drukowana A5
31.37
Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles

Bezpłatny fragment - Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles


Objętość:
190 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0681-8

Der denkende Mensch fuehlt einen Kummer, der wohlgar Sittenverderbnis werden kann, von welchem der Gedankenlose nichts weiss: naemlichUnzufriedenheit mit der Vorsehung, dłe denWeltlauf im ganzen regiert, wenn er die Uebelueberschlaegt, die das menschliche Geschlecht sosehr und, wie es scheint, ohne Hoffnung einesBesseren druecken. Es ist aber von der groesstenWichtigkeit, mit der Vorsehung zufriedenzu sein, ob sie uns gleich auf unserer Erdenwelteine so muehsame, Bahn vorgezeichnet hat: teilsum unter den Muehseligkeiten immer noch Mut zufassen, teils um, indem wir die Schuld davon aufsSchicksal schieben, nicht unsere eigene, die vielleicht die einzige Ursache aller dieser Uebel seinmag, darueber aus dem Auge zu setzen und inder Selbstbesserung die Huelfe dagegen zu versaeumen.

J. Kant.

(,,Przypuszczalny początek dziejów ludzkich”).

Przedmowa

Trzy rozprawy, złączone w tym tomiku, zostałynapisane i ogłoszone w rozmaitych czasach; Schopenhauer pojawił się drukiem po raz pierwszyw roku 1882, Hamlet w r. 1889, Mefistofelesw r. 1899, wszystkie trzy w „Deutsche Rundschau”.Atoli pomyślane i dokonane zostały w wzajemnymdo siebie stosunku. Zdaje mi się, że trzy te postaci wzajemne na siebie rzucają światło zarównoprzez swe podobieństwo, jak i odmienność.

Wspólny mają dar jasnowidzenia; przede wszystkim mają przenikliwie bystre oko na ujemną stronęspraw ludzkich, ukrywającą się pod zasłoną pięknego pozoru. Wspólną mają też rozkosz w ściąganiu tej zasłony i w obnażaniu rzeczywistości.Talent i dowcip, z jakim, każdy w swoim rodzaju,wykonywają dar ten, doprowadzony do artyzmu,zamienia ich w wirtuozów filozoficznej médisance.Wspólnym jest wreszcie tym wszystkim trzem brakmiłości, tej oszczędzającej, opiekuńczej, litościwejmiłości, będącej duszą chrześcijaństwa, owej miłości, która ma świadomość zła, ale spogląda nadobro, która nawet w upadku ludzką widzi duszęi jej szuka; a ten brak miłości idzie w parze z brakiem wiary: ludzie z przyrodzenia nic nie są warci;i dlatego też nie warto poświęcać dla nich trudu!

Z drugiej strony trzy te postaci rozjaśniającerzucają światło na siebie przez swą odmienność.Schopenhauer i Hamlet są ludźmi, Mefistofeles jestszatanem. Kocha to, co jest podłe i złe dlatego, żejest podłe i złe; żywioł to całkiem mu odpowiedni.Tamci w gruncie swojej istoty żywią nienawiśći wstręt do tego, co złe i co podłe. Obaj jednakżecieszą się z zła i nikczemności, o ile one potwierdzają ich teorię o ludziach i o ile dają im sposobność wykonywania swego artyzmu.

Jak lekarz nie raduje się z choroby jako takiej,ale uważa ją za zło, które zwalczać trzeba, z drugiej jednak strony, zwłaszcza jeśli jest specjalistą,wielce się nią interesuje, a nawet jako wypadekzaciekawiający z pewnym traktuje ją zamiłowaniem, zwłaszcza jeżeli nadarza mu sposobność uwidocznienia na niej swej bystrości i swej sztuki, taksamo Schopenhauer i Hamlet znajdują przyjemność w wykazywaniu i analizowaniu złego. Nienawidzą go, ale wyrzec go się nie mogą; szukają tegozła i ciągle nim się zajmują, nie dlatego, aby jezwalczać i świat uwolnić od niego, lecz aby je badać, aby się nim wzruszać i wylewać na niegorzki swój humor lub złośliwy swój dowcip.

Pierwsze dwie rozprawy zostały przerobionei rozszerzone, przy czym uwzględniono także literaturę, jaka się w tym czasie pojawiła. Trzeciaotrzymała tylko kilka drobnych dodatków. Z rozprawy o Schopenhauerze przeszło kilka zdań domojej Etyki; powracają tu znowu, ponieważw związku tym musiały być umieszczone.

Zjawienie się tego zbioru przypada na zmianęstulecia. Nie wiem, czy była kiedykolwiek epoka,która by ducha, ucieleśnionego w owych trzech postaciach, z tak sympatycznym powitała zrozumieniem, jak koniec wieku ubiegłego. W każdym razieprocederu obnażania i ściągania masek nie wykonywano chyba nigdy z takim zamiłowaniem i z takim artyzmem, jak w literaturze ostatnich lat dziesiątków. Jeżeli literaturę tę wywołały miłość prawdyi chęć dotarcia do jądra rzeczywistości, to przynoszą one zaszczyt współczesnym. Może i one brałyudział w twórczości, może literatura i sztuka zbytdługo ulegały fałszywemu, słodkawemu idealizmowi,skłonności do upiększania i samołudzenia się, takiż chęć widzenia i pokazywania rzeczy w całej ichnagości, a nawet ich poziomości i brzydocie, wybuchnąć musiała z gwałtownością ruchu reakcyjnego. Atoli rzeczy ostatecznych i najwyższych nieszukać w tym kierunku; właściwe zadanie sztukii poezji zawsze polegać będzie na tym, ażebyw uchwytnych i wrażenia pełnych ujawniać kształtach to, co jest dobre i wielkie, i stawiać je przedoczy woli jako cel jej najistotniejszej, najgłębszejtęsknoty. Rozprawy te, mam nadzieję, uwidoczniąrównocześnie, że wielcy poeci, że Goethe i Shakespeare, twórcy Hamleta i Mefistofelesa, w tymwłaśnie widzieli zadanie poezji.

Rozprawy te całkowicie osiągną swój zamiar,jeśli wleją w czytelnika przekonanie, że słowo Tomasza à Kempis zawiera prawdę w sobie i naczasy dzisiejsze: Melior est humilis rusticus, quiDeo servit, quam superbus philosophus, qui se neglecto cursum caeli considerat: Biedny wieśniak,służący Bogu, więcej jest wart, aniżeli dumny filozof, śledzący obieg niebiosów, a nie zważający naswe wnętrze — a cóż dopiero filozof, który, własneprzeoczając słabości, czyni sobie zawód z tropieniai obnażania nikczemności i niegodziwości ludzi.Zdanie, którym się i Goethe kierował, powierzajączawód ten Mefistofelesowi, podczas gdy Fausta,wielkiego badacza tajemnic nieba i ziemi, ostatecznie zbawionego przez biedną Małgosię, ku wyższym za pomocą jej wiary i miłości podniósł sferom.

Stoglitz p. Berlinem. W dzień Nowego Roku 1900.

Przedmowa do drugiego wydania

Pominąwszy kilka małych dodatków i kilka drobnych zmian formalnych, drugie to wydanie jest przedrukiem pierwszego.

Fryderyk Paulsen.

Artur Schopenhauer. Jego osobistość i jego filozofia.

Die philosophischen Systeme, die von ihren Verfassern fuer andere erfunden und ais Feigenblaetter,oder des Zanks oder der Schau wegen aufgestelltwerden, gehen vernuenftige Leute eigentlich garnichts an. Die Philosophen aber, die nach Lichtund Wahrheit forschten fuer eigenes Beduerfnissund um sich den Stein der Unwahrheit, der siedrueckte, vom Herzen zu schaffen, gehen andereMenschen eigentlich und sehr nahe an.

Matthias Claudius.

Osobistość Schopenhauera

Trzy dni przed śmiercią widział Schopenhauerpo raz ostatni jednego z swoich przyjaciół, późniejszego biografa swego, Gwinnera. Rozmawialio śmierci: żegnając się, powiedział mu te słowa:bądź jak bądź, mam przynajmniej sumienie intelektualne czyste.

Jest to jedna, pozytywna połowa sądu Schopenchauera o sobie samym. Negatywna, którą samjuż zwrot ów dodać nakazuje, da się uzupełnić wyrazami, skierowanymi do Frauenstaedta (str. 280):że, o ile mu się podoba fizjonomia intelektualna,tak jak się ujawnia w czole i oku, o tyle nie zadowala go fizjonomia moralna, uwydatniająca sięw dolnej połowie twarzy, zwłaszcza w ustach.Schopenhauer przywiązywał wagę do fizjonomii,wiedział, co pragnął tym wyrazić, że mianowicieumysł swój ceni więcej niźli charakter. Odróżniaon w jednym miejscu dwa rodzaje przyjaźni: opartąna woli i ugruntowaną na umyśle; ze sobą samymutrzymywał przyjaźń pierwszego rodzaju. Podziwiałswój umysł i chętniej obcował z sobą, aniżeli z kiminnym. Natomiast o woli swej niezbyt korzystneposiadał mniemanie, omal że jej się nie wstydził,jakkolwiek, zrzucając z siebie niemiły ciężar, skłonnybył dopatrywać się w tym cechy ogólnoludzkiej,właściwej także i geniuszowi.

Schopenhauera sąd o swej osobie jest w obukierunkach wielce uzasadniony. O ile posiadał dostateczną ilość powodów, ażeby intelektualne uzdolnienie swe uważać za wybitne i niezwykłe, o tylenie miał przyczyny, aby być zadowolonym z swejwoli. Było to dzikie i nieokiełzane stworzenie, któremu przez całe życie gorzkie sprawiało kłopoty.Jako filozof pogardzał Schopenhauer celami, doktórych dąży ogół, ponieważ widział w nich pozory dobra, a nie dobro samo; jako człowiek niemógł się od nich oderwać; wola jego nie przestawała lgnąć do nich z obawą i pożądaniem.

W wstępie do traktatu o naprawie umysłu wymienia Spinoza trzy przedmioty, ku którym z przyrodzenia już zwraca się wola człowieka: bogactwo, honor, rozkosz cielesna. I on ich pożądał. Alegdy z pomocą doświadczenia zaczął nad nimi rozmyślać, nabrał w końcu pewności, że trzy te przedmioty nie tylko że nie są dobrami trwałymi, aleraczej czymś złym, ponieważ odciągają ducha odsiebie samego, przeszkadzając w ten sposób jegozachowaniu i rozwojowi. Dlatego też zaniechaćpostanowił tych rzeczy pustych i bezwartościowych,a dążyć tylko ku dobru wieczystemu i niezmiennemu,albowiem, posiadłszy je, stajemy się uczestnikamiwieczystej i niezmiennej radości. W kontemplacyjnym poznawaniu Wszechistoty bożej znalazł Spinoza dobro najwyższe; a ze skąpych wiadomościo jego życiu tyle da się przynajmniej wywnioskować, że w życiu tym nie sprzeniewierzył się zasadzie, którą w pismach ostateczną nazywa mądrością. Ta sama była to mądrość, którą w językuswoim wyraził mnich średniowieczny, że tylko zaprzeczenie woli przyrodzonej, że tylko wyrzeczenie siępozornych dóbr świata za pomocą potrójnego ślubuubóstwa, czystości i posłuszeństwa otwiera namdrogę do uzyskania dobra najwyższego, wiecznejszczęśliwości i oglądania Boga. Z najgłębszym przekonaniem Schopenhauer do tej samej przyznajesię mądrości; atoli ujarzmić wolę przez rozwagę —to mu się nigdy nie udało; żądze gwałtownie parłyku temu, co razem z mędrcem i świętym, jako filozof, lekce sobie ważył. Wykaże to kilka rysów,zapożyczonych z wiarygodnego materiału, którynam podają jego żywotopisarze.

