drukowana A5
40.09
Słówka (zbiór)

Bezpłatny fragment - Słówka (zbiór)

Objętość:
241 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0103-5

Słówka

Gdy coś mnie nadto wzruszy

Lub serce mi podrażni,

Chowam się aż po uszy

Do swojej wyobraźni.

Tam, o każdziutkiej porze,

Schronienie mam zaciszne,

Gdzie myśl wyprawiać może

Przeróżne rzeczy śmiszne.

Miast czerpać próżną chwałę

W tym, że jak z książki gada,

W głupiutkie słówka małe

Calutka się rozpada.

Te słówka mi uciechy

Sprawiają nieraz mnóstwo,

Lubię ich puste śmiechy

I ducha ich ubóstwo.

Jak błazenkowie mali

Słówko się z słówkiem cacka,

To jęzor mu wywali,

To szczypnie je znienacka.

Jedno przez drugie hasa

Wydając kwik wesoły,

Niby dzieciaków masa,

Gdy wyrwie się ze szkoły.

Jednemu w tej pogoni

Pąsem nabiegną lice,

Gdy żywszy ruch odsłoni

Młodziutkich płci różnice;

Inne troszeczkę z boku

Przystanie gdzieś nieśmiele

I stoi z mgiełką w oku

Jak zadumane cielę;

Te dwa w pustocie nowej

Objęły się przyjemnie

I same w rym gotowy

Splatają się beze mnie;

Ja patrzę na niewinne

Figielki miłych dziatek

I wolę niźli inne

Ten mały, własny światek…

O bardzo niegrzecznej literaturze polskiej i jej strapionej ciotce

J. E. Prof. Dr. Hr. St. Tarnowskiemu poświęcam.

I

Pełna gracji, zacna, słodka,

Żyła sobie stara ciotka.

Bez zbytków, lecz i bez braku,

Miała swój domek na Szlaku.

Oprócz cnót rozlicznych wieńca

Hodowała też siostrzeńca.

Brzydki chłopiec, z krzywą buzią

Zwał się — dajmy na to — Józio.

Ciotka była panną czystą,

A Józio był modernistą.

(Modernista — znaczy chłopak,

Co wszystko robi na opak;

Każdego się głupstwa czepi,

A zawsze chce wiedzieć lepiej).

Z tym smarkaczem ciotka stara

Miała strapień co niemiara.

Zawsze jej czymś umiał dopiec,

Taki był już brzydki chłopiec.

Próżno ciotka mu wymienia

Albo Lucka, albo Henia,

Co ich przykład wszystkim świeci

Jako grzecznych, dobrych dzieci;

On rozeprze się wygodnie,

Obie ręce włoży w spodnie,

Śmieje się i kiwa głową

Jakby mówił: gadaj zdrowo!

II

To rzecz nie do uwierzenia,

Co on ma za przywidzenia!

Czasem coś bez sensu maże

I mówi, że to witraże.

To znów wieczór biega nago

I rozbija wszystkich lagą.

Ciotka krzyczy: «Joseph! arrête!»

A on: «Ciociu, to kabaret!»

Wszystkie meble w domu psuje,

Mówi, że sztukę stosuje.

Wszędzie wlezie, wszędzie dotrze,

Deprawuje dzieci młodsze.

To rzecz w Polsce niesłychana:

Nie chcą wierzyć już w bociana!

Kiedyś wpada mała Hanka:

— «Ciociu, jestem rotomanka!»

«Któż cię tak nauczył?!» — «Józio»

Mówi z rozpaloną buzią.

«A ja — szepleni Ludwiczka —

Jestem święta pla-samiczka».

Chociaż zwykle dobra, słodka,

Zawyła ze zgrozy ciotka,

Raziła ją na kształt gromu

Taka hańba w polskim domu!

III

Czasem dobra ciotka woła:

«Usiądźcie, dzieci, dokoła,

O hetmanach, kaznodziejach,

Potem każde z was wymieni,

Którego najwyżej ceni.»

A Józio ze śmiechu kona

I krzyczy: «Ciociu! Kambrona

IV

Czasem, a najczęściej w poście,

Przychodzą do ciotki goście.

«Józiu, przywitaj się z panem!

Co ty tam za parawanem?!

Wyłaź stamtąd, puść Haneczkę

I powiedz gościom bajeczkę».

Wylazł Józio, głową kiwa

I w te słowa się odzywa:

      Bajeczka pana Jachowicza

Staś na sukni zrobił plamę,

Oblał bowiem ponczem mamę;

A widząc ją w srogim gniewie,

Jak przepraszać, sam już nie wie.

Plama głupstwo, mama doda,

Ale ponczu, ponczu szkoda!

Skończył Józio, gość się śmieje,

A ciotkę wnet krew zaleje:

Biedaczka dostała mdłości

I ze wstydu, i ze złości.

Tak ten niegodziwy chłopiec

Zawsze ciotce umiał dopiec.

V

Tak się trapi dobra ciotka,

Pełna gracji, zacna, słodka,

Lecz największą ma subiekcję

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

Dojdźże ładu z taką głową:

Zawsze ma ostatnie słowo!

Ciotka prawi o Trzech Psalmach:

Józio o «tańczących palmach»;

Ciotka mu o apostołach,

On jej o spermatozoach;

Ciotka uczy, kto był Gallus,

On poprawia: «Ciociu, Phallus»!

Ciotka znów z innego wątku

Baje o świata początku,

Józio się ząb za ząb kłóci,

Że świat cały powstał z chuci.

(Mruknie ciotka w pasji szewskiej:

«Wciąż ten łajdak Przybyszewski!»)

Ciotka znów o ideałach —

Józio: «ciociu, co to wałach?»

Taką ciotka ma subiekcję,

Gdy rozpocznie z Józiem lekcję.

VI

Kiedy wieczór już zapada,

Ciotka do snu się układa:

Józiu! zostaw ten rozporek

I chodź odmówić paciorek.

Niech Józio przy łóżku klęknie

I powtarza głośno, pięknie:

«Boziu, usłysz głos chłopczyny,

Odpuść synów naszych winy!

Polska cię na pomoc woła!

Niech tradycji i Kościoła

Pozostanie sługą wierną!

Erotyzmem ni moderną

Niech się naród ten nie spodli!»

Teraz Józio się pomodli,

Za mamusię, za tatusia,

Potem grzecznie się wysiusia

I spokojnie, cicho zaśnie.

Brzydki chłopak mruknął: «Właśnie!»

Pisane w r. 1907.

Ach! co za prześliczne abecadło!

(Fragment zamierzonego dzieła)

B, b.

Barbara się bawiła z Bernardynem bardzo,

Lecz że taką zabawą zacni ludzie gardzą,

Teraz każde z osobna winy swoje maże,

Bernardyn beczy Bogu, a bęben Barbarze.

C, c.

Certował się co nocy z Cecylią Celestyn,

Z ilu dań ma się składać ich miłosny festyn;

Dziś błąd swój po niewczasie pojmować zaczyna

Cesia, całując chłodne ciało Celestyna.

D, d.

Długą dyskusję z durniem dorzeczna Dorota

Wiodła, co jest ważniejsze, czy miłość, czy cnota;

Tymczasem się ściemniło: gdy weszli rodzice,

dłoniach durnia dostrzegli Dorotę dziewicę.

E, e.

Excytowała Edzia eteryczna Emma,

Iż przewrotnej miłości chce poznać dilemma;

Póty się naprzykrzała, aż wreszcie, znudzony,

Edward ewakuował Emmy edredony.

Dziadzio

    Raz maleńka Fryderyka

    Miała dziadzię tabetyka.

    A że stąpał dość niezdarnie,

    Dziecię pusty śmiech ogarnie.

«Przestań — rzecze jej na to staruszek łagodnie —

I ja biegałem niegdyś żwawo i swobodnie,

A że mi dziś chodzenie idzie jak po grudzie,

To dlatego, żem w pracy żył ciężkiej i trudzie.»

    Dobre dziecię, zawstydzone,

    Poszło płakać aż na stronę;

    Odtąd zawsze w czci głębokiej

    Podpierało starca kroki.

    Pamiętajcie, drogie dziatki,

    Nie żartować z ojca, matki,

    Bo paraliż postępowy

    Najzacniejsze trafia głowy.

Stefania

Powieść psychologiczna z kajetu pensjonarki

Kto poznał panią Stefanią,

Ten wolał od innych pań ją.

Coś w niej już takiego było,

Że popatrzyć na nią miło.

Oczy miała jak bławatki

I na sobie ładne szmatki.

Chociaż to rzecz dosyć trudna,

Zawsze była bardzo schludna.

Aż mówił każdy przechodzień:

«Ta się musi kąpać co dzień».

Choć męża miała filistra,

W innych rzeczach była bystra.

Jeździła aż do Abacji

Po temat do konwersacji.

Prócz tego natura szczodra

Dała jej b. ładne biodra.

Raz ją poznał jeden malarz,

Który często pijał alasz.

Jak ją zobaczył na fiksie,

Zaraz w niej zakochał w mig się.

Miała w uszach wielki topaz

I była wycięta po pas.

Przedtem widział różne panie,

Ale zawsze bardzo tanie,

I do swego interesu

Miały dosyć podłe dessous.

Strasznie się zapalił do niej,

Wszędzie za Stefanią goni.

Miał kolorową koszulę

I przemawiał bardzo czule,

Żeby dała mu natchnienie,

Ale ona mówi, że nie.

Że umi kochać bez granic,

Ale to tyż było na nic.

Potem jej mówił na raucie:

«Dałbym życie, żebym miał cię».

Jak zobaczył, że nie sposób,

Poszedł znów do tamtych osób.

Ale już zaraz za bramą

Mówił, że to nie to samo.

Takiej dostał dziwnej manii,

Że chciał tylko od Stefanii.

Bo to zawsze jest najgłupsze,

Kiedy się kto przy czym uprze.

Mówili mu przyjaciele:

«Czemu jesteś takie cielę,

Z kobietami trzeba twardo,

A nie cackać się z pulardą.»

Więc jej zaczął szarpać suknie,

A ta jak na niego fuknie.

Wtedy całkiem stracił humor

I upijał się na umor.

Potem do Stefanii lubej

List napisał dosyć gruby,

Że to będzie znakomicie,

Jak sobie odbierze życie.

A ona myślała chytrze:

«To by było nie najbrzydsze.»

Lecz jak przyszło co do czego,

Jakoś nic nie było z tego.

Potem znowu za lat kilka

Przyszła na nią taka chwilka.

I myślała, czy to warto

Było być taką upartą.

Lecz tymczasem mu wychłódło,

Bo już była stare pudło.

Tak to ludzie trwonią lata,

Że nie są jak brat dla brata.

Z tym największy jest ambaras,

Żeby dwoje chciało naraz.

Ernestynka

Powieść obyczajowa z kajetu tejże pensjonarki

Druga znów była dziewczynka,

A zwała się Ernestynka.

Jeden miała smutek wielki,

Bo ojciec robił serdelki.

A przeciwnie za to ona

Była bardzo wykształcona.

Wciąż czytała co się zmieści

Śliczne francuskie powieści.

Mówili o niej bógwico,

Że jest tylko pół-dziewicą.

Nie każda jest taka święta,

Żeby zaraz mieć bliźnięta.

Raz ją ojciec przez to złapał,

Bo jej narzeczony chrapał.

Straszny krzyk się zrobił w domu,

Że tak czynią po kryjomu.

Każdy wrzeszczał o czym innym,

Jak zwykle w domu rodzinnym.

Ojciec najgorsze wyrazy

Powtarzał po kilka razy.

Ona płakała cichutko,

Bo ją przy tym kopnął w udko.

A potem jeszcze jej ostro

Zakazał bawić się z siostrą,

Że się taka sama świnka

Zrobi, jak ta Ernestynka.

Z książkami tyż była heca,

Wszystkie powrzucał do pieca,

Choć sam nie wiedział, dlaczego,

Co ma jedno do drugiego.

W końcu ustały te krzyki,

Poszedł rano do fabryki.

Na co człowiek się naraża,

Kiedy ojca ma masarza.

Franio

Powieść dydaktyczna

Franio był to chłopiec mały,

Ale był bardzo nieśmiały.

Lubił widzieć u siostrzyczki,

Kiedy zdejmuje spódniczki.

Zaraz robił się niebieski

I w oczach miał rzewne łezki.

Aż mówiła dobra niania:

«Żeby szlag nie trafił Frania».

Albo się w kąpieli śmiała:

«Tobie by się żona zdała».

A on patrzył przestraszony,

Bo nie był uświadomiony.

Naradził się Tato z Mamą

I Babunia tyż to samo,

Że to już ostatnia pora

Zawieźć Frania do doktora.

Doktór zaraz wziął trzy ruble

I kazał go moczyć w kuble.

Powiedział, że to dziedziczne

Cierpienie psycho-fizyczne.

I że mu to przejdzie z wiekiem,

Jak będzie dużym człowiekiem.

Złe sobie daje świadectwo,

Gdy kto wyszydza kalectwo.

Z nastrojów wiosennych

Nie masz nic milszego ponad

Ciągnący żeński pensjonat.

Sunie sznurkiem przez plantacje

W ciszy, z wolna, uroczyście —

Zielono, pachną akacje,

Słońce gzi się poprzez liście — —

Ciągnie podwójny sznureczek

Takich przemiłych owieczek.

Cieplutko, wiosna, południe,

Ławeczka, próżniactwo boskie,

Myśli rozigrane cudnie

W jakieś koziołki szelmowskie — —

Idą: duża, mniejsza, mała,

Kobiecości gama cała.

Ptaszek ćwierka gdzieś tam z góry

Swoich liryk «pierwszą serię»,

Zapoznanych serc tortury

I celibatu mizerie — —

Pod kapotką granatową

Rysuje się to i owo.

«W rytm melodii jakiejś sennej

Kołyszą się stare drzewa,

Płynie falą dech wiosenny,

W sercu puka coś, coś śpiewa» —

Ta mała mogłaby troszkę

Obciągnąć sobie pończoszkę…

Jakiś czar nieznany jeszcze

Jakieś czucia wiotkie, śliczne —

Jakieś dziwne w piersiach dreszcze

Pan i pani - teistyczne — —

… … … … … … … … .

Czy to nie znaczy przypadkiem,

Że czas mi już zostać dziadkiem…?

Naszym hymenografomanom

Literacki nasz ogródek

Pachnie wśród księgarskich półek

Wonią mirtów, niezabudek

I przeróżnych innych ziółek.

Te inspekta czyste, ładne,

Co od rosy lśnią porannej,

To królestwo samowładne

Legendarnej polskiej panny.

Dla Niej, dla tej jasnej wróżki

Nasi geniusze się trudzą,

Aby mogła do poduszki

Ubrać się w poezję cudzą.

Przez Nią, za Nią, dla Niej, od Niej

Wszystko bierze swój początek,

Od hymenu jej «pochodni»

Natchnień się rozpala wątek.

W prochu wielbi nasza małość

Dziewiczości Arcy-statut:

Panieńskiego… wdzięczku całość

To najwyższy Stwórcy atut!

Póki tej ozdoby swojej

Nie uroni dumna Polka,

Póty małe czółko stroi

Wszechpotęgi aureolka;

Tłumów, co jej żebrzą łaski,

Brzmi w powiastkach naszych lament,

Tak czarowne rzuca blaski

Anatomii cenny diament;

Gdzie otworzyć, tam się miele

Jedną życia wciąż zawiłość:

Jak i kiedy polskie cielę

Swojskiej gęsi zyska miłość…

Musisz poznać naszej «Czystej»

Papę, mamę, cały dom jej,

W końcu służyć do asysty

Przy niewinnej tej sodomii.

Lecz gdy klejnot swój postrada,

Pożegnajmy się z nią smutni;

Ach, po trzykroć takiej biada,

Zmarła już dla polskiej lutni!

Wszystko pierzchło, wszystko znikło,

Jakby trumnę już zabito:

Idzie życia ścieżką zwykłą

Już w kompletnym incognito.

Co wyrośnie z małej gąski,

Która z tak krzykliwą pychą

Wpływa w życia strumyk wąski,

O tym w naszych księgach cicho;

Nasi piewcy idealni

Ignorują światek ciasny,

Co się kręci wśród sypialni

Czasem cudzej, czasem własnej;

Gdy już hukną wielkim głosem:

«Zdrowie zacnej młodej pary!»

Któż by się tam troszczył losem

Krajowej Madame Bovary

Rzucona z takim hałasem

Jak tam plącze się zagadka?…

Jakieś echa tylko czasem

Nas dochodzą: żona… matka…

Aż po lat przydługiej serii

Znowu ją sadowią na tron,

Gdzie ozdobą jest galerii

Legendarnych polskich matron.

Pisane w r. 1908.

Litania ku czci P. T. Matrony Krakowskiej

Inwokacja:

Dostojna Pani! Sporo lat już mija, jak słucham potulnie i cierpliwie potoków Twej wymowy; racz więc przymknąć teraz na chwilę Twe słodkie usteczka i pozwól mi przemówić, a postaram się — w przeciwieństwie do Ciebie, Pani, — być zwięzłym i treściwym.

O ty, polskiej ziemi chwało,

Ty, postaci wpółmonarsza,

Ty, czcigodna, nazbyt mało

Opiewana, «damo starsza»;

Ty, co z głębin swej kanapy

Wychylając kibić tłustą,

Brzydkie swe nadstawiasz łapy

Przerażonym naszym ustom;

Ty, co z dostojeństwem w twarzy

Dźwigasz swe potworne kłęby,

O których lustmörder marzy,

Szczerząc zakrwawione zęby;

I ty, uroczysta klempo,

W twojej wiecznej sukni bordo,

Z twoją beznadziejnie tępą

— Powiedzmy otwarcie — mordą;

Ty, orędowniczko dzielna

Uciśnionej polskiej nacji,

Arcykapłanko naczelna

Naszej starobabokracji;

Ty, co w «Piątki» lub «Soboty»

Polskich dusz sprawujesz rządy,

Starodawne wskrzeszasz cnoty,

A druzgocesz «nowe prądy»;

Co na fiksach i na rautach,

I na dobroczynnej sesji

Pytlujesz o pruskich gwałtach,

O «modernie» i «secesji»;

Ty, co wszelkich zadań bytu

W mig rozcinasz każdy problem,

Gdy człek myśli, jakim by tu

Zamknąć babie gębę skoblem;

Ty, strącona z Łysej Góry

W salonu fałszywy «ampir»,

Gdzie nas bierzesz na tortury

I krew nudą ssiesz jak wampir;

Ty, co głupoty powagą

Najmądrzejszych wodzisz za łby;

Ty! którą po śniegu nago

Człowiek bez litości gnałby;

Ty, elokwencji patoko,

Coś jest wiecznych sporów źródłem,

Czy cię nazwać starą kwoką,

Czy też raczej starem pudłem;

Ty, co gorzko winisz męża

O prozaizm i codzienność,

Gdy twa energia zwycięża

Nazbyt rzadko jego senność;

I ty, której czujność tępi

Młodych wzruszeń powab czysty,

A co w Tomaszu à Kempi

Dawnych gachów chowasz listy;

Ty, co zdarłszy z siebie płótna,

Oglądasz się w lustrze całą

I wzdychasz, ropucho smutna:

«On tak lubił moje ciało…»

Ty, obrazie wiedźmy starej,

Wydarty ze sztychów Goyi —

Powiedz mi: przez jakie czary

Jęczymy w niewoli twojej?

Z jakim czartowskim blekotem

Omamienie na nas padło,

Że czynimy czci przedmiotem

Szpetność, głupotę i sadło?

Przez jakie dziwne kuriozum

Tłuszcz bierzemy za charakter,

Puste gadulstwo za rozum,

A za obraz cnót klimakter??

Za co stwór podeszły wiekiem,

Co kobietą być już przestał,

A nigdy nie był człowiekiem,

Windujemy na piedestał???!

Próżne gniewy, próżne męstwo,

Nie nadeszła chwila jeszcze —

Nazbyt silnie czarnoksięstwo

Ściska nas w potworne kleszcze;

Coraz ciaśniej, coraz duszniej,

Coraz bardziej smutni, słabi

W takt kręcimy się posłuszni,

Jak nam zagra chochoł babi;

I tylko w tęsknocie żyjem,

Czy nie wstanie jaki Wandal,

Co przepędzi babę kijem

I zakończy raz ten skandal!…

Pisane w r. 1908.

Pieśń o mowie naszej

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękną polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,

Czysta niby błękit nieba,

Mądra, zacna, miła, ładna,

— Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język najobfitszy

W poetyczne różne kwiatki,

W uczuć sferze pospolitszej

Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości

Nazbyt górnie toczy skrzydła,

A nas, ludzi z krwi i kości,

Poniewiera gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,

Życia cały wdzięk stanowi,

Na to — nie ma wyrażenia,

O tym — w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne Panie,

By od grubszych zacząć braków:

Jak mam nazwać «obcowanie»

Dwojga różnej płci Polaków?

Czy «dusz bratnich pokrewieństwem»?

Czy «tarzaniem się w rozpuście»?

«Serc komunią» — czy też «świństwem»,

Lub czym innym w takim guście?

«Cudzołożyć»? «Jawnogrzeszyć»? —

(Dalej już położę kreski,

Resztą może was ucieszyć

Józef Albin Herbaczewski).

Choć poezji święci wiosnę

Wieszczów naszych dzielna trójka,

Polskie słownictwo miłosne

Przypomina Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze

Znajdziesz choćby w takim głupstwie,

Że polskiego słowa mistrze

Śnią o «rui» i «porubstwie»!!

W archaicznym tym zamęcie

Jak ma kwitnąć szczęścia era?

Gdzie zatraca się pojęcie,

Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,

By na ziemi niebo stworzyć,

Lecz wykrztusić jak: aniele,

Ja chcę z tobą — — cudzołożyć!!?

Jak wyszeptać do dziewczęcia:

Chcę «pozbawić cię dziewictwa»,

Nie obawiaj się «poczęcia»,

Kpij sobie z ja-wno-grze-szni-ctwa!

Jak kusić głosem zdradzieckim,

Wabić słodkich zaklęć gamą?

Każdy wyraz pachnie dzieckiem,

Każde słowo drze się: mamo!

Nazbyt trudno w tym dialekcie

Romansowe snuć intrygi:

Polak cnotę ma w respekcie

Lub «tentuje» ją — na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji

«Płcie odmienne» siądą społem,

Główna cząstka konwersacji

Zwykła toczyć się — pod stołem.

Niech upadnie ci serweta —

Człowiek oczom swym nie wierzy:

Gdzie mężczyzna? gdzie kobieta?

Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa

Fantastycznie poplątana

Stacza walki pełne męstwa:

Istny Grünwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały

Gimnastyczne trwa ćwiczenie,

A przy stole — komunały

O Żeromskim lub Ibsenie…

Lecz najcięższą budzi troskę,

Że marnieje lud nasz chwacki,

Że już cichą, polską wioskę

Skaził żargon literacki;

Na wieś gdy się człek dobędzie,

Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,

Słyszy: «Kaśka, jagze bendzie

Względem tego co i owszem…»

… … … … … … … … . .

… … … … … … … … . .

Widzę tu zebraną tłumnie

Kapłanów sztuki elitę,

Co swe kudły wznoszą dumnie

Ponad rzesze pospolite.

Wy! «świetlanych duchów związek»

Wy! «idei stróże czystej»,

Wasz to jest psi obowiązek

Kształcić język ten ojczysty!

Skończcie wasze komedyje,

Schowajcie pawie ogony,

Żyjcie — czym każdy z nas żyje,

Idźcie — — kochać… za miliony!

Dość nastrojów waszych, dranie!

Uczcie mówić waszych braci:

To jest wasze powołanie!

Od tego was naród płaci!

Język naszym skarbem świętym,

Nie igraszką obojętną;

Nie krwią, ale atramentem

Bije dzisiaj ludów tętno;

Musi naprzód iść z żywemi,

A nie tępić życia zaród,

Soków pełnię czerpać z ziemi:

Jaki język — taki naród!!!

Pisane w r. 1907.

List otwarty kobiety polskiej

pod adresem «Zielonego Balonika»

Do twych licznych wieńców chwały,

Mój czcigodny kabarecie,

Pozwól dzisiaj listek mały

Dorzucić polskiej kobiecie.

Usłysz od niej prawdy słowo,

Moja kliczko «pięknych duchów»,

Żeś edycją luksusową

Typowych polskich eunuchów.

Gdy obalasz dawne style,

Nowe wieścisz schrypłym głosem,

Czyś pomyślał choć przez chwilę

Nad nieszczęsnym moim losem?

Aby w tajnie mego serca

Zajrzeć, coś uczynił, powiedz?

Nieodrodny spadkobierca

Starego gbura z Nagłowic!

… … … … … … … . .

Sto lat w lirycznej niewoli

Jęczymy: u nóg koturny,

Czoło w świętej aureoli,

Na głowie popiołów urny,

Spojrzenie czyste a tkliwe,

Na piersiach cnoty puklerze:

Sto lat czekamy cierpliwe,

Kto nas z tych strojów rozbierze.

Gdy rozeszła się wieść głucha

Jakiejś nowej ewangelii,

Jasny płomień w sercach bucha:

Precz z Kordianem, w kąt Anhelli;

Jakiś nowy dreszcz nas wzrusza,

Droga życia każda chwila,

Laura szuka kapelusza,

Weneda sukienki lila,

Aldona tłucze się w wieżę

Wołając: proszę otworzyć!

Grażyna zrzuca pancerze,

Lecz nie zdążyła nic włożyć —

Do Telimeny Zosieczka,

Ukrywszy w dłoniach oblicze,

Szepce wstydliwie: Cioteczka,

Naucz mnie tańczyć macziczę!

Pokazując zgrabne nóżki,

Pani Aniela Beniowska

Przykleja zalotne muszki

Koło zadartego noska —

Każda woła: nie chcę dziecka!

Szepcą nawet starsze panie,

Że Marynia Połaniecka

Przyspieszyła rozwiązanie!!

Wszędzie nową czuć herezją —

W całym stawku płytko-grząskim,

Gdzie obowiązek poezją,

A poezja obowiązkiem,

Wszystko czeka z utęsknieniem,

Skąd zaświta nowa era:

Wreszcie słyszym z serca drżeniem,

Że — — kabaret się otwiera!

… … … … … … … . .

Jakiż zawód! To zebranie

Poczciwych sarmackich gburów,

Mordobicie, wódkochlanie,

Kurdesze pijackich chórów,

Łby dymiące, sprośne fraszki,

Ryki bezmyślnych toastów —

To wasze górne igraszki,

Nieodrodne plemię Piastów?

Któż z was pojmie i wyśpiewa

Dziewiczego ciała zapach,

Jak z melancholii omdlewa

W waszych grubych polskich łapach!

Kto się umie drażnić mową

Szumu jedwabnych falbanek? —

Co wam o to! gadaj zdrowo!

Byle w komplecie był «wianek»!

Kto z piersi naszej westchnienia

Nieznacznym dobędzie gestem?

Kto uprzedzi głos sumienia

Opadłych sukien szelestem?

Kto z was pieszczotą zuchwałą

Zbudzi sen zaklętych dziewic?

Niech wystąpi! zaraz! śmiało!

Gdzież jest ten z bajki królewic?

… … … … … … … . .

… … … … … … … . .

Niż waszych słuchać hałasów,

«Nowej kultury» rycerze,

Wolę czekać lepszych czasów

W skromnej, polskiej… garsonierze!

Pisane w r. 1906.

Replika kobiety polskiej

(autorki listu otwartego) na odpowiedź młodzieńca polskiego

Nie tobie, mój Sowizdrzale,

Złotowłosy piękny paziu,

Nie tobie, mój słodki Aziu,

Taka przystała odpowiedź

Na tęsknoty me i żale,

Na mojego serca spowiedź!

Ty niewdzięczny, ty niepomny,

Ty, pieszczony jak Żuanek,

Mentor panieneczki skromnej,

Półdziewicy półkochanek,

Ty, bawidełko mężatek,

Feblik matek, wdów gagatek,

Spowiednik arystokratek,

Ty, co piłeś do przesytu

Zmysłów mych najskrytsze dreszcze,

Coś dziś cały ciepły jeszcze

Od puchu mojej pościeli,

Ty — mi mówisz o kądzieli!

Więc ty, mimo twego sprytu,

Nie poznałeś mnie na tyle,

Że dla ciebie dokumentem

Są Marynie i Maryle?

Że dla ciebie pismem świętem

Są Aniele i Anielki,

I ten ckliwy produkt wszelki

Waszej wytrzebionej «jaźni»,

Waszej smutnej wyobraźni!?

Więc te cuda polskich dziewic,

Swojskiej cnotki miły zapach,

Te gosposie i te Zosie,

Które sobie przy bigosie

Fantazjował pan Mickiewicz,

Aby znaleźć w nich pociechę

Po swoich miłosnych klapach,

Czyjejż są tęsknoty echem?

Czyjeż ideały godne?

A te, w czułym atramencie

Urodzone nimfy wodne

Pana Słowackiego Jula,

O którego… mankamencie

Wie dzisiaj każda smarkula,

I który mu wypomina

Nawet Świderska Alina!!

A ten… trzeci wasz poeta…

No, ten… hrabia… z dużym nosem,

Któremu każda kobieta,

Co ją ujrzał bez bielizny,

Była symbolem Ojczyzny,

A łóżko ofiarnym stosem!

(Tak w męczeństwa aureoli

Z każdą popływał w gondoli,

Potem — ona poszła z dzieckiem,

A on rozmawiał z Czarnieckim).

Powiedz, proszę, z jakiej racji

Ja mam brać odpowiedzialność

Za tych figur monstrualność,

Wylęgłych w imaginacji

Rozmaitych takich panów!

Więc te przeróżne perwersje

Lechickich erotomanów,

Polskie matki, polskie żony,

Te Grażyny i Aldony

Ty chcesz uważać za wersję

Autentyczną kobiecości?

… … … … … … … . .

To się można wściec ze złości!!

Zostaw całą tę bibułę,

Złotowłosy paziu słodki,

Zostaw te androny czułe,

Wielkich duchów małe plotki!

Wierz mi, wszyscy ci poeci

To są duże, stare dzieci,

I najgłupsza panna z pensji

Nie ma tak śmiesznych pretensji.

Że ktoś stworzył «Tadeusza»,

Winszuję mu sercem całem,

Lecz czyż każdego geniusza

Mam nagradzać własnym ciałem?

Płacić długi społeczeństwa

Ceną mojego panieństwa?

Zapytajcie się Maryli:

Opowie wam każdej chwili,

Czuje w kościach do tej pory

Te filareckie amory

I ten poetycki kierat,

W jaki wprzągł ją pan literat!

W niewinności szukał chluby,

Mleczkiem pijał zdrowie «lubej»,

Ballad płodził całe łokcie,

Z sercem czystszym niż paznokcie

Mierzył, zbrojny w pancerz wiary,

Siłę (męską!) na zamiary!

Takie ma kobieta szanse,

Gdy się z wieszczem wda w romanse:

A niech która się odważy

Zerwać nici tych szantaży,

Śluza przekleństw się otwiera:

«Puchu marny» et cetera!

… … … … … … … . .

Pójdź, mój paziu, chwile płyną,

Nie dla nas ta gra słów pusta,

Gdy pić zechcesz życia wino,

Zawsze znajdziesz moje usta.

Choć pod oknem trubadury

Giną w lirycznej agonii,

Drwij z całej literatury,

Oknem właź bez ceremonii!

Jak wygląda niedziela

By uniknąć ambarasu

Wzięto Rok za miarę czasu.

Dzielą go (bardzo wygodnie)

Na miesiące i tygodnie.

Tydzień znów z grubsza podzielę

Na zwykłe dni i Niedzielę.

Do pracy są zwykłe dzionki,

A Niedziela dla małżonki.

W ten dzień, by największa ciura

Wyzwolona jest od biura.

Każdy ze swoją niewiastą

Rad wybiera się za miasto.

Podaj ramię magnifice

I jazda z nią na ulicę.

Oczywista, że i dziatki

Spieszą obok swego tatki.

Przodem Maryjka, a za nią

Klementynka, Brzuś i Franio.

W ciągu miłej tej podróży

Człowiek trochę się zakurzy.

Szkoda nowej sukni w groszki:

Szukaj, mężusiu, dorożki.

Każda, jak to zwykle w święta,

Odpowiada ci: zajęta.

Żona ci wypruwa flaki:

«Bo ty zawsze jesteś taki».

Ożywiona tą gawędką

Droga mija dosyć prędko.

Szczęściem wzbiera miejskie łono,

Gdy trawkę widzi zieloną.

Już was tylko przestrzeń krótka

Oddziela od piwogródka.

Ale, kto ma liczną dziatwę,

Nic mu w życiu nie jest łatwe.

Franio się przestraszył gęsi,

A Maryjka woła «ęsi».

Brzusiowi pot spływa z czoła

I co gorsza nic nie woła.

Wszystko mija, więc szczęśliwie

Siedzicie wreszcie przy piwie.

Miło słyszeć jest Trawiatę

W wykonaniu firmy «Pathé».

Kiedy człowiek sobie podje,

Dziwnie tkliw jest na melodie.

Ogryzając z kurcząt kości

Nucisz «za zdrowie miłości…»

Ociężałym nieco krokiem

Wracasz do dom późnym zmrokiem.

Teraz wielka pantomina:

Do snu kładzie się rodzina.

Najpierw Maryjka, a za nią

Klementynka, Brzuś i Franio.

Patrzysz łakomie, jak żona

Rozdziewa pierś i ramiona.

Słońce, wieś, Trawiata, piwo,

Myśli płyną ci leniwo.

A finał ekskursji całej:

Nowy bąk za trzy kwartały.

Nowa wiara

Zewsząd chóry brzmią radosne:

Ma cel wreszcie egzystencja!

Cel, co wskrzesi rajską wiosnę,

A tym celem — Abstynencja.

Nazbyt długo ludzkość biedna

Ścigała marę zwodniczą,

Gdy jest droga tylko jedna

Zgodna z wiedzą przyrodniczą.

Już rozpadły się w kawały

Dawne majaki mistyczne —

Nowe mamy ideały:

Higieniczno-statystyczne.

Zamiast błądzić w ciemnym mroku

Ludzkich instynktów wyzwoleń,

Jedno trzeba mieć na oku:

«Zdrowotność» setnych pokoleń.

Chyba wariat jeszcze szuka,

Gdzie drga silnych wzruszeń tętno,

Gdy dziś kreśli nam nauka

Szczęścia ludzkości «przeciętną».

Czegóż więcej — każdy przyzna —

Możesz żądać, dobry człeku,

Patrząc jak się ta «krzywizna»

Dumnie wznosi — w przyszłym wieku.

Już obliczył nam dokładnie

Akademii «były docent»,

Ile za lat tysiąc spadnie

Śmiertelności średni procent.

Trzymaj zatem na obroży

Namiętności twoje szpetne:

Będzie prawnuk twój żył dłużej

O dwa zera i trzy setne.

Witajmy więc ludzkość czystą!

Zewsząd pieją już Hosanna

Na wyścigi z onanistą

Histeryczna stara panna;

Lada kiep, co od kolebki

Ani pije, ani… pali,

Afiszuje swoje klepki

Wprawdzie cztery — lecz ze stali.

W bohaterstwa nowe szranki

Wlecze młodzian puste łóżko:

Żyj lat dziesięć bez kochanki,

Obwołają cię Kościuszką.

I w małżeństwie bez ekscesów!

Kontrolują serca bicie,

Czy pamiętasz wśród karesów,

Że masz stworzyć nowe życie;

Troska sen im z oczu płoszy:

Wielki problem w głowach świeci,

Jak przy «minimum» rozkoszy

«Maksymalnie» płodzić dzieci.

Odmawiajcie, abstynenci,

Higieniczny wasz różaniec,

Niech się mały światek kręci

W ten świętego Wita taniec;

Pijcie wodę w cnym skupieniu,

Ale mnie przechodzi mrowie,

Że gdzieś, w trzecim pokoleniu,

Znajdzie się ta woda — w głowie.

Pisane w r. 1907.

Krakowski jubileusz

Nie wiem, który to nasz przodek,

W przydługi ponoś karnawał,

Gdy wyczerpał wszelki środek,

Skąd wziąć jaki świeży kawał,

Wraz, po formy dążąc nowe,

Chwycił kpiarstwa kaduceusz,

Skrobnął się nim mocno w głowę

I wymyślił — jubileusz.

Przyjęła się ta zabawa,

Jako że w niej leży sposób,

Co każdemu daje prawa

Kpić z najszanowniejszych osób;

Lecz, że wszystko mija w świecie,

(Niech go jasny piorun trzaśnie!)

I zdarzyć się może przecie

Że tradycja ta wygaśnie,

Podam tu więc przepis cały,

By wszedł do krakowskich kronik,

Na ten jubel tak wspaniały,

Jak «rękawka» lub «lajkonik».

Bierze się do tego celu

Tęgiego, starego pryka;

Sadza się go na fotelu

I siarczyście go się tyka.

Odmiany wszak prawa znacie,

Trudności nie będzie zatem;

Więc: jubilat, jubilacie,

Jubilata, z jubilatem…

Publiczności zastęp liczny

Hurmem obsiada galerią,

A cały ten obchód śliczny

Sam pacjent bierze na serio.

Wstaje rzędem człek niektóry,

Kogo tam zaswędzi ozór,

I wygłasza srogie bzdury,

W uroczysty dmąc je pozór.

Brzmi powaga w każdem słowie,

Choć od śmiechu drgają rzęsy:

O, bo myśmy tu w Krakowie

Wszystko straszne sans rire pince'y.

Reszta słucha, oczy mruży,

Kpiąc po trosze sobie z pryka

I z tego, który bajdurzy,

I z tego, który to łyka.

«Z uwielbienia pełnym łonem

Stawam tu, czcigodny panie,

Z sercem… te… tak przepełnionem…

Że mi ledwo tchu już stanie.

Twe zasługi są tak duże,

Żeby trzeba, jakem szczery,

Ryć… te… spiżem… na marmurze…

(Po cichu: cztery litery).

Twoje słowa mądre, wieszcze,

Żyć w narodzie będą święcie,

I prawnuki nasze jeszcze,

Mieć je będą… (cicho: w pięcie).

Więc, gdy zasług jubilata

Żaden czasu grom nie zetrze,

Niech nam jeszcze długie lata…

(Po cichu: psuje powietrze…)»

Coś tam jeszcze mówca bąka,

Orkiestra kropi fanfarę,

A jubilat głośno siąka,

Łez rozkoszy roniąc parę.

Magnificus się podnosi:

(Przypadkowo ginekolog)

I znów z innej beczki głosi

Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,

Ale skupia w treść ogólną:

«Panie… ten… ojczyzna nasza…

Jest nam wszystkim… matką wspólną…

Ona poi nas swym mlekiem

I karmi niby dziecinę,

Zanim stanie się człowiekiem…

Przez swą… panie… pępowinę…

Znak to niskiej, podłej duszy

Narodowym to występkiem,

Gdy kto związki — panie — skruszy

Z tym matczynym… panie… pępkiem…

I choć wrogie siły czasem

Sznur pępkowy… panie… przedrą…

(Cóż u diabła z tym kutasem!

Jak powiada stary Fredro…)»

Et caetera, et caetera,

Jeden gada, drugi gada,

«...Praca żmudna, ciężka, szczera…

(Sam jubilat odpowiada.)

I tak dalej, i tak dalej,

Coraz cieplej, coraz parniej,

W końcu obiad w dużej sali,

Barszczyk, łosoś, comber sarni,

Znów podają «jubilata»

W różnych sosach na patelni,

Znów się każdy głąb z nim brata,

Kpiąc zeń coraz to bezczelniej,

Aż wreszcie, dobrze gdzieś rano,

Gdy wyssą wszystkie likwory,

I każdy pałę zawianą,

A brzuch ma od śmiechu chory,

Pacjenta odwożą do dom,

Gdzie w pierzynie ciepłej legnie,

Nim ku nowym takim godom

Znowu latek dziesięć zbiegnie;

A ci szelmy krakowianie

Dalej sobie łamią głowy,

Komu by tu wyrżnąć — panie —

Kawał «jubileuszowy».

Z podróży Lucjana Rydla na wschód

Grób Agamemnona

Niech fantastycznie lutnia nastrojona

Wtóruje pieśni tragicznej i smutnej,

Bo — Rydel wstąpił w grób Agamemnona

I pysk rozpuścił w sposób tak okrutny,

Że rozbudzone na wpół trupy z cicha

Szepcą do siebie: cóż tam znów, u licha?!

«O, cichym jestem jak wy, o Atrydzi,

— Bełkoce Rydel z zapienioną twarzą —

Ani mnie kiedy moja małość wstydzi,

Ani się myśli tak jak orły ważą —

(Tu wydał cichy jęk grobowiec niemy

Jakby chciał mówić: ach, wiemy to, wiemy!)

Z tej ziemi, którą boski Homer śpiewał,

Niechaj przeszłości szepcą do mnie głosy

Ludu, co także pod spód nic nie wdziewał

I także chodził z gołą głową, bosy;

Niech mówi do mnie duch helleńskich braci,

Co także, jak ja, nie nosili g…

I gdy tak błądzę po Hellady błoniach,

Dziwne mam wizje przed duszy oczyma:

W tej chwili dają do kolacji w Toniach,

Wszyscy zasiedli — tylko mnie tam nie ma…

Na stole kluski… i jajka sadzone…

A dzieci mówią Pod Twoją obronę

I wraz otrząsłem się z pogańskich baśni,

Ukląkłem cicho i złożyłem ręce —

I zaraz w sercu stało mi się jaśniej

I dziękowałem Najświętszej Panience,

Za to, że swoich łask mi wciąż użycza

I mnie wysłała tu — nie Cięglewicza…»

O tem co w Polszcze dzieyopis mieć winien

(Dowiedzieliśmy się z komunikatu krakowskiej Akademii Umiejętności, iż ta, ku wielkiemu swemu żalowi, nie mogła przyznać nagrody imienia Barczewskiego za rok bieżący prof. Aszkenazemu, a to dla jego brzydkiego wyznania, przeciw któremu zastrzegają się wyraźnie statuta fundacji. Nie wszystkim znane jest jednak wiekopomne a skrzydlate słowo prof. Aszkenazego, zrodzone w następstwie tego wyroku. Mianowicie, skrzywdzony autor «Łukasińskiego», w chwili pierwszego rozgoryczenia, miał się wyrazić do jednego z najpoważniejszych członków instytucji, prof Mor...skiego, że wobec tego Akademia powinna oglądać nie książki kandydatów, ale… zupełnie, ale to zupełnie co innego…

Jędrne to oświadczenie uczonego historyka natchnęło nas do zamknięcia niniejszego zdarzenia w ramy znanej fraszki naszego znakomitego protoplasty, Jana z Czarnolasu).

Sądziła Akademia dorocznym zwyczaiem,

Kto się w piórze nalepiey odznaczył przed kraiem.

O praemium się zabiegał, bez boskiey obrazy,

Tomkowic z Sodalicyi y pan Aszkenazy.

W długie się Akademia spory nie wdawała,

Ieno im obu z sobą do łaźniey kazała;

Iako że tam rozsądzać będzie komisyia,

Kto ma lepsze kondycye y nagroda czyia.

Męże co nayuczeńsze zasiadły u stoła,

A ci dway, z szat rozdziani (iako rzec?) do goła.

Pogląda Akademia kędy trza, a ono

Barzo nierowno obie skryby podzielono.

Tomkowic stawa śmiele, bo ma rzecz w porządku;

Zasię tamten Żydowin skrył się w ciemnym kątku.

«Wżdy, — rzeknie prezes — sądząc pomyśleniem zdrowem,

Iakoż mu dawać praemium z defektem takowem?»

Zaczem wszystkie iurory dały głos iednaki,

Że on dzieyopis cale ma poważne braki.

Pokraśniał aż Tomkowic, chlubnie odznaczony,

Zmówił krótki paciorek y wdział kalesony.

Aszkenazy zmarkotniał: łza mu w oku błyska;

Trudno: co raz człek stracił, tego nie odzyska.

Nie mył się biedny długo y iechał tem chutniey:

Nie każdy w Polszcze weźmie po Bekwarku lutniey.

«Trudno inaczej…»

Impresja poświęcona autorce powieści pod takimże tytułem, pannie Al. Św.

Urodziłam się z ojca i matki

    W cichej sypialni,

Fakt, jak państwo widzicie, nie rzadki,

    Trudno banalniej…

Jak odbywa się to przejście łzawe,

    Każdy odgadnie,

Pan Żeromski opisał tę sprawę

    Bardzo dokładnie.

Zrazu jęłam oddychać forsownie

    Mą piersią własną,

Choć zdziwiona byłam niewymownie,

    Skąd jest tak jasno…?

Jakaś pani wołała na drugą:

    Dawajże sznurka!

Oglądała mnie potem dość długo

    I rzekła: córka.

Miałam cienkie rączyny i nóżki,

    Ciałko różowe,

Zawinięto mnie mocno w pieluszki

    Po samą głowę.

