drukowana A5
22.86
Koszyk kwiatów

Bezpłatny fragment - Koszyk kwiatów


Objętość:
99 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0862-1

Rozdział I. Ojciec Jakub i jego córka Marianna

W miasteczku Eichburg żył przed więcej jak sto laty rozumny i poczciwy mążnazwiska Jakub Rode. Jako ubogi chłopczyna przyszedł do Eichburga, ażeby w ogrodzie hrabiego wyuczyć się sztuki ogrodniczej. Jego piękne przymioty duszy, jegodobre serce, zręczność z którą wszystko wykonywał i powabność postaci ciała i twarzyzjednały mu przychylność państwa. — Polecano mu niejedno zatrudnienie w pałacu,które zręcznie i sumiennie wykonał, a gdyhrabia, wówczas jeszcze młody człowiek,wybrał się w podróż na zwidzenie rozmaitych krajów, obrał Jakuba jako towarzyszapodróży. — Nie była ta podróż bez chwalebnego wpływu na Jakuba, bo ubogacił swójumysł, zapatrując się ciekawie na rozliczneprzedmioty, rozmaitymi wiadomościami, wykształcił swój sposób wysłowienia i wzięciasię, a co jeszcze więcej znaczy zachowałswe piękne serce od wszelkiego złego wpływu.Hrabia postanowił z czasem wynagrodzić jegowierne usługi i zaopatrzyć go dostarczającym utrzymaniem. Jakub mógłby był dostąpić urzędu rządcy domu hrabiowskiego wstolicy; ale że milsze mu było życie wiejskie, a właśnie naówczas w Eichburguzwrócono hrabi małą osadę z ogrodem dotąd wydzierżawianą, przeto na prośbę przekazał mu hrabia takowę i to do żywocie,bezpłatnie, z wyznaczeniem deputatu w zbożui drzewie, co wystarczyć mogło do uczciwego utrzymania. Tak uposażony łaskawością hrabi, pojął Jakub małżonkę z tejże wsii swobodnie żył zbiorem swej osady, któraprócz pięknego domku miała znaczny ogród,którego jedna połowa zasadzona była drzewemowocowem wybornych gatunków, a drugaużyta była na warzywo.

Po kilkunastoletnim szczęśliwym pożyciu z zacną swą małżonką, stracił ją Jakubprzez nieubłaganą śmierć, a jego smutek stąd wynikły był bardzo dokuczający; widoczniechylił się ku ziemi i głowa jego siwiała.Jedyną jego pociechą była, pozostała z wieluzmarłych dzieci, córka imieniem Marianna,w czasie jak umierała matka, tylko pięć latstara. Wierny obraz swej poczciwej matki,a z wzrostem i duch jej stawał się ozdobniejszy nadobnymi przymioty: niewinność,skromność, uprzejmość, dodawały jej piękności, ozdób. Z twarzy jej wyglądało cośtak ujmującego, jak gdyby Anioł boży mieszkał w jej ciele. Zaledwo doszła piętnastegoroku swego życia, a już prowadziła małeojczyste gospodarstwo z zupełnym zadowoleniem ojca. W izbie nie spostrzegłbyś pyłku,w kuchni wszystko błyszczało jak nowe, a całydom był wzorem porządku i ochędostwa.Przecież umiała tak czas swój oszczędnie rozporządzić, że go zbyło do pomocy ojcu zatrudnionemu w ogrodzie, — a te godziny byłynajmilszymi jej życia, bo je słodził rozumnyojciec, powabnymi i na obyczajność wpływającymi powieściami i w ten sposób pracęczynił dwojako korzystną i przyjemną.

Marianna, która właśnie wzrosła między ziołami i kwiatami, której przeto światem był ogród, mocno kochała kwiaty; a ojciec dla jej zadowolenia sprowadzał co roknasiona, cebulki i korzenie rozmaitych, acoraz nowszych kwiatów, pozwalając nimiosadzać brzegi zagonów; w ten sposób miałaMarianna w wolnych od domowego zarządugodzinach przyjemną zabawę. Hodowała zpilnością delikatne roślinki, przypatrywałasię pączkom zgadując, jaki wydadzą kwiatek,a gdy się ten rozwinął, czuła niezmiernąradość. —

„Jest to niewinna i czysta radość!” mawiał ojciec przypatrując się z uśmichem córce.,,Inni wydają znaczne pieniądze na złoto i jedwabie dla swych córek, a przecież im nieczynią tyle uciechy, co ja mojej za kilka groszy.” — I w rzeczy samej kwitła co miesiąc,co tydzień nowa dla Marianny pociecha, żemogła mówić: „jak raj miłym jest nasz ogródek!” bo i przechodzący około niego nie mogli się dosyć napatrzyć, a dzieci wiejskiezamanąwszy przypatrując się szparami parkanu, z radością odbierały od Mariannykwieciste podarunki. —

Rozumny ojciec usiłował radości Marianny z powodu kwiatów dać wznioślejszeznaczenie; uczył ją bowiem w piękności kwiatów, ich rozmaitych kształtach, ich rozmiarach, farbach, zapachu widzieć i podziwiaćmądrość dobroć i wszechmocność Boga.Zwykł on był pierwsze godziny dnia poświęcać modlitwie, a przeto raniej wstawać niżtego jego prace wymagały; był bowiem tegoprzekonania, że życie ludzkie dużo traci naswojej cenie, skoro człowiek nie ujmie muco dzień kilka godzin, lub przynajmniej półgodzinki, aby je Stwórcy swemu poświęcić i w nich zatrudnić się swym przeznaczeniem dla Nieba. W porankach wiosennych i letnich, bierał Mariannę do swegoogródka, gdzie przy ślicznym śpiewie ptasząt, rosą skropionych ziołach, i nadobnierannym promieniem słońca oświeconej i orzeźwionej okolicy, mawiał z nią o Bogu, którytak przyjemnie oświecać świat słońcu każe,rosą i dżdżem pokrzepia roślinki, ptastwożywi i kwiaty tak nadobnie stroi. Tu uczyłją poznawać Wszechmocnego, jako dobregoojca ludzi, który nierównie przychylniejszymi dobrotliwszym jak w swych stworzeniach,pokazał się w daniu nam Syna swego, dlazbawienia człowieka. Tu uczył ją modlićsię, gdy z nią razem podług uczucia swego modlił się do Boga. — Te godziny ranneprzyłożyły się niezmiernie do wykształceniaserca Marianny; bo prosta, bezprzesadnapobożność zajęła trwałe miejsce w jej sercu.

W kwiatach, a właśnie tych, które onalubiła, wskazywał jej godła cnót, które pannyzdobić powinny. Gdy radosna przyniosłamu w początku marca pierwszy fiołek; mówił jej ojciec: „fiołek, moja Marysiu, niechcię uczy: pokory, skromności i dobroczynności w ukryciu bez przechwałek, jak to PanJezus kazał, żeby nie wiedziała lewa, co czyniprawa ręka. Fiołek przybrany w barwęskromności, kwitnie ukryty w listkach, anapełnia powietrze wyborną wonią. Bądźi ty Marysiu takim fiołkiem, co gardzi krzyczącymi farbami i działa dobrze w ukryciu,aż okwitnie.

Gdy róże i lilie rozkwitły, zdobiąc ogródek i napełniając przyjemną wonią powietrze, mówił ojciec do radosnej tym Marianny: „Lilia, moja córko, niech ci będzie obrazem niewinności! Widzisz ją jaka czysta iniczym niepokalana. Najpiękniejszy atłasjeszcze nie jest tak śliczny jak ona. Szczęśliwa panna, której serce tak czyste, dalekie od brudnych myśli! Ale najczystsza zewszystkich farb, najtrudniej się w swej świetności utrzymuje; łatwo skazić listek lilii,szorstkie dotknięcie już pozostawi plamę;tak to jedno brudne słowo, jedna myśl skaziniewinność! — Róża niech ci będzie godłemwstydliwości. Piękniejszą farbą jak różyjest rumieniec wstydliwości panieńskiej; aszczęśliwa ta panna, która na każdy zawolnyżarcik rumienić się umie, i przyjmie ten rumieniec jak przestrogę zapowiadającą niebezpieczeństwo. — Oblicze, co się zwykło rumienić, bywa trwale czerstwe i nadobne;gdy to, co nie umie rumienić się, straciłowstyd i wszystką krasę panieństwa — poblednie, zżółknie niebawem i przed czasemzgnije w grobie.” Zerwał lilię i różę, złączył w bukiet, a oddając go Mariannie odrzekł: „lilie i róże, te rodzinne kwiatki, sąz sobą spowinowacone i stoją w bukietachi wieńcach bardzo harmonicznie; tak niewinność i wstydliwość są bliźniętami i rozłączyć ich nie można. Tak jest, w pielgrzymce życia obecnego oddał Bóg niewinności wstydliwość za towarzyszkę, aby tamtę strzegła ichroniła. — Bądź wstydliwą, moja córko, będziesz niezawodnie niewinną. Niech będzieserce twoje czyste jak lilia, a lica twoje utrzymają kolor róży.

