drukowana A5
26.25
Pamiętnik egotysty

Bezpłatny fragment - Pamiętnik egotysty


Objętość:
127 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0952-9

Rozdział I

Aby zapełnić wolne chwile na tej obcej ziemi, mam ochotę spisaćmały pamiętnik wszystkiego, co mi się zdarzyło w czasie mojejostatniej bytności w Paryżu, od 21 czerwca 1821 do [6] listopada1830. Dziewięć i pół lat. Łaję sam siebie od dwóch miesięcy — odczasu, jak strawiłem nowość mojej pozycji — aby się wziąć do jakiejśpracy. Bez pracy okręt ludzki nie ma balastu. Przyznaję, żebrakłoby mi chęci do pisania, gdybym nie miał wiary, że kiedyśkartki te ukażą się w druku i będą czytane przez jakąś duszęz tych, z którymi sympatyzuję, taką jak pani Roland albogeometra Gros. Ale oczy, które będą to czytały, ledwie otwierająsię dla światła: podejrzewam, że moi przyszli czytelnicy majądziesięć albo dwanaście lat.

Czy wyciągnąłem wszystkie możliwości szczęścia z pozycji,w jakich stawiał mnie los przez dziewięć lat, które spędziłemw Paryżu? Co ja za człowiek właściwie jestem? Rozsądny? Mądry?Głęboki?

Czy jestem wybitną inteligencją? Doprawdy, nie mam pojęcia.Zajęty tym, co mi przynosi każdy dzień, rzadko myślę o tychzasadniczych sprawach, a wówczas sądy moje odmieniają się wrazz humorem. Sądy moje to tylko spostrzeżenia.

Zobaczmyż, czy robiąc rachunek sumienia z piórem w ręku,dojdę do czegoś pozytywnego, co by zostało dla mniedługo prawdą. Co będę myślał o mojej pisaninie, odczytującją w roku 1835, o ile dożyję? Czy będzie z tym tak, jak z mymi rzeczami drukowanymi? Mam uczucie głębokiego smutku, kiedyw braku innej książki biorę je do rąk.

Czuję od miesiąca — odkąd się noszę z tym zamiarem — istnywstręt do pisania jedynie po to, aby mówić o sobie, o liczbie moichkoszul, o sprawach mojej miłości własnej. Z drugiej strony,jestem daleko od Francji, przeczytałem wszystkie zajmująceksiążki, jakie przedostają się tutaj. Najbardziej miałbym ochotęnapisać powieść na tle sprawy miłosnej, która się rozegraław Dreźnie, w sierpniu 1813, w moim sąsiedztwie. Ale drobneobowiązki związane z moim stanowiskiem odrywają mnie częstolub, aby rzec lepiej, biorąc pióro w rękę nigdy nie jestem pewny,czy upłynie godzina, żeby mi nikt nie przerwał. Ta drobnaprzeciwność gasi zupełnie moją wyobraźnię. Kiedy wracam doswojej fikcji, brzydzi mnie to, co roiłem. Roztropny człowiekodpowie na to, że trzeba się przezwyciężyć. Odpowiadam: zapóźno, mam czterdzieści [dziewięć] lat. Po tylu przygodach czasmyśleć o tym, aby dokończyć życia jak najmniej przykro.

Główną moją przeszkodą nie była próżność, jaka jest w tym,aby opisywać swoje życie. Książka na taki temat jest jak wszystkieinne: zapomina się ją szybko, jeśli jest nudna. Bałem się skazićszczęśliwe chwile, jakie mi się zdarzyły, opisując je, rozbierając.Nie, tego nie będę robił; ominę godziny szczęścia.

Geniusz poetycki umarł, ale przyszedł na świat geniusz podejrzeń. Jestem głęboko przekonany, że jedyna odtrutka, któramoże kazać czytelnikowi zapomnieć o wiecznych ja autora, toabsolutna szczerość. Czy będę miał odwagę opowiedzieć rzeczyupokarzające, nie ratując ich przedmowami bez końca? Mamnadzieję.

Mimo klęsk mojej ambicji nie uważam ludzi za złych, nieuważam się za prześladowanego przez nich. Patrzę na nich jak namachiny poruszane we Francji próżnością, a gdzie indziejwszystkimi namiętnościami, z próżnością włącznie.

Nie znam sam siebie i czasami w nocy, kiedy o tym myślę,złości mnie to. Czy jestem dobry, zły, inteligentny, głupi? Czyumiałem wyciągnąć korzyść z przypadków, w które rzuciła mniewszechpotęga Napoleona (którego zawsze uwielbiałem) w 1810i nasze wysypanie się w błoto w 1814, i nasz wysiłek, aby się z niegowydobyć w 1830? Obawiam się, że nie; działałem z kaprysu,przypadkowo. Gdyby mnie ktoś prosił o radę w sprawie takiejsamej, jak moja, umiałbym ją dać, i to zupełnie niepospolitą. Przyjaciele moi, rywale intelektualni, komplementowali mnieczęsto w tej mierze.

W 1814 hrabia Beugnot, minister policji, ofiarował mi dyrekturę aprowizacji Paryża. Nie żądałem niczego, mogłem doskonaleprzyjąć. Odpowiedziałem bardzo niezachęcająco panu Beugnot,człowiekowi, który jest próżny jak dubeltowy Francuz — musiałbyć mocno zgorszony. Ten, który dostał owo miejsce, wycofał sięz niego po czterech czy pięciu latach, mając pieniędzy w bród, i to(powiadają) nie kradnąc. Bezgraniczna wzgarda, jaką miałem dlaBurbonów — było to dla mnie wówczas cuchnące błoto — sprawiła,że opuściłem Paryż w kilka dni po oddaleniu uprzejmej propozycjipana Beugnot. Serce moje, ściśnięte triumfem wszystkiego, czympogardzałem, a czego nie mogłem nienawidzić, orzeźwiała jedynieodrobina miłości, jaką zaczynałem czuć do hrabiny Du Long, którą widywałem co dzień u pana Beugnot i która w dziesięć dnipóźniej grała wielką rolę w moim życiu. Wówczas wyróżniałamnie nie jako miłego człowieka, ale jako oryginała. Widziała, żejestem przyjacielem kobiety bardzo brzydkiej, a bardzo wartościowej, hrabiny Beugnot. Zawsze żałowałem tego, że jej niepokochałem. Cóż za przyjemność rozmawiać poufnie z kobietą natakim stanowisku!

Bardzo długa jest ta przedmowa, czuję to od trzech stronic; alemam zacząć od spraw tak smutnych i trudnych, że lenistwo mniejuż chwyta, niemal mam ochotę rzucić pióro. Ale za pierwsząchwilą samotności miałbym wyrzuty.

Wyjechałem z Mediolanu do Paryża [13] czerwca 1821, z sumą3500 franków, zdaje mi się, uważając za jedyne szczęście strzelićsobie w łeb, skoro ta suma się skończy. Żegnałem, po trzechlatach zażyłości, kobietę, którą ubóstwiałem, która mnie kochałai która nie oddała mi się nigdy.

Jeszcze po tylu latach nie umiem zgadnąć pobudek jej postępowania. Miała bardzo złą opinię, a wszakże miała w życiu tylkojednego kochanka; ale paniusie mediolańskie mściły się na niej zajej wyższość. Biedna Metylda nie umiała ani się bronić przed tymwrogiem, ani gardzić nim. Może pewnego dnia, kiedy będębardzo stary, bardzo wystygły, będę miał odwagę mówić o latach1818, 1819, 1820, 1821.

W 1821 z wielkim trudem opierałem się pokusie strzeleniasobie w łeb. Rysowałem pistolet na marginesie lichego miłosnegodramatu, który bazgrałem wówczas (mieszkając w Casa Acerbi). Zdaje mi się, że to ciekawość wydarzeń politycznych nie pozwoliłami skończyć z sobą, a może, bez mojej świadomości, obawa bólu.

Wreszcie pożegnałem się z Metyldą.

— Kiedy pan wróci? — spytała.

— Nigdy, mam nadzieję.

Jeszcze ostatnia godzina kręceń i pustych słów — jedno jedynemogło zmienić moje przyszłe życie; niestety, nie na długo: taanielska dusza, ukryta w tak pięknym ciele, rozstała się zeświatem w 1825 r.

Wreszcie wyjechałem w stanie, który można sobie wyobrazić,dnia... czerwca. Jechałem z Mediolanu do Como, obawiając się cochwila, że wrócę z drogi.

Tego miasta, gdzie tyle razy myślałem, że przyjdzie mi skończyć, nie mogłem opuścić bez uczucia rozdarcia. Zdawało mi się,że zostawiam tam życie, co mówię! Czym było życie wobec niej — Metyldy! Umierałem za każdym krokiem, który mnie od niejoddalał.

Każdy oddech był westchnieniem (Shelley).

Po jakimś czasie byłem jak ogłupiały, rozmawiałem z pocztylionami i odpowiadałem poważnie na ich refleksje nad cenami wina.Rozważałem wraz z nimi przyczyny, które powinny je podrożyćo solda. Najokropniejsze dla mnie było spojrzeć w samego siebie.Minąłem Airolo, Bellinzonę, przybyłem do Lugano (dźwięk tychnazw przyprawia mnie jeszcze dziś o dreszcz — 20 czerwca 1832).

Przybyłem na przełęcz św. Gotarda; wówczas to było okropne(zupełnie podobne do góry Cumberland w północnej Anglii,z dodatkiem przepaści). Chciałem przebyć św. Gotarda konno,spodziewając się po trosze, że się przewrócę, że się okaleczęporządnie i że mnie to rozerwie. Mimo że jako dawnemu oficerowikawalerii spaść z konia to mi nie pierwszyzna, nie lubię spaść naobsuwające się kamienie, ustępujące pod kopytami konia.

Kurier, który mi towarzyszył, zatrzymał mnie w końcu i oświadczył, że niewiele mu zależy na moim życiu, ale że zmniejszyłbymjego zarobki i że nikt nie chciałby z nim jechać, gdyby siędowiedziano, że pod jego okiem podróżny spadł w przepaść.

— Jak to! Nie domyśliłeś się, że ja mam syf...? — rzekłem. — Niemogę iść.

Przybyłem z tym kurierem, przeklinającym swój los, doAltdorf. Otwierałem ogłupiałe oczy na wszystko. Jestem wielkimadmiratorem Wilhelma Tella, mimo że prorządowi pisarze wszystkich krajów twierdzą, że on nigdy nie istniał. W Altdorf, zdaje misię, lichy posąg Tella w kamiennej spódniczce wzruszył mnie,właśnie dlatego, że był lichy.

„Oto więc — powiadałem sobie z łagodną melancholią, pierwszy raz zajmującą miejsce oschłej rozpaczy — oto więc, w coobracają się najpiękniejsze rzeczy w oczach gawiedzi. Taka i tyjesteś, Metyldo, w salonie pani Traversi”.

Widok tego pomnika uspokoił mnie nieco. Spytałem o miejsce,gdzie znajduje się kaplica Tella.

— Zobaczy ją pan jutro.

Nazajutrz ruszyłem w drogę w bardzo licznym towarzystwie:oficerowie szwajcarscy należący do gwardii Ludwika XVIII,którzy jechali do Paryża.

(Tu cztery strony opisów krajobrazu, od Altdorf po Gersau,Lucernę, Bazyleę, Belfort, Langres, Paryż. Zwrócony ku sprawom ducha, doznaję uczucia nudy, kiedy muszę opisywać światzewnętrzny. Od dwóch lat nie napisałem ani dwunastu stronictego rodzaju).

Francja, a zwłaszcza okolice Paryża, nigdy mi się nie podobały,co dowodzi, że jestem lichym Francuzem i złym człowiekiem, jakpowiadała później panna Zofia ***, pasierbica pana Cuvier.

Serce mi się ścisnęło do reszty, kiedym jechał z Bazylei doGelfort i opuszczałem wysokie, jeżeli nie piękne, góry szwajcarskiedla okropnych i płaskich widoków Szampanii.

Jakież kobiety brzydkie są w ***, wiosce, gdzie je oglądałemw niebieskich pończochach i w sabotach. Ale później powiedziałem sobie: „Co za uprzejmość, dystynkcja, jakie poczucie sprawiedliwości w ich wiejskich pogwarkach!”.

Langres położone jest jak Volterra — miasto, które uwielbiałemwówczas, ile że było sceną jednego z moich najśmielszych atakóww wojnie przeciw Metyldzie.

Pomyślałem o Diderocie, synu, jak wiadomo, nożownikaz Langres. Myślałem o Kubusiu Fataliście, jedynej z jego książek,którą cenię, ale też cenię ją o wiele więcej niż Podróż Anacharsisa,niż Traktat nauk i sto tomów sławionych przez bakałarzy.

„Największym z nieszczęść — wykrzyknąłem — byłoby, gdybyci ludzie tak oschli, moi przyjaciele, wśród których przyjdzie miżyć, odgadli moją namiętność, i to dla kobiety, której nie miałemnigdy!”.

Mówiłem to sobie w czerwcu 1821 i widzę w czerwcu 1832 poraz pierwszy, pisząc to, że ta obawa, tysiąc razy ponawiana, byław istocie sprężyną mojego życia przez dziesięć lat. Dzięki niejdoszedłem do tego, że stałem się inteligentny i dowcipny, rzecz, którą najbardziej gardziłem w Mediolanie w 1818, kiedy kochałem Metyldę.

Dotarłem do Paryża, który mi się wydał ohydny, obrażający dlamojej boleści. Przybyłem z jedną myślą: nie zdradzić się.Po tygodniu, widząc ten bezwład polityczny, powiedziałem sobie:,,Muszę skorzystać z mego cierpienia i z. L 18”.

Żyłem tą myślą kilka miesięcy, z których zaledwie coś pamiętam. Zamęczałem listami przyjaciół w Mediolanie, aby otrzymaćpośrednio bodaj słówko o Metyldzie. Lecz oni potępiali mojeszaleństwo i nigdy nie wspominali o niej.

Zamieszkałem w Paryżu przy ulicy Richelieu, w Hotelu Brukselskim, nr 47, prowadzonym przez niejakiego pana Petit,ekslokaja jednego z panów de Damas. Grzeczność, wdzięk,zręczność tego pana Petit, jego brak wszelkich sentymentów, jegowstręt dla głębszych drgań duszy, jego żywa pamięć próżnosteksprzed lat trzydziestu, jego idealna uczciwość pieniężna — wszystko to czyniło go w moich oczach wzorem Francuza starej daty.Powierzyłem mu 3000 franków, które mi zostały; wmusił mi jakiśkwitek, który co rychlej zgubiłem, czym wielce się frasował,kiedy po kilku miesiącach czy tygodniach odebrałem swojepieniądze, aby jechać do Anglii, dokąd mnie pchała śmiertelnaantypatia do życia w Paryżu.

Mało mam wspomnień z tego namiętnego okresu. Sprawy życiaspływały mi niepostrzeżone albo wzgardzone, kiedy je zauważyłem. Myśl moja była na placu Belgioioso w Mediolanie. Skupięsię, aby sobie przypomnieć domy, w których bywałem.

Rozdział II

Oto portret wartościowego człowieka, z którym spędzałem wszystkie ranki przez osiem lat. Łączyło nas uczucie szacunku, ale nieprzyjaźni.

Stanąłem w Hotelu Brukselskim, bo tam mieszkał Piemontczyk, najbardziej oschły, twardy, najbardziej podobny do imćRancune'a (Opowieść ucieszna), jakiego kiedykolwiek spotkałem. Baron de Lussinge był towarzyszem mego życia od 1821 do 1831; urodzony około 1785, miał w r. 1821 trzydzieści sześć lat.Odstrychnął się ode mnie i zaczął być niegrzeczny dopierowówczas, kiedy zyskałem opinię człowieka dowcipnego, po okropnym nieszczęściu 15 września 1826.

Pan de Lussinge, mały, szeroki, krępy, niewidzący nic o trzykroki, zawsze źle ubrany przez skąpstwo i obracający naszespacery na to, aby układać budżet osobistych wydatków kawalerskich w Paryżu, był człowiekiem niezwykle roztropnym. Ja,w moich romantycznych i świetnych iluzjach, widziałem geniusz,dobroć, sławę, szczęście każdego przechodnia w proporcji trzydziestu, gdy było tylko piętnaście — on zaś widział tylko sześć albosiedem.

Oto co stanowiło podstawę naszych rozmów przez osiem lat, nato szukaliśmy się z jednego końca Paryża na drugi.

Lussinge, mający wówczas trzydzieści sześć albo siedem lat,miał serce i głowę człowieka pięćdziesięciopięcioletniego. Przejmował się jedynie wydarzeniami, które go dotykały osobiście;wówczas szalał, jak na przykład w dobie swego małżeństwa. Pozatym stałym celem jego ironii było wszelkie wzruszenie. Lussingemiał tylko jedną religię: szacunek dla urodzenia. Pochodzi w istocie z rodziny z Bugey, która zajmowała tam poczesne stanowiskow 1500 r.; udała się do Turynu z książętami Sabaudii, którzyzostali królami Sardynii. Lussinge chował się w Turynie w tejsamej akademii, co Alfieri. Nabrał tam owej głębokiej złośliwościpiemonckiej, niemającej nic równego w świecie, a będącej wszakżetylko nieufnością do losu i ludzi. Odnajduję wiele jej rysóww Rzymie, ale tutaj, na przykładkę, istnieją namiętności, przytym arena jest szersza, mniej mieszczańskich małostek.

Mimo to wszystko kochałem Lussinge'a aż do czasu, kiedy sięstał bogaty, potem skąpy, bojaźliwy i w końcu nieprzyjemnyw swoich odezwaniach i prawie brutalny w styczniu 1830 roku.

Miał matkę skąpą, ale zwłaszcza pomyloną, która mogła łatwooddać majątek księżom. Miał zamiar się ożenić — to byłby dlamatki przymus związania się za pomocą aktów, które nie pozwoliłyby jej oddać majątku spowiednikowi. Jego intrygi, manewry,podczas gdy polował na żonę, bawiły mnie wielce. Lussinge omalnie poprosił o rękę uroczej dziewczyny, która jemu byłabydała szczęście, a byłaby utrwaliła na wieki naszą przyjaźń: mam namyśli córkę generała Gilly (później pani Doin, żona adwokata, o ile mi się zdaje). Ale generał był skazany na śmierć w r. 1815, tobyłoby uraziło szlachetną baronową, matkę Lussinge'a. Cudemprawie uniknął małżeństwa z pewną puszczalską, później paniąVarambon. W końcu ożenił się z kompletną gęsią, wysoką i dośćprzystojną, gdyby miała nos. Ta gęś spowiadała się u samegoprzewielebnego de Quélen, arcybiskupa paryskiego, do któregochodziła się spowiadać w jego salonie. Przypadek dał mi parędanych o amorach tego arcybiskupa, który miał wówczas możepanią de Podenas, damę dworu księżnej de Berry, i później czyprzedtem kochankę sławnego księcia Raguzy. Jednego dnianieostrożnie — to jest, jeśli się nie mylę, jedna z moich licznychwad — droczyłem się z panią de Lussinge na temat arcybiskupa.Było to u hrabiny d'Avelles.

— Kuzynko, każ milczeć panu Beyle! — krzyknęła wściekła.

Od tej chwili była moim wrogiem, mimo że z dość dziwnyminawrotami kokieterii. Oto webrnąłem w epizod bardzo długi.Ciągnę dalej, bo widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie przezosiem lat, a później trzeba by wrócić do tej wielkiej i kwitnącejbaronowej, która ma blisko pięć stóp i sześć cali.

Posag, pensja szefa kancelarii w Ministerium Policji orazdarowizny matki dały Lussinge'owi razem około r. 1828 jakieś22 000 czy 23 000 franków renty. Z tą chwilą opanowało go jednouczucie: obawa, aby tego nie stracić. Gardząc Burbonami — nietyle co ja, który mam zasady polityczne, ale gardząc nimi jakoniezgrabiaszami — doszedł do tego, że nie mógł znieść bez atakuirytacji przejawu ich niezręczności. (Widział w tym natychmiastniebezpieczeństwo dla swego dobrobytu). Codziennie był jakiśnowy tego przykład, jak można sprawdzić w dziennikach od r. 1826 do 1830. Lussinge chodził wieczór do teatru, ale nie bywałnigdzie, wstydził się trochę swego stanowiska. Co rano spotykaliśmy się w kawiarni, opowiadałem mu, czego się dowiedziałempoprzedniego dnia, najczęściej dowcipkowaliśmy na temat różnicy naszych przekonań. 3 stycznia 1830, zdaje mi się, zaprzeczyłmi jakiegoś faktu antyburbońskiego, którego dowiedziałem sięu pana Cuvier, wówczas radcy stanu, wielkiego ministeriała.Głupi ten wybryk spowodował długie milczenie, minęliśmy Luwr,nie mówiąc słowa. Miałem wówczas jedynie na najskromniejszeżycie; on, jak wiadomo, miał 22 000 franków rocznie. Uważałemod roku, że przybiera ze mną tony wyższości. W czasie naszychdyskusji politycznych powiadał mi:

— Ba, pan nie masz majątku.

Wreszcie zdobyłem się na bardzo ciężkie postanowienie: zmieniłem kawiarnię, nie uprzedzając go. Od dziewięciu lat chodziłemcodziennie o wpół do jedenastej do Kawiarni Roueńskiej, prowadzonej przez pana Pique, poczciwego mieszczucha, oraz paniąPique, wówczas bardzo ładną, od której Maisonnette, jedenz naszych wspólnych przyjaciół, uzyskiwał schadzki po 500franków sztuka. Przeniosłem się do Lemblina, słynnej kawiarniliberalnej, również w Palais-Royal. Widywałem Lussinge'a jużtylko co dwa tygodnie. Później nasza zażyłość, która stała się, jaksądzę, potrzebą dla nas obu, chciała się często nawiązać, ale nigdynie miała siły. Wiele razy później muzyka albo malarstwo,których był znawcą, były dla nas terenem neutralnym, ale całaimpertynencja jego wzięcia wracała bardzo ostro, ilekroć zeszliśmy na politykę i kiedy się bał o swoje 22 000 franków; nie byłosposobu rozmawiać. Jego zdrowy rozsądek bronił mi się zapuszczać zbyt daleko w moje iluzje poetyckie. Moja wesołość — bostałem się wesoły lub raczej nauczyłem się udawać wesołego —rozchmurzała jego ponurą złośliwość, a zwłaszcza jego piekielnąobawę stracenia.

Kiedy ja w roku 1830 objąłem małą posadkę, zdaje mi się, żemoja pensja wydała mu się zbyt wysoka. Ale ostatecznie od 1821do 1828 widywałem Lussinge'a dwa razy dziennie i z wyjątkiemmiłości oraz planów literackich, z czego nie rozumiał nic, gawędziliśmy szeroko o każdym moim postępku, w Tuileriach i nawybrzeżu Luwru, które wiodło do jego biura. Od jedenastej ranodo wpół do pierwszej byliśmy razem i często udało mu sięrozproszyć moje zgryzoty, o których nie miał pojęcia.

No, skończyłem wreszcie ten długi epizod; ale chodziło o główną osobistość tego pamiętnika, człowieka, któremu później zaszczepiłem w tak zabawny sposób moją frenetyczną miłość dopani Azur, której jest od dwóch lat wiernym kochankiem i którą —co komiczniejsze — zdołał uczynić wierną. Jest to, wśród Francuzek, najmniejsza lalka, jaką spotkałem.

Ale nie uprzedzajmy, nie ma nic trudniejszego w tej poważnejhistorii niż zachować szacunek dla chronologii.

Jesteśmy tedy w sierpniu 1821; mieszkam z Lussinge'emw Hotelu Brukselskim, siadam z nim o piątej przy table d'hôte,wybornym i dobrze utrzymanym przez najładniejszego z Francuzów, pana Petit, oraz przez jego żonę, pokojówkę w wielkim stylu, ale stale nadętą. Tam Lussinge, który zawsze się obawiał(widzę to w r. 1832) przedstawić mnie swoim przyjaciołom, niemógł przeszkodzić mojej znajomości:

1° z miłym i poczciwym chłopcem, przystojnym i tępym panemBarot, bankierem z Charleville, wówczas zajętym zbijaniem80 000 franków renty,

2° z pensjonowanym oficerem, dekorowanym pod Waterloo,absolutnie wyzutym z dowcipu, z wyobraźni — jeśli możebna — jeszcze bardziej, głuptasem, ale doskonale wychowanym.Człowiek ten miał tyle kobiet, że stał się szczery na ichpunkcie.

Rozmowy z panem Poitevin, widok jego zdrowego rozsądku,absolutnie wolnego od wszelkiej przesady wynikłej z wyobraźni,jego poglądy na kobiety, jego rady toaletowe były mi bardzoużyteczne. Sądzę, że ten dobry Poitevin miał 1200 franków rentyi posadę na 1500 franków — z tym wszystkim był to jedenz najlepiej ubranych młodych ludzi w Paryżu. Prawda, że niewychodził nigdy z domu bez przygotowań trwających dwie,a czasem nawet półtrzeciej godziny. Miał przez dwa miesiące,zdaje mi się, przelotnie, margrabinę de Rosine, wobec którejpóźniej miałem tyle zobowiązań, że postanowiłem sobie dziesięćrazy mieć ją, o co nigdy się nie pokusiłem, i zrobiłem źle.Przebaczyła mi moją brzydotę i należało się jej ode mnie, abymzostał jej kochankiem. Postaram się uiścić z tego długu zapierwszą bytnością w Paryżu. Będzie może o tyle tkliwsza na mojehołdy, ile że młodość opuściła nas oboje. Zresztą przechwalam sięmoże, jest bardzo cnotliwa od dziesięciu lat, ale z musu, wedlemnie.

Wreszcie, opuszczony przez panią Dar, na którą miałem prawoliczyć, winien jestem najżywszą wdzięczność margrabinie.

Dopiero zastanawiając się, aby móc napisać to wszystko, widzęjaśniej, co się działo w moim sercu w r. 1821. Zawsze żyłemi jeszcze żyję z dnia na dzień, nie myśląc zgoła, co będę robił jutro.Bieg czasu znaczy się dla mnie jedynie przez niedziele, w którezazwyczaj się nudzę i w które wszystko widzę czarno. Nigdy niemogłem zrozumieć czemu. W 1821 w Paryżu niedziele były wręczokropne dla mnie. Błądząc pod kasztanami w Tuileriach, takwspaniałymi o tej porze roku, myślałem o Metyldzie, któraspędzała specjalnie te dnie u okazałej pani Traversi. Ta przeklętaprzyjaciółka, która mnie nienawidziła, była zazdrosna o kuzynkę i wmówiła w nią, sama i przez przyjaciół, że zhańbiłaby sięzupełnie, gdyby mnie wzięła za kochanka.

Pogrążony w ponurej zadumie cały czas, przez który nie byłemz mymi trzema przyjaciółmi — Lussinge, Barot i Poitevin — cierpiałem ich towarzystwo jedynie jako dystrakcję. Przyjemnośćoderwania się na chwilę od mojej boleści lub też niechęć oderwania się — to były wytyczne wszystkich moich postępków. Kiedy któryś z tych panów podejrzewał mnie, że jestem smutny, mówiłem dużo i zdarzało mi się gadać wielkie głupstwa, nawet rzeczy,których nigdy nie trzeba mówić we Francji, bo urażają miłośćwłasną. Kiedy zrobiłem coś takiego panu Poitevin, doznawałempotem stokrotnie większej przykrości.

Zawsze mówiłem nazbyt nieopatrznie i bez myśli, ile żewówczas rozmawiałem jedynie po to, by złagodzić na chwilępiekący ból, chcąc zwłaszcza uniknąć zarzutu, że zostawiłemserce w Mediolanie i że dlatego jestem smutny: to byłobysprowadziło na moją domniemaną kochankę żarciki, których bymnie zniósł. Musiałem uchodzić w oczach tych trzech osobników,zupełnie wyzutych z wyobraźni, za pomylonego. Dowiedziałemsię w kilka lat później, że uważano mnie za człowieka ogromniesztucznego. Widzę, pisząc to, że gdyby przypadek lub trochęrozsądku kazało mi szukać towarzystwa kobiet, byłbym mimoswego wieku, swojej brzydoty etc. znalazł u nich sukcesy i możepociechę. Miałem kochankę jedynie przypadkiem w 1824,w trzy lata później. Wówczas dopiero wspomnienie Metyldyprzestało być rozdzierające. Stała się dla mnie niby łagodna zjawa,głęboko smutna, która swoim ukazaniem się nastrajała mnie domyśli tkliwych, sprawiedliwych, dobrych, pobłażliwych.

Była to dla mnie ciężka przeprawa, w 1821, iść pierwszy raz dodomów, w których przyjmowano mnie życzliwie wówczas, gdybyłem przy dworze Napoleona (there szczegółowo o tych salonach). Odkładałem, odwlekałem bez końca. Musiałem wreszcieprzywitać się z przyjaciółmi, których spotkałem na ulicy; dowiedziano się o mojej bytności w Paryżu, zaczęto mi brać za złe mojąopieszałość.