Najgłówniejszy rys w moralnej fizjognomii Schopenhauera to silna bardzo świadomość siebie, objawiająca się jako uczucie bezwzględnej przewagi nadinnymi: widział w sobie geniusz w otoczeniu ludzi tuzinkowych, których lekceważyć i lekceważąco traktować nie tylko ma prawo, ale i obowiązek względem siebie samego, ażeby zawsze baczyć na przepaść, którago od nich dzieli, i nie pospolitować się z nimi. Świadomość ta była niewątpliwie uprawnioną; co więcej,nie można by sobie życzyć, aby charakterowi jegona niej zbywało: w śliskiej literacko-akademickiejkarierze chroniła go od kroków męża takiegoniegodnych. W ogóle pragnąć, ażeby Schopenhauerco do istoty swego charakteru był innym, aniżelibył w rzeczywistości, znaczyłoby to samo co pragnąć, iżby literatura niemiecka Schopenhauera nieposiadała: dzieła te mógł tylko taki pisać człowiek. Nie mniej przecież jest pewnym, że z tegorysu charakteru wyrasta, zarówno dla niego, jaki dla innych, niejedna przykrość, że zachowanie sięjego nie zawsze było chwalebne i że bynajmniejnie zasługuje na to, aby je naśladować.

Świadomość ta występuje w jego latach młodzieńczych jako niepohamowana pycha. W Gotha,gdzie, zrzuciwszy z siebie narzucone mu wolą ojcajarzmo zawodu kupieckiego, w swobodnym stanąłdo gimnazjum stosunku, uniemożliwił się niebawem,wyszydziwszy wierszami jednego z nauczycieli (1807).Zdarzenie samo nie jest zapewne tak niezwykłe, niezwykłym natomiast trzeba nazwać to, że wiele latpóźniej, w życiorysie swym, doręczonym wszechnicy berlińskiej z powodu habilitacji, zdarzenie powyższe z wymienieniem nazwiska wyborową opisał łaciną. Rzadko kiedy podobne dokumenty nadają się do tego rodzaju przypomnień, jak w ogóleta jego Vita jest dzięki swej długości i szczególnemu tonowi unikatem. Każdy wyraz daje do poznania, że idzie tutaj nie o bieg życia pierwszegolepszego docenta, ale o zjawisko szczególne i nieporównane, ze wszech miar zasługujące na to, ażebyna wszechstronne opisanie go nie żałować trudu.

To samo wrażenie wywiera i korespodencja,którą krótko przedtem (1818) miał o swym głównym dziele z nakładcą Brockhausem: w korespondencji tej spotykamy się już z wzmianką o „ordynarnych profesorach”, usiłujących tłumić prawdę(t.z. Schopenhauera naukę o barwach). A w innym liście naciera na swego wydawcę: „Żebyś panprzypadkiem nie ważył się patrzeć na mnie i obchodzić się ze mną jak z autorami pańskiej encyklopedii i tym podobnymi, kiepskimi pismakami,z którymi tyle mam wspólnego, że, jak oni, używamod czasu do czasu atramentu i pióra”. (Griesebach,Listy Schop. str. 29 i nast).

Nie omylimy się, jeżeli ten pyszałkowaty tonzłożymy po części na karb świadomości, dzięki którejodczuwał przepaść, dzielącą społeczne jego stanowisko od ówczesnego świata uczonych. Pochodzącz poważanego i bogatego domu kupieckiego, spoglądał na ówczesnych uczonych niemieckich, naprofesorów, nauczycieli i literatów, jak na nędznych głodomorów, zmuszonych dla miłego groszapisać od wiersza albo udzielać lekcji w szkole czyna wszechnicy; nie omieszkał też zawsze, ilekroćzalecał swoją osobę, spoglądać z dumą na niezależne swe stanowisko. Równocześnie odczuwał teżz dumą swoją przewagę światowego, w podróżachi w towarzystwie nabytego wykształcenia nad zwykłą pokojową i książkową uczonością; wolał teżutrzymywać stosunki, o ile ich w ogóle szukał,z światowcami, aniżeli z właściwymi uczonymi.Wchodzi tu także w grę różnica pomiędzy jegonowożytnymi, przeważnie na naukach przyrodniczych opartymi studiami a staroświecką, w szkołach klasztornych nabytą uczonością teologiczną.

Atoli ten sam przymiot jego usposobienia zwracasię także przeciwko rodzinie. Pycha i nieznośnezachowanie syna przyczyniło się w głównej mierzenasamprzód do zakłócenia, a ostatecznie do zupełnego zburzenia stosunku z matką. Na jego uniewinnienie można, co prawda, powiedzieć, że okazywanie czci dziecięcej tej matce niełatwym byłozadaniem. Kochała syna, ale bardziej jeszcze kochała siebie. Była to kobieta niewątpliwie uzdolniona i nie złego serca, odznaczała się jednaknaiwnym samolubstwem wykształconej damy. Mężawłaściwie nigdy nie kochała; pojąwszy ją w małżeństwo jako dziewczynę o niemal dwadzieścia latmłodszą i w skromnych wyrosłą stosunkach, otoczyłją wielkim zewnętrznym przepychem i wygodamibogatego kupieckiego domu. Gdy po dwudziestoletnim pożyciu, uległszy nagłej śmierci (1805), zwrócił jej swobodę urządzenia się według własnychupodobań, zamieszkała w Weimarze jako bogatai interesująca wdowa; punktem środkowym jej życia stały się odtąd wieczory towarzyskie, na których dwa razy tygodniowo gromadziła naokołosiebie najprzedniejsze umysły tego miasta z Goethemna czele. Wieczory te niepospolitą odgrywają teżrolę w wyznaczeniu stosunku do syna. Po owymwypadku w Gotha pozwala mu wbrew swej woliprzybyć do Weimaru; nie zabiera go jednak dodomu, wolno mu tylko przychodzić na obiad i nawspomniane dwa wieczory, co do których obawiasię, że „nie będą dlań tak przyjemne, jak dla biorących czynny w nich udział ludzi starszych i dotąd od niego znaczniejszych”. W jednym z późniejszych listów określiła warunki uczestnictwaw zebraniach: „Na moich wieczorach towarzyskichmożesz u mnie jadać, jeżeli powstrzymasz się odpustych dysput i wszelkich narzekań na głupotęświata i nędzę ludzką, ponieważ sprowadza mi tozłe noce i sny daje niespokojne, a ja lubię dobrzesypiać”. Innym razem nazywa go „nader przykrym i nieznośnym”: „wszelkie twe dobre przymiotyprzyćmiewa twoja przemądrzałość i czyni cię bezpożytecznym dla świata, jedynie dlatego, ponieważnie umiesz powściągnąć w sobie zaciekłego przekonania, że wszystko wiesz lepiej od innych, ponieważ wszędzie widzisz błędy, prócz w sobie samym, i wszystko chciałbyś ulepszać i naprawiać”.(Gwinner str. 67 i nast.).

Jak widzimy, niezbyt miły kreśli matka obrazswego prawie dwudziestoletniego syna; zdaje sięjednak, że obraz ten jest wynikiem dobrej obserwacji, a radom jej, zmierzającym do unormowania stosunku, nie można odmówić słuszności. Zresztą w listach tych odzwierciedla się i jej własnyobraz: próżność matki z powodu mądrości synawalczy tutaj z ukochaniem spokoju i wygód światowej, wykształconej damy. Prawdopodobnie niezbywało w odpowiedziach syna na sarkastycznychuwagach, gdyż wnikliwość jego w ludzkie słabościnie mniejszą była od wnikliwości matki. Później,po skończeniu wszechnicy, zupełne pomiędzy niminastąpiło zerwanie; wstrętny dla niego stosunekmatki z pewnym przyjacielem domu, a także wielki,może i nadmierny zbytek dolały oliwy do ognia; po razostatni widział matkę w roku 1814; od tego czasu,jakkolwiek żyła jeszcze lat 24, ustało pomiędzynimi wszelkie osobiste obcowanie. Może tak byłoi najlepiej: oboje zbyt dużo mieli rysów wspólnych,znali się nawzajem zbyt dobrze, aby mogli żyć zesobą razem; każde zetknięcie się bolesne sprowadzało starcia.

Opuściwszy na zawsze dom matki, żył następnecztery lata w Dreźnie; były to lata koncepcjii wypracowania systemu. Jeden z uczestników kółkaliterackiego, w którym Schopenhauer bywał, pozostawił nam wizerunek młodzieńca: „Niekrępowanejniczym uczciwości, szorstki i surowy, twardy i stanowczy we wszystkich kwestiach naukowych i literackich, zawsze wobec przyjaciół jak i wrogównazywający każdą rzecz po imieniu, zamiłowanyw dowcipie, często grubiański, prawdziwego pełen humoru, przy czym niejednokrotnie blondyn ten o szaroniebieskich płonących oczach, z dwiema długimibruzdami po obu stronach nosa, z głosem nieco piskliwym i urywanymi, gwałtownymi gestykulacjamirąk nader groźnego nabierał wyglądu”. Żyjąc samotnie i nieskłonny do ubiegania się o przyjaciół,uchodził za dziwaka; zjawiwszy się w towarzystwie, dawał zwykle powód do walki: „nie owijającniczego w bawełnę, grał rolę nieprzyjemnego, zjadliwym sarkazmem zaprawiał kawy, bez żenadydawał wodze swemu nieokiełzanemu humorowi,rzucał w twarz najprzykrzejszymi okruchami Szekspira i Goethego; uchodził też zawsze za stracha,którego się wszyscy bali, a nikt nie miał odwagipłacić pięknym za nadobne”. (Griesebach str. 113i nast.) Z tego samego czasu (1818) pochodzi teżlist niejakiego Quandta, człowieka, należącego donajbliższych przyjaciół Schopenhauera i oddanegomu do późnej starości, list, wystosowany do siostryAdeli (u Schemanna, str. 489 i nast.). Z głębokąprzyjaźnią dla obojga rodzeństwa, wypowiada przedsiostrą swoje obawy i ból z powodu wzrastającegoosamotnienia, w które brat jej z umysłu popada,z powodu zasklepienia się w twardym, straszliwymsamolubstwie, nieuniknionym skutku takiego trybużycia. Prosi ją gorąco, aby siostrzaną spowodowała go miłością do naprawienia także stosunkówz matką.

Skończywszy rękopis głównego dzieła, udał sięSchopenhauer do Włoch. W Rzymie zawiązał przelotne znajomości z kolonią artystów niemieckich;zachowywał się tutaj tak samo, jak w Dreźnie; największe rozgoryczenie wywołał jawnym lekceważeniem panującego wówczas kierunku romantycznego,zwracającego się ku motywom narodowym i religijnym. „Naród niemiecki — powiedział pewnegorazu w Cafe Greco — jest ze wszystkich najgłupszym, duchową przewagę swą uzyskał jednak przezto, iż żadnej nie posiada religii”. Trzeba przyznać,że, jak mawiała matka, umiał być nader przykrymi nieznośnym.

Ujawniająca się tutaj rozkosz sprzeciwiania sięrzeczom powszechnie uznanym jest znamiennymrysem w wizerunku myśliciela i pisarza: całe życiebyło to potrzebą jego serca, aby okazywać pogardęwszystkiemu, co jakiekolwiek miało uznanie, czyto była filozofia Hegla, czy Newtona nauka o barwach, prawowierność kościelna, czy nowomodny materializm, romantyka czy marzenia o średniowieczyźnie, liberalizm filosemicki czy kulturą zachwycający się optymizm; opozycja i przekorność otożywioł, w którym się czuje najlepiej; inni mogąszukać pewności w uznawaniu rzeczy powszechnieprzyjętych, on pewność tę znajduje w przekorze;wzgardziłby sobą, gdyby się kiedykolwiek przyłapałna gorącym uczynku myślenia o czymśkolwiek, sądzenia i odczuwania czegośkolwiek w sposób, jakświat odczuwa i sądzi.