Najpiękniejszą ozdobą ogródka była jabłoń, nie większa jak dobry krzak róży; stałana jednym z zagonów. Sadził ją ojciec w dzieńurodzin Marianny, na wiosnę okryła się najpiękniejszym kwiatem, tak że się zdawało,jakoby to był jeden tylko tak wielki kwiat,Marianna stąd wynikłej radości ukryć niemogła. W parę dni potem zwarzył nocnymróz ten piękny kwiat tak, że całe drzewięprzedstawiało smutną postać zniszczoty. Marianna nie mogła powściągnąć łez swoichna ten smutny widok; a ojciec tak jej te okoliczności zastosował: „tak to, moja kochana,potrafi namiętność zniszczyć róż niewinności. Gdyby i tobie podobnie temu drzewięciu przydarzyć się miało, gdyby, mówię, tepiękne nadzieje, które mnie ty postępowaniem twoim rokujesz, nie tak jak tu na rok,ale nieodwetowanie zniknąć miały; — o natenczas daleko boleśniejsze wylewałbym nadtobą łzy, jak ty wylewasz obecnie! Znikłybynatenczas dla mnie godziny pociechy, aciało moje, ktorego twarz nosiłaby znaki obficie w życiu wylewanych łez, poniesiono bydo grobu.” — W istocie, samo wspomnieniemożebności zrosiło lica jego, — na Mariannie wywarła ta okoliczność głębokie wrażenie! —

Pod okiem tak mądrego i miłością pałającego ojca rosła Marianna jak kwitnącaróża, niewinna jak lilia, skromna jak fiołek,a obiecująca wiele, jak drzewko obficie kwitnące.

Z zadowalającym uśmiechem popatrywał się Jakub na swój ogródek, co mu sięza prace jego tak pięknie wywdzięczał; alenieskończenie większą miał stąd radość, żew córce usiłowania jego tak śliczne wydawały owoce.

Rozdział II. Marianna na pałacu hrabiego

Pewnego pięknego poranku w maju poszłaMarianna do bliskiego lasu, aby uzbieraćprątków laskowych i wierzbowych do koszyków, które jej ojciec w wolnych od innychzatrudnień godzinach zwykł był wyrabiać;przy tej sposobności znalazła konwalię iuzbierała tego tak przyjemny zapach wydającego kwiatu, z którego zrobiła dwa bukiety, jeden dla ojca, drugi dla siebie. Gdywracała do domu ścieżką kwiatem ozdobioną przez łąkę, spotkała hrabinę Eichburgi jej córkę Emilię, które pospolicie mieszkaływ stolicy, a tu przyjechały przed parą dniami, dla użycia świeżego powietrza.

Skoro je Marianna zbliżające się spostrzegła, zeszła ze ścieżki, aby im wolnezostawić przejście, i stała z uszanowaniem.

Przechodząc i widząc kwiatki, rzekła hrabianka: „tak to wczesną konwalię znalazłaś?” —

Z tej radość tłumaczącej odezwy, wniosłasłusznie Marianna, że hrabianka lubi konwalię; a przeto grzecznie ofiarowała obapęczki, jeden matce, a drugi córce. — Za coodwdzięczając się hrabina, dobyła sakieweki chciała pieniędzmi wynagrodzić grzecznąofiarę.

Wszakże domyślając się tego Mariannaodrzekła: „Ach Jaśnie Pani! — ja nie dlanagrody ofiarowałam bukiet; dla mnie dosyćjuż wielkie zadowolenie, że panie tę małąofiarę wdzięcznie przyjmują z rąk biednejdziewczyny; a cóż dopiero za radość, że tądrobnostką mogę okazać moją wdzięcznośćza tyle już doznanych łask i dobrodziejstw!” —

Hrabina uśmiechnęła się wdzięcznie naten piękny zwrot Marianny i żądała, aby częściej Emilii przynosiła do dworu tak pięknekwiaty; co ona każdego wykonała poranku,dopokąd konwalię znaleźć można było, a takco dzień znajdowała się na dworze. Emilia podobała sobie w towarzystwie Marianny; jej zdrowy rozsądek, jej skromność,jej umysł wesoły, jej nie wykwintne, ale grzeczne postępowanie, to wszystko wiązało hrabiankę; — a choć już wszystka konwalia znikła, to Marianna na żądanie Emilii musiałabywać na dworze i jej towarzyszyć. Co więcej, można było oczywiście wnosić, żeżyczy sobie mieć Mariannę zawsze przy sobie, i wziąć ją na usługi.

Zbliżała się rocznica urodzin Emilii, aMarianna przemyślała, jakie by dać solenizantce wiązanie. Bukiet już jej kilka razyofiarowała, taki więc zdawał się jej być czymsiś spowszedniałym, przeto trzeba było cośrzadszego ofiarować. Zeszłej zimy zrobiłbył ojciec kilka pięknych koszyków dla dam,i jeden z nich najpiękniejszy podarował Mariannie, ten postanowiła napełnić wyboremkwiatów i w dzień urodzin ofiarować Emilii. Ojciec nie tylko zezwolił na to, ale cowięcej ozdobił koszyczek sztucznym wyrobem herbu hrabiów. —

Z rana w dzień urodzin Emilii nazrywała Marianna najpiękniejszych róż, różnobarwnych lefkoi, laku, gwodzików i rozmaitych innych kwiatów i tak wszystko to gustownie ułożywszy w koszyczku, ten, a osobliwie imię Emilii obwiodła wybornym wianuszkiem z niezapominajków. W istocie, całyten koszyczek i wyborem kwiatów, i doborem ich farb jak najprzyjemniej głaskał oko,nawet poważny jej ojciec znalazł w tym wielkie zadowolenie, że z uśmiechem odrzekł,,wstrzymajże się cokolwiek z odniesieniemtego koszyczka, aż mu się do syta przypatrzę!”

Marianna poniosła ten koszyk do dworui z wynurzeniem prostym swych najszczerszych życzeń oddała Emilii. — Ta siedziaławłaśnie przy gotowalni, garderobianna stałaza nią zajęta trefieniem włosów swej pani.Emilii ofiarowany koszyczek z prostym aszczerym powinszowaniem tak dalece sięspodobał, że nie znalazła dosyć życzeniu swemu odpowiednich wyrazów na oświadczenieswej wdzięczności. „Dobre dziewczę!” rzekła, „tyś cały swój ogródek ogołociła z najpiękniejszych ozdób, aby się mnie przysłużyć! — A twój ojciec tak ślicznie zrobił tenkoszyczek, że nic piękniejszego w tym rodzaju nie widziałam! — O pójdźże ze mnądo mej matki, niech widzi tę tak mi miłąofiarę!” — Powstała, wzięła Mariannę za rękęi poprowadziła na pokoje matki na piętrzedworu będące.

„O przypatrzże się, matko! zawołała radośnie hrabianka wchodząc na pokoje, jaknieporównanie piękną przyniosła mi dziśMarianna ofiarę! — Piękniejszego koszyczkadoprawdy nie widziałam! — A kwiatki jak towyborne, jak kolory gustownie dobrane!” —

„W istocie! — odrzekła hrabina, wszystkotak ślicznie, że żaden malarz nie zdobyłbysię na tak wdzięczny obraz. Czyni to wielkihonor tak wdzięcznemu sercu Marianny, jakjej wybornemu smakowi! — Poczekaj, mojamiła, cokolwiek!” —

To wyrzekłszy, wyszła z córką do przyległego pokoju, gdzie do Emilii tak mówiła:,,bez wynagrodzenia nie można tego dobregodziewczęcia puścić; cóż jej ofiarować myślisz?”

Po małym namyśle odrzekła hrabianka:,,mnie się zdaje, żeby sukienka była dla niejnajstosowniejsza, zwłaszcza jeżelibyś matkapozwoliła dać jej sukienkę ową w białe iczerwone kwiatki na tle ciemnozielonym. Jestona jeszcze dobra, jak nowa; parę razy tylkojej użyłam; ale już po części z niej wyrosłam;Marianna potrafi ją sobie przerobić, i będzie dla niej odświętną. Jeżeli przeto matkapozwolisz.” —

„Bardzo chętnie! — Gdy się ludziom cóśofiaruje, trzeba na to uważać, iżby z ofiarymieli istotną korzyść. Sukienka ta będziejej do twarzy.”

Wyszedłszy z Emilią do stancji, w którejpozostała Marianna, rzekła hrabina: „bieżcie, moje dzieci, miejcie pieczą, aby te kwiatkido obiadu nie zwiędły, bo chcę je wraz zkoszykiem mieć ozdobą stołu, przy którymdziś gości mieć będziemy. — Tobie, Emilio,pozostawiam odwdzięczenie się Mariannieza jej przysługę.”

Emilia pobiegła z Marianną do swegopokoju i rozkazała garderobiannie przynieśćwiadomą sukienkę. — Jutka, tak się zwałagarderobianna, stanęła i rzekła: „przecieżpani dziś tej sukni nie obleczesz?”

„Pewnieć że nie! — Ale ją Marianniepodaruję.”

„Te suknię? — Czy wie o tym JaśniePani?”

„Cóż ciebie to obchodzi? — Spełnij rozkaz,a ja biorę na siebie odpowiedzialność.”

