drukowana A5
33.9
Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles

Bezpłatny fragment - Schopenhauer, Hamlet, Mefistofeles


Objętość:
190 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0681-8

Der denkende Mensch fuehlt einen Kummer, der wohlgar Sittenverderbnis werden kann, von welchem der Gedankenlose nichts weiss: naemlichUnzufriedenheit mit der Vorsehung, dłe denWeltlauf im ganzen regiert, wenn er die Uebelueberschlaegt, die das menschliche Geschlecht sosehr und, wie es scheint, ohne Hoffnung einesBesseren druecken. Es ist aber von der groesstenWichtigkeit, mit der Vorsehung zufriedenzu sein, ob sie uns gleich auf unserer Erdenwelteine so muehsame, Bahn vorgezeichnet hat: teilsum unter den Muehseligkeiten immer noch Mut zufassen, teils um, indem wir die Schuld davon aufsSchicksal schieben, nicht unsere eigene, die vielleicht die einzige Ursache aller dieser Uebel seinmag, darueber aus dem Auge zu setzen und inder Selbstbesserung die Huelfe dagegen zu versaeumen.

J. Kant.

(,,Przypuszczalny początek dziejów ludzkich”).

Przedmowa

Trzy rozprawy, złączone w tym tomiku, zostałynapisane i ogłoszone w rozmaitych czasach; Schopenhauer pojawił się drukiem po raz pierwszyw roku 1882, Hamlet w r. 1889, Mefistofelesw r. 1899, wszystkie trzy w „Deutsche Rundschau”.Atoli pomyślane i dokonane zostały w wzajemnymdo siebie stosunku. Zdaje mi się, że trzy te postaci wzajemne na siebie rzucają światło zarównoprzez swe podobieństwo, jak i odmienność.

Wspólny mają dar jasnowidzenia; przede wszystkim mają przenikliwie bystre oko na ujemną stronęspraw ludzkich, ukrywającą się pod zasłoną pięknego pozoru. Wspólną mają też rozkosz w ściąganiu tej zasłony i w obnażaniu rzeczywistości.Talent i dowcip, z jakim, każdy w swoim rodzaju,wykonywają dar ten, doprowadzony do artyzmu,zamienia ich w wirtuozów filozoficznej médisance.Wspólnym jest wreszcie tym wszystkim trzem brakmiłości, tej oszczędzającej, opiekuńczej, litościwejmiłości, będącej duszą chrześcijaństwa, owej miłości, która ma świadomość zła, ale spogląda nadobro, która nawet w upadku ludzką widzi duszęi jej szuka; a ten brak miłości idzie w parze z brakiem wiary: ludzie z przyrodzenia nic nie są warci;i dlatego też nie warto poświęcać dla nich trudu!

Z drugiej strony trzy te postaci rozjaśniającerzucają światło na siebie przez swą odmienność.Schopenhauer i Hamlet są ludźmi, Mefistofeles jestszatanem. Kocha to, co jest podłe i złe dlatego, żejest podłe i złe; żywioł to całkiem mu odpowiedni.Tamci w gruncie swojej istoty żywią nienawiśći wstręt do tego, co złe i co podłe. Obaj jednakżecieszą się z zła i nikczemności, o ile one potwierdzają ich teorię o ludziach i o ile dają im sposobność wykonywania swego artyzmu.

Jak lekarz nie raduje się z choroby jako takiej,ale uważa ją za zło, które zwalczać trzeba, z drugiej jednak strony, zwłaszcza jeśli jest specjalistą,wielce się nią interesuje, a nawet jako wypadekzaciekawiający z pewnym traktuje ją zamiłowaniem, zwłaszcza jeżeli nadarza mu sposobność uwidocznienia na niej swej bystrości i swej sztuki, taksamo Schopenhauer i Hamlet znajdują przyjemność w wykazywaniu i analizowaniu złego. Nienawidzą go, ale wyrzec go się nie mogą; szukają tegozła i ciągle nim się zajmują, nie dlatego, aby jezwalczać i świat uwolnić od niego, lecz aby je badać, aby się nim wzruszać i wylewać na niegorzki swój humor lub złośliwy swój dowcip.

Pierwsze dwie rozprawy zostały przerobionei rozszerzone, przy czym uwzględniono także literaturę, jaka się w tym czasie pojawiła. Trzeciaotrzymała tylko kilka drobnych dodatków. Z rozprawy o Schopenhauerze przeszło kilka zdań domojej Etyki; powracają tu znowu, ponieważw związku tym musiały być umieszczone.

Zjawienie się tego zbioru przypada na zmianęstulecia. Nie wiem, czy była kiedykolwiek epoka,która by ducha, ucieleśnionego w owych trzech postaciach, z tak sympatycznym powitała zrozumieniem, jak koniec wieku ubiegłego. W każdym razieprocederu obnażania i ściągania masek nie wykonywano chyba nigdy z takim zamiłowaniem i z takim artyzmem, jak w literaturze ostatnich lat dziesiątków. Jeżeli literaturę tę wywołały miłość prawdyi chęć dotarcia do jądra rzeczywistości, to przynoszą one zaszczyt współczesnym. Może i one brałyudział w twórczości, może literatura i sztuka zbytdługo ulegały fałszywemu, słodkawemu idealizmowi,skłonności do upiększania i samołudzenia się, takiż chęć widzenia i pokazywania rzeczy w całej ichnagości, a nawet ich poziomości i brzydocie, wybuchnąć musiała z gwałtownością ruchu reakcyjnego. Atoli rzeczy ostatecznych i najwyższych nieszukać w tym kierunku; właściwe zadanie sztukii poezji zawsze polegać będzie na tym, ażebyw uchwytnych i wrażenia pełnych ujawniać kształtach to, co jest dobre i wielkie, i stawiać je przedoczy woli jako cel jej najistotniejszej, najgłębszejtęsknoty. Rozprawy te, mam nadzieję, uwidoczniąrównocześnie, że wielcy poeci, że Goethe i Shakespeare, twórcy Hamleta i Mefistofelesa, w tymwłaśnie widzieli zadanie poezji.

Rozprawy te całkowicie osiągną swój zamiar,jeśli wleją w czytelnika przekonanie, że słowo Tomasza à Kempis zawiera prawdę w sobie i naczasy dzisiejsze: Melior est humilis rusticus, quiDeo servit, quam superbus philosophus, qui se neglecto cursum caeli considerat: Biedny wieśniak,służący Bogu, więcej jest wart, aniżeli dumny filozof, śledzący obieg niebiosów, a nie zważający naswe wnętrze — a cóż dopiero filozof, który, własneprzeoczając słabości, czyni sobie zawód z tropieniai obnażania nikczemności i niegodziwości ludzi.Zdanie, którym się i Goethe kierował, powierzajączawód ten Mefistofelesowi, podczas gdy Fausta,wielkiego badacza tajemnic nieba i ziemi, ostatecznie zbawionego przez biedną Małgosię, ku wyższym za pomocą jej wiary i miłości podniósł sferom.

Stoglitz p. Berlinem. W dzień Nowego Roku 1900.

Przedmowa do drugiego wydania

Pominąwszy kilka małych dodatków i kilka drobnych zmian formalnych, drugie to wydanie jest przedrukiem pierwszego.

Fryderyk Paulsen.

Artur Schopenhauer. Jego osobistość i jego filozofia.

Die philosophischen Systeme, die von ihren Verfassern fuer andere erfunden und ais Feigenblaetter,oder des Zanks oder der Schau wegen aufgestelltwerden, gehen vernuenftige Leute eigentlich garnichts an. Die Philosophen aber, die nach Lichtund Wahrheit forschten fuer eigenes Beduerfnissund um sich den Stein der Unwahrheit, der siedrueckte, vom Herzen zu schaffen, gehen andereMenschen eigentlich und sehr nahe an.

Matthias Claudius.

Osobistość Schopenhauera

Trzy dni przed śmiercią widział Schopenhauerpo raz ostatni jednego z swoich przyjaciół, późniejszego biografa swego, Gwinnera. Rozmawialio śmierci: żegnając się, powiedział mu te słowa:bądź jak bądź, mam przynajmniej sumienie intelektualne czyste.

Jest to jedna, pozytywna połowa sądu Schopenchauera o sobie samym. Negatywna, którą samjuż zwrot ów dodać nakazuje, da się uzupełnić wyrazami, skierowanymi do Frauenstaedta (str. 280):że, o ile mu się podoba fizjonomia intelektualna,tak jak się ujawnia w czole i oku, o tyle nie zadowala go fizjonomia moralna, uwydatniająca sięw dolnej połowie twarzy, zwłaszcza w ustach.Schopenhauer przywiązywał wagę do fizjonomii,wiedział, co pragnął tym wyrazić, że mianowicieumysł swój ceni więcej niźli charakter. Odróżniaon w jednym miejscu dwa rodzaje przyjaźni: opartąna woli i ugruntowaną na umyśle; ze sobą samymutrzymywał przyjaźń pierwszego rodzaju. Podziwiałswój umysł i chętniej obcował z sobą, aniżeli z kiminnym. Natomiast o woli swej niezbyt korzystneposiadał mniemanie, omal że jej się nie wstydził,jakkolwiek, zrzucając z siebie niemiły ciężar, skłonnybył dopatrywać się w tym cechy ogólnoludzkiej,właściwej także i geniuszowi.

Schopenhauera sąd o swej osobie jest w obukierunkach wielce uzasadniony. O ile posiadał dostateczną ilość powodów, ażeby intelektualne uzdolnienie swe uważać za wybitne i niezwykłe, o tylenie miał przyczyny, aby być zadowolonym z swejwoli. Było to dzikie i nieokiełzane stworzenie, któremu przez całe życie gorzkie sprawiało kłopoty.Jako filozof pogardzał Schopenhauer celami, doktórych dąży ogół, ponieważ widział w nich pozory dobra, a nie dobro samo; jako człowiek niemógł się od nich oderwać; wola jego nie przestawała lgnąć do nich z obawą i pożądaniem.

W wstępie do traktatu o naprawie umysłu wymienia Spinoza trzy przedmioty, ku którym z przyrodzenia już zwraca się wola człowieka: bogactwo, honor, rozkosz cielesna. I on ich pożądał. Alegdy z pomocą doświadczenia zaczął nad nimi rozmyślać, nabrał w końcu pewności, że trzy te przedmioty nie tylko że nie są dobrami trwałymi, aleraczej czymś złym, ponieważ odciągają ducha odsiebie samego, przeszkadzając w ten sposób jegozachowaniu i rozwojowi. Dlatego też zaniechaćpostanowił tych rzeczy pustych i bezwartościowych,a dążyć tylko ku dobru wieczystemu i niezmiennemu,albowiem, posiadłszy je, stajemy się uczestnikamiwieczystej i niezmiennej radości. W kontemplacyjnym poznawaniu Wszechistoty bożej znalazł Spinoza dobro najwyższe; a ze skąpych wiadomościo jego życiu tyle da się przynajmniej wywnioskować, że w życiu tym nie sprzeniewierzył się zasadzie, którą w pismach ostateczną nazywa mądrością. Ta sama była to mądrość, którą w językuswoim wyraził mnich średniowieczny, że tylko zaprzeczenie woli przyrodzonej, że tylko wyrzeczenie siępozornych dóbr świata za pomocą potrójnego ślubuubóstwa, czystości i posłuszeństwa otwiera namdrogę do uzyskania dobra najwyższego, wiecznejszczęśliwości i oglądania Boga. Z najgłębszym przekonaniem Schopenhauer do tej samej przyznajesię mądrości; atoli ujarzmić wolę przez rozwagę —to mu się nigdy nie udało; żądze gwałtownie parłyku temu, co razem z mędrcem i świętym, jako filozof, lekce sobie ważył. Wykaże to kilka rysów,zapożyczonych z wiarygodnego materiału, którynam podają jego żywotopisarze.

Najgłówniejszy rys w moralnej fizjognomii Schopenhauera to silna bardzo świadomość siebie, objawiająca się jako uczucie bezwzględnej przewagi nadinnymi: widział w sobie geniusz w otoczeniu ludzi tuzinkowych, których lekceważyć i lekceważąco traktować nie tylko ma prawo, ale i obowiązek względem siebie samego, ażeby zawsze baczyć na przepaść, którago od nich dzieli, i nie pospolitować się z nimi. Świadomość ta była niewątpliwie uprawnioną; co więcej,nie można by sobie życzyć, aby charakterowi jegona niej zbywało: w śliskiej literacko-akademickiejkarierze chroniła go od kroków męża takiegoniegodnych. W ogóle pragnąć, ażeby Schopenhauerco do istoty swego charakteru był innym, aniżelibył w rzeczywistości, znaczyłoby to samo co pragnąć, iżby literatura niemiecka Schopenhauera nieposiadała: dzieła te mógł tylko taki pisać człowiek. Nie mniej przecież jest pewnym, że z tegorysu charakteru wyrasta, zarówno dla niego, jaki dla innych, niejedna przykrość, że zachowanie sięjego nie zawsze było chwalebne i że bynajmniejnie zasługuje na to, aby je naśladować.

Świadomość ta występuje w jego latach młodzieńczych jako niepohamowana pycha. W Gotha,gdzie, zrzuciwszy z siebie narzucone mu wolą ojcajarzmo zawodu kupieckiego, w swobodnym stanąłdo gimnazjum stosunku, uniemożliwił się niebawem,wyszydziwszy wierszami jednego z nauczycieli (1807).Zdarzenie samo nie jest zapewne tak niezwykłe, niezwykłym natomiast trzeba nazwać to, że wiele latpóźniej, w życiorysie swym, doręczonym wszechnicy berlińskiej z powodu habilitacji, zdarzenie powyższe z wymienieniem nazwiska wyborową opisał łaciną. Rzadko kiedy podobne dokumenty nadają się do tego rodzaju przypomnień, jak w ogóleta jego Vita jest dzięki swej długości i szczególnemu tonowi unikatem. Każdy wyraz daje do poznania, że idzie tutaj nie o bieg życia pierwszegolepszego docenta, ale o zjawisko szczególne i nieporównane, ze wszech miar zasługujące na to, ażebyna wszechstronne opisanie go nie żałować trudu.

To samo wrażenie wywiera i korespodencja,którą krótko przedtem (1818) miał o swym głównym dziele z nakładcą Brockhausem: w korespondencji tej spotykamy się już z wzmianką o „ordynarnych profesorach”, usiłujących tłumić prawdę(t.z. Schopenhauera naukę o barwach). A w innym liście naciera na swego wydawcę: „Żebyś panprzypadkiem nie ważył się patrzeć na mnie i obchodzić się ze mną jak z autorami pańskiej encyklopedii i tym podobnymi, kiepskimi pismakami,z którymi tyle mam wspólnego, że, jak oni, używamod czasu do czasu atramentu i pióra”. (Griesebach,Listy Schop. str. 29 i nast).

Nie omylimy się, jeżeli ten pyszałkowaty tonzłożymy po części na karb świadomości, dzięki którejodczuwał przepaść, dzielącą społeczne jego stanowisko od ówczesnego świata uczonych. Pochodzącz poważanego i bogatego domu kupieckiego, spoglądał na ówczesnych uczonych niemieckich, naprofesorów, nauczycieli i literatów, jak na nędznych głodomorów, zmuszonych dla miłego groszapisać od wiersza albo udzielać lekcji w szkole czyna wszechnicy; nie omieszkał też zawsze, ilekroćzalecał swoją osobę, spoglądać z dumą na niezależne swe stanowisko. Równocześnie odczuwał teżz dumą swoją przewagę światowego, w podróżachi w towarzystwie nabytego wykształcenia nad zwykłą pokojową i książkową uczonością; wolał teżutrzymywać stosunki, o ile ich w ogóle szukał,z światowcami, aniżeli z właściwymi uczonymi.Wchodzi tu także w grę różnica pomiędzy jegonowożytnymi, przeważnie na naukach przyrodniczych opartymi studiami a staroświecką, w szkołach klasztornych nabytą uczonością teologiczną.

Atoli ten sam przymiot jego usposobienia zwracasię także przeciwko rodzinie. Pycha i nieznośnezachowanie syna przyczyniło się w głównej mierzenasamprzód do zakłócenia, a ostatecznie do zupełnego zburzenia stosunku z matką. Na jego uniewinnienie można, co prawda, powiedzieć, że okazywanie czci dziecięcej tej matce niełatwym byłozadaniem. Kochała syna, ale bardziej jeszcze kochała siebie. Była to kobieta niewątpliwie uzdolniona i nie złego serca, odznaczała się jednaknaiwnym samolubstwem wykształconej damy. Mężawłaściwie nigdy nie kochała; pojąwszy ją w małżeństwo jako dziewczynę o niemal dwadzieścia latmłodszą i w skromnych wyrosłą stosunkach, otoczyłją wielkim zewnętrznym przepychem i wygodamibogatego kupieckiego domu. Gdy po dwudziestoletnim pożyciu, uległszy nagłej śmierci (1805), zwrócił jej swobodę urządzenia się według własnychupodobań, zamieszkała w Weimarze jako bogatai interesująca wdowa; punktem środkowym jej życia stały się odtąd wieczory towarzyskie, na których dwa razy tygodniowo gromadziła naokołosiebie najprzedniejsze umysły tego miasta z Goethemna czele. Wieczory te niepospolitą odgrywają teżrolę w wyznaczeniu stosunku do syna. Po owymwypadku w Gotha pozwala mu wbrew swej woliprzybyć do Weimaru; nie zabiera go jednak dodomu, wolno mu tylko przychodzić na obiad i nawspomniane dwa wieczory, co do których obawiasię, że „nie będą dlań tak przyjemne, jak dla biorących czynny w nich udział ludzi starszych i dotąd od niego znaczniejszych”. W jednym z późniejszych listów określiła warunki uczestnictwaw zebraniach: „Na moich wieczorach towarzyskichmożesz u mnie jadać, jeżeli powstrzymasz się odpustych dysput i wszelkich narzekań na głupotęświata i nędzę ludzką, ponieważ sprowadza mi tozłe noce i sny daje niespokojne, a ja lubię dobrzesypiać”. Innym razem nazywa go „nader przykrym i nieznośnym”: „wszelkie twe dobre przymiotyprzyćmiewa twoja przemądrzałość i czyni cię bezpożytecznym dla świata, jedynie dlatego, ponieważnie umiesz powściągnąć w sobie zaciekłego przekonania, że wszystko wiesz lepiej od innych, ponieważ wszędzie widzisz błędy, prócz w sobie samym, i wszystko chciałbyś ulepszać i naprawiać”.(Gwinner str. 67 i nast.).

Jak widzimy, niezbyt miły kreśli matka obrazswego prawie dwudziestoletniego syna; zdaje sięjednak, że obraz ten jest wynikiem dobrej obserwacji, a radom jej, zmierzającym do unormowania stosunku, nie można odmówić słuszności. Zresztą w listach tych odzwierciedla się i jej własnyobraz: próżność matki z powodu mądrości synawalczy tutaj z ukochaniem spokoju i wygód światowej, wykształconej damy. Prawdopodobnie niezbywało w odpowiedziach syna na sarkastycznychuwagach, gdyż wnikliwość jego w ludzkie słabościnie mniejszą była od wnikliwości matki. Później,po skończeniu wszechnicy, zupełne pomiędzy niminastąpiło zerwanie; wstrętny dla niego stosunekmatki z pewnym przyjacielem domu, a także wielki,może i nadmierny zbytek dolały oliwy do ognia; po razostatni widział matkę w roku 1814; od tego czasu,jakkolwiek żyła jeszcze lat 24, ustało pomiędzynimi wszelkie osobiste obcowanie. Może tak byłoi najlepiej: oboje zbyt dużo mieli rysów wspólnych,znali się nawzajem zbyt dobrze, aby mogli żyć zesobą razem; każde zetknięcie się bolesne sprowadzało starcia.

Opuściwszy na zawsze dom matki, żył następnecztery lata w Dreźnie; były to lata koncepcjii wypracowania systemu. Jeden z uczestników kółkaliterackiego, w którym Schopenhauer bywał, pozostawił nam wizerunek młodzieńca: „Niekrępowanejniczym uczciwości, szorstki i surowy, twardy i stanowczy we wszystkich kwestiach naukowych i literackich, zawsze wobec przyjaciół jak i wrogównazywający każdą rzecz po imieniu, zamiłowanyw dowcipie, często grubiański, prawdziwego pełen humoru, przy czym niejednokrotnie blondyn ten o szaroniebieskich płonących oczach, z dwiema długimibruzdami po obu stronach nosa, z głosem nieco piskliwym i urywanymi, gwałtownymi gestykulacjamirąk nader groźnego nabierał wyglądu”. Żyjąc samotnie i nieskłonny do ubiegania się o przyjaciół,uchodził za dziwaka; zjawiwszy się w towarzystwie, dawał zwykle powód do walki: „nie owijającniczego w bawełnę, grał rolę nieprzyjemnego, zjadliwym sarkazmem zaprawiał kawy, bez żenadydawał wodze swemu nieokiełzanemu humorowi,rzucał w twarz najprzykrzejszymi okruchami Szekspira i Goethego; uchodził też zawsze za stracha,którego się wszyscy bali, a nikt nie miał odwagipłacić pięknym za nadobne”. (Griesebach str. 113i nast.) Z tego samego czasu (1818) pochodzi teżlist niejakiego Quandta, człowieka, należącego donajbliższych przyjaciół Schopenhauera i oddanegomu do późnej starości, list, wystosowany do siostryAdeli (u Schemanna, str. 489 i nast.). Z głębokąprzyjaźnią dla obojga rodzeństwa, wypowiada przedsiostrą swoje obawy i ból z powodu wzrastającegoosamotnienia, w które brat jej z umysłu popada,z powodu zasklepienia się w twardym, straszliwymsamolubstwie, nieuniknionym skutku takiego trybużycia. Prosi ją gorąco, aby siostrzaną spowodowała go miłością do naprawienia także stosunkówz matką.

Skończywszy rękopis głównego dzieła, udał sięSchopenhauer do Włoch. W Rzymie zawiązał przelotne znajomości z kolonią artystów niemieckich;zachowywał się tutaj tak samo, jak w Dreźnie; największe rozgoryczenie wywołał jawnym lekceważeniem panującego wówczas kierunku romantycznego,zwracającego się ku motywom narodowym i religijnym. „Naród niemiecki — powiedział pewnegorazu w Cafe Greco — jest ze wszystkich najgłupszym, duchową przewagę swą uzyskał jednak przezto, iż żadnej nie posiada religii”. Trzeba przyznać,że, jak mawiała matka, umiał być nader przykrymi nieznośnym.

Ujawniająca się tutaj rozkosz sprzeciwiania sięrzeczom powszechnie uznanym jest znamiennymrysem w wizerunku myśliciela i pisarza: całe życiebyło to potrzebą jego serca, aby okazywać pogardęwszystkiemu, co jakiekolwiek miało uznanie, czyto była filozofia Hegla, czy Newtona nauka o barwach, prawowierność kościelna, czy nowomodny materializm, romantyka czy marzenia o średniowieczyźnie, liberalizm filosemicki czy kulturą zachwycający się optymizm; opozycja i przekorność otożywioł, w którym się czuje najlepiej; inni mogąszukać pewności w uznawaniu rzeczy powszechnieprzyjętych, on pewność tę znajduje w przekorze;wzgardziłby sobą, gdyby się kiedykolwiek przyłapałna gorącym uczynku myślenia o czymśkolwiek, sądzenia i odczuwania czegośkolwiek w sposób, jakświat odczuwa i sądzi.

Jest to nastrój, będący podkładem pierwszej przedmowy do głównego dzieła: daje ono właśnie to,czego pod nazwą filozofii tak długo szukano, dajerozwiązanie zagadki świata i życia. Co prawda,książka ta czytelnikowi do gustu chyba nie przypadnie, przeciwnie, będzie książką paucorum hominum,bo „któż z oświeconych tej doby, której wiedza dotarła szczęśliwie do tego punktu, gdzie wyrazy paradoks i fałsz jednakie mają znaczenie, mógłby pogodzić się z tym, że na każdej niemal stronicyznajduje myśli, będące najzupełniejszym przeciwieństwem tego, co za skończoną na zawsze uważałprawdę?”. Zresztą jest Schopenhauer w ustępietym niewątpliwie dzieckiem swego czasu; przynajmniej w tym jest on bardziej pokrewny Fichtemu,Schellingowi i Heglowi, aniżeli sławionym przez siebie w przeciwieństwie do tamtych filozofom dobyOświecenia. Zgoda z powszechną opinią świata,zgoda z pojęciami zdrowego rozsądku uważanabywa w tej grupie za złe największe, jakie spotkać może filozofa: pod nazwiskiem płytkości czynisię z niej zarzut przeciwnikowi. Odpowiada temuprzezazdrosne podkreślanie odrębności i samodzielności także wobec myślicieli pokrewnych; jedendrugiego znieść nie może, każdy do bezwarunkowego dąży jedynowładztwa. Wszystko to wspólnymjest u Schopenhauera z mężami, których traktujejako swoich antypodów. Bezwzględna, nieograniczonasamodzielność, świadoma siebie, sprzeciwianie sięotoczeniu, oto habitus jego ducha. Niczego taknienawidzi, jak być jednym ze stada; nic nie jestmu bardziej obcym od wspólnoty pod jakąkolwiekbądź postacią; nie znajduje w sobie ani śladu zdolności, aby być członkiem czy to rodziny czy stanu,narodu czy wreszcie ludzkości. Śmieje się, gdy muzwracają uwagę na podobny, ale niezbyt pochlebnyportret matki w Wspomnieniach A. Feuerbacha;gardzi i wyszydza towarzyszy stanu, profesorówuniwersyteckich; gardzi i wyszydza Niemców, gardzi i wyszydza ludzi, dla których ma wyraz: bipedes. Nie chce niczym być więcej, jak tylko sobą,pragnie uchodzić za człowieka odosobnionego, odosobnienie jest dlań koroną bytu.

Na krzywdy, rzeczywiste czy urojone, reagowała ta dumna świadomość siebie z niepohamowanym gniewem. W dwóch wydarzeniach w pierwszymczasie docentury berlińskiej ujawnia się cała nieokiełzana gwałtowność jego natury. Jedno z nichto powaśnienie się z jednym z kolegów. Krótkopo nim habilitował się na wszechnicy berlińskiejdo filozofii F. E. Beneke. Ocenę Świata jako wolii przedstawienia, którą tenże pomieścił w jenajskimczasopiśmie literackim, odczuł Schopenhauer jakokrzywdę literacką, a jednocześnie jako próbę podkopania jego stanowiska akademickiego. W artykule, przesłanym czasopismu: „Niezbędne skarcenie kłamliwych cytatów”, wyparł się potrzeby wszelkiej rozprawy z anonimowym krytykiem jako niegodnej siebie, napiętnował go jednak bardzo surowo za zbrodnicze czepianie się jego tekstuza pomocą niedokładnych przytoczników. Kilkakrotne prośby Bogu ducha winnego Benekego,ażeby osobistym rozmówieniem się położyć tamęzgorszeniu, odrzucił z największą bezwzględnością.Uwagi godną jest także groźba, zawarta w liście,towarzyszącym „skarceniu”, a przesłanym wydawcyczasopisma literackiego, prof. Eichstaedtowi w Jenie (6. stycznia 1821, u Schemanna str. 142): Nawypadek, gdyby się wzbraniał wydrukować jegoartykuł, ogłosi go natychmiast w sześciu innychliterackich i politycznych pismach wraz z uwagamizarówno co do tego wzbraniania się, „jako teżco do tego, że o dziele, którego wartość i doniosłość uzna społeczeństwo, kazałeś pan wyrokować takiemu, ledwie z karceru wyszłemu chłystkowi”.

Jeżeli w tej sprawie zwyciężył, to kilka miesięcypóźniej (w lecie 1821) gwałtownością swoją wielkiej nabawił się przykrości; naraził się naprzódna długoletni proces, a potem na dłużej jeszczetrwające odszkodowanie. Pewnego dnia spotkałw sieni mieszkania swego podstarzałą już szwaczkę,która u tej samej mieszkała gospodyni, i wzbraniającą się odejść dwukrotnie własnoręcznie przemocą wyrzucił. Osoba ta, podawszy, że odniosłaszwank na zdrowiu, umiała w pięcioletnim procesie wyprawować orzeczenie alimentacyjne: przezlat dwadzieścia musiał jej płacić 15 talarów kwartalnie, aż nareszcie mógł śmierć jej gorzkim powitać dowcipem: obit anus, abit onus. Czy naprawdęstała mu się krzywda — w przytoczonych u Gwinnera (str. 304 i następ.) pismach obronnych słychać zgrzytanie zębów bezprawiem dotkniętego człowieka, zmuszonego ulec prawu — nie będziemysię nad tym zastanawiać. W każdym razie doświadczenie to gorzką było dla niego nauką. Naraziłogo ono zapewne na bolesną skruchę. W obfitującym w trafne uwagi rozdziale o prymacie woli w samowiedzy (Świat jako wola i przedstawienie II, 19)mówi on o tym, „jak wola bierze nałożone jejprzez intelekt wędzidło w zęby i pędzi, ażeby potem bezmyślny ten pośpiech odpokutować skruchą”.Z tych samych doświadczeń wyrosły i refleksje,zajmujące się techniką zemsty; milczeć i czekać,ażeby potem z jasną głową i pewną ręką wymierzyć w sedno: Zimnokrwiste zwierzęta są jadowite. Schopenhauer techniki tej nie posiadał;dlatego właśnie odczuwał jej wartość.

Powoli, zamiast niej, zyskiwał mądrość, każącą omijać krzywdy przez odsunięcie się od ludzi; w ten sposób ominął także gniew i ból z powodu niemożności jawnego ich zadowolenia. Unikałnawet starć literackich w postaci zetknięć osobistych.Zajście z Benekiem, ujawniające zresztą całą jegogwałtowność i nieprzejednaność, było może jedynym tego rodzaju wypadkiem. Z czasem uzyskałSchopenhauer to, co sam nabytym zowie charakterem i co objaśnia jako metodyczne przeprowadzenie osobistym warunkom odpowiadającego trybużycia na podstawie znawstwa swej własnej indywidualności, zwłaszcza zaś własnych sił i słabizn, powolnym zdobytego doświadczeniem. Uzyskawszy to, stajesię człowiek uczestnikiem rozkoszy w odczuwaniuswej siły, a rzadko kiedy dozna bólu, polegającegona przypomnieniu słabości, upokorzeniu, „które możenajwiększy sprawia ból duchowy”. (Świat jako wolai przedstawienie I, § 55, ku końcowi). Widział, żez ludźmi żyć nie może, ani w dobrym, na to miałzbyt dużo drażliwości w sobie, ani też w złym,do tego zbywało mu na zimnym zastanowieniu; postanowił więc żyć bez ludzi. Było to życie, odpowiadające warunkom jego osoby, prowadził je zaśdo końca z konsekwencją i doskonałością, któraestetyczną wzbudza sympatię. Około połowy rokudwudziestego poczynił jeszcze kilka ostatnich próbcelem uzyskania w świecie akademickim odpowiedniejszego stanowiska; czynił zabiegi, aby znienawidzony porzucić Berlin, w którym tylko jedno wykładał półrocze, i przenieść się na jedną z wszechnic południowo-niemieckich; miał na oku Heidelbergi Wurzburg. Ale starania te spełzły na niczym.I od tej chwili zanurza się w osamotnieniu frankfurckim, w dwudziestoletnim osamotnieniu takgłębokim, że niemal zupełnie znika z oczu. Kilkadrobnych pism świadczy, że jeszcze żyje; aleo stosunkach z ludźmi, o jego bycie osobistymprzez dwa dziesiątki lat prawie że nic nie wiemy.Dopiero u progu starości wynurza się na nowo.Zjawili się pierwsi jego uczniowie, ich to odwiedzinom i relacjom zawdzięczamy pierwsze bliższewieści o sposobie życia pustelnika.

Niejedni potępiali go za to umyślne odosobnienie. Przede wszystkim czynią mu wyrzut, że porzucił karierę uniwersytecką, zaledwie ją zacząwszy. Stanowisko na wszechnicy, powiada Haym,nadarzające mu się tutaj współzawodnictwo byłobyskutecznym dla niego środkiem celem złamaniasamolubstwa i zatwardziałej jednostronności. Skuteczny wpływ atmosfery uniwersyteckiej na jegofilozofię uwydatnił się też w krótkim czasie jegodocentury. Zdaje mi się, że Schopenhauer znałlepiej swą naturę. Zajmowanie posady nauczycielskiej, połączona z tym konieczność walki i zgodyz kolegami, trudy wykładowe i egzaminowe byłybynaturę jego wyczerpały. Wobec kolegów i studentów nie byłby nigdy przezwyciężył lub chociażbyzataił uczucia, że właściwie całe to towarzystwouwłacza jego godności, że akademicka czynnośćnauczycielska odpowiada w sam raz przeciętnemuprofesorowi, lecz dla geniusza uciążliwym staje sięrzemiosłem. To samo tyczy się także jego wstrętudo życia rodzinnego. Wszystkie małostkowe zatargi,nieuniknione w wspólnym pożyciu, tysiączna zależność od towarzystwa, w które dostaje się człowiek żonaty, byłyby, przy jego temperamencie, niewysychającym źródłem dolegliwości, gotowych zniszczyć mu duszę. Żyjąc bez urzędu i rodziny, niezależny, o ile nim w ogóle człowiek być może,wymógł na swojej naturze życie względnie najlepsze.Jeżeli Arystoteles słusznie powiada, że najlepszymszewcem jest ten, co z posiadanej właśnie skórynajlepsze umie wykonać obuwie, to Schopenhauermoże sobie rościć prawo do chwały, że był dobrym mistrzem życia.

Silnemu poczuciu swej wartości towarzyszyłau Schopenhauera żądza uznania. Nie była to pierwotnie pospolita ambicja, uganiająca się za odznaczeniem i stanowiskiem czy koleżeńską pochwałą: wszystko to mógł był uzyskać, gdyby byłodpowiednie poczynił kroki; było to raczej płomienne pragnienie, ażeby w myślach jego prawdziwą uznano filozofię, a w nim filozofii tej twórcę.Mało ceniąc współczesnych literatów, nie był przecież obojętnym na ich sądy. Jest to może zachowanie pełne sprzeczności. Ale nie było chybaczłowieka, który by w pogardzie dla wyroków światataką okazywał konsekwencję, ażeby mówiąc jegosłowami, nie zwracał na to uwagi, że na niegouwagi nie zwracają.

Już w roku 1822, wybierając się po raz drugido Włoch, usilnie polecił przyjacielowi swemu,Osannowi, aby bacznie śledził wzmianki o jegodziele, nie tylko w pismach literackich, ale takżew książkach, podręcznikach, gazetach, programachi dysertacjach. Równocześnie daje wyraz lekceważeniu kolegów po fachu i mówi: — „Nienawidząmnie wszyscy jak najserdeczniej, na tym punkciegodzą się z sobą ludzie najmniej zgodliwi; ponieważ żadnemu z nich nie uczyniłem nic złego, przetonienawiść ta bardzo jest dla mnie pochlebna”.(Scheinann str. 126). Naturalnie, zawiść i nienawiśćjest formą, w której objawia się uznanie dla genialności ze strony miernoty. Widać, że teoria Schopenhauera jest pod każdym względem starszą odjego doświadczenia. Ale obok tej formy uznaniadomagał się także podziwu. Że tego nie było, żego nie podziwiano ani nie uwielbiano, co więcej,że go nawet nie zwalczano ani nie ścigano, przynajmniej na papierze, jak Spinozę lub Hume'a, że,poza wieloma recenzjami głównego jego dzieła,przeszli nad nim ludzie do porządku dziennego,jak gdyby się nic nie wydarzyło, sprawiło mu tow jego życiu, obfitującym w gorycze, najbardziejgorzkie godziny. Świadczy o tym gorycz pamfletów, którymi później mścił się za niezwracanienań uwagi zarówno na tych, których stawiano ponad nim, jak i na tych, którzy, według jego mniemania, powinni byli głosić jego sławę. Wylewgniewu, tak obficie ujawniający się w jego pismachod połowy trzeciego dziesiątka lat, działał, zdajesię, na ból jego uśmierzająco. Równocześnie wzrokjego odwraca się od teraźniejszości ku przyszłości;w tonie wyniosłym i dumnym apeluje on ponadgłowami żyjącego pokolenia do sprawiedliwszejpotomności. Wyrzekłszy się w ten sposób powodzeń zewnętrznych i stanowiska, uzyskał snaći w tym względzie równowagę umysłu, której niezbywało na spokoju i godności.

Niestety, starzejąc się, nie umiał wobec chwalbypierwszych, zbyt późno zjawiających się wielbicieli, tego dumnego zachować spokoju. Doznajemyuczucia śmieszności, urazy i zarazem smutku, patrząc, jak ten sam człowiek, który w najsilniejszychwyrazach rezygnował z poklasku współczesnych,który tak często zaznaczał swą pewność trwałegowpływu i wiecznej chwały u potomności, w ostatnim lat dziesiątku zwraca uwagę na najdrobniejsze oznaki uwielbienia ze strony najmarniejszegowspółcześnika. Listy do tak zwanych apostołów,Frauenstaedta, Lindnera, zwłaszcza zaś DawidaAshera są naprawdę zawstydzającymi świadectwami ludzkiej słabości. Żaden znaczny człowieknie zostawił tak mało znacznych, tak drobnostkowych listów. Treść wielu z nich składa się wyłącznie z wiadomości, dotyczących rozmaitych pochwalnych wzmianek o jego filozofii w dziennikach,książkach, listach, o różnych odwiedzinach, orazz usilnych próśb, ażeby o wszystkich tym podobnych oznakach nadchodzącej sławy, które uszłyjego uwadze, a które spostrzegą zamieszkali w Berlinie i Lipsku, donoszono mu w listach — „nie frankowanych, gdyż moja to sprawa”! Przy tym powtarzają się nieustanne podzięki za wyświadczone,,apostolskie” usługi i zachęty do usług nowych.Zaprawdę, próżność nigdy większych nie święciłatriumfów, aniżeli tutaj, wziąwszy pod jarzmoswoje tego dumnego człowieka.

Oczywiście wchodzi tu w grę wiek i próżność,właściwa starości. Niektórych z tych listów byłbysobie młodzieńczy Schopenhauer nigdy nie wybaczył. Musiał doświadczyć na samym sobie, copewnego razu powiedział o Kancie, że słabośćstarcza „poraża nie tylko głowę, ale i sercu nierazhart odbiera, potrzebny do zasłużonej pogardy dlawspółczesnych wraz z ich sądami i zamiarami:hart, bez którego nikt wielkim nie zostanie człowiekiem” (Schemann str. 187).

Drugi, główny rys w naturze Schopenhauerastanowi wielka podatność dla przyjemnościzmysłowych, i na odwrót, wielka wrażliwość na cierpienia umysłowe, stąd silny popęd,aby tych unikać, a szukać tamtych. U Schopenhauera nie ma całkowicie tego, co w oczach stoików czyniło z Sokratesa prawdziwego filozofa,pewnej mianowicie surowości i obojętności dlawszelkich uczuć zmysłowych. Z rozkoszy i wygodyczynił sobie studium. Gdy po rzuceniu karieryakademickiej rozglądał się za miejscem pobytu,wpadły mu w oczy przede wszystkim Frankfurti Mannheim. U Gwinnera znajduje się ustęp (str.341), w którym rozważa i porównywa ze sobąprzyjemność obu tych miast: powietrze, okolica,woda, kąpiele, dentyści i inni lekarze, kawiarnie, kościoły, teatr, obiady i wieczerze, bezpieczeństwo wobec złodziei i ciekawskich — oto, obokkwestii książek i zbiorów, najgłówniejsze szczegóły,którymi się zajmuje.

Buridanowski wybór padł, po odbytej próbie,na Frankfurt. Sztuka życia, którą tam wykonywałprzez lat niemal trzydzieści, znana jest dostatecznie z rozmaitych szczegółowych opisów. Trzebaprzyznać, że troskliwość w roztrząsaniu najdrobniejszych spraw, obliczonych na dogodzenie ciału,zadziwia nieco u człowieka, dowodzącego z naciskiem, iż spadło nań takie doniosłe zadanie życia,jak stworzenie filozofii ostatecznej.

Również i bezżenność jego złączona jest z obawąprzed dolegliwościami, utratą swobody i wygód.Nie wstręt do kobiet odwiódł go od założeniarodziny, ale wstręt do wzięcia na siebie obowiązków i ciężarów, które nakłada małżeństwo.W latach młodszych silna, żywa zmysłowość niemałą w jego życiu odegrała rolę; wiemy to nie tylko od biografów; jego pisma, tak często poruszające problem życia płciowego, dostatecznym sątego dowodem. Schopenhauer filozofuje wyłączniena temat rzeczy, których sam doświadczył. I torównież z tego samego wiemy źródła, że doznałw tej mierze niemało trwogi i troski, niemało rozczarowania i skruchy; popęd płciowy przedstawiasię refleksji jego jako demon, zmuszający jednostkę, aby celowi obcemu, to znaczy rodzajowi, własne poświęciła szczęście; wyswobodzenie się odeńjest największym przymiotem starości. Zresztą wewszystkich tych sprawach zamknął doświadczenieswoje w teorematy: wysoka zdolność intelektualnai silne popędy zmysłowe idą zawsze w parze, wigor fizyczny to grunt przyrodzony, z którego jedynie wyrasta geniusz. Tak samo jednak stworzyłteorię z swojej bezżenności: mąż, obdarzony wysokim uzdolnieniem umysłowym, geniusz, wyższema obowiązki względem ludzkości, które go zwalniają od poziomego obowiązku pojęcia żony i wychowywania dzieci. Uniewinnienia zaś czy usprawiedliwienia jego korsarstwa w tym względzie szukać trzeba w nauce o niższości kobiety.

Możność wygodnego życia zawisła jest od majątku. Schopenhauer wie to nie tylko wskutek zastanowienia ale i dzięki instynktowi, że popędposiadania głębokie w naturze jego zapuścił korzenie. Popęd ten nie tyle ma charakter zarobkowy —zawodu kupieckiego nie znosił, na to zbyt wielkąbyła w nim miłość życia duchowego; żądza to raczej utrzymania i ukrycia dobytku. I w uciążliwych warunkach umiał z niezwykłą odpornościąojcowskie utrzymać dziedzictwo i mądrze je pomnożyć. Bardzo charakterystycznie postąpił sobiepodczas pewnego przesilenia. Część jego majątkuzłożoną była wraz z majątkiem matki i siostryw jednym z domów handlowych w Gdańsku. Gdydom ten w roku 1819 zawiesił wypłaty, stracili wierzyciele 70%; sam tylko Schopenhauer umiał całyuratować kapitał wraz z odsetkami. Szczególnąkorespondencję, w której walczy o swą własność,podał nam Gwinner. Sprytem, jakiego by się najlepszy nie powstydził adwokat, odłączył się odreszty wierzycieli, którzy zgodzili się na układy,a potem, żadnych nie zachowując względów, przyparł firmę do muru i zmusił ją do zapłacenia mutrzech jego weksli. Przy tej sposobności w listachjego mamy coś w rodzaju uciechy szajlokowskiej:,,Gdybyś pan miał zamiar zasłaniać się niewypłacalnością, to ja panu udowodnię, że rzecz ma sięwręcz przeciwnie, i to za pomocą konkluzji, którąwielki Kant wprowadził do filozofii, ażeby nią udowodnić moralną wolność człowieka, mianowiciekonkluzji, z powinności wywodzącej możność. Toznaczy: jeżeli pan nie zapłacisz, weksel pójdzie dosądu. Widzisz pan, że można być filozofem, niekoniecznie będąc przez to głupcem”.

Czy ten sposób wymuszenia swego prawa leżyjeszcze w obrębie przyzwoitości kupieckiej, sądzićo tym nie mogę; uważałbym jednak za zjawiskocałkiem naturalne, gdyby ów dom kupiecki przynazwisku jego następującą położył uwagę: że jestto człowiek, którego trzeba się strzec, warowaniakorzyści swej nie zaniecha. Sam zaś Schopenhauer,,forsowne” swoje postępowanie usprawiedliwiałwobec siebie uwagą, że niezbędnym dla spełnienia jego zadania warunkiem jest dlań wyzwoleniesię od przymusowej pracy, nie mówiąc o pisaniudla zarobku, a tym samym uniezależnienie się odłaski i uznania świata; warunkiem zaś wyzwolenia jest utrzymanie dziedzictwa ojcowskiego, któremu z łaski losu przypadło w udziale. Dlatego teżwinien on to sobie i swojej filozofii, ażeby wszystkimi, jakie tylko mieć może, środkami prawnymiprowadzić walkę o własność.

Daleki jestem od tego, ażeby mu z tej troskioswoją własność czynić zarzuty. Mądrość jestdobra, gdy idzie w parze z majątkiem — otozdanie z księgi Koheleth, które lubi przytaczaćSchopenhauer; niewątpliwie, ubóstwo złym jest towarzyszem zwłaszcza w karierze akademickiej,albowiem łatwo stawia nas wobec niebezpieczeństwa propter vitam vitae perdere causas, że mianowicie dla życia poświęcamy to, co tego życia istotną jest wartością. Dobytek jest ochroną dla nasprzed tym niebezpieczeństwem, co prawda, ochronąnie zawsze pewną i nie jedyną; istnieje jeszczeinna podstawa wyzwolenia, to jest brak potrzeb;Spinoza, Sokrates opierali na niej swą niezależność.Podobne bohaterstwo Schopenhauer podziwiał, alego nie posiadał.

Trzeba też powiedzieć, że przy jego naturze i nawyknieniach dostatni byt zewnętrzny był dlań niezbędnym warunkiem żywota; ubóstwo byłoby gozłamało i zniszczyło w nim zdolność twórczą. Nierozsądkiem byłoby czynić mu z tego zarzuty, nie mniejszym jednak nierozsądkiem chcieć przeczyćjego zatwardziałości. Był zatwardziały, wiedział o tymi chciał być takim. Ten sam wypadek spowodowałtakże zerwanie stosunków z siostrą. Pod pierwszym wrażeniem na wiadomość o grożącej stracie,przy czym zaangażowaną była tylko trzecia częśćjego majątku (9000 talarów), gdy tymczasem matka i siostra umieściły tam cały swój dobytek, pisał jej te słowa: że zawsze będzie gotów podzielićsię z nimi; później nie ma o tym już mowy; natomiast, zdaje się, dał im do poznania, że przyregulacji tej sprawy uważały więcej na swoje,niźli na jego korzyści. Nieufność rozdzieliła rodzeństwo, a choć w późniejszych latach odbywała sięwymiana listów, chłód nie ustąpił — zawsze cośz niego zostało. Jak się zdaje, brat i siostra nigdysię już więcej nie widzieli, jakkolwiek Adela żyłado roku 1849, w niedalekiej odległości od brata;jeszcze w roku 1830 przeniosła się razem z matką nad Ren, ponieważ zbyt okrojone dochody niepozwalały na zbytki, którymi z początku szafowanow Weimarze. Zresztą siostra, sądząc z wszystkiego,co o niej wiemy, przyjemną była istotą; nie odznaczała się pięknością, ale za to niepospolite miałauzdolnienie umysłowe i serce szlachetne; Goetheniewiele ją sobie cenił. Gorzkie doświadczenia,zwłaszcza zaś zmiana życia i wszystkich stosunków życiowych wskutek wielkiego przesilenia majątkowego, nadały później naturze jej, o ile się zdaje,coś surowego (Cf. Moebius str. 27 i nast.).

