drukowana A5
24.41
Pamiętnik egotysty

Bezpłatny fragment - Pamiętnik egotysty


Objętość:
127 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0952-9

Rozdział I

Aby zapełnić wolne chwile na tej obcej ziemi, mam ochotę spisaćmały pamiętnik wszystkiego, co mi się zdarzyło w czasie mojejostatniej bytności w Paryżu, od 21 czerwca 1821 do [6] listopada1830. Dziewięć i pół lat. Łaję sam siebie od dwóch miesięcy — odczasu, jak strawiłem nowość mojej pozycji — aby się wziąć do jakiejśpracy. Bez pracy okręt ludzki nie ma balastu. Przyznaję, żebrakłoby mi chęci do pisania, gdybym nie miał wiary, że kiedyśkartki te ukażą się w druku i będą czytane przez jakąś duszęz tych, z którymi sympatyzuję, taką jak pani Roland albogeometra Gros. Ale oczy, które będą to czytały, ledwie otwierająsię dla światła: podejrzewam, że moi przyszli czytelnicy majądziesięć albo dwanaście lat.

Czy wyciągnąłem wszystkie możliwości szczęścia z pozycji,w jakich stawiał mnie los przez dziewięć lat, które spędziłemw Paryżu? Co ja za człowiek właściwie jestem? Rozsądny? Mądry?Głęboki?

Czy jestem wybitną inteligencją? Doprawdy, nie mam pojęcia.Zajęty tym, co mi przynosi każdy dzień, rzadko myślę o tychzasadniczych sprawach, a wówczas sądy moje odmieniają się wrazz humorem. Sądy moje to tylko spostrzeżenia.

Zobaczmyż, czy robiąc rachunek sumienia z piórem w ręku,dojdę do czegoś pozytywnego, co by zostało dla mniedługo prawdą. Co będę myślał o mojej pisaninie, odczytującją w roku 1835, o ile dożyję? Czy będzie z tym tak, jak z mymi rzeczami drukowanymi? Mam uczucie głębokiego smutku, kiedyw braku innej książki biorę je do rąk.

Czuję od miesiąca — odkąd się noszę z tym zamiarem — istnywstręt do pisania jedynie po to, aby mówić o sobie, o liczbie moichkoszul, o sprawach mojej miłości własnej. Z drugiej strony,jestem daleko od Francji, przeczytałem wszystkie zajmująceksiążki, jakie przedostają się tutaj. Najbardziej miałbym ochotęnapisać powieść na tle sprawy miłosnej, która się rozegraław Dreźnie, w sierpniu 1813, w moim sąsiedztwie. Ale drobneobowiązki związane z moim stanowiskiem odrywają mnie częstolub, aby rzec lepiej, biorąc pióro w rękę nigdy nie jestem pewny,czy upłynie godzina, żeby mi nikt nie przerwał. Ta drobnaprzeciwność gasi zupełnie moją wyobraźnię. Kiedy wracam doswojej fikcji, brzydzi mnie to, co roiłem. Roztropny człowiekodpowie na to, że trzeba się przezwyciężyć. Odpowiadam: zapóźno, mam czterdzieści [dziewięć] lat. Po tylu przygodach czasmyśleć o tym, aby dokończyć życia jak najmniej przykro.

Główną moją przeszkodą nie była próżność, jaka jest w tym,aby opisywać swoje życie. Książka na taki temat jest jak wszystkieinne: zapomina się ją szybko, jeśli jest nudna. Bałem się skazićszczęśliwe chwile, jakie mi się zdarzyły, opisując je, rozbierając.Nie, tego nie będę robił; ominę godziny szczęścia.

Geniusz poetycki umarł, ale przyszedł na świat geniusz podejrzeń. Jestem głęboko przekonany, że jedyna odtrutka, któramoże kazać czytelnikowi zapomnieć o wiecznych ja autora, toabsolutna szczerość. Czy będę miał odwagę opowiedzieć rzeczyupokarzające, nie ratując ich przedmowami bez końca? Mamnadzieję.

Mimo klęsk mojej ambicji nie uważam ludzi za złych, nieuważam się za prześladowanego przez nich. Patrzę na nich jak namachiny poruszane we Francji próżnością, a gdzie indziejwszystkimi namiętnościami, z próżnością włącznie.

Nie znam sam siebie i czasami w nocy, kiedy o tym myślę,złości mnie to. Czy jestem dobry, zły, inteligentny, głupi? Czyumiałem wyciągnąć korzyść z przypadków, w które rzuciła mniewszechpotęga Napoleona (którego zawsze uwielbiałem) w 1810i nasze wysypanie się w błoto w 1814, i nasz wysiłek, aby się z niegowydobyć w 1830? Obawiam się, że nie; działałem z kaprysu,przypadkowo. Gdyby mnie ktoś prosił o radę w sprawie takiejsamej, jak moja, umiałbym ją dać, i to zupełnie niepospolitą. Przyjaciele moi, rywale intelektualni, komplementowali mnieczęsto w tej mierze.

W 1814 hrabia Beugnot, minister policji, ofiarował mi dyrekturę aprowizacji Paryża. Nie żądałem niczego, mogłem doskonaleprzyjąć. Odpowiedziałem bardzo niezachęcająco panu Beugnot,człowiekowi, który jest próżny jak dubeltowy Francuz — musiałbyć mocno zgorszony. Ten, który dostał owo miejsce, wycofał sięz niego po czterech czy pięciu latach, mając pieniędzy w bród, i to(powiadają) nie kradnąc. Bezgraniczna wzgarda, jaką miałem dlaBurbonów — było to dla mnie wówczas cuchnące błoto — sprawiła,że opuściłem Paryż w kilka dni po oddaleniu uprzejmej propozycjipana Beugnot. Serce moje, ściśnięte triumfem wszystkiego, czympogardzałem, a czego nie mogłem nienawidzić, orzeźwiała jedynieodrobina miłości, jaką zaczynałem czuć do hrabiny Du Long, którą widywałem co dzień u pana Beugnot i która w dziesięć dnipóźniej grała wielką rolę w moim życiu. Wówczas wyróżniałamnie nie jako miłego człowieka, ale jako oryginała. Widziała, żejestem przyjacielem kobiety bardzo brzydkiej, a bardzo wartościowej, hrabiny Beugnot. Zawsze żałowałem tego, że jej niepokochałem. Cóż za przyjemność rozmawiać poufnie z kobietą natakim stanowisku!

Bardzo długa jest ta przedmowa, czuję to od trzech stronic; alemam zacząć od spraw tak smutnych i trudnych, że lenistwo mniejuż chwyta, niemal mam ochotę rzucić pióro. Ale za pierwsząchwilą samotności miałbym wyrzuty.

Wyjechałem z Mediolanu do Paryża [13] czerwca 1821, z sumą3500 franków, zdaje mi się, uważając za jedyne szczęście strzelićsobie w łeb, skoro ta suma się skończy. Żegnałem, po trzechlatach zażyłości, kobietę, którą ubóstwiałem, która mnie kochałai która nie oddała mi się nigdy.

Jeszcze po tylu latach nie umiem zgadnąć pobudek jej postępowania. Miała bardzo złą opinię, a wszakże miała w życiu tylkojednego kochanka; ale paniusie mediolańskie mściły się na niej zajej wyższość. Biedna Metylda nie umiała ani się bronić przed tymwrogiem, ani gardzić nim. Może pewnego dnia, kiedy będębardzo stary, bardzo wystygły, będę miał odwagę mówić o latach1818, 1819, 1820, 1821.