Jutka odwróciła się nagle, ażeby zakryćswe zmartwienie, i wyszła. Oblicze jej pałało złością; z gniewem porywała ubiory zeskrzyni i szemrała: „godziłoby się, żebymwszystkie dziś podarła w drobne sztuczki.Ta przebrzydła ogrodowianka! — Połowyprzychylności mego państwa już mię pozbawiła, a teraz mi jeszcze tak piękną sukienkękradnie, boć zużywane mnie należą. — Oczy bym mogła wydrapać tej brzydnej kwiaciarce!”— Z tym wszystkim utłumiła jak mogła swązłość; wróciwszy oddała pani swej żądanąsuknię.

Hrabianka, odebrawszy sukienkę, rzekłado Marianny: „lubo odebrałam dziś droższejak twój upominki, ale żaden z tych nie byłmi tak przyjemnym jak twój koszyk. Kwiatkitej sukienki nie są wprawdzie tak pięknejak twoje, przecież sądzę, że dla mej miłościnie pogardzisz nimi. Noś tę sukienkę namoją pamiątkę, i pozdrów ode mnie twojegoojca.” Marianna dziękując pocałowała hrabiankę w rękę, i odebrawszy podarunekodeszła.

Jutka, pełna zazdrości i zemsty, któreile możności w sobie tuliła, poczęła przerwane trefienie włosów wykonywać. Tłumienie burzliwych namiętności niemało ją zatrudniało, że nie mogła się obejść, iż tu iowdzie drasnęła panię.

Z tego powodu odezwała się hrabianka:,,Czy się ty gniewasz, Jutka?”

„A to by też było bardzo głupie ode mnie, żebymsię miała o to gniewać, że Pani jesteś dobra!”

„Bardzo rozumnie mówisz, życzę, abyśteż tak rozumnie i myślała!” — TymczasemMarianna biegła radosna z sukienką do domu. Ojciec, zobaczywszy sukienkę, nie dzielił z córką radości, pokręcił głową i powiedział: „wolałbym, żebyś nie była poniosła koszyka do dworu! — Podarunek ten jako odnaszego państwa pochodzący jest mi wprawdzie miły; ale może zrodzić zazdrość, a co bygorzej było, ciebie nauczyć próżności. Bądźże ostrożną, moja Marychno, żeby przynajmniej na ciebie złego upływu nie wywarła.Wiedz, że skromność i obyczajność dalekowięcej zdobi dziewczynę, jak najpiękniejszyi najwyborniejszy ubiór!”

Rozdział III. Skradziony pierścionek

Zaledwo Marianna przymierzyła sukienkęi zdążyła onę złożyć i schować do skrzyni,wchodzi do izby hrabianka blada, drżącai rzecze: „Przebóg, Marianno, cóżeś ty zrobiła! — Zginął pierścień matki z diamentemz izby, w której prócz ciebie nikt obcy nie był. — Zwróć go, to się ta rzecz da jeszczezatrzeć, jenaczej gdy się zguba rozgłosi, narobisz sobie i nam wielkich nieprzyjemności.”

Przelękła Marianna odrzekła: „mój Boże!ja o żadnym pierścionku nie wiem! — Animwidziała pierścionka; — ani nawet nie ruszyłam się z miejsca, na którym stanęłam, gdyściewyszły do przyległego pokoju.”

„Marianno! mówiła dalej hrabianka, natwoję własnę pomyślność zaklinam cię, oddajpierścionek! — Ty nie wiesz jak drogi jesttaki pierścień, oto jest wart około tysiącatalarów. — Wiem, iżbyś go nie była wzięła,gdybyś jego cenę wiedziała; sądziłaś pewnieże to taka nikczemna bagatelka. — Zwróć go,a darujemy ci dziecinną lekkomyślność!” —

Marianna zalała się łzami i odrzekła:,,Za prawdę mówię, iż nie wiem o żadnympierścionku. Nigdym w życiu nie pozwoliła sobie cudzej rzeczy poruszyć, a miałażbym tak wielką rzecz skraść? — O zanadtogłęboko wpoił mi mój ojciec szacunek dlacudzej własności, żeby dać się złudzić chciwości!”

W tym wszedł ojciec do izby, bo pracując w sadzie, widział hrabiankę spieszniedo chaty biegnącą; a wyrozumiawszy, o corzecz idzie, zawołał żalem trapiony: „MójBoże! — Dziecko! taki pierścień skraść, jest tozasłużyć na śmierć! A to jeszcze najmniejsza;wspomnij no na przykazanie Boże, mówiące:,,nie kradnij!” Za taki występek stajemy sięodpowiedzialnymi nie tylko ludziom, ale iBogu, daleko wyższemu Panu, Sędzi, przedktórego wiadomością nic się utaić nie może,bo jest świadkiem czynów i nawet myśli naszych; — przed którym nie popłaca żadnaczcza wymówka, ani kłamstwo! — Jeżeliśo tym bożym przykazaniu zapomniała, jeżeliśnie wspomniała na moje napomnienia, a zaślepiona blaskiem złota i drogiego kamienia,pozwoliłaś chciwości wziąć górę nad sobąi zgrzeszyłaś; to przynajmniej nie trwaj wgrzechu, nie przecz, przyznaj się i oddajpierścień!”

„Ach ojcze! wierz mi, że pierścienia nawet nie widziałam! — Gdybym taki pierścieńna ulicy znalazła, doprawdy nie miałabym żadnej spokojności, dopokąd bym go nie złożyła wręce właściciela; a miałażbym takowy ukraść?”

„Córko! oto hrabianka Emilia, która jakAnioł stróż przyszła tu, aby cię oswobodzićz nieszczęścia i odwrócić od ciebie hańbę ikarę, — która cię dopiero co tak hojnie obdarzyła, nie zasługuje na to, żebyś ją okłamywała i na twoje własne nieszczęście oszukiwała! — Masz pierścień; to się przyznaj:a hrabianka przez swoje pośrednictwo urodziców ocali cię od haniebnych skutków kradzieży! — Marianna! bądź rzetelną; nie kłam!”

„Ojcze! wszakże ci to wiadoma, iż w życiu moim nic takiego, co by najmniej wartebyło, nie skradłam! — Wszakże nawet jednegojabłuszka z cudzego drzewa, garstki trawyz cudzej roli, a cóż dopiero miałabym takwielki skraść klejnot? — Wierzże mi ojcze!Wszakże w życiu moim okłamać cię nie odważyłam się!”

„Marianno! spojrzyj na moją zsiwiałągłowę! — Nie przyczyniaj się do tego, iżbymzgryzotą znękany życie moje nędznie kończył! — Oszczędź mi żalu i zgryzoty! —Wyznaj wobec Boga, który złodzieja karać będzie, czy masz pierścień? — Na miłość duszy twej i jej zbawienia zaklinam cię,powiedz prawdę!” —

Marianna wzniosła oczy ku niebu, złożyła ręce i rzekła: „Bóg wie że nie mampierścienia! — Jak chcę być zbawioną, takpewno nie wzięłam pierścienia!”

„Po takim zarzeczeniu wierzę ci! — Wierzę żebyś wobec Bogi, u przytomnościhrabianki, starego ojca twego nie okłamała.Że jesteś niewinną, jak się przekonywam,więc ta okoliczność zaspokoja mię; zaspokój się i ty, a nie obawiaj się niczego. Jednotylko i to istotne złe jest na świecie, a tymjest grzech. Więzienie, haniebna śmierć,są niczym względem tamtego. Niech więcprzyjdzie na nas, co chce, niech nas wszyscyopuszczą, niech przeciw nam wszyscy powstaną, przecież przy czystości sumienia Bógnas nie opuści, i będzie niewinnych przyjacielem. Jego potężna opieka wykryje zczasem naszą niewinność, prędzej czy później, tu albo na sądzie bożym!” —

Hrabianka, tuląc swe rozczulenie, odezwałasię: „moi mili ludzie, gdy was tak mówiących słyszę, muszę w prawdzie wierzyć, żepierścionka nie macie; wszakże wziąwszy zdrugiej strony na uwagę okoliczności towarzyszące zgubie, nie inaczej się zdaje, jakże go mieć musicie! — Matka moja przypomina sobie z pewnością, że przed przyjściem moim z Marianną do jej pokoju pierścień leżał na stoliku, wie nawet dokładnieoznaczyć miejsce, na którym go w ten momentwidziała. Żywa dusza prócz nas nie była wtym pokoju; Marianna sobie przypomni, żeprzy tym stoliczku nie byłam nawet. Gdyśmyz matką poszły do drugiego pokoju, samaMarianna została tam, gdzie leżał pierścień,przed naszym przyjściem i potem aż do spostrzeżenia zguby, nikt tam nie był. Skorośmysię oddaliły, zamknęła matka na zamek drzwipierwszego, a udała się do drugiego pokoju,aby się tam ubrać. Gdy ubrawszy się wróciła, i chciała wsadzić sygnet na palec; jużgo nie znalazła. Przerzuciła wszystko w pokoju, — nie pozwoliła nikomu, nawet mnie,wejść do niego, aż przetrząsnęła wszystkoszukając; to przecież było bezskutecznie. —Powiedzcież teraz sami, któż ten pierścieńmógł wziąć?” —

„Ja tego nie pojmuję! — pojmuję to tylko,że nas Bóg wielce doświadcza! — Wszakżebądź co bądź, — rzekł ojciec z wzniesionymiw niebo oczyma i rękoma, — Boże! oto tujestem, rób ze mną, co święta wola Twojarozporządzi! Nie usuwaj mi tylko Twej łaski,a na tym dosyć mi będzie!” —

„Wierzcie mi, rzekła hrabianka, ja wracam z ciężkim sercem do domu! Smutna tomnie rocznica urodzin! — Już widzę jakokropna stąd powstanie historia! — Jeszczematka, chroniąc Mariannę, nikomu o zgubienie powiedziała; ale na długo nie da się tozataić. Matka ten pierścień musi dziś mieću stołu; bo ojciec, którego się dziś na obiadze stolicy spodziewamy, spostrzegłby łatwo,że go nie ma, ile że jej go w dzień moichurodzin ofiarował i ona go odtąd w każdąnosi rocznicę, oczekuje więc, że jej go niezawodnie przyniosę. — Bądźcie zdrowi! rada bym powiedziała, że jesteście niewinni,ale któż mi uwierzy?”

