drukowana A5
11.81
Płomyk

Bezpłatny fragment - Płomyk


Objętość:
8 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0901-7

Gdy po wykopaniu ziemniaków wypłacono w końcu strudzonym najmitom należność za cały czas robót polnych, pobrali wszyscy na plecy przygotowane już poprzednio węzełki i ruszyli pod wieczór do najbliższej stacjikolejowej. Przyzostał tylko Wojciech Lipiecki, chłop spod Kościana, któryprzypadkiem przyłączył się wraz z kilku innymi do obieżysasów z Królestwa i razem z nimi pracował. Przyzostał on dlatego, że się w dzień podźwigałworem ziemniaków i czuł się jakiś słaby, a po wtóre i z tej jeszcze przyczyny,że chciał wstąpić do baraku, w którym ludzie przez cały czas koczowali, izabrać stamtąd obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i ołowianą lampkę.Sam je był zawiesił, jako chłop pobożny, w kącie nad swoim tapczanem, ioczywiście szkoda mu było świętych rzeczy, a to tym bardziej że Niemcy-lutrzy nie umieliby ich uszanować. Więc w tym zamiarze, po otrzymaniuzapłaty w kancelarii, powlókł się do baraku, wzniesionego na skraju przestronnego pola pod lasem, układając sobie w myśli po drodze, że się prześpi,wypocznie, a jutro skończy pakowanie i pociągnie za innymi.

Ale szło mu się jakoś dziwnie niesporo — i czuł, że ma nogi jak słomiane, żekrzyże go bolą i że w piersiach ma jakby gwoździe, które kłują go przy każdymporuszeniu. Robiło mu się to gorąco, to zimno. Przed samym barakiemrozebrało już chłopa do szczętu. Tyle tylko że wszedł, ledwo-ledwo zapaliłlampkę przed obrazem i zaraz gruchnął się jak długi na tapczan. Masz-żeteraz! Dopieroż zląkł się, bo zrozumiał, że przyszła na niego ciężka choroba. Ito tak nagle, i z taką siłą, jak latem przychodzi burza.

Od razu stracił moc w kościach. Chciał się przeżegnać i z trudem wielkimpodniósł rękę do czoła, następnie zawlókł ją na piersi, ale do lewego ramieniaani rusz! I leżał tak czas jakiś, bezwładny jak pień. Jednakże, ponieważprzytomność nie opuściła go jeszcze, więc naprzód zdjęła go ogromna tęsknota i żal, że ludzie już odeszli i że został tak sam jak Łazarz na obczyźnie. Booto Bóg raczy wiedzieć, kiedy tu kto zajrzy teraz do tego baraku, a przez tenczas nikt mu i dzbanka z wodą nie poda. Co tu zaś przecie bywało zawszegwaru pod wieczór — i ludzkich głosów, i rozmów, i narzekań, i sporów, iśmiechu, i śpiewania! A teraz cicho. Myszy jeno, które jesienią chronią się zpól przed chłodami do zabudowań, chrobocą wszędy i gryzą zawzięcie drzewo, a blisko wygasłego ogniska, w kupie grochowin, świerkają świerszczepolne. Spojrzy Lipiecki po tapczanach stojących pod ścianami jakby wnadziei, że może kto zaspał i został; spojrzy na drzwi, że może kto czegozapomniał i wróci, ale nie widać i nie słychać nic. Barak tylko wydaje mu siętak ogromny jak nigdy i w głębi całkiem zapełniony mrokiem, bo tylko tajedna lampka przed obrazem go oświeca. Chłopu robi się jakoś dziwnienieswojo i po prostu straszno. Żeby choć jedna ludzka dusza przy nim — żebychoć jedno polskie słowo ozwało się za ścianą — żeby choć jedno! Nic i nic! Aniechże to Bóg broni chorować w takiej pustce — zaś jeszcze bardziej umieraćbez księdza, spowiedzi i sakramentów! Przyszło mu na myśl, że gdyby takumarł, to Prusaki pogrzebałyby go na luterskim cmentarzu, a może nawetzakopałyby go gdzie w polu pod borem jak zdechłe bydlę albo psa.

