drukowana A5
26.39
Ksiądz Marek

Bezpłatny fragment - Ksiądz Marek


Objętość:
128 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0935-2

AKT I

Szopa wyporządzona jak na zebranie koła rycerskiego. Wchodzą: Starościc z Barku i Towarzysz pancerny. Słychać z daleka śpiew konfederacki.

TOWARZYSZ

Słyszysz pieśni, oto z pola

Rycerze nasi wracają.

STAROŚCIC

Mam taką harfę EolaW Anielinkach nad strumykiem;

Lecz jej struny tak nie grają

Z szumem liści, ze słowikiem,

Tęskno, dziko i żałośnie,

Jak ta pieśń, co w hymny rośnie.

TOWARZYSZ

Wracają pełni zapału,

A ksiądz Marek, karmelita,

Ludziom błogosławi z wału.

STAROŚCIC

Jak miło, gdy młodość rozkwita!

Gdy krwią biją wszystkie żyły,

Rzucić się pod sztandar boży,

Co w stepach z dawnej mogiły

Jak tęcza, którą na chmurach

Słońce gdzieś ojczyste tworzy,

Błyska i na złotych piórach

Dusze rycerskie unosi.

A ta pieśń, co Boga prosi

O łaskę, politowanie,

Taka miła — jak pieśń dziecka,

Rubaszna — jak pieśń szlachecka,

Święta — jak organów granie,

A świeża — jako zaranie

Przyszłych nadziei narodu;

Tak trzęsie całą mieściną,

Że bez żadnego powodu,

Kiedy słucham, łzy mi płyną.

PIEŚŃ KONFEDERATÓW

za sceną

Nigdy z królami nie będziem w aliansach,

Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi,

Bo u Chrystusa my na ordynansach,

   Słudzy Maryi.

Więc choć cię spęka świat i zadrży słońce,

Chociaż się chmury i morza nasrożą,

Choćby na smokach wojska latające

   Nas nie zatrwożą.

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami,

Więc nie dopuści upaść żadnej klęsce.

Wszak, póki on był z naszymi ojcami,

   Byli zwycięzce!

Więc nie wpadniemy w żadną wilczą jamę,

Nie uklękniemy przed mocarzy władzą,

Wiedząc, że nawet grobowce nas same

   Bogu oddadzą.

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy

I spać pójdziemy o wieczornej zorzy,

Ale w grobowcach my jeszcze żołdacy

   I hufiec boży.

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu

I szedł na święte kraju werbowanie,

Ten de profundis z ciemnego kurhanu

   Na trąbę wstanie.

Bóg jest ucieczką i obroną naszą!

Póki on z nami, całe piekła pękną!

Ani ogniste smoki nas ustraszą,

   Ani ulękną.

Nie złamie nas głód, ni żaden frasunek,

Ani zhołdują żadne świata hołdy,

Bo na Chrystusa my poszli werbunek,

   Na jego żołdy.

STAROŚCIC

Ponieśli dalej sztandary,

Poszli dalej z bronią w ręku,

A ta pieśń na fundum wiary,

Anielskiego pełna jęku,

Ściąga nam cudy, zjawienia,

Przelotne niebios humory,

Gwiazdy z grzywą, meteory,

Nocne słońca, łby z płomienia,

Szwadrony w zbrojach nieznanych,

Po obłokach malowanych

Idące truchtem i cwałem;

A jak wczora sam widziałem,

Będąc na straży w mieścinie,

Pana, naszego obrońcę,

Co siedmiomieczowe słońce

Na serca jasnym rubinie

Zapaliwszy, stał na chmurach.

I nie sam świadczę o cudzie,

Ale wszyscy moi ludzie,

Wszyscy szyldwasi na murach

Widzieli ten wizerunekDoloris, jak brał kierunek

Ku wschodowi, świecąc miastu.

Widać, że nasz okręt tonie,

Że potrzeba mu balastu,

Więcej szabel, więcej ducha,

Więcej serca w naszem łonie,

Bo ta wielka zawierucha

Niebios wszystkich nas pochłonie.

TOWARZYSZ

Ksiądz Marek wczoraj to z ducha

Wytłómaczył na ambonie,

Mówiąc o różnej pokusie.

Miecze te, powiada, bolu,

Bolące w Panu Jezusie,

To są, gorsze od kąkolu,

Wady na ojczystem polu,

Z których boleść ma ojczyzna.

Pierwszy miecz, co w niej usterka,

Mówił, jest to francuzczyzna,

A drugi miecz — to szulerka,

A trzeci — to kieszeń stratna,

A czwarty — kobiece rządy;

Piąty — to sprzedajne sądy,

A szósty — zawiść prywatna,

A siódmy — zgniłe sumienie.

Te wszystkie, mówił, ościenie

W jednem sercu, co je mieści,

Zatknięte ręką morderczą,

Jako błyskawice sterczą;

Jak słońce srebrne boleści,

Słonecznik siedmio-mieczowy,

Co ma w środku serce Boże

A na rękojeściach głowy

Do panów naszych podobne.

I znów o każdym upiorze,

O każdym mieczu, magnacie,

Mówił powieści osobne,

Jak sędzia na majestacie,

Sądzący zbrodnie czerwone...

Potem kazał przed ambonę

Przynieść trumnicę z kościarza,

I sam z ognistą powieką,

Nogą odrzuciwszy wieko,

Kiedy się pył ruszył z kości,

Krzyknął: oto proch cmentarza,

Który w żywych obecności

Będzie sądzon, jak wy sami

Kiedyś, nakryci trumnami,

Przez lud będziecie sądzeni...

Oto jest proch z trupa rdzeni!

Oto jest jedna z piszczeli,

Co może na karabeli

Spoczywała do starości.

Jeśli ty, mówił do kości,

Z pod twojej rysiowej delii,

Przy czytaniu ewangelii,

Szabli dobyłaś na światy,

Ręko, bądź błogosławiona!

Lecz jeśli wy, stare gnaty!

Wy, spróchniałe dziś ramiona!

Wy, drżące palców kosteczki!

Dla jakiej prywatnej sprzeczki

Dobyłyście z pochew miecza,

Chłopską porąbały chatę!

Jeśli ty, ręko człowiecza,

W sygnetach a krwią ociekła,

Podpisywałaś utratę

Naszych pogranicznych grodów,

Jeśliś cały naród wlekła

Za włosy w trumnę narodów

I poiłaś go piołunem,

Ręko hańby, idź do piekła!

Rzekł i kością jak piorunem

Uderzył z czarnej ambony

Pomiędzy lud przerażony,

W sam środek czerni, szepcącejO tej kości latającej,

O tym poruszonym prochu,

O tym niespokojnym grobie.

Aż ksiądz znowu ręce obie

Zanurzywszy w trumny łonie,

Czerepem się na ambonie

I głową trupa oświecił.

Czerep pacierzom polecił

I czcił pogrzebową rzeczą:

To go malował w przyłbicy,

To w karbunkułach korony,

To w cierniach, co kość kaleczą;

Aż ten czerep uśmiechniony,

Wziąwszy prawie twarz człowieczą,

Co się uśmiecha, nie sroży,

Jak drugi spowiednik boży

Zaczął naliczać z ambony...

STAROŚCIC

A tym czasem obrażony

Pan marszałek, szlachta cała,

Tem ruszeniem z grobu ciała,

Tem urąganiem z magnatów,

Tą obelgą antenatów,

Zamyśla porzucić sprawę.

TOWARZYSZ

Co mówisz?

STAROŚCIC

      Będą ciekawe

Dzisiejsze panów narady.

Patrzaj, regimentarz blady

Z manifestem o głos prosi;

Ale oczu nie podnosi

Na czoło marszałka dzielne.

Wchodzą i zasiadają na ławach: Pan Marszałek Konfederacyi Krasiński, Pan Regimentarz Pułaski, Ksiądz przełożony karmelitów i wielu ze szlachty.

REGIMENTARZ

z manifestem w ręku

W imię Boga nieśmiertelne!

I w imię Bożego Syna!

I w imię Bożego Ducha!

Przed tym światem, co patrzy i słucha,

Jak się nasza krew tu lać zaczyna

I wulkanem pomsty z nas wybucha,

I wulkanem jęków świat przeraża;

Przed ziemią, co nas spotwarza,

Że już ojczyzny nie mamy

I o nią się dobijamy

Z mieczem w ręku; przed tronami,

Któreśmy kiedyś zakryli

Od Turka naszymi szablami;

I przed dzieciątkiem, co kwili,

I przed starcem, co grób kopie,

I przed chłopkiem, który siada

Jak Ceres na złotym snopie

I płacze, gdy o nędzy gada;

Przed magnatem, co krew żłopie,

Ludu wnętrzności wyjada

I złoto skrwawione chowa;

I przed tą, która jest wdowa

Po mężu za kraj poległym;

I przed wiekiem już ubiegłym,

I przed tym, co w czasów prądzie

Na sąd trupów naszych idzie...

Wydarci przeszłej ohydzie,

Stajemy z tem pismem na sądzie;

Sądem krwi nie przerażeni,

Ani dumni, ani bladzi

W środku rzezi i płomieni,

Przy biciu gwałtownych dzwonów;

Pany na czele czeladzi,

Wodze na czele szwadronów,

Księża tłum prowadząc niemy

W blasku krzyków i kagańców,

Dawnych świętych zmartwychwstańców;

Na sądzie wszyscy stajemy!

I podnosząc ręce blade

I wskazując rany święte,

Tę wszystkich narodów zdradę

I to morderstwo nie święte,

Na naszych spełniane ciałach

Rzucamy w czasu koryto.

Bogdajby kiedyś odkryto,

Że na tych przekleństwa skałach

Zatrzymane ludów wody

Pierś swoję o nas rozbiją,

Staną i w kałużach zgniją,

Nie mogąc wejść na te wschody,

Któreśmy sypali sami

Wiekom, kładąc się trupami.

Bogdajby kiedyś odkryto,

Że tu, gdzie nas zabijano,

Ludów patronkę zabito;

 Że tu, gdzie Polski kolano

Pierwszy raz przed nędzą klękło,

Nowa jest ludów kalwarya;

 A tam, gdzie jej serce pękło,

Gdzie zapłakała jak Marya,

Jest miejsce lamentowania;

 A tam, gdzie ją kat pogania

Knutem, cierniami i spiżem,

A ona padła pod krzyżem,

W koronie z blasków słonecznych,

Jest miejsce upadków wiecznych

I śmierci okropna przystań.

 A tam, gdzie matka rycerzy,

Choć w grobie, w grób nie uwierzy,

Jest miejsce wieczne zmartwychwstań,

Jest duch, co z grobu wyrywa

I kos żadnych się nie boi.

Panowie! to miejsce stoi!

To miejsce — Bar się nazywa!

Tu my, rycerze bez plamy,

Z odkrytą przed Bogiem głową,

Pod chorągwią Jezusową

Za kraj nasz poumieramy,

Zatknąwszy wieczne sztandary

Dla miłości i prawdy i wiary.

MARSZAŁEK

Szanowny regimentarzu,

Mówisz tak jak na Golgocie,

Mówisz tak jak na cmentarzu.

I tak by się nam w istocie

Należało dziś zachować:

Krzyże nosić i całować,

Samym je zatykać w ziemię,

Nauczając przyszłe plemię,

Jak los przeciwny pokona,

Za prawą rękę i lewą

Dać się przybijać na drzewo,

Aby widział nasz morderca,

Że otworzywszy ramiona,

Pokazujemy i serca.

Ale sądzę, mój kolego.

Że wola Nieśmiertelnego

Chowa nas na większe czyny.

Więc z tej ubogiej mieściny,

Gdzieśmy się teraz zamknęli,

Nie chciałbym uczynić jeszcze

Grobu dla obywateli.

REGIMENTARZ

Panie! przechodzą mię dreszcze!

Z gwałtownego chłonę żaru!...

Pierwszy raz ktoś mówi w radzie

O hańbie... o wyjściu z Baru.

MARSZAŁEK

dobywając w pół szabli

Hańba! Cóż to mi ty?

REGIMENTARZ

      Panie,

Niech twoje słowo zostanie

W gardle, szabla niech się kładzie

Do snu i niech się nie budzi.

Dawno ja żyję śród ludzi!

Z różnymi panami żyłem,

Obelgi nieraz znosiłem

Dla ojczyzny i dziś zniosę.

A jeśli kto mimowolną

Obaczy na rzęsach rosę

U obelżonego starca,

To wszakże i mnie mieć wolno

Przy białej siwiźnie marca

I lód, co szkłem w oczach świeci.

Bo ja mam aż czworo dzieci,

Aż czworo żywych pod niebem;

A gdy na mnie hańba spada,

To, panie, tym jednym chlebem

Nas pięcioro się najada.

A czy to łza w oczach stoi

I błyszczy w źrenicy biednej,

To pięciorgo się napoi,

Panie, z tej wielkiej łzy jednej...

Bo kto na świat się nie gniewa

Często, chociaż łez nie leje

W serce — rzeki łez wylewa.

MARSZAŁEK

Jeślim obraził — boleję.

REGIMENTARZ

Dosyć. Gadajmy o Barze.

Więc wola jest rzucić miasto...

MARSZAŁEK

Dosyć spojrzeć tu na twarze...

Żaden tu nie jest niewiastą,

Ani dzieckiem nie jest w duchu;

Widziano nas przy harmatach.

Lecz dać się ciągnąć w łańcuchu?

I przy ruskich kazematach

W błocie przed Braneckim legać?

Mnie... co jestem z panów panem,

Nazywać jego hetmanem?

I grzeczności z nim przestrzegać?

Być jego sługą? Gdy mogę,

Do Turczech dziś pojechawszy,

Jutro tu powrócić krwawszy,

Zgnieść tę moskiewską stonogę,

Stanąć mu butem na głowie,

Królowi napędzić strachów.

Cóż? czy nieprawda, panowie,

Że tak lepiej! z hufcem spachów!

SZLACHTA

Lepiej!

MARSZAŁEK

Zgodne głosy słyszę...

A oto patrzcie dobywa listu tu pisze

Pan Potocki, nasz podczaszy,Że Turek już Moskwę straszy,

Nad Prutem stanąwszy w sile.

Cóż mu po naszej mogile?

SZLACHTA

krzycząc

Do Turków całymi szwadrony!

Wchodzi Ksiądz Marek.

KSIĄDZ MAREK

Niechaj będzie pochwalony

Jezus Chrystus... Szatan głuchy

na stronie

Żadnej nie dał odpowiedzi.

W tej szopie widać złe duchy

I zło... co otworu śledzi,

Aby zerwać naszą zgodę.

głośno

Gdzie tylko okiem powiodę,

Zasmucone widzę twarze.

REGIMENTARZ

Mój księże, źle z nami w Barze,

Myślimy z miasta uchodzić.

KSIĄDZ MAREK

A miastem kto ma dowodzić?

REGIMENTARZ

Na cóż dowództwa w pustoszy?

MARSZAŁEK

Dosyć tej wojny kokoszej!

Tej manifestów papierni!

Byliśmy krajowi wierni

I wiernie jemu dotrwamy.

Lecz tu w Barze już nie mamy

Prochu, jadła ni pieniędzy.

Gorszy pocałunek nędzy

Niż pocałunek Judasza;

Bo często odwagę zdradza

I wszystkie cnoty rozprasza,

I w śmierci — hańbę doradza.