Hrabia d'Argout, mój kolega (byliśmy razem audytoramiw Radzie Stanu), bardzo dzielny, tęgi pracownik, ale bez inteligencji, był parem Francji w 1821. Dał mi kartę do Izby Parów, gdzietoczył się proces gromadki biednych głupców, cierpiących nanierozwagę i brak logiki. Nazywano, zdaje mi się, ich sprawę sprzysiężeniem z 19 czy 29 sierpnia. Cudem doprawdy niespadły ich głowy. Tam ujrzałem pierwszy raz pana OdilonaBarrot, małego człowieczka z siną brodą. Bronił jako adwokatjednego z tych biednych dudków, którzy biorą się do konspiracji,mając tylko dwie trzecie albo trzy czwarte odwagi, jakiej potrzebana to wariactwo. Logika pana Odilona Barrot uderzyła mnie.Stałem zazwyczaj za fotelem kanclerza, pana Dambray, o kroklub dwa. Zdawało mi się, że prowadził całą tę rozprawę dośćuczciwie jak na arystokratę.

Był to ton i wzięcie pana Petit, właściciela Hotelu Brukselskiego, ekslokaja pana de Damas, ale z tą różnicą, że pan Dambraybył mniej dystyngowany. Nazajutrz wychwalałem jego uczciwośću hrabiny Doligny. Była tam kochanka pana Dambray, tęgakobieta trzydziestosześcioletnia, bardzo świeża; miała swobodęi wzięcie panny Contat w jej ostatnich latach. (To była niezrównana aktorka, często ją widywałem w 1803, zdaje mi się).

Źle zrobiłem, że się nie zbliżyłem z ową kochanką panaDambray, szaleństwo moje byłoby dla mnie rekomendacją w jejoczach. Uważała mnie zresztą za kochanka, lub jednego z kochanków, pani Doligny. Byłbym znalazł lekarstwo na moje cierpienie,ale byłem ślepy.

Jednego dnia wychodząc z Izby Parów, spotkałem kuzynamego, barona Marcjala Daru. Upierał się przy swoim tytule; pozatym najlepszy człowiek w świecie, mój dobroczyńca, mistrz,który mi udzielił — w Mediolanie w 1800 i w Brunszwiku w 1807 —tej odrobiny sztuki, jaką posiadałem w postępowaniu z kobietami.Miał ich dwadzieścia dwie w swoim życiu, i to bardzo ładne,zawsze to, co było najlepszego pod ręką. Spaliłem portrety, włosy,listy etc.

— Jak to! Jesteś w Paryżu? Odkąd?

— Od trzech dni.

— Przyjdź jutro, brat się ucieszy.

Jaka była moja odpowiedź na to przywitanie tak życzliwe, takprzyjacielskie? Odwiedziłem tych zacnych krewnych ledwiew sześć czy osiem lat później. I wstyd, iż nie pokazałem sięu moich dobroczyńców, sprawił, że nie byłem tam ani dziesięciurazy do ich przedwczesnej śmierci. Około 1829 umarł kochanyMarcjal Daru, ociężały już i stępiały wskutek nadużycia afrodyzjaków, o które parę razy miałem z nim sceny. W kilka miesięcypóźniej, siedząc w Kawiarni Roueńskiej, wówczas na rogu ulicy du Rempart, zdrętwiałem, widząc w dzienniku wiadomośćo śmierci hrabiego Daru. Wskoczyłem w kabriolet ze łzamiw oczach i popędziłem pod numer 81 ulicy de Grenelle. Zastałemtam lokaja, który płakał, i sam płakałem rzewnymi łzami. Czułemsię bardzo niewdzięczny. Dopełniłem miary niewdzięczności,wyjeżdżając tegoż wieczora do Włoch, o ile mi się zdaje.Przyśpieszyłem swój wyjazd — byłbym umarł z boleści, gdybymwszedł do tego domu. W tym także było trochę tego szaleństwa,które mnie czyniło tak pociesznym w 1821.

Młody Doligny bronił również jednego z tych nieszczęśliwychdudków, którzy chcieli konspirować. Z miejsca, które zajmowałjako adwokat, zobaczyl mnie, nie było sposobu nie odwiedzić jegomatki. To był tęgi charakter, to była kobieta. Nie wiem, czemunie skorzystałem z niezmiernie serdecznego przyjęcia, aby jejopowiedzieć swoje zgryzoty i poprosić o radę. Tam również byłembliski szczęścia, bo rozsądne słowo usłyszane z ust kobiety byłobymiało na mnie zupełnie inny wpływ niż perswazje, jakie sam sobie czyniłem.

Bywałem często na obiedzie u pani Doligny. Za drugim czytrzecim razem zaprosiła mnie na śniadanie z kochanką panaDambray, wówczas kanclerza. Zrobiłem dobre wrażenie i byłemgłupi, żem się nie zadomowił w tym życzliwym towarzystwie: czyjako szczęśliwy, czy jako nieszczęśliwy kochanek, byłbym tamznalazł trochę zapomnienia, którego szukałem wszędzie, naprzykład w długich samotnych przechadzkach na Montmarte i doLasku Bulońskiego. Bywałem tam tak nieszczęśliwy, że od tegoczasu nabrałem wstrętu do tych uroczych miejsc. Ale wówczasbyłem ślepy. Dopiero w r. 1824, kiedy przypadek dał mi kochankę, znalazłem lekarstwo na swoje zgryzoty.

To, co piszę, wydaje mi się bardzo nudne. Jeżeli tak pójdziedalej, to nie będzie książka, ale rachunek sumienia. Nie mamprawie żadnych szczegółowych wspomnień z tych czasów burzyi namiętności.

Codzienny widok owych konspiratorów w Izbie Parów przejąłmnie głęboko tą myślą: zabić kogoś, z kim się nigdy nie mówiło,to tylko zwyczajny pojedynek. W jaki sposób żadnemu z tychdudków nie przyszło do głowy naśladować L[ouvela]?

Moje wspomnienia z tej epoki są takie mgliste, że nie wiem doprawdy, czy to w 1821, czy też w 1814 spotkałem kochankępana Dambray u pani Doligny.

Zdaje mi się, że w 1821 odwiedziłem pana Doligny jedyniew jego zamku w Corbeil, a i na to zdecydowałem się aż po paruzaproszeniach.

Rozdział III

Miłość dała mi w r. 1821 cnotę bardzo pocieszną: czystość.

Mimo moich protestów w sierpniu 1821 panowie Lussinge,Barot i Poitevin, widząc moje przygnębienie, urządzili cudownąkolacyjkę z dziewczętami. Barot, jak się przekonałem później, jestjednym z pierwszych talentów w Paryżu do tego dość trudnegorodzaju przyjemności. Kobieta jest dla niego kobietą tylko raz,mianowicie pierwszy. Wydaje 30000 ze swoich 80000 franków, a z tych 30000 franków przynajmniej 20000 na dziewczęta.

Barot zorganizował tedy wieczór wraz z panią Petit, jedną zeswoich dawnych kochanek, której, jak sądzę, pożyczył był właśnie pieniędzy na urządzenie zakładu (to raise a brothel) przy ulicydu Cadran, na rogu ulicy Montmartre, czwarte piętro.

Mieliśmy mieć Aleksandrynę, w pół roku potem utrzymankęnajbogatszych Anglików, wówczas debiutantkę od dwóch miesięcy. Zastaliśmy około ósmej wieczór przemiły salonik, mimo że naczwartym piętrze, szampańskie w lodzie, gorący poncz... Wreszcie zjawiła się Aleksandryna w towarzystwie pokojówki, któramiała poruczone czuwać nad nią. Poruczone przez kogo? Zapomniałem. Ale musiała to być wielka powaga, bo widziałem w rachunku zabawy, że jej dano dwadzieścia franków. Aleksandrynazjawiła się i przeszła wszystkie oczekiwania. Była to duża dziewczyna, siedemnasto- lub osiemnastoletnia, już dojrzała, miałaczarne oczy, które później odnalazłem na portrecie księżnejUrbino przez Tycjana, w galerii florenckiej. Z wyjątkiem włosówTycjan zrobił jej portret. Była słodka, wcale nieonieśmielona,dość wesoła, skromna. Oczy moich kompanów stały się jak błędneod tego widoku. Lussinge ofiarowuje jej kieliszek szampana,którego nie przyjęła, i znika wraz z nią. Pani Petit przedstawianam dwie inne dziewczyny, wcale niezłe, ale powiadamy jej, że ona sama jest ładniejsza. Miała cudowną nóżkę. Poitevin uprowadził ją. Po straszliwie długiej pauzie Lussinge wraca, blady.

— Na ciebie kolej, Beyle. Cześć następnemu! — wykrzyknięto.

Zastałem Aleksandrynę na łóżku, trochę zmęczoną, prawiew stroju, a dosłownie w pozie księżnej Urbino Tycjana.

— Porozmawiajmy choć dziesięć minut — rzekła filuternie. —Jestem trochę zmęczona, pogawędźmy. Niebawem odnajdę ogień młodości.

Była urocza, nie widziałem może nic równie ładnego. Nie byłow niej zbytniego wyuzdania, wyjąwszy oczy, które stopniowozamigotały szałem, lub jeśli kto woli, namiętnością.

Spudłowałem kompletnie, zupełne fiasko. Uciekłem się dośrodków zastępczych, poddała się. Nie bardzo wiedząc, co robić,chciałem wrócić do tych ręcznych igraszek — odmówiła. Wydałasię zdziwiona. Powiedziałem jej parę rzeczy dość zręcznych jak namoją pozycję i wyszedłem.

Ledwie Barot zajął moje miejsce, usłyszeliśmy wybuchy śmiechu, które doszły nas przez trzy pokoje.

Nagle pani Petit wyprawiła inne dziewczęta i Barot przyprowadził nam Aleksandrynę w szczupłym stroju

Piękności ze snu zaledwie zbudzonej...

— Mój podziw dla kochanego Beyle — rzekł, parskając śmiechem— sprawi, że pójdę w jego ślady. Przyszedłem się wzmocnićszampanem.

Wybuch śmiechu trwał dwadzieścia minut, Poitevin tarzał siępo dywanie. Zdumienie Aleksandryny było nieopłacone — pierwszy raz dziewczynie zdarzył się taki wypadek.

Moi kompani chcieli wmówić we mnie, że ja umieram zewstydu i że to jest najnieszczęśliwsza chwila mego życia. Byłemtylko zdziwiony, nic więcej. Nie wiem czemu, myśl o Metyldzieogarnęła mnie w chwili, gdy wchodziłem do tego pokoju, któregoAleksandryna stanowiła tak ładną ozdobę.

Później przez dziesięć lat nie byłem ani trzy razy u dziewcząt.A pierwszy raz po uroczej Aleksandrynie to było w październikuczy w listopadzie r. 1826. Byłem wówczas pogrążony w rozpaczy.

Spotkałem z dziesięć razy Aleksandrynę we wspaniałym powozie, który miała w miesiąc później, i zawsze dostało mi się przyjazne spojrzenie. Wreszcie po kilku latach uroda jej zgrubiała, jak bywa u takich dziewcząt.

Od tego czasu uchodziłem za „bajbardzo” u trzech towarzyszy życia, których mi dał los. Ta piękna reputacja rozeszła sięw świecie i mniej lub więcej trwała aż do czasu, gdy pani Azurzdała sprawę z moich rycerskich czynów. Ten wieczór zbliżyłmnie bardzo z Barotem, z którym do dziś się lubimy. To możejedyny Francuz, w którego domu spędziłbym z przyjemnościądwa tygodnie. To najszczersze serce, najzacniejszy charakter,człowiek najmniej inteligentny i najmniej wykształcony, jakiegoznam. Ale nie ma równego sobie w dwóch talentach: robieniupieniędzy, nie grając nigdy na giełdzie, i zawiązywaniu znajomościz kobietą, którą ujrzy na spacerze lub w teatrze. Zwłaszcza ostatniz tych talentów doprowadził do mistrzostwa.

Bo też to jest dla niego konieczność. Wszelka kobieta, któraobdarzyła go swymi względami, staje się dla niego bez płci.

Pewnego wieczora Metylda mówiła mi o pani Bignami, swojejprzyjaciółce. Opowiedziała mi sama z siebie jej miłostkę bardzoznaną, po czym dodała:

— Niech pan powie, co za los! Co wieczora, wychodząc od niej,kochanek jej szedł do dziewczyny.

Otóż, kiedy opuściłem Mediolan, zrozumiałem, że ten morałnie należał zgoła do historii pani Bignami, ale był ostrzeżeniempod moim adresem.

W istocie co wieczór, odprowadziwszy Metyldę do jej kuzynki,pani Traversi, z którą przez niezgrabstwo nie postarałem sięzapoznać, szedłem skończyć wieczór u czarującej, boskiej hrabinyCassera. I przez nowe głupstwo, pokrewne temu, jakie popełniłem z Aleksandryną, odtrąciłem raz miłość tej młodej kobiety,najmilszej może ze wszystkich, jakie znałem, a wszystko, abyzasłużyć w obliczu Boga na to, aby Metylda mnie pokochała.Odtrąciłem, z tą samą inteligencją i z tych samych pobudek,słynną Vigano, która jednego dnia, schodząc z całym swoimdworem po schodach — a był między jej dworzanami dowcipnyhrabia de Saurau — przepuściła wszystkich, aby mi powiedzieć:

— Panie Beyle, powiadają, że pan się kocha we mnie.

— Mylą się, pani — odpowiedziałem z najzimniejszą krwią,nawet nie całując jej w rękę.

Ten niegodny postępek zyskał mi śmiertelną nienawiść owej kobiety inteligentnej a zimnej. Nie kłaniała mi się, kiedyśmy sięspotkali nos w nos na którejś z ciasnych ulic Mediolanu.

Oto trzy wielkie głupstwa. Nigdy nie daruję sobie hrabinyCassera (dziś jest to najcnotliwsza i najszanowniejsza kobietaw mieście).

Rozdział IV

Oto inne towarzystwo, kontrast tego, o którym mówiłem w poprzednim rozdziale. W 1817 człowiek, którego pisma najbardziejpodziwiałem, jedyny, który miał na mnie ogromny wpływ, hrabiade Tracy, odwiedził mnie w Hotelu Włoskim przy placu Favart. Nigdy nie byłem równie zdziwiony. Uwielbiałem od dwunastu lat Ideologię tego człowieka, który będzie sławny kiedyś.Przesłano mu egzemplarz mojej Historii malarstwa we Włoszech.

Spędził ze mną godzinę. Podziwiałem go tak bardzo, żez pewnością zrobiłem fiasko przez nadmiar uczucia. Nigdy mniejnie myślałem o tym, aby błyszczeć, ani o tym, aby być przyjemnym. Zbliżałem się do tej szerokiej inteligencji, oglądałem jązdumiony, szukałem u niego światła. Zresztą w owym czasie nieumiałem jeszcze być inteligentnym.

Improwizacja spokojnego dowcipu przyszła mi aż w roku 1827.

Pan Destutt de Tracy, par Francji, członek Akademii, był tomały staruszek, bardzo foremny, o wykwintnej i oryginalnejpowierzchowności. Nosi zazwyczaj zielony daszek, pod pozorem,że cierpi na oczy. Widziałem jego przyjęcie [urządzone] w Akademii przezpana de Ségur, który mu naplótł głupstw w imię despotyzmucesarskiego — było to w 1811, zdaje mi się. Mimo że należałem dodworu, czułem głęboki niesmak. „Popadniemy w barbarzyństwowojskowe, zrobią się z nas generały Grosse” — powiadałem sobie.Ów generał, którego widywałem u hrabiny Daru, był to jedenz najtępszych rębajłów gwardii cesarskiej — to wiele powiedziane.Miał akcent prowansalski i palił się zwłaszcza do tego, aby rąbaćFrancuzów wrogich człowiekowi, który mu dawał żreć. Tacyludzie stali się dla mnie czymś tak nienawistnym, że w wieczór pobitwie pod Moskwą, widząc co kilka kroków szczątki paru generałów gwardii, mimo woli rzekłem: „Paru chamów mniej!” — odezwanie, które omal mnie nie zgubiło i które robiło wrażenienieludzkości.

Pan de Tracy nigdy nie pozwolił malować swego portretu.Uważam, że podobny jest do papieża Klemensa XII (Corsini),takiego, jak się go widzi w Santa Maria Maggiore, w pięknejkaplicy po lewej od wejścia.

Obejście jego — o ile go nie napadną złe humory — jest urocze.Zrozumiałem ten charakter aż w 1822. To stary donżuan (patrzoperę Mozarta, sztukę Moliera etc.). W zły humor wprawia gowszystko. Na przykład w jego salonie pan de La Fayette byłtrochę większym człowiekiem od niego (nawet w 1821). Następnie, Francuzi nie ocenili Ideologii ani Logiki. Pana de Tracypowołały do Akademii upiżmowane retory jedynie jako autoradobrej gramatyki, a i to jeszcze schlastał go porządnie ów płaskiSégur, syn jeszcze bardziej płaskiego ojca (pan Filip, który opisałnasze nieszczęścia w Rosji, aby dostać wstęgę Ludwika XVIII).Ten plugawy Filip de Ségur posłużył mi za wzór charakteru,którym najbardziej brzydzę się w całym Paryżu: ministeriałwierny honorowi we wszystkim, z wyjątkiem momentów stanowczych decyzji. Świeżo ten Filip odegrał wobec ministra Kazimierza Périer (patrz „Debaty”, maj 1832) tę samą rolę, która zyskałamu łaski Napoleona, opuszczonego później tak nikczemnie,a potem łaskę Ludwika XVIII, który lubował się w tym rodzajunikczemników. Rozumiał doskonale ich podłość, przypominał jąjakimś ciętym słówkiem, w chwili, gdy robili coś szlachetnego.Może ten przyjaciel Favrasa, który czekał wiadomości o jegopowieszeniu, aby powiedzieć swemu dworzaninowi: „Każ podawać do stołu”, sam poczuwał się do takiego charakteru. To byłczłowiek zdolny przyznać się przed sobą, że jest nikczemnikiem,i śmiać się ze swej podłości.

Czuję, że termin „nikczemny” źle jest zastosowany; ale tapodłość Filipa de Ségur była moją zmorą. Sto razy wolę i wyżejcenię prostego galernika, zwykłego mordercę, który miał chwilęsłabości i który zresztą ginął najczęściej z głodu. W 1828 albo 1826dobry Filip był zajęty robieniem dziecka wdowie milionerce,którą uwiódł i która musiała go zaślubić (pani Greffulhe, wdowapo parze Francji). Jadłem czasami obiad z generałem Filipem deSégur przy służbowym stole cesarza. Wówczas Filip mówił tylkoo swoich trzynastu ranach, bo to bydlę jest odważne.

Byłby bohaterem w Rosji lub w krajach na wpół cywilizowanych. We Francji zaczynają rozumieć jego podłość. Panie Garnett(ulica Duphot, nr 12) chciały mnie zaprowadzić do jego brata, ichsąsiada, nr 14, zdaje mi się, od czego za każdym razem sięwymówiłem z przyczyny historyka kampanii rosyjskiej.

Hrabia de Ségur, wielki mistrz ceremonii w Saint-Cloudw 1811, kiedy tam byłem, gryzł się śmiertelnie, że nie jestksięciem. W jego oczach to było więcej niż nieszczęście, to była,,niewłaściwość”. Wszystkie jego pojęcia były zupełnie czcze, alemiał ich dużo i o wszystkim. Widział u wszystkich i wszędziechamstwo, ale z jaką gracją wyrażał swoje uczucia!

Lubiłem u tego biednego człowieka namiętną miłość, jaką żonamiała dla niego. Poza tym, kiedym do niego mówił, miałemwrażenie, że mam do czynienia z liliputem. Spotykałem pana deSégur, wielkiego mistrza ceremonii od 1810 do 1814, u ministrówNapoleona. Nie widziałem go już od czasu upadku cesarza,którego był słabostką i nieszczęściem zarazem.

Nawet dzisiejsi Dangeau z dworu cesarza — a było ich wielu, naprzykład mój przyjaciel Marcjal Daru — nawet ci ludzie nie moglisię wstrzymać od śmiechu z ceremoniału obmyślonego przezhrabiego de Ségur na zaślubiny Napoleona z Marią Ludwikąaustriacką, zwłaszcza na ich pierwsze spotkanie. Nawet samNapoleon, mimo iż niesłychanie dumny ze swego nowego uniformu królewskiego, nie mógł wytrzymać: kpił sobie z tego z Durokiem, który mi to powtórzył. Sądzę, że nic nie wykonano z tegolabiryntu małostek. Gdybym miał tutaj swoje paryskie papiery,dołączyłbym ów program do tej paplaninki z mojego życia.Prawdziwa rozkosz przeglądać to, ma się wrażenie jakiejś farsy.

Wzdycham w roku 1832, powiadając sobie: „A jednak otodokąd mała próżność paryska ściągnęła Włocha — Napoleona!”.

Na czym ja stanąłem...? Mój Boże, jak to jest źle napisane!

Pan de Ségur był zwłaszcza wzniosły w Radzie Stanu. Ta Radabyła wielce czcigodna. To nie była w r. 1810 zgraja chamów,panów Cousin, Jacqueminot, panów *** i innych, obskurniejszych jeszcze (1832).

Oprócz grubych ryb, swoich zaciekłych wrogów, Napoleonzgromadził w Radzie Stanu pięćdziesięciu najmniej głupich Francuzów. Były tam różne sekcje. Czasami Sekcja Wojny (gdzie japraktykowałem pod niezrównanym Gouvion-Saint-Cyr) miałasprawę do Sekcji Spraw Wewnętrznych, której przewodniczyłczasami pan de Ségur, nie wiem jakim cudem, zdaje mi się, w czasie nieobecności albo choroby tęgiego chwata Regnault (deSaint-Jean-d'Angély).

W trudnych sprawach — na przykład sprawa gwardii honorowejw Piemoncie, w czym byłem jednym z pomniejszych referentów — wytworny, doskonały pan de Ségur nie znajdując żadnej myśli,wysuwał swój fotel. Czynił to ruchem niezrównanie komicznym,chwytając go rozstawionymi udami.

Naśmiawszy się z jego niezdarstwa, powiadałem sobie: „Ale czyto nie ja się mylę? Toż to jest ów sławny ambasador u KatarzynyWielkiej, który skradł pióro ambasadorowi angielskiemu. Tohistoryk Wilhelma II czy Wilhelma III (nie pamiętam już którego kochanka Lichtenauowej, dla której Beniamin Constant siębił)”.

Byłem nawykły od młodych lat zbytnio szanować.Kiedy jakiś człowiek podbił moją wyobraźnię, byłem wobec niegojak ogłupiały: uwielbiałem jego wady.

Ale śmieszność pana de Ségur kierującego Napoleonem była,jak się zdaje, za mocna na moją gullibility.

Zresztą hrabiego de Ségur, wielkiego mistrza ceremonii (w tymwielce różnego od Filipa), można było pytać o wszystkie delikatneprocedery, w zakresie kobiety zbliżające się wręcz do heroizmu.Miał powiedzonka wykwintne i urocze, ale nie trzeba było, abywyrastały ponad lilipuci poziom jego pojęć.

Źle robiłem, że nie utrzymywałem stosunków z tym miłymstarcem od 1821 do 1830; zdaje mi się, że zgasł prawie równocześnie ze swoją czcigodną żoną. Ale byłem szalony, mój wstręt donikczemności dochodził obłędu, zamiast żeby się nią bawić,jak czynię dziś z postępkami dworu ***.

Hrabia de Ségur kazał mi powinszować w 1817, po moimpowrocie z Anglii, książki Rzym, Neapol i Florencja, którąkazałem mu przesłać.

W głębi duszy, pod względem moralnym, zawsze pogardzałemParyżem. Aby zdobyć to miasto, trzeba było być, jak pan deSégur, wielkim mistrzem.

Pod względem krajobrazów Paryż nigdy mi się nie podobał.Nawet około 1803 miałem do niego wstręt dla braku gór dokoła.Góry moich stron (Delfinat), świadki namiętnych drgnień megoserca przez pierwszych szesnaście lat mego życia, zaszczepiły mi pod tym względem bias (po angielsku: narów), którego niemogłem się wyzbyć.

Zacząłem cenić Paryż aż 28 lipca 1830. Jeszcze w dniu zarządzeń o jedenastej wieczór drwiłem sobie u hrabiego Réalz odwagi paryżan i z oporu, jakiego spodziewano się po nich.Sądzę, że ten człowiek tak wesoły i jego heroiczna córka, baronowaLacuée, jeszcze mi tego nie przebaczyli.

Dziś cenię Paryż. Przyznaję, że co do odwagi należy gopostawić na pierwszym miejscu, tak jak dla jego kuchni, dladowcipu. Ale nie ciągnie mnie mimo tego wszystkiego. Zdajemi się, że jest zawsze jakaś komedia w jego zaletach. Młodziludzie urodzeni w Paryżu z ojców prowincjałów, tęgich chwatów,którzy dobili się majątku, wydają mi się wymoczkami, uważająjedynie na swój strój, na wykwint szarego kapelusza, na węzełkrawata, jak np. Féburier, Viollet-le-Duc etc. Nie pojmujęczłowieka bez odrobiny męskiej energii, hartu i głębokościmyśli etc. Wszystko rzeczy równie rzadkie w Paryżu jak obejściegrubiańskie, a nawet twarde.

Ale trzeba kończyć ten rozdział. Aby starać się nie kłamać i nieukrywać swoich błędów, postanowiłem pisać te wspomnienia podwadzieścia stronic dziennie, jak list. Po moim odjeździe dowieczności wydrukują to z oryginału. Może w ten sposób dojdę doszczerości, ale też muszę błagać czytelnika (może urodzonego dziś rano w sąsiednim domu), aby mi przebaczył to straszliwegadulstwo.

Rozdział V

Spostrzegłem się w r. 1832 — w ogóle moja filozofia jest z tego dnia,w którym piszę, byłem bardzo od niej odległy w 1821 — widzętedy, że ja byłem czymś pośrednim między energicznym grubiaństwem generała Grosse, hrabiego Regnault de Saint-Jean-d'Angély oraz nieco lilipucią gracją hrabiego de Ségur, pana Petit,gospodarza Hotelu Brukselskiego, etc.

Jedynie co do nikczemności byłem obcy ostatecznościom,o które się pomawiam. Z braku zręczności, z braku zmysłuhandlowego, jak mi to powiadał à propos moich książek i Akademii pan D. z „Debat” (pan Delécluze), przepuściłem kilka sposobności zrobienia wielkiej kariery politycznej, finansowejalbo literackiej. Przypadkowo wszystko to kolejno pukało domoich drzwi. Marzenie — tkliwe w 1821, a później filozoficznei melancholiczne (poza wszelką próżnością, ściśle takie jak panaJakuba w As You Like It) — stało się dla mnie taką rozkoszą, żekiedy przyjaciel spotkał mnie na ulicy, byłbym dał paola za to, abysię nie odzywał do mnie. Sam widok kogoś znajomego drażnimnie. Kiedy widzę z daleka takiego człowieka i kiedy trzebamyśleć o tym, aby mu się ukłonić, drażni mnie to na pięćdziesiątkroków z góry. Szalenie lubię za to spotkać przyjaciół wieczoremw towarzystwie, w sobotę u pana Cuvier, w niedzielę u pana deTracy, we wtorek u pani Ancelot, we środę u barona Gerard etc.,etc.

Ktoś obdarzony odrobiną taktu widzi łatwo, że mnie męczy,zaczepiając mnie na ulicy. „Oto człowiek, który mnie lekceważy”— powiada sobie jego próżność i nie ma racji.

Stąd moje szczęście, kiedy się przechadzam dumnie po obcymmieście (Lancaster, Torre del Greco etc.), dokąd przybyłem przedgodziną i gdzie jestem pewny, że mnie nikt nie zna. Od kilku latzaczyna mi brakować tego szczęścia. Gdyby nie morska choroba,puściłbym się z przyjemnością do Ameryki. Czy uwierzycie?Nosiłbym z przyjemnością maskę, zmieniłbym z rozkoszą nazwisko. Tysiąc i jedna nocy, które uwielbiam, wypełniają więcej niżćwierć mojej głowy. Często myślę o pierścieniu Angeliki; największą moją przyjemnością byłoby zmienić się w długiego blondasaNiemca i przechadzać się tak po Paryżu.

Widzę, przeglądając te kartki, że byłem przy panu de Tracy.Ten starzec tak kształtny, zawsze czarno ubrany, w swoimobszernym zielonym surducie, stojący przed kominkiem to najednej, to na drugiej nodze, miał sposób mówienia, który byłprzeciwieństwem jego pism. Spostrzeżenia subtelne, wytworne;brzydził się jaskrawszym słowem jak klątwą, a pisze jak jaki wójtgminny. Energiczna prostota, którą, jak się zdaje, miałemw owym czasie, nie bardzo musiała mu się podobać. Nosiłemolbrzymie czarne faworyty, za które pani Doligny wstydziła się mniew rok później. Ta głowa włoskiego rzeźnika nie zdawała sięzbytnio odpowiadać ekspułkownikowi Ludwika XVI.

Pan de Tracy, syn wdowy, urodził się około 1765 z 300 000franków renty. Pałac jego był przy ulicy de Tracy, koło ulicySaint-Martin.

Stał się mimowolnym spekulantem, jak wielu ludzi bogatychz r. 1780. Pan de Tracy zbudował swoją ulicę i stracił na niej200 000 albo 300 000 franków, i tak dalej. Przypuszczam, że dziśten człowiek (tak uroczy, kiedy około 1790 był kochankiem panide Praslin), ten głęboki logik, zmienił swoje 300 000 frankówrenty na niespełna 30 000.

Matka jego, kobieta rzadkiego rozsądku, była w łaskach nadworze; toteż mając dwadzieścia dwa lata syn był pułkownikiem,i to pułkownikiem pułku, gdzie między kapitanami zastał pana deTracy, swego kuzyna, widocznie równie szerokiego umysłu jakon, skoro nigdy nie przyszło mu do głowy oburzać się, że tadwudziestodwuletnia laleczka ma dowodzić pułkiem, w którymon służy.