W 1821 z wielkim trudem opierałem się pokusie strzeleniasobie w łeb. Rysowałem pistolet na marginesie lichego miłosnegodramatu, który bazgrałem wówczas (mieszkając w Casa Acerbi). Zdaje mi się, że to ciekawość wydarzeń politycznych nie pozwoliłami skończyć z sobą, a może, bez mojej świadomości, obawa bólu.

Wreszcie pożegnałem się z Metyldą.

— Kiedy pan wróci? — spytała.

— Nigdy, mam nadzieję.

Jeszcze ostatnia godzina kręceń i pustych słów — jedno jedynemogło zmienić moje przyszłe życie; niestety, nie na długo: taanielska dusza, ukryta w tak pięknym ciele, rozstała się zeświatem w 1825 r.

Wreszcie wyjechałem w stanie, który można sobie wyobrazić,dnia... czerwca. Jechałem z Mediolanu do Como, obawiając się cochwila, że wrócę z drogi.

Tego miasta, gdzie tyle razy myślałem, że przyjdzie mi skończyć, nie mogłem opuścić bez uczucia rozdarcia. Zdawało mi się,że zostawiam tam życie, co mówię! Czym było życie wobec niej — Metyldy! Umierałem za każdym krokiem, który mnie od niejoddalał.

Każdy oddech był westchnieniem (Shelley).

Po jakimś czasie byłem jak ogłupiały, rozmawiałem z pocztylionami i odpowiadałem poważnie na ich refleksje nad cenami wina.Rozważałem wraz z nimi przyczyny, które powinny je podrożyćo solda. Najokropniejsze dla mnie było spojrzeć w samego siebie.Minąłem Airolo, Bellinzonę, przybyłem do Lugano (dźwięk tychnazw przyprawia mnie jeszcze dziś o dreszcz — 20 czerwca 1832).

Przybyłem na przełęcz św. Gotarda; wówczas to było okropne(zupełnie podobne do góry Cumberland w północnej Anglii,z dodatkiem przepaści). Chciałem przebyć św. Gotarda konno,spodziewając się po trosze, że się przewrócę, że się okaleczęporządnie i że mnie to rozerwie. Mimo że jako dawnemu oficerowikawalerii spaść z konia to mi nie pierwszyzna, nie lubię spaść naobsuwające się kamienie, ustępujące pod kopytami konia.

Kurier, który mi towarzyszył, zatrzymał mnie w końcu i oświadczył, że niewiele mu zależy na moim życiu, ale że zmniejszyłbymjego zarobki i że nikt nie chciałby z nim jechać, gdyby siędowiedziano, że pod jego okiem podróżny spadł w przepaść.

— Jak to! Nie domyśliłeś się, że ja mam syf...? — rzekłem. — Niemogę iść.

Przybyłem z tym kurierem, przeklinającym swój los, doAltdorf. Otwierałem ogłupiałe oczy na wszystko. Jestem wielkimadmiratorem Wilhelma Tella, mimo że prorządowi pisarze wszystkich krajów twierdzą, że on nigdy nie istniał. W Altdorf, zdaje misię, lichy posąg Tella w kamiennej spódniczce wzruszył mnie,właśnie dlatego, że był lichy.

„Oto więc — powiadałem sobie z łagodną melancholią, pierwszy raz zajmującą miejsce oschłej rozpaczy — oto więc, w coobracają się najpiękniejsze rzeczy w oczach gawiedzi. Taka i tyjesteś, Metyldo, w salonie pani Traversi”.

Widok tego pomnika uspokoił mnie nieco. Spytałem o miejsce,gdzie znajduje się kaplica Tella.

— Zobaczy ją pan jutro.

Nazajutrz ruszyłem w drogę w bardzo licznym towarzystwie:oficerowie szwajcarscy należący do gwardii Ludwika XVIII,którzy jechali do Paryża.

(Tu cztery strony opisów krajobrazu, od Altdorf po Gersau,Lucernę, Bazyleę, Belfort, Langres, Paryż. Zwrócony ku sprawom ducha, doznaję uczucia nudy, kiedy muszę opisywać światzewnętrzny. Od dwóch lat nie napisałem ani dwunastu stronictego rodzaju).

Francja, a zwłaszcza okolice Paryża, nigdy mi się nie podobały,co dowodzi, że jestem lichym Francuzem i złym człowiekiem, jakpowiadała później panna Zofia ***, pasierbica pana Cuvier.

Serce mi się ścisnęło do reszty, kiedym jechał z Bazylei doGelfort i opuszczałem wysokie, jeżeli nie piękne, góry szwajcarskiedla okropnych i płaskich widoków Szampanii.

Jakież kobiety brzydkie są w ***, wiosce, gdzie je oglądałemw niebieskich pończochach i w sabotach. Ale później powiedziałem sobie: „Co za uprzejmość, dystynkcja, jakie poczucie sprawiedliwości w ich wiejskich pogwarkach!”.

Langres położone jest jak Volterra — miasto, które uwielbiałemwówczas, ile że było sceną jednego z moich najśmielszych atakóww wojnie przeciw Metyldzie.

Pomyślałem o Diderocie, synu, jak wiadomo, nożownikaz Langres. Myślałem o Kubusiu Fataliście, jedynej z jego książek,którą cenię, ale też cenię ją o wiele więcej niż Podróż Anacharsisa,niż Traktat nauk i sto tomów sławionych przez bakałarzy.

„Największym z nieszczęść — wykrzyknąłem — byłoby, gdybyci ludzie tak oschli, moi przyjaciele, wśród których przyjdzie miżyć, odgadli moją namiętność, i to dla kobiety, której nie miałemnigdy!”.

Mówiłem to sobie w czerwcu 1821 i widzę w czerwcu 1832 poraz pierwszy, pisząc to, że ta obawa, tysiąc razy ponawiana, byław istocie sprężyną mojego życia przez dziesięć lat. Dzięki niejdoszedłem do tego, że stałem się inteligentny i dowcipny, rzecz, którą najbardziej gardziłem w Mediolanie w 1818, kiedy kochałem Metyldę.

Dotarłem do Paryża, który mi się wydał ohydny, obrażający dlamojej boleści. Przybyłem z jedną myślą: nie zdradzić się.Po tygodniu, widząc ten bezwład polityczny, powiedziałem sobie:,,Muszę skorzystać z mego cierpienia i z. L 18”.

Żyłem tą myślą kilka miesięcy, z których zaledwie coś pamiętam. Zamęczałem listami przyjaciół w Mediolanie, aby otrzymaćpośrednio bodaj słówko o Metyldzie. Lecz oni potępiali mojeszaleństwo i nigdy nie wspominali o niej.

Zamieszkałem w Paryżu przy ulicy Richelieu, w Hotelu Brukselskim, nr 47, prowadzonym przez niejakiego pana Petit,ekslokaja jednego z panów de Damas. Grzeczność, wdzięk,zręczność tego pana Petit, jego brak wszelkich sentymentów, jegowstręt dla głębszych drgań duszy, jego żywa pamięć próżnosteksprzed lat trzydziestu, jego idealna uczciwość pieniężna — wszystko to czyniło go w moich oczach wzorem Francuza starej daty.Powierzyłem mu 3000 franków, które mi zostały; wmusił mi jakiśkwitek, który co rychlej zgubiłem, czym wielce się frasował,kiedy po kilku miesiącach czy tygodniach odebrałem swojepieniądze, aby jechać do Anglii, dokąd mnie pchała śmiertelnaantypatia do życia w Paryżu.

Mało mam wspomnień z tego namiętnego okresu. Sprawy życiaspływały mi niepostrzeżone albo wzgardzone, kiedy je zauważyłem. Myśl moja była na placu Belgioioso w Mediolanie. Skupięsię, aby sobie przypomnieć domy, w których bywałem.

Rozdział II

Oto portret wartościowego człowieka, z którym spędzałem wszystkie ranki przez osiem lat. Łączyło nas uczucie szacunku, ale nieprzyjaźni.

