drukowana A5
36.99
Słówka (zbiór)

Bezpłatny fragment - Słówka (zbiór)

Objętość:
241 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0103-5

Słówka

Gdy coś mnie nadto wzruszy

Lub serce mi podrażni,

Chowam się aż po uszy

Do swojej wyobraźni.

Tam, o każdziutkiej porze,

Schronienie mam zaciszne,

Gdzie myśl wyprawiać może

Przeróżne rzeczy śmiszne.

Miast czerpać próżną chwałę

W tym, że jak z książki gada,

W głupiutkie słówka małe

Calutka się rozpada.

Te słówka mi uciechy

Sprawiają nieraz mnóstwo,

Lubię ich puste śmiechy

I ducha ich ubóstwo.

Jak błazenkowie mali

Słówko się z słówkiem cacka,

To jęzor mu wywali,

To szczypnie je znienacka.

Jedno przez drugie hasa

Wydając kwik wesoły,

Niby dzieciaków masa,

Gdy wyrwie się ze szkoły.

Jednemu w tej pogoni

Pąsem nabiegną lice,

Gdy żywszy ruch odsłoni

Młodziutkich płci różnice;

Inne troszeczkę z boku

Przystanie gdzieś nieśmiele

I stoi z mgiełką w oku

Jak zadumane cielę;

Te dwa w pustocie nowej

Objęły się przyjemnie

I same w rym gotowy

Splatają się beze mnie;

Ja patrzę na niewinne

Figielki miłych dziatek

I wolę niźli inne

Ten mały, własny światek…

O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce

J. E. Prof. Dr. Hr. St. Tarnowskiemu poświęcam.

I

Pełna gracji, zacna, słodka,

Żyła sobie stara ciotka.

Bez zbytków, lecz i bez braku,

Miała swój domek na Szlaku.

Oprócz cnót rozlicznych wieńca

Hodowała też siostrzeńca.

Brzydki chłopiec, z krzywą buzią

Zwał się — dajmy na to — Józio.

Ciotka była panną czystą,

A Józio był modernistą.

(Modernista — znaczy chłopak,

Co wszystko robi na opak;

Każdego się głupstwa czepi,

A zawsze chce wiedzieć lepiej).

Z tym smarkaczem ciotka stara

Miała strapień co niemiara.

Zawsze jej czymś umiał dopiec,

Taki był już brzydki chłopiec.

Próżno ciotka mu wymienia

Albo Lucka, albo Henia,

Co ich przykład wszystkim świeci

Jako grzecznych, dobrych dzieci;

On rozeprze się wygodnie,

Obie ręce włoży w spodnie,

Śmieje się i kiwa głową

Jakby mówił: gadaj zdrowo!

II

To rzecz nie do uwierzenia,

Co on ma za przywidzenia!

Czasem coś bez sensu maże

I mówi, że to witraże.

To znów wieczór biega nago

I rozbija wszystkich lagą.

Ciotka krzyczy: «Joseph! arrête!»

A on: «Ciociu, to kabaret!»

Wszystkie meble w domu psuje,

Mówi, że sztukę stosuje.

Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,

Deprawuje dzieci młodsze.

To rzecz w Polsce niesłychana:

Nie chcą wierzyć już w bociana!

Kiedyś wpada mała Hanka:

— «Ciociu, jestem rotomanka!»

«Któż cię tak nauczył?!» — «Józio»

Mówi z rozpaloną buzią.

«A ja — szepleni Ludwiczka —

Jestem święta pla-samiczka».

Chociaż zwykle dobra, słodka,

Zawyła ze zgrozy ciotka,

Raziła ją na kształt gromu

Taka hańba w polskim domu!

III

Czasem dobra ciotka woła:

«Usiądźcie, dzieci, dokoła,

O hetmanach, kaznodziejach,

Potem każde z was wymieni,

Którego najwyżej ceni.»

A Józio ze śmiechu kona

I krzyczy: «Ciociu! Kambrona

IV

Czasem, a najczęściej w poście,

Przychodzą do ciotki goście.

«Józiu, przywitaj się z panem!

Co ty tam za parawanem?!

Wyłaź stamtąd, puść Haneczkę

I powiedz gościom bajeczkę».

Wylazł Józio, głową kiwa

I w te słowa się odzywa:

      Bajeczka pana Jachowicza

Staś na sukni zrobił plamę,

Oblał bowiem ponczem mamę;

A widząc ją w srogim gniewie,

Jak przepraszać, sam już nie wie.

Plama głupstwo, mama doda,

Ale ponczu, ponczu szkoda!

Skończył Józio, gość się śmieje,

A ciotkę wnet krew zaleje:

Biedaczka dostała mdłości

I ze wstydu, i ze złości.

Tak ten niegodziwy chłopiec

Zawsze ciotce umiał dopiec.

V

Tak się trapi dobra ciotka,

Pełna gracji, zacna, słodka,

Lecz największą ma subiekcję

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

Dojdźże ładu z taką głową:

Zawsze ma ostatnie słowo!

Ciotka prawi o Trzech Psalmach:

Józio o «tańczących palmach»;

Ciotka mu o apostołach,

On jej o spermatozoach;

Ciotka uczy, kto był Gallus,

On poprawia: «Ciociu, Phallus»!

Ciotka znów z innego wątku

Baje o świata początku,

Józio się ząb za ząb kłóci,

Że świat cały powstał z chuci.

(Mruknie ciotka w pasji szewskiej:

«Wciąż ten łajdak Przybyszewski!»)

Ciotka znów o ideałach —

Józio: «ciociu, co to wałach?»

Taką ciotka ma subiekcję,

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

VI

Kiedy wieczór już zapada,

Ciotka do snu się układa:

Józiu! zostaw ten rozporek

I chodź odmówić paciorek.

Niech Józio przy łóżku klęknie

I powtarza głośno, pięknie:

«Boziu, usłysz głos chłopczyny,

Odpuść synów naszych winy!

Polska cię na pomoc woła!

Niech tradycji i Kościoła

Pozostanie sługą wierną!

