drukowana A5
57.32
Sezonowa miłość

Bezpłatny fragment - Sezonowa miłość


Objętość:
444 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-1078-5

1

Wróciwszy do hotelu pani Tuśka raz jeszcze przeliczyła pieniądze.

Miała całe czterysta rubli, bo w Krakowie starała się nie kupić nic prócz rzeczy niezbędnych dla siebie i Pity.

Trzy kapelusze, dwie parasolki, cztery metry aplikacji, kilka par bucików białych i szarych (tych karlsbadzkich), za które w Warszawie zapłaciłoby się trzy, cztery razy tyle...

Za to ani ona, ani Pita przez dwa dni nie jadły obiadu. Piły kawę, jadły ciastka, nawet i szynkę przyniesioną w sekrecie pod peleryną do hotelu.

Oszczędność przede wszystkim! — Tuśka zniosła nawet afront pokojowej, która znalazłszy koło umywalni zatłuszczony papier z okrawkami szynki, przestała jej mówić „jaśnie pani”.

Lecz Tuśka i ten cios dźwignęła z heroizmem.

Przechyliwszy się przez okno, wsłuchiwała się w jęczące melodie Mariackiego hejnału. Udawała, że ją to zajmuje nad wyraz. W gruncie rzeczy jednak cierpiała nad zanikiem szacunku u wykrochmalonej hotelowej sługi i z cierpienia tego wykwitł (jak zresztą zwykle w takich razach) żal — do męża.

— Przez niego — pomyślała — i przez to, że sięmuszę oszczędzać i mam mało pieniędzy.

Pita spała opakowana papataczami i drożdżowymi ciastkami. Rozrzuciła dokoła siebie prześcieradła i całą masę delikatnych i złotych, jak źdźbła żyta, włosów.

Tuśka zbliżyła się do śpiącej córki i machinalnienarzuciła na nią prześcieradło.

— Wiecznie się rozkrywa — pomyślała prawie ze złością.

Powróciła znów do okna i wzrokiem ogarnęła olbrzymią przestrzeń Rynku, na której dźwigała sięjasno oświetlona dołem masa Sukiennic. Zdawało się, że jest to jakieś olbrzymie mauzoleum, obsadzone dokoła grzędą świetlanych tulipanów. I coraz dalej, po Rynku wznosiły się bukiety żółtawych świateł, przeciętych nagle brutalną linią białej, oślepiającej lampy łukowej. Na bruku czerniało mrowisko ludzi i płynęły jak szalupy tramwaje. Ostry odgłos dzwonka szarpał nerwy. Niby to były wszystkie wzięte razem odruchy życiowe, a przecież jakaś bezbrzeżna pustka, nuda i szarość przysłaniała wszystko szarym, nieprzeniknionym całunem.

Tuśka wlepiła swe oczy w płonące bukiety lamp i znów machinalnie obliczała pieniądze.

— Czterysta rubli, to pięćset guldenów...

I zaraz przyszła jej myśl ostra i niemiła:

— Gdzie ja podziałam już około stu rubli?

Zaczęła natężać umysł wspomnieniami wydawanychpieniędzy.

— Musieli mi ukraść czy co...

Aż nią targnęło — zdawało się jej, że jacyś złoczyńcy obdarli ją żywcem ze skóry i taką obdartą pozostawili na słotę i spiekotę słońca.

— Musieli mnie gdzieś okraść.

Lecz powoli przychodziła refleksja.

— Nie, nie... zobaczymy...

Liczyła teraz cyfry i doliczyła się rzeczywiście wydanych pieniędzy.

— Ładnie będzie, jeżeli tak dalej pójdzie... nimdojadę do Zakopanego, nie będę miała centa przyduszy.

Znów ogarnęła ją złość na męża.

— Przez niego muszę się martwić i nerwy sobie targać.

Nogi ją bolały.

Usiadła na krześle wstawionym we framugę okna.Oparła łokieć, z którego zsunęła się niebieska flanelowa matinka, i patrzała ciągle w przestrzeń. Lecz teraz nie liczyła lamp i nie równała siły światła ze światłem lamp płonących na ulicach Warszawy — cofnęła się jakby wstecz, jakby w głąb siebie i mimo chęci i woli zaczęła przeżywać swoje codzienne, zwykłe życie, tam na Wareckiej, na drugim piętrze, we wnętrzu niewielkiego mieszkania, w którym tłoczyli się w kilkoro, zawsze skryci, nieufni, jakby wszyscy w niedomówieniach i domysłach pogrążeni.

Ten brak szczerości był znamienną cechą całego ich pożycia. Każde dziecko miało już w sobie to coś „między liniami”, czego nie wykazywało w chwili nawet, zda się, najserdeczniejszej.

Czy szło to od matki, czy od ojca, tego zbadać nikt nie mógł, bo pomiędzy Tuśką a jej mężem było pod tym względem wielkie podobieństwo, nieledwie identyczność moralna.

— Zawsze politykujemy... — myślała nieraz Tuśka i gdy całowała w głowę wychodzącego z domu do szkoły syna, czuła, że to „polityka” to poddanie sięgrzeczne chłopca i to jej niby rozserdecznione zbliżenie, ten wiatyk na drogę...

W ciasnym mieszkaniu, gdzie najlepszy pokój stał pustką, „salonem” ochrzczony i zastawiony masą palm i fikusów, nikt z tych ludzi kilkorga nie obijał się o drugiego moralnie ani fizycznie i nikt nikomu przemocą do duszy się nie wdzierał.

Obchodzili się cicho i mieli dla siebie zdawkoweuśmiechy.

Gdy powiększyło się ich grono o jedną jeszcze żywą istotę, przyjmowano ją z pewną kurtuazją, ścieśniając się tylko trochę na przestrzeni życiowej.

— Tak będzie najlepiej, cicho i spokojnie — zdawali się mówić do siebie wszyscy, gdy zgromadzili sięprzy obiedzie lub wieczornej herbacie.

Rozmawiali wtedy, ale była to rozmowa nie poruszająca nigdy tej drugiej warstwy ich dusz.

Zdawało się, że czynią to przez delikatność, a byłato, zda się, trwoga, aby nie ujrzeć nagle właściwychswych rusztowań.

Błędy i nałogi dzieci, jakkolwiek pod pokrywkągrzecznego ułożenia schowane, istniały niemniej groźne i tragiczne. Nie poruszało się nigdy ich kwestii,obchodziło się mimo, tak jak ich skrofuliczne tendencje organizmu...

— Tak będzie najlepiej.

Z wolna wyjęczała dziewiąta na miejskich zegarach.

I znów z wyżyny pruć zaczął powietrze hejnał, nawoływał, jęczał, rozdzierał samotne serca, zatopionew sobie albo we własnych wspomnieniach.

Przez myśl Tuśki przesunął się „mąż” — ten chudy,łysawy mężczyzna — drobny, grzeczny, niepozorny,który tak mało miejsca w domu i życiu zdawał sięzajmować. Od lat całych „nie widziała” go przed sobą.Był zawsze obok niej, nawet w chwilach zbliżenia. Nie przychodziło jej na myśl spojrzeć na niego, dopiero w chwili odjazdu spojrzała nań całymi oczyma.

Stał na peronie kolejowym w swym zielonawym,wyszarzanym palcie. Wyszedł z biura, aby odprowadzić ją i Pitę. Wydał się jej dziwnie mizernym i postarzałym.

— Jedź, lecz się i uważaj na siebie! — mówił doniej, wychylonej przez okno wagonu.

Głos jego był matowy, ochrypły.

Patrzył na nią spłowiałymi oczyma, otoczonymisiatką zmarszczek, lecz zdawał się jej nie widzieć.

— A pisz!...

Chciała i ona mu coś powiedzieć, coś jakby serdecznego, nie mogła jednak naprędce znaleźć nic odpowiedniego.

— Gdyby jednak — zaczęła — to jedzenie w restauracji nie służyło ci...

Lecz on uśmiechnął się blado.

— Ach, nie... — wyrzekł niedbale — nie pozwolęodejść kucharce, dopóki chłopców nie wyślę do Kalinówki. Będą jedli w domu. Zresztą to zaledwie tydzień.

— Ja też nie mówię o chłopcach, chodzi mi o ciebie...

Spojrzał na nią troszeczkę zdziwiony i zarazuśmiechnął się uprzejmie, lecz jakby z przymusem,i pochylił trochę głowę.

— Dziękuję ci, nie troszcz się o mnie. Ja mamzdrowy żołądek...

Przechodził chłopiec roznoszący pisma ilustrowane.

— Może ci co kupić? — zapytał.

W tej samej chwili Pita wyjrzała z wagonu.

Błądziła roztargnionym spojrzeniem po peronie, popalcie wytartym ojca, po jego bladym uśmiechu, a policzek jeden miała wydęty angielskimi cukierkami,które wiecznie ssała.

— A może Pita chce pomarańczę? — zapytał Żebrowski.

Natychmiast dziewczynka grzecznie bardzo odpowiedziała:

— Dziękuję tatusiowi!

Ale on przywołał przekupnia i wybrał dwie dużepomarańcze, silnie czerwone.

Wybierał starannie, macając skórkę chudymi, klekocącymi palcami.

Wreszcie zapłacił i pomarańcze do okienka, w którym wciąż jak w ramie bielała twarz Pity, podniósł.

— Proszę cię, moje dziecko...

Ale Pita uważała za stosowne ceremoniować.

— Nie... nie... dziękuję...

Pani Tuśka wmieszała się z grzeczną interwencją:

— Ależ, moje dziecko, weź, skoro tatuś taki dobry...

— Zrób mi tę przyjemność — prosił ojciec.

Pita wzięła pomarańcze, lecz nie zniknęła z nimiwe wnętrzu wagonu. Stała ciągle przy oknie i na tleszarego płaszczyka te ognisto barwne owoce ciągnęłyoczy malarskim, ślicznym kontrastem barw.

Wymienienie tych uprzejmości, zdawało się, iż nachwilę wyczerpało całą tę rodzinę, i wszyscy umilkli,nie mając już sobie nic w chwili rozstania do powiedzenia.

Pani Tuśka myślała, iż źle robiła nie biorąc na drogę lepszej sukni. Panie, które wchodziły do wagonów, ubrane były świeżo i elegancko. Postanowiła ubrać się w Krakowie via Chabówka-Zakopane elegancko i zgrabnie.

Milczenie przedłużało się. Widocznie każde z tychtrojga żyło w tej chwili w swoim odrębnym świecie.

Nagle gwizd przeraźliwy rozległ się w powietrzu —drzwi wagonów zatrzaskiwały się pośpiesznie, ktośprzelatywał z drugiej strony pociągu, wołając ochrypłym głosem.

Równocześnie Żebrowscy oboje ocknęli się z oddali,w której już znajdowali się pomimo pobliża.

— Jedziemy?

— Tak...

Łańcuchy szczęknęły, zakołysały się wagony.

Pita, Tuśka i Żebrowski uśmiechali się jednakowo, blado, uprzejmie.

— Bądźcie zdrowe!

— Ucałuj chłopców!...

— Tak... tak!...

Tuśka wysunęła rękę, Żebrowski uścisnął ją, ku Picie powiał kapeluszem. Uprzejmość całej rodziny zwiększyła się znacznie; widocznie chciano wyładować wzajemnie pewną ilość grzeczności, aby nic sobie nie pozostać dłużnymi.

Pociąg zaczął dreptać coraz szybciej, charcząc, gdakając gniewliwie.

Żebrowski stanął na peronie i ciągle jednakouśmiechnięty, kłaniał się w stronę odbiegającego wagonu.

Dwoje rączek dziecinnych oddało mu przez chwilkę ukłon, następnie powiało ku niemu ramię żony w szerokim rękawie piaskowej, wełnianej bluzki, aż wreszcie znikło wszystko.

Żebrowski przestał się uśmiechać; zdawało się, iżzdjął ten zdawkowy uśmiech jakby maskę z twarzyi schował go gdzieś daleko w swym duchowym zanadrzu.

I skręciwszy na miejscu, mechanicznym, bezmyślnym krokiem wyszedł z peronu.

Tymczasem pani Tuśka zajęła miejsce w przedzialedrugiej klasy.

Naprzeciw niej usiadła Pita, a ten sposób siadania,elegancki, sztywny, drewniany był całym poematem,,ślicznie ułożonej dziewczynki”.

Wyjęła z kieszonki paltocika czyściuchną chusteczkę, rozłożyła ją na kolankach i białymi paluszkamizaczęła obierać pomarańcze.

Pani Tuśka patrzała chwilę na córkę.

Gdy nagle pociąg wyjechał na czyste pole, w jasnym świetle wypłynęła dokładnie gładziucha, młodziutka twarzyczka dziewczynki.

Drobne usteczka zacięte nikły prawie w żółtawobiałej cerze prerafaelowskiego aniołka, cieniuchne pasma wysilonych włosków bramowały czoło trochę podłużne, wypukłe.

Jasne rzęsy zakrywały oczy bladobłękitne, pocętkowane rudymi plamkami.

Całość dziewczynki była chłodna, zamknięta w sobie — silnie już indywidualna.

— Do kogo ona podobna? — myślała Tuśka. — Oczymoje... włosy niewiadomego koloru, twarz nadtościągła.

Nagle dziecko rozłożyło na rączce obraną i podzieloną na ćwiarteczki pomarańczę i jakby różę krwawozłocistą podało matce.

— Proszę... mamusiu — wyrzekła uprzejmie.

Uśmiech blady, zdawkowy, ten uśmiech, wyhodowany tam, na Wareckiej, jak kwiat cieplarniany,rozszerzył wąskie i tak specjalnie zaciśnięte ustadziewczynki.

— Proszę, mamusiu.

Tuśka machinalnie wzięła ćwiarteczkę owocu i jakby w zwierciadle, na ustach swoich odbiła uśmiechcórki:

— Dziękuję ci!

A równocześnie myślała:

— Ależ to jego uśmiech, to cały ojciec!

Nie widziała w tej chwili siebie i nie czuła zwierciadlanej dokładności, z jaką wyraz twarzy córki odbił się na jej własnej twarzy.

II

Przejęczała znów jakaś godzina nad ciemną głębiąRynku.

Do studni tej, wilgotnej wiecznie i pełnej nieuchwytnej „chandry”, wpadły te dźwięki obojętnie,jakby szczęk łańcuchów motanego w górze, na walcu,wiadra.

Z wiadrami, rozpiętymi na skrzydłach, pochylało sięnad tą studnią Przeznaczenie i wyławiało ze smutnejstudni fale ludzkich konwulsji lub zaników — „życiem” pospolicie nazwane.

Konwulsją mózgu był w tej chwili żal Tuśki domęża za to, że tylko taką, nie zaś większą sumę zdołał dać jej „na Zakopane”.

Wprawdzie wiedziała, z jaką trudnością zbierał i tepieniądze, lecz to jej nie rozbrajało.

Przeciwnie, ogarniała ją pewna pogarda teraz, gdygo nie widziała przed sobą w zniszczonym paltociei z pokrajaną bruzdami twarzą.

— A wreszcie mógł wziąć palto na wypłaty — pomyślała wyruszając ramionami — ja to robię, a korona mi z głowy nie spada. Skoro mi da miesięczną pensję na dom, zanoszę ratę do krawcowej i wszystko jest w porządku. Nie chodzę nigdy jak dziadówka...

Zastanowiła się, iż zanadto zajmuje się mężem i jego paltotem.

— Niech sobie robi, co chce. To przecież jego, niemoje pieniądze...

Poszła za mąż bez posagu, tak, miała tylko porządną, obywatelską wyprawę. Ale on wiedział, że bierzepannę z dobrego domu i że musi „starać się o to”,aby miała to, do czego przywykła.

„Starał się” — i zdaje się, że to było zupełnie naturalne.

Ona nawzajem starała się być dobrą żoną i dobrąmatką. Płaciła mu uprzejmością za jego uprzejmość.Ich świat wewnętrzno-zewnętrzny był w porządku.

Dwanaście lat pilnowała usilnie, aby nic ze zbytecznych i targających spokój i pewną przyjętą równowagę odruchów nie wypłynęło na powierzchnię,pod którą kryli swe zagadkowe głowy.

I dlatego z dumą osądziła, że jest „stróżem domowego ogniska”.

Mimo to dziś właśnie i dlatego może głównie, iż oddaliła się od owego „ogniska”, przesiąkłego wilgociąbezustannie zlewanych wodą fikusów, palm i rododendronów, czuła w sobie jakiś niepokój, coś niewyraźnego, tak jakby patrzała na jakąś źle odgrywanąkomedię z wysokiej galerii.

Może dlatego, że dziś w cukierni przeczytała w jednej z galicyjskich gazet obszerny felieton, noszącyw sobie myśl, a na grzbiecie tytuł Starzy i młodzi.

Szeregi literek drobnych, ustawionych rzędami,wywoływały wieczystą walkę pomiędzy tymi, którzyodchodzą, a tymi, którzy przychodzą.

„Dziś — tak jak zresztą zawsze — ojcowie i dzieci,starzy i młodzi, nie tylko że się nie rozumieją, ale niemają ochoty nawet się porozumieć. A przecież powinni żyć we wzajemnych wielkich ustępstwach, biorącpod uwagę, że z tych ustępstw może wykwitnąć dlawszystkich zrozumienie Prawdy życiowej. Jeśli starsibólem doświadczenia Prawdę tę zrozumieli, jeślimłodsi ogniem i siłą intuicji Prawdę odgadli, toć powinni wzajemnie oddać ją sobie i dzielić się niąz pośpiechem dobrych mędrców, którzy nie chcą nieśćswych mądrości do grobowej ciemni, lecz czyniąz nich jasną lampę, płonącą z uczynną chęcią na światcały”.

Takie były słowa i treść główna artykułu.

— Właściwie, po co to pisać i o co im chodzi?U nas żyjemy wszyscy w zgodzie, a każde z nas, rodziców, chętnie i o ile może, przerabia zadania i dopomaga w nauce dzieciom — myślała Tuśka.

— Zapalamy ową lampę... — uśmiechnęła się — zapalamy niemal co dzień: ja nad francuszczyzną Pity,on nad matematyką chłopców...

Powstała od okna, rada, że znalazła jakieś wyjściez koła, w którym niespodziewanie błądzić zaczęła.

— I po co to pisać... młodzieży podsuwać myśli, żejest nie zrozumianą? Takie artykuły oddają najgorszą przysługę rodzicom. Nic więcej.

Przechyliła się przez okno, aby je zamknąć. Z dołucoraz silniej wiała pleśń grobowa zastygającego powoli życia.

— Malaryczne miasto! — wstrząsnęła się Tuśka.

Lecz równocześnie z owym odczuciem dreszczu, czającej się zgniłej febry, coś niepojętego, a zarazemnader silnego, uczepiło się jej ramion.

Była to zgniła, cieplarniana atmosfera utajoneji grzecznością pokrytej niepewności, jaka moralnieowiewała ją, ile razy w Warszawie powracała do „domu” z zamiejskiej wycieczki.

Uczuła, że nigdy nie pojmie obecnego stanu duszytego miasta, nad którym z czerpakami na rozpiętychskrzydłach czekało odziane w czerń — jego Przeznaczenie.

— A zresztą... po co? — pomyślała zamykając okno.

Podeszła do stołu i zaczęła przyglądać się kupionym aplikacjom.

Zmartwiła się, że przy świetle gorzej wyglądająniż we dnie.

— Znów mnie oszukali — pomyślała ze złością.

Manią jej była ta myśl, że ją wszyscy okradająi oszukują w haniebny sposób.

Nagle zastanowiła się.

W sąsiednim numerze mówiono głośno, coraz głośniej, nie troszcząc się, iż drzwi, ironicznie zastawionekomodą, całe podziurawione są jak rzeszoto; przez tedziury i szpary filtrowały wyrazy z dokładnością zupełną.

Odzywały się dwa głosy — męski i kobiecy.

Ten ostatni dominował, podkreślany charakterystycznym podciąganiem nosa — forpocztą płaczu.

Zresztą było to nawet dość tragiczne, tym tragiczniejsze, że głos męski nie tracił ani na chwilę swobody i raz przyjętego tonu.

Zdawało się, że to ktoś, wybornie władający lejcami, z wysokiego kozła prowadzi dobrze sprzęgniętączwórkę i ciągle jednaką linią drogi raz wytkniętejjedzie, jedzie bez chwili utraty równowagi.

Tak brzmiał głos męski, spokojny, pewny siebie,młody, łamiący się jeszcze niskimi tony, to tenorowym brzmieniem.

Lecz były to tylko oznaki zewnętrzne, bo tak jakgłos i cały charakter był dobrze ustawiony i niełamliwy wewnętrznie.

Natomiast głos kobiecy rozwiewał się i był niepewny. Ni to pokorny, ni to ostry, ale cały przepojony nawskroś kobiecością. Szamotało się to, otłukało po ścianach hotelowego numerku, cichło, pełzło, próbowałogrozić, a w gruncie rzeczy miało w sobie tragizmbezbronności powszedniej, podniesionej właśnie tąpowszedniością do rozmiarów bólu i katastrofy.

— No, tak... ale cóż będzie z dzieckiem? — pytałgłos kobiecy.

— Co ma być?... będą z niej ludzie... — odpowiadagłos męski.

Zalega milczenie.

— Ona się często pyta o tatusia. Nie wiem, co jejodpowiedzieć.

— Powiedz jej, że tatuś pojechał do Ameryki poposag dla niej.

— Ach, nie... tak nie można. Ona taka rozumna,taka sprytna.

— No... cóż dziwnego!

Parsknięcie śmiechem.

— Moja córka!

I długie milczenie. Ostatnie tramwaje na Rynkuwpadają w tę ciszę swym przeraźliwym, szatańskimgwizdem.

— Nie chciałbyś jej zobaczyć? — pyta bojaźliwiekobieta.

— Ależ owszem, kiedyś chętnie przyjadę.

— Och! mówisz już tak trzy lata.

— No, to trudno, nie jestem panem swej woli. Nietrzeba było stąd wyjeżdżać.

— Jakżeż nie miałam wyjechać? Musiałam!

— E!...

— Sam mnie namawiałeś. Przyrzekałeś, że przyjedziesz na sezon, na ślub...

— Tylko, proszę cię, nie zaczynaj tej kwestii. Chyba chcesz, żebym zaraz uciekł...

Głos kobiety nie mięknie, stawia się trochę hardo.

— Tak, ja wiem... ty zaraz uciekasz. To najwygodniej.

— Proszę cię, jestem zdenerwowany.

— A ja!...

— Ty? czym? wiedzie ci się dobrze, wyglądaszwybornie, utyłaś, podobno do dziecka masz guwernantkę francuską.

— A ty się nie pytasz, skąd mam na to wszystko?

— Co mnie do tego, moja droga. Znasz mniei wiesz, że jestem dyskretny!

Aż huczy od tej dyskrecji i wygodnej polityki naokoło płaczliwego głosu kobiety.

— Dyskretny!...

— Spodziewam się. Inny na moim miejscu nie mówiłby z tobą, odwrócił się, a ja zawsze przychodzę, ile razy mnie wezwiesz. Czy masz mi co do zarzucenia? No... powiedz!... no... no...

Przez zęby zaciśnięte pada:

— Dyskretny!...

I zaraz uderzenie pięścią, drobną pięścią w stółi wyplute raczej niż wypowiedziane:

— Podły!...

— O! o!... nie wiem, kto z nas dwojga. Czy ty, która w tej chwili ciskasz się jak przekupka, czy ja, który mimo wszystko podaję ci jeszcze rękę i staram sięnie zapominać, że jesteś matką naszego dziecka.

Wypowiedziane to było wszystko równo, bez uniesienia, pomimo owego „zdenerwowania”, o którymbyła poprzednio mowa.

Kobieta znów uparcie powtarza:

— Dyskretny!...

I wybuchła silnym, zawodzącym płaczem.

W Tuśce budzi się przeogromna solidarność kobieca.

W jednej chwili i ściśle kobiecą intuicją odgadujecałość i linię tej „historii”, ogromnie zwyczajneji ogromnie przez to smutnej.

Pomimo mieszczańskiej moralności, jaką jest opancerzona, czuje, że tamta, przez drzwi łkająca kobieta, jest w prawie roztaczać taką głośną rozpacz i manifestować wielkość swego bólu. Nie ma bowiem w tym jęku nic bezwstydnego ani narzucającego się, jest tylko łkanie człowieka, przed którym bezlitośnie objawiło się jego przeznaczenie, idące naprzeciw niego z narzędziami męki w wyciągniętych dłoniach.

Lecz Tuśka nie odczuwa jeszcze, iż tak być musiało i że ta kobieta łka teraz i tarza w bolu swą głowę o twarde poduszki hotelowego łóżka, a duszę w całym polu cieni okwitłych krwią jej złudzeń, dlatego że jeden łańcuch faktów wziął zaczątek przed wiekami w tym kierunku i zajął ją w swe ogniwa, ją i jej łzy.

Tuśka do tego punktu patrzenia na objawy życia przez zaczątki nie doszła, bierze sam objaw i w niego się wnurza gwałtownym impetem swej wiecznie trzymanej na uwięzi natury.

— Dlaczego ona tylko płacze? — myśli wzburzona. — Dlaczego ona nie powie mu więcej, więcej nad to „podły”, bo przecież to „więcej” aż się samo na usta prosi?

A może wyszedł, może uciekł, tak jak to bywa „najwygodniej”.

Nie, jest. Chodzi teraz po pokoju, chodzi pewnym, równym krokiem. Nie mówi jednak nic. Zapewne ma minę zrezygnowaną i znosi ten płacz z cierpliwością i wspaniałością dyskretną.

Tuśka nigdy nie stanęła tak bezwzględnie z objawami zwyczajnego życia.

Prosto z domu rodziców weszła pod dach męża. Czytała wiele. Ale w książce to pewna ilość czarnych literek mówi „kobieta płakała” i to wszystko.

W życiu taka gama szlochania to sam przez się cały poemat bolu, cała synteza odczucia, poszarpania życia i stoczenia się na dno przepastnej czerni, na którym już się nie klnie swej doli, nie gryzie rąk załamanych, nie targa się tak zwanego sumienia, aby z niego na pociechę wytrząsnąć choćby kilka kropli krwawej własnej winy...

Teraz niemniej Tuśka wiedziała, że są takie bole. Nie czuła ich, nie rozumiała ich ogromu, ale o istnieniu ich miała zupełną świadomość. Nagle to widowisko przeczuwane znalazło się w pobliżu niej z całą potęgą i siłą. Nie wiedziała, jak je przyjąć i ile włożyć z siebie w to, co się dokoła niej rozsnuwać zaczęło.

Rzuciła się cała nerwami i duszą w tę głąb, tracącmiarę i bezstronność widza.

— Dlaczego mu nie powie, że go nienawidzi, że nim gardzi za tę dyskrecję, którą on się tak pyszni. Wszakże to jasne, że ktoś inny wychowuje i łoży na jego dziecko. I on to przyjmuje... bo choć nie bezpośrednio, ale zawsze przecież, skoro to jego dziecko...

Nagle przystanął i dał się słyszeć jego głos:

— A masz papierosy?...

Tuśka wstrzymała oddech.

— Co ona mu odpowie? Porwie się jak lwica, może mu do gardła skoczy, że on nie potrafi nawet uszanować tej jej bolesnej chwili, w której duch w łkaniach się rozłamuje i siatką nad ciałem się rozpina.

Lecz cisza zupełna.

Tylko po chwili — woń papierosa dobywa się przezszczeliny.