Wyszła Emilia, ucierając zapłakane oczy;ojciec wraz z córką zanadto odurzeni bylismutkiem, żeby ją odprowadzić. — Ojciec siadłna ławce, wsparłszy głowę na ręku, patrzałzamyślony w ziemię, łzy toczyły się po licachjego. Marianna uklękła przed nim, spojrzała mu w oczy i rzekła: „Ojcze kochany!wierz mi, że w tym zdarzeniu na włos niezawiniłam.”

Jakub podniósł ją, popatrzył się w jejniebieskie oczy i odrzekł: „tak Marianno,ty jesteś niewinna! — bo tak śmiało i poufnie winowajca nie spojrzy!” —

„O ojcze! Jakiż to koniec weźmie naszeutrapienie! Jaki nas los czeka! O gdyby tasmutna przyszłość mię samą dotknęła, zniosłabym ją cierpliwie; ale że ty dla mnie maszcierpieć, to mi jest najokropniejsza!”

„Ufaj Bogu i nie rozpaczaj. — Bez jegowoli włosek nam z głowy nie spadnie. —Wszystko, co nas czeka, jest z dopuszczeniabożego — i na dobro nasze, bo od ojca naszego pochodzi, i cóż możesz chcieć więcejna naszą pociechę? — Niech cię przyszłośćnie trwoży; stój zawsze przy prawdzie. Czyci grozić będą, czy łudzić cię obietnicami,nie zbaczaj na włos od prawdy, nie obrażajsumienia. Czyste sumienie jest najlepszą pociechą nawet we więzieniu. Pewnie nas zechcą rozłączyć; ojciec twój, Marianno, niebędzie ci mógł nieść pociechy, szukajże więctakowej u Ojca Niebieskiego, który zawszejest bliski ciebie; tego potężnego obrońcynie zdołają ci zabrać.”

Wtem z trzaskiem roztworzono drzwi,a na progu pokazał się urzędnik sprawiedliwości, jego pisarz i kilka sług sądowych.Marianna przelękniona, krzyknęła i rzuciłasię w objęcia ojca. —

„Rozłączcie ich!” zawołał sędzia, a oczyjego iskrzyły się gniewem. — „Córkę okujcie w kajdany i zaprowadźcie do więzienia;a ojca osadźcie takoż pod strażą. — Dom iogród weźcie tymczasem w dozór, żebytu nikt nie wszedł, aż wszystko z pisarzemprzejrzymy.”

Rozkaz ten słudzy natychmiast wykonali:Mariannę porwali z objęcia ojcowskiego iokuli w kajdany; zemdlała, i w takim staniewynieśli ją z domu. Gdy ojca i córkę wyprowadzono na ulicę, przyjęła ich wielkaliczba zgromadzonego ludu, bo historia opierścieniu wnet rozeszła się po całej wsii zwabiła dużo ciekawych. Jak zwykle różniróżnie sądzili, byli tacy, co im się nie mogłopomieścić w głowie, jakby Marianna i Jakub,ta para poczciwych ludzi, mogli być tak wielkimi winowajcami; — Inni litowali się nadich nieszczęściem, sąd Bogu zostawiając; —a najwięcej było takich, którzy łatwo uwierzyli, że są zbrodniami. Byli to ludzie albolekkomyślni, co chcieliby wszystkich próczsiebie widzieć złymi, albo zazdrośni, co imciężko było widzieć szczęśliwszych od siebie.,,Teraz widzieć, mówili ci ostatni, skąd imtak przyrastało wszystkiego! — W taki sposób,o pojmujem, że jest łatwo zbogacić się, kiedysię sięga po to, czego się nie położyło;” i takpodobnie sądzili przed czasem. Przed czasem?A prawda, bo dopiero, gdy Bóg swój sądogłosi, pokaże się prawda; wprzód możesię człek dużo omylić, osobliwie gdy namiętność jaka i brak miłości bliźniego wmieszasię do naszego sądu.

Wszakże nie wszyscy eichburszczaniebyli tak nielitościwymi; wielu było z rzeczywistym politowaniem w dotyczeniu Jakubai Marianny, a wielu mówiło sobie: „MójBoże jak też to człowiek jest ułomnym! I najpoczciwszy nie jest wolen od upadku! Któż bybył źle myślał o tych poczciwych ludziach. —Któż wie? Może to też i nie jest tak źle, jakpowiadają; niechże Bóg wykryje ich niewinność! — albo doda im łaski nawrócenia, jeżliw samej rzeczy upadli! — a nas niech bronii zachowa od podobnego upadku!” Stało tami wiele małych dziatek, które rzewnie płakałyi mówiły sobie: „jeżli ich uwiężą, jakże nambędzie mógł dać Jakub owocu, a Marychnakwiatów?” — Niewinne samoluby! — Nie umieliźle sądzić o ludziach, bo sami wolni byli odwystępków; — kto im dobrze czynił, tegokochali.

Rozdział IV. Marianna w więzieniu

Wniesiono Mariannę omdlałą do więzienia; gdy się ocuciła, poczęła rzewnie płakać,załamywać ręce, wyrzekać i modlić się, ażtym wszystkim znurzona i osłabiona padłana posłanie ze słomy i zasnęła. Odeckła sięgłęboko w noc: w ciemności nie mogła pojąć,gdzie jest; zajście z owym pierścieniem, którejej przyszło na myśl, sądziła być snem, izdawało się jej, że leży na swym łożu. Jużpoczęła się cieszyć, że znikł ten dręczący sen,gdy uczuła kajdany na ręku i nogach; przeląkłszy się, powstała z posłania, a klęnąwszyi wzniósłszy ręce swe tak się modliła: „Cóżtu innego czynić mogę, jak te niewinne, kajdanami ociążone ręce, wznieść do ciebie Boże! — Spojrzyj na mię łaskawie, wspomnij,że niewinną źle i fałszywie osądzili ludzie!Jesteś opieką i wybawicielem niewinnych,wybaw i mię z tej niedoli! — Zmiłuj się nade mną! Zmiłuj się i nad moim niewinniecierpiącym ojcem! — Wlej pociechę w sercejego, ujmij jemu boleści, choćbyś mnie jegocząstkę nałożył!”

Na wspomnienie o ojcu potok łez skropił jej twarz: boleść i litość przytłumiły jejgłos, długi czas słychać było łkanie i kwilenie. — Zajaśniał dotąd czarną okryty chmurą księżyc, zajrzał małym okienkiem do więzienia przez żelazną kratę, którą odznaczyłna posadzce; przy świetle jego widziała Marianna cztery brudne i wilgotne ściany więzienia, — tę garść zbutwiałej słomy, na której spoczywała, — dzban z wodą i kawałczarnego chleba dane jej na posiłek; tak rozpoznawszy swoje nieszczęśliwe położenie,odnowiła się zgryzota i żal; lecz że widziała,iż smutkiem tylko pogorsza swoje położenie, przeto usiłowała rozerwać swe smętnemyśli, i poczęła rozmawiać z księżycem jakbyz przyjacielem, mówiła więc: „Ty dawny mójprzyjacielu, odwiedzasz mię i chcesz wiedzieć,jak mi się powodzi? — O! dawniej, gdyś zaglądał do mojej komórki przez liściem pokryteokienko, świeciłeś przecież wesoło, dziś przezte kraty, posępne jest twoje światło, czy tysię smucisz nad moim obecnym położeniem? — Nigdy nie myślałam widzieć cię wtak bolesnej dobie! — Cóż tam robi mój biednyojciec! — pewnie ucieka sen z oczu jego inarzeka nad dolę swoją. Ach! gdybym jago też choć na moment widzieć mogła! —Pewnie ty, księżycu, także zaglądasz do jegowięzienia! O, gdybyś ty mógł mówić i powiedzieć mu, jak córka ubolewa nad jegonieszczęściem.”

