

— Ależ niech pan pomyśli o niebezpieczeństwie: pochwycą pana w tymimieście.

— Trybun odpowie: „Pani, czymże jest życie, kiedy przemawia obowiązek?” Człowiek nieszczęśliwy, który ku swej boleści nie płonie już namiętnością cnoty, odkąd go pali miłość, doda: „Księżno, Fabrycy, dzielnyczłowiek, może zginie; niech pani nie odtrąca drugiego dzielnego człowieka, który się pani ofiarowuje! Oto ciało z żelaza i dusza, która lęka się nacałym świecie jedynie twej niechęci.”

— Jeżeli mi pan wspomni jeszcze o swoich uczuciach, zamknę panu drzwina zawsze.

Księżna miała tego wieczora zamiar oznajmić Ferrantemu, że wyznaczapensyjkę dla jego dzieci, ale zlękła się, aby mu się to nie stało okazją doodebrania sobie życia!

Zaledwie wyszedł, księżna, pełna złowrogich przeczuć, rzekła sobie: „I jamogę umrzeć; i dałby Bóg, aby się to stało — i rychło! — Gdybym znalazłaczłowieka godnego tego imienia, któremu mogłabym powierzyć biednegoFabrycego.”

Jedna myśl przyszła księżnej: wzięła kawałek papieru i pismem, w którewplotła nieliczne, znajome sobie terminy prawnicze, stwierdziła, że otrzymała od imć Ferrante Palla dwadzieścia tysięcy franków, pod warunkiempłacenia dożywotniej renty pani Sarasine i jej pięciorgu dzieciom. Księżnadodała: „Co więcej, zapisuję trzysta franków rocznie dożywotnio każdemuz dzieci, pod warunkiem, że Ferrante Palla otoczy opieką lekarską bratankamego Fabrycego del Dongo i będzie mu bratem. Proszę go o to.” Podpisała,położyła datę sprzed roku i schowała ten papier.

W dwa dni później Ferrante zjawił się znowu. Było to w chwili, gdy całympaństwem wstrząsnęła pogłoska o bliskiej egzekucji Fabrycego. Czy tensmutny obrządek odbędzie się w cytadeli, czy pod drzewami promenady?Wiele osób z ludu przechadzało się tego wieczora pod cytadelą, starając siędojrzeć, czy wznoszą rusztowanie; widok ten przejął Ferranta. Zastałksiężnę we łzach, niezdolną do rozmowy; pozdrowiła go ręką i wskazała mukrzesło. Ferrante, przebrany tego dnia za kapucyna, był wspaniały; zamiastusiąść, padł na kolana i modlił się żarliwie półgłosem. W chwili gdy księżnauspokoiła się nieco, przerwał na chwilę modlitwę, aby rzec te słowa:

— Jeszcze raz ofiarowuję swoje życie.

— Zastanów się pan, co mówisz! — wykrzyknęła księżna z owym dzikimwzrokiem, który po napadzie szlochu zwiastuje, że gniew bierze górę nad roztkliwieniem. — Może się zdarzyć tak — odpowiedziała księżna — żeprzyjmę ofiarę z pańskiego życia.

Patrzała nań surowo i bystro. Błysk radości zalśnił w jego oczach; wstałi wyciągnął ramiona ku niebu. Księżna wydobyła papier ze skrytki w orzechowej szafie.

— Niech pan czyta — rzekła.

Była to wspomniana już darowizna na rzecz dzieci.

Łkania i łzy nie dały mu dokończyć czytania; upadł na kolana.

— Niech mi pan odda ten papier — rzekła księżna i w jego obecnościspaliła ów akt przy świecy. — Nie trzeba — dodała — aby moje nazwiskowchodziło w grę, jeśli pan będzie pojmany i stracony; bo idzie tu o pańskągłowę.

— Radością dla mnie jest umrzeć, karząc tyrana; o wiele większą radościąumrzeć dla pani. Raz to zrozumiawszy, raczy pani nie wspominać jużo pieniądzach, widziałbym w tym jedynie obrażającą nieufność.

— Jeśli pan będzie skompromitowany, i ja mogę nią być — odpowiedziałaksiężna — i Fabrycy po mnie; dlatego to, a nie dlatego, abym wątpiła o panadzielności, żądam, aby człowiek, który mi przeszył serce, zginął od trucizny,nie od sztyletu. Dla tej samej tak ważnej przyczyny nakazuję panu zrobićwszystko, aby się ocalić.

— Wykonam wiernie, dokładnie i ostrożnie. Przewiduję, księżno, żetwoja zemsta będzie zarazem i moją; gdyby nawet było inaczej, równieżusłuchałbym wiernie, dokładnie i ostrożnie. Może mi się nie powieść, alezrobię, co w ludzkiej mocy.

— Chodzi o to, aby otruć mordercę Fabrycego.

— Zgadłem; i od dwudziestu siedmiu miesięcy, przez które wiodę tostraszne i błędne życie, często myślałem o tym na własny rachunek.

— Jeżeli mnie odkryją i skażą jako wspólniczkę — ciągnęła księżnadumnie — nie chcę, aby mnie pomawiali, żem pana wciągnęła. Nakazujępanu nie starać się już mnie widzieć przed momentem naszej zemsty; niemożna go zabijać wprzód, aż ja dam sygnał. Śmierć jego w tej chwili byłabydla mnie zgubna, a nie pożyteczna. Prawdopodobnie śmierć ta będzie mogłanastąpić aż za parę miesięcy, ale nastąpi. Żądam, aby umarł od trucizny;wolałabym raczej zostawić go przy życiu, niż żeby miał paść od kuli. Dlaprzyczyn, których nie chcę panu tłumaczyć, żądam, abyś uszedł z życiem.

Ferrante był uszczęśliwiony rozkazującym tonem, jakim księżna dońmówiła — oczy jego błyszczały żywą radością. Jak wspomnieliśmy, był straszliwie chudy, ale znać było, że był bardzo piękny w pierwszej młodości;i sądził, że jest nim jeszcze. „Czym ja szalony — powiadał sobie — lub też czyksiężna zechce, pewnego dnia, kiedy dam jej ten dowód poświęcenia,uczynić mnie najszczęśliwszym człowiekiem? Ostatecznie, czemu nie?Alboż nie jestem wart tyle co ta lala Mosca, który nic nie umiał dla niejzrobić, nawet ułatwić ucieczki Fabrycemu!”

— Mogę zażądać jego śmierci choćby jutro — ciągnęła księżna wciążwładczym tonem. — Zna pan ten olbrzymi zbiornik wody, który znajduje sięw rogu pałacu, tuż koło skrytki, w której pan mieszkał czasem. Istniejetajemny sposób wylania tej wody na ulicę: to będzie sygnał mojej pomsty.Zobaczysz, jeśli będziesz w Parmie, lub usłyszysz, o ile będziesz w lasach, żewielki zbiornik w pałacu Sanseverina pękł. Przystąp natychmiast do dzieła,ale za pomocą trucizny, a zwłaszcza jak najmniej narażaj życie. Niech nigdynikt się nie dowie, że ja maczałam palce w tej sprawie.

— Słowa są zbyteczne — odparł Ferrante z ledwie powściąganym zapałem— już namyśliłem się, jakich środków użyję. Życie tego człowieka staje misię jeszcze wstrętniejsze, skoro nie wolno mi się pani pokazać na oczy, pókibędzie żył. Będę czekał na sygnał.

Skłonił się gwałtownie i wyszedł. Księżna patrzyła za nim. Kiedy byłw drugim pokoju, przywołała go.

— Ferrante! — wykrzyknęła — wzniosły człowieku!

Wrócił jak gdyby zniecierpliwiony, że go zatrzymują — cudowny był w tejchwili.

— A pańskie dzieci?

— Och, będą bogatsze ode mnie; wyznaczy im pani może jaką pensyjkę.

— Proszę — rzekła księżna, wręczając mu spore pudełko z oliwnegodrzewa — oto wszystkie diamenty, które mi zostały, warte są pięćdziesiąttysięcy.

— Och! pani, upokarzasz mnie!... — rzekł Ferrante z gestem odrazy; twarzzmieniła mu się zupełnie.

— Nie ujrzę pana bezwarunkowo przed czynem: proszę wziąć, ja chcę —dodała księżna z dumą, która zmiażdżyła Ferranta; schował puzdroi wyszedł.

Ledwie drzwi zamknęły się za nim, księżna odwołała go znowu; wrócił,zaniepokojony; księżna stała na środku salonu; rzuciła mu się w ramiona.Po chwili Ferrante nieomal omdlał ze szczęścia; księżna oswobodziła sięz jego uścisków i oczami pokazała mu drzwi.

— Oto jedyny człowiek, który mnie zrozumiał; tak byłby postąpiłFabrycy, gdyby mnie mógł słyszeć.

W charakterze księżnej były zawsze dwie rzeczy: chciała zawsze tego,czego raz chciała; nie roztrząsała nigdy tego, co było raz postanowione.Cytowała w tym względzie powiedzenie swego pierwszego męża, sympatycznego generała Pietranera: „Cóż za grubiaństwo wobec samego siebie! — powiadał — czemuż przypuszczać, że mam więcej rozumu dziś, niż miałemwówczas, kiedym powziął ten zamiar?”

Od tej chwili usposobienie księżnej znowu przybrało odcień wesołości.Przed tym złowrogim postanowieniem na każdym kroku, przy każdymnowym fakcie miała poczucie swej niższości wobec księcia, swej niemocyi naiwności; jej zdaniem, książę oszukał ją haniebnie, a Mosca wskutekswego dworactwa, mimo iż niechcący, pomógł księciu. Z chwilą gdy zemstabyła postanowiona, uczuła swą siłę, każdy błysk myśli dawał jej szczęście.Zdaje mi się dość prawdopodobne, że to niemoralne szczęście, jakiemieszkańcy Włoch znajdują w zemście, związane jest z siłą wyobraźni tegoludu; ludzie innych narodowości nic przebaczają, ściśle biorąc, ale zapominają.

Księżna zobaczyła ponownie Ferranta dopiero w ostatnim okresiewięzienia Fabrycego. Jak czytelnik może się domyślił, on to podał myślucieczki. Istniała w lesie, o dwie mile od Sacca, wpółrozwalona średniowieczna wieża, wysoka przeszło na sto stóp; zanim po raz drugi wspomniałksiężnej o ucieczce, Ferrante błagał ją, aby kazała Lodovicowi umocować,przy pomocy pewnych ludzi, łańcuch drabin przy tej wieży. W obecnościksiężnej wszedł po drabinie, a spuścił się przy pomocy zwykłego sznuraz węzłami; trzy razy ponawiał ten eksperyment, a następnie wyłożył swójprojekt. W tydzień później Lodovico spróbował też zejść z tej starej wieżyprzy pomocy sznura z węzłami; wówczas księżna przedłożyła tę myślFabrycemu.

W ostatnich dniach, które poprzedziły ten krok mogący się skończyćśmiercią więźnia, i to na rozmaity sposób, księżna nie mogła znaleźć chwilispokoju, o ile nie miała Ferranta przy sobie; odwaga tego człowiekaelektryzowała ją; ale zrozumiałe jest, że musiała ukrywać przed hrabią toosobliwe towarzystwo. Lękała się nie sprzeciwu z jego strony, ale przykrości, jaką sprawiłyby jej jego zarzuty, zdolne zdwoić jej niepokoje. „Jak to,brać za doradcę osławionego wariata i skazańca! I to — dodała księżna dosamej siebie — człowiek, który na przyszłość może dokonać tak szczególnych rzeczy!” Ferrante znajdował się w salonie pani Sanseverina w chwili,gdy minister przyszedł jej zdać sprawę z rozmowy, jaką książę odbyłz Rassim; kiedy hrabia wyszedł, wiele miała kłopotu z tym, aby powstrzymać Ferranta od natychmiastowego wykonania okropnego zamiaru.