Musiała mu gestem wskazać, gdzie były papierosy. Zapalił, a teraz chodzi znów lekko, skrzypiąc nowymi prawdopodobnie butami.

Łkania kobiety przycichają z wolna.

Tuśka siada, przytulona do rogu kanapy, i słucha.

Równocześnie wyobraża sobie i ją, i jego, tak dawniej sobie bliskich, tak bardzo bliskich.

A i to trzecie pomiędzy nimi, ta mała dziewczynka, pielęgnowana przez francuską guwernantkę i żywiona kosztem kogoś nieznanego...

To dziwne być musi uczucie, straszne i pełne grozy, kazać żywić dziecko cudze...

To musi być pełne grozy i wielkiego wstrętu do samej siebie w czasie takich bezsennych, długich nocy.

Taki płacz wtedy musi chwytać za gardło, jak ten, który dogorywa tam, za drzwiami w sąsiednim numerze.

Lecz jeśli się ma przed sobą tego, który jest sprawcą tej pełnej grozy sytuacji, gdy mu można wypluć w oczy całą prawdę i spalić serce łzami...

Wtedy się to wszystko mówi, wtedy się to wszystko rzuca prosto w twarz tak szczelnie oblepioną maską obojętności i „niebrania nic na serio...”

Tuśka czeka, co będzie dalej. Zdaje się, że czyta jakąś powieść, że za chwilę odwróci kartę i rozpocznie się rozdział, pełen siły i namiętnej nienawiści, że ta kobieta będzie tą zbiorową kobietą, powstając z całym majestatem przeciw majestatowi siły obojętności mężczyzny. Dyszy tam od tej końcowej walki dwóch płci, tej jedności rozerwanej i żądnej połączenia.

Od Pomyłek aż drży i jęczy w przestworzu. Błądzą i mylą się ciągle w poszukiwaniu jedności. W spotkaniach i próbach powstają nowe życia, lecz najczęściej to nieharmonijne właśnie zlanie się dwóch istot w trzecią jedną, to ten dysonans, ta walka, to rwanie się i ujadanie, rozpaczliwie uwięzione w nowej, nieszczęsnej istocie...

Tam daleko, w Łodzi, mała dziewczynka, zgrabniuchna figurka o zdziwionych i trochę mętnych źrenicach i o silnie rozwiniętej inteligencji nie oczekiwanych na klombie ustaw społecznych kwiatów...

Tak, tak, taka mała dziewczynka.

Pani Tuśka cała aż zastygła w oczekiwaniu katastrofy. Życzy sobie, by tamta kobieta miała siłę wielką, miała i swoją siłę, i jej, Tuśki, siłę odwetu choćby słownego. Zdaje się jej, że to właśnie jest doskonały moment, jedyna chwila, w której może być mowa o całej, pełnej nienawiści, nieprawości podobnego postąpienia.

Tuśka ma w sobie w tej chwili chęć i siłę świeżą, bo nigdy nie potrzebowała zużywać jej w tym kierunku. Jej zatargi ciche z mężem były zupełnie innej natury. Nie było w nich nic ogólnoludzkiego ani tego tajemniczego i groźnego, jakie drży tam, przez ścianę.

Więc...

Łkanie prawie zupełnie cichnie.

Słychać tylko jęk słaby — ot, jakby postrzelone zwierzę skarżyło się gdzieś w głębi lasu.

— Czemu ona płacze? czemu nie mówi?

Lecz teraz słychać kroki mężczyzny ciche i układne.

— Kiciątko!... — mówi mężczyzna — niech kiciątkonie płacze.

Przez Tuśkę przebiega mróz od tych kilku słów.

Taki słodki, miły głos. Takie proste słowa i to „kiciątko” nigdy nie słyszane. Zupełnie jakby ktoś aksamitną łapką gładził, pieścił, tulił.

— Kiciątko!...

— Och, ty!... ty!...

I potem prawie szeptem jeszcze wśród łkania:

— Mój! mój!...

— Jak? co?

Więc nic. Żadnych wyrzutów? Żadnej siły? Żadnego majestatu? Żadnych wrogów naprzeciw siebie, ziejących wieczystą nienawiścią i męką?

Takie marne słowo wzniecające dreszcze, jedno „kiciątko” i zaraz zarzucanie na szyję rąk, przemoczonych łzami, przytulenie twarzy, jeszcze gorącej i nabrzmiałej od tarzania się po rozrzuconych dokoła włosach.

I to wszystko dla jednego słowa.

— Tak — ale jakie to! jakie!

Wszystko jedno! ona nie powinna była, nie powinna.

Tak myśli Tuśka, tak chce myśleć Tuśka, bo w gruncie rzeczy druga jej warstwa myśli coś zupełnie innego, myśli owym dreszczem, a raczej odczuciem owego dreszczu, jaki przejął ją, gdy słyszała to proste, a tak aksamitne słowo: „kiciątko”.

Tymczasem tam, przeze drzwi, aż się rozszemrało od pocałunków i dobrych słów.

— Więc — mój! dlaczegoś o mnie zapomniał? — pocałuj!... jak dawniej... pamiętasz? — zwłaszcza to,,pamiętasz”.

To ona!

A on?

Niewiele słów, lecz ręce zarzucił na jej szyję, włosy gładzi i mówi:

— Kiciątko... a złe, a ładne zawsze...

W Tuśce coś się aż kłębi, aż unosi od sprzecznych uczuć. Za gardło ją chwyta niby rozrzewnienie nieokreślone, którego zanalizować nie umie, jakiś żal, złość, pogarda dla siebie, dla tamtej przebaczającej, dla kobiet w ogóle. Przebacza, słania się w ramiona. Och! głupia! nędzna!

Takiego pozoru chwyta się Tuśka, ażeby pokryć nim wzruszenie, dreszcz, żal i to coś, jakby zazdrość czegoś nieznanego, a przecież pełnego okrytej dla niej brylantową zasłoną strony życiowej.

Więc porywa się i przez chwilę traci prawie przytomność z podniecającego ją uczucia gniewu.

— Nędzna, przebaczyła!...

Do dzwonka się rzuca i przyciska guzik.

Tak, tak, to bezwstyd takie przebaczenie, ta kobieta ma, na co zasłużyła. Dobrze zrobił, że ją opuścił.

Wchodzi pokojowa, ta sama, która straciła szacunek dla Tuśki, za to, że Tuśka przynosi w papierze szynkę do hotelu.

Tuśka pragnie zrehabilitować się w oczach tej dziewczyny.

— Proszę iść do tamtego numeru i powiedzieć tym państwu, żeby się inaczej zachowywali. Nie jestem przyzwyczajona znosić coś podobnego!

Dziewczyna patrzy szeroko rozwartymi oczami na wzburzoną twarz Tuśki.

— Proszę pani...

— Proszę iść...

— Dobrze, proszę jaśnie pani!

Rozkazujący gest, wspaniała mina naprawiły to, co zepsuło pół funta szynki. Dziewczyna wysunęła się cicho i za chwilę słychać było, jak szeptem coś przekładała w sąsiednim pokoju, tłumaczyła „tym państwu”...

Rozległ się szczery, serdeczny wybuch śmiechu i równocześnie pokorne prawie tłumaczenie się kobiety:

— Ale cóż znowu? Ta pani zwariowała?... My przecież nie robimy nic złego!...

Tuśka drżała teraz jak w febrze i chodziła gorączkowo po pokoju, potrącając meble.

Nienawidziła i siebie, i ich, tych dwoje, którym czuła, że wyrządza krzywdę, obelgę, że policzkuje tamtą kobietę niesłusznie, bo przecież była w prawie przebaczyć, gdy chciała.

Mężczyzna zadecydował nagle.

— Chodźmy stąd. I tak chciałem coś zjeść. Przejdziemy się.

— Dobrze, chodźmy. To jakaś zła kobieta ta pani!

Wychodzą.

Zła kobieta.

Teraz kolej na Tuśkę znieść tę obelgę, ten policzek,zadany słowem kobiety jej duchowej istocie.

Gdzieś niegdyś czytała, że najpierwszym obowiązkiem kobiety jest... być dobrą.

A ona była złą.

Na próżno pragnie utwierdzić się w przekonaniu, że postąpiła słusznie, moralnie, etycznie. Nie chciała słuchać szmeru pieszczot i pocałunków — ona, kobieta moralna i nieposzlakowana. Przy tym te pieszczoty były z jednej strony wyłudzone podstępem i obłudą, z drugiej strony dozwolone głupią słabością i brakiem godności własnej. Były więc zupełnie karygodne i zasługiwały na wypędzenie z ciepłego kręgu, w którym przebywają ludzie uczciwi.

Obowiązkiem kobiety być dobrą.

Powoli zapadała dokoła Tuśki cisza. Tramwajeprzestały rozdzierać powietrze gwizdem. Martwe miasto układało się coraz senniej, coraz wygodniej w swojej martwocie.

I dusza jego kamieniała, zda się, dźwigając terazcoraz wyżej, i rozpościerała przeogromne skrzydła,ciężkie, nabite królewskimi klejnoty i żałobą pajęczyn, rozsnutych wśród milczących sarkofagów.

Tuśka przestała chodzić i przytuliła się do ściany,szarzejąc w swej podróżnej sukni na tle żółtego obicia.

Świeca dogasała w lichtarzu, rzucając poszarpanebłyski.

Przez twarz Tuśki, jak przez chmurę, przewijały sięrozjaśnienia dziwne, nieuchwytne, to znów zapadałana nią jakby maska popiołu, starzejąca ją naglew jednej chwili.

Coś w niej migało, walczyło, było niepewne, niewiedziało, jak sobie poradzić z tymi nowymi przejawami życiowych starć i łapek, dobrowolnych układów, które bodaj czy nie są treścią owych nie dopowiedzianych, a podstawowych potęg, stanowiącychistotę ludzkiego istnienia.

Tylko na to trzeba sił ogromnych i cofnięcia sięwstecz, poza to wszystko, co takim wałem nieprzebytym wzniosło się dokoła nas wszystkich!

Złą była kobietą przed chwilą. Czuła to i rozumiała dobrze. Nie miała w sobie białej i jasnej wyrozumiałości dobrej wróżki, snującej dobroczynne promienie rąk nad chwilami, które osuszają łzy i w ciemnie smutku świetlane promienie wprowadzają. Kazała zejść tej kobiecie w pogardzie spojrzeń służby hotelowej, a uczyniła to prawie bezprzytomnie, pod wpływem ni to szaleństwa wzgardy, ni to gniewu, ni to zawiści. Dlaczego to uczyniła — nie wie sama.

Co oni jej szkodzili, ci dwoje za ścianą, osuszającyłzy pocałunkami, a zwłaszcza ta nędzna kobieta, rozszlochana i taka podatna do przyjęcia jałmużny pieszczoty i dobrego słowa.

Była to chwilowa ułuda szczęścia cichego, wtulenie się w zamknięte ściany, granice świata w zaciśniętych na szyi ramionach...

Ona to wszystko zniszczyła, rozegnała jedną myślą pyszną i nieukróconą. To nawet, co mogło być piękne, to wielkie przebaczenie bezgranicznej kobiecej dobroci zbezcześciła brzydką, podejrzliwą myślą banalnej hotelowej awantury.

Uczuła to w głębi duszy jak cierń, jak kolce.

Wstyd ją ogarnął kobiecy.

Może podsunęła im myśl, której nawet nie mieli.

Doznała ulgi na myśl, że na dole, na tablicy, nie kazała pisać swego nazwiska. Miała bowiem w Krakowie daleką rodzinę męża, rodzinę ubogą, taką, do której w ogóle się nie przyznaje, bo odzież wytarta i maniery fatalne, więc wyraźnie zapowiedziała, ażeby nie umieszczono jej nazwiska w spisie gości.

— Nie dowiedzą się, jak się nazywam! — pomyślała prawie z radością.

Lecz zaraz chciała sobie przyznać rację, bo uparta była i pyszna nawet wobec siebie samej.

— Musiałam to zrobić — musiałam, choćby przez wzgląd na Pitę...

Uszczęśliwiona, że znalazła pretekst, spojrzała na łóżko, na którym leżała mała.

Dziecko miało oczy szeroko otwarte, lecz leżało nieruchome jak woskowa laleczka.

— Dawno się obudziłaś? — zapytała Tuśka.

— Niedawno, mamusiu!

Tuśka chciała zapytać córkę, czy słyszała cokolwiek z tego, co zaszło, lecz wiedziała, że dziecko wyśliznie się jej grzecznie i nie powie prawdy.

— Śpij, proszę cię. Już późno.

— Dobrze, mamusiu!

Pita natychmiast zamknęła oczy i długie, jasne rzęsy zapadły na śliczne szafirowe oczy.

Lecz wyraz twarzy dziecka, zwłaszcza kąciki jejbladych ustek kryły w sobie jakiś zagadkowy, tajemniczy wyraz, który zniknąć nie chciał.

I Tuśka przed tym sfinksowym uśmieszkiem córki czuła się bezsilną, zmrożoną, bo tam był jakiś sąd, coś instynktem kierowanego, coś kiełkującego, z czego ani to anielskie dziecko, ani ona sama zdać sobie sprawy nie były w stanie.

III

Dziesięć dni są tak same naprzeciw siebie w tejzakopiańskiej chałupie, pełnej nieokreślonej woni rannych smreków i wilgotnego gruzu.

Matka i córka błądzą wśród czterech ścian po japońsku złożonego pudełka, zastawionego sprzętamipościąganymi z żydowskiej tandety.

Na głównej ścianie rozległ się ciemnoceglastym cielskiem szezlong, „kanapa”, według słów wzdychającejgaździny, i ten szezlong jest już całym poematemnędzy miejskiej, zakurzonej i brudnej.

Dokoła niego tulą się zydle i stół przystrojony nacięciami, mającymi przedstawiać „zdobnictwo ludowe”.

Łóżka żelazne, materace za krótkie lub za szerokie,na nich kołdry miejskie Tuśki i Pity, ich poduszki haftowane, obsypane z lekka złotem perskiego proszku.

W oknach pokrochmalone firanki rozwłóczą dzień dziwny, specjalny, mokry dzień górski, który się rozłazi jak wilgotny krab, wyciągający daleko swe macki, z których cieknie szara, ciągnąca się ciecz deszczowa.

W piecu zielonym o kaflach lśniących, piecu dostatnim, brzuchatym, stanowiącym dumę słuszną i przedmiot wyzysku ze strony wynajmujących gazdów, tli się kilka mokrych szczapek.

Syczą, piszczą, plują, gniewają się na te płomyczki nieśmiałe, które do nich doskakują, chwytają, chcą objąć, zniszczyć i nie potrafią.

Przed piecem, owinięta pledem, siedzi Tuśka. Kołookna, owinięta pledem, siedzi Pita.

Obie jednako wyciągnęły nogi, obie jednako ukryłypodbródki w fałdy pledów.

Tuśka patrzy z pogardą na ten nędzny ogień, nie mogący zwalczyć paru gałązek sośniny.

Pita patrzy z podziwem na smugi deszczowe, zwalczające wszystko.

Zaciekłość, wściekła nienawiść, pęd jakiś dziki, nieukrócony, chęć zagłady, zniszczenia tego mrowiska, tych ciał ludzkich, pozbawionych już sierści i tulących się w sierść innych zwierząt, to pragnienie przemoczenia zgniłego na wskroś istoty ludzi, drzew, ziemi, rzeczy, rozmoczenia duszy zbiorowej tych objawów życia, rozszalało się w tej ulewie, wyjącej chromatyczną gamą w obramowaniu gór przechodzących w stan legendy.

Gór tych nie ma, znikły jakby okryte rozsnutymi włosami jakichś wampirzyc, które suszą w ten sposób swe włosy, suszą, wyżymają bezlitośnie, chichocąc wichrem, łomocąc piętami po twardych dachach zakopiańskich chałup.

Tuśka nigdy jeszcze nie była tak długo odosobniona i pozostawiona sobie i własnym resursom, jakie każdy ma w duszy.

Już po raz tysiączny może przetrawiała swe istnienie, układ, jaki zrobiło z nią życie, charakter tych, którzy jej istnienie sprzęgli ze swoim. Siebie tylko samej nie bada, nie wsłuchuje się w nic swego, bo nie wie, jak się do tego zabrać. I tamtych innych nie sądzi głębokością, odpowiednią do ich bólów lub chwil zadumy.

Przedstawia ich sobie w fazie spokoju i równowagi. Stąd ma wrażenie, że wszystko dokoła niej było w życiu w porządku dla innych i że nic nie wykraczało poza ramy ściśle określonego rozumnego postępowania.

Ten „rozum”, zdawało się Tuśce, że jest jej zasługą i że to ona swoim taktem daje nutę dominującą całemu otoczeniu.

Nigdy tak nie odczuwała tego, jak obecnie, gdy oddaliła się od owego „wnętrza” przy ulicy Wareckiej.

Dawniej zdawało się jej, że ów rozumny ton domu wypływa z układu faktów, które, piętrząc się, utworzyły ich wspólne życie. Obecnie starała się doszukać przyczyny i od razu tę przyczynę ujrzała, i uświęciła siebie, nie badając, czy rzeczywiście miała na to dość siły, a jeśli ją miała, skąd siła ta pochodziła właśnie.

Spojrzała na córkę i utwierdziła się w tym przekonaniu. To grzeczne dziecko, patrzące tak spokojnie w okno, było bezwarunkowo „rozumne”. Pita siedziała jak dorosła kobieta, prościuchna, milutka, złożywszy nóżki w śliczną linię, tak jak siadają baletniczki w chwilach odpoczynku. Siedziała tak całymi dniami, nie męcząc matki, nie pytając o nic, wpatrzona w rozmokły przed oknami las maluchnych świerków, wystarczająca sobie czy udająca doskonale to wystarczanie.

W każdym razie rozumna.

Tuśka powróciła znów wzrokiem do nędznego ognika, który powoli przygasał zupełnie we wnętrzu pieca.

Jeśli wszystko było „rozumne” w jej życiu, to były przecież te drobiazgi, te kwestie pieniężne, które nie szły tak, jak ona sobie życzyła. Wprawdzie nigdy nie było owych śmiesznych walk, owych „potrzebuję, musisz mi dać więcej”, bo na tym byłaby ucierpiała atmosfera wysokiej uprzejmości, w jakiej się pławiono, ale braki przykre, pokrywane sztucznymi wysiłkami, dławiły nieraz Tuśkę i przeszywały ją na wskroświelkim uczuciem gniewu.

— Ożenił się, niech ma na dzieci i na żonę.

Z tej zasady wychodziła Tuśka i z niej powstawały te ukrywane płomienie gniewne, gdy musiała zgodzić się, że na coś jej nie stać.

I teraz chwilami doznaje takiej błyskawicy, przejmującej ją po prostu fizycznym bólem. Mąż dał jej mało pieniędzy na owo Zakopane. I dlatego nie mogła zajechać do żadnego z zakładów ani pensjonatów. Tam bawią się w takie dżdżyste dnie. Ona musiała wynająć pokój w małym domku i teraz siedzi odosobniona, odcięta od ludzi, w jednym pokoju z Pitą, jakby uwięziona.

Lekarz w Warszawie mówił: „Niech się pani rozrywa, niech pani stara się być wesołą, to i apetyt wróci, siły się znajdą...”

Choćby przez wzgląd na jej zdrowie mógł się ostatecznie postarać o więcej pieniędzy.

Połowę pieniędzy mieli uskładane, drugą dopożyczył. Skoro już pożyczał, mógł wziąć więcej; byłobysię spłaciło ratami czy jak tam.

Mówił, że mu ciężko przyszło, ale nie powinien był i tego mówić, bo to było niedelikatnością z jego strony, i ona ukarała go w ten sposób, że spojrzała na niego chłodno i powiedziała:

— Przepraszam cię... ale muszę zwrócić ci uwagę, iż jesteś niedelikatny...

Przeprosił ją zaraz, tylko coś, jakby ironia, zaigrało mu naokoło ust.

Udała jednak, że tego nie widzi, i aby poprzeć swąwyższość, rozkaszlała się dyskretnie i wyszła z pokoju.

W ten rozumny sposób załatwiała najczęściej kwestie finansowe. Poza tym jednak to powściąganie się, to trzymanie na uwięzi pewnej dozy temperamentu, jaki posiadać musiała, kosztowało ją trochę nerwów i zdrowia. Nagromadzone razem te wysiłki rzeczywiście podkopały trochę jej organizm, wstrząśnięty dwukrotnym płucnym zapaleniem. Mogła śmiało liczyć się do „chorych”, choć wyglądała świeżo i zdrowo. Pielęgnowała jednak dość troskliwie swą cerę i figurkę zgrabnej warszawianki i głównie tej staranności zawdzięczała ten dobry wygląd. Rano była żółta i miała oczy podkrążone, a usta spalone. Sypiała źle, zrywała się i doznawała ciągłego uczucia niepokoju, a ta uprzejma spokojność jej ruchów zaczynała ją kosztować dużo wysiłku.

Chwilami zdawało się jej, że dusi się, wychodziła na balkon, piła wodę i powracała do normalnego stanu.

Lecz znów przychodził jakiś okres niepokoju, duszności, zdenerwowania i wtedy musiała przyzywać na pomoc cały „rozsądek”, aby nie wydać się z istotnym stanem swego zdrowia. Bo kładła te wszystkie objawy na karb fizycznego niedomagania. Niczego więcej.

Zresztą miała już trzydzieści trzy lata i chwilami myślała, że to wszystko są oznaki zbliżającej się starości.

— Starzeję się... — myślała z dziwną i bolesną goryczą.

I cóż? To kolej rzeczy nieuniknionych. Tylko trzeba umieć starzeć się z godnością i rozumem.

Deszcz lał ciągle z jednaką siłą i teraz już potokami spływał po szybach, bo bił ukośnymi strugami i rozpłaszczał się na szkle jakby tłuszczem przepojony. Ani to znać było, iż przyszło południe i nad górami się rozsnuło. Pokorne były i żadne wobec tej nawałnicy, trwającej już dnie całe. Z dachu płynęły strumienie i zdawały się żłobić doły w rozmokłej rudawej ziemi. Jeden taki strumień bił w ułożony z kamieni koło progu stopień i znalazłszy otwór wytryskiwał w górę z zaciekłością rozplutego i rozwścieczonego zwierzęcia. Pod dachem tuliły się wróble ćwierkając cichutko. Jakaś spłoszona kawka darła się przez chwilę i znikła w szarej pluchocie.

Tuśka powstała od pieca i podeszła do okna. Równocześnie prawie cichutko Pita powstała od okna i jak cień posunęła w stronę pieca. Zamieniły się na krzesła i utkwiły źrenice w inne przedmioty, lecz nie zamieniły z sobą ani jednej myśli.

Nie czuły potrzeby.

Tuśka usiadła na krześle, które przed chwilą zajmowała córka, i zupełnie tą samą, co i dziecko, linią wyciągnęła przed siebie nogi, obute w popielate buciki. Zmieniła pozę i miejsce, lecz te same myśli powlokły się za nią.

Ciągle przeżuwała swe dotychczasowe życie. Ciągle błądziła po mieszkaniu na Wareckiej ulicy. Nie dlatego, żeby tęskniła za pozostawioną tam rodziną, lecz z przyzwyczajenia i nałogu. Ona nigdy nie badała się, czy kocha swe dzieci, a zwłaszcza, jak je kocha. Wiedziała, że to jej obowiązek, a to, co było obowiązkiem, rozum jej każe wypełniać. A więc tak, naturalnie, kochała te grzeczne i miłe istoty, które były ładnie ułożone same przez się, uczyły się dobrze, nie chorowały i nie zabierały dużo miejsca. Wie, że już nie ma ich na Wareckiej, że są na wsi, że im jest dobrze, dlaczego ma się o nie troszczyć?

Błądzi jednak znów po swoim mieszkaniu. Nudzi ją to i męczy.

Dudnienie bosych nóg w sieni.

Sapanie, macanie klamki i wreszcie wpadnięcie zlanej deszczem gaździny z menażkami.

— Dobre południe!

Od pieca senny i zdziwiony wzrok Pity pada na tę góralkę z rozchamraną na piersiach koszulą, w serdaku o wywróconym włosie, z chustką żółtą, spraną deszczem na kosmykach włosów czarnych jak hebany.

A dla kontrastu z tą czernią i gęstwą włosów młodych i zdrowych — twarz dzika, na wpół zwiędła, bez wieku, podobna do zbłoconego jesiennego liścia, wbitego w ziemię bezlitośnie, a potem wichurą wydartego z błota i rzuconego o mroźnym wieczorze w przestrzeń bezdrożną.

Ta kobieta nie ma oznaczonych lat. Starcze bruzdy twarz ryją, oczy iskrzą się temperamentem młodości.

Pod serdakiem pierś zwiędła, a nogi jak młodej kozicy, co po reglach skacze.

Przypadła do stołu, uderzyła w niego menażkami, rzuciła talerze, widelce, łyżki, noże... Pokazała rząd białych, czystych zębów.

— Psota? — ha?... — wyrzekła, ocierając szerokie ręce o fartuch.

Pita patrzała ciągle na gaździnę jak na ciekawy okaz lub ilustrację w jakimś dzienniku.

Góralka wzrok dziewczyny podchwyciła.

— Cni się wam?

Pita z przyzwyczajenia uśmiechnęła się, choć nic nie rozumiała.

— Nie banujcie, bo się osbiere. Pan Jezus da, że się osbiere!

Uśmieszek uprzejmy Pity przechodzi w ironię.

— Pojedźcie se, to się wam tak cnić nie będzie. Chmury uciekną żyćkie i będziecie wartko latali po ulicy, kielko sami zekcecie!...

Tuśka podeszła do stołu i porządkowała nakrycie.

— Moja gaździno, a to wasz dom będzie tak cały stał pustką? — spytała.

— Nie... — odparła góralka — do tej izby naprzeciw przyjedzie jeden pan niepłony. On już trzeci rok do nas przyjeżdża. Miał już być, ale cosi kansi się stało i ni ma go do dzisiok. Ale przyjedzie.

Pita i Tuśka siedziały już za stołem i matka dostrzegła, że dziecko, zamiast jeść, pilnie obserwuje góralkę, uśmiechając się ironicznie.

— Pito, proszę cię, jedz zupę! — wyrzekła, o ile możności najrozumniejszym tonem.

— Panienka nie rozdęta, to się i bele cem naźre... —tłumaczy gaździna.

Podchodzi do pieca, obciera z lubością kafle mokrym fartuchem, a potem patrzy z dumą na „kanapę”, którą nabyła umyślnie, aby móc podwyższyć czynsz od „sezonu”.

— Pikna kanapka? co?... — pyta żądając przyświadczenia.

— Chciałam was prosić, żebyście ją wynieśli — odpowiada Tuśka.

Oczy gaździny mało nie wyskoczą z orbitów.

— Locego?

— Bo ją czuć sianem.

Gaździna widocznie uczuła się dotknięta.

— Pikna kanapka — powtórzyła — ale jak jej nie chcom, to jom damy panu, co przyjedzie wnetki.

Po chwili znów z lubością zaczęła piec ścierać fartuchem.

— Pikny piec... — zamamrotała.

— Cóż, kiedy się w nim nie chce palić — odrzuciła Tuśka.

— O!... co też ta gadajom... takie tafle śklące, to je pikny piec. Dałak za niego dużo pieniędzy.

— Może... ale patrzcie, co tu dymu...

— E!... bo co wam powiem... to bez te kawcyska.

— Jak to?

— Ano... nie słysom, jak się to dreją?

— Ach!... to kawki.