Ta laleczka, która — jak mi mówiła później pani de Tracy — miała tak cudowne ruchy, posiadała mimo to podkład rozsądku.Ta matka, rzadka kobieta, dowiedziawszy się, że istnieje w Strasburgu filozof (a zważcie, że to było może w r. 1780: nie filozof jakWolter, Diderot, Raynal), dowiedziawszy się, powiadam, że jestw Strasburgu filozof, który analizuje myśli człowieka, obrazy lubznaki wszystkiego, co człowiek widzi i czuje, zrozumiała, żegdyby jej syn posiadł umiejętność poruszania tymi obrazami,dałoby mu to zapas oleju w głowie.

Wyobraźcie sobie, co za minę musiał mieć w 1785 bardzoprzystojny młody człowiek, doskonale urodzony, bywającyu dworu, z 300 000 franków renty!

Margrabina de Tracy umieściła syna w artylerii, co przez dwalata z rzędu trzymało go w Strasburgu. Jeśli kiedy będę tamtędyprzejeżdżał, spytam, co to był za sławny filozof, Niemiec, w tymmieście około 1780.

W dwa lata później, zdaje mi się, pan de Tracy był w Rethel ze swoim pułkiem, który, zdaje się, był pułkiem dragonów, rzecz dosprawdzenia w „Almanachu Królewskim” owego czasu.

Cytryny...

Pan de Tracy nie mówił mi nigdy o tych cytrynach. Usłyszałemtę historię od innego mizantropa, niejakiego pana Jacquemont,eksmnicha i, co więcej, bardzo zacnego człowieka. Pan de Tracyopowiedział mi za to mnóstwo anegdotek o armii francuskiej,którą dowodził pan de La Fayette.

Jego podpułkownik chciał uprowadzić swój pułk i wyemigrować razem z nim...

Urlop i pojedynek...

Wysoka postać, a na szczycie tego rosłego ciała twarz niewzruszona, zimna, nieznacząca jak stary portret rodzinny, głowaokryta garbiącą się i źle zrobioną peruką z krótkimi włosami — tenczłowiek ubrany w jakieś szare, źle skrojone ubranie, kulejącynieco i wspierający się na lasce, w salonie pani de Tracy, która gonazywała, z czarującym akcentem, „drogi panie”, to był generałLa Fayette w 1821 i takim go nam pokazał Gaskończyk Schefferw swoim bardzo podobnym portrecie.

To „drogi panie” pani de Tracy i powiedziane tym tonemdoprowadzało, zdaje mi się, do rozpaczy pana de Tracy. To nieznaczy, aby pan de La Fayette cieszył się niedozwolonymi łaskamijego żony albo aby pan de Tracy troszczył się w swoim wiekuo tego rodzaju nieszczęścia. Chodziło po prostu o to, że szczerei nigdy nieudane ani nieprzesadzone uwielbienie pani de Tracydla pana de La Fayette czyniło tegoż zbyt oczywiście pierwsząfigurą salonu.

Mimo całej mojej naiwności w 1821 (zawsze żyłem w złudzeniach entuzjazmu i namiętności) odgadłem to sam jeden.

Zrozumiałem także bez niczyjej wskazówki, że pan de LaFayette to jest po prostu bohater z Plutarcha. Żył z dnia na dzień,bez zbytniego nakładu inteligencji, spełniając jak Epaminondaswielki czyn, który się nastręczył. Na razie mimo swego wieku(urodzony w 1757 jak jego towarzysz gry w piłkę Karol X) jedyniezajęty miętoszeniem spódniczek jakiejś ładnej służącej (vulgoobmacywaniem tejże), i to często, i nie żenując się zbytnio.

Oczekując wielkich czynów, które nie nadarzają się co dzień,oraz sposobności obmacywania młodych kobiet, która nastręczasię tylko po północy przy wyjściu, pan de La Fayette ucieleśniałbez zbytniej elegancji komunał gwardii narodowej. Ten rząd jestdobry, i tylko ten, który zapewnia obywatelowi bezpieczeństwona gościńcu, równość przed sędzią i sędziego dostatecznie światłego, rzetelną monetę, znośne drogi, należytą opiekę za granicą.W tym pojęciu rzecz nie jest zbyt skomplikowana.

Trzeba przyznać, że daleko jest od takiego człowieka do panade Ségur, mistrza ceremonii: toteż Francja, a zwłaszcza Paryż, poniosą hańbę u potomności, że nie poznały się na wielkimczłowieku.

Co do mnie, przyzwyczajonego do Napoleona i do lorda Byrona— dodam jeszcze: lorda Brougham, Montiego, Canovy, Rossiniego — odgadłem natychmiast wielkość pana de La Fayette i wytrwałem przy tym. Widziałem go w Dniach Lipcowych w podziurawionej koszuli; przyjmował każdego intryganta, każdego głupca,każdego, kto umiał się nadymać. Mnie przyjął gorzej, uczciłmoim kosztem jakiegoś tępego sekretarza, pana Levasseur. Taksamo nie przyszło mi na myśl gniewać się o to albo mniej gouwielbiać, jak mi nie przychodzi na myśl bluźnić przeciw słońcu,kiedy się okryje chmurą.

Pan de La Fayette, licząc sobie siedemdziesiąt pięć lat, ma tęsamą wadę, co ja: pali się do młodej Portugalki, osiemnastolatki,która zjawia się w salonie pani de Tracy jako przyjaciółka jegownuczek, panien La Fayette, de Lasteyrie, de Mauborurg. Myślitylko o niej, wyobraża sobie — jak i o każdej innej młodej kobiecie— że ta Portugalka patrzy na niego łaskawie. A co zabawne, staryczasami ma rację! Jego europejska sława, wykwint jego słowa,mimo pozornej prostoty, oczy, które ożywiają się, skoro znajdą sięw pobliżu ładnej piersi, wszystko składa się na to, aby mu daćwesoło przebyć ostatnie lata, ku wielkiemu zgorszeniu kobiettrzydziestopięcioletnich, margrabiny de Marmier (Choiseul), pani de Perey i innych, które bywają w tym salonie. Wszystko to niepojmuje, aby można być miłym inaczej niż za pomocą kwiatkówà la Ségur lub błyskotliwych uwag Beniamina Constant.

Pan de La Fayette jest nadzwyczaj uprzejmy, a nawet serdeczny dla wszystkich, ale grzeczny jak król. Powiedziałem toraz pani de Tracy, która się pogniewała, o tyle, o ile wcielonywdzięk może się pogniewać; ale zrozumiała może od tego dnia, żeenergiczna prostota moich odezwań się to nie była tępota jakiegośDunoyer, na przykład. Był to dzielny liberał, dziś arcymoralnyprefekt w Moulins, człowiek najlepszych intencji, najbardziejmoże heroiczny i najgłupszy z liberalnych pisarzy. Możecie miwierzyć, mnie, który jestem z ich stronnictwa, to wiele powiedziane! Cielęcy podziw pana Dunoyer, redaktora „Censeur”, orazparu innych tego samego kalibru, otaczał bez ustanku fotelgenerała, który, skoro tylko mógł, ku ich wielkiemu zgorszeniuzostawiał ich tam, aby podziwiać z bardzo bliska i z płomiennymioczami ładne ramiona jakiej młodej kobiety, która właśnie weszła. Ci biedni cnotliwi ludzie (wszyscy zaprzedani jak... ministrowi Périer w 1832) zostawali z pociesznymi minami, a ja kpiłemsobie z nich, co gorszyło moją nową przyjaciółkę. Ale wyraźnebyło, że ona ma słabość do mnie. „Jest w nim jakaś iskra” —mówiła raz do pewnej damy, z owych dam stworzonych dopodziwiania lilipucich słówek à la Ségur, gdy ta skarżyła się naszczerą i surową prostotę, z jaką mówiłem, że wszyscy ci ultraliberałowie są bardzo czcigodni dla swej nieskazitelnej cnoty, ale pozatym niezdolni zrozumieć, że dwa a dwa jest cztery. Ciężkość,powolność, cnota, przestraszające się najmniejszej prawdy powiedzianej Amerykanom, jakiegoś Dunoyer, jakiegoś X, jakiegoś Y to jest doprawdy coś przechodzącego wszelką wiarę, tak samo jakbrak wszelkich pojęć wykraczających poza przeciętność u jakiegoś Ludwika Vitet, Mortimera Ternaux, nowej generacji, któraodmłodziła salon państwa de Tracy około 1828. Wśród tegowszystkiego pan de La Fayette był i jest z pewnością jeszcze,,głową stronnictwa”.

Musiał nabrać tego przyzwyczajenia w 1789. Główna rzecz tonie narazić się nikomu i pamiętać wszystkie nazwiska, w czym jestcudowny. Ciągła pamięć o interesach głowy stronnictwa tępiu pana de La Fayette wszelkie idee literackie, do których zresztąuważam go za dość niezdolnego. Dzięki tej właśnie organizacji nieczuł, jak sądzę, całej ciężkości, całej nudy pisaniny pana Dunoyeret consortes.

Zapomniałem odmalować ten salon, Sir Walter Scott i jegonaśladowcy zaczęliby od tego, ale ja nienawidzę rzeczywistychopisów. Nuda takich opisów nie pozwala mi pisać powieści.

Wejście prowadzi do podłużnego salonu, w głębi któregoznajdują się wielkie drzwi, zawsze otwarte na oścież. Wchodzi siędo kwadratowego salonu, dość dużego, z piękną lampą w kształcieżyrandola oraz okropnym małym zegarem na kominku. Po prawejod wejścia ładna niebieska kanapa, na której siedzi piętnaściedziewczątek od dwunastu do osiemnastu lat oraz ich pretendenci:Karol de Rémusat, dowcipny, a jeszcze bardziej afektowany,kopia sławnego aktora Fleury; Franciszek de Corcelles, któryzachował całą republikańską szczerość i szorstkość. Prawdopodobnie sprzedał się w 1831; w 1820 wydał już broszurę, któramiała nieszczęście zyskać pochwałę adwokata Dupin (notorycznyhultaj, znany mi jako taki już od 1827). W 1821 pp. de Rémusati de Corcelles byli tam bardzo dobrze widziani, później zaś ożenili się z wnuczkami pana de La Fayette. Obok figurował zimnyGaskończyk, pan Scheffer, malarz. Jest to, o ile mi się zdaje,najbezczelniejszy łgarz i najplugawsza fizjonomia, jaką znam.Zapewniano mnie w owym czasie, że on się zalecał do niebiańskiejWirginii, najstarszej z wnuczek pana de La Fayette, która późniejwyszła za najstarszego syna pana Augustyna Périer, najbardziejnadętego i uroczystego z moich krajanów. Panna Wirginia była,zdaje mi się, faworytką pani de Tracy.

Obok wytwornego pana de Rémusat widniały dwie jezuickietwarze ze spojrzeniem fałszywym i kosym. Byli to bracia, mieliprzywilej rozmawiania godzinami całymi z hrabią de Tracy.Uwielbiałem ich z całą żywością mego wieku (w 1821 miałemledwie dwadzieścia jeden lat co do naiwności serca). Skoro ichrychło przejrzałem, entuzjazm mój dla pana de Tracy ucierpiał odtego znacznie.

Starszy z tych braci wydał sentymentalną historię zdobyciaAnglii przez Wilhelma. To pan Thierry z Akademii Napisów.Miał tę zasługę, że przywrócił prawdziwą ortografię Chlodwigom, Childerykom i innym cieniom naszej dawnej historii. Wydał tommniej sentymentalny o organizacji gmin we Francji w roku 1200.Studencka choroba pozbawiła go wzroku. Brat jego, większyjezuita (sercem i postępowaniem), mimo że ultraliberał jak tamten, został prefektem Vesoul w 1830 i prawdopodobnie sprzedałsię za swoją płacę, jak jego pryncypał, pan Guizot.

Zupełny kontrast z tymi dwoma braćmi jezuitami, z ciężkimDunoyer i wypiżmowanym Rémusat, tworzył młody WiktorJacquemont, który później podróżował po Indiach. Wiktor byłwówczas bardzo chudy, ma prawie sześć stóp wzrostu. W owejepoce nie miał ani cienia logiki, co za tym idzie, był mizantropem.Pod pozorem, że był bardzo inteligentny, Jacquemont nie chciałsobie zadawać trudu rozumowania. Ten prawdziwy Francuz uważał dosłownie próbę rozumowania jako impertynencję. Podróż była w istocie jedyną drogą, jaką próżność zostawiała prawdzie. Zresztą może się mylę. Wiktor wydaje mi się człowiekiembardzo niepospolitym, tak jak znawca (darujcie mi to określenie)widzi pięknego konia w czteromiesięcznym źrebaku, w któregonogach krew jeszcze nie dość żywo krąży. Został moim przyjacielem i dziś rano (1832) dostałem list, który pisze do mnie z Kaszmiru w Indiach.

Serce jego miało tylko jedną wadę: niską i małą zazdrość wobecNapoleona. Ta zazdrość była zresztą jedyną namiętnością, jakądostrzegłem u hrabiego de Tracy. Z niewysłowioną przyjemnością stary metafizyk i wielki Wiktor opowiadali anegdotę o polowaniu na króliki wyprawionym przez pana de Talleyrand dlaNapoleona, wówczas od sześciu tygodni pierwszego konsula, a jużprzybierającego tony Ludwika XIV.

Wiktor miał tę wadę, że bardzo kochał panią Lavenelle, żonęszpicla, który ma 40 000 franków renty i który miał za zadaniezdawać sprawę w Tuileriach z czynów i słów generała La Fayette.Komiczne jest, że generał, Beniamin Constant i pan Bignon bralitego pana de Lavenelle za powiernika wszystkich swoich liberalnych poglądów. Łatwo zgadnąć, że ten szpieg, terrorysta w 1793,wciąż tylko gadał o ruszeniu na zamek po to, aby wymordowaćwszystkich Burbonów. Żona jego była tak rozwiązła, tak rozmiłowana w mężczyźnie w znaczeniu fizycznym, że do reszty zbrzydziła mi dwuznaczne rozmówki po francusku. Uwielbiam tenrodzaj po włosku; ale od pierwszej młodości, gdy byłem podporucznikiem w szóstym pułku dragonów, brzydził mnie w ustachpani Henriet, żony kapitana. Ta pani Lavenelle jest sucha jakpergamin, bez cienia inteligencji, a zwłaszcza bez serca, bezmożliwości doznania innych wzruszeń, jak tylko przez piękne uda kompanii grenadierów, defilujących w ogrodach tuileryjskichw białych kaszmirowych spodniach.

Inna była pani Baraguey d'Hilliers, którą wkrótce poznałemu pani Beugnot. Inne były w Mediolanie panie Ruga i Aresi.Słowem, mam wstręt do swobodnych rozmów francuskich. Kombinacja dowcipu z sercem rani mi duszę tak, jak korek krajanynożem rani mi uszy.

Duchowy opis tego salonu jest może przydługi, już tylko dwiealbo trzy fizjonomie.

Urocza Luiza Letort, córka generała Letort z dragonów gwardii, którego blisko znałem w Wiedniu w 1809. Panna Luiza,później tak piękna, do dziś mająca tak mało afektacji, a tyleprawdziwej wyższości, urodziła się w wilię czy nazajutrz poWaterloo. Matka jej, urocza Sara Newton, zaślubiła Wiktora deTracy, syna para Francji, wówczas majora piechoty.

Nazywaliśmy go „sztabą żelaza”. To określa jego charakter.Dzielny, wielekroć ranny w Hiszpanii za Napoleona, miał tonieszczęście, że we wszystkim widział tylko zło.

Tydzień temu (czerwiec 1832) król Ludwik Filip rozwiązał pułk artylerii gwardii narodowej, której Wiktor de Tracy byłpułkownikiem. Jako poseł przemawia często i ma to nieszczęście,że jest na trybunie za grzeczny. Rzekłby kto, że nie śmie mówićwręcz. Był, tak jak jego ojciec, śmiesznie zazdrosny o Napoleona.Obecnie, kiedy bohater jest już na dobre umarły, zaniechał tegotrochę, ale bohater żył jeszcze, kiedy ja stawiałem pierwsze krokiw salonie przy ulicy d'Anjou. Widziałem radość, spowodowanąjego śmiercią. Spojrzenia mówiły: „Mówiliśmy przecież, łyk,który został królem, nie może dobrze skończyć”.

Żyłem dziesięć lat w tym salonie, przyjmowany grzecznie,ceniony, ale z każdym dniem mniej związany, wyjąwszy moich przyjaciół. To jedna z wad mego charakteru. Ta wadasprawia, że nie mam żalu do ludzi o niepowodzenia mojej kariery.Skoro raz się z tym pogodziłem, mimo tego, co generał Durocpowiedział parę razy o moich talentach wojskowych, czuję siędobrze w roli podrzędnej. Cudownie zwłaszcza, kiedy jestemo dwieście mil od mego przełożonego, jak dziś.

Mam tedy nadzieję, że jeżeli nuda nie odstraszy od tej książki,nie znajdzie w niej nikt urazy do ludzi. Zyskuje się ich łaskijedynie za pomocą pewnej przynęty. Kiedy raczę się nią posłużyć,złowię jedno uznanie albo dwa, ale niebawem męczy mnietrzymanie wędki. Bądź co bądź w roku 1814, w chwili, gdyNapoleon posłał mnie do siódmej dywizji, hrabina Daru, żonaministra, rzekła do mnie:

— Gdyby nie ta przeklęta inwazja, byłbyś pan prefektemw jakim wielkim mieście.

Mam powód mniemać, że chodziło o Tuluzę.

Zapomniałem o jednej szczególnej kobiecie. Nie starałem się jejpozyskać, zrobiłem sobie w niej wroga. Pani de Montcertin,wysoka, dobrze zbudowana, bardzo nieśmiała, leniwa, zupełniezdana na łaskę nałogów, miała dwóch kochanków: jednego namiasto, drugiego na wieś, jeden równie nieprzyjemny jak drugi.Układ ten trwał, nie wiem ile lat. Zdaje mi się, że to malarzScheffer był kochankiem na wieś, kochankiem miejskim byłpułkownik, dziś generał Carbonel, który zrobił się lejbgwardzistą generała La Fayette.

Jednego dnia siostrzenice pani de Montcertin pytały ją, co tojest miłość. Odpowiedziała:

— To brzydka, paskudna rzecz, o którą posądza się czasempokojówki i kiedy się im tego dowiedzie, wypędza się je.

Byłbym powinien umizgać się do pani de Montcertin. To niebyło niebezpieczne — nigdy nie byłoby mi się powiodło, bo onapoprzestawała na swoich dwóch samcach i straszliwie się bałazajść w ciążę. Ale ja na nią patrzyłem jak na rzecz, a nie jak nażywą istotę. Zemściła się, powtarzając kilka razy na tydzień, że jajestem człowiek lekkomyślny, prawie wariat. Przyrządzała herbatę i faktem jest, że często przez cały wieczór odzywałem się do niejjedynie w chwili, gdy mi podawała herbatę.

Ilość osób, które trzeba było zagadywać, wchodząc do tegosalonu, zniechęcała mnie zupełnie.

Oprócz piętnastu czy dwudziestu wnuczek pana de La Fayettelub ich przyjaciółek — prawie wszystko blondynki o ślicznej cerzei pospolitych twarzach (prawda, że wracałem z Włoch!), któresiedziały w szyku bojowym na niebieskiej kanapie — trzeba byłoprzywitać: hrabinę de Tracy, sześćdziesiąt trzy lat; hrabiego deTracy, sześćdziesiąt lat; generała La Fayette i jego syna, JerzegoWashingtona La Fayette (prawdziwy obywatel Stanów Zjednoczonych Ameryki, zupełnie wolny od wszelkiej szlachetczyzny).

Pani de Tracy, moja przyjaciółka, miała syna Wiktora deTracy, urodzonego około 1785 (pani Sara de Tracy — jego żona,młoda i świetna, wzór delikatnej piękności angielskiej, trochę zachuda), i dwie córki, Jerzową de La Fayette i panią de Laubespin.Trzeba było też pokłonić się wielkiemu panu de Laubespin,autorowi — do spółki z mnichem, którego żywi — Memoriału.Zawsze obecny, mówi osiem albo dziesięć słów na wieczór.

Długo brałem panią Jerzową de La Fayette za zakonnicę, którąpani de Tracy wzięła do siebie przez miłosierdzie. Przy tymwyglądzie ma swoje zdecydowane opinie, tak surowe, jak gdybybyła jansenistką. Miała co najmniej cztery albo pięć córek. Pani de Maubourg, córka pana de La Fayette, miała ich pięć czy sześć.Trzeba mi było dziesięć lat, aby odróżnić od siebie wszystkie te jasne buzie, mówiące rzeczy idealnie przyzwoite, ale śmiertelnie nudne dla mnie, nawykłego do wymownych oczui zdecydowanych charakterów pięknych Mediolanek, a dawniejjeszcze do cudownej prostoty poczciwych Niemek. (Byłem intendentem w Żaganiu na Śląsku i w Brunszwiku).

Pan de Tracy był niegdyś bliskim przyjacielem słynnegoCabanisa, ojca materializmu, którego książka Związki sprawfizycznych i duchowych była moją biblią w szesnastym roku życia. Pani Cabanis i jej córka, wysoka na sześć stóp, a mimo tobardzo miła, pojawiały się w tym salonie. Pan de Tracy zaprowadził mnie do niej na ulicę des Vielles-Tuileries — po diabła!Wypędziło mnie stamtąd gorąco. W owym czasie miałem nerwywydelikacone zupełnie po włosku. Zamknięty pokój, a w nimdziesięć osób wystarczało, aby mnie przyprawić o chorobę,niemal mdlałem. Wyobraźcie sobie, czym był pokój szczelniezamknięty z piekielnym ogniem.

Nie dosyć kładłem nacisku na tę wadę fizyczną; ogień wypędziłmnie od pani Cabanis, pan de Tracy nigdy mi tego nie przebaczył.Byłbym mógł pomówić o tym z hrabiną de Tracy, ale w owymczasie byłem przeraźliwie niezręczny, a i dziś także trochę.

Panna Cabanis mimo swoich sześciu stóp chciała wyjść za mąż;wyszła za małego dansera z peruczką starannie uczesaną, panaDupaty, niby to rzeźbiarza, autora Ludwika XIII, z place Royale,konno na czymś podobnym do muła.

Ów muł jest to arabski koń, którego często widywałem u panaDupaty. Ten biedny koń męczył się w kącie pracowni. PanDupaty przyjmował mnie bardzo serdecznie jako piszącegoo Włoszech i autora historii malarstwa. Trudno było być przyzwoitszym i bardziej wyzutym z wszelkiego ciepła, porywu,zapału niż ten zacny człowiek. Ostatnie rzemiosło dla tychparyżan, tak dbałych o siebie, tak czyściutkich, tak przyzwoitych — to rzeźba.

Ów Dupaty, tak grzeczny, był przy tym bardzo odważny —powinien był zostać w wojsku.

Poznałem u pani Cabanis porządnego człowieka, ale strasznegomieszczucha, bardzo ciasnego i drobiazgowego w całej swojejdomowej polityce. Jedynym celem pana Thurot, profesora greczyzny, było zostać członkiem Akademii Napisów. Przez potworny kontrast człowiek ten, który nosa nie obtarł, aby nie pomyśleć przy tym o skaptowaniu jakiejś próżności zdolnej wpłynąć o tysiącmil na jego nominację, był ultraliberalny! To nas zbliżyłozrazu, ale niebawem jego żona, mieszczka, do której nigdy nieodzywałem się inaczej niż z musu, uznała, że jestem nieostrożny.

Jednego dnia pan de Tracy i pan Thurot spytali mnie o mojeprzekonania polityczne. Zraziłem obu swoją odpowiedzią:

— Gdybym był przy władzy, ogłosiłbym na nowo listę emigrantów i oświadczył, że Napoleon, skreślając ich, uzurpował sobiewładzę, której nie miał. Trzy czwarte wymarło, resztę wygnałbym gdzieś w Pireneje i do paru sąsiednich departamentów. Kazałbymotoczyć tych kilka departamentów wojskiem, które dla ostentacjibiwakowałoby przez sześć miesięcy w roku. Każdego emigranta,który by wychylił nos, zastrzelić bez litości.

Dobra ich, zwrócone przez Napoleona, kazałbym sprzedaćkawałkami nie większymi od dwóch morgów. Emigranci pobieraliby pensje po 1000, 2000 czy 3000 franków rocznie. Moglibywybrać sobie miejsce pobytu za granicą. Ale gdyby włóczyli się poświecie, aby intrygować — koniec z pensją.

Twarze pp. Thurot i de Tracy wydłużyły się podczas tegowykładu, wydałem się okrutnikiem tym małym duszyczkomwydelikaconym paryską grzecznością. Pewną obecną tam młodąkobietę zachwyciły moje idee, a zwłaszcza zupełna nieopatrzność,z jaką się odsłaniałem — wydałem się jej Huronem (powiastkaWoltera).

Życzliwość tej kobiety pocieszyła mnie po wielu niepowodzeniach. Nigdy nie byłem całkowicie jej kochankiem. Była nadzwyczaj zalotna, bardzo zajęta strojem, wciąż rozmawiająca z przystojnymi mężczyznami, żyjąca blisko z najświetniejszą kompaniąz lóż Opera Buffa.

Zmieniam trochę rysy, aby jej nie poznano. Gdybym miał tenrozum, aby jej dać do zrozumienia, że ją kocham, byłabyprawdopodobnie bardzo rada. Faktem jest, że nie kochałem jej natyle, aby zapomnieć, że nie jestem piękny. Ona zapomniała o tym.Kiedy raz wyjeżdżałem z Paryża, powiedziała mi u siebie w salonie: „Mam panu słówko do powiedzenia”, i w korytarzu wiodącym do przedpokoju, gdzie na szczęście nie było nikogo, pocałowała mnie w usta, co jej oddałem z zapałem. Wyjechałemnazajutrz i wszystko skończyło się na tym.

Ale nim przyszło do tego, „uradziliśmy” z sobą kilka lat, jakmówią w Szampanii. Opowiadała mi wiernie na moją prośbęwszystko, co mówiono o mnie złego.

Robiła to w uroczy sposób, zdawało się, że ani nie zgadza się,ani nie przeczy. Mieć takiego ministra policji to najmilsza rzeczw miłostkach paryskich, poza tym tak nudnych.

Nie ma nikt pojęcia o okropnościach, jakich się człowiekdowiaduje. Jednego dnia powiedziała mi:

— Pan ***, szpieg, powiedział u pana de Tracy: „Oho, panBeyle ma nowe ubranie, znać, że Pasta miała benefis”.

Bzdurstwo to przyjęto z uznaniem — pan de Tracy nie przebaczył mi publicznego (mimo że niewinnego) stosunku z tą słynnąaktorką.

Zabawne jest, że Celina, która mi powtarzała odezwanieszpiega, była może sama zazdrosna o moje przesiadywanieu Pasty.

O którejkolwiek porze skończył się mój wieczór gdzie indziej,szedłem do pani Pasta (ulica Richelieu, naprzeciwko Biblioteki,Hôtel des Lillois, nr 63). Mieszkałem o sto kroków, pod numerem47. Znudzony mruczeniem odźwiernego, bardzo niezadowolonego, że musi otwierać często o trzeciej rano, zamieszkałemw końcu w tym samym hotelu, co Pasta. Dwa tygodnie potemakcje moje spadły o 70% w salonie pani de Tracy. Popełniłemwielki błąd, że się nie poradziłem swojej przyjaciółki, pani deTracy. Postępowanie moje w owej epoce było szeregiem kaprysów. Gdybym nawet był margrabią, pułkownikiem i miał 40 000franków renty, i tak byłbym się zgubił w końcu.

Kochałem namiętnie nie muzykę, ale wyłącznie muzykę Cimarosy i Mozarta. Salon Pasty był miejscem spotkania wszystkichmediolańczyków, którzy przyjeżdżali do Paryża. Przez nichczasami przypadkiem słyszałem imię Metyldy.

Metylda w Mediolanie dowiedziała się, że ja przesiaduję u aktorki. Ta myśl wyleczyła ją może do reszty.

Byłem zupełnie ślepy na wszystko. Przez całe lato grałemw faraona do rana u Pasty, milczący, szczęśliwy, że słyszę dialektmediolański, i oddychający wszystkimi zmysłami ideą Metyldy.Szedłem do mego uroczego pokoju na trzecim piętrze i poprawiałem ze łzami w oczach korekty Miłości. To jest książka pisanaołówkiem w Mediolanie w chwilach uspokojenia. Pracować nad nią w Paryżu sprawiało mi ból, nie mogłem nigdy zdobyć się na to,aby ją uporządkować.

Literaci mówią: „W innych krajach mogą ludzie mieć pomysły, ale napisać książkę — umieją tylko we Francji”. Tak,jeśli jedynym celem książki jest wyłożyć jakąś myśl; nie,jeśli się pragnie równocześnie budzić uczucie, dać jakiś jegoodcień.

Prawidła francuskie dobre są jedynie dla dzieł historycznych,na przykład Historia regencji pana Lemontey, której styl prawdziwie akademicki podziwiałem dziś rano. Przedmowa panaLemontey (skąpca, którego często widywałem u hrabiego Beugnot) może uchodzić za wzór tego akademickiego stylu.

Spodobałbym się prawie na pewno głupcom, gdybym zadałsobie trud przyrządzenia w ten sposób paru kawałków niniejszejgadaniny. Ale może pisząc to tak, jak list, po trzydzieści stronic naseans, nieświadomie, oddam podobieństwo.