KSIĄDZ MAREK

Marszałku! panie narodu,

Czyś ty dzisiaj doznał głodu?

Otruł się na miejskiej wodzie?

I pomyślał o tem w głodzie,

Ażeby naród opuścić?

Pan Bóg ci może odpuścić,

Jeśli to się w głodzie stało,

Jeśli twoje biedne ciało

Zaczęło się trząść na kości.

Pan Bóg jest pełny litości,

Jeśliś głodny był... przebaczy.

Lecz, panie! o ta stodoła

Tego mi nie wytłómaczy,

Przez jakiego ty anioła

Ducha... byłeś ogłodzony?

Powiedz? czy upiór czerwony,

Jakie rodowe widziadło

Odpycha od ciebie jadło?

Straszy cię? jeść nie pozwala?

Albo krwią okrzepłą kala

Ten chleb, który bierzesz w usta?

Mówisz o nędzy?... Ta pusta

Stodoła, ta szopa Żyda,

Panie, pałacem się wyda,

Jeśli ją który z twych wnuków

Ujrzy wygnańca oczyma.

Patrzaj, co tutaj jest bruków

Z jedwabi... gdzie okiem trącę,

Dywan na powietrzu trzyma

Srebrne gwiazdy i miesiące,

Kwiaty, takie winogrady,

Że dają oczom pokusy.

Więc także blade turkusy

Patrzą niby na obrady

Z szabel brylantowych czoła,

Jakoby oczy aniołów.

Więc ten dom i od kościoła

Bogatszy... bo dół kościołów

Często z ludzkich trumien bywa

A tu morze złota pływa

Po pas w tej żydowskiej stajni.

Więc jeżeli wy przedajni?

Czego nie daj, Boże wielki,

Kto was kupi? gdzie są fanty?

Kto znajdzie takie brylanty,

Coby waszej krwi kropelki

Były godne? warte były?

 Więc wyznaj, że ani nędza,

Ani głód jedzący żyły

Poradził — ale ta jędza,

Co krew polską dawno chłepce,

Tchórzostwo do ucha szepce...

 Nie chwytaj za miecz, człowieku!

Ja ksiądz prosty, powiem tobie,

Że tu leży Polska w żłobie,

Lecz Polska nie tego wieku,

Żywa — nie przez nasze czyny.

Szanuj sen świętej dzieciny,

Która, gdy oczy otworzy

A uczuje boleść ciała,

Najpierwej będzie płakała,

Taka ją ciemność zatrwoży

Z naszych grobów uczyniona, I brak matczynego łona

Tak ją w żłobeczku rozkwili.

Szanuj!... bo tu, gdzieśmy żyli,

Śród naszej niby opieki,

Bogu i ziemi na chwałę,

Poczęło się dziecko małe,

Które będzie żyło wieki!

O! gdybyś wiedział, jak one

Przed narodami wystrzeli,

Jaką ogromną koronę

Włoży — jakie berło chwyci;

Chociaż wódz obywateli,

Co są w rodach znakomici,

Nie śmiałbyś przed tą maleńką

Ruszyć ni szablą, ni ręką,

I stałbyś tak u podwoi,

Jak żebrak przed królem stoi.

Ja ci nie powiem, kto ona,

Pozwalam jak szaleńcowi

Pożyć, a sam też w ramiona

Nie wezmę piastować żłobu —

Bom jest już podobny snowi,

Bliski męczeńskiego grobu.

Ale, że tu jest to dziecię,

To wiedzą małe ptaszęta

Świegocące mu w błękicie,

Gdzie słoma wichrem podjęta

Błękit niebios pokazuje...

Koń to już wojenny czuje,

W kącie stojący przy sianie;

Bo kiedy poczucie ducha

Pójdzie ludziom w urąganie,

To świat go podlejszy słucha,

I nieraz harfą się stanie,

Na którą duch Boży dmucha,

Aż słońce się ludziom odsłoni...

Człowieku! niech cię Bóg broni,

Abyś zwątpił o proroctwie!

Bo wkrótce! w całem sieroctwie

Twego nieszczęsnego rodu,

Gdy odrzucon od narodu

Krwią się do krzyża przyklei,

Sercem przylgnie do przyszłej ojczyzny;

Nie zostanie — prócz nadziei,

Żadnej po ojcach puścizny;

Nie zostanie, gdy wyjęczy

Całą boleść; tylko, panie,

Oto się chwytać tej tęczy,

Którą przez wieków otchłanie

Z proroczych ust teraz ciskam.

Więc się nie dziw, że tak błyskam

Jak Mojżesz, duchem natchnięty,

Żem jest jako ów Jan święty,

Widzący to... co ja widzę...

Bo zaprawdę, jestem w lidze

Z duchami i ze świętymi!

A chociaż niski na ziemi,

To duchy okryte zbroją

Na ramionach moich stoją!

I kończą się gdzieś w bezkońcach,

W świecie, gdzie gwiazd zawierucha,

W gwiazdach, w meteorach, w słońcach,

Za słońcami — w słońcu ducha.

MARSZAŁEK

Czegóż chcesz w tej exaltacyi?

I co ma ona za związek

Tu? gdzie pierwszy obowiązek

Zbawić panów, naszych braci,

Szlachetnych ludzi ostatki?

KSIĄDZ MAREK

Panie, zostań, z tej gromadki

Nie zginie żaden.

MARSZAŁEK

      Kto ręczy?

KSIĄDZ MAREK

Pan.

MARSZAŁEK

      Co za znak?

KSIĄDZ MAREK

      Zagrzmi działo.

po chwili milczenia słychać strzał

Czy słyszycie, że zagrzmiało,

Aż belka w stodołach brzęczy

Jak echo kościelne nad ludem.

Wchodzi Artylerzysta polski.

ARTYLERZYSTA

Panie, pękło nam na ćwierci

Jedno działo, ale cudem

Puszkarze uszli od śmierci;

Myślą, że świat cały runął,

Śledzą, kto ognia podsunął

I kupią się... a szlachectwo

Już krzyczy: ogień i zdrada...

MARSZAŁEK

Czyli to boskie świadectwo

I głos, który z niebios gada?

Czy zrządzenie przypadkowe?

O to nie zachodźmy w głowę

A jeśli takie portentaBrać nam za rozkazy z nieba,

To harmata rozpęknięta

Mówi... że wyjeżdżać trzeba,

Unosząc ducha i serce.

Wstaje.

KSIĄDZ MAREK

Zabierz z sobą te kobierce,

Własnością są twego rodu.

MARSZAŁEK

Gdzie ja ogrody zasadzę,

To ptaszki z mego ogrodu,

Nawet gdy się wyprowadzę,

Mają prawo żyć wiszniami:

Choć tu jedwab jest murawą,

A hafty złote drzewami;

Ten, kto ma do gruntu prawo,

Ma prawo do drzew i kwiatów.

Wychodzi.

KSIĄDZ MAREK

Więc sprzęt twoich antenatów

Pójdzie do Żyda rabina,

Który wynajął stodołę.

REGIMENTARZ

Upadać Polska zaczyna!

Zarzucam żupana połę

Na oczy, by nie widziano,

Czy z twarzą wstydem rumianą,

Czy z twarzą łzami zalaną

Stary Pułaski odchodzi.

Pole teraz waszej młodzi,

Niechaj nowe gniazdo lepi;

Bo oto my wodze starzy

Jako żebrakowie ślepi,

Uchodząc z narodu straży,

Ręką macamy, gdzie wrota,

Co na wygnanie prowadzą.

Niech wam duchy boskie radzą!

Niechaj rośnie patryotaI nowy kościół zakłada...

Co do mnie... byłaby zdrada,

Gdybym nie szedł za Podole,

Gdzie pan marszałek nas wiedzie.

KSIĄDZ MAREK

Szablę zostawiasz na stole!

REGIMENTARZ

Kto był na cudzym obiedzie,

Nie bierze sztućców gościnnych,

Ale zostawia dla innych

Zaproszonych na dzień drugi;

Weźcież miecz pańskiego sługi

Przeze mnie tu zostawiony

I czyńcie nim, co potrzeba:

Na ucztę wołajcie wrony

I kruki, i pomsty z nieba.

Wychodzi.

KSIĄDZ MAREK

Szabla mi się nie należy,

Lecz przez nią Pan Bóg uderzy.

Przypasuje pałasz.

KSIĄDZ PRZEŁOŻONY KARMELITÓW

Ja także na żadną zgrozę

Nie wydam pańskich ołtarzy.

Lecz obnażę z relikwiarzy

I sakramenta uwiozę,

Aby splamione nie były.

KSIĄDZ MAREK

A cóż nam zostawiasz? mogiły?

Ojcze! ojcze przełożony!

Gdyby tu jedna owieczka

Pańska, jeden człek raniony

Miał zostać w nędznej mieścinie,

Co podobna do okrętów,

Na morzu rozpaczy ginie:

Gdyby ten jeden, o panie!

Ranny wołał sakramentów?

Rękę swoję kładł na ranie,

Głowę zwiędniałą pokłonił

I tchu duchowego bronił

Z rozpaczą w zawrotnej głowie,

Aż Pan Bóg przyjdzie i powie

Słowo ostatniej pociechy:

«Przebaczone ci są grzechy!

Duszo święta, wychodź z ciała»

Gdyby jeden został taki,

Najlichszy między żebraki,

Pańska by przy nim zostałaMyśl i miłość pańska przy nim...

A myż co, mój księże, czynim,

My, co o jutrze nie wiemy,

A tu grzeszni zostajemy.

Aby tego jutra dożyć,

Gotowi żywot położyć,

Nakryć się prochu mogiłą,

Ducha oddać w ogniu, w dymie.

Byle się tylko święciło

Przenajświętsze Boga imię

W obliczu świata i szyków,

Nad trupami szyzmatyków;

Byle hostye krwią rumiane

Wilgotne naszymi łzami

I w niebo exaltowaneDrżącymi rannych rękami,

Exaltowane i drżące,

Póki stanie mocy w kościach,

Świeciły na wysokościach

Ludom jak pełne miesiące

Pośród pożarnych płomieni...

A gdy na to odważeni

Zostajemy tu na rzezie,

Ty myślisz? ojcze wielebny,

Że nam kto Boga uwiezie?

Że nam Bóg jest niepotrzebny

Charłakom jęczącym w nędzy?...

Więc pan tej jedwabnej przędzy

Nie chciał zwlekać przez hajduki

I zostawił złote bruki,

Po których chodził wspaniale,

Jak na opuszczonej skale

Morze swe perły zostawia!

Więc drugi, którego wsławia

Nie ród, lecz wielka ofiara,

Droższa od pereł, rubinów,

Uczyniona ze krwi synów...

A przecież? kiedy go wiara

W moc własnej szabli odbiegła,

Zostawił ją, aby strzegła

Rzeczy od człowieka świętszych,

Kościołów i serc gorętszych

A osadzonych na Bogu.

A ty sam z kościoła progu

Uchodzisz! ksiądz poświęcony!I gdybyś twymi ramiony

Mógł, co Samson z dawnych czasów,

Wyrwałbyś bramy z zawiasów

I poniósł z sobą wydarte,

A potem przedawał ćwieki...

A gdyby co były warte

Okna, co patrzały wieki,

Niby źrenice tęczowe,

Które anioł w ołtarz wsłupił,

W skrwawioną Chrystusa głowę,

Tobyś je, panie, wyłupił,

A potem nosząc przedawał

Kawał szkła... za ziemi kawał,

Łan tęczy, za łan pszenicy...

Ja wiem, że w twojej winnicy,

Gdy zbierzesz coć urodziła,

Nie będzie ptaszyna piła

Słodkiej rubinowej wody

Z żadnej sierocej jagody;

I zaćwierka gdzieś na płotach,

Mówiąc: jak ci ludzie bozi

Zapomnieli o sierotach!...

  Lecz ksiądz, co Boga uwozi

I ucieka z nim za bramy,

Tego my jeszcze nie znamy

W Polsce od dawnego wieku!

A co ty wiesz? ty człowieku!

Czy Bóg nie chce zostać z nami

I patrzeć, jak umieramy?

I karmić sakramentami?

I dusz naszych wszelkie plamy

Krwią swoją obmywać drogą?

A co ty wiesz? czyli trwogą

Włożon do twoich zanadrzy

Duch sakramentów nie zadrży?

I nie zlęknie się tych kości,

Gdzie żaden już duch nie gości?

A co wiesz? czy tajemnice

Po sakramentach zamknięte

Nie pierzchną, by gołębice,

Nie zlecą się w jedno święte

Miejsce... gdzie były już miecze,

A teraz jest pokój boży...

W to biedne serce człowiecze,

W moją pierś, co się otworzy

Pełna radosnej boleści

I wszystkie! wszystkie pomieści!

Nie... Boga nie weźmiesz zgoła,

Boć to nie jest tobie dane...

Oto idę do kościoła,

Sakramenta porwę w dłonie

I pójdę... i sród kul stanę.

KSIĄDZ PRZEŁOŻONY

Temu księdzu na ambonie

Tumanić ludem zakażę.

Wychodzi.

KSIĄDZ MAREK

Idźcie! idźcie... a ja w Barze

Z ostatkiem ludu zostanę.

Zbiorę całą moję rzeszę,

Tęcze moje chorągwiane

Na miejskich wałach rozwieszę

I odprawię nabożeństwo

Święte do krwawego krzyża:

A Pan, co ludy uniża,

Da mi tryumf... lub męczeństwo

I swoję wolą pokaże.

Wychodzi z resztą szlachty.

Wchodzi Żyd Rabin.

RABIN

Teraz my tu gospodarze.

Zamiećmy izbę po panach.

Nu... jest zysk na tych dywanach.

Kto zyska, a kto też straci

Na tej to konfederacyi?

A Moskal dywany kupi...

Judyt! Judyt... heyne! heyne!

Woła do drzwi bocznych.

Wchodzi Judyta.

RABIN

Nu, co ty szejne morejne

Zapłakana?... szlachcic głupi

Nagadał się i wychodzi...

A mnie pan marszałek dobrodziej

Nie zapomniał! Pan kochany!

Podarował mi dywany.

Nu! czemu ty głupia szlochasz?

JUDYTA

Ojcze, jeśli ty mnie kochasz,

To porzuć te darowizny.

Na co nam?... my bez ojczyzny!

Na co nam takie wystawy?

RABIN

To dobrze, ale te ławy

I te makatne pościele

Ja schowam na twoje wesele,

Aby ty na nich usiadła.

JUDYTA

Obwiniesz mnie w prześcieradła,

Złożysz trupa na drabinie,

Każesz wynieść, nim zadniało.

A jak goim spotka ciało,

To przeżegna się i minie;

A jak dziecko, to będzie się bało

I u matki się rozpłacze

I pod rańtuchem ukryje.

Nu, a jak kruk, to zakracze,

Nu, a jak pies, to zawyje,

A jak księżyc, to pobladnie,

A jak gwiazda, to upadnie,

A jak słońce... Nie, my Żydzi,

Nas nigdy słońce nie widzi

W prześcieradła obwiniętych.