Stanąłem w Hotelu Brukselskim, bo tam mieszkał Piemontczyk, najbardziej oschły, twardy, najbardziej podobny do imćRancune'a (Opowieść ucieszna), jakiego kiedykolwiek spotkałem. Baron de Lussinge był towarzyszem mego życia od 1821 do 1831; urodzony około 1785, miał w r. 1821 trzydzieści sześć lat.Odstrychnął się ode mnie i zaczął być niegrzeczny dopierowówczas, kiedy zyskałem opinię człowieka dowcipnego, po okropnym nieszczęściu 15 września 1826.

Pan de Lussinge, mały, szeroki, krępy, niewidzący nic o trzykroki, zawsze źle ubrany przez skąpstwo i obracający naszespacery na to, aby układać budżet osobistych wydatków kawalerskich w Paryżu, był człowiekiem niezwykle roztropnym. Ja,w moich romantycznych i świetnych iluzjach, widziałem geniusz,dobroć, sławę, szczęście każdego przechodnia w proporcji trzydziestu, gdy było tylko piętnaście — on zaś widział tylko sześć albosiedem.

Oto co stanowiło podstawę naszych rozmów przez osiem lat, nato szukaliśmy się z jednego końca Paryża na drugi.

Lussinge, mający wówczas trzydzieści sześć albo siedem lat,miał serce i głowę człowieka pięćdziesięciopięcioletniego. Przejmował się jedynie wydarzeniami, które go dotykały osobiście;wówczas szalał, jak na przykład w dobie swego małżeństwa. Pozatym stałym celem jego ironii było wszelkie wzruszenie. Lussingemiał tylko jedną religię: szacunek dla urodzenia. Pochodzi w istocie z rodziny z Bugey, która zajmowała tam poczesne stanowiskow 1500 r.; udała się do Turynu z książętami Sabaudii, którzyzostali królami Sardynii. Lussinge chował się w Turynie w tejsamej akademii, co Alfieri. Nabrał tam owej głębokiej złośliwościpiemonckiej, niemającej nic równego w świecie, a będącej wszakżetylko nieufnością do losu i ludzi. Odnajduję wiele jej rysóww Rzymie, ale tutaj, na przykładkę, istnieją namiętności, przytym arena jest szersza, mniej mieszczańskich małostek.

Mimo to wszystko kochałem Lussinge'a aż do czasu, kiedy sięstał bogaty, potem skąpy, bojaźliwy i w końcu nieprzyjemnyw swoich odezwaniach i prawie brutalny w styczniu 1830 roku.

Miał matkę skąpą, ale zwłaszcza pomyloną, która mogła łatwooddać majątek księżom. Miał zamiar się ożenić — to byłby dlamatki przymus związania się za pomocą aktów, które nie pozwoliłyby jej oddać majątku spowiednikowi. Jego intrygi, manewry,podczas gdy polował na żonę, bawiły mnie wielce. Lussinge omalnie poprosił o rękę uroczej dziewczyny, która jemu byłabydała szczęście, a byłaby utrwaliła na wieki naszą przyjaźń: mam namyśli córkę generała Gilly (później pani Doin, żona adwokata, o ile mi się zdaje). Ale generał był skazany na śmierć w r. 1815, tobyłoby uraziło szlachetną baronową, matkę Lussinge'a. Cudemprawie uniknął małżeństwa z pewną puszczalską, później paniąVarambon. W końcu ożenił się z kompletną gęsią, wysoką i dośćprzystojną, gdyby miała nos. Ta gęś spowiadała się u samegoprzewielebnego de Quélen, arcybiskupa paryskiego, do któregochodziła się spowiadać w jego salonie. Przypadek dał mi parędanych o amorach tego arcybiskupa, który miał wówczas możepanią de Podenas, damę dworu księżnej de Berry, i później czyprzedtem kochankę sławnego księcia Raguzy. Jednego dnianieostrożnie — to jest, jeśli się nie mylę, jedna z moich licznychwad — droczyłem się z panią de Lussinge na temat arcybiskupa.Było to u hrabiny d'Avelles.

— Kuzynko, każ milczeć panu Beyle! — krzyknęła wściekła.

Od tej chwili była moim wrogiem, mimo że z dość dziwnyminawrotami kokieterii. Oto webrnąłem w epizod bardzo długi.Ciągnę dalej, bo widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie przezosiem lat, a później trzeba by wrócić do tej wielkiej i kwitnącejbaronowej, która ma blisko pięć stóp i sześć cali.

Posag, pensja szefa kancelarii w Ministerium Policji orazdarowizny matki dały Lussinge'owi razem około r. 1828 jakieś22 000 czy 23 000 franków renty. Z tą chwilą opanowało go jednouczucie: obawa, aby tego nie stracić. Gardząc Burbonami — nietyle co ja, który mam zasady polityczne, ale gardząc nimi jakoniezgrabiaszami — doszedł do tego, że nie mógł znieść bez atakuirytacji przejawu ich niezręczności. (Widział w tym natychmiastniebezpieczeństwo dla swego dobrobytu). Codziennie był jakiśnowy tego przykład, jak można sprawdzić w dziennikach od r. 1826 do 1830. Lussinge chodził wieczór do teatru, ale nie bywałnigdzie, wstydził się trochę swego stanowiska. Co rano spotykaliśmy się w kawiarni, opowiadałem mu, czego się dowiedziałempoprzedniego dnia, najczęściej dowcipkowaliśmy na temat różnicy naszych przekonań. 3 stycznia 1830, zdaje mi się, zaprzeczyłmi jakiegoś faktu antyburbońskiego, którego dowiedziałem sięu pana Cuvier, wówczas radcy stanu, wielkiego ministeriała.Głupi ten wybryk spowodował długie milczenie, minęliśmy Luwr,nie mówiąc słowa. Miałem wówczas jedynie na najskromniejszeżycie; on, jak wiadomo, miał 22 000 franków rocznie. Uważałemod roku, że przybiera ze mną tony wyższości. W czasie naszychdyskusji politycznych powiadał mi:

— Ba, pan nie masz majątku.

Wreszcie zdobyłem się na bardzo ciężkie postanowienie: zmieniłem kawiarnię, nie uprzedzając go. Od dziewięciu lat chodziłemcodziennie o wpół do jedenastej do Kawiarni Roueńskiej, prowadzonej przez pana Pique, poczciwego mieszczucha, oraz paniąPique, wówczas bardzo ładną, od której Maisonnette, jedenz naszych wspólnych przyjaciół, uzyskiwał schadzki po 500franków sztuka. Przeniosłem się do Lemblina, słynnej kawiarniliberalnej, również w Palais-Royal. Widywałem Lussinge'a jużtylko co dwa tygodnie. Później nasza zażyłość, która stała się, jaksądzę, potrzebą dla nas obu, chciała się często nawiązać, ale nigdynie miała siły. Wiele razy później muzyka albo malarstwo,których był znawcą, były dla nas terenem neutralnym, ale całaimpertynencja jego wzięcia wracała bardzo ostro, ilekroć zeszliśmy na politykę i kiedy się bał o swoje 22 000 franków; nie byłosposobu rozmawiać. Jego zdrowy rozsądek bronił mi się zapuszczać zbyt daleko w moje iluzje poetyckie. Moja wesołość — bostałem się wesoły lub raczej nauczyłem się udawać wesołego —rozchmurzała jego ponurą złośliwość, a zwłaszcza jego piekielnąobawę stracenia.