Co chwileczkę potrzeba je było

    Zmieniać na inne,

Ale znowu to samo robiło

    Dziecię niewinne.

Wyciągałam rączęta do góry

    Gdy chciałam piersi —

(Dawniej ludzie mniej mieli kultury,

    Lecz byli szczersi.)

Rosłam sobie powoli i skromnie

    Po centymetrze,

Psułam wszystko, co było koło mnie —

    Nawet powietrze…

Darłam się jak licho opętane —

    Oto i wszystko:

Kto by myślał, że kiedyś zostanę

    Taką artystką…

List prywatny do Kornela Makuszyńskiego

nakłaniający go do spożycia wieczerzy u Żorża

Zatem namawiasz mnie, miły Kornelu,

Ażeby kropnąć felieton dla «Słowa»?

Czemu nie? owszem, drogi przyjacielu,

Zbyt jest zaszczytną dla mnie ta namowa,

Bym się nie skusił zasiąść z Jaśnie Państwem,

Pomiędzy jednym a drugim pijaństwem.

Temat? ach, temat…! ty, mistrzu mój łysy,

Coś włosy stracił w pielgrzyma włóczędze,

Coś nos swój wściubiał za wszystkie kulisy

I z wszech stron ziemską penetrował nędzę,

Ty wiesz, że w tym jest felietonu sztuka,

Że pióro samo, kędy chce, go szuka.

Połykać chciwie życia chleb powszedni,

Sok wszystek wyssać by z najlichszych zdarzeń,

Krwią własną w nektar go zaczynić przedni,

Wzmocnić zaprawą z własnych snów i marzeń,

I, w kunszt zmieniwszy, wydać drugą stroną,

Wołając: życia chcecie? oto ono…!

Myśli zmęczone rozpuścić samopas,

Niech senne błądzą w ulicznym rozgwarze,

Niech w każdym szynczku przystaną na popas,

Pomarzą tęsknie w każdym lupanarze,

I niech wędrówki swojej znaczą szlaki,

W atramentowe kreśląc się zygzaki…

Toć już szczęśliwie mija drugi tydzień,

Jak pilnie badam tętno tej stolicy:

Ptaszki śpiewają nam swoje dobrydzień,

Gdy nas przed Żorżem ujrzą na ulicy,

Słoneczko wita swym pierwszym promykiem,

Na który w odzew bucham szczęścia rykiem…

Drugi już tydzień pędzę w tym przybytku,

Gdzie nafta mieni się w wino szampańskie,

Literat biedny, przywykam do zbytku,

Dzieląc bratersko te igraszki pańskie;

Cud kanaeński witam duszą całą,

Myśląc pobożnie: ach, byle tak trwało!…

Ach, gdybyż w słowach móc oddać zupełnie

To, co w pijackim łbie gzi się cichutko!

Gdybyż pochwycić tej radości pełnię

Co świat obrębia tęczową obwódką,

I myśl uskrzydla tak, aż zacznie, bosa,

Pląsać «po desce» krokiem Dionizosa…

Och, gdybyż zakląć te, co w nas są wtedy,

Nieopisane uśmiechy dziecięce,

Te zadumania godne ksiąg Rigwedy,

Spojrzenia obce pożądania męce,

Co rozpinają ponad płcie odmienne

Jakiejś czystości girlandy promienne…

Gdybyż wyśpiewać móc ten dziw po dziwie!

Te zasłuchania nad wieczności tonią,

Gdy rzępolony «Walc nocy» fałszywie,

Brzmi nam zaświatów kosmiczną harmonią

I stapia z naszem się jestestwem całem

Bijąc w strop szklanny potężnym chorałem…

Ach, gdybyż oddać te świty przecudne

Walczące z jaśnią rozet elektrycznych,

Gdy światło z światłem igra dziwne, złudne,

Sączy się z wolna w strumieniach mistycznych,

Albo wałęsa się w promykach mdławych,

Śmiech płosząc nagle z twarzy zielonkawych…

A więc te piękne, jasne, lwowskie noce,

Zbyt krótkie w życiu, niech ożyją w pieśni;

Niech czar ich wdziękiem rytmów zamigoce,

W słów szumie niech się bodaj ucieleśni,

I niech na chwałę brzmi owej świątyni,

W której się takie dobre rzeczy czyni…

I chcę tam z tobą jeszcze iść, Kornelu,

Jeszcze raz z Wami snuć zabawę w szczęście.

Tam nam przystało wytrwać, przyjacielu,

Z rzeczywistością zmagać się na pięście,

Tam pójdźmy razem na gwiazd naszych połów,

Aż nas prześwietlą w dwu ziemskich aniołów!

Lwów, 6 maja 1912.

Gdy się człowiek robi starszy…

Gdy się człowiek robi starszy,

Wszystko w nim po trochu parszy-

      wieje;

Ceni sobie spokój miły

I czeka, aż całkiem wyły-

      sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,

Szczęścia swego liczy zale-

      głości,

I, mimo tak smutne znamię,

Straszne go chwytają namię-

      tności…

Z desperacją patrzy czarną

Na swe lata młode zmarno-

      wane,

W wspomnień aureolę boską

Pręży myśli swoje rozko-

      chane…

Z żalem rozważa w swej nędzy

Każde nicniebyłomiędzy-

      nami,

Każdy niedopity puchar,

Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-

      kami…

Wspomni, z jakąś wielką gidią

Swe gruchania, ach, jak idio-

      tyczne,

I czuje w grzbiecie wzdłuż szelek

Jakieś dziwne prądy elek-

      tryczne…

Jakaś gęś, z którą do rana

Szukali na mapie Ana-

      tolii,

Jakiś powrót łódką z Bielan,

Jakiś wieczór pełen melan-

      cholii…

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,

Dziergana w rozkoszy ara-

      beski,

Gdybyż bodaj raz, ach, gdyby

Sycić swą chuć, jak sam Przyby-

      szewski!…

I wdecha zwiędłe zapachy

Nad swych marzeń trumną nachy-

      lony,

I w letnią noc, w smutku szale,

Łzami skrapia własne kale-

      sony…

Spleen

Smutek w sercu moim mieszka

I tak gryzie mnie jak weszka.

Gryzie duszę moją biedną

O co? to już wszystko jedno.

Przyczyn jest ogromnie wiele

Na duszy jak i na ciele.

Coraz rzadziej mi się zdarzy,

Bym uśmichnął się na twarzy,

Ciągle myślę aż do skutku

O moim dotkliwym smutku.

O, jak mnie to czasem nudzi

Patrzyć na cierpienia ludzi.

Czasem się nieszczęście stało,

Że dzieciątko robi biało.

Ja się na to krzywię troszki

I daję skuteczne proszki,

Po których, mówię, że ono

Będzie robiło zielono.

Jeszcze bardziej bez nadziei

Pędzę życie przy kolei.

Z tą koleją bywa różnie:

Czasem komuś członki urżnie,

To znów dadzą znać o zmierzchu,

Że ktoś flaki ma na wierzchu;

Wielka bywa rozmaitość

Rzeczy, które budzą litość.

Ja się znowu troszkę krzywię,

Jadę na lokomotywie,

To znów, naśladując giemzę,

Skaczę sobie w lot na bremzę,

Myślę często tylko przy tem,

Żeby już być emerytem.

Innych zmartwień też jest sporo:

Lewą nogę rok mam chorą,

Choć czyniłem to i owo,

Żeby ona była zdrową.

Ale najcięższa choroba

Jest dla mnie… … … .

… … … … … … . . 

Pochwała wieku dojrzałego

Marzę często o tym wieku,

Gdy Zwierzę ginie w człowieku;

Gdy już żadna z ziemskich chuci

Władzy ducha nie ukróci.

Jak to musi być przyjemnie!

Nic poza mną, wszystko we mnie:

Zmysłów swoich gęstą pianę

Zbierasz sobie jak śmietanę,

I rzucasz (czy to nie prościej?)

Na ekran Nieskończoności.

Oczyszczony duch ulata

W harmonijne kręgi świata,

Dokoła człowiek spogląda,

Nic nie pragnie, nic nie żąda,

W ciągłej ekstazie na jawie

Żyje się za bezcen prawie.

A czas! tu dopiero zyski:

Żaden ciała popęd niski

Roboczego dnia nie kurczy,

Nie zawadza w pracy twórczej;

Z pokoju, mocą tajemną,

Nie wygania cię w noc ciemną;

Gdzież tam! z niebiańskim spokojem

Siedzisz przy biureczku swojem,

Huczy, dymi samowarek,

Ty równiutko, jak zegarek,

Zawsze z jednaką ochotą

Nizasz myśli nitkę złotą,

Uprawiasz swój interesik

Pogodnie jak drugi Esik.

Od czasu ducha narodzin

Dzień podwoił liczbę godzin!

A cóż dopiero w podróży!

Żadna chwila się nie dłuży;

Ląd, czy morze, ty bez przerwy

Zawsze masz spokojne nerwy;

Nie zachodzisz nigdy w głowę,

Jak blisko miasto portowe;

Nie stajesz calutki w pąsie

Przy podejrzanym anonsie;

Bez żadnej myśli ubocznej,

Jak prosty świadek naoczny,

Badasz sobie obce kraje,

Zwyczaje i obyczaje,

Oglądasz domy, ulice,

Zwiedzasz śliczne okolice,

Bez kłopotów, bez przykrości,

Bez dwuznacznych znajomości:

Nie zrozumie ta dzicz młoda,

Co to za wściekła wygoda.

Cóż to za przesąd, zaiste,

Ba, urągowisko czyste,

Ta niby prawda utarta,

Że tylko młodość coś warta.

Przypomnij sobie, człowieku,

I czym ty byłeś w tym wieku?

Ot, pędziwiatr, dureń młody,

Ślepe narzędzie przyrody,

Wszędzie gotowe po trosze

Wściubić te swoje trzy grosze:

W szaleństwie gorszy od źwirząt,

Wprost już nie człowiek, lecz przyrząd!

I co taki wie o świecie,

O życiu, czy o kobiecie?

Czy w tym pustym łbie się mieści,

Co znaczy powab niewieści?

Ta harmonia niesłychana,

Po to od Boga jej dana,

By iść przez świat niby święta,

Uwielbiana i nietknięta,

Obca wszelkim ziemskim szałom,

Wieść ludzkość ku ideałom!

Czy taki młokos to czuje,

Czy zrozumie, uszanuje?

On, co żyje jedną chętką:

Dużo, byle jak i prędko.

Inna rzecz, gdy już w nas cudnie

Nieczystość wszelka wychłódnie.

Wówczas, ach, wówczas dopiero,

Wraz z tą najpiękniejszą erą,

— Wielu z panów mi to przyzna —

Żyć rozpoczyna mężczyzna:

Gdy z płci swojej niewolnika

Zmienia się w pana, w zwierzchnika;

Gdy wolny od grubszych robót

Duch zażywa pełni swobód.

Czy zrozumie młoda głowa,

Co to na przykład rozmowa?

Gdy dwie płcie, zgoła odmienne,

Wymieniają myśli cenne;

Słowo z słowem igra, skrzy się,

Fruwa jak piłka w tenisie,

Czasem leciutko dotyka

Misternego dwuznacznika,

To paradoksem się mieni,

To liczko wstydem spłomieni;

Któż mistrzem w takiej rozmowie?

Tylko dojrzali panowie.

A młody? głupie to, płoche,

Tylko pobrudzi pończochę,

Bąka coś, pożal się Boże,

To znów kwaśny, nie w humorze,

Jedna myśl go ściga wszędzie:

Będzie… z tego, czy nie będzie.

Nigdym pojąć nie był w stanie,

Jak to może bawić Panie.

Słowem, nie przesadzę wcale:

W podróży, czy w kryminale,

Przy pracy, czy przy zabawie,

W każdej sytuacji prawie,

Czy przy politycznej misji,

Czy w teatralnej komisji,

Wiek dojrzały ma, bez blagi,

Tak oczywiste przewagi,

Że życzę wam, bracia mili,

Byście go rychło dożyli.

Zdarzenie prawdziwe

Siedząc żałośnie nad bakiem,

Dumałem o życiu takiem:

Żeby to tak było można,

By każda chęć płocha, zdrożna

Była ode mnie odległa,

By myśl moja zawsze biegła

Ku zacności, ku dobremu

I służyła tylko jemu.

I wciąż bym się doskonalił,

Tak żeby mnie każdy chwalił.

Ale, jak to zwykle bywa,

Że krótko trwa chęć poczciwa,

Jakoś mi to potem przeszło

I co gorsza się obeszło.

W Karlsbadzie

Marzyło mi się we śnie,

Że byłem ptaszkiem małym:

Wstawałem bardzo wcześnie,

Zarówno z dzionkiem białym;

W czyściutkim, jasnym zdroju

Pluskałem dzióbek potem

I w adamowym stroju

Grzałem się w słonku złotem.

Robaczków drobnych kilka

To było me śniadanko,

A potem — szczęścia chwilka

Z samiczką, mą kochanką.

I żyłem rad ogromnie

Wśród lubych tych igraszek,

I każdy mówił o mnie:

Cóż to za miły ptaszek!

Tak mi się w nocy śniło,

Nim sen mi umknął z powiek,

I bardzo mi niemiło

Zbudzić się jako człowiek…

Jeszcze na dworze szaro

A już, jak dobra wróżka,

Dziewczę niemiecką gwarą

Za łeb mnie ciągnie z łóżka.

«Herr Doktor! schon ist sechse»

Mówi, ściągając koce,

«Hol' Teuf'l dich, alte Hexe»,

Z wdzięcznością jej mamrocę.

O, biedne moje kości,

Zgiąć was się próżno silę.

O, biedna ty ludzkości,

I za cóż cierpisz tyle!

Gdzieżeś jest, gdzieś niebogo,

Młodości ma kochana,

Gdym władał każdą nogą

Już od samego rana!

Gdym stąpał lewą, prawą,

I myślał w mym obłędzie,

Że to me święte prawo,

Że to tak zawsze będzie!

Słoneczko pierwsze cienie

Ledwie na ziemi kładzie,

A ja już me cierpienie

Wlokę po promenadzie.

Cóż tu za masa ludzi!

Cóż za zgiełk! Boże święty!

Jak tu się nikt nie nudzi,

Jak każdy jest zajęty!

Mężczyźni w sile wieku

Z minami tęgich zuchów:

Ach, pociesz się, człowieku,

Patrząc na tylu druhów!

Ten, ów na lasce wsparty

Każdy przy swoim kubku —

I kroczą w ciżbie zwartej

Pół… przy pół…

Jak wszystkim jedno w głowie,

Jedną myśl każden pieści:

I niechże mi kto powie,

Że życiu braknie treści!

Jak tutaj się ocenia,

Jak tu się staje jasne,

Że celem wszech-stworzenia

Jest chronić zdrowie własne!

I z łezką rzewną w oku

Pokornie staję w rzędzie,

Ślubując, iż co roku

Odtąd tak zawsze będzie…

O, czysty, jasny zdroju,

Łagodnie alkaliczny,

O, źródło ty pokoju,

Nektarze ty mistyczny,

O, boski darze nieba,

Co wabisz nas rokrocznie,

Ileż nabłądzić trzeba,

Nim się przy tobie spocznie!

Kto w tobie usta zmacza,

Ten czuje w tym momencie,

Jak mu się przeinacza

Wszech-ziemskich spraw objęcie.

Wraz w piersi jego wzbiera

Zaświatów jakieś tchnienie

I życia rytm zamiera

Na jedno oka mgnienie.

Kształt bliski w dal ucieka,

Kolorów tęcze bledną,

Opuszcza duch człowieka

Ziemi skorupę biedną.

Na mgławej płynąc fali,

W obrazy senne patrzy,

Co gdzieś się topią w dali

W cień jakiś, coraz bladszy…

Tak u Mühlbruńskich zdroi

Wmieszany w ciżbę gwarną

Zgłębiam tajń duszy mojej

Wieczności tchem ciężarną;

I choć dzieweczka młoda

Dłoń mi podsuwa z kubkiem,

Dziwno mi, że ta woda

Mocno smakuje trupkiem…

W Karlsbadzie, we wrześniu 1911 r.

Polały się łzy me czyste, rzęsiste…

Chce mi się pisać wiersze,

Jak psipsi dziecku chce się;

Słóweczko rzucam pierwsze,

Może mi coś przyniesie.

Może i inne, liczne,

Popłyną za nim ciurkiem,

Floresy kreśląc śliczne

Pod skrzętnym moim piórkiem.

Może wytrysną ze mnie

W obrazków dziwnych rządek,

Po które bym daremnie

Wysyłał mój rozsądek.

Zawszeć to duszy zdrowiej —

I, choć nań szemrzą różni,

Lżej iść jest pielgrzymowi,

Gdy w drodze się wypróżni…

Ach, tak, pielgrzymem jestem

Depcącym po asfalcie,

Co utrudzonym gestem

Kuli się w swoim palcie;

Wśród ulic pokręcenia

Błądzę po mieście obcem,

Brnę poprzez mgły wspomnienia,

Gdym żył tu młodym chłopcem.

Błądzę wśród mar tysiąca,

Co pędem mkną i giną,

Jak filma nietrzęsąca

W Elektro-bio-kino…

Patrzę w niknące szlaki,

Uśmiecham się do środka,

A każdy uśmiech taki

To jakby jedna zwrotka.

Patrzę z mych lat dojrzałych,

W «przeszłość spowitą mgłami»

I z oczu posmutniałych

Ach, psipsi robię łzami…

W Paryżu, w marcu 1912 r.

Spowiedź poety

Kiedy za oknem śnieg prószy

Lub szemrzą jesienne deszcze,

Naówczas w głąb własnej duszy

Chmurni wpatrują się wieszcze.

Myśl ich szybuje skrzydlata

Hen, nad wszechbytu gdzieś progiem,

A duch wyniosły się brata

Z sobą jedynie i z Bogiem.

Rozwiej się jakaś otwiera

Nad niebios błękity szersza —

A skutek: u Gebethnera

Po kop. pięćdziesiąt od wiersza.

I mnie, choć biorę mniej słono,

Zdarza się w nocy czy za dnia,

Że lica żarem mi spłoną,

Gdy duch sam siebie zapładnia;

Że lecę w nieziemskie kraje,

Że skrzydeł dwojgiem u ramion,

I, krótko mówiąc, doznaję

Natchnienia klasycznych znamion.

Lecz, ach, gdy pruję powietrze

W sferyczną wsłuchany ciszę,

I duch mój z wolna na wietrze

Nad jaźnią mą się kołysze,

Gdy spojrzę z kresów wieczności

Na moją nędzę przyziemną,

Gorzki żal w piersi mej gości

I w oczach od łez mi ciemno.

Im bliżej mi już do granic

Przelotnej ziemskiej pielgrzymki,

Tym bardziej w sercu mam za nic

Te moje mizerne rymki.

Młodości rozmach bezczelny

W chłodną rozwagę się zmienia

I w duszy, przedtem tak dzielnej,

Lęgną się hydry zwątpienia.

Myśli w pytajnik się pletą

I w głowie zamęt mi czynią,

Czy jestem bożym poetą,

Czy tylko zwyczajną świnią…?

Czy jestem tańczącym faunem

Na gaju świętego zrębie,

Czy tylko cyrkowym klaunem,

Co sam się pierze po gębie…?

Czym owoc duszy mej rodził

W żywota pobożnych mękach,

Czym tylko figlarnie chodził

Po jasnym świecie na rękach…?

Czy, jak mi radził pan Galle,

Byłem jak Bajron i Dante,

Czy tylko w pustoty szale

Składałem śpiwki galante…?

I duch mój sztywne ramiona

Pręży w mrok szary i mglisty

I w piersiach łka coś i kona,

I chwytam za papier czysty.

Po głowie mi się coś roi,

W sercu coś kwili, coś gęga,

I śnię już w tęsknocie mojej,

Że się coś «serio» wylęga.

Ale na próżno się silę,

Czas trawię na wzlotów próbę,

Na papier płyną co chwilę

Słowa niechlujne i grube.

Wdzięczą się do mnie tak świeże

Jak piersi młodych dziewczątek

I chęć obłędna mnie bierze

W mych natchnień wcielić je wątek.

Szeregiem mienią się długim

Niby błyszczące klejnoty,

I chciałbym, jedno po drugim,

Na łańcuch nizać je złoty.

Kuszą mnie czarem niezdrowym:

Im które z nich jest plugawsze,

Tym bardziej w kształcie spiżowym

Chciałbym je zakuć na zawsze.

I patrzę na swoje płody,

I żądzą przewrotną płonę,

I ryczę jak Orang młody,

Gdy gwałci polską matronę.

Próżno się kajam i bronię

Dręczony pokus torturą,

Próżno w dróg mlecznych ogonie

Oczyścić chciałbym me pióro,

Archanioł, co z mieczem stoi

Przy świętej poezji chramie

Nie wpuszcza piosenki mojej

I mówi: pudziesz, ty chamie!

I tak się tułam po świecie,

I żal i smutek mnie dławią,

Żem jest jak nieślubne dziecię,

Z którym się grzeczne nie bawią.

Trudno, choć dola ma twarda,

W bezsilnej miotać się złości:

Zostaje dumna pogarda,

Lub apel do potomności;

A jeślim gwary ojczystej

Choć jeden zbogacił klawisz

Ty mnie od hańby wieczystej,

O mowo polska, wybawisz.

Kilka słów o piosence

„Sokrates, warum treibst du keine Musik?…”

(Nietzsche, Geburt der Tragödie)

Było to w Paryżu; któregoś wieczora wałęsałem się wzdłuż bulwarów, gdy nagle zbudził mnie z zamyślenia głos przeraźliwie donośny a zachrypły, który śpiewał, a raczej mówiąc ściślej, darł się co następuje:

Moi j'aime

La femme

A la folie…

Zdumiony tym niespodziewanym publicznym wyznaniem zwróciłem głowę i ujrzałem następujący obraz: mały sklepik, o ścianach pokrytych od podłogi do sufitu edycjami piosenek, zaś na środku olbrzymi gramofon, z którego mosiężnej gardzieli wychodziły chrypliwe, a bezprzykładnie namiętne dźwięki słyszane przed chwilą. Naokoło tłum ludzi, mężczyzn i kobiet, przeważnie ubogo lub skromnie odzianych i powtarzających półgłosem za tym idealnie cierpliwym i niezmęczonym nauczycielem kuplet piosenki. Za chwilę fala ludzka wydobyła się na ulicę, nucąc już płynnie:

Moi j'aime

La femme

A la folie…

a wraz nowy tłum przechodniów opanował sklepik. W ten sposób „piosenka dnia” znajduje się w przeciągu kilku godzin na ustach wszystkich, aby nazajutrz ustąpić miejsca innej i zginąć w niepamięci.