Szybko na cmentarz niesionych;

Bo my na prawach przeklętych

Pośród ludzi przerażonych

Naszą modlitwą gorącą,

Naszą mogiłą stojącą,

Krwią białych macowych przaśnic

I blaskiem naszych szabaśnic

I tajnych komor ciemnością

I tą żółtą naszą złością,

Co się w oczach jadem kręci,

My tu na wieki wyklęci,

Jak ogromne cherubiny,

Co w trumnach zamkniętych siedzą.

Nu, a ci ludzie nie wiedzą,

Co ja mogę, kiedym sroga,

Co ja wiem od Pana Boga,

Jaki ja im garnek z gliny

Ulepię? co duchem zrobię?

Jaki duch w mojej osobie?

Nu, ja wczora na konwalie

Na mogiłki poszła nasze

I patrzała na batalie,

Na działa i na pałasze,

A w prochu był obłok jazdy,

A kule jak srebrne gwiazdy,

A bomby nad nimi w górze

Jako płomieniste róże,

A wystrzelone harmaty,

Jeszcze do góry dymiące,

Jak z ogniów siarczanych kwiaty,

A podkowy koniów jak miesiące!

Nu, ja tak patrząc z mogiłek

Na te ognie, na tę krew,

Zmarszczyła na czole brew,

Wzięła gliny kilka bryłek,

Wzięła z grobu trochę piasku

I przeciwko temu blasku

Rzuciła, że poszli w nic,

Jak tysiąc zagasłych świéc,

Gdy wiatr przeleci bożnicą.

Bo ja była błyskawicą!

Duchem, co krwią pole broczy!

Śmiercią gaszącą ich oczy!

Naszej wiary tajemnicą!

Aniołem na boskich posyłkach

Który piorunami strzela!

Zmartwychwstaniem Izraela

Stojącym już na mogiłkach!

A przed Bogiem — małą mrówką,

Przed aniołami — aniołem;

A śród popiołów — popiołem,

A przed ludźmi — jak zawsze Żydówką

Pogardzoną.

RABIN

      Nu, Judyta,

Ty pierwszy raz jesteś taka?

Słyszę tam pana Polaka,

Co się o austerye pyta,

Zakryj się, bo ty w płomieniach

Za jasna na jego oczy.

Wchodzi Klemens Kosakowski.

KOSAKOWSKI

do sług za karczmą

Niechaj tu Grzegorz zatoczy

Mój karaban... a tu w sieniach

Powiązać moje brytany.

A tu ćwieki wbić do ściany

I pozawieszać szturmaki,

Szable, kindżały, kulbaki.

A wymieść dom Żyda brodą.

do Rabina

Żydzie! staję tu gospodą.

RABIN

A panie, a kto ty taki?

KOSAKOWSKI

Niech tego Żyda wywiodą

I zakneblują mu pyski.

Kto ciekawy, szpiega bliski.

RABIN

Nu, żartuje pan wielmożny.

KOSAKOWSKI

Żydzie, ze mną bądź ostrożny,

Bo u mnie Żyda powiesić,

To tak jak w pejsy go trzepnąć.

RABIN

Nu, a czy ty umiesz wskrzesić?

Ty możesz, człeku, oślepnąć,

Patrząc na niewinną krew.

KOSAKOWSKI

Patrz, pierś mam taką jak lew,

A nozdrza takie jak koń,

A w żyłach gwałtowną skroń,

A włos koloru płomieni.

Biada! kto mię zarumieni,

Ale temu stokroć biada,

Przed którym twarz mi się blada

Stanie, by opłatek boży.

Lew się ducha we mnie sroży

I rzuca się, i rwie ludzi,

Wprzód nim się rozum obudzi.

do Judyty

Żydówka, ściągnij mi buty.

Judyta klęka i całuje mu nogi.

Co robisz?

JUDYTA

      Całuję twe nogi.

KOSAKOWSKI

Co to jest? precz mi z podłogi.

JUDYTA

na kolanach

Panie! ty wczora z reduty

Jako Judasz Machabeusz

Skoczył na moskiewskie działa.

Ja cię z mogiłek widziała

Śród panów, choć ty chudeusz

W szaraczku, a oni w złocie,

W turkusie i w karmazynie.

To ty chodził po dolinie

Na koniu, jak Goljat jaki.

Włos twój był jak ogień w grzmocie!

Czapka jak srebrzyste ptaki,

Jak orzeł, co z nieba runie

I usiądzie na piorunie!

Nu, a twój koń był czerwony

I ubrany cały w druty,

I czterma miesiącami podkuty,

A w boju taki szalony

I tak ogniem z pyska strzela,

Jak smok w pismach Izraela.

Otóż ja tu Żydowica

Do nóg ci, panie, upadła

I twój proch ustami kradła,

Bo tyś jest z królów narodu;

Ja z narodu — niewolnica,

Z Jerychońskiego ogrodu

Róża, między obce ludy

Przesadzona i kwitnąca;

A królewna z rodu Judy...

Nu! niech mię twa noga trąca!

W piersi mię podkówką wytnij!

Niech się moja pierś zbłękitni

I twego herbu dostanie

Od twojej czarnej podkówki.

Ja wiem, że dla mnie Żydówki

Ty jest król, wielmożny panie!

Ale ja powiedzieć chciała,

Czego zamilczeć nie mogła.

Że ja twej szabli pomogła,

Kiedy ty leciał na działa...

RABIN

Nu, Judyt, ty oszalała!

JUDYTA

wstaje i odsłaniając welon mówi z gniewnym zapałem

Ja Judyt! ja Judyt, Judyta!

Nu, ja nie straszna nikomu,

Póki moja twarz zakryta!

Ale z oczów mego gromu

Ja cisnę na was zagładę,

Bo ja duch, co wszystko odmieni.

Nu, ja kiedyś wezmę i szpadę

Jasną ze złotych płomieni.

Wychodzi.

KOSAKOWSKI

Rabinie, czy ta szalona

To córka twoja czy żona?

Wcale do niej nie mam wstrętu.

Czysta, mało ma akcentu.

RABIN

Panie, to jest moja córka,

Dziewica.

KOSAKOWSKI

      Cha! cha! cha! Żydzie!...

RABIN

na stronie

Ten człowiek patrzy na Turka.

KOSAKOWSKI

Słuchaj mnie, żyłem w bezwstydzie,

Na kartach i pijatyce,

Kochałem i Żydowice,

I szlachcianki, i Cyganki;

A tak mnie zna Litwy księstwo,

Że gdyby nie moje męstwo,

Dawno by mnie już — na drzewie...

czyni gest duszenia się

A jednak do mnie się czepi...

Tak w serce Bóg coś zaszczepi,

O czem często człowiek nie wie;

A w sercu to boże ziarno

(Choć się szlachcic oddał biesu)

Działa jak ziarno magnesu.

Tak, że się doń ludzie garną

I kochają... Człowiek taki

Na coś musi być potrzebny.

Otóż ja, ów łotr haniebny,

Ów Kosakowski pyszałek,

Tak się umiem dać we znaki,

Mam za sobą tyle gałek

Sejmikowych, tyle szabel,

Furdyng, rapierów, karabel,

Ile ich ma sam Radziwiłł.

A jużem raz świat zadziwił,

Porwawszy aż sejmik cały,

Palestrę i trybunały,

W jednem miasteczku na Żmudzi;

I z sotkiem tych różnych ludzi

W kontuszach i taratatkach,

Ubranych w niedźwiedzie burki,

Niektórzy w żelaznych siatkach,

A ci w lisy, ci w marmurki,

A ci przy szablach w jaszczurze,

A drudzy niosąc dwururki

Pozaczepiane na sznurze

Jako hiszpańskie gitary;

Cały, mówię, ten tłum szary

Wiodąc jak stare Żurawie,

Pokazałem się w Mitawie,

Gdzie wtenczas Sas, Karol młody,

Bez wojska i bez pieniędzy,

Oblężony, prawie w nędzy

I bez chleba, i bez wody,

Bo pompy Moskal poimał,

W zamku się książęcym trzymał

Jak pszczoła w głębi ula,

Mając na to rozkaz króla,

Aby dzierżał swoje księstwo;

Rozkaz! patent na męczeństwo!

Bo sejm zamiast posłać szyków,

Posłał mu dwóch senatorów,

Jakby rzec, dwóch spowiedników,

Dwóch nietoperzy, upiorów,

Dwie chorób, dwie dżum i krupów,

Dwóch sejmowych kościotrupów

Posłał mu sejm... Senatory,

Dziwny w potrzebie rynsztunek!

Otóż ja mu na ratunek

Przyszedłem i umysł chory

Podparłem... (jak brytan wierny,

Choć go czasem i nie karmią,

On przy domie jak odźwierny)

Tak ja przed moskiewską armią,

Poleciwszy duszę Bogu,

Położyłem się na progu

Warcząc, bo mi tam, mospanie,

Brakło zębów na kąsanie.

I tak my Polacy górą

Lub z Moskalem oko w oko.

Aż z carską inwestyturą

Przyjechał Biren z Sybiru.

Zda się, że go wiedźmy wloką

Na tron, śród wroniego skwiru,

Kacią zbryzgały posoką

I pokazały z pod chmury

W płachcie z moskiewskiej purpury

Przemrożonego do kości.

Jego oczy pełne złości

I ognia, jak owe doły

U bałwana ze śniegoły,

Przestracha na arendarzy,

Co jak latarnie cmentarzy

Przez wydrążone dwie jamy

Leją płomieniste błamy

Światła... we mgle gorejące

Jako cmentarne miesiące...

Ten trup ciągle nam wybladły

Groził... te oczy nas jadły...

Bo nie ma straszniejszej rzeczy,

O! Żydzie, nad wzrok człowieczy

Błyszczący w sińcach wygnania,

Jako w oprawie ze stali:

Wzrok, który chęć królowania

Rubinem piekieł zapali...

Otóż patrz na moje oczy,

Takie są jak u Birena.

Odmienionać wprawdzie scena,

Tu się rzecz o naród toczy,

O poklask idzie gromadny,

Nie zaś o tron samowładny;

Ale mi to Bóg nadarzył,

Że magnaterya ucieka;

A potrzeba znów człowieka,

Coby się na wszystko ważył,

I los, który się wałęsa,

Ćwiekami przybił do siebie.

Takim obaczą w potrzebie

Kosakowskiego Klemensa...

Bo choć ksiądz o Bogu gada,

To w szable wierzy gromada;

Choć tu ksiądz o cudach gęda,

Od szabli idzie komenda;

Choć tu w żywot wieczny wierzą,

Do mnie żywoty należą.

Ja miasto mam w mojem łonie,

Ja go ogrzewam... ja bronię,

Ja na wroga wyprowadzę

Nawet karczmy, nawet mury;

A kiedy trzeba? do góry

Jak wulkanem je wysadzę

Bez drżenia, bez drgnięcia powiek...

Teraz wiesz... com jest za człowiek;

Więc... mój kochany rabinie,

Oto na ten skrypt książęcy,

Musisz mi dać sto tysięcy

Dukatów i milczeć głucho,

Bo nawet trup twój zaginie,

Jak namiot przed zawieruchą

Wichrem Jehowy zmieciony.

RABIN

przeglądając skrypt

Nu, panie... ja miliony

Wydam zaraz na skrypt taki...

Ja nie wiem dla kogo one,

Ale będą zapłacone

Tej nocy... mam dwa przetaki

Złota... sługa niski pana!...

KOSAKOWSKI

Żydzie, to skrypt na sułtana,

Na nim ty nie będziesz tracił,

Choć się jak cytryna wyciśniesz...

Lecz jeśli mi przed kim piśniesz,

Żeś mi taki skrypt zapłacił?

Żydzie!... tak mi pomóż Boże!

Nic cię z mych rąk nie wykupi.

RABIN

A ja byłbym, panie, głupi,

Gdybym gadał, nim otworzę

Kredyt u wielkiego Turka.

KOSAKOWSKI

Niechaj ani twoja córka,

Ani firanki u łóżka,

Ani pod głową poduszka

Nie słyszą jednego słowa.

RABIN

A czy żadna inna głowa

O tem nie wie?

KOSAKOWSKI

      Żadna inna.

RABIN

Nu! to moja będzie winna

Albo pańska, jeśli o tem

Kto na powietrzu zagada.

KOSAKOWSKI

Zaraz mi przychodź ze złotem.

Żyd wychodzi

Jaki mi na serce spada

Kamień!... Cudzy pieniądz biorę;

Skrypt na Potockich pisany.

I w złocie kradzionem piorę

Brudny honor mój karciany.

Groszów publicznych grabieżą

Przeszłe me opłacam długi.

Zabiłbym, gdyby kto drugi...

Lecz sam to nazwę... kradzieżą!

wchodzi Rabin z pieniędzmi i uderza go po ramieniu

Kto to jest?

RABIN

      Nu... rabin, panie,

Z pieniądzami... nie miej strachu...

Chodźmy do stancyi na dachu

Liczyć... póki w skarbie stanie...

Wychodzą oba.

Wchodzi Judyta i Jozafat.

JUDYTA

Chłopaku, chrześcianinie,

Zapal mi proszę latarnie,

Chodź... i za mną nieś tę skrzynię...

W miasteczku ciemno i gwarnie.

Weź szablę i pistolety,

Weź i kij, co psy odpędza,

Pójdę do świętego księdza...

JOZAFAT

Do księdza?

na stronie

      Z tej się kobiety

Zrobił szatan stujęzyczny.

JUDYTA

Zapal ten kaganiec śliczny,

Tę latarnię z pargaminu,

Co jako księżyc z bursztynu

Po ciemnych ulicach chodzi;

Księżyc, który na srebrnicy

Róże malowane rodzi

I rzuca po błotach ulicy,

Gdzie ja Żydówka przechodzę,

Tęczę... za most mojej nodze;

Kwiaty rzuca na kałuże,

Abym stąpała na róże...

JOZAFAT

na stronie

Co ten zły duch przez nią plecie

O papierowej łojówce!

Co za język w tej Żydówce!...

JUDYTA

Nu... pudło trzymaj na grzbiecie.

Nie gadaj nic, ale prowadź,

A pomnij by fanał nie zgasnął.

Wychodzą.

Wchodzi Kosakowski i Rabin.

KOSAKOWSKI

Żydzie! ktoś tu drzwiami trzasnął,

Ktoś wyszedł.

RABIN

      Nu... złoto schować

A nie dbać, czy tu kto chodzi.

Niech się pan rotmistrz dobrodziej

Nie boi... Niech pan naczelny

Taki wojak wielki, dzielny,

Żydowi także zaufa.

KOSAKOWSKI

Ćwiekami nabita kufaDla ciebie Żydzie gotowa,

Dla twoich kości i grzbietu,

Jeśli ten dom nie dochowa

Tak jak mogiła — sekretu...

Pamiętaj... źle z tobą będzie,

Mój krwawy Dyogenesie,

Jeśli kto słowo wyniesie

Za dom... A gdzie twoja córka?

RABIN

Nie wiem, może jedwab przędzie,

Może z jedwabnego sznurka

Zwleka perły kałakuckie...

Dziewczyna ma serce ludzkie...

Może gotuje balsamy,

Szarpie strzępi dla szpitali,

Albo się w modlitwie pali

I płacze jak Rachel u Ramy.

KOSAKOWSKI

Zawołaj mi ją.

RABIN

      A po co?

KOSAKOWSKI

Bo ona wyszła za bramy.

RABIN

Nu... ona nie chodzi nocą.