— Jestem teraz mocny! — krzyczał szaleniec — nie wątpię już o swymprawie do tego czynu!

— Ale w chwili wzburzenia, które nastąpi nieuchronnie, Fabrycego pośląna śmierć!

— W zamian oszczędziłoby mu się niebezpieczeństw ucieczki. Jest możliwa, łatwa nawet — dodał — ale temu młodemu człowiekowi brak doświadczenia.

Nadszedł dzień ślubu siostry margrabiego Crescenzi; na balu, wydanymiz tego powodu, księżna spotkała Klelię i mogła z nią mówić bez obawyniczyich podejrzeń. Księżna oddała Klelii pakiet sznurów w ogrodzie,dokąd obie panie udały się, aby odetchnąć chwilę. Sznury te, sporządzonez największą starannością, pół z jedwabiu, pół z konopi, z węzłami, byłybardzo cienkie i dość giętkie; Lodovico wypróbował ich moc i stwierdził, żemogą udźwignąć zupełnie bezpiecznie osiem cetnarów. Ścisnęła je tak, abyz nich uczynić kilka paczek wielkości tomu in quarto: Klelia wzięła jei przyrzekła księżnej, że uczyni wszystko, co w ludzkiej mocy, aby przesłaćte paczki do wieży Farnese.

— Boję się pani nieśmiałego charakteru; a zresztą — dodała uprzejmieiksiężna — w jakiej mierze może cię interesować ten nieznajomy?

— Pan del Dongo jest nieszczęśliwy i przyrzekam pani, że jago ocalę!

Księżna, niewiele licząc na obrotność dwudziestoletniej dziewczyny,powzięła inne środki, o których nic nie wspomniała córce gubernatora. Jakmożna było przypuszczać, gubernator znajdował się na weselu siostrymargrabiego Crescenzi. Księżna umyśliła, że gdyby mu podać silny narkotyk, mogłoby się w pierwszej chwili zdawać, że chodzi o atak apoplektyczny;wówczas zamiast generała wsadzić do powozu i odwieźć do cytadeli, możnaby przy pewnej zręczności podsunąć lektykę, która by się przypadkiemznalazła pod ręką. Znaleźliby się tam również ludzie inteligentni, przebraniza robotników sprowadzonych do pomocy przy uroczystości, którzy w zamieszaniu ofiarowaliby się uprzejmie przenieść chorego aż na górę pałacu.Ludzie ci, będący pod komendą Lodovica, mieli na sobie zręcznie schowaną pod ubraniem znaczną ilość lin. Widać z tego, że księżna istotnie byłaniepoczytalna, od czasu jak medytowała serio nad ucieczką Fabrycego.Niebezpieczeństwo tej drogiej istoty było czymś zbyt silnym dla jej duszy,a zwłaszcza trwało ono zbyt długo. Przez nadmiar przezorności omal nieudaremniła tej ucieczki, jak zaraz się pokaże. Wszystko odbyło się tak, jakksiężna zamierzała, z tą różnicą, że narkotyk podziałał zbyt silnie: wszyscy,nawet lekarze, myśleli, że generał miał atak apopleksji.

Szczęściem Klelia, w rozpaczy, nie domyślała się ani trochę zbrodniczegozamachu księżnej. W chwili gdy lektykę z półmartwym generałem wnoszono do cytadeli, zamęt był taki, że Lodovico i jego ludzie przeszli beztrudności: obszukano ich na „moście niewolnika” jedynie dla formy. Skoroprzenieśli generała do łóżka, zaprowadzono ich do kredensu, gdzie służbapodjęła ich bardzo uczciwie; ale po tym poczęstunku, który skończył się nadranem, wytłumaczono im, że obyczaj więzienny wymaga, aby resztę nocyspędzili zamknięci w sieniach pałacu, skąd adiutant gubernatora wypuściich nazajutrz.

Ludziom tym udało się oddać Lodovicowi sznury, które mieli na sobie,ale Lodovico wiele miał kłopotu z tym, aby ściągnąć uwagę Klelii. W końcu,w chwili gdy przechodziła tamtędy, pokazał jej, że składa zwój sznuróww ciemnym kącie jednego z salonów na pierwszym piętrze. Ten zbiegokoliczności uderzył Klelię: powzięła okrutne podejrzenia.

— Kto jesteś? — spytała Lodovica.

Po czym na jego dwuznaczną odpowiedź dodała:

— Powinnabym cię kazać uwięzić; ty albo twoi ludzie otruliście megoojca!... Wyznaj w tej chwili, co za truciznę daliście mu zażyć, aby lekarzforteczny mógł zastosować odpowiednie leki; wyznaj w tej chwili lub teżi ty, i twoi wspólnicy nie wyjdziecie z cytadeli!

— Panienka zbytecznie się niepokoi — odparł Lodovico z wdziękiemi z nienaganną uprzejmością — nie ma mowy o truciźnie; niebacznie danogenerałowi laudanum i zdaje się, że lokaj, użyty do tej zbrodni, nalał doszklanki parę kropel za dużo. Jesteśmy niepocieszeni; ale panienka możebyć pewna, iż dzięki niebu nie ma niebezpieczeństwa. Należy pana generałakurować jak człowieka, który zażył przez pomyłkę zbyt silną dawkęlaudanum; ale mam zaszczyt powtórzyć pani, że wykonawca tej zbrodni nieużył prawdziwej trucizny, jak to zrobił Barbone, kiedy chciał otruć naszegomonsignore. Nikt nie miał zamiaru mścić się za niebezpieczeństwo panaFabrycego; powierzono temu famulusowi jedynie fiolkę z laudanum, przysięgam. Ale rozumie się, że gdyby mnie przesłuchiwano oficjalnie,zaprzeczyłbym wszystkiemu.

Zresztą, jeśli pani wspomni komukolwiek o laudanum i o truciźnie,choćby tylko przezacnemu don Cezarowi, zabije pani Fabrycego własnąręką. Uniemożliwi pani na zawsze projekt ucieczki, a panienka wie lepiejode mnie, że nie laudanum chcą dać panu Fabrycemu; wie pani równiedobrze jak ja, że ktoś udzielił jedynie miesiąca zwłoki na spełnienie tejzbrodni i że już tydzień upłynął od tego okrutnego rozkazu. Toteż jeśli panikaże mnie uwięzić lub jeśli powie komukolwiek bodaj słowo, opóźni paninasze plany o więcej niż miesiąc i mam prawo powiedzieć, że zabije panipana Fabrycego własną ręką.

Niezwykły spokój Lodovica przejął Klelię do głębi.

„Tak więc — mówiła sobie — pertraktuję z trucicielem ojca przemawiającym do mnie z wyszukaną grzecznością! I to miłość przywiodła mnie dowszystkich tych zbrodni!”

Wyrzuty ledwie pozwoliły jej mówić; w końcu rzekła:

— Zamknę cię na klucz w tym salonie. Biegnę powiedzieć lekarzowi, żechodzi tylko o laudanum; ale, wielki Boże, jak ja mu wytłumaczę, że wiemo tym? Wrócę później, aby cię uwolnić. Ale — rzekła Klelia, zawracającw biegu — czy Fabrycy wiedział?

— Ależ nie, pani, nigdy nie byłby się zgodził. A przy tym, na co by sięzdała świadomość? My działamy z największą ostrożnością: Chodzi o ocalenie życia panu Fabrycemu, który ma być do trzech tygodni otruty; rozkazyw tej mierze wydał ktoś, kto zazwyczaj nie zna przeszkód; i żeby nic przedpanienką nie zataić, mówią po prostu, że to straszliwy generalny poborcaRassi otrzymał zlecenie.

Klelia uciekła, przerażona; tak liczyła na nieskazitelność don Cezara, iżz pewnymi ostrożnościami ośmieliła się mu powiedzieć, że generałowipodano laudanum, a nie co innego. Bez odpowiedzi, bez pytań don Cezarpobiegł do lekarza.

Klelia wróciła do salonu, gdzie zamknęła Lodovica, aby wziąć go jeszczena spytki. Nie znalazła go już, zdołał umknąć. Ujrzała na stole sakiewkępełną cekinów i szkatułkę zawierającą rozmaite trucizny. Widok tychtrucizn przejął ją dreszczem. „Kto mi zaręczy — pomyślała — że dano ojcutylko laudanum i że księżna nie zemściła się za zamach Barbone? WielkiBoże! — krzyknęła — ja w konszachtach z trucicielami ojca! I pozwalam sięim wymknąć! A może ten człowiek wzięty na tortury przyznałby się do czegoś więcej!” Tu Klelia padła na kolana, zalała się łzami i modliła siężarliwie do Madonny.

Przez ten czas lekarz więzienny, zdziwiony ostrzeżeniem don Cezara,podał choremu lekarstwa, które usunęły niepokojące objawy. O świciegenerał przyszedł nieco do siebie. Pierwszym jego czynem, oznajmiającympowrót świadomości, było obrzucić obelgami pułkownika, swego zastępcę,który ośmielił się wydać kilka najprostszych rozkazów, w czasie gdy generałbył nieprzytomny.

Następnie gubernator wpadł w straszliwy gniew na dziewczynę kuchenną, która przynosząc mu polewkę, ośmieliła się wspomnieć o apopleksji.

— Czy ja jestem w wieku — zawołał — w którym się miewa apopleksję?Tylko moje najzawziętsze wrogi mogą znajdować przyjemność w rozpuszczaniu takich bajek. Czy puszczano mi krew, aby nawet potwarz ośmieliłasię mówić o apopleksji?

Fabrycy, pochłonięty przygotowaniami do ucieczki, nie mógł zrozumiećdziwnych hałasów, które napełniały cytadelę w chwili, gdy przyniesionowpół martwego generała. Najpierw przyszło mu na myśl, że zmienionowyrok i że mają go prowadzić na śmierć. Widząc, że nikt się nie zjawia,pomyślał, że Klelię odkryto; że gdy wracała do twierdzy, odebrano jejsznury, które prawdopodobnie przyniosła, i że plany ucieczki przepadły.Nazajutrz o świcie wszedł do jego pokoju nieznany człowiek, który niemówiąc słowa postawił przed nim kosz owoców, pod owocami ukryty byłnastępujący list:

Przejęta zgryzotą z powodu tego, co się stało, nie z moją zgodą, chwałaniebu, ale z przyczyny myśli, która mi przyszła do głowy, uczyniłamNajświętszej Pannie ślub, iż jeżeli dzięki Jej świętemu wstawiennictwuojciec wyzdrowieje, nigdy nie sprzeciwię się jego rozkazom, wyjdę zamargrabiego, skoro się o mnie oświadczy, i nigdy pana nie ujrzę na oczy.Mimo to sądzę, że obowiązkiem moim jest dokończyć tego, co zaczęto.