Kiedy ja w roku 1830 objąłem małą posadkę, zdaje mi się, żemoja pensja wydała mu się zbyt wysoka. Ale ostatecznie od 1821do 1828 widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie i z wyjątkiemmiłości oraz planów literackich, z czego nie rozumiał nic, gawędziliśmy szeroko o każdym moim postępku, w Tuileriach i nawybrzeżu Luwru, które wiodło do jego biura. Od jedenastej ranodo wpół do pierwszej byliśmy razem i często udało mu sięrozproszyć moje zgryzoty, o których nie miał pojęcia.

No, skończyłem wreszcie ten długi epizod; ale chodziło o główną osobistość tego pamiętnika, człowieka, któremu później zaszczepiłem w tak zabawny sposób moją frenetyczną miłość dopani Azur, której jest od dwóch lat wiernym kochankiem i którą —co komiczniejsze — zdołał uczynić wierną. Jest to, wśród Francuzek, najmniejsza lalka, jaką spotkałem.

Ale nie uprzedzajmy, nie ma nic trudniejszego w tej poważnejhistorii niż zachować szacunek dla chronologii.

Jesteśmy tedy w sierpniu 1821; mieszkam z Lussinge'emw Hotelu Brukselskim, siadam z nim o piątej przy table d'hôte,wybornym i dobrze utrzymanym przez najładniejszego z Francuzów, pana Petit, oraz przez jego żonę, pokojówkę w wielkim stylu, ale stale nadętą. Tam Lussinge, który zawsze się obawiał(widzę to w r. 1832) przedstawić mnie swoim przyjaciołom, niemógł przeszkodzić mojej znajomości:

1° z miłym i poczciwym chłopcem, przystojnym i tępym panemBarot, bankierem z Charleville, wówczas zajętym zbijaniem80 000 franków renty,

2° z pensjonowanym oficerem, dekorowanym pod Waterloo,absolutnie wyzutym z dowcipu, z wyobraźni — jeśli możebna — jeszcze bardziej, głuptasem, ale doskonale wychowanym.Człowiek ten miał tyle kobiet, że stał się szczery na ichpunkcie.

Rozmowy z panem Poitevin, widok jego zdrowego rozsądku,absolutnie wolnego od wszelkiej przesady wynikłej z wyobraźni,jego poglądy na kobiety, jego rady toaletowe były mi bardzoużyteczne. Sądzę, że ten dobry Poitevin miał 1200 franków rentyi posadę na 1500 franków — z tym wszystkim był to jedenz najlepiej ubranych młodych ludzi w Paryżu. Prawda, że niewychodził nigdy z domu bez przygotowań trwających dwie,a czasem nawet półtrzeciej godziny. Miał przez dwa miesiące,zdaje mi się, przelotnie, margrabinę de Rosine, wobec którejpóźniej miałem tyle zobowiązań, że postanowiłem sobie dziesięćrazy mieć ją, o co nigdy się nie pokusiłem, i zrobiłem źle.Przebaczyła mi moją brzydotę i należało się jej ode mnie, abymzostał jej kochankiem. Postaram się uiścić z tego długu zapierwszą bytnością w Paryżu. Będzie może o tyle tkliwsza na mojehołdy, ile że młodość opuściła nas oboje. Zresztą przechwalam sięmoże, jest bardzo cnotliwa od dziesięciu lat, ale z musu, wedlemnie.

Wreszcie, opuszczony przez panią Dar, na którą miałem prawoliczyć, winien jestem najżywszą wdzięczność margrabinie.

Dopiero zastanawiając się, aby móc napisać to wszystko, widzęjaśniej, co się działo w moim sercu w r. 1821. Zawsze żyłemi jeszcze żyję z dnia na dzień, nie myśląc zgoła, co będę robił jutro.Bieg czasu znaczy się dla mnie jedynie przez niedziele, w którezazwyczaj się nudzę i w które wszystko widzę czarno. Nigdy niemogłem zrozumieć czemu. W 1821 w Paryżu niedziele były wręczokropne dla mnie. Błądząc pod kasztanami w Tuileriach, takwspaniałymi o tej porze roku, myślałem o Metyldzie, któraspędzała specjalnie te dnie u okazałej pani Traversi. Ta przeklętaprzyjaciółka, która mnie nienawidziła, była zazdrosna o kuzynkę i wmówiła w nią, sama i przez przyjaciół, że zhańbiłaby sięzupełnie, gdyby mnie wzięła za kochanka.

Pogrążony w ponurej zadumie cały czas, przez który nie byłemz mymi trzema przyjaciółmi — Lussinge, Barot i Poitevin — cierpiałem ich towarzystwo jedynie jako dystrakcję. Przyjemnośćoderwania się na chwilę od mojej boleści lub też niechęć oderwania się — to były wytyczne wszystkich moich postępków. Kiedy któryś z tych panów podejrzewał mnie, że jestem smutny, mówiłem dużo i zdarzało mi się gadać wielkie głupstwa, nawet rzeczy,których nigdy nie trzeba mówić we Francji, bo urażają miłośćwłasną. Kiedy zrobiłem coś takiego panu Poitevin, doznawałempotem stokrotnie większej przykrości.

Zawsze mówiłem nazbyt nieopatrznie i bez myśli, ile żewówczas rozmawiałem jedynie po to, by złagodzić na chwilępiekący ból, chcąc zwłaszcza uniknąć zarzutu, że zostawiłemserce w Mediolanie i że dlatego jestem smutny: to byłobysprowadziło na moją domniemaną kochankę żarciki, których bymnie zniósł. Musiałem uchodzić w oczach tych trzech osobników,zupełnie wyzutych z wyobraźni, za pomylonego. Dowiedziałemsię w kilka lat później, że uważano mnie za człowieka ogromniesztucznego. Widzę, pisząc to, że gdyby przypadek lub trochęrozsądku kazało mi szukać towarzystwa kobiet, byłbym mimoswego wieku, swojej brzydoty etc. znalazł u nich sukcesy i możepociechę. Miałem kochankę jedynie przypadkiem w 1824,w trzy lata później. Wówczas dopiero wspomnienie Metyldyprzestało być rozdzierające. Stała się dla mnie niby łagodna zjawa,głęboko smutna, która swoim ukazaniem się nastrajała mnie domyśli tkliwych, sprawiedliwych, dobrych, pobłażliwych.

Była to dla mnie ciężka przeprawa, w 1821, iść pierwszy raz dodomów, w których przyjmowano mnie życzliwie wówczas, gdybyłem przy dworze Napoleona (there szczegółowo o tych salonach). Odkładałem, odwlekałem bez końca. Musiałem wreszcieprzywitać się z przyjaciółmi, których spotkałem na ulicy; dowiedziano się o mojej bytności w Paryżu, zaczęto mi brać za złe mojąopieszałość.

Hrabia d'Argout, mój kolega (byliśmy razem audytoramiw Radzie Stanu), bardzo dzielny, tęgi pracownik, ale bez inteligencji, był parem Francji w 1821. Dał mi kartę do Izby Parów, gdzietoczył się proces gromadki biednych głupców, cierpiących nanierozwagę i brak logiki. Nazywano, zdaje mi się, ich sprawę sprzysiężeniem z 19 czy 29 sierpnia. Cudem doprawdy niespadły ich głowy. Tam ujrzałem pierwszy raz pana OdilonaBarrot, małego człowieczka z siną brodą. Bronił jako adwokatjednego z tych biednych dudków, którzy biorą się do konspiracji,mając tylko dwie trzecie albo trzy czwarte odwagi, jakiej potrzebana to wariactwo. Logika pana Odilona Barrot uderzyła mnie.Stałem zazwyczaj za fotelem kanclerza, pana Dambray, o kroklub dwa. Zdawało mi się, że prowadził całą tę rozprawę dośćuczciwie jak na arystokratę.