Erotyzmem ni moderną

Niech się naród ten nie spodli!»

Teraz Józio się pomodli,

Za mamusię, za tatusia,

Potem grzecznie się wysiusia

I spokojnie, cicho zaśnie.

Brzydki chłopak mruknął: «Właśnie!»

Pisane w r. 1907.

Ach! co za prześliczne abecadło!

(Fragment zamierzonego dzieła)

B, b.

Barbara się bawiła z Bernardynem bardzo,

Lecz że taką zabawą zacni ludzie gardzą,

Teraz każde z osobna winy swoje maże,

Bernardyn beczy Bogu, a bęben Barbarze.

C, c.

Certował się co nocy z Cecylią Celestyn,

Z ilu dań ma się składać ich miłosny festyn;

Dziś błąd swój po niewczasie pojmować zaczyna

Cesia, całując chłodne ciało Celestyna.

D, d.

Długą dyskusję z durniem dorzeczna Dorota

Wiodła, co jest ważniejsze, czy miłość, czy cnota;

Tymczasem się ściemniło: gdy weszli rodzice,

dłoniach durnia dostrzegli Dorotę dziewicę.

E, e.

Excytowała Edzia eteryczna Emma,

Iż przewrotnej miłości chce poznać dilemma;

Póty się naprzykrzała, aż wreszcie, znudzony,

Edward ewakuował Emmy edredony.

Dziadzio

    Raz maleńka Fryderyka

    Miała dziadzię tabetyka.

    A że stąpał dość niezdarnie,

    Dziecię pusty śmiech ogarnie.

«Przestań — rzecze jej na to staruszek łagodnie —

I ja biegałem niegdyś żwawo i swobodnie,

A że mi dziś chodzenie idzie jak po grudzie,

To dlatego, żem w pracy żył ciężkiej i trudzie.»

    Dobre dziecię, zawstydzone,

    Poszło płakać aż na stronę;

    Odtąd zawsze w czci głębokiej

    Podpierało starca kroki.

    Pamiętajcie, drogie dziatki,

    Nie żartować z ojca, matki,

    Bo paraliż postępowy

    Najzacniejsze trafia głowy.

Stefania

Powieść psychologiczna z kajetu pensjonarki

Kto poznał panią Stefanią,

Ten wolał od innych pań ją.

Coś w niej już takiego było,

Że popatrzyć na nią miło.

Oczy miała jak bławatki

I na sobie ładne szmatki.

Chociaż to rzecz dosyć trudna,

Zawsze była bardzo schludna.

Aż mówił każdy przechodzień:

«Ta się musi kąpać co dzień».

Choć męża miała filistra,

W innych rzeczach była bystra.

Jeździła aż do Abacji

Po temat do konwersacji.

Prócz tego natura szczodra

Dała jej b. ładne biodra.

Raz ją poznał jeden malarz,

Który często pijał alasz.

Jak ją zobaczył na fiksie,

Zaraz w niej zakochał w mig się.

Miała w uszach wielki topaz

I była wycięta po pas.

Przedtem widział różne panie,

Ale zawsze bardzo tanie,

I do swego interesu

Miały dosyć podłe dessous.

Strasznie się zapalił do niej,

Wszędzie za Stefanią goni.

Miał kolorową koszulę

I przemawiał bardzo czule,

Żeby dała mu natchnienie,

Ale ona mówi, że nie.

Że umi kochać bez granic,

Ale to tyż było na nic.

Potem jej mówił na raucie:

«Dałbym życie, żebym miał cię».

Jak zobaczył, że nie sposób,

Poszedł znów do tamtych osób.

Ale już zaraz za bramą

Mówił, że to nie to samo.

Takiej dostał dziwnej manii,

Że chciał tylko od Stefanii.

Bo to zawsze jest najgłupsze,

Kiedy się kto przy czym uprze.

Mówili mu przyjaciele:

«Czemu jesteś takie cielę,

Z kobietami trzeba twardo,

A nie cackać się z pulardą.»

Więc jej zaczął szarpać suknie,

A ta jak na niego fuknie.

Wtedy całkiem stracił humor

I upijał się na umor.

Potem do Stefanii lubej

List napisał dosyć gruby,

Że to będzie znakomicie,

Jak sobie odbierze życie.

A ona myślała chytrze:

«To by było nie najbrzydsze.»

Lecz jak przyszło co do czego,

Jakoś nic nie było z tego.

Potem znowu za lat kilka

Przyszła na nią taka chwilka.

I myślała, czy to warto

Było być taką upartą.

Lecz tymczasem mu wychłódło,

Bo już była stare pudło.

Tak to ludzie trwonią lata,

Że nie są jak brat dla brata.

Z tym największy jest ambaras,

Żeby dwoje chciało naraz.

Ernestynka

Powieść obyczajowa z kajetu tejże pensjonarki

Druga znów była dziewczynka,

A zwała się Ernestynka.

Jeden miała smutek wielki,

Bo ojciec robił serdelki.

A przeciwnie za to ona

Była bardzo wykształcona.

Wciąż czytała co się zmieści

Śliczne francuskie powieści.

Mówili o niej bógwico,

Że jest tylko pół-dziewicą.

Nie każda jest taka święta,

Żeby zaraz mieć bliźnięta.

Raz ją ojciec przez to złapał,

Bo jej narzeczony chrapał.

Straszny krzyk się zrobił w domu,

Że tak czynią po kryjomu.

Każdy wrzeszczał o czym innym,

Jak zwykle w domu rodzinnym.

Ojciec najgorsze wyrazy

Powtarzał po kilka razy.

Ona płakała cichutko,

Bo ją przy tym kopnął w udko.

A potem jeszcze jej ostro

Zakazał bawić się z siostrą,

Że się taka sama świnka

Zrobi, jak ta Ernestynka.

Z książkami tyż była heca,

Wszystkie powrzucał do pieca,

Choć sam nie wiedział, dlaczego,

Co ma jedno do drugiego.

W końcu ustały te krzyki,

Poszedł rano do fabryki.