KOSAKOWSKI

Łżesz, Żydzie... Oto ci powiem,

Że kiedyś ty liczył złoto,

To ja na uliczne błoto

Spojrzałem w ciemne czeluście;

I gdzieś pod księżyca nowiem

Postać, cała w białej chuście,

Jak słup w bieliznę ubrany,

Mgłą owinięta pochmurną,

Za księżycem z porcelany,

Za powietrzną jakąś urną

Złotą, świecącą do koła,

Jak lilija, co kielichem

Złotym oświeca anioła:

Postać taka do kościoła

Szła i spotkała się z mnichem.

Ten mnich — to ksiądz karmelita,

A ta postać — to Judyta.

RABIN

Panie mój... to być nie może.

Judyt!... Nie ma jej w komorze!...

Nu, prawda, że poszła... Judyta!...

Nu ja nie wiem, jasny panie,

Gdzie moja córka ukryta?

Pójdę na poszukiwanie.

wchodzi Jozafat z latarnią

A gdzie ty bywał, mój sługo?

JOZAFAT

Pannę rabinównę wodził.

RABIN

A gdzie z twoją panną chodził?

JOZAFAT

O tem rozpowiadać długo.

Gdybyś mi był na Wielkanoc

Dał na kolendę złotówkę,

Powiedziałbym, gdzie Żydówkę

Odprowadziłem dziś na noc.

RABIN

Jozafacie, ja ciebie odpędzę!

JOZAFAT

Czytujesz w Talmudu księdze,

A nie wiesz, gdzie córka chodzi?

KOSAKOWSKI

otwierając drzwi do szynkarni

Hej! albeńska moja młodzi,

Proszę tu do mnie z szynkarni.

wchodzi Bojwił i Litwinów kilkunastu w kurtach szarych, w czapkach przeszytych drutami

Panowie, kto wami dowodzi?

BOJWIŁ

Ty, jak zawsze djabeł Klemens,Infernem nec Deum tremens;

Na róg przysięgliśmy sarni

I na buty Radziwiłła.

KOSAKOWSKI

Otóż wybieram Bojwiła,

Namiestnikiem go stanowię;

Jeżeli się tylko dowie,

Że mię na koniu widziano

Z tą srebrną szablą nad głową

I w ręku z tą chustą rumianą:

Niech mi da rycerskie słowo,

Zgiąwszy przed Bogiem kolano,

Że mój karaban zaprzęże,

Mój trzos weźmie i manatki

I wyjedzie za rogatki.

Nie dbając na warty księże...

A choćby sto gromów trzasło

I świat drżał, niech nie uważa,

A na takie moje hasło

Powiesi tu arendarza.

do Rabina

Dobry jesteś i uczynny,

Więc niechaj ci twarz nie bladnie,

Bo jeżeliś ty niewinny,

To ci włos z głowy nie spadnie.

do Litwinów

Wziąść go i strzec. Niech za bramy

Nie wychodzi. Gdy ujrzycie

Mój znak, to go powiesicie.

Przysięgacie?

LITWINI

      Przysięgamy!

AKT II

Plac w Barze ubrany jak na Zielone Świątki w brzozy, klony i jarzębiny. Wchodzą: Ksiądz Marek, Judyta i Starościc z Barku.

KSIĄDZ MAREK

do Judyty

Wracaj, Izraelitanko,

I bądź o ducha spokojną,

Niedługo będziesz wygnanką.

Na to się toczy ta wojna,

Na to ja moję siwiznę

Ofiarowałem, kość złożę,

Aby silne duchy boże

Miały na ziemi ojczyznę

I sztandar sercom zatknięty.

Więc manele, dyamenty,

Któreś ty Bogu złożyła,

Przyjmę... A ty, duchom miła,

Już miłości nauczona,

Chociaż przez krwawe ramiona

Chrystusa i boskiej Matki

Jeszcze nie obcięta z cierni,

Ale jako polne kwiatki

W słońca jasnego farbierni

Umalowana sowicie

W izraelowej purpurze,

W polskich bławatków błękicie;

Jeszcze nie biała lilija

A już pachnąca jak róże;

Strzeż serca, co się rozwija,

I łez wiszących, nad rzęsą,

Bo mówię ci, przyjdą burze

I duchem twoim zatrzęsą;

Z drogi cię może zawrócą

I trupem pod nogi mi rzucą

Jak garstką przeklętych kości...

Idź, córko — i trwaj w miłości!

Błogosławi klęczącą Judytę, która wstaje i w milczeniu odchodzi.

STAROŚCIC

Panie, Klemens Kosakowski

Po całem cię mieście szuka.

KSIĄDZ MAREK

Nad tym człowiekiem gniew boski.

STAROŚCIC

Księże, lecz to śmiała sztuka!

Głowa zła, lecz serce złote.

KSIĄDZ MAREK

Otóż obaczysz, jak zgniotę

Tę głowę, tę czaszkę całą,

Aby serce ocalało.

STAROŚCIC

Jak to?

KSIĄDZ MAREK

      Z miasta go wygonię.

STAROŚCIC

Lecz on ku miasta obronie

Potrzebny... wódz tego steku...

KSIĄDZ MAREK

przerywając

Bóg tylko potrzebny, człowieku.

STAROŚCIC

On ma partyzantów wielu...

KSIĄDZ MAREK

Posłuchaj mnie, przyjacielu.

Zaprawdę, że ludziom łatwo

Mówić grzeczności wzajemne,

Rozrzucać słowa przyjemne,

Obchodzić się z ludźmi jak z dziatwą

Przynęconą na łakocie,

Albo dawać cięgi mocne

Jak palmy przedwielkanocne,

Umoczone całe w złocie,

Owite kwiatki złotymi...

Tak, że wchodzą do kościołów

Jakby z krainy aniołów

Inne drzewa, nie z tej ziemi...

Toteż zwyczaj u nas żyje,

Że wierzbą z kwietnej niedzieli

Bijesz własnych przyjacieli,

Mówiąc, że wierzba je bije

A tyś nie winien, że boli...

Raz w rok żart jest pozwolony,

Uświęcono kłamstwa tony,

Aby się duch tej swawoli

Dorwawszy, znalazł spoczynek

I z pod niańki się wyłamał,

Objadł się cukru, rodzynek,

A potem rok cały nie kłamał

I z prawdą już nie swawolił.

Więc jeżeli w prawdę wierzysz,

A Bóg ci miecza pozwolił,

Bić kazał, a nie uderzysz,

Choćby serce własne krając,

Ale uderzysz igrając

Jak arlekin, nie jak człowiek;Jeżeli prawdy piorunem

Nie spalisz grzesznika powiek,

Nie jesteś wtedy piastunem

Boskiej powagi i chwały.

STAROŚCIC

Słuchałbym ciebie dzień cały,

Ojcze Marku.

KSIĄDZ MAREK

Przed wieczorem

Z harmat będę miał słuchaczy,

Bo z całą szlachtą, z nieszporem,

Wiodąc nawet tłum żebraczy,

Pójdę na wroga.

STAROŚCIC

      Dziś, panie?

KSIĄDZ MAREK

Dzisiaj, w dzień Zielonych Świątek.

STAROŚCIC

A tu w mieście któż zostanie?

KSIĄDZ MAREK

Ot, ta gromada dzieciątek,

Która się na piasku bawi,

Młynki na kałużach stawi

I cieszy się, że drzewiny

Ścięte na ulicach więdną.

Polsko, nie jesteś oszczędną!

Te klony, te jarzębiny,

Te brzozy, las cały młody

Przyniosłaś sobie do miasta;

Prawdziwie jak ta niewiasta

Między judzkimi narody,Sławna, że flaszeczkę całą

Bardzo drogich aromatów

Wylała na Zbawcę światów,

O której rzekł, że mu ciało

Uprzedziła na pogrzeb pomazać.

I któż by jej śmiał zakazać

Tej rozrzutności?... niewieście,

Która Zbawcy śmierć przeczuła

I cały słoik zepsuła,

I roztłukłszy alabastry,

Rozlała po całem mieście

Woń tego balsamowania.

Więc i dla naszej hałastry

Ostatniego pomazania

W tych drzewach pachną oleje!...

I zaprawdę! nasze dzieje,

Gdy nas srogi los połamie,

Pachnąć będą w tym balsamie

Długo w umarłej krainie;

Szczególnie małej dziecinie,

Co się zbudzi i obaczy

Las cały z kalin czerwienią,

Stojący przed domu sienią;

Gdy jej dziadek wytłómaczyI pod cieniem tych drzew powie,Że tak czynili ojcowie,

Którzy już dawno są w grobie,

To dziecko poczuje w sobie,

Przejęte smutkiem i strachem,

Patrząc w smętne oczy dziada,

Że i tym nawet zapachem

Ojczyzna do niego gada...

błogosławiąc plac

Czy słyszysz, jak ten las śpiewa,

Listeczków tracąc ostatki?

Błogosławione wy, drzewa!

Błogosławione wy, dziatki

Rosnące przy kraju męczeństwie...

STAROŚCIC

Panie, dzwonią na nieszpory.

KSIĄDZ MAREK

Idę... a po nabożeństwie,

Choć starości krok nie spory,

Wycieczkę Pańską prowadzę,

Bo mam na to rozkaz boży

I taką nad ludem władzę,

Że Kosakowski mi złoży

Komendę... i stąd wyleci

Jak czarny szatan nieczysty,

Bo mi anioł promienisty

Rozkazał, abym z tych dzieci,

Które mam, nie stracił żadnego.

Wychodzi.

STAROŚCIC

Chciałbym gdzie Kosakowskiego

Ostrzec, że burza go czeka.

Szkoda byłoby człowieka!

I strach... ach, strach, gdyby zorze

I to słońce już czerwone,

Na morderstwo zapatrzone

Zachodziło po nieszporze.

Gdyby smętna twarz księżyca

Ujrzała pod cerkwi ścianą

Szarą szlachtę porąbaną

Za ksiądza i za szlachcica.

Gdyby znów nocne pojawy,

Ten Chrystus strasznej bladości,

Z dziurami na wylot w kości,

Ubiczowany i krwawy,

Jak kometa, co z podróży

Powraca, pokazał miecze

We krwi, co z grobów się kurzy

I po mogilniku ciecze.

I odleciał z tymi mgłami,

Zostawiwszy nas trupami.

GŁOS ZA SCENĄ

Aj! wej!

STAROŚCIC

Krzyków pełno w mieście.

Słyszę wrzask i szlochanie niewieście.

Wpada Judyta z nożem w ręku, za nią Kosakowski i Bojwił.

JUDYTA

do Kosakowskiego

Nu! ja cię nożem przebiję,

Ja nie twoja nierządnica.do StarościcaPanie! od tego szlachcica

Ratuj! skoczył mi na szyję

Jak wąż, jak płomień, z pod ziemi,

Wyskoczył do mnie w alkierzu.

Patrz! on cały w prochu, w pierzu,

Z oczyma zapalonymi

Jak Edomit.

KOSAKOWSKI

      Milcz, szatanko!

JUDYTA

Patrzaj ty na mnie, człowieku,

Jestem Izraelitanką.

Mój Bóg nie wisiał na ćwieku,

Nie pił octu i piołunów,

Ale stał na wielkiej górze

Pośród dwunastu piorunów,

W czarnej i ognistej chmurze,

I rozbłyskał się na całe niebiosa.

Otoż ten Bóg teraz broni

Każdego mojego włosa,

A pioruny trzyma w dłoni

Bóg Izraela i Judy,

Pioruny nad twoją skronią!

A jak spojrzy, to się góry pokłonią!

A jak błyśnie, to ślepota na ludy!

A jak zagrzmi, to się groby odsłonią!

A jak ścichnie, świat się cały odmieni,

A skrę rzuci, to świat będzie z płomieni

I w słoneczne się ognie roztrzaśnie;

A brwi zmarszczy na czole, to zgaśnie

Jako węgiel pod wodą i syknie;

A gdy rękę podniesie, świat zniknie

I nie będzie ani mnie, ani ciebie,

Tylko ciemność i sam Pan Bóg na niebie.

I któż jesteś ty, gwałtowny goimie?

I któż jesteś ty, chrześcianinie?

Że chcesz Bogiem być judzkiej dziewczynie

Jak ten drugi, co w Jerozolimie,

Choć poselstwa do Judy nie mając,

Zaćmił księżyc i słońce, konając.

Któż ty jesteś? nu, że chodzisz cieniem,

Jak duch jaki za owczem gdzieś runem?

I dotykasz się piersi piorunem?

I z rąk chwytasz za szyję płomieniem?

Nu, ty zginiesz jak duch w błyskawicy!

I przy lampie, co stoi przy łożu,

Łba twojego w żydowskiej miednicy

Twoi słudzy obaczą przy nożu,

I przelękną się łóżka i ciała.

Nu, ja sama, gdy to rzekła, zadrżała,

A ty nie drżysz? któż ty jesteś, człowieku?

KOSAKOWSKI

Na twe czoło wykąpane

W ptasiem gołębicy mleku!

Na twoje usta różane,

Których łuk napięty drży!

Na ten szprejtuch, który skrzy

Niby złoty jaki kruż,

W środku pełen białych róż!

Na twe oczy, z których bije

Razem żar i noc, i dzień!

Na twoję łabędzią szyję!

I na ten błękitny cień

Twoich rzęsów, który spada

Aż na rubin twoich lic!

Na tę głowę, gdzie gromada

I brylantów, i rubinów

Pali się jak tysiąc świec,

Lub nad głową Cherubinów

Z różnych gwiazd uwity kłąb!

Na każdy z perełek ząb,

Co jak skrzydełko gołębie,

Bieląc czepca aksamity,Spuszcza się na skroń błękity!

Na każdą perłę w tym zębie,

Co jakoby grochy duże

Zwinęły się w srebrną różę

I twoję głowę oblały!

Na ten, mówię, skarbiec cały

I klejnotów, i piękności!

I na królestwo miłości

Przysięgam.

JUDYTA

      Co?

KOSAKOWSKI

urągając

      Miłość wieczną.

Bojwile, pod straż bezpieczną

Wziąść mi tę synogarlicę.

Bojwił chwyta Judytę i unosi ją do karczmy.

STAROŚCIC

do Kosakowskiego

Puść waćpan tę Żydowicę.

KOSAKOWSKI

Co? czy chcesz się rąbać o nią?

STOROŚCIC

Zgoda...

Dobywają szabli i biją się Starościc pada.

Dostałem śmiertelnie.

KOSAKOWSKI

Sam się przebiłeś tą bronią.

STAROŚCIC

Rana pali mię piekielnie.

Księdza!

KOSAKOWSKI

      Trzymaj że za brodę

Duszę, aby nie uciekła.

A ja ci księdza przywiodę.

Odchodzi.

STAROŚCIC

W tej krwi, co ze mnie wyciekła

Więdnie moja blada skroń.

Jezu! Jezu! ty mię broń

Przed skonaniem od rozpaczy!

Cóż tam będzie, gdy zobaczy

Matka moja starościna,

Że na marach niosą syna

Przez posępne z lip aleje,

A z mar syna krew się leje,

A służący trupa kryją.

Cóż tam będzie! gdy zawyją

Moje psy u moich bram?