— No, ale kawcyska. Do komina się napcha i tam się tak wędzi...

Tuśka wsłuchiwała się w ten ochrypły głos z jakąś nieokreśloną przyjemnością. Skrzypiało to, świszczało, czasem jęknęło. Wolała słuchać niż patrzeć na tę gaździnę, bo twarz płaska i jakby rozgnieciona zdawała się nie mieć w sobie ani jednej iskierki łagodności. Nic kobiecego. Coś surowego, kanciastego jak cały styl chaty, jak te belki, obciosane silnymi uderzeniami siekiery.

Natomiast w głosie coś się łamało, coś tam drgało miękko, zwłaszcza gdy z lubością ta kobieta zwracała się ku swej własności, ku temu, co posiadła już siłą wielkiej woli i starań całej przeoranej młodości.

Tuśka i Pita jadły zimne i niesmaczne potrawy,rozmazane na dnie menażek.

Ustępowały sobie wzajemnie lepsze kawałki; ceremoniując się coraz wykwintniej.

— Proszę cię... proszę, moja droga... zrób mi tęprzyjemność, dziękuję mamuńci...

Zwyczajem przyjętym, Tuśce zdawało się, iż wypełnia obowiązki dobrej matki, zmuszając dziecko do wlewania w siebie dużej ilości letniej, tłustej wody, nazwanej rosołem, i do usilnego darcia zębami łyka krowiego mięsa, ochrzczonego polędwicą.

— Jedz... proszę cię...

Dziewczyna żuje z widocznym, choć pokrywanym wstrętem szablonową strawę, która ma ją „odżywiać”.

Deszcze leje na dworze z coraz większą zaciekłością.

— Siąpi! — wyrokuje gaździna, która teraz wpadła w ekstazę przed wykrochmalonymi firankami, podpiętymi kawałkami niebieskiego papieru.

— Pikne firanki... — zaczyna.

Lecz Tuśka, która w tej chwili czuje całe mizeractwo otoczenia i owej upragnionej „wiledżiatury” — postanawia czymś ubarwić sobie i dziecku to życie.

— Chcesz ciastko z kremem? — zapytuje Pity, odsuwając z niezadowoleniem talerze.

— Dziękuję mamusi!

— Czy tu jest cukiernia?

— Hej, cegok by nie było.

— Może wasz syn by poszedł po ciastka? Dostanie za drogę.

Gaździna parsknęła śmiechem.

— Mój syn? — Adyk on w Hameryce!

— No, a ten młody góral, co nam tu wczoraj pomagał rzeczy rozpakować?

— Jakowy?

— O, mamuńciu — zawołała Pita — ot, on idzie do szopy...

Gaździna wyjrzała przez okno, unosząc delikatnie firankę.

— Ten?... dy to... mój...

— No, więc...

— Mój mąż, a nie syn.

Zapanowało chwilowe milczenie.

Do szopy poszedł i strząsnąwszy z deszczu kapelusz Józek Obidowski, Chrobakiem nazwany, mąż ślubny Wikty Obidowskiej, wszedł pod wystający daszek na trochę suche miejsce i cały na tle złotych belek zarysował się jak figurka kunsztownie odrobiona.

Proste to było, smukłe, śmigłe, odziane dostatnio, całe białe i młodzieńcze.

Para oczu jak latarnie, włosy ciemne, gęste, rysy dziwnie prostolinijne, usta trochę ironicznie uśmiechnięte.

Zuchwałość dziwna w pozie, w nabieraniu oddechu, w błyskaniu oczyma, świeżość lic kalinna i pieściwa, ręce od bezrobocia dobrowolnego delikatne.

A z tej całości beztroska niemal dziecinna, ta ufność, iż z tej piękności i smukłego ciała zawsze wyłoni się jakiś punkt wyjścia w oparciu życiowym, to płynięcie szczęśliwe bez potrąceń o skały, słowem, młodość bujna, rozwichrzona, wykołysana wiatrami halnymi i bielą kwiatów śniegowych.

Józef Chrobak stoi tak oparty o złociste belki, on — mąż dwudziestoletni przeszło pięćdziesięcioletniej Wikty, i rad jest, że się sprzedał dobrze w małżeństwo, że go „baba głupia” kupiła na męża — jego, który prócz „guńki, portecek, pasieka i fajcyska” nie miał nic, nic.

Jeno te ślepia jak latarnie albo gwiazdy w nocy świecące, a jako gencjany niebieściutkie, jeno te usta gorące zawsze, jakoby słońce nad turniami, i ta gębusia gładziuśka, i ta siła, co to go nosi — hań, hań!... po skałach, po piargu, po żlebach, dźwigając panom z miasta ich serdaki, koniaki, kociełki, ich strachy i zawroty głowy.

— Pikny mój mąż? ha? — pyta gaździna niemal tym samym tonem, jakim pytała o piec, o kanapkę, o firanki.

Lecz coś innego jest na dnie tego głosu, coś jakby macierzyńskiego, jakby namiętnego. Lecz to takie drobne, takie nikłe, że ledwo, ledwo wyczuwalne. I to trzeba być inaczej do tego usposobionym i przejść całe wychowanie uczuciowe, inne niż Tuśka, która w tej chwili nie widzi znów nic więcej w Wikcie jak tylko posiadaczkę, chwalącą się zdobytą własnością.

— To wasz mąż? — pyta z pewną niewiarą w głosie.

— A haj... Dwa roki, jakeśmy się pobrali... Bezera jest leń, ale pikny.

I po chwili dodaje:

— To je trzeci.

Jest jakiś tryumf w tym obwieszczeniu, coś, co jest prawie okrucieństwem istoty żywej, stającej silną jeszcze stopą na powierzchni ziemi, kryjącej tych, którzy tej stopy tryumfującej zrzucić już z siebie nie mogą.

Tuśka podeszła także do okna i tak razem z Pitą patrzą na owego „piknego męża”, który już nie napycha fajki „habryką”, ale zza pazuchy wyjął złamanego papierosa, prostuje go i zapala.

Wicher gasi mu zapałki jedną po drugiej, ale on uparcie stara się na tym wietrze zapalić papierosa.

— O!... jak to ćmi papierosa — mówi Wikta — tak się od panów nauczył, jak z nimi po górach lata... Ale się to przewodnictwo skończy. Będzie tyloś ich widział!

Coś się zagotowało w głębi duszy góralki, bo i pięść wyciągnęła w stronę „piknego męża”.

— Kapelus, cuchę, portki — syćko zamknę, a nie puscę! — wyrzekła twardo.

— Ależ dlaczego?

Lecz nie było odpowiedzi.

Wikta brwi marszczyła i usta zacinała gniewnie.

— Czemu nie chcecie puszczać męża w góry? — ponowiła pytanie Tuśka, zwracając się prawie natarczywie ku gaździnie.

— Jus ja wim, cemu!... — odparła wreszcie góralka i stąpając ciężko, jakby chciała stopami ze złości przebić deski podłogi, wyszła, unosząc z sobą menażki i talerze, z których dwa zdołała stłuc zaraz za progiem.

IV

— Mamuńciu... czy to to góry?

— Tak!

Po raz pierwszy od chwili przyjazdu Pita zapytała się o coś matki.

Spoza mgieł i pasem deszczowych zarysowały się wreszcie te Giewonty, Hawranie, Gubałówki wraz ze swymi widmami o skamieniałych, a tak rozwiewnych konturach.

Źle widać te dźwigające się masy, ale duchy ich rozsnuwają dżdżyste opary i przebijają się czernią kosodrzewiny, srebrem jakby zastygłych potoków.

Pita zatrzymuje się na środku Nowotarskiej ulicy i patrzy.

Drobna jej dusza, dusza anemicznego, miejskiego dziecka, jakby trwoży się i lęka tego ogromu nieruchomego, tak bliskiego, a przecież niedościgłego.

Stoi tak śliczna, kształtna, w narzuconym na ramionka żakieciku granatowym; na ustach jej przewija się ciągle ten zagadkowy, ironiczny półuśmieszek małego, a tym więcej tajemniczego sfinksa, i teraz nie pyta już o nic, ani o nazwy tych gór, ani o ich formacje, ani o to, co tak lśni na żlebach, czy to śnieg, czy to srebro, lecz stoi i patrzy.

Tuśka także patrzy, lecz w zupełnie odmienny sposób.

Ogarnia wzrokiem całość i pewne zaciekawienie mieszczki dominuje nad tym wrażeniem barw lub kształtów.

— Ogromne — myśli — ale po co właściwie ludzie się na to drapią?

Czuje jednak, iż gdyby miała towarzystwo i kostium, może zaryzykowałaby się na taką wyprawę.

— Tylko... cóż... przecież sama z Pitą nie pójdę!

I znowu ogarnia ją wielkie znudzenie i uczucie nie tęsknoty, ale jakiegoś wysadzenia z siodła.

Była już u lekarza. Opukana, osłuchana, idzie nadziana receptami i przepisami.

Wstąpiła z Pitą do cukierni. Na werandzie, przesiąkłej od deszczu wilgocią, wysiedziały się, zjadłszy dużo ciastek i opiwszy się czekoladą.

Trochę gości kręciło się po cukierni, ale żadnego ożywienia nie było.

Armia kelnerów melancholijnie podpierała ściany.

Ze sklepów wyzierały blade i senne twarze „panów kupców”.

— Czy tu tak zawsze? — myślała Tuśka, jedząc trzeci marcepanowy kartofelek, nadziewany powidłami.

— Czy tu tak zawsze? — myślała Pita, jedząc czwarte ciastko tortowe, posmarowane powidłami.

Furki dudniły i trzęsły niemiłosiernie przerażonych tą niespodzianą torturą gości. Widać było ręce kobiet, uczepione konwulsyjnie drągów, które podskakiwałyszarpane jakąś wściekłą mocą.

Na ścianie cukierni powiała czerwona płachta.

— Co to takiego? — spytała Tuśka przechodzącegokelnera.

— To teatr. Jutro grają.

— A!...

Jakaś nadzieja wstąpiła w serce Tuśki. Całe mieszczuchostwo przyniosła ze sobą ta czerwona płachta papieru. Teatr — więc wieczór spędzony w atmosferze kinkietów, muzyki, świeżej farby afisza, perfum, woni więdnącego w ręku kwiatu lub rozgrzanych rękawiczek, a potem łatwe zajęcie myśli —myślą innych.

Pita, zapalona zwolenniczka teatru, nie mówi nic, lecz błękitne jej oczy nie opuszczają ani na chwilę jaskrawego afisza.

Z daleka czyta tytuł sztuki i cała dyszy chęcią zobaczenia teatru w Zakopanem. Twarzyczka jej nie zmienia jednak wyrazu, gdy słyszy pytanie matki:

— A gdzież można dostać bilety?

W duszach tych dwóch kobiet, dorosłej i podrastającej, zachichotał wampir miejski, gnieżdżący się wśród murów i zaułków ulic.

Rozjęczał się, rozegrał, rozturkotał, zionął ciasnotą, zdenerwowaniem i wieczystym napięciem wyobraźni naokół, a weranda cukierni, stłoczone kamienice, zasłaniające przestwór i sylwetki gór, dopomagały mu z całą mocą.

I gdy później obie kobiety wracały powoli do domu przesiąkłą deszczem ulicą, gdy przed ich oczami wyłaniać się zaczęły widma gór, a powiało od nich milczącym majestatem ogromu i świeżości, żadnej z nich w oczach nie zamigotało to „coś”, co świetlanym ognikiem pobiegło ku czerwonej płachcie teatralnego afisza.

Nie było kontaktu tych dwóch dusz z duszą przyrody, stały one prawie martwe i tylko zdziwione, bez ściśnienia serca i potrzeby złowienia szerszego oddechu.

Nic w nich nie zatrzepotało spętanego i tak korniezgnębionego w cuchnącej woni miast.

Dziecko milczało, zdjęte podziwem i nie śmiejące sformułować całości wrażenia, jakie odniosło.

Kobieta myślała:

— Gdybym miała towarzystwo, dla tego towarzystwa poszłabym może na wirchy.

W gruncie rzeczy jednak krew w nich krążyła leniwo, a te drugie istoty, te „one” rzeczywiste i prawdziwe, wracały umysłem do powiewającej na werandzie rozmokłej płachty teatralnej, która miała je zaprowadzić w krainę płóciennych, cuchnących smreków i strumieni, białą farbą namazanych.

Odczuwały, rozumiały tak naturę. Z nią, z tą papierową i cuchnącą, wchodziły szybko w kontakt i bez natężania pływały po powierzchni sztucznego stawku, napełnionego letnią wodą. Nie potrzebowały zdobywać się na wysiłek, jeden — jedyny, który byłby wprowadził je w głębie oceanu Piękna istotnego i dał im możność zlania ich dusz z duszą przyrody.

Zmartwiały wśród pyłów i kamieni miast, martwo czuły i martwe były ich upodobania...

Przed nimi powoli wyłonił się cały łańcuch gór, ułożonych w trzy ostro odcinające się warstwy.

I każda z nich miała inny ton, jak trzy warstwy szmaragdu, szafiru i opalu.

Najbliższa — ta, która łączyła się ze szczytami smreków, a miejscami spływała jasnozieloną strugą łąki, niknącej wśród will i domów, zielona była, aksamitna, wyraźna i przeciemna.

Nad nią wznosił się drugi taras z szafiru, przetykanego srebrem śniegu, i smuga ta miała w sobie tajemniczość znikającego w szmaragdowej toni, szeroko rozwartego, archanielskiego skrzydła.

Rozmodlone, rozwarte ku górze jak hymn, jak strażnica pięło się to skrzydło niewidzialnego ducha ku opalowej warstwie widmowej, wyniosłej, dalekiej, rozpływającej się w błękicie bladym niebios, na które biały księżyc wypłynął, ni to obłok, ni to nagłe rozwarcie się tego błękitu w srebrny, lekki puch.

Od Tatr, od hal, od wianków kosodrzewiny, na które spływał welon śniegów, niosło przedziwną wonią świeżej żywicy i czystego Ducha.

Dobro tam panowało. Dobro ciche i ukojenie bez granic. Dobro to płynęło całym potokiem ku ludzkim piersiom, ku ludzkim duszom. Chciało w nie wniknąć, rozmarzyć, ukoić, nauczyć kochać, przebaczyć, zapomnieć i stanąć wobec wielkiej Zagadki bez trwogi, z przygotowaniem zupełnym.

Lecz o warstwę nędzy, niby zdobytej doskonałością życiowych, ludzkich, mrówczych zabiegów w celu ulepszenia bytu i umożliwienia wygodnej podściółki duszy i ciała, obijały się często na próżno owe świeże, wonne i czyste wiewy nad szmaragdem lasów wznoszącego się archanielskiego skrzydła.

Wzrok ludzki, przyzwyczajony ryć bruk miejski, z trudnością sięgał do wyżyn opalowych i tam starał się odnaleźć początek wszelkich najpiękniejszych idei ludzkości.

Rył ciągle, rył powoli, pod ciężarem powiek wpółsennych i chorych.

Przed łańcuchem Tatr, przed ich szmaragdem, szafirem i opalem, przed ich mądrą i wielką pięknością stają dwie postacie kobiece w popielatych bucikach, na wysokich, francuskich obcaskach, z szyjami szczelnie opancerzonymi w wysokie jak u pruskich junkrów kołnierze.

I jedna mówi do drugiej:

— Chodźmy już do domu.

— Dobrze, mamusiu.

— A uważaj i patrz przed siebie, żebyś nie zabłociła bucików.

I idą sobie, jedna za drugą, mniejsza przodem, w jednakowych, narzuconych na plecy granatowych żakiecikach o złotych guziczkach.

Idąc patrzą ciągle w ziemię, ryją wzrokiem po chodniku, wybierając suchsze miejsca i chroniąc jasne buciki.

Nagle opalowe, widmowe kontury gór obrysowały się złotopurpurowym paskiem.

Jest to nadzwyczaj piękne, niewypowiedzianie piękne zjawisko i chwila to dziwna, uroczysta, jakby natura dyszała żarem swej drugiej, doskonalszej, astralnej duszy.

I w takiej chwili już rozróżnić nie można, czy toodblask słonecznych ostatnich blasków, czy to powstanie wypromieniowania własnego światła z łonaziemi, tak krwawo, tak ofiarnie, tak płomiennie znaczą się w przestworzu świetlane linie gór.

Lecz idące dwie kobiety nie dostrzegają tych cudów, one idą jedna za drugą w swych granatowych żakiecikach i patrzą uważnie na dół na ziemię, aby ocalić nowe, śliczne, popielate buciki.

V

Doszły do domu, który jak dziwne, żółte pudełko wdzięczył się z daleka kolorowymi szybkami werandki, osłonionej lasem maluchnych choinek.

W milczeniu przeszły po deseczce, rzuconej przezrowek, i skierowały się ku sieni.

Pierwsza weszła w głąb trochę ciemnawą Pita, leczcofnęła się i stanęła u progu.

Delikatny rumieniec pokrył jej twarzyczkę.

Idąca za nią matka zatrzymała się zdziwiona.

— Dlaczego nie idziesz? — zapytała dziecka.

Lecz ona chwilowo zdawała się wahać z odpowiedzią.

— Nie wiem... noga mnie zabolała — wyrzekła cichutko.

— Cóż znowu! Może zwichnęłaś?

— Nic, nic...

Tuśka usunęła dziecko i weszła do sieni.

Jakieś dwie postacie ciemne przylgnęły w kącie do siebie i tak były rozszeptane, iż nie widziały wejścia Tuśki i Pity.

Kobieta uczepiła się u szyi mężczyzny i coś mu mówiła do ucha, przekładała, tłumaczyła.

On tylko kiedy niekiedy potrząsał głową i z cichym chichotem całował ją raz po raz w szyję.

Jego ręka bieliła się na brązowym tle jej serdaka.

Z jej głowy spadła chustka, a ukośne światło, bijące na nich cieniutką strugą, rozświetlało jej włosy płowe złotawą, delikatną mgiełką.

Zaszyli się tak w kąt sieni pomiędzy wióry nagromadzone tu i heblowiny jak w mech, jak w trawę.

Bezpieczni byli i radzi sobie, a prości, młodzi jak dwa smreki rosnące na jednym stoku góry.

Tuśka natychmiast rozpoznała w mężczyźnie Józka, zwanego Chrobakiem, „piknego” męża gaździny.

Kobiety nie znała, nie widziała jej nigdy w chacie.

Ogarnęło ją uczucie niesmaku.

To oszukiwanie starej żony pod progiem jej mieszkania przejęło ją wstrętem.

— Idźcie stąd precz! — wyrzekła twardo.

Lecz oni nie rozpletli z uścisku rąk, tylko otworzylidrzwi do izby i weszli, cicho stąpając w swych kierpcach rozmokłych.

Wówczas Tuśka przypomniała sobie o córce i zwróciła się ku niej wzburzona:

— Chodź, Pito — możesz już przejść.

Dziecko z ciekawością patrzyło w kąt, gdzie przed chwilą stała całująca się para.

Ociągając się wchodziła do pokoju.

— Chodź już! — zawołała matka.

W pokoju znalazły gaździnę, która fartuchem miłośnie ocierała piec. W serdaku, wywróconym włosem do góry; z włosami jak atrament, spadającymi w cienkich kosmyczkach po obu stronach pociągłej, żółtej twarzy, robiła wrażenie wodza indyjskiego, wziętego w niewolę i zmuszonego do sprzątania w zakopiańskich izbach.

Ta sama niemal złość, to coś niewysłowionego, co chwytało istotę Tuśki gorącą obręczą żalu, tęsknoty i wzgardy, przejęło ją i teraz.

Zwróciła się do gaździny:

— Moja gospodyni — wyrzekła zdławionym głosem — proszę was, żebym na drugi raz mogła spokojnie przejść przez sień...

— A dy bez co nie mogom przeńść?

Tuśka w tej chwili pomiarkowała się, iż słucha ją Pita, która bardzo spokojnie zdejmowała z siebie żakiecik, kapelusz i układała ubranie do pudełek i szafy.

— Wasz mąż... — zaczęła po chwili wahania — zajął całą sień z jakąś kobietą, rozmawia, sprzecza się czy co... nie wiem...

Gaździna splasnęła w ręce.

— Dy to Hanusia.

— Nie wiem...

Pita ukosem patrzyła na gaździnę.

Tuśka ten wzrok podchwyciła.

— A... to jego siostra. Tak, tak, to siostra — wpadłanagle ucieszona, że ma punkt wyjścia.

I zwracając się do córki tłumaczy:

— To była siostra gazdy.

Lecz Wikta psuje szyki.

— Dzie zaś — mówi spokojnie — Józek siostry nijakiej nie ma. Hanka Pazerna to je taka, co z nim przedtem siedziała...

I widząc szeroko rozwarte oczy Tuśki, która po raz pierwszy spotyka się z tym brutalnym określeniem żywiołowej miłości, dodaje:

— No, wicie... siedziała. Ino ksiądz ich wywoływał z ambony, a potem Józek se zmiarkował, że niby je pikny chłop i może mieć jense życie, a nie takie płone, i rozszedł się z kupy, a za mnie się wydał.

I zwróciwszy się do pieca, znów kafle obcierać zaczęła.

Tuśka starała się odzyskiwać równowagę.

— Proszę was, moja gaździno, chodźcie ze mną do sieni.

Weszły obie i cofnęły się w kąt, tonąc stopami w wiórach jeszcze mokrych od błota kierpców Hanki i Józka.

— Moja gospodyni — zaczęła Tuśka, mrużąc oczy i przybierając ten sam ton, jaki przybrała w Krakowie, wydając hotelowej pokojówce rozkaz banicji „kiciusia” i jej uwodziciela — ja sobie nie życzę, aby coś takiego działo się pod moim progiem.

Wikta spojrzała na nią zdziwiona.

— Co sobie nie życom? — spytała — tych wiórów? Mało pomału ich wyzeniem do pola.

— To nie o wióry chodzi, ale wasz mąż całował się z tą dziewczyną tutaj w sieni... Przepraszam was, że wam tym robię przykrość, ale musiałam to wam powiedzieć...

Bała się spojrzeć w żółtą twarz gaździny, bo przypuszczała, iż odbić się na niej musiało straszne wzburzenie i ból, jaki przejął serce tej starej kobiety na wieść, iż tuż pod bokiem jej zagnieździła się zdrada.

Tymczasem gaździna nie ruszyła się z miejsca.

— On jest w swoim prawie! — wyrzekła wreszcie z jakąś uroczystą powagą.

Tuśka aż drgnęła.

— Jak to? przecież to wasz mąż!

— Ale ona beła u niego pirsa... On jest w prawie!...

Mąt ogarnia umysł Tuśki.

Czuje, że jest wobec czegoś, co sprzeciwia się najzupełniej układom społecznym, lecz równocześnie jest czymś potężnym i wielkim w bezgranicznym pojmowaniu istoty życia.

— Bo wicie, co wam jesce powiem — mówi znów wolno gaździna — u nich jeszcze jest i mały chłopiec.

Rozkłada szeroko rękoma.

— To je tak.

I powoli, spokojnie, wyniośle, lecz mimo to jakby na ramionach dźwigała dobrowolnie krzyż, wychodzi z sieni na ulicę.

Tuśka patrzy za nią, jak idzie rosła, chuda, niby wyciosana siekierą, straszna i dziwna, z głową pochyloną, oblepioną kosmykami czarnych włosów, które łączą się z futrem serdaka.

Idzie powoli, przechodzi kładkę. Dokoła jej chudych bioder kołysze się wyżarta słońcem kolorowa spódnica. Bose nogi wbijają się z siłą w cienką deskę kładki. Ręce wtuliła pod serdak.

Ostro odcina się czarna i twarda na tle żółtawego światła, które włóczy się prawie przy ziemi, jakby z niej wysnuwało się ku ciemniejącemu powoli niebu.

I ma w sobie ta prosta kobieta ogromną filozofię brania życia według warstw, w jakie się układa. Logika jej jest tak silnie ustawiona i pewna, jak jej chód, nigdy nie chwiejny i zawsze z całą wolą skierowany. Ona tylko zna jedno prawo własności; i tak, jak może wynająć swoją izbę i „pikny” piec, i „pikne firanki”, tak samo może na pewien czas odstąpić swego „piknego męża”. Wszak pomimo to ona jest zawsze właścicielką sadyby, pieca, kanapy i Józka.

Tego prawa nikt jej nie odejmie i nie zaprzeczy. Ani ci „goście”, wynajmujący na sezon jej sadybę, ani ta Hanuśka, do której serdaka tak przylepła miłośnie ręka Józka.

Wikta niosła w sobie wyrobioną silnie, prawdziwą może i jedyną mądrość życiową. Nie walczyła przeciw samej sobie i poddawała się prawom, które jej instynkt do jej indywidualności przystosował. Nie wmawiała w siebie bolu, który według przyjętych obyczajów i zasad, musiała czuć każda kobieta w jej położeniu.

To nie było jej własną tragedią, to był szablon tragiczności ułożonej do użytku całej bandy ludzi.

Ona była jednak tak silna, że nie potrzebowała sięgać do owego szablonu, aby uczuć się wrażliwą w bolesny czy kojący sposób.

Szła twarda, kanciasta, ostra dźwigając na swych ramionach jakąś potęgę, która z niej tworzyła odrębną, specjalnie czującą istotę.

I przeszedłszy drogę zniknęła pnącą się ścieżynką wśród dużych złomów skalnych, po których rwał się bystro z grzechotem dziwny górski potok.

VI

Sala teatralna napełniała się powoli.

Tu i owdzie widać jednak było duże szczerby i puste krzesła świeciły białością dobrze zheblowanego drzewa.

Szczególnie dotyczyło to miejsc droższych. Kilka zaledwie pierwszorzędnych krzeseł zajęła publiczność dość strojna, ale jakaś cicha i jakby niezadowolona.

Cała doza krytycyzmu quand même, charakteryzująca widzów teatralnych, spływała ze stropu czystej salki, utrzymanej forsownie w „stylu”, lecz oświetlonej skąpo i trochę smutnej.

Od cukierni dolatywał gwar głosów i szczęk porcelany. Publiczność nie śpieszyła się z wejściem, siedziała przy stolikach lub stała w przejściach.

Wyprostowane, wystrojone jak lalki, w białych, szewiotowych sukniach, przemknęły do swych miejscTuśka i Pita. Ubrane były starannie, uczesane z całąsumienną elegancją, zrobiły doskonałe wrażenie.

Oglądano się za nimi. One obie prostowały się, przyjemnie podniecone tymi spojrzeniami, które za nimi pobiegły. Tuśkę jednak ukłuła ta myśl, iż to są najlepsze ich suknie.

— Opatrzą się — pomyślała zmartwiona.

Był to jej beau jour i rzeczywiście wyglądała bardzo ładnie.

Troszkę pełne jej kształty opinał dość miękki szewiot bardzo szczęśliwie. Ogromny gipiurowy kołnierz, spadający z ramion, krył to, co mogło być poczytane za pewną zbyteczną obfitość. Natomiast twarzyczka była drobna, prawie porcelanowa. Szczególnie piękną była w linii i wyrazie broda Tuśki, ozdobiona ślicznym dołeczkiem. Młodzieńcza, świeża, jakaś ponętna i ciągnąca. Włosy gęste, złotawe, prześlicznie utrzymane, fryzowane w modne abażurowych kształtów sploty, odsłaniały kark równie młodzieńczy, pełny i biały. Oczy tylko pozostawiały dużo do życzenia. Były wprawdzie skośne, oryginalne, podobne do oczu Japonki i przybierały chwilami szczególny, niepokojący wyraz, lecz były małe i źle oprawne. W całości jednak Tuśka robiła dobre wrażenie wysokim wzrostem, ładnym chodem, ruchem nie pozbawionym dystynkcji. W białej sukni i dużym białym toku z kwiatów, przy wieczornym oświetleniu, zachwycić mogła nawet dość wybredne gusty.