Na co człowiek się naraża,

Kiedy ojca ma masarza.

Franio

Powieść dydaktyczna

Franio był to chłopiec mały,

Ale był bardzo nieśmiały.

Lubił widzieć u siostrzyczki,

Kiedy zdejmuje spódniczki.

Zaraz robił się niebieski

I w oczach miał rzewne łezki.

Aż mówiła dobra niania:

«Żeby szlag nie trafił Frania».

Albo się w kąpieli śmiała:

«Tobie by się żona zdała».

A on patrzył przestraszony,

Bo nie był uświadomiony.

Naradził się Tato z Mamą

I Babunia tyż to samo,

Że to już ostatnia pora

Zawieźć Frania do doktora.

Doktór zaraz wziął trzy ruble

I kazał go moczyć w kuble.

Powiedział, że to dziedziczne

Cierpienie psycho-fizyczne.

I że mu to przejdzie z wiekiem,

Jak będzie dużym człowiekiem.

Złe sobie daje świadectwo,

Gdy kto wyszydza kalectwo.

Z nastrojów wiosennych

Nie masz nic milszego ponad

Ciągnący żeński pensjonat.

Sunie sznurkiem przez plantacje

W ciszy, z wolna, uroczyście —

Zielono, pachną akacje,

Słońce gzi się poprzez liście — —

Ciągnie podwójny sznureczek

Takich przemiłych owieczek.

Cieplutko, wiosna, południe,

Ławeczka, próżniactwo boskie,

Myśli rozigrane cudnie

W jakieś koziołki szelmowskie — —

Idą: duża, mniejsza, mała,

Kobiecości gama cała.

Ptaszek ćwierka gdzieś tam z góry

Swoich liryk «pierwszą serię»,

Zapoznanych serc tortury

I celibatu mizerie — —

Pod kapotką granatową

Rysuje się to i owo.

«W rytm melodii jakiejś sennej

Kołyszą się stare drzewa,

Płynie falą dech wiosenny,

W sercu puka coś, coś śpiewa» —

Ta mała mogłaby troszkę

Obciągnąć sobie pończoszkę…

Jakiś czar nieznany jeszcze

Jakieś czucia wiotkie, śliczne —

Jakieś dziwne w piersiach dreszcze

Pan i pani - teistyczne — —

… … … … … … … … .

Czy to nie znaczy przypadkiem,

Że czas mi już zostać dziadkiem…?

Naszym hymenografomanom

Literacki nasz ogródek

Pachnie wśród księgarskich półek

Wonią mirtów, niezabudek

I przeróżnych innych ziółek.

Te inspekta czyste, ładne,

Co od rosy lśnią porannej,

To królestwo samowładne

Legendarnej polskiej panny.

Dla Niej, dla tej jasnej wróżki

Nasi geniusze się trudzą,

Aby mogła do poduszki

Ubrać się w poezję cudzą.

Przez Nią, za Nią, dla Niej, od Niej

Wszystko bierze swój początek,

Od hymenu jej «pochodni»

Natchnień się rozpala wątek.

W prochu wielbi nasza małość

Dziewiczości Arcy-statut:

Panieńskiego… wdzięczku całość

To najwyższy Stwórcy atut!

Póki tej ozdoby swojej

Nie uroni dumna Polka,

Póty małe czółko stroi

Wszechpotęgi aureolka;

Tłumów, co jej żebrzą łaski,

Brzmi w powiastkach naszych lament,

Tak czarowne rzuca blaski

Anatomii cenny diament;

Gdzie otworzyć, tam się miele

Jedną życia wciąż zawiłość:

Jak i kiedy polskie cielę

Swojskiej gęsi zyska miłość…

Musisz poznać naszej «Czystej»

Papę, mamę, cały dom jej,

W końcu służyć do asysty

Przy niewinnej tej sodomii.

Lecz gdy klejnot swój postrada,

Pożegnajmy się z nią smutni;

Ach, po trzykroć takiej biada,

Zmarła już dla polskiej lutni!

Wszystko pierzchło, wszystko znikło,

Jakby trumnę już zabito:

Idzie życia ścieżką zwykłą

Już w kompletnym incognito.

Co wyrośnie z małej gąski,

Która z tak krzykliwą pychą

Wpływa w życia strumyk wąski,

O tym w naszych księgach cicho;

Nasi piewcy idealni

Ignorują światek ciasny,

Co się kręci wśród sypialni

Czasem cudzej, czasem własnej;

Gdy już hukną wielkim głosem:

«Zdrowie zacnej młodej pary!»

Któż by się tam troszczył losem

Krajowej Madame Bovary

Rzucona z takim hałasem

Jak tam plącze się zagadka?…

Jakieś echa tylko czasem

Nas dochodzą: żona… matka…

Aż po lat przydługiej serii

Znowu ją sadowią na tron,

Gdzie ozdobą jest galerii

Legendarnych polskich matron.

Pisane w r. 1908.

Litania ku czci P. T. Matrony Krakowskiej

Inwokacja:

Dostojna Pani! Sporo lat już mija, jak słucham potulnie i cierpliwie potoków Twej wymowy; racz więc przymknąć teraz na chwilę Twe słodkie usteczka i pozwól mi przemówić, a postaram się — w przeciwieństwie do Ciebie, Pani, — być zwięzłym i treściwym.