Brońże od tego, Matko jedyna, i ty, święta Barbaro, patronko dobrejśmierci! Lipieckiemu z niemocy, żałości i utrapienia wezbrały łzy w oczach.Podniósł wzrok ku płomykowi, który świecił pod obrazkiem, i jął mówić:,,Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko” — a modlił sięogromnie gorliwie, bo to jedno dobrze rozumiał, że jeżeli Ona go nie wspomoże, to będzie z nim źle. Ale już podczas modlitwy poczęło mu się takmieszać w głowie, że nie mógł jej dokończyć. Pierwej brały go ciągoty idreszcze, a teraz chwyciła go gorątwa taka, jakby mu kto rozpalonych węglido głowy i do piersi nasypał. I widać, że coraz z nim było gorzej i coraz więcejtracił rozeznanie, gdyż nagle wydało mu się, że tapczany zaczęły chodzićjeden za drugim po izbie jak gęsi — i że z krokwi baraku zwiesiły się jakieśdługie, do ziemi sięgające powrósła, oblepione rojami czarnych wielkichmuch. Przymknął oczy, żeby tego nie widzieć, gdyż było w tym coś takwstrętnego, że aż skóra na nim ścierpła. Tyle zachował jednak jeszcze przytomności, że powiedział sobie, iż mu się to tylko tak przewiduje i że tegonaprawdę nie ma. Jakoż gdy otworzył znów oczy, tapczany stały po dawnemupod ścianami, żadne czarne powrósła nie zwieszały się z pułapu i płomyklampki palił się nad nim spokojnie. Czuł się natomiast okrutnie chory i aż mudziwno było, że to idzie tak prędko. Dość długo leżał bez ruchu, tylko wargimu się trzęsły, bo od czasu do czasu brały go dreszcze. Potem jednak oblała gonowa fala żaru i powtórnie pomieszały mu się myśli. A że to w gorączce, takjak w jasełkach, widzi się coraz to inne rzeczy, czasem straszne, a czasemmiłe, więc przyszło na niego teraz widzenie błogie.

Takie zaś było wrażenie, że już nie starczyło Lipieckiemu rozeznania, żebysobie powiedzieć, że to jest złuda, ale był pewien, że Matka Boska naprawdęcud uczyniła i kazała go przenieść aniołom w mig do Kościana. Idzie otoszerokim lipowym gościńcem od miasta ku swej sadybie... Jest jesień i pogodacudna. Liście, jedne czerwone jak płomień, drugie żółte, spływają cicho zdrzew na ziemię, bo nie ma żadnego wiatru. Na dachach domów złoci sięsłońce. Lipieckiemu czyni się jakoś rzewliwie na duszy i radość zalewa muserce. Pamięta, że był chory, ale teraz czuje się zdrów i wraca do dom. Widaćjuż jego chałupinę za wiśniowym sadkiem na prawo ode drogi. Tymczasemprzechodzi wedle stawu, po którym mimo jesiennego chłodu bobrują z sieciami chłopaki, a na brzegu stoi starowina proboszcz i pilnuje połowu.Przychodzi do niego chłop, całuje go w rękę, a ksiądz, spojrzawszy mu natwarz, mówi: — Bójcie się Boga, Lipiecki, a wyście się gdzie tak wymizerowali?

— Dobrodzieju — odpowiada — choróbsko opadło mnie na Saksach, alem zpomocą bożą wyzdrowiał.

A na to ksiądz:

— Oj! — powiada — podziękujcie Matce Boskiej, bo śmierć na obczyźnie tozatrata nie tylko dla ciała, ale często i dla duszy.

— Prawda, prawda, prawda!

Tu wśród widzeń zasnął na dobre. Ale w godzinę albo i w dwie późniejdrgnął nagle i zbudził się. Wydało mu się teraz, że przytomność całkiem muwróciła. Tylko czoło miał zlane zimnym potem i poczęły mu ziębnąć ręce,nogi i nos. Ogarnęło go niewypowiedziane osłabienie. Usłyszał jakby dalekiedzwony, choć nawet myszy przestały chrobotać i była cisza zupełna. Pomyślał wtedy, że zaczyna konać.

Jeszcze raz chciał się przeżegnać — i nie mógł. Dalekie dzwony jęczałyżałośniej i żałośniej. Lipiecki patrzył, leżąc na wznak, osłupiałymi oczyma wmrok, który w głębi izby gęstniał, czynił się coraz ciemniejszy i zdawał siętoczyć jak chmura ode drzwi ku środkowi izby.