„Ale jakże niedorzecznie mówię w moimsmutku! — Daruj mi, Boże, moje próżne mowy! — Ty, Boże, jesteś wszędzie; widzisz mniei ojca mego we więzieniu! — Ty rozumieszmyśli nawet człowieka, a przeto wiesz, żetak mnie jak ojca niewinnie posądzają o złodziejstwo! — Twej wszechmocnej pomocy animury, ani kraty żelazne przeszkodzić nie mogą! Poślijże nam uciemiężonym ojcowską twępociechę!” —

Z podziwieniem wielkim Marii, rozszedłsię po więzieniu miły zapach kwiatów; ranogdy ubierała koszyk kwiatkami, związała zbywające w bukiet zatknęła za bawet i te tonapełniły wonią więzienie. Doszedłszy tego,wyjęła bukiet i mówiła: „Ach, to i wy, niewinne kwiateczki, dostałyście się do więzienia?! — Wy niewinne i ja niewinna; toteżto jest ulgą w moich cierpieniach, bo gorzejby było jeszcze, gdyby sumienie czyniło zarzut!”

Przypatrując się bliżej bukietowi i spostrzegłszy w nim pączki róż i kilka niezapominajek, mówiła dalej: „Kiedym was, różyczki, dziś rano zrywała i zbierała błękitnejak czyste niebo niezapominajki, któż by tobył śmiał mówić, że wieczorem tegoż samego dnia leżeć będę w więzieniu? — Gdymwiła wieniec dla ozdoby koszyka, któż bysądził był, że pod wieczór opasaną będę tymżelaznym wieńcem? — Tak to wszystko naświecie podlega zmianie! — Tak to nie wieczłowiek, jak prędko położenie jego zmienićsię może! — jak najniewinniejsza jego czynność spowodować może jego wielkie nieszczęście! — W takiej niestateczności położeń ludzkich najlepiej rozpoczynając dzieńpolecić się opiece wszechmocnego Boga, —na nim wsparty nie zachwieje się; — On niedopuści zginąć ufającemu w opiece Jego!”I zanuciła sobie dwie ostatnie zwrotki Psalmu 90.

Słuchaj, mówi Pan: że mi ufał szczerze,

Czcił imię moje, zachował przymierze,

Ja go też także w każdą jego trwogę

Nie chcę zapomnieć i owszem wspomogę.

Głos jego n mnie nie będzie wzgardzony,

Ja z nim w przygodzie: ode mnie obrony

Niech będzie pewien, pewien uwielbienia,

I lat sędziwych, i mego zbawienia. —

Poczęła znowu płakać, a łzy spadały kroplami na kwiatki i błyszczały w świetle księżyca jak rosa. „Ten co o kwiatach pamięta,i posila one rosą, nie zapomni i o mnie! —Tak dobry Boże! spuść kropłę pociechy wsmutne serce moje i mojego ojca, jak zasilasz rosą po ojcowsku biedne kwiatki polne!”

Wspomniawszy o ojcu, pomyślała: „O ty,dobry ojcze! gdy spojrzę na te kwiatki, przychodzą mi na myśl twoje słowa, któreś mityle razy powtarzał, zwracając na nie uwagęmoją.”

„Te pączki róż wyrosły spośród kolców;tak z boleści moich, wyrodzą się niezawodnie radości. Kto by usiłował tę z wolna rozwijającą się różę za wcześnie wydobywaćz pączka, ten by ją zniszczył. Bóg tylko umierozwinąć powoli te delikatne listeczki, i nadać im ten śliczny zapach. Tak i z moichcierpień wywinie z czasem swoją nieograniczoną mądrością swoje łaski, a choć to z wolna idzie, trzeba czekać czasu, który On najlepiej wie, — i ufać, bo On nie zawiedzie.”

„Niezapominajki, — mówią mi: nie zapominaj o Bogu, jak On o tobie nie zapomina! — Są błękitne jak niebo; — niebo mabyć pociechą twoją w cierpieniach, bo będzie odpoczynkiem po mężnym wytrwaniu!”

„Wiczka z listkiem białym i różowym; —pozioma roślinko jakżebyś ty się musiała czołgać w prochu ziemi, gdybyś nie miała podpory, na którą się wwijasz, i tak podnosiszw górę! — I ja bym tak nikczemną była i niszczała w prochu ziemi, gdybyś Ty, Boże,nie stał mi za podporę w mej słabości! ---Daj mi, Boże! pamięć na ten stosunek mnienieszczęśliwej względem Ciebie, potężnegoPana!”

„Ta gałązka rezedy zapełnia swą przyjemną wonią całe więzienie; i temu nawetudziela swego błogiego zapachu, kto ją zerwał; — stanowię być tobie podobną, nie gniewać się na tych, i tym być dobroczynną,którzy mię wyrwali z mego ogródka i w tymsmutnym osadzili więzieniu.”

„Oto tu jest różczka barwinku: ten i wzimie nawet zachowuje swoję świeżość, aw ostrej porze roku swą zieloną farbą głosibłogą każdemu nadzieję! — To ziółko uczymię, że w moich cierpieniach nie powinnamupadać na sercu, lecz unosić się nad to wszystko, co mię tłoczy, nadzieją w Boga. Toćten, co ziółko to wśród wichrów zimowych,pod mrożącym śniegiem i lodem, w jego świeżości i zieloności utrzymuje, i mnie pokrzepiać zechce w moich cierpieniach.”

„Oto i listki wawrzynowe w moim bukiecie, przypominają owe wawrzyny, któreobiecane są tym, co mężnie walczyli w tymżyciu z dotkliwymi przeciwnościami i niedali się onym zwyciężyć. Wierzę, coś powiedział, Panie! że zwycięzcy dasz koronężywota! I spodziewam się, że za mężne przezwyciężenie siebie samej raczysz mi onężudzielić. — Wy, kwiatki, łatwo więdniejecie irównie ziemskie radości, nikniecie! — aletamta korona, co nas czeka po krótkich cierpieniach, jest wieczna!” —

Ciemny obłok zakrył przyświecający księżyc; Marianna nie mogła widzieć swych kwiatków i rozmawiać z nimi, posępna ciemnośćzapełniła więzienie. Smutne myśli poczęłyją straszyć, aleć przeleciała chmura tamującaświatło księżyca i znowu jasność napełniławięzienie: „Tak to, mówiła sobie z tego powodu, może niewinność być zaćmioną naczas jakiś, ale potem zajaśnieje na nowo.Obecnie ciężą na mej niewinności ponurechmury okrutnych podejrzeń, aleć Ty, Boże,rozpędzisz te fałszywe zarzuty i pokażeszprawdę, że jestem niewinną!”

Po tych uwagach położyła się Mariannana posłaniu i zasnęła pokrzepiającym snem;śniło jej się: że chodziła po sadzie, położonym wśrzód pustyni otoczonej niebotycznymi świerkami, w okolicy nieznanej, przyświetle księżyca. Jeszcze jej księżyc nigdytak jasno i powabnie nie przyświecał; a ślicznekwiatki rozlewały najprzyjemniejszy zapachi barwiły rozmaitością farb swoich. Znalazła tam i ojca swego z wypogodzoną twarzą; pośpieszyła ku niemu i z radości, iż gotak widzi, płakała na piersiach jego spoczywając. Gdy odeckła, zroszona łzą była jejtwarz.

Rozdział V. Marianna przed sądem

Zaledwo Marianna odeckła, wszedł do więzienia sługa sądowy i poprowadził ją przedsąd. Zgroza przejęła ją, gdy weszła do izbyposępnej, wysokie starożytne mającej sklepienie i okna z sześciobocznych szyb złożone.Sędzia zasiadł krzesło czerwonym oszyte suknem, w czarnym obszernym ubraniu, z potężną na głowie peruką. Pisarz siadł z piórem w ręku przy wielkim stole od starościzupełnie czarnym. Sędzia zadał jej wielepytań, na które ona sumiennie odpowiedziała.Z płaczem zarzekała się, że jest niewinnązarzuconej jej kradzieży, wszakże na to odrzekł jej sędzia: „Mnie ty nie oszukasz i niewymożesz na mnie, abym to, co jest niepodobieństwem, miał uznać za prawdę. — Niktprócz ciebie nie był w tej izbie, z której pierścionek zginął, nikt też nie może go miećjak ty; więc wyznaj, iżeś go skradła.”

Z rozrzewnieniem odpowiedziała Marianna: „Nie mogę jenaczej mówić, tylko jakmówiłam: że o pierścionku nic nie wiem, nie mam go, ani nawet widziałam.”

„Kłamiesz! przecież są tacy, co go w rękutwoich widzieli. Cóż na to powiesz?”

„Nikt go widzieć nie mógł, bo ja go nigdynie miałam, ani widziałam.”