Jest to nastrój, będący podkładem pierwszej przedmowy do głównego dzieła: daje ono właśnie to,czego pod nazwą filozofii tak długo szukano, dajerozwiązanie zagadki świata i życia. Co prawda,książka ta czytelnikowi do gustu chyba nie przypadnie, przeciwnie, będzie książką paucorum hominum,bo „któż z oświeconych tej doby, której wiedza dotarła szczęśliwie do tego punktu, gdzie wyrazy paradoks i fałsz jednakie mają znaczenie, mógłby pogodzić się z tym, że na każdej niemal stronicyznajduje myśli, będące najzupełniejszym przeciwieństwem tego, co za skończoną na zawsze uważałprawdę?”. Zresztą jest Schopenhauer w ustępietym niewątpliwie dzieckiem swego czasu; przynajmniej w tym jest on bardziej pokrewny Fichtemu,Schellingowi i Heglowi, aniżeli sławionym przez siebie w przeciwieństwie do tamtych filozofom dobyOświecenia. Zgoda z powszechną opinią świata,zgoda z pojęciami zdrowego rozsądku uważanabywa w tej grupie za złe największe, jakie spotkać może filozofa: pod nazwiskiem płytkości czynisię z niej zarzut przeciwnikowi. Odpowiada temuprzezazdrosne podkreślanie odrębności i samodzielności także wobec myślicieli pokrewnych; jedendrugiego znieść nie może, każdy do bezwarunkowego dąży jedynowładztwa. Wszystko to wspólnymjest u Schopenhauera z mężami, których traktujejako swoich antypodów. Bezwzględna, nieograniczonasamodzielność, świadoma siebie, sprzeciwianie sięotoczeniu, oto habitus jego ducha. Niczego taknienawidzi, jak być jednym ze stada; nic nie jestmu bardziej obcym od wspólnoty pod jakąkolwiekbądź postacią; nie znajduje w sobie ani śladu zdolności, aby być członkiem czy to rodziny czy stanu,narodu czy wreszcie ludzkości. Śmieje się, gdy muzwracają uwagę na podobny, ale niezbyt pochlebnyportret matki w Wspomnieniach A. Feuerbacha;gardzi i wyszydza towarzyszy stanu, profesorówuniwersyteckich; gardzi i wyszydza Niemców, gardzi i wyszydza ludzi, dla których ma wyraz: bipedes. Nie chce niczym być więcej, jak tylko sobą,pragnie uchodzić za człowieka odosobnionego, odosobnienie jest dlań koroną bytu.

Na krzywdy, rzeczywiste czy urojone, reagowała ta dumna świadomość siebie z niepohamowanym gniewem. W dwóch wydarzeniach w pierwszymczasie docentury berlińskiej ujawnia się cała nieokiełzana gwałtowność jego natury. Jedno z nichto powaśnienie się z jednym z kolegów. Krótkopo nim habilitował się na wszechnicy berlińskiejdo filozofii F. E. Beneke. Ocenę Świata jako wolii przedstawienia, którą tenże pomieścił w jenajskimczasopiśmie literackim, odczuł Schopenhauer jakokrzywdę literacką, a jednocześnie jako próbę podkopania jego stanowiska akademickiego. W artykule, przesłanym czasopismu: „Niezbędne skarcenie kłamliwych cytatów”, wyparł się potrzeby wszelkiej rozprawy z anonimowym krytykiem jako niegodnej siebie, napiętnował go jednak bardzo surowo za zbrodnicze czepianie się jego tekstuza pomocą niedokładnych przytoczników. Kilkakrotne prośby Bogu ducha winnego Benekego,ażeby osobistym rozmówieniem się położyć tamęzgorszeniu, odrzucił z największą bezwzględnością.Uwagi godną jest także groźba, zawarta w liście,towarzyszącym „skarceniu”, a przesłanym wydawcyczasopisma literackiego, prof. Eichstaedtowi w Jenie (6. stycznia 1821, u Schemanna str. 142): Nawypadek, gdyby się wzbraniał wydrukować jegoartykuł, ogłosi go natychmiast w sześciu innychliterackich i politycznych pismach wraz z uwagamizarówno co do tego wzbraniania się, „jako teżco do tego, że o dziele, którego wartość i doniosłość uzna społeczeństwo, kazałeś pan wyrokować takiemu, ledwie z karceru wyszłemu chłystkowi”.

Jeżeli w tej sprawie zwyciężył, to kilka miesięcypóźniej (w lecie 1821) gwałtownością swoją wielkiej nabawił się przykrości; naraził się naprzódna długoletni proces, a potem na dłużej jeszczetrwające odszkodowanie. Pewnego dnia spotkałw sieni mieszkania swego podstarzałą już szwaczkę,która u tej samej mieszkała gospodyni, i wzbraniającą się odejść dwukrotnie własnoręcznie przemocą wyrzucił. Osoba ta, podawszy, że odniosłaszwank na zdrowiu, umiała w pięcioletnim procesie wyprawować orzeczenie alimentacyjne: przezlat dwadzieścia musiał jej płacić 15 talarów kwartalnie, aż nareszcie mógł śmierć jej gorzkim powitać dowcipem: obit anus, abit onus. Czy naprawdęstała mu się krzywda — w przytoczonych u Gwinnera (str. 304 i następ.) pismach obronnych słychać zgrzytanie zębów bezprawiem dotkniętego człowieka, zmuszonego ulec prawu — nie będziemysię nad tym zastanawiać. W każdym razie doświadczenie to gorzką było dla niego nauką. Naraziłogo ono zapewne na bolesną skruchę. W obfitującym w trafne uwagi rozdziale o prymacie woli w samowiedzy (Świat jako wola i przedstawienie II, 19)mówi on o tym, „jak wola bierze nałożone jejprzez intelekt wędzidło w zęby i pędzi, ażeby potem bezmyślny ten pośpiech odpokutować skruchą”.Z tych samych doświadczeń wyrosły i refleksje,zajmujące się techniką zemsty; milczeć i czekać,ażeby potem z jasną głową i pewną ręką wymierzyć w sedno: Zimnokrwiste zwierzęta są jadowite. Schopenhauer techniki tej nie posiadał;dlatego właśnie odczuwał jej wartość.

Powoli, zamiast niej, zyskiwał mądrość, każącą omijać krzywdy przez odsunięcie się od ludzi; w ten sposób ominął także gniew i ból z powodu niemożności jawnego ich zadowolenia. Unikałnawet starć literackich w postaci zetknięć osobistych.Zajście z Benekiem, ujawniające zresztą całą jegogwałtowność i nieprzejednaność, było może jedynym tego rodzaju wypadkiem. Z czasem uzyskałSchopenhauer to, co sam nabytym zowie charakterem i co objaśnia jako metodyczne przeprowadzenie osobistym warunkom odpowiadającego trybużycia na podstawie znawstwa swej własnej indywidualności, zwłaszcza zaś własnych sił i słabizn, powolnym zdobytego doświadczeniem. Uzyskawszy to, stajesię człowiek uczestnikiem rozkoszy w odczuwaniuswej siły, a rzadko kiedy dozna bólu, polegającegona przypomnieniu słabości, upokorzeniu, „które możenajwiększy sprawia ból duchowy”. (Świat jako wolai przedstawienie I, § 55, ku końcowi). Widział, żez ludźmi żyć nie może, ani w dobrym, na to miałzbyt dużo drażliwości w sobie, ani też w złym,do tego zbywało mu na zimnym zastanowieniu; postanowił więc żyć bez ludzi. Było to życie, odpowiadające warunkom jego osoby, prowadził je zaśdo końca z konsekwencją i doskonałością, któraestetyczną wzbudza sympatię. Około połowy rokudwudziestego poczynił jeszcze kilka ostatnich próbcelem uzyskania w świecie akademickim odpowiedniejszego stanowiska; czynił zabiegi, aby znienawidzony porzucić Berlin, w którym tylko jedno wykładał półrocze, i przenieść się na jedną z wszechnic południowo-niemieckich; miał na oku Heidelbergi Wurzburg. Ale starania te spełzły na niczym.I od tej chwili zanurza się w osamotnieniu frankfurckim, w dwudziestoletnim osamotnieniu takgłębokim, że niemal zupełnie znika z oczu. Kilkadrobnych pism świadczy, że jeszcze żyje; aleo stosunkach z ludźmi, o jego bycie osobistymprzez dwa dziesiątki lat prawie że nic nie wiemy.Dopiero u progu starości wynurza się na nowo.Zjawili się pierwsi jego uczniowie, ich to odwiedzinom i relacjom zawdzięczamy pierwsze bliższewieści o sposobie życia pustelnika.

Niejedni potępiali go za to umyślne odosobnienie. Przede wszystkim czynią mu wyrzut, że porzucił karierę uniwersytecką, zaledwie ją zacząwszy. Stanowisko na wszechnicy, powiada Haym,nadarzające mu się tutaj współzawodnictwo byłobyskutecznym dla niego środkiem celem złamaniasamolubstwa i zatwardziałej jednostronności. Skuteczny wpływ atmosfery uniwersyteckiej na jegofilozofię uwydatnił się też w krótkim czasie jegodocentury. Zdaje mi się, że Schopenhauer znałlepiej swą naturę. Zajmowanie posady nauczycielskiej, połączona z tym konieczność walki i zgodyz kolegami, trudy wykładowe i egzaminowe byłybynaturę jego wyczerpały. Wobec kolegów i studentów nie byłby nigdy przezwyciężył lub chociażbyzataił uczucia, że właściwie całe to towarzystwouwłacza jego godności, że akademicka czynnośćnauczycielska odpowiada w sam raz przeciętnemuprofesorowi, lecz dla geniusza uciążliwym staje sięrzemiosłem. To samo tyczy się także jego wstrętudo życia rodzinnego. Wszystkie małostkowe zatargi,nieuniknione w wspólnym pożyciu, tysiączna zależność od towarzystwa, w które dostaje się człowiek żonaty, byłyby, przy jego temperamencie, niewysychającym źródłem dolegliwości, gotowych zniszczyć mu duszę. Żyjąc bez urzędu i rodziny, niezależny, o ile nim w ogóle człowiek być może,wymógł na swojej naturze życie względnie najlepsze.Jeżeli Arystoteles słusznie powiada, że najlepszymszewcem jest ten, co z posiadanej właśnie skórynajlepsze umie wykonać obuwie, to Schopenhauermoże sobie rościć prawo do chwały, że był dobrym mistrzem życia.

Silnemu poczuciu swej wartości towarzyszyłau Schopenhauera żądza uznania. Nie była to pierwotnie pospolita ambicja, uganiająca się za odznaczeniem i stanowiskiem czy koleżeńską pochwałą: wszystko to mógł był uzyskać, gdyby byłodpowiednie poczynił kroki; było to raczej płomienne pragnienie, ażeby w myślach jego prawdziwą uznano filozofię, a w nim filozofii tej twórcę.Mało ceniąc współczesnych literatów, nie był przecież obojętnym na ich sądy. Jest to może zachowanie pełne sprzeczności. Ale nie było chybaczłowieka, który by w pogardzie dla wyroków światataką okazywał konsekwencję, ażeby mówiąc jegosłowami, nie zwracał na to uwagi, że na niegouwagi nie zwracają.