Gdy mój stary dziadek sam

Przyjdzie, klęknie w czarnej sali,

Oczy wlepi w moje oczy

I na nogach się zatoczy,

I na ciało się powali,

I na piersiach mi zaryczy!

Jezu! Jezu!

Wchodzi Kosakowski, wiodąc Księdza Marka w ubiorze mszalnym z monstrancyą — wgłębi pokazują się zbrojne tłumy konfederatów ze sztandarami.

KSIĄDZ MAREK

      Kto tu krzyczy,

Kto tu z jękiem woła Pana?

STAROŚCIC

Moje serce, moja rana

Bolesne usta otwiera,

Jęcząc w śmierci i w tęsknocie.

KSIĄDZ MAREK

Kto ufa, ten nie umiera.

STAROŚCIC

Mówisz o wiecznym żywocie!

Zamyka oczy i kona.

KSIĄDZ MAREK

Zaprawdę, kto nie doczeka

Na jasny męczeństwa wieniec,

A krew rzuca jak szaleniec

Pod miecz drugiego człowieka

I drogie utraca ciało;

Gdy tej krwi biednej tak mało

Tutaj na obronę bożą,

Wart, że go w trumnie położą

Ludzie, przy bladym świeczniku;

I zapomną o nim na ziemi

Jak o zdrajcy, niewdzięczniku,

Niewartym nawet powszedniej

Modlitwy, jednego krzyża,

Niewartym nawet łzy jednej!

Lecz Chrystus, co się przybliża

Do twych ust pełnych rozpaczy,

Które go wołały z jękiem,

Człeku, niechaj ci przebaczy.

I niech twój grobowiec młody

Ukraińskich kwiatów wdziękiem

Okwitnie. O Boże! Boże!

Jakie to matkom zawody!

Jakie dla ich serca noże!

Jakie za miłość wypłaty,

Takie wczesne dziatek straty!

Takie śmierci z marnych sprzeczek

Wynikłe, zgony gwałtowne,

A zaś równie nieodzowne

Jak tamte, co są dla Boga.

O! jak te garstki kosteczek,

Które śmierć odnosi sroga,

Drogie im w dzieciństwie były!

Ile mleka, łez wypiły!

Ile za nimi pacierzy

Pobiegło w złote niebiosa!

zamyka mu oczy

Umarł.... Trup przed wami leży.

Młodzieniec złotego włosa

Wczoraj jeszcze kwiat młodzieży!

Oto zszedł ze świata tego

Syn Jaśnie Oświeconego,

Dziedzic Barku i Ladawy,

Na wejściu w związki książęce. —

Weźcie ten pierścionek krwawy

I oddajcie go panience.

A nad trupem, co tu leży,

Zaśpiewajcie Anioł Pański.

pokazuje na Kosakowskiego

A to służalec szatański,

Człowiek mordu i grabieży,

Gwałtownik i pijanica,

Pusty jak djabła kaplica,

Krzykun jak wojna kokosza.

Złodziej publicznego grosza,

Obdzierca domów, kapituł,

Chodząca jakaś szkarada:

Do którego nie przypada

Żaden dawny polski tytuł.

Starosta? Lecz on na głowie

Nie ma zasług, ani lat!

Podskarbi? sam niechaj powie.

Niechaj publicznie obwieści,

Ile grosza wczoraj skradł;

Cześnik? ale on bez cześci!

Miecznik? ale on jest kat!

Nawet nie człowiek! bo oto

Leży jego jeden brat,

Z którego krew szczerozłotą

Tak czystą, młodą, rumianą,Ojczyźnie ofiarowaną

Ten człowiek wytoczył z serca.

Więc nie człowiek, lecz morderca

Stoi pod nami i zgrzyta.

Otóż mówię w imię boże,

Że odtąd jako banita

Pójdzie na świata bezdroże,

Jako szatanowie czarni,

Pędząc gdzieś pod błyskawice,

Do mglistej w deszczu latarni,

Przez krwią zbryzgane ulice,

Śród zgiełku i tarabanów;

Z odwagą w sercu umarłą

Bez sądu położyć gardło.

Proszę więc wielmożnych panów,

Abyście go od tej chwili

Jako zdrajcę opuścili,

Jak Moskala się wyrzekli,

Jak od choroby uciekli,

Zamknęli sąd jak nad ściętym,

Jak dla węża łez nie mieli,

Jak o zmarłym zapomnieli;

A myśląc jak o wyklętym,

Żegnali się i truchleli.

A ty, na twój koń czerwony

Siadaj... bo drżysz jak niewiasta.

A jeśli dla swej obrony

Nie masz wyrzec nic? precz z miasta!

SZLACHTA

wyprowadzając Kosakowskiego

Oczy jego obłąkane

Milczy i z ust toczy pianę.

KSIĄDZ MAREK

Posadźcie go na rumaka,

Dajcie w rękę szablę gołą

I połóżcie ją na czoło

Jak miesiąca w półpromieniach.

Śniła mi się postać taka

W przenajświętszych objawieniach.

Żem ją Duchem bożym cisnął,

I gnał w ciemność krzyża znakiem.

A za nim i za rumakiem

Cztery razy piorun błysnął.

Królowo świętych! proroków!

Najświętsza panno Maryo!

Każ, niech mi pioruny biją,

Proszę o salwę obłoków

I grzmoty: Salve Regina!

SZLACHTA

Niebo się łyskać zaczyna,

Koń rycerza na kieł bierze.

KSIĄDZ MAREK

Gwałty, morderstwa, grabieże

Precz z Polski!

SZLACHTA

      Grzmot już tu bije...

KSIĄDZ MAREK

Wszemu duchowi, co żyje,

I tym, którzy przyjdą nowi,

Czyści, stać przy bożem prawie,

Tym kielichem błogosławię.błogosławi chmury śród ognistych trzaskawicChwała Ojcu i Synowi

I Duchowi świętemu, chwała!

SZLACHTA

Niebo od piorunów pęka,

Z wałów biją wszystkie działa.

Kto żyw niech przed Bogiem klęka!

Pan zwycięża! Narody giną!

KSIĄDZ MAREK

śród najmocniejszych piorunów

Gloria in excelsis Domino!

SZLACHTA

na klęczkach

Pioruny trzęsą biegunem!

Panie! proch z nas i ofiara,

Lituj się naszego jęku!

KSIĄDZ MAREK

Wstańcie! teraz wasza wiara

Zapalona jest piorunem,

A ja ten piorun mam w ręku.

Chwyta sztandar i wychodzi na czele szwadronów.

SZLACHTA

Idźmy, prowadzi na wały...

Dzień to zwycięstwa i chwały!

Dalej z działkiem za rajtaryą!

CECHOWY

Naprzód sztandar z Panną Maryą,

Naszą świętą z Poczajowa...

Słyszycie? to Suwarowa

Baterya gra posępnym basem,

Kantyczce naszej do wiersza.

Odezwała się najpierwsza

Pod hawryszowieckim lasem...

GŁOS Z POZA SCENY

Cud! cud!

CECHOWY

      Co tam?

GŁOS Z POZA SCENY

      Jedna ruska

Baterya z ziemi porwana.

A na płomieniach wulkana

Zjawienie!... I wał konnicy,

Której koń we krwi się pluska,

W samo morze z błyskawicy

Jak wał żelazny się wali...

CECHOWY

Wszelki duch Chrystusa chwali!

Bez harmat my, bez oręża,

Lecz Pan Bóg za nas zwycięża!

Wychodzi z sztandarem i z resztą ludu.

Scena oświecona posępnie błyskawicami, pusta, przez cały ciąg słychać odgłosy dalekiej walki. Kosakowski wlatuje, waląc się z konia, z drugiej strony z pozakarczmy wychodzi Bojwił.

KOSAKOWSKI

Zwierzgnął mię rumak przelękły,

Popręgi u siodła pękły.

Wyleciałem stąd jak śpiąc,

Obelżony, duchem złaman.

Gdzie ten ksiądz? Gdzie ten czart ksiądz?

Każę ćwiczyć po ulicach,

Będzie bity tak jak Aman.

BOJWIŁ

  Ktoś tutaj przy błyskawicach

W ognistej ulewy skrach

Stoi jak upiorny strach,

Co to jest? to rotmistrz nasz?

KOSAKOWSKI

Obelgami zlał mi skronie,

Piorunami dał mi w twarz,

Przed nim siedział duch mój w łonie,

Jako robak w trupie siedzi,

Bo głos księdza jak dzwon z miedzi,

W który kula uderzyła,

A twarz jako słońce była,

A w źrenicach mocy sto.

Czy jest tam kto? czy jest tam kto?

Stuka do karczmy.

BOJWIŁ

W tej karczmie nie ma nikogo,

Tylko żydowska dziewczyna

A na belce — trup rabina.

KOSAKOWSKI

Otwórz! otwórz!

BOJWIŁ

      Jakąś trwogą

Wskroś przejęty, nie śmiem, panie,

Trup ci przed oczyma stanie,

Trup rabina się pokaże.

KOSAKOWSKI

Otwórz! otwórz! ja ci każę!

Niech widokiem tym ohydzę

Moje oczy...

BOJWIŁ

      W oczach ćmi się

Od błyskawic... drzwi nie widzę.

KOSAKOWSKI

Oczy moje jasne, rysie,

W oczy tego Żyda wszczepię,

Na bladościach je oślepię

I na strachu zahartuję.

Tysiąc trupów mi się snuje

Przed oczyma, widma same!

I ja widmo... Otwórz bramę!

Choćby ją sam szatan kuł

I przed piekłem ją postawił,

Szablą ją rozetnę w pół.

Bije we drzwi szablą — i brama się odmyka, ze środka rozepchnięta... w bramie pokazuje się Judyta w worku szarym ubrana, z bosymi nogami.

Jakiż mi się szatan zjawił?

JUDYTA

Nu!... Czemu bramę rozbito,

Gdzie ja odprawiam bosiny

Po ojcu?

KOSAKOWSKI

      To ja, Judyto.

JUDYTA

Ach... czemu ty taki siny

Jak zabójca? oczy w słup?

KOSAKOWSKI

Daj wody, pragnę jak pies.

JUDYTA

Nu... ja ci dam moich łez,

Nie chodź tu, bo w karczmie trup.

A ja sama siedzę boso

Na popiele w szarym worze.

Póki trupa nie wyniosą,

Żaden goim wejść nie może,

Gdzie Żydówka na bosinach,

A przed nią trup na drabinach

W śmiertelnej leży koszuli.

KOSAKOWSKI

Judyto...

JUDYTA

      Nu... co?

KOSAKOWSKI

      Chcę wody.

JUDYTA

Nu... czy ty żebrak na kuli?

Ty możesz robić — ty młody;

Młode jeszcze twoje lata,

Możesz być hyclem u kata.

KOSAKOWSKI

dobywając szabli

Jezu!

JUDYTA

      Ha... ty przy orężu?

KOSAKOWSKI

Kobieto! szatański wężu!

Co świszczesz urągowiskiem

A nie drżysz przed szabli błyskiem,

Spokojna i blada jak kreda.

Wiedz, że z mojego rozkazu

Powieszono tego Żyda,

Bo mię zdradził...

JUDYTA

przez ciąg jej mowy słychać ciągle odgłos dalekiej walki

      Nu, do razu

Ja to zgadła i wiedziała,

Że się to przed Bogiem wyda.

Ty okradł i zabił Żyda,

I z jego martwego ciała

Zostawił posag Żydówce;

A sam poprowadził hufce,

Jak wiatr, co się w polu miota,

Jako Polak patryota,

Jako rycerz krwią czerwony,

Jak pan wielki oświecony,

Jak twej ojczyzny dobrodziej;

Choć ty zabójca i złodziej

Brzęczysz od mojego złota;

A ja przez ciebie sierota,

Przy okradzionym kantorku

Siedzę w popiele, na worku,

A przede mną z trupem drabina.

Nu, czy ty wiesz? jak rabina

Trup po śmierci straszny, srogi?

Jak do wschodu leży głowa?

A z drabiny sterczą nogi?

Czy ty wiesz, co się nazywa

U chłopów noc rabinowa?

Co dęby w puszczach porywa,

Domy znosi jak namioty

I całą noc sypie grzmoty

Głośne jak Jehowy słowa:

A dlaczego rabinowa?

Nu?... a czemu piorun głuchy

Taki jasny? a świat drżący?

Bo to są rabinów duchy,

Nu... i trup się ten modlący,

Co siedzi wtenczas w bożnicach

Przy wichrze i błyskawicach,

Pod czarnym kahałów dachem,

I z pacierzem i z rejwachem,

I z płaczem aż do niebiosów,

I z jękiem, i z rwaniem włosów,

I z żałobliwymi słowy,

Modlący się do Jehowy,

Aby zdjął już z Izraela

Przekleństwo... A gdy Jehowa

Piorunami wtenczas strzela

I sprawuje taki zamęt;

To widać, że płacz i lament

Panu Bogu się podoba.

Że biednych Żydków żałoba

Pioruny jego zapala.

słucha grzmotu dział

Nu, tam teraz u Moskala

Wielki strach Chrystusa Pana:

Ksiądz wziął krzyże, zdjął ornaty,

Duchem rozrywa harmaty

I w białym świeci habicie

I krwi ma aż po kolana;

A ja tu, żydowskie dziecię,

Sierota w waszej krainie,

Siedzę przy trupiej drabinie,

Przy wietrze, co wieje od trupa,

A pode mną popiołów kupa,

A na mnie wór podły szary;A ja podobna do mary

Z twarzą bielszą od miesiąca,

Z zabójcą rozmawiająca,

Z szczęścia jak kwiat oberwana,

W żałości jak obłąkana,

O zabójstwie jakby śniąca,

A we śnie łzami zalana,

A w strachu jak wiedźma blada,

A zemstą w niebo porwana,

A w przekleństwach jak piorun, co spada!

w najwyższej exaltacyi, przy odgłosie dział

Nu, więc teraz ja się zrywam

I o ściany tłukę głową.

Ja przekleństwem się nazywam

I nazywam się zagubą,

Krwią i burzą rabinową,

Wichrem, deszczem, nocą grubą,

Duchem, gwiazdą, trumną, trwogą!

Bo w tem sercu są wichrzyce,

Co was i rozerwać mogą!

Nu, bo w puchu błyskawice,

Co świat cały mogą spalić!

Bo oto ja tchnęła na pole

I chorągwie zaczęły się walić,

I wasz duch leży na dole

Podobny wężowej chmurze;

A ja tu stoję na górze

I podnoszę zemsty ramię,

I nogami go depcę i łamię,

I odpędzam precz z pola do miasta!

strzały harmatnie ustają nagle

Abyś wiedział, że judzka niewiasta,

Będąc w usprawiedliwieniu

Przed Bogiem swego zakonu

Zemstą ojcowskiego zgonu,

Jest jak noc, cała w płomienia,

Jest jak burza, cała w mocy,

Jest jak siła, cała w ciszy,

Jest jak głaz w Dawida procy,

Jest jak płacz, który Bóg słyszy,

Jest jak grad, co bije w twarze,

Jest jak strach, co serca napełnia,

Jest jak miecz, którym Bóg karze,

Jest jak sąd, który Bóg spełnia.

Ten sąd macie chrześciany,

Ja go na was trzęsę z rąk!

W największej furyi trzęsie ręce nad głową i rzuca garściami przekleństwa na pole.