Szczególnie jednak pięknie przedstawia się Pita. Cera jej, delikatna jak płatek kamelii, mieniła się bladą barwą róży i alabastru.

Chwilami zdawało się, że ktoś roznieca wewnątrz niej różowy płomień i że cudowne blaski przeświecają na wskroś jej twarzyczkę.

Prześliczne rysy, drobniuchne, ironiczne usteczka, włoski o popielatej barwie, spływające spokojnie do połowy pleców, aureola białego kapelusza, ocienionego puszystym, śnieżnym piórem, i ten nieuchwytny wdzięk rozanielenia się w samej sobie, jaki mają dziewczynki w wieku Pity, tworzył z niej całość prawie nieziemską, połączenie anioła Ghirlandaja z dziewczętami Burne-Jonesa. Było to czyste, idące ponad życiem, a przecież ziemskością na wskroś przesiąkłe, od maluchnych stopek, obutych w błękitne, dobrze wyciągnięte pończoszki i białe buciki, a skończywszy na tej parze niewidzialnych skrzydeł, które z lasu popielatych włosów wystrzelać jak lilie się zdały.

Gdy tak obie usiadły wśród pustych krzeseł, zabielało, zaśnieżyło się od nich w sali. Powiało jednak jakimś chłodem, sztucznością dobrze wysznurowanych dusz i klatek piersiowych. Obie jednakże uśmiechały się na „kredyt”, grzecznie i uprzejmie.

A przecież doznały niemałego zawodu.

Myślały, że w tym teatrze znajdą wiele osób, które podziwiać będą ich śnieżne szewioty i płaskie, anamickie kapelusze.

Obie jednak nie wydały się ani na chwilę z owym zawodem, ani przed sobą, ani przed tą nieliczną garstką widzów, która im się przyglądała.

Muzykanci w orkiestrze, przystrojeni po „zakopiańsku”, naziewawszy się i nakrzywiwszy dostatecznie, zaczęli rozwłóczyć swoją nudę tonami jakiejś niewyraźnej uwertury.

Kurtyna ciemna i posępna, wyobrażająca Morskie Oko, poruszała się tajemniczo.

Nie dochodziła do ziemi i co chwila jakaś para nóg, mniej lub więcej solidnie obutych, zjawiała się pod jej brzegiem.

Nogi te, kobiece, męskie, wyśpiewywały całą tajemnicę takiej wędrownej, przygodnej trupy stołecznych aktorów, którzy „dla odpoczynku i nabrania sił” przewłóczą się z kąpielowego miejsca na miejsce kąpielowe, aby przeżyć te kilka tygodni na świeżym powietrzu i kto wie, zarobić może parę guldenów na zapłacenie długów zaciągniętych w zimie.

Wreszcie kurtyna się podniosła.

Grano jakąś farsę francuską, pełną dwuznaczników i jednoznacznych sytuacji.

Od pierwszej sceny rosła i tłusta aktorka rozsiadła się na kolanach jednego z grających i nie miała zamiaru tak prędko ruszyć się z zajmowanego stanowiska.

Wymagała tego sytuacja sceniczna, jak również całej serii dowcipów, wyplutych przez znudzonych aktorów z jakąś brutalną złośliwością.

Tuśka ani drgnęła.

Ona, która z taką troskliwością osłaniała Pitę przed widokiem Józka, całującego Hankę w sieni góralskiej chaty, tu, na scenie, uznawała za zupełnie naturalne to, co córka jej miała przed oczyma.

Była w tym nieporównana konsekwencja większości kobiet, śmiesznych w swych odruchach źle pojętej ostrożności macierzyńskiej.

Akt pierwszy skończył się szybko i kurtyna zapadła z szumem i łoskotem. Nikt nie porwał się do brawa. Nuda spadała z wolna z jasnego sufitu i chwytała za kark garstkę zbłąkanych widzów, którzy, przyjrzawszy się sobie i oceniwszy wzajemnie, siedzieli kurcząc się, garbiąc i kwaśniejąc jak rydze octem nalane.

Nagle poza Pitą i Tuśką zrobiło się gwarniej i weselej:

Jakieś towarzystwo, złożone z kilku osób, siadło poza nimi roześmiane i rozszeptane.

Szeleściły jedwabne podszewki, dzwoniły breloki.

Wionęła trèfle incarnat, violettes de Niva — rozpyliła się welutina Raya, nieśmiertelna welutina!...

Tuśka i Pita poruszały nozdrzami.

Znalazły się w atmosferze pewnej światowej elegancji, uzewnętrzniającej się niemal w każdej sferze kobiet w jednakowy sposób.

Towarzystwo to składało się z trzech kobiet i jednego mężczyzny.

Przez chwilę wszyscy siedzieli we względnym spokoju, lecz szybko szepty się rozpoczęły.

— Nie wszyscy przyszli — szeptała któraś z kobiet.

Mężczyzna roześmiał się półgłosem.

— A mówiłem... nie jedźcie.

— Pewnie — odparła inna kobieta — tobie dobrze, masz całą gażę i jesteś sam.

— Ja ci kazałem zostać matką?

— Ach! jaki pan jest trywialny.

— Nie, no... to doskonałe. Wyjeżdżasz ze swymi dziećmi na każdym kroku.

— Mój kochany, daj mi spokój.

Nastąpiło znów chwilowe milczenie.

— Gdzie pani zostawiła dzieci? — pytała znów pierwsza z kobiet.

— W numerze zamknięte.

— Co też pani wyrabia! Jeszcze się kiedy spalą.

— Pochowałam zapałki. Zresztą one do tego przyzwyczajone. Będą siedziały po ciemku aż do mego powrotu. Wczoraj Kazio tylko westchnął, żeby choć było światełko... Ja mu mówię: „Nie można, Kaziu.”

A on na to: „Dobrze mamusiu, ja tylko tak...”

— Ile lat ma Kazio?

— Pięć.

— A mała?

— Trzy.

— Dlaczego pani je wozi ze sobą?

— A gdzież je zostawię? Przy kim? Mam to ja kogo? Rodzinę albo co?... Pani dobrze, pani ma matkę...

— E! lepiej niech mi pani o tym nie mówi.

W uszy Tuśki wpada ten szept doskonale, lepiej niż to, co mówią aktorzy na scenie. Zresztą przestała się interesować czworokątem, złożonym z męża, kokotki, żony i kochanka żony.

Czuje instynktownie, że poza nią są właściwe tragikomedie i że tam aż kipi od życia i jego prawdziwej melancholii.

Znów daje się słyszeć głos męski:

— Czemu pani do domu nie idzie?

— Do jakiego domu?

— Ano, do numeru, do dzieci.

— Przyszłam zobaczyć, może co dostanę z dzisiejszego przedstawienia.

Aktorki zaczęły się śmiać dyskretnie.

— Lepiej uciekaj — zawyrokował mężczyzna — bo okaże się, iż musicie dopłacić i będzie pani musiała coś z kieszonki dołożyć.

— O! o! to mnie nie ma.

Szelest sukni, brzęk breloków i z symfonii perfum ulatnia się i ginie trèfle incarnat.

Jeszcze w przejściu szumi suknia, kiedy daje się słyszeć szept pozostałych:

— Szalona!

— Daj spokój... Biedna kobieta.

— Co, biedna? — szydzi mężczyzna. — Potrzebne jej dzieci? co?

— A! mój drogi — oburza się jedna z aktorek — to trudno, kobieta, niestety, nie może być kukułką, tak jak ty.

— Legenda o kukułce obalona — wymyśl pani co innego.

— Nie wymyślę, dopóki będą tacy jak ty ludzie.

— Zrobiłem ci co złego?

— Mnie nie, ale...

— No, to daj spokój, bo się zemszczę.

— Ty?

— Ja...

Śmiech leciuchną gamą wstrząsa brelokami.

— Jak?

— Rozkocham i unieszczęśliwię.

— Ach, ty głupi! głupi!...

Jak kuglarze japońscy szklanymi kulami, tak ci ludzie igrają ze śmiechem i lekko tym, co stanowi często ból i tragedię życia.

Tuśka ma dziwną ochotę obejrzeć się, zobaczyć, jak wyglądają te kobiety i ten mężczyzna.

Wieku ich nie może odgadnąć. Głosy ich są świeże i wygimnastykowane.

Teraz aktorki coś szepcą pomiędzy sobą, ale cicho, tak że już nic dosłyszeć nie można.

Nagle odzywa się mężczyzna:

— Żeby też jedna z was miała tak śliczne włosy, jak ta dziewczynka, która siedzi przed nami.

— Przecież ja mam także złote włosy.

— Aha, eau de fée czy tam aureoline czy jak tam. Ale ta mała ma miękkie, jasne, długie...

— Wielka historia... w jej wieku...

— A... toteż to... w jej wieku!

Pita siedzi nieporuszona, tylko uszki jej pokrywają się delikatną czerwienią i płoną wśród złotych włosów jak dwa płatki maku pomiędzy łanem zboża.

— Co ty masz za pasję mówić nam przykre rzeczy? — pyta wreszcie jedna z kobiet.

— Bo was lubię.

— Daj mi lepiej tę różę... miętosisz ją cały wieczór, zwiędnie.

— Nie. Dam ją tej panience, która ma takie śliczne włosy.

I nagle Pita czuje, jak sponad jej ramienia na jej kolanka, w środek złożonych rąk spada śliczna, aksamitna, purpurowa róża.

Kwiat jest wesoły, przystrojony kilku świeżymi i mokrymi listkami; dziecko mimo woli chwyta w paluszki łodygę kwiatu.

Tuśka widzi doskonale, co zaszło, lecz doznaje dziwnego uczucia zmieszania. Nie wie, co ma robić. Czy pozwolić dziecku przyjąć ten kwiatek, rzucony z takim jakimś niedbałym wdziękiem przez nieznajomego aktora, czy zwrócić sama jako niewłaściwy i zbyt śmiały objaw przedwczesnego hołdu dla córki.

Nie wie czemu, ale czuje, że to „towarzystwo”, lekkie i podobne do żonglerów cyrkowych na arenie życia, wyszydzi ją, jeśli okaże się zbyt surową. Pozostawić zaś tego kroku mężczyzny bez jakiejkolwiek interwencji niepodobna.

W zakłopotaniu zwróciła się trochę profilem.

Siedzący poza nią widzą jej ładne rysy, śliczny podbródek i ucho czerwieniące się jak płatek maku na tle złotych rozwichrzonych trochę włosów.

— Szkoda, że nie mam drugiej róży! — mówi półgłosem mężczyzna.

Tuśkę przebiega gorący dreszcz.

Czuje i rozumie, iż ta druga róża byłaby dla niej.

— Nudny jesteś! — śmieje się jedna z kobiet. — Czy ty się nigdy nie oduczysz latać...

Urywa i nagle pyta:

— Zostajemy tutaj na kolacji?

— Pewnie... Gdzież pójść?

— Dziura!... te wszystkie Gubałówki, Giewonty i inne szczyty to blaga. Chodźmy!

— Chodźmy!...

Wstają, zbierają fałdy sukien, przesuwają się z szumem, z zupełną niedbałością form i zwyczajów.

— No... chodź, stary.

— Idę!...

Wychodzą.

Gdy poszli, Tuśce zdaje się, iż wytworzyła się nagle dokoła niej dziwna i niezrozumiała pustka.

Chłód wieje na nią, na jej kark z tych miejsc opustoszałych.

Ci ludzie byli przecież dla niej obcy zupełnie, nie zna ich, przed chwilą nie wiedziała, że istnieją, nie wie nawet, jak wyglądają, a przecież, gdy odeszli, zabrakło jej nagle jakiegoś tła, w które się bezwiednie wtuliła.

Purpurowa róża czerwieni się ciągle w rękach Pity.

Jasna, wesoła, leciuchno woniejąca, sieje jakąś beztroskę, jak ci, którzy odeszli.

Za chwilę zwiędnie, stanie się trupem.

Oni tak samo.

Ale przez dany moment życia promieniują z siebie tragikomiczną lekkość puchowych kwiatów, rozlatujących się z chwilą zaniku po mogiłach kretowin.

Przedstawienie dobiegło końca.

Tuśka z Pitą powstają z miejsc, ale wzrok ich przygasł, rumieńce znikły. Mają w sobie charakterystyczny wygląd błyskotliwych kobiet, którym nikt się nie przygląda.

Narzucają po swojemu żakiety na ramiona i wychodzą na ulicę przez werandę, na której sinawe lampy sączą niewyraźne, jakby chorobliwe blaski.

Jakby z mysich jam lub krecich nor nadbiegła nocą chmara publiczności. Zlecieli się do tych lamp sinych na kształt korowodu ciem i obsiedli blaszane blaty stolików.

Miasto się rozgwarzyło i rozsiadło tryumfalnie w żelastwie i kurzu. Kobiety szczebiocą, wiewając płaskimi kapeluszami. Szerokie rękawy, falbany gaz i muślinów wysuwają się spod ponarzucanych białych, sukiennych zarzutek.

Jakaś rodzina semicka, cała strojna w serdaki, wchodzi na werandę, potrząsając groźnie ciupagami, na których dzwonią kółeczka. Małe dziecko, przebrane za góralika, wierci się pomiędzy stołami.

Tuśka i Pita prostują się, nabierają szyku, tego „warszawskiego”. Tuśka przygryza usta i staje niepewna i wahająca. Chciałaby pozostać z Pitą „wśród ludzi”, bo już się do nich stęskniła. Jest jednak sama i widzi, że wszystkie stoliki, zajęte przez damy, mają jakąś asystę męską.

Pokusa jest jednak nadto silna. Stolik na przejściu wolny. Tuśka mimo woli zbliża się ku niemu.

— Może napijesz się herbaty? — pyta uprzejmie córki. — Jesteś blada, może chora.

Dziecko z przedziwną intuicją odgaduje intencje matki.

— Jeżeli mama taka łaskawa.

Siadają tuż przy balustradzie.

Przed nimi bieleją dziwaczne grzbiety płótnem okrytych furek, na tle ciemnych kamienic.

Woźnice siedzą w głębi budek, drzemią albo palą fajki.

Co chwila ku werandzie pomykają całe gromadkiturystów.

Wyłaniają się z ciemni i wpadają w sine światło mrużąc oczy — radzi, że się wreszcie w „cywilizację”dostali.

Tuśka, usiadłszy, doznaje znów uczucia ciepła i spokoju. Ogląda się: poza nią siedzą strojne panie w towarzystwie kilku jasno ubranych, dość eleganckich mężczyzn. Przy drugim stoliku kilku mężczyzn raczy winem jakiegoś górala, który stara się zwrócić ogólną uwagę, krzycząc głośno i produkując swój „humor” i błękitne wstążki, związane pod przebiegłą i chytrą brodą.

— Panie ksiązęciu! — mówi góral — panie książę, kcecie na wielką wantę? Pójdziem! Jo was, panie ksiązęciu, za portecki z tyłu chyce. Wendziemy.

Młodzieniec, nazwany „panem książęciem”, skrzywił wygoloną, długą twarz i odparł z nieznacznym grymasem:

— Ja sam się wydostanę bez waszej pomocy.

Chytre oczki górala zaświeciły, zaczął czmychać nosem i trzeć dziwnie wykrojone usta.

— Nikany nie wyjdom sami, bo w nóżkach słabe — czmychnął ze śmiechem.

Tu i owdzie po stolikach siedzące towarzystwa zaczynają się mniej lub więcej dyskretnie zaśmiewać.

Widzi to góral w niebieskiej obroży, rad powstaje z krzesła i coraz więcej pozuje dla galerii.

— Jak ci ja, panie ksiązęciu, i Matka Najświętszanie pomoże, to hipnies, chocieś sprzętny i wywyrtny. Hej!...

Książę pakuje ręce w kieszenie od spodni i kołysze się na pogiętym, żelaznym krześle.

— Żebyście wy, Gąsiennico, tak często Matki Boskiej nie wzywali — mówi, patrząc na górala zamglonym, lecz pełnym głębi wzrokiem.

Gąsiennica Wojtek machnął gunią i rozstawił nogi.

— Jakże to? nie wzywać, kiej to nasa Pani i Królowa, i wsyćko...

— Toteż właśnie dlatego — tłumaczył książę. — Wy, Gąsiennico, gracie sobie teatr, a niby z nabożeństwa wzywacie ciągle Boga i świętych Jego!...

— Bo to je nasa Pani! — darł się góral, wodząc chytrymi ślipkami dookoła. — Pani, co na kmurak se siedzi... A ja wam co powiem. Był taki plugac...

— Dajcie spokój — przerwał mu książę — co tam będziecie Sabałę małpować. To już nudne! Kelner, płacić!

Góral od pewnej chwili pozował głównie dla Tuśki. Kręcił się przed nią, uśmiechał, pokazywał białe i drobne zęby, błyskał oczkami, słowem, wyglądał jak tańczący kogut przed kuropatwą.

Tuśka zauważyła ten manewr, ale go nie rozumiała. Czuła się tylko nieprzyjemnie zmieszaną, jakkolwiek z ciekawością śledziła krygi górala.

Przywołanie kelnera ostudziło trochę zapały pięknego Wojtka. Czuł, że poczęstunek się kończy i „panie ksiązęciu” jest jakby obrażony. Przy tym to wyrażenie „małpować Sabałę” dotknęło ambicję w portecki wysywane i gunię niepłoną przystrojonej chytrej lalki, zapragnął rewanżu i zabrał się do niego z wielkim sprytem.

— Gniwocie się, panie ksiązęciu? — zapytał, zbliżając się do księcia — piknie ik pseprasam. Byłek zawse zajadliwy a wartki... Ale niech odpuscom...

Chytrze się do księcia podbierał, łypając oczkami na wszystkie strony.

Publiczność zaciekawiona aż wstawała z miejsc, patrząc na tę scenę z ironią i ciekawością.

Książę, znudzony, ładną rasową ręką Wojtka z lekka usuwał.

— No... no... dobrze...

— Piknie ik pseprasam! — jęczał Wojtek.

— Dobrze, dobrze... tylko mnie czasem nie pocałujcie.

Nastąpiła chwila ciszy.

Widocznie góral coś sobie rozważał, kalkulował, rozliczał w tej króciuchnej chwili.

Oczyma się obaj zwarli, książę chłodny i stalowy wzrok utkwił w migocące i przyczajone ślepki górala.

I nagle Wojtek poskoczył, pochylił się, wionęła cuka biała jak śnieg na Wysokiej i pokryła przez sekundę księcia.

Wojtek pocałował długą, białą, książęcą twarz, która stała się jeszcze bledsza, a jasne rzęsy pokryły stalowe źrenice, które cofnęły się w głąb jakby olśnione.

Publiczność zaszemrała, ucieszona tym faktem, jakby wybornym rozwiązaniem sceny, której głąb uszedł jej zupełnie, a pozostała zrozumianą tylko farsowa strona akcji.

Książę wstał, pchnął stolik i zwrócił się do towarzyszów, którzy dość apatycznie patrzyli na to całe zajście.

— Chodźmy!...

Ale Gąsiennica w lot wyczuł, iż teraz książę został przez niego okryty śmiesznością. Wiedział także, iż stosunek jego z książęcą drużyną jest zerwany bezpowrotnie, więc zapragnął wyzyskać daną chwilę na swoją korzyść jak największą.

— A, panie ksiązęciu! — zawołał w ślad za odchodzącym — fstręt ik zebrał? Coz to, gębusia moja nie taka jak wasa? Zaraźliwa je, cy co? Coz to? Ja ciarapara? hej!...

Książę zeszedł z werandy, nie oglądając się nawet, i zniknął ze swymi towarzyszami w cieniu źle oświetlonej ulicy.

Gąsiennica pozostał sam na pobojowisku.

Potoczył wzrokiem dokoła — tryumfalnie machnął ciupagą i zaczął:

— Hej!...

Rozniosło się to jakoś dziwnie po stolikach, na których mokły słomki w mazagranach, grenadinach i orszadach.

— Hej!...

Ani tego oddać żadne skrzypki nie potrafią, ile sentymentu włoży czasem góral w ten jeden króciuchny krzyk. Niesie on z sobą nędzę smutnych pól, poczepianych gniazd, jęk smreków, bijących pokłony pod grozą skrzydeł halnej wichury.

Lecz zarazem i wyiskrzoną biel, i ciemnię kosodrzewiny, i huk młodzieńczy a silny walących się z gór potoków, i mgłę chmur, w których pławią się juhasi o spalonych od słońca twarzach.

— Hej!...

Powiało to od hal, od łąk — rozbłękitniało płatami gencjan, nad którymi rozpięło się srebro śniegów i ametyst oparów kryjących iglice i tarasy Tatr. Była w tym krzyku dzikość i smętek, fantazja zbójnicka i szał „tryfusowej” gorączki, był duch ognia watr, nieconych przed szałasami, i rączy pościg migających jak orły kozic. Była rozpacz beznadziejna małych przydrożnych kapliczek i cmentarzów górskich, na których jarzębina tylko purpurę korali na opuszczone groby w noc zaduszną rzuca, była przygasłość wzroku kretynów obnoszących swe wola pod czernią łachmanów.

— Hej!...

Jakiś jakby dech silny i groźny przeleciał nad werandą, tonącą w sinym blasku kul.

Cała dusza Tatr mignęła w tym tchu, gniewna za to najście wykrygowanych mrówek, wnoszących ze sobą szarą drobiazgowość zbytecznych potrzeb życia. Świętokradztwem od wichrów spadło i wstrząsnęło pod serdakiem (krojem staników i żakietów) piersiami. Była to jedna dziwna, nieuchwytna, nieprzetłumaczalna na język szablonów chwila.

I znów ucichło wszystko.

Widmo gór, które tak wystąpiło przeogromnie w tchnieniu swoim, cofnęło się i zastygło.

Rozdzwoniły się łyżeczki, trzaskały zapałki, migały dzienniki na długich drągach. Przestano się interesować Gąsiennicą i jego błękitnymi wstążkami. Ciekawy był tylko w zestawieniu z księciem.

Sam bladł i tracił zupełnie to, co więziło ku niemu oczy.

Poczuł to jak aktor, który po tryumfach scenicznych wraca sam do domu pod parasolem i w zbyt dużych kaloszach. Lecz Gąsiennica wytrawny był i wytrwały. Zwrócił się znów ku Tuśce i zaczął świdrować oczkami.

I nagle, jakby z kobzy jakiej wydobywał swe efekty, podskoczył, gwizdnął, krzyknął i puścił się po asfalcie werandy „zbójnickiego”.

Dreptał i pozierał na „nóżki”, wyglądające jak maczugi owinięte płótnem. Zgrabnie podskakiwał i bił piętą w ziemię. Cucha rozlatywała się dokoła niego jak skrzydła. Głosem ochrypłym śpiewać zaczął wieczne i klasyczne

W murowanej piwnicy

Tańcowali zbójnicy...

Dopiął swego.

Publiczność zerwała się z miejsc i zaczęła przyglądać się tańczącemu jak pajacowi na linie.

Pita w zachwycie złożyła ręce.

Zewsząd dawały się słyszeć szepty:

— Tańczy! tańczy!...

Z wysoką filozofią i leciuchnym odcieniem ironiispoglądał na tę produkcję sztab kelnerów.

Oparci o ścianę, asystowali tej komedii z sennymwyrazem twarzy.

Kazali se piknie grać

I na nóżki pozirać...

Podskakując epileptycznie, Gąsiennica łypał oczyma dokoła. Widział, że zrobił efekt, i napawał się nim. Zwrócił się widocznie ku Tuśce i na jej cześć bił się po karku i piętach. Robił wrażenie aszanta wykonywającego taniec wojenny.

Tuśka, mimo woli podniecona i zdumiona, patrzała na te konwulsyjne łamańce otwartymi szeroko oczyma.

Gąsiennica umiał doskonale umiarkować swe efekty.

Czuł, iż powinien teraz zrobić efektowne wyjście, aby zachować przewagę nad publicznością.

Jak koza leciuchno, w skokach nadzwyczajnych puścił się ku wyjściu z werandy.

Przemknął biały i strojny pomiędzy stolikami, przebierając „nóżkami”, z ciupagą w górę wzniesioną jak zawodowy baletnik kończący zbyt trudne pas.

Ogólny szmer uwielbienia, a nawet oklaski słyszeć się dały.

On błysnął raz jeszcze zębami, łypnął oczkami — krzyknął: — Hej!... — i zbiegłszy po schodach, zniknął w cieniu ulicy.

Tuśka odetchnęła.

Nie umiała wytłumaczyć sobie, dlaczego ten góral sprawiał na niej tak odpychające wrażenie. Lubiła przecież swoją gaździnę i patrzała na jej twarz i postać z pewną przyjemnością.

Nagle uczuła, iż ktoś od ulicy przez balustradę pociąga ją za brzeg sukni.

Mimo woli podniosła się i przechyliła, starając się zobaczyć, kto zaczepia ją w ten sposób.

Na dole, u kamiennej ściany, dostrzegła białą guńkę i twarz o rozwartej czeluści ust ku niej wzniesioną.

Z werandy padało trochę światła.

Poznała Wojtka Gąsiennicę.

Zarumieniona spytała prawie głośno:

— Czego chcecie?

— Może póńdziecie f góry ze mną? — wyskrzypiał głos górala. — Jo wos poprowadzę piknie na Giewont... gdzie fcecie... Nadaliście mi się.

Propozycja była zwykłego przewodnika, ale zęby białe śmiały się, oczy w cieniu błyszczały.

— Dajcie mi spokój — rzuciła gniewnie Tuśka.

Pita podniosła się z krzesełka, oparta o balustradę, i patrzała.

Lecz góral nie odchodził.

Znów Tuśkę za suknię pociągnął.

— Może póńdziecie...

Lecz w tej chwili spoza balustrady mignęła czarna hebanowa laska z ogromnym srebrnym monogramem.

— Mój człowieku, idźcie swoją drogą i zostawcie tę panią w spokoju.

Tuśka spojrzała.

Obok niej stał wysoki, młody mężczyzna z maleńkimi wąsikami, rosły, w białej kamizelce.

Laską zręcznie usuwał natręta, a równocześnie patrzał na Tuśkę wielkimi czarnymi oczyma, które zdawały się błyszczeć jak dwa diamenty.

Pod dotknięciem laski Gąsiennica rozpłynął się w ciemności z szybkością zmykającego kota.

Od furek tylko, gdzie czekali woźnice, doleciały chichot i szepty.

Tuśka spłoniona, przygryzając usta, skinęła głową w stronę mężczyzny.

— Dziękuję panu!

— O!... proszę!... — odrzekł uchylając kapelusza.

Tuśka usiadła znów na krześle. Miała zamiar odejść natychmiast, ale ogarnęła ją dziwna nieśmiałość. Czuła poza swymi plecami, iż towarzystwo strojne, które poznała po głosie, zajmuje się nią w tej chwili. Znów teatr, scena, aktorzy wcisnęli się w jej życie i otoczyli ją tym tłem, które było dla niej jakieś miłe i przytulne. Mimo to skrępowana była i po prostu ruszyć się nie śmiała z miejsca. Zdawało się jej, że to wyróżnienie napastliwe górala okryło ją śmiesznością w oczach tych ludzi. Siedziała więc naprzeciw Pity, zaczerwieniona, z uszami rozpalonymi i oczyma wbitymi w filiżankę z herbatą.