Jednak po chwili nieruchome już prawie źrenice chłopa rozszerzyły się ztrwogi i twarz pobladła mu jak płótno, albowiem w baraku poczęło się dziaćcoś nadzwyczajnego i złowrogiego zarazem.

Oto ów mrok począł zaczyniać się w sobie, skupiać i tworzyć jakowąśpostać: zaokrąglił się z wierzchu niby w potworny łeb, rozszerzył się niżej wogromny tułów, a od tego tułowia wyciągnęły się dwie długie, ciemne smugijak ręce.

Lipieckiemu włosy stanęły dębem na głowie, a zęby poczęły szczękać,albowiem obaczył teraz wyraźnie, że z całego tego mroku, który zalegał głąbbaraku, zrobił się czarny, straszny wielkolud — i że wielkolud ten idzie kuniemu.

Jakieś niepojęte, martwe przerażenie napełniło powietrze. Powiało mrozem jak od kupy lodu.

A potwór zbliżał się, ale posuwał się tak wolno, jak posuwają się ślepi.Jakoż istotnie w jego ohydnym łbie nie było wcale oczu — i tylko ręce wyciągałcoraz dalej przed siebie, macając jednostajnym, okropnym ruchem po tapczanach, jakby szukał, gdzie jest ta żywa ludzka dusza, po którą przyszedł.

— Jezusie, Maryjo!... — krzyknął Lipiecki. — Śmierć! śmierć!

I w tej chwili jeszcze jedna, jasna jak błyskawica, myśl rozświeciła mukrzepnący mózg, że to nie polska śmierć przy jasnym ognisku domowym,przy spłakanych twarzach, przy gromnicy i litanii, ale obca, czarna i lodowata pruska śmierć, która dławi człowieka tak niemiłosiernie jak kat i którajest zgubą bez nadziei i nocą bez światła, otchłanią bez Boga.

Więc w ostatniej toni i rozpaczy zwrócił jeszcze spojrzenie ku obrazowi ipoczął wołać gasnącym już i przerywanym przez śmiertelną czkawkę głosem:

— Panienko Najświętsza!!...

— Ratuj!...

— O rety!...

— Ratuj!...

Czarne, straszne ręce szukały już na najbliższym tapczanie.

Ale wówczas stało się coś takiego, czego żadne ludzkie słowa dobrze niewypowiedzą.

Płomyk od lampki przed obrazkiem oderwał się nagle i począł płynąć jakzłota pszczoła przez powietrze ku potworowi.

Lecz rósł z każdą chwilą; w jednym mgnieniu oka z płomyka stał siępłomieniem, rozpalił się, rozżarzył, zbielał. Z boków strzeliły mu skrzydła,nad skrzydłami podniosła się głowa jakby w koronie i zmieniony w Białopiórego Ptaka rzucił się błyskawicą na strasznego Czarnoboga. I ujrzał Lipiecki ogromną bitwę światła z ciemnością.

Zmora skręciła się niby wąż, w którym utkwiło żeleźce. W mrocznymcielsku zasyczało coś jak rozpalona stal w wodzie, rozległo się chrapanie icharczenie. Już Ciemność wije się, rozdziera, a Orzeł razi ją, zatraca, niszczy,wypala. Zwalił się wreszcie czarny kadłub, runął łeb, rozkruszyły się plugaweramiona, po czym opadło wszystko i rozwiało się prochem marnym.

Cały barak zalało światło tak jasne, jak słoneczne.

A gdy Srebrzysty Ptak zmienił się na powrót w płomyk i przyleciał znówzłotą pszczółką przed obraz, Lipiecki spał już głębokim snem i w ciszy, jakazalegała barak, słychać było tylko jego spokojny, równy oddech.

W kilka dni później wrócił chłop w dobrym zdrowiu do rodzinnej wioski iprzez całą potem zimę — i w mieście, i po chałupach — rozpowiadał, co mu sięowej nocy przygodziło. Więc niektórzy dziwili się wielkim dziwem, inni zaśmyśleli, że to wszystko widział w gorączce albo we śnie. Jednakże proboszczstarowina wierzył głęboko, że to był cud prawdziwy. Pewnej niedzieli powiedział nawet ludziom w kościele z ambony, że płomyk sprzed oblicza Bogarodzicielki potrafi się na Jej rozkaz w orła przemienić i że może nieraz jeszczeobroni chłopa polskiego przed niejednym Czarnobogiem i niejedną zmorąśmiertelną.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.