Poruszyliśmy tym samym jedną z stron charakteru, która na nastrój życiowy i położenie życiowe Schopenhauera wywarła wpływ najbardziejstanowczy: nieufność. Nie dowierzał ludziom,nie ufał ich uczciwości nawet w najzwyklejszychsprawach pieniężnych. „Zapinać się na wszystkieguziki” — oto maksyma, którą stosował z ludźmi,zarówno w znaczeniu najściślejszym, jak i w najodleglejszym: przede wszystkim nie otwierać kiesy,a potem ust i serca!

Pax vobiscum, nihil amplius — oto czym witadwunożnych; przetłumaczyć to możemy w ten sposób: nie czyń mi nic złego, a i ja ci czynić niebędę. Bal się, aby go nie okpiły matka i siostra;tę samą obawę żywił i względem znajomych. Jednego z przyjaciół młodości, Francuza, który całeżycie zachował mu przyjaźń, prosił o radę w sprawie umieszczenia kapitałów w pewnej asekuracjifrancuskiej (1833). Przyjaciel odradził, ofiarowującsię równocześnie część pieniędzy w swym własnymulokować handlu. Schopenhauer żadnej na to niedał odpowiedzi, ale na liście dopisał: „przypuszczasz co?” (Gwinner str. 443).

Na przykrą odprawę przy podobnej sposobności naraził się u wydawcy swego Brockhausa. Oddawszy mu rękopis pierwszego wydania Światjako wola i przedstawienie, nie mógł pozbyć siępodejrzenia, czy nakładca nie sprzeniewierzy muhonorarium. Napisał w tym sensie list dość grubiański i dodał, jakoby słyszał, że na Brockhausiew ogóle w sprawie honorariów polegać nie można.

Nakładca odpowiedział, aby mu wskazał jednego autora, wobec którego nie spełnił swegozobowiązania, w przeciwnym razie przestanie gouważać za człowieka honoru. Schopenhauer musiał pogodzić się z zarzutem i połknąć pigułkę, żeBrockhaus przestał się z nim komunikować listownie i ustnie. „Muszę się z tym człowiekiem bardzo mieć na baczności, to prawdziwy brytan”, miałsię Brockhaus wyrazić już przedtem (Gwinner str.128). Podobną trwogę przechodził Schopenhauertakże podczas druku Parergów, tym razem niez powodu honorarium, lecz z powodu przypuszczenia, że nakładca mógłby rękopis pokazać innym, którzy „ukradną moje myśli” (Frauenstaedtstr. 509).

Dziwne wrażenie sprawiają środki, które stosował celem ochrony swej własności przed złodziejami. Gwinner (str. 401) tak to przedstawia: „klejnoty swoje w takim chował ukryciu, że mimonapisanych po łacinie wskazówek, zawartych w testamencie, niektóre z nich z trudem można byłoodszukać. Od czasu drugiej podróży włoskiej rachunki prowadził po angielsku, a ważniejsze notując interesy, posługiwał się łaciną lub greką. Abysię ubezpieczyć przed złodziejami, chował wartościowe papiery jako Arcana medica, kupony wkładał pomiędzy listy i zeszyty, a dukaty trzymałpod kałamarzem w biurku”. Mamy tutaj do czynienia raczej z objawami dziwnego instynktu ukrywania, aniżeli z rozumnie umotywowanymi środkami bezpieczeństwa.

Z tymi uczuciami i tymi instynktami łączą się takżejego wyobrażenia polityczne. Państwu jedno tylkozakreśla zadanie: powinno dbać o bezpieczeństwoosoby i własności. Jest ono według wyrażenia Lassalle'a niczym więcej, jak tylko stróżem nocnym,który ma go chronić przed złodziejami i rabusiami.Chcieć mówić o moralnych zadaniach państwa, todla niego „bardzo dziwna jest omyłka” (Światjako wola i przedstawienie § 62). Z listów doFrauenstaedta widać, jak wstrętnymi były dla niegoruchy w roku 1848. Niewielu chyba ludzi witałorestytucję dawnych porządków w Niemczech z takim zadowoleniem, jak Schopenhauer. Nie będączbytnim przyjacielem Prus, uczynił mimo to w spisanym w 1852 r. testamencie spadkobiercą swoim,,istniejący w Berlinie fundusz zapomogowy dlatych żołnierzy pruskich, którzy w rewolucyjnychwalkach r. 1848 i 1849 bili się o utrzymanie i przywrócenie legalnego porządku w Niemczech i w walcetej postradali zdrowie, oraz dla pozostałej po nichrodziny” (Schemann str. 547). Radość z powodu,,bemaków w niebieskich pantalonach”, którzy w r.1848 wtargnęli do jego mieszkania, ażeby z okienstrzelać na „suzerenów”, odpowiedni do tego stanowi komentarz.

Obawa przed rabunkiem i kradzieżą była u niegospecjalną tylko formą ogólnych, nieokreślonych, ciągłych stanów trwogi. „W młodości dręczyły go wyimaginowane choroby i zatargi. Podczas wybuchuwojny (1813) zdawało mu się, że go gwałtem wezmądo służby. Z Neapolu wypędził go strach przed ospą,z Berlina uciekł przed cholerą. W Dreźnie miałidée fixe, że zatrutej zażył tabaki. Kiedy w roku1833 miał opuszczać Mannheim, doznał bez najmniejszej przyczyny uczucia niesłychanej trwogi.Latanii prześladowała go obawa przed sądem kryminalnym. Gdy w nocy wszczął się jaki hałas, zrywał się z łóżka i chwytał szpadę i pistolet, którymiał zawsze nabity. Nigdy nie dozwolił się dotknąć brzytwie golarza; miał też zawsze skórzanykubek przy sobie, ażeby się nie zarazić przy piciu wody w lokalach publicznych” (Gwinner, str.400). Frauenstaeat (str. 332) opowiada wedługjego własnego wyrażenia: przerażał się, ilekroćlistonosz przynosił mu listy; „jeżeli nie mam niczego, co by mnie trwożyło, trwoży mnie właśnieto, albowiem czuję, że coś być musi, a co tylkoukrywają przede mną”. Nie dziwota, że zwłaszczaw młodszych latach mówi wciąż o głębokiej melancholii i nieustającej posępności.

Nie ulega wątpliwości, że w tych stanach trwogimamy do czynienia z objawami patologicznymi, jakto Moebius w przekonywający wykazał sposób.Ojciec Schopenhauera w ponure zapadał usposobienie, w ostatnich też latach życia miewał umysł odczasu do czasu zmącony. Gwinner przypuszczanie bez powodu, że nagłą śmierć (spadł ze spichlerza) sam sobie sprowadził w przystępie obłędu.I dwaj bracia ojca patologiczne miewali objawy.Oprócz dumy i umiłowania niezależności, odziedziczył syn także ojcowski temperament, gwałtowność woli oraz skłonność do ponurego patrzenia na życie, dyskolię, jak sam ją nazywa. Zdajesię że w spadku po ojcu otrzymał także ból uszu,który u niego już w młodzieńczych wystąpił latach.

Po tym wszystkim trzeba będzie powiedzieć:Schopenhauer nie miał natury ani przyjemnej aniszczęśliwej, nie był stworzony, aby być szczęśliwym,ani aby uszczęśliwiać. Silny, instynktami utrwalonypopęd samozachowawczy bronił go zarówno przedatakami innych, jako też coraz to więcej przedwłasnymi namiętnościami. Atoli obce mu było uczucie bezpieczeństwa i radości bytu w latach młodszychi średnich. Wobec spraw i ludzi zawsze wielkąokazywał podejrzliwość; żywa jego wyobraźniamalowała mu zawsze majaki prześladowań i nieszczęść; towarzyszyły mu one w bezludnym osamotnieniu, w którym żył zwłaszcza w latach dojrzałych, zerwawszy z uciechami młodości i zanim starość jego odpowiednie w wielbicielachi uczniach znalazła otoczenie. Sytuacja przykra, nietracąca bynajmniej cech przygnębiających przezto, że uczynił sobie z niej zasadę filozoficzną i żezarówno dla siebie jak i dla innych podnosił ją dowyżyn mądrości życiowej: „Bijących w oczy przykładów niegodziwości, złości, zdrady, podłości, których doznaliśmy, nie należy bynajmniej puszczaćz wiatrem, trzeba je raczej uważać jako alimentamisanirophiae, trzeba je sobie nieustannie uprzytomniać, ażeby dzięki nim mieć zawsze przed oczamirzeczywistą wartość ludzi, i nie kompromitowaćsię nimi” (Gwinner str. 424).

Dodaję tutaj uwagę o jego zachowaniu się wobecgatunku ludzi, których nienawidził przed wszystkimiinnymi, mianowicie wobec profesorów filozofii.Nienawiść ta da się sprowadzić do przyczyn następujących. Stosunek ten opierał się przede wszystkim na apriorystycznym lekceważeniu, na z górypowziętej niechęci. Uczucia te, które zaczynały niejednokrotnie ujawniać się w latach studiów uniwersyteckich, znalazły z biegiem czasu empiryczneswe stwierdzenie czy usprawiedliwienie częścią w tym,że nie zwracano nań uwagi, częścią w skrytym, rzeczywistym czy domniemanym okradaniu jego duchowego dorobku. Z podejrzliwości uczynił sobieteorię, którą przytacza niezliczoną ilość razy; brakpowodzenia, brak sławy literackiej jest dziełemprofesorów filozofii, którzy się sprzysięgli przeciwniemu. Rzecz to smutna czy — jeśli chcemy — komiczna patrzeć na to, z jakim on to widmo sprzysiężenia maluje artyzmem, z jakim w siebie i innychwmawia wyrafinowaniem, godnym komisarza policji z czasów ścigania demagogów, ażeby potemz powagą piekielnego sędziego rzucić na pastwę wieczystej pogardy tych wszystkich, co się wedługjego mniemania sprzysiężyli przeciw prawdzie. JakLuter w jednym wyznaje miejscu, że nie możesię modlić, aby równocześnie nie złorzeczyć papieżowi, tak Schopenhauer w późniejszych swych latach nie umie filozofować, nie złorzecząc profesorom filozofii, a późniejsza jego sława, której zapach z taką wchłaniał lubością, miała dla niego —tak przypuszczać można z jego listów — specjalną przyprawę w tym, że wyobrażał sobie, jak tosię teraz gryźć będą profesorowie filozofii. Wniwecz obrócił cały plan, tak długo przez nich trzymany w odosobnieniu Kaspar Hauser filozofii opuszcza naraz swą kaźń, a nawet widzą w nim królewicza!

Dla ludzi, przywykłych rozważać i sądzić bezuprzedzenia, niewątpliwym będzie, że sprzysiężenie to jest majakiem jego wyobraźni. W podejrzliwym jego umyśle nabiera ono jednak podstaw najistotniejszej rzeczywistości i w przekonaniuniejednego z jego uczniów jest nią do dzisiaj.Cofnijmy się tylko w owe czasy i zapatrujmy sięna rzecz poważnie: Hegel i Fries, Herbart i Schelling, Baader i Reinhold i jacy tam byli jeszczew drugim i trzecim lal dziesiątku profesorowie filozofii na wszechnicach niemieckich, zmawiająi sprzysięgają się przeciwko sławie — nie sławnego Artura Schopenhauera, ale nieznanego młodzieńca, który się habilitował w Berlinie, leczniewielkie miał powodzenie i niebawem znikłi zgasł na widowni. Można tych ludzi o rozmaite posądzać niegodziwości, można im zarzucić,że nie zauważyli Świata jako woli i przedstawienie, albo że nie zrozumieli jego znaczenia, aleprzypuszczać złą wolę i postępowanie z planemz góry powziętym, na to trzeba być podejrzliwym,jak Schopenhauer, i, tak jak on, skłonnym do lekkomyślnych posądzeń. Jak gdyby każdy z tych ludzi nie życzył wszelakiej klęski drugiemu! I jakgdyby każdy z nich nie miał daleko ważniejszychspraw na oku, aniżeli studiowanie dzieła jakiegośnieznanego człowieka nazwiskiem Schopenhauer.Gdyby miał był jeszcze poważanie, gdyby jegodzieła licznych doczekały się wydań, a wykłady jegopełno ściągały słuchaczy, wówczas to byłaby sięzajmowała nim przynajmniej zawiść koleżeńska,lżąc go i zohydzając, tak zaś najmniejszy nie istniał powód, aby się troszczyć o niego; przeważnejich części nie zwrócono na książkę uwagi. A jeżeli kto wziął ją do ręki, przekonał się niebawem,że człowiek ten zupełnie innymi kroczy drogami,niż inni, że więc jego filozofia jest naturalnie z gruntufałszywą. A także spostrzegł od razu — wystarczyło mu przeczytać przedmowę — że Schopenhauerowi ani się nie śniło w jednym stawać z nimiszeregu i że bynajmniej nie ma zamiaru pismomwspółczesnym jakąkolwiek poświęcać uwagę: czyżtak postępując, nie rezygnował już z góry z uznania tych, którymi gardził?

Jest to dowodem niesłychanej siły, w jaką Schopenhauer uzbraja swoje obelgi, jeżeli teoria jego o sprzysiężeniu do dziś dnia licznych znajduje wyznawców.Nawet sprawiedliwie zresztą myślący Moebius wierzy,,w milczącą przynajmniej zgodę, aby go zabić milczeniem”! I on wytacza skargę: „a gdyby byli powołani przez państwo nauczyciele filozofii spełniliswój obowiązek, gdyby byli bez uprzedzenia zasięgnęliwiadomości i potem nauczali bezstronnie, jakiefaktycznie istniały formy filozofii, zamiast w charakterze ludzi stronnych iurare in verba magistri,byłby się Schopenhauer przebił wcześniej. Nie jestem tak dalece czuły, jeżeli ktoś przygania profesorom filozofii, i nie wiem, czy jest nim kto w ogóle;zdaje mi się, że przeceniamy poczucie solidarnościwśród tych ludzi. Ale w danym wypadku nie mogęuważać ich za winnych. Obwinieni mogli byli powiedzieć, że jeśli zaznajomienie z filozofią Schopenhauera tak niezbędną było sprawą, to chybaautor był do tego najbardziej powołanym. Gdybybył nauczycielską swą działalność na uniwersytecie energicznie prowadził dalej, w czym nikt munie przeszkadzał, gdyby był uczestniczył w publicznym roztrząsaniu zagadnień filozoficznych w czasopismach lub księgach, w czym tak samo niktmu żadnej nie stawiał przeszkody, wówczas mógłbył zebrać najprzód małe, a potem z wolna corazto szersze koło uczniów i zwolenników. Zamiasttego uciekł, wydrukowawszy swoje główne dzieło,i milczał lat 18, czyhając tylko na to, czy nareszcie inni mówić o nim nie zaczną. Nie myślę murobić z tego zarzutu, postępował tak, jak mu wskazywało jego usposobienie, ale mimo to wydaje misię dziwnym złorzeczyć obcym za to, że się porzuconym nie zajęli dzieckiem. Prawda, że sam on imzłorzeczy, zgadza się to znowu z jego naturą, ależe dziś jeszcze znajdują się ludzie, oskarżający niematkę porzuconego dziecka, lecz tych, którzy sięniem nie zajęli, jest to w istocie nader ciekawym.

I cóż mieli oni robić, chcąc uniknąć jego nagany? Wspominać o Świecie jako woli i przedstawieniu, omawiać go, zbijać, albo też polecać uwadze jako system pełen głębokich myśli, lecz nieprawdziwy — po części to uczynili — jak gdybySchopenhauer tym się zadowolił! Admiratorówpożądał, czcicieli, apostołów, ewangelistów nauki.Cóż więc mogli zrobić dla niego mężowie, roszczący sobie prawo do samoistnego myślenia? Chybaiżby się byli zdecydowali porzucić własne myśli,a przyswoić sobie jego zasady. Ale któż byłby dotego zdolny, nie zrzekając się równocześnie swejwłasnej istoty? Własne myśli własnej odpowiadająistocie, z której wyrosły, i dlatego też każdy uważaje za prawdziwe, a zasady, na innym wyrosłegruncie, z konieczności uważa za fałszywe.

Rzecz szczególna, Schopenhauer wie o tym dobrze,że prawda dopiero w drugim przebija się pokoleniu,gdy umrze pokolenie, wyrosłe w błędzie. Prawda, takuczy już w przedmowie do pierwszego wydania głównego dzieła, obchodzi tylko krótką uroczystość zwycięstwa: pomiędzy czasem, w którym uchodzi zaparadoks, i następnym, gdy staje się trywialną. Jeżeli jednak przypadkiem spełni się to, co przepowiedział, jeżeli myśli jego odrzucą jako niesłychane paradoksy, wówczas zapomina o wygłoszonej powyżej zasadzie i fakt ten odczuwa jako cośniesłychanego, nikczemnemu przypisując go sprzysiężeniu. Potrzeba było nie mniej nie więcej tylkocudu, aby tych profesorów, którzy lata cale wykładali swą mądrość, przekonać, że ich filozofiażadnej nie posiada wartości, i nawrócić do naukSchopenhauera. On wie o tym, i powiada sobie:naturalnie, myśli geniusza nie wnikną w tego rodzaju mózg trzyfuntowy, zwłaszcza jeżeli mózg tendawne obciążają błędy. Ale potem wybucha znowugniewem, że nie zwracają na niego uwagi, i w jednejchwili ludzie ci zmieniają się w sprzysiężonych,którzy bardzo dobrze rozumieją znaczenie i prawdętych myśli, ale jednocześnie czują, że z tym niemożna pozostać profesorem filozofii, i którzy dlatego zdecydowani są od razu niebezpieczny ten system za wszelką cenę połączonymi ubić siłami, kuczemu w potajemnych zmowach najpewniejszy widzą środek.

Nie sądzę, aby istniał wypadek, gdzie wpływafektu na sposób myślenia lepiej by można studiować, aniżeli u Schopenhauera. Jako psycholog wieon sam o tym zjawisku, znakomicie je obserwowałi opisał; ale tak samo tutaj, jak i przy złudziezmysłowej, wniknięcie w powstawanie tego zjawiska żadnym nie jest hamulcem. Można się ustrzecomyłek w swym sądzie, co prawda, tylko posługując się odpowiednimi środkami kontroli. Schopenhauer zrzekł się środka najważniejszego, porównania własnego spostrzeżenia z spostrzeżeniami innych. Odosobniony, sam z swymi rękopisami, niespotyka się nigdy z sprzeciwem, papier cierpliwieprzyjmuje, co mu się powierza. W ten sposób samotnik zatraca kontrolę swych przedstawień, tracizdolność usprawiedliwiania się wobec innych; słucha tylko siebie i powoli zasnuwa się w swe myśli niby w świat majaków, w którym przestajemyjuż rozróżniać żywioły podmiotowe od przedmiotowych.

To jedna strona życia Schopenhauera. Zająłemsię nią szczegółowiej nie z chęci poszukiwaniaplam, ani celem wystawiania prywatnego jego życia, wbrew jego zakazowi, na zimną a zbyt skwapliwą ciekawość publiki, ale ażeby zawartymi w osobistości filozofa premisami ułatwić zrozumienie jegomyśli; nie ma filozofa bardziej osobistego niż on.Jeżeli narysowany tu obraz nie zbyt jest pochlebny,winy tego nie szukać w rysowniku.

Schopenhauer nie ma zresztą prawa uskarżaćsię na wciąganie momentu osobistego. Można siętutaj powołać niejako na sposób jego postępowania (nie było człowieka, który by w krytyce obfitszyczynił użytek z wygrzebywania motywów osobistych), ale także na jego zasadniczą pod tym względem zgodę. W wzmiankowanym już liście do Rosenkranza, w którym przyczyny zmian, wprowadzonych przez Kanta w drugim wydaniu Krytykizdrowego rozumu, doszukuje się w obawie i w chęcizastosowania się do gustów ludzkich, dodaje: „Gdybyżył, należałoby go oszczędzać, ale de mortuis nihil nisi verum”. (Schemann str. 97.). Nie mógłbysprzeciwiać się użyciu tej maksymy względem siebiesamego. Zresztą zapewne by i nie chciał; nie był świętym, wiedział o tym, ale szczerym był człowiekiemi wobec siebie. Zdawał on sobie sprawę z istotyswojej w sposób dla miłości własnej wcale niepochlebny (w piśmie do siebie samego, które Gwinner zużytkował, ale niestety zniszczył).

Atoli „człowiek, obdarzony wyższym uzdolnieniem duchowym, żyje obok życia osobistego drugim życiem, mianowicie intelektualnym, które powoli właściwym staje się dlań celem”. (Parerga I337). Słowo, które zastosować trzeba do niego.Od życia indywiduum, które czas swój doczesnytylu wypełnia uroszczeniami i trudami i troskami,odłącza się powoli osobista jego inteligencja i w odrębny, samodzielny przemienia się żywot. I żywotten, żywot według ducha, jest dla Schopenhauerawłaściwym i prawdziwym żywotem; na tym polega znaczenie jego dla ludzkości. W życiu praktycznym doznał rozbicia, ocalenie znalazł w życiu spekulatywnym, ku któremu od wczesnych latmłodzieńczych pchały go uzdolnienie i skłonność.W każdym razie do życia praktycznego mało byłzdatnym; przede wszystkim nie miał kwalifikacjido postępowania stanowczego. W najdawniejszychjuż listach do matki znajduje się wzmianka o przyrodzonym braku stanowczości, o jego znanej, szlachetnej chwiejności (Gwinner str. 65. ). I on samją zna; w przedłożonej fakultetowi autobiografiiznajduje się znamienna uwaga: że zresztą ciężkimjest w wyborze i postanowieniu, atoli na jedną decyzję zdobył się od razu, na decyzję przerzuceniasię z stanu kupieckiego na studia, skoro tylko danąmu była możność po temu. Był to skok z vitaactiva w vita contemplativa. Po próbie postawieniastopy na pograniczu życia jednego i drugiego, zajęcia się profesurą uniwersytecką, wycofał się zupełnie z świata interesów praktycznych. Rad byłbyświat ten zupełnie oddzielić od siebie i być tylkoobserwatorem: „Ludzie potrzebują działalności nazewnątrz, ponieważ nie mają działalności wewnętrznej. Gdzie jednak ona istnieje, tam działalność zewnętrzna staje się niepożądaną, a nawet niejednokrotnie przeklętą przeszkodą i zaporą”. (Parergatom II, str. 645).

I temu Schopenhauerowi, myślicielowi, nie zbywana wielkości i szczęściu. Trzy on posiada przymioty, które wybitnie dzielnego czynią zeń filozofa:jest szczery, waleczny i dumny. Szczery, to znaczy,że myśli swoje doprowadza do końca; waleczny,to znaczy wypowiada je, nie troszcząc się, jakiewywrą wrażenie: a zaś dumny jest przez to, żebierze na barki samotność i obojętność świata i —prawda, zgrzytając nieraz zębami — dźwiga jejako los z góry mu przeznaczony. „Szczęśliwe życie jest niemożliwe; szczytem, który człowiek osiągnąć zdoła, jest żywot heroiczny”. I te słowa stosują się do niego.

A jednak życie to nie było ubogie w uciechy.O ile zbywało mu na zawodach, wyrastających nagruncie interesów prywatnych i przeprowadzaniawoli, o tyle rekompensatę znalazł w rozkoszach,kwitnących na polu kontemplacji.

Czytelnik pamięta wspaniały rysunek Dürera:Święty Hieronim siedzi samotnie w słońca pełnejkomnacie. Naokoło cisza głęboka. Towarzysze jego,lew i pies, śpią, słychać spokojny ich oddech. Świętysiedział zamyślony. Wtem wpadła mu jakaś myśldo głowy, i oto nachyla się naprzód i kilkoma rysami utrwala ją na kartce papieru, leżącego przednim na małym pulcie. Potem znowu przegina sięw tył i przygląda się grze swoich myśli.

W obrazie tym można dopatrzeć się Schopenhauera. Chwila przedpołudniowa. Promień słoneczny wpada przez okno do jego pokoju. Jest sam zesobą i swymi myślami. Zwierzęta, dzikie i nieczyste pożądania, zapalczywości i inne, śpią. Od czasudo czasu zapisuje jakąś myśl do leżącego przednim zeszytu. Myśli przychodzą same. Nie szuka ich,nie wymusza ich, jest całkiem bez woli i nic mazamiaru. Milczy wobec rzeczy, one mówią doniego, objawiają mu swoją istotę. Aforyzmy szeregują się bez systematycznego związku. Nie pracuje według przemyślanego planu, nie układa systemu, system ten staje się, konkreskuje w nim, wedługjego własnego wyrażenia, jak dziecię w łonie matki.Niezamierzona samorzutność, nie tylko w sensie praktycznym, ale i teoretycznym, oto charakter jegomyślenia. Jak zwierciadlana powierzchnia wodyprzejmuje obrazy przedmiotów, stojących na brzegu,tak samo ma się intelekt Schopenhauera do przedmiotów, wkraczających w jego widnokrąg.

Jego sposób myślenia odzwierciedla się w jegostylu. Właściwość jego stylu określono słusznie jakoplastyczną jasność obok przejrzystej głębi. Jegooperowanie obrazami nie ma w prozie niemieckiejrównoznacznika; w uchwytnych kształtach stająjego obrazy przed oczami czytelnika, nawet wówczas, gdy je zaledwie kilkoma rzucił rysami. „Dziełamoje — powiada w jednym miejscu, wielce charakterystycznym dla jego sposobu myślenia —składają się z samych ustępów, w których wypełniającą mnie myśl pragnąłem utrwalić dla niejsamej: — z togo się składają, mało w nich wapnai cementu”. W dwóch ostatnich wyrazach zamykasię dla czytelnika całkowity obraz. Filozofia Schopenhauera to budowa, z samoistnych wzniesionaciosów, jak owe mury cyklopów, gdzie każdy kamień łączy się bez sztucznych spoideł z drugimi własnym ciężarem spoczywa w całości i całośćtę podtrzymuje.

Tak więc, cały zatopion w kontemplacji, błogie przeżywał godziny. Rzadko który człowiekwieku dziewiętnastego odczuwał czyściej i głębiejspokój i błogość takiej ciszy myśli. Nieopisana pogoda i wdzięk niezwykły, spotykane niejednokrotnie w jego dziełach, zawisły nad tymi myślami.Samotność i milczenie nie miały nigdy wymowniejszego, bardziej przekonywującego, bardziej do sercaprzemawiającego piewcy, chyba może pośród malarzy. Potem, co prawda, inne przychodziły godziny. Zwierzęca namiętność i żądze budziły sięi wstrętnym, zajadłym wrzaskiem cichą napełniałykomnatę. Próbował je uśmierzyć i miał nadzieję,że mu się to uda. Daremnie; nie dały się ani wyrzucić ani okiełzać. „Zadziwiające zjawisko, że każdy uważa się a priori za zupełnie wolnego, nawet w szczególnych swych czynach, i mniema, żekażdej chwili może zacząć inny prowadzić żywot,to znaczy stać się innym. Atoli a posteriori, naskutek doświadczenia, spostrzega ku swemu zdumieniu, że nie jest wolnym, lecz że podlega konieczności, że, wbrew wszelkim zamiarom i refleksjom, postępowania swego nie zmieni i że od początku życia aż do końca musi w potępianym przezsiebie charakterze wytrwać i tę niejako przejętą rolę odegrać do końca” (Świat jako wolai przedstawienie I, 155). Może nauczyć się obchodzenia z swoją naturą, i Schopenhauer tego sięnauczył i dlatego też lata jego starości spokojniejsze były i pogodniejsze, aniżeli lata młodzieńcze,ale natury tej ani się pozbyć, ani jej zmienić niezdoła. I to jest ten rozdźwięk głęboki, przenikającyistotę Schopenhauera, rozdźwięk pomiędzy zamiarem a czynem, między filozofem a człowiekiem,rozdźwięk między „wolą a przedstawieniem”.

Filozofia Schopenhauera

Spróbuję teraz pokazać, jak ta dwoistość jegowłasnej istoty podstawowym jest tematem całej jegofilozofii. Nie ma też może drugiego myśliciela, w którym związek pomiędzy filozofią a osobistością takie równocześnie zasadnicze miałby znaczenie i taksię wyraźnie unaoczniał. I tak samo nie ma chybadrugiego myśliciela, który by w swą własną istotęz takim wnikał jasnowidztwem. Notatki Do siebie samego, którymi Gwinner (zwłaszcza str. 405do 427) przeplatał jego charakterystykę, świadcząo zadziwiającej zdolności autoanalizy i o niemniejpodziwu godnej swobodzie iluzji co do samegosiebie.

I to właśnie w dziełach Schopenhauera takistanowi urok. Nie zastanawia się nigdy nad tematami odległymi, nad rozmaitymi wątpliwościamii zagadnieniami, wyrastającymi z uczonego szkolarstwa, nad spornymi punktami systematyki albonad porządkowaniem czy łączeniem pojęć. Niesprzeczności w myślach innych ludzi pobudzają godo zastanowień, lecz odczuwana sprzeczność jegowłasnej istoty. Jak Sokrates mówi o sobie w Platońskim Fedrusie, że o jedno mu tylko idzie, o zbadanie siebie, jakiego jest rodzaju, czy jest zwierzęciem, bardziej złożonym i wulkaniczniejszym odTyfona, czy też stworzeniem łagodniejszym i prostszym, formacji boskiej, a nie wulkanicznej, taksamo można powiedzieć o Schopenhauerze: on sami jego własna natura oto zagadka, która zaprzątajego umysł. Stąd płynie ta głęboka powaga jego usposobienia, ukazująca się nam w wszystkich jego dziełach, filozofowanie nie jest dla niego sprawą, której mógłby zaniechać, jest ono dla niego poważnym, ze wszystkich zadań najniezbędniejszym, właściwym zadaniem życia. Zastanawia się nie w tymcelu, aby ułożyć książkę lub system, nie dlatego,aby u innych wywołać wrażenie, ale ażeby dlasiebie jasny wyrobić sąd o sobie. Bez obchodzeń,bez zamiarów i względów zabiera się do rozwiązania swego problemu, zupełnie rzeczowo i zupełnie szczerze. Literacka jego prawdomówność i szczerość, od której odróżnić trzeba osobistą, w filozofii nowożytnej nie ma sobie równej. W tej mierzeczuje się pokrewnym starożytnym filozofom greckim, dla których nie istniały ani uczone zawodoweszkolarstwo, ani opłacane katedry, ani przez publiczne powagi aprobowany system, a wskutek tegoani dobra, ani zła filozofia, lecz tylko prawdziwalub fałszywa.

Ta szczerość, la absolutna uczciwość myśliciela jest dumą Schopenhauera, jest cnotą, którąopłacił brak innych cnót. Uwagi godny ustęp z listu jego przyjaciela v. Lotzowa (Gwinner str. 405)zaczeerpnięty jest z samowiedzy filozofa: „w słowie i piśmie gardziłeś pan wszystkimi cnotami,prócz szczerości, i co do pana trzeba się już zadowolić tym, że w porównaniu z siłą poznaniatak mało przywiązujesz pan wagi do swego charakteru — jak przyboczny lekarz Napoleona niechciał go z zastarzałego leczyć świerzbu, aby niezaszkodzić energii jego charakteru”. Snać pamiętaćbędziemy o tych słowach, czytając jeden ustępw Parergach (II 354): „Ludzie wielkich i wspaniałych przymiotów niewiele sobie robią z przyznania się do swoich błędów i słabości i z pokazywania ich ludziom. Traktują je jako coś, za cozapłacili, albo nawet myślą, że nie tyle słabościte ich hańbią, ile raczej oni czynią im zaszczyt.Zwłaszcza wówczas, jeżeli błędy te zespolone sąz wielkimi ich przymiotami jako conditiones sinequibus non”.

Ta wyraźnie widziana i silnie odczuwana dwoistość jego własnej istoty, ta sprzeczność pomiędzycharakterem myśliciela a prywatnym charakteremczłowieka jest więc osią w Schopenhauerowskimtworzywie myślowym. Jest ona widoczną w samymtytule jego dzieła Świat jako wola i przedstawienie. Jak sam filozof dwoistą jest naturą, tak teżi na świat patrzeć będzie z punktu widzenia dwoistości jako na wolę i na przedstawienie. Znajdzieon we wszystkim to wielkie przeciwieństwo i wewszystkim będzie na nie wskazywał: W filozofiiteoretycznej jest to przeciwieństwo rzeczy samejw sobie do zjawiska, w metafizyce sprzecznośćpomiędzy ciałem a wolą, w estetyce pomiędzyideą a indywiduum, w filozofii praktycznej pomiędzy egoistycznym przyznaniem woli a nadindywidualistycznym jej zaprzeczeniem.

Rozpoczynam od filozofii praktycznej,ponieważ związek pomiędzy myśleniem a tym,co przeżywamy, jest w niej, z natury rzeczy, najściślejszy. Tutaj unaocznia się przede wszystkimto, że Schopenhauera pogląd na życie, jego pesymizm, będący premisą jego filozofii moralnej i jegonauki o wyzwoleniu, tworzy ogólną teorię dlajego osobistych doświadczeń życiowych i jego usposobień i nastrojów.

Sąd człowieka o wartości świata i życia zależnym zawsze będzie od jego sądu o wartości ludzi; człowiek jest dla człowieka jedyną istotą, posiadającą wartość absolutną, wszystko inne matylko wartość jako środek dla celów ludzkich. Schopenhauera sąd o wartości człowieka polega nauczuciu nieograniczonego lekceważenia, którymprzeciętny napełnia go człowiek: fabryczny towarprzyrody, produkowany hurtem i hurtem rzucanyna rynek według zamiaru: tani lecz lichy. Własnemu zaś życiu nadaje wartość w jego oczachduchowa treść tego życia, poznanie, filozofia. Życiemasy tego nie posiada; człowiek przeciętny potrzebuje krztyny swego rozumu jedynie dla uskutecznienia swych drobnych osobistych zamiarów.Człowiek, posiadający poważny interes teoretyczny,jest wybrańcem z pośród tysięcy; a już geniusz,żyjący wyłącznie dla poznania, jest rzadkim dziwolągiem, który w ciągu wieków zjawia się zaledwie po kilka razy. Tłum żyje tylko według woli,pożywienie i rozmnażanie się, oto jedyne sprawy życia, które go zajmują na serio. Inteligencja jest tylkonarzędziem woli, służy ludziom tylko po to, ażebyszukać rzeczy, dla ciała i życia niezbędnych, i w walceo byt bronić się przeciwko współstworzeniom.

Z niższością intelektualną łączy się niższośćmoralna. Inteligencja starczy właśnie na to, ażebynaturalnemu popędowi samozachowawczemu w człowieku przeciętnym nadać charakter właściwegoegoizmu. Każdy pragnie świadomie zachowaćsię kosztem drugiego; co więcej, sama depresjadrugiego wywołuje w nim uczucie rozkoszy.W ten sposób człowiek staje się animal mechant,zwierzęciem, odznaczającym się przed wszystkimiinnymi zwierzętami zawiścią i złością. Srogość, napawająca się cierpieniami innych, objawiająca sięjuż w dręczeniu dzieci, to przymiot specyficznieludzki. Nienawiść i złość zwraca się przede wszystkim przeciw ludziom wybranym, zwłaszcza przeciwobdarzonym przewagą duchową, przeciw geniuszom,stąd pochodzi ich osamotnienie i niezrozumienieich, nieunikniony skutek niegodziwości tłumu.

I dlatego też geniusz może żywić wobec tłumujedynie tylko uczucie pogardy. Pogardę tę uzurpujesobie Schopenheuer jako prawo dla siebie. I prawoto zmieniając niejako w obowiązek, mówi, że pogarda ludzi jest mu jedyną ochroną przed ludzkąnienawiścią (Gwinner str. 406).

Obiektywny sąd o niegodziwości ludzi znajdujewedług Schopenhauera potwierdzenie w uczuciachsubiektywnych, które przeżywamy w życiu w rozmaitego rodzaju uczuciach przykrości: ból, trwoga,strach, przesyt, rozczarowanie stanowią trwałą treśćuczuciową świadomości; chwilową ulgę lub wyzwolenie odczuwamy jako rozkosz. Zadowoleniejako stan ciągły jest niemożliwe, wola, zadowalniająca definitywnie, wewnętrzną jest sprzecznością: chcenie, które niczego nie chce. W rzeczywistości dwa tylko istnieją stany uczucia, pomiędzy którymi czyni wola nieustanny ruch wahadłowy: bolesne pożądanie oraz posępne rozczarowanie i nuda. Gdy żądza dojdzie do celu, zjawiasię na chwilę zadowolenie, ażeby w tym samymmomencie ustąpić miejsca rozczarowaniu, przesytowi, nudzie. Jeżeli celu swego nie osiągnie, wówczas potrzeba, odczuwana w żądzy, stanie się uczuciem niedostatku i biedy. To prawo bytu nie wyklucza i geniusza. Korzyść, jakiej doznaje, w godzinach bytu intelektualnego, znajdzie wyrównanie w większym naprężeniu uczuć bolesnych, odpowiadającym spotęgowanej wrażliwości i silniejszym popędom natury.

Stąd wynika, iż nie żyć jest lepiej, aniżeli żyć.Wieczne odpoczywanie, oto jest cel, do któregojak najgoręcej dążyć należy. W jaki sposób dojśćdo tej mety? Jedna jest tylko droga: zaprzeczeniewoli, idące z wewnątrz. Odrzucenie życia, samobójstwo, byłoby daremnym; ucieczka przed życiem topotwierdzenie woli, a dopóki istnieje wola, ażeby żyć,dopóty życie jest pewnym. Tylko z wygaśnięciemwoli wygasa i życie. Budda, świetlisty Budda, wypowiedział ostatnie słowo mądrości.

To jest Schopenhauera pogląd na życie, jego pesymizm. Polega on niewątpliwie na jego własnych,najosobistszych uczuciach. Uczucie bezwartościowości człowieka, bezwartościowości życia, bezwartościowości cierpienia z powodu życia, oto zasadniczy tonjego życiowego nastroju. Naturalnie nie do tyla, ażebyi innych nie znał nastrojów, innych odczuwań:tamte jednakże stanowią trwałe tło jego świadomości.

W rozdziale swego dzieła o Schopenhauerze,noszącym tytuł: „Bezbolesny pesymizm i szczęśliwy żywot” (str. 132) powiada K. Fischer, żeprzekonanie pesymistyczne było u niego całkiembezbolesnym, wskutek swej jasności i żywości rozkoszy pełnym przedstawieniem. Nie dlatego, ażebymiało u niego cechę pustego pozoru, „nie, był topoważny i tragiczny pogląd na świat, będący równocześnie spostrzeżeniem, wyobrażeniem,obrazem. Tragedia nędzy świata rozgrywała sięw teatrze, on siedział pośród widzów w wygodnym fotelu z lornetką w ręku; wielu widzów zapomina o nędzy tej przy bufecie; żaden z nich nieśledzi rozwoju tragedii z uwagą tak napiętą, takgłęboką, z wzrokiem tak przenikliwym; po skończeniu wracał głęboko wzruszony, z uczuciembłogości w duszy i przedstawił to, co widział”.

Nie sądzę, ażeby trafiono tu w sedno. Niewątpliwie, pesymizm jako taki jest pojęciem, a nieuczuciem, poznanie też i przestawienie rzeczy i podtym względem poznanej sprawiało mu zapewnerozkosz, rozkosz artysty, widzącego, że twór jegowyobraźni nabiera kształtów; trzeba wreszcie takżeprzypuścić, że wniknięcie w konieczność życia, jakocierpienia, działało na ból jego uśmierzająco. Pozostaje jednak przy tym, że to, co Schopenhauerw pesymistycznym swym sądzie wypowiedział o życiu, było w gruncie rzeczy jego najosobistszym, najgłębszym doświadczeniem życiowym, a nie tylkoestetycznie wyczutym „weltszmercem”. Ciężar życiadolegał naprawdę jego duszy, zwłaszcza w latachmłodzieńczych, w których kształtowały się jegomyśli; a że przy tym nie zaniedbywał rozkoszy, widząc, jak ich używali jego towarzysze, to zaostrzyło jeszcze w nim gorycz odczucia, rozkoszete obniżały go w jego własnych oczach.

Nie ma też powodu do powątpiewania, że, jakopowiadają, cudze cierpienia do tego przejmowałygo stopnia, iż niszczyły mu jego własną uciechę.Niezmiernie żywa wyobraźnia pomagała jego naturalnemu popędowi zagłębiania się w przykrości.Zapewne, nastrój życiowy Schopenhauera nie byłznowu tak nieszczęśliwy, zwłaszcza w drugiej połowie, gdy znalazł odpowiadającą mu formę życia,a przede wszystkim w latach późniejszych, kiedypoczął zażywać tak dawno upragnionej sławy;mimo to jednak nie mogę absolutnie powiedziećz Fischerem: „uczył pesymizmu i przedstawiał go,ale go nie przeżywał; nie przecierpiał”. Nie, przeżywał on wewnętrznie i odczuwał nie pesymizm,lecz ból i nicość żywota, i to, co przeżywał, zamieniał następnie w teorię.

Jakżeż teoria ta wygląda? Posiadaż ona coświęcej niż znaczenie indywidualne, jest ona czymświęcej niż wyrosłym na gruncie tego temperamentu przypadkowym poglądem? Jest-li ona tym,do czego rości sobie prawo, mianowicie przedmiotową, powszechnie obowiązującą prawdą?

Nie sądzę, ażeby można jej przyznać to, copowiedziałem na ostatku. Zawiera ona prawdę podmiotową, prawdę dla każdego, który ją odczuwa;u kogo zaś osobisty nastrój życiowy jest odmienny,ten całkowicie ma prawo oprzeć się narzucaniumu owego sądu o życiu i ludziach jako prawdypowszechnie obowiązującej. Optymistyczny nastrójżyciowy może się tym samym prawem w ogólnązmienić teorię, jak i pesymistyczny, albo raczejz psychologiczną uczyni to koniecznością. W tejmierze inteligencja odzwierciedli wolę i stany uczuciowe w formie sądów ogólnych. Oba więc poglądy na życie mają w sobie jednakowe znaczeniei jednakowe prawo; przede wszystkim nie są niczymwięcej jak tylko wyrazem doświadczeń osobistych,które jednakowoż z koniecznością psychologicznąprzybierają formę doświadczenia ogólnego. I dlategoteż daremną jest wszelka dyskusja pomiędzy ichzwolennikami, jeden drugiego nie przekona. Fakta,które tutaj trzeba ująć w pojęcie, są dla jednegoi drugiego odmienne. Rozstrzyga tutaj nie rozum, leczuczucie, które z natury swojej jest indywidualne,które się jednak samo uogólnia.

Mimo to, pojęciowe przeprowadzenie tego rodzaju poglądów nie jest pozbawione wartości. Nie mażycia, w którem nie zdarzałyby się obydwa rodzaje odczuwań i nastrojów. Obie przeciwne sobie teorie optymizmu i pesymizmu można uważaćza eksperyment pojęciowy: gdyby w naturze ludzkiej istniał i działał jeden tylko rodzaj uczuć i usiłowań, jakżeżby się wtedy ukszształtowało życie?I jaki byłby sąd o ludziach i życiu? Eksperyment,podobny temu, który urządza ekonomia społeczna,wychodząc z założenia, że gospodarczymi czynnościami człowieka kieruje wyłącznie interes osobisty.Wie ona, że tak nie jest, wchodzą tu w grę i nieskończenie wikłają zjawiska także inne motywy,dobrotliwość, wygodnictwo, próżność; to przecież nie odbiera wartości formułom, z tamtegowyprowadzonym założenia. Nie trzeba ich tylkouważać za bezpośrednie przedstawienie faktów rzeczywistych, tak samo, jak formuły prawa ciążenianie można uważać za wyraz rzeczywistych ruchówciał spadających, wyraża ona jednostronnie pewnątylko ciał tych tendencję.

To samo dotyczy także formuł Schopenhauerowskiego pesymizmu; są one wyrazem działalności pewnych tendencji, biorących udział w kształtowaniu się życia i poglądu na życie. Pokazują, jakim byłoby życie, gdyby ludzie byli takimi, jakimi są według przypuszczenia Schopenhauera,jakim byłby nastrój życiowy, gdyby jego doświadczenia życiowe i jego nauka o woli powszechnieobowiązywały. Otrzymujemy w ten sposób formuły warunkowe, ułatwiające analizującą obserwację rzeczy; zdaje mi się, że na tej drodze okażąsię i formuły pesymizmu pożytecznymi dla pojmowania spraw ludzkich.

Niewątpliwie, Schopenhauer nie życzył sobie,aby tak na to patrzono; mniemał on, że formułyjego zawierają bezpośrednie przedstawienie całejrzeczywistości. Można przecież powiedzieć, że uzupełnienie jednostronności znajduje się niejednokrotnie w obrębie jego własnych myśli. Tak np. gdyidzie o twierdzenie, że tłum ludzi z tępą zmierzażądzą wyłącznie ku zadowoleniu potrzeb zmysłowych, a stroni od udziału w rzeczach teoretycznych. Sam Schopenhauer pokazał w pięknymi głębokim rozdziale 17. drugiego tomu, że teorianie jest wyłącznie kwestią duchów wybranych, ależe w postaci potrzeby metafizycznej stanowi ważnyczynnik całego rodu ludzkiego. Można by powiedzieć w jego sensie, że w porównaniu z zwierzętamiwszyscy ludzie są geniuszami. Jak poważnie traktują sprawy teoretyczne, wykazują to dzieje nakażdej stronicy; można by ośmielić się twierdzić,że największe ruchy dziejowe wypłynęły z światłareligii, a więc z metafizyki. A jak religia i metafizyka, tak samo i sztuka, jeżeli patrzeć na niąbędziemy z stanowiska dziejów powszechnych, niejest sprawą kilku, ale tworem i dziedzictwem całego ludu. Zdarzyć się mogą czasy, w których życiu ogółu staje się obcą, w których spada do płonnej zabawki klas uprzywilejowanych. Atoli każdaszczera i prawdziwa sztuka należy do ogółu. Czynizadość pragnieniu ogółu, uzewnętrzniając to, coporusza jego wnętrzem. I gdyby w narodzie żądzata nie istniała, nie mielibyśmy geniuszów artystycznych, poetycznych, filozoficznych i religijnych:wszystkie wielkie twory ducha powstają tylkowówczas, gdy lud umie się nimi przejmować.I Schopenhauer liczył na to; a kiedy dożyć musiał, że nim wzgardzono, nie zrezygnował bynajmniej z swoich oczekiwań; jest pewnym, żeprzyjdzie czas dla jego filozofii, że kiedyś staniesię ona sprawą wszystkich myślących, a nawetcałej ludzkości. I nie pomylił się; wszakże pismajego, obok pism Kanta, pojawiają się obecnie wewszystkich tanich wydawnictwach.