Sędzia zadzwonił i wprowadzono Jutkę:ta, ze zemsty, iż ją ominęła darowana Mariannie suknia, w celu żeby zniszczyć zaufanie państwa swego, jakie powzięli dla Marianny, powiedziała była swoim koleżankom:,,Pierścionka tego nie mógł kto inny skraść,jak ta niegodziwa ogrodowianka. Odchodzącze dworu, właśnie gdy schodziła ze schodów, przypatrywała się pierścionkowi z oczkiem; gdy mię spostrzegła, przelękła się ischowała go. Zaraz mi to było rzeczą podejrzaną, ale nie chciałam o tym mówić, bosobie myślałam; może jej go podarowano jaki inne rzeczy; — jeżeli ukradła, zrobi sięniezawodnie hałas, a w ten czas nie będzieza późno powiedzieć moje spostrzeżenie. —Cieszy mię to dużo, że dziś nie byłam jeszcze w tym pokoju, z którego pierścień zginął; bo takie lizuski jak ta Marianna, zdolnesą uczciwych ludzi w podejrzenie wprawić.”Jutkę schwycono za słowo i spowodowanozeznać to spostrzeżenie przed sądem. Gdyweszła do izby sądowej, a sędzia ją napominał, żeby wobec Boga wszystko wiedzącego wyznała prawdę, zadrżały wprawdziepod nią nogi i serce poczęło się lękać, alezłośliwa nie usłuchała głosu sędziego i sumienia, głosu Boga, bo sobie pomyślała:gdybyś się teraz przyznała, iż nakłamałaś nanię, odpędziliby cię ze służby, albo wcaledo więzienia wtrącili. Pozostała więc przyswym kłamstwie i w oczy Mariannie powiedziała: „Ty masz ten pierścionek; ja widziałam go w twoich ręku.”

Marianna wzdrygnęła się na to bezczelnekłamstwo, ale nie potwarzyła, ani złożyczyła,lecz ze łzami odrzekła: „To, co ty mówisz,jest kłamstwo, bo nie widziałaś u mnie pierścionka. Jakże też ty możesz tak szkaradniekłamać i mnie, która ci nic złego nie zrobiłam, tak nieszczęśliwą przez twoję potwarzczynić!”

Jutka, której szło tylko o pomyślnośćdoczesną, — a przy tym jej serce zazdrosne pałało zemstą ku Mariannie, nie zważała nazarzuty jej, lecz powtórzyła jeszcze raz swojezeznanie, z wymyślonymi okolicznościami.

Na dany znak przez sędziego odprowadzono Jutkę, po czym ten odezwał się doMarianny: „Otóż twoja wina jest udowodniona: wszystkie okoliczności mówią przeciwtobie; a pokojowa hrabianki zeznała nawet,że pierścień widziała w twoich ręku. Zeznajteraz, gdzieś go podziała.”

Że Marianna statecznie twierdziła, iż pierścionka nie wzięła i nie ma; przeto sędzianakazał ochłostać ją rózgami aż do krwi.Serce się krajało na jej płacz i narzekania,ale zawsze jedno prawiła, że jest niewinną,co przecież nie zmiękczyło śledzcy. — Zbladłą, zkrwawioną, na pół tylko żywą, wrzucono na powrót do więzienia. Zadane jejrany, wyrządzona jej hańba, dokuczały jejdo żywa; padła na posłanie, jęczała płaczącrzewnie i modliła się do Boga, aby ją wzmacniał w cierpieniach, aż wreszcie zasnęła.Nazajutrz kazał sędzia stawić Mariannę przedsobą, a że wszelkie ostre postępowanie nicna niej nie wymogło, przeto usiłował środkiłagodnymi przyprowadzić ją do zeznania. —,,Przez tę kradzież, mówił jej, zasłużyłaś naśmierć, mieczem by cię ścięto, ale skoropowiesz, gdzieś pierścień schowała, i oddaszgo, będzie ci wszystko darowano. Plagiodebrane, będą ci za karę przyczytane, będziesz uwolniona od dalszego śledztwa i wrócisz do spokojnego życia z ojcem twoim. Rozważ to sobie dobrze i obieraj śmierć lub spokojne życie! — Ja ci życzę dobrze, bo cóżci pomoże skradziony pierścień, gdy ci głowę zetną?”

Marianna stała przy swoim pierwszymzeznaniu.

Sędzia, który wiedział, jak wielce Marianna miłuje ojca swego, postanowił z tejstrony natrzeć na jej serce; mówił tedy: „Jeżelić tak upartą jesteś, że nie dbasz na własne życie, to przecie miej wzgląd na twegostarego ojca! — Czy chcesz, żeby jego zsiwiała głowa padła pod hańbiącym mieczemkatowskim? — Bo któż by cię inny, jak on,namówił do tak uporczywego tajenia złodziejstwa, które jest dowiedzione? — Wiedz, żei jego głowa, jako wspólnika kradzieży, paśćmusi!” —

Gdy widział, jak się Marianna wzdrygnęła,dodał: „Wyznaj, iżeś pierścień wzięła; jednotwoje słowo, może uratować życie ojca twego!”

Była to wielka pokusa dla Marianny;milczała długo; — przechodziło jej przez myśl:,,mogłabyś powiedzieć, żeś wzięła i w drodzezgubiła”, ale przemogła tę myśl rzetelność;,,lepiej trzymać się prawdy, kłamstwo jestgrzechem, a grzeszyć dla żadnej korzyści nietrzeba, choćby nawet dla zaratowania życiaojcowskiego. — Tobie, Boże, chcę być posłuszną i Tobie polecam moję sprawę!” —Po takich myślach lubo drżącym, lecz wyraźnym odpowiedziała głosem: „Gdybym powiedziała, iż mam pierścień, byłoby to kłamstwem, a kłamać choćby dla zaratowania życia nie będę! — Wszakże gdy chcecie, abykrew płynęła, niechże płynie moja, ochrońcie tylko ojca mego. Ja chętnie i za niegoumrę.”

Ta odezwa wzruszyła wszystkich przytomnych, dotknęła nawet serca surowegosędziego. Skiwnął na sługi sądowe i odprowadzili Mariannę do więzienia.

Rozdział VI. Jakub w więzieniu córki

W takim położeniu rzeczy był sędzia wniemałym kłopocie. „Trzeci już dzień obrabiamy tę sprawę, mówił na drugi dzień doswego pisarza, a przecież nie postąpiliśmydalej, jak w pierwszej godzinie. Gdybymmógł aby pomyśleć, że ktoś inny może miećten pierścień, chętnie bym uwierzył, że todziewczę niewinne złodziejstwa. Taki stateczny upór, a w tak młodocianym wieku, jestw istocie nadzwyczajnym; ale wszystkie okoliczności mówią jasno przeciw niej, i jenaczejbyć nie może, jak że pierścień skradła.”

Poszedł jeszcze raz do hrabiny i pytało najdrobniejsze okoliczności, które by możerzecz lepiej wyjaśniły, może mówiły za dziewczęciem, — wysłuchał jeszcze raz Jutkę, czysię nie dowie od niej coś nowego; — siedział cały dzień nad akiami śledzczymi, rozważał pilnie zeznania Marianny; ale to wszystko było bez korzyści. — Późno już wieczorem kazał sobie przyprowadzić ojca Marianny z więzienia, aby z nim o rzeczy pomówić.

„Jakubie! począł do niego, znacie mięjak ostrego urzędnika, ale tego spodziewamsię, nikt nie powie, iżbym kogo z moją wiedzą miał skrzywdzić; i tu pewnie przyznacie,że śmierci waszej córki nie chcę. Wszakżeze wszystkich okoliczności wynika, że ona musiała pierścień skraść, a prawo stanowi zato śmierć. Zeznanie pokojowej wynosi kradzież do tego stopnia pewności, że wątpićnie należy. Gdyby ten pierścień mógł byćzwrócony państwu i w ten sposób szkoda wynagrodzona została, można by waszę córkę,przez wzgląd na jej młodociany wiek, ułaskawić. Lecz skoro nie przestanie zacięcieprzeczyć, przypisze się to jej wiek przechodzącej złości, i kara śmierci niezawodnie nastąpi. Idźcież, Jakubie, do córki i usiłujcieprzywieść ją do zeznania prawdy i zwrócenia pierścionka; skoro to nastąpi, zaręczamwam, iż ją po małej karze puszczę z więzienia. — Jesteście jej ojcem i powagą waszą zdołacie na niej wszystko wymóc; jeżeli nie zadowolicie mojego słusznego żądania, będę powodowany sądzić, iż z nią wzłodziejstwie macie społeczność, i podpadniecie wspólnej karze. Pamiętajcież, iż jeślipierścienia nie dostaniemy, źle wam pójdzie!”

„Mówić z nią będę, ale naprzód wiem,że pierścienia nie ukradła i że się następniedo kradzieży przyznać nie może. Wszystkogotów jestem najchętniej wykonać, co pan sędzia każesz, ile że pozwolenie mówienia z moją córką przed jej śmiercią, jeżlić ma umrzećniewinnie, wysoko sobie cenię.”

Sługa sądowy poprowadził milcząc ojcado więzienia córki; postawił palącą się lampęna murku, gdzie stały miseczki z nieruszonym jedzeniem Marianny i kruż z wodą; wyszedł i zamknął więzienie.

Marianna leżała na posłaniu, twarzą obrócona ku ścianie, drzemiąc. Gdy oczy otworzyła i spostrzegła światło, odwróciła sięod ściany, a wtem widząc ojca, powstałaz posłania nagle, aż kajdany zabrzękły, i zprzeraźliwym wykrzykiem chwyciła ojca zaszyję na pół żywa. Ojciec osadziwszy ją naposłaniu sam siadł przy niej; milczeli obojedługo, łzy wzajemne były tłumaczami ichuczuć.