Najbliższej niedzieli za powrotem ze mszy św., dokąd pana zaprowadząna moją prośbę (niech się pan stara oczyścić duszę, może pan zginąć w tymstraszliwym przedsięwzięciu), za powrotem ze mszy, powiadam, niech siępan jak najdłużej ociąga, wracając do celi — znajdzie pan w niej wszystko, copotrzeba dla zamierzonego planu. Jeśli pan zginie, będę w rozpaczy! Czybędzie pan mógł mnie winić, żem się przyczyniła do pańskiej śmierci? Czysama księżna nie powtarzała mi kilkakrotnie, że pani Raversi zwycięża? Że chce związać księcia okrucieństwem, które by go na zawsze oddaliło odhrabiego Mosca? Księżna, zalewając się łzami, przysięgała mi, że zostałjedynie ten ratunek; zginiesz, jeśli się nie odważysz na ten krok. Nie będziemi już wolno patrzeć na pana, uczyniłam ślub, ale jeśli w niedzielę nadwieczorem ujrzy mnie pan odzianą czarno w tym oknie co zwykle, będzie toznak, że następnej nocy wszystko zastaniesz przygotowane, o ile zdołamtego dokonać przy moich słabych środkach. Po jedenastej, może o dwunastej lub pierwszej, pojawi się w moim oknie lampka: to będzie momentstanowczy; poleć się swemu świętemu patronowi, weź duchowne suknie,które masz pod ręką, i ruszaj.

Żegnaj, Fabrycy! Będę się modliła, i to lejąc gorzkie łzy, możesz miwierzyć, gdy ty będziesz w tak strasznym niebezpieczeństwie! Jeśli zginiesz,ja cię nie przeżyję! Boże! co ja mówię? Ale jeśli ci się powiedzie, nie ujrzęcię już nigdy. W niedzielę po mszy znajdziesz w celi pieniądze, truciznę,sznury — wszystko przesłane przez tę straszliwą kobietę, która cię namiętniekocha i która powtórzyła mi trzy razy, że trzeba obrać tę drogę. Niech cięstrzeże Bóg i święta Madonna.

Fabio Conti był to żandarm wciąż niespokojny, wciąż nieszczęśliwy,rojący nawet we śnie, że któryś więzień mu ucieka. Znienawidzony byłw całej cytadeli; że jednak nieszczęście jednako urabia wszystkich, biedniwięźniowie, nawet ci, którzy byli skuci w kaźni na trzy stopy wysokiej, natrzy stopy szerokiej i na osiem stóp długiej, gdzie nie mogli stać, ani siedzieć,wszyscy tedy więźniowie, nawet ci, powtarzam, wpadli na pomysł, aby kazaćna swój koszt odśpiewać Te Deum, kiedy się dowiedzieli, że gubernatorwyszedł z niebezpieczeństwa. Paru nieszczęśników napisało sonety na cześćFabia Conti. Och! jakże działa nieszczęście na ludzi! Niechaj tego, który ichpotępia, los skaże na to, aby spędził rok w jamie na trzy stopy wysokiej,z ośmioma uncjami chleba dziennie i postem co piątek!

Klelia, która opuszczała pokój ojca jedynie po to, aby się pomodlićw kaplicy, oznajmiła, że gubernator postanowił, iż uroczystości odbędą sięaż w niedzielę. Tego dnia rano Fabrycy był na mszy i na Te Deum; wieczorembyły ognie sztuczne, w sieniach zaś pałacu rozdano żołnierzom wino w ilościcztery razy większej niż ta, którą gubernator zezwolił. Nieznajoma rękapodsunęła nawet kilka baryłek wódki, które żołnierze wypróżnili. Żołnierze, którzy pili, nie mogli w szlachetności swojej pozwolić, aby koledzypełniący wartę byli skrzywdzeni; w miarę jak każdy dochodził do swej budki, przekupiony służący podawał im wino. Nie wiadomo z czyjej ręki ci,którzy objęli wartę o północy i później, dostali też wódki, przy czym zakażdym razem zostawiano przez zapomnienie butelkę (jak to wykazałpóźniejszy proces).

Zamęt trwał dłużej, niż Klelia przypuszczała, dopiero koło pierwszejw nocy Fabrycy, który od tygodnia przepiłowywał dwie sztaby w oknie (wtym, które nie wychodziło na ptaszkarnię), zaczął zdejmować okiennicę,pracował niemal nad głową szyldwachów, którzy pilnowali pałacu gubernatora i nie słyszeli nic. Uczynił jedynie kilka dodatkowych węzłów naogromnym sznurze, potrzebnym, aby zejść z tej strasznej wysokości stuosiemdziesięciu stóp. Przewiesił sobie te sznury przez pierś, niby ładownicę:zawadzały mu, zajmowały bowiem masę miejsca, odstawały przeszło naosiemnaście cali od ciała. „To wielka przeszkoda” — powiedział sobieFabrycy.

Ułożywszy jakoś ten sznur Fabrycy wziął linkę, za pomocą której miałprzebyć trzydzieści pięć stóp dzielących jego okno od terasy, na którejznajdował się pałac gubernatora. Że jednak, mimo iż żołnierze byli pijani,nie mógł im zleźć wprost na głowy, wyszedł, jak rzekliśmy, drugim oknem,tym, które wychodziło na dach strażnicy. Otóż, skoro tylko generałodzyskał mowę, wpadł na myśl — dziwactwa chorego — aby sprowadzićdwustu żołnierzy do tej dawnej strażnicy, opustoszałej przeszło od stu lat.Powiadał, że ci, co go otruli, zechcą go zamordować w łóżku: tych dwustużołnierzy miało go strzec. Można sobie wyobrazić, jak ten nieoczekiwanykrok podziałał na Klelię: bogobojna dziewczyna czuła, do jakiego stopniazdradza ojca, i to ojca, którego niemal otruto w sprawie jej ukochanego.W niespodziewanym przybyciu tych dwustu ludzi ujrzała wyrok Opatrzności, który jej bronił iść dalej i uwolnić z więzienia Fabrycego.

Ale cała Parma mówiła o bliskiej śmierci więźnia. Poruszano świeżo tenprzedmiot na uroczystości weselnej Julii Crescenzi. Skoro dla takiegogłupstwa, jak utrupienie jakiegoś komedianta, człowieka takiego jakFabrycy nie wypuszczano na wolność po dziewięciu miesiącach więzienia,mimo poparcia pierwszego ministra, znaczyło to, że musi być w tej sprawiepolityka. „W takim razie nie ma co się nim zajmować — powiadano — jeśliwładzom nie wypada uśmiercić go na publicznym placu, umrze niebawemz choroby. Ślusarz, wezwany do pałacu przez generała, mówił o Fabrycymjak o kimś straconym od dawna, którego śmierć ukrywa się przez politykę.To skłoniło ostatecznie Klelię.

Rozdział dwudziesty drugi

W ciągu dnia oblegały Fabrycego przykre refleksje, ale w miarę jaksłyszał bicie godzin zbliżających go do chwili działania, czuł się lekkii wesoły.

Księżna ostrzegła go, że upije się świeżym powietrzem i że znalazłszy siępoza celą nie będzie mógł iść; w takim razie lepiej — bądź co bądź — narazićsię na pojmanie niż rzucać się z muru wysokiego na sto osiemdziesiąt stóp.,,Jeżeli zdarzy mi się to nieszczęście — powiedział Fabrycy — położę się podparapetem, prześpię się godzinę, po czym zacznę na nowo. Skoro przysiągłem Klelii, wolę raczej spaść z muru, choćby najwyższego, niż musieć sięwciąż zastanawiać nad smakiem więziennego chleba. Cóż za boleści musidoznawać człowiek ginący od trucizny! Fabio Conti nie będzie robiłceremonii, każe mi podać arszenik, którym się truje szczury w cytadeli.”

Około północy gęsta biaława mgła, która wyłania się niekiedy z Padu,spowiła najpierw miasto, następnie podniosła się aż na terasę i bastiony,wśród których wznosi się wielka wieża cytadeli. Fabrycy zauważył, żez parapetu platformy pewnie już nie widać akacji otaczających ogródkizałożone przez żołnierzy u stóp olbrzymiego muru. „To świetnie” — pomyślał.

W kilka chwil po uderzeniu wpół do pierwszej lampka ukazała sięw oknie ptaszkami. Fabrycy był gotów; przeżegnał się, po czym przywiązałdo łóżka linkę przeznaczoną na przebycie trzydziestu pięciu stóp dzielącychgo od platformy, na której znajdował się pałac. Dostał się bez szwanku nadach strażnicy zajętej od wczoraj przez wspomnianych dwustu ludzi,którymi wzmocniono załogę. Nieszczęściem, mimo iż była za piętnaściepierwsza, żołnierze nie spali jeszcze; skradając się jak kot po dachuz wielkich rurkowanych dachówek, Fabrycy słyszał, jak mówią, że diabełtłucze się po dachu i że trzeba by doń wygarnąć z fuzji. Ten i ów twierdził, żezamiar to wielce bezbożny; inny znów, że gdyby wystrzelono z fuzji, a nicnie zabito, gubernator wsadziłby ich wszystkich do aresztu za to, że bezpotrzeby niepokoją załogę. Dyskusja ta stała się powodem, że Fabrycy starał się jak najprędzej przebyć dach, co było połączone z wielkim hałasem. Faktem jest, iż w chwili gdy wisiał na sznurze, prześlizgując się tużprzed oknem — na szczęście oddalonym o kilka stóp z przyczyny wystającego okapu — okno było najeżone bagnetami. Opowiadano później, iżFabrycy, zawsze pełen fantazji, wpadł na to, aby odegrać rolę diabła i żerzucił żołnierzom garść cekinów. Tyle jest pewne, że rozsypał sporo cekinów na podłodze w celi i że je posiał także na drodze od wieży Farnese do parapetu, aby odwrócić uwagę żołnierzy, w razie gdyby go ścigali.

Przybywszy na platformę i otoczony szyldwachami, którzy zazwyczaj cokwadrans krzyczeli całe zdanie: „Wszystko w porządku koło mego stanowiska”, skierował się ku parapetowi od strony zachodniej, szukając nowegokamienia.

Jedno wydaje się nieprawdopodobne i mogłoby obudzić wątpliwość codo samego faktu, gdyby całe miasto nie było świadkiem rezultatu; mianowicie to, iż warty wzdłuż parapetu nie dostrzegły i nie przytrzymały Fabrycego. Prawda, iż mgła, o której mówiliśmy, zaczynała się podnosić; Fabrycypowiadał, że kiedy był na platformie, miał wrażenie, że doszła już do połowy wieży Farnese. Ale ta mgła nie była gęsta; Fabrycy widział doskonaleszyldwachów, z których paru przechadzało się. Dodał, iż jak gdyby pchanynadnaturalną siłą przystanął śmiało między dwiema dość bliskimi wartami.Zdjął spokojnie sznur, którym był opasany i który zaplątał się dwa razy;trzeba mu było wiele czasu, aby go rozwinąć i wyciągnąć na parapecie.Słyszał głosy żołnierzy ze wszystkich stron; zdecydowany był zasztyletowaćpierwszego, który by się zbliżył. „Nie czułem wcale lęku — dodawał — miałem uczucie, że dopełniam jakiejś ceremonii.”