I ta sama przesadna jednostronność znajdujesię także w jego nauce o absolutnym egoizmieczłowieka natury. W pewnych dziedzinach życiowej działalności ludzkiej może ona w przybliżeniubyć słuszną; na targowisku stara się każdy jak największe osiągnąć zyski, nie troszcząc się o drugiego; i w stosunkach towarzyskich usiłuje każdybłyszczeć, nie kłopocząc się oto, że przyćmiewaniemotoczenia sprawia temu otoczeniu przykrość. Natomiast w głębszych stosunkach życiowych, w rodzinie,wśród domowników, zachowaniem ludzkim kierująnie tylko same motywy egoistyczne, przynajmniejw warunkach normalnych. Principium individuationis nie ma tu w ogóle zastosowania. Tak samo w stosunku jednostki do narodu. Człowiek przychodzi naświat nie jako odosobnione indywiduum, ale wyrastajako ogniwo całości, w rodzinie, w kole domowników,w narodzie; i stosunek ten ujawnia się też w jegouczuciu i woli; uczucia sympatyczne i wola ku zatrzymaniu całości są tak samo wrodzone, jakuczucia idiopatyczne i popęd samozachowawczy.

Na te sprawy Schopenhauer jest ślepy — a można by powiedzieć, że nie rozróżnia barwy. Wie onzapewne in abstracto, że istnieją, sam on przecież wiązał popędy sympatyczne z jednością woliw gatunku, a w końcu z metafizyczną jednościąwoli we wszystkich istotach. Ale na jego odczuwanie sprawy te żadnego nie wywierają wrażenia.I tutaj znowu łączy się to z jego stanowiskiem osobistym. Był bez narodu dzięki pochodzeniu i wychowaniu; jak opowiada matka, imię Artura otrzymał dlatego, aby we wszystkich językach europejskich brzmiało jednakowo; tak chciał kupiecko-kosmopolityczny zmysł ojca, który opuścił Gdańsk,aby nie być Prusakiem, a żonę swą, będącą w stanieodmiennym, wysłał do Anglii, aby spodziewanyArtur przyszedł na świat jako Anglik, co jednakw ostatniej chwili zmieniono. Chłopiec właściwienie posiadał żadnej ziemi rodzinnej; krótszy lubdłuższy czas żył to tu, to tam — w Gdańsku,w Hamburgu, we Francji, w Anglii; wszystkie tetrwałe więzy, które na duszę zarzuca ziemia rodzinna, sąsiedztwo, szkoła, miejsce zabaw, były muobce. Wszędzie jest tylko gościem. Oderwał się teżwcześnie od rodziny; zdaje się, że matki nigdy niekochał, a czy szacunku i uwielbienia, które tak często i w sposób tak przesadny okazywał zmarłemuojcu, nie należy położyć na karb wstrętu do żyjącej matki? Według mego mniemania nie jest wykluczonym, że właśnie kontrast przyczynił się doidealizowania obrazu ojca. Gdyby był ojciec żył,to konflikt byłby chyba nieunikniony. O wesołejmłodości nigdzie nic nie słyszymy. Niewesoły, zdajesię, panował duch w domu rodzicielskim; matkamówi raz o swej straconej młodości, a Schopenhauer o surowości ojca, wskutek której w latachmłodocianych wiele miał się nacierpieć (Frauenstaedt,str. 306).

Z tym wszystkim stoi w związku fakt, że Schopenhauerowi zbywało, zdaje się, właśnie na tym,co nierzadko, np. u Rousseau, a także i u Kanta,stanowi foliał pesymistycznych uwag o społeczeństwie: na sentymentalnie wyidealizowanym wspomnieniu młodości, prostych stosunków rodzicielskiego domu z jego skromnymi wymaganiami i szczerością. U Schopenhauera nie ma ani odrobiny tegorodzaju uczucia. Albo czyż ujawniło się ono w stosunku do zwierząt? Czyż pudel jego przedstawiamu niewinność i szczerość, której u ludzi znaleźćniepodobna? W refleksjach jego o prostocie i zadowoleniu, wyrażającym się w fizjognomiach zwierzęcych, da się odszukać jak gdyby echo sentymentalności Rousseau. Oblicze ludzkie natomiast wywołuje w nim od razu uczucie nieprzyjazne: ludzie tobestie złośliwe, które od napaści na niego powstrzymuje tylko kaganiec obawy przed policją. Nawetstosunek do dzieci nie był, zdaje się, u niego inny:przeszkadzają mu i sprawiają przykrość swymkrzykiem. Przyjacielowi swemu von Dossowi gratuluje ojcostwa, życząc mu kilkakrotnie, aby goniebiosa od wielu uchroniły dzieci.

Ta zupełna jednostronność osobistego odczuwania sprawia, że Schoppenhauer może w sposób wyjątkowy i jedyny odgrywać wobec rodzajuludzkiego rolę advocati diaboli. Spełnił on jąz taką zdolnością i zręcznością, z takim upodobaniem i wytrwaniem, jak nikt inny przed nim i ponim; wogólności i w szczególności umie on słabiznyi ułomności ludzi, mężczyzn i kobiet, uczonych i nieuków, wielkich i małych, rządzących i rządzonych,z taką wybadać bystrością i z takim przedstawićtalentem i dowcipem, że Mefistofeles mógłby sięw jego szkole niejednego jeszcze nauczyć. Wieluchce jeszcze dzisiaj widzieć w jego malowidlewierny obraz tego gatunku stworzeń. Zda mi się,że niesłusznie. Tymczasem, wobec tego, że prawneuroszczenia diabła istnieją i chyba nie bez powodu — bo jakżeby inaczej mogła utrzymać sięwiara w diabła? — zda mi się, że leży to w interesie bezstronnego załatwienia sporu, ażeby się nimzajął energiczny i rozumny obrońca. Przynajmniejsędzia musi tego pragnąć. A w każdym raziewzmaga się w ten sposób zainteresowanie się procesem. Jak nudnym i pustym bywa ten proces, jeżeli obrońca nie ma poważnego przeciwnika, wykazuje to literatura oświecenia.

W ten sam sposób, jak w sądzie o życiu i ludziach, występuje ścisły związek pomiędzy filozofiąa osobistością Schopenhauera także w jego filozofii moralnej. Co prawda, związek ten innegojest tutaj rodzaju. Jego antropologia pesymistyczno-mizantropijna jest bezpośrednim wyrazem jegouczucia i zachowania się względem ludzi; natomiastjego filozofia moralna nie jest bynajmniej formułądla jego własnego życia i zachowania się; można byniemal powiedzieć, że jest czymś wprost przeciwnym. Według jego teorii źródłem wszelkiej dobrocimoralnej jest miłosierdzie; czyny mają o tyle wartość moralną, o ile, nie uwzględniając własnegodobra, mają na oku wyłącznie dobro innych, usunięcie cierpień cudzych. Czynności, spełniane jedynie dla dobra własnego, nie mają żadnej wartościmoralnej, stają się złymi, o ile dobra własnegoszukamy ze szkodą innych. A więc pełna zaparciasiebie dobroć serca — oto jedyny czynnik, nadającyczłowiekowi wartość moralną czy absolutną. Wobectej dobroci niknie wartość wszystkich innych czynności; nawet funkcje geniusza są natury wyłącznieintelektualnej i wraz z inteligencją, tym fenomenemmózgowym, należą tylko do świata zjawiskowego,natomiast dobroć woli sięga aż do metafizycznejistoty rzeczy. Schopenhauer jest tutaj w zupełnejzgodzie z wielkimi religiami odkupienia. Tak samojest też dla niego dobrowolna rezygnacja i dobrowolne cierpienie drogą ku doskonałości. Święci chodzili tą drogą, zarówno uczniowie Buddy, jaki uczniowie Jezusa. Uśmierzeniem popędów człowieka natury osiągnęli doskonałość; z zaprzeczeniawoli wyrosły im spokój i błogość. Wolni od samolubnej żądzy i trwogi, otworzyli swe serce współczuciu z braćmi, toczącymi jedynie bezpłodną walkęo pozorne dobra tego świata.

Różnica, istniejąca pomiędzy rzeczywistym życiem Schopenhauera a tym obrazem życia doskonałego, leży jak na dłoni. Zarzucano mu ją niejednokrotnie: chwali, mówiono, ascezę, a szuka życiawygodnego, cierpienie najbliższych zowie drogą dodoskonałości, a unika jej z trwożliwą przezornością;widzi w miłosierdziu jądro wszelkiej prawdziwejwartości moralnej, a sam pogardą opancerzył serceswoje przeciw miłosierdziu; jednym słowem: naukajego głosi zaprzeczenie egoistycznej woli życia,a życie jego jest potwierdzeniem tej woli. Czyżwięc nauka ta nie jest w jego uściech kłamstwem,w które sam nie wierzy?

Gwinner opowiada, że widział raz u niego wizerunek opata Rancé, odnowiciela zakonu trapistów.Z bolesnym odwracając się ruchem, zawołał: „To jestłaska”! Nie zna on także natury ludzkiej w ogóle. Niezna ten Schopenhauera, kto to uważa za kłamstwo.Schopenhauera przenika głębokie uczucie doskonałości podobnego życia; że nie stał się uczestnikiemtego życia i stać się nie mógł, że woli swojej do wyrzeczenia się nagiąć nie zdołał, że doprowadził tylkodo pogardy świata i ludzi, a nie do spokoju, uczucieto stawało się przez to jeszcze żywszym; wyrosłow bolesną tęsknotę ku owemu, lepszej jego naturzebardziej odpowiadającemu żywotowi. Moralność jegojest wyrazem tej tęsknoty; można by ją traktowaćjako jego „catalogus desideratorum”.

Nie sądzę, ażeby tego rodzaju stosunek był takbardzo rzadkim. Ideał odzwierciedla rzeczywistość,ale z odwróceniem stosunków: w ideale występujena jaw to, czego nie ma rzeczywistość; zbywa muzaś na tym, co ta posiada. Wszelkie utopie są odbiciem rzeczywistości, ale tak jak pieczęć jest odbiciem pieczątki: wgłębienia jej stają się tam wypukłościami i odwrotnie. Nikt zdrowia nie odczuwagłębiej od chorego; nikł bogactwa nie ceni wyżejod biednego. Nikt też szczerzej nie podziwia cnoty,jak ten, który jej nie posiada. Waleczność jest dlawalecznego rzeczą zrozumiałą; nie mówi o niej:tchórz atoli milczeć o niej nie może, podziwia jątak szczerze i głęboko, że przynajmniej w myślachnieustannie w bohaterskie drapuje się czyny; przypomnijmy sobie tylko sir Johna Falstaffa albo zacnegocywilistę Józefa Sedleya w Vanity fair Thackeraya.Rousseau, naturalne dzieci swoje oddający do domupodrzutków, pisze o wychowaniu, odpowiadającymnaturze i o odpowiadającym naturze ukształtowaniustosunków społecznych; bez wątpienia nie daje sięon tutaj porywać namiętności udanej; zakosztowałon nędzy nienaturalnych stosunków wszelkiego rodzaju daleko głębiej i dlatego też odczuł ją głębiej,aniżeli ktokolwiek inny z jego współczesnych.

A dlaczego Kant z pomiędzy wszystkich cnótwyróżnia i najbardziej chwali prawdomówność,a w superlatywach karci kłamstwo, co Schopenhauer nazywa u niego afektacją? Dumna i przekorna natura Schopenhauera doprowadziła szczerość aż do bezwzględności, podczas kiedy Kantmusi ją sobie na swoim nieco trwożliwym usposobieniu wywalczać. Czyż nie wszędzie tak siędzieje? Wyżej przecież cenimy owoc, wyhodowanyna gruncie mniej wydatnym, aniżeli obfity plon,wyrosły na glebie urodzajnej. Tak też ma się sprawau Schopenhauera z zaparciem się samego siebie,z zaprzeczeniem woli życia. Byli ludzie, którzy naprawdę czynu tego dokonali; w pismach buddystów i chrześcijan mamy wiarogodne relacje, jakświęci stłumili w sobie radość i żądzę, trwogę i ból,i jak już w tym życiu do zupełnego doszli spokoju.Schopenhauer słucha tego z podziwem i zdumieniem; pragnąłby, ażeby i on, wyswobodzony z woli,bez żądzy i trwogi, mógł przejść przez świat wyłącznie tylko jako obserwator. Ale cud ten na nimsię nie spełnił.

Zmuszony jest więc zgodzić się na to, aby żyćze sobą takim, jakim jest. W aforyzmach o mądrości życia (w pierwszym tomie Parergów) wyłożył reguły, według których postępował. Wie toi mówi o tym, że reguły te nie odpowiadają jegoetyce; są one surogatem, którym się posługiwał,ponieważ do prawdziwej doskonałości dojść niezdołał. Na tej drodze osiągnął on życie dla wielumożliwie najlepsze: życie w samotności, poświęconeobserwacji, i życie, od którego niewiele się spodziewał, i stąd jako tako wolne od bólów i rozczarowań. Przy tym bolesną posiadał świadomośćoddalenia się od ideału. Jako uczucie potrzeby wyzwolenia się od samego siebie, świadomość ta przenika jego etykę.

Karol Baehr opowiada o następującym spotkaniu swego ojca z Schopenhauerem: w ciągu rozmowy wyraził się mój ojciec, że filozofia Schop. jestwłaściwie bardzo skromna. Gdy Schopenhauer zapytał: „Dlaczego?”, a on mu odpowiedział: „Ponieważ pan dobroć serca wyżej stawiasz od geniusza, który przecież pan sam posiadasz”, odrzekłmu tamten: „Masz pan słuszność, zgnije to, dziękiczemu wyrastam ponad tysiące, natomiast dobroćserca jest niezniszczalną”. (Schemann, Rozmowyi korespondencje z Schopenhauerem, wydane z papierów pośmiertnych K. Baehra, 1894). Tak więcSchopenhauerowi, który dumą i pogardą odgrodziłsię od ludzi, nie zbywa całkowicie na tym, cow języku religii zwie się pokorą przed Bogiem.

Ten wielki wynik własnego życia stał się dlanaszego filozofa kluczem do zrozumienia jednegoz największych wyników dziejowych rodzaju ludzkiego: Schopenhauer wskrzesił na nowo zrozumienie religij odkupienia.

Wiek XVIII zatracił je niemal zupełnie; w epoceoświecenia widziano w buddyzmie tylko zbłąkanie,a chrześcijaństwo tylko je przeinaczyło w sensieoptymistycznym, czyniąc z niego wskazówkę, jakuzyskać szczęśliwość nasamprzód, tutaj, doczesną,a później, tam, wieczną. Cała epoka nowożytnaskłaniała się ku temu, ażeby dzieje widzieć w świetle idei ciągłego postępu ku coraz to wyższej kulturze i coraz to większej szczęśliwości. Widziałatylko drogę potwierdzenia życia, droga zaprzeczenia życia leżała już poza obrębem jej widnokręgu;przynajmniej widziała w niej przypadkowy jedyniemanowiec, który tu i owdzie obierali sobie tylkotępi pustelnicy i nieoświeceni mnisi ponurych wieków średnich. Schopenhauer uczynił odkrycie, żejest ona drugim wielkim traktem, którym kroczyludzkość, według jego pojęcia prosto do zbawienia. W ten sposób umożliwił on znowu wiekowidziewiętnastemu zrozumienie chrześcijaństwa, a przynajmniej jednej, istotnej jego strony. Renesans i reformacja, wiedza nowożytna i nowożytny rozwójkultury wstrząsnęły starym chrześcijaństwem. Intelektualizm, racjonalizm i optymizm zawładnęły mózgami: ludzie widzieli tylko te myśli i uczucia, którebyły w nich samych. Osobiste usposobienie życiowesprawiło, że Schopenhauer wniknął w istotę chrześcijaństwa i że jasno i dobitnie zrozumiał równoznaczność jego, w punktach zasadniczych, z buddyzmem Indów.

W ten sposób niewątpliwe położył zasługi okołonauki, którą z pomiędzy wszystkich innych najmniej cenił, około historii i historiozofii. W pojęciach potwierdzenia życia i jego zaprzeczenia, jakodwóch możliwych rodzajów, służących do rozprawienia się z życiem, stworzył on niezbędne narzędziado ogarnięcia różnorodnych zjawisk życia dziejowego: najgłębszą przedstawił on w tym różnicę, dzielącą historyczne szeregi rozwojowe na dwie wielkieformy zasadnicze. Dwoma drogami usiłowała dotychczas ludzkość osiągnąć swój cel życiowy: Pierwsza, to droga kultury; kroczą nią ci, którzy wydoskonaleniem wszelkich zdolności i sił i poddaniem natury pod władzę człowieka pragną zadowolić wszystkie naturalne popędy i żądze i w tensposób spodziewają się zdobyć szczęśliwość. Druga —to droga odkupienia; kroczą po niej ci, którzystarają się wykorzenieniem żądz, zaprzeczeniemwoli przyrodzonej dojść do ciszy i spokoju. Różnica ta występuje w dwóch wielkich szeregachrozwojowych w formie zwrotu w dziejach odnogiindyjskiej i greko-italskiej wielkiego szczepu aryjskiego. Zdobywszy w młodości swojej, jako naródwojowniczy, ziemię hinduską i kraj nad Gangesem,stworzyli sobie Indowie braminizm i buddyzmjako religie odkupienia, prowadzące przez odwrócenie się od świata do wyswobodzenia się z wolido życia i przez to z życia samego i jego cierpień.Tak samo widzimy Greków i Rzymian w ich młodości na drodze kultury. Wojny, zdobycze, polityka,żegluga, handel, sztuka, wiedza — oto czym się trudnią w młodości i w wieku męskim. I tutaj nastąpił zwrot; nawrócenie się na chrześcijaństwooznacza zwrócenie się starożytności klasycznejz drogi kultury, co do której wątpiono, ażeby naniej można osiągnąć szczęśliwość doczesną; chrześcijaństwo, tak samo jak buddyzm, wskazywałona życie pozagrobowe.

I żyjące dzisiaj ludy europejskie widzimy w ichmłodości na drodze potwierdzenia życia, wojnai łowy to najgłówniejsze ich czynności życiowe.Później wprowadził je kościół w pogląd i nastrójżyciowy zanikającej starożytności i na torach tychpozostały one przez całe średniowiecze, przynajmniej sądząc zewnętrznie. Atoli z renesansem następuje zwrot; świat nowożytny zwrócił się z całąświadomością z drogi odkupienia na drogę kultury, ażeby na ziemi szukać szczęśliwości czy nieba,zamiast nieba poza grobem. Będzież on szczęśliwszy od Indów i Greków? Czy szczęście to znajdzie? Schopenhauer jest pewny, że to się nie stanie; niebo na ziemi jest w ogóle iluzją, którą wolażycia sama się tumani. Nadejdzie więc i dla narodów zachodu ta chwila, w której przekonają sięo swej pomyłce i na opuszczoną wrócą drogę;Schopenhauer chce im do tego dopomóc.

Czyż wchodzą już na nią?

Nie da się zaprzeczyć, że zarówno w literaturze, jak i w życiu teraźniejszości występuje silnienastrój pesymistyczny, i to nie tylko w Niemczech,ale i w całym świecie zachodnim. Ma więc Schopenhauer słuszność? Stoimyż wobec wielkiej radykalnej przemiany, którą przebyła starożytnośćw swym nawróceniu się na chrześcijaństwo?

Nie wiem; i nikt tego nie wie; przyszłość skrzętnie chowa tajemnicę przed oczami śmiertelników.W jedno tylko nie wierzę: aby wielki ten zwrotmiał już nastąpić niebawem. Zapewne kiedyś dotego przyjdzie; każde życie kończy się, po każdymrozwojowym wzlocie w górę następuje zniżanie sięw rozwoju ku dołowi. A rozwój w zniżaniu się kudołowi ma inny nastrój życiowy, a tym samymi inną życiową teorię. Nie zdaje mi się przecież,aby przewrót stał już u progu. Siła życiowa narodów europejskich, przynajmniej germańskich i słowiańskich, wydaje mi się dotychczas niewyczerpaną;wzrost ludności i pęd rozszerzania się w dal najpewniejszą jest tego miarą, jaka w ogóle istniećmoże. Niechaj więc o dekadencji i fin de siécle’ugadają ludzie, czujący się u schyłku swych sił żywotnych; naród, który chce żyć, będzie żył, swympesymistycznym filozofom i poetom na przekór.

Tyle o praktycznej filozofii Schopenhauera.

Jedno chciałbym jeszcze dodać słowo w kwestii, jak filozofia ta działa na życie i charakter poszczególnej jednostki. Sama wprawdziezapiera się tego, jakoby była filozofią praktycznąw tym sensie; pragnie wypowiedzieć to, co jest i cosię dzieje, nie myśli zaś przepisywać, co ma byćlub co się ma stać. Przekształcenie charakteru przezpoznanie, także przez poznanie moralno-filozoficzne,uważa Schopenhauer za zupełnie niemożliwe. Naukao niemożności zmiany charakteru przez poznanienależy do dogmatów jego filozofii, silnie zakorzenionych w własnym jego doświadczeniu życiowym.Faktycznie jednak Schopenhauer nie wypowiadatylko tego, co jest; mówi on także, co to jest warte;wyrokuje o życiu i jego wartości i stara się przekonać czytelnika o prawdzie tego wyroku. Co więcej, nie ma chyba drugiego filozofa, który by goprzewyższał w zdolności bądź spokojnego przekonywania czytelników, że sąd jego o wartości lubnicości jakiejś rzeczy jedynie jest słuszny, bądź teżnamiętnego narzucania im tego sądu.

Jakiż więc skutek wywierają jego pisma na pogląd na życie i postępowanie innych? Zdaje misię, że będzie on rozmaity, stosownie do rodzajuumysłu czytelnika. Będą umysły, na które filozofiajego podziała jako sedatyw na namiętności i rozstroje,które budzi w nich życie. Zdaje się, że tak działała naniego, uśmierzająco i wyzwalająco: uniknąć cierpienia jest niepodobieństwem, łączy się ono z naturą woli,a zmiana woli nie jest w naszej mocy; trzeba sięwięc poddać konieczności. A równocześnie dopomogła mu do znalezienia drogi do życia umiarkowanego, ucząc go poddawać się losowi i należytywytykać sobie stosunek do świata. W ten sposób podziałała także na człowieka, który pomiędzy pierwszymi jego zwolennikami najsympatyczniejszą byłpostacią, a którego sam Schopenhauer wyszczególnia jako swego ucznia, na von Dossa. Z listów jegodo Schopenhauera (ogłoszonych przez Schemanna),najbardziej pociągających z całej korespondencji,widać, jak duch szlachetny i czuły, uginający siępod ciężarem własnych boleści i cierpień powszechnych, znalazł u Schopenhauera w nauce o woli pociechę i uzdrowienie od cierpień i zaprzeczeniawoli: wzniesienie się do uogólnienia własnych cierpień sprowadziło, jak pojęcie tragicznego bólu w poezji, kojące wyzwolenie. Z gorzkiego nastroju, będącego u Schopenhauera tonem zasadniczym, nicna niego, zdaje się, nie przeszło; mimo Schopenhauera, zawarł on też szczęśliwe małżeństwo, któredecydujący wpływ wywarło na jego życie.

Na inne natury uleganie zapatrywaniom Schopenhauera działa zupełnie inaczej, jak to sam Dossw jednym miejscu zaznacza (Schemann, 251). Jeżeliktoś posiada w duszy skłonność do goryczy, pogardy i nienawiści ludzi, to zapewne intensywnezajmowanie się ujemną stroną natury ludzkiej, spowodowane Schopenhauerem, tyle dostarczy mu strawy, że odwrotne strony natury tej zupełnie przemoże. Wrodzona też skłonność do zgryźliwego odosabniania się i posępnego kwietyzmu wzmagać siębędzie u ludzi, oddających się refleksjom pesymistycznym, i stanie się nieuleczalną, gdy tymczasemenergiczne odwrócenie się od kontemplacji ponurych mogłoby ją uzdrowić. Najmniej wydaje misię, aby Schopenhauer zawsze pożądanym był doradcą wieku młodzieńczego; w krytycznym okresieżycia przyjmowany bezkrytycznie, łatwo wymożelub też wywoła chorobliwe stany tego rodzaju, jak:pogarda dla wszystkiego, co ogólnie uważamy zasłuszne, pyszałkowata zarozumiałość, łatwość odmawiania racji innym, wstręt do rozważnego badania rzeczy i do samokrytyki, skłonność do odosabniania się i przekorności, drażliwe rozgoryczenie,melancholijne zamroczenie duszy. A jeśli się z czasem chorobliwe stany te przewalczy, to łatwo przecież pozostanie odrobina zblazowania; mówi sięo rzeczach z miną rozczarowanego: zajrzano zakulisy życia. Czyż to też w literaturze dzisiejszejnie spotyka się częściej niż dawniej? I czyż niema w tym udziału Schopenhauer razem z swymiuczniami?

Na zakończenie kilkoma tylko jeszcze rysamizaznaczę, jak i teoretyczna filozofia Schopenhauera tkwi korzeniami swymi w jego osobistości.Charakterystycznymi są tutaj lwa szczegóły: idealizm w teorii poznania i woluntaryzm w metafizyce.

Idealizm, związany z jego teorią poznania,to pierwszy silny punkt w Schopenhauerowskimtworzywie myślowym; odróżnianie świata zjawiskod świata rzeczywiście rzeczywistego jest dla niegotrwałym punktem wyjścia wszelkiej filozofii. Platoi Kant zgodni są ze sobą na tym punkcie, w ogólewszyscy właściwi twórcy filozofii. Świadomość powszechna uważa byt empiryczny, rzeczy w przestrzeni i czasie, za prawdziwą rzeczywistość; poznaniem, iż są to tylko zjawiska, wskazujące równocześnie na „rzeczy same w sobie”, filozoficznemyślenie od świadomości tej się odrywa.

Idealizm, wysnuty z teorii poznania, czylitzw. fenomenalizm, gdzieś na samym wstępie jego głównego dzieła wydający się być podstawąwszelkiej filozofii, zależy u Schopenhauera w rzeczywistości od — „idealizmu” natury praktycznej, odnegatywnej oceny waloru rzeczywistości empirycznej. Bezwartościowość świata empirycznegoczyni go nierzeczywistym w sensie metafizycznym: świat, który tak mało sprawiedliwej posiada treści, jak świat, rozgrywający się w przestrzeni i czasie, nie może być światem rzeczywiścierzeczywistym, jest on tylko zjawiskiem. Tak argumentował Plato, a z nim Kant i Fichte. A myślitych nauczycieli swoich przepajał Schopenhauerswym osobistym nastrojem życiowym. W ten sposób byt w przestrzeni i czasie nikłym stanie siędla niego snem; prawda, która pełny swój wyrazznalazła w mądrości Upaniszadów: świat widzialnysennym jest tylko mamidłem, dziełem Mai. Volkeltznakomicie wyłożył ten nastrojowy charakter idealizmu Schopenhauera. Jak decydującą rolę odegrałten pierwiastek nastrojowy w tworzeniu się jegozasadniczych wyobrażeń, dotyczących metafizyki poznania, pokazują nam dzieje ich rozwoju, podaneprzez T. Lorenza w jego rozprawie — Przyczynekdo historii rozwoju metafizyki Schopenhauera(1897), napisanej na podstawie pozostałych po filozofie materiałów rękopiśmiennych. W najwcześniejszych zapiskach różnica „lepszej świadomości”przodującą wobec „świadomości empirycznej” odgrywa rolę: „świadomość empiryczna” odnosi sięteoretycznie do świata, przystępnego zmysłom, i przyczynowych jego związków w przestrzeni i czasie,praktycznie zaś dotyczy zadowolenia żądz zmysłowych; natomiast „lepsza świadomość” zwraca sięteoretycznie ku ideom wieczystym, praktycznie zaśku ascezie i świętobliwości. Są to myśli filozofiiplatońskiej, wyrażone przez pryzmat osobistego poczucia życia.

To osobiste tło w rozwoju myśli zjawia się jeszcze bezpośredniej w drugim głównym rozdzialejego filozofii teoretycznej, mianowicie w woluntaryzmie w metafizyce. Twierdzenie, że wolajest istotą rzeczy, jest najosobistszą myślą Schopenhauera. Przygotowana wprawdzie kilkoma rysamiu Kanta i Fichtego, myśl ta dopiero u niego nabiera kształtu i ciała. Z nią staje Schopenhauerw szeregu tych, którzy o jedną wielką, nową myślwzbogacili ludzkość. Pierwotnym źródłem tego poznania jest dlań samoświadomość: patrząc w swewnętrze, znajdziemy w sobie istotę sobowtórną,mającą zdolność przedstawienia i wolę; wola będzietutaj czynnikiem pierwiastkowym, inteligencja zaśfunkcją z wolą tą zrosła. Odkrycie to jest znowu wynikiem osobistej samoświadomości Schopenhauera.Istniejące u niego silne napięcie pomiędzy woląa inteligencją sprawia, że różnicę ich uważa zaróżnicę fundamentalną. Dokonaną przez siebie wyraźną i ogólną segregację porównywa pewnego razuz rozłożeniem wody na dwa jej pierwiastki przezPrieslleya. Z drugiej strony wynikiem jego własnych doświadczeń życiowych jest także niezdolność określenia woli przez poznanie, niezdolność,którą w nauce o poznaniu woli wypowiada w sposób ogólnikowy: wola jest czynnikiem pierwiastkowym, inteligencja pochodnym, wola to substancjapanująca, inteligencja to narzędzie pomocnicze.

I z poglądem, który uzyskał, badając swą własnąistotę, wchodzi w świat i oto co się dzieje: kluczwielkiej tajemnicy bytu ma w swoich ręku i pisze:Świat jako wola i przedstawienie. W przedstawieniu wszystkie rzeczy zjawiają się jako ciała, takjak ja sam uważam siebie w przedstawieniu jakociało; rzeczy same w sobie są wszystkie wolą, taksamo jak ja nią jestem, bądź to wolą z inteligencją, jak istoty animalne, albo też li nagą wolą, jakw świecie podzwierzęcym. Atoli wolą jest to, co sięwe wszystkich objawia procesach, nawet w procesach upadania i uderzania: każdy ruch jest wskazaniem na jakiś proces, pokrewny naszemu najwewnętrzniejszemu procesowi dążenia i pożądania.

Czyż twierdząc o pesymizmie, że jest to tylkojego pojęcie indywidualne, możemy to samo powiedzieć o jego metafizyce? Nie sądzę; skłaniamsię raczej do tego, ażeby trwałą widzieć prawdęw jego myśli zasadniczej: świat cielesny jest tylkozjawiskiem życia wewnętrznego, które w świadomości naszej przedstawia się nam nasamprzód i przede wszystkim jako wola. On sam połączył z metafizyką pesymistyczne pojmowanie życia jako nieunikniony jej skutek, albo w owej metafizyce odkrył dla istniejącego z góry pesymizmu uzasadniającą go premisę. W rzeczywistości stosunek tennie jest tak ścisły: istnieje możliwość połączeniapesymizmu z woluntaryzmem, odrzucenia tamtego,a przyjęcia tego.

Co prawda, to i metafizykę woluntarystycznątrzeba będzie od wszelkiej oczyścić naleciałości,zwłaszcza od rozmaitych spekulacji, wynikającychu Schopenhauera z jego formułki poznawalno-teoretycznej: świat jako rzecz sama w sobie, z formułki, urodzonej z opierania się na Kancie. Schopenhauer nie chce, aby ją w właściwym przyjmowano znaczeniu; rzecz sama w sobie ma pozostaćtranscendentną. Mimo to jednak nie przestaje muona służyć za podstawę do rozmaitych twierdzeńw sprawie tego, co-może zdziałać wola jako rzeczsama w sobie. Jako rzecz sama w sobie nie możeona być w przestrzeni i czasie, a więc. nie możeteż podlegać principio individuationis; tak samonie może też podlegać prawu przyczynowości, którejako takie ma wyłącznie znaczenie dla świata zjawisk. Negatywne określenia te zmieniając się w nieznacznym przejściu w postanowienia pozytywne,w jedność, w wszechobecność w przestrzeni i czasie, w wolność, torują woli drogę do rozmaitychsztuczek czarodziejskich. Znaną jest rzeczą, jakąskłonność posiadał Schopenhauer do zjawisk okultystycznych i jaką poświęcał im uwagę; widziałw nich potwierdzenie swej metafizyki, ponieważona jedna posiada zdolność tłumaczenia owych zjawisk za pomocą swej podstawy, jedynej i bezwarunkowej woli. W ten sposób unicestwia on, co prawda, swoje tak dobitnie wypowiedziane ostrzeżenie,aby zjawisk fizycznych nie pojmować metafizycznie.Wszelka zdrowa filozofia polegać będzie na tym,że czynnik metafizyczny znajduje się wszędzie, żejednak w świecie zjawisk dzieje się wszystko w sposób fizyczny; jeżeli posuwają się stoły, to wolaostatnim jest czynnikiem, który je posuwa, albo sięraczej w poruszeniach tych manifestuje; nie ma jednak woli bez ujawniania się fizycznego, mniejszao to, czy możemy ją w danym wypadku udowodnić lub nie. Nexus physicus i nexus metaphysicus tworzą każdy dla siebie zamknięty w sobiezwiązek.

Gdy odrzucimy to, przyjmiemy zdanie o woli jakoistocie rzeczy w rozumieniu czysto empirycznym,będzie ono przede wszystkim należycie uzasadnioną generalizacją psychologii: wola jest podstawową i pierwotną funkcją życia duchowego, mającego w organicznym procesie życiowym swoje ujawnienie fizyczne. Jestem przekonany, że życie duchowe zrozumiemy tylko wówczas, jeżeli staniemyna stanowisku, iż wola jest czynnikiem pierwotnym,a inteligencja pochodnym; wszelka próba tłumaczenia woli w drodze przedstawienia okaże siębezowocną. Na tym polega właściwa — i wielka zasługa Schopenhauera. Przyjdą, zdaje mi się, czasy,że historia psychologii nową z Schopenhaueremrozpocznie epokę. Nie ma też dla mnie wątpliwości,że jesteśmy tej chwili znacznie bliżsi, od kiedy,przed laty szesnastu, wypowiedziałem zdanie, że:woluntarystyczne pojmowanie życia duchowego zaczyna się w pospiesznym tempie, że coraz to bardziej zanika dawne pojęcie intelektualistyczne, którego w Niemczech przez długi czas broniła powagaHerbarta. Biologia Darwinowska, o której Schopenhauer posłyszał, a wobec której zachowywał siętak nieprzyjaźnie, stała się dla niego silnym sprzymierzeńcem: Stawiając człowieka w drodze rozwojowej w szeregu bytów, dąży do tego, ażeby i najwyżej rozwinięte życie duchowe wyprowadzać genetycznie z pośledniejszych, poniżej człowieka znajdujących się początków; i wówczas nie może byćwątpliwości, że im głębiej schodzić będziemy w tymszeregu, z tym mniejszą spotkamy się inteligencją,że miejsce jej zajmuje wola, głuchym dążeniemi odpowiednimi uczuciami ogólnymi wypełniającacałe życie duchowe.

Wobec metafizyki zachowują się nasze czasydaleko sceptyczniej, aniżeli doba, w której Schopenhauer tworzył swe myśli. Niełatwo znajdziesię dzisiaj człowiek, który by miał odwagę twierdzić, że stara zagadka Sfinksa została nareszcierozwiązaną, jak to Schopenhauer przypisuje swojejnauce o woli. Nie wziąłbym na siebie obrony tegouroszczenia w całym jego zakresie. Atoli jedno dasię utrzymać. Związek świata zwierzęcego z światem roślinnym i dalej z światem nieorganicznymtak jest ścisły i przenikliwy, że uzasadnionym wydasię nam następujące przypuszczenie: w gruncie rzeczy to, co w skomplikowanych tworach zwierząti ich czynnościach objawia się pod względem fizycznym, odpowiada zupełnie fizycznym czynnościomi ruchom innych ciał jako ich stronie wewnętrznej.Albo: Jeżeli wolą jest to, co występuje na jawu zwierząt, to wolą jest również to, co się manifestuje w tworach i ruchach, znajdujących się napoziomie poniżej zwierzęcia. Przyznać trzeba, żew ten sposób pojęcie woli rozszerzamy do granicnieokreślonych, a i sam Schopenhauer temu nieprzeczył. Temu, co odnośnie do pewnej rośliny nazywamy wolą, objawiającą się w jej organizacjii jej czynnościach życiowych, trudno nam będzienadać kształty konkretne. Dodać jednakże trzebai to: nie inaczej ma się sprawa i wówczas, jeżelio zwierzęciu, o mrówce albo rybie lub też psie powiemy, że we wszystkich ich manifestacjach życiowych objawia się pewna wola. W rzeczywistościwypowiadamy tylko zdanie, że coś podobnego, codzieje się w naszym wnętrzu, jeżeli ciało nasze spełniate lub owe czynności organiczne i animalne, znajdziemy i u tamtych, że nasze uczucie głodu i nasycenia, nasza żądza czynu i nasze znużenie ma swójodpowiednik i u tamtych. Zupełnie i z gruntu rozumieć możemy tylko to, co sami w sobie przeżywamy. Jakżeż niedokładnym, nierównomiernym jestjuż wyobrażenie tego, co w wnętrzu swoim przeżywa człowiek, należący do innej rasy, innego narodu, ba, nawet innej warstwy społecznej albo innejpłci. Z tym samym zastrzeżeniem, z którym dopuszczamy określenia gatunkowe dla doświadczeńwewnętrznych, jak miłość, nienawiść, wstyd, ambicja, trwoga, skrucha, wiedząc bardzo dobrze, żeu różnych ludzi określone w ten sposób procesywewnętrzne są różne, z tym samym zastrzeżeniemmożemy też imieniem woli nazwać istotę, objawiającą się we wszystkich tworach. Wyraz ten będziewówczas oznaczał nie tyle dającą się wyobrazićkonkretnie treść, ile raczej kierunek, w którym treści tej szukać należy.

W ten sposób dalecy będziemy zarówno odmniemania, jakobyśmy w owym pojęciu znaleźliwyczerpujące zrozumienie istoty wszechrzeczy, jaki od agnostycyzmu, absolutną kopiącego przepaśćpomiędzy naszym zrozumieniem a istotą wszechrzeczy. Powiemy wraz z Schopenhauerem: w naszym własnym życiu wewnętrznym spoczywa kluczdo zrozumienia rzeczy w ogóle; jeżeli istota naszajest wolą, to istota rzeczy w ogóle jest wolą. Powiemy również i to: jeżeli istota nasza spoczywaz istotą rzeczy w Jednym, to istotę Wszechjednegopojmować należy jako wolę.

Co prawda, będzie nam trzeba dodać: tak samoistoty rzeczy, jak i istoty Wszechjednego ludzkiepojęcia nie wyczerpią ani pod względem jej formy,ani treści. Ujmuje i przedstawia ją w obrazachnie wiedza, lecz wiara. Jest to jej prawo, prawowoli, która wiarę tę stwarza i każe jej istotę tęujmować raczej w obrazy dobra i mądrości, świętości i szczęśliwości, aniżeli w obrazy zła i ślepoty,srogości i niedoli. Być może, że i ta odwrotnastrona da się do woli zastosować, ale właściwej jejistoty nie tworzy.

I Schopenhauer mógłby myślom swoim takienadać zakończenie; premisę tego mógłby w swychwłasnych znaleźć pojęciach, zarówno w pojęciachswej filozofii teoretycznej, jak i praktycznej. I u niegoprzecież wola nie jest absolutnie ślepą, jest raczejjasnowidzącą, jak to pokazuje filozofia przyrody.„Ślepy popęd” nie prowadzi do chaotycznego bezładu, lecz do kształtowania kosmicznego, wola nadaje sobie sama formy, które następnie inteligencjaludzka przejmuje jako idee, jako myśli plastycznei z estetycznym rozwija je upodobaniem. Co prawda, Schopenhauer unika tego, ażeby upodobaniaestetyczne odnosić do treści przedmiotów spostrzeganych; według niego rozkosz, polegająca na ustąpieniu dążeń bolesnych, płynie z samego li rozważania. Tymczasem niedostateczność teorii, jakobyrozkosz była tylko ustąpieniem bólu, występujenajwidoczniej w tym właśnie punkcie, przyjemnośćestetyczna jest absolutnie natury pozytywnej, i niemoglibyśmy jej chyba doznawać, gdyby natura przedmiotu rozważanego była lichą, nędzną i nikczemną,jak to usiłuje w nas wmówić pesymizm Schopenhauera. Jego estetyka świadczy przeciwko pesymizmowi.

A w inny sposób świadczy przeciwko pesymizmowi jego filozofia praktyczna, jego nauka o wyzwoleniu. Można powiedzieć, że i według Schopenhauera wola osiąga cel zamierzony, nasamprzódżycie, a potem, w zaprzeczeniu woli do życia, uwolnienie się od wszystkich cierpień, uzdrowienie sięz bolesnego parcia ku życiu. Gdyby, zamiast zagasnąć w zaprzeczeniu, wola ta zmuszoną byłażyć wiecznie, ażeby wieczne znosić katusze, wówczas dopiero byłby pesymizm całkowicie uprawniony. Jeżeli Nirwana stoi dla niej otworem, topo cóż to gorzkie oskarżenie?

W rzeczywistości wola ma w swojej mocywszystko, czego tylko chce: ma w mocy swojej,aby żyć i nie żyć. Nasamprzód osiąga to, czegochce, życie. Wprawdzie treścią życia nie jest wygodne używanie, ale twarda praca i ciężka walka,krwawy nawet bój — zjawiska te przynajmniejwiele zajmują w życiu miejsca. Ale zdaje się, żewola sama tego chce, bardzo prędko przynajmniejodpycha leniwe używanie jako coś płytkiego i nudnego. Pragnie wzruszeń i wielkich, doniosłychuzewnętrznień: jest ona raczej wolą-bohaterem, aniżeli hedonistycznym łowcą rozkoszy. Potem możewola, przesycona życiem, osiągnąć i drugi cel: koniec życia; znużona walką i przebojem, może dojśćdo spokoju, zgasnąć. Co więcej, jak to zdaje sięwynikać z eschatologii Schopenhauera, może powszechnie do tego dojść celu.

Według tego miałaby wola wszelki powód u kresużycia spojrzeć na nie z zadowoleniem; sama sobiezagrała wielką tragedię życia ludzkiego, z namiętnym grając ją współczuciem, z estetyczną przyglądając się jej sympatią: czegóż więc pragniejeszcze więcej? Po co łajać życie i mówić, że byłoniedorzecznym błądzeniem, fałszywym krokiem?Czemu lepiej nie powiedzieć, że była to podróż odkrywcza w nieznany kraj bytu, pełna interesujących widowisk, pełna zaciekawiających przypadków,pełna gorących na ogół walk i znojów, a od czasudo czasu spokojne schronienie z chwilami czystegozadowolenia, ogółem jazda nadzwyczaj interesującai doniosła?

Jeżeli Schopenhauer u kresu spojrzał na sweżycie, musiało mu się ono w tym zapewne ukazaćświetle: przyniosło mu dużo znoju i walki, zgotowało mu dużo troski i wstrętu, a mimo to, wartebyło zachodu i cierpień: takie widzieć widowiska,takie myśleć myśli, wychodzić zwycięsko z takichwalk ze stępiałym światem — jest to zaprawdę dlatych niewielu lat życia ludzkiego treścią niemałą i niedo pogardzenia. Słusznie mogłyby losy zarzucićSchopenhauerowi niewdzięczność, że on, który widział, jak w pełni życia ludzkiego rozwinął wśródnajkorzystniejszych warunków całe bogactwo swychzdolności i jakie zdolności te przyniosły owoce,odpłacił tym losom lżeniem życia.

Ale Schopenhauer nie mógł i nie chciał uczynićinaczej: pesymizm jego młodości musiał ostatniemieć słowo. I przede wszystkim pogarda ludzi byłacząstką jego samego, była najgłębszym, najwewnętrzniejszym jego doświadczeniem, a równocześnie usprawiedliwieniem życia. Jakżeż mógłby sięjej wyrzec?

Schopenhauer jako wychowawca

W jednym z swoich pism dawniejszych sławiłSchopenhauera Fr. Nietzsche jako wychowawcęmyślicieli i filozofów. Czy on się do tego nadaje?

Niewątpliwie Schopenhauer posiada rysy, kierujące go na wychowawcę uczniów wiedzy. Silny zmysłrzeczywistości, popęd do docierania do jądra rzeczy, pogarda pozoru, nieustraszona miłość prawdy,bezwzględność wobec sądów cudzych, ukochaniesamotności, odwrócenie się od spraw dziennych,kierowanie umysłu ku rzeczom trwałym i wieczystym — wszystko to są przymioty w pierwszymrzędzie niezbędne dla badacza i służebnika prawdy,we wszystkim tym Schopenhauer może być wzorem. I w dziełach jego siła mieści się wielka, hartująca sumienie, dająca mu odporność przeciwprzystosowywaniu się, obłudzie, pochlebstwu i karierowiczostwu. A i w rzeczach bardziej zewnętrznych dobrym jest wychowawcą: wychowuje nas,abyśmy byli jaśni w myśli i mowie, czyści w słowie i piśmie, dokładni w najdrobniejszych nawetsprawach ortografii i druku.

Nie zbywa mu atoli na przywarach, nie dających się może oddzielić od jego osobowości i przezto u niego swoistych — chacun a les défauts deses vertus, Schopenhauer sam chętnie zdanie toprzytacza — które jednakże u naśladowców i mniejszych duchów będą odpychające i nieznośne: donich zaliczyć trzeba wiarę w własną nieomylność,zarozumiałość i samochwalstwo, popęd do gardzenia innymi i ujawnianie tej wzgardy, brak szacunku dla innych, brak pokory serca. Ale i te błędyniebezpieczną posiadają zdolność rozkrzewiania sięwłaśnie dzięki przykładowi wielkiego człowieka.Brak skromności w tonie i ujawnianie zarozumiałejnieomylności są może nie najgłębszymi, ale najwidoczniejszymi skutkami wpływu Schopenhaueraw piśmiennictwie dzisiejszym.

Dodać trzeba jeszcze jedno: Miłość prawdy i szczerość, którymi Schopenhauer słusznie się szczyci, niejest równoznaczną z przezornością w twierdzeniui z sumiennością w badaniu i dowodzeniach. Przeciwnie, zdolność krytycznego zachowania się wobecwłasnych myśli i pomysłów rozwinęła się u niegow małym tylko stopniu. Pochwyciwszy jakąś rzecz,wypowiada żywo i plastycznie to, co mu ona mówii stara się to w przystępną zamknąć formułę. Gdymu się to udało, gdy formuła trafia w sedno rzeczyw sposób dla niego przekonywający, uważa zadanie swoje za skończone, dalsze badanie wydaje musię już zbytecznym. Prawdą jest dla niego to, comu się narzuca z pewnym rodzajem estetycznejkonieczności. Zdania jego to dogmaty (placita); dowód ich prawdy polega na tym, że mu się podobają, że odpowiadają jego sposobowi myślenia, całej jego istocie. Sam je traktuje z pewną czcią jakonatchnienia ducha; nie wyrzeka się żadnej myśli,którą raz już wypowiedział, a czytelnikowi nakłada obowiązek nie przeoczenia niczego, co napisał,wszystko to należy do jego świętej nauki. Zaprzeczeniom ustępuje z drogi, a spotkawszy się z nimiodrzuca je i powtarza swą naukę. Nienawidzi krytyki, zakłóca ona intuicję.