Był to ton i wzięcie pana Petit, właściciela Hotelu Brukselskiego, ekslokaja pana de Damas, ale z tą różnicą, że pan Dambraybył mniej dystyngowany. Nazajutrz wychwalałem jego uczciwośću hrabiny Doligny. Była tam kochanka pana Dambray, tęgakobieta trzydziestosześcioletnia, bardzo świeża; miała swobodęi wzięcie panny Contat w jej ostatnich latach. (To była niezrównana aktorka, często ją widywałem w 1803, zdaje mi się).

Źle zrobiłem, że się nie zbliżyłem z ową kochanką panaDambray, szaleństwo moje byłoby dla mnie rekomendacją w jejoczach. Uważała mnie zresztą za kochanka, lub jednego z kochanków, pani Doligny. Byłbym znalazł lekarstwo na moje cierpienie,ale byłem ślepy.

Jednego dnia wychodząc z Izby Parów, spotkałem kuzynamego, barona Marcjala Daru. Upierał się przy swoim tytule; pozatym najlepszy człowiek w świecie, mój dobroczyńca, mistrz,który mi udzielił — w Mediolanie w 1800 i w Brunszwiku w 1807 —tej odrobiny sztuki, jaką posiadałem w postępowaniu z kobietami.Miał ich dwadzieścia dwie w swoim życiu, i to bardzo ładne,zawsze to, co było najlepszego pod ręką. Spaliłem portrety, włosy,listy etc.

— Jak to! Jesteś w Paryżu? Odkąd?

— Od trzech dni.

— Przyjdź jutro, brat się ucieszy.

Jaka była moja odpowiedź na to przywitanie tak życzliwe, takprzyjacielskie? Odwiedziłem tych zacnych krewnych ledwiew sześć czy osiem lat później. I wstyd, iż nie pokazałem sięu moich dobroczyńców, sprawił, że nie byłem tam ani dziesięciurazy do ich przedwczesnej śmierci. Około 1829 umarł kochanyMarcjal Daru, ociężały już i stępiały wskutek nadużycia afrodyzjaków, o które parę razy miałem z nim sceny. W kilka miesięcypóźniej, siedząc w Kawiarni Roueńskiej, wówczas na rogu ulicy du Rempart, zdrętwiałem, widząc w dzienniku wiadomośćo śmierci hrabiego Daru. Wskoczyłem w kabriolet ze łzamiw oczach i popędziłem pod numer 81 ulicy de Grenelle. Zastałemtam lokaja, który płakał, i sam płakałem rzewnymi łzami. Czułemsię bardzo niewdzięczny. Dopełniłem miary niewdzięczności,wyjeżdżając tegoż wieczora do Włoch, o ile mi się zdaje.Przyśpieszyłem swój wyjazd — byłbym umarł z boleści, gdybymwszedł do tego domu. W tym także było trochę tego szaleństwa,które mnie czyniło tak pociesznym w 1821.

Młody Doligny bronił również jednego z tych nieszczęśliwychdudków, którzy chcieli konspirować. Z miejsca, które zajmowałjako adwokat, zobaczyl mnie, nie było sposobu nie odwiedzić jegomatki. To był tęgi charakter, to była kobieta. Nie wiem, czemunie skorzystałem z niezmiernie serdecznego przyjęcia, aby jejopowiedzieć swoje zgryzoty i poprosić o radę. Tam również byłembliski szczęścia, bo rozsądne słowo usłyszane z ust kobiety byłobymiało na mnie zupełnie inny wpływ niż perswazje, jakie sam sobie czyniłem.

Bywałem często na obiedzie u pani Doligny. Za drugim czytrzecim razem zaprosiła mnie na śniadanie z kochanką panaDambray, wówczas kanclerza. Zrobiłem dobre wrażenie i byłemgłupi, żem się nie zadomowił w tym życzliwym towarzystwie: czyjako szczęśliwy, czy jako nieszczęśliwy kochanek, byłbym tamznalazł trochę zapomnienia, którego szukałem wszędzie, naprzykład w długich samotnych przechadzkach na Montmarte i doLasku Bulońskiego. Bywałem tam tak nieszczęśliwy, że od tegoczasu nabrałem wstrętu do tych uroczych miejsc. Ale wówczasbyłem ślepy. Dopiero w r. 1824, kiedy przypadek dał mi kochankę, znalazłem lekarstwo na swoje zgryzoty.

To, co piszę, wydaje mi się bardzo nudne. Jeżeli tak pójdziedalej, to nie będzie książka, ale rachunek sumienia. Nie mamprawie żadnych szczegółowych wspomnień z tych czasów burzyi namiętności.

Codzienny widok owych konspiratorów w Izbie Parów przejąłmnie głęboko tą myślą: zabić kogoś, z kim się nigdy nie mówiło,to tylko zwyczajny pojedynek. W jaki sposób żadnemu z tychdudków nie przyszło do głowy naśladować L[ouvela]?

Moje wspomnienia z tej epoki są takie mgliste, że nie wiem doprawdy, czy to w 1821, czy też w 1814 spotkałem kochankępana Dambray u pani Doligny.

Zdaje mi się, że w 1821 odwiedziłem pana Doligny jedyniew jego zamku w Corbeil, a i na to zdecydowałem się aż po paruzaproszeniach.

Rozdział III

Miłość dała mi w r. 1821 cnotę bardzo pocieszną: czystość.

Mimo moich protestów w sierpniu 1821 panowie Lussinge,Barot i Poitevin, widząc moje przygnębienie, urządzili cudownąkolacyjkę z dziewczętami. Barot, jak się przekonałem później, jestjednym z pierwszych talentów w Paryżu do tego dość trudnegorodzaju przyjemności. Kobieta jest dla niego kobietą tylko raz,mianowicie pierwszy. Wydaje 30000 ze swoich 80000 franków, a z tych 30000 franków przynajmniej 20000 na dziewczęta.

Barot zorganizował tedy wieczór wraz z panią Petit, jedną zeswoich dawnych kochanek, której, jak sądzę, pożyczył był właśnie pieniędzy na urządzenie zakładu (to raise a brothel) przy ulicydu Cadran, na rogu ulicy Montmartre, czwarte piętro.

Mieliśmy mieć Aleksandrynę, w pół roku potem utrzymankęnajbogatszych Anglików, wówczas debiutantkę od dwóch miesięcy. Zastaliśmy około ósmej wieczór przemiły salonik, mimo że naczwartym piętrze, szampańskie w lodzie, gorący poncz... Wreszcie zjawiła się Aleksandryna w towarzystwie pokojówki, któramiała poruczone czuwać nad nią. Poruczone przez kogo? Zapomniałem. Ale musiała to być wielka powaga, bo widziałem w rachunku zabawy, że jej dano dwadzieścia franków. Aleksandrynazjawiła się i przeszła wszystkie oczekiwania. Była to duża dziewczyna, siedemnasto- lub osiemnastoletnia, już dojrzała, miałaczarne oczy, które później odnalazłem na portrecie księżnejUrbino przez Tycjana, w galerii florenckiej. Z wyjątkiem włosówTycjan zrobił jej portret. Była słodka, wcale nieonieśmielona,dość wesoła, skromna. Oczy moich kompanów stały się jak błędneod tego widoku. Lussinge ofiarowuje jej kieliszek szampana,którego nie przyjęła, i znika wraz z nią. Pani Petit przedstawianam dwie inne dziewczyny, wcale niezłe, ale powiadamy jej, że ona sama jest ładniejsza. Miała cudowną nóżkę. Poitevin uprowadził ją. Po straszliwie długiej pauzie Lussinge wraca, blady.

— Na ciebie kolej, Beyle. Cześć następnemu! — wykrzyknięto.

Zastałem Aleksandrynę na łóżku, trochę zmęczoną, prawiew stroju, a dosłownie w pozie księżnej Urbino Tycjana.