O ty, polskiej ziemi chwało,

Ty, postaci wpółmonarsza,

Ty, czcigodna, nazbyt mało

Opiewana, «damo starsza»;

Ty, co z głębin swej kanapy

Wychylając kibić tłustą,

Brzydkie swe nadstawiasz łapy

Przerażonym naszym ustom;

Ty, co z dostojeństwem w twarzy

Dźwigasz swe potworne kłęby,

O których lustmörder marzy,

Szczerząc zakrwawione zęby;

I ty, uroczysta klempo,

W twojej wiecznej sukni bordo,

Z twoją beznadziejnie tępą

— Powiedzmy otwarcie — mordą;

Ty, orędowniczko dzielna

Uciśnionej polskiej nacji,

Arcykapłanko naczelna

Naszej starobabokracji;

Ty, co w «Piątki» lub «Soboty»

Polskich dusz sprawujesz rządy,

Starodawne wskrzeszasz cnoty,

A druzgocesz «nowe prądy»;

Co na fiksach i na rautach,

I na dobroczynnej sesji

Pytlujesz o pruskich gwałtach,

O «modernie» i «secesji»;

Ty, co wszelkich zadań bytu

W mig rozcinasz każdy problem,

Gdy człek myśli, jakim by tu

Zamknąć babie gębę skoblem;

Ty, strącona z Łysej Góry

W salonu fałszywy «ampir»,

Gdzie nas bierzesz na tortury

I krew nudą ssiesz jak wampir;

Ty, co głupoty powagą

Najmądrzejszych wodzisz za łby;

Ty! którą po śniegu nago

Człowiek bez litości gnałby;

Ty, elokwencji patoko,

Coś jest wiecznych sporów źródłem,

Czy cię nazwać starą kwoką,

Czy też raczej starem pudłem;

Ty, co gorzko winisz męża

O prozaizm i codzienność,

Gdy twa energia zwycięża

Nazbyt rzadko jego senność;

I ty, której czujność tępi

Młodych wzruszeń powab czysty,

A co w Tomaszu à Kempi

Dawnych gachów chowasz listy;

Ty, co zdarłszy z siebie płótna,

Oglądasz się w lustrze całą

I wzdychasz, ropucho smutna:

«On tak lubił moje ciało…»

Ty, obrazie wiedźmy starej,

Wydarty ze sztychów Goyi —

Powiedz mi: przez jakie czary

Jęczymy w niewoli twojej?

Z jakim czartowskim blekotem

Omamienie na nas padło,

Że czynimy czci przedmiotem

Szpetność, głupotę i sadło?

Przez jakie dziwne kuriozum

Tłuszcz bierzemy za charakter,

Puste gadulstwo za rozum,

A za obraz cnót klimakter??

Za co stwór podeszły wiekiem,

Co kobietą być już przestał,

A nigdy nie był człowiekiem,

Windujemy na piedestał???!

Próżne gniewy, próżne męstwo,

Nie nadeszła chwila jeszcze —

Nazbyt silnie czarnoksięstwo

Ściska nas w potworne kleszcze;

Coraz ciaśniej, coraz duszniej,

Coraz bardziej smutni, słabi

W takt kręcimy się posłuszni,

Jak nam zagra chochoł babi;

I tylko w tęsknocie żyjem,

Czy nie wstanie jaki Wandal,

Co przepędzi babę kijem

I zakończy raz ten skandal!…

Pisane w r. 1908.

Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,

Czysta niby błękit nieba,

Mądra, zacna, miła, ładna,

— Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język najobfitszy

W poetyczne różne kwiatki,

W uczuć sferze pospolitszej

Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości

Nazbyt górnie toczy skrzydła,

A nas, ludzi z krwi i kości,

Poniewiera gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,

Życia cały wdzięk stanowi,

Na to — nie ma wyrażenia,

O tym — w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne Panie,

By od grubszych zacząć braków:

Jak mam nazwać «obcowanie»

Dwojga różnej płci Polaków?

Czy «dusz bratnich pokrewieństwem»?

Czy «tarzaniem się w rozpuście»?

«Serc komunią» — czy też «świństwem»,

Lub czym innym w takim guście?

«Cudzołożyć»? «Jawnogrzeszyć»? —

(Dalej już położę kreski,

Resztą może was ucieszyć

Józef Albin Herbaczewski).

Choć poezji święci wiosnę

Wieszczów naszych dzielna trójka,

Polskie słownictwo miłosne

Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze

Znajdziesz choćby w takim głupstwie,

Że polskiego słowa mistrze

Śnią o «rui» i «porubstwie»!!

W archaicznym tym zamęcie

Jak ma kwitnąć szczęścia era?

Gdzie zatraca się pojęcie,

Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,

By na ziemi niebo stworzyć,

Lecz wykrztusić jak: aniele,

Ja chcę z tobą — — cudzołożyć!!?

Jak wyszeptać do dziewczęcia:

Chcę «pozbawić cię dziewictwa»,

Nie obawiaj się «poczęcia»,

Kpij sobie z ja-wno-grze-szni-ctwa!

Jak kusić głosem zdradzieckim,

Wabić słodkich zaklęć gamą?

Każdy wyraz pachnie dzieckiem,

Każde słowo drze się: mamo!

Nazbyt trudno w tym dialekcie

Romansowe snuć intrygi:

Polak cnotę ma w respekcie

Lub «tentuje» ją — na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji

«Płcie odmienne» siądą społem,

Główna cząstka konwersacji

Zwykła toczyć się — pod stołem.

Niech upadnie ci serweta —

Człowiek oczom swym nie wierzy:

Gdzie mężczyzna? gdzie kobieta?

Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa

Fantastycznie poplątana

Stacza walki pełne męstwa:

Istny Grünwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały

Gimnastyczne trwa ćwiczenie,

A przy stole — komunały

O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,

Że marnieje lud nasz chwacki,

Że już cichą, polską wioskę

Skaził żargon literacki;

Na wieś gdy się człek dobędzie,

Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,

Słyszy: «Kaśka, jagze bendzie

Względem tego co i owszem…»

… … … … … … … … . .

… … … … … … … … . .

Widzę tu zebraną tłumnie

Kapłanów sztuki elitę,

Co swe kudły wznoszą dumnie

Ponad rzesze pospolite.

Wy! «świetlanych duchów związek»

Wy! «idei stróże czystej»,

Wasz to jest psi obowiązek

Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,

Schowajcie pawie ogony,

Żyjcie — czym każdy z nas żyje,

Idźcie — — kochać… za miliony!

Dość nastrojów waszych, dranie!

Uczcie mówić waszych braci:

To jest wasze powołanie!

Od tego was naród płaci!

Język naszym skarbem świętym,

Nie igraszką obojętną;

Nie krwią, ale atramentem

Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi,

A nie tępić życia zaród,

Soków pełnię czerpać z ziemi:

Jaki język — taki naród!!!