Tymczasem za jej krzesłem nie zajmowano się niąwcale.

Aktorzy i aktorki pogrążyli się w otchłani własnychinteresów.

Rozbierali plan dalszej wycieczki i wszyscy godzili się na jedno, że źle zrobili, decydując się na tę włóczęgę.

— Trzeba było osiąść gdzie na trawie, na CzarnejWsi albo pod Kopcem, i czekać jesieni.

— E!...

Aktor o hebanowej lasce, diamentowych oczach i małych wąsikach nie mówił nic, tylko pilnie wpatrywał się w kark Tuśki.

— No... patrzcie na Porzyckiego, czy on źle zrobił? — wyrzekła jedna z aktorek.

— Tak, ale trzeba mieć papę i mamę, tak jak Porzycki. Jak zabraknie, dodadzą synalkowi.

Aktor o diamentowych oczach wzruszył ramionami.

— No... nie życzyłbym ci mieć takie od rodziny dodatki, jakie ja miewam.

— A zawsze masz pieniądze.

— Bo oszczędzam. Stołuję się prywatnie, żyję jak filister, kocham się za darmo, a na ubranie zaabonowałem się w Wiedniu. Dlatego mi wystarcza.

— Podwyższyli ci gażę?

— Spodziewam się. Ale jak mi dadzą gdzie lepsze warunki, to pojadę.

— Forszus wziąłeś.

— Oddam — do łapy mi nie przyrósł.

— Oddasz? no!...

— E... daj mi spokój! Pies by z tobą tańcował polkę przez całe Planty, taka jesteś nudna.

— A ty ordynarny.

— Och!... jaka hrabina!...

Pita słuchała pilnie, co mówią w tej grupie, i widocznie obraz psa, tańczącego polkę przez Planty z tą śliczną i elegancką panną, bawi ją w niezwykły u niej sposób.

Zaczyna się leciuchno uśmiechać.

Porzycki dostrzega ten śmiech.

— Widzisz!... — mówi do koleżanki — jesteś taka nudna, że ta śliczna panienka śmieje się z ciebie.

— To z ciebie.

— Nie, z ciebie.

Tuśka czuje, iż powinna wstać i iść z tej werandy, gdzie swoboda grona aktorów wciąga i ją, i Pitę w swe zaczarowane koło.

— Chodźmy, Pita!

Z piersi Porzyckiego wydziera się jakby westchnienie:

— Szkoda!

Tuśka zabiera córkę i obie, przeprowadzone wzrokiem publiczności, schodzą ze schodków na ulicę.

Tuśka chce wsiąść do furki, lecz widzi, iż Porzycki i dwie aktorki wstały i oparte o balustradę, przypatrują się ich odjazdowi.

Siada więc do dorożki licząc mimowolnie, ile wydała dziś na teatr, herbatę, dorożki. Siada jednak z gracją.

To samo czyni i Pita.

Góral machnął lejcami, konie szarpnęły z miejsca, dorożka stęknęła i zarechotała jak całe stado rozjuszonych żab.

Aktor Porzycki wionął ku odjeżdżającym dość elegancką „panamą”. Tuśka bezwiednie oddała mu ukłon.

Pita w tej chwili także pochyliła główkę.

I obie jadą teraz przez ciemne Krupówki, poznaczone tylko po bokach, gdzieniegdzie, jasnością oświetlonych werand i okien.

I obie mają jakieś rozjaśnione i zadowolone miny.

VII

Nazajutrz nadzwyczajne szczekanie wielkiego podwórzowego brytana zbudziło Tuśkę i Pitę.

Porwały się obie i siadły na łóżkach, przecierającoczy.

— Cóż znowu za psisko! — wyrzekła zirytowanym głosem Tuśka.

— Może to w sąsiedniej willi.

— To będzie przyjemność.

Szczekanie zamieniło się w przeciągłe wycie.

— Ależ to tu, w domu, w sieni — wyrzekła znów Tuśka odrzucając kołdrę.

Ale przenikliwe, poranne zimno zakopiańskie zmusiło ją do powrócenia do łóżka.

Szczekanie brytana umilkło, natomiast zaczął poszczekiwać jakiś mały szczeniak.

— Cóż to? Cała rodzina?

— Och, mamo!... to szczenię, prawda?

— Szczenię.

— Ja zobaczę.

— Ani mi się waż, przeziębisz się. Leż spokojnie. Dopiero ósma.

Nagle miauknął kot.

— Cała menażeria! — westchnęła Tuśka. — Już ja się z gaździną rozmówię.

Lecz za drzwiami zaczął się rozgrywać cały dramat. Kot spotkawszy się widocznie z brytanem parskał, a pies warczał i naszczekiwał. Trwało to długą chwilę, wreszcie wrzask koci i szczekanie psie zwarły się w jeden głos, tworząc tak straszny hałas, że Tuśka wyskoczyła jak szalona z łóżka i pobiegła do okna.

Otworzyła je i wychyliwszy się, zaczęła wołać rozpaczliwie:

— Gaździna!... Wikta!...

Spoza węgła wysunęła się gaździna.

— A co kcom?

— Wypędźcie natychmiast te psy i koty z sieni.

Lecz Wikta ani na chwilę nie straciła spokoju.

— Nikany ni ma psów ani kotów — odrzekła powolnie.

— Jak to? Nie słyszycie, jak szczekają i wrzeszczą?

Lecz gaździna potrząsnęła tylko głową:

— To nie psy ani kocury, to je mój gość...

— Gość?

— Haj... o mlicysko się upominajom. To on takie figlasy robi!

I podszedłszy ku oknu, gaździna odezwała się głośniej:

— A cichojcie, zaro wam mlicysko piknie przyniosę.

Szczekanie i miauczenie natychmiast ustało.

Tuśka, zirytowana i zziębła, wróciła do łóżka. Pita, która ze swego posłania słyszała rozmowę matki z gaździną, miała minę zdumioną i oczy szeroko otwarte.

— Śpij — rzekła do niej przechodząc matka. — To jakiś wariat widocznie sprowadził się w nocy. Jeżeli się nie będzie przyzwoicie zachowywał, zażądam, żeby się wyniósł.

Położyła się, otuliła kołdrą i próbowała zdrzemnąć się jeszcze, gdyż czuła, że ogarnia ją migrena.

Przez kwadrans panowała wzorowa cisza.

Nagle odezwał się silny głos trąby.

Ktoś grał walca ze Słodkiej dziewczyny na dużej trąbie, a przenikliwy, trywialny głos dętego instrumentu rozlegał się z rozpaczliwą siłą w drewnianych ściankach chaty.

I znów Tuśka i Pita, jakby na sprężynach, usiadły na posłaniu.

— Co to jest? — jęknęła Tuśka.

— To trąba, mamusiu! — objaśniała Pita.

— Boże!... ten człowiek gra na trąbie... ależ to straszne! Ja, która już znieść nie mogę waszych gam i ćwiczeń fortepianowych.

— Ustaje...

Głos trąby skonał.

Natomiast wypłynął głos skrzypiec, na których ktośwcale nieźle grał Śmierć Azy Griega.

— I to jeszcze!... — wyszeptała Tuśka.

Lecz jakby zbudziła się w niej energia, znów wyskoczyła z łóżka i pobiegła ku oknu.

— Gaździna! Wikta!

Spoza tego samego węgła wysunęła się gaździna i znów spytała:

— Cego kcom?

— Ktoż tam znowu gra?

Gaździna zsunęła chustkę z ucha i nasłuchiwała przez chwilę.

— To je mój gość. Lezy se grajęcy.

— Wynajęliście mi mieszkanie mówiąc, że tu jest spokój i cicho.

— Ano...

— Ładnie cicho: jak nie psy, to trąba, jak nie trąba, to skrzypce.

Gaździna ujęła w rękę fartuch i z przyzwyczajenia zaczęła obcierać belki chałupy.

— Nikany ni ma żadnej trąby ani skrzypecków.

— Jak to nie ma, słuchajcie!

— A wej słysę.

— No, więc.

— A to przecie tak piknie grajom nie na trąbce i nie na skrzypeckach, ino na gębusi.

— !!!

— Ano... złozy se ten pon gębusię i tak se parska, a to niby skrzypki albo trąba, hej.

Tuśka zamknęła okno.

W łóżku siedziała zachwycona Pita.

— Proszę mamusi, to ten pan tak ślicznie imituje trąbę?

— Widocznie.

— Ach, Boże! żebym ja tak umiała.

— Właśnie, tego by brakowało.

Serenada ustała.

— Szkoda — westchnęła Pita.

— Bogu dzięki — mruknęła Tuśka.

Teraz już na dobre rozsłoneczniło się i rozjaśniło Zakopane. Cała chata zapachniała świerkowym drzewem. Taka sama woń płynęła z lasu.

Matka i dziecko ubierały się, myły i czesały w milczeniu. Tuśka tylko wydała dyspozycję małej, jaką ma włożyć sukienkę i pończoszki. Chodząc po pokoju, zauważyła, że Pita włożyła różę, otrzymaną wczoraj, w szklankę i umywszy się starannie, wodę w tej szklance zmieniła.

Róża ta przypomniała Tuśce cały wczorajszy wieczór. Dziwne połyskliwe oczy aktora, jego trochę narzucający się sposób zachowania, a mimo to pewne jakieś uczucie ciepła moralnego, które ją z jego zbliżeniem przeniknęło.

Uśmiechnęła się przypominając sobie jego słowa:

— Szkoda, że nie mam drugiej róży...

Tak dawno już nie dostawała kwiatów!

A kobiety tak lubią, gdy im kto bodaj bukiecik fiołków za parę groszy rzuci.

Zwłaszcza te kobiety, za którymi pozapadały tak zwane klamki.

Bo one są jak groby opuszczone i samotne, które od przechodniów domagają się bodaj jałmużny kwiecia.

Nagle w sieni ozwał się stłumiony odgłos warczącego bębna.

Tuśka i Pita zwróciły głowy ku drzwiom.

Warczenie bębna uporczywie rozlegało się niedaleko ich drzwi i wypełniało całą sień.

Oczy Pity wyrażały znów nie znany u niej wyraz zachwytu.

Natomiast Tuśka zapłonęła cała od gniewu.

— Nie, tego już nadto!

— O! mamo! — szepnęła Pita — to już niepodobna, żeby to człowiek naśladował... Ten pan musi mieć bęben.

Tuśka sczesała szybko włosy z czoła, zapięła na piersiach niebieską, flanelową matinkę i pobiegła ku drzwiom.

Otworzyła je jednym szarpnięciem i wychyliła się ku sieni.

Sień była ciemna, bo drzwi od ulicy były zamknięte.

Przy ścianie Tuśka dostrzegła pochylonego nad rowerem mężczyznę.

Ukośny promień światła z drzwi przez nią uchylonych oświecił pająkowate, błyszczące koła i nogę, i rękę schylonego mężczyzny, który, odziany w szarą, flanelową koszulę, sportowe spodnie, czarne pończochy i żółte buty, majstrował coś koło roweru.

Majstrowanie to nie przeszkodziło mu widocznie w dawaniu folgi swemu dobremu humorowi, bo „na gębusi” udawał przedziwnie łomot bębna. Do uszu Tuśki doleciały słowa łączące się w warczenie pałek walących w oślą skórę.

Tuśka przerwała szybko ową zbyt ranną pobudkę.

— Przepraszam pana! — wyrzekła głosem podniesionym i niemiłym — czy można prosić o spokój? Przyjechałam dla leczenia się, a nie dla denerwowania...

Mężczyzna nie zdołał jeszcze podnieść głowy, kiedy Tuśka zniknęła w swoim pokoju, zatrzaskując drzwi tak silnie, iż sama się tym faktem zgorszyła.

Warczenie bębna ucichło.

Jakieś ciche kroki przebiegły sień i nastała ogromna cisza.

Nagle, prawie pod oknami, rozległo się cichutkieświergotanie ptasząt.

— O!... — wyrzekła Pita.

Lecz Tuśka spojrzała na nią spod brwi ściągniętych.

— Moje dziecko, proszę cię, masz pilnik i opiłuj sobie równo paznokcie. Rosną ci w festony. Zamiast zajmować się błazeństwami tego pana, pilnuj, żebyś, gdy dorośniesz, nie potrzebowała się rumienić za źle utrzymane ręce.

Pita wzięła pilnik i zaczęła z nadzwyczajną wprawą manewrować koło swoich paznokci.

Tuśka wzięła w rękę list męża, który dostała wczoraj, wróciwszy z teatru.

Był to szary, przeciętny list, niezmiernie smutny w tej swojej obojętności zrezygnowanego człowieka. Czytając go, widziało się zielone palto, schylone plecy i zagasłe oczy. Tak jakby myśli jaśniejsze omijały starannie ten umysł i nawet nie zwabione nigdy już nie biegły w tę stronę. Było to beznadziejne dla siebie, słabonadziejne dla innych. Mimo to spełnienie obowiązku wiodło go po szynach dobrze ułożonych przez porządek przyjęty milczącym ogólnoludzkim układem.

„Moja droga Tuśko! Bardzo się cieszę, że zajechałyście zdrowo i szczęśliwie do Zakopanego. Zmartwiło mnie to, co piszesz o ciągłym deszczu, ale tam nawet deszczowe powietrze jest zdrowsze niż tu w Warszawie w najświetniejszą pogodę. Proszę cię więc, lecz się pilnie i każ Picie, aby piła mleko i przebywała na świeżym powietrzu jak najwięcej. Spotkałem wczoraj, wracając z biura, doktora i ten polecił mi to ci napisać. Dywany i portiery już wytrzepane i złożone. Kwiaty podczas deszczu kazałem stróżowi wynieść na dziedziniec. Duża palma ma mszyce, ale obmywać ją będę tytoniem. — Mam teraz dużo czasu, to mi zajmie wieczory. Chłopcy wybornie się na wsi mają. Zbierają się do ciebie napisać. Kończę już, bo muszę iść do biura. Przyjmij serdeczne ucałowania dlaciebie i dla Pity —

kochający mąż”.

Ani słowa o sobie, tylko to krótkie „idę do biura”, „wracam z biura”, a potem: „będę obmywał palmy wieczorami”.

W Tuśce jednak nie zadrgało nic, nie pomyślała nawet, jaka melancholia jest w sytuacji tego spracowanego człowieka, który w letnie upały, wróciwszy od jarzma biurowego, za całą rozrywkę ma miednicę, gąbkę i chronienie od śmierci roślinę znędzniałą w miejskim kurzu tak, jak on sam.

Według niej, on wypełnia swój obowiązek. Ożenił się, miał dzieci, powinien był zapracować na wyżywienie i uzdrowotnienie całej rodziny.

Taka była ustawa społeczna.

Złożyła list i schowała go pod lusterko.

Sama zwróciła się ku córce.

— Wypiłaś mleko?

— Tak, proszę mamusi.

— Weź kapelusz i wyjdź przed dom. Możesz pospacerować naokoło domu, tylko nie oddalaj się na drogę, nie chodź po słońcu i uważaj na buciki. A... weź mitynki... A oddychaj ustami, nie nosem — dosyć to powietrze kosztuje. Nie potrzebujesz go sobie żałować.

Pita włożyła ładny ogrodowy kapelusz i cichutko, biała, kształtna, milutka, wysunęła się z izby.

Tuśka tymczasem ziewnęła i powoli skierowała się w stronę łóżka.

Anemia ją trapiła, przejawiając się w ciągłej senności.

Spoza opuszczonej na otwarte okna firanki płynęła jasność słoneczna.

Coraz silniej rozpachniało się drzewo chałupy, a woń ta była dziwnie rozkoszna i upajająca.

Zmieszane głosy ludzkie, dzwonek roweru, czasem turkot furki, brzęk pod powałą tańczących much podnosił senność atmosfery.

Tuśce zdawało się chwilami, że słyszy głos Pity, to znów jakiś męski głos śmiał się serdecznie, potem ćwierkały ptaki, cichutko ozwały się skrzypce, zarżał daleko koń...

Chciała oczy otworzyć, zawołać córkę, ale sił jej nie stawało. Senność dziwna ją ogarniała.

Powietrze silne, górskie, czyste, upajało ją jak stare, kuracyjne wino.

I nagle z oddali doleciał ją warkot bębna... przerywany śmiechem, i znów warkot, a potem śmiech.

Głowa Tuśki uniosła się trochę, potem opadła w poduszki. Cała twarz młodej kobiety, oplątana złotym welonem włosów, przeświecała lekką różowością przez jasne pasma.

Próbowała odsunąć włosy z rzęsów, z twarzy. Sił jej nie stało.

Zasnęła.

VIII

Ciche skrzypnięce drzwi zbudziło Tuśkę.

Pita weszła do izby.

Lecz Tuśce wstawać się nie chciało, tak ją rozebrało rozkoszne ciepło i zapach smreków, którym cała izba była przepełniona.

Leżała więc spokojnie i spod przymkniętych rzęs śledziła ruchy Pity.

Dziewczynka weszła na palcach, po swojemu, grzecznie i zaraz zbliżyła się do stołu.

Spod żakiecika wydobyła małą plecioną bombonierkę, ze złotej słomy, z wesołą, płomienną czerwoną kokardą na boku przykrycia.

Z prawdziwą radością Pita obejrzała kilkakrotnie śliczne cacko i ustawiła je na stole.

Potem zbliżyła się do lustra, wzięła szczotkę i zaczęła gładzić włosy, wzburzone i rozrzucone w nieładzie.

Tuśka widziała odbitą w lustrze twarzyczkę córki i zdziwił ją wyraz nie znany jej poprzednio.

Dziewczynka uśmiechała się cała — oczy, usta, uszki, nosek — wszystko drgało uśmiechem. Blada zwykle cera twarzy miała lekko różowe jakby pasma podskórne. Zwłaszcza czoło, nosek i bródka, zarumienione, nabrały koloru ślicznych płatków róży.

Lecz Tuśka widziała w tym zaróżowieniu szkodliwe dla cery „opalenie” i jako matka dbała o piękność córki, uczuła się zaniepokojoną.

Usiadła na łóżku wołając głośno:

— Pita!

Dziewczyna drgnęła. Przybrała układną minkę, lecz uśmiech tak przywarł jej do buzi, iż od razu spędzić go nie zdołała.

— Słucham mamy!

— Jak ty wyglądasz? Jak upiór? Gdzie ty byłaś? Czy chcesz wyglądać tak ślicznie, jak gaździna? Jak się w Warszawie pokażesz?... Przejrzyj się w lustrze... do czego jesteś podobna!

Pita posłuszna spojrzała w lustro i zawstydzonaspuściła oczy.

Uśmiech znikał powoli, jak obłok zbyt jasny i różowy o wczesnym świcie.

— Coś ty postawiła na stole?

Teraz już Pita była zupełnie zmieszana.

Skurczyła ramionka i zaczęła wykręcać sobie palce.

— To proszę mamuńci... ten pan, co obok nas... dał mi cukierki...

— Jak? co?

Tuśka uczuła się tak zdumioną, iż jednym susem zeskoczyła z łóżka.

Włosy jej rozleciały się we śnie na ramiona.

Była prześliczna, choć twarz świeciła się zanadto.

— Jak mogłaś przyjąć coś od nieznajomego? Co to za maniery? Gdyby ojciec wiedział, gniewałby się strasznie.

— Proszę mamci... ten pan bardzo jest grzeczny. Sam do mnie podszedł, jakem siedziała na belce, i pierwszy zaczął mówić. A potem, proszę mamuńci, to jest ten sam pan, który wczoraj był w teatrze... To on mi rzucił na kolana różę...

— Co?

— Tak, proszę mamuńci. On jest bardzo zabawny. Udaje psy, koty, osła, udaje, że niby drzewo piłuje, a także, że ktoś sobie głowę rozbije, albo znów, że bębny warczą... albo...

Pita ożywiła się. Uśmiech wypłynął na jej twarzyczkę przy wyliczaniu talentów nowego znajomego. Połykała ślinę, robiła „ciup” ustami, ożyło w niej dziecko.

Lecz Tuśka doznała niewytłumaczonego oburzenia.

Ten pan drażnił jej nerwy od rana.

Bezwiednie to rozdrażnienie już istniało w nocy, bo Tuśka, nie mogąc spać, przypomniała sobie jego na wpół zuchwałe, na wpół łaszące się wejrzenie, gdy po usunięciu natrętnego górala patrzał jej w oczy.

Los teraz czyni z tego człowieka jej sąsiada i każejej znosić jakieś wyskoki błazeńskiego humoru, któryona uważa za nieprzyzwoitość w wysokim stopniu.

Zbliża się więc szybko do stołu i bierze w rękę bombonierkę.

— Oddasz ją natychmiast temu panu — mówi surowo, marszcząc brwi, starannie szczotką wyczesane. — I proszę nie wdawać się w żadne rozmowy z tym człowiekiem, bo to jest ktoś źle wychowany i nie z naszej sfery.

Pita bierze w rękę bombonierkę. Cień smutku pokrywa jej buzię. Widać, że nie żal jej bombonierki, lecz przykro jej, że będzie musiała niegrzecznością zapłacić za uprzejmość sąsiada. Kieruje się posłusznie ku wyjściu, lecz równocześnie coś miga przed oknami drugiej pustej izby, od której Tuśka zostawia drzwi otwarte, aby mieć jak najwięcej powietrza.

Pita zatrzymuje się na środku pokoju.

— Ten pan pojechał na rowerze.

— Idź... Jeżeli okno otwarte od jego pokoju, postaw bombonierkę na oknie, jeżeli zamknięte, oddajgaździnie i każ, niech mu do izby zaniesie.

Grzecznie, drobnymi kroczkami Pita wychodziz pokoju.

Razem z nią ten tryumfalny, płomienny, zuchwały węzeł czerwonej kokardy niknie i znów jakoś bezbarwnie robi się w izbie. Tuśka unika takich „wyzywających” kolorów uważając, że są mauvais genre i nieodpowiednie dla przyzwoitych kobiet. Więc — blade, szare, białe co najwyżej.

Nawet Pita jest jakby poświęcona „przyzwoitym nerwom”.

Aż tu nagle czerwony fontaź jak mak świeżo zerwany.

A potem ten fontaź ma w sobie coś z zuchwalstwa czerwonych warg ofiarodawcy.

Czego ten aktor chce? Czemu się jej narzuca?...Właściwie nie narzuca się.

Wczorajsze jego postępowanie było dość poprawne, a że dziś dał dziecku cukierki...

Jednak...

Tuśka czuje się niemile zaniepokojoną. Doznaje tego wrażenia, gdy służąca za wcześnie bez pytania na wiosnę okna pootwiera i w ciepło, nagromadzone przez zimę, nagle uderzy prąd chłodu wilgotnego wiosny i jakaś jasność, przed którą drżą fikusy i palmy, śpiące w cieniu firanek.

— Gdy będzie zanadto się narzucał, wyprowadzę się... — myśli siadając przed lustrem.

Przypomina się jej to wczorajsze jego powiedzenie.

— Szkoda, że nie mam drugiej róży...

I zaczyna przed lustrem pozować na kobietę prześladowaną uwielbieniem i bardzo obrażoną w godności uczciwej kobiety.

Gdy go spotkam, pozna po zmarszczeniu brwi, pocałym wyrazie twarzy, że się pomylił...

Marszczy brwi, przybiera twarz Junony. Jest jej z tym dobrze, bo ma ładny równy nos i okrągło zarysowaną brodę.

Lecz równocześnie jakiś głos jej szepce:

— Jakaś ty głupia — to nie jest żadne uwielbieniez jego strony. Ot... źle wychowany i za wesoły...

W ogóle jednak Tuśka odczuwa, że za wiele zajmuje się tym aktorem.

Chce zwrócić swą myśl w stronę właściwą.

Wzrok jej pada na list męża.

Równocześnie wchodzi Pita już bez bombonierki.

— Postawiłam na oknie — mówi i podchodzi do łóżka, bierze ze stolika szklankę, w której moknie pąsowa róża, i wsuwa swój delikatny nosek w aksamitne płatki kwiatu.

Ujrzawszy to, Tuśka wpada w jeszcze większe rozdrażnienie.

— Postaw ten kwiatek — mówi do córki — weź papier i pióro i napisz list do tatusia. Pamiętasz przecież, że tatuś cię o to prosił na kolei. To niegrzecznie dać ojcu czekać.

Pita podchodzi do pudełka, wybiera arkusz szarego angielskiego papieru, przesuwa krzesło, siada, zakrywając kolanka sukienką, i sumiennie, wyciągnąwszy języczek, zaczyna list córki dobrze wychowanej, na wiledżiaturze — do ojca, który z powodów od niego niezależnych pozostał w mieście.

„Kochany tatku!

Czyniąc zadość rozkazowi tatki piszę po przyjeździe do Zakopanego. Tak mamuńcia jak i ja jesteśmy, chwała Bogu, zdrowe, tylko mnie trochę w Krakowie było niedobrze, ale to przez szynkę, bo za dużo jadłam, i przez lody i lemoniadę. — Kraków jest to miasto mniejsze niż Warszawa i ma bardzo duży Rynek, a z wieży Mariackiej trąbią co godzinę.

W Zakopanem jest dużo gór, ale się chowają za chmury i trzeba pilnować, żeby zobaczyć.

W nocy jest tu bardzo ciemno. Górale nie są podobni do chłopów w Wilanowie i jeździ się tu furkami, które bardzo trzęsą. Dziś jest ładna pogoda, a wczoraj byłyśmy w teatrze, ale gorzej grali niż w „Rozmaitości”. Rączki i nóżki kochanemu tatowi całuję i pozostaję jego najprzywiązańszą i najwdzięczniejszą córką —

Pitą”.

Cztery bruliony i dwa „na czysto” zajęły Picie przeszło godzinę czasu.

Przez ten czas Tuśka zdołała spalić żelazkiem dużo włosów, lecz wreszcie ufryzowała się wspaniale i główka jej robiła wrażenie woskowej lalki na wystawie fryzjerskiej.

Gdy Pita podeszła i wręczyła jej arcydzieło i wylew uczuć swych dziecięcych dla ojca, Tuśka przeczytała i znalazła list zupełnie przyzwoitym.

— Jedno ci mam do zarzucenia — wyrzekła do córki — to jest słowo: „rozkaz”. Gdybyś napisała: „stosując się do życzenia, które tatuś raczył mi objawić”, byłoby grzeczniej i lepiej.

— Dobrze, proszę mamusi! — odparła Pita i bez wahania zasiadła do nowego „na czysto”, wysuwając już teraz cały języczek, którym zaczęła zakreślać nadzwyczajne młynki i kółka.

Tuśka po wypowiedzeniu tego zdania uczuła się jakoś spokojniejsza, gdyż wkraczała w ten sposób w normalną dziedzinę swego życia. Pita znów siedziała grzeczna i cicha, z przygładzoną lśniącą głową, z cerą twarzy matowobladą, przypominającą woskowe figurki.

Tuśka postanowiła wyjść na spacer w stronę „miasta”. Potrzebowała zapasowych sznurowadeł do białych trzewików. Spojrzała w okno. Zdawało się jej, że słońce przyćmiewają chmury, postanowiła więc wyjść przed chałupę, aby stwierdzić, jaka jest właściwie pogoda i czy można zaryzykować jasną suknię.

Zwróciła się do córki.

— Pisz, ja zaraz wrócę.

Na szlafrok różowy, kretonowy zarzuciła długą rotundę i wysunęła się przed sadybę.