Schopenhauer ma intelekt zdolny do uzmysłowień, posiada zadziwiającą siłę ujmowania istotyrzeczy za pomocą intuicji. Zdolność jego do analizy,roztrząsania, dowodzenia pozostaje daleko poza tamtym. I tutaj, jak i wszędzie, własna jego istota pozostaje dlań miarą rzeczy; lekceważy sobie obowiązekdowodzenia; czytelnik pierwszej księgi głównego jegodzieła wie, że nie tylko w metafizyce, ale w fizycei matematyce uważa on dowodzenie za rzecz dosyćzbędną: wszystko polega na poznaniu uzmysławiającym, na bezpośrednim ujęciu istotyi związków rzeczy w zdaniu zasadniczym.Metoda jego odpowiada jego naturze i stąd też będzie dlań owocną. Dla naśladowców i uczniów, nieposiadających jego przymiotów, stanie się ona niebezpieczną; zdaje mi się, że niemałą część fałszywych geniuszów, w których tak obfitują naszeczasy, trzeba będzie zaliczyć na karb Schopenhauera jako wychowawcy.

Ale i ta jednostronność jego uzdolnienia, którąsobie poczytuje za cnotę, stała się niebezpiecznąi dla niego. Widocznym jest to przede wszystkimtam, gdzie afekt zaciemnia jasność uzmysłowienia.Intellectus luminis sicci non est, wyrazy te Bacona Schopenhauer często przytacza, wie o tymz własnego doświadczenia. Gdzie afekty, podejrzliwość, niechęć, zazdrość, gniew, nienawiść zaciemniają zwierciadło duszy, tam spotkać się musimyz karykaturami. A Schopenhauer na wiele rzeczypatrzał z gniewem i nienawiścią i w gniewie i nienawiści je przedstawiał.

Schopenhauer charakteryzuje w pewnym miejscutrzech wielkich „sofistów”, Fichtego, Schellinga i Hegla, w przeciwstawieniu do filozofów 17. i 18. stulecia: „tutaj, powiada on, spotykamy się wszędziez sumiennym badaniem i z sumiennym usiłowaniemw podawaniu i uprzystępnianiu wyników tych badań; u owych sofistów natomiast wszystko jest niesumiennością. Ton spokojnego badania zamienionona ton niewzruszonej pewności, właściwy szarlatanerii wszelkiego gatunku i wszystkich czasów, pewności, która tutaj polegać ma na wrzekomo bezpośrednim, intelektualnym spostrzeganiu, albo tożna absolutnym, to znaczy od podmiotu, a więci jego omylności niezawisłym myśleniu. Z każdejstronicy przemawia usiłowanie, aby otumanić czytelnika, oszukać go, zaimponować mu i w ten sposóbgo oszołomić, ogłuszyć niezrozumiałymi frazesami,ba, czystym ich nonsensem, oślepić go bezczelnością w twierdzeniu”. A przyczyny szukać należyw tym, że mężowie ci nie oglądali się za prawdą,ale zerkali ku zamiarom i wskazówkom wysokiejzwierzchności, spodziewając się od niej posadyi chleba, a więc pragnąc z żoną i dziećmi żyćz filozofii. (Parerga I. 22. i nast.).

W wyrazach tych narysował Schopenhauer takżei własny swój portret; i to w dwojaki sposób. Nasamprzód: niemała część jego sądu o sposobie myślenia tamtych stosuje się do niego samego: na twierdzeniach dogmatycznych, na imponowaniu i oszałamianiu, na ogłuszaniu pewnością siebie — na tymwszystkim i on znał się niezgorzej. w ogóle jakomyśliciel i pisarz stał on daleko bliżej Schellingai Fichtego, aniżeli Kanta i Wolffa, Hume'a i Locke'a; niewiele znajdziemy u niego z ich cierpliwości w poszukiwaniu, z ich skrupulatnej dokładności w przedstawianiu rzeczy. Mimo Fichtegoi Schellinga znał się i on na inwektywie, i literackim ubijaniu.

A potem nader charakteryzuje go sposób, w jakitutaj i na tylu innych miejscach występuje z twierdzeniami, obrażającymi cześć innych, i nie wahasię ich działaniu przypisywać — bez rekursu —pobudek nieszlachetnych. Nie posiada on zupełnietego poczucia, że wypowiadanie tych brzydkichoskarżeń, zawartych w ostatnich jego słowach, nakłada obowiązek udowodnienia ich; oskarżenia tesą dla niego przekonywającymi, zgadzają się z obrazem, który mu nakreśliła nienawiść do tych mężów,a więc są dla niego pewnymi. Każde oprzytomnienie, każda próba dostarczenia dowodów na to zniszczyłaby mu ten obraz. Dlatego też wola do tegonie dopuszcza: zamiast zbadania rzeczy, mamy nieustanne powtarzanie oskarżenia. Któż to był tenFichte, którego w innym miejscu (Świat jako wolai przedstawienie str. 7.) nazywa „filozofem, stosującym się do okoliczności”, a któremu zbywać miałona wszelkiej prawdziwej powadze, nieprzystępnejdla wpływów zewnętrznych, mającej za cel jedynieprawdę? Człowiek się chwyta za głowę: Cóż takiego ten Fichte uczynił, coby usprawiedliwiałote słowa? Prawda, że w r. 1779, kiedy go posądzono o ateizm, pisał do Weimaru: „Szanowny Panie Tajny Radco! Rozporządzaj Pan moją osobąbez zastrzeżeń, udziel mi Pan nagany za przeszłośći daj mi wskazówki na przyszłość, tylko jedno pozostaw w spokoju: moją profesurę!” A w r. 1806przyjmował na czele deputacji wkraczającego w bramę brandenburską zwycięskiego Napoleona przemową; że czuje się szczęśliwy, mogąc do stóp jegocesarskiej mości złożyć hołd filozofii niemieckiej.Tak mniej więcej postępowałby człowiek „stosujący się do okoliczności”. — Potrzeba niesłychaniebyć lekkomyślnym, trzeba bezgraniczną, ślepą, Schopenhauerowską posiadać uległość wobec sugestiiswych własnych afektów, ażeby podobne wypisaćoskarżenia. Ale nawet cześć, którą Schopenhauerkomuś okazuje, nie chroni go od podobnych obelg.Zauważyliśmy już poprzednio, w jaki sposób napadłna Kanta z powodu zmian w drugim wydaniuKrytyki; przyczyny tych zmian szuka on w obłudzie i obawie przed ludźmi, mianowicie w obawieprzed nowym władcą (Fryderykiem Wilhelmem II),i nazywa je wprost nieuczciwością i sprzeniewierzeniem się zasadom (w liście do Rosenkranzaz r. 1837. u Schemanna str. 186. i nast.).

Samo wspomnienie napisanej w pięć lat późniejReligii w obrębie granic czystego rozsądku —za czasów rozkwitu systemu Woellnerowskiego —i równoczesnych rozpraw, w których tak stanowczo,niemal wyzywająco wystąpił Kant przeciw temusystemowi, powinno Schopenhauera było przekonać,że niesłuszne czynił zarzuty. Kant nie był bohaterem, milczał, gdy mu król milczeć kazał, ale niebył też charakterem słabym i tchórzliwym, który bymyśli swoje fałszował z chęci przystosowywania się.

Co więcej jeszcze! Kiedy w Krytyce swej oweczynił zmiany, nowy rząd jeszcze się z tej nie objawiłstrony; zdaje się nawet, że pisane były jeszcze zażycia Fryderyka Wielkiego: stoją one widoczniew związku z recenzją, która zaraz po ukazaniusię pierwszego wydania sprawiła Kantowi przykrość wskazaniem na podobieństwo tych myśli z Berkeleyem. Gdy Rosenkranz nadmienił o tym Schopenhauerowi, nie napiętnowawszy zresztą w sposóbnależyty tych insynuacji, filozof nasz bynajmniejzarzutu swego nie cofnął, a tylko motyw obawyprzed ludźmi uzupełnił motywem żądzy oryginalności. Według niego Kant się obawiał, że przez zestawienie go z Berkeleyem sława oryginalności jegodozna uszczerbku. Przypuszczenie niemające podstawy, tym bardziej dla tych, którzy wiedzą, że Kantpoczytywał sobie za zasługę nie uzasadnienie fenomenalizmu, ale użycie go za podstawę do racjonalizmu.

Tak lekkomyślnie postępował Schopenhauer z dobrym imieniem innych. Nie powinni o tym zapominać i ci, którzy tak są czuli na mniej korzystnącharakterystykę „mistrza”. Nie powinni nad tymtak lekko przechodzić do porządku i ci, którzySchopenhauera polecają jako wychowawcę.

Po tym wszystkim powiemy: Schopenhauer maw sobie strony godne naśladowania, ale ma takżei niegodne służenia za wzór, i dlatego też będzieon dla małych duchów niebezpiecznym. Jeżeli ludzie, nie mający siły w sobie do działalności znamienitszej, naśladować będą jego metodę i jego ton,jeżeli w jego stylu, gdy mówi o filozofii na uniwersytetach i o zajmowaniu się nauką, o kierunku smakui dążeniach umysłowych, zechcą dopatrywać się biczana postępki teraźniejszości, to z tego wszystkiegoczcza tylko wyniknie gadanina. Co w wielkim i silnym duchu posiada jako odwrotna strona jegownętrza pewną wielkość, to u naśladowców wywoływać będzie wrażenie śmieszności. Pogarda rzeczyuznanych będzie krakaniem zarozumiałego młodzieniaszka, wielkie natchnienia zejdą do usiłującychwstrząsać światem frazesów. Daleko łatwiej naśladować widoczne zewnętrzności, aniżeli wielkie przymioty wrodzone; w tym właśnie leży niebezpieczeństwo uważania wielkich ludzi za wychowawców.Pod tym względem nasuwa też niejedną uwagę polityczne życie ludu niemieckiego w okresie pobismarckowskim.

Zdaje mi się, że i Nietzschemu nie wyszło nakorzyść wybranie sobie Schopenhauera na wychowawcę. Przynajmniej byłoby mu lepiej wybrać sobiejeszcze innego wychowawcę, który byłby mu byłpomógł do zwalczenia wrodzonego mu popędu doprzeceniania siebie i gardzenia innymi. Wielkimjest niebezpieczeństwem gruntowanie życia swegona pogardzie otoczenia i poczytywanie sobie tejpogardy za sprawiedliwość, nie znam też nikogo,którego dusza wyszłaby z tego bez szwanku. I dusza Nietzschego bez szwanku nie wyszła. I dla niegoprzekleństwem stało się wybrane przezeń powołanie,ażeby współczesności podawać do ócz zwierciadło,ażeby, mówiąc z Hamletem, „przemawiać do niejsztyletami”. Niewątpliwie prawda wymaga siły zniesienia samotności, skutkiem oporu jest zaś to, żeunikanie świata nie jest towarzyszem prawdy. A i tomożna powiedzieć, że naród niemiecki nie posiadałokresu w swym życiu, który by dawał większy powód do oburzenia i pogardy, aniżeli lata, w którychNietzsche pisał swe Uwagi nie na czasie, aniżelilała, w których Lagarde pisał swoje ten sam posiadające nastrój, ale daleko poważniejsze i głębszePisma niemieckie (Deutsche Schriften): nigdyfałszywe pozłacanki, zwłaszcza w dziedzinie literatury i sztuki, nie miały większego znaczeniai powodzenia, aniżeli w dobie po zwycięskichwojnach. A jednak byłoby dla Nietzschego lepiej, gdyby był sobie w tych latach innego wyszukał wychowawcę, aniżeli Schopenhauera, gdybybył sobie poszukał człowieka, który, zamiast dumęosobistą i pychę filologa posuwać do powszechneji bezwzględnej pogardy, przejawiającej się w Uwagach nie na czasie(Unzeitgemaesche Betrachtungen), byłby mu był inne, pozytywne wskazał celei nauczył go znosić resztę.

W testamencie, napisanym dla swego syna Jana,stary Maciej Claudius pomieścił, obok wielu innych,prawdziwą mądrością tchnących rad i wskazówek,i to napomnienie: „Łatwo jest gardzić, mój synu,a rozumieć daleko jest lepiej”. Nietzsche powinienbył sobie raczej to wpisać do albumu, aniżeli radęSchopenhauera, ażeby przeciw nienawiści ludzkiejuzbroić się w ogólną pogardę ludzi. Może wśródjego młodocianych wielbicieli znajdzie się ktoś, cosobie to weźmie do serca, ktoś, komu rozprawaniniejsza do rąk wpadnie.

Dla niego też dodam jeszcze słowo, wzięte z KantaKritik der Urteilskraft (447): „Jest to zupełnieśmiesznym, jeżeli ktoś nawet w sprawach najtroskliwszych badań rozumowych mówi i rozstrzyga jakgeniusz; nie wiadomo, z kogo się bardziej śmiać, czyz komedianta, który naokoło siebie tyle rozsiewatumanów, że o niczym nie można wyraźnego wydać sądu, za to tym więcej można sobie imaginować, czy też z publiczności, która w prostocieducha wyobraża sobie, że niezdolność jej dokładnego zrozumienia i pojęcia tego arcytworu rozumuwynika stąd, iż nowe prawdy rzucono jej masami,gdy tymczasem szczegóły (dzięki dokładnie wyuczonym objaśnieniom i metodycznemu badaniu podstaw) wydają się tylko niedołężnym ułomkie”*.Gdyby jednak ktoś, zwątpiwszy o powołaniu Schopenhauera i Nietzschego jako wychowawców, zechciałsobie innego i lepszego wyszukać nauczyciela, topotrafię mu go wymienić. Nie jest to, co prawda,żaden nowoodkryty, żaden wychowawca nowomodny — mam na myśli starego, a przecież wiecznie młodego Proroka z Nazaretu.

W jednym zgadza się on z Schopenhauerem:i on naucza pogardy świata, jego dóbr i jego potęg.Contemptus mundi oto pierwszy rozdział jegokazania. Uczy lekceważyć sobie dobra tego świata.I nie tylko, jak Schopenhauer, ustami, ale dalekoskuteczniejszym przykładem swego życia. Gdy stałna Górze Pokusy i zbliżył się do niego władca tegoświata, mówiąc: „Dam ci tę wszystką moc i sławęich, bo mi jest dana, a komu chcę, dawam ją;a tak, jeśli się ukłonisz przede mną, będzie wszystkotwoje”, odepchnął go od siebie i wybrał ubóstwo,poniżenie, prześladowanie, hańbę, katusze i śmierć.

I w innym jeszcze sensie uczy pogardy świata.Wyraz „świat” oznacza w języku dawnego chrześcijaństwa organizację świeckich interesów i władzw państwie i społeczeństwie. I wobec nich nauczaJezus uczniów swoich zachowywać samodzielnośći niezawisłość, zarówno wewnętrzną, jak i zewnętrzną. Daje on im tajemniczy środek ku temu,zawarty w słowie: ciało mogą zabić, lecz duszyzabić nie mogą. Uczy on zachowania samodzielności życia osobistego wobec trzeciej jeszcze formyorganizacji świata: wobec kościoła i władz, usiłujących panować i ciemiężyć w życiu duchowym, wobecarcykapłanów i uczonych w piśmie. Wobec autorytetów i tradycji polega on na samym sobie i na pewności osobistej: Syn człowieczy panem jest szabatui wiary. I tutaj naukę zadokumentował życiem: walkaz potęgami duchowymi i autorytetami jest losemjego życia i dolą jego śmierci. Nietzsche nie bardzozdaje się, chrześcijaństwo rozumiał, jeżeli je uważaza religię stada i moralność niewolników. Nigdyludzkość nie była powołaną do pełniejszej i dumniejszej swobody, aniżeli przez ewangelię.

Kto więc szuka tego i za godniejszy cel sobiestawia, kto pożąda niezawisłości swego „ja” odświata i jego potęg, ten znajduje tutaj naukę i wzór.Jezus nie należał do ludzi spokojnych, do egzystencjinasyconych, żyjących z światem w spokoju i istniejące porządki uważających za doskonałe. Był onraczej największym budzicielem niezadowolenia,jaki kiedykolwiek żył na świecie. Niezadowolonyjest ze świata, co prawda, nie dlatego, że za małodaje mu dóbr i uciech, za mało syci jego próżnośći żądzę władzy: miałby on niewątpliwie powóduskarżać się na brak uznania i sukcesów, ostatecznie daleko bardziej niż Schopenhauer. Ale niew tym kierunku szło jego niezadowolenie, dotyczyłoono czego innego: z piekącą odczuwa on boleścią,że życie ludzi, jego braci, tak jest ubogie i bez treści,tak marne i nędzne, że ludzie żyją jako niewolnicy pożądliwości i jako pachołki zakonu, że wżyciuich lak mało jest ducha i wolności, tak mało prawdyi sprawiedliwości, miłości i duchowej rozkoszy.

I tutaj przechodzimy do drugiego rozdziału naukiJezusa, i pod tym względem filozof frankfurcki niema już z nim nic wspólnego — pod względem miłości Boga i ludzi. U Schopenhauera pogardaświata istnieje sama przez się, przynajmniej w jegożyciu; u Jezusa jest ona odwrotną stroną miłościBoga. Contemptus mundi i amor Dei oto dwaspojone ze sobą bieguny jego istoty. Żyje w miłościbożej, w miłości do Boga i w miłości, którą czujesię ukochanym przez Boga. I ta właśnie miłość bożaprzenosi go ponad wszystkie przepaście, a takżeponad przepaść pogardy świata i odrzucania jegoautorytetów. On się nie rzuca, nie hałasuje, niewrzeszczy, nie słychać krzyku jego na ulicach, idziecicho swą drogą, pewien swego posłannictwa i, mimooporu świata, ostatecznego pewien zwycięstwa. W miłości Boga tkwią także korzenie jego miłości ludzi:przecież to dzieci jego ojca. Prawda, zmarniałedzieci boże, ale w nich wszystkich żyje dalekie,ciemne wspomnienie ojcowskiego domu, z któregopochodzą. I mówiąc im o tym, wzbudza w nichtęsknicę, wzbudza odwagę do powrotu: dlaczegochcecie być licho płatnymi najemnikami świata, jeżeli powołani jesteście na wolnych synów Boga, naobywateli jego królestwa? Nie zaprząta on się rozkawałkowywaniem nędzy i nikczemności ludzi, takich, jakimi są, ale trzyma się idei, zajmuje się tym,czym człowiek być powinien, czym jest właściwie.I tak żyjąc w idei, znajduje siłę, ażeby życie swojeoddać za królestwo boże i przyjście jego na ziemię.

I tak więc pozostanie przy tym: nie Schopenhauer, nie Nietzsche wychowawcą, nie żadne innemodne bożyszcze, które sobie postawić może świat,za błędnymi idący ognikami, lecz wychowawcą będzie Nazareńczyk.

Hamlet.Tragedia pesymizmu

Feiger GedankenBaengliches Schwanken,Weibisches Zagen,Aengstliches KlagenWendot kein Elend,Macht dich nicht frei.Allen GewaltenZum Trotz sich erhalten,Nimmer sich beugen,Kraeftig sich zeigenRufet die ArmeDor Goetter horbei.

Goethe

The gods are just, and of our pleasant vices Make instruments to plague us.

King Lear

1.

Poniższa próba zrozumienia tajemniczej postacikrólewicza duńskiego, ogłoszona po raz pierwszyprzed laty dziesięciu, spotkawszy się z żywym uznaniem, wywołała także, w uwagach drukowanychi listownych, stanowczy, aż do głośnego oburzeniaposunięty opór. Pojęcie moje charakteru Hamletapostawiono pod pręgierz jako mylne, bezduszne,bezsensowne. Nie narzekam na to, jest to w literackiej krytyce niemieckiej dawno praktykowanyobyczaj. Co prawda nie wpłynęło to absolutnie naponiechanie mego pojęcia. Wzmiankę powyższą uczyniłem dlatego, ażeby temu pojęciu ułatwić drogę.

Pierwsza premisa, na której sąd mój się opiera,polega na tym, że bezpośrednie wrażenie, jakie odbiera nieuprzedzony czytelnik lub widz, w błąd gonie wprowadza. Zachowanie się Hamleta jest dziwaczne, niesamowite. Z tymi, którzy zachowaniesię jego uważają za rozsądne, czynności jego zaniewykraczające przeciw zdrowemu rozumowi —z tymi do ładu przyjść się nie spodziewam. Wychodzę z założenia, że poeta chciał nam przedstawić charakter nienormalny i nienormalne postępki.Owa słynna chwiejność polega nie na rozumnymrozważaniu tego, co czynić należy, aby należytyosiągnąć skutek, nie opiera się ona też na nadmiarze wątpliwości pod względem moralnym, alewynika ze stanu duszy, graniczącego z chorobliwością.

Istnieje jad roślinny, używany przez Indian amerykańskich do zatruwania strzał, ubezwładniającynerwy ruchu i znoszący zdolność poruszania się,nie usuwający jednakże zdolności odczuwania. W czymś podobnym kochał się Hamlet. Przykrewrażenia, jakich doznał, wróciwszy do domu, z powodu śmierci ojca, zatruły go niejako moralniei to w ten sposób, że znikła zdolność moralnegochcenia i działania, pozostała natomiast zdolnośćodczuwania i cierpienia. Stan jego, objawiający sięzaraz na wstępie, w pierwszym monologu, można bynazwać zatruciem, wstrętem. To nie smętek, wywołany w melancholijnym umyśle przez śmierć ojca;naturalnie, w wnętrzu Hamleta jest ból i troska,przewagę ma jednak pierwiastek wstrętu, pogardy,obrzydzenia z powodu niewymownej ohydy i marności człowieka. Jak wrzód, pękający wewnątrz,sprawia spustoszenia, tak oburzenie jego na to, cowidzi, z czym się spotyka, nie wyładowuje się nazewnątrz w silnym gniewie i nienawiści, będącychbodźcami do czynu, lecz na wewnątrz w uczuciachi wyobrażeniach, przesyconych wstrętem. W tymusposobieniu znajduje go nakaz ducha. I oto dziwnywewnętrzny stan chorobowy w dziwnym ujawniasię zachowaniu.

W jaki sposób postępowałby na miejscu Hamleta człowiek zdrowy, u którego wola i rozumdziałają normalnie? Zachowanie mogłoby być rozmaite. Jak w podobnej sytuacji reaguje młodzieniec choleryczny, widzimy to w zachowaniu sięLaertesa, który na samo przypuszczenie, że królumaczał rękę w nagłej, tajemniczej śmierci jegoojca, zbiera kupę niezadowoleńców i z szpadąw ręku żąda od niego krwi ojca. Człowiek z większym zastanowieniem byłby powstanie przygotował, zorganizował, ażeby działać tym pewniej.Inny, charakter bardziej prawniczy lub policyjny,byłby może uważał za konieczne zbierać po cichuświadectwa i dowody, ażeby mieć je w pogotowiui przeprowadzić dowód publiczny. Natura podstępnaukryłaby w sobie nienawiść i podejrzliwość i czekałaby chwili, ażeby napaść na króla i urządzićsprzysiężenie. Inny znowu, natura bardziej szczerai doświadczona, stanąłby jako oskarżyciel publiczny,zarzuciłby królowi zbrodnię w oczy i wyzwałby goprzed sąd boży. I jemu może by się zemsta udała:samo przedstawienie mordu według relacji duchawystarczyłoby na to, ażeby król pobladł i zamilkłi stanął w oczach ludu jako morderca. A gdybychciał zabić oskarżyciela, przypieczętowałby tylkoswą zbrodnię. Hamlet postępuje zupełnie inaczej:wdziewa maskę obłąkańca, czego dla zdemaskowania i ukarania króla wcale nie potrzeba; byłobymoże daleko racjonalniej udaną wesołością zmylićpodejrzliwość króla. Na jedno atoli przydaje musię symulowany obłęd: dzięki niemu może on królai królową straszyć przytykami i, zrzuciwszy wszelkądostojność, może towarzystwo dworskie ukazywaćw całej jego nagości. Dzięki spotkanej przypadkowotrupie aktorskiej wykombinował sobie nagle plan,ażeby za pomocą dyrygowanego przez siebie przedstawienia doprowadzić króla do okazania się mordercą w oczach dworu; zamiar ten usprawiedliwiaon przed samym sobą: wina jeszcze jest wątpliwa,zjawisko ducha może być piekielnym mamidłem.Plan się udaje, król opuszcza dwór jak oskarżony,który sam się przyznał i osądził. A Hamlet coteraz czyni? Zamiast skorzystać z sukcesu, zamiastpowiedzieć królowi: „ty jesleś zabójcą!”, przywołuje muzykantów, chcąc uczcić tryumf swego talentu reżyserskiego!

Werder postanowił w wykładach swoich o Hamlecie pokazać, że postępowanie królewicza z racjonalnych wypływa motywów. Wychodzi on z założenia, że nie idzie tutaj o zabicie króla, lecz o zmuszenie go do przyznania się do winy, i w tymcelu owo widowisko teatralne znakomitym byłośrodkiem; zresztą dla Hamleta wina aż do przyznania się jest wątpliwą. Przyjąwszy to, jakkolwiekśrodek ów pozostanie dziwnym, a przy tym nasuwasię czysto przypadkowo, to przecież wszelka sztukaracjonalnego wytłumaczenia rzeczy rozbije się o postępowanie Hamleta od chwili, gdy się ten zamiarudał. Werder mniema, że przyznanie się króla jesttylko pantomimiczne, wystarczyć by tu mogło jedynie wyraźne słowo. I owszem, w chwili, gdykról stanął w jego oczach jako morderca, a onw oczach króla jako wiedzący o zbrodni, powinien był Hamlet wszelkimi środkami wymusić nanim zeznanie; jeżeli zaś tego nie umiał, albo niebyło wolno mu tego uczynić, wówczas środek ówokazał się niedostatecznym. Bo ażeby król miałwstać sam i wobec zgromadzonego ludu przyznaćsię do mordu, tego tak bez powodu spodziewać sięnie było można.

Zresztą nie przypuszczam, ażeby istniał kiedykolwiek widz nieuprzedzony, który, będąc na przedstawieniu Hamleta, nie miałby od samego początku,to jest od chwili zjawienia się ducha, gdzie twórcaspożytkował wszystkie środki swego niedoścignionego kunsztu, ażeby dać nam wrażenie jego obiektywności — a więc nie przypuszczam, ażeby widzten nie miał pewności, że Hamlet bynajmniejo prawdzie świadectwa tego nie wątpi i że w ogólenajmniejszego nie ma tutaj wątpienia. Niemniej teżsam poeta usiłuje wpoić wiarę w widza, że dlasyna nie było trudnym zadaniem przekonać naródduński nasamprzód o zjawieniu się ojca — zjawiał się kilkakrotnie wobec świadków — a następnie o prawdziwości zeznań ducha w sprawiejego nagłej śmierci. A z tym wszystkim narzucasię nam przekonanie, że cały ten szczegółowy proces dowodowy za pomocą widowiska teatralnego,był z punktu widzenia działalności rozsądnej zupełnie zbyteczny i że wprowadziła go wyłączniedziwna istota Hamleta.

Czyż więc Hamlet chory jest umysłowo? Możnaodpowiedzieć na to: tak i nie. Tak, niewątpliwie,nie jest to człowiek normalny, znajduje się w stanie rozterki dusznej, widocznej na każdym punkciejego dusznej działalności. Przede wszystkim ograniczoną jest u niego wolność normalnej decyzjii przeprowadzania powziętego zamiaru. Zresztąi nagłe wahania nastroju są oznakami rozterki wewnętrznej; od najgłębszego przygnębienia przechodzi on bezpośrednio do nieokiełznanej wesołości.Mowa jego odzwierciedla te nagłe przemiany duszy. Słyszymy u niego wyrazy spokojnego rozmysłu,tak np. w obcowaniu z aktorami, a bezpośredniopotem mamy wybuch najwścieklejszego lżenia samego siebie; kiedy indziej znowu zmieniają się słowawspółczucia dla przyjaciół w zimne trzymanie sięzdaleka; humor, zaprawiony weltszmercem, ustępuje nagle gwałtownemu patosowi (scena cmentarna). Albo przypomnijmy sobie stosunek jego doOfelii. Trzeba nam przypuścić, że właśnie w kilkutych tygodniach, leżących pomiędzy śmiercią ojcaa początkiem sztuki, nagłą rozpłomieniał namiętnością; w tym samym czasie, w którym duszajego pełna jest bolu i smutku z powodu śmierciojca, a wstrętu i obrzydzenia z powodu ponownego zamążpójścia matki, pisywał owe dziwne listymiłosne, ich królewskim mościom czytywane następnie przez Poloniusza. A bezpośrednio polem(namiętność miłosna zmienia się nagle w wstręti pogardę, niemogące się nasycić najbrutalniejszymi przytykami, a które przy końcu ustępują znowumiejsca deklamowanej patetycznie namiętności miłosnej. Tak więc nie ma wątpliwości, że stan Hamleta jest nienormalny, chorobliwy. Ale naturalnie —i to jest druga strona sprawy — nie w tym sensie, w jakim go w czasach najnowszych usiłowaliprzedstawić lekarze i psychiatrzy. Poeta nie chciałnam pokazać pewnej, określonej formy patologiipsychicznej; nie ma on zamiaru używania scenyjako kliniki, ażeby zademonstrować nam jakiegośneurastenika czy melancholika lub też wypadek patologicznej abulii. Zachowanie się Hamleta możew tym lub owym przypominać tego rodzaju stanychoroby, w ogólności jednak trzyma się ono w granicach tego, co w oczach sądu moralnopraktycznego uchodzi za czynność swobodną, rozumną. Posiada on nie tylko bystry rozum, szybką, dywinatorską kombinację, ale także dokładną obliczalnośći konieczne panowanie nad sobą. Pomieszanie jegonie znosi poczytalności. Wychodzi ono z sfery moralnej, co więcej, jest ono w pierwszym rzędziefenomenem moralnym: jest to brak należytegooznaczenia woli, z tego braku wypływa właśniecała rozterka jego istoty. Goethe powiada w jednymmiejscu:

„Pytasz się o sztukę życia?

Ucz się wyżyć z złym i głupim”.

Tego kawałka sztuki życia, niewątpliwie kawałka ważnego, Hamlet nie posiada i z braku tegoginie. Nie może znaleźć odpowiedniego stosunkudo złego; zamiast je odważnie pochwycić i zwalczać, cała jego energia duszy zwraca się ku wyśledzeniu tego zła, ku zdemaskowaniu go i obsypaniu obelgami. Zadanie, wobec którego postawiłygo losy, polega na zmożeniu złoczyńcy, któryuwiódł jego matkę, zamordował mu ojca i usadowił się na królewskim tronie Danii. Niewątpliwie,zadanie straszne, albowiem złoczyńcą tym jest bratojca. Zadanie atoli ściśle jest określone, idzie o to,ażeby pomścić ojca, łotra pozbawić korony, uwolnić lud od zatrutego tchnienia mordu i kłamstwa,którym zieje naokoło zadżumiony dwór królewski.Zadanie to samo przez się nie jest nierozwiązalne;Laertes, Fortynbras wykazują, w jaki sposób rozwiązać je można; ale Hamlet jest do tego zupełnieniezdolny. Pojmuje ich należycie w drodze rozsądku, nakaz ducha tłumaczy w sensie potrzebyczynu, z którym zwlekać nie można, a nie, jaktego chce Werder, w wygórowanym sensie wykrycia zbrodniarza i udowodnienia mu zbrodni. Aledokonać tego nie może, wola odmawia mu posłuszeństwa: zamiast zwrócić się do czynu, do zmożenia zła, oddaje się jego badaniu, analizowaniu,lżeniu. Chodzi naokoło niego, wpatruje się w nie,pobudza się do gwałtownej wymowy i zużywaenergię swą na nagromadzenie wyzwisk i przekleństw dla mordercy i jego towarzyszki. Zamierzył się, ażeby za pomocą przedstawienia teatralnego podstępem wpędzić łotra w zastawionesidła; skoro go jednak pochwycił, nie zamyka sideł,ale tryumfalny podnosi głos z powodu swej sztukii wypuszcza zdobycz. Raz jeszcze losy mu oddająkróla w ręce, ale znowu idzie za popędem malowania i lżenia zła i podłości: zamiast przekonanego ukarać mordercę, lubuje się w fantastycznymodmalowywaniu przyszłych okropności i przyszłejzemsty. A potem zwraca się do matki, aby „przemawiać do niej sztyletami”. Koniec zaś tego, żetrwałym poddawaniem się wstrętnym i deprymującym wyobrażeniom i uczuciom pozbawiony siły,podlega złemu bez oporu, zamiast nad nim zapanować. Bez woli kazał się wysłać do Anglii, bezwoli też wyrzucony przypadkiem na wybrzeże duńskie, staje przed zatrutą szpadą Laertesa. Właśniepowracając znad grobu kochanki, gdzie ponownieulega napadowi wielomówności, daje się przez króla,o którego pięknej zasadzce na swe życie opowiedział Horacjuszowi, nakłonić do przyjęcia pojedynku, w którym ginie.

W jaki sposób doszedł do tego chorobliwegozwyrodnienia? Poeta pozostawił nam wolne poledo przypuszczeń co do poprzedniego życia Hamleta; jak zwykle, tak i tutaj wprowadza go przednasze oczy jako charakter gotowy, zajmujący względem stosunków i otaczających go osób stanowiskowyrobione. Rozwój księcia moglibyśmy mniej więcej w ten skonstruować sposób: Od małości jużokazywał młody Hamlet niezwykłe uzdolnienie; posiadał szybką pojętność, bystry umysł, żywą wyobraźnię, wielką wrażliwość estetyczną, przy tymłatwość języka i dosadny, trafny dowcip. Dlategowłaśnie był on przedmiotem dumy i podziwu ojca,u którego strona woli posiadała przewagę. Żywypopęd do poznawania rzeczy był w jego czasachchłopięcych rysem predominującym, w młodzieńcuzmienił się w wrażliwe umiłowanie prawdy, w skłonność do gorzkiego i bezwzględnego krytykowania wszelkiego gatunku nieprawdy, oszukaństwa i obłudy;Wytworzyło to w nim owo bystre, charakterystyczne oko na słabości ludzi, połączone z silnymi drażliwym samopoczuciem. Od wczesnych latprzyzwyczajony do odczuwania swej duchowejprzewagi i do dawania jej odczuwać innym, niebył zbyt dogodnym dla swego otoczenia; wrodzonązdolność do satyry, a także i do przedstawień mimicznych rozwinął do wirtuozostwa w patrzeniuna rzeczy i w pokazywaniu ich z odwrotnej strony;jako syn swego ojca, jako prawdopodobny przyszły władca, mógł on tę skłonność swoją wykonywać bez obawiania się zemsty ze strony dotkniętych pociskami jego szyderstwa. Nie uważam natomiast za wiarygodne, ażeby, jak to przypuszczająinni, był kiedykolwiek sentymentalnym, marzycielskim idealistą, mającym o świecie i ludziach przesadnie korzystne pojęcie, zburzone potem przezstraszne doświadczenia. Królewicz miał ideały, niepodobna mi jednak zgodzić się z tym, ażeby kiedykolwiek hołdował wierze, iż ludzie jego otoczenia zbliżali się do tych ideałów i że dopiero w kilkamiesięcy po śmierci ojca, zbudziwszy się straszniez tego wymarzonego świata, przedzierzgnął się z przyjemnego i ufnego optymisty w gorzkiego szydercę,tak, jak go widzimy w sztuce. Nie dostraja się todo przenikliwej bystrości jego umysłu. Zdaje się,że już od dawna ideałów swych używał raczej domierzenia nimi otoczenia i do wyszukiwania w nimstron mało wartych, aniżeli do idealizowania go.Wtem nastąpiła straszna zmiana w jego losach.Folgując popędowi do kontemplacji, udał się wbrewzwyczajowi królewskiego domu, ale za pozwoleniem ojca, w wieku nie całkiem już młodzieńczymza granicę, ażeby poświęcić się studiom uniwersyteckim. Wtem odwołuje go do domu niespodziewana wiadomość o nagłej śmierci ojca. Zastajestryja przy władzy; w ślad za pogrzebem idziewesele; na dworze wszystko się zmieniło; widziteż że jego samego traktują z nieufnością i lękiem. Nawiedzają go rozmaite podejrzenia; musijęzyk trzymać na wodzy; tym bardziej gorzkniejąjego myśli. Idzie w ślad za nimi i daje im wyrazw monologach; cały dwór, cały świat przedstawiasię jego oczom jako „zachwaszczony ogród”; znienawidził życie, pożąda śmierci.

Śród takiego usposobienia zjawia się duch.Wstrząsa nim do głębi. Ale równocześnie wyjaśniamu błyskawicznie całe położenie, ba, cały dramatżycia ludzkiego. Wyciąga tabliczkę z kieszenii z przenikliwym śmiechem zapisuje na niej, cowidział: wielką, jedyną prawdę: że człowiek możesię uśmiechać i uśmiechać, a mimo to niewymownym być łotrem. Przynajmniej, dodaje w sarkastycznym nawiasie, jestem tego pewny, że zdarzasię to w Danii. A potem, raz jeszcze przesuwającnotes przed oczami, nie bez pewnego zadowoleniaprzygląda się udałemu rysunkowi: „I oto mamwas, stryjaszku, w całej waszej postawie: jesteściełotrem, mordercą, jakiego nie było dotychczas —a niewinny, przyjazny uśmiech macie na obliczu!”

Doznaje czegoś w rodzaju satysfakcji. Od dawnajuż w proroczej przeczuwał duszy, od dawna myślał, że coś się psuje w państwie duńskim; terazpotwierdzenie tego ma w ręku. Tak, może miećpoczucie siebie; dobry posiada węch, jest znawcąludzi, przenika błyskotliwą powierzchnię, jest filozofem, docierającym do jądra rzeczy. Jest w nimjak gdyby przypomnienie owego poczucia duszy,stanowiącego główny ton w schopenhauerowskimnastroju życiowym, przypomnienie pewności, żeumie patrzeć głębiej niż ludzie przeciętni. Przybyłych właśnie oddanych mu przyjaciół, powiernikaHoracja, którego wierności i przywiązania innymrazem nachwalić się nie może, odprawia na pytanie, co mu duch wyjawił, odpowiedzią, jaką siędaje natrętom. Odkrycie więc pragnie zachowaćdla siebie, zarówno szczegółowe, jak i ogólne; tabliczka ma być jego powiernikiem, jak dla Schopenhauera książka rękopiśmienna.

Gwinner wspomina, że Schopenhauer chciałpewnego razu kazać sobie namalować na wieczkuod tabakierki parę błyszczących dzikich kasztanów,ażeby mieć zawsze przed oczami odkrytą przezsiebie wielką prawdę: ludzie są jak te dzikie kasztany, piękni z zewnątrz, a wewnątrz gorzcy i niedo użycia. Hamlet mógłby sobie ten sam symbolkazać namalować na okładce swego notesu.

I w tej samej chwili strzela Hamletowi myśldo głowy, w tej samej chwili uświadamia sobierolę, którą ma zagrać: będzie udawał obłąkańca,błazna; wówczas może drwić sobie z całego świata,może każdemu gadać złośliwości i winnego rozmaitymi przytykami smagać aż do krwi. I w przeczuciu tych bolesnych rozkoszy staje się wielomównym, dowcipnym, przyjaciołom swoim odsłaniateż od razu próbkę swego talentu mimicznego: niepowinni — wmawia w nich — tak a tak wykręcać ramion, tak a tak potrząsać głową, albo mrucząc pod nosem, dawać do poznania, że znająjakąś tajemnicę. — I raz jeszcze nawiedza go myślpodobna, w chwili, gdy stają przed nim aktorowie:spożytkuje ich, ażeby pantomimicznie i dramatycznie przedstawić dworowi jego wielką tajemnicę.Zainscenizowawszy to wszystko, zagrawszy dlaswej satysfakcji i błazna, i dyrektora dramatu,a w owej breughelowskiej piekielnej uczcie nocnejz matką, także i moralistę, skończył swoje zadanie.Do czynów siły nie posiada, ani nawet woli. To,co dzieje się dalej, nie jest już widowiskiem Hamleta, lecz króla, który prowadzi akcję w ostatnichdwóch aktach. Że wskutek zamiany rapierów znajduje śmierć i król Klaudiusz razem z Laertesemi królową, to zemsta losów, nie dzieło Hamleta.

Gdyby poeta zostawił był króla przy życiu, jak toprzy prowadzeniu akcji było zewnętrznie zupełniemożliwe, byłoby się jeszcze bardziej uwidoczniło niepowodzenie Hamleta. Szekspir liczył się widoczniez swymi widzami: pozostawienie obłudnego królaprzy życiu dałoby zbyt uczuwać luki moralnegoustroju świata. Wielu z pomiędzy widzów odczułojako treść, jako ideę sztuki właśnie owo doprowadzenie do zwycięstwa moralnego ustroju świata, któryza pomocą potęgi sumienia wydobywa na jaw i karze ukrytą winę. I ci zapewne mieli także słuszność.

Takie jest moje pojęcie istoty Hamleta i jegocharakteru. Zarzucano mi niejednokrotnie, że przedstawiam królewicza jako złoczyńcę, jako kreaturęzłośliwą i nikczemną. Do tego mylnego mniemaniadałem, być może, powód w pierwszej publikacjininiejszego szkicu przez pomieszczenie kilku zdańpoczątkowych; wstęp ten obecnie opuściłem. Nieuważam Hamleta za złoczyńcę i nigdy go nie uważałem, tak samo jak i Schopenhauer nie jest w mychoczach złoczyńcą. Z drugiej strony nie mam powodu dopatrywać się w nim „czystego, szlachetnego i pod względem moralnym wydoskonalonegocharakteru”. Może w nim był zadatek na wybitnego, a nawet wielkiego człowieka, na podstawiejego uzdolnienia porównywałem go z królewiczemFryderykiem, późniejszym wielkim monarchą. Ale,co prawda, nie rozumiem, jak może ktoś pasowaćgo na człowieka szlachetnego i dobrego właśnie napodstawie tego, co widzimy i słyszymy w dramacie. Że boleje nad śmiercią ojca, że nienawidzimordercy, a większy jeszcze odczuwa wstręt z powodu nowego stosunku matki i że stosunek tenobrzuca obelgami, w tym nie ma chyba żadnej szczególniejszej szlachetności; nie jest także wielkimczynem etycznym, jeśli Poloniusza i towarzyszyniszczy naprzód moralnie, a potem pozbawia ichżycia. Niewątpliwie uzdolnienie posiada wielkie,losy obdarzyły go dowcipem i siłą genialnej intuicji. Nie mogę jednak poniechać myśli, że bystrykrólewicz posiadał w sobie od początku żyłkę mefistofelesowską, nieobcą także naturze Fryderyka II.Okrutne stosunki, w które los go wciągnął, sprawiły, że inne strony tej bogatej natury zostałycoraz to bardziej przytłumione, gdy tymczasem oważyłka znalazła w nich korzystne źródło rozwoju.Skutkiem tego mamy, co prawda, przed sobą charakter, wywołujący nie szacunek i cześć etyczną,ale tragiczne współczucie, że skojarzenie się winyi losów sprowadziło upadek wspaniałego ducha.Byłoby może nie bez racji, gdyby zamiast owegozarzutu, że z Hamleta czynię złoczyńcę, chcianoinny podnieść zarzut, że może zbyt jednostronnieroztrząsam go ze strony moralnej. Odpowiedziałbymna to, że dotychczas stronę tę zaniedbywano zbytczęsto, a dalej, że dla pojmowania i sądzenia sprawludzkich pierwiastek moralny nie jest również bezznaczenia, a według wiarygodnych przypuszczeń,znaczenie posiada istotne, czemu, zdaje mi się,i sam Szekspir zaprzeczyć by nie mógł.

2.

Spróbuję teraz pojęcie to charakteru Hamletaszczegółowo uzasadnić.

W środku sztuki znajduje się zewnętrznie i we wnętrznie scena widowiskowa, w niej leży perypetia: pierwsza połowa prowadzi do niej, drugapołowa z niej wychodzi. Jest ona również tą częścią akcji, której w źródle swoim Szekspir nieznalazł, jest ona własnym dodatkiem poety, wynalazł ją dlatego, aby w niej bohater w najjaśniejszym stanął świetle. Jakżeż on tam wygląda? Jakoczłowiek, który jest wirtuozem w sztuce wydobywania na światło rzeczy ukrytych, zupełnie jednakniezdolny do spełnienia czynu.

Przedstawienie zaczyna się pantomimą, wynalezioną przez Hamleta. Podaję tekst w całości:

Wchodzi król i królowa, czuląc się wzajemnie;królowa ściska króla, a ten ją; królowa klęka przednim, czyniąc ruch, jak gdyby przysięgała. Król jąpodnosi i głowę swą kładzie jej na piersi, siadana darni i zasypia. Ona go puszcza, widząc, żeusnął. Wkrótce potem zjawia się jakiś łotr, zdejmuje mu koronę z głowy, całuje królową, nalewatrucizny do uszu króla i odchodzi. Królowa wraca,a przekonawszy się, że król nie żyje, namiętniegestykuluje. Truciciel zjawia się, z dwoma lubtrzema niemymi i udaje, jak gdyby z nią narzekał.Wynoszą trupa. Truciciel stara się za pomocą podarunków o rękę królowej; królowa udaje z początkuniechętną, później jednak miłość jego przyjmuje.

To jest widowisko, wynalezione przez Hamleta,widowisko małe, służące mu do wytłumaczenia widowiska wielkiego, które przedstawiają właśniew Danii, a które przedstawiane będzie po wszystkieczasy. Treścią jego: skrytobójstwo, kradzież, cudzołóstwo, kłamstwo i obłuda. Bodźcami, poruszającymifigury na tej scenie, są: ambicja, żądza władzy,chciwość, rozpusta u mężczyzn i rozpusta, chciwość, żądza władzy u kobiet.

Po skończeniu pantomimy pyta się Ofelia:

OFELIA

Cóż to ma znaczyć, mój książę?

HAMLET

Bigos hultajski; oznacza nieszczęście.

OFELIA

Zapewne widowisko to zawiera w sobie treść sztuki?

Wchodzi Prologos.

HAMLET

Dowiesz się od tego hultaja. Aktorzynie umieją niczego utrzymać w tajemnicy, wypaplą wszystko.

OFELIA

Czyż on nam odkryje, co widowisko tooznacza?

HAMLET

A juści! Lub też widowisko, którewy byście mogli mu odkryć. Nie wstydźcie się tylkoodkryć mu widowiska, to i on nie będzie się wstydziłodkryć wam, co ono oznacza.

A więc życie jest tą niemą grą; widowisko Hamleta tłumaczy to naprzód pantomimicznie, a potemi słowami. Celem rzeczy — powiada na początkuswej wkładki — „jak dawniej, tak i teraz byłoi jest służyć niejako za zwierciadło naturze, pokazywać cnocie własne jej oblicze, złości żywy jej obraz,a ciału i duchowi wieku postać ich i piętno”.