KOSAKOWSKI

Żydówko, ja twoich mąk

Nie winien... bo obłąkany,

W zupełnej nieprzytomności

Dałem znak chustą czerwoną

I mój rozkaz wypełniono,

Wypełniono bez litości.

A jam tu powracał po to,

Bym Żydowi oddał złoto,

A porwał córkę żydowską.

JUDYTA

Kogo, powiadasz, goimie?

KOSAKOWSKI

Przysięgam na Matkę Boską,

Ciebie samę.

JUDYTA

      Powiedz imię?

KOSAKOWSKI

Judytę.

JUDYTA

      O! wielki Boże!

Kiedy wczora ja w komorze

Całowała twoje nogi

A ty jak pan wielki szumiał,

Ty ust moich nie zrozumiał!

Ty mię nogą pchał z podłogi,

Jak człek, co gałganem miota!

A dziś, czy ja tobie droższa

Przez to, że dziś ja sierota?

I od Żydów najuboższa,

I od kobiet niegodziwsza,

I od wszystkich węży mściwsza;

Śmiertelniejsza od żelaza!

Że ja?... Nu, ja... jak zaraza

Dmuchnęła i wiatr popsuła?!

Nu, ja... prawda, co mówicie,

Igiełkami dzieci kłuła

I wieszała na suficie

I robiła ze krwią ciasto.

Nu, a teraz wasze miasto,

Chociaż wiem, że sama zginę,

Tak zakłułam jak dziecinę,

Aż krwią skapie purpurowe.

Jeśli ty kat, to nie czekaj,

Lecz mi szablą zetnij głowę,

Rzuć za siebie i uciekaj

Pełny trwogi i popłochu,

Bo tam w karczmie, patrzaj! z lochu

Widma, co zagaszą słońce!

KOSAKOWSKI

Wielki Boże! w karczmie Dońce!

I piechotny bagnet świta!

Ty zdrajczyni!

JUDYTA

Ja, Judyta!

Wchodzi do karczmy.

KOSAKOWSKI

Bojwile! miasteczko wzięte!

Czyńmy to, co jeszcze można.

A ty, coś wydała święte

Kościoły, furyo bezbożna!

Przysięgam ci, że powrócę,

Za włosy ciebie pochwycę

I w żar płomienisty rzucę,

I spalę jak czarownicę,

I strzaskasz się jak suchy pień...

Gdzie mój koń?... to sądny dzień!

Bojwił i Kosakowski wychodzą.

Z karczmy wychodzi Kreczetnikow, jenerał moskiewski, Suwarow oficer, Adjutant i moskiewskie wojsko.

KRECZETNIKOW

Tak się przez Żydów każde miasto bierze.

Suwarow, weźmij z sobą sotko ludzi

I od klasztoru postaw tak żołnierze,

Aby schwytali księdza cudotwórcę.

Ten mózg, co twoje dziś rękawy brudzi,

Krew, koralowej podobna paciórce,

Którać na czole błyszcy, bestyo dzika!

Zrobiły z ciebie dzisiaj pułkownika.

SUWAROW

Sława Rosyanom!

Odchodzi.

KRECZETNIKOW

      Gdzie jest pan Branecki?

ADJUTANT

Gada z karczmarką.

Wychodzi.

Wchodzi Branecki, prowadząc za rękę Judytę już ubraną jak poprzednio, w pięknymŻydowicy stroju.

BRANECKI

      Na honor szlachecki!

Nigdy piękniejszej nie widziałem jędzy.

Dałem jej kiesę pieniędzy,

Rzuciła na ziemię złoto,

Zdjęła worek, z bladej twarzy

Obtarła popiołów błoto

I stoi cała w klejnotach

Jak paw, kiedy rozwachlarzy

Ogony.

JUDYTA

      Nu, wy w namiotach

Mieli od mojego sługi

Pokazany ten loch długi,

Idący tu do piwnicy.

Teraz wy, jak na gościnie

U rabina Żydowicy,

Szanujcie ludzkie żywoty,

Niech tu żadna krew nie płynie,

Niech tu nie grzmią żadne grzmoty,

Bo...

BRANECKI

      Bo i cóż?

JUDYTA

      Bo ja proszę.

BRANECKI

Na twoję instancyę wnoszę

Tę prośbę do jenerała,

Aby wiatrem nabił działa

I kul nie dawał harmatom;

A manifestami z lawet

Walił w tył konfederatom,

Oddawszy im to wet za wet,

Co nam niosła ich wymowa,

Za wiatr — wiatr, za słowa — słowa.

JUDYTA

Nu, kto ty, co im urągasz?

Czy ty pies, że ludzkie kości

Na polu zębami ciągasz?

I nad trupem jesteś w złości?

BRANECKI

Co, najpiękniejsza z karczmarek?...

Wziąść ją, ręce związać sznurem...

Niech czeka.

Moskale wiążą Judyty ręce w tył i krępują powrozami. Adjutant wchodzi, prowadząc Księdza Marka pod strażą.

ADJUTANT

      Oto ksiądz Marek!

Pod samym klasztornym murem

Z szablą w ręku wzięty w plen.

BRANECKI

Co? ksiądz Marek? oszust ten?...

Czy to ty jesteś, mój klecho?

KSIĄDZ MAREK

Ja sam.

BRANECKI

      Bądźże nam pociechą

I grzesznych orędownikiem.

Księże, tęgim jesteś ćwikiem,

Oszukiwałeś rok cały

Wszystkich nabożnych i głupich;

Biłeś się jak jenerały

I chciałeś sobie z głów trupich

Wybudować kazalnicę,

Skąd byś mógł do króla gadać...

Czas ci na osiołka siadać,

Przejechać się przez stolicę,Gdzie już nie podolskie mózgi

I szlachecka cię głupota

Przyjmą, ale kat i rózgi;

Bo ta twoja tu robota,

Te bunty i te powstania

Warte tylko wysmagania.

KSIĄDZ MAREK

Czegokolwiek one warte,

Pokornie proszę Waćpana,

Abyś me piersi rozdarte

Lekarzom opatrzyć kazał.

BRANECKI

A gdzież ty tak habit zmazał?

A gdzież wzięta owa rana?

KSIĄDZ MAREK

Na polu, z ręki Moskala.

BRANECKI

Jak to? więc Pan Bóg pozwala,

Że i święci noszą blizny?

KSIĄDZ MAREK

Tak, mospanie, dla ojczyzny

Pozwala Pan Bóg i świętym...

BRANECKI

A rózgami być ociętym?

KSIĄDZ MAREK

I to zniosę.

BRANECKI

      Kreczetnikow,

Daj mi, proszę, dwóch burłaków

Z sekty twoich biczowników,

Bo w całym hufie Polaków

Nie ma ludzi... a ten klecha

Zna się na bicia dobroci.

Patrz, jak się na to uśmiecha,

Że Moskal mu kość wymłóci...

Hej! bić go tak, aż krwią się spluszcze.

Stają żołnierze przy księdzu.

KSIĄDZ MAREK

pokazując przed sobą palcem na ziemię, do Judyty

Upadnij tu na kolana,

Córko, niechaj ci odpuszczę.

Idę do mojego Pana.

JUDYTA

rzuca się na kolana, szlochając

Przeklnij! przeklnij!...

KSIĄDZ MAREK

      Ja, Judyto?

Oto naród mój zabito!

Oto, patrzaj! tam w oddali

Płomień... Dom się boży pali

Nad ognistej krwi strumieniem

I niebo kole płomieniem,

Jak miecz archanioła kręty,

Już na brusie pociągnięty,

Ostrzem postawiony w górę,

Miecz gotów karać naturę!

Ludzi, że są przeciw cnocie,

Braci, że rwą serca bliźnie,

Polaków, że przeciw ojczyźnie,

Niewinnych, że są w ciemnocie,

Winnych, że w jasności ślepi.

  Oto miecz z płomieni różnych,

Co wkrótce niebo rozszczepi,

Potem się na domach próżnych

Powali, świszcząc jak żmije,

I powali, i nakryje

Gwałty, płacz, mordy rumiane

I to miasto wyrzynane

Jak anioł ognia pochłonie.

  I podobny jest koronie

Z hyacyntu, z chryzolitu,Śród gwiazd białych i błękitu

Przez duchy boskie trzymaną;

Aż naród zegnie kolano,

O Bogu pomyśli w burzy

I na to ogniste wiano

Męczeństwem ducha zasłuży.

  I jest jeszcze jako kręta

Burza, co płomieni ręką

Porwała tam sakramenta.

Krzyże, hostye z pańską męką,

Obrazy przeświętych wzorów,

I grobowce fundatorów,

I podłogi, które rosi

Ludu łza, nawet kamienie;

Zawinęła je w płomienie

I Panu Bogu odnosi.

  Więc i te drzewa żałobne,

W Zielone Świątki sadzone,

Których pnie takie czerwone,

Listki jak iskierki drobne

W rubin na nitki zniżane,

Jak struny wichrem odwiane,

Ogniem zajęte przy korze;

Te drzewa, to harfy boże,

Od kościelnego krawędzia

Idące rzędy długimi,

To Dawidowe narzędzia

Hymnów, które tu na ziemi

Śpiewają mi z tryumfalnych

Pieśni długie litanije,

Od aniołów niewidzialnych

Duchową ręką trącane.

  Widzę Boga! któż mi oczy zakryje?

Chwały niewypowiedziane

Widzę! głosy wielkie słyszę!

Boga, co mi ogniem pisze

Nowy rozkaz, nowe prawo!

Oblewa mnie swoją sławą!

Ogniami męczeństwa złoci!

Pan Bóg mój pełny dobroci!

Którego mię rany bolą

A wola jest moją wolą.

  I ja przez tych świateł krocie

Oświecony, miałbym, córo,

Nie przebaczać tu ślepocie?

Lecz we krwi umoczyć pióro?

Ja, którego Bóg dziś słucha,

Wydać mam na twego ducha

Wyrok na wieki tracący?...

Owszem, węgiel gorejący

Na bladych ci ustach kładę;

Zmazuję wszelką szkaradę,

Wszelkie jady, co je ślinią,

Abyś była prorokinią

Przyszłą między twoim ludem,

Nawrócenia żywym cudem,

Jedną z tych, co w kraju jęczą,

Jedną z tych, co boleść dzielą,

Jedną z tych, co go weselą,

Jedną z tych, co w przyszłość wierzą;

Świecącą przymierza tęczą,

Świecącą, aż pioruny uderzą

I z chmur spędzą jak ostatnią pochodnię.

Bo wiedz, córko, że wszystkie ci zbrodnie

Odpuszczone są na wieki wieków.

obraca się do Moskali

A teraz krzyża i ćwieków,

A co macie czynić, czyńcie prędzej.

Wyprowadzają go straże.

JUDYTA

On przebaczył, bo ja w nędzy,

Bo on wie, co ja cierpiała...

Puśćcie mnie do jenerała,

Do ruskiego wojownika.

Nu... niech on księdza nie tyka,

Bo straci całe obozy,

Piorun mu spadnie na ramię.

rwąc na sobie powrozy

Bo tak... jak ja rwę powrozy,

Tak ja mu wojsko połamię!

Spalę lud jak błyskawica!

MOSKALE

Czarownica! czarownica!

JUDYTA

Nu, ja wolna przed grabieżą

I przed ogniem i przed katem.

Jeśli tam księdza uderzą

Jednym tylko, jednym drutem,

Tak wy padli z całym światem!

Ta krew wasza jednym łutem

Nie zaważy przed krwią Judy!...

Nu, tam patrzcie! oto cudy!

Oto w pożarach wychodzi

Ksiądz męczony.

BRANECKI

      Co to znaczy?

Kto nam tu stracha przywodzi?

To ksiądz!... tysiąc sto kartaczy!...

Widmo po pas obnażone

Z katowskiej wychodzi chaty.

A za nim wloką się katy,

Niby dwa słońca czerwone.

Niby dwa czerwone duchy,

Zgięci jak żebracy na kulach

I biją się po koszulach.

A koszule markietanów

Od czarnej smagalnej pluchy,

Są jak skrzydła u szatanów,

Oczy przenikają zgrozą,

Powietrze całe czerwienią...

Wchodzi Ksiądz Marek.

KSIĄDZ MAREK

Lub się serca w katach mienią,

Lub Pan oczy zaćmi ślozą...

A ciemna to była chata,

Gdzie mię po pas obnażono.

Więc zamiast bić w moje łono,

To kat się rzucił na kata

I we krwi się oba pluszczą...

Rozłączcie ich, bo się nie puszczą,

Aż skonają.

KRECZETNIKOW

do katów za sceną

      Precz, sobaki!

Wziąść ich, zanieść do szpitala.

Branecki, cudownik taki

Harmaty nam pozapala.

Zrobi bunt w moskiewskiej armii.

Ach! tam Katarzyna karmi

Tyle mnichów ruskiej wiary;

A wszystko chłopy do miary,

Poszczą chlebem i jesiotrem

A żaden cudów nie umie.

BRANECKI

Poślij jej Żydówkę z tym łotrem.

KSIĄDZ MAREK

Cokolwiek w twoim rozumie

Ułożysz, to nie pomoże,

Bo ja tu ciało położę

Pierwsze dla kraju i wiary.

I mój kopiec jak sztandary

Będzie trwał — aż wiek przeminie,

Aż ludzie z jasnymi skrońmi

Pokażą się w tej krainie,

Wchodząc ducha mego bramą.

Więc nie porwiesz mię stąd końmi!

Ani nawet śmiercią samą!

Mój duch wiecznie tu i ciało

Przyszłego kościoła skałą.

KRECZETNIKOW

Hej, z kibitką kapitana!

KSIĄDZ MAREK

Patrz, kogo wysyłasz ze mną,

Bo na drogach pańskich ciemno,

I często jest krwią zbryzgana

Ta ciemna i nocna droga,

Krwią szaleńców roztrąconych o Boga.

AKT III

Plac w Barze. Wchodzi Kosakowski, ubrany jak sługa szpitalów zadżumionych, w smolnej koszuli, w kapturze.

KOSAKOWSKI

Zaraza, co tu panuje,

Gdzie Moskale wiatr popsuli,

Gorsza od miecza i kuli,

Tysiącami ludzie truje,

Z trupów czarnych urodzona,

Stojąca jak widmo na wale.

  Pełne Moskalów szpitale,

Każda karczma zarażona.

Każdy człowiek straszny, blady,

Sine włóczą się gromady

Z krwią i ogniem pod powieką;

Zgniłe prześcieradła wleką,

A głowy w skrwawionych chustach

Wspierają na rękach chudych,

Z węglem i ze krwią na ustach,

Pełni plam zielono-rudych,

Ponurzy jak rozbójnicy,

Jak wilcy na krew gotowi.

Przypatrzyłem się ludowi,

Co tam, przed Boharodycy

Namiotem klęczy i leży,

Pałaszami namiot kraje

I Boharodycy łaje,

Nazywa ją matką żołnierzy.

I pochlebia, i klnie na przemiany.

  A tak wszystko zaraza rozprzęga,

Że oto w smołę ubrany,

Rzuciwszy na plecy haki

Jak koń, który się zaprzęga

Do ciał, włóczę te sobaki;

Wyciągam z miasta za bramy

I rzucam nagie do jamy;

A nikt o to nie zapyta,

Kto ja jestem? skąd przychodzę?