I nigdy tak wyraźnie jak wówczas nie odczułem, czym jest we Francji piosenka: jedną z elementarnych potrzeb egzystencji, artykułem spożywczym tak ważnym i niezbędnym jak wino i mąka. To tło trzeba czuć, aby zrozumieć ów genre literacki, który wykwitł z wrodzonej potrzeby odczuwania nie tylko gwałtownych wzruszeń, nie tylko wielkich smutków i radości, ale wprost najpowszedniejszych zjawisk życia codziennego w rytm piosenki.

Stworzenie temu kultowi piosenki trwałej świątyni, a zarazem rynku zbytu było dziełem głośnego Salisa, twórcy Chat noiru. Salis, przy całej „bohemie” obdarzony wielką praktycznością i niepospolitym talentem organizacyjnym, przeczuł kopalnię złota w tych fajerwerkach dowcipu i szalonych pomysłów, spalanych codziennie z wielkopańską rozrzutnością wśród koleżeńskich zebrań malarskich pracowni i knajp literackich. Rezultat przeszedł najświetniejsze oczekiwania — i dla niego samego i dla nowego genre'u literatury. Z otwarciem tego krateru z żywiołową siłą wybuchnęły talenty zdumiewająco silne i różnorodne. Sentymentalna, urocza piosenka Delmeta, szerokie, dramatyczne akcenta Tyrteusza Montmartre'u Marcela Legay — obok krwawych strof Bruanta, w których migota błysk noża apasza, obok niezmordowanego wabienia samiczki u Gabriela Montoyi, werwy satyrycznej Ferny'ego i tylu, tylu innych. Każdy z tych twórców-śpiewaków stwarza swój własny, odrębny rodzaj i każdy jest w nim do dziś dnia nieprześcignionym mistrzem. Z czasem wybuch ten uspokaja się nieco i piosenka płynie spokojniejszym, uregulowanym łożyskiem. Szalone improwizacje ustępują miejsca doskonałej literackiej fakturze; znika coraz bardziej rodzaj macabre (Jehan Rictus), a dominuje natomiast chanson d'actualité, będąca najczęściej chanson rosse (Fursy, Bonnaud, Numa Blès, Hyspa i inni). Jest to śpiewana migawkowa kronika bieżącego życia od najdrobniejszych wydarzeń miejscowych aż do największych faktów politycznych, traktowanych co najmniej równie lekko. Ot, bierze się trochę życia na słomkę i wydmuchuje bańki okrągłe, błyszczące i niknące w chwilę po urodzeniu.

Rozumie się samo przez się, że stałym, niejako oficjalnym przedmiotem nieskończonych konceptów i zabawy jest przede wszystkim pomazaniec narodu, prezydent Republiki. Można by mieć wrażenie, że każdorazowy prezydent tak długo zasiada na swoim quasi-królewskim krześle, dopóki piosenka nie wyciśnie z jego osoby i sytuacji całej możebnej sumy humoru i komizmu: po czym siłą rzeczy naród musi przystąpić do wyboru nowej głowy. Wraz ze swoim naczelnikiem dzieli ten los każdorazowy rząd, bez względu na jego wartość i istotę. I zaprawdę, niebezpiecznym jest objawem dla osobistości politycznej, jeżeli nazwisko jej nie defiluje stale w szarżach paryskich kabaretów. Nie z byle kogo Paryż śmiać się raczy i nie lada znaczenia i popularności trzeba, aby na to wyróżnienie zasłużyć. I nie jest to bynajmniej satyra polityczna, wynikła z bólu, z siły przekonania; jest to raczej owa blague w najlepszym paryskim znaczeniu: obracanie w świetle dowcipu wszystkimi powierzchniami danego przedmiotu, aby zamigotał całym snopem iskierek wesołości.

A zresztą zdaje się, że te zakłady, w których co wieczora ośmiesza się dobrodusznie a dotkliwie oficjalnych reprezentantów narodu, zdobyły sobie już stanowisko wprost jako instytucje użyteczności publicznej. Jako dowód może świadczyć, że jeżeli jakiś utalentowany piosenkarz engueule le gouvernement przez szereg lat i czyni to ze znacznym powodzeniem, to zostaje nagrodzonym przez ten sam gouvernement palmami akademickimi (mało zresztą szanowanymi na estradzie kabaretowej); jeżeli zaś ataki jego odznaczają się szczególniejszą werwą i dowcipem, to może marzyć i o czerwonej wstążeczce legii honorowej. Być może, że jest w tym traktowaniu rzeczy i głębszy podkład; że piosenka jest tą klapą bezpieczeństwa, którą niewinnie wyładowuje się stale wszelkie niezadowolenie, nie grożąc niebezpiecznym nagromadzeniem. Kto się śmieje, ten nie jest groźny; podejrzani są tylko ci ludzie, którzy się nigdy nie śmieją.

Będąc przed laty po raz pierwszy w Paryżu, zakochałem się od pierwszej chwili w paryskiej piosence, szukałem jej wszędzie, refreny jej dźwięczały mi bez ustanku w uszach. Kiedy po latach kilku znowu danym mi było usłyszeć starą, a tak nieskończenie wesołą, klasyczną nutę Chat noiru:

Un jeune homm' venait de se pendre

Dans la forêt de Saint Germain

czułem, że jak Sienkiewiczowskiemu Latarnikowi (jeżeli wolno się tak wyrazić) łzy napływają mi do oczu. Miłość ta byłaby najpewniej zeszła ze mną do grobu bez konsekwencji, gdyby nie powstanie „Zielonego Balonika”, które wydobyło z każdego z nas jakieś ziarenko wesołości, drzemiące przeważnie dość głęboko wobec niewesoło usposabiających warunków naszego życia.

Pisane w r. 1907.

W ścisłym przyjacielskim kółku, bez myśli o prasie drukarskiej, rodziły się te piosenki, przeznaczone na zabawę jednego wieczoru. Dziś, kiedy, po kilku latach, przeglądam je przed powtórnym oddaniem do druku, spostrzegam, iż wiele z nich już trąci myszką, wiele, kreślonych na kolanie, razi dotkliwie swym niedbalstwem moje klasyczne zamiłowania; niechaj jednak znajdą się tu razem jako historyczny dokument owego przelotnego okresu, w którym niewinna wesołość i pustota stukały nieśmiało i boczną furteczką do wrót „pałaców sterczących dumnie” naszej bardzo dostojnej pani Literatury.

Wiersz inauguracyjny na otwarcie piątego sezonu „Zielonego Balonika”

Już się piąta zima znaczy,

Jak w tych starych murów cieniu,

Walczym, z odwagą rozpaczy,

Przeciw mózgów rozmiękczeniu.

Walczym mężnie, lecz bez wiary

Przeciw tej krakowskiej hydrze,

Patrząc, rychłoli ofiary

I z naszego grona wydrze.

Przeżyliśmy tu, w tej sali,

Pięć lat naszych młodych rojeń,

Tutaj życieśmy czerpali

Z tak zwanej czary upojeń.

Weszliśmy w te ciche bramy

W naszych lat młodzieńczych wiośnie,

Niewinni jak dziecię mamy,

Gdy pierś jej tuli radośnie.

Weszliśmy w serc naszych bieli

Do tej komnaty zdradzieckiej,

Czyści, niby po kąpieli

Szambelan doktor Lubecki.

Weszliśmy pełni zapału,

Że zmienimy świata kolej,

Że stworzymy, choć pomału,

Polskę, co ma we łbie olej…

Nie broniąc się przed męczeństwem

Nieśliśmy siły najlepsze;

W pogoni za człowieczeństwem

Bywaliśmy jako wieprze…

By zdobyć pogląd niezłomny

Na cnotę i na występek,

W grzechów kałuży ogromnej

Nurzaliśmy się po pępek.

Dzisiaj, gdy pierwsza siwizna

Bieli naszą skroń znużoną,

Patrzymy, zali Ojczyzna

Przyjęła ofiarę oną…?

Czy który z nas, choć w mogile, (łezka)

Tej pociechy kiedy zazna,

By nas naród wspomniał mile,

Niby król swojego błazna…?

Lecz dalej! co bądź nas spotka,

Co bądź przypadnie nam w zysku,

Czy trudów nagroda słodka,

Czy tylko sińce na pysku;

Czyli pierzchną mroków cienie,

Czy się los zawistny uprze,

By następne pokolenie

Było w Polsce jeszcze głupsze,

Czyli czeka nas podzięka,

Czy też obrzucą nas błotem,

Niech płynie nowa piosenka,

Niech się pluska w winie złotem,

Niechaj śwista, niechaj warczy,

Niby bąk podcięty batem,

Zanim przyjdzie uwiąd starczy,

Jeszcze się pobawmy światem!

A kiedyś przyszłość odpowi,

Gdy nowych dni wejdą brzaski,

Kto lepiej służył krajowi,

Luto- czy też Siero-sławski!

Pisane w r. 1909.

Nowa pieśń o rydzu

Nuta:

Zdarzyło się raz Jadwidze,/ Poszła do lasu na rydze…

Miał se Michalik cukiernię,

Kupczył w niej trzeźwo i wiernie,

Kawusia, ciastka i pączki,

Zapłata z rączki do rączki.

  Kredytu śmiertelny był on wróg,

  Toteż mu za to poszczęścił Bóg,

  Że serce dla golców miał z głazu,

  Nie zrobił benkełe ni razu.

Każdy stan swoje ma smutki:

Toteż w czas niezmiernie krótki

W ów lokal znany z trzeźwości

Dziwnych sprowadził czart gości.

  W pobliżu świątynia stała sztuk,

  Stamtąd się zakradł najpierwszy wróg,

  Malarze lokal obsiedli,

  Iżby w nim pili i jedli.

Dziwi się wszystko w tej budzie,

Cóż tu się schodzą za ludzie!

Chłop w chłopa dziki, kosmaty,

A portki na nim na raty.

  „Hej, chłopak, wiśniówki dawać w cwał!”

  Wygolił dwanaście tak jak stał,

  I mówi: ciasteczka i trunek

  Wpiszesz pan na mój rachunek.

Przez dwa tygodnie już co dzień

Jadł i pił obcy przychodzień,

Wreszcie Michalik nieśmiało

Należność podaje całą.

  Czterdzieści sześć koron! ech, to nic,

  Dodaj pan te cztery, masz tu szkic,

  Przylepisz go pan do ściany,

  Będziesz miał lokal ubrany.

Cóż było począć z tym drabem?

Więc po wzdraganiu dość słabem

Zrozumiał biedny gospodarz,

Co to jest popyt i podaż.

  I od tej chwili codziennie już

  Lała się wóda z ogromnych kruż,

  Michalik patrzy i patrzy,

  A mur ma coraz pstrokatszy.

Co potem jeszcze się działo,

Gadać by trzeba niemało,

Dość że ta buda od dawna

Już w całej Polsce jest sławna.

  Wszystko oglądać ją pędzi w skok

  Do Michalika na five-o-clock:

  Kołtun z prowincji czy z miasta

  Z otwartą gębą żre ciasta.

Sprobuj zaglądnąć w zapusty

Do Michalika o szóstej:

Kogóż tam nie ma! sam powidz,

Nawet Rachela z Bronowic!

  Oj pa-, oj pa- nie Michalik

  A gdzież tyż tu jest jaki katolik?

  Karmcież mi dobrze go, proszę,

  By się nie skurczył po trosze…

W końcu Michalik na serio

Zaczął brać swoją galerią,

Uderzyło mu do głowy,

Że taki sklep ma morowy.

  Hej, panie Mączyński, panie Frycz,

  Bierzcie, co chcecie, nie szczędźcie nic,

  Urządźcie pięknie mi sale

  Niech się przed światem pochwalę.

Chwycili pędzle, ołówki,

Poszli po rozum do główki,

I mówią: cztery tysiączki

Bulić tu z rączki do rączki.

  Oj Mi-, oj Mi-, oj Mi- chalik

  Powiedz mi, chłopie, czyś ty się wścik?

  Strasznie zmieniły się czasy,

  Płać złotem za te figlasy.

Nie mamy w Polsce monarchy,

Same w niej golce lub parchy:

Michalik został nam jeden,

By sztuki stworzyć w niej Eden.

  Oj ry-, oj ry-, oj ry- cerzu nasz,

  Sztandarów świętych ty trzymaj straż,

  Będziem cię doić jak brata,

  Byleś nam długie żył lata.

Co mówili w kościele u Kapucynów

Posłuchajcie ludkowie,

Co wam dziadek opowie:

Niech nastawi każdy ucha,

Bo to mądra jest psiajucha,

 Z niejednej flaszki pijał.

Wiecie wy, chamskie gnaty,

Z kiem ja jezdem żeniaty?

W kościele moja babina

Baczy, by każda hrabina

 Miała do mszy stołeczek.

Przy tej duchownej pieczy

Słyszy też różne rzeczy,

Co tam sobie parle franse

Wygadują za romanse,

 Okrutne wszeteczeństwa.

W przedostatnią niedzielę

W kapuceńskim kościele,

Mówiła mi moja starka,

Straśna beła tam pogwarka

 O jakimsiś Baloniku.

Rzecze pani nieftóra:

To Sodoma, Gomóra;

Niewidziane rzeczy w świecie,

Co oni w tym taburecie

 Tfu! nikiej zwykłe świnie.

Schodzom się do piwnice,

Zapalone trzy świce,

Drzwi nie wprzódzi się otwiera,

Aż fto imię Lucypera

 Po trzy razy zawoła.

Kompanija wesoła

Ozbira się do goła,

Potem jakieś śtuczne tańce

Wyprawiają te pohańce,

 Wstyd mówić: jakieś macice.

Wszystko se tak używa,

Choć niejedna już siwa;

Niejedna — boskie skaranie —

W odmienionym chodzi stanie,

 A i tak se folguje.

Z harakiem stoi balia,

Pije cała kanalia,

Od rzeźbiarza do maljarza

Każdy pysk do balii wraża

 I bez pamięci chłepce.

Beł tam młody chłopczyna,

Zwą go jakoś… Stasina:

Jak nie weźmie płakać, prosić,

Że pić nie fce, że ma dosyć:

 Przemocą w gardło leją.

Jensza bestia — tak gruba —

Straśnie sprośna choroba:

Do syćkiego ten ci pirszy,

Wszeteczne im składa wirsze

 Na to rajskie wesele.

W wielkiej on ci tam chwale

Gra na klawicymbale,

Wszytkie głosem mu wtórują,

Po brzuchu go przyklepują,

 Niby że pirsza świnia.

Jenszy na łbie ma kłaki

Jak u jakiej pokraki —

Ponoś jaże jest ze Żmudzi;

Co ten gębą napaskudzi,

 To ratuj Chryste Panie!

Mówią o nim dochtory,

Że na rozum jest chory:

Bo do kobit tak się bierze,

Zamiast użyć jak należy,

 Ino gada plugastwa.

Jenszy znów do krotofil:

Wołajom go Teofil;

Żółtą brode se fryzuje,

Szpetne figle pokazuje,

 Baby skrzeczą z radości.

Że jest chłop jak się patrzy,

Niejedna się zapatrzy:

Potem dziwią się ludziska,

Choć nie krewny, zasie z pyska

 Wykapany Teofil.

Jak się syto napiją,

Dość se gębów pobiją,

Potem liga wszystko społem,

Fto na stole, fto pod stołem,

 Gorzej niźli źwirzęta.

Taką mają zabawę

Te odmieńce plugawe,

Co się same — Panie święty —

Przezywają dekadenty,

 Po polsku: takie syny!

Tak gadali w niedzielę

W kapuceńskim kościele:

Nie strzymałek ciekawości,

Przywlekłek tu stare kości,

 Niech się dziaduś napatrzy…

Pisane w r. 1906.

Pochwała ojcostwa

Pieśń napisana na uczczenie radosnego zdarzenia w rodzinie dyrektora „Zielonego Balonika”, a poprzedzona dwiema strofkami treści ogólnofilozoficznej.

Nuta: Danse du ventre

Życie ludzkie na pozór

     to zwykły kawał,

Lecz on nie jest tak prosty,

     jak by się zdawał,

   Ledwie się wyznasz na niem,

   Jużeś jest starym draniem:

   Kiedyś taki rozumny,

   Właźże do trumny…

Jednakowo dla wszystkich

     świat ten się kręci,

W mózgu zasad przybywa,

     a w żyłach rtęci…

   Reumatyzmy już łupią,

   Coraz bardziej jest głupio,

   Czują już nasze kości

   Przedsmak wieczności…

Z czymże staniesz przed Stwórcą,

     miły Stasinku,

Gdy napełnisz niebiosa

     zapachem kminku?

   Tam już skończy się blaga,

   Rozbiorą cię do naga,

   Nikt się tam nie przestraszy

   Białych kamaszy…

Na początek spróbujesz

     łgać na potęgę;

Wówczas Pan Bóg otworzy

     ogromną księgę:

   Stanisław Sierosławski —

   Odkrycia, wynalazki,

   I kobiece ramoty

   Każdej soboty…

I Stwórca wyda wyrok

     zwięźle i krótko:

Mój Stasinku, właściwie

     to jest malutko,

   Za to żeś żył tak marnie,

   Będziesz cierpiał męczarnie,

   Robił numer niedzielny

   W prasie piekielnej.

Rozpłacze się Stasinek

     jak małe dziecię,

Zacznie bąkać coś z cicha

     o kabarecie

   Na to przyskoczą diabły

   I po twarzy wybladłej

   Lizać go zaczną, przy tem

   Głaszcząc kopytem…

Jeden ciągnie za nogę,

     drugi za ucho,

Wówczas widząc Stasinek,

     że już z nim krucho,

   Krzyknie głosem straszliwym:

   «Byłem ojcem szczęśliwym!

   Sił przelałem ostatek

   W siedmioro dziatek!

Jedni czynią swe dzieła

     farbą na płótnie,

Inni się nad marmurem

     pocą okrutnie,

   Lub gdy żądza ich zbierze,

   Smarują na papierze,

   Aby krew swych męczarni

   Sprzedać w księgarni!

Laury takie nie skuszą

     duszy mej hardej,

Nie mam dla tych igraszek

     nic prócz pogardy,

   Ja, z przeproszeniem waszem,

   Byłem nowym Fidiaszem,

   Rzeźbiłem żywe ludzie

   W niemałym trudzie!

Właśnie kwili w kolebce

     siódma dziecina,

Poprzysiągłem nie spocząć

     niżej tuzina,

   Niestety, śmierć zdradziecka

   Przerwała wyrób dziecka,

   Wydarła mnie, zbyt skora,

   Służbie Amora!»

Jeden okrzyk podziwu

     w krąg się rozlegnie,

By oglądać herosa

     niebo się zbiegnie,

   I w wielkiej chwale siędzie

   I dumne jego lędźwie

   Sławić będą hen z góry

   Anielskie chóry.

   I w wielkiej chwale siędzie

   I płodne jego lędźwie

   Sławić będą hen z góry

   Anielskie chóry!!

Pisane w r. 1908.

Opowieść dziadkowa o zaginionej hrabinie

Straśna okropność w Warszawie się stała,

Jak opisuje nasza prasa cała,

Zjadły hrabinę jakieś ludożerce,

      Srogie morderce.

Coś upatrzyły sobie te bandyty

Do nieszczęśliwej bezbronnej kobity,

Nic jej nie pomógł bilet pirszej klasy:

      Okropne czasy!

Wlazła ci za nią jedna z drugą świnia,

Jak zacznie kurzyć paskudne Wirdżinia,

Za małą chwilę wszytko w kupie spało,

      Tak ci śmierdziało!

Dalejże zbóje do onej niebogi,

Bidną hrabinę wywlekli za nogi,

Nos jej skrwawili, podbili jej oka,

      Płynie posoka.

Wnet ułatwiwszy sprawę bez hałasu,

Tak po kamieniach wlekły ją do lasu,

Ledwie że czasem który okiem łypie,

      Czy jeszcze zipie…

Potem te zbóje znalazły się brzyćko,

Ściągnęły ci z niej do koszuli syćko,

I nie baczęcy na płacze i jęki,

      Wzięni na męki.

Takie historie pisały gazety —

Myślałek sobie: szkoda ci kobiety;

Naraz się wielga oschodzi nowina,

      Że jest hrabina!

Wszystko się pyta, jak beło w tym lesie?

Beło — nie beło, nikt dziś nie dowie się;

Bo swojej krzywdy ta kobita święta

      Nic nie pamięta.

Diabeł nie dońdzie, jak ta sprawa ma się;

Może i prawda, co pisało w „Czasie”,

Że to pewnikiem beł socjalistyczny

      Gwałt polityczny…

Pisane w r. 1907.

Pieśń o naszych stolicach i jak je Opatrzność obdzieliła

«Wszystko nam dałeś, co dać mogłeś, Panie»,

Powiedział niegdyś pewien wielki kpiarz;

A jednak dzisiaj to figlarne zdanie

Powtórzyć musi, kto kraj poznał nasz;

Bo choć poszarpał los polską ziemicę

Lecz wnet się do nas uśmiechnął przez łzy.

Wszak każda nacja jedną ma stolicę,

A my szczęśliwcy mamy ich aż trzy!

Kraków, Warszawa i nasz Lwów prastary,

Ten beniaminek wszystkich polskich serc,

Naszego ducha wszak to trzy filary,

Naszej kultury tyleż dzielnych twierdz.

Lecz nie dość jeszcze — cóż powiecie na to?

Całemu światu kładąc nas na wzór,

Extra stolicę dał nam Bóg na lato

«Uroczą perłę zakopiańskich gór».

Wnet sprawiedliwość boska dobrze znana

Hojne swe dary równo dzieli nam:

Nam da Feld-mana, Warszawie Rajch-mana,

Hösick na przemian mieszka tu i tam.

… … … … … … … … … … … .

… … … … … … … … … … … .

Słyną Warszawy «mistyczne wieczory»

I ich subtelny nastrojowy cień;

Lecz mistyczniejsze Kraków ma wybory,

Gdzie głosy zmarłych słychać w biały dzień.

I Lwów ma swoje igraszki natury —

O czarnoksięstwo zakrawa ten gest:

Bierze się kawał zwykłej, mocnej rury

Eccola! dmuchnąć i prezydent jest!

W Warszawie zbytek, szampańskie kolacje,

Płyną rubelki — skąd? gdzie? ani wiesz;

Lwów ma na tydzień jedną defraudację,

Coś więc gotówki liźnie czasem też.

Za to krakowskie mury osławione!

Ilu mieszkańców, tyle w portkach dziur:

U nas się mówi: «pożycz mi koronę»,

Tak jak gdzie indziej mówi się: Bonjour!