Rozplątawszy wreszcie sznur, przywiązał go do otworu uczynionegow parapecie dla odpływu wody, wstąpił na sam parapet i pomodlił siężarliwie; po czym, jak bohater z czasów rycerstwa, pomyślał chwilę o Klelii.,,Jakiż ja jestem różny — powiedział sobie — od płochego i swawolnegoFabrycego, który wszedł tu przed dziewięciu miesiącami! Wreszcie zacząłsię spuszczać z tej zdumiewającej wysokości. Działał mechanicznie, opowiadał, tak jakby to czynił w biały dzień, wobec przyjaciół, dla wygraniazakładu. Mniej więcej w połowie drogi uczuł, że ręce mu słabną; zdawałomu się wręcz, że puścił sznur na chwilę, ale niebawem chwycił go znowu,może — powiadał — zatrzymał się na krzach, po których się zsuwał i które godrapały. Od do czasu doznawał straszliwego bólu między łopatkami,ból dochodził do tego, że tamował mu oddech. Sznur kołysał się w sposób bardzo przykry, co chwila Fabrycy bujał się między murem a krzami.Potrącił kilka ptaków, które, obudzone, uderzyły go skrzydłami, pierzchając. Za pierwszym razem sądził, że to są ludzie schodzący z cytadeli tą samądrogą, aby go ścigać: gotował się do obrony. Wreszcie dostał się do stópwielkiej wieży bez szwanku; ręce tylko miał we krwi. Opowiadał, że odpołowy wieży szkarpa, która stanowi jej ścianę, była mu bardzo pomocna;zsuwał się po murze w dół, a rośliny rosnące między kamieniami trzymały gonader skutecznie. Przybywając na dół do ogródków żołnierskich, trafił naakację, która widziana z góry wydawała się kilka stóp wysoka, a w istociemiała ich kilkanaście. Pijak jakiś, śpiący tam, wziął go za złodzieja.Spadając z tego drzewa, Fabrycy niemal wywichnął sobie lewe ramię. Zacząłuciekać ku wałom, ale — powiadał — nogi miał jak z waty, nie miał w nichżadnej siły. Mimo niebezpieczeństwa usiadł i wypił trochę wódki. Usnął nakilka minut, tak że nie wiedział już, gdzie jest; budząc się, nie mógłzrozumieć, w jaki sposób, będąc w swoim pokoju, widzi drzewa. Wreszciestraszliwa rzeczywistość stanęła mu w pamięci. Natychmiast ruszył w stronęwału, wszedł nań wielkimi schodami. Tuż obok szyldwach chrapał w budce.Natknął się na armatę w trawie; przywiązał do niej trzeci sznur. Sznurokazał się nieco za krótki; Fabrycy wpadł do błotnego rowu, gdzie możebyło na stopę wody. Gdy się podnosił i starał się rozeznać, uczuł, że gochwytają dwaj ludzie. Zląkł się przez chwilę, ale niebawem usłyszał naduchem bardzo cicho: „Ach, monsignore! monsignore!” Zrozumiał mglisto,że to pomoc z ramienia księżnej; natychmiast omdlał. W jakiś czas uczuł, żego niosą jacyś ludzie idący w milczeniu i bardzo szybko; następniezatrzymali się, co go mocno zaniepokoiło. Ale nie miał siły mówić aniotworzyć oczu; czuł, że go ktoś ściska; nagle poczuł zapach sukien księżnej.Zapach ten przywołał go do życia; otworzył oczy, zdołał wymówić te słowa:,,To ty, droga...” — po czym znów popadł w głębokie omdlenie.

Wierny Bruno z garścią oddanych hrabiemu żandarmów był w rezerwieo dwieście kroków, sam hrabia ukryty był w małym domku, blisko miejsca,gdzie czekała księżna. Nie zawahałby się, gdyby trzeba, dobyć szpady wrazz paroma wiarusami, swymi serdecznymi przyjaciółmi, czuł się niejakoobowiązany ocalić życie Fabrycemu, który wydawał mu się poważniezagrożony, a który byłby dziś na wolności, gdyby on, Mosca, nie popełniłtego głupstwa, iż chciał oszczędzić głupstwa swemu panu.

Od północy księżna, otoczona ludźmi uzbrojonymi od stóp do głów,błądziła w głębokim milczeniu pod murami cytadeli; nie mogła wytrwać w miejscu, myślała, że będzie musiała walczyć, aby wydrzeć Fabrycegopościgowi. Płomienna jej wyobraźnia podjęła sto ostrożności zbyt długichdo wyszczególnienia i niewiarygodnie szalonych. Obliczono, że przeszłoosiemdziesięciu agentów było na nogach tej nocy, przygotowanych na to, żebędą musieli się bić dla jakiejś nadzwyczajnej sprawy. Szczęściem, Ferrantei Lodovico objęli komendę, a minister policji nie krzyżował planów; ale samhrabia podniósł fakt, że księżnej nie zdradził nikt i że on jako minister niewiedział o niczym.

Na widok Fabrycego księżna straciła głowę; ściskała go konwulsyjnie,tuliła; wpadła w rozpacz, widząc na sobie plamy krwi: była to krew z rąkFabrycego; myślała, że jest poważnie ranny. Przy pomocy jednego z ludzizdejmowała mu ubranie, aby go opatrzyć, kiedy Lodovico, który naszczęście był przy tym, wsadził przemocą księżnę i Fabrycego do powozikuukrytego w ogrodzie opodal bram miasta. Puścili się co koń wyskoczy, abyprzebyć Pad koło Sacca. Ferrante z dwoma dziesiątkami uzbrojonych ludzitworzył tylną straż i poprzysięgał na głowę, że wstrzyma pościg. Hrabia, sami pieszo, opuścił pobliże cytadeli aż w dwie godziny później, kiedy ujrzał, żenic się nie rusza. „Jestem tedy zdrajcą stanu” — powtarzał sobie, pijanyradością.

Lodovico miał wyborną myśl, aby pomieścić w jednym z wehikułówmłodego chirurga będącego w służbach księżnej, a podobnego nieco doFabrycego.

— Uciekaj pan — rzekł — w stronę Bolonii, bądź bardzo nieostrożny,staraj się, aby cię przytrzymano; wówczas mieszaj się w odpowiedziachi wyznaj wreszcie, że jesteś Fabrycy del Dongo; staraj się zwłaszcza zyskaćna czasie. Dołóż wszelkich starań, aby być niezręczny, wykpisz się miesiącem więzienia, a księżna da panu pięćdziesiąt cekinów.

— Czy może myśleć o pieniądzach ten, kto służy księżnej?

Ruszył i w kilka godzin przytrzymano go, ku pociesznej radości generałai Rassiego, któremu wraz z niebezpieczeństwem Fabrycego ulatywałasprzed nosa baronia.

W cytadeli spostrzeżono ucieczkę dopiero o szóstej rano, a dopieroo dziesiątej odważono się powiedzieć o niej księciu. Panią Sanseverinaobsłużono tak gorliwie, iż mimo głębokiego snu Fabrycego, który brała zaśmiertelne omdlenie, co sprawiło, iż trzy razy zatrzymała powóz, przebyłaPad w barce w chwili, gdy biła czwarta. Konie czekały na lewym brzegu;zrobiła jeszcze dwie mile z nadzwyczajną chyżością, po czym trzeba się było godzinę zatrzymać dla sprawdzenia paszportów. Księżna miała paszportywszelkiego rodzaju dla siebie i Fabrycego, ale była tak nieprzytomna, żedała dziesięć napoleonów urzędnikowi austriackiej policji i ujęła go za rękę,zalewając się łzami. Urzędnik, przerażony, zaczął na nowo badanie. Wzięlipocztę; księżna tak rzucała pieniędzmi, że wszędzie budziła podejrzeniaw kraju, gdzie wszelki cudzoziemiec jest podejrzany. Lodovico jeszcze razprzyszedł z pomocą; powiedział, że księżna szaleje z bólu z powoduuporczywej gorączki młodego hrabiego Mosca, syna pierwszego ministraw Parmie, którego wiezie, aby się poradzić lekarzy w Pawii.

Dopiero o dziesięć mil za Padem więzień rozbudził się zupełnie; miałramię wytknięte i mnóstwo zadrapań. Księżna znowu zachowywała się tak,że oberżysta, u którego zatrzymano się na obiad, myślał, że ma przed sobąarcyksiężnę austriacką i chciał jej oddać honory, kiedy Lodovico oświadczył, że arcyksiężna postara się go niechybnie wtrącić do więzienia, o ilekaże bić w dzwony.

Wreszcie koło szóstej wieczór przybyli na terytorium piemonckie. Tamdopiero Fabrycy był zupełnie bezpieczny; przewieziono go do wioski z dalaod gościńca, opatrzono mu ręce — i znowu przespał kilka godzin.

W wiosce księżna ważyła się na czyn nie tylko okropny z punktumoralności, ale opłakany dla spokoju jej życia. Na kilka tygodni przeducieczką Fabrycego, pewnego dnia, kiedy cała Parma udała się pod bramycytadeli, aby oglądać w dziedzińcu rusztowanie, jakie wznoszono dlawięźnia, księżna pokazała Lodovicowi, który stał się jej prawą ręką, sekret,wedle którego przy pomocy ukrytej sprężynki poruszało się kamień,stanowiący dno słynnego zbiornika wody w pałacu Sanseverina, owegodzieła z trzynastego wieku, o którym jużeśmy wspominali. Gdy Fabrycyspał w miejscowej trattoria, księżna kazała wezwać Lodovica. Myślał, żeoszalała, tak dziwny blask rzucały jej spojrzenia.

— Przypuszczasz pewnie — rzekła — że ja ci dam kilka tysięcy franków;otóż nie, znam cię: jesteś poeta, rychło przepuściłbyś te pieniądze. Daję cimały folwarczek Ricciarda o milę od Casal-Maggiore.

Lodovico rzucił się do jej stóp, oszalały z radości, zaklinając się z całegoserca, że nie dla pieniędzy pomagał do ocalenia monsignore Fabrycego, żezawsze był doń osobliwie przywiązany, od czasu jak miał raz szczęście wieźćgo w charakterze młodszego stangreta jaśnie pani. Kiedy ten zacny i dzielnyczłowiek uznał, że dość już zajmuje swoją osobą tak wielką damę, chciałodejść, ale ona z błyszczącymi oczami rzekła:

— Zostań!

Przechadzała się bez słowa w karczemnej izbie, spoglądając od czasu doczasu na Lodovica niesamowitym wzrokiem. Wreszcie on, widząc, że tejprzechadzce nie ma końca, uznał za właściwe przemówić:

— Jaśnie pani obdarowała mnie tak nadmiernie, tak ponad wszelkieoczekiwanie biedaka, tak ponad liche zasługi, jakie miałem zaszczyt oddać,iż sądzę sumiennie, że nie mogę przyjąć tego daru. Mam zaszczyt zwrócićjaśnie pani ten mająteczek i proszę, aby mi wyznaczyła czterysta franków pensji.

— Ile razy w życiu — rzekła z posępną dumą — ile razy w życiu słyszałeś,abym poniechała zamiaru, który raz objawiłam?

Po tych słowach księżna przechadzała się jeszcze kilka minut, po czym,zatrzymując się nagle, wykrzyknęła:

— To przypadkiem i dlatego, że się umiał spodobać tej dziewczynie, życieFabrycego ocalone! Gdyby nie był tak uroczy, zginąłby. Czy możesz temuzaprzeczyć? — rzekła, podchodząc do Lodovica z oczami, w których błyszczała ponura wściekłość. Lodovico cofnął się o kilka kroków myśląc, żeoszalała, co przejęło go niepokojem o los folwarczku Ricciarda.

— Zatem — podjęła księżna pogodnie i wesoło, zupełnie odmieniona — chcę, aby moi poczciwi ludzie w Sacca mieli dobry dzień, o którym by długopamiętali. Wrócisz do Sacca, czy masz co przeciw temu? Czy sądzisz, że ci togrozi niebezpieczeństwem?