Pisane w r. 1907.

List otwarty kobiety polskiej

pod adresem «Zielonego Balonika»

Do twych licznych wieńców chwały,

Mój czcigodny kabarecie,

Pozwól dzisiaj listek mały

Dorzucić polskiej kobiecie.

Usłysz od niej prawdy słowo,

Moja kliczko «pięknych duchów»,

Żeś edycją luksusową

Typowych polskich eunuchów.

Gdy obalasz dawne style,

Nowe wieścisz schrypłym głosem,

Czyś pomyślał choć przez chwilę

Nad nieszczęsnym moim losem?

Aby w tajnie mego serca

Zajrzeć, coś uczynił, powiedz?

Nieodrodny spadkobierca

Starego gbura z Nagłowic!

… … … … … … … . .

Sto lat w lirycznej niewoli

Jęczymy: u nóg koturny,

Czoło w świętej aureoli,

Na głowie popiołów urny,

Spojrzenie czyste a tkliwe,

Na piersiach cnoty puklerze:

Sto lat czekamy cierpliwe,

Kto nas z tych strojów rozbierze.

Gdy rozeszła się wieść głucha

Jakiejś nowej ewangelii,

Jasny płomień w sercach bucha:

Precz z Kordianem, w kąt Anhelli;

Jakiś nowy dreszcz nas wzrusza,

Droga życia każda chwila,

Laura szuka kapelusza,

Weneda sukienki lila,

Aldona tłucze się w wieżę

Wołając: proszę otworzyć!

Grażyna zrzuca pancerze,

Lecz nie zdążyła nic włożyć —

Do Telimeny Zosieczka,

Ukrywszy w dłoniach oblicze,

Szepce wstydliwie: Cioteczka,

Naucz mnie tańczyć macziczę!

Pokazując zgrabne nóżki,

Pani Aniela Beniowska

Przykleja zalotne muszki

Koło zadartego noska —

Każda woła: nie chcę dziecka!

Szepcą nawet starsze panie,

Że Marynia Połaniecka

Przyspieszyła rozwiązanie!!

Wszędzie nową czuć herezją —

W całym stawku płytko-grząskim,

Gdzie obowiązek poezją,

A poezja obowiązkiem,

Wszystko czeka z utęsknieniem,

Skąd zaświta nowa era:

Wreszcie słyszym z serca drżeniem,

Że — — kabaret się otwiera!

… … … … … … … . .

Jakiż zawód! To zebranie

Poczciwych sarmackich gburów,

Mordobicie, wódkochlanie,

Kurdesze pijackich chórów,

Łby dymiące, sprośne fraszki,

Ryki bezmyślnych toastów —

To wasze górne igraszki,

Nieodrodne plemię Piastów?

Któż z was pojmie i wyśpiewa

Dziewiczego ciała zapach,

Jak z melancholii omdlewa

W waszych grubych polskich łapach!

Kto się umie drażnić mową

Szumu jedwabnych falbanek? —

Co wam o to! gadaj zdrowo!

Byle w komplecie był «wianek»!

Kto z piersi naszej westchnienia

Nieznacznym dobędzie gestem?

Kto uprzedzi głos sumienia

Opadłych sukien szelestem?

Kto z was pieszczotą zuchwałą

Zbudzi sen zaklętych dziewic?

Niech wystąpi! zaraz! śmiało!

Gdzież jest ten z bajki królewic?

… … … … … … … . .

… … … … … … … . .

Niż waszych słuchać hałasów,

«Nowej kultury» rycerze,

Wolę czekać lepszych czasów

W skromnej, polskiej… garsonierze!

Pisane w r. 1906.

Replika kobiety polskiej

(autorki listu otwartego) na odpowiedź młodzieńca polskiego

Nie tobie, mój Sowizdrzale,

Złotowłosy piękny paziu,

Nie tobie, mój słodki Aziu,

Taka przystała odpowiedź

Na tęsknoty me i żale,

Na mojego serca spowiedź!

Ty niewdzięczny, ty niepomny,

Ty, pieszczony jak Żuanek,

Mentor panieneczki skromnej,

Półdziewicy półkochanek,

Ty, bawidełko mężatek,

Feblik matek, wdów gagatek,

Spowiednik arystokratek,

Ty, co piłeś do przesytu

Zmysłów mych najskrytsze dreszcze,

Coś dziś cały ciepły jeszcze

Od puchu mojej pościeli,

Ty — mi mówisz o kądzieli!

Więc ty, mimo twego sprytu,

Nie poznałeś mnie na tyle,

Że dla ciebie dokumentem

Są Marynie i Maryle?

Że dla ciebie pismem świętem

Są Aniele i Anielki,

I ten ckliwy produkt wszelki

Waszej wytrzebionej «jaźni»,

Waszej smutnej wyobraźni!?

Więc te cuda polskich dziewic,

Swojskiej cnotki miły zapach,

Te gosposie i te Zosie,

Które sobie przy bigosie

Fantazjował pan Mickiewicz,

Aby znaleźć w nich pociechę

Po swoich miłosnych klapach,

Czyjejż są tęsknoty echem?

Czyjeż ideały godne?

A te, w czułym atramencie

Urodzone nimfy wodne

Pana Słowackiego Jula,

O którego… mankamencie

Wie dzisiaj każda smarkula,

I który mu wypomina

Nawet Świderska Alina!!

A ten… trzeci wasz poeta…

No, ten… hrabia… z dużym nosem,

Któremu każda kobieta,

Co ją ujrzał bez bielizny,

Była symbolem Ojczyzny,

A łóżko ofiarnym stosem!

(Tak w męczeństwa aureoli

Z każdą popływał w gondoli,

Potem — ona poszła z dzieckiem,

A on rozmawiał z Czarnieckim).

Powiedz, proszę, z jakiej racji

Ja mam brać odpowiedzialność

Za tych figur monstrualność,

Wylęgłych w imaginacji

Rozmaitych takich panów!