— Porozmawiajmy choć dziesięć minut — rzekła filuternie. —Jestem trochę zmęczona, pogawędźmy. Niebawem odnajdę ogień młodości.

Była urocza, nie widziałem może nic równie ładnego. Nie byłow niej zbytniego wyuzdania, wyjąwszy oczy, które stopniowozamigotały szałem, lub jeśli kto woli, namiętnością.

Spudłowałem kompletnie, zupełne fiasko. Uciekłem się dośrodków zastępczych, poddała się. Nie bardzo wiedząc, co robić,chciałem wrócić do tych ręcznych igraszek — odmówiła. Wydałasię zdziwiona. Powiedziałem jej parę rzeczy dość zręcznych jak namoją pozycję i wyszedłem.

Ledwie Barot zajął moje miejsce, usłyszeliśmy wybuchy śmiechu, które doszły nas przez trzy pokoje.

Nagle pani Petit wyprawiła inne dziewczęta i Barot przyprowadził nam Aleksandrynę w szczupłym stroju

Piękności ze snu zaledwie zbudzonej...

— Mój podziw dla kochanego Beyle — rzekł, parskając śmiechem— sprawi, że pójdę w jego ślady. Przyszedłem się wzmocnićszampanem.

Wybuch śmiechu trwał dwadzieścia minut, Poitevin tarzał siępo dywanie. Zdumienie Aleksandryny było nieopłacone — pierwszy raz dziewczynie zdarzył się taki wypadek.

Moi kompani chcieli wmówić we mnie, że ja umieram zewstydu i że to jest najnieszczęśliwsza chwila mego życia. Byłemtylko zdziwiony, nic więcej. Nie wiem czemu, myśl o Metyldzieogarnęła mnie w chwili, gdy wchodziłem do tego pokoju, któregoAleksandryna stanowiła tak ładną ozdobę.

Później przez dziesięć lat nie byłem ani trzy razy u dziewcząt.A pierwszy raz po uroczej Aleksandrynie to było w październikuczy w listopadzie r. 1826. Byłem wówczas pogrążony w rozpaczy.

Spotkałem z dziesięć razy Aleksandrynę we wspaniałym powozie, który miała w miesiąc później, i zawsze dostało mi się przyjazne spojrzenie. Wreszcie po kilku latach uroda jej zgrubiała, jak bywa u takich dziewcząt.

Od tego czasu uchodziłem za „bajbardzo” u trzech towarzyszy życia, których mi dał los. Ta piękna reputacja rozeszła sięw świecie i mniej lub więcej trwała aż do czasu, gdy pani Azurzdała sprawę z moich rycerskich czynów. Ten wieczór zbliżyłmnie bardzo z Barotem, z którym do dziś się lubimy. To możejedyny Francuz, w którego domu spędziłbym z przyjemnościądwa tygodnie. To najszczersze serce, najzacniejszy charakter,człowiek najmniej inteligentny i najmniej wykształcony, jakiegoznam. Ale nie ma równego sobie w dwóch talentach: robieniupieniędzy, nie grając nigdy na giełdzie, i zawiązywaniu znajomościz kobietą, którą ujrzy na spacerze lub w teatrze. Zwłaszcza ostatniz tych talentów doprowadził do mistrzostwa.

Bo też to jest dla niego konieczność. Wszelka kobieta, któraobdarzyła go swymi względami, staje się dla niego bez płci.

Pewnego wieczora Metylda mówiła mi o pani Bignami, swojejprzyjaciółce. Opowiedziała mi sama z siebie jej miłostkę bardzoznaną, po czym dodała:

— Niech pan powie, co za los! Co wieczora, wychodząc od niej,kochanek jej szedł do dziewczyny.

Otóż, kiedy opuściłem Mediolan, zrozumiałem, że ten morałnie należał zgoła do historii pani Bignami, ale był ostrzeżeniempod moim adresem.

W istocie co wieczór, odprowadziwszy Metyldę do jej kuzynki,pani Traversi, z którą przez niezgrabstwo nie postarałem sięzapoznać, szedłem skończyć wieczór u czarującej, boskiej hrabinyCassera. I przez nowe głupstwo, pokrewne temu, jakie popełniłem z Aleksandryną, odtrąciłem raz miłość tej młodej kobiety,najmilszej może ze wszystkich, jakie znałem, a wszystko, abyzasłużyć w obliczu Boga na to, aby Metylda mnie pokochała.Odtrąciłem, z tą samą inteligencją i z tych samych pobudek,słynną Vigano, która jednego dnia, schodząc z całym swoimdworem po schodach — a był między jej dworzanami dowcipnyhrabia de Saurau — przepuściła wszystkich, aby mi powiedzieć:

— Panie Beyle, powiadają, że pan się kocha we mnie.

— Mylą się, pani — odpowiedziałem z najzimniejszą krwią,nawet nie całując jej w rękę.

Ten niegodny postępek zyskał mi śmiertelną nienawiść owej kobiety inteligentnej a zimnej. Nie kłaniała mi się, kiedyśmy sięspotkali nos w nos na którejś z ciasnych ulic Mediolanu.

Oto trzy wielkie głupstwa. Nigdy nie daruję sobie hrabinyCassera (dziś jest to najcnotliwsza i najszanowniejsza kobietaw mieście).

Rozdział IV

Oto inne towarzystwo, kontrast tego, o którym mówiłem w poprzednim rozdziale. W 1817 człowiek, którego pisma najbardziejpodziwiałem, jedyny, który miał na mnie ogromny wpływ, hrabiade Tracy, odwiedził mnie w Hotelu Włoskim przy placu Favart. Nigdy nie byłem równie zdziwiony. Uwielbiałem od dwunastu lat Ideologię tego człowieka, który będzie sławny kiedyś.Przesłano mu egzemplarz mojej Historii malarstwa we Włoszech.

Spędził ze mną godzinę. Podziwiałem go tak bardzo, żez pewnością zrobiłem fiasko przez nadmiar uczucia. Nigdy mniejnie myślałem o tym, aby błyszczeć, ani o tym, aby być przyjemnym. Zbliżałem się do tej szerokiej inteligencji, oglądałem jązdumiony, szukałem u niego światła. Zresztą w owym czasie nieumiałem jeszcze być inteligentnym.

Improwizacja spokojnego dowcipu przyszła mi aż w roku 1827.

Pan Destutt de Tracy, par Francji, członek Akademii, był tomały staruszek, bardzo foremny, o wykwintnej i oryginalnejpowierzchowności. Nosi zazwyczaj zielony daszek, pod pozorem,że cierpi na oczy. Widziałem jego przyjęcie [urządzone] w Akademii przezpana de Ségur, który mu naplótł głupstw w imię despotyzmucesarskiego — było to w 1811, zdaje mi się. Mimo że należałem dodworu, czułem głęboki niesmak. „Popadniemy w barbarzyństwowojskowe, zrobią się z nas generały Grosse” — powiadałem sobie.Ów generał, którego widywałem u hrabiny Daru, był to jedenz najtępszych rębajłów gwardii cesarskiej — to wiele powiedziane.Miał akcent prowansalski i palił się zwłaszcza do tego, aby rąbaćFrancuzów wrogich człowiekowi, który mu dawał żreć. Tacyludzie stali się dla mnie czymś tak nienawistnym, że w wieczór pobitwie pod Moskwą, widząc co kilka kroków szczątki paru generałów gwardii, mimo woli rzekłem: „Paru chamów mniej!” — odezwanie, które omal mnie nie zgubiło i które robiło wrażenienieludzkości.