Aż biło od złota i jaśni.

Ostrością niezwykłą i olśniewającą przepełniony był przestwór. Rzędy chałup, domów z tryumfalnie wybiegającymi ku górze pazdurami lśniły się złotem belek i migotały tęczą szyb. Smreki nieruchome wisiały ciężkie i prawie czarne pomiędzy tym złotem a rozpromienionym blaskiem.

Środkiem płynął gościniec prawie biały, pusty i ginący jak wstęga mgły w oddali.

Tuśka przysłoniła oczy ręką, zwróciła się w stronę Kościelisk i patrzała na tę mglistość wśród ściany czarnej smreków, w której rozpływał się gościniec. Nie czuła jednak dziwnej, tajemniczej piękności ginących w oddali górskich dróg, lecz myślała, że kurz jest straszny i że suknia szara, płócienna jest najodpowiedniejsza na taki dzień upalny i przepojony pyłem.

Nagle tuż obok niej, jak nadlatujący wicher, wysunął się rower, a na nim mężczyzna w kurtce narzuconej na ramiona, okryte cienkim, białym trykotem.

Zanim Tuśka zdążyła zwrócić się ku domowi, cyklista zeskoczył z roweru i kierując go ku sieni zagrodził jej drogę.

Tuśka uczuła się schwytana w pułapkę. Z drugiej strony zamykały obejście żerdzie, przez które przejść było niepodobieństwem.

Cyklista zaś, którego zakłopotanie Tuśki widocznie bawiło, zajął ze swym rowerem prawie całą długość maluchnego podwórka przed chatą.

Teraz Tuśka, choć na niego nie patrzyła, widziała jednak dokładnie, że to były te same zuchwałe i łaszące się oczy, ten sam uśmiech trochę cyniczny i dziecinny grubych, świeżych warg, który wczoraj zwrócił się ku niej spod ronda jasnego kapelusza.

Aktor uchylił czapeczki i przybrał bardzo wdzięcznąi zgrabną postawę.

— Pozwoli pani... — zaczął.

Lecz Tuśka, która zawsze miała dużo przytomności umysłu i pewności siebie, jaką się odznaczają wśród ludzi warszawianki, poczuła, że serce jej zaczyna dziwnie tłuc w piersiach i krew jej bije do głowy.

Niezgrabnie, jak spłoszona pensjonarka porwała się do sieni i torowała sobie drogę nie wiedząc, co robi.

— Przepraszam, pan mnie przepuści...

Była jednak bardzo ładna w tym strwożeniu, miała w sobie masę wdzięku i młodości.

Aktor ze zdziwieniem patrzył na nią.

Wczoraj w teatrze wydała się mu wytrawniejsza i dużo wiedząca.

— Czyżby?

Usunął rower i on jakby troszkę zmieszany.

— Proszę... bardzo proszę...

Szybko Tuśka zniknęła w sieni.

Mężczyzna postał czas jakiś, rosły, silny, ładny w tym skąpaniu słonecznym, oddychając szeroko doskonale zbudowaną piersią, która w bieli trykotu zdawała się być z gipsu odlaną.

Patrzył w otwór sieni, w którym zniknął różowy szlafrok przysłoniony zakopiańską peleryną, patrzył i kręcił głową.

Wreszcie oparł rower o ścianę, zapalił papierosa i rzucając zapałkę na ziemię, wycedził przez świeże, uśmiechnięte usta:

— No... no...

IX

Nad wieczorem wracała Pita z Tuśką z „miasta”.

Szły od doktora, do którego miały listy polecające z Warszawy.

Po drodze wrzuciły listy, Tuśka zaprenumerowała książki i naturalnie wzięła po raz drugi Journal d'unefemme de chambre Mirabeau.

Po drodze weszła z Pitą do kościoła, gdzie usiłowałazachwycać się nieforemnymi szafkami wyobrażającymi ołtarze.

Patrząc na leluje, nabijane gwoździe i rozmaite inne „zdobnictwa”, postanowiła kupić sobie i Picie kilka breloków w formie czerpaków, ciupag i innych.

Serdaki miały już, więc należało tylko klejnoty nosić w stylu, aby stać się wierną przyjętej z entuzjazmem modzie.

Wracały do domu znużone upałem, upojone górskim powietrzem, podniecone przejściem pod werandą cukierni.

Siedzący bowiem tam goście przypatrywali się bardzo matce i córce.

Były one „coś nowego”, więc należało im poświęcić uwagę.

Tuśka i Pita mogły być dumne.

Zaćmiewały Giewont i Kalatówki.

Gdy szły tak powoli, co myślała Pita, nie wiadomo.

Było to jeszcze chaotyczne, mgliste, niejasne i tajemnicze, tak jak jej rysy, jej gesty, jej uroda, nie wiadomo jeszcze, w jakim mająca biec kierunku.

Oto lekarz powiedział jej, że tak ona jak Pita są za smutne.

Był to młody jeszcze, żywiołowy człowiek, z twarzą o niczym nie wątpiącą, śmiały i zdeterminowany.

Z jego receptą wszelako należało się obchodzić ostrożnie, a jego diagnoza często zbaczała ścieżką mimo!

Był jednak wesoły, przyjacielski, uprzejmy, dobrej tuszy i wcale ładnej brody.

Wziął Pitę jak lalkę, postawił przed sobą, przypatrzył się uważnie jej ślicznej buzi, zgrabnym nóżkom i od razu śmiać się zaczął:

— A cóż panienka taka poważna?

Picie przypomniało się, że rankiem, gdy siedziała na belce, ten aktor przypatrzył się jej tak samo uważnie, roześmiał się i zapytał:

— A cóż panienka taka poważna?

Rumieniec leciuchny wystąpił na jej buzię. Od rana zaczęła czuć, że ta „powaga” to widocznie coś niewłaściwego dla niej, tak jak niewłaściwe jest jedzenie ryb nożem lub noszenie kretonowej sukienki w grudniu.

W Warszawie jednak czy na pensji, czy to w domu chwalono ją za tę powagę.

Zwróciła się więc ku matce, jakby żądając od niej wyjaśnienia.

Tuśka natychmiast pośpieszyła z odpowiedzią:

— Moja córeczka nie jest za poważna, panie doktorze... ona jest tylko rozsądna. Taki jest jej układ, była taka od dziecka.

Lekarz wzruszył ramionami.

— To źle... dziecko powinno biegać, hałasować, krzyczeć, kozły wywracać.

— !!!

— Tak, tak!... ta panna rozsądna powinna jak nic kozła fiknąć na trawie. Po to przecież ją tu pani przywiozła. Blade to, anemiczne... Niech lata po słońcu, niech się opali, niech parę razy nos zbije...

Tuśkę aż dusić zaczęło z oburzenia.

— Pan daruje, panie doktorze, ale moja córka jest w tym wieku...

Lekarz przerwał jej gwałtownie:

— W jakim wieku? To jest dziecko. Wy jesteście straszni, wy z miasta. Przywozicie nam tu starych maleńkich, zwiędłe przedwcześnie kwiaty i mówicie: „Doktorze, coś temu dziecku jest”. Ależ u diabła — pewnie, że jest, i to bardzo dużo. A nie ma najgłówniejszej rzeczy, nie ma nerwu życiowego, nie ma już siły... nie ma chęci do życia.

— ?

— Tak, tak... Ja pani ręczę, że gdyby się tej dziewczynki zapytać, czy się bardzo cieszy, gdy budzi się rano, ale zapytać umiejętnie, bo ma pozór bardzo skrytej natury, to przyznałaby, że albo jej to jest obojętne, albo woli spać... I to jest bardzo prosty sposób objaśnienia, że nie ma ochoty do życia.

Tuśka nic nie odpowiadała, zła i zirytowana. Po co właściwie tu przyszła? Ten doktor powiedział jej, że jest zdrowa, że ma zupełnie silne płuca, a teraz zajął się Pitą; i obniża powagę Tuśki w oczach córki. Każe jej krzyczeć, biegać, opalać się, wszystko to właśnie, czego Tuśka troskliwie dziecku zakazuje.

Postanowiła nie wracać więcej do tego lekarza. Dobre jej wychowanie jednak kazało wycofać się z gry bardzo dyplomatycznie.

— Postaramy się zastosować do wskazówek pana doktora — wyrzekła, kładąc na głowę Picie strojny kapelusz.

Ogarnęła szybkim wzrokiem ten śliczny pokoik, lśniący od szalujących ściany desek, ze sprzętami pracowicie rzeźbionymi na ogólnie przyjęty szablon „zakopiańskiego” stylu.

— I przyjdziemy za tydzień.

— To, to — odparł lekarz, odprowadzając je do drzwi — i swobody, wesołości, uśmiechów jak najwięcej. Pani także zdałoby się trochę życia, jakiś odruch temperamentowy, bo strasznie pani wcześnie starzeć się zacznie.

Gorąco oblało Tuśkę od stóp do głowy.

To słowo „temperament” było dla niej równie nieprzyzwoite jak „histeria”. Tak jedno jak drugie nie wchodziło w zakres przyzwoitej kobiety.

Musi uciekać, bo ten doktor widocznie nie wie, z kim ma do czynienia.

W ogóle w tym Zakopanem panuje jakiś niepokojący powiew. Tak dziwnie wszyscy się tu jedni względem drugich zachowują — myśli Tuśka — ta górska swoboda objawia się w sposób co najmniej niewłaściwy.

Gdy wyszły wszakże i Tuśka ochłonęła z pierwszego wrażenia, zaczęła zastanawiać się nad słowami lekarza.

Rzeczywiście Pita była trochę za poważna na swój wiek. Wynikało to jednak zapewne z tego, że dziewczyna była zawsze w otoczeniu starszych, a na pensji, wiadomo, jak na pensji. „Układają” dziewczęta od pierwszej klasy, jak się układa pudle do warowania lub aportowania. Układanie takie musi naturalnie odbywać się kosztem zupełnego złamania wszelkich odruchów szybszego krwiobiegu i porywów dziecięcej bujności.

Nigdy jednak ta powaga Pity nie wystąpiła tak jaskrawo, jak tu, na tle tej przyrody, biegnącej w liniach wzwyż lub w dół, według swobodnych, bezgranicznych sił tajemnych, nie znających pęt żadnych.

— Mniej więcej wszystkie dziewczęta z miasta są takie — uspokajała się Tuśka, patrząc na idące przed nią grupy młodych panienek, których mnoga obfitość w tym roku czyniła Zakopane podobne do olbrzymiej łąki, zasianej mnogą ilością drepcących po trawie gęsi.

Przyjęta ogromnie moda białych sukienek podnosiła jeszcze to podobieństwo.

Właśnie przed Pitą szła rodzina złożona z czterech kobiet.

Matka, osoba lat czterdziestu, dobrze zakonserwowana, w miarę okrągła, ściśnięta silnie gorsetem z płaską bryklą, poruszała się z trudnością w tym kunsztownym opancerzeniu, które nadawało jej pozór, jakby stała na kładce z zamiarem fiknięcia kozła w nurty kąpielowego basenu.

Suknia, widocznie od dobrej krawcowej, szeleściła dyskretnie i miała z przodu wstawioną przezornie fularową „kamizelkę”.

Widocznie mama nabierała tuszy w przyśpieszonym tempie.

Za to panienki przedstawiały typy potwornie chudych dziewcząt, rozwijających się źle i tępo. Odziane jednakowo w białe sukienki, guńki śnieżne, wyszyte w jaskrawe gwiazdy i leluje, w czapeczkach zakopiańskich w kształcie fezów, z włosami rozpuszczonymi na chudych ramionach, szły rzędem, stawiając jakby w takt nóżki chude, cienkie, obciągnięte szarymi pończochami i białymi trzewiczkami.

W rękach miały małe ciupagi, na ustach jednostajny, dziwny, ironiczny uśmiech. Oczy ich, jednakowe, szare, bez koloru, biegały chytrze i przebiegle po przechodzących, gdy chód tych dziewcząt, zgarbienie pleców, pomimo przyrządów do „prostego trzymania się”, ukrytych pod bluzkami, powolny był i leniwy jak źle odżywianych zwierząt.

Miały zupełnie pozór sióstr Barisson, z których dwie otrzymały gdzieś zaproszenie na kolację. Te zaś po dokonanych scenicznych produkcjach powracają zmęczone do garderób, aby zdjąć z siebie zbyt jaskrawe szaty oklaskiwanych, milutkich zjawisk, pełnych sprytu i dziewczęcego wdzięku.

Tuśce jednak podobają się niezmiernie te panienki. Przypomina sobie, iż widziała je przez szerokość gościńca, snujące się dokoła willi, będącej naprzeciw Obidowskiej chałupy. Matka siedziała wówczas na ganku w prześlicznej reformowanej sukni, tak pięknej, że aż obie zwróciły na nią uwagę.

— To muszą być dystyngowane i zamożne osoby — myślała Tuśka, wymijając z Pitą całą barissonowską rodzinę.

Zrobiła przy tym bardzo sympatyczną minę przechodząc obok matki, mimo że nie dotknęła jej nawet brzegiem sukni, wymówiła:

Pardon, madame!

Po chwili jednak zarumieniła się gwałtownie. Książkę Mirbeau, tę skandaliczną książkę, niosła Tuśka tak nieostrożnie, iż tytuł jej na żółtej okładce można było od razu przeczytać.

— Jeżeli ta pani widziała — pomyślała zawstydzona — co ona sobie o mnie pomyśli... To jedno mnie pociesza, iż prawdopodobnie nie wie, co to za książka.

I w formie uspokojenia dodaje:

— Zanadto przyzwoita na to, aby czytała coś podobnego.

Dowlokły się wreszcie na Skibówki, skąd daleko dostrzec można było, jak na drodze stał aktor, naprawiał coś koło roweru i rozmawiał z gaździną.

Tuśce znów jakiś skurcz zaczął dokuczać. Zwolniła kroku nie wiedząc, co począć. Mimo woli spojrzała na Pitę i ujrzała, że dziewczynka zaróżowiła się cała, oczy jej ożywiły się i twarzyczka wyciągnęła w stronę, gdzie widniał biały trykot i świeciła stal roweru.

Tuśkę porwała złość na myśl, że córka jej najwidoczniej rozwesela się na sam widok tego „komedianta”.

W ten sposób wytłumaczyła sobie swój niepokój i rada, że znalazła przyczynę, cofnęła się urażona, że ciągle musiała na swej drodze spotykać człowieka, bijącego w jej równowagę jakąś zuchwałą śmiałościąpostępowania.

On musiał spostrzec je także, bo szybko odpiął od siodełka przytroczony olbrzymi pęk błękitnych, czarująco pięknych gencjan, widocznie świeżo zerwanych.

Wskoczył zgrabnie i lekko na rower, wzniósł w górę jedną rękę z gencjanami i puścił się jak strzała naprzeciw idących.

Zanim Tuśka zdołała się opamiętać, już idąca po stronie gościńca Pita została obsypana cała błękitnym kwieciem, cudownie rozkwitłym na różdżkach obsypanych liściem gałązek.

Salve, sol!... — krzyknął aktor do dziewczynki i Tuśka dojrzała w uśmiechu ust rozwartych dwa rzędy przepysznych białych, równych zębów.

Pita mimo woli wyciągnęła ku kwiatom ręce. Był w tym śliczny gest kobiety, uniesionej miłością ku rozkwitającym roślinom.

Pochwyciła kilka gałązek i obejrzała się za pędzącym ku Zakopanemu cykliście. I on obejrzał się, powiał czapeczkę i błyszczał dalej uśmiechem i rzędami perłowych, lśniących zębów.

Tuśka wyrwała Picie z ręki gencjany i rzuciła jena ziemię.

Po raz pierwszy Pita widziała matkę tak uniesioną.Oczy jej błyszczały, dobry ton i umiarkowanie znikłychwilowo pod wpływem podniecenia.

— Rzuć te kwiaty! — zawołała. — Nie oglądaj się!

Głos jej był zmieniony. Pita zrozumiała, iż żartować nie należy, i śpiesznie ku domowi iść zaczęła.

— Chcesz, żebym napisała do ojca, co ty wyprawiasz? — mówiła idąc za nią Tuśka. — Ja ciebie nie poznaję... co się z tobą dzieje!

Gdy weszły obie do pokoju, gniew Tuśki, zamiast ustać, powiększył się jeszcze.

Na oknie stała znów żółta bombonierka, przystrojona płomienną kokardą, a do niej przypięto, ogromną ćwiartkę papieru z następującym czterowierszem:

Panna Pita zła bez miary,

Twarde serce w pannie Picie,

Bo, zwracając skromne dary,

Łamie słudze swemu życie!

Pita strwożona, z oczami łez pełnymi, rozbierała sięprzy swoim łóżku, spod oka tylko śledząc bombonierkęi przypięty do niej papier.

Natomiast Tuśka śmiało podeszła ku oknu, przechyliła się i zawołała:

— Gaździna!...

Naturalnie zza węgła ukazała się natychmiast wspaniała postać pani Obidowskiej, jeszcze czarniejsza,jeszcze bardziej indyjska niż zwykle.

— A co fcom?

— Proszę wziąć to pudełko, oddać temu panu, co gra „na gębusi”, i powiedzieć, że mu zakazuję cokolwiek dawać mojej córce. Jeżeli nie przestanie nas zaczepiać, to się wyprowadzimy.

Gaździna wzięła ostrożnie w czarne, żylaste ręceśliczne cacko i pokiwała głową.

— A czemu nie fcom wziąć, kiej pan dają z dobroci? — zapytała. — Oni przecie za to dudków nie fcom, ino tak panience na uciechę...

— Proszę to wziąć i nie rezonować — rzuciłakrótko Tuśka.

Gdy wróciła do pokoju, Pita, rozebrana ze spacerowej sukienki, siedziała skurczona na zydelku pod ścianą. Wyraz twarzy miała przygasły i zacięty. Jakiś żal migotał na dnie jej źrenic.

I Tuśka uczuła dokoła siebie atmosferę nieprzychylności i coś nienormalnego w sobie samej, co przejęło ją nagłą nudą i niesmakiem do tego wszystkiego,co ją otaczało.

Chciała jednak się przemóc, pokryć to nie znanejej przedtem uczucie i usiadłszy do stołu, zaczęła z całąsumiennością spisywać dzienne wydatki i liczyć pozostałe pieniądze...

W kąciku, na zydelku, coraz więcej garbi się i kurczy Pita, unikająca spojrzenia w stronę, gdziew szklance więdnie i kona w ostatniej wspaniałej agonii królewski kwiat ciemnej purpurowej róży.

X

Noc.

Oparta o poduszki, przy świetle jednej świecy, przysłonionej zielonym abażurkiem, leży Tuśka, okrytakołdrą, kocem, peleryną, serdakiem, kołnierzem futrzanym i jedwabną halką. Taka sama ilość odzieżyjest nagromadzona na kołdrze Pity. Przejmujące zimno przeszywa ciało Tuśki. Mała śpi, znacząc się jasnąplamą anemicznej twarzy w zagłębieniu poduszek.

Tuśka trzyma w zziębłej ręce książkę Mirbeau, alenie czyta zajmujących dziejów plotkarki przedpokojowej.

Niezadowolona z siebie, ze swego postępku względem dziecka, którego nieufność i żal odczuwa mimouśpienia, w jakim jest pogrążone, Tuśka nie możezasnąć i czuje, że krew jej bije do głowy i hukiemuszy wypełnia.

Długo w noc nigdy nie czuwała, mając na uwadzeod dzieciństwa nabrane przeświadczenie, iż dla kobiety bardzo zgubną rzeczą jest oddawać się nocnymrozmyślaniom, bo te nic dobrego z sobą nie przynoszą.

Zresztą tam, na Wareckiej, gdy się położy, zasypiaprawie bez zwłoki i już jak przez sen słyszy, jak mążnakręca zegarek, wyjmuje z kieszeni drobne pieniądze, scyzoryk, ołówek i składa je na marmurze szafki.On zwykle gasi świecę, a kiedy — ona nie wie, takjest senna i znużona. Lecz tu, w Zakopanem, gdziewszystko jakoś dzieje się inaczej i przewrotnie, Tuśkaw żaden sposób zasnąć nie może. Zdarzenia dnia nabierają nadzwyczajnej plastyczności i cisną się ku niejz taką siłą, że ją dręczą i niepokoją. Nieprzyjemniejej także, że lekarz powiedział przy Picie, iż ona,Tuśka, jest zupełnie zdrowa i płuca jej nie są zaatakowane. W Warszawie, pragnąc koniecznie wyjechać,forsowała nutę swej choroby i mąż silnie był przejęty owym „zajęciem szczytów”, które wymagało natychmiastowej opieki. Obecnie legenda upadała i onasama nie miała nawet wytłumaczenia przed sobą zaten wydatek zakopiańskiej wyprawy, który spadałna jej barki.

Przypominała sobie mozolne zbieranie tych pieniędzy, które obecnie płynęły jak woda na drobiazgii życie pełne niewygód, chłodu i pustki.

— Bo smutno tu i pusto — myślała — prawie jakna Wareckiej... Trzeba porobić jakie znajomości. Możeta pani z trzema panienkami...

Mimo woli myśl jej zwróciła się do wczorajszegowieczoru, do werandy cukierni, do tego knajpowego życia, które jednak miało swój urok i wdzięk.

I nagle, zupełnie bez żadnej przyczyny, zaczęła silnie i mimo woli myśleć o tym, że ona właściwie przeszła przez życie, nie wiedząc nawet, co to jest właściwie miłość.

I zdawało się jej, że ma przed sobą całe krzakigencjan błękitnych, które nagle zasłaniają jej rachunki, pieniądze, męża, figury z ulicy Wareckiej,siostry Barrison w góralsko-bułgarskich myckach,słowem, wszystko to drobne, małe, napotkane przezdzień czy to myślą, czy wzrokiem.

— Rzeczywiście — nie kochałam nigdy...

Przymknęła oczy.

Gencjany błękitniały coraz silniej, a za nimi jaktło zaczęły wznosić się góry sine, fioletowe, pokrajane pasami kosodrzewiny, leciuchno porysowane srebrem śniegu. Takie góry rozmarzone, rozbłękitnione,ledwo majaczące, nie przedstawiały się jej nigdy.Było to coś z feerii, z zaczarowanej krainy, gdzie pełno było piękna i widm niezrozumiałych.

Tuśka nie otwierała oczu, aby nie spłoszyć tychwidm dziwnych, a tak uroczych. Na jej ustach wykwitł uśmiech.

— To widma... — myślała. — Góry nigdy nie sątak piękne...

Zdawało się jej równocześnie, że jest bardzo młodai bardzo świeżo odczuwa wrażenia życiowe.

To wszystko, co było do tej chwili jej egzystencją,znikało, rozpraszało się we mgłę. Tak materialna, jakduchowa strona jej teraźniejszości nie miała żadnegoznaczenia. Oczekiwała czegoś, spodziewała się, że rozłoni się las gencjan błękitnych, że stanie się coś nadzwyczajnego, a ona...

— Szaleństwo!

Tuśka porwała się i usiadła na łóżku.

Skąd takie myśli?

Nie wywołują ich przedpokojowe zwierzenia subretki Mirbeau, rezonującej o polityce Francji z wprawąskończonego dyplomaty. Czyżby one były wewnątrzniej — żyjące, istniejące pełnią sił, i teraz wydobywały się pełne niepokoju i pragnień nieokreślonych?

Wszak to życie, jakie do tej chwili pędziła, wystarczało jej pod względem duchowym i w sferze uczuć.Jedyną jej troską była walka pieniężna, choć mąż, jakmaszyna, składał co miesiąc swą pensję w jej ręce.Lecz to pragnienie nowych sukienek, boa, przyjęciapani Iksickiej, podania kwiczołów, aby olśnić, dalejpieniędzy na lekcje fortepianowego brzdąkania Pity,tysiące „niców”, z których się tworzyły bolesne kłopoty, oto były jedyne punkty, z którymi Tuśka niemogła się nigdy pogodzić w swej egzystencji.

Tamte inne przyjęła, a nawet sama ułożyła spokojnie drugą warstwę swego życia nie z rezygnacjąi zamiłowaniem do spokojnego, rozumnego godzenia się z brakiem nadzwyczajności życiowych, lecz dlatego że nie odczuwała potrzeby pożądania jakichś wybitnych faktów, mogących sprawdzić, czy są w niej skrzydła konieczne dla wzbicia się ponad poziom przyjętego szablonu.

Z założonymi rękami patrzyła, jak mijały dnie, nieczyniąc nic, aby jeden z nich rozkwitł piękniejszympromieniem i był tym, do którego mimo woli zwraca się myśl w chwili zwątpienia lub obrachunku życiowego.

Żyła tak od dziecka w tej atmosferze, której duszności nie czuła wcale. Pościel jej łóżka była prosta,prawie hotelowa, bez fantazji, bez delikatności koronek, bo „tego nikt nie widział”.

Tak samo działo się z jej duchową stroną. Była bezfantazji, bez delikatności pragnień, migocących brylantami i woniejących świeżością rozbudzonych świtem róż.

Bo... tego nikt nie widzi...

I znów rozbłękitniały dokoła łóżka Tuśki gencjany.

Uparta wizja, uparte zielska, uparte góry. Przyzywa na pomoc fikusy i palmy z ulicy Wareckiej. Myśli o nich, czy aby stróż je wynosi na dziedziniec, czy obmywa liście, czy mąż je okadza dymem tytuniowym. To są przynajmniej kwiaty... Trwają, zielenią się, rosną...

Ale takie gencjany! — łodygi. Cóż stąd, że się mienią jak ametysty i że od nich wieje jakąś świeżą swobodą, chłodem pełnym zaczarowanych ustroni, gdzie mech jest szmaragdowy, a srebro zimnej wody opływa głazy wyszlifowane jak marmury świątyń cichych i zapomnianych — cóż stąd?... Fikusy są praktyczniejsze — i trwają... trwają...

Nie może jednak oprzeć się wrażeniu tej świeżościi nagle robi się jej żal tych gencjan, które tam więdną na gościńcu, dotknąwszy z lekka ślicznej postaciPity.

Przypomina sobie, jak mimo gniewu została olśniona wizją tego smukłego, jasnowłosego dziewczęcia, naktóre, jak ptaki błękitne, jak strzały ukwiecone szafirem, leciały zewsząd gencjany, tworząc dokoła niejpoświatę najcudniejszych promieni kwietnych.

I te włosy złote, na które padły szafirowe kwiaty,i te rączki wyciągnięte...

To było jasne, to było piękne...

Tuśce nagle zrobiło się żal Pity. Pomyślała, że dziecko poszło spać bardzo smutne i pełne żalu. Przyszłowprawdzie grzecznie powiedzieć jej „dobranoc”, aleoczy więcej niż kiedykolwiek unikały wzroku matki.

— Skryta jest... — osądziła ją Tuśka — doktormiał rację.

Nie zastanowiła się jednak, że nie uczyniła nic, abytę skrytość córki zwalczać, przeciwnie, rozwijała jąsystematycznie jako wynik dobrego ułożenia i wychowania.

— Zresztą... może to jest dowód jej charakteru...

Tym chciała przerwać wizyjne błękity gencjan i jakiś dziwny, cichutki jakby dźwięk strun, który terazsię z tych wizji ku niej przekradał.

Zgasiła świecę.

W ciemności wizje błękitnych kwiatów nie tylkonie znikły, lecz przeciwnie, spotężniały i nabrały wyrazistości.

Tylko teraz od gór płynął wiatr i kołysał lasemgencjan, a one dźwięczały coraz milej, coraz głośniej...