Otóż, przede wszystkim, ja chcę mówić prawdę. Co to byłby zacud w tym wieku komedii, w społeczeństwie, którego trzyczwarte aktorów to szarlatany równie bezwstydne jak pan Magendie albo hrabia Regnault de Saint-Jean-d'Angély, albo baronGerard!

Jedną z cech epoki rewolucji (1789--1832) jest to, że nie mawielkiego sukcesu bez nijakiego bezwstydu, a nawet zdecydowanego szarlatanizmu. Jeden La Fayette jest powyżej szarlatanizmu, którego nie trzeba mieszać z uprzejmością, bronią konieczną u głowy stronnictwa.

Poznałem u pani Cabanis człowieka, który z pewnością nie jestszarlatanem: pan Fauriel (dawny kochanek pani Condorcet). Jestto, obok pana Mérimée i mnie, jedyny znany mi przykład,,nieszarlatanizmu” wśród ludzi pióra.

Toteż pan Fauriel nie ma żadnej reputacji. Jednego dniaksięgarz Bossange ofiarował mi pięćdziesiąt egzemplarzy jednejz jego książek, jeśli zechcę nie tylko napisać piękny reklamowyartykuł, ale jeszcze umieścić go w pewnym dzienniku, gdziewówczas (na dwa tygodnie) byłem w łaskach. Oburzyłem sięi obiecałem napisać artykuł za jeden egzemplarz. Niebawemwstręt do nadskakiwania tym plugawym lokajom położył koniecmoim stosunkom z dziennikarzami i mam sobie do wyrzucenia, żenie napisałem tego artykułu.

Ale to się działo w 1826 albo 1827. Wróćmy do 1821. PanFauriel, traktowany pogardliwie przez panią Condorcet, po jejśmierci (była to kobieta tylko do przyjemności fizycznej) chodziłczęsto do małej jędzy, trochę garbatej, panny Clarke.

Była to Angielka, inteligentna, nie można zaprzeczyć, aleinteligencja jej była taka jak rogi giemzy: sucha, twarda i kręta.Pan Fauriel, który w owym czasie wysoko mnie cenił, zaprowadził mnie rychło do panny Clarke. Zastałem mego przyjaciela,który tam był wyrocznią, Augustyna Thierry, autora historiipodboju Wilhelma. Uderzyły mnie wspaniałe rysy pani Belloc(żony malarza), zdumiewająco podobnej do lorda Byrona, którego wówczas uwielbiałem. Pewien sprytny człowiek, który mniebrał za Makiawela, dlatego że wracałem z Włoch, powiedział mi:

— Czy pan nie rozumie, że pan straci na próżno czas z paniąBelloc? Ona się kocha z panną Montgolfier (mały okropnypotworek z pięknymi oczami).

Byłem oszołomiony i swoim makiawelizmem, i swoją rzekomąmiłością do pani Belloc, i jeszcze bardziej amorami tej damy.Może coś w tym było.

Po roku czy dwóch panna Clarke zrobiła mi jakąś głupią scenę,wskutek czego przestałem u niej bywać, a pan Fauriel, co mibardzo przykro, wziął jej stronę.

Fauriel i Wiktor Jacquemont przerastają o wiele głów wszystkich moich znajomych z tych pierwszych miesięcy po powrocie doParyża. Hrabina de Tracy była co najmniej na tej samej wysokości. W gruncie dziwiłem albo gorszyłem wszystkich znajomych.Byłem potworem albo bogiem. Jeszcze dziś całe towarzystwopanny Clarke wierzy niezłomnie, że ja jestem potwór, zwłaszczapotwór niemoralności. Czytelnik wie, co o tym sądzić: byłemtylko raz u dziewcząt, a przypominacie sobie może moje sukcesyprzy niebiańsko pięknej Aleksandrynie.

Oto moje życie w owej epoce.

Wstawszy o dziesiątej, znajdowałem się wpół do jedenastejw Kawiarni Roueńskiej, gdzie spotykałem barona de Lussingei kuzyna mego Colomb, człowieka nieskazitelnego, sprawiedliwego, rozsądnego, mego przyjaciela od dzieciństwa. Nieszczęście w tym, że ci dwaj ludzie nie rozumieli absolutnie nic z teorii sercaludzkiego ani też z ilustrowania tego serca literaturą i muzyką.Rozprawy bez końca na te tematy, konsekwencje wyciąganez każdej noweli i dobrze umotywowanej anegdoty stanowią konwersację absolutnie najbardziej dla mnie interesującą.Mérimée, którego tak cenię, również, jak się okazało, nie smakował w rozmowie tego rodzaju.

Mój przyjaciel z dzieciństwa, zacny Crozet (naczelny inżynierdepartamentu Izery), celuje w tym rodzaju. Ale żona jego wydarłami go od wielu lat, zazdrosna o naszą przyjaźń. Cóż za szkoda! Coto byłby za niepospolity człowiek ten Crozet, gdyby mieszkałw Paryżu. Małżeństwo, a zwłaszcza prowincja, zadziwiająco postarzają człowieka: myśl staje się leniwa, funkcje mózgu, przez to, żerzadkie, stają się uciążliwe, a w końcu niemożliwe.

Spożywszy ze smakiem filiżankę wybornej kawy i dwa rogaliki,odprowadzałem Lussinge'a do jego biura. Szliśmy Tuileriamii wybrzeżem, zatrzymując się przed każdą wystawą ze sztychami. Kiedy się rozstałem z Lussinge'em, zaczynał się dla mnie okropnymoment dnia. Szedłem w owe straszliwe upały szukać cieniai trochę chłodu pod wielkimi kasztanami w Tuileriach. „Skoronie mogę zapomnieć, czy nie lepiej byłoby zabić się?” — powiadałem sobie. Wszystko mi ciążyło. Miałem jeszcze w 1821 resztkiowej miłości do malarstwa włoskiego, która mi kazała pisać na tentemat w 1816 i 1817. Szedłem do muzeum za biletem, o którywystarał mi się Lussinge. Widok tych arcydzieł przypominał mitylko tym żywiej Brera i Metyldę. Kiedy spotkałem francuskiodpowiednik tego imienia w jakiejś książce, mieniłem się natwarzy.

Mam bardzo mało wspomnień z owych dni, wszystkie byłypodobne do siebie. Wszystko, co ludziom podoba się w Paryżu,budziło we mnie wstręt. Mimo że sam liberał, miałem liberałów zastraszliwych dudków. Słowem, widzę, że ze wszystkiego, cowidywałem wówczas, zachowałem smutne i upokarzające wspomnienie.

Gruby Ludwik XVIII — ze swymi wołowymi oczami, wleczonywolno przez sześć tłustych koni — którego spotykałem bez ustanku, budził we mnie szczególny wstręt.

Kupiłem kilka sztuk Szekspira w wydaniu angielskim, po 30 susztuka. Czytałem je w Tuileriach i często rzucałem książkę, abymyśleć o Metyldzie. Wnętrze mego samotnego pokoju było dlamnie okropne.

Wreszcie nadchodziła piąta, pędziłem do table d'hôte HoteluBrukselskiego. Tam odnajdywałem Lussinge'a, ponurego, zmęczonego, znudzonego; dzielnego Barot, eleganckiego Poitevin,kilku oryginałów hotelowych, rodzaj, który ociera się o rycerzaprzemysłu z jednej strony, a o pokątnego konspiratora z drugiej.Przy tym stole spotkałem pana Alpy, niegdyś adiutanta generałaMichaud, który przynosił buty generałowi. Zdumiony ujrzałemgo tam jako pułkownika i zięcia pana Kentzingera, głupiego,bogatego ministeriała i mera Strasburga. Nie odzywałem się anido pułkownika, ani do jego teścia. Uderzył mnie pewien człowiekchudy, dość wysoki, żółty i gadatliwy. Było trochę świętego ogniaJana Jakuba Rousseau w jego frazesach na cześć Burbonów, któreobecnym wydawały się płaskie i śmieszne. Ten człowiek —antypody wdzięku — miał wygląd austriackiego oficera, późniejstał się sławny: to pan Vourvoisier, minister sprawiedliwości.Lussinge znał go z Bensançon.

Po obiedzie kawa była jeszcze dla mnie dobrym momentem,wręcz przeciwnie do przechadzki po bulwarze Gand, bardzomodnym wówczas i pełnym kurzu. To miejsce, rendez-vouspodrzędnych elegantów, oficerów gwardii, dziewcząt i rywalizujących z nimi eleganckich mieszczanek — to była dla mnie męka.

Tam spotykałem mego przyjaciela dzieciństwa, hrabiego deBarral, miłego i kochanego chłopca, wnuka słynnego skąpca,który sam zaczynał w trzydziestym roku życia zdradzać oznaki tejsmutnej choroby.

Margrabia de Barral, jego dziadek...

W 1810, zdaje mi się, kiedy de Barral przegrał w karty wszystko, comiał, pożyczyłem mu trochę pieniędzy i zmusiłem go,aby jechał do Neapolu. Ojciec jego, bardzo przyzwoity człowiek,dawał mu rocznie 6000 franków.

Po kilku latach Barral, wróciwszy z Neapolu, zastał mnieżyjącego z uroczą aktorką, która co wieczór, między jedenastąa dwunastą, kładła się do mego łóżka. Ja wracałem o pierwszej,robiliśmy sobie kolacyjkę, ot, zimna kuropatwa i szampańskie.Stosunek ten trwał dwa czy trzy lata. Panna B[éreyter] miałaprzyjaciółkę, córkę słynnego Rose, kupca skórzanych spodni.Molé, słynny aktor, uwiódł trzy siostry, urocze dziewczyny.Jedna z nich jest dziś margrabiną de D. Aneta, przechodząc z rąkdo rąk, żyła w końcu z jakimś podrzędnym giełdziarzem. Tak jązachwalałem Barralowi, że się w niej rozkochał. Namówiłemładną Anetę, aby rzuciła swego paskudnego spekulanta. Barralnie miał dosłownie pięciu franków drugiego dnia w miesiącu.Pierwszego, wróciwszy od swego bankiera z 500 frankami, szedłwykupić zegarek, który był w zastawie, i przegrać 400 franków,które mu zostawały. Zadałem sobie trochę trudu, wyprawiłemdwa obiady dla obu stron wojujących, u Véry’ego w Tuileriach,i w końcu nakłoniłem Anetę, aby została intendentem hrabiegoi żyła z nim rozsądnie z 500 franków ojcowskich. Dziś (1832) jestjuż dziesięć lat, jak to stadło trwa. Na nieszczęście Barral zostałbogatym, ma co najmniej 20 000 franków renty, i z bogactwemprzyszło nań potworne skąpstwo.

W r. 1817 byłem bardzo zakochany w Anecie przez dwatygodnie, po czym zraziły mnie jej ciasne i paryskiepojęcia. To jest dla mnie najpewniejsze lekarstwo na miłość.Wieczorem w kurzu bulwaru Gand spotykałem tego przyjacieladzieciństwa i poczciwą Anetę. Nie wiedziałem, o czym z nimi mówić. Ginąłem z nudów i smutku, dziewczęta nie bawiły mnie.Wreszcie koło wpół do jedenastej szedłem do pani Pasta nafaraona. Na swoje utrapienie przybywałem pierwszy i byłemskazany na kuchenną na wskroś konwersację Racheli, matkiGiuditty. Ale mówiła po mediolańsku. Czasami zastawałem jakiegoś głuptasa, świeżo przybyłego z Mediolanu, którego zaprosiłana obiad. Pytałem nieśmiało tych dudków o wszystkie ładnekobiety w Mediolanie. Raczej bym zginął, niż bym wymieniłMetyldę, ale czasem sami z siebie mówili mi o niej. Te wieczorystanowiły epokę w moim życiu. Wreszcie zaczynał się faraon.Tam, pogrążony w głębokiej zadumie, przegrywałem lub wygrywałem 30 franków w ciągu czterech godzin.

Tak dalece zatraciłem wszelką troskę o swój honor, że kiedyprzegrałem więcej, niż miałem w kieszeni, powiadałem do wygrywającego: „Chce pan, abym wstąpił do siebie?”. Odpowiadał:,,Non, si figuri!. I płaciłem aż nazajutrz. Głupstwo to, częstopowtarzane, stworzyło mi reputację biedaka. Spostrzegłem topóźniej po współczuciu, jakim mnie obdarzał zacny Pasta, mążJudyty, kiedy widział, że przegrałem 30 albo 35 franków. Alenawet zorientowawszy się, nie zmieniłem postępowania.

Rozdział VI

Czasami notowałem na książce, którą kupiłem, datę i stanuczuciowy, w jakim byłem. Może znajdę jakieś daty na swoichksiążkach. Nie bardzo wiem, skąd mi przyszło do głowy jechać doAnglii. Napisałem do pana ***, mojego bankiera, aby mi dał listkredytowy na 1000 talarów do Londynu; odpowiedział, że mamjuż u niego tylko 126 franków. Miałem pieniądze nie wiem gdzie,może w Grenobli, ściągałem je i pojechałem.

Pierwsza moja myśl o Londynie przyszła mi w ten sposóbw 1821. Jednego dnia, koło 1816, zdaje mi się w Mediolanie,rozmawiałem o samobójstwie ze słynnym Broughamem (dziś lordBrougham, kanclerz Anglii, który niebawem umrze z przepracowania).

— Cóż przykrzejszego — rzekł Brougham — niż myśl, że wszystkie dzienniki ogłoszą, żeś pan sobie strzelił w łeb, i potem zacznąwłazić w pańskie życie prywatne, szukając powodów? To możeobrzydzić zabijanie się.

— Cóż prostszego — odparłem — niż przyzwyczaić się odbywaćprzejażdżkę po morzu rybackim statkiem? Jednego dnia w burzliwy czas wpada się do morza przypadkiem.

Ta myśl podróży morskiej skusiła mnie. Jedynym czytelnymdla mnie pisarzem był Szekspir, cieszyłem się, że go zobaczę nascenie. Nie widziałem nic Szekspira w 1817 za mojej pierwszejpodróży do Anglii.

Kochałem namiętnie w życiu jedynie Cimarosę, Mozarta i Szekspira. W Mediolanie w 1820 miałem ochotę wyryć to na swoimgrobie. Myślałem co dnia o tym napisie, przeświadczony, że niebędę miał spokoju aż w grobie. Wyobrażałem sobie tabliczkęmarmurową w kształcie karty do gry:

ERRICO BEYLEMILANESEVISSE, SCRISSE, AMOQUEST'ANIMAADORAVACIMAROSA, MOZARTE SHAKESPEAREMORI DI ANNI ...II ... 18 ...

Nie dodawać żadnego szpetnego znaku, żadnej płaskiej ozdoby, kazać wyryć ten napis wersalikami. Nienawidzę Grenobli,przybyłem do Mediolanu w maju 1800, kocham to miasto. Tamznalazłem największe rozkosze i największe cierpienia, tam zwłaszcza — co tworzy ojczyznę — znalazłem pierwsze rozkosze. Tampragnę spędzić starość i umrzeć.

Ileż razy kołysany na samotnej barce falami jeziora Como,powiadałem sobie z upojeniem:

Hic... captabis frigus opacum!

Jeśli zostawię fundusz na sporządzenie tej tabliczki, proszę,aby ją pomieszczono na cmentarzu Andilly, koło Montmorency,wystawioną na wschód. Ale zwłaszcza chcę nie mieć innegopomnika, nic paryskiego, żadnego konceptu, nie cierpię tegorodzaju. Nie cierpiałem go jeszcze więcej w 1821. Dowcipfrancuski w paryskich teatrach doprowadzał mnie niemal do tego,że chciałem krzyczeć głośno: „Kanalie...! Kanalie...! Kanalie...!”. Wychodziłem po pierwszym akcie. Kiedy muzyka francuska łączyła się z francuskim dowcipem, wstręt dochodził dotego, że stroiłem grymasy i robiłem z siebie widowisko. Pani deLongueville dała mi raz swoją lożę w Teatrze Feydeau. Naszczęście nie wziąłem z sobą nikogo. Uciekłem po kwadransie,robiąc pocieszne miny i ślubując, że nie wrócę tam dwa lata;dotrzymałem przysięgi.

Wszystko, co jest podobne do powieści pani de Genlis, dopoezji pp. Legouvé, Jouy, Campenon, Treneuil, budziło we mnieten sam wstręt.

Nic pospolitszego, niż pisać to w roku 1832, wszyscy tak myślą.W 1821 Lussinge drwił sobie z mojej nieznośnej pychy, kiedyobjawiałem swoją nienawiść. Wnosił stąd, że z pewnością pan deJouy albo pan Campenon skrytykował okrutnie jakiś mój utwór.Krytyk, który sobie drwił ze mnie, budzi we mnie zupełnie inneuczucie. Kiedy odczytuję jego krytykę, rozważam za każdymrazem, kto z nas ma rację, on czy ja.

Pojechałem do Londynu, zdaje się, we wrześniu 1821. Czułemdo Paryża jedynie wstręt. Byłem ślepy, powinienem był prosićo radę hrabinę de Tracy. Ta cudowna kobieta, którą kochałem jakmatkę — nie, ale jak eksładną kobietę, bez cienia ziemskiej miłości— miała wówczas sześćdziesiąt trzy lata. Odepchnąłem jej przyjaźńswoim brakiem zaufania. Powinienem był zostać przyjacielem —nie, kochankiem Celiny. Nie wiem, czy byłoby mi się wówczaspowiodło jako kochankowi, ale widzę dziś jasno, że byłem nagranicy serdecznej przyjaźni. Powinienem był nie odrzucać wznowienia znajomości z hrabiną Bertois.

Byłem w rozpaczy lub, aby rzec lepiej, głęboko zbrzydzonyżyciem, Paryżem, sobą zwłaszcza. Widziałem w sobie wszystkiebłędy, byłbym chciał być inny. Jechałem do Londynu szukaćlekarstwa na spleen, i znalazłem go tam po trosze. Trzeba byłowznieść górę między sobą a widokiem katedry mediolańskiej. Sztuki Szekspira i aktor Kean (wymawiaj: kin) stały się tymwydarzeniem.

Dość często spotykałem w towarzystwie ludzi, którzy mniekomplementowali za jakiś mój utwór; napisałem do owego czasudość mało. Ale po tym komplemencie nie wiedzieliśmy, co dosiebie mówić. Tym komplemencistom paryskim, oczekującymjakiejś sprytnej odpowiedzi, musiałem się wydać bardzo niezręczny, może bardzo zarozumiały. Przyzwyczajony jestem do tego, żewydaję się czymś przeciwnym, niż jestem. Patrzę i zawszepatrzyłem na swoje utwory jak na bilety na loterię. Zależymi tylko na tym, aby mnie przedrukowywano w r. 1900. Petrarka liczył na swój poemat łaciński Afryka, a nie dbał o swoje sonety.

Między komplemencistami dwóch sprawiło mi przyjemność.Jeden, pięćdziesięcioletni, wysoki i piękny mężczyzna, podobnybył zadziwiająco do Jupiter Mansuetus. W 1821 byłem jeszczepełen uczuć, które mi kazały napisać cztery lata wprzódy początekdrugiego tomu Historii malarstwa. Ten tak urodziwy komplemencista mówił z afektacją o listach Woltera. Był skazany naśmierć w Neapolu w 1800 albo w 1799. Nazywał się di Fiori i jestdziś najdroższym z moich przyjaciół. Dziesięć lat minęło, nim się zrozumieliśmy, wówczas nie wiedziałem, co odpowiedzieć najego zawijasy à la Wolter.

Drugi komplemencista miał wspaniałe angielskie włosy blond,w puklach. Mógł mieć trzydzieści lat i nazywał się EdwardEdwards. Ekslampart bruku londyńskiego oraz komisarz wojenny, zdaje mi się, w armii okupacyjnej pod dowództwem księcia deWellington. Później, kiedy się dowiedziałem, że on był szlifibrukiem Londynu, pisującym do dzienników, silącym się na zrobienie jakiego sławnego kalamburu, zdziwiłem się, że nie stał sięrycerzem przemysłu. Biedny Edward Edwards miał inny przymiot: był z natury bardzo odważny; z taką prostotą, że on, którychwalił się wszystkim z próżnością, jeśli to możliwe, więcej niżfrancuską i bez francuskiej dyskrecji, nie mówił nigdy o swojejodwadze.

Poznałem pana Edwardsa w dyliżansie do Calais. Znalazłszy sięw towarzystwie francuskiego autora, czuł się w obowiązku mówić,ku mojej rozkoszy. Liczyłem na krajobraz jako na rozrywkę. Otóżnie ma nic tak płaskiego (dla mnie przynajmniej) jak droga przezAbbeville, Montreuil-sur-Mer etc. Te długie białe drogi, rysujące się w oddali na lekko falistym terenie, byłyby dla mnie katastrofą,gdyby nie paplanina Edwardsa.

Jednakże mury Montreuil oraz fajansowe nakrycie do śniadania przypominały mi zupełnie Anglię.

Podróżowaliśmy z niejakim panem Schmidtem, ekssekretarzemnajplugawszego intryganta, radcy stanu Fréville, którego poznałem u pani Nardot (ulica de Ménars, nr 4). Ten biedny Schmidt,zrazu dość uczciwy, został w końcu szpiegiem politycznym. PanDecazes posyłał go na kongresy, do wód w Akwizgranie. Wciążintrygując i w końcu, zdaje mi się, kradnąc, zmieniając pryncypała co pół roku, jednego dnia Schmidt spotkał mnie i powiedziałmi, że się żeni z rozsądku, nie z miłości, z córką marszałkaOudinot, księcia Reggio, który miał co prawda cały pułk córeki prosił o jałmużnę Ludwika XVIII co pół roku.

— Żeń się jeszcze dzisiaj, drogi przyjacielu — rzekłem zdziwiony.

W dwa tygodnie później dowiedziałem się, że książę Decazes,zasłyszawszy nieszczęściem o gratce biednego Schmidta, czuł sięw obowiązku napisać słówko do teścia. Ale Schmidt był niezgorszy człowiek i dość dobry kompan.

W Calais zrobiłem wielkie głupstwo. Gadałem przy stole jakczłowiek, który nie mówił od roku. Byłem bardzo wesoły. Prawieże się upiłem angielskim piwem. Jakiś oberwus, kapitan angielskimałego stateczku, coś mi się tam wtrącał, odpowiedziałem muwesoło i dobrodusznie. W nocy miałem okropną niestrawność,pierwszą w życiu. W kilka dni później Edwards powiedział mioględnie (rzecz bardzo u niego rzadka), że powinienem byłodpowiedzieć kapitanowi ostro, a nie na wesoło.

Ten straszliwy błąd popełniłem już raz w 1813 w Dreźniewobec pana ***, który później zwariował. Nie jestem tchórzem,coś podobnego nie zdarzyłoby mi się już dzisiaj. Ale za młodu,kiedy wpadłem w szał opowiadania, byłem jak nieprzytomny,cały przejęty pięknością obrazów, które starałem się oddać.Ostrzeżenie Edwardsa było dla mnie niby pianie koguta dlaświętego Piotra. Dwa dni szukaliśmy angielskiego kapitana powszystkich plugawych szynkowniach, gdzie tego rodzaju ludzieprzesiadują.

Nazajutrz, zdaje mi się, Edwards powiedział mi z miarą,uprzejmie i nawet z pewną elegancją:

— Każdy naród, widzi pan, ma swoje sposoby bicia się. Naszsposób angielski jest pocieszny etc., etc.

Rezultatem tej filozofii była prośba, abym pozwolił mu rozmówić się z kapitanem, który — można się założyć dziesięć przeciwjednemu — mimo swej narodowej niechęci do Francuzów powie,że absolutnie nie miał zamiaru mnie obrazić etc. Ale, ostatecznie,gdyby się trzeba było bić, Edwards błagał mnie, abym mupozwolił bić się na moje miejsce.

— Czy pan sobie kpi ze mnie? — spytałem. Przyszło do ostrejwymiany słów, ale w końcu przekonał mnie, że to był z jego stronyjedynie zbytek przyjaźni, i zaczęliśmy dalej szukać kapitana. Dwaczy trzy razy uczułem, że wszystkie włosy jeżą mi się na rękach,zdawało mi się, że poznaję kapitana. Myślałem nieraz później, żebyłoby mi ciężko bez Edwardsa, byłem pijany wesołością, paplaniem i piwem w tym Calais. Była to pierwsza moja niewiernośćwspomnieniom Mediolanu.

W Londynie wzruszyły mnie bardzo przechadzki wzdłużTamizy w stronę Little Chelsea (little chelsy). Były tam domkistrojne różami, istny poemat. Pierwszy raz wzruszyło mnie cośtak ckliwego.

Rozumiem dziś, że dusza moja była zawsze bardzo chora.Miałem wstręt niemal hydrofobiczny do wszystkiego, co grube.Rozmowa ordynarnego prowincjonalnego kupca nudziła mniei osmucała na resztę dnia: na przykład bogaty bankier KarolDurand z Grenobli, który odnosił się do mnie z przyjaźnią. Tennawyk z dzieciństwa, który przyprawił mnie o tyle czarnych chwilmiędzy piętnastym a dwudziestym piątym rokiem, wracał miz całą siłą. Byłem tak nieszczęśliwy, że lubiłem znajome twarze.Wszelka nowa fizjonomia, która w stanie zdrowia bawiła mnie,wówczas była mi nieznośna.

Traf zaprowadził mnie do hotelu Tavistock, na Covent Garden. Jest to hotel dla zamożnych ludzi, którzy z prowincjiprzybywają do Londynu. Mój pokój, zawsze otwarty w tejojczyźnie bezkarnych kradzieży, miał osiem stóp na dziesięć. Alew zamian za to śniadanie było w salonie, który miał może sto stópdługości, trzydzieści szerokości, a dwadzieścia wysokości. Tamjadło się, co się chciało i ile się chciało, za pięćdziesiąt su (dwaszylingi). Smażono tam befsztyki w nieskończoność albo stawianoprzed człowiekiem czterdziestofuntowy kawał pieczonego wołuwraz z bardzo ostrym nożem. Następnie przychodziła herbata,aby zaparzyć wszystkie te mięsiwa. Arkady tego salonu wychodzily na plac Covent Garden. Spotykałem tam co rano jakichśtrzydziestu poczciwych Anglików kroczących z powagą, wieluz minami nieszczęśliwców. Nie było tam ani afektacji, ani francuskiej hałaśliwej bufonady. Odpowiadało mi to, czułem się mniejnieszczęśliwy w tym salonie. Śniadanie było dla mnie zawsze nietylko zabiciem jednej lub dwóch godzin, ale także godziny przyjemności. Nauczyłem się czytać machinalnie dzienniki angielskie, którew gruncie nie interesowały mnie. Później, w 1826, byłem bardzonieszczęśliwy na tym samym placu Covent Garden w hoteluOuxkum (lub jakaś inna, również niewdzięczna nazwa), na rogunaprzeciw Tavistock. Od 1826 do 1832 nie miałem nieszczęść.

Nie dawano jeszcze Szekspira w dniu mego przybycia doLondynu; poszedłem do teatru Haymarket, który, zdaje mi się,był otwarty. Mimo nieszczęśliwego wyglądu sali bawiłem sięnieźle.

She Stoops to Conquer, komedia [Goldsmitha], ubawiła mniebardzo dzięki mimice aktora, który grał męża miss [Hardcastle]i który zniżał się do tego, aby ją zdobyć: po trosze temat[Fałszywych zwierzeń] Marivaux. Panna na wydaniu przebierasię za pokojówkę. Sztuka Beaux' Stratagem ubawiła mniebardzo.

W dzień błąkałem się po okolicach Londynu, często szedłemdo Richmond.

Ta słynna terasa przedstawia ten sam falisty widok, co Saint-Germain-en-Laye. Ale wzrok spływa, może z mniej wysoka, nałąki cudownie zielone, usiane wielkimi drzewami, czcigodnymiswą starożytnością. Przeciwnie, z wyżyn terasy Saint-Germainwidzi się jedynie suchy i skalisty krajobraz. Nie ma nic równegotej świeżej zieleni i piękności drzew angielskich: ścinać je tobyłaby zbrodnia i hańba, gdy w razie najlżejszej potrzeby pieniędzy właściciel francuski sprzedaje pięć czy sześć dębów, jakieznajdują się na jego gruncie. Widoki Richmondu, Windsoruprzypominają mi moją drogą Lombardię, góry Brianza, Desio,Como, Cadenabbia, kaplicę w Varese — urocze krainy, gdzie sięiściły moje piękne dni. Byłem tak szalony w tych napadachszczęścia, że nie mam prawie żadnych wyraźnych wspomnień; conajwyżej jakaś data dla zaznaczenia — na świeżo kupionej książce —miejsca, gdzie ją czytałem. Najmniejsza uwaga na marginesiesprawia, że jeśli kiedy odczytam tę książkę, odnajduję nitkę swoich myśli i idę dalej. Jeśli odczytując książkę, nie znajdężadnego wspomnienia, trzeba zaczynać na nowo.

Wieczorem, siedząc na moście, który znajduje się u stóp terasyRichmond, czytałem Pamiętniki pani Hutchinson — to mojanamiętność.

— Mister Bell! — powiedział jakiś człowiek, zatrzymując się tużprzede mną.

Był to pan B., którego spotkałem we Włoszech u milady Jersey,w Mediolanie. Pan B., człowiek bardzo inteligentny, okołopięćdziesiątki, nie należąc ściśle do dobrego towarzystwa, miał doniego wstęp (w Anglii istnieje podział na klasy, jak w Indiach,kraju pariasów; patrz Chata indyjska).