Dzięki tej stolic mnogości Ojczyzna

Ma aż trzy rynki na talentów zbyt,

Niejeden z państwa może w duchu przyzna,

Że to ułatwia nam walkę o byt;

Gdzie indziej, kto się na życia krawędzi

Raz jeden potknie — oho! bywaj zdrów!

U nas, choć w jednej stolicy coś zwędzi,

Założyć pismo może w drugiej znów.

Szeroko sięga sława naszych stolic

I cudzoziemców zwabia do nas kwiat;

Płyną podróżni z najdalszych okolic,

Pod polskim niebem każdy spocznie rad.

W niewieścim gronie, wśród miłej zabawy,

Jeśli zapytasz, skąd panienka jest?

Z wszelką pewnością jedna jest z Opawy,

Druga z Czerniowiec lub aus Budapest!

Pisane w r. 1907.

Zur hebung des Fremdenverkehrs

(Pieśń poświęcona krajowemu Tow. Turystycznemu)

Pewien gość przejezdny, tęskniąc za niewiastą,

Wyszedł szukać przygód w Krakowie na miasto,

Gościu, gościu miły, gościu, gościu nasz,

Zdaje mi się, że ty coś źle w głowie masz.

Nakłada cylinder i cudne lakierki,

W grubym pularesie szeleszczą papierki,

Stanął przed zwierciadłem, by poprawić strój:

Drżyjcie, Krakowianki, wychodzi na bój!

Elastycznym krokiem obchodzi plantacje,

Patrzy, komu by tu postawić kolację:

Wyszło wprawdzie z krzaków panienek ze sto,

Lecz zdawały mu się nie dość comme il faut.

Nieco już nerwowy przebiega ulice,

Coś, gdzieś, kiedyś słyszał o cygar fabryce

Zatem w tamtę stronę szybko zwraca chód,

Patrzy: dobra nasza, jest towaru w bród.

Zajął pod latarnią dogodną pozycję,

Zwraca do dziewczęcia grzeczną propozycję,

Lecz nim jeszcze zdążył w rozmowę się wdać,

Tak ci go «zwołała», że psia jego mać!…

Zwabił do cukierni wreszcie dwie kobietki,

Pannę Salczę z Ryfczą, polskie midinetki;

Zjadły czekoladę, po sześć ciastek tyż,

Cóż, kiedy tapen ja, aber sztyken nysz!

Ulice już puste, więc z resztką nadziei,

Pospiesza co żywo na dworzec kolei.

Może tam przynajmniej będzie jakiś ruch:

Cholera, nie miasto, powiada nasz zuch;

Podsuwa się chyłkiem do jakiejś kobity,

Wtem go łapie za kark dama świętej Zyty,

Rozjuszonym głosem krzyczy prosto w twarz:

Katolickich dziewcząt tknąć się ani waż!

Dobryś, mówi sobie, diabli wzięli randkę,

Gdzież ja o tej porze znajdę protestantkę?

Lecz umykać trzeba, to niezbity fakt,

Pójdę do teatru na ostatni akt.

Gość nasz, który zwiedzał cudzoziemskie kraje,

Widywał w teatrach lekkie obyczaje,

Zatem zakupiwszy cukrów cały stos,

Śmiało za kulisy idzie wściubić nos.

Rozpoczyna z lekka wstępną galanterią,

Dama robi na to minę bardzo serio,

Płomień oburzenia bije jej do lic:

U nas, proszę pana, małżeństwo lub nic!

Wypadł gość z teatru, trzęsąc się jak w febrze,

Pędzi do hotelu, o rachunek żebrze;

Aż do Oderbergu łamała go złość:

Tak z Krakowa zniknął jeden dobry gość!!

Pisane w r. 1907.

Dzień p. Esika w Ostendzie

(na podstawie korespondencji do «Kuriera Warszawskiego» i na wszelką odpowiedzialność autora tychże korespondencji skreślony i pod muzykę podłożony)

Motto:

Des Lebens ungemischte Freude

War doch einem Irdischen zutheil

Gdy skwar dopieka

Biednego człeka,

Pot po nim ścieka,

Topnieje już,

Gdzież Esik będzie,

Godniej zasiędzie,

Jak nie w Ostendzie,

Królowej mórz…

Uroczy pobyt,

Tłum pięknych kobit,

Wkoło dobrobyt,

Wszystko aż lśni,

Rozkosz przenika

Ciało Esika,

Nóżkami fika,

Ze szczęścia drży.

Pierwsze śniadanko:

Kawusia z pianką,

Przegryza grzanką

I pędzi w cwał

Prosto na plażę,

Gdzie w słońca żarze

Błyszczą miraże

Kobiecych ciał.

Strojna dziewczyna

Kibić przegina,

Luxus-kabina

Rozkoszą tchnie,

Ruchem pantery

Zrzuca jaegery

I gdzie hetery,

Tam Esik mknie.

Barwne półświatki,

Pulchne mężatki,

Obcisłe gatki

Śmieją się doń,

Esik się nurza,

Szczypie w odnóża,

To znów jak burza

Wciąga je w toń.

Lecz dość na dziś z tym,

Na piasku czystym

Jeszcze «mój system»

Przez minut sześć,

Potem swobodnie

Nakłada spodnie

I nim ochłodnie,

Pędzi coś zjeść.

Ostryga tłusta

Wpada mu w usta,

Potem langusta,

Potem chablis:

Otwiera paszczę,

Językiem mlaszcze,

W brzuszek się głaszcze

I dalej ji.

Znikł potraw szereg,

Mały szlumerek,

Potem spacerek

Przez pyszną sień,

Przybił do portu

W cieniach abortu

Co tu komfortu:

Uroczy dzień!

Wychodzi letki

Z cichej klozetki,

Znów na kobietki

Popatrzeć rad,

Z tłumem się miesza,

Gdzie strojna rzesza

Gwarnie pospiesza —

Pięknym jest świat!

Koncert w kurhausie

Esik zdrzymał się,

Budzi go w pauzie

Oklasków szum,

Potem nos wetka,

Kędy ruletka,

Stara kokietka,

Przywabia tłum,

Złoto się toczy,

Wszystko się tłoczy,

Wyłażą oczy,

W piersiach brak tchu —

Lecz Esik nie gra,

Bo niechże przegra,

Dałaby świekra

Ruletkę mu!

Tak niespożycie

To szczęścia dzicię

Studiuje życie

I jego brud,

Gdy wtem latarnie

Gasną i gwarnie

Wszystko się garnie

Do tinglu wrót.

Włazi i Esik

W ten interesik,

Figlarny biesik

Jakiś go prze,

Umoczyć usta

Tam, gdzie rozpusta,

Najskrrrrrytsze gusta

Zgadywać śmie.

Sala stłoczona,

Dyszące łona,

Nagie ramiona

Wśród fraków tła;

Tańczą skłębieni

W ciasnej przestrzeni,

Szampan się pieni,

Muzyka gra.

Dwa biusty śnieżne

Trą się lubieżne,

To znów rozbieżne

Prężą się wstecz —

Płoną oblicza,

Idzie maczicza,

Zabawa bycza,

Baeczna — prosz paa — rzecz.

Trzęsie się buda,

Pęka obłuda:

Cóż to za uda!

Esik aż drży;

Pyta nieśmiele:

Ma toute belle,

Rajskie wesele,

Quel est votre prix?

Spojrzy dziewczyna:

Zamożna mina,

Duża łysina

I nóżki w iks,

«Bez długich krzyków

Dla starych pryków

Dziesięć ludwików

C'est mon prix fixe».

Nie głupi Esik,

Swój pularesik

Zapina gdziesik,

Ochłonął w mig,

Płaci co żywo

Za małe piwo,

Z miną złośliwą

Za drzwiami znikł.

Wśród nocy chłodnej

Po plaży modnej

Idzie pogodny,

Wolny od burz,

Jeszcze dwie gruszki

Zjadł do poduszki,

Wyciągnął nóżki

I chrapie już!…

Pieśń o stu koronach

Któż za młodości płochych lat

Nie lubił grywać w bakarata?

Gdy ostatniego wezmą blata,

Ponuro się przedstawia świat.

Właśnie pociągnąć passę masz,

A tu pytają: gdzie pieniądze?

Tak smutnie po ulicach błądzę,

Gdy wtem znajomą widzę twarz!

  Przyjacielu, powiadam mu,

  Potrzebuję gwałtem koron stu,

  Jak tylko trochę odegram się,

  Z wdzięcznością oddam je.

Cynicznie tylko rozśmiał się,

Popatrzył na mnie jak na bzika,

W bocznej ulicy szybko znika

I gdzież ja teraz pójdę, gdzie?

Za chwilę szabes, pierwszy zmrok,

Drobnych w kieszeni ani troszkę:

Mniejsza z tym, wołam na dorożkę,

Na Kaźmierz każę pędzić w skok.

  Panie Gajer, mówię bez tchu,

  Potrzebuję gwałtem koron stu,

  Jak tylko trochę odegram się,

  Z procentem oddam je.

Popatrzył na mnie bestia Żyd:

Jakie sto? niechże pan ochłodnie;

Jak pan ma sprzedać stare spodnie,

Bierz pan trzy reńskie i sy git.

Przeklęte bydlę, jeszcze drwi!

Rozpaczą na wpół obłąkany

Pędzę do mojej ukochanej,

Z bijącym sercem wchodzę w drzwi.

  Ukochana, przybiegłem tu,

  Potrzebuję gwałtem koron stu,

  Jak tylko trochę odegram się,

  Z wdzięcznością oddam je.

Najdroższy, w tobie szczęście me, —

Powiada słodka ta istota —

Chciałabym mieć kopalnię złota,

Każde życzenie spełnić twe,

Lecz koron sto… w tak krótki czas…

Próżno się biedna myśl wytęża…

Ach, wiem już, wiem, poproszę męża,

Właśnie pieniądze ma jak raz!

  Drogi mężu, powiada mu,

  Potrzebuję zaraz koron stu,

  Przyszedł rachunek za suknie dwie,

  Więc coś a conto dać chcę.

Takie głosy słyszę przez drzwi,

Naraz zmieszany mąż wypada —

Obie ręce szeroko rozkłada

I na szyję rzuca się mi.

Powiada tak, ściskając mnie:

Przyjacielu, wiesz, jak cię lubię —

Zgrałem się wczoraj do nitki w klubie,

A żonie boję przyznać się;

  Wybaw mnie z sytuacji tej

  I koron sto pożyczyć chciej,

  Jak tylko trochę odegram się,

  Z wdzięcznością oddam je.

Patrzę na niego błędny wpół…

To jakiś istny dom wariatów?

I potykając się wśród gratów,

Szybko po schodach zbiegam w dół.

Och, rozpacz mnie ogarnia już —

Noc już zapada, czas ucieka:

Niezapłacony fiakier czeka,

O szóstkę wypadł z pyskiem stróż!

  Przyjacielu, powiadam mu,

  Idę właśnie szukać koron stu,

  Jak tylko znajdę pieniądze te,

  Dam ci szóstki aż dwie.

Fiakrowi robiąc pański gest,

W krąg objechałem całe miasto;

Dawałem procent dwieście za sto,

Wszędzie mi mówią: zastaw jest?

  Moi państwo, przyszedłem tu,

  Potrzebuję na fiakra koron dwu,

  Jak tylko trochę odegram się,

  Z wdzięcznością oddam je!

Opowieść dziadkowa o cudach jasnogórskich

Niekze to syćkie pierony zatrzasnom:

Wybrał się dziadek aż pod Górę Jasnom,

Myślał, że grosik uzbira, tymczasem

      Wrócił ciupasem.

Tego widoku dożył dziadek stary,

W całem klasztorze nic, jeno dziandary,

Sytkie osoby duchowne a święte

      Pod klucz zamkniente.

Dziwne tu rzeczy bajom sobie ludy,

Że się tam działy straśne jakieś cudy:

Niby że ojce porobieły świeństwa

      Gwoli męczeństwa.

… … … … … … … … … … … … .

… … … … … … … … … … … … .

… … … … … … … … … … … … .

… … … … … … . .

Żył jeden z drugim piknie bez turbacji,

Świątek czy piątek, przy godny kolacji,

Bluźnił Imieniu Tego, co go stworzył

      I cudzołożył.

Jeden nagorszy — patrzcie wymyśnika!

Chował pod sobą w sofie nieboszczyka,

Że jak bez tego na ty sofie grzeszy,

      To go nie cieszy.

Przeor też, mówiom, jucha jest morowa,

Ponoś co tydzień ziżdżał do Krakowa,

Jako że tu miał śtyry konkubiny,

      Same hrabiny.

Co jaki grosik na tacke się wśliźnie,

To go dzieliły ojce po starszyźnie,

A zaś do skarbca każdy za swe grzychy

      Miał dwa wytrychy.

Jak przyszło Księdzu dla dobra klasztoru

Zatłamsić kogo, to mu bez jankoru

Póki ta zipie, własną dłonią leje

      Świente oleje.

Codziennie rano, nabożnym zwyczajem,

Spowiadały się ojcaszki nawzajem,

By chtóry trafił, jak przyńdzie potrzeba,

      Prosto do nieba.

Różnie dopuszcza Bóg w mądrości swojej,

Ale to jakoś bardzo nie przystoi,

Iżby siedziały w takiem świentem gronie

      Same Pochronie.

Mnie złość już bierze, chociek dziadek świecki,

Cóż ta dopiro w grobie Xiądz Kordecki:

Musi go skręca od straśnej tertury

      Zadkiem do góry.

Kogo Bóg kocha, tego i doświadcza,

Więc choć zgrzyszyła ręka świętokradcza,

Módlmy się, bracia, by nasz zakon miły

      Znów porósł w siły.

Iżby zapomniał Bóg o swy boleści,

Trza mszów zakupić dziennie choć z czterdzieści:

Niech więc na tacke co ta chtóry może

      Rzuci w klasztorze.

Piosenka sentymentalna, której jednak nie trzeba brać zanadto serio

Czy pamiętasz jeszcze te wiośniane dni

Pierwszego twych zmysłów dziewczęcych rozkwitu?

Może o nich czasem serce twoje śni,

Kto wie, może we śnie omdlewa z zachwytu?

A gdy cię owładnie wspomnień tęsknych szał,

Może czasem marzysz o cichej sielance,

Gdym z ust wpół-dziecięcych pierwszy uścisk brał

W jakiejś ogrodowej ustronnej altance…

Może czasem wspomnisz słodkie chwile, gdym

Uczył pierwszych pieszczot twe nieśmiałe rączki,

Kiedym się upijał pierwszym dreszczem twym,

Młodziutkiego ciała gdym rozwijał pączki…

Dziś ty w pełnej krasie, jak dojrzały kłos,

Innym dajesz szczęście na twej piersi białej,

(Kłos nie ma piersi? To nic nie szkodzi, proszę nie przeszkadzać!)

Mnie w inne ramiona rzucił dobry los,

Dziś u moich kolan igra synek mały…

Gdy to dziecko dojdzie już chłopięcych lat,

Kiedy na nie przyjdzie czas wiosennych rojeń,

Wówczas twej piękności na wpół zwiędły kwiat

Dyszeć będzie czarem ostatnich upojeń;

Ocal biedne dziecię od miłosnych mąk,

Niech je twoja dobroć do siebie przygarnie,

Niechaj pierwszą słodycz weźmie z twoich rąk,

Niech nie zna, co pragnień młodzieńczych męczarnie.

Niechaj na nie spłynie dawna tkliwość twa,

Ono da ci w zamian pieszczot swych pierwiosnki,

Chciej być tym dla niego, czym dla ciebie ja —

Niech się ozwie echo dawnej, cudnej piosnki…

Joie de vivre

pieśń ku pokrzepieniu serc

Wszystko dziś biada: «lepiej wcale nie żyć»

 I pesymizmu słychać zewsząd jęk:

A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyć,

 Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk;

Umieć je cenić, to pierwsza zaleta,

 Nie żądać więcej, niż nam może dać:

Wówczas, braciszku, jak mówi poeta,

 Garściami rozkosz zewsząd będziesz brać!

Choć wszystko wezmą ci losy przeciwne,

 Pociechę pewną zesłał dobry Bóg:

To — że tak powiem — szczęście negatywne,

 Tego nie wydrze ci najsroższy wróg;

Gdyś tego szczęścia przeniknął sekreta,

 Pogodny idziesz wśród gromów i burz,

Gdzie nogą stąpisz — jak mówi poeta —

 Wszędzie ci życie kwitnie wieńcem z róż!

Wszędzie radości znajdziesz nowe źródło

 I do rozpuku śmiejesz się raz w raz;

Patrzysz, jak grzebią jakieś stare pudło,

 Pomyślisz sobie: na mnie jeszcze czas!

Przystaniesz sobie za trumienką z boku,

 Posłuchasz śpiewu i żałobnych mów,

Dziewczątko małe uszczypniesz gdzieś w tłoku,

 Już się od dawna tak nie czułeś… zdrów.

Wyjdziesz na miasto dla użycia ruchu,

 Z daleka widzisz jakieś twarze dwie:

To Rydel komuś wierci dziurę w brzuchu,

 Pomyślisz sobie: dobrze, że nie mnie!

Niedługo szukasz za nową podnietą —

 Na «Warszawskiego» do kawiarni idź:

Przeczytasz sobie Hösicka felieton,

 No i sam powiedz: czy nie warto żyć?

W zimowy wieczór spieszysz do teatru,

 W fotelik miękki rozkosznie się wtul:

Ciepło, zacisznie, ni śniegu, ni wiatru,

 Tragedii sobie wysłuchasz jak król!

Z piątego aktu prosto na kolację,

 W gazetce znowu jest nowinek dość:

Tu masz bankructwo, tam znów licytację,

 Z trzeciego piętra zleciał jakiś gość!

Tak sobie chodzisz wesoły jak ptaszek,

 Radosną wszędzie życia widzisz twarz;

Wreszcie znużony i syt już igraszek

 Wracasz do domu: własny kluczyk masz;

Słychać szmer jakiś: zaglądasz przez szparkę:

 I jak tu człowiek się nie cieszyć ma — ?

Tam ktoś… ten… tego… właśnie twą kucharkę.

 Pomyślisz sobie: dobrze, że nie ja!

Śmiejesz się błogo przed zamknięciem powiek

 I dziękczynienia czynisz korny gest —

Byle chciał tylko, znajdzie szczęście człowiek,

 Nie ma co mówić: dobrze jest, jak jest!

Więc choć świat biada: «lepiej wcale nie żyć»

 I pesymizmu słychać zewsząd jęk,

Najmilsi bracia, zechciejcie mi wierzyć,

 Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk!!

Głos rozjemczy w sprawie pana Wilhelma Feldmana contra Rosner, Żuławski, Tetmajer etc. etc.

Skonfiskowane

… … … … … … … … … … … …

Pełna wrzasku ziemia polska

      Oj oj oj

Pełna wrzasku ziemia polska

Od Czikago do Tobolska

      Oj oj oj

Za cóż nas tak karzesz, Panie,

      Oj oj oj

Za cóż nas tak karzesz, Panie,

Przez rok słyszym o Feldmanie

      Oj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batem

      Oj oj oj

Rosner pierwszy śmignął batem,

Chociaż tylko jest hofratem

      Oj oj oj

Wykazał — herezja czysta!

      Oj oj oj

Wykazał — herezja czysta! —

Że Feldman — żaden Monista

      Oj oj oj

Mówił, że u niego we łbie

      Oj oj oj

Mówił, że u niego we łbie

Nie Olbrzymy ale — kiełbie

      Oj oj oj

«Jak pan szmi? Gewałt! Rabacja!

      Oj oj oj

Jak pan szmi? Gewałt! Rabacja!

To jest prosta denuncjacja!

      Oj oj oj

My z Wyspiańskim to dwa braczie

      Oj oj oj

My z Wyspiańskim to dwa braczie,

Zrozumiano? ti… hofraczie!»

      Oj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furii

      Oj oj oj

Krzyknął Jerzy w wielkiej furii,

Niby poseł z piątej kurii

      Oj oj oj

«Ja ci, p…u, skórę zedrę

      Oj oj oj

Ja ci, p…u, skórę zedrę,

Z Wyspiańskiego robisz Fredrę

      Oj oj oj

Uczysz naród, że Słowacki

      Oj oj oj

Uczysz naród, że Słowacki

Bez podpisu jest pod placki.»

      Oj oj oj

«— Pilnuj pan swoje papiery

      Oj oj oj

— Pilnuj pan swoje papiery,

Pan piszesz — same premiery!»

      Oj oj oj

Zabrał głos pan Kaźmierz Przerwa

      Oj oj oj

Zabrał głos pan Kaźmierz Przerwa

I przemówił jak Minerwa:

      Oj oj oj

«Bardzo przykry to wypadek

      Oj oj oj

Bardzo przykry to wypadek

Trącać kogoś nogą w plecy

      Oj oj oj

Jeszcze przykrzej, oczywiście

      Oj oj oj

Jeszcze przykrzej, oczywiście,

Czynić to w otwartym liście

      Oj oj oj

Lecz gdy mi tak popadł w ręce,

      Oj oj oj

Lecz gdy mi tak popadł w ręce,

To już chyba się poświęcę

      Oj oj oj

Powiedz, ojczyzno, quousque

      Oj oj oj

Powiedz, ojczyzno, quousque

Będziemy cierpieć tę pl… …?»

      Oj oj oj

Wnet znaleźli się obrońce,

      Oj oj oj

Wnet znaleźli się obrońce,

Trudno — Feldman ma dwa końce

      Oj oj oj

Mówią przeto: wszystko racja

      Oj oj oj

Mówią przeto: wszystko racja

Ale gdzież asymilacja — ?

      Oj oj oj

Wszak to dla nas (sam pan powiedz)

      Oj oj oj

Wszak to dla nas (sam pan powiedz)

Drugi Berek Joselowic!

      Oj oj oj

Ach! potnijcież go na ćwierci,

      Oj oj oj

Ach! potnijcież go na ćwierci,

Życzę mu walecznej śmierci

      Oj oj oj

W bohaterstwa świetnej glorii

      Oj oj oj

W bohaterstwa świetnej glorii

Niech już przejdzie do historii

      Oj oj oj

Może kiedyś w tej stolicy

      Oj oj oj

Może kiedyś w tej stolicy

Też doczeka się ulicy

      Oj oj oj

Będziem jeździć do hetery

      Oj oj oj

Będziem jeździć do hetery — (pst! fiakier!)

Feldmana, czterdzieści cztery

      Oj oj oj!

Pisane w r. 1909.

Kilka słów w obronie świętości małżeństwa

Dziwny jakiś w pojęciach

      szerzy się zamęt,

Czy małżeństwo to kpiny,

      czy też sakrament?

   Jakaś zaraza padła

   Na wszystkie nasze stadła,

   Zamiast siedzieć spokojnie,

   Wszystko dziś w wojnie.