— Skądże to znowu? — starała się myśleć Tuśka.

Ni to dzwoneczki, ni to dźwięk harfy skrzydłemptaka trącanej... coś pośredniego pędzi ku niej szybko i staje się coraz głośniejsze.

Nagle dźwięk ten staje się jeszcze głośniejszy i urywa się w pół tonu.

Słychać skrzyp drzwi, jakieś kroki... ktoś otwieradrzwi na rozcież, brzęk łańcuszków...

Tuśka odczuwa w półśnie, że to wraca do domusąsiad-aktor, i porywa się przerażona.

Zdaje się jej, że drzwi nie zamknięte od jej pokoju, okna nie zasłonione.

Chce zapalić świece, to znów wyrzeka się tej myśli,bo niebezpieczniej jest dawać do poznania, że się nieśpi. Bóg wie, co takiemu człowiekowi może przyjśćdo głowy.

Lecz aktorowi nic jakoś nie przychodzi do głowy.Umieścił swój rower, zamknął drzwi wejściowe, zaryglował i grzecznie, cicho, prawie na palcach przechodzi mimo drzwi Tuśki.

Przy drzwiach jednak zatrzymuje się.

Jest to jedna sekunda, lecz Tuśce wydaje się wiekiem. Zaparła oddech, sama nie wie, co się z nią dzieje. On widocznie słuchał, czy te panie śpią, bo jeszcze ciszej i delikatniej oddalił się do swego pokoju.

Tuśka położyła się i usiłowała zasnąć. Byłaby wolała stanowczo, ażeby aktor powrócił do domu hałaśliwie, z łoskotem, hałasem, ażeby prowokacyjniegwizdał pod jej drzwiami, ażeby znów posłyszała:

Pod Ulm, pod Kulm, pod Austerlitz...

Mogłaby przynajmniej zasypiać ze złością i gniewem na tego zuchwalca.

Tymczasem jego delikatność, potem to dziwne, ciche, milczące zatrzymanie się pod drzwiami każą jejmyśleć o nim, ale w inny, jakiś lepszy, łagodniejszysposób.

A potem ten gest rozrzucenia gencjan i wizja Pity,wyciągającej w promieniach zachodzącego słońca rączki do ukwieconych szafirem ptaków, lecących ku niejlotem strzał...

I te wizje gór ledwo zaznaczonych.

I ten sygnał rowerowy, który zdawał się dźwiękiem harfy i płynął od lasu gencjan, bijących przed nią pokłony...

I ta świeżość rozmodlonych nad brzegami strumieni ruchów.

I ta młodość nagła rozmodlonej u krynicy swobody jej duszy...

Bo choć nikt nie widzi...

Tuśka zaczyna rozsnuwać pajęcze nici tkane brylantami, od których biją blaski.

Tak... tak...

XI

Nazajutrz jednak rankiem o godzinie siódmej odezwał się straszny ryk lwa.

Natychmiast odpowiedział mu drugi ryk, dalej pomrukiwanie jakieś tajemnicze, następnie szczeknęłahiena i znów ryk króla puszczy zatrząsł zakopiańskąchałupą.

Tuśka szarpnęła się na łóżku i cała aż drżeć zaczęła. Gniew w niej wezbrał nie tylko za to mocniejsze przebudzenie, ale i za to delikatne i ciche dobranoc milczące, które zmusiło ją zasypiać z uczuciem łagodniejszym i z bezustanną wśród gencjan błądzącą myślą.

Właśnie gaździna wnosiła samowar, mleko i bułki.Ustawiła to wszystko „piknie” i zabierała się do zaparzania herbaty. Z doświadczenia bowiem wiedziała,że panie z miasta lubią „se przelegnąć w pościelii śniadanie podchliptywać, kielo tylko ślepie rozewrą”.

Tuśka postanowiła nie wdawać się więcej w parlamentacje z gaździną, lecz uderzyć od razu w wielkidzwon.

— Gdzie tu Klimatyka? — zapytała, zrywając się z łóżka i naciągając pośpiesznie pończochy.

— A w mieście...

— Dobrze, pójdę i dam znać, co się tu wyprawia. Niech porządek zrobią.

Obidowska odstąpiła od stołu i założyła z determinacją ręce.

— Ano... niech idą — w Klimatyce im powiedzą, co po ostatnim gościu smrodzili tu nikiej powietrze morowe bez cały dzień. Chocia i zmarł nieborak, ale przeciek odrobili dezenfekcję całą.

Ufna w spełnienie higienicznych przepisów, byładumna i harda.

— Ja nie o dezynfekcję — rzuciła gorączkowo Tuśka — tylko zarząd musi kazać temu wariatowi byćcicho albo się precz wynosić.

Gaździna pokręciła głową.

— Co to, to jus nic z tego nie będom mieli — odparła. — Gościom wolno piknie śpiwać, porykiwać w izbie, robić, co fcom, a Klimatyce nic do tego. Jak chcom, niech se tez porykują rano, ten pan nie póńdzie na skargę. Hej!

Rzekłszy to wyszła.

Tuśka ubierała się gorączkowo przed lustremi w ten sposób wyładowywała swą złość. Czuła, żegaździna ma słuszność i że w Klimatyce nikt jej racjinie przyzna, musiała jednak być konsekwentną i iśćdo owej Klimatyki.

Pita powoli podniosła się z łóżka. Przez chwilę, gdyrozlegały się owe dzikie porykiwania, oczy jej zabłysły, uśmiech przewinął się przez usta.

Pochwyciła to Tuśka i w zdenerwowaniu upatrzyła,iż córka cieszy się z widocznej zemsty aktora za odesłanie bombonierki. Sucho i rozkazująco zwróciła sięku dziecku.

— Wstawaj — rzekła. — Słyszałaś, co doktor wczoraj mówił: jesteś chora i masz chodzić po słońcu, biegać i być wesoła. Proszę się zastosować do tego, codoktor kazał!

Pita spochmurniała jeszcze więcej. Zacięła usta i z wielką umiejętnością, wrodzoną kobietom, zabarwiła wzrok swój bezbrzeżną melancholią.

Widoczne było, iż postanowiła wyzyskać sytuację i stać się coraz „smutniejszą”, coraz więcej chorą, skoro w owej powadze i zniechęceniu do życia tkwił zarodek jakiejś choroby. Z przedziwnym sprytem, właściwym każdej kobiecie, nawet najmłodszej, odczuła, że może stać się ważną osobą i grać na strunie choroby pierwsze skrzypce.

Z miną znudzoną, jak Chrystian duński mówiący do dworzan: „I jutro jeszcze dzień...”, sięgnęła po swoje haftowane spódniczki i zaczęła je nakładać z niedbałością i smutkiem.

Odczuć w niej już było można doskonały gnębiący materiał, jakim jest kobieta półchora i sprytnie wyzyskująca sytuację.

Tuśka od razu zrozumiała grę córki i zmiarkowała, że ta mała odbiera jej teraz przywilej tronowania w domu na podstawie „niebezpiecznej choroby, której zaród w piersiach nosi”. Czesała się i stroiła dalej, lecz gniew ją ogarniał coraz większy na Zakopane i na wszystko, co ją w nim spotyka.

Dowiedziała się, że jest zdrowa, i słońce świeciło, i smreki pachniały, gencjany rozbłękitniały jej sny...

Było się czego gryźć i martwić.

Gdy była gotowa, szykowna w swej dość prostej, lecz z warszawskim sznittem skrojonej sukni, w kapeluszu przypominającym słomiankę, przypadkowo włożoną na głowę, stanęła niezdecydowana.

Należało iść na ową skargę, ale dokąd i do kogo?

Na dziedzińcu rozlegały się wesołe głosy. Jakby jąktoś pociągnął na lince, podeszła do okna pod pozorem poprawienia firanki.

I tak długą chwilę przy tym oknie została.

Dużo belek, całe stosy, a wszystko w słońcu jak wyzłocona słoma.

I trawa, na którą powalono te belki, zda się mieć te złotozielone błyski, jakie mają na ciałkach chrząszczyki majowe. Morze trocin jak piasku złotego rozsypanych dokoła.

A z tego morza, z tej złocistości, na którą nawet cień smreków nie pada, bo rosną w oddali, wyrasta powoli szkielet nowej chałupy, którą Józek Obidowski przy pomocy innych Obidowskich na łupienie gości, a na chwałę Panu Bogu dźwiga.

Jest ich kilka, a więc Jędrek Kalpus Obidowski i Maciek Bretnol Obidowski, i kilku innych Obidowskich, dwóch z porządnymi wolami, dwóch dla odróżnienia bez wola.

Wszystko to białe, wyszyte, z twarzami „z głupia frant”, z fajkami przyległymi do ust siedzi okrakiem na belkach, dłubie, przymierza, składa jak pudełko tę chatę, która rośnie, jak słonecznik do słońca, tak ona do gór zwrócona.

Każdy bowiem gość czuje się w obowiązku siadaćrano do kawy z Giewontem przed nosem. Giewont jest wieżą Eiffel zakopiańską. Ze wszystkich stron go widać, a już z werandy obowiązkowo.

— Piknie se pozierać będziecie na Giewont — mówi góral wynajmując chałupę.

I gość co rano, co wieczór zakreśli w myśli legendowe kontury śpiącego rycerza. Zabawka to niewinna, a wznosząca „w dziedzinę poezji” urzędnicze, stężałe serca. „Coś się roi, coś się marzy, chrzęsty zbroi, okrzyk wraży. Taka chwila, choćby chwila!”. Takiekróciuchne złudzenie, zwłaszcza że na karku tkwi silnie codzienna obroża twardych obowiązków!

Wzbudza ją i niesie Giewont widmowy, liliowy, rozpływający się we mgle, to znów jak z szafiru jednego przez olbrzymów wykuty.

Biedne, czerwone od pisania oczy śledzą zmiany barw, serce jakoś pełne melancholii, kawa stygnie, ręka z rogalikiem opadła.

Filister na tej drogo wynajętej werandzie coś czuje — co? — sformułować nie umie, ale mu to widmo liliowe zaszywa się w serce. Uśmiecha się zwiędłymi usty, które tak pysznie kąpie codziennie w pilznerze, i mówi potrząsając głową:

— No... no... a to, panie!...

Taką werandę, dla wzruszeń stosowną, stawiają właśnie Obidowscy, Kalpusie, Bretnole, siedząc okrakiem na belkach. Zdobią je w rozmaite nacięcia, bo to „państwo lubią”. Każde nacięcie to podskoczenie w cenie wynajmu chałupy. A zręcznie migają te białe postacie, zsuwają się po belkach, nikną i zjawiają się sprężystymi skoki, jakby po wirchach ich nóżki nosiły. Małe mają siekierki w rękach, nie robią hałasu, nie ranią bezpotrzebnie drzewa. Rzec by można, że miłośnie obchodzą się z tymi złotymi belkami. Tak je przenoszą przez ustawione już szubienice drzwi, że nawet nie potrącą, jakby dziecko małe z kołyską nieśli. I jest w nich coś przy tej robocie z koboldów, z białych duchów i z posiwiałych nagle małp.

Hyc — hyc... już z fajki wysoko, wysoko popiół się sypie. Wyszywane suto porcięta tylko migną.

Hyc, hyc... już gdzie indziej toporek dłubie leluję i szereg gwiazdek niby płatków ze śniegu, nagle w złoto przemienionych.

Koło kupy serdaków zrzuconych na ziemię Tuśka dostrzega rosłą postać aktora, odzianego w inny cyklistowski strój, jakiś bardzo jasny i bardzo nowy.

Pończochy czarne, dobrze wyciągnięte, odcinają się od tej jasności. Trzyma w ręku toporek, pochylił się nad leżącą belką i obcina ją dość zręcznie.

Z góry przypatrują mu się z flegmą górale.

On, porając się z toporkiem, śpiewa:

...i nie dbam o czerwony nos,

i nie dbam, że wciąż tyję.

Lecz chwytam dzbanek w ręce me

I piję! piję! piję!...

Pijacka piosenka, śpiewana chórem po restauracjach, jak dysonans rozbrzmiewa w zapachu smreków i złocie słońca. On to czuje, lecz z chęcią już weń wrośniętą zbierania oklasków zwraca się do górali:

— Pięknie śpiewam? co?

Milczenie.

Górale nie są skorzy do pochwał.

Aktor czuje się podrażniony.

— Czekajcie, zaśpiewam wam coś góralskiego.

Prostuje się i zaczyna zawodząc:

Tuduraj, tuduraj,

Kiedy grule w dole;

Jak gruli nie stanie,

Tuduraj ustanie...

Józef Obidowski, dziś jakiś chmurny i zły, patrzy na gościa w dziwny sposób.

Nic nie zdoła oddać tej mieszaniny ironii i respektu — ironii dla istoty z miasta, więc dla niego, górskiego, istoty niższej, i respektu dla źródła dochodu „papirków”, które tak miło zgarniać, a za nie chałupy nowe budować. Politycznie jednak czuje, że musiwreszcie wydusić jakąś pochwałę.

— No, piknie — odpowiada wreszcie, nie wyjmując z ust fajki — ale głos u was maleńki i nie giełcy wcale!

Aktor roześmiał się wesoło.

— Głupiś! — wyrzekł — u mnie głosu starczy na całe wasze Tatry, ale nie chcę budzić tej pani, co się ciągle na mnie gniewa.

Lecz Józek uważał to tylko za wymówkę.

— Może.

Ci, siedzący tam na belkach, jęli się także z lekka uśmiechać.

Dostrzegł to aktor i porwała go zakulisowa złość.

— Poczekajcie... ja wam zatańczę zbójnickiego, niech tak który zatańczy.

W mgnieniu oka rzucił kurtkę na stos serdaków i w koszuli z surowego jedwabiu, ściśnięty pasem czarnym jedwabnym w białe kropki, zaczął na posadzce z trocin tańczyć zapamiętale, przyśpiewując klasycznie.

W murowanej piwnicy

Tańcowali zbójnicy!...

Tańczył doskonale, ciął drobniuchno na miejscu, podskakiwał, wreszcie zaczął wirowato zataczać koła. Było w nim rozzuchwalenie wielkie, ogromna siła młodości, potrzeba ruchu i temperament szalony. W złotym świetle ze złotego jeziorka trocin migał jak zjawisko.

Górale przypatrywali mu się ciekawie z minami znawców.

— Is, is... — mówili jeden do drugiego.

Tuśka doznała dziwnego wrażenia.

Pierwszy raz widziała, żeby człowiek cywilizowany oddawał się z taką rozkoszą pląsom tanecznym.

Obtańcowywanie panien i pań w karnawale odbywa się zwykle ze strony mężczyzn z tak karawaniarskimi minami, że jedynie przerwa kolacji może to usposobienie grobowe rozpędzić. Przeto i damy, prowadzone jak na ścięcie, taki sam nastrój przybierają.

W takim wypadku taniec jest koniecznym dreptaniem albo szastaniem nóg w takt cyrkowej muzyki.

I nie ma nic śmieszniejszego jak twarze o wyrazie mędrców, przeznaczonych na wypicie cykuty, i nogi w lakierkach podrygujące pas aszantów udających się na wojnę.

Sprawia to wrażenie masek puszczonych w taniec korowodu, trupów zgalwanizowanych i rzuconych bezlitośnie w bezcelowym, tragiczno-komicznym rozpędzie.

Tuśce, opartej o ramę okna, przychodzą te myśli, gdy widzi tak aktora tańczącego naprzeciw niej „zbójnickiego” z dzikim jakimś zapałem i kultem dla tańca.

Sama doznaje jakiegoś podniecenia nerwowego i prąd młodości przebiega jej żyły. Nie tańczyła nigdy sama dla siebie, nie wie, co to jest wyładowywanie siły w impetycznym ruchu. Lecz zaczyna to odczuwać i dech w piersi wstrzymuje. Mężczyzna ten wiruje w przestrzeni, jakby smagał ją skrzydłami niewidzialnymi, które go unoszą w tym wirze. Kręci się teraz z coraz szaleńczą szybkością. Migają czarne pończochy jak dwa węże. Rękoma bije się po głowie i udach. Słychać plaskanie, jak by kto bił kijanką w wodę. Górale siedzą nieruchomi. Spoważnieli. Czują, że ten gość tańczy poważnie i po ichniemu.

— Is, is... — mruczą tylko, zaciskając fajki w zębach, że aż trzeszczą. Jeszcze chwila, a widać, jak Maciek Bretnol Obidowski zeskoczy z belki i dreptać a plaskać zacznie, lecz aktor nagle zatrzymuje się jakby wbity w ziemię.

Tuśce zdaje się, że uczynił to dlatego, iż ją dostrzegł, nie jest jednak pewna.

Jest z tego rada, ale zarazem widzi, iż aktor zuchwale wpatrzył się w jej twarz, jakby chciał wyczytać, jakie odniosła wrażenie. Ogarnia ją wstyd i zmieszanie. Za nic w świecie nie chce, aby przypuścił, że ją ten taniec nie tylko zajął, ale przejął dziwnym, nieznanym zmieszaniem. Przybiera, o ile może, minę obojętną. Nie ustępuje jednak z okna. Nie chce, aby przypuścił, że go się boi i że przed nimucieka.

On zwraca się ku góralom.

— A co? umiem tańcować?... — pyta.

— No... majom w tańcu maturę — wydusza wreszcie jakby niechętnie Maciek.

A Józek Obidowski wciąż pali fajkę i ma coraz więcej ironii na swej ślicznej twarzy.

— Żeby byli sietniakowaty, toby tak nie tańcowali... — dorzucił Kalpuś.

I zabrali się dłubać siekierkami całe szeregi gwiazdw belkach złocistych na chwałę Bogu i ludziom, zacietrzewionym w zakopiańskim stylu, a na zgubęgościowych kieszeni.

Aktor usiadł na belce i swą świeżo ogoloną, trochę zmęczoną, a przecież pełną młodości twarz poddał pod promienie słońca.

Wyjął port-cigare srebrne, klasyczne, prawdopodobnie z napisem „Od wielbicieli”, z eleganckim, emaliowanym monogramem na rożku, i zapalił papierosa.

Wszystko, co stanowiło jego własność, było eleganckie i zgrabne. Pudełko do zapałek srebrne, ozdobione niewielkim kaboszonem szafirowym. Taki sam kaboszon, nieduży, lecz ciemny i piękny, ciemniał na małym palcu jego ręki. To był jedyny pierścionek, jaki ten człowiek nosił.

Tuśka niby patrzy na górali dłubiących gwiazdy, a widzi te wszystkie szczegóły, bo dzień jest tak przejrzysty, że każdy najdrobniejszy przedmiot dochodzi do okna z czystością niezwykłą. Równocześnie Tuśka z właściwością kobiet ogarnia i siebie dokładną uwagą i myśli, czy dobrze wygląda i czy puder nie starł się jej z twarzy.

Aktor patrzy na nią wprost, bez owych wybiegów kobiecych, patrzy swymi ślicznymi oczyma o długich, ciemnych rzęsach. Jest teraz jakby melancholijny i zadumany. Nie wiadomo jednak, czy jest to zmienność kameleonowa jego natury, czy udanie. Tuśka zaczyna czuć się jednak więcej zaniepokojoną tą jego melancholią niż poprzednio napadami żywiołowych popędów. Stoi jednak przy oknie jak przymurowana i nie może zebrać się na śmiałość, aby od niego odejść.

On to dostrzegł i nagle, jakby dopiero w tej chwili ją zobaczył — wstaje i kłania się nadzwyczaj grzecznie.

Ona pomimo woli pochyla głowę i oblewa ją rumieniec złości za to, że oddała mu ukłon.

Stało się to bez jej wiedzy, całe szczęście, że skłoniła głowę leciuchno, prawie nic — ot, tak prawie, że mógł nie zauważyć tego.

Istotnie, aktor mógł przypuszczać, że Tuśka mu na ukłon nie odpowiedziała, bo jakaś parobkowata zuchwałość przebiła się w wyrazie jego twarzy. Cynicznie skrzywił usta, stał się prawie brzydki. Usiadł na belce okrakiem i podniósł twarz ku pracującym w milczeniu góralom.

— Hej... gazdowie!... — zawołał głośno z rubasznym śmiechem — a któraż też dziewka najładniejsza w tym sezonie?

Obidowscy zaśmieli się i Antek coś tam odpowiedział, ale Tuśka nie dosłyszała. Fala krwi uderzyła jej do głowy. Widocznie ten „komediant” chce wojny, bo teraz obraża ją takimi słowy!

Cofnęła się od okna, zapuszczając firankę. Posłyszała jeszcze jego śmiech i zaraz potem prześlicznie przez zęby gwizdaną polkę.

Cofnąwszy się do pokoju, Tuśka czuła się tak zirytowana, że bezwiednie skierowała się do pustego pokoju, z którego okna wychodziły na gościniec.

Zaczęła chodzić wzdłuż i wszerz i czuła, że krew falą bije jej do głowy. Ten człowiek obraził w niej godność kobiecą! — ośmielił się...

Właściwie, cóż się ośmielił?

Zapytał się, „która z dziewcząt najpiękniejsza”? W tym nie ma żadnej obrazy. Uczynił to z ciekawości artystycznej...

Tak! — ale — to!

To coś nieuchwytnego, co smagało ją jak szpicrutą, to coś pewnego siebie, zuchwalczo wiedzącego, że nic się oprzeć nie jest w stanie jego woli, jego żądzy, jego chęci.

A potem mściwość ordynarna, jakaś ulicznikowska.

Stanęła przy oknie i patrzała na gościniec, po którym już snuły się grupy gości odzianych jasno, po turystowsku. Kobiety miały rozpięte jasne parasolki, mężczyźni białe, lekkie, filcowe kapelusze. Wszyscy zdawali się nie iść, lecz biec, weseli czegoś, radzi, podnieceni.

Oddzielona szerokością gościńca od chaty Obidowskiej, stoi ładna duża willa z ułożonym na frontonie napisem:

„Lewkonia”

Jest to jedna z seryj „bezpretensjonalnych” imion nadawanych mniej lub więcej udatnym pudełkom, w których gnieżdżą się w dziwnej harmonii bakcyle i istoty żądne słońca, Giewontu i oddalenia mglistej niańki o długich kościstych rękach, o fosforem płonących oczodołach, o rozwiewnych, wilgotnych szatach. Lewkonia, Niezabudka, Chryzantema, Rozkoszna, Szczebiotka... a dalej literatura triologiczna, więc wszytkie Borzobohate i Kurcewiczówny!

Przytulne miana, łase i wdzięczące się w słońcu, w kępie smreków, a każda z werandą na paradę obwieszoną japońską latarnią z barometrem, który zostawił „ten pan, co to słabował tutok i wywieźli go dzie indzi”.

I w „Lewkonii” jest weranda duża, nawet bardzo duża. Powyjmowali z niej okna. Odsłoniona jest cała. Tylko z jednej strony deski bronią od wichru i słońca.

Na werandzie stół, ceratą klasyczną przykryty, ceratą, drogą oszczędnym gospodyniom. Biała jest i imituje do złudzenia obrus. I dużo przedmiotów dalej imituje w tej willi do złudzenia rozmaite piękne rzeczy. Szkło stojącego na środku stołu wazonu imituje weneckie kryształy, w mietlicę wetknięte purpurowe maki są z perkalu farbowanego, a imitują świeżość rozkwitłych w zbożu maków, welwet ciemnozielony na sukni kobiety, leżącej na bujającym się krześle, imituje aksamit, a sama kobieta, pani radczyni Warchlakowska, imituje damę dobrze wychowaną, inteligentną, oczytaną, wzorową żonę, matkę i piękną kobietę.

Leży do słońca, wyniosła i wspaniała jak renesansowa księżna, patrzy na chałupę Obidowską mrużąc oczy i czuje się o wiele wyższą w społeczeństwie od „osoby”, zamieszkującej naprzeciw chatę bez żadnej efektownej etykiety, nie przywożącej ze sobą nadąsanej kucharki i młodszej ,,w bluszcze z kropkami” i nie posiadającej męża, który jest w stanie zapracować tyle, aby ona, radczyni, i trzy jej córki (o... Barissonki!) mogły rozpostrzeć swe fatałaszki w „Lewkonii” i nicować przechodniów przez długie trzy miesiące z trzystopniowej wysokości nadgniłej werandy.

Właśnie jedna Barissonka wbiega na werandę. Ubrana jest w pąsową bluzkę, białą spódnicę wełnianą, żółte trzewiki i do złudzenia imituje strojem, chudością i manierami szpiczaste miss, widywane w ilustracjach angielskich. W ślad za nią zjawia się druga czerwona bluzka i trzecia! Jest to rodzaj umundurowanej małej armii o cienkich, zawsze złośliwie zaciśniętych usteczkach. Ręce duże, nogi duże, piersi płaskie, biodra sterczące, moc piegów, śliczne oczy, śliczne włosy, brak poczucia delikatności, brak słuchu, zdolności matematyczne, dowcip jak u starego dziennikarza, znajomość tajemnic życiowych zdumiewająca, zaczepność małych buldogów — słowem, tysiące rozkosznych przymiotów, stwarzających wcale udatną i obiecującą całość.

Pani radczyni jednak jest rada ze swych „dziewczątek”. Nie są to wprawdzie dziewczęta spod wiejskiej strzechy, ale pani Warchlakowska jest zdania, że są już dostatecznie opancerzone do walki z życiem.

A że wiedzą to i owo i że mają sąd swój o ludziach i wypadkach, mój Boże!... tym lepiej — nie będą to lalki salonowe, lecz od razu kobiety o wybitnej indywidualności.

Pąsowe bluzki z barchanu imitującego welwet wionęły, zaroiły werandę czerwienią i bielą i nagle stanęły. Dostrzegły Tuśkę w oknie chałupy. Zaczęły się jej ciekawie przyglądać.

— Ona wczoraj szła za nami z tą dziewczynką w dużym kapeluszu...

— Aha!... — w białych trzewikach.

— Tak. Pamięta mama: miała nietutejszą suknię i łańcuszek po staremu naokoło bioder.

Pani Warchlakowska zmrużyła oczy.

— Ach! tak... macie rację. To będzie coś z Warszawy.

— Albo z prowincji.

— Nie. To coś z Warszawy. Chodzi po warszawsku.

Wygłosiwszy te słowa, pani Warchlakowska utonęła w obserwowaniu Tuśki.

— Czego ona tak stoi przy tym oknie?

— Przypatruje się nam.

— A może jej pokazać język? — hazarduje najmłodsza czerwona bluzka, która jeszcze nie jest dostatecznie opancerzona, ale za to bardzo „rozwydrzona”.

— Mińciu!... — strofuje radczyni.

Lecz Mińcia się tłumaczy:

— To po co tu patrzy? Nie widziała ludzi na werandzie, czy co?

Radczyni uznaje za stosowne być dobrą i łagodną.

— Widzisz, że to jest osoba średniozamożna i nie ma środków na werandowanie na werandzie, więc weranduje w oknie. Idźcie lepiej bawić się piłkami, skoro wam doktor ruch zalecił. I proszę nie zajmować się tą osobą.

Panienki zbiegają z werandy, zaczynają igrać miluchno na placyku, na którym rośnie kilka dość mizernych świerków. Biegając i rzucając angielskie piłki, ciągle strzelają oczkami w stronę Tuśki.

— To pewnie jaka Żydówka!...

— E... może co innego.

— A może taka, wiesz...

— Ale nie. Przecież szła z córką.

— E!... może to siostra.

— Ta mała to miała pończochy fil d'Ecosse!

— Nieprawda, bo fil de Perse.

— Głupie jesteście... to fil de Juive...