— Drobnostka, proszę pani: żaden z mieszkańców Sacca nie powie, że jabyłem w służbach monsignora. Zresztą, jeżeli mam wyznać pani, palę się,aby ujrzeć mój folwarczek w Ricciarda: takie mi się to dziwne wydaje byćwłaścicielem ziemskim!

— Podoba mi się twoja wesołość. Dzierżawca w Ricciarda winien mi jest,jak sądzę, trzy czy cztery lata dzierżawy; darowuję mu połowę, a drugąpołowę zaległości daję tobie, ale pod tym warunkiem: udasz się do Sacca;powiesz, że pojutrze jest święto jednej z moich patronek, i wieczorem poswoim przybyciu każesz iluminować zamek, jak można najwspanialej. Nieszczędź pieniędzy ani trudu; pomyśl, że chodzi o szczęście mego życia. Oddawna przygotowałam tę iluminację; przeszło od trzech miesięcy gromadziłam w piwnicach zamkowych wszystko, co może się przydać do tegowielkiego święta; dałam ogrodnikowi do przechowania wszystkie przyrządydo wspaniałego fajerwerku: każesz go puścić na terasie wychodzącej na Pad. Mam w piwnicach osiemdziesiąt dziewięć wielkich beczek wina, każeszzrobić osiemdziesiąt dziewięć fontann winnych w moim parku. Jeśli jutrozostanie bodaj jedna butelka nie wypita, powiem, że nie kochasz Fabrycego. Kiedy fontanny, iluminacja i ognie sztuczne będą w pełni, wymkniesz sięprzezornie, możebne bowiem jest — i mam tę nadzieję! — iż w Parmie całyten obchód wyda się zuchwalstwem.

— To nie tylko możliwe, ale pewne, jak pewnym jest, że poborca Rassi,który podpisał wyrok na monsignora, pęknie z wściekłości. A nawet... — dodał Lodovico nieśmiało — gdyby jaśnie pani chciała zrobić swemubiednemu słudze większą przyjemność niż darowując mu połowę zaległychczynszów, pozwoliłaby mi wypłatać psikusa Rassiemu...

— Jesteś dzielny człowiek! — wykrzyknęła księżna z zapałem — alezabraniam ci bezwarunkowo płatać cokolwiek Rassiemu: mam zamiarpowiesić go publicznie, ale później. Co do ciebie, nie daj się przychwycićw Sacca; wszystko by przepadło, gdybym straciła ciebie.

— Ja, pani! Kiedy powiem, że święcę pani imieniny, gdyby nawet policjanasłała nam trzydziestu żandarmów i chciała przeszkadzać, może pani byćpewna, że nim by dotarli do czerwonego krzyża we wsi, ani jeden niesiedziałby na koniu. Ho, ho, mieszkańcy Sacca nie żartują! To wszyscyprzemytnicy całą gębą i przepadają za panią.

— Otóż — ciągnęła księżna tonem dziwnie lekkim — o ile chcę napoićwinem moich wiernych ludzi w Sacca, chcę zalać wodą mieszkańców Parmy;tego samego wieczora, kiedy zamek będzie iluminowany, weź najlepszegokonia z mojej stajni, pędź do pałacu w Parmie i otwieraj zbiornik.

— Ha! świetna myśl! — wykrzyknął Lodovico śmiejąc się jak szalony — wina dzielnym ludziom w Sacca, wody mieszczuchom parmeńskim, którzybyli już pewni — łajdaki! — że monsignora otrują tak jak biednego L...

Radość Lodovica nie miała granic; księżna patrzyła z przyjemnością najego szalone wybuchy śmiechu; powtarzał bez końca:

— Wina zacnym ludziom w Sacca, wody łajdakom w Parmie! Jaśnie pani wie z pewnością lepiej ode mnie, że kiedy przed dwudziestu laty opróżnił ktoś niebacznie zbiornik, na wielu ulicach w Parmie było na stopęwody.

— Wody łajdakom w Parmie! — powtórzyła księżna, śmiejąc się. — Promenada przed cytadelą byłaby pełna ludzi, gdyby miano ścinać Fabrycego... Nazywali go wielkim zbrodniarzem... Ale zwłaszcza zrób to zręcznie, niech nigdy żywa dusza nie wie, że ta powódź jest z twojej rękii z mego rozkazu. Fabrycy, sam hrabia nawet, nie powinni nic wiedziećo tym szalonym koncepcie... Ale zapomniałam o biednych w Sacca! Napiszlist do mego plenipotenta, a ja podpiszę; powiedz mu, aby w dzień mojejpatronki rozdał sto cekinów biednym w Sacca i aby ci był posłuszny wewszystkim, co się tyczy iluminacji, ogni sztucznych i wina; niech zwłaszczanie zostanie nazajutrz ani jedna butelka w mojej piwnicy.

— Plenipotent pani będzie miał tylko jeden kłopot: od pięciu lat, przezktóre zamek należy do pani, nie zostało w Sacca ani dziesięciu biednych.

A wody łajdakom w Parmie! — podjęła księżna, nucąc. — W jaki sposób wykonasz ten żarcik?

— Plan mam gotowy: ruszam z Sacca około dziewiątej, o wpół dojedenastej koń mój jest w gospodzie „Pod Trzema Ciemięgami”, na drodzedo Casal-Maggiore i do mojego folwarku Ricciarda; o jedenastej jestemw swoim pokoju w pałacu, a o kwadrans na dwunastą „wody łajdakomw Parmie”, i więcej, niż zechcą, iżby się mogli napić za zdrowie „wielkiegozbrodniarza”. W dziesięć minut później opuszczam miasto gościńcembolońskim. Po drodze składam głęboki ukłon cytadeli, którą odwagamonsignora i przemyślność jaśnie pani okryły świeżą hańbą; puszczam siępolną ścieżką, dobrze mi znaną, i wkraczam z paradą do Ricciarda. Lodovico podniósł oczy na księżnę i przeląkł się: patrzyła uparcie w ścianęodległą o sześć kroków od niej i trzeba przyznać, spojrzenie jej miało cośdzikiego. „Och, mój biedny folwarczek! — pomyślał Lodovico — ani chybi,ona jest szalona!” Księżna spojrzała nań i odgadła jego myśli.

— Aha, mości Lodovico, wielki poeto, chciałbyś mieć akt darowizny napiśmie: żywo, przynieś ćwiartkę papieru.

Lodovico nie dał sobie powtarzać; księżna napisała własną ręką szczegółowy akt, datowany sprzed roku, zaświadczający, że otrzymała od LodovicaSan Micheli osiemdziesiąt tysięcy franków, na które dała mu w zastawfolwark Ricciarda. Jeśli po upływie dwunastu miesięcy księżna nie oddaLodovicowi rzeczonych osiemdziesięciu tysięcy, Ricciarda zostaje jegowłasnością.

„Pięknie jest — powiadała sobie księżna — oddać wiernemu słudze prawietrzecią część tego, co mi w ogóle zostało!”

— A, prawda! — rzekła do Lodovica — po figlu z puszczeniem wody daję citylko dwa dni na wywczasy w Casal-Maggiore. Iżby sprzedaż była ważna, powiedz, że ta sprawa datuje się przeszło sprzed roku. Wracaj do Belgirate,i to bez zwłoki; Fabrycy pojedzie być może do Anglii i weźmie cię z sobą.

Wcześnie rano księżna i Fabrycy znaleźli się w Belgirate.

Rozgoszczono się w tej czarownej wiosce; ale śmiertelna zgryzotaczekała księżnę nad Lago Maggiore. Fabrycy był zupełnie zmieniony: odowego letargu, w jaki popadł po swej ucieczce, księżna spostrzegła, żedzieje się z nim coś niezwykłego. Trawiło go dziwaczne uczucie, którezresztą ukrywał troskliwie: rozpacz, że nie jest w więzieniu. Strzegł sięprzyznać do tej przyczyny smutku; sprowadziłoby to pytania, których chciałuniknąć.

— Jak to! — powiadała księżna, zdumiona — to okropne wrażenie, kiedygłód i osłabienie zmusiły cię sięgać po ohydną strawę z kuchni więziennej, topytanie: „Czy nie ma w tym jakiegoś osobliwego smaku, czy ja się nie trujęw tej chwili?” — czy to nie przejmowało cię wstrętem?

— Myślałem o śmierci — odpowiadał Fabrycy — tak jak myślą o niejżołnierze: jako o rzeczy możliwej, której miałem nadzieję uniknąć swoimsprytem.

Tak więc, co za niepokój, co za ból dla księżnej! Ten Fabrycy, ubóstwiany, niezwykły, oryginalny, żywy, był obecnie w jej oczach pastwą głębokiejzadumy; wolał nawet samotność od przyjemności mówienia o wszystkimotwarcie z najlepszą przyjaciółką, jaką miał w świecie. Zawsze był dobry,serdeczny, wdzięczny wobec księżnej, byłby, jak niegdyś, oddał sto razyżycie dla niej, ale dusza jego była gdzie indziej. Robili kilkumilowe spacerypo tym cudnym jeziorze, nie wymawiając słowa. Rozmowa, ta wymianachłodnych myśli, jedynie możebna odtąd między nimi, wydawałaby sięmoże przyjemna innym; ale oni — zwłaszcza księżna — pamiętali jeszcze,czym była ich rozmowa przed tym nieszczęsnym zajściem, które ichrozdzieliło. Fabrycy winien był księżnej dzieje dziewięciu miesięcy okropnego więzienia — okazało się, iż w tym przedmiocie ma do powiedzeniajedynie parę słów.

„To było nieuniknione wcześniej czy później — powiadała sobie księżnaz posępnym smutkiem. — Zgryzota postarzyła mnie lub też on kocha inną,a ja już mam jedynie drugie miejsce w jego sercu.” Zdeptana, zmiażdżonatym największym z nieszczęść, powiadała sobie niekiedy: „Gdyby niebozechciało, aby Ferrante oszalał zupełnie lub nie zdobył się na odwagę, zdajemi się, że byłabym mniej nieszczęśliwa.” Od tej chwili wyrzut ten zatrułszacunek, jaki księżna miała dla własnego charakteru. „Tak więc — powiadała sobie z goryczą — żałuję powziętego postanowienia; nie jestem już córądel Dongów!”

„Niebo tak chciało — powiadała sobie. — Fabrycy jest zakochany i jakimprawem chciałabym, aby nie był zakochany? Czy padło kiedy między namibodaj słowo prawdziwej miłości?”

Ta rozsądna myśl odjęła jej sen; faktem jest — co było dowodem, żestarość i zniechęcenie opadły ją wraz z nadzieją wspaniałej zemsty — że czułasię sto razy nieszczęśliwsza w Belgirate niż w Parmie. Co do osoby, któramogła być przedmiotem dziwnej zadumy Fabrycego, nie można było miećwątpliwości. Klelia Conti, ta nabożna dziewczyna, zdradziła ojca, pozwalając upoić załogę, a Fabrycy nigdy nie mówił o Klelii! „Ale — dodawałaksiężna bijąc się z rozpaczą w pierś — gdyby nie upito załogi, wszystkie mojeplany, wszystkie starania byłyby daremne; więc to ona go ocaliła!”

Z największym trudem księżna wydobyła z Fabrycego szczegóły owejnocy, która — powiadała sobie — niegdyś stanowiłaby przedmiot niewyczerpanych rozmów! W owych szczęśliwych czasach byłby mówił cały dzień,z niesłabnącą werwą, o najmniejszym szczególe.

