drukowana A5
15.92
Słowo o Jakóbie Szeli

Bezpłatny fragment - Słowo o Jakóbie Szeli


Objętość:
50 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0321-3

Przedmowa

Właściwy każdej historjozofji kult bohaterów, (wszystko jedno czy bohaterem tym będzie jednostka, czy też zbiorowość), naświetlony klasową koncepcją dziejów, ujawnia gruntowne zmiany w inwentarzu swych posągów: walą się w gruzy piedestały wzniesione przez historjozofję narodową, wyrastają na ich miejscu inne.

W historji Polski, pojętej jako historja chłopstwa polskiego, przesuwają się perspektywy z wersalska strzyżonych alej historji oficjalnej, odsłaniając na swych skrzyżowaniach nowy postument bohaterski, który na tle poprzedniem wydawał się zwykłym, urągającym symetrji pejzażu kamieniem przydrożnym.

Jest nim pierwszy świadomy bojownik interesów chłopstwa — Jakób Szela.

Niewątpliwie walka chłopstwa polskiego o wyzwolenie z pod jarzma pańszczyzny nie rozpoczęła się od Szeli i nie on ją pierwszy rozpętał. Podczas jednak, gdy prekursorzy jego w tej walce — w rodzaju Chmielnickiego lub Kostki-Napierskiego — rekrutujący się zawsze z zawiedzionych w swych nadziejach awanturników szlacheckich, posługiwali się zgarbionemi barami idei chłopskiej, jako stopniem jedynie do swych osobistych ambicji tronowych, — Szela jest pierwszym i jedynym w dziejach chłopstwa naszego świadomym reprezentantem idei klasowej, wyrosłym z łona samego ludu.

Historja oficjalna, grupując w sposób odpowiadający jej koncepcji narodowej pewne fakty dotyczące Szeli i konsekwentnie przemilczając inne, ulepiła z tego materjału odrażającą postać chłopa-prowokatora, konfidenta rządu zaborczego, zdrajcy interesów narodowych, zawsze niewspółmiernych i częstokroć sprzecznych z interesem klas upośledzonych.

Nie myśląc wcale przeciwstawiać się tej, konsekwentnej w ramach swych zamierzeń, koncepcji negatywnej, usiłowałem stworzyć sobie inny obraz Szeli, drogą bądź grupowania tych samych faktów historycznych po linji interesu klasowego chłopstwa, bądź też drogą czerpania nowych faktów ze źródeł dotychczas przemilczanych.

Źródłami temi są przedewszystkiem wszelkiego rodzaju pamiętniki i zapiski ludzi epoce Szeli współczesnych.

Jeden z potomków wymordowanej w r. 1848 rodziny szlacheckiej, którego trudno tem samem posądzić o stronniczość w tendencyjnem idealizowaniu postaci chłopskiego prowodyra, Ludwik Dębicki, we wspomnieniach swych z owych czasów w ten sposób charakteryzuje Szelę na podstawie zebranych przez się opowiadań świadków naocznych. (Ludwik Dębicki: Z dawnych wspomnień (1846-1848) Kraków 1903. Str. 57-a):

„... Nie był to ich zdaniem pospolity zbrodniarz, nie działał jak inni w stanie opiłym, z wściekłością dzikiego zwierza. Trzeźwy i spokojny, miał na ustach słowa Pisma Św.; gdy mordował i pastwił się nad swojemi ofiarami, wtedy jeszcze występował jako moralista i mściciel. Zdawał się być mistykiem i sekciarzem w siermiędze...

„... Po dokonanych mordach miał ten herszt rzezi przemowę do dwóch wdów po Stanisławie i Nikodemie Boguszach, z domu Stojowskich, którym wymordował także synów. Przemawiał, jako wybawca od tyranów, jako wykonawca, rozkazów nietylko cesarza, lecz Pana Boga...

„... Imię Szeli było hasłem w całej okolicy Brzostku, Pilzna i Jasła...