A jaki miał zamiar twórca Hamleta, przedstawiając nam go w roli poety i reżysera? Chyba ten,aby Hamleta pokazać nam w zwierciedle. Jak człowiek taki, jak Hamlet, widzi ludzi i życie, jakiezajmuje stanowisko wobec zadań życiowych, jakto wpływa na jego postępki i jego losy, wszystkoto pokazuje nam poeta w swej tragedii hamletowskiej. Nie zapominajmy o jednym: Szekspir niejest Hamletem, tylko twórcą Hamleta.

Zanim się tym zajmiemy bliżej, przyjrzyjmy sięnasamprzód publiczności, dla której Hamlet stworzył swoje widowisko i przed którą grać je każe.Niewątpliwie nigdy nie było towarzystwa podatniejszego dla tego rodzaju widowiska, nie było towarzystwa, które by dla sztuki odkrywania zła i łotrostwa wdzięczniejsze przedstawiało pole.

Znajdujemy się na dworze królewskim, na królewskim dworze Danii. Zgromadziło się tutaj najlepsze towarzystwo kraju, nadzwyczaj godne, nadzwyczaj moralne, nadzwyczaj patriotyczne. Króli królowa to wzór zgodnej i czułej pary małżeńskiej. Czułą też otaczają opieką swego syna i pasierba; przemówienia ojczyma i matki pełne sąmiłości i troski o jego dobro. Niemniej i stosunekich do otoczenia jest jak najlepszy i najgodniejszy;jeżeli dworacy służą królowi z przyjaznym szacunkiem, to król ma dla nich, jak dla przyjaciół, pełnoserdeczności. Jest jeszcze ktoś inny, z którym bliższe wiążą ich stosunki: zmarły małżonek i brat.Wspominają go z wierną miłością w sercu; o tyletylko poszli za głosem rozsądku, że myśląc o nimz „rozumną żałobą”, nie całkiem zapominają o teraźniejszości i jej wymaganiach.

A teraz przyjrzyjmy się tym samym osobomz wewnątrz! Nieżyjącego króla oni zabili; wspomnienie tej chwili budzi grozę w ich sercu. Jakkolwiek królowa nie brała bezpośredniego udziałuw mordzie, to przecież dodawała otuchy złym chuciom mordercy. Na syna zmarłego, na jej synapatrzą oboje z lękliwą podejrzliwością: co on zamierza? Co oznacza jego dziwne, tajemnicze zachowanie? Niechby sobie poszedł, gdzie słońce i miesiąc nie świecą — oto najgorętsze życzenie przynajmniej króla. Ale równocześnie potrzebują go;dopóki żyje, musi przebywać na ich dworze; niemoże wracać do Witembergi; jego nieobecnośćtłumaczono by sobie jako nieme oskarżenie, jakocichy protest przeciw nowemu związkowi. Tak i takrozmaite chodzą szepty; prosty lud nie dowierza,jak to się okazuje potem przy powstaniu Laertesa;Hamlet musi pozostać; jeżeli syn żyje na dworześwieżej pary, to któż rzuciłby kamieniem na wczesnewesele? Któż by następcę powoływał do odpowiedzialności, jeżeli prawowite dziecko rachunku nieżąda?

Tak samo i stosunek pomiędzy parą królewskąa dworakami, który dla patrzących nań z zewnątrzwydaje się tak przyjaznym i serdecznym, jest w rzeczywistości tylko stosunkiem wzajemnego wyzysku.Dworacy służą dla zdobycia łaski i pieniędzy; pochlebiają każdemu, kto płaci. Ci sami ludzie, którzy przedrzeźniali księcia Klaudiusza, prawdopodobnie nie będącego w łaskach u starego króla,kupują teraz jego miniatury po 20, 40, 50, a nawet 100 dukatów (II. 2). Co myślą o nim w duszy, z tym się wprawdzie nie zdradzają; naturalniejeden drugiemu nie dowierza, to też ulżyć sercu niemożna. Stary Poloniusz wykłada synowi tajemnicęzachowywania się na dworze:

„Każdemu ucho podawaj, nie język!

Porady przyjmuj od wszystkich, lecz skąpym

Bądź w swoich sądach...”

Jak się zaś przedstawia stosunek króla do dworzan wewnętrznie, widzimy to z zachowania sięjego na wieść o zabójstwie Poloniusza, najstarszegoz doradców, z którym korona Danii tak blisko byłaspojona, jak głowa z sercem (I. 2; IV. 5). Pierwszajego myśl jest ta: tak by się stało z nami, gdybyśmy w swej wysokiej osobie stali poza tapetami. A druga: Sprawa to arcynieprzyjemna; złe wywoła wrażenie, mogą ją nam przypisywać. A trzeciai ostatnia: Hamlet musi wyjechać, do Anglii, naśmierć, wymaga tego nasze bezpieczeństwo. Anisłowa skargi czy bólu; na ustach jego nie zjawiłosię nawet marne słówko pożałowania; myśli tylkoosobie i o przykrościach, które mogą dla niegostąd wyniknąć.

Z właściwą sobie wyrazistością mowy tłumaczyHamlet w następnej scenie Rosenkranzowi, jakbytego jeszcze nie wiedział, co znaczy dworzaninw oczach króla: jest „gąbką, która wciąga w siebie królewskie względy, nagrody i wpływy. Atolitacy urzędnicy wyświadczają królowi najlepszeusługi w świecie. On ich trzyma tak w kąciku swejszczęki, jak małpa; bierze ich do gęby, aby ostatecznie ich połknąć. Jeżeli potrzeba mu tego, czymwyście nasiąknęli, potrzebuje was tylko pocisnąć,wtedy jesteście gąbką, ale już suchą” (IV. 2).

A więc istotą króla jest samolubstwo, pokryteudaną godnością i humanitarnością, która jednak,gdy tego zajdzie potrzeba, przed żadną nie cofniesię zbrodnią. Zresztą nie jest to bynajmniej człowiek mały, nic nieznaczący. Ody Hamlet nazywago biednym łotrem, królikiem w łachmanach, tojest to karykatura, będąca wynikiem jego zgorzkniałej wyobraźni; obraz, namalowany przez poetę,jest inny. Król Klaudiusz nie jest człowiekiem bezsiły i powagi. Nie jest to wprawdzie żaden bohater i król z urodzenia; ale jest to władca zręczny,mądry, umiejący się posługiwać wszelkimi środkami dyplomata, jest to król, na dziesięciu królówprzewyższający dziewięciu rozumem, pewnością wolii bezwzględnością w spełnianiu tej woli. Tak samonie należy też malować obrazu królowej jedyniewedług tego, co mówi o niej Hamlet. I ona niejest kobietą pozbawioną królewskości, zewnętrzniepostać pewna siebie i okazała; posiadała miłośćstarego Hamleta, nie pozbawiona jest też miłościdla syna. Prawda, nie przeszkodziło to jej bynajmniej dać posłuch uwodzicielowi i po śmierci mężastać się jego małżonką.

To pierwsza rodzina kraju; przyjrzyjmy się tedydrugiej, rodzinie Poloniusza. Patrząc na nią z daleka i z zewnątrz, zobaczymy i tutaj samo szczęściei świetność. Poloniusz jest po królu pierwszymw państwie człowiekiem, najdoświadczeńszy i najszczęśliwszy to mąż stanu, najgodniejszy i najszanowniejszy ojciec rodziny. Syn jego Laertes, dobrze wychowany, wykształcony młodzieniec, któryco dopiero w Paryżu dokończył edukacji, odziedziczy jego stanowisko; węszą to już dworacy, Ozryknie może znaleźć miary w pochwałach: „jest towizytówka albo chodzący przepis dobrego tonu,albowiem znajdziecie w nim wszystko to, na coprawdziwy kawaler patrzy z przyjemnością” (V. 2).

Tak samo i siostra jego Ofelia jest synonimemi wykwitem szlachetnej kobiecości: piękna i czystajak róża majowa, szlachetnego i miłego usposobienia, czule oddana rodzinie, jednym słowem przymioty jej „wyzywające w swej doskonałości, jaśniały zawsze na szczycie widowni naszego wieku!”

Dzięki niej przygotowuje się snadź nowe wywyższenie rodziny: kocha ją Hamlet, królewiczi dziedzic korony duńskiej; otwierają się widokispokrewnienia domu z rodziną królewską. Ale nie tylko szczęście, w domu tym panuje obok szczęścia i dobry obyczaj. Co więcej, w domu tym ażsię przelewa od moralności. Od samego początku,wszedłszy do niego, słyszymy dwa piękne kazaniamoralne; jedno brat powiada siostrze, drugie ojciecwygłasza synowi; widocznie nauczył się ich na pamięć przed dawnymi laty; może ochmistrz jegowpisał mu te sentencje do albumu, kiedy on, Poloniusz, jako młodzieniec udawał się do Paryża.

A teraz odwrotna strona medalu. W pierwszejzaraz scenie aktu drugiego dowiadujemy się, czymjest ta moralność starca i jak wygląda zaufaniesyna do ojca. Poloniusz wysyła w ślad za synemzaufanego sługę, dając mu wskazówki, aby szpiegował jego życie. Widzimy, jak stary ten dworak,przygarbiony na drodze kłamstwa, z zadowoleniemwpaja mu swą sztukę „chwytania karpia prawdyna wędę kłamstwa”. Umie tylko dyplomatyzować;kłamstwo stało się jego drugą naturą, a gdzie samwe własnej osobie nie może kłamać, podsłuchiwać,szpiegować, tam z lubością rajfurzy kłamstwu. Dowiadujemy się także, na czym polegać winna moralność światowa: gra, picie, zwady, przekleństwai t. d., byle tylko zachować w nich miarę, bynajmniej honorowi młodego człowieka w oczach ojcaujmy nie czynią. Sługę, liczącego się bardziej z skrupułami, poucza on wyraźnie i dobitnie, że są tomałe plamki swobody i młodości; sam też w innym miejscu z zadowoleniem przypomina sobieswoje własne szaleństwa miłosne (II. 2). Nie mamypowodu przypuszczać, że syn pod tym względemnie odpowie oczekiwaniom ojca.

A jak się ma sprawa z rycerskością naszegodżentelmena, tego „wzoru wszelkiej szlachetności”,przekonywamy się z chwilą, gdy się dowiaduje, żeojca jego zamordowano na pokojach króla. Sądzi —a naprowadza go na to utajenie zajścia i zaniechanie pogrzebu na koszt państwa — że ojciecwraz z rodziną popadł w niełaskę; plan od razugotowy: ja lub ty. Zbiera gromadę niezadowoleńców i wpada do zamku. Królowi udaje się rozwiaćjego podejrzliwość; Poloniusza zabił Hamlet niez wolą króla, lecz wbrew jego woli; Hamlet jestwrogiem, zagrażającym jednemu i drugiemu. I od razu z zrozumieniem rzeczy i zapałem godzi sięLaertes na plan królewski, aby Hamleta usunąćskrytobójczo. Ba, szlachetny rycerz uprzedza króla;nie wystarczy mu użyć w pojedynku niestępionegorapiera, smaruje go jeszcze maścią trującą, którąkiedyś sobie kupił i którą ma pod ręką --- zdajesię, że i ta sztuka nie jest dla niego pierwszyzną.Tak wygląda kwiat rycerstwa duńskiego, skrytobójca i truciciel, tak jak i król. A dla uzupełnieniaobrazu przypomnijmy sobie jeszcze ten wstrętny,samochwalczy patos jego obłudnego bólu z powodu siostry i ojca!

A jaką jest Ofelia? I jakiego rodzaju jest stosunek jej do Hamleta?

Słyszymy przede wszystkim, co o „stosunku”tym myśli ojciec i brat (I. 3); mówią o tym długoi szeroko. Bądź mądrą, powiada brat, Hamlet kocha się w tobie, ale niepohamowanej namiętnościjego folgi nie dawaj, bo niepewną jest rzeczą, czyweźmie cię za małżonkę i czy wziąć cię może.Bądź mądrą, mówi i ojciec; powiedziano mi, żekrólewicz Hamlet od niedawnego czasu zbyt częstowiduje cię sam na sam, a i ty zbyt pochopną jesteś w ułatwianiu mu przystępu; jeżeli tak jest, tomuszę ci powiedzieć, że sama nie masz o sobietak jasnego pojęcia, jakby to na córkę moją przystało i jakby to się godziło z twą czcią:

„Raczcie być odtąd nieco oszczędniejszą

Ze swą dziewiczą obecnością; wyższą

Do swej rozmowy przykładajcie miarę,

Niżby na rozkaz śpieszyć zaraz z słowem” (I. 3).

Widzimy, że z tej strony nie zbywa Ofelii napouczeniu, zarówno pod względem tego, co maczynić, jak i czego ma zaniechać, dla zdobyciaHamleta. Wychodzi to mniej więcej na jedno: imwięcej będziesz powściągliwą, tym bardziej będzieszpożądaną; a przede wszystkim:

„Tylko cię złodziej

Niech nie uwodzi,

Chyba na palec

Ślubny ci włoży pierścionek”.

I oboje, zda się, radę tę uważają za potrzebną;ona jest jedynie niedowarzoną, powiada ojciec,i nie ma w tych niebezpiecznych rzeczach należytego doświadczenia; a brat napomina: najostrożniejsza dziewczyna staje się rozrzutną, jeżeli wdziękiswe odsłoni mężczyznie.

Czyż rada była tu potrzebną? Zdaje się, że ażnadto; gdyż Ofelii snać nie inaczej wiedzie sięz Hamletem, jak Małgosi z Faustem. Jak ta, taki tamta doznała pomieszania zmysłów, gdy Hamlet zabił ojca i gdy znikła nadzieja prawowitego związku, pomieszania, które doprowadziło dośmierci. Czy do samobójstwa? Tak myślą grabarzei księża; w relacji swej o wypadku nadaje królowa sprawie tej kierunek właściwy. Czy mamytutaj do czynienia z relacją autentyczną, jak toprzyjmują komentatorowie, lub czy też z zwykłymispotykamy się osłonkami, wchodzić w to nie potrzeba. Godzi się nam przypuścić, że królowa rozumie się na osłanianiu i fałszywym przedstawianiu rzeczy, tak że nie każde jej słowo co do Ofeliinależy brać za dobrą monetę; przypomnijmy sobietylko, jak ona, wbrew prawdzie, mówi o Hamlecie,po zabójstwie Poloniusza, że nad czynem swoimłzy wylewa (IV. 1).

Tak samo, jak co do rodzaju śmierci Ofelii, pozostawił nas poeta w niepewności także i co dojej stosunku do królewicza. Zdaje mi się jednak,że jest kilka rysunków, rzucających światło na tenstosunek. Wystarczający motyw mieliśmy nie tylkow jej pomieszaniu zmysłów, ale także w rozmaitych napomknieniach obojga osób, które jedyniemogą o tym wiedzieć. Przypominam wiersze, któreOfelia śpiewa w obłąkaniu, wiersze o dziewczynie,co to w dniu świętego Walentego stanęła podoknem kochanka: żądała aby ją wpuszczono i żądaniu temu uczyniono zadość. Albo przyjrzyjmysię przytykom i brzydkim przymiotom, którymiHamlet w akcie III obsypuje Ofelię i jej ojca; dopiero w przypuszczeniu powyżej zaznaczonym zrozumiałą będzie dla nas cała jadowitość ich sensu.

Ale Ofelia czyż nie jest uosobieniem niewinności i skromności? Vischer mówi o „przysłonionejpiękności duszy”. Że nie jest to jedynie możliwepojęcie, widzimy to z charakterystyki Goethego:cała jej istota obraca się w dojrzałej, słodkiej zmysłowości. Postać tę poeta tylko naszkicował, także aktorka ma tutaj rozległe pole do popisu. Ja bympowiedział, że i z pojęciem Vischera dałby się pogodzić wynik jej stosunku miłosnego; raz jeszczeprzypominam Małgosię: czyż, mimo wszystko, niejest ona duszą najczystszą i najmilszą? Zresztą,czyż Ofelia, córka takiego Poloniusza, siostra takiego Laertesa, dama dworu takiej królowej, jestnaprawdę dziewczyną tak głupiuchną, jak mniemaów starzec? Przypominam wreszcie, jak później,w obłąkaniu, podaje rutę sobie i królowej (angielskie „rue” oznacza także skruchę): Zdaje się, żetak samo jak króla, któremu podaje koper i orliki(symbole pochlebstwa i wiarołomstwa), zna takżei królowę; widowisko Hamleta śledziła widocznienie bez zrozumienia. Jeżeli więc za pomocą językakwiatów stawia się wyraźnie obok królowej, coprawda w pewnym oddaleniu, to widocznie alboona, albo też poeta, chcący pozostać przy napomknieniach, wyraźniej przemawiać nie mogli.

A Hamlet, człowiek, karmiący się troską, niemal ginący z bólu z powodu śmierci ojca i hańby,jaka go spotkała ze strony matki? — No, jeżelitroska i żal nie powstrzymały go od zakochaniasię i pisywania miłosnych listów, to z pewnościąi owego zajścia nie będzie potrzeba uważać za wypadek, znajdujący się poza obrębem możliwościpsychologicznej. Wróciwszy, po kilkuletniej możenieobecności, z Witembergi, ujrzał młodą dziewczynę, którą znał od małości, w pełni dziewiczegorozkwitu. Piękność ta podziałała na niego; Ofeliapełna była podziwu dla wykształconego, dowcipnego księcia; stosunek stawał się coraz to bliższy,tym bardziej, że królewicz czuł się na dworze zupełnie osamotnionym.

„Tak się wszystko stało,

Jak się stać musiało” —

jak mówi Hamlet do ucha Poloniuszowi, staremuJefcie — Jefta miał również córkę, która tak samopadła ofiarą ojcowskiej ambicji. Potem zjawił sięduch. I oto wzrastająca u Hamleta gorycz i nienawiść ludzi zwróciła się także przeciw Ofelii; podejrzewa ją o wyrachowanie w miłości. Jest przecież damą dworu królowej i córką Poloniusza!Chciano go chwycić w pułapkę! Podobało się tostaremu: teść przyszłego króla! A ichmości królewskie przytakiwały głową: niech się ożeni, a pewnie się uśmierzy!

Z takiego nastroju wywnioskować by można owąscenę, o której Ofelia wspomina ojcu: jak w zaniedbanym przychodzi do niej ubraniu, jak ją chwytaza przegubie i długo patrzy jej w oczy, jak badajej twarz, jakby chciał ją odrysować, i potem niemyodchodzi, jak przyszedł. Spojrzenie w twarz Ofeliipowiedziałoby to samo, co powiedziało spojrzeniew twarz króla: tak piękna, tak miła dla oka, a wewnątrz tak brzydka i podła! I z tym głębokim, litośćwzbudzającym, pożegnalnym westchnieniem, któresnać wstrząsnęło całą jego budową, wyrzuciłbywówczas z serca ostatnie resztki wiary i ufności.Od tej chwili spotyka się z Ofelią tylko pod formącynicznych przytyków i mieszaniny pogardy i zgrozy.Przeczytajmy w akcie III sceny z Poloniuszem i Ofelią i zapytajmy się, czy bez tego przypuszczenia sązrozumiałe, inaczej musielibyśmy je traktować jakoodegranie scen obłąkania. Ale i w pozornym obłąkaniu Hamlet nie mówi nic takiego, czego by niebyło można i w właściwym wypowiedzieć sensie. Że zresztą w ogóle natura Hamleta nie jest pozbawiona pomysłowości, wskazuje na to poeta, zdasię, rozmaitymi drobnymi rysami: ojciec i bratprzestrzegają Ofelię przed jego natarczywością;a i listy jego, których próbkę z zadowoleniem cytuje Poloniusz, nie były snać również pisane tonem sentymentalnego kochanka. Wiersze brzmią,co prawda, tak, jak gdyby chciał sobie zażartowaćz jakiejś gąski.

To są oba naczelne rody kraju: zewnątrz świetnei szczęśliwe, pełne cnoty i zasługi, miłe i piękne,a wewnątrz: strupieszałe i brudne! „A nie ma w tymnic nieobyczajnego?” pyta się król Klaudiusz przedprzedstawieniem widowiska. Cały dwór taki przecież cnotliwy, tak wysoce moralny, tak skrupulatnieprzyzwoity, czyta tylko kroniki rodzinne i nawetw teatrze nie chce się spotkać z czymś, coby mogłowywołać zgorszenie. Z gniewnym sarkazmem odpowiada Hamlet: „Nie, nie! żartują tylko, trująna żart, żadnego w niczym zgorszenia”. Trują —i uśmiechają się przy tym, cudzołożą — i uśmiechają się, kradną korony i uśmiechają się —wszystko to dla nich żart: nic więcej! Nie, nie! Nadworze tym żadnego nie ma zgorszenia!

3.

Zwracamy się do Hamleta: co zacz on i jakie w tym towarzystwie zajmuje stanowisko?

Powiedziałem już na wstępie: odkrywcą jesttego świata, pełnego złości i kłamstwa; zdemaskowanie tych obłudnych morderców i cudzołożników, tej zgrai dworskich pochlebców oto jegorola, rola, którą sobie sam przeznaczył. W istocie, zgodnie z tym, co mówi Ofelia do objaśniającego dramat w dramacie, jest on interpretatorem zarówno wkładki, jak i sztuki, granej przezosoby, z którymi w tej chwili siedzi jako widzprzed sceną, sztuki, granej w życiu: powiada im,kim i czym oni są właściwie. W toku sztuki ujawnia to, co mu objawił duch na początku sztuki,co jego własny duch już był poprzednio przeczuł.Ujawnia króla jako zaborcę tronu i bratobójcę,królową jako rozpustną cudzołożnicę. Wielkiegoi godnego dworaka i męża stanu ujawnia jakocierpiącego na uwiąd starczy błazna; czyni zeńbłazna jego własnej dotychczasowej sztuki szpiegowania, podsłuchiwania, rajfurstwa i kłamstwa:czyż ten stary dureń naprawdę nie wyobraża sobie, że podszedł Hamleta, że upoluje w nim zięcia?Nie sądzi on później, że dzięki swej doświadczonej znajomości świata i ludzi na wskroś przeniknąłHamleta i jego cale usposobienie: oszalał z miłości! Hamlet, ten mąż nienawiści i pogardy, oszalał — z miłości! Z całym przeświadczeniem nieomylności opowiada Ich Królewskim Mościom o przyczynie i skutku, o efekcie i defekcie, i na nowowmawia w nich, że jest im niezbędny. Niemniejteż pokazuje w całej nagości niewinność nadobnejOfelii i rycerskość „skończonego szlachcica”; niemówiąc już o pośledniejszych dworakach, którzy,ile razy z nim się zetkną, są od razu tym, czymsą: lalkami na drutach, które porusza dwór za pomocą sprężyn korzyści i próżności.

Wszystko to robi, właściwie nie działając wcale.On to wprawia w ruch wszystkie te osoby aż dozaparcia oddechu, ale nie przez jakąś działalnośćcelową, lecz właściwie przez samą swoją obecność.Nie bierze udziału w akcji, nie uderza w ton ogólnie przyjęty: oto z powodu czego od początku napełnia troską Ich Królewskie Moście. Na dworzezabawy i uciechy; nowy król, używający z królowąmiodowych miesięcy, lubi uczty i biesiady; Hamlettrzyma się z daleka, chce wyjechać. Zatrzymują go,starają się go przyciągnąć, zaprzątnąć czymś jegoumysł. Obaj dworzanie dostali równocześnie polecenie wybadania go: cóż mu się stało, że tak zagadkowo i zatrważająco trzyma się na uboczu?Sprowadzają aktorów, aby go zabawić. W tej samej chwili, gdy mu zameldowano aktorów, strzeliła mu świetna myśl do głowy: aktorzy mająwobec dworu odegrać widowisko, które dwór popamięta. W ten sposób następuje wielka scenazdemaskowania w akcie trzecim. Bezpośrednio zatym idzie scena nocna z matką, przy czym giniePoloniusz. Śmierć jego prowadzi znowu do planukróla, aby Hamleta pozbawić życia, przy czym Hamlet umie skierować topór na głowy obu swychtowarzyszy, z drugiej zaś strony do rokoszu Laertesa, a przez to wreszcie do dnia walnej bitwyw akcie ostatnim. Laertes i król przygotowali dlatego niebezpiecznego człowieka rapiery z podwójnątrucizną. Zamach się udaje, obaj jednak w własnepopadają sieci, a i królowej dostaje się przy tejsposobności cząstka trucizny. Równocześnie z tymrozegrała się historia Ofelii: i ona zetknąwszy sięz tym strasznym człowiekiem stała się pastwązguby. Zaprawdę, ma on słuszność, gdy przy grobie Ofelii mówi do Laertesa:

„Bo choć nie jestem gwałtowny i prędki,

Mam jednak w sobie coś niebezpiecznego”.

Na czym polega ten pierwiastek niebezpieczeństwa? Na tym, że widzi i mówi rzeczy,które są. Jasnowidzącym jest i prorokiem. Dzięki temu staje się dla otoczenia kamieniem obrazy, skałą zgorszenia, o którą otoczenieto rozbija sobie głowę. Nie kłamie i nie udajez nim razem, a tego ono znieść nie może. Jeston złym sumieniem całego tego koła, sumieniem,które na światło wyprowadza prawdę. Prawda zaśdziała tutaj jak w ciele otrutego króla działa kwiatszaleju,

........... „który w swych skutkach

W takiej z krwią ludzką stoi nieprzyjaźni,

Że wszystkie ciała ludzkiego przewody

I naturalne kanały przebiega

Z szybkością srebra żywego, i naraz

Niby to mleko zesiadłe i kwaśne,

Tak krew on naszą przeczystą i płynną

Ścina i warzy z niespodzianą siłą”.

Tak więc Hamlet przedstawia się nam w sztucejako człowiek zdzierający maskę z wszelakiej przewrotności.

Poeta obdarzył jego istotę jednym jeszcze rysem: wykonywa sztukę demaskowania z rozkoszą.Według słów apostoła miłość znajduje radośćw prawdzie, lecz nie w niesprawiedliwości. Miłościtej nie ma w Hamlecie; znajduje on radość w prawdzie, ale równocześnie i w niesprawiedliwości, niew ten sposób, ażeby niesprawiedliwość sama przezsię sprawiała mu rozkosz, byłoby to po diabelsku;ale w ten sposób, że czuje radość, jeżeli mu sięuda ją odkryć i obnażyć. Daje on tutaj dowodypewnej srogości; pokrewna jest ona srogościfanatycznego doktrynera. Wytworzył sobie z człowieka teorię i to nie dopiero od wczoraj: nikczemne i obłudne to plemię, zarówno mężczyźnijak i kobiety; i oto cieszy się, znalazłszy przykłady,potwierdzające jego teorię; wykazuje on ją z pewnym tryumfem. Bez wątpienia, nienawidzi zła i złych;ale równocześnie zagłębia się w przedmiot, jak wiwisektor; a jak wiwisektor do rzemiosła swego nabiera upodobania, przytępiającego w nim wszelkieinne uczucia, tak samo ma się sprawa z Hamletem. Schopenhauer sam sobie pewnego razu dajeradę: nie zapominać i nie lekceważyć sobie dowodów złośliwości i nikczemności ludzkiej, aleskwapliwie je zbierać i chować jako alimenta misanthropiae. Hamlet postępuje sobie zupełnie według tej rady: wygrzebuje zło, aby je chować, analizować i wystawiać na widok.

Rys ten pokazują nam obie sceny w środkusztuki, obie wielkie sceny z demaskowaniem. Nasamprzód scena widowiska. Kiedy zdemaskowanyi ugodzony w samo serce król wstaje z miejscai chwiejnym odchodzi krokiem, Hamlet udanie sięzamiaru wita głośnym okrzykiem radości; nie korzysta on ze sposobności tej, aby zniszczyć królaza pomocą jawnego oskarżenia, albo niezwłocznąnapaścią na złamanego, nie stanie też, jak wryty,wobec odkrycia takiej bezdennej otchłani zła, leczniepohamowaną wybuchnie radością; czuje rozkoszłowca, który w sidła pochwycił zdobycz, wybuchaśpiewem. Wśród tego tryumfalne rzuca pytanie Horacjuszowi: „Nieprawda, panie, arcydzieło sztukiaktorskiej? Czyżby mnie to, mój panie, wraz z lasem piór — jeżeli mi resztek szczęścia Turek niezabierze — z parą róż prowansalskich na dziurawych moich trzewikach nie pomogło do zajęciamiejsca w trupie aktorów, mój panie?”

A potem z cynicznym rozpasaniem woła muzyki, ażeby godnie to wyjątkowe obchodzić zwycięstwo. A podniecony nastrój jego trwa i w chwili,gdy przychodzą Rosenkranz i Gildenstern: jest wielomówny, pomysłowy, dowcipny, naturalnie kosztemobu. Prawda, radość, z którą obchodzi swe zwycięstwo, to radość nerwowa, wzburzona, złowroga.Mimo to jednak jest to usposobienie wesołe: udałmu się wielki rzut, na który założył stawkę; nieuratował życia ojca, nie pomścił jego śmierci,matki na lepszą drogę nie sprowadził, nie, ostatniątylko uczynił próbę dla udowodnienia swego zadania, i próba ta się udała — rzeczywiście i niewątpliwie: stryj jest mordercą mego ojca, a pomimoto aż do tej chwili taki na twarzy ma uśmiech!No, teraz mu się uśmiechu tego chyba odechce!

Coś z tej złowrogiej radości było zresztą i w jegoprzemowach po pierwszym zjawieniu się ducha,przy czym nabrał pewności co do wielu przeczutychdotychczas występków. Zupełnie według rady Schopenhauera wyciąga notes, aby co tchu naszkicować sobie wizerunek stryja: „łotr, a uśmiecha się”.A kiedy Horacjo woła nań poza sceną, odpowiadamu Hamlet z radością myśliwego: jesteśmy natropie zwierza:

„Hej! Hejże, chłopcze! Chodź, mój ptaku, chodź!”

Ptakiem tym, naturalnie, jest sokół; a i później,z aktorami pragnie, jako „sprawny sokolnik uderzać na wszystko, co tylko ujrzymy”.

A coś z tego samego złowrogiego humoru pobrzmiewa także i w scenie z przysięgą.

Złowrogiej radości, z jaką wykonywa rzemiosłotropienia zła, odpowiada srogość, z jaką zdemaskowanym pokazuje ich przewrotność. Takim jestw drugiej scenie głównej, w straszliwej sceniez matką (111. 4). Już w drodze do niej przedsięwziął „pokazać jej zwierciadło”, „przemawiać doniej sztyletami, ale ich nie używać”, można by niemal powiedzieć, dlatego, że sztylet zabija od razu,natomiast językiem zabijać można godzinami i latami. Zgadzałoby się to przynajmniej z tym, co podrodze mówi do matki. Zastaje króla na klęczkach;przykłada już rękę do szpady, teraz mógłbym touczynić, wygodnie; teraz to uczynię. Wtem strzelamu myśl do głowy: teraz jeszcze nie. Za tanimwyszedłby sposobem. Nie byłaby to zemsta, gdybykróla zabił podczas modlitwy i wysłał go do nieba.Nie, do piekła z nim, i dlatego na inną poczekamsposobność; gdy będzie podchmielony, gdy będziena ohydnej drodze rozpusty, wówczas go zakłuję,tak, że aż nogi zadrze ku niebiosom, by jego dusza była tak przeklętą, a i tak czarną, jak przepaście piekła, w których utonie.

I odwróciwszy się do sypialni matki, cedzi przezzęby: „Medycyna ta chorobę tylko ci przedłuży”.Nie zamierza on leczyć, ani karać, grzebie on, przynajmniej w wyobraźni, w katuszach swej ofiary,tak jak innym razem grzebie w jej przewrotności.

A teraz scena w sypialni matki. Poprzedza jąprzegrywka: zabija Poloniusza, przez nieuwagę.Nie wzruszając się tym zbytecznie — nie ma cożałować tego natrętnego błazna — zwraca się domatki i w obecności skrwawionego trupa zaczyna,,przemawiać sztyletami”. Nigdy sztuki tej z większą nie wykonano srogością, jak ją tutaj wykonałsyn wobec matki. Nurza, zatapia się w wstrętnychobrazach, którymi maluje jej hańbę. Przy tym zdajesię nie tyle oburzać na wiarołomstwo jej wobecpierwszego małżonka, ile raczej na absolutną nikczemność, brzydotę i marność uwodziciela, któremusię oddała; nie ma dość słów na odmalowanieohydy tego nadętego łotra w koronie. Błąd moralny mniejszą ma u niego wagę, aniżeli zboczenieestetyczne.

Zjawienie się ducha, który tym razem, widzianytylko przez niego, przychodzi w sukni domoweji napomina go, ażeby oszczędzał matkę, a myślało wykonaniu zemsty na królu, sprawia, że Hamletprzestaje go szarpać w swej wyobraźni. Poniechałprzede wszystkim „przemawiania sztyletami”; znajduje on teraz naprawdę porywające słowa o skrusze i poprawie, o przyszłym zbawieniu. Niebawemjednak wpada na powrót w ton poprzedni; kończyzaś tym, że głosem na pół stłumionym jadowitościąi obrzydzeniem wzywa matkę, ażeby prowadziładalsze życie w hańbie i grzechu, aby je uwieńczyła zdradą wobec niego samego i potem złamałakark. — Odchodząc, opowiada jeszcze, że musijechać do Anglii i napawa się odmalowywaniemsytuacji, mającej nastąpić w chwili, gdy on wrazz towarzyszami będzie w drodze: myśli, że go podminują, ale on wykopie kontrminę na sążeń głębiej i cieszy się już w oczekiwaniu widowiska,kiedy zakładający minę wylecą razem z nią w powietrze: „O, jak to pięknie, gdy przy jednym dzielez stron się przeciwnych zetkną dwa fortele!”Z kilku wzgardliwymi słowy zwraca się w końcudo trupa Poloniusza i zawłóczy go do przyległegopokoju. Scena z matką ważna jest dla pojęcia charakteru Hamleta. Jakże ją sobie tłumaczyć? CzyHamlet naprawdę jest głosicielem pokuty, pragnącym wstrząsnąć sercem, aby je potem poprawićudręką pokuty? Uczucie palącej skruchy pragnieon naturalnie wzbudzić i w matce, pragnie wpoići w nią swój wstręt do wzgardzonego króla. Aleczyż myśli on o możliwości poprawy, czy wierzyw nią? Zdaje mi się, że poeta uczyni! wszystko,by w oczach naszych uczynić to nieprawdopodobnym. Przede wszystkim to: partię środkową,w której brzmią tony cieplejsze, miększe, naprawdęwnikające do serca, wywołuje widmo ojca. Jak gdyby poeta chciał nam powiedzieć: tak przemawiałby człowiek szlachetny, kochający grzesznicęmimo jej grzechu. Skoro widmo wraz ze skutkiemswego zjawienia się znika, skoro Hamlet znowujest sobą, popada na powrót w ostry ton oskarżyciela, tym razem w postaci żądania, ażeby przecież wszelką popełniła ohydę. I jak gdyby poetapragnął uniemożliwić wszelką omyłkę w należytympojęciu sprawy, zamknął ową scenę w ramy prologu i epilogu z Poloniuszem; albo czy też wszystko,co Hamlet tutaj czyni i mówi, należy do działalności głosiciela pokuty? Zdaje mi się, że nigdy nieprzedstawiono dobitniej nastroju zaciętej pogardyludzi, jak w tym nieopatrznym, przypadkowym usunięciu starca i w tych wzgardliwych dowcipach, towarzyszących tej czynności i którymi się posługuje przyoglądaniu i usuwaniu trupa. A kogo to nie przekona, ten niechaj zwróci uwagę na różnicę pomiędzy wydaniem z r. 1603 a przeróbką z r. 1604:w wydaniu pierwszym scena kończy się tym, żematka — jak to widzimy także w podaniu — przyrzeka synowi być mu pomocną w dziele zemsty,a i Horacjo donosi jej później o powrocie Hamleta z Anglii. Zmiana w drugim wydaniu ma namwidocznie pokazać beznadziejność sprawy.

Z tym samym rysem, występującym w scenachgłównych, spotykamy się także w licznych scenach pobocznych: jest to sroga rozkosz w obnażeniu tych, z którymi się styka. Jak w scenie w sypialni matki uporczywie wywleka jej hańbę, najwyszukańszymi malując ją wyzwiskami, tak samonie przestaje prostytuować wszystkie osoby dworu.Cynicznymi przytykami dręczy biedną Ofelię, dawniejszą swą kochankę; ile razy spotka staregoPoloniusza, prześladuje go szyderczymi pytaniamii przymówkami; w wielokrotnych scenach ośmiesza Gildensterna i Rosenkranza, a kiedy ci dwajtracą biedne głowy dzięki jego głębiej wykopanejminie (jakież zdumienie musiało ich ogarnąć naprzywitanie w Anglii!), ma poeta natychmiast kompensatę w zanadrzu, robiąc z Ozryka tarczę dlajego szyderczych pocisków. Czyniono zarzut Szekspirowi, że powtarza motyw przedrzeźniania dworaków jako uległych pochlebców. Zdaje mi się, żepoeta wiedział, co robi; chciał pokazać, że Hamletnie umie żyć bez wykonywania swej sztuki, sztukiszyderczego obnażania swego otoczenia, doprowadzonej do wirtuozostwa; ona jedyna sprawia mudrobną ulgę od niesłychanego jarzma gniewu, wstrętui pogardy, przygniatających jego duszę.

Co prawda — i to jest odwrotna strona rzeczy,na którą poeta silny kładzie nacisk, ulga ta jesttylko chwilową. Rozkosz, z jaką Hamlet wykonywaswą sztukę, szczęścia mu nie daje; poczucie najgłębszej nieszczęśliwości — oto główny nastrój jegoduszy. Według Schopenhauera złośliwości dopuszczamy się tylko dla ulżenia nieznośnej katuszywewnętrznej. Tak samo i tutaj: choroba Hamletato pogarda ludzi i wstręt do życia, najstraszniejsza i najboleśniejsza ze wszystkich chorób. „Nieznajduję przyjemności w mężczyźnie, a i w kobiecie także nie”, powiada do Rosenkranza; a raczej —tak by powinien mówić dalej --- mam wstręt dokobiety, do jej nieustannej, zmiennej, wstrętnej lubieżności — czyż matka moja nie jest kobietą? —do jej ohydnej, wyrachowanej kokieterii, uciekającej się do przeróżnych podłych sztuczek — czyżmoja dawniejsza kochanka nie jest kobietą? „Wiemtakże coś o waszych malowidłach — mówi doOfelii. Bóg wam dał jedno oblicze, a wy sobie robicie drugie. Patroszycie się, krygujecie się, cedzicie słówka, przedrzeźniacie boże stworzenia i lekkomyślność swoją pokrywacie nieświadomością” (III. 1).Nie mniejszy czuje wstręt do mężczyzn: do ichkłamstw, oszustw, chytrości, żebractwa, pełzania,kradzieży, skrytobójczych mordów; wszyscy są jednakowi. „Być uczciwym, to znaczy być wybranymz pośród dziesięciu tysięcy”. Dania jest więzieniem,cały świat jest więzieniem i to wielkim, gdzie jestniejeden loch i niejedna turmą, a wszystkie pełnetakich rzezimieszków i łotrów (II. 2).

Gdyby to mógł ich nienawidzić, gdyby mógłte wstrętne kreatury nienawidzić silnie, należycie,jak zdolny nienawidzić mężczyzna, którego nienawiść pcha do czynu, ale on tylko doprowadza douczucia nienawiści i pogardy. Przy sposobnościzabija jedną z tych kreatur, Poloniusza, zabija tak,jak kopnięciem nogi odrzuca się na bok albo depcejakiś niemiły, zawadzający nam przedmiot — ot,dajmy na to, jakiegoś szczura! Tak samo wysyłana śmierć Rosenkranza i Gildensterna, bez namiętności, bez nienawiści, ale krwawy ten żart daje mu chwilę przemijającego wzruszenia. Nienawidzikróla, ale daleko większy ma wstręt do brzydala;w całej też sztuce więcej materiału do inwektywdostarcza mu małżeństwo matki z tym nędznikiem, aniżeli mord, spełniony na ojcu.

Wstręt do ludzi rozciąga się też na niegosamego; obok matki i stryja jest on sam dlasiebie najgłówniejszym przedmiotem najwzgardliwszych obwinień. Słowa, które mówi o sobie w scenie z swą byłą kochanką (III. 1), są niewątpliwiezupełnie szczerym wyrazem jego uczuć: „Byłobylepiej, gdyby mnie matka była nigdy nie porodziła;po co mają takie łotry jak ja pełzać pomiędzy niebem a ziemią? jesteśmy skończonymi zbrodniarzami! My wszyscy! Nie wierz żadnemu z nas”.(III. 1).

Zamarły w nim naturalne, zdrowe instynkty:nie umie się już gniewać, nienawidzić, boleć, a tymmniej zdrową odczuwać rozkosz i miłość. Słyszącaktora, ze łzami w oczach deklamującego o losachHekuby, nazywa się „podlcem i nędzarzem”.

Zamiast co tchu pójść na mordercę, w wyzwiskach, jak dziewka uliczna, szuka ulgi dla serca(III. 2). A powód do podobnego wyładowania uczucia wstrętu daje mu pochód Fortynbrasa (IV. 4).Straszliwy dar jasnowidzenia zwraca się także przeciw niemu samemu. Widzi wewnętrzny rozkładswej istoty, postępujący paraliż woli, zdrowego odczuwania i działania; z uczuciem srogiej i bolesnej zarazem rozkoszy grzebie w swym wnętrzu.Mógłby o sobie powiedzieć z Mefistofelesem:

„Mąż to nie lada! strach przed sobą czuje,

A przejrzy siebie, wówczas tryumfuje”.

Z tymi samymi uczuciami grzebie w obrazach śmierci. Ciągną się one przez całą sztukę,od pierwszego monologu (I. 2) aż do sceny cmentarnej w akcie ostatnim; przypomnijmy sobie tylkostraszne malowidło wieczerzy, na której Poloniusznic nie je, ale na której go zjedzono; albo teżuprzytomnijmy sobie ową straszliwą wesołość w pogawędce z trupimi czaszkami albo też przykryudział jego wyobraźni w pogrzebowym pochodzieCezara, lub Aleksandra Wielkiego. Nic, nic, wszystkojest niczym, zarówno rzeczy wzniosłe, jak i śmieszne,dobro i zło; albo, mówiąc z Leopardim, świat tobłoto! Świat ten może nas tylko jednym napełniaćżyczeniem: oddalić się z niego i to jak najprędzej.Od samego początku zajmuje się Hamlet myślamisamobójczymi; ale jest to tylko gra myśli. Nie masiły woli, potrzebnej do ich urzeczywistnienia; doprowadza tylko do bezpłodnej żądzy: umrzeć —zasnąć — oto cel ze wszystkich najbardziej upragniony. Dopiero zatruty rapier Laertesa daje wyzwolenie. Do jakiego stopnia doszła tymczasemrozterka wewnętrzna, dowodzi tego zajście z Laertesem przy grobie Ofelii, gdzie go pobiją kontrastem miłosnych zapewnień: jest to bezmyślna reakcja refleksu, słyszy, że ktoś wrzeszczy i hałasuje,więc chce go pobić wrzaskiem i hałasem; dowodzitego również i pojedynek z Laertesem, na którysię godzi. Hamlet przeczuwa, że poza tym kryjesię podstęp, zastanawia się nad tym razem z Horacjem i dochodzi do wniosku: wszystko jedno,raz to nastąpić musi; ponieważ żaden człowiek niewie, co opuszcza, więc cóż z tego, że rychło zejdzie ze świata? Niech się dzieje co chce. Podstępunie zwalcza już nawet podstępem: jakby za pomocąjakiejś sugestii oddziaływa wola króla na wolęHamleta i prowadzi go do jatki. Dopiero kiedy śmierćczuje w kościach, zdobywa się na ostatek sił i zadaje cios królowi. Rana śmiertelna wywołuje, zdasię, chwilowy proces uzdrowienia; myśli o swojejsławie i poleca ją przyjacielowi; myśli o kraju i oddaje go Fortynbrasowi, jako powołanemu władcy.Zdjęto zeń ciężar strasznego przeznaczenia życia;król nie żyje, on sam stoi wobec chwili ostatecznej;odetchnąwszy, jak gdyby z strasznego przebudzonysnu, widzi obecnie naturalny stosunek rzeczy.

Tyle o charakterze Hamleta. Przyznaję się, żenie znajduję w nim niczego, co by mogło rościćsobie prawo do nazwy szlachetnego i dobrego człowieka. Jest to, niewątpliwie, człowiek znakomity,wielkie posiadający zdolności duchowe; nie zbywamu także na żywości uczucia moralnego; cierpipod wrażeniem, które na umysł jego wywiera podłość i złośliwość innych. Ale zachowanie i czynyjego nie świadczą, jakoby to był człowiek szlachetny i dobry. Czy mógłby się nim stać? Czymiał w sobie zarodki po temu? Czy tylko zawistnelosy skrzywiły naturę jego? To jest możliwe. Aledziałalność jego w dramacie nie dowodzi szlachetnego charakteru. Tak, czyny jego, wzięte samew sobie, bez względu na jego losy, na jego cierpienia, jego zamącenie umysłu, są nieomal zbrodniami i to nie tylko w znaczeniu ustawy karnej.Dziwnym mi się zawsze wydawało, że jego komentatorowie tak lekko przechodzili nad jego mordami, spełnianymi, co prawda, tak tylko mimochodem. Ostatecznie ma on na sumieniu trzy życialudzkie, a jeżeli doliczymy Ofelię, to będzie ichcztery. Poloniusza zakłuwa wprawdzie jedynie przezpomyłkę, ale sposób zachowania się jego wobecśmierci starego człowieka, zmienia zabójstwo niemal w coś gorszego od mordu; prawie tak mówio tym, jak gdyby przykre usunął robactwo. A Rosenkranza i Gildensterna pozbawia życia za pomocąpodstępnie obmyślonego planu. O koniecznościobrony nie może być mowy, i jeden i drugi niewie nic o treści pisma, które mu przynoszą; nieuczynili Hamletowi w ogóle nic złego. Są to dworacy, służą królowi, i owszem, ale to jeszcze bynajmniej nie jest zbrodnią, godną śmierci. Łatwobyło poecie udzielić Hamletowi jakiegoś prawa donich; potrzebował ich tylko uczynić wspólnikamikróla — dało się to zrobić jednym jego słowem.Nie chciał tego uczynić, i w ten sposób zmieniaczyn Hamleta w mord zupełnie bezpodstawny i podstępny. Ocalenie jego nie wymaga bynajmniej ichśmierci: mógł był w liście cokolwiek bądź napisać,np. że oddawców listu, których wysyła z oznajmieniem zajęcia tronu, powinna Anglia z królewskimi przyjąć honorami. Niewątpliwie, gdyby namsię zdarzyło coś podobnego w rzeczywistym życiu,mielibyśmy jeden tylko o tym sąd: że jest to mianowicie ohydny mord, spełniony dla rozrywki nadwóch całkiem obojętnych osobistościach. CzyżHamletowi wolno czynić, co mu się podoba, dlatego tylko, że jest umysłem wybitniejszym od owychdwóch biednych baronów duńskich? Czyż jest nadczłowiekiem, dla którego inni są tylko przedmiotem krotochwilnej zabawki? Kto Hamleta uważaza normalnego, całkiem rozsądnego człowieka, tenna pytanie to będzie musiał odpowiedzieć. A możewtedy zastanowi się raz jeszcze nad jego stosunkiem do Ofelii: jeżeli naprawdę ją kochał, czyżmógł potem tak się o niej wyrażać, tak występować przeciw niej? Mógłżeż tak przejść do porządkunad skonem jej ojca z jego ręki i nad jej własnąśmiercią, którą sam sprowadził?