Dawniej, kto się raz złączył

      w bożym przybytku,

Wiedział, że ma do śmierci

      trwać w swym korytku,

   Rozumiał, że ten związek

   To twardy obowiązek,

   Dwie dusze w jednym ciele,

   Flaki w niedzielę.

Co Bóg komu przeznaczył,

      brano w pokorze,

Nikt nie robił grymasów,

      że tak nie może.

   Cel przyświecał im wzniosły,

   Dziatki ku górze rosły,

   No i tak się tam żyło,

   Jakoś to było.

Jakież dziś społeczeństwa

      przyszłość ma szanse,

Skoro ludzie z małżeństwa

      czynią romanse?

   Dziś czy prosty, czy krzywy,

   Każdy chce być… szczęśliwy!

   A to czysta wariacja

   Ta demokracja!

Wszędzie dziś do narzekań

      widać tendencję,

Wszędzie skargi na mężów

      imp… ertynencję,

   Trudno, mój miły Boże!

   Każdy robi co może:

   Wszakże nie jest nikt z panów

   Pułkiem ułanów…

Ówdzie znów mąż stroskany

      krzyczy: o rety!

Jak to, ja mam żyć z gęsią

      zamiast kobiety?

   Są i takie wypadki,

   Fakt znów nie jest tak rzadki,

   Spojrzyj pan po tej rzeszy,

   To cię pocieszy.

Tam znów młode dziewczątko

      wprost od ołtarzy

Staje w progu sypialni

      z powagą w twarzy,

   Zapowiada ci ostro,

   Że chce być tylko siostrą…

   (Moja miła pieszczotko,

   Bądźże choć ciotką!)

Wszystko dziś rozwodami

      sobie urąga

Separacją od stołu,

      no i szezlonga:

   Łączą się parki lube

   Z sobą niby na próbę,

   Nim nie znajdzie się czego

   Przyzwoitszego…

Gdy więc takie dziś macie

      kapryśne gusty,

Nie mieszajcież kościoła

      do tej rozpusty,

   Kto ma interes pilny,

   Niech bierze ślub cywilny,

   Skojarzy młodą parę

   Prezydent Sare.

Pisane w r. 1909.

Piosenka w stylu klasycznym

Gdy twej miłości kwiat już zwiądł,

Nim w kraj daleki pójdę stąd,

      O mój aniele,

W rozstania smutnej chwili tej

Wysłuchać mojej prośby chciej:

      To tak niewiele!

Sentymentalnych zaklęć słów

Nie lękaj się usłyszeć znów,

      Ani rozpaczy,

Nie będę budził dawnych mar:

Wszak musiał prysnąć szczęścia czar

      Tak, lub inaczej..

Na wieki pomnieć będę ten

O twej miłości cudny sen,

      Upojeń tyle,

Lecz nim me serce strącisz w grrrrrrrób —

Ach, pozwól zostać u twych stóp

      Jeszcze choć chwilę!

Nim pójdę cicho i bez skarg,

Scałować pozwól z twoich warg

      Ten wdzięk dziewczęcy —

Niech twoich ust niestarty ślad

Na ustach mych uniosę w świat,

      Nie pragnę więcej…

W twych sukniach pozwól twarz mi skryć

I choć przez chwilę jeszcze żyć

      Szczęścia wspomnieniem,

Gdy pieszczot mych palący szał

Twych zmysłów szukał, aż się stał —

      Wspólnym westchnieniem…

Twą głowę pochyl na mą skroń

I włosów twych drażniąca woń

      Niech mnie upoi:

Po raz ostatni jeszcze niech

Usłyszę spazmatyczny śmiech

      Rozkoszy twojej…

Wysłuchaj zatem prośby mej,

Wszak trudno chyba żądać mniej,

      Bardziej nieśmiało,

Niech dawnych wzruszeń słodka moc

Odżyje choć na jedną noc,

      Wszak to tak mało…

Zielony Balonik — Muzeum Narodowemu

hołd jubileuszowy, połączony z ukonstytuowaniem sal Jana Michalika jako XXII-ej filii tegoż Muzeum

Nuta: La Mattchiche

Dość było w Polsce gratów

   Od antenatów,

Lecz się walały w kątku

   Tak bez porządku —

Ażeśmy zbrzydli Bogu

   Bez katalogu,

Więc zesłał nową erę,

   Dał nam Koperę.

Dyrektor nie dla formy

   Wszczyna reformy,

Sprężysty chociaż słodki

   Zmienia gablotki,

Heblują się deszczułki

   Na nowe półki,

W wielki dzwon bije On

   Sztuce polskiej wznosi tron.

Najwięcej pożarł cyfer

   Sam kaloryfer,

Pozycja też nie cienka

   Schludna łazienka;

Jest wszystko od A do Zet:

   Angielski klozet;

Są także, z ludzkiej łaski,

   Jakieś obrazki.

Z demonstracjami i projekcjami świetlnymi.

Są skarby w tej kolekcji

   Na wszystkie gusta:

Jest urna aż z elekcji

   Króla Augusta;

Choć inni znawcy sądzą

   (Może i błądzą),

Że ją miał Leszek biały,

   Kiedy był mały.

Są różne fotografie

   I etnografie,

Kamienie, co przetrwały

   Z lat dawnej chwały;

Są bijące zegary,

   Cenne puchary,

Co kto ma, niechaj da,

   Niech skarbnica rośnie ta.

Śpiewajmy więc Te Deum:

   Mamy Muzeum,

Co już ćwierć wieku całe

   Porasta w chwałę;

Dziś doszło do zenitu

   Swojego bytu:

Dalej więc, wznieśmy krzyk

   Na zdrowie mu — A… a psik!

     Słowiański świat

     Dziś krzyczy mu: wiwat!

     Niech nam sto lat

     Do grata zbiera grat!

Więc schodzą bratnie nacje

 Się na kolację:

Jedzą pieczeń cielęcą,

   Dzień wielki święcą;

Muzyka rżnie od ucha

   Z Wesołej wdówki,

Radcy pchają do brzucha

   I kropią mówki.

Potem wydaje festyn

   Czynciel Celestyn

Na wiekopomnym dachu

   Swojego gmachu,

A w końcu Jan Michalik

   Wyprawia balik:

Swoich sal wręcza klucz,

   Łzy mu słodkie ciekną z ócz.

— Ten pokój pan opustosz:

   Tu będzie kustosz;

Tam w sieni będzie stało

   Dwóch woźnych z pałą;

Trochę się to zagraci,

   Czechów sie sprosi,

Potem Szukiewicz Maciej

   Odczyt wygłosi.

     Więc wznieśmy krzyk:

     Niech żyje Michalik!

     Handelek znikł,

     A filia wstaje w mig…

Po filii filia rośnie

   Jak długi Kraków;

Witają je radośnie

   Serca Polaków:

Aż ta stolica cała

   Wreszcie się stała

Z rozkwitem nowej ery

   Filią Kopery.

Przechodniów już nie straszy

   Policjant groźny,

Stolicy strzeże naszej

   Uprzejmy woźny:

Prezydent abdykuje,

   Rządy sprawuje

Przebrany Pagaczewski

   W mundur niebieski.

     I — Boże daj,

     Przemieni cały kraj

     W antyków raj.

     Jemu w to tylko graj!

Więc pierś okrzykiem wzbiera:

   Wiwat Kopera!

Niech długo nam gromadzi,

   Spisuje, ładzi,

Skupuje, segreguje,

   Kataloguje,

A gdy kto, za lat sto,

   Znów odwiedzi cudo to:

Z demonstracjami i projekcjami świetlnymi!! Sensacyjnie!!

Dyrektor z twarzą słodką

   Prowadzi gości,

Gdzie wiszą za gablotką

   Malarzy kości;

Ostatnie to zabytki

   Tej rasy brzydkiej.

Z głodu zdechł — trudno, ech!

   Taki widać miał już pech!

Śpiewajmy więc Te Deum:

   Mamy Muzeum!

Niech znów przez wieki całe

   Porasta w chwałę;

Obrazów zakupami

   Niech się nie splami,

A dojdzie do zenitu

   Swego rozkwitu!

     I cały świat

     Wykrzyknie mu: wiwat!

     Niech setki lat

     Do grata zbiera grat!

Pisane w r. 1909.

Mistrzowi Styce

autorowi projektu napełnienia krakowskiego Rondla swoją panoramą

Nuta: Siedziała na lipie

Zobaczył pan Styka,

Jak raz mały kondel

Podniósł zadnią łapkę

I spaskudził Rondel.

     Oj dana!

I przyszła Mistrzowi

Do głowy myśl słodka:

A gdyby to samo

Zrobić ode środka…

     Oj dana —?

Że ludzie ofiarni

Są w tych czasach rzadcy,

Więc mu deputację

Ślą dziękczynną radcy.

     Oj dana!

Jeśli zatem fama

Publiczna nie kłamie,

Będziem mieli w Rondlu

Grunwald w panoramie.

     Oj dana!

Tak to z małych przyczyn

Skutki są ogromne:

Z niepozornej psiny

Dzieło wiekopomne.

     Oj dana!

Lecz w czym niezbadane

Losów tajemnice:

Nie wie nikt o piesku,

A każdy o Styce.

     Oj dana!

Pisane w r. 1909.

Pobudka

śpiewana przez banderię krakowską w czasie pochodu jubileuszowego w Wiedniu (1908)

Nuta: Bartoszu, Bartoszu!

Wojciechu, Wojciechu,

Nie traćta animuszu,

Nie traćta animuszu,

Straśnie wam do twarzy

W Sobieskich kontuszu.

Uziębło, Uziębło,

Lecz znowu się przygrzeje,

Lecz znowu się przygrzeje,

Narodzie kochany,

Jeszcze miej nadzieję.

Turcyja, z Austryją

Znowu się za łby wodzą,

Znowu się za łby wodzą,

Jeszcze polskie szable

Na coś się przygodzą.

Pod Wiedeń, pod Wiedeń,

Droga przez Bronowice,

Droga przez Bronowice,

Włodek już maluje

Kosy i szablice.

Pan Rydel, pan Rydel,

Na odsiecz jedzie z Toni,

Na odsiecz jedzie z Toni,

Sam ma w swojej gębie

Siłę trzystu koni.

Na Turka, na Turka,

Rukuje pułk trzynasty,

Rukuje pułk trzynasty:

Siadaj na koń, Wojtek,

Poprowadzisz nas ty!

Pod Wiedniem, batalia,

Powtórzy się ta sama,

Powtórzy się ta sama:

Czy ten, czy ten wygra

Będzie panorama!

Piosenka wzruszająca

Choć twej młodości jasny płomień

Iskrami bucha oszołomień,

     O Piękna ma,

Nie kusi mnie twych wdzięków wiosna,

Kiedy promienna i radosna

     Ku życiu drga…

Spoglądam z dala obojętny,

Jak w żądzy szczęścia zbyt namiętnej

     Zatracasz gust —

I patrzę z leniwym uśmiechem,

Jak poisz się wciąż nowym grzechem

     Wciąż z innych ust…

Lecz kiedy ujrzę w twojej twarzy

Cierpienie, co się w oczach żarzy

     Posępną skrą —

Gdy w smutku widzę cię żałobie,

Ach, wówczas muszę być przy tobie

     Czuć mękę twą…

Ty mnie nie kochasz, ni ja ciebie,

A jednak tulę cię do siebie,

     Nie mówiąc nic —

I piję smutek twój, dziewczyno,

I piję twoje łzy, co płyną

     Z pobladłych lic…

Czy to jest przyjaźń idealna,

Czy też perwersja seksualna? —

     Obłędne sny — ?

Ach, nie wiem, co się ze mną stało,

Lecz chciałbym pić przez wieczność całą

     Twe drogie łzy,

      Twe drogie łzy…

Pieśń o domu malarskim

Przeznaczona na uroczyste przedstawienie na rzecz budowy domu uczniów Szkoły Sztuk Pięknych i lekkomyślnie odrzucona przez komitet tejże uroczystości.

Nie masz nic w świecie ponad

      życie domowe,

Uczciwe a szczęśliwe,

      tanie a zdrowe,

   Któż nie wzdycha za sielskim

   Domkiem swym rodzicielskim,

   Choć zeń zwykle miał w zysku

   Sińce na pysku…

Każdy stroi swój domek

      w glorię prześliczną,

Miłością go otacza

      choć platoniczną;

   Nawet przy szklance wódki,

   Społeczeństwa wyrzutki

   Śnią o własnym domeczku

   W ciepłym szyneczku.

Wszystkim młodość się święci

      jasna i czysta,

Czemuż tułać się musi

      biedny artysta?

   Gdy nasz Kraków niepomny

   Swojej rzeszy bezdomnej,

   Tulą sztuki plastyczne

   Domy — publiczne…

Teraz wszystko, jak słychać,

      już się odmieni,

Stanie klasztor malarski

      w przyszłej jesieni;

   Każdy będzie miał celkę,

   Sztalugi i modelkę,

   Ciepły kocyk na łóżku,

   Wodę w dzbanuszku…

Kwitnie życie rodzinne

      już od poranka,

Wszystko dają na krydę,

      istna sielanka;

   Wszystko w domu ma malarz:

   Ratafię, starkę, alasz,

   Więc piątek czy niedziela,

   Spity jak bela.

Ani sposób na studia

      wygnać go w pole:

«W domku ciepło i sucho,

      już ja tam wolę!»

   Nabrał w domu ochoty

   Do uczciwej roboty,

   Przepisuje na czysto,

   Został diurnistą.

I tak życie domowe

      płynie bez chmurki,

Cieszą się także wasze

      żony i córki;

   Zamiast spieszyć w tym celu

   Z artystą do hotelu,

   Chronią się, pełne sromu,

   W malarskim domu…

Spieszcie więc, Krakowianie,

      z ofiarną dłonią,

Niech i biedni malarze

      głowę gdzieś skłonią:

   Wszakże i tak z tej braci

   Czynszu żaden nie płaci,

   Zbędziecie się tej kliki,

   Kamieniczniki!!

Pisane w r. 1908.

Proroctwo królowej Jadwigi

(Ze śpiewów historycznych)

(1 melodia)

Zaledwie czas świtania

Po zamku już ugania

     Jagiełło,

     Skirgiełło,

(Skąd im się to wzięło? )

— Krzyżackiej dość intrygi!

Król woła do Jadwigi:

     Jadwisia,

     Daj pysia,

Wielka wojna dzisia!

(2 melodia)

Rzecze w te słowa

Słodka królowa:

Mój miły Władku,

Masz w bród dostatku,

Po cóż ci diabli

Nadstawiać szabli,

Jeszcze, broń Boże,

Kto w łeb dać może.

(1 melodia)

Ofuknie ją Jagiełło:

Ja wiekopomne dzieło

     Sposobię,

     I zrobię,

Wyperswaduj sobie!

Zrozumże, moja śliczna,

Że misja historyczna

     To karta

     Niestarta,

Paru guzów warta!

(Trio)

Chytrze Królowa

  Śmieje się w głos:

«Różne siurpryzy chowa

  Kapryśny los…

Ja już od urodzenia

Mam dar jasnowidzenia

I do społecznych kwestii mam bajeczny nos…

Dwie silne pięści

  Pan Bóg ci dał,

Niech ci się, Władku, szczęści

  Na polach chwał…

Dziś górą ciężka łapa,

Lecz kiedyś straszna klapa,

Ach, kiedyś lada chłystek będzie z nas się śmiał.

(2 melodia)

Już światło bucha,

Nowego ducha

Świta zaranie,

Nic nie zostanie

Z militaryzmu

Oprócz komizmu,

A z twej wielkości

Spróchniałe kości…

Inne ja wolę

Działania pole,

Inna potęga

Wieczności sięga

I nie wygasa —

A nią jest prasa!

Bez jej ochrony

Chwieją się trony…»

(1 melodia)

Nie słucha — dosiadł konia,

W Grunwaldzkie pędzi błonia

     Na znoje

     I boje,

Tępić wrogi swoje…

Ona nie bita w ciemię,

Zakłada Akademie,

     Stypendia,

     Kompendia,

Różne inne endia.

(2 melodia)

Powstają bursy,

Przeróżne kursy,

Literaturę

Dźwiga się w górę;

Goły poeta

Dostał kotleta,

Piszą chłopczyki

Panegiryki…

Skryby zgłodniałe

Pieją jej chwałę,

Przy kuflu piwa

Krzyczą: Evviva!

«Cóż to za dama!»

Huczy reklama,

Na święty zydel

Sadza ją Rydel…

(1 melodia)

O wielka ty królowo,

Prorocze Twoje słowo

     Z niemałą

     Twą chwałą

Faktem dziś się stało;

Bo nikt w dzisiejszym czasie

Bez stosuneczków w prasie

     — To, panie,

     Gadanie —

Świętym nie zostanie…

Pisane w r. 1907.

Dobra mama

Kiedy nadchodzi wieczór już

Mówi mama kochana:

«Śpij ma dziecino, oczki zmruż,

Śpij smaczno aż do rana.

   Sukieneczki złóż

   Na krzesełku tuż

I wdziej koszulkę nocną;

   Już na ciebie czas,

   Więc ostatni raz

Uściskaj mamę mocno.

Dobranoc, kotku, bywaj zdrów,

Nie płacz mi, że jest ciemno,

Paciorek jeszcze ładnie zmów,

Powtarzaj razem ze mną:

   Aniele stróżu mój,

   Ty ciągle przy mnie stój

Jak we dnie tak i w nocy —

   I w przygodzie złej

   Ty koło mnie chciej

Być zawsze ku pomocy».

Zaledwie mama przeszła próg,

Już jej dziewczynce grzecznej

Z radosnym śmiechem legł u nóg

Braciszek jej (cioteczny);

   Ręce chłopcu drżą,

   Tuli siostrę swą

I gryzie w samo uszko;

   To zuchwały smyk:

   Tak jak zawsze zwykł,

Schowany był pod łóżko!

Za chwilę już dzieciaki dwa

W pieszczotach słodkich toną,

Niewinny uścisk długo trwa,

Oczęta żarem płoną;

   Coś skrzypnęło… ach!

   Cóż za straszny strach,

Serduszko bije mocno;

   Już się robi świt —

   «Adasiu… mnie wstyd…

Oddaj koszulkę nocną…»

Różane ciałko drży jak liść —

«...Adasiu, tak nie można…

Ja muszę przecie za mąż iść,

Ja muszę być ostrożna!

   Przecie dobrze wiesz,

   Że bym chciała też,

Oddałabym ci wszystko…

   Ale potem cóż…?

   Chyba umrzeć już —

Albo… zostać… artystką…»

Niedługo słychać ranny gwar,

Dzieweczka śpi już sama;

Kneipowskiej kawki niosąc war,

W drzwi wchodzi dobra mama.

   Wlepia tkliwy wzrok:

   Dziś szesnasty rok

Zaczyna drogie dziecię!

   «Co by tu…? ach, wiem!

   Waniliowy krem:

Nic tak nie lubi w świecie…»

Pieśń o lwowskim Rafaelu

zasłyszana na Łyczakowie

Nuta pieśni narodowej:

Jedna baba drugiej babie / Ho, ho, ho!

Do batiarki w Łyczakowi

      Ho, ho, ho,

Przyszedł batiar i tak powi:

      Ho, ho, ho,

Podźże panna, dziś niedziela,

      Ho, ho, ho,

Pokażę ci Rafaela,

      Ho, ho, ho!

Krótko trwała ta pogwarka,

      Ho, ho, ho,

Nie w ciemię bita batiarka,

      Ho, ho, ho,

Nie będzie ze mną nic z tego,

      Ho, ho, ho,

Schowaj go dla Ciuchcińskiego,

      Ho, ho ho!

Ale batiar nic nie pyta,

      Ho, ho, ho,

Ino krzepko panne chyta,

      Ho, ho, ho,

I nim minęła niedziela,

      Ho, ho, ho,

Zobaczyła Rafaela,

      Ho, ho, ho!

Pisane w r. 1907.

Historia „Prawicy Narodowej”

Król Bolesław, to rycerz był mężny,

W kołach przyjaciół Chrobrym zwan,

W swojej łapie miecz dzierżył potężny

I puszczał wrogów w krwawy tan;

Co wieczora, w zamkowej świetlicy,

Leżąc w łóżku zwykł grubo się śmiać: Ho, ho, ho,

Póki jeszcze trzymam miecz w prawicy,

Możecie, dzieci, zdrowo spać!

Jadwisieńka kochała Wilhelma

Ale w narodzie powstał krzyk:

Co? królem naszym Niemiec szelma?

Wszak lepszy już litewski dzik!

Choć łzy gorzkie zraszają jej lice,

Lecz odważnie podaje swą dłoń:

Przyjm, ojczyzno, tę czystą prawicę,

Idź, mój wianku, polskiej ziemi broń!

I nasz naród przy pomocy nieba

W potędze kilka wieków trwał;

Gdzie go tylko nie było potrzeba,

Wszędzie się polski husarz pchał;

Z czasem osłabł już zapał szlachcica,

Coraz rzadszym bywał szabli błysk:

Narodowa wciąż biła prawica,

Ale tylko biła chłopa w pysk!

W końcu nawet już niebu to zbrzydło,

Już nas Opatrzność miała dość;

I rzekł Pan Bóg: wytracę to bydło,

Bo już patrzeć na nich bierze złość —

Przyszedł Prusak… Moskal… Targowica…

Na Ojczyznę przyszły czasy złe…

Była wprawdzie narodowa prawica,

Lecz się znalazła bardzo pfe…

Za tę wielką, bardzo wielką winę

Okrutnie nas pokarał Bóg,

Bo wnet wiarę, własność i rodzinę

Wewnętrzny zaczął szarpać wróg;

Lecz wstał rycerz w papierowej zbroicy

I odwalać jął grobowca głaz:

Wstań narodzie, użyj twej prawicy,

Trzecie dzwonienie… ostatni czas!!

Więc wróciły dawnej mocy chwile

I husarz polski odżył już:

Miast miecza dzierży wyborczą sztampilę,

W ręku kataster martwych dusz;

I świadomy swojej szczytnej misji,

Tak pokrzepia swą słabnącą brać:

Póki jeszcze ja zasiadam w komisji,

Możecie, dzieci, zdrowo spać!

Dalej sypać podatek narodowy,

Zewsząd pieniądze płyną w bród:

Póki w kasie mamy grosz gotowy,

Póty z szlachtą polską polski lud;

Niech się święci „Narodowa Prawica”,

Odrodzenia niech nam snuje nić:

Niechaj nie wie, co daje lewica,

A będzie długo w chwale żyć!

Pisane w r. 1907.