Więc te przeróżne perwersje

Lechickich erotomanów,

Polskie matki, polskie żony,

Te Grażyny i Aldony

Ty chcesz uważać za wersję

Autentyczną kobiecości?

… … … … … … … . .

To się można wściec ze złości!!

Zostaw całą tę bibułę,

Złotowłosy paziu słodki,

Zostaw te androny czułe,

Wielkich duchów małe plotki!

Wierz mi, wszyscy ci poeci

To są duże, stare dzieci,

I najgłupsza panna z pensji

Nie ma tak śmiesznych pretensji.

Że ktoś stworzył «Tadeusza»,

Winszuję mu sercem całem,

Lecz czyż każdego geniusza

Mam nagradzać własnym ciałem?

Płacić długi społeczeństwa

Ceną mojego panieństwa?

Zapytajcie się Maryli:

Opowie wam każdej chwili,

Czuje w kościach do tej pory

Te filareckie amory

I ten poetycki kierat,

W jaki wprzągł ją pan literat!

W niewinności szukał chluby,

Mleczkiem pijał zdrowie «lubej»,

Ballad płodził całe łokcie,

Z sercem czystszym niż paznokcie

Mierzył, zbrojny w pancerz wiary,

Siłę (męską!) na zamiary!

Takie ma kobieta szanse,

Gdy się z wieszczem wda w romanse:

A niech która się odważy

Zerwać nici tych szantaży,

Śluza przekleństw się otwiera:

«Puchu marny» et cetera!

… … … … … … … . .

Pójdź, mój paziu, chwile płyną,

Nie dla nas ta gra słów pusta,

Gdy pić zechcesz życia wino,

Zawsze znajdziesz moje usta.

Choć pod oknem trubadury

Giną w lirycznej agonii,

Drwij z całej literatury,

Oknem właź bez ceremonii!

Jak wygląda niedziela

By uniknąć ambarasu

Wzięto Rok za miarę czasu.

Dzielą go (bardzo wygodnie)

Na miesiące i tygodnie.

Tydzień znów z grubsza podzielę

Na zwykłe dni i Niedzielę.

Do pracy są zwykłe dzionki,

A Niedziela dla małżonki.

W ten dzień, by największa ciura

Wyzwolona jest od biura.

Każdy ze swoją niewiastą

Rad wybiera się za miasto.

Podaj ramię magnifice

I jazda z nią na ulicę.

Oczywista, że i dziatki

Spieszą obok swego tatki.

Przodem Maryjka, a za nią

Klementynka, Brzuś i Franio.

W ciągu miłej tej podróży

Człowiek trochę się zakurzy.

Szkoda nowej sukni w groszki:

Szukaj, mężusiu, dorożki.

Każda, jak to zwykle w święta,

Odpowiada ci: zajęta.

Żona ci wypruwa flaki:

«Bo ty zawsze jesteś taki».

Ożywiona tą gawędką

Droga mija dosyć prędko.

Szczęściem wzbiera miejskie łono,

Gdy trawkę widzi zieloną.

Już was tylko przestrzeń krótka

Oddziela od piwogródka.

Ale, kto ma liczną dziatwę,

Nic mu w życiu nie jest łatwe.

Franio się przestraszył gęsi,

A Maryjka woła «ęsi».

Brzusiowi pot spływa z czoła

I co gorsza nic nie woła.

Wszystko mija, więc szczęśliwie

Siedzicie wreszcie przy piwie.

Miło słyszeć jest Trawiatę

W wykonaniu firmy «Pathé».

Kiedy człowiek sobie podje,

Dziwnie tkliw jest na melodie.

Ogryzając z kurcząt kości

Nucisz «za zdrowie miłości…»

Ociężałym nieco krokiem

Wracasz do dom późnym zmrokiem.

Teraz wielka pantomina:

Do snu kładzie się rodzina.

Najpierw Maryjka, a za nią

Klementynka, Brzuś i Franio.

Patrzysz łakomie, jak żona

Rozdziewa pierś i ramiona.

Słońce, wieś, Trawiata, piwo,

Myśli płyną ci leniwo.

A finał ekskursji całej:

Nowy bąk za trzy kwartały.

Nowa wiara

Zewsząd chóry brzmią radosne:

Ma cel wreszcie egzystencja!

Cel, co wskrzesi rajską wiosnę,

A tym celem — Abstynencja.

Nazbyt długo ludzkość biedna

Ścigała marę zwodniczą,

Gdy jest droga tylko jedna

Zgodna z wiedzą przyrodniczą.

Już rozpadły się w kawały

Dawne majaki mistyczne —

Nowe mamy ideały:

Higieniczno-statystyczne.

Zamiast błądzić w ciemnym mroku

Ludzkich instynktów wyzwoleń,

Jedno trzeba mieć na oku:

«Zdrowotność» setnych pokoleń.

Chyba wariat jeszcze szuka,

Gdzie drga silnych wzruszeń tętno,

Gdy dziś kreśli nam nauka

Szczęścia ludzkości «przeciętną».

Czegóż więcej — każdy przyzna —

Możesz żądać, dobry człeku,

Patrząc jak się ta «krzywizna»

Dumnie wznosi — w przyszłym wieku.

Już obliczył nam dokładnie

Akademii «były docent»,

Ile za lat tysiąc spadnie

Śmiertelności średni procent.

Trzymaj zatem na obroży

Namiętności twoje szpetne:

Będzie prawnuk twój żył dłużej

O dwa zera i trzy setne.

Witajmy więc ludzkość czystą!

Zewsząd pieją już Hosanna

Na wyścigi z onanistą

Histeryczna stara panna;

Lada kiep, co od kolebki

Ani pije, ani… pali,

Afiszuje swoje klepki

Wprawdzie cztery — lecz ze stali.

W bohaterstwa nowe szranki

Wlecze młodzian puste łóżko:

Żyj lat dziesięć bez kochanki,

Obwołają cię Kościuszką.

I w małżeństwie bez ekscesów!