Ponieważ trzeba było wszystko przewidywać, księżna pomieściła Fabrycego w porcie Locarno, w mieście szwajcarskim na krańcu Lago Maggiore.Codziennie jechała po niego statkiem, aby go zabrać na długą przejażdżkępo jeziorze. Otóż jednego razu wstąpiwszy do niego, ujrzała pokój wybitymnóstwem widoków Parmy, które Fabrycy sprowadził z Mediolanu lubnawet z samej Parmy, miejscowości, do której powinien był mieć wstręt.Salonik, zmieniony na pracownię, założony był przyborami do malowaniaakwarelą; Fabrycy kończył trzeci widoczek wieży Farnese i pałacu gubernatora.

— Brakuje jedynie — rzekła uszczypliwie — abyś zrobił z pamięci portreciktego miłego gubernatora, który chciał cię tylko otruć. Ale prawda — ciągnęłaksiężna — powinien byś napisać doń list z przeproszeniem, żeś się ośmieliłumknąć i okryć śmiesznością cytadelę.

Biedna kobieta nie przypuszczała, że zgaduje tak dobrze; ledwie znalazłszy się w bezpiecznym miejsc, Fabrycy natychmiast napisał do gubernatora Fabia Conti list bardzo ugrzeczniony i poniekąd bardzo śmieszny;przepraszał go, że uciekł, podając jako usprawiedliwienie, iż miał powodyprzypuszczać, że jakaś podrzędna figura ma poruczone zadać mu truciznę.Mało mu zależało na tym, co pisze: Fabrycy miał nadzieję, że oczy Kleliiujrzą ten list; twarz jego w czasie pisania zwilżyła się łzami. Zakończył bardzo pociesznym zdankiem: śmiał powiedzieć, iż będąc na wolności,często żałuje swego pokoiku w wieży Farnese. To był główny sens listu: miałnadzieję, że Klelia go zrozumie. W rozpędzie pisania, wciąż w nadziei, żektoś to przeczyta, Fabrycy napisał z podziękowaniem do don Cezara,zacnego kapelana, który mu pożyczył teologicznych książek. W kilka dnipóźniej Fabrycy poprosił księgarza z Locarno, aby się udał do Mediolanu,gdzie tenże księgarz, przyjaciel słynnego bibliomana Reina, kupił najwspanialsze wydania, jakie mógł znaleźć, dzieł pożyczonych przez don Cezara.Zacny kapelan otrzymał te książki oraz piękny list, w którym więzieńusprawiedliwiał się, iż w chwilach zniecierpliwienia — które można muwybaczyć — pokreślił marginesy książek niedorzecznymi notatkami. Błagago zatem, aby zastąpił te dzieła tomami, które eks-więzień pozwala sobieofiarować mu z wyrazami najżywszej wdzięczności.

W prostocie ducha Fabrycy nazwał mianem notatek nieskończonegryzmoły, którymi opatrzył marginesy egzemplarza in folio dzieł świętegoHieronima. W nadziei, że będzie mógł odesłać tę książkę zacnemu kapelanowi i wymienić ją na inną, spisywał na marginesie dzień po dniu dokładnypamiętnik wszystkiego, co mu się zdarzyło w więzieniu: wielkimi wydarzeniami było nie co innego, jeno wzloty boskiej miłości (,,boskiej”zastępowało inne słowo, którego nie śmiał napisać). Ta boska miłość topogrążała więźnia w otchłani rozpaczy, to znów głos dolatujący powietrzemwracał mu nadzieję i wprawiał go w upojenie. Wszystko to, na szczęście,pisane było atramentem więziennym, sporządzonym z wina, czekoladyi sadzy: don Cezar ledwie rzucił okiem na książkę, umieszczając w swojejbibliotece tom świętego Hieronima. Gdyby przepatrzył te marginesy,ujrzałby, iż jednego dnia więzień, sądząc, że jest otruty, czuł się szczęśliwy,że umrze o czterdzieści kroków od najukochańszej istoty. Ale inne oko niżoko zacnego kapelana odczytało tę stronicę od czasu jego ucieczki. Myślitej: „umrzeć w pobliżu ukochanej istoty”, wyrażonej na sto rozmaitychsposobów, towarzyszył sonet, gdzie dusza, oddzielona po okrutnych cierpieniach od tego kruchego ciała, w którym mieszkała dwadzieścia trzy lata,parta instynktem szczęścia wrodzonym wszelkiej istocie, nie chce wstąpićdo nieba, aby się wmieszać w chóry anielskie, skoro tylko będzie wolnai w razie gdy straszliwy sąd użyczy jej przebaczenia — ale że szczęśliwsza pośmierci, niż była za życia, idzie o kilka kroków od więzienia, gdzie tak długojęczała, połączyć się z tym, co kochała na świecie. I tak, powiadał ostatniwiersz sonetu, znalazłbym swój raj na ziemi.

Mimo że w cytadeli w Parmie mówiono o Fabrycym jako o niegodziwymzdrajcy, który pogwałcił najświętsze obowiązki, don Cezar zachwycony byłwidokiem pięknych książek, które przesłał mu jakiś nieznajomy. Fabrycybowiem wysłał list aż w kilka dni po przesyłce, z obawy aby jego nazwiskonie kazało odtrącić z oburzeniem daru. Don Cezar nie wspomniał o tejuprzejmości bratu, który wpadał we wściekłość na samo imię Fabrycego;ale od czasu ucieczki odnowił dawną zażyłość z kochaną bratanicą, że zaśnauczył ją niegdyś paru słów po łacinie, pokazał jej piękne dzieła, któreotrzymał. Taką właśnie nadzieję żywił eks-więzień. Naraz Klelia zarumieniła się mocno, widząc pismo Fabrycego. W rozmaitych miejscach pomieszczono jako zakładki paski żółtego papieru. I jaką prawdą jest, iż wśródpłaskich interesów pieniężnych oraz bezbarwnego chłodu pospolitych myśliwypełniających nasze życie, czyny natchnione szczerą namiętnością rzadkochybiają celu; jak gdyby przyjazne bóstwo raczyło je prowadzić za rękę,Klelia, wiedziona tym instynktem oraz myślą o jedynej rzeczy w świecie,poprosiła wuja, że chce porównać dawny egzemplarz świętego Hieronimaz tym, który świeżo otrzymał. Jak wyrazić jej upojenie wśród posępnegosmutku, w jakim pogrążyła ją nieobecność Fabrycego, kiedy na marginesiedawnego egzemplarza świętego Hieronima znalazła wiadomy sonet orazdzień po dniu pamiętnik miłości Fabrycego.

Od pierwszego dnia nauczyła się sonetu na pamięć i śpiewała go, wspartao framugę, na wprost pustego dziś okna, przeglądającego niegdyś spozażaluzji. Żaluzję tę zdjęto, aby ją złożyć w sali sądowej jako corpus delictiw pociesznym procesie, jaki Rassi wytoczył Fabrycemu, oskarżonemuo zbrodnię ucieczki, lub jak poborca powiadał, śmiejąc się sam przy tym,o to, że „się umknął łasce wspaniałomyślnego księcia”!

Każdy postępek Klelii był dla niej zgryzotą. Od czasu zaś jak byłanieszczęśliwa, wyrzuty jej były jeszcze żywsze. Starała się uśmierzyć jenieco, przypominając sobie ślub, że nigdy nie ujrzy Fabrycego,złożony Madonnie w chwili zatrucia generała i ponawiany od tego czasu codzień.

Ojciec jej chory był na ucieczkę Fabrycego; co więcej, groziła mu utratamiejsca, wówczas gdy książę w pierwszym ataku gniewu usunął wszystkichdozorców z wieży Farnese i kazał ich osadzić w więzieniu. Generał ocalałmiędzy innymi dzięki wstawiennictwu hrabiego Mosca, który wolał gowidzieć na szczycie cytadeli niż intrygującego w kołach dworskich.

W czasie tych dwóch tygodni zachwiania się generała Fabia Conti, istotnie chorego, Klelia miała odwagę dopełnić poświęcenia, które oznajmiła Fabrycemu. Miała ten spryt, aby się rozchorować w dzień uroczystości,który był zarazem dniem ucieczki jeńca, jak czytelnik może sobie przypomina; była chora i nazajutrz; słowem, umiała postępować tak zręcznie, iżz wyjątkiem dozorcy Grilla, pełniącego specjalną straż przy Fabrycym, niktnie podejrzewał jej wspólnictwa; a Grillo milczał.

Ale odkąd Klelia ubezpieczyła się z tej strony, jeszcze okrutniej nękały jąuzasadnione wyrzuty. „Cóż może — powiadała sobie — złagodzić zbrodnięcórki zdradzającej własnego ojca?”

Pewnego wieczora, po dniu spędzonym w kaplicy, we łzach, poprosiławuja swego, don Cezara, aby się udał z nią do generała, którego atakiwściekłości przerażały ją tym więcej, że przy każdej sposobności ojciecwybuchał przekleństwami na Fabrycego, tego ohydnego zdrajcę.

Stanąwszy przed obliczem ojca, miała siłę powiedzieć mu, że jeśli dotądwzdragała się oddać rękę margrabiemu Crescenzi, to dlatego, że nie czuładoń skłonności i że była pewna, iż nie znajdzie szczęścia w tym związku. Nate słowa generał wpadł w furię — z trudem zdołała Klelia dojść do słowa.Dodała, iż jeśli ojciec, znęcony olbrzymim majątkiem margrabiego, sądzi,że powinien jej stanowczo nakazać to zamęście, gotowa jest go usłuchać.Generał zdumiał się konkluzją, której zgoła się nie spodziewał; ucieszył sięjednak.

— W ten sposób — rzekł do brata — nie będę zmuszony gnieść się nadrugim pięterku, jeśli ten łobuz Fabrycy przyprawi mnie o utratę miejscaprzez swój podły postępek.

Hrabia Mosca nie omieszkał zdradzać silnego oburzenia po ucieczce tegonicponia Fabrycego; powtarzał przy każdej sposobności wymyśloneprzez Rassiego zdanie o szpetnym postępku młokosa, który się umknąłłaskawości księcia. Ten misterny frazes, uświęcony na dworze, nie przyjąłsię wśród ludu. Sądząc zdrowym rozumem i uważając Fabrycego zawielkiego winowajcę, lud podziwiał odwagę, jakiej trzeba było, aby sięspuścić z takiej wysokości. Ani jedna osoba ze dworu nie uznała tej odwagi.Co się tyczy policji, upokorzonej tą klęską, odkryła ona oficjalnie, iżoddział dwudziestu żołnierzy kupionych pieniędzmi księżnej, owej takohydnie niewdzięcznej kobiety, której imię wymawiano jedynie z westchnieniem, podał Fabrycemu cztery związane drabiny, każda na czterdzieści pięć stóp długa; Fabrycy spuścił po prostu sznur i miał jedynie tęmizerną zasługę, że wciągnął drabiny na wieżę. Kilku liberałów znanych ze swej nieopatrzności — między innymi lekarz C..., agent płatny wprost przezksięcia — dodawało, narażając się mocno, że ta nieludzka i okrutna policjarozstrzelała ośmiu nieszczęśliwych żołnierzy, którzy ułatwili niewdzięcznikowi ucieczkę. Wówczas potępili go nawet prawdziwi liberałowie za to, żeswoją nierozwagą spowodował śmierć ośmiu biedaków. W ten sposób malidespoci sprowadzają do zera znaczenie opinii.

Rozdział dwudziesty trzeci

Wśród tego powszechnego oburzenia jeden arcybiskup Landrianiokazał się wierny swemu młodemu przyjacielowi; śmiał podkreślać, nawetna dworze księżnej, zasadę prawa, wedle której w każdym procesie trzebasię chronić od wszelkich uprzedzeń, póki się nie wysłucha nieobecnego.