Mógłbym sztyletować wodze,

Mógłbym zatruć wód koryta,

Mógłbym — wszędzie chodzę wolny —

Wejść aż do jenerałowej

W nocy jako upiór smolny,

Wziąść lampę, która u głowy

Przy srebrnym obrazie świeci,

W kołysce podpalić dzieci,

Blaskiem zbudzić matkę śpiącą

I z pochodnią gorejącą

Jak upior wynijść z sypialni.

  Tymczasem błądzę jak pjany

Pośród tej okropnej szczwalni,

Gdzie zaraza swe szatany,

Psy swoje czarne puściła..

Gdzie dom... spojrzeć, to mogiła,

Gdzie łóżko, tam trup być musi.

Par cięży, powietrze dusi,

Gwiazdy, jakby przelęknione,

Chodzą smętne i czerwone;

Wyją psy na pustych bramach

I rwą zębami łańcuchy.

A w polu, przy trupich jamach

Jakieś płomienie jak duchy

Stoją, czasem szyję zegną

I za człowiekiem tak biegną

Kolory z ognia fałszywe,

Tak lecą jak trupy żywe,

Owinięte przez płomienie,

Jak moje za mną sumienie!

  Bo to ja, com tu zaszczepił

Ruinę, gwałt, mord rumiany.

W żądzach niepohamowany,

Kiedy mię szatan oślepił.

Leciałem, gryząc wędzidła,

Własne rzuciwszy sztandary.

I przeze mnie ten ksiądz stary

Odbieżany szedł na boje,

Jak ptak bez jednego skrzydła,

Żebraków zebrawszy roje

Zbrojne w siekiery i kosy,

Siwe swe rzuciwszy włosy

Za sztandar, i męczenników

Krzyżem oświecając złotym.

Ja zbieg! zdrajca jego szyków!

Gdy siadłem nad trupów rowem,

Kiedy pomyślałem o tem,

Gdy ten ksiądz z czarnym okowem,

Jasny jak światło jarzęce,

Stanął mi w myśli upiorem;

Gdy do nieba podniósł ręce,

I pokazał nad klasztorem

Ogień, dym, czerwone dachy

I w cieniu ruskie bermyce,

I na tych bermycach blachy,

Jak złote, wielkie księżyce,

Ciągnące ku pożarowi,

Ból i strach mię przejął mrowi;

I przysięgłem, furyą zdjęty,Że choć sam, chociaż wyklęty,

Zbawię go albo tu zginę.

A tę żydowską dziewczynę

Będę trzymał w mojej mocy,

Porwę i gdzieś w czarnym jarze

Zrobię z nią, co Pan Bóg każe.

Wchodzi Judyta.

JUDYTA

Co zrobisz ze mną, goimie?

Nu, ksiądz mi odpuścił święty.

Ja przyjęła sakramenty

Z jego rąk i mam na imię

Salomea.

KOSAKOWSKI

      Więc ksiądz żywy?

JUDYTA

Ksiądz, on człowiek sprawiedliwy,

Umrze, gdy go Pan obudzi.

Nu, on nie lęka się ludzi...

KOSAKOWSKI

Ale go pletniami zbito?

JUDYTA

A kto tego bicia liczył?

Jego palmami zakryto

Słonecznymi od niebiosów,

A kat się na śmierć zaćwiczył

I szedł krwią kapiący z włosów,

W koszuli, cały rumiany,

Przez siebie zakatowany

Na śmierć... i umarł w szpitalu.

Nu, a potem w tym Moskalu

Była myśl księdza uwozić,

Na Sybirze gdzieś zamrozić.

Więc okuli jemu nogi,

Ubrali go w chłopskiej świtce,

Położyli na kibitce,

Koń zaprzęgli do niej srogi

I szalony, i gorący,

Jak smok dyszlem targający.

I siadł na kibitce zwoszczyk

I kapitan w hełmie z blachy

A blady był jak nieboszczyk;

I usiedli dwa szyldwachy.

A noc była ciemna, głucha,

Wielki lament i rozpacze,

Słychać było, że lud płacze,

Słychać było, że Bóg słucha;

Bo stanęła po rejwachu

Jakaś wielka cichość strachu,

Gdy kibitka się ruszyła

Z naszym ojcem śród miasteczka.

Bo wieść między Żydków była,

Że on, ten ksiądz, jak owieczka

Dał się okuwać w kajdany,

Że mu krew bluznęła z rany,

Że był znowu biczowany,

W pysk przez Braneckiego bity,

Jak trup dlatego zakryty,

I cały we krwi czerwony;

Bez sił, dlatego niesiony,

Bez ducha, bo już nie jęczał,

A w łańcuchu, bo zabrzęczał,

Gdy go kładli do kibitki.

Nu, i potem tylko kitki

Tych Moskali jak płomienie

Poleciały na stracenie,

Poszły w ciemność z wielką burzą.

Nu, a ludzi było dużo

Na tym placu, wszyscy czarni,

Przy jednej tylko latarni,

Która była pałająca;

Bez gwiazd żadnych i miesiąca,

W nocy na strasznej pustoszy,

Jak na jakiem grobowisku.

  Nu, a kiedy Pan Bóg spłoszy

Konie jakie na urwisku,

To co? — głowy się strzaskały!

A on został jeden, cały,

A na wozie ludzkie trzewo,

Trup na prawo, trup na lewo,

Kapitan przy swoim Dońcu,

Zwoszczyk żyw, lecz jak śmierć biały.

I wóz jego we krwi cały,

A ksiądz, jakby cały w słońcu,

Na wozie, w męczeńskiej szacie,

Jak na jakim majestacie

Jechał spokojny i żywy,

Bo on człowiek sprawiedliwy

I święty...

KOSAKOWSKI

      Słuchaj, Judyto!

Zwiedź mię ty z tym karmelitą.

na stronie

Ach! łza jej do pereł grochu

Podobna.. zemstę już gasi...

JUDYTA

Prorok wasz zamknięty w lochu.

A czy są rycerze wasi

Blisko? Ja go wam wyzwolę.

KOSAKOWSKI

Ty?

JUDYTA

      Przy waszym apostole

Ja córka i stróż.

KOSAKOWSKI

      Ty sama?

JUDYTA

Nu, ja mu wolności brama,

Ja mu róża od Saronu,

Chociaż bardzo bliska zgonu;

Ja konwalia mu pachnąca

I wolnością, i weselem...

Nu, ja stąd odlatująca,

Jak duch jaki do miesiąca,

Z całym dawnym Izraelem;

Aż powrócę — bom duch wielki,

A u Panny Zbawicielki

Na niebie oczekiwana.

KOSAKOWSKI

W imię Ojca, Ducha, Pana!

Co ty gadasz?

JUDYTA

      Nu, ja sama

Nie wiem... Miasto dziś podpalę,

Ogień włożę pod szpitale;

Aż chorzy wyjdą z płomieni

I o księdza będą prosić,

I po mieście zarażeni

Biegać i ogień roznosić,

Kołdry targając ogniste...

KOSAKOWSKI

Co ty mówisz? Jezu Chryste!

Szpital spalić?

JUDYTA

      Nu, a oni...

KOSAKOWSKI

Niechaj ciebie Pan Bóg broni

Od tak haniebnego czynu.

JUDYTA

Gdyby z każdego rubinu,

Co na czepcu moim świeci,

Była iskra, niechaj leci!

Niechaj się za dachy chwyta!

zrywa z czepca drogie kamienie i rzuca na wiatr

Nu, ja nie Polka, ja mściwa...

Ja Żydówka! ja Judyta!

KOSAKOWSKI

Słuchaj, dziewczyno straszliwa!

Piękność twoja nieśmiertelna,

Jakaś straszna i piekielna:

Ząb perłowy, kiedy zgrzyta,

To mi serce w piersiach lata.

Słuchaj, ty jesteś bogata

I ochrzczona — córko grzmotów!

Ja się z tobą żenić gotów.

JUDYTA

Nu, a ojciec?

KOSAKOWSKI

      Żyd, wisielec...

Co mi tam twój ojciec znaczy!

Odprawiłaś już popielec

I bosiny po rabinie...

JUDYTA

A jak jego duch zobaczy?

KOSAKOWSKI

W jakiej ty żyjesz krainie,

Że o trupach zawsze gadasz?

JUDYTA

Czy ty wojnę wypowiadasz

Wszystkim duchom Izraela?

KOSAKOWSKI

Czart oczami twymi strzela,

Ogień leje w serca cieśnie,

Głowę wprawia w obłąkanie.

Dziś widziałem ciebie we śnie,

Jakby jakie malowanie,

Że już byłaś na stracenie

Prowadzona w żar, w płomienie,

A z płomieni były róże,

A ty w różach jak w altanie,

Uczepiona ręką w górze

Za krzyż.

JUDYTA

      Ty śnił prawdę świętą.

KOSAKOWSKI

Judyto, gdyby cię wzięto

I śmiercią, ogniem grożono...

Ty znasz moję klacz czerwoną,

Co przeleci miasto całe

I wyleci drugą stroną.

Tylko klaśnij w ręce białe,

Tylko padnij mi na łono,

Tylko chwyć się jak zbawienia,

A ja z grobu i z płomienia

Wyrwę ciebie po sto razy!

JUDYTA

A czy wyrwiesz z rąk zarazy?

KOSAKOWSKI

Strach mię zdjął.

JUDYTA

      Nu, ja ze łzami

Mówię tobie, mój goimie,

Że przepaść jest między nami...

Najprzód twój ród, twoje imię,

Co odrzuca to zamęście,

A potem... moje nieszczęście

I mój los. Bądź zdrów na wieki!

A może przyjdzie daleki

Jaki czas dla mego ducha,

Że mnie mój Pan Bóg wysłucha,

Modlitwę moję gorącą,

Za twoje szczęście proszącą.

Wychodzi.

KOSAKOWSKI

We łzach, w obłąkaniu stoję...

Wchodzi Bojwił przebrany za chłopa.

BOJWIŁ

Panie, widać nasze zbroje,

Wiejące nam od północy

Z tchem od ukraińskich kwiatów.

Nowy huf Konfederatów.

KOSAKOWSKI

Idźmy... przed nadejściem nocy

Może na czas przybędziemy

Poprawić straconej sławy.

Wychodzą.

Namiot. — Wchodzą Kreczetnikow, Branecki i Raportowy oficer.

KRECZETNIKOW

W pochód wymaszerujemy

Aż na Wierzchowieckie stawy.

Już tam ja w szlacheckie dworce

Posłał i dzieci, i żonę.Jej Boh! miasto zarażone.

Mści się Bóg za cudotwórcę.

BRANECKI

Czy jenerał gada seryo?

KRECZETNIKOW

Ot wy z waszą fanaberyą,

Francuszczyzną, nie widzicie,

Że tu wojska mego życie

Pod przekleństwem bunt podnosi...

A ot, za tym cudownikiem

Pułk jeden żałobnie prosi,

Abym go im jałmużnikiem

Zrobił... i archimandryta...

A gdyby jeszcze odkryto,

Co mi dziś piszą w depeszy;

Boże pomiłuj na niebie,

To ot... trup ze mnie i z ciebie.

BRANECKI

Cóż za wieści?...

KRECZETNIKOW

      Człowiek grzeszy

Ciekawością, mój Polaku.

A mądry, kto sekret chowa.

BRANECKI

Co? czy umarła carowa?

KRECZETNIKOW

wpadając we wściekłość

Szto ty skazał?... Ty na haku

Będziesz wisiał za te słowa.

Małczy, Lach! Caryca żywa.

BRANECKI

Niech się pan jenerał nie zrywa,

Bo ja także hetman jestem,

A jestem tu w moim kraju.

KRECZETNIKOW

w pasyi

A czemu ty z naszym chrestem?

Naszego dworca lokaju!

Szambelanie z epoletką!

W jakim ty kraju, szlachetko?

W jakim ty kraju, łachmanie?

Tu ja pan... my gospodarze!

Ot miasteczko wyrżnąć każę,

Dam ci szutkę w nos, hetmanie,

I każę na szubienicy

Powiesić, porąbać w ćwierci...

I napiszę do carycy,

Że ty o carycy śmierci

Rozpowiadał... precz z komnaty.

Branecki wychodzi

Hej, niech nabiją harmaty,

Niech nabiją wszystkie działa

I na tego jenerała,

I na hułany obrócą.

Niech włożą zaraz bagnety!

Niech mi z miasta precz wyrzucą

To błoto... Ot francuszczyzna!

Olejki i toalety!

Gdy we krwi cała ojczyzna,

Wino im kapie na brodę.

wchodzi Adjutant Braneckiego

Cóż tam od panów Polaków?

ADJUTANT

Pan jenerał uprasza o zgodę,

O wojennych naszych znaków

Złączenie... a oto w liście

Obrażony osobiście

O satysfakcyą uprasza.

KRECZETNIKOW

drąc list

Szutki... ja nie konfederat,

Ani młokos do pałasza,

Jeśli pan jenerał nie rad

Żem go uderzył po wstędze,

To niech się w żałobnej księdze

Rozpisze...

ADJUTANT

      Toż mu odpowiem.

Wychodzi.

KRECZETNIKOW

do Raportowego

A jak tam z wojskowem zdrowiem?

RAPORTOWY

Po stu codziennie umiera,

Grenadyer w grenadyera,

Chłop w chłopa... i co dzień gorzej.

KRECZETNIKOW

Niech kancelarya położy

W dzisiejszym dziennym rozkazie,

Że kto się podda zarazie

I położy na tapczany,

Za pierwszy raz... tysiąc pałek,

Za drugi raz... rozstrzelany.

RAPORTOWY

Słuszaju's... Braknie nam skałek

I prochu...

KRECZETNIKOW

      Ot i to szutka

Puławskiego, co nam bierze

Po drodze wszystkie jaszczyki...

No... jak zadzwoni pobudka,

Rozdać pomiędzy żołnierze

Kamasze, nowe trzewiki,

Pompony, kogucie pióra,

I kaszy... niech krzyczą hurra!

RAPORTOWY

Słuszaju's...

KRECZETNIKOW

      Precz Raportowy!

Raportowy odchodzi.

Wchodzi Adjutant Branickiego.

ADJUTANT

Pan mój jako afront nowy

Uważa, obelgę nową,

Pana jenerała słowo

O uderzeniu po wstędze.

KRECZETNIKOW

Nu... proś go, proś na herbatę.

ADJUTANT

Nie wiem, czyli go dopędzę,

Bo wyjechał z sekundantem...

KRECZETNIKOW

Powiedz mu, że na harmatę

Strzela się z paniczem frantem,

Karciarzem — jenerał stary.

Adjutant wychodzi

Oj dobrze, że my te Bary

Przycisnęli!... Ot depesza,

Że tam jakiś car w Kazaniu

Jenerały nasze wiesza,

I o carycy porwaniu

Zamyśla w imię Piotrowe.

Oj dobrze, że my powstaniu

Polskiemu urwali głowę,

Nie dopuściwszy odsieczy;

Bo gdyby... spasij nas, Boże!...

żegna się

Od takiej okropnej rzeczy,

Gdyby im pana we dworze

A księdza puścić z łańcuszka,

To ot, i Moskwa matuszka...

Spasij, Boże! Spasij, Boże!