— Czy pan był u lady Jersey?

— Nie, zbyt mało ją znałem w Mediolanie, a powiadają, że wy,podróżnicy angielscy, podlegacie nieco utracie pamięci, skoroprzebędziecie z powrotem La Manche.

— Co za pomysł! Niechże pan tam idzie.

— Być przyjętym zimno, może nie być poznanym, sprawiłobymi o wiele więcej przykrości, niżby mogło mi sprawić przyjemności najserdeczniejsze przyjęcie.

— Nie był pan u pp. Flobhouse, Brougham?

Ta sama odpowiedź.

Pan B., który miał całą gorliwość dyplomaty, wypytywał mniewielce o nowiny z Francji.

— Mieszczańscy synkowie, dobrze wychowani i niewiedzący,gdzie się ulokować, znajdując wszędzie przed sobą protegowanych Kongregacji, wywrócą Kongregację, a przy sposobnościi Burbonów.

(Ponieważ robi to wrażenie przepowiedni, zostawiam życzliwemu czytelnikowi swobodę niewierzenia temu). Przytoczyłem tozdanie, aby dodać, że moja bezmierna odraza do przedmioturozmowy dała mi widocznie ten boleściwy wygląd, bez któregonie można być szanowanym w Anglii.

Kiedy pan de B. zrozumiał, że znam pana de La Fayette, panade Tracy, rzekł z miną głębokiego zdumienia:

— I pan nie postarał się dać większego rozpięciaswojej podróży! Od pana tylko zależało być dwa razy na tydzieńna obiedzie u lorda Holland, u lady N., u lady ***.

— Nie powiedziałem nawet w Paryżu, że jadę do Londynu. Mam tylko jeden cel: widzieć na scenie sztuki Szekspira.

Kiedy pan B. zrozumiał wreszcie, sądził, że ja zwariowałem.

Kiedy pierwszy raz szedłem na bal w Almack, mój bankier,widząc mój bilet wstępu, rzekł z westchnieniem:

— Proszę pana, dwadzieścia dwa lata mozolę się nad tym, abybyć na tym balu, gdzie pan będzie za godzinę!

Ponieważ społeczeństwo podzielone jest obręczami jak bambus, najważniejszą myślą każdego jest wejść do klasy wyższej, niżjego własna, a całym wysiłkiem owej klasy jest nie dopuścić go.

Te obyczaje widziałem we Francji tylko raz: mianowicie kiedygenerałowie dawnej armii Napoleona, którzy sprzedali się Ludwikowi XVIII, próbowali siłą płaszczenia się, dostać się do salonupani de Talaru i innych arystokratycznych salonów. Upokorzenia, jakie ci nikczemnicy znosili co dzień, wypełniłyby pięćdziesiąt stronic. Biedny Amadeusz de Pastoret, gdyby napisał kiedyswoje pamiętniki, miałby ładne rzeczy do opowiedzenia. No i nieprzypuszczam, aby młodzi ludzie, którzy kończą prawo w r.1832, byli zdolni znosić takie upokorzenia. Popełnią nikczemność, zbrodnię, jeśli chcecie, na jeden raz; ale dać się takmordować ukłuciami szpilki, wzgardą — to jest coś przeciwnaturze człowieka, który nie urodził się w salonach r. 1780,wskrzeszonych od 1804 do 1830.

Tę podłość, która wszystko zniesie od żony właściciela błękitnej wstęgi (pani de Talaru), spotyka się już chyba tylko u młodych ludzi urodzonych w Paryżu. A Ludwik Filip za mało maautorytetu, aby tego rodzaju salony rychło miały się odrodzićw Paryżu.

Prawdopodobnie reform bill (czerwiec 1832) położy koniecw Anglii fabrykacji ludzi takich, jak pan B., który nie przebaczymi nigdy, że nie dałem większego rozpięcia swojej podróży.Nie domyślałem się w 1821 ohydy, którą zrozumiałem w mojejpodróży w 1826: obiady i bale arystokracji kosztują szalonepieniądze, wydane najgorzej w świecie.

Jedno mam zobowiązanie wobec pana B.: poradził mi, abymwrócił z Richmond do Londynu wodą — cudowna podróż.

Wreszcie dnia ... 1821 ogłoszono Otella z Keanem. Omal mnienie zgnieciono, nim zdobyłem bilet do krzeseł. Chwile czekaniaw ogonku przypomniały mi żywo piękne dni młodości, kiedyśmysię narażali na uduszenie w 1800, aby być na premierze Pinto (Germinal roku VIII).

Nieszczęśliwiec, który chce mieć bilet do Covent Garden, musi się zapuścić w kręte korytarze, szerokie na trzy stopy i wyłożoneboazerią, która od pocierania ubraniami wytrwałych miłośnikówteatru stała się zupełnie gładka.

Z głową przepełnioną myślami literackimi, dopiero zapuściwszy się w te okropne korytarze, i kiedy gniew dał mi więcej siły, niżjej mieli moi sąsiedzi, powiedziałem sobie: „Wszelka przyjemność niemożliwa jest dla mnie dziś wieczór. Cóż za głupstwo, żenie kupiłem zawczasu biletu do loży!”.

Na szczęście, ledwie znaleźliśmy się na parterze, ludzie, przezktórych się przepychałem, spojrzeli na mnie poczciwie i przychylnie, wymieniliśmy parę słów o minionych niedolach. Ochłonąwszy z gniewu, oddałem się cały podziwowi dla Keana, któregoznałem jedynie z entuzjazmów mego towarzysza podróży, Edwarda Edwardsa. Zdaje się, że Kean jest to bohater szynkowni, junakw złym tonie.

Usprawiedliwiałem go łatwo: gdyby się urodził bogaty, z dystyngowanej rodziny, nie byłby Keanem, ale jakimś pierwszymz brzegu lalusiem. Grzeczność wyższych klas we Francji, a prawdopodobnie i w Anglii, przekreśla wszelką energięi zużywa ją, gdyby przypadkiem istniała. Ktoś doskonale grzeczny i wyprany z wszelkiej energii — oto istota, jaką spodziewam sięujrzeć, skoro u pana de Tracy oznajmią pana de Syon lub innegomłodego arystokratę. A i to jeszcze w roku 1821 nie miałemmożności ocenić całej nicości tych skarłowaciałych istot. Pan deSyon, który bywa u generała La Fayette, który był z nim, zdaje misię, w Ameryce, musi być konstrum energii w salonie pani de LaTrémoille.

Wielki Boże! Jak to jest możliwe być takim „nic”! Jakodmalować takich ludzi! Oto pytania, jakie sobie zadawałemw zimie roku 1830, studiując tę młodzież. Wówczas ich wielkąsprawą była obawa, aby włosy, spiętrzone w tupecik z jednejstrony czoła, nie opadły im.

Moja przyjemność oglądania Keana kojarzyła się z wielkimzdziwieniem. Anglicy, naród ponury, mają gesty bardzo różne odnaszych na wyrażenie tych samych drgnień duszy.

Baron de Lussinge i kochany Barot przyjechali ze mną doLondynu; a może Lussinge przybył tam razem ze mną? Mamnieszczęśliwy talent udzielania swoich gustów. Często, opowiadając o swoich kochankach przyjaciołom, budziłem w nich miłośćdo nich lub co gorsza sprawiałem, że moja kochanka zakochiwałasię w przyjacielu, którego kochałem szczerze. To mi się zdarzyłoz panią Azur i Mériméem. Byłem w rozpaczy przez cztery dni.Skoro rozpacz osłabła, poszedłem prosić Mériméego, aby oszczędzał moją boleść przez dwa tygodnie.

— Dwa lata — odpowiedział. — Ona mi się wcale nie podoba.Widziałem, jak się jej pończochy gurbią.

Barot, który robi wszystko systematycznie i roztropnie jakkupiec, namówił nas, aby wziąć służącego. Był to młody furfancikangielski. Gardzę takimi ludźmi głęboko: moda nie jest u nichprzyjemnością, ale poważnym obowiązkiem, któremu nie możnachybić. Byłem inteligentny we wszystkim, co się nie odnosiło dopewnych wspomnień — natychmiast uczułem niedorzecznośćosiemnastu godzin pracy robotnika angielskiego. Biedny Włochw swoich łachmanach o wiele bliższy jest szczęścia. Ma czas namiłość, oddaje się osiemdziesiąt albo sto dni w roku religii, o tylebardziej podniecającej, że przejmuje go lekkim strachem, etc.

Moi towarzysze kpili sobie tęgo ze mnie. Mój paradoks stał sięszybko prawdą i będzie czymś bardzo pospolitym w 1840. Moitowarzysze uważali mnie za kompletnego wariata, kiedy mówiłem: „Nadmierna i przygniatająca praca angielskiego robotnikamści nas za Waterloo i za cztery koalicje. My pogrzebaliśmyswoich umarłych, a ci, co zostali, szczęśliwsi są o wiele odAnglików”. Przez całe życie Barot i Lussinge będą mnie uważaliza pomylonego. W dziesięć lat potem próbuję ich zawstydzić:,,Wy myślicie dziś tak, jak ja myślałem w Londynie w 1821”.Przeczą temu i opinia moja „pomylonego” trwa dalej. Osądźciez tego, co się działo, kiedy miałem nieszczęście mówić o literaturze. Mój kuzyn Colomb długi czas uważał mnie naprawdę zazawistnego, dlatego że mu mówiłem, że Lascaris panaVillemain nudny jest jak flaki z olejem. A cóż dopiero, wielkiBoże, kiedy tykałem ogólnych zasad!

Jednego dnia, kiedy mówiłem o pracy angielskiej, mały cacuś,który nam służył za lokaja, uznał, że obrażono jego honornarodowy.

— Masz rację — powiedziałem mu — ale my jesteśmy nieszczęśliwi: nie mamy przyjemnych znajomości.

— Proszę pana, ja to załatwię. Ułożę sam warunki... Niech pansię nie zwraca do nikogo innego, zdarliby panów, etc.

Przyjaciele moi śmiali się. Tak więc, aby sobie zadrwić z honoru lalusia, wlazłem w historię z dziewczętami. Nic przykrzejszegoi obrzydliwszego niż szczegóły targu, jaki nam narzucił tenczłowiek, pokazując nam nazajutrz Londyn.

Przede wszystkim owe dziewczęta mieszkały w okropnej dzielnicy, Westminster Road, cudownie położonej na to, aby czterechmajtków sutenerów mogło połamać kości Francuzom. Kiedyśmynatrącili o tym pewnemu znajomemu Anglikowi, rzekł:

— Strzeżcie się tej zasadzki!

Cacuś dodał, że długo się targował o to, żeby nam dano herbaty nazajutrz po wstaniu. Dziewczęta nie chciały oddać swoichwdzięków i swojej herbaty taniej niż za 21 szylingów (25 frankówi 5 su). Ale wreszcie zgodziły się. Paru Anglików mówiło nam:

— Nigdy Anglik nie dałby się złapać w taką pułapkę. Czywiecie, że was wywiozą o milę za Londyn?

Uchwaliliśmy między sobą, że nie pojedziemy. Skoro nadszedłwieczór, Barot spojrzał na mnie. Zrozumiałem go.

— Jesteśmy silni — rzekłem — mamy broń.

Lussinge nie odważył się iść z nami.

Wzięliśmy fiakra we dwóch z Barotem, przebyliśmy mostWestminsterski. Następnie fiakier wjechał w ulice bez domów,w ogrody. Barot śmiał się.

— Skoro byłeś taki bohater z Aleksandryną w uroczym domkuw centrum Paryża, czegoż nie dokażesz tutaj?

Czułem głęboki wstręt. Gdyby nie nuda wieczorów w Londynie, kiedy nie ma teatru — jak właśnie tego dnia — i gdyby nie małypieprzyk niebezpieczeństwa, nigdy Westminster Road nie byłobymnie ujrzało na oczy. Wreszcie — omal dwa czy trzy razy niewysypawszy się w rzekome ulice, bez bruku, o ile mi się zdaje —fiakier klnąc, zatrzymał się przed trzypiętrowym domem, którycały mógł mieć dwadzieścia pięć stóp wysokości. W życiu niewidziałem czegoś tak małego.

Z pewnością, gdyby nie myśl o niebezpieczeństwie, nie byłbymtam wszedł. Spodziewałem się ujrzeć trzy ohydne pluchy, tymczasem były to trzy drobne dziewczynki z pięknymi włosami,szatynki, nieco trwożliwe, bardzo uprzejme, bardzo blade.

Meble były pociesznie małe. Barot jest wielki i gruby, ja gruby,nie mieliśmy wręcz na czym usiąść. Meble robiły wrażenie, że sąrobione dla lalek, baliśmy się połamać je. Dziewczynki widziałynasze zakłopotanie; ich zakłopotanie jeszcze wzrosło. Nie wiedzieliśmy absolutnie, co mówić. Szczęściem Barot wpadł na myśl,aby mówić o ogrodzie.

— Och, mamy ogród! — rzekły nie z dumą, ale z odrobinąradości, że mają jakiś przedmiot zbytku do pokazania. Zeszliśmydo ogrodu ze świecami, aby go obejrzeć: miał dwadzieścia pięćstóp długości, a dziesięć szerokości. Obaj z Barotem parsknęliśmyśmiechem. Tam znajdowały się wszystkie sprzęty gospodarskiebiednych dziewczyn, mała balia do prania, mała kadź wrazz aparatem do robienia własnoręcznie piwa.

Wzruszyło mnie to, Barot był zbrzydzony. Rzekł do mnie pofrancusku:

— Zapłaćmy i zmykajmy.

— Będą takie upokorzone — odparłem.

— Ba, upokorzone! Ty je dobrze znasz! Poślą po innych gości,jeżeli nie jest za późno, albo po swoich amantów, jeżeli rzeczydzieją się tu tak jak we Francji.

Prawdy te nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. Nędzadziewcząt, te małe mebelki, czyściutkie i bardzo stare, wzruszylymnie. Nie skończyliśmy jeszcze herbaty, kiedy już byłem z nimitak, że mogłem im zwierzyć w lichej angielszczyźnie naszą obawę,iż możemy być zamordowani. Bardzo je to stropiło.

— Ależ — dodałem — nie posądzam was o to, a dowód, że wam toopowiadam.

Odprawiliśmy naszego lokaja. Wówczas uczułem się jakz serdecznymi przyjaciółmi, których bym ujrzał po rocznejpodróży.

Żadne drzwi się nie domykały — nowy przedmiot podejrzeń,kiedyśmy się poszli położyć. Ale na co zdałyby się drzwi i dobrezamki? Wszędzie uderzeniem pięści można by rozwalić cienkieprzepierzenia. Wszystko było słychać w tym domu. Barot, któryposzedł na drugie piętro w pokoju nade mną, krzyknął:

— Gdyby cię mordowali, wołaj na mnie!

Chciałem zostawić światło; wstydliwość mojej nowej przyjaciółki, poza tym uległej i poczciwej, nie chciała na to zezwolić.Miała odruch wyraźnego strachu, kiedy ujrzała, że układampistolety i sztylet na nocnym stoliku przy łóżku, naprzeciw drzwi.Była zachwycająca, mała, dobrze zbudowana, blada.

Nikt nas nie zamordował. Nazajutrz skwitowaliśmy z herbaty,posłaliśmy służącego po Lussinge'a, polecając mu, aby przybyłz zimnym mięsiwem i winem. Zjawił się rychło, niosąc wyborneśniadanie i bardzo zdumiony naszym entuzjazmem.

Siostry posłały po jedną z przyjaciółek. Zostawiliśmy im winoi zimne mięso, którego uroda widocznie zdumiała te biednedziewczęta.

Myślały, że sobie z nich żartujemy, kiedy powiedzieliśmy, żewrócimy. Miss ***, moja partnerka, rzekła mi na stronie:

— Nie wyszłabym, gdybym mogła mieć nadzieję, że pan wrócidziś wieczór. Ale nasz domek jest za biedny dla ludzi takich jakpanowie.

Cały dzień myślałem tylko o dobrym, słodkim, spokojnym (fullof snugness) wieczorze, który mnie czeka. Teatr dłużył mi się.Barot i Lussinge chcieli oglądać wszystkie dziewczyska, którewypełniały wówczas foyer Covent Garden. W końcu obaj z Barotem przybyliśmy do małego domku. Kiedy ujrzały, że odpakowujemy butelki z winem i szampanem, biedne dziewczyny otworzyłyszeroko oczy. Skłonny jestem przypuszczać, że nigdy nie znalazłysię wobec nieotwartej jeszcze butelki real champaign, prawdziwego szampana.

Szczęściem korek od butelki wyskoczył. Były wręcz uszczęśliwione, ale wybuchy ich objawiały się spokojnie i przyzwoicie. Nicprzyzwoitszego niż całe ich zachowanie. Wiedzieliśmy już o tym.

Była to pierwsza istotna i serdeczna pociecha w nieszczęściu,które zatruwało wszystkie moje chwile samotności. Czytelnikwidzi, że ja w roku 1821 miałem ledwo dwadzieścia lat! Gdybymmiał ich trzydzieści osiem, jak zdawała się świadczyć mojametryka, byłbym mógł próbować znaleźć tę pociechę w Paryżuu „przyzwoitych kobiet”, które okazywały mi sympatię. Wątpięwszakże niekiedy, czy byłoby mi się powiodło. To, co się nazywatonem wielkiego świata, co sprawia, że pani de Marmier różni sięod pani Edwards, wydaje mi się często nieznośną afektacjąi w jednej chwili zamyka hermetycznie moje serce.

Oto jedno z moich wielkich nieszczęść, czy odczuwacie je jakja? Rażą mnie śmiertelnie najdrobniejsze odcienie.

Trochę więcej albo trochę mniej fasonów wielkiego światasprawia, że wykrzykuję w duchu: „Mieszczka!” albo: „Arystokratyczna lala!” i natychmiast mam na usługi bliźniego jedynieodrazę lub ironię.

Można znać wszystko, wyjąwszy siebie samego: „Daleki jestem od przypuszczenia, abym znał wszystko” — dodałby wytworny człowiek z dystyngowanej dzielnicy, bacznie strzegący wszystkich frontów przeciw śmieszności. Moi lekarze, ilekroć byłemchory, kurowali mnie z przyjemnością jako osobliwego potwora, dla mojej nadmiernej pobudliwości nerwowej. Razokno otwarte w sąsiednim pokoju, od którego drzwi były zamknięte, przejmowało mnie chłodem. Najmniejszy zapach (wyjąwszy smród) osłabia moje lewe ramię i lewą nogę i budzi we mnielęk, że się przewrócę na tę stronę.

— Ależ to okropny egotyzm wszystkie te szczegóły!

— Oczywiście, a czymże innym jest ta książka, jeśli nie okropnym egotyzmem? Na co roztaczać gracje pedanta, jak panVillemain we wczorajszym artykule o aresztowaniu pana deChateaubriand?

Jeśli ta książka jest nudna, po dwóch latach pójdzie pod placki.Jeśli was nie znudzi, przekona was, że egotyzm, ale szczery, jest sposobem malowania serca ludzkiego, w którym uczyniliśmy olbrzymie kroki od 1721, epoki Listów perskich owegowielkiego człowieka, którego tyle studiowałem, Monteskiusza.

Postęp jest czasami tak zdumiewający, że Monteskiusz wydajesię aż gruby.

Czułem się tak rad z mego pobytu w Londynie, od czasu jakprzez cały wieczór mogłem być naturalny — w lichej angielszczyźnie — że pozwoliłem wrócić do Paryża baronowi wzywanemu przezbiuro i Barotowi wzywanemu przez swoje interesy, mimo iżtowarzystwo ich było mi bardzo miłe. Nie mówiliśmy o sztukachpięknych — był to stały kamień obrazy między mną a mymiprzyjaciółmi.

Anglicy są, zdaje mi się, narodem najtępszym, najbardziejbarbarzyńskim w świecie. Do tego stopnia, że im przebaczamohydę Świętej Heleny. Oni tego nie czuli. Z pewnością, widząc to,Hiszpan, Włoch, Niemiec nawet wyobraziłby sobie męczeństwoNapoleona. Ci uczciwi Anglicy, bez ustanku ocierający się o niebezpieczeństwo śmierci głodowej, jeśli zapomną na chwilę pracować, odpędzali ideę Świętej Heleny, jak odpędzają ideę Rafaela,jako coś, co groziłoby im stratą czasu, i oto wszystko.

We trzech razem: ja — marzenia i znajomość Saya i Smitha(Adama); baron de Lussinge — widzenie wszystkiego ze złejstrony; Barot — praca (która zmienia funt stali wartości 12 frankóww trzy czwarte funta sprężyn do zegarków wartości 10 000 franków — tworzyliśmy dość kompletnego podróżnika.

Kiedy zostałem sam, uczciwość rodziny angielskiej mającej10 000 franków renty biła się w sercu z kompletną demoralizacjąAnglika, który mając drogie upodobania, spostrzegł się, że aby jemóc zaspokoić, trzeba się sprzedać rządowi. Angielski Filip deSégur jest dla mnie istotą najbardziej plugawą i zarazem najbardziej niedorzeczną w rozmowie.

Wyjechałem nie zdecydowawszy się, z przyczyny ścierania siędwóch pojęć, czy trzeba pragnąć Terroru, który by oczyściłstajnię Augiasza w Anglii.

Biedna dziewczyna, u której spędzałem wieczory, zapewniałamnie, że jadłaby kartofle i nie kosztowałaby mnie nic, gdybym jąchciał zabrać do Francji.

Byłem surowo ukarany, że poradziłem swojej siostrze, abyprzyjechała do Mediolanu w 1816, zdaje mi się. Pani Périerprzyczepiła się do mnie jak ostryga, obciążając mnie na wiekiwieków odpowiedzialnością za jej losy. Pani Périer miała wszystkie cnoty i była wcale rozsądna i miła. Byłem zmuszony pokłócićsię z nią, aby się uwolnić od tej nudnej ostrygi przyczepionej donawy mego statku, która przemocą czyniła mnie odpowiedzialnym za całe jej przyszłe szczęście. Okropność!

Ta właśnie przerażająca myśl nie pozwoliła mi zabrać missAppleby do Paryża.

Byłbym uniknął wielu chwil diabelsko czarnych. Na mojenieszczęście afektacja jest mi tak antypatyczna, że trudno mi byćprostym, szczerym, dobrym, słowem — być doskonałym Niemcem z Francuzką.

Jednego dnia oznajmiono mi, że wieszają ośmiu nieboraków.W moim pojęciu, kiedy wieszają w Anglii złodzieja albo mordercę, arystokracja poświęca ofiarę dla swojego bezpieczeństwa, boto ona zmusiła go, aby był zbrodniarzem etc. Ta prawda, takparadoksalna dziś, będzie może komunałem wówczas, kiedy będączytali moje gawędy.

Całą noc perswadowałem sobie, że to jest obowiązkiem podróżnika oglądać tego rodzaju widowiska oraz wrażenie, jakie czyniąna ludzie, który zachował cechy swego kraju (who has raciness).Nazajutrz, kiedy mnie obudzono o ósmej, lało jak z cebra. Rzecz,do której chciałem się zmusić, była tak przykra, że przypominamsobie jeszcze walkę wewnętrzną. Nie ujrzałem tego okropnegowidowiska.

Rozdział VII

Za powrotem do Paryża, około grudnia, spostrzegłem, że niecowięcej interesuję się światem i ludźmi. Widzę dziś, że to dlatego,że przekonałem się, iż niezależnie od tego, co zostawiłem w Mediolanie, mogę gdzie indziej znaleźć trochę szczęścia lub bodajrozrywki. To „gdzie indziej” to był mały domek miss Appleby.

Ale nie miałem dość rozsądku, aby ułożyć systematycznieswoje życie. Przypadek kierował zawsze mymi stosunkami. Naprzykład:

Był raz minister wojny w Neapolu, który się nazywał Micheroux. Ten biedny żołnierz pochodził, zdaje mi się, z Liège. Zostawił swoim dwom synom pensje dworskie: w Neapolu liczy się nałaski króla niby na ojcowiznę.

Kawaler Aleksander Micheroux jadał z nami w hotelu przyulicy Richelieu, pod numerem 47. Jest to przystojny mężczyzna,flegmatyczny jak Holender. Tonął w zgryzotach. Podczas rewolucji w 1920 żył spokojnie w Neapolu, był rojalistą.

Francesco, następca tronu, a później najbardziej pogardzanyz Kings, był regentem i szczególnym protektorem kawalera deMicheroux. Wezwał go i poprosił, mówiąc mu przez „ty”, abyprzyjął stanowisko posła w Dreźnie, do czego apatyczny Micheroux nie palił się zgoła. Mimo to, ponieważ nie miał odwagi narazićsię Królewskiej Wysokości i następcy tronu, udał się do Drezna.Niebawem Francesco wygnał go, skazał go na śmierć, zdaje misię, lub co najmniej skasował mu pensję.

Bez żadnej inteligencji i talentu do czegokolwiek, kawaler byłkatem dla samego siebie: długi czas pracował po osiemnaściegodzin dziennie, jak Anglik, aby zostać malarzem, muzykiem,metafizykiem, czy ja wiem czym. Wychowanie to było kierowanetak, jak gdyby chciał rzucić wyzwanie logice.

Wiem o zdumiewających jego pracach od pewnej aktorki,dobrej mojej znajomej, która ze swego okna widziała tego młodego człowieka, jak pracował od piątej rano do piątej wieczór nadmalarstwem, a potem czytał cały wieczór. Z tej przerażającejpracy została kawalerowi sztuka dobrego akompaniowania nafortepianie oraz sporo zdrowego sensu czy smaku muzycznego,aby nie lecieć ślepo na mdłe fanfaronady jakiegoś Rossiniego.Z chwilą, gdy chciał rozumować, ta słaba głowa nabita fałszywąwiedzą wpadała w najkomiczniejsze głupstwa. W polityce zwłaszcza był ciekawy. Zresztą nie znałem nic bardziej poetycznegoi niedorzecznego niż włoski liberał, czyli carbonaro, który od 1821do 1830 zapełniał liberalne salony paryskie.

Pewnego wieczora po obiedzie Micheroux udał się do siebie.W dwie godziny później, nie widząc go w kawiarni Foya, gdziejeden z nas, przegrawszy kawę, miał ją płacić, poszliśmy do niego.Zastaliśmy go zemdlonego z bólu. Miał skolocyzm. Po obiedziebóle się wzmogły, ten flegmatyczny i melancholijny charakterzaczął rozważać wszystkie swoje nędze, łącznie z nędzą materialną. Było to załamanie pod wpływem bólu. Inny byłby się zabił, onpoprzestałby na tym, aby umrzeć zemdlony, gdybyśmy go niebyli z wielkim trudem obudzili.

Ten los wzruszył mnie, może trochę przez refleksję: otoczłowiek nieszczęśliwszy ode mnie. Barot pożyczył mu 500 franków, które otrzymał z powrotem. Nazajutrz Lussinge czy japrzedstawiliśmy go pani Pasta.

W tydzień potem dowiedzieliśmy się, że jest jej kochankiem odserca. Nic chłodniejszego, nic bardziej racjonalnego niż stosunektych dwóch istot. Widywałem ich co dzień przez cztery czy pięćlat, nie byłbym zdziwiony po całym tym okresie, gdyby jakiśmagik, dając mi moc stania się niewidzialnym, pozwolił mioglądać, że oni nie kochają się ze sobą, ale po prostu rozmawiająo muzyce. Jestem pewien, że Pasta, która przez osiem czy dziesięćlat nie tylko mieszkała w Paryżu, ale także przez trzy czwarte tego czasubyła tam w modzie, nie miała nigdy kochanka Francuza.

W epoce, kiedy jej przedstawiono kawalera Micheroux, pięknyLagrange przychodził co wieczór nudzić nas przez trzy godziny,siedząc obok niej na kanapie. To ten generał grał rolę Apollinaobok pięknego Hiszpana w baletach dworu cesarskiego. Widziałem królową Karolinę Murat i boską księżną Borghese tańczącez nim w stroju dzikich. To jeden z najbardziej czczych osobnikóww całym „dobrym towarzystwie”, a to niemało powiedziane.

Ponieważ zgrzeszyć niewłaściwym słowem o wiele zgubniejsze jest dla młodego człowieka, niż korzystne jest dlań powiedzieć zręczne słówko, potomność, prawdopodobnie mniej głupia, nie będzie miała pojęcia o bezbarwności dobrego towarzystwa.

Kawaler Micheroux miał wzięcie dystyngowane, prawie wytworne. Pod tym względem było to zupełne przeciwieństwoz Lussinge'em, a nawet Barotem, który jest tylko zacnym i dzielnym chłopcem z prowincji, przypadkowo robiącym miliony.Wytworne maniery Micheroux zbliżyły mnie z nim. Spostrzegłem niebawem, że jest to dusza na skroś zimna.

Wyuczył się muzyki, jak uczony z Akademii Napisów uczy się— lub udaje, że się uczy — perskiego. Nauczył się podziwiaćdany utwór; pierwszym przymiotem tonu było zawsze to, aby byłczysty, a zdania — aby było poprawne.

W moich oczach pierwszym — i to o wiele pierwszym — przymiotem jest to, aby coś miało wyraz.

Pierwszą zaletą dla mnie we wszystkim, co jest czarne nabiałym, to móc powiedzieć wraz z Boileau:

Złe czy dobre, coś zawsze mówią moje wiersze.

Kiedy moje stosunki z kawalerem Micheroux i Pastą zacieśniłysię, zamieszkałem na trzecim piętrze hotelu des Lillois, gdzie tamiła kobieta zajmowała kolejno drugie i pierwsze piętro.