Jakżeż więc ma się sprawa z winą Hamleta?Czyż Hamlet jest tylko ofiarą złośliwości innych,albo czy też sam ponosi współwinę w swoimupadku? Bez wątpienia śmierć swoją w sensie zewnętrznym, można by powiedzieć politycznym, samspowodował, upadek jego to skutek „sposobnościniezużytkowanych”, jakby się wyraził Bismarck.Ale mnie się zdaje, że nie brak tutaj winy wewnętrznej. Nie chcę raz jeszcze poszczególnych wyliczać czynów, wynikają one z jego charakteru. Alewłaśnie charakter jego stanowi także pod pewnymwzględem jego winę. Do niego samego da sięzastosować to, o czym w swym wielkim mówikazaniu moralnym do matki, mianowicie, że przyzwyczajenie to szatan, który jednakże równocześniejest aniołem, albowiem dostarcza nam sukni i doczynów dobrych, sukni, dającej łatwo się nosić.Naturalny swój popęd widzenia rzeczy z ich odwrotnej strony i w fantastycznie rozszerzonym ichmalowidle mógłby nieco hamować i powinien byłto uczynić:

    „wprawa może bowiem

przemienić piętno natury; szatana

zdoła okiełzać i precz go wygania

mocą przedziwną”.

Nie uczynił tego; przeciwnie, naturalną tę skłonność doprowadził ćwiczeniem do wirtuozostwa. I oto czyny jego z wewnętrzną wynikają koniecznością z charakteru nabytego. W tym względzie różnię się od Volkelta, który zresztą o charakterzeHamleta podał szereg trafnych uwag (w znakomitej książce: Aesthetik des Tragischen, 1897, str. 140,176, 275, 295). Twierdzi on, że nie należy czynićHamleta moralnie odpowiedzialnym za chorobę jegowoli, będącą w związku „z nadmiarem drażliwej,w pesymistycznych malowidłach zamiłowanej wyobraźni, z nadmiarem ducha skłonnego do samokatuszy i melancholijnych zaciekań”, choroba ta jestwynikiem jego nieszczęsnego wrodzonego usposobienia. To prawda; ale tak samo i sprawy, z których czyni zarzut matce, trzeba wywodzić z przymiotów wrodzonych; zmysłowość i lekkomyślnośćsą cechą każdej natury, w jednej występują słabiej, w drugiej silniej; to samo jednak odpowiedzialności nie znosi. Zadanie człowieka polega właśnie na tym, ażeby za pomocą rozumnej i moralnejwoli wziąć naturę w karby. A kto tego nie umie,kto nad niebezpiecznymi stronami swojej naturyzapanować nie zdolen, ten musi ponosić tego skutki.A jeżeli zginie, będzie to skutkiem braku siły moralnej, braku odporności przeciw niebezpiecznympopędom natury. Popęd do obmowy, do kierowania oczu na złe trzeba będzie w tym sensie taksamo oceniać, jak zmysłowość lub żądzę zaszczytów, albo jakikolwiek inny popęd natury.

I oto doszliśmy do kwestii, jakie przymiotyprzyrodzone warunkują charakter Hamleta?Dodam jeszcze kilka słów do tego. Poeta lekkiminarysował je kreskami, ale ręką tak pewną, że widzimy je dostatecznie wyraźnie. Hamlet jest z przyrodzenia naturą bardziej sensualną, aniżeli czynną.System motoryczny nie jest u niego silny. On samnazywa się przeciwieństwem Herkulesa; matkamówi o nim jednego razu, że jest tłusty; trzebabędzie uważać to w ten sposób, że masa miękkiego ciała na cienkich, delikatnych kościach nadaje jego niewielkiej postaci kształty okrągłe. Łatwogo męczy natężenie fizyczne, rozgrzewa go, zapieramu oddech. Natomiast strona sensualna bardzo jestu niego rozwinięta; odczuwa subtelnie każdy rodzaj rozkoszy. Wielce oddany jest sztukom, posiadazwłaszcza pasję do teatru i muzyki; sądy jego dowodzą najgłębszego znawstwa. Niemniej zajmujego literatura, wiedza i filozofia. Natomiast zbywamu na ambicji wojownika i władcy: „Mógłbymsiedzieć zamknięty w łupinie orzecha i uważać sięza władcę niezmierzonych obszarów — gdybymtylko złych snów nie miewał” (II. 2). Natomiastnie jest mu obce naiwne samolubstwo, właściwetego rodzaju naturom; nie obcą także skłonnośćposługiwania się duchową przewagą w wydrwiwaniu otoczenia; nieobcą jest mu wreszcie skłonność do podstępnego podkopywania, a w związkuz tym do odkrywania konwencjonalnej obłudyi kłamstwa. Nienawidzi intryg dworskich, doznajeatoli pewnego zadowolenia w wzięciu udziału jakozwycięski partner w tej grze.

Być może, podczas studiów uniwersyteckichksięcia, żywa jego wyobraźnia namalowała mu ponętną wizję przyszłości: spokojne życie epikurejskie — coś w rodzaju życia na dworze Rheinberskim — dzielące się między studia a przyjemnościtowarzyskie, na które może sobie pozwolić użytyz smakiem majątek książęcy. I gdyby losy spełniłynadzieję, można by przypuszczać, że prowadziłbyżycie bogate i niepozbawione szczęścia; nie zbywałoby mu tak samo na wykształconych przyjaciołach i nadobnych przyjaciółkach, którzy by ożywiony brali udział w tych rozkoszach, jak jemunie zbywałoby na zdolności wynajdywania rozmaitych uciech i zabaw. Prawdopodobnie zjawiłybysię także godziny przesytu; skorzystałby z nich,ażeby filozofować na temat próżności świata i pisać traktat de contempto mundi. Lub też możewmieszałby się, jako anonimowy autor, pomiędzypisarzy scenicznych: pokazałby „światu jego zwierciadło”, albo też świat odzwierciedliłby w jakimromansie in impuris naturalibus, zapożyczywszyten wyraz od Nietzschego; albo też, za przykłademtegoż autora, pisałby aforyzmy i „filozofowałbymłotkiem”, wszystkie przez świat uwielbiane opukując wielkości i „z rozkoszą” dosłuchując sięw nich tonu, właściwego pustym przestrzeniom.I można przypuścić, że jako autor zdziałałby niemało. Hamlet ma bez wątpienia wybitne zdolnościpisarskie, przede wszystkim nader żywą, bogatąwyobraźnię, idącą w parze z przenikliwym rozumem. Vischer w wydanych niedawno pośmiertnych prelekcjach o Szekspirze, w których ostatnie o Hamlecie wypowiedział słowo, charakteryzuje go jako geniusza wyobraźni. Określiłon tym w trafny sposób ważną stronę w charakterze królewicza. Dziwnie twórcza siła wyobraźnijest jego siłą, w niej spoczywa całe to duchowebogactwo, czyniące z Hamleta osobę tak ponętną;z drugiej strony jest ona także jego klątwą: poddając się falowaniu nastroju, malując od razuklęskę i skutek w sposób przesadny, hamuje rozsądne zastanowienie i celową uniemożliwia działalność. I o tym wspomina Vischer, mówiąc, żew kierowanym wyobraźnią odmalowywaniu złegoi zemsty czerpie Hamlet zadowolenie, które człowiek normalny znajduje w usilnym i skutecznymich zwalczaniu.

W wzmiance o książce tej (,,Preussische Jahrbuecher”, wrzesień 1900) nazwał Maksymilian Lorenz rys ten w naturze Hamleta charakterystycznym mianem estetycyzmu. Dopatruje się onw tym również wytłumaczenia komedianckichskłonności Hamleta: czyny jego właściwie nie sączynami, ale tylko pociągnięciami przeciwnika naszachownicy, jak gdyby życie było tylko grą. Uwagato niewątpliwie słuszna, a w związku z estetycyzmem stoi także skłonność do zniewieściałego ulegania swoim własnym zachciankom, niezdolnośćopierania się chwilowym pomysłom i nastrojom,lubowanie się w planowaniu i odmalowywaniu przyszłych sytuacji działania, złączone z trwogą wobecstanowczych postanowień i czynów: wszystko toprzymioty, idące nieraz w parze z wybitną organizacją twórczą i wytwarzające niebezpieczny ówtemperament, który w życiu tak łatwo prowadzi do rozbicia.

Te same cechy występują także wyraźnie w naturze Schopenhauera. Że jednak nie są one niezbędną odwrotną stroną w genialności intelektualnej, dowodem tego Goethe, człowiek zupełnie zdrowytakże w woli i czynie. Natomiast nierozstrzygniętąi z natury rzeczy nie dająca się rozstrzygnąć wydaje mi się kwestia, czy Hamletowi można właściwą przypisywać genialność, jak tego pragniei Lorenz, dopatrujący się właśnie problematu hamletowskiego w przeciwieństwie pomiędzy geniuszemHamleta a jego indywiduum. Niewątpliwie Hamletma ducha w sobie, ale ducha można posiadaćbez owej najwyższej formy produktywności, stanowiącej znamię geniusza.

Turgieniew zestawił w prześlicznej paraleliHamleta z Don Kichotem. Don Kichot, tochudy, kościsty, żylasty człowiek, pełen woli, żyjący całkowicie dla wzniosłego ideału, pozbawionyzmysłowości, nie uznający uciech, jakie daje stółbiesiadny i miłość, nieczuły na rany i ciosy, nawszelkiego rodzaju trudy i znoje, oddany jedyniei wyłącznie podniosłej chwale wysokiej rycerskości,silny, wierzący idealista. Hamlet to zupełna jegoantyteza: tak samo jak na jędrności ciała, zbywamu także na potędze woli i wiary; jest to sceptyczno-realistyczny samolub. A ponieważ nie mawiary, więc zbywa mu także na zdolności czczeniaczegokolwiek. Wątpi o wszystkim i drwi z wszystkiego. Rycerz jest przedmiotem pośmiewiska; samnie śmieje się i nie dziwi; żyje w kontemplacjidobra i wielkości. Hamlet to uosobienie refleksji,analizuje się, nie bez ukrytej próżności badającsiebie samego i obrzucając się obelgami. Rycerzo siebie wcale się nie troszczy; cały pogrąża sięw obiektywności; obraz jego skierowany jest wyłącznie ku wielkim celom życia. Królewicz analizuje nie tylko siebie, ale i otoczenie: gardzi i — prawdziwy wirtuoz w tego rodzaju wymowie — lżypróżność, występki, kłamstwa towarzystwa dworskiego; sam jednak nie idzie śladami świętego napuszczę; nie udaje się w góry, aby wzorem rycerzy szukać awantur z olbrzymami i smokami; pozostaje na dworze, należy do towarzystwa; swobodnie obraca się na parkietach, zna się na toaletowych tajemnicach eleganckich dam i panów;język jego odczuwa smak kawioru, nos jego przyzwyczajony jest do pachnideł. Mistrzowski to rysw rysunku poety: w scenie cmentarnej podnosiHamlet czaszkę Yorika; pofilozofowawszy trochęna temat jej wyglądu, przytyka ją do nosai mówi:

HAMLET

Proszę cię, Horacjo, jedno mi tylkopowiedz.

HORACJO

A cóż takiego, mój książę?

HAMLET

Czy sądzisz, że Aleksander tak samowyglądał w ziemi?

HORACJO

Zapewne tak samo.

HAMLET

I czuć go tak było? Fe!

Rzuca czaszkę.

W wybitny sposób występuje także różnica obunatur w stosunku ich do płci żeńskiej. Rycerz,powiada Turgeniew, kocha Dulcyneę, kobietę nieistniejącą, i każdej chwili gotów jest umrzeć dlaniej; gdyby mu się zjawiła w rzeczywistości, takjak istniała w jego wyobraźni, doznałby lęku przednią i nie miałby odwagi z nią się połączyć. Królewicz lekce sobie waży kobiety, lubi filozofowaćna temat ich słabości; jest przecież zmysłowy i odromansu z piękną dziewczyną nie stroni. Takiesamo przeciwieństwo istnieje także i w stosunkuich do śmierci: królewicz wzdycha do śmierci, alez chwilą, kiedy się z nią spotkać może, uchodziz drogi: ma wstręt do życia, ale rozłączyć z nimsię nie może; rycerz nie posiada żadnej sentymentalnej tęsknoty do śmierci, ale bez trwogi zaglądajej co chwila w oczy, gdzie tego wymaga rycerskość.

Nasuwa się nam tutaj łatwo zrozumienie stosunku królewicza do towarzysza, którego mu przy dał poeta. Horacjo to człowiek rycerski, pokrewnyDon Kichotowi, tylko że nie opuszcza go zdrowyrozum. Słowa, którymi charakteryzuje go Hamlet,dadzą się zupełnie zastosować do szlachetnego rycerza z Manszy:

    „bo ty, wiele cierpiąc,

Zawsześ był takim, jakbyś nic nic cierpiał;

Boś ty z jednaką przyjmował podzięką

Zarówno ciosy, jak dary Fortuny”.

I to właśnie ciągnie królewicza ku Horacemu;jest to prosty, szczery człowiek, który nie chce byćczym innym, niż jest, który nie chce niczego udawać, który również nie przemyśliwa nad sobą,człowiek, który jest. Człowiek to jakby stworzonyna powiernika królewicza; nie prowadzi dowcipnejkonwersacji; o ile nie zdaje sprawy z faktów,wszystko to, co mówi, jest tylko formalnym akompaniamentem słów Hamleta, posiada atoli duszę,pełną ufności i wiary. Z bezwzględnym przywiązaniem stowarzysza się z inteligentniejszym od niegokrólewiczem. I dla tego stosunku można by znaleźćanalogię na dworze Rheinberskim i w otoczeniufilozofa z Sanssouci. — Zresztą może i głębokistosunek Hamleta do ojca polegał na podobnejróżnicy ich natur. Ojciec, rycerski bohater, zwycięski wojownik, władca silnej ręki, miał swą radość i dumę w mądrej, bystrej naturze syna;wszakże i Goetz z Berlichingen nie bez pewnegozadowolenia przysłuchuje się swemu małemu uczonemu, i on lubi Weislingena. Można także przypuszczać, że z bystrych oczu syna przezierało kuniemu oblicze ukochanej kobiety; według spostrzeżenia Schopenhauera, inteligencję dziedziczymywszakże po matce. Na odwrót znowu syn podziwiaw ojcu właśnie to, na czym jego własnej zbywanaturze, prostą, nieskomplikowaną siłę i stanowczość woli: był mężem i w tym mieści się wszystko.Natomiast stosunek Hamleta do stryja chyba nigdynie był dobry; umysłowa przewaga synowca, jegowymowa, jego talent do maskowania się i sztukiaktorskiej był tamtemu zapewne wstrętny od dawna. Obaj znali się zbyt dobrze, aby się moglikochać.

Mamy więc w Hamlecie królewicza o niezwykłej, wybitnej, ale równocześnie niebezpiecznej naturze. Obdarzony świetnym uzdolnieniem intelektualnym i estetycznym obok przenikliwego i bezwzględnego zmysłu prawdy, pełen pogardy dlaobłudy i kłamstwa, posiada w przyrodzonym wstręcie subtelnej organizacji ochronę przeciwko pierwiastkom brutalnym i podłym. Jest to atoli równocześnie natura niebezpieczna, nie wzbudzającamiłości, „organ czci” dla czegokolwiek słabo w nimrozwinięty, tym mniej dobrotliwość. Węch ma przenikliwy dla ludzkich błędów i przywar i skłonności wydobywania ich na jaw rad popuszcza cugle.Wielce zależeć będzie od okoliczności, jak się jegoukształtuje życie, czy wyrośnie zeń coś dzielnegoi prawego. Horacjo, stary Hamlet to natury pewnew każdym przypadku; młody Hamlet nie posiadaw sobie stanowczości, uniezależniającej życie odlosu, stanowczości, którą widzi i wielbi w Horacju.Fortynbras wypowiada przy końcu sztuki przekonanie: gdyby Hamlet został królem, zachowałby sięjak król prawdziwy. Być może, ale tylko wówczas,gdyby się był od wczesnej młodości chował w bardzo poważnej szkole życia. Przypominam tu razjeszcze królewicza Fryderyka, który widocznie posiadał rysy pokrewne Hamletowi. Straszna surowość, z jaką ręka ojcowska wyrwała młodzieńcaz obranej przezeń drogi, była dla niego ocaleniem,jak to sam później przyznał i uznał. Cóż by byłobysię stało z niego, gdyby dziewiętnastoletniemu młodzieńcowi udała się była ucieczka do Anglii, gdyby,odepchnięty przez ojca, zmuszony był żyć na dworze londyńskim lub paryskim, jako zbieg i pretendent, otoczony literatami i katylinarnymi osobnikami?

Jeżeli niebezpieczną naturę Fryderyka okiełzałabezwzględna, ale i zbawcza surowość króla i ostatecznie zwróciła ją na tory poważnej woli i skutecznej siły, to i Hamleta można było wychowaćprzedstawieniem mu jasnych i niezbędnych zadań.Gdyby był na przykład ojciec poległ zwyciężonyw bitwie z Norwegami, gdyby syna powołano doodbudowania pokonanego państwa, byłaby się wówczas rozwinęła w nim energia, na której naturzejego nie zbywało — przecież i Fryderyk Wilhelm Inazywał swego syna „zniewieściałym chłystkiem” —i w związku z jego wielkim uzdolnieniem umysłowym mogła była dokonać rzeczy znakomitych.Zamiast tego, stało się co innego. Ojciec jego umiera nagłą śmiercią; królewicz, odwołany z Wittembergi,zastaje stryja w posiadaniu korony. Dopomógł dotego dwór z Poloniuszem na czele; stary królzapewne nigdy nie był po jego myśli, tak jak onnie podobał się królowi; zawsze z księciem Klaudiuszem porozumienie było łatwiejsze. MłodyHamlet dostał się przez to w przykre położenie.Otwierające mu się widoki życiowe nie bardzobyły ponętne. Jako syn swego ojca, jako ulubieniec narodu, ściągnął na siebie nienawiść i podejrzliwość nowego króla. Będzie przy tym musiałgrać publiczną rolę ukochanego syna i spadkobiercy tronu i to, być może, przez cały ciąg życia;nic bowiem nie przeszkadza przypuszczeniu, że królKlaudiusz znacznie jest młodszy od starego Hamleta, a zapewne niewiele co starszy od młodego,który, oczywiście, jest człowiekiem dojrzałym, a nie,jak twierdzi jeden z nowszych komentatorów Hamleta, dziewiętnastoletnim młodzianem, mającym zaledwie chłopięcy wiek poza sobą; przypisywanieHamletowi lat prymanerskich (ucznia ostatniej klasygimnazjalnej — przyp. tłum.) uczyniłoby moim zdaniem postać tę zupełnie niemożliwą; grałby onwówczas wobec króla i Poloniusza rolę przemądrzałego wścibskiego. A więc takie są widoki Hamleta; dodać do tego trzeba całą ohydę nowego dworu,jego wyuzdanie, karierowiczostwo rozmaitychwstrętnych egzystencji; a wreszcie do tego wszystkiego ożenek nowego króla z matką. Tak więc całetygodnie po powrocie do kraju wchłaniał w siebiewstręt, pogardę, obrzydzenie; każde zetknięcie sięz dworem wywołuje w nim równocześnie wylewygniewu i oburzenia w postaci gorzkich przytykówi jadowitych szyderstw. Wtem ukazuje mu sięduch i odsłonięciem tajemnicy dodaje grzebiącejsię w rzeczach wstrętnych wyobraźni Hamleta nowej strawy. Cóż więc czyni Hamlet? To, czegospodziewać się można po tego rodzaju człowieku.Gdyby Don Kichot w podobnym znalazł się położeniu, byłby królowi i zgromadzeniu dworskiemurzucił w oczy mord i wyzwał go do walki na życie i śmierć, przed sądy boże. Myśli Hamleta od razu inny obierają kierunek: on sobie to zapisujena tabliczce — jak gdyby niespodziewanie nasunąłmu się temat do ballady lub tragedii: cudzołóstwoi bratobójstwo! Potem dziko i zapalczywie się zaśmieje: naprawdę! wypadek to przedziwny! zabijabrata, zabiera mu tron, uwodzi mu żonę, a przy tym się uśmiecha; zawsze i wszędzie ten samsłodkawy, niewinny uśmiech na wargach! I skarbswój chowając przed przyjaciółmi, jak gdyby siębał, że go utraci, mówiąc o nim, usuwa się nabok. Wkrótce potem wzywa go przypadek do naszkicowania i wystawienia swej tragedii: zjawiająsię aktorowie. W jednej chwili tworzy z znalezionego materiału zarys sztuki i wprowadza ją nascenę przed oczy dworu. I rzeczywiście, nigdy tragedia większego nie odniosła skutku: ma przedsobą króla, położonego jak gdyby na stole sekcyjnym, widzi, jak pod jego słowami wije się i kurczy. A potem w najwyższym wzburzeniu, nie pozbawionym pewnej przymieszki zadowolenia zeskutku, udaje się do sypialni matki i z tym samymskutkiem wygłasza wobec niej epilog swego poematu. I na tym poprzestaje; spełnił, co do niegonależało, odegrał swą rolę. A teraz zarządza królswego rodzaju środki, i one odnoszą skutek: popierwszej próbie, której Hamletowi udało się zapobiec, i on inscenizuje sztukę, na którą zapraszakrólewicza — aktora: w obliczu dworu odbędzie sięwidowisko pojedynkowe z trucicielstwem i skrytobójstwem. Ale tym razom nie jest to tylko obrazsceniczny; śmierć tutaj naprawdę zawitała w gości.Pierwszą jej ofiarą będzie królewicz; ale jak gdybypodsyciła w sobie żądzę krwi, zabiera ta „strasznaoprawczyni” od razu: Laertesa, króla i królową.

Że rysunek ten zgadzał się z zamiarem poety,dowodzi tego zmiana, przeprowadzona przezeńw figurze Hamleta, zaczerpniętej z legendy. Amlethz legendy duńskiej, którą Shakespeare znał niewątpliwie wcześniej, obojętną jest rzeczą, skąd —być może poznał ją w owych czasach, skłonnychdo opowieści, z tradycji ustnej — jest zupełnieinnym, niżeli Hamlet dramatu, to znaczy dramatuszekspirowskiego; gdyż Hamlet z tragedii ZemstaHamleta, grywanej już w dziewiątym dziesiątkulat na scenach londyńskich (tak zwany Hamletpierwotny, który się nie zachował), był, jak to należy przypuścić, „piorunującą sztuką zemsty”,w myśl legendy zemsta odniosła w nim należytyskutek. A zatem Hamlet z legendy jest nieugiętym,surowym wojownikiem. Ma on tylko jeden ryswspólny z Hamletem Szekspira: po smaku słoninypoznaje, co żarły wieprze, a po miodzie, że pszczoły,które go zniosły, siedziały na trupie. Tak samopoznaje od razu po królu i królowej angielskiej, że(po cudzołóstwie) pochodzą z parobków. Przy tymdzieli on z naszym Hamletem zdolność udawaniaobłąkanego i wypowiadania w symulacji tej prawdyza pomocą dwuznaczników. Zresztą różni się całkiem od bohatera naszego dramatu: umie w wysokim stopniu panować nad sobą i posiada energię do celowego działania. I sytuacja jest tylkozewnętrznie podobna, wewnętrznie jest ona zupełnieinna. W podaniu duńskim zamordowanie staregokróla (Horwendilla) przez brata i następcę (Fenga)jest faktem, znanym od początku. Zmiana tronu nastąpiła za zgodą wielmożów. Aby się ratowaći równocześnie przygotować zemstę, Amleth zmuszony jest udawać obłąkańca; rolę tę przeprowadza z ostateczną konsekwencją, tak, że mimokilkakrotnych prób (pierwsza to wspomniane jużspotkanie z piękną dziewczyną; druga to rozmowaw cztery oczy z matką, przy czym Amleth zabijaindywiduum podsłuchujące) nie udaje się królowiprzeczuwanej wykryć symulacji. Nareszcie Amlethdochodzi do celu: powróciwszy z Anglii, dokąd gobył wysłał wuj z listem Uriaszowym, który, taksamo, jak w dramacie, sfałszował na niekorzyśćswych towarzyszy, zastaje dwór, ucztujący właśniena jego stypie; chytrze podchodzi to towarzystwo,podkłada ostatecznie ogień pod zamek i z nim razem pali całe, w głębokim, pijackim śnie pogrążone, poprzednio jeszcze w sieci jego zawikłanezgromadzenie. Królowi zaś odcina głowę i za zgodąludu sam się ogłasza królem.

Widać, że Szekspir z gruntu przeinaczył charakter i rolę bohatera: energię zmienił na bezczynność, powodzenie na klęskę, zgodę z samym sobąi zadowolenie na rozterkę wewnętrzną. Jedno tylkonowemu pozostawił Hamletowi: subtelną zdolnośćtropienia. A teraz zwróćmy uwagę na zmienionąodpowiednio sytuację: w legendzie Hamlet symulowane obłąkanie swe osłania tajemnicą; król niema nic do ukrywania. W dramacie zaś musi królstrzec straszliwej swej tajemnicy. W ten sposóbrola wytropienia jej przypada królewiczowi; procestropienia tego wypełnia treść tych pierwszychaktów, sprowadza widowisko w widowisku. Dalszyrozwój w dramacie będzie następnie polegał natym, że Hamlet, którego w podaniu powstrzymująna razie od działania zewnętrzne tylko motywy,znajduje tutaj hamulec w czynnikach wewnętrznych i że ostatecznie, dzięki kierunkowi swej duszy, zwróconemu ku tropieniu i demaskowaniu,stanie się wewnętrznie w ogóle do niczego nie zdolny.Z tego wypływa też różnica zakończenia: Amlethdokonywa zemsty i wraz z nią zdobywa koronę,Hamlet zaś ginie dzięki zaciętemu, gniewnemu zastanawianiu się i deklamowaniu na temat nędzyświata i niegodziwości ludzi, a przede wszystkimna temat samego siebie.

W dramacie dodany został jeden jeszcze godnyuwagi pierwiastek, którego nie ma w podaniu: stosunek do Norwegczyków. Choremu królewiczowiduńskiemu przeciwstawił poeta Norwegczyka Fortynbrasa, widocznie — jak na to niejednokrotniezwracano uwagę — dlatego, ażeby za pomocą przeciwieństwa tego rzucić światło na charakter Hamleta. Przy końcu dramatu zajmuje Fortynbrasmiejsce, na które z urodzenia powołany był Hamlet: zjawia się on jako człowiek, który dzięki naturze swojej godny jest objąć koronę; i umierającyHamlet głosuje na niego. Któż jest ten Norwegczyk?Widać to na pierwszy rzut oka: młody człowiekz silnymi popędami i rześką odwagą, który żyje,nie grzebiąc się w majaczeniach o wartości życia,który działa, gdy honor na szwank wystawiony,a nie wygłasza monologów na temat być czy niebyć; urodzony władca, który wierzy w siebiei dzięki temu i w innych wiarę tę wpaja. Idą przecież za nim jego wojownicy, „jak gdyby szli na łoże,a nie do grobu”; i oni nie troszczą się o wielkiproblemat bilansu rozkoszy czy wartości: nie wiedzą nawet, czy ten kawał ziemi, który zdobywaćprzychodzą, wystarczy dla nich wszystkich na mogiłę (IV. 5). Tak charakteryzuje go Hamlet, niebez pewnego siebie uśmiechu, ale co prawda i niebez wybuchu gniewnych obelg, rzucanych samemusobie. Tym samym charakteryzuje on równocześnie siebie jako świetny umysł, docierający do dnanicości i niegodziwości wszechrzeczy, zwłaszcza zaśczłowieka — najniewdzięczniejsze i najniebezpieczniejsze zadanie, którego mężczyzna podjąć się może.

4.

Spróbujmy teraz naukę, zawartą w dramacie —zawartą, oczywiście, w formie, w jakiej zawierają samo życie — ująć w formułę. Można ją wypowiedzieć słowami 13. rozdziału pierwszego listudo Koryntian, z którego już powyżej jeden zacytowaliśmy ustęp: „Choćbym mówił językamiludzkimi i anielskimi, choćbym miał proroctwoi wiedziałbym wszystkie tajemnice i wszelką umiejętność, a miłości bym nie miał, niczym nie jest”.Hamlet zna wszystkie tajemnice, posiada dar jasnowidzenia i proroctwa; posiadał przemawiania językami, a choć to nie są języki anielskie, toumie on przecież językami ludzkimi, patosem, dowcipem i rozumem mówić w sposób przedziwnieporywający o wszystkim. Ale to wszystko na nicsię nie przyda ani jemu, ani jego otoczeniu. Posiada on dar wyśledzenia i obnażania zła i wszelkiej podłości, umie bystrym godzić w nie słowem:i w subtelnie wymyślonej tragedii wprowadzać jena scenę; ale dar ten okazuje się do uchronieniaświata od zła zupełnie niezdatny. Przeciwnie, dlatego, który go posiada, niebezpieczną jest sztuką, ostatecznie gotuje ona mu ten sam upadek, co i złemu,które miał karać, a które umiał tylko podniecić i podrażnić. Aby uchronić się od zła, na to innych;potrzeba sił, trzeba na to męskiego gniewu, silnejwoli, szybkiej decyzji. Nie dojdzie z nim do ładuczłowiek, umiejący je tylko dowcipnie wyszydzać,patetycznie oskarżać, filozoficznie rozbierać; a ktoz pesymistyczną zagłębia się w niem wyobraźnią,tego ono zniszczy wewnętrznie.

Obok Hamleta istnieją jeszcze dwa dramatySzekspira, zajmujące się problematem zła, mianowicie „Tymon Ateńczyk” i „Król Lir”. Pokazująone, że jak zimny, przewidujący zmysł śledczy złaopanować nie umie, tak samo nie poradzi sobiez nim ślepa dobroduszność, przeciwnie wychowuje śród otoczenia niewdzięczność i niegodziwość.Dobrodziejstwo, nie kierowane mądrością, złe zasobą pociąga skutki. Z srogą pewnością nakreślonaw „Tymonie” niegodziwość pochlebczego pasożytnictwa, gromadzącego się około człowieka z otwartąręką, jest nieuniknionym skutkiem ślepoty tego człowieka, któremu się zdaje, że dawanie podarunkówi hojność wobec każdego jest szlachetnym i niezbędnym spożytkowaniem bogactwa, a co najmniejjedną z najniewinniejszych i najpiękniejszych rozkoszy, na jaką pozwolić sobie może człowiek bogaty. Jak gdyby Tymon mógł w ogóle czynić cośniebezpiecznego lub dla ludzi szkodliwego! Stawszysię wskutek „niewdzięczności” wrogiem ludzi, napomina on złodziei i ladacznice z otoczenia Alcybiadesa, ażeby wytrwali w procederze swoim naszkodę ludzkiego rodu. Miał on daleko bliższy środek pod ręką, aby się pomścić na ludziach: potrzebował tylko z znalezionym co dopiero skarbempowrócić do miasta, dawniejsze rozpocząć życie,znowu gromadzić dwór naokoło siebie i z „przyjaciół” — swoich zrobić pasożytów. Co prawda, Tymon nie wyleczył się jeszcze z złudy, jakoby byłdobroczyńcą a nie niszczycielem ludzkości i jakobymiał prawo domagania się od niej podzięki; jestto złuda, tak samo rozpowszechniona w dobie dzisiejszej, jak za czasów Tymona Ateńczyka Szekspira. I dzisiaj jeszcze robienie zbytków, „puszczanie pieniędzy pomiędzy ludzi”, dawanie napiwkówi wyświadczanie łask za chwalebną uchodzi zasługę i to nie tylko śród tych, którzy z otwartymirękami gromadzą się naokoło hojnego łaskodawcy.A prawdopodobnie i na przyszłość daremnie będzie Tymon Szekspirowski uczył, że świadczeniedobrodziejstw, w małym czy wielkim stylu, będziezawsze sprzyjało rozwojowi psich właściwości w naturze ludzkiej i że wreszcie „przyjaciela ludzi”,przerażonego ostatecznie widokiem wychowanychprzez siebie stworzeń, przemieni w „nieprzyjaciela”.Prawdopodobnie, dopóki istnieją ludzie, będą istniałytakże i dwory, bądź, że stwarzać je będą naokołosiebie władza i wielmożność, zaszczyty czy bogactwa, wpływ na potentata czy jakieś ciało ustawodawcze i łaskodawcze, albo jakiś organ opinii publicznej; a dopóki dwory będą istniały, działaćbędą według naturalnego prawa swej istoty; dzielnei szlachetne przymioty natury ludzkiej mniej tu sięrozwijają, aniżeli właściwości brzydkie i nikczemne:chciwość, zawiść, kłamstwo, pochlebstwo, służalstwo, złośliwość.

W sposób tak bezwzględny nikt zresztą przedtem ani potem „nie pokazał dworowi jego zwierciadła”, jak to uczynił Szekspir z królewskim dworem londyńskim. Czy też Francis Bacon, najsłynniejszy i najzręczniejszy z wszystkich pochlebcówi karierowiczów, widział kiedy Hamleta czy Leara,których autorstwo pragnie mu przypisać nowomodne nieuctwo?

Za pozytywne uzupełnienie utworów tychmożna uważać Burzę, ową dziwną sztukę fantastyczno-alegoryczną, którą Szekspir według wiarygodnej tradycji pożegnał się z sceną na zawsze.W osobie Prospera zlały się w jedno pierwotnadobroć serca i w drodze ciężkich prób zdobyta mądrość: posiada on w nich ową laskęczarodziejską, za pomocą której kieruje sercami jakpotokami; udaje mu się wychowanie szlachetnych,nawrócenie złych, poskromienie podłych; służą munawet siły przyrody, posłuszne czarodziejskiej jegolasce.

Na koniec słówko jeszcze w kwestii: jaki istniejezwiązek wewnętrzny pomiędzy Szekspirem a Hamletem? Czyż w poetyczną tę postać wcielił on samsiebie? Czyż ustami Hamleta wypowiada swój własny pogląd na świat i życie? Przypuszczano toniejednokrotnie. Szereg tragedii, w których przeważa ponura strona życia, Hamleta, Otella, Leara,Koriolana, Tymona, stojących i pod względem czasuw bliskim związku z sobą, uważano za świadectwoponurego albo przynajmniej chwilowo zasępionegonastroju i poglądu życiowego Szekspira i źródłatego szukano w osobistych doświadczeniach poety.Tak np. w studiach o Szekspirze mówi Ruemelino pesymistycznym kierunku angielskiego poetyi przeciwstawia go pogodnym, optymistycznym poglądom Goethego. W wielkim i bogatym dzieleo Szekspirze, usiłującym na każdym kroku pokazać poetę w jego utworach, wysnuwa JerzyBrandes charakter tragedii z czasów Hamletaz chwilowego zasępienia duszy ich twórcy. Przytacza on pełno szczegółów z publicznego i prywatnego życia poety, objaśniających przewrót, jakinastąpił w czasie pomiędzy Hamletem a poprzedzającymi go komediami Jak wam się podoba,Co chcecie (Noc trzech króli); przede wszystkim przytacza sonety i tłumaczy je bolesnymidoświadczeniami poety na polu miłości kobieceji przyjaźni w świecie pańskim, z którym zawarłstosunki, ale do którego, jako wzgardzony aktor,należeć nie mógł. Po chorobie nastąpiła wedługniego w ostatnich latach życia rekonwalescencja;z ostatnich utworów przemawia do nas dusza pojednana ze światem, łagodne mająca znowu współczucie dla wszystkiego, co ludzkie.

Jest to oczywiście zapatrywanie słuszne, że takie utwory, jak wielkie tragedie Szekspira, są rezonansem osobistych nastrojów życiowych poety;wytwory samej wyobraźni, przenoszącej się w stosunki wymyślone, nie wydobędą takiej potęgi przekonywającej rzeczywistości. Z faktu, że pierwiastkiokropności, straszliwości, niegodziwości i zła tylezajmują w nich miejsca, usprawiedliwiony trzebabędzie wyciągnąć wniosek, że zjawiska te nasuwały się poecie i wdrażały się w jego duszę z całąmocą, bądź to wkraczając w jego własne życie,bądź też, że je widział w życiu innych i przeżywałje razem z nimi z potęgą wczuwania się w nie,która stanowi poetę. U Goethego daremnie szukaćbędziemy postaci, czynów i losów, które Szekspirprzedstawia w Hamlecie, Learze, Otellu; u twórcyniemieckiego nie ma zupełnie wirtuozów zła, aniteż owych ludzi niezłomnych z niesłychanymi namiętnościami i brutalnym sumieniem, a tym samymnie ma też i niesłychanych cierpień.

Poezja Goethego odzwierciedla jego życie, którenie zaznało ani wielkiej, namiętnej walki, ani teżgwałtownych, srogich cierpień — nie zaznało ichw tym stopniu, w jakim nie mogły one w otoczeniu życiowym Szekspira oszczędzać człowieka,w świecie tym żyjącego: zestawmy tylko świat polityczny na dworze królowej Elżbiety, obracającejsię wśród ciągłych walk i katastrof, w którychzawsze szło o głowę, z spokojnym, sielankowymżyciem na dworze weimarskim.

Trzeba więc będzie z całą przypuścić słusznością, że pierwiastek zła i okropności wywierał naduszę Szekspira wrażenie daleko głębsze, aniżelina Goethego. Natomiast nie mogę się przekonać,ażeby wrażenie to w jakimkolwiek bądź czasie złamało go wewnętrznie. Nie mogę uwierzyć, ażebytragedie owe były wyrazem duszy zgorzkniałej,która zwątpiła o świecie i ludziach; nie wierzę też,że monologi Hamleta, pełne rozpaczliwego nastroju,były sądem poety o życiu. Odczuwał on niewątpliwie niezmierny ciężar życia, ale nigdy się pod nimnie złamał. Utworami, na które pod tym względemlubimy się powoływać, są Hamlet i TymonAteńczyk. Dwie te postaci ucieleśniają w sobienienawiść ludzi, pogardę i wstręt do życia. Alew obu tych utworach uczucia te nie są normalnym zalecaniem lekceważenia życia i ludzi. Dziejesię to u Schopenhauera i Leopardiego, lecz nieu Szekspira, przedstawiającego je jako chorobęduchowo-moralną, która śród pewnych okoliczności u pewnych zjawia się natur. Wierny aż dosrogości w kreśleniu tej choroby, nie nadaje onjej absolutnie pozoru wyższej mądrości życiowej.Prawda, królewicz ten jest umysłem wyższymi wielce interesującym; daje on też folgę skłonności swojej do refleksji „weltschmerzowych”, pesymistycznego lżenia i osobistego obnażania poszczególnych natur z taką dozą sprytu i dowcipu, żesłowa z ust jego z wielkim łowimy zaciekawieniem; według zdania Goethego jesteśmy w ogóleskłonni do zbyt pochopnego słuchania lżeń i obmów:

„Chętnie rozumne przyjmujemy słowa,

Lecz bardziej jeszcze nęci nas obmowa”.

Przeważna część ludzi posiada żyłę mefistofelesowską. Być może nie bez słuszności twierdziTurgeniew, że wszyscy podziwiamy Hamleta i zaprzyjemne uważamy pochlebstwo, jeżeli nas z nimporównają, podczas kiedy nazwanie nas Don Kichotem bynajmniej nam nie schlebia; wszakże dotychczas jeszcze większą czujemy przyjemność, jeżeli w nas widzą rozumnych aniżeli dobrych. Aleniemniej ma on słuszność, dodając, że nikt Hamleta nie może kochać, ponieważ on sam nikogokochać nie może. Nikogo też dramat Szekspira nieskłoni do logo, ażeby życie bez miłości, choćbynajświetniejszego pełne ducha i dowcipu i najsubtelniejszym obdarzone węchem na słabości ludzkie,uważać za szczęśliwe i godne pożądania. W sposóbwyraźny, zbliżający się do zamierzonego planu,a tym samym do granicy tego, co ze stanowiskaartyzmu jest dozwolone, przeciwstawia on Hamletowi postać Fortynbrasa, jakkolwiek dla bieguakcji nie ma ona żadnego znaczenia i jakkolwiekpoeta jej nie rozwinął, a stworzył ją tylko jakoprzyczynek, służący do przedstawienia pierwiastkuzdrowia pierwiastkowi choroby; sam przecież umierający Hamlet musi przy końcu, niemal znowu wypadając z roli, wskazać nań, jako na człowieka,mającego podjąć i wykonać zadanie, którego onwypełnić nie zdołał. A i na to trzeba zwrócićuwagę: Szekspir przedstawia nam w ten sposóbpanowanie Klaudiusza wyraźnie jako epizod w dziejach Duńczyków; panowanie to poprzedziły rządystarego Hamleta, a teraz ustępuje ono miejsca Fortynbrasowi. Z tego punktu widzenia dramat naszprzedstawia nam fakt, że królestwo zła jest niemożliwe i że niszczy ono samo siebie.

Czy Szekspir miał w sobie skłonność do pesymistyczno-mefistofelesowskiego pojmowania sprawludzkich? Można by dać temu wiarę; przy przenikliwej bystrości i pewności wzroku dla spraw ludzkich pojmowanie takie rodzi się bez trudu. Uprzytomnijmy sobie tylko długi szereg owych ról błazeńskich, które stworzył; każdy z tych błaznów towirtuoz w odkrywaniu ludzkich słabości i przywar.Może być, że przede wszystkim to właśnie pociągnęło go ku postaci Hamleta; była mu ona zapewneznaną dawno przed napisaniem dramatu, nadałprzecież synowi swemu imię Hamleta: królewicz,na bujnym, zbrodniczym, obłudnym dworze grający rolę obłąkańca i nadający sobie przywilejbłazna mówienia prawdy — jakież z tego wynikają sytuacje, co za rzeczy można mu wówczaswkładać w usta!

A teraz rozważmy, jaki zwrot nadał poeta tejsprawie. Skłonności Hamleta do odsłaniania obłudyi do mówienia złośliwości nieograniczoną daje folgę;ale równocześnie wskutek tego właśnie gotuje muwewnętrzny i zewnętrzny upadek. Możemy więcteraz powiedzieć, że jeśli Szekspir miał w sobietego rodzaju skłonność, to byłby ją w poemacieumieścił niejako poza sobą i w ten sposób byłbysię od niej wyzwolił. Tak jak Goethe niektórestrony swej duszy w poezji swej obiektywizowałi wewnętrzną wobec nich zyskiwał wolność, taksamo byłby i Szekspir w Hamlecie ową stronę swejduszy zobiektywizował i własną duszę od niej wyzwolił. Wiara w sprawiedliwy i boski porządekrzeczy jest i tutaj ostateczną konsekwencją. Hamlet, człowiek bez siły, wiary i miłości, śledzący i wykrywający zbrodnię nie na to, aby ją karać i przezkarę uzdrowić i powalić tych, którzy ją spełniają,ale aby moralizować na jej temat, aby lżyć i ćwiczyć na niej patetyczną swą wymowę i satyrycznydowcip, ginie razem z pokoleniem, któremu zdzieramaskę z twarzy.

Zdanie, które Goethe wpisał do pamiętnika młodego Schopenhauera:

„Ku czemu dążyć mają nasze lata?

Aby świat poznać i nie deptać świata —”

mogłoby także służyć jako hasło dla dzieł Szekspira, a przede wszystkim dla Hamleta.

5.

Takie jest moje zdanie o charakterze Hamletai o znaczeniu dramatu. Przedstawiłem je, zda misię, tak wyraźnie, że zrozumie je każdy, kto mutrochę poświęci uwagi.

Natomiast nie żywię bynajmniej nadziei, że zdanie to się upowszechni. Dopóki Hamleta czytać będąi wyjaśniać, dopóty będą go sobie także rozmaiciepojmowali. A czyż komentatorowie Hamleta będąwzajemnie uważali siebie za głupców? Sądzę, żejest prawdopodobne, zwłaszcza w Niemczech, jakkolwiek nie jest to wcale koniecznym, ażeby ludzie,mający o pewnej rzeczy odmienne przekonanie,uważali się wzajemnie za głupców i wypowiadalito publicznie.

Wynika to jednak z natury rzeczy, że taka postać, jak Hamlet, rozmaite wywołuje tłumaczenia.Jeżeli nie było znakomitszej osobistości historycznej,co do której sąd byłby jednolity (przypomnijmysobie tylko Lutra lub Fryderyka Wielkiego), taksamo i każda wielka postać poetycka, rzeczywistym obdarzona życiem, rozmaicie będzie pojmowana. Wszystko, co żyje, ma w sobie pierwiasteknieskończoności. Każdy badacz otrzymuje od niejspecjalne wrażenia, na które składają się takżestanowisko, własne myśli i uczucia. Każdy też wieknapełnia postać wielkiego utworu swoimi własnyminastrojami i myślami, tak że w ten sposób postacite żyją również jego życiem. Zagadki Hamleta nierozwiążemy nigdy w tym sensie, ażeby o Hamlecie nie można już było powiedzieć nic nowego —powiedziałbym prawie, że mam nadzieję, iż tonigdy nie nastąpi. „Gdyby kiedykolwiek przestanosię zajmować wyjaśnianiem Hamleta, wówczasSzekspir dla nas by umarł”; tymi słowami poprzedził A. Brandl ogłoszenie wspomnianych powyżejodczytów Vischera.

I dlatego też właśnie najmniejszej nie czuję potrzeby zbijania obcych sądów albo nawet pomnażania niezmiernego balastu nieomylnych przywidzeń i złego humoru, nagromadzonego w literaturze hamletowskiej. Usiłowałem tylko pokazać Hamleta w świetle, w jakim on mi się przedstawia;przy czym naturalnie położyłem główny nacisk nato, co według mego zdania zbyt dotychczas lekceważono, mam na myśli skłonność Hamleta do śledzenia za pomocą bystrej wyobraźni pierwiastkówbrzydoty, podłości, nikczemności, zła i okropności,do wyciągania tych pierwiastków spod powłokipięknych pozorów i do ostrzenia na nich patetycznej wymowy i gorzkiego dowcipu. Nie mamzamiaru sprzeczać się z ludźmi, którzy rysu tegonie widzą, dla których Hamlet jest człowiekiemszlachetnym, subtelnie czującym i bardzo sumiennym, albo rozważnym i rozsądnie myślącym, albodo marzycielskich skłonny zaciekań, albo leniwymi flegmatycznym, albo melancholijnym neurastenikiem, albo genialnym idealistą: ludzie ci znajdąi w mojej rozprawie niejeden punkt wyjścia dlasiebie: w każdym przecie człowieku istnieją wszystkie cztery temperamenty i do tego kilka innych.Usiłowałem tylko zwrócić uwagę czytelnika na punkt,który wydaje mi się jądrem charakteru, przynajmniej tak, jak się ujawnia w dramacie, bez względuna to, jakim był przedtem. Nie mogę zmusić nikogo, aby go widział lub słyszał. Sądzę jednak, żekto nie ma ucha dla tego przeraźliwego, gorzkiego,szyderczego, gniewnego śmiechu, rozbrzmiewającego w całym ciągu dramatu, od zanotowaniastryja na tabliczce aż do rozmowy z grabarzamii czaszkami byłych radców i adwokatów, temu dozrozumienia Hamleta bardzo ważnego brakuje przyczynka.