żegna się

Ot gdyby tu wojownika,

To czart wziął państwo Ruryka,

Spasij, Boże! spasij, Boże!

Wchodzi Adjutant Kreczetnikowa.

ADJUTANT

Panie, pod wieczorną zorzę

Widać pułk konfederatów.

Chcieliśmy wystrzelić z wałów,

Lecz brak i kul, i granatów.

KRECZETNIKOW

Rzucić kilka pustych strzałów

Na to obdarte husarstwo

A potem te pany Lachy

Prosić na parlamentarstwo.

ADJUTANT

Słuszaju's.

Odchodzi.

KRECZETNIKOW

      Ot nowe strachy!

Ot nam w mieście pewny cmentarz,

Najstraszniejszy z mogilników,

Gdzie nam ziemia oczy wyje;

Jeśli to huf Pułaszczyków,

Jeżeli ten parlamentarz,

Co tu przyjedzie, nie pije...

Wjeżdża konno Kazimierz Puławski, za nim pieszo Kosakowski zawsze przebrany.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

zsiadając z konia

Ty smolny parobku dżumy,

Potrzymaj mego rumaka,

A strzeż mi dobrze czapraka,

Bo tu kradną.

KRECZETNIKOW

na stronie

Pełny dumy.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

wchodzi

Jenerale... twoja chrobra

Gromada bez kul strzelała,

Jest to grzeczność jenerała

Zapewne, nie brak w jaszczykach?

Zapewne myślał jenerał,

Że mi się pułk poobdzierał,

Że mam dosyć dziur w trzewikach

I w czapkach wiatrzanych świstów;

Za tę grzeczność siatelską

I jego artylerzystów

Dziękuję...

KRECZETNIKOW

      Czy z przyjacielską

Ręką?...

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Przyszliśmy po księdza.

KRECZETNIKOW

Nie mogę... Jej Bohu buntowszczyk!

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

zimno

Pana jenerała zwoszczykZ końmi przez nas dziś schwytany.

KRECZETNIKOW

Tak i miejcie, moje pany,

Moje konie, niech popasą.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Wózek z jenerała kasą...

KRECZETNIKOW

Tak w złoto umoczcie dłonie,

No... ja złota mam niemało.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Pana jenerała żonie

Także się nieszczęście stało;

Zabrana z żołdactwa rojem

Jak nie nabita harmata.

KRECZETNIKOW

z wielką trwogą

A rebiata?

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

      Nu... rebiata

Także u nas i z konwojem,

I z panią jenerałową.

KRECZETNIKOW

przysiadając i kładąc ręce na kolana

Nu... tak ja dam na to słowo,

Że ty pan Kazimierz Puławski...

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Być może...

KRECZETNIKOW

      Więc proszę... z łaski,

Nim pogadamy o rzeczy,

Na wypitkę i prykuski,

Bo choć ja jenerał ruski

Od Rena pewny odsieczy,

Uzbrojony przeciw tobie

I w proch, i w dobry rynsztunek,

To ja ku twojej osobie

Taki wielki mam szacunek,

Że chciałbym, choć raz z weselem

Z tobą pić jak z przyjacielem.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

A ksiądz Marek?

KRECZETNIKOW

      Nu, niemało

Ja z tym księdzem miał roboty!

Co jeszcze z niego zostało

To wam oddam... Jakieś grzmoty

Co to znaczy?

Słychać zgiełk za sceną.Wbiega Adjutant.

ADJUTANT

      Jenerale,

Ktoś pozapalał szpitale;

Buntują się starowierce

Przy blasku ogni czerwonych;

Mówią, żeś ty zarażonych

Kazał w szpitalu podpalić.

Szpital jak ogniste serce

Bijące w dymu szatanie

Już pękł i zaczął się walić

I pokazał na tapczanie

Wskroś, przez otworzone deski,

Trup zielony i niebieski

W trwodze oddający ducha.

Potem się ta zawierucha

Skier, ogni, dymów gorących

I ludzi uciekających

W kołdrach, w pokrwawionych chustkach

Zebrała na czarnych pustkach

Pogorzałych karmelitów.

Tam twój sierżant jeden Tytów,

Chciał chorym dawać nauki,

Ale żołdactwo pijane

Rozerwało go na sztuki,

Tak że i ciało rumiane

(Straszne markietanek dzieło!)

W oczach mi nagle zniknęło

Cudownym prawie sposobem;

Niewidzialnym niby grobem

Ukradzione dłuższej męce,

Przez oszukanie natury.

I tylko czerwone ręce,

Straszne, wzniesione do góry

O tym człowieku świadczyły,

Bo innej nie miał mogiły,

Oprócz tych dłoni ohydnych,

Jasnych — od pożaru widnych,

Nad głowami buntowników —

Tych rąk, tych szponów, krwawników.

Ach, i pierwszy tam raz w życiu

Słyszałem w ludzkiem zawyciu

Zwierzęce głosy człowieka.

Z ludzi się zrobiła rzeka,

Z rzeki morze, krwią rumiane,

A jeszcze pohamowane,

(Któż by rzekł?) dziewicy głosem.

Jedna, panie, Żydowica

Blada, z rozpuszczonym włosem,

Jedna, jak cudotwornica,

Wiedźma, co w ogniu się pali,

Śród tych rąk, lasu korali

Ohydnych, ze łzami w oku

O polskim księdzu proroku

Krakała jak kruk na dachu;

A co przydawało strachu

U zabobonnych Moskali,

To jedno umierające

Dziecko. Jak w zamku Walhalli

U dziewic na piersiach miesiące,

Tak to dziecko, zawieszone

Na piersiach jej, już zielone,

Już nie dziecko u kobiety

(Jak to lud powtarzał głupi),

Ale do czarów użyty

Jakiś wielki miesiąc trupi,

Ukradziony u gwiaździarzy.

Dość, że za nią poszły pułki,

Za nią starowierce starzy.

Aż skry, ogniste jaskółki

Na Żydowicę napadły;

I od włosów jeść począwszy,

Ciągle przerażoną jadły,

Aż upadła. Chciałem wtedy,

Pomiędzy ludem stanąwszy,

Choć Szwed, mówić do czeredy;

Ale ledwiem się pokazał,

Krwią mię obłoconą zmazał

Ów lud, który cudzoziemca

Szweda kładzie obok Niemca

I obu równo przeklina.

Została mi więc jedyna

Obrona w dobytej szpadzie,

We wzroku i w rejteradzie

Spokojnej, we lwa odwrocie.

A wtenczas żołdactwa krocie

I różnej broni motłochy

Napadły na ciemne lochy,

Gdzie polskiego księdza skryto

I przed białym karmelitą

We krwi i czarnych kajdanach,

Popadały na kolanach,

Sine pokazując strupy

I krzycząc, że zaraza je goni.

KRECZETNIKÓW

Ot ja teraz poszedł w trupy!

Ot Puławski! szpada w dłoni

I śmierć dla Kreczetnikowa!

Powiedz tam, niech będzie zdrowa

Moja żona, moje dziatki.

Ot nieszczęścia! ot wypadki!

Już ja trup, pokojnik boży!

Puławski odkrywa namiotu skrzydło i pokazuje się plac pełny żołnierstwa, chorych szpitalnych. Niektórzy leżą prawie nadzy na tapczanach, trupom podobni. W środku motłochu na rusztowaniu z łóżek szpitalnych stoi Ksiądz Marek z krzyżem, w podartym i pokrwawionym habicie.

PUŁAWSKI

wstrzymując Kreczetnikowa

Stój! gdzie lecisz?

KRECZETNIKOW

      Puść, niech ginę!

Niech się ziemia pode mną otworzy!

KSIĄDZ MAREK

Dziatki moje blade, sine,

Leżące u nóg jak żyto.

Tam wasz jenerał z dobytą

Szpadą śmierci szukający;

A ja tu nędzarz cierpiący,

Exaltowan w ludzi tłoce

Pasterz. Bo pan niebios pragnie,

Aby tu dwie były moce:

Jedna, która ciałem nagnie;

Druga, co duchem podniesie

I ukorzy w imię Pana.

Siła wielka! niesłychana,

Która przy żywota kresie

U wielkich duchów się jawi.

A tę ludzie wydać muszą.

Bo kto ją w sercu zostawi,

Ze łzą, z chlebem ludzkim strawi

I uniesie razem z duszą,

Niebieskiej pragnąc korony,

A tu nie pomoże światu,

Ten zaprawdę potępiony!

Łachman z bożego szkarłatu!

Gwiazda upadła z anielstwa,

Gasnąca w błotnej kałuży!

Duch na wieki bez poselstwa,

Bez ciała, które mu służy,

Bez serca, co w piersiach bije,

Spadnie, w ziemię się zaryje

I Boga prosi o litość.

A to jeszcze wielka skrytość

U ludzi to ducha prawo,

Niegłoszone na ambonach,

Patryotyzmem i sławą

Z ludzkich serc czasem dobyte,

A zaszczepione już w łonach

Jak dzieciąteczko spowite

W duszy, na rubinach śpiące.

 Bo oto ludzi tysiące

W jednej chwili strach poczuli,

I mnie, żebraka na kuli,

Do krwi ubiczowanego,

Jeszcze w niezakrzepłej bliźnie,

Jeszcze we łzach po ojczyźnie,

Jeszcze od męki krwawego,

Jeszcze w śmiertelnej bieliźnie,

Jeszcze w gorączkowych żarach,

Jeszcze w smętku i na marach,

Na rękach swoich wynieśli.

Abym jako piastun cieśli,Siadł na moim majestacie,

Rozkazał odejść zatracie,

Zarazie czarnej ustąpić.

Więc jeżeli będę skąpić

Dziś mojego w kościach ducha,

Jak człowiek, co jęków słucha

I z łez sobie wieniec plecie;

Jeżeli jeszcze na świecie

Żywot mi się upodoba,

I ta mych wrogów żałoba,I to ich upokorzenie,

I to na deskach siedzenie,

Które dał Ojciec Niebieski,

Kładąc mi szpitalne deski

Jak męczennikowi tronem;

Jeżeli pogardzę zgonem,

Serca litością nie ruszę,

I duszy nie dam za dusze,

Z ciała wyzwolić nie zdołam;

Lecz wstanę, Pana zawołam,

O zemsty jego kropelkę

Poproszę — gromu, co bije,

Jak mściwy człowiek użyję,

I przyzwę śmierć jak mścicielkę,

Wszyscy zginiecie straceni.

Bo oto wy przerażeni

Nad głowami nie widzicie,

Że na pożarnym błękicie

Kościotrup śmierci w czerwieni

Tańcuje z trzaskiem goleni,

Kiściami zarazy śnieży,

Wije kłębem nietoperzy,

Żółtą kością ciągle miga;

I z ust okropnych wyrzyga

Kartelusz ognio-tęczowy,

Na którym imię Jehowy,

Zatraciciela narodów,

Wywrotnika twierdz i grodów,

Pisane ogniście stoi.

Któż tu jest, co się Boga nie boi?

Oprócz trupów... kto nie zadrży przed Panem?

Ja sam jeden okryty łachmanem,

Zakrwawiony, knutem zbity,

Ja sam, który za naród cierpiałem,

Ja sam, który mymi jelity

Pasłem serca i serca kawałem

Nakarmiłem tych, co serca nie mieli.

Ja sam jeden stoję w bieli

I śmiem spojrzeć ku Panu ogniście

I zawołać Nań o sprawiedliwość.

Oto naród mój jak zwiędłe liście!

Oto zdrady i serc niegodziwość!

Oto pierwsza niewoli godzina,

Co się przez wiek ciągnąć będzie!

Oto harfa płaczu ta mieścina!

Oto gołe kościoła krawędzie,

Przez które już kozom skakać

I róść trawie na dawnych mogiłach!

Panie Boże, nie pozwól mi płakać!

Ducha mego utrzymaj przy siłach!

Nie bierz mię w niebieską sferę

Krzyczącego miserere,Łamiącego dłoń na głowie.

Kto mię słucha, ojczyźnie niech powie,

Że sztandar zatknąwszy w Barze,

Ległem sam na tym sztandarze,

Broniąc go duchem i ciałem,

A przy śmierci sam jeden zostałem.

Kto tu śmierci jest mojej przytomny,

Niech widzi, jak ręka Boża,

Biorąc jeden duch ogromny,

Podnosi całe stworzenie;

Nawet trupy ściąga z łoża,

I przez trumien odemknienie

Pomiędzy ludzkimi duchy

O zrzucającym łańcuchy

Zaświadcza pośród śmiertelnych.

Kto żyw, niech słucha weselnych

Harf, co grają różnym tonem;

Kto duch, niech duchowi memu,

Jak księżycowi złotemu,

Będzie blaskiem i ogonem.

Bo ja ojczyzny być muszę

Duchem, stróżem i patronem;

I wyżej porywać dusze,

A żadnej ziemią nie skalać;

Ale wszystkie pozapalać

Na nowe wieki i czyny.

A teraz zdjąć z tej mieściny,

Gdzie włada dżuma i trwoga,

Zarazę, jak sztandar siny,

I z chorągwią tą odejść do Boga,

Do którego mię boleść porywa.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Ojcze Marku.

KRECZETNIKOW

      Podnosi ramiona.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Pochodni blaskiem opływa,

Bladnie, oczy mu gasną, już kona.

Za trupami dostąpić nie można,

W około ciżba nabożna

Rozrywa jego habity,

Całuje wychudłe ręce.

Jaki zgiełk! światła jarzęce

I zarażonych błękity,

Twarze zielonawej cery,

Spisy, płaszcze i giwery,

I łoża, co jeszcze płoną.

Jakby w obchód święto-Jański.

Prawdziwy kurhan słowiański,

Który po śmierci wzniesiono

Nad pierwszym z naszych rycerzy.

KRECZETNIKOW

Bić z harmat! niechaj tu leży,

Niechaj się go lud dotyka

I położy na sztandary.

A ja sam poniosę mary,

I polskiego wojownika

O pomoc proszę w posłudze.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Jenerale, ręce cudze

Dotknęły się tego ciała,

I to ciało już nie nasze;

Ale jego duch i chwała

Przelana w polskie pałasze

I serca świadectwo wyda.

A jak tu się teraz wznosi

Zmartwychwstańców piramida

I to ciało łzami rosi,

O życiu świadcząc płakaniem;

Tak my... (głosy moje wieszcze!)

Wszyscy, wszyscy zmartwychwstaniem!

Wszelki duch i ten, co jeszcze

Nie pomyślał o hańbie narodu.

Teraz idę z tego grodu,

A serce mam tak ruszone,

Że ci oddam dzieci, żonę,

I po tym buncie wojskowym

Na dwa dni wytchnąć pozwolę.

do jednego z Moskali

Gdzie jest ów parobek w smole.

Strażnik mojego rumaka.

MOSKAL

Na koniu gdzieś purpurowym

Widzieliśmy tego ptaka,

Jak kruk odlatywał gdzieś z łupem,

A nie wiemy, czy z chorągwią, czy z trupem,

Bo to, co za nim leciało,

Było jak ogień i ciało.

KAZIMIERZ PUŁAWSKI

Ten lud, widzę, cały chory.

Wszędy, gdzie oczyma skinie,

Widzi ogień i upiory.

A ja wszędy w tej krainie

Widzę jednę wielką bliznę,

Jednę moję cierpiącą ojczyznę!

1843.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.