Głos dziadkowy o restauracji kościoła parafialnego w… Poręcinie

Niekze se spocznie na kwilę dziadzina,

Toli wędruje jaze z Poręcina,

A razem z dziadkiem beło mnogo luda

     Uźreć te cuda —

Chodziły wieści po najdalsze strony,

Że w onem mieńscu straśne farmazony

Ozgościły się w djabelskiej kompanii

     W księżej plebanii.

Mówiom, że jakiś, Boże odpuść, malarz,

Co na piechotę tam po prośbie zalazł,

Teraz se żyje niby brat ze bratem

     Z Księdzem Prałatem!

Cała plebania wysługuje mu sie,

Na poświęcanym jada se obrusie,

Miódmałmazyję znoszą temu lichu

     W świentym kielichu.

Zakradło się to na probostwo chyłkiem,

Na mróz świciło na pół gołym tyłkiem,

Teraz se każe najcieńsze atłasy

     Szyć na portasy.

Sypia se co noc w jegomości łóżku,

Księżą kucharkę głaska se po brzuszku,

Sam mu co rano, Święci wiekuiści,

     Ksiądz buty czyści!

Ale największe to zgorszenie czyni,

Że nie przepuścił i pańskiej świątyni

I kościół, co się cudami rozsławił,

     Straśnie splugawił.

Kędy janioły wprzód zdobiły ścianę,

Teraz kapłony wiszą podskubane,

A tam gdzie beły świente męczenniczki,

     Tłuste jendyczki.

W ołtarzu widny Boga Ojca profil:

Brodę ma ryżą niby nasz Teofil;

Za złego łotra wisi w Męce Boskiej

     Konrad Rakowski.

Potem z Krakowa zjeżdża konwisyja,

Napycha brzuchy, aż im się odbija,

I prawią Księdzu różne dziwne baśnie,

     Pokiel nie zaśnie.

W bidnego Księdza konwisyja wpiera,

Że to najnowszy styl Ojca Drobnera,

Co w Rzymie zdobił (taka jucha chytra)

     Świętego Pitra!

Lecz już się skończy ta obraza boża,

Bo dziadek pondzie aż do konsystorza,

I gwałt podniesie taki, że biskupa

     Ozboli głowa…

Pisane w r. 1908.

Kuplet posła Battaglii

(Z Szopki „Zielonego Balonika” na r. 1907)

Nuta:

Nie masz nad żołnierza / Szczęśliwszego człeka

Nie masz nad Battaglię

Szczęśliwszego człeka,

W przyszłym gabinecie

Nie minie go teka;

Zapracował na nią,

To rzecz oczywista,

Ochrypł od gadania,

Teraz ino śwista!

Żadnych politycznych

Nie zna on przesądów,

Każda partia dobra,

Byle dojść do rządów!

Z jednymi tachluje,

Od drugich skorzista,

Dalej masziruje,

Ino sobie śwista!

Na każdego sposób

Jest u tego ćwika:

Na proboszcza miodek,

Szampan na stańczyka;

A dla wszechpolaków

Baczewskiego czysta:

Tak on agituje,

Ino sobie śwista!

Machnie w parlamencie

Trzy interpelacje,

Potem w Mulę Rużu

Smacznie ji kolację!

Tam biedny minister

Wije się jak glista:

On tańczy macziczę,

Ino sobie śwista!

Dziś krajową w Brodach

Wystawę otwiera,

Nazajutrz już w Wiedniu

Gnębi Koliszera;

Poznań-Lwów-Petersburg,

To jazda siarczysta:

Tak se wojażuje,

Ino para śwista!

Choćby się ministra

Rangi nie dosłużył,

Co wypił, to wypił,

Co użył, to użył!

Więc się nie turbuje:

Co tam diabłów trzysta!

Dalej se posłuje,

Ino sobie śwista!

Z niewydanej „Szopki Krakowskiej” na rok 1908

Student i studentka z „Ethosu”

Nuta: Traviata. Więc pijmy, więc pijmy na chwałę miłości…

Razem

Pracujmy, pracujmy, dla szczęścia ludzkości,

  By w ducha regiony ją wznieść;

Śpiewajmy, śpiewajmy, na chwałę czystości,

  W niej życia nowego jest treść!

Pracujmy z całych sił,

Wspierając się nawzajem,

A świat się stanie rajem,

Jak na początku był!

Studentka

Precz grzeszne o ciało doczesne staranie,

  Wpatrzeni w wschodzących blask zórz

Nie znamy, co kąpiel, co mycie, co pranie,

  Tym czyściej zabłyśnie wdzięk dusz!

Niech zniknie przesąd czczy,

Co chłopiec, co dziewczyna,

Gdy skryje peleryna,

Różnice naszych płci…

Student

Precz wszelkie nieczyste, przelotne miłostki,

  I myśli ustrzeżmy się złej;

Kto w zmysłów kałuży się zmacza po kostki,

  Ten cały utonie już w niej!

A choć nam czasem brak

Tego, co jest w kobiecie,

Radzimy sobie przecie,

Niech nikt nie pyta, jak…

Studentka

A gdy się połączym małżeńskim ogniwem

  I przyjdzie w łożnicy nam lec,

Spłodzimy dzieciątko w skupieniu cnotliwem,

  Rozpusty potrafim się strzec!

Niech brudnych wzruszeń szał

Nie skazi pra-czystości

Bytu, co się z nicości

Człowiekiem właśnie stał!

Razem

Więc piejmy, więc piejmy: precz z wszelkim ekscesem!

I śmiało pospieszmy na bój,

Niech krążą, niech krążą, puchary z Ceresem,

W nich życia nowego jest zdrój!

Kmiotek z Bronowic

śpiewa w tym samym przedmiocie co następuje:

Nuta:

«Umarł Maciek, umarł».

Umarł Maciek, umarł, i już się nie rucha,

Choćby go najtęższa wabiła dziewucha,

On nie wyda z siebie głosu,

Bo chłop przystał do Hetosu!

  Oj, ta dana dana, oj ta dana da.

Dawniej, kiedy dziwka była grzechu warta,

Choćbyś jej ta zrobił jakiego bękarta,

Poszła se z nim ka przed siebie

I nie było dziury w niebie!

  Oj, ta dana, itd.

A choć żałośliwe bywały momenty,

Zwyczajnie dziewczyńskie sprzykrzone lamenty,

Toś jej pedział: Nie płacz, płaksa,

To od swego, nie od Saksa!

  Oj, ta dana, itd.

Dzisiaj w tym Hetosie paskudne kaliki,

Dziwki jak wymokłe, chłopy jak patyki,

Wciąż rajcują hokus-pokus,

Jak się wyzbyć ziemskich pokus.

  Oj, ta dana, itd.

Cóż też na was, dziwki, za cholera padła?

Idźże jedna z drugą, zaźryj do zwierciadła,

Nie wiem, czy złakomi kto się,

Cheba tylko w tym Hetosie…

  Oj, ta dana, itd.

Opowieść dziadkowa o cudach Rapperswylskich

(Napisał Boy & Taper)

Posłuchajcie ludkowie,

Co wam dziadek opowie,

Niech odpocznie sobie kwila;

Wędruje jaz z Raperswila,

  Straśne cuda tam widział.

Siedzi tam, moiściewy,

Jenszy dziaduś poczciwy,

Na ślusarce się rozumi,

Różne śpasy kleić umi:

  Zrobili go Koperą.

Jeżdżą ludzie z niebliska

Do onego zamczyska;

Same godne cudzoziemce,

Jangliki, Turki i Niemce:

  Syćko gęby otwiera.

Jest tam kijek Kościuszki,

Króla Piasta garnuszki,

I fajeczka Kopernika,

Z której se pan kustosz pyka,

  Jak jest w dobrym humorze.

Suwarowa nahajka,

I Kolumba dwa jajka,

Kierezyja wenecjańska

I dziewica orlijańska:

  Syćko wisi se społem.

Jest też lanszaft galanty:

Tycyjany, Rembranty;

Sam pan kustosz je malował,

Fatygi se nie żałował:

  Syćko la tej ojczyzny.

Zazdrościł jeden drugi

Takiej wielgiej zasługi;

Zrobiły się straśne chryje:

Dawajcież tu konwisyje,

  Niech, jak beło, uświadczy.

Więc w zamczysko obronne

Jadą… głowy koronne,

Lament robią żałośliwy,

Że w tej Polsce nieszczęśliwej

  Jaje mędrsze od kury.

Co tu długo pyskować?

Starszych trzeba szanować;

Więc orzekły pany sędzie,

Że jak beło tak i będzie

  La dobrego przykładu.

Pożegnanie

Skąd tu temat wziąć do nowej piosenki?

 Skłopotany wzrok wodzę tu i tam;

Wtem zapachną mi bzów rozwite pęki

 Gdzieś z ogródka hen: i już temat mam.

Niech dziś refren mój wiosna sama nuci,

 Niech rozprószy smęt mych jesiennych lat,

Niech młodości mej tętno mi przywróci,

 Niech mi od niej w krąg się rozciepli świat.

Dość już piosnce mej jałowych konceptów,

 Wspólnych naszych głupstw zbrzydł mi pusty gwar,

Niech dziś nuta jej drży od cichych szeptów,

 W rytmach jej niech gra pocałunków żar.

Cóż mi wreszcie są wasze wielkie sprawy,

 Obmierzł mi na szczęt własnych słówek spryt:

Dałem może wam parę chwil zabawy,

 Wy nawzajem mnie, więc jesteśmy quitte.

Tych niewiele dni, które mi zostały,

 Zanim zacznie świat czcić mój siwy włos,

Wolę klecić już wdzięczne madrygały,

 W służbie pięknych dam stroić lutni głos;

A gdy z czasem, ach, zwykła rzeczy kolej,

 Przyjdzie na mnie to, co się musi stać,

Choć z kretesem już będę vieux rammolli,

 W nowej piosnce tej mniej to będzie znać…

Odsiecz Wiednia

Henrykowi Sienkiewiczowi

Scena przedstawia jedną z komnat królowej Marii Kazimiery. Jest to duża sala, cała zawalona tureckimi makatami, złotogłowiami, kindżałami, buńczukami etc., których król Jan całe fury znosi do domu z każdej wyprawy, w przekonaniu, iż uszczęśliwia tym swoją najukochańszą Marysieńkę. W rezultacie pokój wygląda trochę na namiot wielkiego wezyra, trochę na wystawę sklepu Dra Niecia i Ski; w niczym zaś nie przypomina buduaru ładnej kobiety. Jest duszny, ciemny i ponury. Królowa Marysieńka cierpi nad tym, ale Jaś robi to z tak poczciwego serca, taki jest dumny i kontent z siebie po każdym świeżym transporcie, że byłoby okrucieństwem rozwiewać jego iluzje. Dziś pokój ten jest jeszcze mniej wesoły, niż kiedykolwiek. Przez okna na wpół przysłonięte ciężkimi oponami widać kawałek nieba szary i smutny; po szybach bębni monotonnie deszcz jesienny. I królowa Marysieńka jest dziś smutna — smutna, znudzona i coś jeszcze. Jest to ten stan duszy, który dzisiejsza subtelna psychologia określa nazwą zdenerwowania. Co rok, kiedy nadchodzą te szare dni jesiennej słoty, ogarnia Marysieńkę ciężkie zniechęcenie na myśl, że całe jej życie ma upłynąć w tym strasznym kraju, tak obcym i dzikim. Jakkolwiek jej mała główka nie jest wolna od ambicji, to jednak chwilami królowa ma uczucie, że lepiej byłoby jej żyć w ukochanym Paryżu, choćby jako najbiedniejszej dziewczynie zmuszonej własnymi dziesięcioma palcami — jeżeli się można tak wyrazić — zarabiać na chleb dla siebie i swego kochanka, niż tutaj być królową Polski, żoną bohatera i mieć szanse przejścia do historii ludów słowiańskich. W dodatku zdarzyło się królowej Marysieńce wczoraj fatalne nieszczęście. Pewien sprzęt tualetowy, drogi sercu każdej prawdziwej kobiety (choćby nawet kobieta ta zasiadała na starożytnym tronie królowej Rzepichy), sprzęt ten uległ przez nieostrożność pokojówki stłuczeniu. O tym, żeby podobnie egzotyczny mebel można było w końcu siedmnastego stulecia nabyć w granicach Rzeczypospolitej — ani mowy. Trzeba będzie sprowadzać go przez poselstwo francuskie, co przy tych jesiennych roztopach potrwa Bóg wie jak długo. Gdybyż to było we Francji! W jednej chwili znalazłoby się dziesięciu kawalerów-rycerzy, którzy nie zsiadając z konia dzień i noc pędziliby na wyścigi, aby usłużyć swojej królowej! Ale tu! w tym dzikim kraju! Jak tu nawet wspomnieć o podobnej „materii” tym podgolonym wąsaczom? Zaraz by się to zaczęło puszyć i parskać na sejmach o zniewagę klejnotu szlacheckiego! To drobne na pozór zdarzenie przepełniło miarę goryczy w sercu królowej Marysieńki. Nigdy nie czuła się w Polsce tak obcą, tak osamotnioną, jak dzisiaj. W tym niepozornym meblu tualetowym — który, jak mówi poeta, ile trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto go stracił — w tym mebelku zogniskowała się w tej chwili i usymbolizowała (mówiąc znowu stylem znacznie późniejszym) cała tęsknota za słoneczną Francją, za jej dworem świetnym i wykwintnym, za rycerstwem tak pełnym męskości, a przy tym tak rozumiejącym i odczuwającym kobietę aż do najbardziej codziennych i na pozór pospolitych drobiazgów.

Pozostała jeszcze jedna słaba nadzieja. Sprawczyni tego nieszczęścia, pokojówka królowej, Anusia, ładna i niegłupia dziewczyna, z własnego pomysłu postanowiła oblecieć co najznakomitsze panie krakowskie i próbować, czy nie udałoby się gdzie pożyczyć owego skromnego sprzętu, który obecnie zajmuje wszystkie myśli Królowej Polskiej. Marysieńka oczekuje z niecierpliwością jej powrotu, aby zaś skrócić wlokące się godziny, dzwoni i wzywa swej lektorki.

Biblioteka królowej Marysieńki nie jest zbyt bogata ani zbyt urozmaicona. Królowa nie jest modernistką; przeciwnie ma wielką nieufność do współczesnej literatury. Za nic w świecie nie wzięłaby do rąk chorobliwych elukubracji takiego Corneille'a, a nie mówiąc już o rozczochranej poezji modnego Racine'a. Całą lekturę królowej stanowi kilkanaście tomów starej galanterii francuskiej, przede wszystkim zaś ukochany Brantôme, którego Vies des dames galantes są dla Marysieńki ewangelią wszelkiej ludzkiej mądrości.

Królowa Marysieńka, leniwa jak kotka, nie czytuje zwykle sama, ale każe głośno czytać swoim dworkom, z których jedna właśnie z pełnym czci ukłonem wchodzi do pokoju. Jest to najmłodsza córka słynnego zbarażczyka, panna Jadwiga Skrzetuska, śliczna na polski sposób dziewczyna o niewinnym i niezbyt rozbudzonym wyrazie niebieskich oczu, i o pysznych blond włosach, spadających ciężkim warkoczem na krzyże. Ma niezwykle piękny, słodki dźwięk głosu i jest ulubioną lektorką królowej.

Te godziny czytania stanowią ciężką troskę i niepokój miniaturowej duszyczki panny Jadwigi Skrzetuskiej. Przychodzi czytać jej rzeczy, od których, choć je tylko na wpół rozumie, włosy powstają jej na głowie; w tych zaś, których nie rozumie zupełnie, dusza jej i ciało przeczuwają jeszcze bardziej niepokojące tajemnice. Chwilami nie może doczytać zdania, bo głos załamuje się jej nagle ze wstydu czy wzruszenia; czasem — mówiąc po Sienkiewiczowsku — krew napływa dziewczynie do twarzy tak prędką falą, iż czuje w skroniach uderzenia własnego pulsu. Pomimo to, za nic nie odważyłaby się prosić królowej o zwolnienie od czytania; zbyt kocha ją i uwielbia, aby miała jej zrobić tę przykrość. Przy tym — rzecz trudna do wytłumaczenia i która chyba tylko interwencją złego ducha dałaby się objaśnić — ilekroć upłyną dwa lub trzy dni, a królowa nie wezwie swojej Jagusi do czytania, pannie Skrzetuskiej godziny wydają się dziwnie długie i doznaje uczucia jakby jakiejś nieokreślonej tęsknoty i żalu. Aby uspokoić swoje strapione sumienie, obmyśliła sobie panna Jadwiga taki sposób: oto stara się czytać samym tylko głosem, zaś w myśli nieustannie odmawia w kółko Zdrowaś Maria, Dziesięcioro przykazańWierzę. Niekiedy — nie zawsze, niestety — dzięki temu sposobowi, udaje się jej zupełnie nie rozumieć i prawie nie słyszeć słów czytanych. Za to wieczorem, kiedy już odmówi pacierz i spocznie pierwszym półsnem zmorzona, wówczas biedna panna Jagusia w swoim panieńskim łóżeczku zupełnie jest bezbronna wobec oblegających ją dziwnych rozmarzeń, nie wiadomo skąd spływających drobniutkich a delikatnych pieszczot, słodkich i drażniących szeptów, brzmiących jej bezustannie w uszach, a będących echem czytanych mechanicznie ustami wyrazów.

Królowa Marysieńka zbyt jest sprytna i wrażliwa, aby miała nie widzieć tych opresji biednej Mademoiselle Jagusi — lecz rzecz dziwna, to właśnie sprawia jej jakąś oryginalną, a bardzo mocną przyjemność. Dzięki pośrednictwu panny Jadwigi, odnajduje Marysieńka w swoim ukochanym, lecz nazbyt już często odczytywanym Brantômie źródło nieznanych przedtem wzruszeń. Zdaje się, że te grube i dosadne słowa starego pisarza, którymi jednak naiwna zmysłowość umie się wypowiadać aż do najsubtelniejszych jej odcieni, nabierają jakiegoś nowego i szczególnego wdzięku, kiedy przechodzą przez niewinne usta tej polskiej dziewczyny; te opowiadania rubaszne a wytworne, cyniczne a tkliwe, odsłaniają królowej Marysieńce jakieś nowe i drażniące uroki, kiedy ich słucha recytowanych miarowym głosikiem i bardzo niedoskonałym akcentem francuskim panny Jagusi. Królowa lubi śledzić ten rumieniec, wykwitający raz po raz na licach panienki (w twoje ręce, Henryczku!), lubi przyglądać się spod zmrużonych powiek, jak tak zwana pierś dziewicza faluje przyspieszonym od tłumionej emocji oddechem. Zresztą, królowa Marysieńka nie analizuje głębiej swoich uczuć; gdyby była bardziej literacko wykształcona, wiedziałaby, że to, czego w tej chwili doznaje, jest znaną perwersją, właściwą zboczeniu umysłowemu, zwanemu dekadentyzmem lub schyłkowością. Ze względu na zbliżający się koniec wieku siedmnastego, dałby się może ten objaw podciągnąć także pod kategorię findesieclizmu.

Dzisiaj królowa Marysieńka rozpoczyna lekturę z podwójnym zainteresowaniem. Marzeniem jej jest od dawna, aby za jej panowania nieśmiertelna książka Brantôma przetłumaczona została na język polski; pragnęłaby zostawić tę pamiątkę po sobie temu bądź co bądź oryginalnemu narodowi, z którego dziejami przypadek, ucieleśniony w okazałe kształty Jasia, połączył jej losy. Zdaje się królowej Marysieńce, że łatwiej będzie słabej kobiecie rządzić tym dzikim krajem, jeżeli choć cząstka galijskiej kultury erotycznej przeniknie do wnętrza twardych i okrągłych sarmackich czerepów. Królowa wyrażała niejednokrotnie głośno to życzenie i oto dziś właśnie imć pan Górka, dworzanin Jej Królewskiej Mości, jak fama głosi, ojczystą mową tak wiązaną, jak i niewiązaną z niepospolitym kunsztem władający, złożył w dani u jej stóp królewskich rękopis, zawierający tłumaczenie kilku rozdziałów ulubionej książki.

— Na czym stanęłyśmy ostatnim razem, ma petite Żagussia?

Panna Skrzetuska zarumieniła się jak wiśnia i odparła drobnym niewinnym głosikiem:

— Najjaśniejsza pani, zaczęłyśmy czytać dyskurs czwarty zaintytułowany Sur aulcunes dames vieilles, qui aiment autant à faire l'amour que les jeunes.

Królowa zamyśliła się chwilę wsłuchana w melodię tych naiwnych wyrazów, brzmiącą jakby odcieniem delikatnej melancholii, westchnęła cichutko i rzekła:

— Dobrze. Przeczytaj mi teraz, Jagusiu, jak ten rozdział przełożył na wasz język imć pan Górka.

Panna Skrzetuska wzięła do rąk rękopis, z pąsowej zrobiła się karmazynowa, ale mężnie zaczęła czytać Rozmyślanie czwarte: O poniektórych matroniech obstarnich, które porubstwem plugawią się rade porówni z młodkami.

Marysieńka z krzykiem przyłożyła rączki do uszu: Dosyć, przez miłość Boga! Quelle horreur! Quelle langue exécrable! Mais c'est une brute que ce Gorka! Assez! Żagussia, dosyć!