Już w roku 1822, wybierając się po raz drugido Włoch, usilnie polecił przyjacielowi swemu,Osannowi, aby bacznie śledził wzmianki o jegodziele, nie tylko w pismach literackich, ale takżew książkach, podręcznikach, gazetach, programachi dysertacjach. Równocześnie daje wyraz lekceważeniu kolegów po fachu i mówi: — „Nienawidząmnie wszyscy jak najserdeczniej, na tym punkciegodzą się z sobą ludzie najmniej zgodliwi; ponieważ żadnemu z nich nie uczyniłem nic złego, przetonienawiść ta bardzo jest dla mnie pochlebna”.(Scheinann str. 126). Naturalnie, zawiść i nienawiśćjest formą, w której objawia się uznanie dla genialności ze strony miernoty. Widać, że teoria Schopenhauera jest pod każdym względem starszą odjego doświadczenia. Ale obok tej formy uznaniadomagał się także podziwu. Że tego nie było, żego nie podziwiano ani nie uwielbiano, co więcej,że go nawet nie zwalczano ani nie ścigano, przynajmniej na papierze, jak Spinozę lub Hume'a, że,poza wieloma recenzjami głównego jego dzieła,przeszli nad nim ludzie do porządku dziennego,jak gdyby się nic nie wydarzyło, sprawiło mu tow jego życiu, obfitującym w gorycze, najbardziejgorzkie godziny. Świadczy o tym gorycz pamfletów, którymi później mścił się za niezwracanienań uwagi zarówno na tych, których stawiano ponad nim, jak i na tych, którzy, według jego mniemania, powinni byli głosić jego sławę. Wylewgniewu, tak obficie ujawniający się w jego pismachod połowy trzeciego dziesiątka lat, działał, zdajesię, na ból jego uśmierzająco. Równocześnie wzrokjego odwraca się od teraźniejszości ku przyszłości;w tonie wyniosłym i dumnym apeluje on ponadgłowami żyjącego pokolenia do sprawiedliwszejpotomności. Wyrzekłszy się w ten sposób powodzeń zewnętrznych i stanowiska, uzyskał snaći w tym względzie równowagę umysłu, której niezbywało na spokoju i godności.

Niestety, starzejąc się, nie umiał wobec chwalbypierwszych, zbyt późno zjawiających się wielbicieli, tego dumnego zachować spokoju. Doznajemyuczucia śmieszności, urazy i zarazem smutku, patrząc, jak ten sam człowiek, który w najsilniejszychwyrazach rezygnował z poklasku współczesnych,który tak często zaznaczał swą pewność trwałegowpływu i wiecznej chwały u potomności, w ostatnim lat dziesiątku zwraca uwagę na najdrobniejsze oznaki uwielbienia ze strony najmarniejszegowspółcześnika. Listy do tak zwanych apostołów,Frauenstaedta, Lindnera, zwłaszcza zaś DawidaAshera są naprawdę zawstydzającymi świadectwami ludzkiej słabości. Żaden znaczny człowieknie zostawił tak mało znacznych, tak drobnostkowych listów. Treść wielu z nich składa się wyłącznie z wiadomości, dotyczących rozmaitych pochwalnych wzmianek o jego filozofii w dziennikach,książkach, listach, o różnych odwiedzinach, orazz usilnych próśb, ażeby o wszystkich tym podobnych oznakach nadchodzącej sławy, które uszłyjego uwadze, a które spostrzegą zamieszkali w Berlinie i Lipsku, donoszono mu w listach — „nie frankowanych, gdyż moja to sprawa”! Przy tym powtarzają się nieustanne podzięki za wyświadczone,,apostolskie” usługi i zachęty do usług nowych.Zaprawdę, próżność nigdy większych nie święciłatriumfów, aniżeli tutaj, wziąwszy pod jarzmoswoje tego dumnego człowieka.

Oczywiście wchodzi tu w grę wiek i próżność,właściwa starości. Niektórych z tych listów byłbysobie młodzieńczy Schopenhauer nigdy nie wybaczył. Musiał doświadczyć na samym sobie, copewnego razu powiedział o Kancie, że słabośćstarcza „poraża nie tylko głowę, ale i sercu nierazhart odbiera, potrzebny do zasłużonej pogardy dlawspółczesnych wraz z ich sądami i zamiarami:hart, bez którego nikt wielkim nie zostanie człowiekiem” (Schemann str. 187).

Drugi, główny rys w naturze Schopenhauerastanowi wielka podatność dla przyjemnościzmysłowych, i na odwrót, wielka wrażliwość na cierpienia umysłowe, stąd silny popęd,aby tych unikać, a szukać tamtych. U Schopenhauera nie ma całkowicie tego, co w oczach stoików czyniło z Sokratesa prawdziwego filozofa,pewnej mianowicie surowości i obojętności dlawszelkich uczuć zmysłowych. Z rozkoszy i wygodyczynił sobie studium. Gdy po rzuceniu karieryakademickiej rozglądał się za miejscem pobytu,wpadły mu w oczy przede wszystkim Frankfurti Mannheim. U Gwinnera znajduje się ustęp (str.341), w którym rozważa i porównywa ze sobąprzyjemność obu tych miast: powietrze, okolica,woda, kąpiele, dentyści i inni lekarze, kawiarnie, kościoły, teatr, obiady i wieczerze, bezpieczeństwo wobec złodziei i ciekawskich — oto, obokkwestii książek i zbiorów, najgłówniejsze szczegóły,którymi się zajmuje.

Buridanowski wybór padł, po odbytej próbie,na Frankfurt. Sztuka życia, którą tam wykonywałprzez lat niemal trzydzieści, znana jest dostatecznie z rozmaitych szczegółowych opisów. Trzebaprzyznać, że troskliwość w roztrząsaniu najdrobniejszych spraw, obliczonych na dogodzenie ciału,zadziwia nieco u człowieka, dowodzącego z naciskiem, iż spadło nań takie doniosłe zadanie życia,jak stworzenie filozofii ostatecznej.

Również i bezżenność jego złączona jest z obawąprzed dolegliwościami, utratą swobody i wygód.Nie wstręt do kobiet odwiódł go od założeniarodziny, ale wstręt do wzięcia na siebie obowiązków i ciężarów, które nakłada małżeństwo.W latach młodszych silna, żywa zmysłowość niemałą w jego życiu odegrała rolę; wiemy to nie tylko od biografów; jego pisma, tak często poruszające problem życia płciowego, dostatecznym sątego dowodem. Schopenhauer filozofuje wyłączniena temat rzeczy, których sam doświadczył. I torównież z tego samego wiemy źródła, że doznałw tej mierze niemało trwogi i troski, niemało rozczarowania i skruchy; popęd płciowy przedstawiasię refleksji jego jako demon, zmuszający jednostkę, aby celowi obcemu, to znaczy rodzajowi, własne poświęciła szczęście; wyswobodzenie się odeńjest największym przymiotem starości. Zresztą wewszystkich tych sprawach zamknął doświadczenieswoje w teorematy: wysoka zdolność intelektualnai silne popędy zmysłowe idą zawsze w parze, wigor fizyczny to grunt przyrodzony, z którego jedynie wyrasta geniusz. Tak samo jednak stworzyłteorię z swojej bezżenności: mąż, obdarzony wysokim uzdolnieniem umysłowym, geniusz, wyższema obowiązki względem ludzkości, które go zwalniają od poziomego obowiązku pojęcia żony i wychowywania dzieci. Uniewinnienia zaś czy usprawiedliwienia jego korsarstwa w tym względzie szukać trzeba w nauce o niższości kobiety.

Możność wygodnego życia zawisła jest od majątku. Schopenhauer wie to nie tylko wskutek zastanowienia ale i dzięki instynktowi, że popędposiadania głębokie w naturze jego zapuścił korzenie. Popęd ten nie tyle ma charakter zarobkowy —zawodu kupieckiego nie znosił, na to zbyt wielkąbyła w nim miłość życia duchowego; żądza to raczej utrzymania i ukrycia dobytku. I w uciążliwych warunkach umiał z niezwykłą odpornościąojcowskie utrzymać dziedzictwo i mądrze je pomnożyć. Bardzo charakterystycznie postąpił sobiepodczas pewnego przesilenia. Część jego majątkuzłożoną była wraz z majątkiem matki i siostryw jednym z domów handlowych w Gdańsku. Gdydom ten w roku 1819 zawiesił wypłaty, stracili wierzyciele 70%; sam tylko Schopenhauer umiał całyuratować kapitał wraz z odsetkami. Szczególnąkorespondencję, w której walczy o swą własność,podał nam Gwinner. Sprytem, jakiego by się najlepszy nie powstydził adwokat, odłączył się odreszty wierzycieli, którzy zgodzili się na układy,a potem, żadnych nie zachowując względów, przyparł firmę do muru i zmusił ją do zapłacenia mutrzech jego weksli. Przy tej sposobności w listachjego mamy coś w rodzaju uciechy szajlokowskiej:,,Gdybyś pan miał zamiar zasłaniać się niewypłacalnością, to ja panu udowodnię, że rzecz ma sięwręcz przeciwnie, i to za pomocą konkluzji, którąwielki Kant wprowadził do filozofii, ażeby nią udowodnić moralną wolność człowieka, mianowiciekonkluzji, z powinności wywodzącej możność. Toznaczy: jeżeli pan nie zapłacisz, weksel pójdzie dosądu. Widzisz pan, że można być filozofem, niekoniecznie będąc przez to głupcem”.

Czy ten sposób wymuszenia swego prawa leżyjeszcze w obrębie przyzwoitości kupieckiej, sądzićo tym nie mogę; uważałbym jednak za zjawiskocałkiem naturalne, gdyby ów dom kupiecki przynazwisku jego następującą położył uwagę: że jestto człowiek, którego trzeba się strzec, warowaniakorzyści swej nie zaniecha. Sam zaś Schopenhauer,,forsowne” swoje postępowanie usprawiedliwiałwobec siebie uwagą, że niezbędnym dla spełnienia jego zadania warunkiem jest dlań wyzwoleniesię od przymusowej pracy, nie mówiąc o pisaniudla zarobku, a tym samym uniezależnienie się odłaski i uznania świata; warunkiem zaś wyzwolenia jest utrzymanie dziedzictwa ojcowskiego, któremu z łaski losu przypadło w udziale. Dlatego teżwinien on to sobie i swojej filozofii, ażeby wszystkimi, jakie tylko mieć może, środkami prawnymiprowadzić walkę o własność.

Daleki jestem od tego, ażeby mu z tej troskioswoją własność czynić zarzuty. Mądrość jestdobra, gdy idzie w parze z majątkiem — otozdanie z księgi Koheleth, które lubi przytaczaćSchopenhauer; niewątpliwie, ubóstwo złym jest towarzyszem zwłaszcza w karierze akademickiej,albowiem łatwo stawia nas wobec niebezpieczeństwa propter vitam vitae perdere causas, że mianowicie dla życia poświęcamy to, co tego życia istotną jest wartością. Dobytek jest ochroną dla nasprzed tym niebezpieczeństwem, co prawda, ochronąnie zawsze pewną i nie jedyną; istnieje jeszczeinna podstawa wyzwolenia, to jest brak potrzeb;Spinoza, Sokrates opierali na niej swą niezależność.Podobne bohaterstwo Schopenhauer podziwiał, alego nie posiadał.