Pan de Tracy nigdy nie pozwolił malować swego portretu.Uważam, że podobny jest do papieża Klemensa XII (Corsini),takiego, jak się go widzi w Santa Maria Maggiore, w pięknejkaplicy po lewej od wejścia.

Obejście jego — o ile go nie napadną złe humory — jest urocze.Zrozumiałem ten charakter aż w 1822. To stary donżuan (patrzoperę Mozarta, sztukę Moliera etc.). W zły humor wprawia gowszystko. Na przykład w jego salonie pan de La Fayette byłtrochę większym człowiekiem od niego (nawet w 1821). Następnie, Francuzi nie ocenili Ideologii ani Logiki. Pana de Tracypowołały do Akademii upiżmowane retory jedynie jako autoradobrej gramatyki, a i to jeszcze schlastał go porządnie ów płaskiSégur, syn jeszcze bardziej płaskiego ojca (pan Filip, który opisałnasze nieszczęścia w Rosji, aby dostać wstęgę Ludwika XVIII).Ten plugawy Filip de Ségur posłużył mi za wzór charakteru,którym najbardziej brzydzę się w całym Paryżu: ministeriałwierny honorowi we wszystkim, z wyjątkiem momentów stanowczych decyzji. Świeżo ten Filip odegrał wobec ministra Kazimierza Périer (patrz „Debaty”, maj 1832) tę samą rolę, która zyskałamu łaski Napoleona, opuszczonego później tak nikczemnie,a potem łaskę Ludwika XVIII, który lubował się w tym rodzajunikczemników. Rozumiał doskonale ich podłość, przypominał jąjakimś ciętym słówkiem, w chwili, gdy robili coś szlachetnego.Może ten przyjaciel Favrasa, który czekał wiadomości o jegopowieszeniu, aby powiedzieć swemu dworzaninowi: „Każ podawać do stołu”, sam poczuwał się do takiego charakteru. To byłczłowiek zdolny przyznać się przed sobą, że jest nikczemnikiem,i śmiać się ze swej podłości.

Czuję, że termin „nikczemny” źle jest zastosowany; ale tapodłość Filipa de Ségur była moją zmorą. Sto razy wolę i wyżejcenię prostego galernika, zwykłego mordercę, który miał chwilęsłabości i który zresztą ginął najczęściej z głodu. W 1828 albo 1826dobry Filip był zajęty robieniem dziecka wdowie milionerce,którą uwiódł i która musiała go zaślubić (pani Greffulhe, wdowapo parze Francji). Jadłem czasami obiad z generałem Filipem deSégur przy służbowym stole cesarza. Wówczas Filip mówił tylkoo swoich trzynastu ranach, bo to bydlę jest odważne.

Byłby bohaterem w Rosji lub w krajach na wpół cywilizowanych. We Francji zaczynają rozumieć jego podłość. Panie Garnett(ulica Duphot, nr 12) chciały mnie zaprowadzić do jego brata, ichsąsiada, nr 14, zdaje mi się, od czego za każdym razem sięwymówiłem z przyczyny historyka kampanii rosyjskiej.

Hrabia de Ségur, wielki mistrz ceremonii w Saint-Cloudw 1811, kiedy tam byłem, gryzł się śmiertelnie, że nie jestksięciem. W jego oczach to było więcej niż nieszczęście, to była,,niewłaściwość”. Wszystkie jego pojęcia były zupełnie czcze, alemiał ich dużo i o wszystkim. Widział u wszystkich i wszędziechamstwo, ale z jaką gracją wyrażał swoje uczucia!

Lubiłem u tego biednego człowieka namiętną miłość, jaką żonamiała dla niego. Poza tym, kiedym do niego mówił, miałemwrażenie, że mam do czynienia z liliputem. Spotykałem pana deSégur, wielkiego mistrza ceremonii od 1810 do 1814, u ministrówNapoleona. Nie widziałem go już od czasu upadku cesarza,którego był słabostką i nieszczęściem zarazem.

Nawet dzisiejsi Dangeau z dworu cesarza — a było ich wielu, naprzykład mój przyjaciel Marcjal Daru — nawet ci ludzie nie moglisię wstrzymać od śmiechu z ceremoniału obmyślonego przezhrabiego de Ségur na zaślubiny Napoleona z Marią Ludwikąaustriacką, zwłaszcza na ich pierwsze spotkanie. Nawet samNapoleon, mimo iż niesłychanie dumny ze swego nowego uniformu królewskiego, nie mógł wytrzymać: kpił sobie z tego z Durokiem, który mi to powtórzył. Sądzę, że nic nie wykonano z tegolabiryntu małostek. Gdybym miał tutaj swoje paryskie papiery,dołączyłbym ów program do tej paplaninki z mojego życia.Prawdziwa rozkosz przeglądać to, ma się wrażenie jakiejś farsy.

Wzdycham w roku 1832, powiadając sobie: „A jednak otodokąd mała próżność paryska ściągnęła Włocha — Napoleona!”.

Na czym ja stanąłem...? Mój Boże, jak to jest źle napisane!

Pan de Ségur był zwłaszcza wzniosły w Radzie Stanu. Ta Radabyła wielce czcigodna. To nie była w r. 1810 zgraja chamów,panów Cousin, Jacqueminot, panów *** i innych, obskurniejszych jeszcze (1832).

Oprócz grubych ryb, swoich zaciekłych wrogów, Napoleonzgromadził w Radzie Stanu pięćdziesięciu najmniej głupich Francuzów. Były tam różne sekcje. Czasami Sekcja Wojny (gdzie japraktykowałem pod niezrównanym Gouvion-Saint-Cyr) miałasprawę do Sekcji Spraw Wewnętrznych, której przewodniczyłczasami pan de Ségur, nie wiem jakim cudem, zdaje mi się, w czasie nieobecności albo choroby tęgiego chwata Regnault (deSaint-Jean-d'Angély).

W trudnych sprawach — na przykład sprawa gwardii honorowejw Piemoncie, w czym byłem jednym z pomniejszych referentów — wytworny, doskonały pan de Ségur nie znajdując żadnej myśli,wysuwał swój fotel. Czynił to ruchem niezrównanie komicznym,chwytając go rozstawionymi udami.

Naśmiawszy się z jego niezdarstwa, powiadałem sobie: „Ale czyto nie ja się mylę? Toż to jest ów sławny ambasador u KatarzynyWielkiej, który skradł pióro ambasadorowi angielskiemu. Tohistoryk Wilhelma II czy Wilhelma III (nie pamiętam już którego kochanka Lichtenauowej, dla której Beniamin Constant siębił)”.

Byłem nawykły od młodych lat zbytnio szanować.Kiedy jakiś człowiek podbił moją wyobraźnię, byłem wobec niegojak ogłupiały: uwielbiałem jego wady.

Ale śmieszność pana de Ségur kierującego Napoleonem była,jak się zdaje, za mocna na moją gullibility.

Zresztą hrabiego de Ségur, wielkiego mistrza ceremonii (w tymwielce różnego od Filipa), można było pytać o wszystkie delikatneprocedery, w zakresie kobiety zbliżające się wręcz do heroizmu.Miał powiedzonka wykwintne i urocze, ale nie trzeba było, abywyrastały ponad lilipuci poziom jego pojęć.

Źle robiłem, że nie utrzymywałem stosunków z tym miłymstarcem od 1821 do 1830; zdaje mi się, że zgasł prawie równocześnie ze swoją czcigodną żoną. Ale byłem szalony, mój wstręt donikczemności dochodził obłędu, zamiast żeby się nią bawić,jak czynię dziś z postępkami dworu ***.

Hrabia de Ségur kazał mi powinszować w 1817, po moimpowrocie z Anglii, książki Rzym, Neapol i Florencja, którąkazałem mu przesłać.