Będzie to może dla mojego Hamleta z korzyścią, że staje on teraz przed oczami czytelnikaw towarzystwie Schopenhauera. Zdaje mi się, żepodobieństwu obu tych osobistości zaprzeczyć niemożna. Obok jednakowego uzdolnienia intelektualnego, obok bystrego, intuitywnego rozumu, żywej,ruchliwej wyobraźni, posiadają także jednakowebraki i niedobory na punkcie woli, posępność, podejrzliwość, skłonność do widzenia rzeczy na czarno,niezdecydowanie. Gdyby losy postawiły były młodego Schopenhauera w podobnych stosunkach, jakHamleta, postępowanie jego nie różniłoby się odpostępowania Hamleta: zamiast z całą działać stanowczością, byłby był tak samo śledził i obnażałzło; i on byłby był rzucał obelgi, drwił i prawił złośliwości i prawdopodobnie od czasu do czasu dawałby się w przystępie chwilowych wzburzeń porywać do czynów gwałtownych, dopóki by nie padłofiarą przewagi rozważnej niegodziwości. Schopenhauer na tak twardą próbę nie był wystawiony;losy były mu życzliwsze; pozwoliły mu z wiru światausunąć się do frankfurckiej celi filozofa i żyć tutajwyłącznie w kole swych myśli. Gdyby lak łatwobyło poszło Hamletowi, gdyby się był nie urodziłkrólewiczem, gdyby się był schronił do pustelnii tutaj mógł się oddawać swym myślom i fantazjom, życie jego byłoby się mogło ukształtowaćcałkiem znośnie. Po jednej lub drugiej daremnejpróbie ułożenia się ze światem, byłby się był i on,podobnie jak Schopenhauer, zdecydował, aby życiepoświęcić kontemplacyjnemu badaniu życia. Możemy dodać, że wyniki tych badań nie byłyby zbytmiłe i przyjemne; i on byłby był wszystkie swojerozczarowania i oburzenia ujął w system i wedługtego systemu badałby znowu i tłumaczył życie.I on byłby może literackiej pragnął sławy, a niezaznawszy jej, mściłby się na szczęśliwszych współzawodnikach z nie mniejszą zapalczywością i niemniejszym zadowoleniem, niż to Schopenhauer czynił z Heglem i profesorami filozofii.

Losy biednego Hamleta mniej były szczęśliwe;syn królewski, rzucony w świat mordów i okropności, musiał przyjąć wezwanie do straszliwej walki.Stoczył ją środkami, danymi mu przez naturę,udawaniem i aktorskimi sztuczkami w demaskowaniu, inwektywami dowcipnymi i patetycznymi.Ale w tym twardym świecie realnym środki te niewystarczyły. Słowa ranią wprawdzie, lecz nie zabijają. Pada więc Hamlet jako tragiczna ofiara losów, które narzuciły mu rolę, do jakiej nie byłstworzony.

Mefistofeles

Die boesen giftigen Zungen moegen recht heissenTeufelskinder, wie auch er, dor Teufel (diabolus), nichtsanderes heisst, denn ein bitter, giftig und boes Maul.

Luther.

1.

Charakter Mefistofelesa chcąc wyrazić formułą,można by powiedzieć: rdzeniem jego najwewnętrzniejszym jest rozkosz w tym, co podłe, albo, w pojęciu negatywnym, zupełna odporność na wszystko,co czyste, wzniosłe i szlachetne. Dobrze mu jestz tym, co podłe, wszystko też spycha do poziomupodłości; za pomocą zjadliwego dowcipu lub szyderczego grymasu nadaje wszelkim sprawom znaczenie czegoś podłego, za pomocą rozmaitych mamideł i kłamstw sprowadza ludzi na drogę podłości.Jest podły, widzi podle, czyni podle. Wykażętrzy te szczegóły jeden po drugim.

Nasamprzód jest podły i dobrze mu jest z tym,co podle. Trzy sceny pierwszej części pokazują gonam w tym żywiole: piwnica Auerbacha, kuchniaczarownic, noc walpurgowa.

Pierwszą swą wycieczkę z pozyskanym świeżotowarzyszem kieruje do knajpy. Panuje tutaj podłość w postaci najpowszedniejszej, podłość życiaopilców, upływającego w zmysłowej rozkoszy. Bezpracy, bez celów, bez myśli uchodzi studentomdzień boży, którzy w pustej monotonii stępiałegożycia knajpiarskiego opłacają nikłe koszta zabawytymi samymi ubogimi lub świńskimi dowcipami,odkorkowywaniem beczek i śpiewem okrężnym. Nieprzyczynia to bynajmniej sławy uniwersytetom niemieckim, że życie ich studentów posłużyło za wzórdla namalowanego z przeraźliwą wiernością obrazu.Gdy Faust trzyma się z dala (w poemacie skończonym; w opracowaniu pierwszym, w tak zwanym,,Fauście pierwotnym” czynniejszą odgrywa rolę,zwłaszcza tam, gdzie według wskazówek podaniao Fauście rozpoczyna działać czar wina), Mefistofeles od razu miesza się do towarzystwa. Czuje siętutaj zupełnie jak u siebie, władnie tutaj duch jegoducha, jakkolwiek duchowi Mefistofelesa ustępujew szyderstwie i złośliwości. Piosnka, którą śpiewana żądanie, piosnka „o wielkiej pchle», którą królchowa w spodnie i robi z niej ministra, tak utrafiaw ton towarzystwa, że przyjęto ją rozpasanym rykiem aplauzu. Kiedy podochocenie doszło pod wpływem ognistego trunku do zenitu:

„Tak nam kanibalicznie błogo,

jakby pięciuset świniom”,

wówczas Faust odwraca się z obrzydzeniem od tejzabawy: „Miałbym ochotę odjechać”. Mefistofel zatrzymuje go jednak na nowe krotochwilne widowisko: „Teraz dopiero pokaże się nader wspanialecała bestialność”. Z głębokim zadowoleniem przygląda się ostatnim skutkom opilstwa, przechodzącego w stan maniacki.

W następującej bezpośrednio potem kuchniczarownic podłość w nowej przejawia się nampostaci: w postaci brzydoty, maszkary, zabobonu,absurdu, będących w najściślejszym z nieczystościązwiązku. W życiu i języku rzezimieszków i łotrów,jak je nam przedstawił Avé-Lallemant, dwa te żywioły, ściśle z sobą złączone, pierwszorzędną odgrywają rolę; zabobon i rozpusta w każdej postaci są tujak u siebie w domu. I tutaj trzyma się Faust z daleka: „Te czarnoksięskie sztuki wstręt mi sprawiają”. Mefistofel natomiast oddycha znowu tympowietrzem z całą rozkoszą; pokazuje przyjacielowikoty morskie, „delikatne te zwierzęta”; z starą czarownicą czuły utrzymuje stosunek, żegna ją zapowiedzią schadzki w noc walpurgową. Za to Helenaniezupełnie mu się podoba; „ładna jest, to prawda”,wyznaje, gdy się zjawiła, „ale nie odpowiada memugustowi” (6480). Nie przypada mu do smaku nagapiękność starożytnego świata — „lubię co niecorozbierać” — tak samo nie do smaku mu czystapiękność aniołów. Zbywa im na jednym i tym samym, na pierwiastku lubieżnej rozpusty, wypełniającej atmosferę kuchni czarownic i Łysej góry. Aletak samo jak brzydota i rozwiązłość, jest mu teżsympatycznym wszelki absurd; dużo strawił czasunad książką, w której czarownica dziwaczne czytaabecadło: „taki właśnie dyskurs” — powiada doniechętnie słuchającego przyjaciela — „lubię najbardziej”.

Wreszcie w nocy walpurgowej, na Łysej górze, kawaler Voland w swoim jest żywiole;znajdujemy się w samym środku królestwa piekieł,które tutaj na przyjęciu dworskim w całej przedstawia się gali. Pierwiastek podłości zjawia siętutaj w postaci rozpustnej brzydoty. Kulminacyjnypunkt wszystkiego tworzy tutaj scena, co do którejmamy tylko w Paralipomenach kilka szczegółów.Jego piekielna mość (Mefistofel jest diabłem podrzędnym) raczy siedzieć na tronie i przyjmowaćobjawy hołdu, mające odpowiednik tylko w pantoflu papieża, objawy z odwrotną stroną ich przyjemności. Jest to orgia podłoty, na jaką nie zdobyła się żadna literatura; i Goethe nie miał odwagi ją drukować. Zresztą scena ta została widocznie pomyślaną jako pendent do początkoweji końcowej sceny Fausta: tutaj królestwo niebieskie — sama czystość, jasność, harmonia, spokój, miłość, bogobojność; tam, w przeciwległymwładztwie szatana, chaos, wrzask, ciemność, brud,smród, kłótnia, kłamstwo, obłuda, bezczelność, rozwiązłość, krwawym oblana światłem piekielnegoognia.

W scenach tych przeciwstawił poeta to, co dlaumysłu ludzkiego najwyższym jest i najniższym.

W ten sposób, za pomocą przeciwstawienia, określoną została cała moralna istota Mefistofelesa.Rozkosz mu sprawia wszystko, co brzydkie, bezwstydne, ohydne; natomiast doznaje bólu na widokwszystkiego, co piękne jest i czyste, jasne i dobroczynne, wszystko, co z niebieskiego pochodzikrólestwa, a więc jasna światłość niebieska,

„Ta dumna światłość, co berłem swej mocy

Odbiera władzę daną matce nocy;”

a więc śpiew zastępów niebieskich przy końcu drugiej części:

„Zgrzyty ja słyszę, ohydne pobrzęki,

Z góry płynące w dzień niepożądany”.

A więc nareszcie światło duchowe, rozsądek, gdytymczasem całkowicie odpowiada jego naturzekłamstwo, pozór i mamidło. Największą dla niegorozkoszą, gdy może człowieka spowodować do posługiwania się rozsądkiem w tym jedynie celu, aby,,stał się większym zwierzęciem, niż wszelkie zwierzę”. A jak chaos w przyrodzie, góra Brocken podczas naporu burzy, tak samo raduje go chaotycznybezład w świecie ludzkim: ujadania i kłótnie, drapanie i gryzienie, które słyszymy w kuchni czarownic, to muzyka dla jego uszu.

Ta wola, ta żądza podłości, idzie w parze z bystrym, przenikliwym rozumem. Zwraca on przeszywający wzrok przede wszystkim na ludzi i nasprawy ludzkie, podczas gdy całkiem obojętny jestdla przyrody, w której Faust tak rad się zatapia.Z żywym zawsze węchem szuka on w istocie ludzkiej pokrewnej sobie strony, szuka samolubstwai rozpusty, kłamstwa i pozoru. Z złośliwą rozkosząwydobywa on spod ukrycia pięknego pozoru to,co w jego oczach prawdziwą jest ludzką naturą.Tak zwane idee, prawda, dobro i piękno, nie sąniczym więcej, jak tylko liśćmi figowymi, którymimężczyźni i kobiety okrywają się wzajemnie, przeddrugimi i sobą.

Posiada niewątpliwie bystrość umysłu i dowcip,z ust jego nie wyjdzie słowo nie zaprawione dowcipem. Ale to umysł negatywny, niszczycielski, nie pozytywny i produktywny; nikt nie uprawiał z większąsiłą i sztuką intelektualnego unicestwiania rzeczy,jak Mefistofeles. A ponieważ w świecie ludzkimtyle jest nicości, lubiącej przybierać pozory czegoświelkiego i rzeczywistego, przeto wykonywanie tejsztuki obszerne znalazło tu pole. Trzeba przy tymjeszcze zauważyć, że wszystko to jest właściwieczynnością samoniszczycielską: chcąc budować swekrólestwo, powinien by Szatan pozór ten i kłamstwowszędzie utrzymywać, a nie dowcipnym burzyć jeodkryciem. Ale jak już zauważył Arystoteles, natura złego ma tę właściwość, że nigdy nie jest z sobąw zgodzie: dobro i prawda wewnętrzną posiadaharmonię, natomiast fałsz i zło zawsze jest z sobąw sprzeczności. I dlatego to diabeł, nie mogąc zaniechać odkrywania pozoru, musi służyć prawdzie.

To byłaby duchowa istota, osobistość Mefistofelesa. Dokładniejsze zajmowanie się kosmiczno-metafizyczną stroną jego bytu nie odpowiada chybanaszemu celowi. Zauważę tylko to: podstawę ogólnego pojęcia tworzy fantastyczne wyobrażenieświata, jakie sobie schyłek średniowiecza z biblijnych i greckich wytworzył źródeł: Wszechświat tow granice zamknięta kula, ziemia to środek, okołoktórego w sferach koncentrycznych obracają sięgwiazdy, a nad wszystkim świat niebieski. Każdagwiazda ma swojego ducha-wodza; tak samoi ziemia: duch ziemi to jedność wszystkich tworzących i poruszających ją sił, jedność w postacijakiejś uduchowionej istoty. Tak samo też każdaposzczególna istota ziemska posiada swą tworzącąi poruszającą duszę, dusza ludzka jest specjalnymprzypadkiem ogólnego uduchowienia wszystkichistot w przyrodzie. Oprócz tych duchów przyrodyistnieje także inny gatunek duchów, to jest czysteduchy bezcielesne. I to w dwojakiej postaci: duchyniebieskie (aniołowie) i duchy piekielne (diabły).I ci byli pierwotnie duchami dobrymi; odpadli jednakże od Boga i strąceni zostali w sfery ziemskie,gdzie czynni są jako demoniczne potęgi pokusyi zatraty, starając się przede wszystkim o to, bydusze ludzkie odwodzić od Boga.

Do tych duchów należy także Mefistofeles. W hierarchii ich, stworzonej na wzór hierarchii duchówniebieskich, pośrednie zajmuje stanowisko; uznajenad sobą wyższego władcę, szatana, tak jak sięnam w całej swej piekielnej wspaniałości przedstawia w środku swego państwa w nocy walpurgowej. Z drugiej strony ma pod sobą złe duchyi rozmaite duchy przyrody, posłuszne jego skinieniu. Wraz z całym zastępem diabelskim istota jegotkwi w atmosferycznym kole mgieł, otaczającymziemię; obok tego zaś właściwym miejscem tychduchów jest ogniste wnętrze ziemi (piekło). W kosmogonicznej rozmowie z Faustem (część II, akt IV)powiada Mefistofeles: „Po upadku strącił Pan złeduchy z świata jasnego do płomienistego wnętrzaziemi; w ścisku jednak i ciasnocie tyle diabli wydali ze siebie siarczanego smrodu i kwasu”, żepękła cienka skorupa ziemi i w ten sposób zastępy ich ,,z służalczo-gorącej mogiły w nadmiarswobody powietrznej się wzbiły”, jak o tym czytamy także w Biblii (Eph. 6. 12). Że zwykłym pobytem złych duchów jest atmosfera, wnioskujemyto przy pierwszym zaraz pojawieniu się Mefistofelesa; wracając do domu w wieczór owej niedzieliwielkanocnej przywołuje Faust „duchy z powietrza, żyjące i władnące pomiędzy niebem a ziemią”;toteż Waagner ostrzega:

„Nie wyzywajcie nazbyt znanej zgrai,

Przelewającej się we mglistym kole”.

Odtąd jest też jasnym dla nas, że Faust możepóźniej niejednokrotnie nazywać Mefistofelesa duchem podległym duchowi ziemi, że, co więcej, powiada, iż właśnie duch ziemi dał mu go za towarzysza. Duchowi ziemi podlegają wszystkie duchyprzyrody, a wraz z nimi także strącone w jegosferę złe duchy; w nim znajdują się zarazem potęgi twórcze, jak i siły niszczące.

Zły ten duch w kosmicznym ustroju podrzędnezajmujący stanowisko, niedający się porównaćz duchem ziemi lub duchami sfer niebieskich, a jużtym mniej z wielkim twórczym duchem świata,duch ten, stojący nawet poniżej ducha ludzkiego,ponieważ nie posiada jego sił produktywnych, moralno-duchowych, ma jednak pod każdym względem przewagę nad człowiekiem. Przede wszystkimwyłącznie będąc duchem, nie przywiązany jest dogranic cielesności; nie więzi go czas ani przestrzeń,ma też władzę nad pośledniejszymi siłami przyrody, zwłaszcza nad upiorami i wstrętnymi istotami wszelkiego gatunku, nad szczurami, myszami,robactwem, nad duchami elementarnymi. Tak więcjest on dla człowieka pożytecznym sługą niskichjego pożądań. W tym celu posiada cenny też przymiot: umie do woli wywoływać złudy i mamidła,siłą, którą okazuje przede wszystkim w dworskimświecie części drugiej. Na dworze czuje się onw ogóle à son aise, prawdopodobnie dlatego, ponieważ wdzięczne znajduje tu pole dla przeróżnychswoich sztuk, zwłaszcza dla sztuki tumanieniai oślepiania ludzi. Na uwagę zasługuje i to, że,według własnego wyznania, umie sobie bardzodobrze radzić z policją; a więc i tutaj, zdaje się,nie znajdziemy królestwa prawdy i sprawiedliwości.

Po przedstawieniu istoty Mefistofelesa przedstawię udział jego w poemacie. Polega on na tym,że w rzeczach widzi swą własną istotę i że istotęswą w rzeczy te wprowadza.

Nasamprzód widzi w świecie swoją własną podłość, przede wszystkim w świecie ludzkim. Niewierzy w dobro; wszystko co dobre i szlachetne,wszelka wielkość i wzniosłość jest dla niego błyskotliwym tylko pozorem, rzeczywistością jest podłość, ukrywająca się pod tym blichtrem. Samolubstwo i chęć użycia to panujące popędy człowieka,chciwość i lubieżność to najgłówniejsze ich formy.Wypowiada to sam szatan w mowie tronowej, stanowiącej kulminacyjny punkt wzmiankowanej jużsceny na Blocksbergu; w wierszach zaledwie zaznaczonych i paralipomenach czytamy: złoto i lubieżność to dwa najpożądańsze dobra, pan tegokrólestwa rozdziela je pomiędzy swoich. To objawienie szatana, ta niejako ewangelia królestwa piekielnego, to misterium magnum iniquitatis, stanowitakże tekst wszystkich uwag Mefistofelesa nad życiem człowieka. Z niewyczerpaną, nieznużoną bystrością umie on owe rzeczy przedstawić jako właściwe, rzeczywiste cele wszelkich dążeń ludzkich.Z szyderczym chichotem zdziera on zasłonę, którączłowiek zakrywa istotę swoją przed sobą i przedinnymi; zdziera wstydliwość, poświęcenie, miłość;złośliwym dowcipem rozświetlać mgły wysokichimaginacji, którymi człowiek osłania swą zwierzęcość, to największa dlań rozkosz.

W miłości przenikają się najgłębiej duchowei zmyslowo-zwierzęce strony natury ludzkiej, tuwłaśnie stykają się pierwiastki najwznioślejsze i najniższe. Mefistofeles jedną tylko uznaje stronę, myślii mówi o miłości jako krańcowy „realista”: Miłośćjest to samo, co i u psów. Samo „bzdurstwo imaginacji” zmierza ku temu, służy po to, ażeby,z najrozmaitszego gatunku maskaradami, ulepići oporządzić lalkę, w czym Włosi od dawna bylimistrzami. Gdy dla niemieckiego doktora zaczynamiłość przybierać cechy nazbyt spirytualistyczno-metafizyczne, potrafi Mefistofeles swoimi kuglarstwami rozbudzać w nim zmysłowość i cieszy sięmyślą o końcu, w co się wysokie te intuicje ostatecznie obrócą.

W związku z poglądem na miłość stoi takżejego sąd o kobietach. Nastrojony on jest na tonSchopenhauera: piękne czy brzydkie, młode czystare — cała ich istota do jednego zwraca siępunktu. Pani Marta to typ skończony, dalszych rysów dostarczają czarownice w nocy walpurgowej.Pokrewne jego istocie są zwłaszcza dzięki rozlicznym sztukom, za pomocą których „ umieją oddzielaćpozór od rzeczywistości” (10715). Wiersze z spotkania z Lamiami przypominają wyrazy, które rozczarowany Hamlet mówi do Ofelii:

„Wiemy, że licha z gruntu jest ta zgraja;

Jak się kryguje! jak się w róż przystraja!

Zdrowego słowa powie ci niewiele,

Gdzie się jej dotkniesz, same-li piszczele:

Wiemy to dobrze, widzimy na oczy,

A niech no zagra, człek się w tan potoczy!...”

Przeciwieństwo z tym Mefistofelesowskim poniżeniem kobiety stanowi hymn „o wiecznej kobiecie”, którym się kończy poemat: kobieta boskienarzędzie Odkupienia. Dziewica-matka, podniesionado godności królowej niebios, ciągnie Fausta kusferom wyższym; miłość do Małgosi okazuje sięostatecznie tą spójnią mistyczną, łączącą go z światem wyższym.

Cynizmom Mefistofelesa na temat miłości towarzyszą sarkastyczne uwagi o religii. Religiato wynalazek klechów, ażeby uzyskać władzę nadsumieniem i kieszenią wiernych. Umieją ich też cenić i korzystać z nich kobiety, i dlatego też, łączącsię z klechami, tak się wszędzie trzymają religii;myślą, jak Mefisto, objaśniający troskę Małgosio wiarę swego Henryka: korzy się, to juścić idziew nasze ślady. — Przed Panem Bogiem korzy sięi Mefistofel, ale poza jego plecami drwi sobie z staruszka, jak, dajmy na to, pokpiwa sobie błazenz króla, któremu służyć musi, a ponad któregoczuje się wyższym. Przede wszystkim z gruntu znaludzi, podczas kiedy „staruszek” w swojej dobrotliwości pozwala się im tumanić i, Bóg wie, czegojeszcze po nich się spodziewa.

Niemniej umie on także zbywać drwinkami popęd poznania i dążenie do prawdy: uwielbianawiedza jest wynikiem próżności; treścią jej pozóri pusta gadanina. W owej scenie z uczniem, gdzie,ubrawszy się w odzienie Fausta, udaje docenta,umie on o każdym fakultecie niejedno silnewypowiedzieć słowo, zupełnie zresztą w myśl Fausta, znajdującego się w rozterce z wiedzą szkolarską, a pod pewnym względem i po myśli młodegoGoethego, który życiem akademickim bynajmniejsię nie zachwycał. Wyszydza bezowocność logiki,pustość metafizyki, która na wszystko, co nie dasię pomieścić w mózgu ludzkim, wyborne znajdujesłowo; urąga nędzy nauki o prawie, gdzie ustawyi prawa czasów przeszłych ciągną się na kształtprzewlekłej choroby; wydrwiwa teologię, gdzie ludzie się uczą przysięgać na słowa mistyka, abyw ten sposób wejść do świątyni pewności; a wreszcie kpi sobie z medycyny: cała jej sztuka polegawłaściwie na tym, że, zbyt wiele nie chodząc w kółkopod względem naukowym, wkradamy się z jakotako pokaźną powierzchownością i z sprytem złodziejskim w łaski kobiet; wówczas skończonymjest się człowiekiem. Co Schopenhauer o filozofiina uniwersytetach, to Mefistofeles o wszelkiej mówinauce: szarlataneria i hokus-pokus, celem nieprawda, lecz nasycenie głodu i próżności. Uwagigodnym jest zresztą i to, że sam w duchu swoimmyśli co do tego punktu nieco inaczej, obawia siętego, co przedrwiwa; właśnie przed tą sceną, zaraz po wyjściu Fausta, mówi za jego plecami:

„Gardź tylko, bracie, wiedzą i rozsądkiem,

Tym siły ludzkiej najwspanialszym wątkiem,

A ja od razu chwycę cię w swe sidła!”

Zna on swojego wroga, prawdę; dlatego właśnieprzedstawia ją młodemu człowiekowi jako niemożliwość, wszelkie dążenie ku niej jako płonność.Ale patrząc na rzeczy, jak patrzą inni, możemyz wiedzy swojej mieć korzyści i nazwisko.

Ogółem — tak brzmi jego filozofia — życie jestnikłe i nędzne. Mamidłem i tumanieniem siebie samego są wszystkie te wzniosłe uczucia i myśligórne, którymi filozofowie i poeci przyozdabiają tożycie. Nie ma nic wielkiego i trwałego; vanitas, vanitatum vanitas oto stosowny napis dla rozdziałuhistorii przyrody: człowiek, dla rozdziału, którypróżność człowieka nazwała dziejami świata. Alboczy wreszcie liczysz na sławę pośmiertną?Stojący nad grobem Faust pochlebia sobie, żewieczny będzie wywierał wpływ i że wieczna pozostanie po nim pamięć:

„Ślad dni moich ziemskich

Nie może zaginąć w eonach”.

Mefistofeles wie to lepiej: Twoje tamy, twojenasypy, które ci tyle sprawiają zadowolenia, gotują tylko ucztę diabłu morskiemu, Neptunowi;

„Żywioły sprzęgły się z nami,

A ostatecznym końcem jest zniszczenie”.

A sława pośmiertna? Paralipomenon do drugiej części powiada, czym właściwie jest ta sława:

„Po krótkim wrzasku Fama się ucisza;

Los bohatera jeden i hołysza.

Największy władca gdy umrze, w tę chwilę

Lada pies idzie sz... ać mu na mogile”.

A więc: wszystko przemija! — głupie to słowoi ostatnie; — oto jak Mefistofeles peroruje przyzwłokach Fausta:

„Wszystko przemija i wszystko jest niczym!

Po co się trudzić? po co działać? tworzyć?

Na to, by twór się mógł do grobu złożyć!

Wszystko przemija! cóż stąd za morały?

Byty, tak dobrze jakby nie istniały.

Przecież, by żywe, wciąż się kręcą w kole.

Ja-ć w zamian tego wieczną pustkę wolę”.

Albo czy wierzy w nieśmiertelność? Tak,nieśmiertelność! W „wstrętnego robaka” przemienia się duszyczka z chwilą, gdy diabły przyśmierci oskubały jej skrzydła (idee, wszelkie imaginacje); widmem, błędnym ognikiem może sobiewówczas w ciemnej uganiać pustce. —

Tak więc gryzącym jadem szyderczego dowcipuoblewa Mefisto wszystko, co jest. Posiada niewątpliwie ducha, ale duch to negatywny, niszczycielski,nie pozytywny, twórczy, budujący, To, co w językufrancuskim nazywa się esprit, w najwyższym możnado niego zastosować stopniu; ale brak mu tego, cowięcej jest niż esprit, brak mu duszy, zbywa muna sile tworzenia, wiary, czci, miłości. Zimnyi czelny, bez najmniejsze] zdolności do zapału, przechodzi nad wszystkim do porządku, umie za pomocą gotowego dowcipu ściągać w błoto wszystko,co piękne i dobre; „parodia płodu, ulepiona z kałui ognia”, jak go w jednym miejscu nazywa Faust,oburzony na bluźniercze jego wyrazy, rzucone Małgosi i jej wierze. A w owej scenie w lesie i jaskini wznosi krzyk do górnego ducha, który musię zjawia jako duch ziemi, krzyk, przepojony bólem z powodu towarzysza, który dla niego stał sięjuż niezbędnym,

„przede mną samym mnie poniża, słowa

jednego tchnieniem niwecząc Twe dary”.

Filozofia to sceptycznego nihilizmu, kwitnącaw sferze świata dworskiego, mająca powodzenieprzede wszystkim w towarzystwie światowców, zbankrutowanych fizycznie i moralnie: znają wszystko,wiedzą wszystko, mieli wszystko, użyli wszystkiego,spoglądali poza kulisy życia i cóż znaleźli? Mądrość starego, znużonego Salomona, króla światowców: wszystko jest próżność! Próżność szczęściei blask ziemski, próżność wszystko, co z taką pompąpodaje się za najważniejszą i najgodniejszą treśćżycia ludzkiego: po cóż się więc rozpalać i wzruszać? Zadowolnij się tym, co ci daje chwila i śmiejsię z ludzi, patrzących na świat poważnie. „Je necrois rien, je ne crains rien, je n'aime rien”, otohasło zbankrutowanego światowca, jest to takżehasłem Mefistofelesa, którego poeta nie na darmoprzybrał w maskę i strój światowca.

Słowom Mefistofelesa odpowiadają wreszcie jegoczyny: czyni podle. Dzieło jego na ziemi polegana tym, aby ludzi zniżyć do podłości jego własnegocharakteru i sposobu myślenia. Pod tym względemwykonywa on swą sztukę na dwóch osobach, naFauście, przedstawicielu męskiego pierwiastka natury ludzkiej, rozumu i woli; właśnie za pomocąjego wysokiego popędu do poznania i działaniausiłuje zaplątać go w swe sieci; i na Małgosi, przedstawicielce kobiecości, serca, duszy: Małgosię starasię on zniszczyć przez miłość.

Udaje mu się oboje doprowadzić do upadku.Fausta wtrąca we wszystkie grzechy śmiertelne.Dzięki przemożnemu, spekulatywnemu popędowiswej natury dał się Faust nakłonić nasamprzód dozwiązku z potęgami nadziemskimi, demonicznymi.Po daremnych próbach, ażeby za pomocą magicznych sztuczek wznieść się do świata duchów wyższych i wniknąć w tajemnicę bytu i życia, następuje gwałtowna depresja:

„Me wzloty zbyt były harde,

Do twego-li rzędu należę.

Duch wielki ma dla mnie pogardę,

Natura zamknęła mi dźwierze.

Porwana myśli mej przędza,

Wstręt mnie od wiedzy odpędza”.

Podczas tego nastroju rozczarowania, niechęćz powodu spełznięcia na niczym najwznioślejszychjego dążeń, wstrętu do tego, co posiadł, podczasnastroju, że jest opuszczony przez Boga, i rozpaczy nad sobą samym — „a w głębinach zmysłowości płomienne nasyćmy żądze” — podczas tegonastroju Fausta zjawia się Mefistofel w samą porę.I tutaj ma on radę gotową. Oszołomiwszy wprzódyFausta potężnym łykiem atmosfery rozpusty w kuchni czarownic, sprowadza go razem z Małgosią.Jako dobrze poinformowany ochmistrz, towarzysząc Faustowi, przebranemu już na światowca, dyryguje uwodzeniem; wbrew lepszej naturze Fausta,występującej na jaw przy zetknięciu się z niewinnością, umie on tak długo podszeptami swoimi rozbudzać w nim zmysłowość, aż nie dojdzie do czynu.On też kieruje szpadą swego ucznia przy pojedynku z bratem kochanki, on też wpraktykuje mudo ręki usypiający trunek dla matki. Ostatnimjego dziełem, które spełnił (przy końcu drugiejczęści) jako majordomus Fausta, wielkiego jużpana, to gwałt, zadany Filemonowi i Baucydzie.Popęd działania zbudził w Fauście żądzę władzyi posiadania, a żądza ta nie ma granic. Powróciwszy właśnie z zbójeckiej wyprawy na morze —,,wojna, handel i rozbój to trójjednia, której rozdzielić nie można” — usuwa Mefistofeles z polecenia Fausta spokojną parę starców, których małaposiadłość przeszkadza właścicielowi ogromnegowybrzeża, przy czym znakomity ten politicus tak sięurządza, że nie obejdzie się bez pożaru i mordu.Tak obarczony winą, schodzi Faust do otwartegogrobu — jako zdobycz diabła, według jego przekonania, potrzebuje on tylko jeszcze i zewnętrznieopanować duszę, która mu się już dawno oddała.

I biedna Małgosia popada w jego sidła. Umieon niewinną próżność młodego, lubego stworzeniauwieść klejnotami; kasetka, której nie ma odwagipokazać matce, prowadzi ją do sąsiadki; towarzystwo zacnej pani Marty Schwerdtlein dokonywareszty: dom jej tym jest dla Małgosi, czym kuchniaczarownic dla Fausta. I tak doprowadza ostateczniedo tego, że niewinna ta istota, nad którą właściwie żadnej nie posiada władzy — nie ma w niejani odrobiny jego istoty, jest ona czymś zupełnieodmiennym od niego, sama dusza, sama miłość,bogobojność, ufność, oddanie się — doprowadzawięc do tego, że Małgosia kończy, jako dziecięciobójczyni, pod toporem kata.

Takim jest Mefistofeles: odkrywca wszelkiej podłości i sprawca wszelkiej hańby i ohydy, albo,mówiąc słowami apostoła: „wynalazca złego”εφενρετης χαχων, do Rzymian I. 30).

2.

We wszystkim, cośmy dotychczas powiedzieli,nie ma pomiędzy Mefistofelesem poematu a diabłem z legendy Faustowskiej i wiary kościelnejżadnej różnicy — jest to istota jedna i ta sama.Teraz atoli znaczną znajdujemy odmianę: leży onaw ostatecznym skutku albo raczej w nieudaniu sięjego zabiegów. I od tej chwili otrzymuje charakterjego rys nieco inny: traci cokolwiek na swej straszliwości, nabiera konturu groteskowo-komicznego.W legendzie diabeł cel swój osiąga. Księgi Faustowskie, przedstawiając okropny koniec Fausta,mają w założeniu swoim chęć odstraszenia ludziod zadawania się z diabłem i jego sztukami. Odpowiada to także pojęciu kościelnemu: wskutek razzawartego przymierza z diabłem i wskutek grzesznego życia, z drogi którego schodzi bez skruchy,musi Faust zginąć na wieki. Natomiast w poemacieGoethego diabeł celu swego nie osiąga; zamiaryjego udają się tylko tymczasowo, koniec jest ten,że zdobycz wypada mu z sieci. Jak pierwsza, taki druga część kończy się jednym: „ocalony”.

W pierwszej części sieć tę rozrywa Małgosia.Raz uwiedziona, popadła, winna czy niewinna, wewszystkie grzechy śmiertelne; a jednak wewnętrznienie jest zepsuta, upodlenie nie uzyskało właściwieani na jedną chwilę mocy nad nią; nawet w grzechu jest ona miłującą, ufającą, poświęcającą siękobietą. A zbudziwszy się i poznawszy, co się stało,odtrąca skruchą grzech od siebie, poddaje się pokucie i oczyszcza się z winy. Odtrącając kochanka,chcącego uwolnić ją z kaźni, rozłącza się na zawsze ze wszystkim, co go jeszcze z piekielnymwiąże towarzyszem, który ją zawsze napełniał grozą.

I sam Mefistofeles w tym jej pomaga. Jakkolwiek przechytry, jest to przecież diabeł głupi; jako,,zły duch”, w scenie w katedrze, potęguje podszeptami swoimi lęk w jej sumieniu, zamiast jąuspokajająco przekonywać, że to samo stało sięjuż innym, że właściwie nic złego nie zrobiła, żeto, co ją do tego popchnęło, było przecież tak lubym i pięknym. W ten sposób byłoby mu się udałoją oszołomić, przytępić jej sumienie i powoli sprowadzić na drogę, na której już ją widzi brat umierający, na drogę do rzeczywistego upodlenia. Przyczyna nieudania się jego zamysłów leży w jegowłasnej istocie, jest to chęć rozkoszowania sięszkodą, napawania się zgubą swej ofiary; nie możesię przemóc, musi on towarzyszyć jej niedolii z szyderczym przedstawiać jej zadowoleniem, couczyniła. Ale właśnie przez to wpędza ją coraz togłębiej w pokutę i w ten sposób traci duszę, nadktórą, co prawda, nigdy nie panował, jak to w przeczuciu zaraz po pierwszym wyznaje spotkaniu.

Faust daleko głębiej zarażony jest mefistofelesowską istotą, dlatego leż ocalenie jego daleko jesttrudniejsze i, być może, trzeba nam powiedzieć, żepoecie w drugiej części uprawdopodobnienie tegoratunku nie udało się tak, jak zbawienie Małgosiw części pierwszej. Na początku poematu Faustjest w usposobieniu całkiem negatywnym; niezadowolenie, zobojętnienie, pogarda świata i siebie samego — oto zasadniczy nastrój jego ducha, nastrój,od czasu do czasu przerywany wahaniami w pozytywnym kierunku skali uczuciowej. Niezadowolony jest z swego zawodu; umiejętność, której sięnaprzód uczył, a którą teraz, ucząc innych, przeżuwa, jest dla niego niczym więcej, jak tylkomarną, pustą, bezmyślną szermierką słów, napełniającą go wstrętem. Za pomocą czarnoksięskichsztuczek usiłuje on wznieść się ponad formę ludzkiego poznania; daremnie; widzi się odrzuconymw towarzystwo duchów pośledniejszych, reprezentowanych przez jego famulusa. Wstręt do tego najbliższego otoczenia, do głów tych pustych, z podziwem podążających jego śladem, w dzień i w noctrapiących go swymi płochościami, rozszerza siędo ogólnego obrzydzenia sobie ludzi i życia. W nocwielkanocną był już bliskim opuszczenia tego planety, ale powstrzymały go dzwony i śpiewy nacześć Zmartwychwstałego, zbożne, dziecięce budzącw nim uczucia. Ale na spacerze w niedzielę wielkanocną, wytrzymawszy aż do znużenia pochwałychłopów i podziw Wagnera, uczuł, że przemógłw nim znowu nastrój negatywny. W chwili tegonastroju zbliżył się ku niemu diabeł w postacipudla. Faust, poznawszy natychmiast pierwiastekdemoniczny, zaprasza go do towarzystwa i niebawem zgubne zawiera z nim przymierze: na tymświęcie ma on rozporządzać diabłem, na tamtymdiabeł nim rozporządzać będzie.

Diabeł wypełnia pakt zawarty. Mimo to wymyka mu się z rąk dusza Fausta; i on ocaleje.

W Fauście trzy są rzeczy, umożliwiające muratunek. Nasamprzód wstręt do tego, co podłe. Jakjuż zauważono powyżej, w uciechach przyjacielanie znajduje smaku. Proch ma żreć i to z rozkoszą, tak Mefistofeles zapowiedział panu w swojejpierwotnej pewności zwycięstwa. Faust pożeraproch, ale nie z rozkoszą. Nie umie on także kłamać i być obłudnym; znamienną jest bezradnaniespodzianka, w którą wprawia go żądanie Mefistofelesa, aby zaświadczył o śmierci pana Schwerdtleina. Drugi moment, to szlachetne niezadowolenie;sam on wie o tym, że w doczesności zadowolenianie znajdzie, że nigdy siebie samego nie zadowoli:

„Pochlebstwem ty mnie nie okłamiesz,

Bym w sobie miał upodobanie,

Życia mojego dzień przełamiesz,

Nim mnie rozkoszą zwiedziesz, panie —

Tak, trzymam zakład...”

A wreszcie moment trzeci: zmysł dla rzeczywzniosłych, dla czystości, piękna, prawdy i dobra.Zmysł ten objawia się w szczerej miłości dla Małgosi, do tego czystego, prostego, pokornego dzieckanatury; występuje on w rozkoszowaniu się pięknem, w przyjemności w badaniu przyrody i dziejów, wreszcie w żądzy czynu i działania i w od wrotnej jej stronie, w wstręcie do biernego, stępiałego używania — „używanie zamienia nas w ludzipodłych”. Jako wiecznie dążący w górę, jako nigdynie zadowolony używaniem, wyrywa się Faust spodwładzy diabla, mimo jego słusznych tytułów prawnych. Popęd ku wyży silniejszy jest od popędu kunizinom.

Niezadowolenie Fausta to druga komplementarna zmiana, dokonana przez poetę w tradycyjnym materiale. W księgach faustowskićh z zadowoleniem trawi Faust życie na zgotowanych muprzez diabła ucztach i w towarzystwie dzieweki dopiero wówczas popada w rozpacz, kiedy sięzbliżył jego koniec. Faust Goethego gardzi tą strawą,pozbawił go też poeta owych sztuczek czarnoksięskich, wykonywanych przez legendowego Fausta z całym aparatem rozmaitego komedianctwai sowizdrzalstwa; we wszystko to ubiera poeta Mefistofelesa. Pozostał mu tylko potężny popęd poznania i dodana do tego żądza wielkiego czynu. —Są to te same dwie zmiany, które i Lessing wprowadził do swego dramatu o Fauście; wiek ośmnasty nie mógł już ani sobie pomyśleć diabła,który by opanował pełnego górnych pragnień ducha ludzkiego, ani go znieść. Tak więc poeta podniósł człowieka, a poniżył diabła, tak że ten musiał przegrać stawkę.

Mimo to, jakeśmy już zaznaczyli, ocalenie Fausta jest dla nas pewną niespodzianką. Nie możnasię opędzić uczuciu, że Mefistofeles niezupełnie pozbawion jest słuszności, skarżąc się przy końcu, iżmu zabrano rzetelnie zdobyte prawo. Faust powinien się był wewnętrznie oczyścić, jak Małgosia,albo przez wielkie, w dobrowolnej skrusze poczętecierpienie, albo za pomocą wielkiego ofiarnego czynu.Na tym wszystkim mu zbywa, gdyż i ostatnia jegodziałalność, budowanie tam i grobli, jakkolwiekchwalebne, nie posiada właściwie oczyszczającejsiły; do ostatniej chwili pomaga mu w tym diabeł, jako jego sługa. Faust więc został ocalony niedzięki własnej zasłudze i godności, lecz zupełniewedług zapatrywań Kościoła: zbawia go Łaska.I tak też przedstawia to poeta, tylko że odkupienie przez krew Chrystusa i sprawiedliwość zastępuje pociągającym nas pierwiastkiem wiecznej kobiecości, zbliżając się w ten sposób do pojęćkatolickich, które dzięki poetycznym przymiotomzalecały się poecie pod każdym względem.

Z drugiej strony ocalenie Fausta niezupełnieodpowiada wymaganiom wiary kościelnej; umierabez skruchy i pokuty. Byłoby dla poety niewątpliwie łatwo liczyć się nieco więcej z wyobrażeniamiKościoła. Mógłby mu był kazać umierać przynajmniej w miękkim usposobieniu skruchy. Najbliższy w tym celu motyw znalazłby w gwałtownejśmierci owych dwojga starców. Ale Faust przechodzi nad tym do porządku z samym tylko wyrazem niezadowolenia; pomiędzy czterema szarymikobietami znajduje się nie skrucha, lecz wina, aleta nie ma przystępu. W wyraźnych, surowych słowach rezygnuje Faust już w bramie śmierci z bytupozaziemskiego:

„Nad kulę ziemską nic mi już nie trzeba,

Dla nas zamknięty jest widok do nieba;

Kiep, kto tam szuka drogi dla swych oczu,

Chcąc równych sobie znaleźć w nadobłoczu.

Stać mu na miejscu i patrzeć po ziemi!

Świat wita dzielnych słowy przyjaznymi”.

Widzimy, że prometejski to nastrój, lecz niew nastroju Prometeusza pojednanego żegna sięFaust ze światem. Nastrój przy końcu faustowskiego poematu nie był własnym nastrojem życiowym Goethego; nastrój ten był daleko uleglejszy —i to nie tylko w dniach starości — daleko mniejnegatywny wobec wiary zarówno w Boga i władzę potęg niebieskich nad nami, jak i w dalszeżycie i dalszą działalność po śmierci. Niewątpliwie zatem miał on z góry powzięty zamiarkazania Faustowi umierać bez pokuty i bezwiary, ażeby dopiero tam ostateczne znalazł oczyszczenie. Chciałbyż się on sprzeciwić oficjalnemu,kościelnemu pojęciu o potrzebie zbawczej siły skruchy na łożu śmierci? Lekceważył sobie wartośćsamej skruchy; czyn poprawia, nie skrucha. Jakw pierwszej części kazał Fausta z przeżytej grozyuleczyć elfom, bez jego przyczynku (,,święty, czyzły, żal im tego nieszczęśliwca”), tak teraz każeaniołom niebieskim, z pominięciem skruchy i pokuty, uświęcić jego duszę i do wiecznej powieśćją chwały. Pragnął snać powiedzieć, że człowiekao dążeniach poważnych i tęgiego w czynach (miałon tutaj zapewne takich mężów na myśli, jak Fryderyk Wielki lub Karol August) Pan Bóg odepchnąćnie może i nie odepchnie, choćby człowiek ten niestarał się, według szematu kościelnego, o zmazanie swych win za pomocą skruchy i wiary. Łaskaboża swobodniejsza jest i większa, niż łaska ludzka,którą wyżebrać można przez skruchę i uległość;Bóg udziela swej łaski i nie proszony. Dopierotam otwierają się oczy Faustowi; mówi on też,modląc się w obliczu nieba:

„Zwróćcie oczy w miękkiej skrusze

Ku zbawczej źrenicy,

Aby wdzięczne wasze dusze

Siadły po prawicy.

Każdy czyn wasz, każde słowo

Cną niech służbę czyni;

Łaski, Panno i Królowo,

Matko i Bogini!”

Wracając do Mefistofelesa, widzimy, że dramatkończy się dla niego wielką klęską. Jest on teżwielce przygnębiony, ostatnie jego słowa, to wyrazy niepohamowanego gniewu.

„Skarb mi skradziono jedyny, wspaniały —

Podstępne ręce duszę mi zabrały,

Sprzed nosa wzięły nabytą zastawem...

Do kogóż pójdę żalić się z swym prawem?

Kto mi je zwróci? Ej! Na stare lata

Srodze skarcono imci pana-brata!

Alem zasłużył! Ostatni kiep ze mnie!

Tyle zachodu i wszystko daremnie! —”

Z tego punktu widzenia otrzymuje poemat charakter komedii, której bohaterem Mefistofeles:przedsięwzięcie jego pozyskania Fausta, jakkolwiekchytrze zamierzone i wielkie z początku, ostatecznie całkiem chybia celu; przegrywa zakład, proponowany Panu z taką pewnością, i odchodzi „w przeszywającym poczuciu swojej nicości”. Figura jegootrzymuje w ten sposób przymieszkę krotochwilnejkomiki, która ją łagodzi i czyni z niej motyw podwzględem dramatycznym pożyteczniejszy. Jest towprawdzie chłystek bezdennie podły i zły, ale zarazem dowcipny i kuty na cztery nogi, ostateczniejednak widzimy w nim „głupiego diabła”, tak jakgo lubią przedstawiać średniowieczne historie diabelskie, koniec końcem wywiedzionego w pole. I onsam świadom jest tego, w ciągu całego poematuma on napady humorystyczno-ironicznej pogardydla samego siebie. Tak przede wszystkim przykońcu:

„Niedobrze ze mną! Hiobowa męka!

Od stóp do głowy wrzody! Człek się lęka

Samego siebie, lecz wraz najgorętsze

Czuje tryumfy, przejrzawszy swe wnętrze!”

Ale na pytanie, co zacz on, przedstawia sięFaustowi, zaraz na początku, jako część owejmocy, co pragnie, „by było najgorzej, a zawszetylko samo dobro tworzy”. A do tej zagadki dodaje zaraz objaśnienie, coprawda nazbyt otwarcie,że wszystkie jego z amiary, aby dokuczyć światuwylewami, burzami, trzęsieniem ziemi i pożogą,spełzły na niczym:

„Z podłą hołotą tych zwierząt i ludzi

Juścić ja, widać, nie poradzę sobie!