De Palestine!... hi, hi...

„Osoba” tymczasem stoi w oknie, a w umyśle jej dojrzewa projekt. Najlepiej zrobi, jeżeli weźmie i ten pokój dla siebie. Gnieździć się w jednym pokoju, i to od dziedzińca, jakoś nie wypada. Może właśnie dlatego ten aktor tak lekceważąco względem niej postępuje, że ona tak nędznie mieszka. Ba! gdyby miała willę całą, tak jak ta pani z przeciwka, z pewnością szachowałby się inaczej. W pokoju tym właśnie znajduje się werandka. Nieduża, raczej ganek, i to przyczepiona z boku chałupy, ale jest — widać osoby leżące na werandzie z gościńca i można obserwować przechodzących jak z loży.

Będzie to większy wydatek, ale trudno. Tuśka nosi w herbie dewizę każdej warszawianki:

Nikt nie wie, co jem, każdy wie, jak mieszkam.

— Zaoszczędzę na jedzeniu — myśli i już postanawia nie tylko donająć pokój, rozlokować się na werandzie, zawiesić latarnię japońską i ustawić bukiet na stole, ale sięga dalej myślą.

— Poznam się z panią naprzeciwko, to musi być osoba wyższej sfery, skoro wynajmuje willę.

Pita będzie miała towarzystwo w jej córkach i zobaczymy, czy wtedy ten... pan ośmieli się obrażać mnie tak, jak uczynił to w tej chwili.

Pełna dumy i rada ze swego postanowienia, powraca Tuśka do swego pokoju.

Pita ubrana stoi przy stole jak manekin i widocznieoczekuje jakichś dyspozycji wyższej władzy.

— Zawołaj gaździny... Słyszę, że jest w sieni.

Za chwilę wchodzi Indianka. Jest nieufna i patrzy spode łba. Obcierała właśnie belki w sieni i zabierała się do drzwi. Wchodząc, zbliża się do pieca i gładzi po nim ręką.

— A co fcom?

Lecz Tuśka tak bardzo pragnie werandy i drugiego pokoju, że staje się uprzejmą i schodzi ze swej wyniosłości.

— Moja gaździno... mnie tu ciasno i niewygodnie w tej izbie.

Na Obidowską jakby kto żaru posypał.

Gaździe zakopiańskiemu kazać zwrócić pieniądze, to łatwiej ściągnąć słońce z nieba.

— O!... ze tam końdek im ciasno... to co? Jo piniendzy nie oddam. Jak fcom, niech dzie indzi najmom, ale ja piniendzy nie oddam. Mogom mnie prawować.

Tuśka wzrusza ramionami.

— Nie o to chodzi. Ja chcę dobrać sobie tę drugą izbę z werandą.

Indiance twarz się rozjaśnia. Zawiązała i rozwiązała, i znów zawiązała chustkę. Widać, że już myśl jej pracuje, jak by tu i na ile skórę z tej gościowej ściągnąć.

— Wiedzom co... — mówi powoli, ważąc każde słowo — ta izba teloz by zamówiona. Gość pisał po nią.

Tuśce aż tchu zabrakło.

— Ale zadatku nie dał?

— No... ni... Ino kabyście ją fcieli, to muszom zapłacić tylo, co tamten pon dawali.

— No, a ileż?

Gaździna myśli — cała tragedia toczy się w jej mózgu. Powie za mało, powie za dużo... Nie wie. Cyfry biegają jak szalone — wreszcie rzuca:

— Dacie osiemdziesiąt.

— To za drogo.

— Ten pon da tyle.

Tuśka dałaby już te osiemdziesiąt guldenów, ale zdjęta mocą nałogu, musi się targować.

— Siedemdziesiąt...

Gaździna widzi, że tej pani „zafciało się” tej izby i już żałuje, że nie powiedziała stówki.

— Ni, ni... — mówi z niechcenia, patrząc uparcie w kafle pieca — dacie dziewięć dziesiątek, to mieszkajcie...

— Jak to dziewięć dziesiątek? Powiedzieliście: osiemdziesiąt!

— Nijok nie będzie inoczej, ino dziewięć dziesiątek. Ten pon da i stówkę...

Od dziedzińca dolatuje ciche gwizdanie polki.

To doprowadza Tuśkę do ostateczności.

— No... dobrze... macie tu dwadzieścia guldenów!

— A wiedzom, że za obsługę osobno?

— Jak to?

— Ano... ho, mieliby my drugiego gościa, toby płacił za obsługę, a tak ino strata bez to, że wy będziecie mieszkać i od przodu, i od zadku.

— No dobrze... idźcie już tylko.

Gaździna przemyśliwa, co począć, jak tu jeszcze na razie coś wyciągnąć.

— A wiedzom... — zaczyna znowu, lecz urywa, bo instynkt jej mówi, że przeciągnie strunę.

Jest ich trzy w tej izbie — trzy kobiety: Tuśka, Obidowska i Pita.

W każdej z nich inny świat, a w tym świecie gra w tej chwili nuta dominująca.

W Tuśce podrażniona ambicja, w góralce chciwość zbudzona, w Picie spokój obserwacji, to gromadzenie mrówcze wrażeń życiowych, z których będzie sobie snuła kanwę dalszego życia.

Ani czują, ani wiedzą te trzy, sylwetkami różnymi przecinające słoneczne strugi, postacie, ile sobie wzajemnie dopomagają w wyładowywaniu swych wzruszeń, jak one przerzucają swoje indywidualne cechy i z nich, niby pszczoły kwiatowy pył, tak trutkę sączą. Z Tuśki góralka chytrze ciągnie pieniądze, widząc w jej oku rozpłomieniony kwiat fałszywej ambicyjki, z nich dwóch śliczna Pita, z wdziękiem baletniczki ustawiona koło stołu, sączy w siebie i ambicyjkę, i chciwość, a ironizując już ma gotową szufladkę, do której sięgnie kiedyś w podobnej życia sytuacji.

Są one wszystkie w tej chwili nie tylko ogromnie kobiece, lecz i ogromnie... ludzkie. I jest ich trzy w tej izbie.

A w każdej inny świat na pozór, a przecież łączność między nimi jak w sznurach powoju...

Sylwetki ich przecinają strugi słoneczne.

I jedna jest dopełnieniem drugiej i tej trzeciej.

Za pół godziny Tuśka obejmuje w posiadanie werandę.

Ustawia stół, nakrywa go barwnym kilimkiem, kupionym na ulicy w Krakowie od Żyda w fezie, imitującego bez powodzenia Bułgara, ustawia dzbanek kołomyjski, znaleziony na półce w izbie, i za dwadzieścia centów nabywszy u Józka gałęzi smrekowych, urządza oryginalny bukiet.

Kieruje nią pewien smak wrodzony. Pani Obidowska wyciąga z szopy religijnie po ostatnim suchotniku przechowaną japońską latarnię i barometr.

— Majom... — mówi wspaniałomyślnie — niech se zawiesom, bele piknie im było.

Wreszcie wszystko urządzone i Tuśka, rozpiąwszy białą parasolkę, zasiada na werandzie, obejmując ją w posiadanie.

Postanawia kupić sobie leżak, aby już być zupełnie „po formie”. Owija głowę delikatnie muślinowym szalikiem i bierze w rękę Journal d'une femme de chambre.

— Nie widać z gościńca tytułu — myśli — a że książka w żółtej okładce, tym lepiej! Będą wiedzieli, że czytam francuskie dzieła w oryginale.

Zapomniała już o Klimatyce, o skargach na aktora, cała przejęta dziecinną prawie radością werandowej wystawy.

Z drugiej strony stołu zasiada Pita.

I ona rozpięła białą parasolkę, a ten lekki cień wydobywa tylko świeżość jej twarzyczki, delikatną i czystą jak płatek kamelii. Tuśka także ogromnie zyskuje w tym przyćmieniu białawym, a że ubrane są „do nitki i na ostatni guzik”, wyglądają jak dwie lalki za gablotką sklepową lub oleodruk familijny, zawieszony nad kanapą. Pita ogląda Baśń o Kasi, nie odczuwając wszakże przedziwnej piękności dzieła. Zaciekawiał ją jedynie ostatni pocałunek Kasi z królewiczem, który ma tak wysokie obcasy u pantofli.

Lecz tak Tuśka, jak Pita przede wszystkim obserwowały i czuły, że są obserwowane. To było osią i głównym punktem ich myśli.

Siedziały wyprostowane, godne, wdzięczne, en parade, roztaczając swe wdzięki typowych warszawianek z ogromną umiejętnością i pewnym taktem. Nie narzucały się, lecz zniewalały oko przechodniów i widzów. Dostroiły się do otoczenia. Nie miały w sobie nonszalancji miękkiej, pasującej raczej do wybrzeży morskich, foteli ze słomy, fal, błękitów i rozwianych skrzydeł mewy.

To, co je otaczało, było proste w liniach, twarde w kolorycie. Należało więc przybrać ten sam genre, aby nie odskakiwać od tła. Wyczuły to instynktem i zastosowały się przedziwnie.

I dlatego rzeczywiście ta weranda wykilimkowana, z wiechą smrekowych gałęzi i z tymi dwiema kobietami w prostych, ale mających linie sukniach, z baldachimami ich parasolek, stanowi wabną całość. I czuje się pewną wdzięczność dla Tuśki i Pity, że tak umieją przybrać sobą to nagromadzenie pniaków i belek nie psując ich powabu.

Lecz upał jest wielki. Kurz na gościńcu bije tumanami. Dla zdrowia raczej należałoby zaszyć się w las, gdzie woń balsamiczna rozwłóczy swe czary po kępach mchów i rozmodlonych a cichych dzwonków lesistych.

Któż jednak podziwiałby grację Tuśki i Pity, lśniący jedwab ich włosów, wyzyskaną linię sukni i możność wynajęcia werandy?

Któż jednak?...

XII

Siedzą już tak dobrą godzinę, a na czołach ich pojawiają się kropelki potu.

— Może się nudzisz, Pito? — mówi wreszcie Tuśka. — Zejdź i pobiegaj trochę.

— Dziękuję mamusi, ja wolę siedzieć.

— Widzisz, że te panienki naprzeciwko biegają, choć są starsze od ciebie.

Pita zacisnęła usteczka z ironią. Miała szczególny, sobie właściwy sposób wydymania dolnej wargi. Nadawało to jej twarzyczce nieporównany wyraz tajonej pogardy.

Obserwowała od pewnego czasu owe panienki w czerwonych bluzkach i maniery ich wydały się jej rubaszne i brzydkie. Ze skrzętnością mrówki znosiła owe spostrzeżenia do magazynu swych obserwacyj życiowych.

— Taki ruch jest brzydki — myślała — należy się go wystrzegać. O!... ta druga bierze do ust szpilki od włosów, gdy poprawia rozpuszczone w biegu sploty. I to nieładnie wygląda. Nie będę tego robiła.

I tak dalej snuje sobie cały swój katechizm układu ta mała dziewczynka, przewracając złociste obrazki, na których ukazują się kolejno to biały królewicz, to Kasia w kraciastej chuścinie.

Nagle zadzwoniło, zawirowało.

Aktor przeleciał na rowerze w stronę miasta.

Jechał szybko, dojrzał jednak Tuśkę i Pitę na werandzie.

Zrobiły na nim najwidoczniej pewne wrażenie, bo obejrzał się dwukrotnie.

Tuśkę aż coś zadławiło w gardle i zarumieniła się gwałtownie. Starała się jednak opanować całą siłą. Nie mogła zrozumieć, dlaczego ten zuchwalec wprowadził ją w stan takiego pomieszania. Przypisała to jeszcze nie wygasłej obrazie i czuła się zadowolona, że mogła go sterroryzować wyższością poważniejszego mieszkania i możnością siedzenia na werandzie.

Mimo woli jednak śledziła go, jak się oddalał na jasnej wstążce drogi, eskortowany niewielką chmurką kurzu, biegnącą za nim jak widmo psa wiernego.

— Dokąd on tak pędzi? — myślała. — Może jedzieodwiedzić którąś z aktorek lub może...

Widmo jakiejś chałupy góralskiej, a na progu siedząca dziewczyna smagła, silna, z krótkim stanem, długimi nogami, odziana w spódnicę jaskrawą, w serdak wyszywany silnie różową skirą...

To właśnie owa „najładniejsza”, bo oczy ma czarne, zęby białe, włosy aż się lśnią, a cała jest jak młody smrek, co pachnie żywicą i halnemu wichrowi urąga, „bo je młody, bo je krzepki, bo je silny, bo je giętki”, i wicher nad nim przeleci jak orzeł nad wirchem i nicmu nie zrobi, ino gałązeczki co nieco poruszy...

Może do niej, do tej chaty, co przypadła do górskiej ściany tuż koło potoku, pędzi tak „fryśko” ten młody zuchwalec i z roweru skoczy, do dziewczyny przypadnie, zajrzy jej w ślepie, w zęby — rozchichoce, o las się wypyta, czy daleko, czy gęsty, czy nie dobrze w takie skwarne południe w tym lesie, gdzie są miękkie mchy i liliowe dzwonki, gdzie się złotogłów czai i spod głazu jak złocisty świecznik wyrasta.

Co ona na to odpowie, ta „najpiękniejsza” w sezonie, zakopiańska dziewczyna?

Odpowie: hej, ręką oczy przysłoni, a spod ręki widne białe zęby jak u młodej wilczycy. I pójdą w dal.

On przodem będzie prowadził rower, bo droga jest zła i wybojów pełna.

Miną wille, sadyby, miną werandy, na których leżą panie w szlafrokach i goreją w słońcu japońskie latarnie...

I znikną pod baldachimem świerków, gdzie chłód leśny aż dusi od zapachu, jakim jest przepojony, od zapachu mchów, paproci, kwiecia, szpilek smrekowych...

I znikną...

Tak myśli Tuśka, a po twarzy jej pod pudrem przesuwa się różowy obłok i pewna doza rozmarzenia.

Nagle coś wpada pomiędzy nią i Pitę na stół, odskakuje, przewraca dzbanek z wiechą gałęzi i stacza się na ziemię.

To piłka, rzucona ręką jednej z panien Warchlakowskich, skacze tak po werandzie.

Pita spogląda z pogardą na piłkę.

— Ona to umyślnie zrobiła... — oznajmia z powagą.

— Widziałaś?

— Tak, proszę mamusi. To ta najmłodsza. One już dawno tu ciągle patrzą, szepczą coś, a teraz piłką rzuciły.

Spodziewa się, że matka rozgniewa się za ten zuchwały postępek, ale wbrew jej oczekiwaniu, Tuśka patrzy na leżącą na ziemi piłkę, jakby chcąc powziąć jakąś decyzję.

— Włóż, Pito, kapelusz i przynieś mi mój kapelusz i żakiet — decyduje wreszcie.

Dziewczynka posłusznie wstaje i przynosi żądane przedmioty.

Tuśka się namyśliła.

Chciała zawiązać bliższą znajomość z tą panią z werandy — teraz nadarza się jej doskonała do tego sposobność. Kto wie zresztą, czy to nie jest umyślna zaczepka ze strony tych pań.

Ubiera się i widzi, że w „Lewkonii” panuje ruch i zaciekawienie.

Panienki pobiegły na werandę, opowiadają coś matce. Dama w welwetach sięga po rogowe face a main i zaczyna obserwować werandę Tuśki.

Pita podnosi piłkę. Tuśka każe iść córce obok siebie, schodzi z werandy i kieruje się ku „Lewkonii”.

Dama w welwetach i seria Barissonek widzą, co się święci! Ale są godne i dumne.

Stanęły rzędem na werandzie i oczekują jak Dumasowska księżna, ażeby owa „cudzoziemka” do nich podeszła.

— My, galicjanki, som dumne i znamy się na warszawskich fumach!

Tuśka, uprzejmie strojąc usta w najpiękniejszy z zapasowych uśmiechów, przechodzi z Pitą gościniec, podchodzi do werandy i podaje piłkę.

— Oto któraś z panieneczek przez nieuwagę rzuciła na naszą werandę. Idąc do miasta pragnęłyśmy zwrócić własność naszych sąsiadeczek.

Pani Warchlakowska dźwiga się z leżaka.

— Bardzo pani jestem wdzięczna i przepraszam za nieuwagę moich dziewczątek... ale pani pojmuje... wakacje... wieś...

— Tak, tak... zresztą młodość ma swoje prawa.

Mierzą się oczyma.

Z jednej strony klan Warchlakowskich, a z drugiej strony Tuśka i Pita prawdziwie dystyngowane i powabne.

W jednej chwili atakowały się wzajemnie z szaloną wprawą, jak gdyby miały wspólnie zanieść się do zastawu. Oceniły swoje suknie, ręce, kapelusze, zęby, wartość wewnętrzną, możliwy dochód, dozę sprytu, wyświdrowały wady, czarne punkciki na noskach, liczbę piegów, złoto plomb w zębach i szczerby w inteligencji.

Przejrzały się na wskroś, wiedziały, jakie mają halki i podszewkę tej duszy, którą nosiły na pokaz. Słowem, w jednej chwili zdawało się im, że nie miały dla siebie tajemnic.

Uznały jednak, że mogą się zbliżyć. Pani Warchlakowska dostrzegła na ręce Tuśki obrączkę i to wystarczyło dla zachowania decorum.

Była to mężatka, pani Warchlakowska mogła raczyć zawiązać z nią pewną znajomość.

I teraz następuje prezentacja według formy, śmieszna, z dygami ze strony Barissonek, z nieufnym wydęciem wargi Pity, z robionym uśmiechem Tuśki i grandezzą bajeczną w manierach pani Warchlakowskiej.

— Panienka musi się nudzić — mówi radczyni do Pity mierząc śliczne, proste nóżki dziewczynki nieprzychylnym spojrzeniem.

Pita nic nie odpowiada, tylko równie nieprzychylnie kontroluje ręce pani Warchlakowskiej, ubrane pewną ilością pierścionków.

— Nie będę nigdy kładła takich pierścionków, bo to brzydko — kombinuje panna Pita.

Tuśka czuje, że nie należy przeciągać struny.

Żegna się więc i odchodzi do miasta.

Nie wie, dokąd iść w ten upał, i jest zła, że iść musi, ale powiedziała „idąc do miasta” i musi być konsekwentną, tym bardziej że klan Warchlakowskich patrzy na nią i na Pitę z wysokości werandy.

Czuje te spojrzenia przez skórę na swoich piętach i sprawiają jej one bardzo niemiłe wrażenie. Idzie więc w ten upał, ofiara kłamstwa i konwenansu. Łyka kurz, praży się w słońcu, a obok niej ze znudzoną miną wlecze się Pita.

Nie ma nikogo na gościńcu, nawet z werand pouciekano w głąb willi i chałup, nie ma więc dla kogo prostować się, zachowywać linii i roztaczać wdzięki.

XIII

Stosunki willi „Lewkonia” z chałupą Obidowską powoli się normują i układają.

Nie jest to przyjaźń nadzwyczajna, ale zwykła sezonowa zażyłość.

A więc przede wszystkim te panie przesyłają sobie wzajemnie rutynowane i wprawne w swym zawodzie wyzyskiwaczki, noszące masło, jaja i rozmaite inne „konieczne” do utrzymania egzystencji ludzkiej nadzwyczajności.

Pani Warchlakowska jest „zawołaną” gospodynią. A więc skupuje garnki masła zjełczałego, chude kury, grzyby — słowem, całe stosy żywności, zdolne nakarmić załogę okrętu, mającego perspektywę zimowania wśród lodów. Wszystko się przyda, a więc willa „Lewkonia” pachnie grzybami, kwaśnym mlekiem, owczym serem jak stara śpiżarnia.

Ponieważ pani Warchlakowska ma szczególniejszy dar dominowania nad osobami, które się do niej zbliżają, prędko ujarzmiła Tuśkę i wygłosiwszy zdanie, że kobieta nie znająca się na kuchni jest ciężarem społeczeństwa, zmusiła Tuśkę do tego, że i ta zaczynała „znać się na kuchni”.

A więc najniepotrzebniej i w chałupie Obidowskiej zjawiły się wianki grzybów i serki owcze, które mogły się przydać...

Na co i komu, to już nie należało do rzeczy.

Następnie wyszli na tapet mężowie.

Pani Warchlakowska była „wzorową” żoną i szczyciła się tym bardzo głośno.

Dbała ogromnie o swego męża, o stan jego żołądka, oczu i w ogóle zdrowia. Co chwila mówiła: „mój mąż, mego męża, mojemu mężowi”. Miała specjalny sposób wymawiania tego słowa. Była w tym duma twórcy dla swojego dzieła. Bo dla pani Warchlakowskiej pan radca był jej tworzywem. Ona go urobiła na tego pana Warchlakowskiego, który miał znaczenie, który był kimś, z którym się inni panowie Warchlakowscy liczyli. Jeżeli mieli kamienicę z pięćdziesięciu dwoma oknami frontu, to było także dzieło pani Warchlakowskiej. Wszak to pod jej presją mąż zamienił swoją rodzinną i po śmierci ojca przypadającą mu wioskę na ową kamienicę, niosącą wprawdzie niewiele, ale dającą duże znaczenie w świecie. Tu kupa cegieł symetrycznie ustawionych, z powprawianymi kawałkami szkła, nadaje człowiekowi odrębne, wyższe stanowisko.

Kto słyszał, jak pani Warchlakowska mówiła: „moja kamienica, mój stróż, moje podatki, moje waterklozety, moja kanalizacja, moi lokatorowie”, nie mógł wątpić ani na chwilę, że to osoba, z którą społeczeństwo musi się liczyć. Następnie pani Warchlakowska zaasekurowała swego męża „na życie”, „bo to nie wiadomo, jak wypadnie”. Była więc w porządku i była z tego dumna. Radcostwo pana Warchlakowskiego dopełniło miary.

Zabrano się do edukacji dzieci. Były to wprawdzie dziewczęta, ale musiały być odpowiednio kształcone.

Jak widzimy, dom był wzorowy. Na ustach pani Warchlakowskiej ciągle się słyszało: „higiena i poczucie moralności”. Ukochała sobie te słowa i mówiła, że jest to jej wyznanie wiary. Była to więc dama nie powszednia, energiczna i mająca poczucie obowiązku. Tuśka w pierwszej chwili została olśniona i przygnieciona tą wyższością pani z willi „Lewkonii”.

Ani kamienicy o pięćdziesięciu oknach frontu, ani lokatorów, ani stróża, ani podatków, ani asekuracji męża, ani jego posiedzeń radcowskich, ani sług co tydzień zmienianych, ani kąpieli sobotnich w domu w jednej wodzie kolejno panienek dla higieny — nic nie mogła ze swego repertuaru wyliczyć.

Pozwoliła pani Warchlakowskiej rozlać przed sobą cały zasób swej możności, inteligencji i poczucia moralności, nie hazardując ze swej strony wiele.

Aż gdy dama w welwetach umilkła wyczerpana i wyczekująco face a main ku Tuśce zwróciła, Tuśkauczuła, iż teraz przychodzi kolej wywnętrznić swoje credo i odkryć karty, którymi w życiu ona zagrywa.

Lecz ogarnęła ją chęć wywyższania się jeszcze ponad panią Warchlakowską i z wielkim taktem i ostrożnie rozpoczęła wspaniałą serię kłamstw, którą roztaczała powoli jak wachlarz, zasłaniając nim prawdę swego mizernego życia.

— Mój Boże!... tak, jeżeli nie najęła willi, to przede wszystkim dlatego, że bała się mieszkać w niej sama tylko z córeczką. Służby nie brała, bo była wyczerpana prowadzeniem ogromnego domu i chciała trochę odpocząć... Bo jeżeli kobieta pojmuje swoje obowiązki na serio, to trud jej nie jest mały, i ci, którzy mówią, że kobiety mają łatwiejszą część w życiu, mylą się zupełnie.

Lecz tu pani Warchlakowska podniosła protest:

— O, nie — ona, pani Warchlakowska, umie ocenić trudy i starania męża, który umiał przyrobić tyle fortuny i zajął takie w mieście stanowisko, że dziś liczy się z nim nie tylko całe miasto, sala ratuszowa, prezydent — więc i inne rozmaite figury, ale i ona, własna żona. Bo choć nikt nie jest prorokiem w swym kraju, a głównie mąż we własnej rodzinie, to ona przecież uznaje w panu Warchlakowskim owego proroka i idzie dokładnie linią, którą jej zakreślił.

— Nie tylko nie wbiję w ścianę jednego więcej gwoździa bez jego aprobaty, ale chodzę zawsze tymi ulicami, które on mi wskaże, bo on wie najlepiej, co i jak się robi w życiu.

Silna pierś, opięta welwetem, wznosi się miarowo jakby wzruszona przy tych słowach.

— Tak, u mnie uwzględnia się gusty i upodobania przede wszystkim męża — tłumaczy Warchlakowska zgnębionej trochę Tuśce. — Ponieważ mój mąż lubi sztukę mięsa z chrzanem, jadamy ją dwa razy tygodniowo, choć ani ja, ani moje panienki ścierpieć jej nie mogą. A potem, mój mąż jest za religijnym wychowaniem, panienki moje są wpisane do bractwa dzieci Marii... A potem, dywanów nie znosi. Więc nic... ani jednego chodnika w pokoju i te wszystkie nowatorstwa literackie także u nas nie mają miejsca... Tak, tak — ja się we wszystkim do męża stosuję.

Tu pani Warchlakowska powiodła groźnie dokoła wzrokiem, ogarnęła nim smreki, zamodlone w popołudniowej ciszy, i słoneczną drogę, ginącą w zieleni, i błękit nieskalany, rozwieszony kopułą turkusową nad dyszącym w omdleniu samym Zakopanem, i dodała:

— Ja tak pojmuję feminizm!...

Padło wielkie słowo.

Lecz nie wzruszyło Tuśki.

Ona siedziała cała pogrążona w myślach porównawczych.

Mój Boże! Ta mizerna figurka jej męża w niepokaźnym paltociku, czymże była wobec imponującej a legendowej postaci pana radcy Warchlakowskiego!

Z urzędu, ze sprytu, z owej wspaniałości, z jaką trząsł całym miastem sterroryzowanym i uwielbiającym, wyłaniał się nadzwyczajny, imponujący, adorowany nawet przez własną żonę.

— Budżetu miejskiego nie uchwalą, jeśli on się okoniem postawi... — pewnego razu rzuciła niedbale Warchlakowska.

Budżet miejski!

Tuśka doznała olśnienia.

To było coś wielkiego, jakieś cyfry ogromne, jakieś miliony, los całego mrowiska ludzi kłębiących się wśród kamienic. Nie rozumiała dokładnie, ale to ją ostatecznie olśniło.

Grzeczny pan z Wareckiej ulicy, wlokący swą teczkę urzędniczego mola cicho i posłusznie, czym był w porównaniu z takim radcą, od którego zależało uchwalenie... budżetu!...

I z pewną trwogą usłyszała Tuśka słowa:

— A pani mężulek odwiedzi panią w Zakopanem?

— Nie wiem...

— O!... to byłby grzech nie przyjechać do żony i córki! Naturalnie nasi panowie mają swoje obowiązki społeczne i te idą przed rodziną, prawda?...

— Tak... tak...

— Cieszy mnie, że się pani ze mną zgadza pod tym względem. Ale i dla rodziny coś uczynić należy... prawda?

— !!!

— A więc ujrzymy mężulka? to dobrze, to bardzo dobrze. Tylko będzie państwu trochę ciasno. Dwa pokoje... skoro macie takie duże mieszkanie w Warszawie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.