W głębi duszy, pod względem moralnym, zawsze pogardzałemParyżem. Aby zdobyć to miasto, trzeba było być, jak pan deSégur, wielkim mistrzem.

Pod względem krajobrazów Paryż nigdy mi się nie podobał.Nawet około 1803 miałem do niego wstręt dla braku gór dokoła.Góry moich stron (Delfinat), świadki namiętnych drgnień megoserca przez pierwszych szesnaście lat mego życia, zaszczepiły mi pod tym względem bias (po angielsku: narów), którego niemogłem się wyzbyć.

Zacząłem cenić Paryż aż 28 lipca 1830. Jeszcze w dniu zarządzeń o jedenastej wieczór drwiłem sobie u hrabiego Réalz odwagi paryżan i z oporu, jakiego spodziewano się po nich.Sądzę, że ten człowiek tak wesoły i jego heroiczna córka, baronowaLacuée, jeszcze mi tego nie przebaczyli.

Dziś cenię Paryż. Przyznaję, że co do odwagi należy gopostawić na pierwszym miejscu, tak jak dla jego kuchni, dladowcipu. Ale nie ciągnie mnie mimo tego wszystkiego. Zdajemi się, że jest zawsze jakaś komedia w jego zaletach. Młodziludzie urodzeni w Paryżu z ojców prowincjałów, tęgich chwatów,którzy dobili się majątku, wydają mi się wymoczkami, uważająjedynie na swój strój, na wykwint szarego kapelusza, na węzełkrawata, jak np. Féburier, Viollet-le-Duc etc. Nie pojmujęczłowieka bez odrobiny męskiej energii, hartu i głębokościmyśli etc. Wszystko rzeczy równie rzadkie w Paryżu jak obejściegrubiańskie, a nawet twarde.

Ale trzeba kończyć ten rozdział. Aby starać się nie kłamać i nieukrywać swoich błędów, postanowiłem pisać te wspomnienia podwadzieścia stronic dziennie, jak list. Po moim odjeździe dowieczności wydrukują to z oryginału. Może w ten sposób dojdę doszczerości, ale też muszę błagać czytelnika (może urodzonego dziś rano w sąsiednim domu), aby mi przebaczył to straszliwegadulstwo.

Rozdział V

Spostrzegłem się w r. 1832 — w ogóle moja filozofia jest z tego dnia,w którym piszę, byłem bardzo od niej odległy w 1821 — widzętedy, że ja byłem czymś pośrednim między energicznym grubiaństwem generała Grosse, hrabiego Regnault de Saint-Jean-d'Angély oraz nieco lilipucią gracją hrabiego de Ségur, pana Petit,gospodarza Hotelu Brukselskiego, etc.

Jedynie co do nikczemności byłem obcy ostatecznościom,o które się pomawiam. Z braku zręczności, z braku zmysłuhandlowego, jak mi to powiadał à propos moich książek i Akademii pan D. z „Debat” (pan Delécluze), przepuściłem kilka sposobności zrobienia wielkiej kariery politycznej, finansowejalbo literackiej. Przypadkowo wszystko to kolejno pukało domoich drzwi. Marzenie — tkliwe w 1821, a później filozoficznei melancholiczne (poza wszelką próżnością, ściśle takie jak panaJakuba w As You Like It) — stało się dla mnie taką rozkoszą, żekiedy przyjaciel spotkał mnie na ulicy, byłbym dał paola za to, abysię nie odzywał do mnie. Sam widok kogoś znajomego drażnimnie. Kiedy widzę z daleka takiego człowieka i kiedy trzebamyśleć o tym, aby mu się ukłonić, drażni mnie to na pięćdziesiątkroków z góry. Szalenie lubię za to spotkać przyjaciół wieczoremw towarzystwie, w sobotę u pana Cuvier, w niedzielę u pana deTracy, we wtorek u pani Ancelot, we środę u barona Gerard etc.,etc.

Ktoś obdarzony odrobiną taktu widzi łatwo, że mnie męczy,zaczepiając mnie na ulicy. „Oto człowiek, który mnie lekceważy”— powiada sobie jego próżność i nie ma racji.

Stąd moje szczęście, kiedy się przechadzam dumnie po obcymmieście (Lancaster, Torre del Greco etc.), dokąd przybyłem przedgodziną i gdzie jestem pewny, że mnie nikt nie zna. Od kilku latzaczyna mi brakować tego szczęścia. Gdyby nie morska choroba,puściłbym się z przyjemnością do Ameryki. Czy uwierzycie?Nosiłbym z przyjemnością maskę, zmieniłbym z rozkoszą nazwisko. Tysiąc i jedna nocy, które uwielbiam, wypełniają więcej niżćwierć mojej głowy. Często myślę o pierścieniu Angeliki; największą moją przyjemnością byłoby zmienić się w długiego blondasaNiemca i przechadzać się tak po Paryżu.

Widzę, przeglądając te kartki, że byłem przy panu de Tracy.Ten starzec tak kształtny, zawsze czarno ubrany, w swoimobszernym zielonym surducie, stojący przed kominkiem to najednej, to na drugiej nodze, miał sposób mówienia, który byłprzeciwieństwem jego pism. Spostrzeżenia subtelne, wytworne;brzydził się jaskrawszym słowem jak klątwą, a pisze jak jaki wójtgminny. Energiczna prostota, którą, jak się zdaje, miałemw owym czasie, nie bardzo musiała mu się podobać. Nosiłemolbrzymie czarne faworyty, za które pani Doligny wstydziła się mniew rok później. Ta głowa włoskiego rzeźnika nie zdawała sięzbytnio odpowiadać ekspułkownikowi Ludwika XVI.

Pan de Tracy, syn wdowy, urodził się około 1765 z 300 000franków renty. Pałac jego był przy ulicy de Tracy, koło ulicySaint-Martin.

Stał się mimowolnym spekulantem, jak wielu ludzi bogatychz r. 1780. Pan de Tracy zbudował swoją ulicę i stracił na niej200 000 albo 300 000 franków, i tak dalej. Przypuszczam, że dziśten człowiek (tak uroczy, kiedy około 1790 był kochankiem panide Praslin), ten głęboki logik, zmienił swoje 300 000 frankówrenty na niespełna 30 000.

Matka jego, kobieta rzadkiego rozsądku, była w łaskach nadworze; toteż mając dwadzieścia dwa lata syn był pułkownikiem,i to pułkownikiem pułku, gdzie między kapitanami zastał pana deTracy, swego kuzyna, widocznie równie szerokiego umysłu jakon, skoro nigdy nie przyszło mu do głowy oburzać się, że tadwudziestodwuletnia laleczka ma dowodzić pułkiem, w którymon służy.

Ta laleczka, która — jak mi mówiła później pani de Tracy — miała tak cudowne ruchy, posiadała mimo to podkład rozsądku.Ta matka, rzadka kobieta, dowiedziawszy się, że istnieje w Strasburgu filozof (a zważcie, że to było może w r. 1780: nie filozof jakWolter, Diderot, Raynal), dowiedziawszy się, powiadam, że jestw Strasburgu filozof, który analizuje myśli człowieka, obrazy lubznaki wszystkiego, co człowiek widzi i czuje, zrozumiała, żegdyby jej syn posiadł umiejętność poruszania tymi obrazami,dałoby mu to zapas oleju w głowie.

Wyobraźcie sobie, co za minę musiał mieć w 1785 bardzoprzystojny młody człowiek, doskonale urodzony, bywającyu dworu, z 300 000 franków renty!

Margrabina de Tracy umieściła syna w artylerii, co przez dwalata z rzędu trzymało go w Strasburgu. Jeśli kiedy będę tamtędyprzejeżdżał, spytam, co to był za sławny filozof, Niemiec, w tymmieście około 1780.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.