Tylum uśmiercił, tylum złożył w grobie,

A w nowych żyłach nowa krew się budzi!

Tak bez ustanku! Oszaleć by można!...”

Tak więc spektator tej wielkiej komedii ma odsamego początku tę jedną pewność: cokolwiek sięstanie, ostatecznie źle być nie może. Pod wpływem piekielnego towarzysza może Faust niejednąfałszywą kroczyć drogą — „człowiek błądzi, dopókidąży” — w końcu jednak opamięta się, a diabełbędzie musiał przyznać ze wstydem:

„Szlachetny człowiek w swym dziwnym popędzie

Zawsze szlachetnej drogi świadom będzie”.

Tak, szatan sam należy ostatecznie do sługPana, i on, służąc wbrew swojej woli, boskie popierać musi cele; w prologu zjawia się też na uroczystości Niebieskiego Dworu i miesza się w tłum,,czeladzi”. Bóg może oto rozmaitych potrzebowaćsłużebników; jako kusiciel do złego, daje szatanczłowiekowi sposobność, ażeby swobodnie, całąswą istotą i wolą decydował się na służbę Pańską. Jak ongi Hiob, tak teraz Faust oddala siędzięki szatanowi od Boga, w końcu jednak oddajeMu się zupełnie. Dobro może tylko w walce zezłem wydoskonalić się wewnętrznie.

Poemat byłby zatem wielkim hymnem na cześćBoga. Potęga i majestat Boga, w prologu wielbione przez aniołów w dziełach przyrody w jejwiecznym pochodzie, występują teraz na nowoi przedziwnie w prowadzeniu człowieka i roduludzkiego. Mimo labiryntowo-błędnego biegu życia,albo właśnie przez niego wybija się boski rdzeńistoty ku wewnętrznej doskonałości; połączeniez pierwiastkiem bożym, powrót do pierwotnegoźródła, oto cel ducha mimo wszystkie błądzeniai zamącenia: inquietum est cor nostrum, donec requiescat in te. Poemat kończy się tym hymnemna odkupienie przez miłość, idącą z góry, na odzyskanie tego, cośmy pozornie stracili, na odzyskanie królestwa piękna, dobra i wieczystej szczęśliwości. Używając formuły wiary religijnej, tematem utworu byłaby potęga grzechu i większa potęgamiłości bożej. Stara legenda faustowska, powstaław wieku 16. w czasie największego opanowaniaziemi przez wiarę w diabła, każąca diabłowi wygrywać partię, została tutaj przetworzona w kierunku powszechnego Odkupienia, wyrosłego na gruncie ewangelii, na gruncie wesołej nowiny o przezwyciężeniu królestwa szatana przez królestwo boże,jakkolwiek w tej formie nie zaliczono jej pomiędzyartykuły wiary.

3.

Spróbujmy myśli te przenieść z języka poezjii religii w język prozy filozoficznej; naturalnie niew mniemaniu, jakoby w ten dopiero sposób możnabyło wypowiedzieć to, co stanowi istotę poematu;prawdziwa poezja, tak samo jak życie, nie możebyć pochodną ilustracją myśli filozoficznych. Alejak życie daje nam powód do zastanawiania sięnad nim, tak samo i poezja. W tym sensie możemy więc powiedzieć: przedmiot poematu faustowskiego stanowi sprzeczność i walka dwóchprzyrodzonych stron natury ludzkiej: duchowo-moralnej i zmysłowo-pożądliwej. Ta druga pchanas w kierunku zmysłowej rozkoszy i zmysłowegonasytu, stara się ona unikać trudu, walki i cierpienia. Tamtą zaś nęcą wzniosłe pojęcia o godności ludzkiej i ludzkim przeznaczeniu; wiodą onedo pracy, do walki, do poświęcenia się za ideei ideały. Dwom tym stronom natury ludzkiej odpowiadają dwie formy poglądu na życie i filozofiimoralnej: idealizm etyczny i etyczny materializm.Tamten widzi zadanie życia w rozwijaniu i używaniu sił naszej istoty duchowej; życie uzyskujeprawdziwą wartość dopiero w wyswobadzaniui umartwianiu ducha, w oddawaniu zmysłowejstrony naszej istoty i natury w służbę rozsądkui w przygotowywaniu jej do tej służby. Etycznyten idealizm zmienia się w idealizm metafizyczny;wydaje on z siebie wiarę w absolutne znaczeniedobra w świecie, wiarę w Boga i pierwiastki boże;materializm etyczny widzi natomiast największedobro w zadowoleniu naszej istoty zmysłowej, w sytej błogości popędów; inteligencja czy rozum jestdla niego środkiem czy narzędziem do tego celu:a i obyczaj i obyczajność sprowadza on do użyteczności dla utrzymania i zadowolenia naszegozmysłowego, pożądliwego „ja”; zlewa się on z materializmem metafizycznym, z mniemaniem, iż rzeczywistość jest bezmyślną igraszką bezmyślnychpotęg, z ateizmem.

Mefistofeles to ucieleśnienie tego materializmuetycznego. Przedstawia on nie tylko zmysłowo-zwierzęcą stronę natury, ale także zasadę; jest on inkarnacją właśnie owej przewrotnej zasady poniżania ducha do służby zmysłowych popędów. Zmysłowość jako taka jest naturalną; jak w ogóle naturajest czymś rzeczywistym i jako taka ani złą, anidobrą, tak samo natura w człowieku: zmysłowośći jej popędy nie są zdrożnością. Dopiero wywrócenie rzeczy, zasadniczo podporządkowujące niższemu to, co jest wyższe, poddające ducha w służbęzmysłowości, stanowi istotę złej woli. Wcieleniemtej przewrotności jest Mefistofeles. Pierwiastek duchowy, inteligencja, to znaczy jego filozofia dopodwójnego służy mu celu: nasamprzód do potęgowania popędów zmysłowych za pomocą wyrafinowania, przede wszystkim chuci cielesnej. W tymkierunku poucza Fausta; on sam nie posiada właściwie żadnej zmysłowości, jest tylko duchem, używanie dla siebie widzi w rozkoszy uwodzenia ludzi doprzewrotności; właściwie używa on tylko na spirytualnym pierwiastku grzechu. Z drugiej stronyrozum służy mu tylko do tego, aby za pomocą sofisterii przechodzić do porządku nad wszystkim,co wyższe i wznioślejsze; bystrością swą, dowcipem i doświadczeniem światowca posługuje się onjedynie w tym celu, ażeby sprawy ludzkie z odwrotnej pokazywać strony; w gruncie rzeczywszystko kończy się tylko na tym, ut ventri benesit et iis, quae sub ventre sunt. Napis grobowySardanapala, skomponowany przez jakiegoś Grekana cześć króla żarłoków i lubieżników, mógłbymieć Mefistofelesa za autora:

„Moimli to jest, com wypił com zjadł, com użył w miłości —

To, co poza tym, niech wielkim dla innych będzie, nie dla mnie”.

Faust natomiast rzeczywistym jest człowiekiem;są w nim obie strony natury ludzkiej. Dwie dusze,jak mówi, mieszczą się w jego piersi:

„Jedna się trzyma padolnego świata,

Lepiąc się k'niemu z surową miłością,

Draga przemocą z jego mgieł ulata

Ku wielkich przodków ponadziemskim włościom”.

Przeżywa on w sobie to, co w sprawie pogląduna świat skonstruowała filozofia średniowieczna,trzymając się myśli platońskich i chrześcijańskich:człowiek, półzwierzę, półanioł, stoi pomiędzy dwomaświatami, górnym i niższym, pomiędzy munduscoelestis i mundus infernus. Oba roszczą sobie doniego prawo, ku obum go ciągnie. Ziemskie jegożycie to walka tych dwóch znajdujących się w nimtendencji, walka, będąca zarazem walką, którąpoza nim toczą o jego duszę potęgi wyższe i niższe. Potęgi niebieskie i piekielne, duchy wyży i demony przepaści, z nieustanną uwagą i czynnymwspółudziałem towarzyszą walce tych ku górzelub ku nizinom zwróconych tendencji jego natury.Pojęć tych użył Goethe dla swego poematu jakoscenerii. Spór pomiędzy niebem a piekłem o duszę Fausta, toczący się w piersi Fausta, wahającysię naprzód to w tę, to w ową stronę, ostateczniejednak zakończony zwycięstwem pierwiastku bożego.

I teraz możemy zasadniczą myśl poematu w następującej wypowiedzieć formule: dobro silniejszejest od złego; duchowo-moralna strona naturyludzkiej silniejszą jest aniżeli strona zmysłowo-pożądliwa i jej sofistyka. To jest przynajmniejwynik normalny; antropologia mefistofeliczna, dowodząca inaczej, nie ma słuszności.

Widzimy to na dwóch typowych przypadkach.Małgosia posiada moralność obiektywną, posiadaprzyrodzony, nie wyrozumowany, ale przez obyczajność i wiarę wytworzony zmysł dla pięknai dobra; zmysł ten z pewnym wiedzie ją instynktem do poznania zła i do pogardy dla niego.Jeżeli mimo to zakaziła się nieczystością, rychłonieczystość tę z gorzkim odczuwa bólem i wyrzuca ją ze siebie.

W przedziwnej postaci Małgosi ucieleśniły siępoglądy Goethego na istotę kobiecości, cześć jegodla nieskazitelności pierwiastku kobiecego. Małgosia z instynktowną nienawiścią gardzi Mefistofelesem; sam jego widok zadaje cios jej sercu. Istotakobiety to przeciwieństwo wszelkich srogich, niszczących wpływów, to ideał chroniący od buntu,zniszczenia i negacji, które w życiu mężczyzny takznaczną odgrywają rolę. Życie kobiety to nie pycha, walka, niewiara, pogarda, ale pokora, miłość,wiara, cześć. I dzięki temu staje się kobieta moralną substancją mężczyzny, wieczystym źródłemżywota.

Co innego Faust, mężczyzna. Odrywa się onod substancji powszechności i przeciwstawia sięjej jako indywiduum. Obok wzniosłych sił duchowych, ma on w sobie namiętne, gwałtowne żądze,bezmierne pragnienie rzeczy najwyższych i najgłębszych, a do tego wszystkiego posiada jeszczebystry, chłodny rozsądek, z sceptyczną refleksjąwitający życie i jego sprawy. I tym właśnie rozsądkiem jest Mefisto, którego poeta daje za nieodstępnego towarzysza Faustowi.

Wszystkie szydercze przymówki Mefistofelesato refleksje, za pomocą których usiłuje mieszkającyw własnej piersi duch nihilizmu, karmiony nastrojem negatywnym, stłumić, zwalczyć jego dążeniapodnioślejsze: poznanie, prawda, dobra duchoweto nic; użycie, posiadanie, moc i władza, przeparcie swojego ja, któremu te pierwiastki przeszkadzają, to dopiero właściwa jest rzeczywistość. Obyczajność, wiara, niewinność to historie nianiek,przez księży i filozofów podniesione do znaczeniadogmatu i metafizycznych kanonów. Natura nico tym nie wie; przemawia językiem popędów i tesą prawdą i rzeczywistością; jeżeli więc Bóg stworzył naturę, no, to dość wyraźnie wskazał namdrogę:

„Bóg, co stworzył chłopca i dziewczynę,

Poznał od razu zadanie jedyne,

Że trzeba ludziom i sposobność stworzyć...”

A cóż dopiero skrucha i wyrzuty sumienia —to istna głupota: ale nie pierwsza! Taki to biegświata. Cóż sobie będzie z tego robił silny mąż,nadczłowiek, że mu tam przypadkiem zaszło drogęjakieś stworzonko i nie uszło bez szwanku!

Atoli sataniczny nastrój wnętrza jego nie zdoław nim przytłumić lepszej istoty. Nie umie wpoićw niego ani zamiłowania w pośledniejszych rozkoszach zmysłowych, ani też nic zapobiec niezdoła, ażeby stosunek do Małgosi, tak lekkomyślnienawiązany z początku, nie przerodził się w prawdziwą i głęboką miłość. A potem z siłą budzi sięw nim żądza badania, tęsknota do piękna, miaryi ładu, pęd ku twórczej, owocnej, trwałej, powszechnemu pożytkowi poświęconej działalności.Tak więc utrzymuje się i zwycięsko się wznosiw górę pierwiastek w istocie Fausta, zwrócony kuBogu i boskości. Na mefistofelesowskie „nie” jegowłaściwe i prawdziwe ja odpowiada ostateczniesilnym „tak”: świat i dusza ludzka nie wyszły z rąkdiabła i nie są dla diabła, niszczyciela i kłamcy,ale stworzone zostały przez Boga dla Boga.

Tomasz Carlyle, wielbiciel i interpretatorGoethego, opowiada w swoim Sartor Resartuso pewnym wewnętrznym doświadczeniu, od któregodatuje się w nim początek nowego życia. Czującsię nieszczęśliwym, biednym i wyklętym, szedł onpewnego razu, jako młody człowiek, w jeden z dniupalnych, brudną i gorącą drogą z Edynburga doLeith. „Wtem naraz błysnęła mi idea, i zapytałemsię: czego ty się właściwie obawiasz? Czyż wiecznie będziesz jęczał i skomlał, ty wstrętny dwunożniku? Jakaż może być ostateczna suma tego, cocię czeka? śmierć? I owszem, dodaj do tego jeszczewszystkie katusze Topheta (ołtarza Molocha w dolinie Hinnom) i wszystko, co człowiek albo szatan na twoją zgubę wymyślić lub uczynić może!Nie masz serca? Nie umiesz-li znieść wszystkiego,cokolwiek spotkać cię może i, dziecię wolności,jakkolwiek wyklęte, samego Topheta rzucić sobiepod nogi, i deptać go, podczas tego, gdy cię pożera?Tak we wszystkie zakątki mojego wnętrza wnikałchcący mną zawładnąć piorunny głos wieczystego,,nie”, i oto wszystka moja istota wyprężyła sięw swym całym przez Boga stworzonym majestacie i z naciskiem założyła przeciw temu protest.Wieczyste „nie” mówiło: Patrzaj, jesteś bez ojca,bez domu, a i wszechświat jest moim (szatana);a na to odrzekło wszystko me wnętrze: Nie należę do ciebie, jestem wolny i nienawidzę cię nawieki. To wrażenie, skupione w jedną bohaterską chwilę, stanowi sumę życia Fausta.

I teraz, filozofując dalej w myśl poematu o istocie złego, możemy powiedzieć: Zło, przedstawionenam tutaj jako coś bezsilnego i ostatecznie odepchniętego, wzgardzonego, jest w istocie swojejw ogóle czymś negatywnym, nieistniejącym, ale nieczymś, co istnieje pozytywnie. Zło nie jest rzeczywistością samą w sobie, ale tkwiącym w rzeczywistości przeciwieństwem tej rzeczywistości. Nawiązując do myśli platońsko-arystotelicznych, odżyłychznowu u Augustyna, a inaczej u Spinozy i Leibnitza, możemy też powiedzieć tak: Rzeczywistościąjest dobro, rzeczywistość i doskonałość (realitasi perfectio) zlewają się w jedno. Zło występujetylko jako forma braku czegoś, co nie istnieje,(privatio, στερησις), ale nie jako coś istniejącego.

Poeta wskazuje niejednokrotnie na takie pojęcie rzeczy. Tak na samym zaraz początku wkładaw usta Mefistofelesa następujące słowa co do jegowłasnej istoty: „Jać jestem duchem, który zawszeprzeczy”; albo zaraz dalej: „Nic, któremu przedstawia się „coś” ”. A w rozmowie z Eckermannemo istocie demoniczności (2 marca 1831) odpowiedział Goethe na pytanie Eckermanna, czy i Mefistofel nie posiada rysów demonicznych?: „Nie, Mefistofel jest istotą zbyt negatywną, pierwiastek demoniczny zaś objawia się w czynności absolutniepozytywnej”. I rzeczywiście, na tym całkowicie muzbywa; nie posiada żadnej siły twórczej, nie umiedokonać nic rzeczywistego, nie umie nawet przyrządzić trunku w kuchni czarownic:

„Wprawdzie ich tego czart nauczył,

Ale przyrządzić sam nie umie”.

Tylko pasożytniczo zagnieździwszy się w człowieku, zyskuje zły duch, także według wiary ludowej, zdolność czynienia czegoś rzeczywistego,za pomocą czarodziejstwa i czarownic. Z siebie samego wysnuwa Mefistofeles zawsze tylko mamidła.Bóg płodzi rzeczywistość, szatan, małpi jego naśladowca, stwarza li pozór. Od piwnicy Auerbacha aż do bitwy, którą wygrywa dla cesarza(II. akt IV) olśniewa wirtuozostwem w sztuce oślepiania i tumanienia, jako czarodziej pozoru. A jakrzeczywistości stworzyć nie może, tak też i zniszczyć jej nie zdoła. Sprawia zamieszanie, uwodzi,niszczy wzgardliwymi przemowami, w rzeczywistości jednak tego, jak mówi opryskliwie, „niezdarnego świata” zniweczyć nie może. Próbuje to nieustannie, ale zawsze doznaje rozczarowania. Takwięc złe jest niczym, jest czymś nieistniejącym.

Ale w jakiż sposób złe na świat przychodzi, jeżeli w rzeczywistości jest niczym? Dałoby się możew myśl poety odpowiedzieć na to: dzięki świadomości ludzkiej, która z natury lubi się obracaćw sprzecznościach. Myślenie boże leży poza sprzecznościami, ale dla myślenia ludzkiego, dla ludzkiegoczucia i sądu forma sprzeczności stanowi granicę,od której uwolnić się nie zdołasz. Nie możemy sobie pomyśleć bytu bez niebytu, „tak” bez „nie”,czynników pozytywnych bez negatywnych, zestrojubez rozstroju, życia bez śmierci, rozkoszy bez bólu,piękna bez brzydoty, a więc i dobra bez zła. Pierwiastek pozytywny, pierwiastek tego, co jest, rzeczywistość, dobro subsystuje samo w sobie, jakcień nie odstępuje go jednak pierwiastek negatywny,to, czego nie ma, zło.

„Natura może sobie być, jaką chce, diabeł byłprzy jej stworzeniu, to jego punkt honoru” — powiada Mefistofeles w roztrząsaniach kosmogonicznych w akcie czwartym części drugiej; bez gwałtui zniszczenia nowej budowy nie stworzymy — otojak zaznacza on logiczno-metafizyczną konieczność zła.

Pod pewnym względem możemy tę logiczno metafizyczną konieczność przemienić także w konieczność teologiczną. Przeciwieństwo jest dla rze zywistości niezbędne, jest ono twórczą zasadąpostępu. Wypowiada to Pan w prologu w niebieodnośnie do świata ludzkiego:

„Działalność człeka łatwo się ucisza,

Bezwzględny spokój wnet, jak sen, go zmorzy.

Przeto mu chętnie dałem towarzysza,

Co go podnieca, jako diabeł, tworzy”.

W przeciwieństwie uświadamia rzeczywistośćswą istotę; przeciwieństwo sprawia, że jest onasobą. Najwidoczniej dzieje się to w świecie moralnym: w złym nabiera dobro świadomości i pewności siebie. Tak jest z Małgosią; dzięki upadkowidochodzi ona do świadomości swej istoty i dopieroprzez pokutę i skruchę wznosi się na wyższy stopień czystości moralnej i doskonałości; w tej chwiliznalazła ochronę przed pokusami nieczystymi nazawsze. A równocześnie dzięki upadkowi swemunauczyła się tego, czego przedtem nie znała, miłosiernej, przebaczającej miłości: „Jakżeż ja mogłamlak uporczywie krzywdzić!” Tę twardą sprawiedliwość wobec nas samych, sprawiedliwość moralnego człowieka według utartych wyobrażeń ujawnia brat, w konturach najwyraźniejszych, w owychsurowych obelgach, którymi, umierając, dręczy siostrę. A wreszcie, jak to widać z jej modlitwyw końcowej scenie części drugiej, znalazła onasama w uzyskanym przebaczeniu miłosierdzia bożego wyższy stopień szczęśliwości, aniżeli błogiepoczucie naturalnego zdrowia moralnego. I otopojmujemy słowo ewangelii, że w niebie większapanuje radość z powodu jednego pokutującegogrzesznika, aniżeli z dziewięćdziesięciu dziewięciusprawiedliwych, którzy pokuty nie potrzebują. Przezgrzech prowadzi droga do zbawienia, do zupełnejswobody, pewności siebie i szczęśliwości. Tak samoi Faust zyskuje świadomość swej istoty i swej drogiw orientowaniu się w przeciwieństwie. Przy podłości poznaje dopiero czystość, dzięki brzydociei karykaturze rozumie piękno, przez absurd i bezsens dochodzi do pojęcia prawdy i rozsądku; narozleniwiałym używaniu uczy się dążenia do czynu,na bezmyślnym niszczeniu poznaje dopiero prawdziwą istotę i wartość działalności twórczej. Potrzebuje on dużo czasu do tego, więcej, aniżeliMałgosia, ponieważ istota jego tak nieskończeniejest bogatszą, wszechstronniejszą, bardziej skomplikowaną; w osobie swojej musi przebywać towszystko, co przebywa cała ludzkość. Dlatego teżprzy końcu mówi się o nim: „Lecz ten się uczył,dziś nas uczyć będzie”. Przeszedł wszystkie nieskończone drogi życia, proste i błędne, i w tensposób wniknął lepiej w ich treść, aniżeli człowiek,który w życiu na prawym pozostał torze.

To samo, co widzimy w życiu pojedynczym, tapotrzeba pierwiastków przeciwnych, zjawia się takżew wielkich dziejach świata; przeciwieństwo jest niezbędnym czynnikiem rozwoju. W przeciwieństwieorientuje się co do swej istoty każdy kierunek duchowy. Przeciwieństwo prowadzi go w drodze re akcji do zupełnego rozwoju jego istoty. Naródżydowski uzyskał świadomość siebie przez pogaństwo, pogaństwo w nim i poza nim, naród helleńskiprzez barbarzyństwo. A czyż możemy wyobrazićsobie nasz świat bez podobnych przeciwieństwi sprzeczności? Cóż by nam pozostało, gdyby znikływszelkie różnice społeczne, polityczne, religijne, filozoficzne? Nienawidzą i zwalczają się wzajem; alebez walki nie ma życia. Bez walki z przeciwieństwem wszelka treść duchowa słabnie i gnuśnieje.Prawdy ogólnie uznane są nudne; ogólnie uznanaforma w sztuce i poezji zmienia się w konwencjonalny szablon. Przeciwieństwo oddziałuje pobudzająco, wyzywająco, nowe wywołuje siły. Przypomnijmy sobie czasy młodości Goethego: zasadyoświecenia odniosły zwycięstwo i zaczęły już zasypiać na zdobytych laurach; świat stał się takrozsądny, tak jasny, tak utylitarny, że dla oświeconego umysłu nie było w nim żadnych tajemnic.I oto geniusz narodu niemieckiego spłodził owąmłodość, która naporem i burzą przełamała granice spokojnego filisterskiego życia Nicolaiów i Gottschedów. A czyż w dzisiejszej chwili nie doczekaliśmy się tego samego? Zgnuśniał zadowolonyz siebie klasycyzm, mniemający, że sam posiadłidealizm i piękno; i oto zjawił się tak zwany naturalizm, wypowiadając wojnę konwencjonalizmowi,wyobrażeniom ogólnie uznanym, istniejącemu pięknu przeciwstawiając to, co się dotychczas wydawało niesłychanym i niemożliwym, pierwiastek brzydoty i okropności. I mamy znowu ruch i życie.Da się i tutaj zastosować słowo, przez Goethegowłożone w usta Mefistofelesa, dotyczące pijanegonajświeższą nowością, romantyczną filozofią i poezją oszołomionego bakałarza, reprezentującego burzliwą młodość, nowym prądom oddaną młodość:

„Z moszczu, choć dziwnie pieni się i burzy,

Będziemy przecież mieli w końcu wino”.

I świat niemniej potrzebuje wielkich historycznych form życia, państwo i Kościół potrzebująwalki, przeciwieństwa, rewolucji. Gdy kościół rzymski całkowicie zapanował nad światem, gdy wiaręjego uznano za bezwarunkową, gdy kler zacząłużywać swej władzy i potęgi, wówczas skostniałwewnętrznie, stał się twardym, chciwym władzy,sytym i leniwym. Wielka burza, wszczęta przezLutra, wyswobodziła siły i nowe spowodowała —po obu stronach — życie religijne. Podobnym byłtakże skutek wielkiego przewrotu politycznego, któryna schyłku wieku ośmnastego zburzył dawny dynastyczny ustrój państwowy nasamprzód we Francji, a potem w całej Europie: na ruinach świeżezakwitło życie. W ten sposób to, co się nazywazniszczeniem — Goethe dopatruje się tego i w rewolucji francuskiej, która mu zresztą była wstrętną —staje się warunkiem nowego, płodnego życia. Jakw życiu przyrody śmierć, według wyrażenia Goethego, jest środkiem, użytym przez przyrodę douzyskania pełni życia, tak przewrót, rewolucja,służą jej za środek do podniesienia żywotnego, różnorodnego życia dziejowego.

Wynika stąd, że pierwiastek wrogi, niszczycielski, zło, należy do rzeczywistości, nie mogła onaistnieć bez „tamtego”; mówiąc z Arystotelesem,jest to „niezbędny wynik założenia”; ten świat, tożycie, ten ludzki byt dziejowy jeżeli w ogóle miałistnieć, to musi wchłaniać w siebie pierwiastek,,tamtego”. Bez przeciwieństwa, bez zła ziemskiedzieje ludzkie byłyby niemożliwe. Niebiosa tego nieposiadają; dlatego też w niebiosach nie ma dziejów.Zycie niebieskie zaczyna się od „Sądu Ostatecznego”, który dzieje zamyka.

Cały więc poemat moglibyśmy też nazwać poetycką teodyceą, usprawiedliwieniem Boga z powoduzła na świecie. Zło i zniszczenie, grzech i niedolasą niezbędne: bez nich świata sobie nie wyobrazisz, bez nich też, będąc takim, jakim jesteś, światabyś nie wytrzymał. Pogódź się więc z tym i toczwalkę życia jak mężczyzna; być człowiekiem znaczy być bojownikiem. Istnieje stanowisko pozawalką, poza niepokojem powstawania i zanikania,a i poza dobrem i złem; jest to stanowisko wieczystości i wszechjedni; dla Boga wszystkie dysharmonie w jedną wielką zlewają się harmonię. Tyatoli żyjesz na tym świecie, uważaj więc, ażebyśstanął po stronie właściwej, po stronie dobra i rzeczywistości, a nie po stronie nieistniejącego zła.

W jednej z chwil jaśniejszych, w chwili wyższego natchnienia, które i on posiada, wypowiedział Mefistofeles następującą prawdę:

„Zechciej mi wierzyć: li dla Boga

Ta niepodzielna wzeszła całość;

On blasków wiecznych ma wspaniałość,

Gdy nas otacza ciemność wroga,

Wam zasię dzień i noc jest dany...”

4.

Na końcu chciałbym jeszcze zaznaczyć, jak temyśli z poematu o Fauście wyrosły z pogląduGoethego na świat, a nawet z jego własnej istoty.Zasadniczym rysem w Goethowskim nastroju życiowym jest wiara w naturę ludzką. Powiedział on kiedyś odnośnie do swej młodości doEckermanna: „wierzę w Boga, w naturę, w zwycięstwo pierwiastka szlachetnego nad złem” (4 stycznia 1824) — słowa te przenikają jako suma jegowiary wszystkie jego zdania o sprawach boskichi ludzkich. Jak powiada dalej, koła religijne, z którymi stykał się w młodości, uważały wiarę tę po prostu za niewystarczającą; oprócz braku wieluinnych artykułów dogmatycznych raził jego przyjaciół przede wszystkim brak wiary w absolutnezepsucie natury ludzkiej; zapatrywanie poety nazywali pelagianizmem. Ale Goethe nie dał się wprowadzić w błąd. Jeżeli chrześcijaństwem ma byćwiara w absolutne zepsucie w ogóle, a w szczególności w zepsucie natury ludzkiej, to nie może ongo uważać za swoją religię, woli on pozostać „zdecydowanym niechrześcijaninem”. Jest to rozstrzygający punkt w jego stanowisku wobec chrześcijaństwa. Chrześcijaństwa negatywnego, lękliwego,bojącego się natury, chrześcijaństwa purytanów,patrzącego podejrzliwie na wiedzę, chrześcijaństwa,które rozkosz, jaką nam daje piękno, zalicza douciech świeckich, a które tak samo wierzy w Boga,jak w diabła, co więcej, dla którego potęga diabła ostatecznie większą jest, aniżeli moc boża —bo jakżeż w przeciwnym razie mogłaby większaczęść ludzi pójść na wieczyste zatracenie wbrewwoli Boga, a za wolą szatana? — takiego chrześcijaństwa nie znosi i nienawidzi.

A może to też nie jest chrześcijaństwo rzeczywiste, prawdziwe, może to nie jest chrześcijaństwoJezusa. W jednym z listów do Goethego (17 sierpnia1795) potrąca Schiller o swoje wyobrażenie o chrześcijaństwie: „Szczególny charakter religii tej poleganie na czym innym, jak tylko na zniesieniu zakonu, kantowskiego imperatywu, na miejscu jegopragnie chrześcijaństwo widzieć swobodną skłonność. Jest ono więc, w swojej formie swobodnej,przedstawieniem pięknej moralności albo uczłowieczeniem pierwiastka świętości, i w tym sensie jedyną religią estetyczną; tym też tłumaczę sobie,dlaczego religia ta znalazła tyle szczęścia u kobieti że tylko u nich znaleźć ją można w formie znośnej”. Goethe żywo temu przytakuje; chrześcijaństwo bez przymusowej wiary w wszechmoc szatana, bez wymagania, aby poniechać wiarę w objawienie boże w przyrodzie i dziejach, chrześcijaństwo ufności i miłości Boga i ludzi — takie chrześcijaństwo mu się podoba i takie też chrześcijaństwo —jak to pokazują przede wszystkim jego Lata wędrówek — umiał on sobie na swój sposób przyswoić. Nie chcemy się przy tym zastanawiać, czyw chrześcijaństwie dawnym nie było więcej sprzeczności z światem i naturą, aniżeli to widział Schiller; każda epoka przyswaja sobie chrześcijaństwona swój sposób. I będzie to nie tylko prawem każdej epoki, ale także i wolą tego, który „koniecświata” odsunął tak daleko poza oczekiwanie pierwszych chrześcijan.

Na gruncie tego zasadniczego poglądu wyrosłotakże pojęcie Goethego o istocie zła. Nie ma absolutnego zła, zło nie jest właściwie czymś istniejącym,ale przypadkowym, ograniczonym wyobrażeniemczegoś istniejącego. Już w jednej z recenzji w czasopiśmie „Frankfurter Anzeiger” z r. 1772 znajduje się charakterystyczna pod tym względem zapiska o zapowiedzianym dziele (Briefe ueber diewichtigsten Wahrheiten der OffenbarungListyo najgłówniejszych prawdach objawienia — wyszłym spod pióra Hallera, a zwracającym się, według słów Goethego, „przeciw dumnym mędrcomnaszego wieku, którzy w Bogu widzą coś więcejniźli samego tylko kata haniebnego rodu ludzkiego,który wierzą, że twór jego ręki nie jest potworem,którzy nawet mają odwagę spodziewać się, żeOn wieczystych kar wymierzać nie będzie”) —otóż w jednej z tych recenzji powiada Goethe:— Niechże się fanatycy namyślą, czy się to zgadzaz pojęciem najwyższej istocie twierdzić w duchuprześladowczym, że to, co my według woli Bogamamy uważać za złe czy dobre, jest także złemczy dobrem w Jego obliczu, lub czy to, co dla naszych oczu łamie się w dwa kolory, dla źrenicybożej nie zlewa się w jeden promień”.

Z wypowiedzianą tutaj myślą, że różnica pomiędzy złem a dobrem nie jest absolutną, że ponadstanowiskiem człowieka może istnieć stanowiskowyższe, z którego różnica ta spada do pojęciawzględnego, spotkał się potem Goethe jako z jednąz zasadniczych myśli w Etyce Spinozy.

Bonum et malum, dobro i zło — mówi Spinoza w dodatku do czwartej księgi Etyki — totylko modi imaginandi, pojęcia należące do dziedziny nieodpowiadających przedmiotowi przedstawień, a nie do dziedziny odpowiadających przedmiotowi myśli. Dla filozofii, uważającej wszystkieistnienia za wieczyste skutki wieczystej istoty bożej, istnieją tylko byty rzeczywiste o różnej zawartości moralnej i o różnych stopniach wydoskonalenia. Pojęcie zła powstaje przez porównaniejednego z drugiem. Ale ujemność jednego, wynikłaz porównania z drugim, nie jest właściwościątamtego, lecz tylko przypadkowym jego stosunkiemdo drugiego. Dla Boga, widzącego rzeczy tak, jakimi są same w sobie, wszystko jest doskonałym,w ogóle nie ma nic złego i gdyby duch ludzki posiadał tylko odpowiadające przedmiotom przedstawienia, to i on zapewne nie wytworzyłby sobiepojęcia zła. — Jest to ten sam pogląd, któremuSpinoza podsumowuje także pojęcie nieprawdyi fałszu; błąd niczym nie jest pozytywnym, fałszywe wyobrażenie nie jest fałszywym przez swątreść pozytywną, ale dzięki właśnie brakowi tejtreści; połowa poglądu, uważanego za całość —oto czym jest fałsz. I tutaj zgadza się Goethe z Spinozą: błąd jest połową prawdy, leży on na drodzedo prawdy — mówi też Goethe ustami Mefistofelesa: „Jeżeli błądzić nie będziesz, do rozumu nieprzyjdziesz”. A w innym miejscu tak to wyraża:,,Ci są tylko prawdziwi mędrcowie, którzy do prawdydążą drogą błędu”.

U obu, zarówno u Spinozy jak i u Goethego,pozytywny, optymistyczny ten pogląd na świat wyrósł na gruncie ich osobistej istoty. Dwa to duchy pozytywne, oddane poznawaniu, tworzeniu i działaniu,i radujące się ze swego działania. Bene agere etlaetari — dobrze czynić i radować się z tego —oto formuła Etyki Spinozy, wyrażająca nie tylkomaksymę, ale także osobisty habitus obu. Negatywne afekty i postanowienia woli, gniew, nienawiść, zazdrość, pycha, pogarda, szyderstwo, a takżelitość, skrucha, którym Spinoza z takim zapałemodmawiał wartości, nie miały nic wspólnego takżei z jego życiem. Jego etyka wyraża takie jego najgłębsze doświadczenie życiowe: nie żywi nienawiści,nie pogardza, ale usiłuje poznawać rzeczy ze stanowiska ich konieczności; na ludzi i na afektyludzkie patrzy z beznamiętnym spokojem badaczaprzyrody i lekarza, albo, mówiąc jego własnymiwyrazami, spogląda na nie tak, jak matematyk nalinie i trójkąty. Może tak postępować, ponieważwierzy w dobro, w rozsądek; wierzy, iż prawdziwepoznanie rosnąć będzie, że zwalczy siłę afektówi poprowadzi ludzkość do coraz to wyższej jasności, wolności i potęgi.

Tak samo też istota Goethego zajmuje się pierwiastkami pozytywnymi, zmierza ku poznaniu i kuuznaniu świata rzeczywistego. Radością jego badanie i tworzenie. Namiętność sądzenia i potępiania była mu nieznaną i stawała się coraz to bardziej obcą. Wyrzucił on zupełnie z istoty swojejafekty negatywne, nieprzyjaźń, nienawiść, pogardę,zazdrość, pychę i skruchę. W następujących wierszach wyraża on wewnętrzną formę swego własnego życia:

„Chcesz sobie nowe zbudować życie,

Musisz zapomnieć o przeszłym bycie,

A jeśliś nawet coś tam utracił,

Czyń, jakbyś znowu czymś się zbogacił.

Czego dzień żąda, o to się pytaj,

Dzień ci odpowie, ty w lot to chwytaj.

Niech cię twych czynów cieszy spełnienie,

A czyny drugich miej zawsze w cenie;

Przedsię człowieka nie miej za wroga,

A wszystko inne zdajże na Boga”.

Nie dziwota, że, taki mając sposób myślenia,musiał Goethe uchodzić za zimnego i człowiekabez uczucia w oczach wszystkich, żyjących gniewem, nienawiścią i pogardą. Ludzie stronnictwamówili: nie zna nienawiści ani pogardy, nie możewięc znać miłości; patrioci zaś dowodzili: powinien był przynajmniej nienawidzić Napoleonai Francuzów. Ale on nie mógł i nie chciał nienawidzić; ten wyjątkowy, potężny mąż był dla niegoraczej przedmiotem podziwu, że człowiekowi możebyć dana taka demoniczna siła woli i czynu.

A nie znając nienawiści, nie zna także pogardy.I rzecz najdrobniejsza i najlichsza ma jako ogniwowielkiego łańcucha rzeczywistości wielką dla badacza doniosłość i znaczenie. Od młodości był Goethe ogarniającym wszystko badaczem świata realnego i skłonność ta wzmagała się w nim z latami.Nie ma niczego, zarówno w świecie przyrodniczym,jak i dziejowym, czego by nie wciągał w zakresswoich badań, pragnąc w powszechności odnaleźćswoje stanowisko i swą duszę. Jak to wykazujekuchnia czarownic i obie nocy walpurgowe, poświęca on nawet płodom fantastycznej, karykaturalnej wyobraźni subtelną, miłości pełną uwagę.Tak samo i w sprawach czartowskich umie onpewnego dopatrzeć się znaczenia i wciągnąć jew służbę swojego wielkiego, świat cały ogarniającego poematu.

Herman Grimm mówi w jednym miejscuo Goethem (przy sposobności uwag o jego korespondencji, „Deutsche Rundschau”, styczeń 1897):,,Przymiot Goethego, że i z najmniejszymi ludźmiobchodził się z przyjazną troskliwością, z szczególniejszego wypływał źródła. Nie istniała w ogólenic dla niego, co by nie miało prawa, ażeby jetraktowano albo przynajmniej patrzano na nie stosownie do jego wartości przyrodzonej. Wszędzieodkrywał on fakta, będące w związku z wszechświatem. Wszystko, co jest, napełniało go czcią...Dlatego też był dobrotliwy i przyjazny. W tymnależy szukać przyczyny, dlaczego nie słyszeliśmynigdy, ażeby Goethe powiedział cośkolwiek złegoo ludziach. Jeżeli to się kiedykolwiek zdarzy, wymaga tego jakaś konieczność, ale i wówczas podkreśla on natychmiast to, co w ludziach jest dobrego, a przywary ich usiłuje tłumaczyć... Niemiał Goethe przyjemności w wygadywaniu na ludzi, niepowodzenia przeciwników zadowolenia munie dawały, natomiast w rozkoszy z powodu faktów pozytywnych, choćby nawet drobnych, idzietak daleko, że częstokroć nie skąpi uznania usiłowaniom, nie przekraczającym nawet średniejmiary”. Jest to określenie znakomite i całkowicieodpowiadające najwewnętrzniejszemu usposobieniuGoethego. Rozkoszowanie się rzeczywistością, obserwowanie planowej konieczności rzeczy choćbynawet drobnych, a nawet wstrętnych i głupich —oto cały Goethe. Na wszystko patrzy sub specieboni, jako na manifestacje absolutu, jako na modisubstancji, powiada też w scenie z Heleną: „tworzyć, przetwarzać — oto wiecznego ducha wieczyste zajęcie, otoczone obrazami wszelkiego stworzenia”.

To jego świat, to jego pogląd na świat: poglądoptymistyczny, zupełnie w duchu Spinozy, Leibnitza, Shaftesbury'ego: wszystko w odpowiednimmiejscu do wydoskonalenia całości niezbędne.

Ten swój pogląd na świat znalazł Goethe jeszcze gdzie indziej, mianowicie w starożytności: i towłaśnie sprawiło, że świat starożytny był mu takdrogi: odpowiadał mu duch jego jasny, radosny,czynny, mający oczy otwarte na świat i jego sprawy,duch, objawiający się w myśleniu i tworzeniu, w wiedzy i działaniu. Wobec starożytności wieki średniewydają mu się ponure, negatywne, stroniące odświata, transcedentalne. I dlatego też wita epokęrenesansu jako uzdrawianie ducha nowożytnegoz choroby negatywnego supernaturalizmu, jakooczyszczenie świadomości ogólnoludzkiej z grozypiekieł i czarownic, która w czasach przyciemnienia myśli naukowej i filozoficznej napełniała chorobliwie podnieconą wyobraźnię człowieka. Scenaz Heleną, tworząca punkt środkowy drugiej częściFausta, a symbolizująca zaślubiny ducha germańskiego z starożytnością, przedstawia nam w poetycznym upiększeniu historyozofię Goethego, zwłaszcza zaś tłumaczenie jego czasów nowożytnych.Ufa on duchowi nowożytnemu, wierzy, iż mimoswoich dumnych, a może i tytanicznie pysznychusiłowań, znajduje się przecież na dobrej drodze,na drodze do najwyższego: do zupełnego rozwojuducha w kierunku zupełnej humanitatis.

Diametralnym przeciwieństwem tego poglądu naświat jest nihilistyczny pesymizm, wyobrażony w Mefistofelesie. Ten na wszystko patrzy sub specie mali;uosobieniem jest pogardy i nienawiści; unicestwiawszystko przynajmniej w myśli i mowie; i chełpisię tym:

„I wielce słusznie, albowiem, prawdziwie,

Godne jest skonu wszystko to, co żywie

Byłoby lepiej, gdyby nie powstało...”

Tak patrzy na sprawy Schopenhauer. Jegoto sztuka i radość, ażeby na każdym kroku wykazywać, w słowach co chwila nowych, zaprawionych dowcipem i gniewem, całą nicość, marność,niegodziwość stworzeń, a przede wszystkim stworzenia dwunożnego, które w dziejach przyrody zapisało się dumnym tytułem homo sapiens. Dziękiduchowi, przejawiającemu się w tym jego rzemiośle, stał się Schopenhauer wielkim i podziwianympisarzem, jednym z duchowych przywódców dzisiejszego pokolenia.

I Goethemu duch ten nie był obcy, znał go,i to nie tylko poza sobą, może u Mercka, albo teżHerdera, odnajdywał go on i w sobie. I jemu niezbywało na bystrości w spostrzeganiu błędówi słabostek ludzkich; posiadał też dar przedstawiania ich z sarkastyczno-szyderczym dowcipem, przypomnijmy sobie satyry literackie z lat młodzieńczych lub Xenie w wieku dojrzałym; jakżeby zresztąmógł stworzyć postać Mefistofelesa? Duch to przecież nie jego; postawił go poza sobą i uwolnił sięod niego, obiektywując go właśnie w Mefistofelesie. Widział on przy tym konieczność i tego ducha;duch przeczenia ma także swoje pole w tym świecie, zwłaszcza zaś w świecie literackim i naukowym; potrzebną jest krytyka, ten niszczący wyrokdla rzeczy miernych, małostkowych, filisterskich,pyszałkowatych, niezbędnym jest nawet duch bluźnierstwa. Mimo to duch przeczenia podrzędną jestsiłą; wyższym jest duch twórczo-produktywny,duch z ducha bożego. Po Xeniach uczuwał Goethecoś w rodzaju wstydu, jak gdyby miał coś do naprawienia; pisze do Schillera: „Po tym szalonym zuchwalstwie musimy dążyć do stworzeniawielkiego i godnego dzieła, musimy, ku zawstydzeniu wszystkich przeciwników, proteuszową naturę naszą przemienić w kształty dobre i szlachetne”.

Eckermann przekazał nam kilka uwagi godnychspostrzeżeń Goethego co do negatywnego kierunkuw poezji. Mówiąc o Byronie, zauważył Goethe,ile on, dzięki swojej negatywnej istocie i swej takczęsto negatywnej działalności, traci w porównaniuz pogodną produktywnością Szekspira, i dodaje:,,Gdyby był miał sposobność pozbycia się swychpierwiastków opozycyjnych za pomocą silnego, szorstkiego wypowiadania się w parlamencie, byłby jakopoeta daleko czystszym. Tak zaś zachował w sobiewszystko, cokolwiek dolegało mu w stosunku doswego narodu, i aby się od tego uwolnić, nie miałinnego środka, jak to w poetyckim wypowiedziećwypracowaniu”. Potem zaczęto mówić o Platonie,z którego kierunkiem negatywnym również się niezgodzono. „Nie da się zaprzeczyć — powiedział Goethe — posiada on wiele wspaniałych przymiotów,brak mu atoli miłości. Tak samo nie kochaswoich czytelników, kolegów po piórze, jak i siebie; dzięki temu trzeba też i do niego zastosowaćzdanie apostoła: „A choćbym przemawiał językamiludzkimi i anielskimi, a nie miał w sobie miłości,byłbym jako kruszec dźwięczący, lub jako dzwonek dzwoniący”. Ludzie będą się go bać, i onzostanie Bogiem dla tych, którzy chętnie bylibynegatywnymi, jak on, ale nie mają do tego talentu”.

Postać Mefistofelesa, to ucieleśnienie ducha negatywnego, można by więc uważać za poetycką katharsis, za uwolnienie się Goethego od pierwiastkabezpłodnego przeczenia, które było i w nim, i zapewne kiedyś w młodości groziło mu niebezpieczeństwem.

Przytoczę tu raz jeszcze wiersze Goethego,którymi zamknąłem uwagi moje nad Hamletem;zawierają one ostatnie słowo jego łagodnej mądrości:

„Dokąd dążyć zatem? —

Świat trzeba poznać i nie gardzić światem”.

Wpisał on wyrazy te Schopenhauerowi do pamiętnika przy końcu dłuższych z nim stosunków.Czy on zastanawiał się częściej nad nimi? Przedziwnie wyraża się w nich różnica istoty obu tychmężów. I Schopenhauer dąży do poznania świata,ale po to, ażeby ostatecznie sam nim pogardziłizohydzał go innym. Nie idzie za radą Goethego,lecz za sentencją, którą mądry i doświadczonyMefistofeles wpisał do albumu scholara: Eritis sicut Deus, scientes bonum et malum, to znaczywiedzący, że dobro to pozór, a zło to rzeczywistość. Mądrość Goethego zaś prowadzi go, wrazz Spinozą, do amor intellectualis Dei, do radościi umiłowania Boga i Jego stworzenia. Do nich obuzastosować należy słowa Pana, zamykające prologw niebie:

„Lecz wy się cieszcie, wy, synowie boży,

Pięknym, co życia skarb bogaty tworzy;

Płód powstający, w wiecznym żyw rozczynie.

Niech was miłości ramieniem owinie,

A co was chwiejnym li zjawiskiem mami,

Kształtującymi utrwalcie myślami”.

Brzmi to jak gdyby odpowiedź poety, gdy patrząc na swoje długie i bogate życie, z wdzięcznymmówi sercem:

„W czynne życie, w świat szeroki

Nieustannie zwracać kroki,

Badać, tworzyć, doskonalić,

Przeszłość w sobie z czcią utrwalić,

A przyjmować wciąż radośnie

Co z przyszłości dla nas rośnie,

Mieć dla czystych celów pieczę,

Oto w czym jest szczęście człecze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.