Kontrolują serca bicie,

Czy pamiętasz wśród karesów,

Że masz stworzyć nowe życie;

Troska sen im z oczu płoszy:

Wielki problem w głowach świeci,

Jak przy «minimum» rozkoszy

«Maksymalnie» płodzić dzieci.

Odmawiajcie, abstynenci,

Higieniczny wasz różaniec,

Niech się mały światek kręci

W ten świętego Wita taniec;

Pijcie wodę w cnym skupieniu,

Ale mnie przechodzi mrowie,

Że gdzieś, w trzecim pokoleniu,

Znajdzie się ta woda — w głowie.

Pisane w r. 1907.

Krakowski jubileusz

Nie wiem, który to nasz przodek,

W przydługi ponoś karnawał,

Gdy wyczerpał wszelki środek,

Skąd wziąć jaki świeży kawał,

Wraz, po formy dążąc nowe,

Chwycił kpiarstwa kaduceusz,

Skrobnął się nim mocno w głowę

I wymyślił — jubileusz.

Przyjęła się ta zabawa,

Jako że w niej leży sposób,

Co każdemu daje prawa

Kpić z najszanowniejszych osób;

Lecz, że wszystko mija w świecie,

(Niech go jasny piorun trzaśnie!)

I zdarzyć się może przecie

Że tradycja ta wygaśnie,

Podam tu więc przepis cały,

By wszedł do krakowskich kronik,

Na ten jubel tak wspaniały,

Jak «rękawka» lub «lajkonik».

Bierze się do tego celu

Tęgiego, starego pryka;

Sadza się go na fotelu

I siarczyście go się tyka.

Odmiany wszak prawa znacie,

Trudności nie będzie zatem;

Więc: jubilat, jubilacie,

Jubilata, z jubilatem…

Publiczności zastęp liczny

Hurmem obsiada galerią,

A cały ten obchód śliczny

Sam pacjent bierze na serio.

Wstaje rzędem człek niektóry,

Kogo tam zaswędzi ozór,

I wygłasza srogie bzdury,

W uroczysty dmąc je pozór.

Brzmi powaga w każdem słowie,

Choć od śmiechu drgają rzęsy:

O, bo myśmy tu w Krakowie

Wszystko straszne sans rire pince'y.

Reszta słucha, oczy mruży,

Kpiąc po trosze sobie z pryka

I z tego, który bajdurzy,

I z tego, który to łyka.

«Z uwielbienia pełnym łonem

Stawam tu, czcigodny panie,

Z sercem… te… tak przepełnionem…

Że mi ledwo tchu już stanie.

Twe zasługi są tak duże,

Żeby trzeba, jakem szczery,

Ryć… te… spiżem… na marmurze…

(Po cichu: cztery litery).

Twoje słowa mądre, wieszcze,

Żyć w narodzie będą święcie,

I prawnuki nasze jeszcze,

Mieć je będą… (cicho: w pięcie).

Więc, gdy zasług jubilata

Żaden czasu grom nie zetrze,

Niech nam jeszcze długie lata…

(Po cichu: psuje powietrze…)»

Coś tam jeszcze mówca bąka,

Orkiestra kropi fanfarę,

A jubilat głośno siąka,

Łez rozkoszy roniąc parę.

Magnificus się podnosi:

(Przypadkowo ginekolog)

I znów z innej beczki głosi

Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,

Ale skupia w treść ogólną:

«Panie… ten… ojczyzna nasza…

Jest nam wszystkim… matką wspólną…

Ona poi nas swym mlekiem

I karmi niby dziecinę,

Zanim stanie się człowiekiem…

Przez swą… panie… pępowinę…

Znak to niskiej, podłej duszy

Narodowym to występkiem,

Gdy kto związki — panie — skruszy

Z tym matczynym… panie… pępkiem…

I choć wrogie siły czasem

Sznur pępkowy… panie… przedrą…

(Cóż u diabła z tym kutasem!

Jak powiada stary Fredro…)»

Et caetera, et caetera,

Jeden gada, drugi gada,

«...Praca żmudna, ciężka, szczera…

(Sam jubilat odpowiada.)

I tak dalej, i tak dalej,

Coraz cieplej, coraz parniej,

W końcu obiad w dużej sali,

Barszczyk, łosoś, comber sarni,

Znów podają «jubilata»

W różnych sosach na patelni,

Znów się każdy głąb z nim brata,

Kpiąc zeń coraz to bezczelniej,

Aż wreszcie, dobrze gdzieś rano,

Gdy wyssą wszystkie likwory,

I każdy pałę zawianą,

A brzuch ma od śmiechu chory,

Pacjenta odwożą do dom,

Gdzie w pierzynie ciepłej legnie,

Nim ku nowym takim godom

Znowu latek dziesięć zbiegnie;

A ci szelmy krakowianie

Dalej sobie łamią głowy,

Komu by tu wyrżnąć — panie —

Kawał «jubileuszowy».

Z podróży Lucjana Rydla na wschód

Grób Agamemnona

Niech fantastycznie lutnia nastrojona

Wtóruje pieśni tragicznej i smutnej,

Bo — Rydel wstąpił w grób Agamemnona

I pysk rozpuścił w sposób tak okrutny,

Że rozbudzone na wpół trupy z cicha

Szepcą do siebie: cóż tam znów, u licha?!

«O, cichym jestem jak wy, o Atrydzi,

— Bełkoce Rydel z zapienioną twarzą —

Ani mnie kiedy moja małość wstydzi,

Ani się myśli tak jak orły ważą —

(Tu wydał cichy jęk grobowiec niemy

Jakby chciał mówić: ach, wiemy to, wiemy!)