Nazajutrz po ucieczce Fabrycego wiele osób otrzymało dość lichy sonet,który sławił tę ucieczkę jako jeden z największych czynów epoki i porównałFabrycego z aniołem, który rozwinąwszy skrzydła spływa na ziemię.Następnego wieczora cała Parma powtarzała inny, wspaniały sonet. Był tomonolog Fabrycego zsuwającego się po linie i sądzącego rozmaite wydarzenia swego życia. Sonet ten zdobył mu uznanie, dzięki dwóm wspaniałymwierszom — znawcy odgadli pióro Ferranta Palli.

Ale tu trzeba by mi sięgnąć po styl epicki: gdzie znaleźć kolory, abyodmalować potoki oburzenia, które naraz zalały wszystkie dobrze myśląceserca, kiedy posłyszano o tym bezprzykładnym zuchwalstwie, o iluminacjizamku Sacca. Rozległ się jeden krzyk przeciw księżnej; nawet szczerzyliberałowie uważali, że to jest barbarzyństwo narażać biednych podejrzanych, trzymanych w rozmaitych więzieniach, i drażnić bezcelowo monarchę. Mosca oświadczył, że dawnym przyjaciołom księżnej pozostało tylkojedno: zapomnieć o niej. Chór oburzenia był tedy jednomyślny, cudzoziemiec przejeżdżający przez miasto byłby uderzony siłą opinii publicznej. Alew tym kraju, gdzie umieją cenić rozkosz zemsty, iluminacja oraz wspaniałazabawa wydana w parku dla przeszło sześciu tysięcy chłopów miałaolbrzymie powodzenie. Wszyscy powtarzali w Parmie, że księżna rozdałachłopom tysiąc cekinów! Tym tłumaczono twarde przyjęcie, jakie spotkałotrzydziestu żandarmów, których policja w głupocie swojej posłała dowioski, w półtorej doby po wspaniałym wieczorze i powszechnym pijaństwie, jakie po nim nastąpiło. Żandarmi, przyjęci gradem kamieni, uciekli;dwóch, którzy spadli z koni, wrzucono do Padu.

Co się tyczy pęknięcia wielkiego zbiornika w pałacu Sanseverina,przeszło ono prawie że niepostrzeżenie; w nocy kilka ulic zalała trochęwoda, nazajutrz można by rzec, że deszcz padał. Lodovico był na tyle sprytny, że wybił szyby w jednym z okien pałacowych, tak iż można byłoprzypuszczać złodziei.

Znaleziono nawet drabinkę. Jedynie hrabia Mosca odgadł rękę i duchaswej przyjaciółki.

Fabrycy był zdecydowany wrócić do Parmy, skoro tylko będzie mógł.Posłał Lodovica z długim listem do arcybiskupa; wierny sługa wrócił, abynadać na granicy Piemontu, w Sannazaro, na zachód od Pawii, łacińskąepistołę, którą godny prałat skreślił do swego młodego protegowanego.Dodamy jeden szczegół, który, jak wiele innych, wyda się obojętny w kraju,gdzie nie trzeba już takich ostrożności. Nazwisko del Dongo nie byłonigdy wymienione; wszystkie listy, które były dla niego przeznaczone,adresowano do Lodovica San Micheli w Locarno w Szwajcarii lub w Belgirate w Piemoncie. Koperta była z lichego papieru, pieczęć źle odciśnięta,adres ledwie czytelny, niekiedy z dopiskami godnymi kucharki; wszystkielisty datowane były z Neapolu na sześć dni przed rzeczywistą datą.

Z wioski piemonckiej Sannazaro w okolicy Pawii Lodovico wróciłnajśpieszniej do Parmy; miał zlecenie, do którego Fabrycy przywiązywałnajwiększą wagę. Chodziło, ni mniej, ni więcej, tylko o doręczenie Kleliijedwabnej chustki, na której wydrukowany był sonet Petrarki. Prawda, żezmieniono w tym sonecie jedno słowo. Klelia znalazła go na stole w dwa dnipo przyjęciu margrabiego Crescenzi, który się głosił najszczęśliwszymz ludzi — zbyteczne mówić, jakie wrażenie wywarł na niej ten znak wciążstałej pamięci.

Lodovico miał się postarać o zebranie wszystkich szczegółów tego, co siędzieje w cytadeli. On to przyniósł Fabrycemu smutną nowinę, że małżeństwo margrabiego Crescenzi uchodzi za pewne; nie mijał dzień, aby wobrębie cytadeli nie odbyła się jaka uroczystość na cześć Klelii. Nieomylny dowód tego małżeństwa stanowiło to, że margrabia, kolosalnie bogaty i co za tym idzie — bardzo skąpy, jak jest zwyczajem u zamożnych ludziw północnych Włoszech, czynił olbrzymie przygotowania, mimo że zaślubiał pannę bez posagu. Prawda, że Fabio Conti, bardzo urażony tymspostrzeżeniem, pierwszym, jakie się nastręczyło jego ziomkom, kupiłświeżo majątek w cenie trzystu tysięcy franków i że mimo iż sam nieposiadał nic, zapłacił cenę gotówką, prawdopodobnie z kiesy margrabiego.Generał oświadczył, że daje ten majątek w posagu córce. Ale kosztarejentalne, przewyższające dwanaście tysięcy franków, wydały się niedorzeczne margrabiemu Crescenzi, osobie niezmiernie logicznej. On znowuż kazał sporządzić w Lionie obicia w wesołych kolorach, ślicznie dobranychprzez słynnego Palagi, malarza z Bolonii. Obicia te, przedstawiające scenyz dziejów rodziny Crescenzi, która — wiadomo — pochodzi od słynnegoKrescencjusza, konsula w Rzymie w roku 985, miały zdobić siedemnaściesalonów, tworzących parter pałacu margrabiego. Obicia, zegary i świecznikiprzywiezione do Parmy kosztowały przeszło trzysta pięćdziesiąt tysięcy;cena nowych luster, dokupionych do tych, które już były w domu, sięgaładwustu tysięcy. Z wyjątkiem dwóch salonów — dzieło Parmezana, największego miejscowego malarza po boskim Correggiu — wszystkie sale napierwszym i drugim piętrze zajmowali obecnie sławni malarze florenccy,rzymscy i mediolańscy, którzy je zdobili freskami. Fogelberg, wielkirzeźbiarz szwedzki, Tenerani z Rzymu i Marchesi z Mediolanu pracowali odroku nad dziesięcioma płaskorzeźbami, przedstawiającymi znakomite czyny wielkiego Krescencjusza. Większość sufitów malowanych al frescorównież zawierała aluzję do jego życia. Podziwiano sufit, na którym Hayezz Mediolanu przedstawił Krescencjusza, jak go przyjmują na PolachElizejskich: Franciszek Sforza, Wawrzyniec Wspaniały, król Robert, trybun Kola Rienzi, Makiawel, Dante i inni wielcy ludzie średniowiecza.W podziwie dla tych wybranych dusz dopatrywano się uszczypliwości pod adresem rządu.

Przepychy te pochłaniały w zupełności uwagę szlachty i mieszczanw Parmie i przeszyły serce naszego bohatera, kiedy je wyczytał, odmalowane z naiwnym zachwytem, w długim przeszło na dwadzieścia stronic liście,który Lodovico podyktował celnikowi w Casal-Maggiore.

„A ja jestem taki biedny! — powiadał sobie Fabrycy — wszystkiego czterytysiące franków renty! To doprawdy zuchwalstwo kochać się w Klelii Conti,dla której gotują te cuda.”

Jeden ustęp długiego listu Lodovica — ale ten już pisany był własnym,kulawym pismem — oznajmił panu, że spotkał wieczorem biednego Grillo,widocznie kryjącego się. Dozorcę Fabrycego najpierw wtrącono do więzienia, później uwolniono go. Człowiek ten prosił przez litość o cekina;Lodovico dał mu cztery w imieniu księżnej. Dawni dozorcy, w liczbiedwunastu, świeżo wypuszczeni na wolność, gotowali się wyprawić „traktamencik nożowy” (trattamento di cortellate) swoim następcom, jeśli kiedyzdołają ich dopaść poza cytadelą. Grillo powiadał, że prawie co dzień jest w fortecy serenada, że panna Klelia jest bardzo mizerna, często chora, iinne podobne rzeczy. To głupie wyrażenie sprawiło, że Lodovicootrzymał odwrotną pocztą rozkaz powrotu do Locarno. Wrócił, a szczegółyustne były jeszcze smutniejsze dla Fabrycego.

Można odgadnąć, jaki był miły dla biednej księżnej; raczej zniósłbytysiąc razy śmierć, niżby wymówił przy niej imię Klelii. Księżna nienawidziła Parmy; dla Fabrycego zaś wszystko, co przypominało to miasto, byłowzniosłe i wzruszające.

Księżna mniej niż kiedykolwiek zapominała o swej zemście. Była takszczęśliwa przed zajściem z Gilettim, a teraz cóż za los! Żyła w oczekiwaniustraszliwego wydarzenia, o którym nie powiedziałaby ani słowa Fabrycemu,ona, która niegdyś, w dobie układu z Ferrantem sądziła, że tak ucieszyFabrycego wieścią, iż będzie pomszczony.

Można sobie teraz wyobrazić, jak miłe były rozmowy Fabrycego z księżną; tępe milczenie panowało między nimi prawie ciągle. W dodatku księżnauległa chęci wypłatania figla temu nazbyt ukochanemu bratankowi.Hrabia pisywał do niej co dzień; słał kurierów jak za pierwszych czasów ichmiłości, gdyż jego listy miały zawsze stempel pocztowy z jakiegoś miasteczka szwajcarskiego. Biedny człowiek suszył sobie głowę, aby nie mówić zbytotwarcie o swych uczuciach i aby składać zabawne listy; zaledwie przeglądała je z roztargnieniem. Cóż znaczy, niestety, wierność kochanka, którego sięszanuje, kiedy serce jest udręczone chłodem tego, którego się ubóstwia?

W ciągu dwóch miesięcy pani Sanseverina odpowiedziała hrabiemu tylkoraz, i to aby prosić o zmacanie gruntu u księżnej i wybadanie, czy mimozuchwałego fajerwerku list od niej byłby mile widziany. List ten, któryhrabia miał doręczyć, o ile uzna za właściwe, prosił o wakujące od niedawnaprzy księżnej stanowisko szambelana dla margrabiego Crescenzi, z prośbą,aby mu nadano tę godność z racji jego małżeństwa. List pani Sanseverinabyt arcydziełem; przebijał z niego najpiękniej wyrażony szacunek; dworskiten styl nie zawierał ani jednego słowa, które nawet w najodleglejszychkonsekwencjach mogłoby być niemiłe. Toteż odpowiedź oddychała przyjaźnią i tęsknotą.