Wreszcie począł mówić ojciec, jak mupolecono.

„Ach ojcze! przecież ty nie będziesz wątpił o mojej niewinności! — Mój Boże! tożnie ma na świecie człowieka, który by mnie złodziejką być nie sądził? — Nawet własny ojciecsądzi mię być taką? — Ach ojcze! przecieżaby ty nie myśl, żeś mię na zbrodnię wychował!”

„Uspokój się, kochane dziecko, ja ci wierzę! Ja nie myślę źle o tobie! Ja zapytałemciebie, bo mi tak nakazano!”

Tu znowu nastąpiło milczenie. Ojciecprzypatrywał się córce; jej twarz pobladła,strapiona, — oczy od płaczu zapuchłe, krwiązaszłe; — jej piękny włos potargany, w nieładzie — „Biedne dziecię, mówił, Bóg włożył na cię duże zmartwienie! — A kto wie, czycię jeszcze co gorszego i haniebniejszegonie czeka?” —

„Ach ojcze! ja się śmierci nie obawiam,ona skończy moją niedolę, Bóg wie, że niewinnie odbiorę karę śmierci i będzie mi uniego dobrze. Ludzie niech sobie myślą omnie, co chcą, toć sąd Boży odkryje wszystkoi pokaże im, jak się srodze mylili. — Nadwłasną śmierć więcej by mię martwiło, gdybyciebie, ojcze, po równo ze mną fałszywie sądzącśmiercią ukarali!” —

„O mnie się nic bój, kochana córko; mnienic nie zrobią. Ale tobie może pójść źle.” —

„O, jeżeli tak moja rzecz stoi, jestem zupełnie pocieszoną! Bądź ojcze pewnym, iżsię śmierci bynajmniej nie boję; a wszakciprzez śmierć przyjdę do nagrody niewinniecierpiących, prześladowanych; — Boga będęoglądać, którego tak serdecznie kocham; zobaczę i moję kochanę matkę w Niebie; — i niecieszyćże się z tego?” —

Ta mowa Marianny przeszyła serce ojca;płakał jak małe dziecko. — „Dzięki Bogu, mówił łkając, że cię w takim usposobieniuznajduję! Jest to wprawdzie wielka rana dlaserca ojcowskiego, swoje jedyne i kochanedziecię, jedyną podporę i pociechę starościutracić; wszakże niech się stanie wola twoja,Boże! — Żądasz wielkiej od serca ojcowskiegoofiary, wszelako chętnie Ci tę ofiarę oddaję.Boże! to co mi najmilsze jest na ziemi, oddaję Tobie; przyjm tę ofiarę; u Ciebie będzie jej najlepiej. Twej ojcowskiej miłościpolecam ją, pewny że jej na niczym zbywaćnie będzie! — Lepiej ci to, moja Marychno, żez ręki kata skończysz twe życie, niż żebymdożył, żeś dała się wśrzód tego zepsutegoświata zwieść, straciła niewinność, i splamiła się zwystępkiem. — Nie bierz mi za złe;tyć jeszcze jesteś nie zepsutą, — niewinnośći cnota zdobi cię dotąd, ale któż wie, co bycię na tym natarczywych pokus pełnym świecie w przyszłość spotkać mogło; — wszakcii Aniołowie upadli. Jeżeli wola jest Boga,umrzyj, moja córko, z nią się zgadzając, doNieba jesteś obecnie więcej usposobioną, niżbyś może była w późniejszych latach; boobecnie umrzesz niewinna, jak śliczna liliagodna rajskiego ogrodu; przeniesie cię Bógz biednego do szczęśliwego życia!”

Potok łez przerwał mowę jego. Po chwilipoczął tak mówić: „Jescze jednę rzecz powinienem ci wspomieć. Jutka świadczyłaprzeciw tobie; przysięgła, iż widziała pierścień w twoich ręku; jej świadectwo będziegłówną przyczyną twej śmierci, jeżeli Bógją na ciebie przypuści. — Wszakże ty jej darujesz tę krzywdę, którą ci wyrządza? Wszakże ty się na nię gniewać nie będziesz. Pomyśl tylko, że ty w tym smutnym więzieniu, w tych ciężkich kajdanach, zagrożona hańbiącą śmiercią, jesteś przecież szczęśliwsząniż on w pałacu, ubrana w pyszne szaty,bo ty masz czyste sumienie i przychylnośćBoga; a jej sumienie skalane krzywoprzysięstwem, oczernieniem sławy i zabójstwem.Wszakże lepiej umrzeć w niewinności; jakżyć prześladowanym zarzutami sumienia! —Odpuść jej, Marychno! jak twój Odkupicielodpuścił swym zabójcom. — Wszakże darujesz jej, i przyjmiesz twoje nieszczęście, jakby nie jej przyczyną, lecz z woli Boga na ciebiesię zwaliło.”

Gdy Marianna przyrzekła to ojcu, mówił dalej, kończąc zwłaszcza, iż posłyszał, że się zbliża stróż więzienia: „Polecam cię, mojedziecko, Bogu i Jego opiece! — Wspomnij,jak Odkupiciel twój równie złoczyńcy skazany został na hańbiącą śmierć, choć był najniewinniejszym. — Jeżelibyś mię już ostatniraz w tym życiu oglądała, bądź pewna, żesię wkrótce w lepszym jak teraźniejszeżyciu zobaczymy; — bo ja tego czasu długonie przeżyję.”

Dozorca wzywał Jakuba do powrotu; Marianna nie chciała go puścić, usilnie trzymając go u swych objęciach; nareszcie ojcieclekko spuścił ją na posłanie, a ona padłabez zmysłów.

Wprowadzono Jakuba przed sędziego:,,Przed Bogiem wszechmocnym! — odezwałsię wznosząc prawą rękę w Niebo — PrzedBogiem wszystko wiedzącym przysięgam: żejest niewinną! że moja córka nie jest złodziejką!”

„Ja bym ci to rad wierzył, mój Jakubie!odparł sędzia — wszakże nie mogę powodować się twym i twej córki zarzeczeniem,lecz powinienem sądzić podług świadectw,które popierają sprawę, i stosować się dolitery prawa!”

Rozdział VII. Wyrok i jego wykonanie

Każdy w pałacu i w całym Eichburguciekawym był, jak się sprawa Marianny zakończy. Wszyscy dobrze myślący obawialisię o jej życie, bo w owych czasach karanokradzież surowo, a nie jeden utracił życieza kradzież, której cena ledwie dziesiątączęść wartości pierścionka wynosiła. — Hrabia szczerze sobie życzył przekonania o niewinności Marianny; czytał pilnie akta tegośledztwa, ale nic nie mógł na jej stronę mówiącego wyczytać, ile że niepodobno sięzdawało, aby kto inny skradł pierścień. Obiehrabiny, tak matka, jak i córka, ze łzamiprosiły, aby Marianny nie skazywać naśmierć. — Stary Jakub dzień i noc błagałBoga gorąco, aby wyjawił niewinność córki.Marianna, ile razy sługa więzienia przychodził pod jej drzwi, sądziła, że przychodząogłosić jej wyrok śmierci. — Kat tymczasem czyścił z zarośli miejsce, gdzie ścinanowinowajców.

Jutka wracając z przechadzki spotkała goprzy tej pracy, a to ubodło do żywa jej serce.Przerażona trwogą, pobladła, smętna, jaknieswoja, i każdy widział, że jej coś okrutniedokucza. Nie posmakowała nawet wieczerzy, spała bardzo niespokojnie, bo krwiązlana głowa Marianny prześladowała ją iniepokoiła i we śnie. Jej złe sumienie niedało jej, tak w nocy, jak we dnie, najmniejszego spokoju; wszędzie i zawsze ją niepokoiło. Z tym wszystkim ta niegodziwadziewczyna nie dała się tym obudzić ze snugrzechowego; szło jej tylko o ciało, o doczesność; brakło jej szlachetnej odwagi, żebywyznać swój grzech i ocalić niewinną.

Sędzia wydał nareszcie dekret: że Marianna z powodu oczywistej i znakomitejkradzieży, również z powodu uporczywegoprzeczenia popełnionego występku, stała sięwinną śmierci, lecz przez wzgląd na jej wieki zresztą nieposzlakowane życie ma byćoddana na zawsze do domu poprawy. Jejojciec, który albo rzeczywiście, albo przezzłe jej wychowanie stał się uczestnikiem kradzieży, ma być na zawsze oddalony z dóbrhrabi, a ich majątek ma być zabrany na wynagrodzenie, ilekolwiek niedostateczne, popełnionej kradzieży. — Hrabia ułaskawił tenwyrok o tyle, że oboje obwinieni wypędzenibyć mają za granicę, co aby uniknąć wrażenia, ma być jak najraniej na drugi dzieńwykonane.