Trzeba też powiedzieć, że przy jego naturze i nawyknieniach dostatni byt zewnętrzny był dlań niezbędnym warunkiem żywota; ubóstwo byłoby gozłamało i zniszczyło w nim zdolność twórczą. Nierozsądkiem byłoby czynić mu z tego zarzuty, nie mniejszym jednak nierozsądkiem chcieć przeczyćjego zatwardziałości. Był zatwardziały, wiedział o tymi chciał być takim. Ten sam wypadek spowodowałtakże zerwanie stosunków z siostrą. Pod pierwszym wrażeniem na wiadomość o grożącej stracie,przy czym zaangażowaną była tylko trzecia częśćjego majątku (9000 talarów), gdy tymczasem matka i siostra umieściły tam cały swój dobytek, pisał jej te słowa: że zawsze będzie gotów podzielićsię z nimi; później nie ma o tym już mowy; natomiast, zdaje się, dał im do poznania, że przyregulacji tej sprawy uważały więcej na swoje,niźli na jego korzyści. Nieufność rozdzieliła rodzeństwo, a choć w późniejszych latach odbywała sięwymiana listów, chłód nie ustąpił — zawsze cośz niego zostało. Jak się zdaje, brat i siostra nigdysię już więcej nie widzieli, jakkolwiek Adela żyłado roku 1849, w niedalekiej odległości od brata;jeszcze w roku 1830 przeniosła się razem z matką nad Ren, ponieważ zbyt okrojone dochody niepozwalały na zbytki, którymi z początku szafowanow Weimarze. Zresztą siostra, sądząc z wszystkiego,co o niej wiemy, przyjemną była istotą; nie odznaczała się pięknością, ale za to niepospolite miałauzdolnienie umysłowe i serce szlachetne; Goetheniewiele ją sobie cenił. Gorzkie doświadczenia,zwłaszcza zaś zmiana życia i wszystkich stosunków życiowych wskutek wielkiego przesilenia majątkowego, nadały później naturze jej, o ile się zdaje,coś surowego (Cf. Moebius str. 27 i nast.).

Poruszyliśmy tym samym jedną z stron charakteru, która na nastrój życiowy i położenie życiowe Schopenhauera wywarła wpływ najbardziejstanowczy: nieufność. Nie dowierzał ludziom,nie ufał ich uczciwości nawet w najzwyklejszychsprawach pieniężnych. „Zapinać się na wszystkieguziki” — oto maksyma, którą stosował z ludźmi,zarówno w znaczeniu najściślejszym, jak i w najodleglejszym: przede wszystkim nie otwierać kiesy,a potem ust i serca!

Pax vobiscum, nihil amplius — oto czym witadwunożnych; przetłumaczyć to możemy w ten sposób: nie czyń mi nic złego, a i ja ci czynić niebędę. Bal się, aby go nie okpiły matka i siostra;tę samą obawę żywił i względem znajomych. Jednego z przyjaciół młodości, Francuza, który całeżycie zachował mu przyjaźń, prosił o radę w sprawie umieszczenia kapitałów w pewnej asekuracjifrancuskiej (1833). Przyjaciel odradził, ofiarowującsię równocześnie część pieniędzy w swym własnymulokować handlu. Schopenhauer żadnej na to niedał odpowiedzi, ale na liście dopisał: „przypuszczasz co?” (Gwinner str. 443).

Na przykrą odprawę przy podobnej sposobności naraził się u wydawcy swego Brockhausa. Oddawszy mu rękopis pierwszego wydania Światjako wola i przedstawienie, nie mógł pozbyć siępodejrzenia, czy nakładca nie sprzeniewierzy muhonorarium. Napisał w tym sensie list dość grubiański i dodał, jakoby słyszał, że na Brockhausiew ogóle w sprawie honorariów polegać nie można.

Nakładca odpowiedział, aby mu wskazał jednego autora, wobec którego nie spełnił swegozobowiązania, w przeciwnym razie przestanie gouważać za człowieka honoru. Schopenhauer musiał pogodzić się z zarzutem i połknąć pigułkę, żeBrockhaus przestał się z nim komunikować listownie i ustnie. „Muszę się z tym człowiekiem bardzo mieć na baczności, to prawdziwy brytan”, miałsię Brockhaus wyrazić już przedtem (Gwinner str.128). Podobną trwogę przechodził Schopenhauertakże podczas druku Parergów, tym razem niez powodu honorarium, lecz z powodu przypuszczenia, że nakładca mógłby rękopis pokazać innym, którzy „ukradną moje myśli” (Frauenstaedtstr. 509).

Dziwne wrażenie sprawiają środki, które stosował celem ochrony swej własności przed złodziejami. Gwinner (str. 401) tak to przedstawia: „klejnoty swoje w takim chował ukryciu, że mimonapisanych po łacinie wskazówek, zawartych w testamencie, niektóre z nich z trudem można byłoodszukać. Od czasu drugiej podróży włoskiej rachunki prowadził po angielsku, a ważniejsze notując interesy, posługiwał się łaciną lub greką. Abysię ubezpieczyć przed złodziejami, chował wartościowe papiery jako Arcana medica, kupony wkładał pomiędzy listy i zeszyty, a dukaty trzymałpod kałamarzem w biurku”. Mamy tutaj do czynienia raczej z objawami dziwnego instynktu ukrywania, aniżeli z rozumnie umotywowanymi środkami bezpieczeństwa.

Z tymi uczuciami i tymi instynktami łączą się takżejego wyobrażenia polityczne. Państwu jedno tylkozakreśla zadanie: powinno dbać o bezpieczeństwoosoby i własności. Jest ono według wyrażenia Lassalle'a niczym więcej, jak tylko stróżem nocnym,który ma go chronić przed złodziejami i rabusiami.Chcieć mówić o moralnych zadaniach państwa, todla niego „bardzo dziwna jest omyłka” (Światjako wola i przedstawienie § 62). Z listów doFrauenstaedta widać, jak wstrętnymi były dla niegoruchy w roku 1848. Niewielu chyba ludzi witałorestytucję dawnych porządków w Niemczech z takim zadowoleniem, jak Schopenhauer. Nie będączbytnim przyjacielem Prus, uczynił mimo to w spisanym w 1852 r. testamencie spadkobiercą swoim,,istniejący w Berlinie fundusz zapomogowy dlatych żołnierzy pruskich, którzy w rewolucyjnychwalkach r. 1848 i 1849 bili się o utrzymanie i przywrócenie legalnego porządku w Niemczech i w walcetej postradali zdrowie, oraz dla pozostałej po nichrodziny” (Schemann str. 547). Radość z powodu,,bemaków w niebieskich pantalonach”, którzy w r.1848 wtargnęli do jego mieszkania, ażeby z okienstrzelać na „suzerenów”, odpowiedni do tego stanowi komentarz.

Obawa przed rabunkiem i kradzieżą była u niegospecjalną tylko formą ogólnych, nieokreślonych, ciągłych stanów trwogi. „W młodości dręczyły go wyimaginowane choroby i zatargi. Podczas wybuchuwojny (1813) zdawało mu się, że go gwałtem wezmądo służby. Z Neapolu wypędził go strach przed ospą,z Berlina uciekł przed cholerą. W Dreźnie miałidée fixe, że zatrutej zażył tabaki. Kiedy w roku1833 miał opuszczać Mannheim, doznał bez najmniejszej przyczyny uczucia niesłychanej trwogi.Latanii prześladowała go obawa przed sądem kryminalnym. Gdy w nocy wszczął się jaki hałas, zrywał się z łóżka i chwytał szpadę i pistolet, którymiał zawsze nabity. Nigdy nie dozwolił się dotknąć brzytwie golarza; miał też zawsze skórzanykubek przy sobie, ażeby się nie zarazić przy piciu wody w lokalach publicznych” (Gwinner, str.400). Frauenstaeat (str. 332) opowiada wedługjego własnego wyrażenia: przerażał się, ilekroćlistonosz przynosił mu listy; „jeżeli nie mam niczego, co by mnie trwożyło, trwoży mnie właśnieto, albowiem czuję, że coś być musi, a co tylkoukrywają przede mną”. Nie dziwota, że zwłaszczaw młodszych latach mówi wciąż o głębokiej melancholii i nieustającej posępności.

Nie ulega wątpliwości, że w tych stanach trwogimamy do czynienia z objawami patologicznymi, jakto Moebius w przekonywający wykazał sposób.Ojciec Schopenhauera w ponure zapadał usposobienie, w ostatnich też latach życia miewał umysł odczasu do czasu zmącony. Gwinner przypuszczanie bez powodu, że nagłą śmierć (spadł ze spichlerza) sam sobie sprowadził w przystępie obłędu.I dwaj bracia ojca patologiczne miewali objawy.Oprócz dumy i umiłowania niezależności, odziedziczył syn także ojcowski temperament, gwałtowność woli oraz skłonność do ponurego patrzenia na życie, dyskolię, jak sam ją nazywa. Zdajesię że w spadku po ojcu otrzymał także ból uszu,który u niego już w młodzieńczych wystąpił latach.

Po tym wszystkim trzeba będzie powiedzieć:Schopenhauer nie miał natury ani przyjemnej aniszczęśliwej, nie był stworzony, aby być szczęśliwym,ani aby uszczęśliwiać. Silny, instynktami utrwalonypopęd samozachowawczy bronił go zarówno przedatakami innych, jako też coraz to więcej przedwłasnymi namiętnościami. Atoli obce mu było uczucie bezpieczeństwa i radości bytu w latach młodszychi średnich. Wobec spraw i ludzi zawsze wielkąokazywał podejrzliwość; żywa jego wyobraźniamalowała mu zawsze majaki prześladowań i nieszczęść; towarzyszyły mu one w bezludnym osamotnieniu, w którym żył zwłaszcza w latach dojrzałych, zerwawszy z uciechami młodości i zanim starość jego odpowiednie w wielbicielachi uczniach znalazła otoczenie. Sytuacja przykra, nietracąca bynajmniej cech przygnębiających przezto, że uczynił sobie z niej zasadę filozoficzną i żezarówno dla siebie jak i dla innych podnosił ją dowyżyn mądrości życiowej: „Bijących w oczy przykładów niegodziwości, złości, zdrady, podłości, których doznaliśmy, nie należy bynajmniej puszczaćz wiatrem, trzeba je raczej uważać jako alimentamisanirophiae, trzeba je sobie nieustannie uprzytomniać, ażeby dzięki nim mieć zawsze przed oczamirzeczywistą wartość ludzi, i nie kompromitowaćsię nimi” (Gwinner str. 424).

Dodaję tutaj uwagę o jego zachowaniu się wobecgatunku ludzi, których nienawidził przed wszystkimiinnymi, mianowicie wobec profesorów filozofii.Nienawiść ta da się sprowadzić do przyczyn następujących. Stosunek ten opierał się przede wszystkim na apriorystycznym lekceważeniu, na z górypowziętej niechęci. Uczucia te, które zaczynały niejednokrotnie ujawniać się w latach studiów uniwersyteckich, znalazły z biegiem czasu empiryczneswe stwierdzenie czy usprawiedliwienie częścią w tym,że nie zwracano nań uwagi, częścią w skrytym, rzeczywistym czy domniemanym okradaniu jego duchowego dorobku. Z podejrzliwości uczynił sobieteorię, którą przytacza niezliczoną ilość razy; brakpowodzenia, brak sławy literackiej jest dziełemprofesorów filozofii, którzy się sprzysięgli przeciwniemu. Rzecz to smutna czy — jeśli chcemy — komiczna patrzeć na to, z jakim on to widmo sprzysiężenia maluje artyzmem, z jakim w siebie i innychwmawia wyrafinowaniem, godnym komisarza policji z czasów ścigania demagogów, ażeby potemz powagą piekielnego sędziego rzucić na pastwę wieczystej pogardy tych wszystkich, co się wedługjego mniemania sprzysiężyli przeciw prawdzie. JakLuter w jednym wyznaje miejscu, że nie możesię modlić, aby równocześnie nie złorzeczyć papieżowi, tak Schopenhauer w późniejszych swych latach nie umie filozofować, nie złorzecząc profesorom filozofii, a późniejsza jego sława, której zapach z taką wchłaniał lubością, miała dla niego —tak przypuszczać można z jego listów — specjalną przyprawę w tym, że wyobrażał sobie, jak tosię teraz gryźć będą profesorowie filozofii. Wniwecz obrócił cały plan, tak długo przez nich trzymany w odosobnieniu Kaspar Hauser filozofii opuszcza naraz swą kaźń, a nawet widzą w nim królewicza!