Ona była w moich oczach bez wad, bez przywar, charakterprosty, jednolity, prawy, naturalny, przy największym talencietragicznym, jaki znałem.

Przez nałóg młodego człowieka (przypominacie sobie, że miałem tylko dwadzieścia lat w 1821) byłbym zrazu pragnął, aby onamnie pokochała, mnie, który miałem dla niej tyle podziwu. Widzędziś, że ona była za zimna, za rozsądna, nie dość szalona, nie dośćpieszczotliwa, aby nasz stosunek — gdyby to była miłość — mógłtrwać. To byłaby z mojej strony tylko przelotna miłostka; ona,słusznie oburzona, byłaby zerwała. Lepiej tedy, że rzecz ograniczyła się do najświętszej, najbardziej oddanej przyjaźni z mojejstrony, a z jej strony do uczucia pokrewnego mojemu, ale któremiało swoje przypływy i odpływy.

Micheroux, bojąc się mnie trochę, ubrał mnie w parę tęgichpotwarzy, które „zneutralizowałem”, nie zwracając na nie uwagi.Po upływie sześciu czy ośmiu miesięcy sądzę, że Pasta powiedziała sobie: „Ależ to nie ma za grosz sensu!”.

Ale zawsze coś zostaje i po upływie sześciu czy ośmiu latpotwarze te sprawiły, że nasza przyjaźń stała się bardzo spokojna.Nigdy nie czułem ani chwili gniewu na Micheroux. Po tak królewskim postępku Franciszka mógł sobie powiedzieć, jak niewiem który bohater Woltera:

Szlachetna nędza, oto co mi pozostało.

I przypuszczam, że Giuditta, jak ją nazywaliśmy po włosku,pożyczała mu niewielkie kwoty, aby go chronić od najtwardszychkolców ubóstwa.

Nie błyszczałem wówczas zbytnio dowcipem, mimo to miałemzawistnych. Pan de Perey, szpieg z salonu pana de Tracy, wiedziało mojej przyjaźni z panią Pasta: ci ludzie wiedzą przez swoichkolegów. Oświetlił ją w najwstrętniejszy sposób w oczach damz ulicy d'Anjou. Kobieta najuczciwsza, ta, której wszelka ideamiłostki jest najbardziej obca, nie przebaczy miłostki z aktorką.Zdarzyło mi się to już w Marsylii w 1805; ale wówczas pani SerafiaT[ivollier] miała rację, że nie chciała mnie przyjmować co wieczór, kiedy dowiedziała się o moim stosunku z panią Louason(ową kobietą tak inteligentną, później panią de Barkoff).

Przy ulicy d'Anjou, która w gruncie była moim najczcigodniejszym towarzystwem, nawet stary filozof, pan de Tracy, nieprzebaczył mi moich stosunków z aktorką.

Jestem żywy, namiętny, szalony, szczery do przesady w przyjaźni i w miłości aż do pierwszego oziębienia. Wówczas z szaleństw szesnastoletniego chłopca przechodzę w mgnieniu oka domakiawelizmu pięćdziesięciolatka; po tygodniu jest już tylkoroztopiony lód, zimno zupełne. (To właśnie zdarzyło mi sięw tych dniach with lady Angelica, maj 1832.)

Miałem tedy oddać wszystko, co jest przyjaźni w moim sercu,salonowi państwa de Tracy, kiedy spostrzegłem powłokę białegoszronu. Od 1821 do 1830 byłem tam już tylko zimny i makiaweliczny, to znaczy doskonale ostrożny. Widzę jeszcze połamanełodygi wielu przyjaźni, które miały się zacząć przy ulicy d'Anjou.Przezacna hrabina de Tracy — co do której wyrzucam sobiegorzko, że ją nie więcej kochałem — nie dała mi uczuć tego odcieniachłodu. A przecież wróciłem z Anglii dla niej, z wylaniem serca,z potrzebą szczerej przyjaźni. Uspokoiło się to przez czystyconsensus, kiedy powziąłem postanowienie, aby być zimny i wyrachowany z resztą salonu.

We Włoszech uwielbiałem operę. Najsłodsze — bez żadnegoporównania — momenty mego życia spłynęły mi w sali teatralnej. Przez to, że byłem długo szczęśliwy w La Scali (sala w Mediolanie), stałem się rodzajem znawcy.

W dziesiątym roku życia ojciec mój, który miał wszystkiezabobony religii i arystokracji, zabronił mi stanowczo uczyć sięmuzyki. W szesnastym uczyłem się kolejno grać na skrzypcach,śpiewać i grać na klarnecie. Jedynie w tej ostatniej sztucedoszedłem do tego, aby wydawać dźwięki, które mi sprawiałyprzyjemność. Mój nauczyciel, piękny i okazały Niemiec nazwiskiem Hermann, kazał mi grywać czułe arie. Kto wie, może onznał Mozarta? Było to w 1797, Mozart właśnie umarł.

Ale wówczas nie znałem tego wielkiego imienia. Porwała mnienamiętność do matematyki, dwa lata myślałem tylko o tym.Wyjechałem do Paryża, gdzie przybyłem nazajutrz po 18 Brumaire'a (10 listopada 1799).

Później, kiedy chciałem uczyć się muzyki, uznałem, że jest zapóźno, po tej oznace: namiętność moja malała w miarę, jakzyskiwałem nieco wiedzy. Dźwięki, które wydawałem, budziływe mnie wstręt, w przeciwieństwie do tylu czwartorzędnychwykonawców, którzy swoją odrobinę talentu — miłego zresztąwieczorem na wsi — zawdzięczają jedynie wytrwałości, z jaką corano rozdzierają uszy samym sobie. Ale oni ich sobie nie rozdzierają, bo... Ta filozofia nie skończyłaby się nigdy.

Słowem, uwielbiałem muzykę, z największą dla siebie rozkoszą, od 1806 do 1810 w Niemczech, od 1814 do 1821 weWłoszech. We Włoszech mogłem rozprawiać o muzyce ze starymMayrem, z młodym Pacinim, z kompozytorami. Wykonawcy,margrabia Carafa, Visconti z Mediolanu, uważali, przeciwnie, żeja nie mam zdrowych klepek. To tak, jakbym dziś mówiło polityce z podprefektem.

Jednym ze zdumień hrabiego Daru, prawdziwego literata odstóp do głów, godnego idiotyzmu Akademii Napisów z 1828, byłoto, że ja mogę napisać stronicę, która sprawi komukolwiekprzyjemność. Jednego dnia kupił od Delaunaya, który mi toopowiadał, małe dziełko mego pióra, które z przyczyny wyczerpania edycji sprzedawano po 40 franków. Zdumienie jego byłotakie, że można było umrzeć ze śmiechu, powiadał księgarz.

— Jak to, czterdzieści franków!

— Tak, panie hrabio, i to przez protekcję, i zrobi pan wielkąprzyjemność księgarzowi, nie biorąc książki po tej cenie.

— Czy to możliwe! — powiadał Akademik, podnosząc oczy donieba. — Ten smarkacz! Ciemny jak tabaka w rogu!

Był najzupełniej szczery. Ludzie z antypodów, patrząc naksiężyc wówczas, kiedy jest dla nas tylko małym rogalikiem,powiadają sobie: „Co za cudowne światło, to prawie pełnia!”.Hrabia Daru, członek Akademii Francuskiej, członek czynnyAkademii Nauk etc., etc., i ja patrzyliśmy na serce człowieka, naprzyrodę etc. z przeciwnych stron.

Jednym ze zdumień Micheroux, którego ładny pokoik sąsiadował z moim na drugim piętrze hotelu des Lillois, było to, że mogliistnieć ludzie, którzy słuchali mnie, kiedy mówiłem o muzyce.Nie mógł ochłonąć ze zdumienia, kiedy się dowiedział, że to janapisałem książkę o Haydnie. Chwalił dosyć tę książkę, zbytmetafizyczną, powiadał; ale to, że ja mogłem ją napisać, że jabyłem jej autorem, ja, niezdolny wziąć zmniejszonej septymy nafortepianie, na to otwierał szeroko oczy. A były te oczy bardzoładne, kiedy w nich było przypadkiem nieco wyrazu.

Owo zdumienie, które opisałem może zbyt obszernie, znajdowałem w większym lub mniejszym stopniu u wszystkich, z którymi rozmawiałem aż do epoki (1827), w której zacząłem byćdowcipny.

Jestem jak uczciwa kobieta, która została ulicznicą: muszępokonywać co chwila ów wstyd uczciwego człowieka, który mawstręt do mówienia o sobie. Mimo to ta książka wypełniona jestnie czym innym. Nie przewidywałem tej okoliczności, możesprawi ona, że wszystkiego trzeba mi będzie poniechać. Nieprzewidywałem innej trudności prócz odwagi powiedzenia prawdy o wszystkim. To najmniejsza rzecz.

Brak mi trochę szczegółów co do tych odległych epok. Stanę sięmniej suchy i mniej gadatliwy, w miarę jak się zbliżę do lat1826--1830. Wówczas nieszczęście moje narzuciło mi rolę człowieka dowcipnego. Przypominam sobie wszystko, jakby się to działowczoraj.

Na skutek nieszczęśliwej dyspozycji fizycznej, która sprawiła,że uchodziłem za kłamcę, za dziwaka, a zwłaszcza za złegoFrancuza, bardzo trudno mi znaleźć przyjemność w muzyceśpiewanej w teatrze francuskim.

Moją wielką pasją, jak wszystkich moich przyjaciół w 1821,była jednak Opera Buffa.

Pasta grała tam w Tankredzie, Otellu, Romeo i Julii w sposób,któremu nie tylko nikt nigdy nie dorównał, ale także którego z pewnością nie przewidywali autorowie tych oper.

Talma, którego potomność wyniesie może tak wysoko, miałduszę tragiczną, ale był taki głupi, że wpadał w najpocieszniejszeafektacje. Podejrzewam, że poza zupełnym brakiem inteligencjimiał jeszcze ową służalczość niezbędną dla zdobycia sukcesui którą z taką przykrością odnalazłem nawet u wspaniałegoi uroczego Bérangera.

Talma był tedy prawdopodobnie służalczy, uniżony, pełzający,nadskakujący etc., a może i coś więcej jeszcze, wobec pani deStaël, która głupio zajęta wciąż swoją brzydotą (jeżeli można użyćsłowa „głupio”, mówiąc o tej wspaniałej kobiecie), potrzebowała,aby się upewnić, namacalnych i wciąż ponawianych argumentów.

Pani de Staël, która cudownie posiadała — jak jeden z jejkochanków, książę de Talleyrand — sztukę powodzeniaw Paryżu, zrozumiała, że może tylko zyskać, dając swoją pieczęćsukcesowi Talmy, który zaczynał stawać się powszechny i tracićprzez swą trwałość mniej szacowny charakter mody.

Sukces Talmy zaczął się śmiałością: miał odwagę nowości,jedyną odwagę, jaka jest we Francji zdumiewająca. Był nowyw Brutusie Woltera, a wkrótce potem w tej mizernej amplifikacji,Karolu IX pana de Chénier.

Stary i bardzo lichy aktor, którego znałem, nudny i rojalistyczny Naudet, był tak urażony nowatorskim geniuszem młodegoTalmy, że go wyzwał kilkakrotnie na pojedynek. Nie wiemdoprawdy, skąd Talma wziął myśl i odwagę nowości — o ile goznałem, nie wyglądał na to.

Mimo jego sztucznie grubego głosu i prawie równie uprzykrzonej afektacji gestów Francuz, który był zdolny wzruszyć się pięknymi tragicznymi uczuciami trzecigo aktu Hamleta Ducisaalbo pięknymi scenami ostatnich aktów Andromaki, nie miałinnego sposobu, jak tylko zobaczyć Talmę.

Miał duszę tragiczną, i to w zdumiewającym stopniu. Gdybyz nią łączył prostotę oraz odwagę zasięgania rady, byłby mógł zajśćbardzo daleko. Być równie wspaniałym jak Monvel w roli Augusta (Cynna). Mówię tu o rzeczach, które widziałem, i dobrzewidziałem, przynajmniej bardzo szczegółowo, ile że byłem namiętnym miłośnikiem Komedii Francuskiej.

Szczęściem dla Talmy, zanim pewien pisarz, człowiek inteligentny i często mówiący do publiczności (ksiądz Geoffroy), zabrał się do niszczenia jego reputacji, było polityką pani de Staëlwynosić go pod niebiosa. Ta wymowna kobieta podjęła sięnauczyć głupców, w jaki sposób należy mówić o Talmie. Możnasobie wyobrazić, że nie zbrakło jej przy tym emfazy. Imię Talmystało się europejskie.

Jego nieznośna afektacja stała się coraz bardziej niedostrzegalna dla Francuzów, baraniego plemienia. Nie jestem baranem, cosprawia, że jestem niczym.

Melancholia nieuchwytna i mająca coś z tchnienia fatum, jaku Edypa, nie znajdzie nigdy aktora równego Talmie. JakoManliusz był bardzo rzymski: „Bierz, czytaj” i „Czy znasz rękęRutyliusza?” były boskie. A dlatego, że nie było sposobu wpaśćtutaj w okropny śpiew aleksandrynu. Jakiej śmiałości było mitrzeba, aby myśleć to w r. 1805? Drżę prawie, pisząc takiebluźnierstwa dziś (1832), kiedy oba bożyszcza upadły. A przecieżw 1805 przepowiadałem rok 1832 i sukces zdumiewa mniei oszałamia.

Czy to samo zdarzy mi się z ty...?

Ciągły zaśpiew, spęczniały głos, drżenie rąk, sztuczny chód niedozwalały mi ani pięciu minut z rzędu czystej przyjemności, gdyoglądałem Talmę. Co chwila trzeba było wybierać, brzydkiezajęcie dla wyobraźni, a raczej głowa zabija wówczas wyobraźnię.Doskonałe były w Talmie tylko głowa i jego zamglonespojrzenie. Powrócę do tego z okazji Madonn Rafaelai panny Wirginii de La Fayette (Adolfowej Périer), która miała tępiękność w najwyższym stopniu i z której jej zacna babka, hrabinade Tracy, była bardzo dumna.

Tragizm, który mnie odpowiadał, znalazłem w Keanie i uwielbiłem go. Wypełnił moje oczy i moje serce. Widzę go jeszczeprzed sobą, Ryszarda III i Otella.

Ale tragizm w kobiecie, gdzie jest najbardziej dla mnie wzruszający, znalazłem tylko u Pasty i tam był czysty, doskonały, bezdomieszki. W domu była milcząca i niewzruszona. Wieczoremprzez dwie godziny była... Wróciwszy leżała dwie godziny nakanapie płacząc, z atakami nerwów.

Prawda, że ten talent tragiczny złączony był z talentem śpiewaczym, ucho tedy dopełniało wzruszenia rozpoczętego przez oczyi Pasta zostawała długo, dwie albo trzy sekundy, w tej samejpozycji. Czy to było ułatwienie, czy jedna więcej trudność dopokonania? Często zastanawiałem się nad tym. Skłonny jestem mniemać, że przymus trwania długo w jednej pozycji ani nie ułatwia, ani nie utrudnia. Zostaje trudność baczenia na to, abydobrze śpiewać!

Kawaler Micheroux, Lussinge, di Fiori, Sutton Sharpe, kilkuinnych i ja, złączeni podziwem dla gran donna, mieliśmy wiecznytemat do dyskusji w sposobie, w jaki grała w Romeo i Juliiostatniego wieczoru, w głupstwach, jakie mówili z tej okazjibiedni literaci francuscy, zmuszeni mieć zdanie o rzeczy takprzeciwnej naturze Francuza jak muzyka.

Ksiądz Geoffroy, bezwarunkowo najinteligentniejszy i najbardziej wykształcony z dziennikarzy, nazywał bez ceremonii Mozarta,,wrzaskułą”; szczery: istnieli dlań tylko Grétry i Monsigny,których się nauczył.

Łaskawy czytelniku, zechciej, proszę, pojąć sens tego słowa.Zamyka się w nim historia muzyki francuskiej.

Można z tego osądzić osielstwa, jakie mówiła w 1822 cała zgrajaliteratów, dziennikarzy o tyle niższych od księdza Geoffroy.Zebrano felietony tego dowcipnego bakałarza, i okazało się, że tojest coś bardzo płaskiego. Były boskie, kiedy je podawano od rękidwa razy na tydzień, tysiąc razy więcej warte od ciężkich artykułów jakiegoś Hoffmanna albo jakiegoś pana Féletz, które, zebrane, lepiej może wyglądają niż rozkoszne felietony Geoffroy. W ichepoce jadałem na śniadanie u Hardy'ego, wówczas będącego wmodzie, cudowne nereczki z rożna. I wierzcie mi, w dni, w którenie było felietonu księdza Geoffroy, nereczki nie smakowały mi.

Pisał je, słuchając lektury zadań łacińskich swoich uczniów napensji ***, gdzie był nauczycielem. Jednego dnia, kiedy zaprowadził uczniów do kawiarni koło Bastylii, aby się napić piwa,chłopcy, ku niesłychanej swej uciesze, znaleźli dziennik stanowiący dowód, czym zabawia się ich nauczyciel, którego częstowidzieli, jak pisał, przykładając papier do nosa — taki miał krótkiwzrok.

Krótkiemu wzrokowi również Talma zawdzięczał owo zamglone spojrzenie zdradzające tyle duszy (znak jakby skupieniawewnętrznego, skoro nic interesującego nie ściąga uwagi z zewnątrz).

Widzę pewną okoliczność pomniejszającą talent Pasty. Niesprawiało jej trudności grać naturalnie wielką duszę — była taka.

Była na przykład skąpa lub, jeśli kto woli, oszczędna z rozsądku, mając męża rozrzutnego. I w jeden miesiąc zdarzało się jejrozdać 200 franków biednym włoskim wygnańcom. A byli między nimi bardzo nieapetyczni, tacy, że mogli zbrzydzić dobroczynność, na przykład pan Giannone, poeta z Modeny, niech muniebo odpuści. Co on miał za oko!

Pan di Fiori, ten wykapany Jupiter Mansuetus, skazany naśmierć w dwudziestym trzecim roku życia w Neapolu w 1799,podejmował się rozdzielać sprawiedliwie zapomogi Pasty. Onwiedział o nich i opowiedział mi to znacznie później w zaufaniu.Królowa francuska dała zaprotokołować w dzisiejszej gazecie 70franków posłane jakiejś staruszce (czerwiec 1832)!

Rozdział VIII

Poza bezwstydem mówienia ustawicznie o sobie praca ta nastręczainny powód zniechęcenia: ileż rzeczy śmiałych, które ja mówię,drżąc, będzie płaskim komunałem w dziesięć lat po mojej śmierci,o ile niebo pozwoli mi uczciwie dożyć jakichś osiemdziesięciu albodziewięćdziesięciu lat!

Z drugiej strony, miło jest mówić o generale Foy, o pani Pasta,o lordzie Byronie, o Napoleonie i o wszystkich wielkich lub conajmniej niepospolitych ludziach, których miałem szczęście znaći którzy raczyli rozmawiać ze mną!

Zresztą, jeżeli czytelnik jest zawistny jak moi współcześni,niech się pocieszy: niewielu tych wielkich ludzi, których takkochałem, odgadło mnie. Sądzę nawet, że uważali mnie zawiększego nudziarza od innych, może widzieli we mnie jedyniesentymentalną egzaltację.

To jest w istocie najgorszy rodzaj. Dopiero od czasu, jak stałemsię się dowcipny, zaczęto mnie oceniać, często ponad zasługę.Generał Foy, pani Pasta, pan de Tracy, Canova nie odgadli wemnie (prześladuje mnie to głupie słowo „odgadli”) duszy pełnejrzadkiej dobroci — mam jej guz (system Galla) — inteligencjipłomiennej i zdolnej ich zrozumieć.

Jednym z ludzi, którzy mnie nie zrozumieli, a może razemwziąwszy, tym, którego najbardziej kochałem (urzeczywistniałmój ideał, jak to powiedział nie wiem jaki emfatyczny głupiec), to Andrea Corner z Wenecji, eksadiutant księcia Eugeniusza w Mediolanie.

Byłem w 1811 serdecznym przyjacielem hrabiego Widmanna,kapitana gwardii w Wenecji (byłem kochankiem jego kochanki).Spotkałem tego miłego Widmanna w Moskwie, gdzie mniepoprosił — tylko tyle! — abym go zrobił senatorem królestwawłoskiego. Uważano mnie wówczas za faworyta hrabiego Daru,mego kuzyna, który mnie nigdy nie lubił, wręcz przeciwnie.W 1811 Widmann zapoznał mnie z Cornerem, który mnie uderzyłjak piękna twarz z obrazu Veronesa.

Hrabia Corner przejadł, powiadają, pięć milionów. Ma postępki rzadkiej szlachetności, najbardziej sprzeczne z charakteremfrancuskiego światowca. Co się tyczy odwagi, miał dwa krzyżez ręki Napoleona (Krzyż Żelazny i Legię Honorową).

To on powiadał tak naiwnie o czwartej po południu w dzieńbitwy pod Moskwą (7 września 1812): „Ależ ta diabelska bitwanigdy się nie skończy!”. Widmann czy Migliorini powtórzyli mi tonazajutrz.

Żaden z Francuzów tak dzielnych, ale tak wymuszonych,których znałem wówczas w armii, na przykład generał Caulaincourt, generał Montbrun etc., nie ośmieliłby się powiedziećczegoś podobnego, nawet książę de Frioul (Michel Duroc).Duroc posiadał rzadką naturalność charakteru, ale co do tegoprzymiotu, jak co do wesołości i dowcipu, daleki był od AndreiCornera.

Ten kochany człowiek był wówczas w Paryżu, bez grosza,zaczynał łysieć. Wszystkiego mu brakło w trzydziestym ósmymroku, w wieku, w którym, kiedy się jest przeżytym, nuda zaczynaciążyć. Toteż — jedyna wada, jaką w nim zauważyłem — czasamiwieczór przechadzał się sam trochę pijany po ogrodzie, wówczasciemnym, Palais-Royal. To koniec wszystkich znakomitych nieszczęśliwych: zdetronizowani książęta, pan Pitt patrzący na sukces Napoleona i dowiadujący się o bitwie pod Austerlitz.

Lussinge, człowiek najbardziej przezorny, jakiego znałem,chcąc sobie zapewnić towarzysza przechadzki na rano, bardzoniechętnie zapoznawał mnie ze swymi znajomymi.

Zaprowadził mnie wszakże do pana Maisonnette'a, jednegoz najosobliwszych ludzi, jakich znałem w Paryżu. Jest czarny,chudy, bardzo mały, jak Hiszpan; z Hiszpana ma też żywe oko,drażliwość i odwagę.

To, że może napisać w ciągu jednego wieczoru trzydzieścigładkich i gadatliwych stronic, aby stworzyć tezę polityczną zesłówka, jakie minister prześle mu o szóstej wieczór przed pójściem na obiad — to przymiot, który Maisonnette dzieli z pp. Vitet,Leonem Pillet, Saint-Marc Girardin i innymi pisarzami Skarbu.Ciekawe, niewiarygodne jest to, że Maisonnette wierzy w to, copisze. Był kolejno zakochany — ale zakochany tak, że mógłpoświęcić dlań życie — w panu Decazes, potem w panu de Villèle,w końcu, zdaje się, w panu de Martignac. Przynajmniej ten byłsympatyczny.

Nieraz próbowałem przeniknąć Maisonnette'a. Zdawało misię, że widzę w nim zupełny brak logiki, a niekiedy kapitulacjęsumienia, wstrząs małego wyrzutu, który miał ochotę się urodzić.Wszystko to oparte na wielkim pewniku: trzeba żyć.

Maisonnette nie ma żadnego pojęcia o obowiązkach obywatela.Patrzy na to tak, jak ja patrzę na stosunki człowieka z aniołami,w które tak święcie wierzy pan F. Ancillon, obecny ministerspraw zagranicznych w Berlinie (znany mi dobrze z lat 1806i 1807). Maisonnette boi się obowiązków obywatela, jak Dominik obowiązków religii. Jeżeli czasami, pisząc tak często słowo,,honor” i „lojalność”, doznaje maleńkiego wyrzutu, załatwia sięz nim w duszy swoim rycerskim oddaniem przyjaciołom. Gdybym chciał, mógłbym — zaniedbawszy go z nudy zupełnie przezpół roku — kazać mu wstać o piątej rano, aby coś dla mnie załatwił.Byłby poszedł na biegun, aby wyzwać na pojedynek człowieka,który by wątpił o jego honorze społecznym.

Nie gubiąc się nigdy w utopiach o dobru publicznym, o mądrejkonstytucji, cudowny był jako informator o poszczególnychfaktach. Jednego wieczora Lussinge, Gazul i ja mówiliśmyo panu de Jouy, wówczas modnym autorze, następcy Woltera: wstaje i znajduje w swoim obszernym zbiorze własnoręcznylist, którym pan de Jouy prosi Burbonów o Krzyż św. Ludwika.

Nie trwało ani dwóch minut znalezienie tego dokumentu,który kłócił się tak zabawnie z nieprzejednaną cnotą liberała Jouy.

Maisonnette nie miał owego nikczemnego i przewrotnego łajdactwa, owego doskonałego jezuityzmu redaktorów „Journaldes Débats”. Toteż w „Debatach” zgorszyli się mocno z powodu15 000 czy 20 000 franków, które pan de Villèle, człowiek takpozytywny, dał Maisonnette'owi.

Ludzie z ulicy des Prêtres uważali go za głupca, ale jego płacanie dawała im spać, jak laury Milcjadesa.

Kiedyśmy podziwiali list generał-adiutanta Jouy, Maisonnetterzekł:

— Szczególna rzecz, że dwaj obecni koryfeusze literatury i liberalizmu nazywają się obaj Étienne.

Pan de Jouy urodził się w Jouy jako syn mieszczanina nazwiskiem Étienne. Obdarzony owym francuskim tupetem, któregobiedni Niemcy nie są zdolni pojąć, w czternastym roku małyÉtienne opuścił Jouy, koło Wersalu, aby się udać do Indii. Tamkazał się nazywać: Étienne de Jouy, É. de Jouy, w końcu poprostu: de Jouy. Został naprawdę kapitanem, potem gubernatorzrobił go, zdaje mi się, pułkownikiem. Mimo że odważny, służyłmało albo wcale. Był bardzo urodziwym mężczyzną.

Jednego dnia w Indiach on i paru przyjaciół weszli do świątyni,aby się schronić przed straszliwym gorącem. Zastali tam kapłankę, rodzaj westalki. Pan de Jouy wpadł na koncept, aby jej kazaćsprzeniewierzyć się Bramie na ołtarzu jej boga.

Hindusi spostrzegli to, przybiegli zbrojni, ucięli ręce, a potemi głowę westalce, przepiłowali na dwoje oficera, kolegę autoraSulli, który po śmierci przyjaciela zdołał wskoczyć na koń i jeszcze galopuje.

Zanim pan de Jouy skierował swój geniusz intryg na literaturę,był generalnym sekretarzem prefektury w Brukseli około 1810.Tam, o ile mi się zdaje, był kochankiem prefekciny i totumfackimpana de Pontécoulant, prefekta, człowieka naprawdę utalentowanego. We dwójkę z panem de Jouy wytępili żebraninę. To jest nielada rzecz wszędzie, bardziej niż gdzie indziej w Belgii, krajuwybitnie katolickim.

Po upadku wielkiego człowieka pan de Jouy poprosił o Krzyżśw. Ludwika. Skoro głupcy siedzący na tronie odmówili mu,wziął ich na swoje pióro i narobił im więcej złego niż wszyscyliteraci z „Debat”, tak tłusto opłacani, zrobili im dobrego.Patrz w 1820 wściekłość „Debat” na „Minerwę”.

Pan de Jouy, przez swego Pustelnika z Chaussée d'Antin,książkę tak dobrze dostrojoną do umysłowości francuskiegomieszczucha i do głupiej ciekawości Niemca, wierzył, przezpięć czy sześć lat, że jest następcą Woltera, którego z tej przyczyny miał biust w swoim ogrodzie.

Od 1829 pisarze romantyczni, którzy nie mają nawet tyle talentu, co pan de Jouy, okrzyczeli go jako współczesnego Cotina(Boileau). Starość jego stała się nieszczęśliwą (amaregiata) przezniepomierną sławę jego wieku męskiego.

Dzielił dyktaturę literacką — kiedy przybyłem w 1821 — z innymgłupcem o wiele pospolitszym, panem A. V. Arnault z Instytutu,kochankiem pani Brac. Często widywałem go u pani Cuvier,siostry jego kochanki. Miał dowcip pijanego stróża. Stworzyłmimo to te ładne wiersze:

Où vas-tu, feuille de chêne?Je vais où le vent me mène.

Napisał je w wilię swego wyjazdu na wygnanie. Osobistenieszczęście dało jakieś życie tej duszy z drewna. Znałem gobardzo nikczemnym, bardzo płaszczącym się około 1811, u hrabiego Daru, którego przyjmował w Akademii Francuskiej. Pan deJouy, o wiele milszy, sprzedał resztki swej męskiej urody paniDavillier, najstarszej i najnudniejszej kokietce swojej epoki. Była— albo jest jeszcze — o wiele śmieszniejsza niż hrabina Baraguey-d'Hilliers, która w pięćdziesiątej siódmej wiośnie rekrutowałajeszcze kochanków wśród ludzi z talentem. Nie wiem, czy toz tego tytułu musiałem umykać przed nią u pani Dubignon.Wzięła tego gamonia de Masson (referendarza), kiedy zaś jednaz moich przyjaciółek mówiła jej: „Jak to! Taki brzydal!”, odpowiedziała: „Wzięłam go dla jego inteligencji”.