Z tej ziemi, którą boski Homer śpiewał,

Niechaj przeszłości szepcą do mnie głosy

Ludu, co także pod spód nic nie wdziewał

I także chodził z gołą głową, bosy;

Niech mówi do mnie duch helleńskich braci,

Co także, jak ja, nie nosili g…

I gdy tak błądzę po Hellady błoniach,

Dziwne mam wizje przed duszy oczyma:

W tej chwili dają do kolacji w Toniach,

Wszyscy zasiedli — tylko mnie tam nie ma…

Na stole kluski… i jajka sadzone…

A dzieci mówią Pod Twoją obronę

I wraz otrząsłem się z pogańskich baśni,

Ukląkłem cicho i złożyłem ręce —

I zaraz w sercu stało mi się jaśniej

I dziękowałem Najświętszej Panience,

Za to, że swoich łask mi wciąż użycza

I mnie wysłała tu — nie Cięglewicza…»

O tem co w Polszcze dzieyopis mieć winien

(Dowiedzieliśmy się z komunikatu krakowskiej Akademii Umiejętności, iż ta, ku wielkiemu swemu żalowi, nie mogła przyznać nagrody imienia Barczewskiego za rok bieżący prof. Aszkenazemu, a to dla jego brzydkiego wyznania, przeciw któremu zastrzegają się wyraźnie statuta fundacji. Nie wszystkim znane jest jednak wiekopomne a skrzydlate słowo prof. Aszkenazego, zrodzone w następstwie tego wyroku. Mianowicie, skrzywdzony autor «Łukasińskiego», w chwili pierwszego rozgoryczenia, miał się wyrazić do jednego z najpoważniejszych członków instytucji, prof Mor...skiego, że wobec tego Akademia powinna oglądać nie książki kandydatów, ale… zupełnie, ale to zupełnie co innego…

Jędrne to oświadczenie uczonego historyka natchnęło nas do zamknięcia niniejszego zdarzenia w ramy znanej fraszki naszego znakomitego protoplasty, Jana z Czarnolasu).

Sądziła Akademia dorocznym zwyczaiem,

Kto się w piórze nalepiey odznaczył przed kraiem.

O praemium się zabiegał, bez boskiey obrazy,

Tomkowic z Sodalicyi y pan Aszkenazy.

W długie się Akademia spory nie wdawała,

Ieno im obu z sobą do łaźniey kazała;

Iako że tam rozsądzać będzie komisyia,

Kto ma lepsze kondycye y nagroda czyia.

Męże co nayuczeńsze zasiadły u stoła,

A ci dway, z szat rozdziani (iako rzec?) do goła.

Pogląda Akademia kędy trza, a ono

Barzo nierowno obie skryby podzielono.

Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku;

Zasię tamten Żydowin skrył się w ciemnym kątku.

«Wżdy, — rzeknie prezes — sądząc pomyśleniem zdrowem,

Iakoż mu dawać praemium z defektem takowem?»

Zaczem wszystkie iurory dały głos iednaki,

Że on dzieyopis cale ma poważne braki.

Pokraśniał aż Tomkowic, chlubnie odznaczony,

Zmówił krótki paciorek y wdział kalesony.

Aszkenazy zmarkotniał: łza mu w oku błyska;

Trudno: co raz człek stracił, tego nie odzyska.

Nie mył się biedny długo y iechał tem chutniey:

Nie każdy w Polszcze weźmie po Bekwarku lutniey.

«Trudno inaczej…»

Impresja poświęcona autorce powieści pod takimże tytułem, pannie Al. Św.

Urodziłam się z ojca i matki

    W cichej sypialni,

Fakt, jak państwo widzicie, nie rzadki,

    Trudno banalniej…

Jak odbywa się to przejście łzawe,

    Każdy odgadnie,

Pan Żeromski opisał tę sprawę

    Bardzo dokładnie.

Zrazu jęłam oddychać forsownie

    Mą piersią własną,

Choć zdziwiona byłam niewymownie,

    Skąd jest tak jasno…?

Jakaś pani wołała na drugą:

    Dawajże sznurka!

Oglądała mnie potem dość długo

    I rzekła: córka.

Miałam cienkie rączyny i nóżki,

    Ciałko różowe,

Zawinięto mnie mocno w pieluszki

    Po samą głowę.

Co chwileczkę potrzeba je było

    Zmieniać na inne,

Ale znowu to samo robiło

    Dziecię niewinne.

Wyciągałam rączęta do góry

    Gdy chciałam piersi —

(Dawniej ludzie mniej mieli kultury,

    Lecz byli szczersi.)

Rosłam sobie powoli i skromnie

    Po centymetrze,

Psułam wszystko, co było koło mnie —

    Nawet powietrze…

Darłam się jak licho opętane —

    Oto i wszystko:

Kto by myślał, że kiedyś zostanę

    Taką artystką…

List prywatny do Kornela Makuszyńskiego

nakłaniający go do spożycia wieczerzy u Żorża

Zatem namawiasz mnie, miły Kornelu,

Ażeby kropnąć felieton dla «Słowa»?

Czemu nie? owszem, drogi przyjacielu,

Zbyt jest zaszczytną dla mnie ta namowa,

Bym się nie skusił zasiąść z Jaśnie Państwem,

Pomiędzy jednym a drugim pijaństwem.

Temat? ach, temat…! ty, mistrzu mój łysy,

Coś włosy stracił w pielgrzyma włóczędze,

Coś nos swój wściubiał za wszystkie kulisy

I z wszech stron ziemską penetrował nędzę,

Ty wiesz, że w tym jest felietonu sztuka,

Że pióro samo, kędy chce, go szuka.

Połykać chciwie życia chleb powszedni,

Sok wszystek wyssać by z najlichszych zdarzeń,

Krwią własną w nektar go zaczynić przedni,

Wzmocnić zaprawą z własnych snów i marzeń,

I, w kunszt zmieniwszy, wydać drugą stroną,

Wołając: życia chcecie? oto ono…!

Myśli zmęczone rozpuścić samopas,

Niech senne błądzą w ulicznym rozgwarze,

Niech w każdym szynczku przystaną na popas,

Pomarzą tęsknie w każdym lupanarze,

I niech wędrówki swojej znaczą szlaki,

W atramentowe kreśląc się zygzaki…

Toć już szczęśliwie mija drugi tydzień,

Jak pilnie badam tętno tej stolicy:

Ptaszki śpiewają nam swoje dobrydzień,

Gdy nas przed Żorżem ujrzą na ulicy,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.