Dla ludzi, przywykłych rozważać i sądzić bezuprzedzenia, niewątpliwym będzie, że sprzysiężenie to jest majakiem jego wyobraźni. W podejrzliwym jego umyśle nabiera ono jednak podstaw najistotniejszej rzeczywistości i w przekonaniuniejednego z jego uczniów jest nią do dzisiaj.Cofnijmy się tylko w owe czasy i zapatrujmy sięna rzecz poważnie: Hegel i Fries, Herbart i Schelling, Baader i Reinhold i jacy tam byli jeszczew drugim i trzecim lal dziesiątku profesorowie filozofii na wszechnicach niemieckich, zmawiająi sprzysięgają się przeciwko sławie — nie sławnego Artura Schopenhauera, ale nieznanego młodzieńca, który się habilitował w Berlinie, leczniewielkie miał powodzenie i niebawem znikłi zgasł na widowni. Można tych ludzi o rozmaite posądzać niegodziwości, można im zarzucić,że nie zauważyli Świata jako woli i przedstawienie, albo że nie zrozumieli jego znaczenia, aleprzypuszczać złą wolę i postępowanie z planemz góry powziętym, na to trzeba być podejrzliwym,jak Schopenhauer, i, tak jak on, skłonnym do lekkomyślnych posądzeń. Jak gdyby każdy z tych ludzi nie życzył wszelakiej klęski drugiemu! I jakgdyby każdy z nich nie miał daleko ważniejszychspraw na oku, aniżeli studiowanie dzieła jakiegośnieznanego człowieka nazwiskiem Schopenhauer.Gdyby miał był jeszcze poważanie, gdyby jegodzieła licznych doczekały się wydań, a wykłady jegopełno ściągały słuchaczy, wówczas to byłaby sięzajmowała nim przynajmniej zawiść koleżeńska,lżąc go i zohydzając, tak zaś najmniejszy nie istniał powód, aby się troszczyć o niego; przeważnejich części nie zwrócono na książkę uwagi. A jeżeli kto wziął ją do ręki, przekonał się niebawem,że człowiek ten zupełnie innymi kroczy drogami,niż inni, że więc jego filozofia jest naturalnie z gruntufałszywą. A także spostrzegł od razu — wystarczyło mu przeczytać przedmowę — że Schopenhauerowi ani się nie śniło w jednym stawać z nimiszeregu i że bynajmniej nie ma zamiaru pismomwspółczesnym jakąkolwiek poświęcać uwagę: czyżtak postępując, nie rezygnował już z góry z uznania tych, którymi gardził?

Jest to dowodem niesłychanej siły, w jaką Schopenhauer uzbraja swoje obelgi, jeżeli teoria jego o sprzysiężeniu do dziś dnia licznych znajduje wyznawców.Nawet sprawiedliwie zresztą myślący Moebius wierzy,,w milczącą przynajmniej zgodę, aby go zabić milczeniem”! I on wytacza skargę: „a gdyby byli powołani przez państwo nauczyciele filozofii spełniliswój obowiązek, gdyby byli bez uprzedzenia zasięgnęliwiadomości i potem nauczali bezstronnie, jakiefaktycznie istniały formy filozofii, zamiast w charakterze ludzi stronnych iurare in verba magistri,byłby się Schopenhauer przebił wcześniej. Nie jestem tak dalece czuły, jeżeli ktoś przygania profesorom filozofii, i nie wiem, czy jest nim kto w ogóle;zdaje mi się, że przeceniamy poczucie solidarnościwśród tych ludzi. Ale w danym wypadku nie mogęuważać ich za winnych. Obwinieni mogli byli powiedzieć, że jeśli zaznajomienie z filozofią Schopenhauera tak niezbędną było sprawą, to chybaautor był do tego najbardziej powołanym. Gdybybył nauczycielską swą działalność na uniwersytecie energicznie prowadził dalej, w czym nikt munie przeszkadzał, gdyby był uczestniczył w publicznym roztrząsaniu zagadnień filozoficznych w czasopismach lub księgach, w czym tak samo niktmu żadnej nie stawiał przeszkody, wówczas mógłbył zebrać najprzód małe, a potem z wolna corazto szersze koło uczniów i zwolenników. Zamiasttego uciekł, wydrukowawszy swoje główne dzieło,i milczał lat 18, czyhając tylko na to, czy nareszcie inni mówić o nim nie zaczną. Nie myślę murobić z tego zarzutu, postępował tak, jak mu wskazywało jego usposobienie, ale mimo to wydaje misię dziwnym złorzeczyć obcym za to, że się porzuconym nie zajęli dzieckiem. Prawda, że sam on imzłorzeczy, zgadza się to znowu z jego naturą, ależe dziś jeszcze znajdują się ludzie, oskarżający niematkę porzuconego dziecka, lecz tych, którzy sięniem nie zajęli, jest to w istocie nader ciekawym.

I cóż mieli oni robić, chcąc uniknąć jego nagany? Wspominać o Świecie jako woli i przedstawieniu, omawiać go, zbijać, albo też polecać uwadze jako system pełen głębokich myśli, lecz nieprawdziwy — po części to uczynili — jak gdybySchopenhauer tym się zadowolił! Admiratorówpożądał, czcicieli, apostołów, ewangelistów nauki.Cóż więc mogli zrobić dla niego mężowie, roszczący sobie prawo do samoistnego myślenia? Chybaiżby się byli zdecydowali porzucić własne myśli,a przyswoić sobie jego zasady. Ale któż byłby dotego zdolny, nie zrzekając się równocześnie swejwłasnej istoty? Własne myśli własnej odpowiadająistocie, z której wyrosły, i dlatego też każdy uważaje za prawdziwe, a zasady, na innym wyrosłegruncie, z konieczności uważa za fałszywe.

Rzecz szczególna, Schopenhauer wie o tym dobrze,że prawda dopiero w drugim przebija się pokoleniu,gdy umrze pokolenie, wyrosłe w błędzie. Prawda, takuczy już w przedmowie do pierwszego wydania głównego dzieła, obchodzi tylko krótką uroczystość zwycięstwa: pomiędzy czasem, w którym uchodzi zaparadoks, i następnym, gdy staje się trywialną. Jeżeli jednak przypadkiem spełni się to, co przepowiedział, jeżeli myśli jego odrzucą jako niesłychane paradoksy, wówczas zapomina o wygłoszonej powyżej zasadzie i fakt ten odczuwa jako cośniesłychanego, nikczemnemu przypisując go sprzysiężeniu. Potrzeba było nie mniej nie więcej tylkocudu, aby tych profesorów, którzy lata cale wykładali swą mądrość, przekonać, że ich filozofiażadnej nie posiada wartości, i nawrócić do naukSchopenhauera. On wie o tym, i powiada sobie:naturalnie, myśli geniusza nie wnikną w tego rodzaju mózg trzyfuntowy, zwłaszcza jeżeli mózg tendawne obciążają błędy. Ale potem wybucha znowugniewem, że nie zwracają na niego uwagi, i w jednejchwili ludzie ci zmieniają się w sprzysiężonych,którzy bardzo dobrze rozumieją znaczenie i prawdętych myśli, ale jednocześnie czują, że z tym niemożna pozostać profesorem filozofii, i którzy dlatego zdecydowani są od razu niebezpieczny ten system za wszelką cenę połączonymi ubić siłami, kuczemu w potajemnych zmowach najpewniejszy widzą środek.

Nie sądzę, aby istniał wypadek, gdzie wpływafektu na sposób myślenia lepiej by można studiować, aniżeli u Schopenhauera. Jako psycholog wieon sam o tym zjawisku, znakomicie je obserwowałi opisał; ale tak samo tutaj, jak i przy złudziezmysłowej, wniknięcie w powstawanie tego zjawiska żadnym nie jest hamulcem. Można się ustrzecomyłek w swym sądzie, co prawda, tylko posługując się odpowiednimi środkami kontroli. Schopenhauer zrzekł się środka najważniejszego, porównania własnego spostrzeżenia z spostrzeżeniami innych. Odosobniony, sam z swymi rękopisami, niespotyka się nigdy z sprzeciwem, papier cierpliwieprzyjmuje, co mu się powierza. W ten sposób samotnik zatraca kontrolę swych przedstawień, tracizdolność usprawiedliwiania się wobec innych; słucha tylko siebie i powoli zasnuwa się w swe myśli niby w świat majaków, w którym przestajemyjuż rozróżniać żywioły podmiotowe od przedmiotowych.

To jedna strona życia Schopenhauera. Zająłemsię nią szczegółowiej nie z chęci poszukiwaniaplam, ani celem wystawiania prywatnego jego życia, wbrew jego zakazowi, na zimną a zbyt skwapliwą ciekawość publiki, ale ażeby zawartymi w osobistości filozofa premisami ułatwić zrozumienie jegomyśli; nie ma filozofa bardziej osobistego niż on.Jeżeli narysowany tu obraz nie zbyt jest pochlebny,winy tego nie szukać w rysowniku.

Schopenhauer nie ma zresztą prawa uskarżaćsię na wciąganie momentu osobistego. Można siętutaj powołać niejako na sposób jego postępowania (nie było człowieka, który by w krytyce obfitszyczynił użytek z wygrzebywania motywów osobistych), ale także na jego zasadniczą pod tym względem zgodę. W wzmiankowanym już liście do Rosenkranza, w którym przyczyny zmian, wprowadzonych przez Kanta w drugim wydaniu Krytykizdrowego rozumu, doszukuje się w obawie i w chęcizastosowania się do gustów ludzkich, dodaje: „Gdybyżył, należałoby go oszczędzać, ale de mortuis nihil nisi verum”. (Schemann str. 97.). Nie mógłbysprzeciwiać się użyciu tej maksymy względem siebiesamego. Zresztą zapewne by i nie chciał; nie był świętym, wiedział o tym, ale szczerym był człowiekiemi wobec siebie. Zdawał on sobie sprawę z istotyswojej w sposób dla miłości własnej wcale niepochlebny (w piśmie do siebie samego, które Gwinner zużytkował, ale niestety zniszczył).

Atoli „człowiek, obdarzony wyższym uzdolnieniem duchowym, żyje obok życia osobistego drugim życiem, mianowicie intelektualnym, które powoli właściwym staje się dlań celem”. (Parerga I337). Słowo, które zastosować trzeba do niego.Od życia indywiduum, które czas swój doczesnytylu wypełnia uroszczeniami i trudami i troskami,odłącza się powoli osobista jego inteligencja i w odrębny, samodzielny przemienia się żywot. I żywotten, żywot według ducha, jest dla Schopenhauerawłaściwym i prawdziwym żywotem; na tym polega znaczenie jego dla ludzkości. W życiu praktycznym doznał rozbicia, ocalenie znalazł w życiu spekulatywnym, ku któremu od wczesnych latmłodzieńczych pchały go uzdolnienie i skłonność.W każdym razie do życia praktycznego mało byłzdatnym; przede wszystkim nie miał kwalifikacjido postępowania stanowczego. W najdawniejszychjuż listach do matki znajduje się wzmianka o przyrodzonym braku stanowczości, o jego znanej, szlachetnej chwiejności (Gwinner str. 65. ). I on samją zna; w przedłożonej fakultetowi autobiografiiznajduje się znamienna uwaga: że zresztą ciężkimjest w wyborze i postanowieniu, atoli na jedną decyzję zdobył się od razu, na decyzję przerzuceniasię z stanu kupieckiego na studia, skoro tylko danąmu była możność po temu. Był to skok z vitaactiva w vita contemplativa. Po próbie postawieniastopy na pograniczu życia jednego i drugiego, zajęcia się profesurą uniwersytecką, wycofał się zupełnie z świata interesów praktycznych. Rad byłbyświat ten zupełnie oddzielić od siebie i być tylkoobserwatorem: „Ludzie potrzebują działalności nazewnątrz, ponieważ nie mają działalności wewnętrznej. Gdzie jednak ona istnieje, tam działalność zewnętrzna staje się niepożądaną, a nawet niejednokrotnie przeklętą przeszkodą i zaporą”. (Parergatom II, str. 645).