Królowa rzuciła się zniechęcona na turecką sofę. Czuła, że w tej chwili coś się w niej przełamuje. Prysło ostatnie złudzenie, aby kiedyś mogła zżyć się i zbliżyć z tym dzikim plemieniem, którego rządy Opatrzność złożyła w jej ręce. Na zawsze miała pozostać dla tych ludzi obca i niezrozumiana, tak jak oni dla niej również obcy i nienawistni. Korona wydała się jej dziwnie ciężka!…

Było jednak widocznie przeznaczone, aby nieszczęsna pani tego dnia wypiła do dna swój kielich goryczy, gdyż w tejże chwili wbiegła do pokoju zdyszana Anusia i papląc niemiłosiernie poczęła opowiadać swoje peregrynacje:

Najjaśniejsza Pani, ledwo tchu złapać mogę, obleciałam pół Krakowa i wszystko napróżno. Najpierw pobiegłam do Jaśnie Oświeconej Księżnej Gryzeldy Wiśniowieckiej, matki nieboszczyka króla, alem się też wybrała! Wyłożyłam jej, o co chodzi, a ta jak nie wypadnie nie mnie z pyskiem, to niczym ksiądz Skarga. Wszystko Bóg odjął temu nieszczęsnemu narodowi (powiada), wszystkimi klęskami go doświadczył (powiada), ale (powiada) jedno mu jeszcze zostawił, to jest wstyd (powiada) i obyczajność. Póki te żywią (powiada), jest jeszcze nadzieja lepszej przyszłości. Dopiero kiedy z cudzoziemskich krajów (prawi) pod pozorem ochędóstwa wkradną się do Polski te wszeteczne i bezbożne praktyki, to będzie znakiem, iż Pan w swoim gniewie postanowił zgubić do szczętu ten obłąkany naród. Nie wierzę (powiada), iżby tak zbezczeszczone wnętrzności niewieście mogły urodzić dobrego Polaka, prawego syna Ojczyzny. W końcu kazała oznajmić Najjaśniejszej Pani, iż przez cześć dla Majestatu będzie się starała puścić w niepamięć tę niebaczną prośbę, ale błaga Ją na wszystko, aby się opatrzyła i nie zapominała, co jest winna sobie i swojemu narodowi. Księżna się popłakała, tak ją ruszyła własna elokwencja, a ja pobiegłam do Jaśnie Wielmożnej Hetmanowej polnej Barbary Wołodyjowskiej mieszkającej tuż wpodle. Luba kobiecinka, choć do rany przyłożyć. Niebożątko nie mogło ani w ząb wyrozumieć, o co chodzi; jako żywo o czymś podobnym jeszcze nie słyszało. Dopieroż to zaczęło oczka szeroko otwierać, a rączętami plaskać, a wstydać, a chichotać, a zasłaniać, a wypytywać. Trzy razy musiałam jej powtarzać, za czym uwierzyła. Nie byłaby mnie i do godziny wypuściła, ale szczęściem nadszedł pan Hetman polny, tedy poskoczyła ku niemu i poczęła swojemu Michałkowi o onych zamorskich cudach opowiadać. Potem byłam jeszcze u kilku innych pań, alem już nie wdawała się w długie dyskursy, tylko dla pośpiechu kazałam oznajmiać, że Jej Wysokość Królowa Polska i Wielka Księżna Litewska prosi o pożyczenie tego interesu, co pani wie, bo nasz się potłukł, to mnie za niespełna rozumu poczytali i pod kurek chcieli prowadzić, a potem…

Królowa przerwała, zniecierpliwiona tą paplaniną:

— A u pani kanclerzyny Ketlingowej byłaś? Przecież to pierwsza elegantka w stolicy?

— Byłam, i owszem, i po długich certacjach mi wyznała, że w sekrecie przed swym spowiednikiem używa srebrnej salaterki i radzi Jej Królewskiej Mości zrobić to samo.

W tej chwili, kiedy Anusia kończyła swoje opowiadanie, a królowa bliska omdlenia po raz wtóry osunęła się na sofę, weszło do pokoju dwóch hajduków, niosąc starannie opakowany i ciężki widocznie przedmiot, a za nimi rękodajny królowej, który oznajmił: „Od jego Świątobliwości nuncjusza papieskiego”. Królowa, zdziwiona niepomiernie, albowiem o przybyciu nuncjusza do Krakowa nic jeszcze na dworze nie było wiadomo, poskoczyła żywo i nie bacząc na Majestat, własnymi poświęcanymi rękami poczęła otwierać paczkę. Któż opisze zdumienie królowej na widok, jaki się jej oczom przedstawił. Był to ni mniej ni więcej tylko ten właśnie mebelek, który od dwóch dni stanowi przedmiot wszystkich jej pragnień i marzeń. Ba, i jaki jeszcze do tego! Był to ciężki masywny sprzęt, cały wykuty w srebrze, o szerokim brzegu pokrytym wokół rzeźbą roboty tak przedziwnej, iż wyszła chyba spod ręki samego przesławnego Benwenuta. Było tam po jednej stronie wyobrażone narodzenie z piany morskiej bogini pogańskiej zwanej Afrodytą, po drugiej zaś wywczasy starożytnej pani Ledy z ptakiem łabędzim, obie zaś sceny tak misternie były przedstawione, iż Marysieńka swych dostojnych oczu oderwać nie mogła, bo jak żyje, czegoś tak pięknego widzieć nie raczyła. Wewnętrzna powierzchnia naczynia cała była wyzłacana, zaś na samym dnie, znowuż w srebrze wykute, błyszczały białe lilie Burbonów. Ten widok dopełnił miary wzruszeń dnia dzisiejszego. Łzy puściły się z oczu nieszczęśliwej królowej. „O moja Francjo — wołała, na przemian śmiejąc się i płacząc (zupełnie jak w powieściach) — o moja ojczyzno ukochana, czyż nigdy cię nie zobaczę, czyż nigdy nie wrócą szczęśliwe dni mojego dzieciństwa?”

Spłaciwszy tymi słowami dług podnioślejszym uczuciom, królowa oddała się cała pospolitej ciekawości. Skąd ten dar wspaniały, a tak w porę, jakby za pomocą czarów, przybywający? Któż jest ów śmiertelnik — pytała znowu z patosem właściwym monarchom — który ośmiela się w swą dozgonną dłużniczkę przemieniać królową Polski?

Rzecz wyjaśniła się częściowo przy pomocy Anusi. Mocno zmieszana dziewczyna wyznała, że kiedy wracała do domu, natknęła się na jakiegoś pana pięknie i bogato przybranego, który na próżno usiłował porozumieć się w mieście za pomocą francuskiego szwargotu. Dopomogła mu w tym kłopocie, on zaś zaprosił ją do swej gospody, aby tam jej swoją wdzięczność wyrazić. Dowiedziawszy się, iż jest w służbie u Jej Królewskiej Wysokości, począł ją wypytywać bardzo szczegółowo a zręcznie o różne sprawy dotyczące królowej, tak iż ani się spostrzegła, kiedy o wszystkich tego dnia przygodach i o kłopocie Jej Królewskiej Mości wygadała. Ten pan (bardzo grzeczny i ludzki) śmiał się do rozpuku i wydawał się bardzo kontent i nikt inny, tylko on musiał to śliczne cacko przysłać…

— Dobrze, moje dziecko, ale tu oznajmiali przecież, że to od Jego Świątobliwości nuncjusza papieskiego. Czy nie powiadał ci ów pan, kim jest, może jaki dworzanin Jego Świątobliwości?

— I owszem, pytałam go się, z kim miałam przyjemność, ale tylko śmiał się, poklepał mnie po plecach i powiedział, że każdy, jak umie, na życie pracuje i że żadna praca nie hańbi…

Tak skończyła się relacja Anusi. Na szczęście królowa była zbyt zaabsorbowaną, aby mogła zwrócić uwagę na pewne, może nie dość jasne szczegóły tego opowiadania.

Ów tajemniczy nieznajomy, z którym Anusia miała przyjemność i który tak dziwnym przypadkiem wszedł w posiadanie sekretu korony polskiej, był to nie kto inny, jak sama Jego Świątobliwość nuncjusz papieski we własnej osobie. Jakoż w godzinę później, wezwany przez umyślnego na szczególną audiencję przed oblicze królowej, która pała chęcią wyjaśnienia tego niezwykłego zdarzenia, zjawia się na pokojach Jej Królewskiej Mości.

Nuncjusz nosi nazwisko diuka de Perier-Jouet z przydomkiem Brut i należy poniekąd do królewskiego domu Francji, będąc jednym z licznych naturalnych wnuków Henryka IV. Książę przechodził w życiu banalnie interesujące koleje powieściowego bohatera. Przeznaczony przez Mazarina do stanu duchownego i prawie przemocą na księdza wyświęcony, uciekł za granicę, bawił przez jakiś czas w Anglii, gdzie od szeregu lat naturalizowała się starsza hugonocka linia książąt Perier-Jouet, przybrawszy przydomek Extra Dry, następnie tułał się po dworach zagranicznych, zarabiając na swoją garderobę wtajemniczaniem niemieckich księżniczek we francuskie kunszta miłosne. Powróciwszy do Francji, wdał się zbyt gorliwie w intrygi dworskie, wskutek czego popadł szybko w ponowną niełaskę i przeszedł do służby papieskiej, przyjęty tam z otwartymi rękami. Obecnie wysłany został do Polski ze specjalną misją. Chodzi o to, aby jako Francuz, człowiek wielkiego rodu, zręczny i światowy, zyskał wpływ na Marię Kazimierę, która nie cieszy się u Papieża opinią zbyt mocnej głowy, i w ten sposób przeciwważył zabiegi dworu wersalskiego w kwestii polityki austriacko-tureckiej Jana III, a właściwie wszechwładnej Marysieńki. Zrozumiałą jest zatem rzeczą, jak skwapliwie Jego Świątobliwość pochwyciła dziś sposobność oddania królowej tak ważnej przysługi i uzyskania na początek jej względów. Prześliczny mebelek, za cenę którego Jego Świątobliwość już w godzinę po przybyciu do Krakowa zdołała uzyskać szczególną i pod tak pomyślnymi auspicjami zapowiadającą się audiencję, ma również swoją historię. Jest to dar, który babka księcia, panna de Barsac czy też de Haut-Sauternes, otrzymała od swego królewskiego kochanka przez wdzięczność, iż nie zważając na swój stan panieński obdarzyła go dorodnym synem. Sprzęt ten towarzyszy wszędzie Jego Świątobliwości jako droga pamiątka rodzinna; a zresztą któż zdoła przewidzieć, co i kiedy w podróży przydać się może?

Duc de Perier-Jouet, który wchodzi w tej chwili do komnaty, liczy około czterdziestu dobrze zużytkowanych wiosen. Jest co się nazywa pięknym i świetnym mężczyzną; zwłaszcza w półcieniu, jaki tu panuje, a który przysłania jego cokolwiek zmęczoną cerę, przedstawia się doskonale. Ma coś niemile chłodnego w oczach, potrafi jednak być w potrzebie pierwszorzędnym charmeurem. Jest ubrany po świecku, całkiem czarno i bardzo wykwintnie. Książę orientuje się w ludziach i sytuacjach szybko i bystro, jednak bez żadnego zamiłowania do dociekań psychologicznych i wyłącznie pod kątem widzenia własnych interesów, wskutek czego sąd Jego Świątobliwości wypada zwykle dość brutalnie. I tutaj, po kilku minutach rozmowy, nie dając się oślepić temu subtelnemu wdziękowi, którym owiana jest postać królowej Marysieńki, sklasyfikował ją na swój użytek jako gąskę zmanierowaną i mocno tracącą prowincją.

Tym bardziej rozwija Jego Świątobliwość swój aparat koncertowych środków wytrawnego zdobywcy kobiet. Przychodzi mu to tym łatwiej, iż ma za sprzymierzeńców całą tęsknotę królowej za krajem, jej radość, iż słyszy dźwięk mowy rodzinnej, przede wszystkim zaś urok swego pochodzenia. Autentyczna krew Burbonów, płynąca w żyłach księcia, wywiera nieodparte i fascynujące działanie na panią Janową Sobieską z domu d'Arquien. Pod chłodnym i spokojnym spojrzeniem tego królewskiego bastarda słynna w Polsce z arogancji Marysieńka czuje się dziwnie malutka i nieśmiała, a jej własny majestat wydaje się jej czymś bardzo operetkowym. Myśl, że kilka kropel tej krwi szlachetnej mogłoby się w jakikolwiek sposób dostać do jej organizmu, przejmuje królową emocją tak silną, iż mimo woli poczyna drżeć po cichutku na całym ciele. Wzruszenie to ogarnia ją z taką gwałtownością, że gdyby Jego Świątobliwość okazała w tej chwili mniej uszanowania a więcej przedsiębiorczości, Marysieńka, zazwyczaj tak ostrożna, byłaby gotowa poddać się choćby natychmiast tej operacji, chociaż Jaś w każdej chwili może wejść do pokoju. Jeszcze nie zdążyła sobie królowa uświadomić uczuć, jakie ją poruszają, a już mała jej główka instynktownie pracuje nad stworzeniem dogodniejszej i bardziej zgodnej z jej stanowiskiem sposobności.

Nie jest to rzeczą łatwą, gdyż król Jan, poza tym tak dobroduszny i pełen ufności, na jednym punkcie jest nieubłagany. Ma on paniczny strach przed zetknięciem się Marysieńki z czymkolwiek, co przypomina jej umiłowaną Francję. Instynktem zakochanego odczuwa grożące mu z tej strony ciągłe i jedynie prawdziwe niebezpieczeństwo; myśl, że Marysieńka mogłaby go kiedyś porzucić, aby wrócić do ojczyzny, jest prawdziwą zmorą tego nigdy nienasyconego kochanka swojej żony. Zresztą poczciwy pogromca Turków nazbyt dobrze pamięta, ile w swym namiocie obozowym przecierpiał przez te chwile, w których ta obawa na długie miesiące stawała się rzeczywistością.

Królowa zna doskonale tę idée fixe swojego męża i wie, że widywanie nuncjusza poza najoficjalniejszymi stosunkami będzie wprost niemożliwością. Jako jedyny sposób poczyna niewyraźnie majaczyć w jej główce: wyprawić Jasia w podróż. Ale gdzie?

W tej chwili książę, jakby odgadując myśli królowej, począł mówić jak o rzeczy najnaturalniejszej, że zapewnie król wybierze się w tym czasie do Wiednia, że zapowiada się tam właśnie wielki zjazd monarchów celem obrony chrześcijaństwa, że jest to idealna sposobność do zaopatrzenia się we wszelakie biżuterie, gdyż Wielki Wezyr prowadzi ze sobą 300 żon pokrytych od stóp do głów drogimi kamieniami. Nuncjusz wspomniał mimochodem, że w razie pomyślnego wyniku całej akcji, wyniesienie Polski do godności cesarstwa byłoby dla Ojca Świętego drobnostką, że on sam najchętniej pojechałby do Wiednia, ale sprawy kościelne zatrzymują go na dłuższy czas w Polsce itd.

Królowa słuchała księcia, bijąc się z myślami. Słowa nuncjusza, szczególniej te, które niewypowiedziane ustami czytała w jego oczach, otwierały przed nią niespodziane a czarowne horyzonty. Z drugiej strony, nakłanianie króla do wyprawy wiedeńskiej byłoby zdradą całej dotychczasowej polityki Marysieńki, której najwyższą nagrodą miało być w jej marzeniach otworzenie niemiłosiernie dotąd przed nią zamkniętych salonów wersalskich. Królowa zamyśliła się głęboko.

Zresztą Jego Świątobliwość nie kładł bynajmniej na punkt ten nacisku, przeciwnie, robił wrażenie człowieka, który, daleki w tej chwili od wszelkich politycznych kombinacji, oddaje się urokowi sam na sam z piękną kobietą. Rozmowa stawała się coraz bardziej poufną, coraz mniej głośną, aż wreszcie — Marysieńce serce na chwilę prawie ustało bić z dumy i wzruszenia — wnuk wielkiego Henryka znalazł się u jej kształtnych wprawdzie, lecz nie wyposażonych zbyt świetną genealogią kolan.

W tej chwili drzwi otworzyły się z trzaskiem i okazała postać obrońcy chrześcijaństwa ukazała się na progu. Na widok nieznanego mężczyzny we francuskim ubraniu u kolan królowej, Jan III osłupiał. Pełna i krwista twarz jego poczerwieniała jeszcze bardziej, oddech stał się szybki i ciężki, a ręka, zupełnie jak u zwykłego sejmikowego szlachcica, poczęła macać bezwiednie po boku, szukając karabeli.

Królowa zdrętwiała z przerażenia. Przykuta do miejsca, martwym wzrokiem patrzała przed siebie, nie mogąc znaleźć żadnego słowa ani gestu stojącego na wysokości położenia. Natomiast nuncjusz papieski, nie wychodząc ani na chwilę ze zwykłego spokoju, pochylił się jeszcze głębiej do kolan królowej i obejmując jej drobne nóżki nieco wyżej, niżby na kornego suplikanta przystało, wzruszonym głosem zawołał:

— Królowo, ratuj Wiedeń!…

Ta chwila wytchnienia wystarczała Marysieńce, aby zapanować nad sytuacją. Majestatycznym ruchem wyciągnęła rękę w kierunku Jana III, wskazując, iż tam prośby skierować należy.

A Jego Świątobliwość w jednej chwili znalazła się u kolan królewskich, wołając z coraz większem wzruszeniem:

— Królu, ratuj Wiedeń!

Tymczasem król Jan uspokoił się nieco, a nawet zawstydził swego uniesienia, widząc wysokiego dostojnika kościelnego u swoich kolan. Słowa nuncjusza poruszyły go do głębi. Wyprawa wiedeńska była jego cichym i głęboko ukrywanym z obawy przed Marysieńką marzeniem. Kolosalne wizje przyszłych zwycięstw i tryumfów przesunęły się nagle jak żywe przed okiem bohatera, podczas gdy drugie spoglądało nieśmiało i pytająco na żonę.

A twarz królowej Marysieńki okryła się jakąś nieziemską powagą i dziwny spokój i majestat brzmiał w jej głosie, kiedy, podniósłszy oczy do góry, rzekła:

— Jasiu, ratuj chrześcijaństwo…

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

I Jaś uratował chrześcijaństwo…

Pisane w r. 1908.

Dziwna przygoda rodziny Połanieckich

Noc karnawałowa w zacnym polskim domu. Z przyległego salonu dochodzą dźwięki walca, głos wodzireja ryczący egzotyczne nazwy figur kotylionowych, szelest sukien falujących w tańcu itd. Siedziałem, wpół drzemiąc, w wygodnym fotelu; wtem coś mignęło, zaszumiało tuż koło mnie i jakaś zapóźniona para przemknęła jak wicher, wywracając w pędzie, o zgrozo, butelkę doskonałego starego koniaku, którą zarezerwowałem do prywatnego użytku. Szacowny napój począł spływać powoli, oblewając strumieniem wspaniałą Prachtausgabe, leżącą jak przystało majestatycznie na stole polskiego domu. Spojrzałem: była to Rodzina Połanieckich. — Patrzałem z melancholią na grube welinowe karty, ociekające złotawym płynem, gdy nagle zdało mi się, iż słyszę najwyraźniej jakieś szmery, jak gdyby głosów wychodzących z kartek książki:

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

— Panie Stachu!

— Co, panno Maryniu?

— Coś panu chciałam powiedzieć… W jednej chwili tak mi się strasznie w głowie zakręciło…

— Dziwna rzecz, bo mnie także… To pewno z tańca.

— Panie Stachu…

— Co, panno Maryniu…

— Kiedy się wstydzę…

— Nie wierzę, żeby panna Marynia mogła coś takiego pomyśleć, czego by się musiała wstydzić…

— Pan Stach taki dobry, że tak o mnie myśli… ale ja nie jestem taka… tak gdzieś głęboko, głęboko, to ja jestem bardzo zepsuta…

— Moja dziecino droga…

— Panie Stachu… ja chciałabym za mąż iść…

— Pójdzie pani, panno Maryniu…

— Ale ja chcę zaraz…

— Moja złota panno Maryniu, i ja także chciałbym, tak chciałbym, żeby pani znów wróciła ze mną do swego ukochanego Krzemienia…

— E, głupstwo Krzemień… nudna dziura… to nie dlatego… Aj, strach, jak mi się w głowie kręci… Panie Stachu —

— Co, panno Maryniu?

— … … … … . .

— … … … … . ?

— A bo czemu mnie pan Stach nigdy nie przytuli, nie popieści…

— Moja droga panno Maryniu… moja, bardzo moja… moja głowa najdroższa…

— Ale nie tak, panie Stachu, tak mocno, mocno, nie tak jak porządną kobietę, tak inaczej jakoś… ja sama nie wiem jak…

— Nie można, panno Maryniu… służba boża…

— A, prawda… służba boża…

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

— Oh, oh, oh, oh, (szlochanie).

— Maryniu, dziecko, co ci jest, dzie-dziecinko mo-moja. (Jakoś mi staremu język się plącze. I w głowie mi się czegoś nagle kręci. Pewnie będzie burza).

— Oh, oh, oh, panie profesorze, panie Waskowski, ja jestem taka nieszczęśliwa (szlochanie).

— Cóż to pannie Maryni jest? Niechże się przytuli do swojego starego profesora. O tak, jeszcze bliżej…

— Oh, oh, oh, panie profesorze, Stach mnie nie kocha…

— Co też Marynia za głupstwa plecie? Stach Maryni nie kocha? On, najmłodszy z Ariów?!

— A nie kocha…

— Co w tej głowie dzisiaj… Kto by nie kochał mojej dzieciny złotej?

— A Stach nie kocha (oh, oh, oh). Zresztą za co by mnie kochał…

— Iii! grzech takie rzeczy mówić! Za co? Oj ty, ty, ty. Za co? A za te oczka śliczne, a za to pysio różowe, a za ten karczek… a za te piersiątka… za te bioderka… za te nóżki małe… a za te łydeczki… ti, ti, ti… ty Aryjko mała, ty szelmutko jedna… a jak się to stroi, jakie to koronki, jakie hafciki… jakie majteczki… Ty, ty, ty kokotko mała…

— Panie profesorze, co pan robi… zobaczy kto… tak mi się strasznie w głowie kręci…

— Będzie burza…

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

— Panie Stachu!

— Co, Lituś?

— Tak mi jakoś dziwnie w główce…

— Chodź, kociaku, na kolana…

— A będzie pan Stach pieścił kociaka…

— Będę, Lituś.

— Tak dobrze u pana Stacha! Tak przyjemnie! To podwiązka. Panie Stachu, co pan robi… Nie można… nie można… panie Stachu… Panie Stachu! a jak ja powiem cioci Maryni, to co będzie?… Ha, ha, ha!… jaką pan Stach ma teraz niemądrą minę! A nieprawda, bo nic nie powiem, bo pana Stacha kocham i panu Stachowi wszystko wolno… I mnie tyż wszystko wolno, bo ja młodo umrę. Tak mi się w głowie kręci, jak wtedy na imieninach, jak piłam szampan… Panie Stachu, tak dziwnie… tak przyjemnie… pan taki strasznie kochany… co pan robi… Panie Stachuuuu…

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

— Bukacki! słuchaj no, co to jest?… co się tu dzieje? czy mnie się kręci w głowie, czy co, ale tu tak jakoś dziwnie…

— Nie przeszkadzaj im, Pławisiu, chodź na miasto… Pojedziemy… wiesz, staruszku… tam…

— Nie, nogi mi się czegoś plączą…

— No to zagrajmy w pikietę.

— Ale z rubikonem.

— Z rubikonem, staruszku, z rubikonem.

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

… … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … … . .

Szepty i szmery ucichły. Widocznie Rodzina Połanieckich, podeschnąwszy trochę, odzyskała równowagę duchową zachwianą na chwilę zetknięciem się z kilkoma kroplami starego koniaku. Podniosłem się z fotela i uczułem, że mnie samemu nogi się cokolwiek plączą…

Pisane w r. 1907.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.