Najlepsze, że ten smutny sekretarz pana Beugnot miał tyleżinteligencji, co urody. Nie można mu odmówić zręczności, sztukiawansowania przez cierpliwość i znoszenie awanii, również pewnych wiadomości, nie w zakresie finansów, ale w sztuce notowania operacji finansowych państwa. Głupcy mylą te dwie rzeczy.Pani d'Hilliers, podczas gdy patrzyłem na jej ramiona (byłyjeszcze wspaniałe), powiedziała mi:

— Nauczę pana, jak pan może zrobić karierę przez swojetalenty. Sam jeden skręci pan kark.

Nie byłem dość inteligentny, aby ją zrozumieć. Przyglądałemsię często tej starej hrabinie z powodu cudownych sukien odWiktoryny, jakie nosiła. Nad wyraz cenię piękną suknię, to dla mnie rozkosz. Niegdyś pani N. C. D. zaszczepiła mi ten gust,związany z rozkosznymi wspomnieniami z Cideville.

Zdaje mi się, że to pani Baraguey-d'Hilliers pouczyła mnie, żeautor czarującej piosenki, którą uwielbiałem i którą miałemw kieszeni, układał wierszyki na urodziny tych dwóch starychmałp: pp. de Jouy i Arnault, i okropnej pani Davillier. Oto czegonigdy nie popełniłem, ale też nie napisałem Króla Yvetot, Senatora, Babuni.

Pan de Béranger, rad, że pochlebiając tym szympansom, zyskałtytuł (zresztą tak zasłużony) wielkiego poety, nie raczył schlebiać rządowi Ludwika Filipa, któremu tylu liberałów się sprzedało.

Rozdział IX

Ale trzeba wrócić do ogródka przy ulicy Caumartin. Tam cowieczora w lecie czekały nas butelki zimnego piwa, którego namnalewała duża i piękna kobieta, pani Romance, separowana żonajakiegoś drukarza hultaja, a kochanka Maisonnette'a, który jąkupił od rzeczonego męża za 2000 czy 3000 franków.

Tam zachodziliśmy często, Lussinge i ja. Wieczorem spotykaliśmy na bulwarze pana Darbelles, człowieka sześciu stóp wzrostu, naszego przyjaciela z dzieciństwa, ale bardzo nudnego. Mówił nam o Court de Gébelin i chciał wybić się przez wiedzę. Powiodłomu się lepiej na inny sposób, bo dziś jest ministrem. Szedł zwykledo matki na ulicę Caumartin; aby się odczepić od niego, wstępowaliśmy do Maisonnette'a.

Zaczynałem owego lata odradzać się nieco dla świata. Dochodziłem do tego, aby nie myśleć o Mediolanie przez pięć albo sześćgodzin z rzędu, jedynie obudzenie było jeszcze gorzkie dla mnie.Czasami zostawałem w łóżku do południa, snując czarne myśli.

Słuchałem tedy z ust Maisonnette'a opisu sposobu, w jakiwładza, jedyna rzecz realna, rozmieszczona była w Paryżuowego roku 1821. Przybywając do jakiegoś miasta, pytam zawsze:1° o dwanaście najładniejszych kobiet; 2° o dwunastu najbogatszych mężczyzn; 3° kto jest człowiekiem, który mnie może kazaćpowiesić.

Maisonnette odpowiadał wcale dobrze na moje pytania. Ze zdumieniem ujrzałem, że on był szczery w swojej miłości dlasłowa „król”.

— Co za słowo dla Francuza! — mówił do mnie z entuzjazmem,wznosząc małe i czarne oczki jak błędne do nieba. — Co za słowo:król!

Maisonnette był profesorem retoryki w 1811 r.; dał z własnejwoli „wolne” swoim uczniom w dniu urodzin króla rzymskiego.W 1815 r. napisał panegiryk na rzecz Burbonów. Pan Decazesprzeczytał pamflet, wezwał go i zrobił go pisarzem politycznymz pensją 6000 franków. Dziś Maisonnette jest bardzo wygodny dlaprezydenta ministrów, wie doskonale i pewnie, jak słownik,wszystkie fakciki, wszystkie podszewki intryg politycznych w Paryżu od 1815 do 1832 r.

Nie znałem tej zalety, o którą trzeba pytać, aby ją poznać.Widziałem tylko ten niewiarygodny sposób rozumowania.

Powiadałem sobie: „Z kogo on sobie kpi? Czy ze mnie? Alew jakim celu? Czy z Lussinge'a? Czy z tego biednego młodegoczłowieka w szarym surducie, tak brzydkiego ze swoim zadartymnosem?”. Ten młody człowiek miał coś bezczelnego i nadzwyczajniemiłego. Jego małe i bezbarwne oczy miały wyraz zawsze tensam, i to wyraz zły.

Takie zrobił na mnie pierwsze wrażenie najlepszy z moichobecnych przyjaciół. Nie jestem zbyt pewny jego serca, ale jestempewny jego talentów: to hrabia Gazul, dziś tak znany, od któregolist, otrzymany w zeszłym tygodniu, uszczęśliwił mnie na dwadni. Musiał mieć osiemnaście lat — urodzony, zdaje mi się,w 1804. Byłbym skłonny wierzyć z Buffonem, że dziedziczymywiele po matce, niezależnie od żarcików o niepewności ojcostwa,która to niepewność bardzo jest rzadka przy pierwszym dziecku.

Potwierdzenie tej teorii widzę w hrabim Gazul. Matka jego mawiele francuskiego dowcipu i wybitny rozum. Tak samo jak jejsyn, wydaje mi się zdolna do rozczulenia raz na rok. Mamwrażenie czegoś suchego w większości pism pana Gazul. Aleja uprzedzam wypadki.

W epoce ogródka przy ulicy Caumartin Gazul był uczniemretoryki najokropniejszego nauczyciela. Słowo „okropny” bardzo jest zdumione tym, że je sparzono z nazwiskiem Maisonnette'a, najlepszego z ludzi. Ale taki był jego gust w sztuce: fałszywe,błyszczące, komedianckie przede wszystkim.

Był uczniem pana Luce de Lancival. Tego poznałem w mojejwczesnej młodości u pana de Maisonneuve, który nie drukowałswoich tragedii, mimo że miały powodzenie. Ten zacny człowiekoddał mi wielką przysługę, mówiąc mi, że będę niezwykłymumysłem.

— Chce pan powiedzieć „niezwykłą pychą” — rzekł, śmiejąc sięMarcjal Daru, który mnie uważał prawie za idiotę. Ale przebaczyłem mu wszystko: brał mnie ze sobą do Klotyldy, wówczaspierwszej tancerki w Operze. Czasami — co za dzień dla mnie! —byłem w jej garderobie, przy nas ubierała się i rozbierała. Co zachwila dla dziecka prowincji!

Luce de Lancival miał drewnianą nogę i sporo wdzięku, pozatym byłby wsadził kalambur do tragedii. Wyobrażam sobie, żeDorat musiał mieć takie pojęcie o sztuce. To pasterz Bouchera — określenie wydaje mi się trafne. Może w 1860 r. będą jeszczeobrazy Bouchera w muzeum.

Maisonnette był uczeniem Luce'a, a Gazul jest uczniem Maisonnette'a. Tak Annibale Carracci jest uczniem FlamandaCalvart.

Poza swoją miłością, równie zadziwiającą, jak szczerą, dopanującego ministra i poza swą odwagą Maisonnette miał innyprzymiot, który mi się podobał: dostawał 22 000 franków odministra, aby dowieść Francuzom, że Burboni są godni uwielbienia; przejadał 30 000 franków.

Nagryzmoliwszy się czasami dwanaście godzin z rzędu, abyprzekonać Francuzów, Maisonnette szedł do uczciwej kobietyz ludu, której ofiarowywał 500 franków. Był brzydki, mały, alemiał ogień tak hiszpański w żyłach, że po trzech wizytach damulkizapominały jego szczególną fizjonomię, aby widzieć już tylkowdzięk pięćsetfrankowego banknotu.

Muszę tu coś dodać dla kobiety uczciwej i cnotliwej, jeżelikiedy jej oko zatrzyma się na tych kartach. Przede wszystkim, 500franków w r. 1822 — to tyle, co 1000 franków w r. 1872. Po wtóre,pewna urocza kupczyni przyznała mi się, że przed 500 frankamiMaisonnette'a nie miała w ręce nawet dubeltowego napoleona.

Ludzie bogaci są bardzo niesprawiedliwi i bardzo komiczni,kiedy się bawią we wzgardliwych sędziów wszystkich grzechówi zbrodni popełnionych dla pieniędzy. Spójrzcie na ohydne nikczemności i na dziesięć lat zabiegów, jakie sami czynią u dworu, aby zdobyć tekę ministra. Spójrzcie na życie księcia Decazesod jego upadku w 1820 r., po zamachu Louvela, do dziś.

Jestem tedy w roku 1822, spędzam trzy wieczory w tygodniuw Opera Buffa i jeden czy dwa u Maisonnette'a, przy ulicyCaumartin. Kiedy miałem zmartwienie, wieczór był zawszetrudnym momentem mego życia. W dni opery od północy dodrugiej w nocy byłem u pani Pasta z Lussinge'em, Micheroux,Fiorim etc.

Omal nie miałem pojedynku z człowiekiem bardzo wesołymi bardzo odważnym, który chciał, abym go przedstawił paniPasta. To ów miły Edward Edwards, ten Anglik, jedyny ze swegoplemienia, który miał zwyczaj oddawać się wesołości, mój towarzysz podróży do Anglii, który w Londynie chciał się bić za mnie.

Pamiętacie, że mnie ostrzegł o brzydkim błędzie: że nie dośćzwróciłem uwagę na obrażający przytyk jakiegoś chama, kapitanastatku w Calais.

Wymówiłem się od przedstawienia go. Było późno, a jużwówczas ten dobry Edward o dziewiątej wieczór był innymczłowiekiem niż rano.

— Czy pan wie, drogi panie B. — rzekł — że miałbym wszelkieprawo się obrazić?

— Czy pan wie, drogi panie Edwards, że ja mam honoru niemniej od pana i że pańskie wynurzenia są mi obojętne etc.?Zaszło to bardzo daleko. Ja strzelam wybornie, walę dziewięć lalek na dwanaście. (Prosper Mérimée widział to w strzelnicyluksemburskiej). Edwards też strzelał dobrze, może nie takdobrze.

W końcu ta sprzeczka umocniła naszą przyjaźń. Przypominamto sobie, bo z roztrzepaniem iście godnym mnie poprosiłem go nadrugi czy najdalej na trzeci dzień, aby mnie przedstawił słynnemudoktorowi Edwardsowi, jego bratu, o którym mówiono dużo w 1822.Zabijał tysiąc żab miesięcznie i miał, jak mówiono, odkryć, w jakisposób oddychamy, oraz lekarstwo na choroby piersiowe u pięknych kobiet. Wiecie, że zimno przy wyjściu z balu zabija corocznie w Paryżu tysiąc sto młodych kobiet. Widziałem urzędowącyfrę.

Otóż uczony, mądry, stateczny, spokojny, pracowity doktorEdwards miał bardzo liche pojęcie o przyjaciołach swego brataEdwarda. Przede wszystkim doktor miał szesnastu braci, a mój przyjaciel był największe ladaco ze wszystkich. Właśnie dla jegozbyt wesołego tonu i dla jego pasji do najlichszego konceptu, doktórego okazji nie przepuścił nigdy, nie chciałem go wprowadzićdo pani Pasta. Miał wielką głowę, ładne, nieprzytomne oczyi najładniejsze włosy blond, jakie widziałem. Gdyby nie tadiabelska mania rywalizowania na dowcip z Francuzami, byłbybardzo miły i mógłby mieć najpiękniejsze sukcesy u kobiet, jak toopowiem, mówiąc o Bugeny; ale ona jest jeszcze tak młoda, że niewypada mówić o niej w tej paplaninie, która może być ogłoszonaw dziesięć lat po mojej śmierci. Jeżeli oznaczę dwadzieścia lat,wszystkie odcienie życia zmienią się, czytelnik będziejuż widział jedynie wielkie linie. A gdzież u licha są wielkie linie w tej zabawce mego pióra? To rzecz do zbadania.

Sądzę, że aby się zemścić szlachetnie — bo on miał duszęszlachetną, kiedy nie była zamroczona pięćdziesięcioma kieliszkami wódki — Edwards dołożył wiele starań, aby uzyskać pozwolenieprzedstawienia mnie bratu.

Ujrzałem mały, arcymieszczański salonik, kobietę wielkichcnót, która mówiła o moralności i którą wziąłem za quakeress,wreszcie doktora, człowieka niezwykłej wartości, ukrytej w mizernym ciałku, z którego zdawało się, że dusza ucieka. Ledwobyło coś widać w tym salonie (ulica du Helder, nr 12). Przyjętomnie chłodno.

Cóż za diabelska myśl ta wizyta! To był nieobliczalny kaprys,szaleństwo. W gruncie, jeżeli czego pragnąłem, to poznać ludzi.Co miesiąc może odnajdywałem tę myśl, ale trzeba było, abyupodobania, namiętności, przelotne szaleństwa, które wypełniałymoje życie, nie mąciły powierzchni wody, aby ten obraz mógł sięzjawić. Powiadałem sobie wówczas, że ja nie jestem taki jakpan ***, różne dudki, moi znajomi. Nie wybieram swoich przyjaciół.

Biorę na los szczęścia to, co trafpomieści na mej drodze.

Ten frazes był przedmiotem mojej dumy przez dziesięć lat.

Trzeba mi było trzech lat starań, aby przezwyciężyć odrazęi strach, jakie budziłem w salonie pani Edwards. Brano mnie zadonżuana (patrz Mozart i Molier), za potwora uwodzicielstwai piekielnego dowcipu. Z pewnością nie więcej byłoby mnie kosztowało zdobyć sobie prawo obywatelstwa w salonie pani deTalaru albo pani de Duras, albo pani de Broglie, która przyjmowała bez trudności nieszlachtę, albo pani Guizot, którą lubiłem(mówię o pannie Paulinie de Meulan), albo nawet w salonie paniRécamier.

Ale w 1822 nie rozumiałem całej wagi odpowiedzi na to pytanietyczące autora książki, którą się czyta: co to za człowiek?

Ocaliła mnie od wzgardy ta odpowiedź: bywa często u pani deTracy. Społeczeństwo z roku 1829 musi gardzić człowiekiem,któremu, słusznie czy niesłusznie, przyznaje jakiś talent. Boi się,nie jest już bezstronnym sędzią. Co by to było, gdyby odpowiedźbrzmiała: bywa często u pani de Duras (z domu de Kersaint).

I cóż, nawet dziś, kiedy znam wagę tych odpowiedzi — właśniedlatego — unikałbym modnych salonów. (Uciekłem z salonu ladyHolye... w 1832).

Byłem wierny salonowi doktora Edwardsa, który nie był miły,tak jak się jest wiernym brzydkiej kochance, dlatego że mogłemgo poniechać każdej środy (to był dzień pani Edwards).

Poddałbym się wszystkiemu dla kaprysu chwili. Gdyby mipowiedziano w wilię: „Jutro trzeba będzie przebyć taki a takimoment nudy”, wyobraźnia moja robi z tego monstrum i raczejrzuciłbym się przez okno, niżbym się dał zaprowadzić do nudnegosalonu.

U pani Edwards poznałem pana Stritch. Jest to Anglik obojętny i smutny, nieskazitelnie uczciwy, ofiara arystokracji, bo byłIrlandczykiem i adwokatem, a mimo to bronił — niby sprawyswego honoru — przesądów zasianych i uprawianych w głowachangielskich przez arystokrację.

Odnalazłem tę szczególną niedorzeczność, złączoną z największą uczciwością, najdoskonalszą delikatnością, u pana Rogersakoło Birmingham (u którego spędziłem jakiś czas w sierpniu1826). Ten charakter jest bardzo częsty w Anglii. Co się tyczy ideisianych i uprawianych w interesie arystokracji, można powiedzieć— a to jest niemało powiedziane — że Anglik niezdolny jest do logikiprawie w tym stopniu co Niemiec.

Logika Anglika, tak cudowna w finansach i we wszystkim, cołączy się z kunsztem dającym pieniądze z końcem każdegotygodnia, staje się mętna, z chwilą gdy się wzniesie do przedmiotów nieco oderwanych i które nie przynoszą wprost pieniędzy. Stali się tępi w sprawach literatury wskutek tegosamego mechanizmu, który dostarcza głupców dyplomacji of theKing of French: wybór z niewielkiej liczby ludzi. Jakiś człowiekstworzony na to, aby analizować geniusz Szekspira i Cervantesa(wielkich ludzi zmarłych jednego i tego samego dnia, 16 kwietnial6[l6], zdaje mi się), jest handlarzem nici w Manchester. Wyrzucałby sobie jako stratę czasu, gdyby wziął do rąk książkę nieodnoszącą się wprost do bawełny, jej eksportu do Niemiec etc.

Tak samo King of French wybiera swoich dyplomatów jedyniemiędzy ludźmi wielkiego rodu lub wielkiego majątku. Trzebaszukać wartości tam, gdzie się wychował pan Thiers (kupionyw 1830). Jest synem małego mieszczanina w Aix-en-Provence.

Dobiwszy do lata r. 1822, w rok mniej więcej od wyjazduz Mediolanu, rzadko już tylko myślałem o dobrowolnym wymknięciu się z tego świata. Życie moje wypełniało się stopniowo,nie rzeczami przyjemnymi, ale ostatecznie rzeczami byle jakimi,które wsuwały się między mnie a ostatnie szczęście, stanowiąceprzedmiot mego kultu.

Miałem dwie przyjemności bardzo niewinne: l° gawędzić pośniadaniu, przechadzając się z panem Lussinge'em albo innym znajomym — miałem ich ośmiu lub dziesięciu, wszystkich, jak zwykle,danych mi przez traf; 2° kiedy było gorąco, iść czytać dziennikiangielskie do ogrodu Galignaniego. Tam odczytałem na nowoz rozkoszą kilka romansów Waltera Scotta. Pierwszy, ten, w którym znajduje się Henryk Morton i sierżant Boswell (Old mortality, zdaje mi się), nasunął mi jakże żywe dla mnie wspomnieniez Volterry! Często otwierałem go na los szczęścia, czekającMetyldy we Florencji w czytelni Moliniego nad Arno. Czytałemgo jako wspomnienie roku 1818.

Miewałem długie dysputy z Lussinge'em. Utrzymywałem, żedobrą trzecią część wartości zawdzięcza sir Walter Scott sekretarzowi, który mu szkicował opisy natury. Znajdowałem go — jaki dziś znajduję — słabym malarzem namiętności z punktu znawstwa serca ludzkiego. Czy potomność potwierdzi sąd współczesnych, który stawia tego baroneta reakcjonistę tuż po Szekspirze?

Co do mnie, brzydzę się jego osobą i wiele razy uniknałemsposobności poznania go (w Paryżu przez pana de Mirbel,w Neapolu w 1832, w Rzymie idem). Fox dał mu posadę na50 000 czy 100 000 franków i on wziął z tego asumpt, aby spotwarzać zręcznie lorda Byrona, który skorzystał z tej wielkiejlekcji hipokryzji: patrz list, jaki lord Byron napisał do mniew 1823.

Czy widziałeś kiedyś, łaskawy czytelniku, jedwabnika, którynajadł się do syta liścia morwy? Porównanie nie jest wytworne, alejest tak trafne! To brzydkie zwierzę nie chce już jeść, musiwdrapać się wyżej i robić swoje jedwabne więzienie.

Takim zwierzęciem jest zwierzę zwane pisarzem. Dla kogoś,kto zakosztował przejmującego rzemiosła pisania, czytać jest jużtylko drugorzędną przyjemnością. Ileż razy myślałem, że jestdruga; spojrzałem na zegar: było wpół do siódmej. Oto mojejedyne usprawiedliwienie, że zaczerniłem tyle papieru.

W miarę jak mi wracało zdrowie moralne w lecie 1822,myślałem o tym, aby wydrukować książkę O miłości, którąnapisałem ołówkiem w Mediolanie, przechadzając się i myśląco Metyldzie.

Zamierzałem przerobić ją w Paryżu, bardzo tego potrzebuje.Ale zagłębiać się w te rzeczy zanadto osmucało mnie. To by byłodotykać szorstko rany ledwie zabliźnionej. Przepisałem atramentem to, co było jeszcze ołówkiem.

Mój przyjaciel Edwards znalazł mi księgarza (pana Mongie),który nie dał mi nic za mój rękopis i przyrzekł mi połowę zysku,jeżeli jakiś będzie.

Dziś, kiedy przypadek dał mi galony, dostaję listy od księgarzy, których nie znam (czerwiec 1832, od pana Thievoz, zdaje misię), którzy ofiarują się płacić gotówką za moje rękopisy. Niedomyślałem się całego mechanizmu kuchni literackiej. Okropność, obrzydziłoby mi to pisanie. Intrygi pana Hugo (patrz,,Gazetę Trybunalską” z 1831, zdaje mi się, jego proces z księgarnią Bossan[ge] czy Plassan), manewry pana de Chateaubriand,krzątaniny Bérangera, ale te są usprawiedliwione. Tego wielkiegopoetę usunęli Burboni z jego posadki na 1800 franków w Ministerium Spraw Wewnętrznych.

Re sciochi, re...

Głupota B[urbonów] ukazuje się tu w pełnym świetle. Gdybynie byli nikczemnie usunęli biednego urzędnika za piosenkę raczej wesołą niż złośliwą, ten wielki poeta nie byłby zmężniałswego talentu i nie stałby się jedną z najpotężniejszych dźwigni,która usunęła Burbonów. On sformułował wesoło wzgardę Francuzów dla tego „zgniłego tronu”. Tak nazywała ich królowahiszpańska zmarła w Rzymie, przyjaciółka Księcia Pokoju.

Przypadek dał mi poznać ten dwór, ale pisać o czym innym niżo sekretach serca ludzkiego nudzi mnie. Gdyby przypadek dał misekretarza, byłbym innym pisarzem.

„Taki nam wystarczy” — powiedział adwokat diabła.

Ta stara królowa sprowadziła z Hiszpanii do Rzymu staregospowiednika. Ten spowiednik miał na utrzymaniu synową kucharza Akademii Francuskiej. Hiszpan ów, bardzo stary i jeszczejurny, miał tę nieostrożność, aby powiedzieć (nie mogę tutajpodać zabawnych szczegółów, maski żyją jeszcze), słowem, abypowiedzieć, że Ferdynand VII jest synem pana takiego a takiego,a nie Karola IV. To był jeden z wielkich grzechów starej królowej.Umarła. Szpieg dowiedział się o odezwaniu się księdza. Ferdynand kazał go porwać z Rzymu, ale zamiast żeby mu danotrucizny, jakaś nieznana mi kontrintryga wtrąciła starca dopresidio.

Czy ośmielę się powiedzieć, na co chorowała ta stara królowa,pełna zdrowego rozsądku? (Dowiedziałem się o tym w Rzymiew 1817 albo w 1824). To był skutek miłostek tak źle wyleczonych,że wystarczyło jej upaść, by sobie złamać kość. Biedna kobieta,będąc królową, wstydziła się tych częstych wypadków i nie śmiałasię porządnie leczyć. Spotkałem ten sam rodzaj nieszczęścia nadworze Napoleona w 1811 r. Znałem niestety dobrze przezacnego Cullerier (wuja, ojca, starego jednym słowem; młody wyglądami na wariata). Przyprowadziłem mu trzy damy, z których dwómzawiązałem oczy (ulica de l'Odéon, nr 26).

Powiedział mi w dwa dni potem, że miały gorączkę (objawwstydu, a nie choroby). Ten idealnie dworny człowiek niepodniósł ani na chwilę oczu, aby się im przyjrzeć.

Zawsze to szczęście dla Burbonów, że się pozbyli potworatakiego jak Ferdynand VII. Książę de Laval, bardzo porządnyczłowiek, ale szlachcic i książę (co stanowi dwie choroby umysłowe), pysznił się, mówiąc ze mną, przyjaźnią Ferdynanda VII.A przecież był trzy lata ambasadorem na jego dworze.

To przypomina głęboką nienawiść Ludwika XVI do Franklina. Monarcha ten znalazł sposób doprawdy burboński, aby sięzemścić: kazał wymalować twarz czcigodnego starca na dnieporcelanowego nocnika.

Pani Campan opowiadała nam to u pani Cardon (ulica de Lille,na rogu ulicy de Bellechasse) po osiemnastym Brumaire'a. Jejpamiętniki, które czytywało się u pani Cardon, były na antypodach łzawych elegii, którymi rozczulają się najdystyngowańszemłode kobiety z dzielnicy Saint-Honoré (co odarło jedną z nichz uroku w moich słabych oczach, koło 1827 r.).

Rozdział X

Oto więc mam zajęcie na lato r. 1822: poprawiać korekty Miłościwydanej in 12° na lichym papierze. Pan Mongie przysiągł miz oburzeniem, że go oszukano co do gatunku papieru. Nie znałemksięgarzy w roku 1822. Miałem wprzód do czynienia jedyniez panem Piotrem Didot, któremu płaciłem za papier wedlecennika. Pan Mongie dworował sobie nielitościwie z mojej naiwności.

— Nie, pan nie jest „żyła”! — powiadał, pękając ze śmiechui porównując mnie z Ancelotami, z Vitetami, z *** i innymizawodowymi autorami.

I cóż, przekonałem się w dalszym ciągu, że pan Mongie byłksięgarzem jeszcze najuczciwszym. Co mam powiedzieć o moimprzyjacielu, panu Sautelet, młodym adwokacie — moim przyjacielu, zanim został księgarzem?

Ale nieborak zabił się z rozpaczy, że go opuściła bogata wdowa,pani Bonnet czy Bourdet, jakieś szlachetne nazwisko w tymrodzaju, która przełożyła nad niego młodego para Francji (tozaczynało brzmieć bardzo kusząco w 1828 r.). Ów szczęśliwy parbył to, zdaje mi się, pan Pérignon, który posiadł moją przyjaciółkę, pannę Vigano, córkę wielkiego człowieka (w 1820 r., zdaje misię).

To była rzecz bardzo niebezpieczna dla mnie — robić korektęksiążki, która mi przypominała tyle odcieni uczuć, jakich doznawałem we Włoszech. Miałem tę słabość, aby wynająć pokójw Montmorency. Udawałem się tam wieczór w dwie godziny dyliżansem z ulicy Saint-Denis. Wśród lasów, zwłaszcza po lewejstronie w górę od Sablonniere, poprawiałem korekty. Myślałem,że oszaleję.

Szalona myśl, aby wrócić do Mediolanu, którą tak częstoodtrącałem, wracała ze zdumiewającą siłą. Nie wiem, jak mogłemsię jej oprzeć. Siła namiętności, która sprawia, że widzi się tylkojedną rzecz, zaciera wszelkie wspomnienie na odległość, w jakiejznajduję się od owych czasów. Przypominam sobie wyraźniejedynie kształt drzew w tej okolicy lasów Montmorency.

To, co się nazywa doliną Montmorency, to tylko przylądek,który wysuwa się ku dolinie Sekwany, wprost na kopułę Inwalidów.

Kiedy Lanfranco malował jakąś kopułę na sto pięćdziesiąt stópwysokości, przesadzał pewne rysy. „L'aria dipinge” (powietrzedomaluje) — powiadał. Tak samo, ponieważ ludzie będą patrzylina kings, na szlachtę i na księży jaśniej około r. 1870 niż dziś,bierze mnie pokusa przesadzić pewne rysy tej zakały rodzajuludzkiego. Ale bronię się temu, to by znaczyło być niewiernym prawdzie,

Niewiernym swej łożnicy.Cymbelin

Czemuż nie mam sekretarza, aby móc dyktować fakty, anegdoty, a nie refleksje na temat tych trzech rzeczy. Ale napisawszy dziśdwadzieścia siedem stronic, jestem zbyt zmęczony, aby notowaćanegdoty, które cisną mi się na pamięć.

Chodziłem dość często poprawiać korekty Miłości do parkupani Doligny w Corbeil. Tam mogłem uniknąć smutnych marzeń: skończywszy pracę, wracałem zaraz do salonu.

Byłem bardzo bliski odnalezienia szczęścia z roku 1824. Myśląco Francji przez sześć czy siedem lat, które spędziłem w Mediolanie, mając nadzieję nigdy nie oglądać Paryża splugawionego przezBurbonów ani Francji, powiadałem sobie: „Jedna jedyna kobietamogłaby kupić przebaczenie dla tego kraju — hrabina FannyBertois”. Pokochałem ją w r. 1824. Myśleliśmy nawzajem o sobieod czasu, jak ją widziałem z bosymi nogami w roku 1814,nazajutrz po bitwie pod Montmirail czy pod Champaubert, kiedywszedłem o szóstej rano do jej matki, margrabiny de N., abyzasięgnąć wiadomości.

I ot! Pani de Bertois była na wsi u pani Doligny, swojejprzyjaciółki. Kiedy wreszcie zdecydowałem się pokazać swojąmarkotną fizjonomię u pani Doligny, powiedziała mi:

— Pani Bertois czekała na pana. Wyjechała dopiero przedwczoraj z powodu okropnego wypadku: straciła jedną ze swoichuroczych córek.

W ustach kobiety tak zrównoważonej jak pani Doligny słowa temiały wielką wagę. W r. 1814 powiedziała mi:

— Pani Bertois rozumie całą pańską wartość.