I temu Schopenhauerowi, myślicielowi, nie zbywana wielkości i szczęściu. Trzy on posiada przymioty, które wybitnie dzielnego czynią zeń filozofa:jest szczery, waleczny i dumny. Szczery, to znaczy,że myśli swoje doprowadza do końca; waleczny,to znaczy wypowiada je, nie troszcząc się, jakiewywrą wrażenie: a zaś dumny jest przez to, żebierze na barki samotność i obojętność świata i —prawda, zgrzytając nieraz zębami — dźwiga jejako los z góry mu przeznaczony. „Szczęśliwe życie jest niemożliwe; szczytem, który człowiek osiągnąć zdoła, jest żywot heroiczny”. I te słowa stosują się do niego.

A jednak życie to nie było ubogie w uciechy.O ile zbywało mu na zawodach, wyrastających nagruncie interesów prywatnych i przeprowadzaniawoli, o tyle rekompensatę znalazł w rozkoszach,kwitnących na polu kontemplacji.

Czytelnik pamięta wspaniały rysunek Dürera:Święty Hieronim siedzi samotnie w słońca pełnejkomnacie. Naokoło cisza głęboka. Towarzysze jego,lew i pies, śpią, słychać spokojny ich oddech. Świętysiedział zamyślony. Wtem wpadła mu jakaś myśldo głowy, i oto nachyla się naprzód i kilkoma rysami utrwala ją na kartce papieru, leżącego przednim na małym pulcie. Potem znowu przegina sięw tył i przygląda się grze swoich myśli.

W obrazie tym można dopatrzeć się Schopenhauera. Chwila przedpołudniowa. Promień słoneczny wpada przez okno do jego pokoju. Jest sam zesobą i swymi myślami. Zwierzęta, dzikie i nieczyste pożądania, zapalczywości i inne, śpią. Od czasudo czasu zapisuje jakąś myśl do leżącego przednim zeszytu. Myśli przychodzą same. Nie szuka ich,nie wymusza ich, jest całkiem bez woli i nic mazamiaru. Milczy wobec rzeczy, one mówią doniego, objawiają mu swoją istotę. Aforyzmy szeregują się bez systematycznego związku. Nie pracuje według przemyślanego planu, nie układa systemu, system ten staje się, konkreskuje w nim, wedługjego własnego wyrażenia, jak dziecię w łonie matki.Niezamierzona samorzutność, nie tylko w sensie praktycznym, ale i teoretycznym, oto charakter jegomyślenia. Jak zwierciadlana powierzchnia wodyprzejmuje obrazy przedmiotów, stojących na brzegu,tak samo ma się intelekt Schopenhauera do przedmiotów, wkraczających w jego widnokrąg.

Jego sposób myślenia odzwierciedla się w jegostylu. Właściwość jego stylu określono słusznie jakoplastyczną jasność obok przejrzystej głębi. Jegooperowanie obrazami nie ma w prozie niemieckiejrównoznacznika; w uchwytnych kształtach stająjego obrazy przed oczami czytelnika, nawet wówczas, gdy je zaledwie kilkoma rzucił rysami. „Dziełamoje — powiada w jednym miejscu, wielce charakterystycznym dla jego sposobu myślenia —składają się z samych ustępów, w których wypełniającą mnie myśl pragnąłem utrwalić dla niejsamej: — z togo się składają, mało w nich wapnai cementu”. W dwóch ostatnich wyrazach zamykasię dla czytelnika całkowity obraz. Filozofia Schopenhauera to budowa, z samoistnych wzniesionaciosów, jak owe mury cyklopów, gdzie każdy kamień łączy się bez sztucznych spoideł z drugimi własnym ciężarem spoczywa w całości i całośćtę podtrzymuje.

Tak więc, cały zatopion w kontemplacji, błogie przeżywał godziny. Rzadko który człowiekwieku dziewiętnastego odczuwał czyściej i głębiejspokój i błogość takiej ciszy myśli. Nieopisana pogoda i wdzięk niezwykły, spotykane niejednokrotnie w jego dziełach, zawisły nad tymi myślami.Samotność i milczenie nie miały nigdy wymowniejszego, bardziej przekonywującego, bardziej do sercaprzemawiającego piewcy, chyba może pośród malarzy. Potem, co prawda, inne przychodziły godziny. Zwierzęca namiętność i żądze budziły sięi wstrętnym, zajadłym wrzaskiem cichą napełniałykomnatę. Próbował je uśmierzyć i miał nadzieję,że mu się to uda. Daremnie; nie dały się ani wyrzucić ani okiełzać. „Zadziwiające zjawisko, że każdy uważa się a priori za zupełnie wolnego, nawet w szczególnych swych czynach, i mniema, żekażdej chwili może zacząć inny prowadzić żywot,to znaczy stać się innym. Atoli a posteriori, naskutek doświadczenia, spostrzega ku swemu zdumieniu, że nie jest wolnym, lecz że podlega konieczności, że, wbrew wszelkim zamiarom i refleksjom, postępowania swego nie zmieni i że od początku życia aż do końca musi w potępianym przezsiebie charakterze wytrwać i tę niejako przejętą rolę odegrać do końca” (Świat jako wolai przedstawienie I, 155). Może nauczyć się obchodzenia z swoją naturą, i Schopenhauer tego sięnauczył i dlatego też lata jego starości spokojniejsze były i pogodniejsze, aniżeli lata młodzieńcze,ale natury tej ani się pozbyć, ani jej zmienić niezdoła. I to jest ten rozdźwięk głęboki, przenikającyistotę Schopenhauera, rozdźwięk pomiędzy zamiarem a czynem, między filozofem a człowiekiem,rozdźwięk między „wolą a przedstawieniem”.

Filozofia Schopenhauera

Spróbuję teraz pokazać, jak ta dwoistość jegowłasnej istoty podstawowym jest tematem całej jegofilozofii. Nie ma też może drugiego myśliciela, w którym związek pomiędzy filozofią a osobistością takie równocześnie zasadnicze miałby znaczenie i taksię wyraźnie unaoczniał. I tak samo nie ma chybadrugiego myśliciela, który by w swą własną istotęz takim wnikał jasnowidztwem. Notatki Do siebie samego, którymi Gwinner (zwłaszcza str. 405do 427) przeplatał jego charakterystykę, świadcząo zadziwiającej zdolności autoanalizy i o niemniejpodziwu godnej swobodzie iluzji co do samegosiebie.

I to właśnie w dziełach Schopenhauera takistanowi urok. Nie zastanawia się nigdy nad tematami odległymi, nad rozmaitymi wątpliwościamii zagadnieniami, wyrastającymi z uczonego szkolarstwa, nad spornymi punktami systematyki albonad porządkowaniem czy łączeniem pojęć. Niesprzeczności w myślach innych ludzi pobudzają godo zastanowień, lecz odczuwana sprzeczność jegowłasnej istoty. Jak Sokrates mówi o sobie w Platońskim Fedrusie, że o jedno mu tylko idzie, o zbadanie siebie, jakiego jest rodzaju, czy jest zwierzęciem, bardziej złożonym i wulkaniczniejszym odTyfona, czy też stworzeniem łagodniejszym i prostszym, formacji boskiej, a nie wulkanicznej, taksamo można powiedzieć o Schopenhauerze: on sami jego własna natura oto zagadka, która zaprzątajego umysł. Stąd płynie ta głęboka powaga jego usposobienia, ukazująca się nam w wszystkich jego dziełach, filozofowanie nie jest dla niego sprawą, której mógłby zaniechać, jest ono dla niego poważnym, ze wszystkich zadań najniezbędniejszym, właściwym zadaniem życia. Zastanawia się nie w tymcelu, aby ułożyć książkę lub system, nie dlatego,aby u innych wywołać wrażenie, ale ażeby dlasiebie jasny wyrobić sąd o sobie. Bez obchodzeń,bez zamiarów i względów zabiera się do rozwiązania swego problemu, zupełnie rzeczowo i zupełnie szczerze. Literacka jego prawdomówność i szczerość, od której odróżnić trzeba osobistą, w filozofii nowożytnej nie ma sobie równej. W tej mierzeczuje się pokrewnym starożytnym filozofom greckim, dla których nie istniały ani uczone zawodoweszkolarstwo, ani opłacane katedry, ani przez publiczne powagi aprobowany system, a wskutek tegoani dobra, ani zła filozofia, lecz tylko prawdziwalub fałszywa.

Ta szczerość, la absolutna uczciwość myśliciela jest dumą Schopenhauera, jest cnotą, którąopłacił brak innych cnót. Uwagi godny ustęp z listu jego przyjaciela v. Lotzowa (Gwinner str. 405)zaczeerpnięty jest z samowiedzy filozofa: „w słowie i piśmie gardziłeś pan wszystkimi cnotami,prócz szczerości, i co do pana trzeba się już zadowolić tym, że w porównaniu z siłą poznaniatak mało przywiązujesz pan wagi do swego charakteru — jak przyboczny lekarz Napoleona niechciał go z zastarzałego leczyć świerzbu, aby niezaszkodzić energii jego charakteru”. Snać pamiętaćbędziemy o tych słowach, czytając jeden ustępw Parergach (II 354): „Ludzie wielkich i wspaniałych przymiotów niewiele sobie robią z przyznania się do swoich błędów i słabości i z pokazywania ich ludziom. Traktują je jako coś, za cozapłacili, albo nawet myślą, że nie tyle słabościte ich hańbią, ile raczej oni czynią im zaszczyt.Zwłaszcza wówczas, jeżeli błędy te zespolone sąz wielkimi ich przymiotami jako conditiones sinequibus non”.

Ta wyraźnie widziana i silnie odczuwana dwoistość jego własnej istoty, ta sprzeczność pomiędzycharakterem myśliciela a prywatnym charakteremczłowieka jest więc osią w Schopenhauerowskimtworzywie myślowym. Jest ona widoczną w samymtytule jego dzieła Świat jako wola i przedstawienie. Jak sam filozof dwoistą jest naturą, tak teżi na świat patrzeć będzie z punktu widzenia dwoistości jako na wolę i na przedstawienie. Znajdzieon we wszystkim to wielkie przeciwieństwo i wewszystkim będzie na nie wskazywał: W filozofiiteoretycznej jest to przeciwieństwo rzeczy samejw sobie do zjawiska, w metafizyce sprzecznośćpomiędzy ciałem a wolą, w estetyce pomiędzyideą a indywiduum, w filozofii praktycznej pomiędzy egoistycznym przyznaniem woli a nadindywidualistycznym jej zaprzeczeniem.

Rozpoczynam od filozofii praktycznej,ponieważ związek pomiędzy myśleniem a tym,co przeżywamy, jest w niej, z natury rzeczy, najściślejszy. Tutaj unaocznia się przede wszystkimto, że Schopenhauera pogląd na życie, jego pesymizm, będący premisą jego filozofii moralnej i jegonauki o wyzwoleniu, tworzy ogólną teorię dlajego osobistych doświadczeń życiowych i jego usposobień i nastrojów.