Zarysowująca się z tych słów postać dyktatora chłopskiego odbiega w znacznej mierze od jego portretu, naszkicowanego przez historję oficjalną na użytek podręczników szkolnych i pobudza do rewizji pewnych faktów historycznych.

Historja oficjalna stwierdza, że w okresie, wyprzedzającym rzeź galicyjską o lat z górą piętnaście, Szela był już popularnym w okolicy orędownikiem i doradcą chłopstwa, reprezentantem i delegatem swej wsi w pertraktacjach z dworem. W roku 1832, aby dowiedzieć się co chłopi winni płacić dworowi, a co nie, — idzie pieszo do Lwowa, do samego namiestnika, co po powrocie odpokutowuje dwumiesięcznym aresztem. W rok jeszcze niespełna przed rzezią organizuje deputację chłopstwa okolicznego do cesarza, do Wiednia, celem ostatecznego wyświetlenia u źródła sprawy ciężarów pańszczyźnianych, na co obkłada wieś samorzutnym podatkiem po dwa cwancygiery od chaty.

Historja oficjalna przyznaje dalej, że hasło do rzezi rzucił Szela na skutek wyraźnej obietnicy, danej mu imieniem cesarza przez starostę tarnowskiego, Breinla. Z chwilą rozprawienia się z panami, chłopi otrzymać mieli na własność uprawianą przez nich ziemię i zostać zwolnieni raz na zawsze od przymusu pańszczyzny. Po trzydniowej jednak rzezi, na skutek interwencji u dworu opanowanej popłochem szlachty, cesarz, zapominając o swej poprzedniej obietnicy, wydaje dekret, nakazujący chłopom powrót na pańszczyznę. O dalszych losach tego dekretu historja oficjalna zamilcza, ograniczając się do stwierdzenia faktu aresztowania Szeli i odstawienia go do Tarnowa, oraz późniejszego zesłania go na Bukowinę. Zarówno sam fakt aresztowania, jak i późniejsze zesłanie, przedstawione tu zostały jako rodzaj umówionej komedji, zainscenizowanej przez starostę Breinla, celem uspokojenia wzburzonej szlachty, oraz łatwiejszego wynagrodzenia Szeli przez władze austryjackie. W nagrodę za wyrządzoną przysługę cesarz obdarowuje go w dożywocie kawałkiem gruntu na dalekiej Bukowinie.

W oświetleniu niektórych źródeł ówczesnych cały ten drugi akt dramatu galicyjskiego przedstawia się nieco inaczej. I tu punktem kulmnacyjnym jest fakt nadejścia niespodziewanego dekretu cesarskiego, nakazującego chłopom powrót na pańszczyznę. Towarzyszy mu jednak drugi fakt, przez historję oficjalną przemilczany, fakt odmówienia przez Szelę wykonania tego rozkazu. Przy odmowie Szeli stanęło murem całe chłopstwo okoliczne, na roboty nie wracając. Równało się to jawnemu buntowi przeciw woli cesarza, przez którego chłopstwo z Szelą na czeleuważało się nie bez słuszności za oszukane. Ogromny autorytet Szeli, zwrócony raz przeciw władzy rządowej, stawał się dla niej na przyszłość elementem niebezpiecznym, precedensem do dalszych buntów i nieposłuszeństw. Dlatego, na rozkaz tegoż samego starosty Breinla, Szela został aresztowany i odstawiony do Tarnowa, w następstwie zaś zesłany na dożywotnie osiedlenie na Bukowinę, gdzie „na osłodę” wydzielono oszukanemu dyktatorowi chłopskiemu kawałek gruntu do uprawy.

Z takiego ugrupowania faktów o łatwo stwierdzalnej autentyczności historycznej wynika, że w obliczu interesu klasowego Szela nie był bynajmniej sprzedawczykiem, działającym w imię korzyści osobistych, lecz świadomym i bezinteresownym obrońcą sprawy chłopskiej, głuchej na abstrakcyjną dla niej argumentację dobra ogólno — narodowego.

Gdyby nawet Szela historyczny nie istniał, to, w interesie o cały świat świadomości klasowej wzbogaconej kultury polskiej, należałoby go wymyślić.