W 1823 czy 1822 pani Bertois raczyła mnie lubić trochę. PaniDoligny powiedziała jej raz:

— Widzę, że często spoglądasz na pana Beyle. Gdyby był trochęwyższy, od dawna powiedziałby ci, że cię kocha.

To nie było ścisłe. Moja melancholia spoglądała z przyjemnością na piękne oczy pani Bertois. Byłem tak głupi, że nie posuwałem się dalej. Nie powiadałem sobie: „Czemu ta młoda kobietapatrzy na mnie?”. Zapomniałem zupełnie wybornych lekcji miłości, jakie mi dali niegdyś wujaszek Gagnon oraz mój przyjacieli protektor Marcjal Daru.

Wujaszek Gagnon, urodzony w Grenobli około 1765 r., byłdoprawdy człowiekiem czarującym. Jego konwersacja, dla mężczyzn coś w rodzaju przesadnego i gładkiego romansu, byłarozkoszna dla kobiet. Był zawsze dowcipny, delikatny, pełenowych frazesów, w których można wyczytać wszystko. Nie miałtej wesołości — to ja! — która przestrasza. Nie sposób byćładniejszym i mniej rozsądnym niż wujaszek Gagnon. Toteżniedaleko zaszedł z mężczyznami. Młodzi ludzie zazdrościli mu,nie umiejąc go naśladować. Ludzie „dojrzali”, jak mówi sięw Grenobli, znajdowali go lekkim. To słowo wystarczy, abypogrzebać reputację człowieka. Wujaszek, bardzo ultra, jak całamoja rodzina w r. 1815, wyemigrował nawet około r. 1722. Otóżnigdy za Ludwika XVIII nie zdołał zostać radcą TrybunałuApelacyjnego w Grenobli, i to wówczas, kiedy zapychano tentrybunał łajdakami, jak Faure etc., etc. oraz ludźmi, którzy sięchełpili, że nigdy nie czytali ohydnego Kodeksu cywilnegorewolucji. W zamian za to wujaszek miał dosłownie wszystkieładne kobiety, które około r. 1788 robiły z Grenobli jednoz najmilszych miast prowincji. Sławny Laclos, stary generałartylerii, którego poznałem w loży sztabu generalnego w Mediolanie i dla którego byłem uprzedzająco grzeczny z przyczyny Niebezpiecznych związków, dowiedziawszy się, że jestem z Grenobli, rozczulił się.

Kiedy miałem jechać do Szkoły Politechnicznej w listopadzie r.1800, wujaszek wziął mnie na bok, aby mi dać dwa ludwiki,których nie wziąłem, co mu zapewne zrobiło przyjemność, bozawsze miał dwa albo trzy mieszkania, a mało pieniędzy. Po czym,przybierając minę ojcowską, która mnie rozczuliła, bo miałcudowne wielkie oczy — z tych, które zezują trochę przy najmniejszym wzruszeniu — rzekł:

— Mój chłopcze, masz się za tęgą głowę, jesteś nieznośniezarozumiały z przyczyny swoich sukcesów w matematyce, ale towszystko to jest nic. Dochodzi się w świecie do czegoś tylko przezkobiety. Otóż ty jesteś brzydki, ale nie będą ci wymawiali nigdytwojej brzydoty, bo masz wyraz. Kochanki będą cię porzucały. Otóż, pamiętaj sobie to: w chwili, gdy się jest porzuconym, nicłatwiejszego, niż ubrać się w jakąś śmieszność. Potem w oczachinnych pięknych pań człowiek już jest w sam raz dobry na to, abygo rzucić na śmietnik. W dwadzieścia cztery godziny po tym, jakcię porzucono, wyznaj miłość innej kobiecie, w braku czegoślepszego — oświadcz się bodaj pokojówce.

Za czym uściskał mnie i wsiadłem do lyońskiej ekstrapoczty.Obym był miał w pamięci rady tego wielkiego taktyka! Ileżsukcesów przepuściłem! Ileż upokorzeń zniosłem! Ale gdybymbył bardziej zręczny, byłbym dziś zbrzydzony aż do mdłościkobietami, a tym samym muzyką i malarstwem, jak dwaj moiwspółcześni, pp. de La Rosiere i Perrochin. Są oschli, zmierżeniświatem, filozoficzni. Przeciwnie, ja we wszystkim, co dotyczykobiet, mam szczęście być frycem, jak wówczas gdy miałemdwadzieścia pięć lat.

Dlatego też nigdy nie palnę sobie w łeb ze wstrętu do wszystkiego, ze znudzenia życiem. W karierze literackiej widzę jeszczemnóstwo rzeczy do zrobienia. Mam możliwości prac zdolnychzapełnić nie jedno życie, ale dziesięć. Trudność obecnego momentu — 1832 r. — to przyzwyczaić się do tego, że mi nie przerywazajęć fatyga podpisywania czeku na 20 000 franków na BankPaństwa w Paryżu.

Rozdział XI

Nie wiem, kto mnie zaprowadził do pana de l'Étang. Zażądał odemnie, zdaje mi się, egzemplarza Historii malarstwa we Włoszech,pod pozorem, że chce napisać recenzję w „Lycée”, jednymz owych przelotnych dzienniczków, jakie stworzył w Paryżusukces „Edinburgh Review”. Chciał mnie poznać.

W Anglii arystokracja gardzi literaturą. W Paryżu jest onarzeczą zbyt ważną. Niepodobieństwem jest dla Francuzów mieszkających w Paryżu mówić prawdę o dziełach innych Francuzówmieszkających w Paryżu. Zrobiłem sobie jakiś dziesiątek śmiertelnych wrogów przez to, że powiedziałem redaktorom „Globu”, w formie rady i mówiąc z nimi wprost, że „Glob” maton zbyt purytański i że zanadto może brak mu lekkości i dowcipu.

Dziennik literacki, sumienny; jak była „Edinburgh Review”,możliwy jest jedynie o tyle, o ile będzie drukowany w Genewiei wydawany tamże przez przedsiębiorcę zdolnego do sekretu.Naczelny redaktor jeździłby co rok do Paryża i otrzymywałbyw Genewie artykuły do każdomiesięcznego numeru. Wybierałby,płaciłby dobrze (200 franków za arkusz druku) i nie wymieniałbynigdy swoich współpracowników.

Zaprowadzono mnie tedy do pana de l'Étang w niedzielęo drugiej — przyjmował o tak niewygodnej porze. Trzeba byłoprzebyć dziewięćdziesiąt pięć schodów, ponieważ akademia jegomieściła się na szóstym piętrze domu, który należał do niego i dojego sióstr, przy ulicy Gaillon. Z okienek jego widać było jedynielas kominów z okopconego tynku. Jest to dla mnie jeden z najbrzydszych widoków; ale cztery małe pokoiki, które zajmowałpan de l’Étang, pełne były sztychów oraz innych zajmującychdzieł sztuki.

Miał wspaniały portret kardynała de Richelieu, na któryspoglądałem często. Obok widniała duża, ciężka, tępa twarzRacine'a. Prawdopodobnie zanim tak utył, ten wielki poetadoznawał uczuć, których wspomnienie nieodzowne jest do napisania Andromaki i Fedry.

Zastałem u pana de l'Étang, przy lichym ogniu — było to, zdajemi się, w lutym 1822 r. — osiem czy dziesięć osób, które mówiłyo wszystkim. Uderzył mnie ich zdrowy rozum, ich dowcip,a zwłaszcza delikatny takt pana domu, który, mimo iż nieznacznie, kierował dyskusją w ten sposób, aby nigdy nie mówiło trzechnaraz ani też aby nie nastawały żałosne chwile milczenia.

Nie umiałbym wyrazić dość szacunku dla tego towarzystwa.Nigdy nie spotkałem nic, nie powiem wyższego, ale nic dającegosię z nim porównać. Uderzyło mnie to pierwszego dnia, a przezparę lat trwania tego salonu dwadzieścia razy może chwytałem sięna tym samym uczuciu podziwu.

Takie towarzystwo możliwe jest jedynie w ojczyźnie Woltera,Moliera, Couriera.

Niemożliwe jest w Anglii, bo u pana de l'Étang żartowano bysobie z jakiegoś księcia tak jak z każdego innego — i bardziej niżz każdego innego — gdyby był śmieszny.

Niemcy nie mogliby wydać takiego salonu, zanadto tam sąprzyzwyczajeni entuzjazmować się lada głupstwem filozoficznymbędącym w modzie (anioły pana Ancillon). Zresztą, poza swoimentuzjazmem, Niemcy są za głupi.

Włosi rozprawialiby, każdy gadałby przez dwadzieścia minuti stałby się śmiertelnym wrogiem swego antagonisty. Za trzecimzebraniem posypałyby się satyryczne sonety jednych na drugich.

Bo dyskusja była tam ostra i szczera o wszystkim i ze wszystkimi. Wszyscy byli grzeczni u pana de l'Étang, ale przez wzgląd nagospodarza. Często musiał on ochraniać odwrót jakiegoś śmiałka,który szukając nowej myśli zabrnął w niedorzeczność nazbytoczywistą.

Zastałem tam pana de l'Étang, pp. Alberta Stapfer, J. J.Ampère'a, Sauteleta, de Lussinge'a...

Pan de l'Étang to jest charakter w typie zacnego wikaregoz Wakefield. Aby dać o nim pojęcie, trzeba by półtonów Goldsmitha albo Addisona.

Przede wszystkim jest bardzo brzydki. Ma zwłaszcza — rzeczrzadka w Paryżu — czoło nieszlachetne i niskie. Jest dobrzezbudowany i dość wysoki.

Ma wszystkie małostki mieszczucha. Kiedy kupi za 36 frankówtuzin chustek do nosa w sklepie na rogu, w dwie godziny późniejwierzy, że jego chustki są rzadkością i że za żadną cenę niedostałoby się w Paryżu podobnych.

Życiorys pana Beyle przez niego samego

I

Henryk Beyle, urodzony w Grenobli w 1783 r., umarł w... (...października 1820 r.). Przeszedłszy studia matematyczne, byłjakiś czas oficerem w szóstym pułku dragonów (1800--1801--1802). Gdy nastał krótki pokój, pognał do Paryża za kobietą,którą kochał, podawszy się do dymisji, czym bardzo pogniewałswoich protektorów. Udawszy się do Marsylii za aktorką, któramiała tam grać pierwsze role tragiczne, wrócił do armii w 1806 r.jako zastępca komisarza wojennego. Poznał w tym charakterzeNiemcy, był obecny przy tryumfalnym wejściu Napoleona doBerlina, który wywarł na nim wielkie wrażenie. Jako krewny panaDaru, ministra wojny, trzeciej z rzędu figury po cesarzu i księciuNeuchatel, pan B. poznał z bliska wiele kółek tej wielkiejmachiny. Był urzędnikiem w Brunszwiku w r. 1806, 1807 i 1808i wyróżnił się tam. Studiował w tym mieście język i filozofięniemiecką, powziął dosyć lekceważenia dla Kanta, Fichtego etc.,niepospolitych ludzi, którzy budowali jedynie uczone domkiz kart.

Pan B. wrócił do Paryża w 1809 r., odbył kampanię wiedeńskąw 1809 i 1810.

Za powrotem mianowano go audytorem w Radzie Stanui generalnym inspektorem ruchomości Korony. Oprócz tegopowierzono mu Biuro Holandii w administracji listy cywilnejCesarza. Znał księcia de Frioul. W 1811 r. odbył krótką podróż doWłoch, kraju, który uwielbiał zawsze, po trzech latach, które tamspędził w młodości. W 1812 r. uzyskał — po wielu trudnościach zestrony pana de Champagny, księcia Cadore, intendenta domuCesarza — prawo do udziału w kampanii rosyjskiej. Przybył dokwatery generalnej koło Orszy 14 sierpnia 1812 r. Wszedł doMoskwy 14 września z Napoleonem, a wyjechał stamtąd 16października z misją: miał postarać się o prowiant dla armii. On todostarczył wracającej armii między Orszą a Bobrem jedynegokawałka chleba, jaki dostała. Pan Daru podziękował mu w imieniu Cesarza za tę przysługę. Pan B. nie uważał nigdy w czasie tegoodwrotu, aby istniała przyczyna do lamentów.

Blisko Królewca, gdy uciekał przed Kozakami, przebywającŚwieży Zalew po lodzie, lód załamał się pod saniami. Był z kawalerem Marchand, komisarzem wojny (ulica du Doyenné, nr 5).Ponieważ w armii Cesarza nie przyznawano się nawet do odwrotu,zatrzymał się w Stargardzie, potem w Berlinie, który w jegooczach oderwał się od Francji.

W miarę jak się oddalał od niebezpieczeństwa, przejmował sięjego grozą i przybył do Paryża przejęty bólem. Stan fizyczny grałw tym niemałą rolę. Miesiąc dobrego, a raczej dostatecznegopożywienia postawił go na nogi. Protektor jego zmusił go doodbycia kampanii w 1813 r. Był intendentem w Żaganiu z najuczciwszym i najbardziej ograniczonym z generałów, margrabią,wówczas hrabią, de Latour-Maubourg. Zapadł tam na rodzajzłośliwej gorączki. W tydzień doszedł do ostatecznego wycieńczenia — zaledwie wówczas pozwolono mu wrócić do Francji. Opuściłnawet Paryż i odnalazł zdrowie nad jeziorem Como. Ledwiewrócił, Cesarz wysłał go w misji do siódmej dywizji armii wrazz pewnym senatorem, absolutnym niedołęgą. Zastał tam dzielnego generała Dessaix, który był godny wielkiego człowieka o podobnym nazwisku, prawie równie liberalnego jak on sam.Ale talent i płomienny patriotyzm generała Dessaix rozbiły sięo egoizm i nieuleczalną miernotę generała Marchand, którego trzeba było użyć, jako kawalera wielkiej wstęgi Legii Honorowej i będącego z tamtych stron. Nie wydobyto korzyściz cudownego usposobienia Vizille i wielu innych wsi w Delfinacie.

Pan Beyle prosił, aby go wysłano na inspekcję przednich strażyw Genewie. Przekonał się o tym, czego się domyślał, że nie małatwiejszej rzeczy, niż wziąć Genewę. Widząc, że nie przeprze tejmyśli, i obawiając się zdrady, uzyskał pozwolenie na powrót doParyża. Zastał Kozaków w Orleanie. Tam zwątpił o ojczyźnie lub,mówiąc ściślej, ujrzał, że cesarstwo zasunęło w cień ojczyznę.Kraj był zmęczony arogancją prefektów i innych narzędzi Napoleona. Przybył do Paryża, aby być świadkiem bitwy podMontmartre i głupoty ministrów napoleońskich.

Ujrzał wejście króla. Niektóre posunięcia pana de Blacas,o których wyczytał niebawem, nasunęły mu myśl o Stuartach.Odmówił wspaniałego stanowiska, które pan Beugnot zechciałmu ofiarować. Usunął się do Włoch. Wiódł tam szczęśliwe życieaż do r. 1821, po czym aresztowanie karbonariuszów przez idiotyczną policję zmusiło go do opuszczenia kraju, mimo że niebył karbonariuszem. Złośliwość i nieufność Włochów kazały muuchylić się od udziału w tajemnicach, rzekł tylko swoim przyjaciołom: „Liczcie na mnie w razie potrzeby”.

W r. 1814, kiedy ocenił wartość Burbonów, miał parę dniczarnych. Aby się rozerwać, wziął kopistę i podyktował mupoprawione tłumaczenie Życia Haydna, Mozarta i Metastazjawedle dzieła włoskiego, jeden tom in 8°, 1814 r.

W 1817 r. wydrukował dwa tomy Historii malarstwa weWłoszech i mały, trzystustronicowy opis podróży po Włoszech.

Ponieważ Malarstwo nie miało sukcesu, wpakował do skrzyni trzy ostatnie tomy i zarządził, aby je wydano aż po jegośmierci.

W lipcu 1819 r. przejeżdżając przez Bolonię, dowiedział się o śmierci ojca. Przybył do Grenobli, gdzie oddaje swój głosnajuczciwszemu z Francuzów, jedynemu, który mógł jeszczeocalić religię, panu Henrykowi Grégoire. To go poróżniłojeszcze bardziej z policją mediolańską. Ojciec jego miał, wedlepowszechnej opinii, zostawić mu 5000 albo 6000 franków renty.Nie zostawił mu ani połowy. Z tą chwilą p. Beyle starał sięzmniejszyć swoje potrzeby i udało mu się to. Napisał kilkaksiążek, między innymi pięćset stronic o Miłości, których niewydrukował. W 1821 r., nudząc się śmiertelnie komedią francuskich manier, udał się na sześć tygodni do Anglii. Miłość byłaszczęściem i nieszczęściem jego życia. Melania, Teresa, Ginai Leonora — oto imiona, które go zaprzątały. Mimo że nie był zgołapiękny, bywał niekiedy kochany. Gina nie dała mu wrócić popowrocie Napoleona, o którym dowiedział się 6 marca. Aktdodatkowy odjął mu wszelki żal. Często smutny z przyczynyswoich miłości, z chwilą gdy spotkał go zawód, uwielbiał wesołość.Miał tylko jednego wroga, mianowicie panią Tr[aversi]. Mógł sięzemścić w okrutny sposób — oparł się temu, aby nie martwićLeonory. Po kampanii rosyjskiej zostały mu dotkliwe nerwobóle.Uwielbiał Szekspira i miał niezwyciężony wstręt do Woltera i panide Staël. Miejsca, które najbardziej kochał na ziemi, to byłyjezioro Como i Neapol. Uwielbiał muzykę i sporządził notatkęo Rossinim, pełną poglądów prawdziwych, choć może śmiesznych. Kochał tkliwie siostrę swoją Paulinę i miał wstręt doGrenobli, rodzinnego miasta, gdzie wychowywano go w straszliwy sposób. Nie kochał żadnego z krewnych. Był zakochanyw matce, którą stracił, mając siedem lat.

II

Niedziela, 30 kwietnia 1837

Paryż (hotel Favart)

Leje jak z cebra.

Przypominam sobie, jak Jules Janin mówił do mnie: „Ha! Co zapiękny artykulik kropnęlibyśmy, gdybyś pan umarł!”. Aby uniknąć frazesów, mam ochotę sam napisać ten artykuł.

Przeczytajcie to aż po śmierci

Henryka Beyle, urodzonego w Grenobli 23 stycznia 1783 r., zmarłego w ... dnia ... Rodzice jego byli zamożni, należeli dowyższego mieszczaństwa. Ojciec jego, adwokat przy ParlamencieDelfinatu, przybierał w aktach tytuł szlachecki. Dziadek jego byłlekarzem, światłym człowiekiem, przyjacielem lub co najmniejwielbicielem Woltera. Pan Gagnon — takie nosił nazwisko człowiek bardzo dworny, bardzo szanowany w Grenobli, byłduszą wszystkich ulepszeń. Młody Beyle widział pierwszą krewprzelaną w Rewolucji Francuskiej w słynnym „dniu dachówek” (17...). Lud burzył się przeciw rządowi i rzucał z dachówdachówki na żołnierzy. Rodzina młodego B. była pobożnai tkwiła całą duszą w klice arystokratów, gdy on sam był zażartympatriotą. Matka jego, inteligentna i wykształcona, która czytywała Dantego, umarła bardzo młodo. Pan Gagnon, niepocieszony postracie ukochanej córki, zajął się wychowaniem jej jedynego syna.Rodzina jego odznaczała się przesadnymi pojęciami honoru i dumy i udzieliła tego sposobu myślenia młodemu człowiekowi.Mówić o pieniądzach, wymieniać nawet ten metal, uchodziło za coś niskiego w domu pana Gagnon, który mógł mieć 8000 do9000 franków renty, co było bogactwem w Grenobli w 1789 r.

Młody Beyle nabrał do tego miasta wstrętu, który trwał dośmierci: tam nauczył się znać ludzi i ich nikczemność. Pragnąłnamiętnie dostać się do Paryża i żyć tam, pisząc książki i komedie.Ojciec oświadczył, że nie chce, aby się zepsuł, i że nie zobaczyParyża przed trzydziestym rokiem.

Od r. 1796 do 1799 młody Beyle zajmował się tylko matematyką, miał nadzieję dostać się do Szkoły Politechnicznej i zobaczyćParyż. W r. 1799 otrzymał pierwszą nagrodę z matematykiw Szkole Centralnej (profesor Dupuy). Ośmiu uczniów, którzydostali drugą nagrodę, przyjęto na Politechnikę w dwa miesiącepóźniej. Stronnictwo arystokratyczne oczekiwało Rosjan w Grenobli, wołali:

O Rus, quando ego te aspiciam!

Egzaminator Ludwik Monge nie przybył tego roku. Wszystkoszło w diabły w Paryżu.

Wreszcie młodzi ludzie pojechali do Paryża, aby tam namiejscu zdawać egzamin do szkoły. Beyle przybył do Paryża 10listopada 1799 r., nazajutrz po 18 Brumaire'a. Napoleon właśniezagarnął władzę. Beyle miał polecenie do pana Daru, byłegogeneralnego sekretarza intendentury Langwedocji, człowiekapoważnego i z charakterem. Beyle oświadczył mu ze stanowczością osobliwą jak na jego wiek, że nie chce wstąpić na Politechnikę.

Przyszła wyprawa pod Marengo. Beyle brał w niej udział, a panDaru (później minister cesarza) mianował go podporucznikiemw szóstym pułku dragonów w maju 1800 r. Służył jakiś czas jakoprosty dragon. Zakochał się w pani A. (Angela Pietragrua).

Spędzał czas w Mediolanie. Był to najpiękniejszy czas jego życia, uwielbiał muzykę, sławę literacką i wielce cenił sztukę tęgiegorąbania szablą. Zraniono go w nogę sztychem szabli w pojedynku.Był adiutantem generała porucznika Michaud, odznaczył się i dostał piękne świadectwo od tego generała (jest w rękach panaColomb, serdecznego przyjaciela tegoż Beyle'a). Był najszczęśliwszym i prawdopodobnie najbardziej szalonym z ludzi, kiedyz nastaniem pokoju minister wojny nakazał, że wszyscy podporucznicy adiutanci mają wrócić do swoich korpusów. Beyle przybyłdo szóstego pułku w Savigliano w Piemoncie. Był chory z nudów,potem ranny, dostał urlop, przybył do Grenobli, zakochał się i nicnie mówiąc ministrowi, podążył do Paryża za panną W[iktoryną], swoją ukochaną. Minister pogniewał się, B. podał się do dymisji,co go poróżniło z panem Daru. Ojciec próbował go wziąć głodem.

B., bardziej szalony niż kiedykolwiek, zabrał się do studiów,aby zostać wielkim człowiekiem. Odwiedzał raz na dwa tygodniepanią A..., poza tym żył samotnie. Tak sobie żył od r. 1803 do1806, nie zwierzając się nikomu ze swoich projektów i nienawidząc tyranii Cesarza, który kradł wolność Francji. Pan Mante,dawny uczeń Szkoły Politechnicznej, przyjaciel Beyle'a, wciągnąłgo w rodzaj konspiracji na rzecz generała Moreau (1804). Beylepracował po dwanaście godzin na dobę, czytał Montaigne'a,Szekspira, Monteskiusza i spisywał sąd swój o nich. Nie wiemczemu, czuł nienawiść i wzgardę dla sławnych literatów, którychwidywał w r. 1804 u pana Daru. Przedstawiono go księdzuDelille. Lekceważył Woltera, który mu się zdawał dziecinny,panią de Staël — napuszoną, Bossueta — blagę na serio; uwielbiałbajki Lafontaine'a, Corneille'a i Monteskiusza.

W 1804 r. Beyle zakochał się w pannie Melanii Guilbert (panide Barkoff) i podążył za nią do Marsylii, poróżniwszy się z panią ***, którą tak kochał później. To była prawdziwa namiętność.Kiedy panna [Guilbert] opuściła teatr w Marsylii, Beyle wrócił doParyża. Ojciec jego zaczynał tracić majątek i przysyłał mu bardzomało pieniędzy. Marcjal Daru, podinspektor rewii, namówiłBeyle'a, aby wstąpił do wojska; Beyle, bardzo niechętnie, usłuchał i rzucił studia.

14 czy 15 października r. 1806 Beyle ujrzal bitwę pod Jeną, 26października ujrzał wejście Napoleona do Berlina. Beyle udał siędo Brunszwiku w charakterze wicekomisarza wojennego. W 1808r. w małym pałacyku w Richemont (o dziesięć minut od Brunszwiku), gdzie mieszkał w charakterze intendenta, zaczął pisaćhistorię wojny sukcesyjnej hiszpańskiej. W 1809 r. odbył kampanię wiedeńską, wciąż jako wicekomisarz wojenny. Tam nabyłchoroby i zakochał się bardzo w kobiecie miłej i dobrej, a nawetwybornej, z którą był w stosunkach niegdyś.

B. został mianowany audytorem Rady Stanu i inspektoremruchomości Korony dzięki poparciu hrabiego Daru. Odbył kampanię rosyjską i odznaczył się zimną krwią. Dowiedział się zapowrotem, że ten odwrót był rzeczą straszną. Pięćset pięćdziesiąttysięcy ludzi przeszło Niemen — pięćdziesiąt, a może dwadzieściapięć tysięcy przebyło go z powrotem.

B. odbył kampanię pod Lützen i był intendentem w Żaganiu na Śląsku, nad Bobrem. Z przemęczenia dostał gorączki, która omalnie zakończyła dramatu, a z której Gall uleczył go szybkow Paryżu. W 1813 r. wysłano B. do siódmej dywizji wojskowejz senatorem idiotą. Napoleon wytłumaczył mu obszernie, cotrzeba robić.

W dniu, w którym Burboni wrócili do Paryża, B. zrozumiał, żeczłowieka, który był pod Moskwą, czekają we Francji sameupokorzenia. Pani Beugnot ofiarowała mu posadę dyrektoraaprowizacji Paryża. Odmówił z niechęci do Burbonów i osiadłw Mediolanie. Wstręt, jaki czuł do Burbonów, przeważył miłość:zdawało mu się, że widzi w obejściu pani A... lekceważenie.Śmieszne byłoby opowiadać wszystkie perypetie, jak powiadająWłosi, w które wplątała go ta miłość. Wydrukował Życie Haydna;Rzym, Neapol i Florencję w 1817, wreszcie Historię malarstwa.W r. 1817 wrócił do Paryża, który przejął go wstrętem; pojechałdo Londynu i wrócił do Mediolanu.

W 1821 stracił ojca, który zaniedbał swoje sprawy (w Claix),aby się troszczyć o sprawy Burbonów (jako wicemer Grenobli), i zupełnie się zrujnował. W 1815 r. pan B. kazał powiedziećsynowi (przez pana Feliksa Faure), że mu zostawi 10 000 frankówrenty, a zostawił mu 3000 franków kapitału. Na szczęście B. miał1600 franków renty po matce (z domu Henryce Gagnon, zmarłejw Grenobli około r. 1790, którą zawsze ubóstwiał i opłakiwał).W Mediolanie B. napisał ołówkiem Miłość.

B., nieszczęśliwy pod każdym względem, wrócił do Paryżaw lipcu r. 1821. Myślał serio o tym, aby skończyć ze wszystkim,kiedy mu się wydało, że pani de C[urial] patrzy nań łaskawymokiem. Nie chciał się znów puszczać na to burzliwe morze. Rzuciłsię z całą furią w bitwę o romantyków, wydrukował utwory:Racine i Szekspir, Życie Rossiniego, Przechadzki po Rzymie etc.Odbył dwie podróże po Włoszech, zwiedził Hiszpanię aż doBarcelony. Wojna hiszpańska nie pozwalała się zapuścić dalej.

Podczas gdy był w Anglii (we wrześniu 1826), porzuciła go owaostatnia kochanka, K[lementyna]; kochała zwykle pół roku, jegokochała dwa lata. Był bardzo nieszczęśliwy i wrócił do Włoch.

W 1829 r. pokochał G[iulię] i spędził u niej, aby czuwać nadnią, noc 29 lipca. Ujrzał rewolucję 1830 r. spod kolumn KomediiFrancuskiej. We wrześniu 1830 r. mianowano go konsulemw Trieście; pan von Metternich miał z nim na pieńku z powoduRzymu, Neapolu i Florencji i odmówił exequatur. Mianowano go konsulem w Civitavecchia. Spędzał połowę roku w Rzymie, traciłtam dosłownie czas, napisał tam Zielonego strzelca i zebrałnowele takie jak Vittoria Accoramboni, Beatrix Cenci etc.,osiem czy dziesięć tomów in folio.

W maju 1836 r. wrócił do Paryża, dzięki urlopowi pana deThiers, który naśladuje kaprysy Napoleona... B. opracował ŻycieNapoleona od 9 listopada 1836 r. do czerwca 1837...

(Nie odczytywałem poprzedzających sześciu stronic, pisanychod czwartej do szóstej w niedzielę 30 kwietnia, w czasie okropnegodeszczu, w Hotelu Favart, Place des Italiens w Paryżu).

B. nakreślił swój nagrobek w 1821:

Qui giaceArrigo Beyle Milanese,Visse, scrisse, amoSe n'andiede di anni...Nell 18..

Kochał Cimarosę, Szekspira, Mozarta, Correggia. Kochał namiętnie: V..., M..., A..., Ange..., M..., C..., i mimo że nie byłzgoła piękny, kochało go bardzo kilka z tych inicjałów.Szanował jednego człowieka — NAPOLEONA.

Koniec tej notatki nieodczytanej (aby nie kłamać).

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.