Sąd człowieka o wartości świata i życia zależnym zawsze będzie od jego sądu o wartości ludzi; człowiek jest dla człowieka jedyną istotą, posiadającą wartość absolutną, wszystko inne matylko wartość jako środek dla celów ludzkich. Schopenhauera sąd o wartości człowieka polega nauczuciu nieograniczonego lekceważenia, którymprzeciętny napełnia go człowiek: fabryczny towarprzyrody, produkowany hurtem i hurtem rzucanyna rynek według zamiaru: tani lecz lichy. Własnemu zaś życiu nadaje wartość w jego oczachduchowa treść tego życia, poznanie, filozofia. Życiemasy tego nie posiada; człowiek przeciętny potrzebuje krztyny swego rozumu jedynie dla uskutecznienia swych drobnych osobistych zamiarów.Człowiek, posiadający poważny interes teoretyczny,jest wybrańcem z pośród tysięcy; a już geniusz,żyjący wyłącznie dla poznania, jest rzadkim dziwolągiem, który w ciągu wieków zjawia się zaledwie po kilka razy. Tłum żyje tylko według woli,pożywienie i rozmnażanie się, oto jedyne sprawy życia, które go zajmują na serio. Inteligencja jest tylkonarzędziem woli, służy ludziom tylko po to, ażebyszukać rzeczy, dla ciała i życia niezbędnych, i w walceo byt bronić się przeciwko współstworzeniom.

Z niższością intelektualną łączy się niższośćmoralna. Inteligencja starczy właśnie na to, ażebynaturalnemu popędowi samozachowawczemu w człowieku przeciętnym nadać charakter właściwegoegoizmu. Każdy pragnie świadomie zachowaćsię kosztem drugiego; co więcej, sama depresjadrugiego wywołuje w nim uczucie rozkoszy.W ten sposób człowiek staje się animal mechant,zwierzęciem, odznaczającym się przed wszystkimiinnymi zwierzętami zawiścią i złością. Srogość, napawająca się cierpieniami innych, objawiająca sięjuż w dręczeniu dzieci, to przymiot specyficznieludzki. Nienawiść i złość zwraca się przede wszystkim przeciw ludziom wybranym, zwłaszcza przeciwobdarzonym przewagą duchową, przeciw geniuszom,stąd pochodzi ich osamotnienie i niezrozumienieich, nieunikniony skutek niegodziwości tłumu.

I dlatego też geniusz może żywić wobec tłumujedynie tylko uczucie pogardy. Pogardę tę uzurpujesobie Schopenheuer jako prawo dla siebie. I prawoto zmieniając niejako w obowiązek, mówi, że pogarda ludzi jest mu jedyną ochroną przed ludzkąnienawiścią (Gwinner str. 406).

Obiektywny sąd o niegodziwości ludzi znajdujewedług Schopenhauera potwierdzenie w uczuciachsubiektywnych, które przeżywamy w życiu w rozmaitego rodzaju uczuciach przykrości: ból, trwoga,strach, przesyt, rozczarowanie stanowią trwałą treśćuczuciową świadomości; chwilową ulgę lub wyzwolenie odczuwamy jako rozkosz. Zadowoleniejako stan ciągły jest niemożliwe, wola, zadowalniająca definitywnie, wewnętrzną jest sprzecznością: chcenie, które niczego nie chce. W rzeczywistości dwa tylko istnieją stany uczucia, pomiędzy którymi czyni wola nieustanny ruch wahadłowy: bolesne pożądanie oraz posępne rozczarowanie i nuda. Gdy żądza dojdzie do celu, zjawiasię na chwilę zadowolenie, ażeby w tym samymmomencie ustąpić miejsca rozczarowaniu, przesytowi, nudzie. Jeżeli celu swego nie osiągnie, wówczas potrzeba, odczuwana w żądzy, stanie się uczuciem niedostatku i biedy. To prawo bytu nie wyklucza i geniusza. Korzyść, jakiej doznaje, w godzinach bytu intelektualnego, znajdzie wyrównanie w większym naprężeniu uczuć bolesnych, odpowiadającym spotęgowanej wrażliwości i silniejszym popędom natury.

Stąd wynika, iż nie żyć jest lepiej, aniżeli żyć.Wieczne odpoczywanie, oto jest cel, do któregojak najgoręcej dążyć należy. W jaki sposób dojśćdo tej mety? Jedna jest tylko droga: zaprzeczeniewoli, idące z wewnątrz. Odrzucenie życia, samobójstwo, byłoby daremnym; ucieczka przed życiem topotwierdzenie woli, a dopóki istnieje wola, ażeby żyć,dopóty życie jest pewnym. Tylko z wygaśnięciemwoli wygasa i życie. Budda, świetlisty Budda, wypowiedział ostatnie słowo mądrości.

To jest Schopenhauera pogląd na życie, jego pesymizm. Polega on niewątpliwie na jego własnych,najosobistszych uczuciach. Uczucie bezwartościowości człowieka, bezwartościowości życia, bezwartościowości cierpienia z powodu życia, oto zasadniczy tonjego życiowego nastroju. Naturalnie nie do tyla, ażebyi innych nie znał nastrojów, innych odczuwań:tamte jednakże stanowią trwałe tło jego świadomości.

W rozdziale swego dzieła o Schopenhauerze,noszącym tytuł: „Bezbolesny pesymizm i szczęśliwy żywot” (str. 132) powiada K. Fischer, żeprzekonanie pesymistyczne było u niego całkiembezbolesnym, wskutek swej jasności i żywości rozkoszy pełnym przedstawieniem. Nie dlatego, ażebymiało u niego cechę pustego pozoru, „nie, był topoważny i tragiczny pogląd na świat, będący równocześnie spostrzeżeniem, wyobrażeniem,obrazem. Tragedia nędzy świata rozgrywała sięw teatrze, on siedział pośród widzów w wygodnym fotelu z lornetką w ręku; wielu widzów zapomina o nędzy tej przy bufecie; żaden z nich nieśledzi rozwoju tragedii z uwagą tak napiętą, takgłęboką, z wzrokiem tak przenikliwym; po skończeniu wracał głęboko wzruszony, z uczuciembłogości w duszy i przedstawił to, co widział”.

Nie sądzę, ażeby trafiono tu w sedno. Niewątpliwie, pesymizm jako taki jest pojęciem, a nieuczuciem, poznanie też i przestawienie rzeczy i podtym względem poznanej sprawiało mu zapewnerozkosz, rozkosz artysty, widzącego, że twór jegowyobraźni nabiera kształtów; trzeba wreszcie takżeprzypuścić, że wniknięcie w konieczność życia, jakocierpienia, działało na ból jego uśmierzająco. Pozostaje jednak przy tym, że to, co Schopenhauerw pesymistycznym swym sądzie wypowiedział o życiu, było w gruncie rzeczy jego najosobistszym, najgłębszym doświadczeniem życiowym, a nie tylkoestetycznie wyczutym „weltszmercem”. Ciężar życiadolegał naprawdę jego duszy, zwłaszcza w latachmłodzieńczych, w których kształtowały się jegomyśli; a że przy tym nie zaniedbywał rozkoszy, widząc, jak ich używali jego towarzysze, to zaostrzyło jeszcze w nim gorycz odczucia, rozkoszete obniżały go w jego własnych oczach.

Nie ma też powodu do powątpiewania, że, jakopowiadają, cudze cierpienia do tego przejmowałygo stopnia, iż niszczyły mu jego własną uciechę.Niezmiernie żywa wyobraźnia pomagała jego naturalnemu popędowi zagłębiania się w przykrości.Zapewne, nastrój życiowy Schopenhauera nie byłznowu tak nieszczęśliwy, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy znalazł odpowiadającą mu formę życia,a przede wszystkim w latach późniejszych, kiedypoczął zażywać tak dawno upragnionej sławy;mimo to jednak nie mogę absolutnie powiedziećz Fischerem: „uczył pesymizmu i przedstawiał go,ale go nie przeżywał; nie przecierpiał”. Nie, przeżywał on wewnętrznie i odczuwał nie pesymizm,lecz ból i nicość żywota, i to, co przeżywał, zamieniał następnie w teorię.

Jakżeż teoria ta wygląda? Posiadaż ona coświęcej niż znaczenie indywidualne, jest ona czymświęcej niż wyrosłym na gruncie tego temperamentu przypadkowym poglądem? Jest-li ona tym,do czego rości sobie prawo, mianowicie przedmiotową, powszechnie obowiązującą prawdą?

Nie sądzę, ażeby można jej przyznać to, copowiedziałem na ostatku. Zawiera ona prawdę podmiotową, prawdę dla każdego, który ją odczuwa;u kogo zaś osobisty nastrój życiowy jest odmienny,ten całkowicie ma prawo oprzeć się narzucaniumu owego sądu o życiu i ludziach jako prawdypowszechnie obowiązującej. Optymistyczny nastrójżyciowy może się tym samym prawem w ogólnązmienić teorię, jak i pesymistyczny, albo raczejz psychologiczną uczyni to koniecznością. W tejmierze inteligencja odzwierciedli wolę i stany uczuciowe w formie sądów ogólnych. Oba więc poglądy na życie mają w sobie jednakowe znaczeniei jednakowe prawo; przede wszystkim nie są niczymwięcej jak tylko wyrazem doświadczeń osobistych,które jednakowoż z koniecznością psychologicznąprzybierają formę doświadczenia ogólnego. I dlategoteż daremną jest wszelka dyskusja pomiędzy ichzwolennikami, jeden drugiego nie przekona. Fakta,które tutaj trzeba ująć w pojęcie, są dla jednegoi drugiego odmienne. Rozstrzyga tutaj nie rozum, leczuczucie, które z natury swojej jest indywidualne,które się jednak samo uogólnia.

Mimo to, pojęciowe przeprowadzenie tego rodzaju poglądów nie jest pozbawione wartości. Nie mażycia, w którem nie zdarzałyby się obydwa rodzaje odczuwań i nastrojów. Obie przeciwne sobie teorie optymizmu i pesymizmu można uważaćza eksperyment pojęciowy: gdyby w naturze ludzkiej istniał i działał jeden tylko rodzaj uczuć i usiłowań, jakżeżby się wtedy ukszształtowało życie?I jaki byłby sąd o ludziach i życiu? Eksperyment,podobny temu, który urządza ekonomia społeczna,wychodząc z założenia, że gospodarczymi czynnościami człowieka kieruje wyłącznie interes osobisty.Wie ona, że tak nie jest, wchodzą tu w grę i nieskończenie wikłają zjawiska także inne motywy,dobrotliwość, wygodnictwo, próżność; to przecież nie odbiera wartości formułom, z tamtegowyprowadzonym założenia. Nie trzeba ich tylkouważać za bezpośrednie przedstawienie faktów rzeczywistych, tak samo, jak formuły prawa ciążenianie można uważać za wyraz rzeczywistych ruchówciał spadających, wyraża ona jednostronnie pewnątylko ciał tych tendencję.

To samo dotyczy także formuł Schopenhauerowskiego pesymizmu; są one wyrazem działalności pewnych tendencji, biorących udział w kształtowaniu się życia i poglądu na życie. Pokazują, jakim byłoby życie, gdyby ludzie byli takimi, jakimi są według przypuszczenia Schopenhauera,jakim byłby nastrój życiowy, gdyby jego doświadczenia życiowe i jego nauka o woli powszechnieobowiązywały. Otrzymujemy w ten sposób formuły warunkowe, ułatwiające analizującą obserwację rzeczy; zdaje mi się, że na tej drodze okażąsię i formuły pesymizmu pożytecznymi dla pojmowania spraw ludzkich.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.