Mój syn i ja — pisała księżna — nie mieliśmy ani jednego znośnegowieczora od twego nagłego wyjazdu. Czyż już nie pamiętasz, że to dziękitobie przywrócono mi głos doradczy w mianowaniu oficerów mego domu?Uważasz za potrzebne prosić o nominację margrabiego, jak gdyby życzenie twoje nie było dla mnie dostateczne? Jeśli mam jakiś glos, margrabiaotrzyma tę godność: w moim zaś sercu będzie zawsze miejsce, i to pierwsze,dla mej drogiej Giny. Syn każe ci powiedzieć to samo, w tych samychsłowach, zbyt śmiałych może w ustach dwudziestojednoletniego dryblasa,i prosić cię o próbki minerałów z doliny Orta, sąsiadującej z Belgirate.Możesz przysyłać swoje listy, na które liczę, często, przez hrabiego, którynienawidzi cię zawsze i którego lubię za te uczucia. Arcybiskuprównież pozostał ci wierny. Spodziewamy się wszyscy ujrzeć cię znów:pamiętaj, że trzeba koniecznie. Margrabina Ghisleri, moja wielka ochmistrzyni, gotuje się przenieść na lepszy świat — biedna kobieta wiele minadokuczała; znów robi mi na złość, wynosząc się ze świata nie w porę;choroba jej przywodzi mi na myśl nazwisko, które byłabym niegdyś z takąradością wpisała w jej miejsce, o ile bym naturalnie zdołała uzyskać tę ofiaręniezależności od wyjątkowej kobiety, która uciekając od nas uniosła z sobącałe wesele mego małego dworu itd., itd.

Z poczuciem zatem, iż stara się, o ile to w jej mocy, przyśpieszyćmałżeństwo grążące Fabrycego w rozpaczy, księżna widywała go co dzień.Toteż spędzali niekiedy po kilka godzin bez słowa, żeglując po jeziorze.Fabrycy czuł dla ciotki doskonałą życzliwość; ale myślał o czym innym,a dusza jego, prosta i szczera, nie nastręczała mu przedmiotu do rozmowy.Księżna widziała to, i to była jej męka.

Zapomnieliśmy opowiedzieć, że księżna wynajęła domek w Belgirate,uroczej miejscowości, dotrzymującej wszystkiego, co przyrzekało jej miano(piękny zakręt jeziora). Z ganku księżna mogła wskoczyć wprost do barki.Wybrała bardzo skromną, do której wystarczało czterech wioślarzy; najęładwunastu w ten sposób, aby mieć człowieka z każdej ze wsi otaczającychBelgirate. Za trzecim czy czwartym razem, kiedy się znalazła na środkujeziora z tymi zuchami, kazała im przestać wiosłować.

— Uważam was wszystkich za przyjaciół — rzekła — i powierzę wamtajemnicę. Mój bratanek Fabrycy uciekł z więzienia; może będą próbowaligo schwycić podstępem, mimo że znajduje się na waszym jeziorze w wolnym kraju. Dawajcie bacznie ucha i uprzedzajcie mnie o wszystkim.Pozwalam wam wchodzić do mego pokoju w dzień i w nocy.

Wioślarze odpowiedzieli z zapałem; kochali ją wszyscy. Ale nie sądziła,aby ktoś myślał o pojmaniu Fabrycego: to dla niej były wszystkie teostrożności; przed nieszczęsnym rozkazem otworzenia zbiornika w pałacunie byłaby pomyślała o tym.

Przezorność kazała jej również nająć mieszkanie w porcie Locarno dlaFabrycego; codziennie odwiedzał ją lub ona udawała się do Szwajcarii.O uroku ich ciągłego sam na sam można sądzić z tego szczegółu: margrabinai jej córki odwiedziły ich dwa razy i obecność tych obcych osób sprawiłaobojgu przyjemność; mimo bowiem węzłów krwi, można nazwać obcymkogoś, kto nic nie wie o naszych sprawach i kogo widuje się raz na rok.

Księżna bawiła pewnego wieczora u Fabrycego wraz z margrabiną i jejcórkami. Prałat miejscowy i proboszcz przyszli złożyć uszanowanie damom;prałat, który posiadał kapitały w domu handlowym i miewał świeżewiadomości, oznajmił:

— Książę parmeński umarł!

Księżna zbladła straszliwie, zaledwie miała siłę wyrzec:

— Czy wiadome są szczegóły?

— Nie — odparł prałat — wiadomość ogranicza się do faktu śmierci, którajest pewna.

Księżna spojrzała na Fabrycego. „Zrobiłam to dla niego — powiadałasobie — zrobiłabym tysiąc razy więcej i oto on tu jest przy mnie, obojętny,zadumany o innej! Znieść tę okropną myśl było nad siły księżnej —zemdlała. Wszyscy pośpieszyli jej z pomocą; ale odzyskując przytomnośćzauważyła, że Fabrycy mniej sobie zadaje trudu niż prałat i proboszcz;dumał jak zazwyczaj.

„Myśli o tym, aby wrócić do Parmy — powiedziała sobie księżna — może, aby zerwać małżeństwo Klelii z margrabią; ale ja potrafię temu przeszkodzić.” Następnie, przypominając sobie obecność księży, pośpieszyładodać:

— To był wielki monarcha, którego spotwarzono! Okropna strata!

Księża pożegnali się, a pani Sanseverina, chcąc zostać sama, oznajmiła,że się położy.

„Ostrożność — powiadała sobie — każe mi czekać miesiąc lub dwaz powrotem do Parmy, ale czuję, że nie wytrzymam tak długo; zanadtocierpię tutaj. Ta zaduma, to milczenie Fabrycego są dla mego serca nie dozniesienia. Kto by mi był powiedział, że się znudzę, pływając sam na samz nim po tym uroczym jeziorze, i to w chwili gdy, aby go pomścić, uczyniłamwięcej, niż mogę mu wyznać! Po takim widoku śmierć jest niczym. Płacę zawybuchy szczęścia i dziecinnej radości — z widoku Fabrycego po powrociez Neapolu! Gdybym była rzekła słowo, byłoby po wszystkim; zajęty mną,nie byłby może pomyślał o Klelii; ale nieodpartą odrazą przejmowało mnie to słowo. Teraz ona zwyciężyła. Cóż prostszego? Ma dwadzieścia lat, a ja,zmieniona, chora, mam dwa razy tyle!... Trzeba umrzeć, trzeba skończyć!Kobieta czterdziestoletnia liczy się jedynie dla mężczyzn, którzy ją kochaliza jej młodości! Obecnie znajdę już tylko zadowolenie próżności — czywarto dla tego żyć? Jeszcze jedna racja, aby jechać do Parmy i bawić się.Gdyby rzeczy obróciły się źle, uśmiercono by mnie. Więc cóż? Gdzie tunieszczęście? Miałabym wspaniałą śmierć. Nim bym umarła — ale dopierowówczas — powiedziałabym Fabrycemu: „Niewdzięczny! to dla ciebie!...”Tak, jedynie w Parmie mogę znaleźć wypełnienie tej resztki życia, jaka mizostała — będę się bawiła w wielką damę. Cóż za szczęście, gdybym mogłateraz znaleźć przyjemność we wszystkich honorach, które niegdyś stanowiłyudrękę tej Raversi! Wówczas, aby dojrzeć swoje szczęście, musiałampatrzeć w oczy zawiści... Moja próżność ma jedną ucieczkę: z wyjątkiemmoże hrabiego nikt nie zgadnie, co położyło kres życiu mego serca... Będękochała Fabrycego, będę pracowała dla jego losu; ale nie trzeba, aby zerwałmałżeństwo Crescenziego i aby się z nią ożenił... Nie, nie to!”

W czasie tego smutnego monologu księżna usłyszała w domu zgiełk.

„Ślicznie! — powiedziała sobie — przychodzą mnie uwięzić. Ferrante dałsię ująć i wygadał. Więc dobrze, tym lepiej! Będę miała zajęcie, będęwalczyła o swoją głowę. Ale primo: nie trzeba się dać wziąć.”

Księżna, na wpół ubrana, wpadła w ogród; już miała przebyć niski muri uciec w pole, kiedy ujrzała, że ktoś wchodzi do jej pokoju. PoznałaBrunona, zaufanego człowieka hrabiego; był sam z jej pokojówką. Podeszła pod balkon. Człowiek ten opowiadał coś garderobianej o ranach, któreotrzymał. Księżna wróciła. Bruno rzucił się do jej stóp, zaklinając, aby niepowiedziała hrabiemu, o której godzinie przybył.

— Natychmiast po śmierci księcia — dodał — pan hrabia wydał rozkaz, abyżadna poczta nie ważyła się wydać koni obywatelowi Parmy. Wskutek tegodotarłem aż do Padu prywatnymi końmi hrabiego; ale kiedy wysiadłemz barki, powóz mój obalono i połamano, przy czym odniosłem tak poważnerany, że nie mogłem wsiąść na koń, jak to było moim obowiązkiem.

— Dobrze — odparła księżna — jest trzecia rano; powiem, żeś przybyłw południe, ale nie zdradź mnie.

— Poznaję dobroć jaśnie pani.

Polityka w utworze literackim — to wystrzał z pistoletu w czasie koncertu;coś brutalnego, czego wszelako niepodobna pominąć.

Będziemy mówili o bardzo brzydkich rzeczach, o których, dla wielupowodów, chcielibyśmy zamilczeć; ale musimy przejść do wydarzeń, którenależą do naszej dziedziny, skoro teatrem ich jest serce ludzkie.

— Ależ, wielki Boże! w jaki sposób umarł ten wielki władca? — spytałaksiężna.

— Był na polowaniu na kaczki w błotach nad Padem, o dwie mile odSacca. Wpadł w dziurę pokrytą gęstą trawą; był spocony i przeziębił się;przeniesiono go do jakiegoś domku, gdzie umarł po kilku godzinach. Innitwierdzą, że panowie Catena i Borone zmarli również i że cały wypadekpochodzi z miedzianych naczyń u chłopa, gdzie wstąpili, które zawierałygrynszpan. Jedli śniadanie u tego człowieka. Emaliowane głowy, jakobini,którzy opowiadają to, czego by sobie życzyli, mówią o truciźnie. Wiem, żemój przyjaciel Toto, kurier dworski, byłby zginął bez szlachetnej pomocyjakiegoś włóczęgi, który okazał się bardzo biegły w medycynie i który muzalecił szczególne lekarstwa. Ale nikt nie mówi już o śmierci księcia:w gruncie był to okrutnik. Kiedym wyjeżdżał, lud zbierał się, aby utrupićRassiego: chciano też podłożyć ogień pod bramę cytadeli i oswobodzićwięźniów. Ale niektórzy twierdzili, że Fabio Conti kazałby strzelać z armat.Drudzy upewniali, że kanonierzy w cytadeli zalali proch wodą, nie chcącmordować ziomków. Ale oto coś ciekawego: kiedy chirurg Sandolaroopatrywał mi ramię, przybył z Parmy człowiek, który opowiedział, że ludzdybawszy gdzieś na ulicy Barbone, sławnego pisarza więziennego, zatłukłgo, a potem powieszono go na drzewie, na wprost cytadeli. Lud ciągnął już,aby rozbić piękny posąg księcia znajdujący się w pałacowym ogrodzie; alepan hrabia wziął batalion gwardzistów, ustawił go przed posągiem i kazałpowiedzieć ludowi, że kto wejdzie do ogrodu, nie wyjdzie żywy, i lud sięzląkł. Ale co osobliwe, a co ten człowiek przybyły z Parmy, eks-żandarm,powtórzył kilka razy, to że pan hrabia kopnął generała P..., komendantagwardii, i kazał wygnać za ogród, zdarłszy mu epolety.

— Poznaję hrabiego! — wykrzyknęła Sanseverina z wybuchem radości,którego nie byłaby przewidziała na minutę wprzódy — nie ścierpi nigdy, abyznieważono naszą księżnę, co zaś do generała P..., ten, przez oddanieprawym władcom, nie chciał nigdy służyć uzurpatorowi, gdy hrabia, mniejskrupulatny, o