Gdyby Szela istniejący nie był bohaterem, to i wówczas, w imię męczeńskiej epopei krzywdy chłopskiej, należałoby go dźwignąć na wyżyny heroizmu.

Tembardziej, skoro istniał i skoro posiada wszystkie cechy bohaterstwa, obowiązkiem naszym jest go ożywić.

Niechaj i tym razem uczyni to poezja, od wieków do tego powołana.

W białe noce, od rżysk i gumien,

porośniętych i mchem i mgłą,

pozbierałem tę pieśń, jak umiem

i przynoszę skrwawioną i złą.

Rozhuśtała już jesień tysiącem batut

krzywe wierzby nad stawem w takt żabich gam.

Na ostatni fałszywy czerwienny atut

dzisiaj w durnia ze śmiercią gram.

Może jutro już przejdzie traktor

po tych polach jak łaty płacht,

przyjdzie zmierzch — czarnobrody faktor —

weźmie ziemię w swój czarny pacht.

I na dziesięć mil wkrąg, czy na sto,

kędy łan się pod sierpem kładł,

wstanie wielkie kamienne miasto,

nieprzejrzany, sześcienny sad.

I gdy znowu się noc rozgwiezdni

w białej mszy księżycowych plam,

będą zwisać nad ścieżką jezdni

ciężkie jabłka łukowych lamp — —

W białe noce, zza kęp ostrężnic,

gdzie chowała się słońca rzyć,

wychodziła ta pieśń na księżyc

godzinami po psiemu wyć.

Przykucała na polu, za kępą chwastów,

kołysała się, chwiała jak zwiędła nać.

Kiedy rankiem ją spłoszył pastuch,

krople krwi było w brózdach znać.

Raz ta pieśń — zaszła mnie w życie, za łąką,

powaliła, przygniotła, kazała: służ!

i wyrwała mi język jak płony kąkol,

a miast niego wetknęła mi nóż.

Przyszła zimą skostniała, skomlała: milczę!

przypytała się: ogrzej! jęczała: krew!

A w zanadrzu urosła w żarłoczne wilczę,

nakarmiła się sercem, sięgnęła trzew — —

Kiedyś wiosna otworzy naścieżaj

pestki serc rozłupane przez pół,

zasiądziemy przy jednej wieczerzy,

będzie ziemia, jak jeden stół.

Wstrzyma dzień ten swój pęd, co prze go,

gdy mu krzykną: nie zachodź! stań!

Zniesie każdy, co ma najlepszego,

będzie świat cały — kartą dań.

Na ten dzień krasnolicy i gwarny,

zwiastowany przez grad i szkwał,

zasiądziemy, czerwony i czarny,

zmywać barwy z sztandarów i z ciał.

Na ten dzień — pokłon jutru od dzisiaj —

trzepocącą się we krwi jak karp,

na glinianej przynoszę wam misie

tę złą pieśń — — mój największy skarb!

1

Tańcowała izba, stół,

cztery konie, piąty wół.

Tańcowały krowy z obór,

jak w tancerkach był niedobór.

Tańcowała izba, sień —

Jak ci bida, to się żeń!

Z końmi — wiadra, z ludźmi — konwie,

jeden Bóg ich z których stron wie.

Tańcowały skrzypce, bas,

biała droga w czarny las.

Wyrzucała nogi-wierzby

na gościńcu, bo i gdzieżby?

Tańcowała izba, wieś —

Jak ci bida — mam cię gdzieś!

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Umorusał szybki.

Zawodziły, labidziły

w ciasnej izbie skrzypki:

A cóż ci to, Maryś, co ci,

że ci w oczkach się markoci,

że ci jakoś oczki puchną,

co przemówisz z którą druhną?

A czy cię kto, Maryś, urzekł,

czy żałujesz swoich nóżek,

że nie tańczysz tak, jak drudzy?

Przecie twój dziś ślub, nie cudzy.

Padał deszcz. Płakał deszcz.

Szumiał wiatr pod lasem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.