Gdy Mariannę z ojcem dnia następująjącego przy zamkowej bramie sługa sądowywyprowadzał za wieś, wyszła właśnie z pałacu Jutka; widocznie zadowoloną była tymskutkiem procesu, bo tej lekkomyślnej, złośliwej dziewczynie zdawało się, iż sprawabardzo dobrze zakończoną została. GdybyMariannę ukarano śmiercią, byłaby Jutka potępiała siebie, iż się do tej przez swoje fałszywe świadectwo przyłożyła; ale że ją tylkoze wsi wygnają, nie zdało się jej być wielkimnieszczęściem, owszem widziała tu swojękorzyść, bo nie potrzebowała być w obawie, że ją Marianna kiedyś wyprze ze służby. — Cieszyła się właśnie z nieszczęścia! —

Hrabianka w czasie śledztwa przeciwMariannie, spostrzegłszy ofiarowany sobieprzez nię koszyk, rzekła do Jutki: „weźmmi ten koszyk z oczu, bo mi przypominasmutne zdarzenie, i nie mogę go widzieć bezbolesnego uczucia.”

Julka wzięła koszyk do siebie, a widzącwłaśnie prowadzoną Mariannę na wygnanie,porwała koszyk i rzucając go pod jej nogiz pogardą rzekła: „Oto ci tu twój dar wracają! — Państwo moje nie chce tego posiadać,co pochodzi od tak podłej jak ty osoby. —Twoja świętność ociemniała już, właśnie jakzwiędły kwiaty, któreś sobie tak drogo pierścieniem zapłaciła. Myślałaś mię wysadzićze służby i sobie miejsce zrobić, a oto ktopod kim dołki kopie, sam w nie wpada!” —Rozrzechotała się pogardliwie i wszedłszyw podwórze trzasnęła z pogardą drzwiami.

W milczeniu podniosła Marianna koszyk,a w odpowiedzi na złośliwą mowę Jutki,zalała się łzami, ofiarując Bogu swoje cierpienie. Jakub nie miał nawet kija dla podpory wieku swego, gdy wychodził ze wsi,Marianna niosła tylko rzucony sobie koszyk.Z udręczoną smutkiem duszą wychodzili zewsi, oglądając się na swój domek, fałszywym sądem im wydarty; aż zniknął z ichoczu, aż góry zakryły widokowi ich zameki kościół parafialny.

Gdy Mariannę i jej ojca doprowadziłsługa do granicy hrabstwa, i w głębi lasuich opuścił, siadł stary kłopotem i zmartwieniem udręczony na kamieniu mchem obrosłym pod stoletnim dębem. „Pójdź no, dziecię moje — mówił do Marianny, złożył jejręce i ze swymi wzniósł ku Niebu — przede wszystkim podziękujmy Panu Bogu za to,iż nas zwolnił z więzienia, a pozwala widzieć sklepienia nieba i oddychać świeżympowietrzem; — że nam życie ocalił, i ciebiemi ocalić raczył.”

Klęki, wzniósł oczy swe w Niebo i taksię głosem modlił: „Kochany Ojcze niebieski! Ty jedyna pociecho dzieci Twoich naziemi! — Ty dzielny opiekunie uciemiężonych! — przyjm nasze wspólne dzięki za łaskawewyzwolenie nas z więzów, więzienia i śmierci! — przyjm nasze dziękczynienie za te wszystkie dobrodziejstwa, którymiś nas udarowałna tej ziemi! Bo jakżebyśmy mogli opuścićnasz dotychczasowy pobyt, nie wspomniawszyna Ciebie, naszego dobroczyńcę! — Oto, zanimwstąpimy na obcą ziemię; prosimy Cię pokornie, spojrzyj na nieszczęśliwego ojca ibiedne jego dziecię, i weźm nas w swojęwszechwładną opiekę! — Bądź naszym towarzyszem i wodzem w tej przykrej podróży,którą rozpoczynamy! — Poprowadź nas dodobrych ludzi, skłoń ich serca ku litości,niech znajdziem kąciczek na tej ziemi, gdzie byśmy wiernie Ci służyć i z nadzieją zbawienia umrzeć mogli. Wszak widzisz, żeze wszystkich zasobów utrzymania życia jesteśmy ogołoceni, i wychodzim między ludzicałkiem nam obcych; na Ciebie, dobry ojcze,tylko spuszczamy się, od Ciebie błagamypomocy, w tej pewności, iż jej nam nie odmówisz!”

Ta prosta, ale modlitwa, którą serce przejęte wiarą, ufnością i miłością Boga podsunęło, którą wymówił ojczec, a córka myśląpowtórzyła, pewnie była Bogu przyjemna,bo po jej skończeniu uczuli w sercach swychpociechę i otuchę, że im będzie dobrze.

Rozdział VIII. Przyjaciel w potrzebie

Nim nasi wygnańcy ruszyli z miejsca, przyszedł do nich strzelec, z którym razem Jakubsłużył u hrabi i towarzyszyli obaj panu swemu, gdy był na wojażu. Jeszcze przed wschodem słońca wyszedł na czaty i tu spotkałojca i córkę.

„Poszczęść wam Boże! — Słyszałem waszgłos i oto nie pomyliłem się, że was tu znajdę. — Płakać się chce, że was tak na waszestare lata wypędzają! — Tak to niewdzięczniepłacą nasze usługi; a nie wiem, co by boleśnlejsze było, jak być przymuszonym opuścićswoją siedzibę, gdzie się spocząć od pracna starość słusznie spodziewało!”

„A cóż robić! — Trzeba sobie myśleć: żecała ziemia jest własnością Boga, wszędziepanuje Jego ojcowska miłość; a naszą ojczyzną jest Niebo, ziemia zaś jest pielgrzymkątylko, na której nie ma stałego pobytu!”

„Mój Boże! Ale was też wydalono widzębez wszystkiego, jak stoicie, nie macie nawetpotrzebnych sukien na podróż!”

„Ten, co kwiaty tak pięknie przyodziewa,i nam da potrzebne suknie.”

„Pewnie i w pieniądze nie jesteście zaopatrzeni.”

„Ale mamy czyste sumienie, a to więcejpopłaca, jak gdyby ten kamień, na którymsiedzę, był szczerym zlotem i moją własnością.”

„Jestci te prawda, ale powiedzcie szczerze, pewnie wy ani grosza nie macie wkieszeni.”

„Oto ten koszyczek, co u nóg moich stoi,jest całym moim majątkiem. Ileż go też cenicie?” —

„Mój Boże! może złoty, — może talarajest wart; ale cóż to znaczy na wasze potrzeby?”

„No, tocieśmy dosyć bogaci! odrzekłz uśmiechem Jakub. A jeżli podoba się Boguużyczyć zdrowia, to będzie przy boskimbłogosławieństwie z czego żyć. — Że sto narok zrobię takich koszyczków, a sto talarami używimy się! — Mój ojciec, który byłkoszykarzem, radził przy ogrodnictwie nauczyć się koszykarstwa, aby i w zimie, gdytamtym trudnić się nie można, mieć sposóbutrzymania życia. Ot jak się jego rada przydała! Wielbić go jeszcze po śmierci za jegomądrą radę powinienem. Gdyby mi zostawiłbył kapitał złożony z trzech tysięcy złotych,jeszcze by ten nie wydał mi sto talarów, którerobieniem koszyków otrzymać mogę. Zdrowadusza w zdrowym ciele i uczciwe rzemiosłojest najwyborniejszym wyposażeniem człowieka; najpewniejsze bogactwo na świecie.”

„Dzięki Bogu, że tak umiecie sądzić —a muszę przyznać, że rozumnie sądzicie. Obokrobienia koszyków, sztuka ogrodnicza niemało przyłożyć się może do waszej swobody. Prawda! prawda! że człowiek zdrowyi tak jak wy uzdatniony nie powinien rozpaczać co do swego utrzymania! — Ale gdzieżteraz myślicie się udać?”

„O, daleko! — Do tamtąd, gdzie nas niktnie zna! — Gdzie nas Bóg poprowadzi!” —

„Jakubie! widzę, że nawet kija nie macie dlawspierania się w podróży, weźmcie oto ten sękacz, który wziąłem z domu, aby się na nimwspierać pod oną przykrą górę; — a tu oto wtym woruszku macie parę groszy na drogę;wczoraj wieczorem dano mi one za drzewo, wprzyległej wiosce, gdzie nocowałem.”

„Kij przyjmuję od was, jako upominek odpoczciwego kolegi mego; ale pieniędzy przyjąć nie mogę. Że to płaca za drzewo, więcnależy do pana, tym rozporządzać nie możecie.”

Poczciwi Jakubie! toć nie sądźcie, żebymwam cudze dawał pieniądze! — Hrabia, co munależało, już dawno odebrał. Tak się rzeczma: przed kilku laty padła pewnemu człowiekowi krówka, zubożał i nie mógł zapłacićpotrzebnego na zimę drzewa, otóż ja wyłożyłem za niego i panu zapłaciłem. Ja o tymzupełnie zapomniałem, aż on gdy się ma terazlepiej, wczoraj dług mi odpłacił. Widzicie,że to te pieniądze właśnie dla was Bóg miw ręce wetchnął.”

„A gdy tak, to niech wam Bóg za tow czym innym odpłaci! — Widzisz, Marychno,rzeki ojciec do córki — jak to łaskawie Bógbłogosławi początki naszego tułactwa! — Zanim przekroczyliśmy granicę naszej dotychczasowej siedziby, zanim rozpoczęliśmy naszą karę, posyła nam starego przyjaciela,żeby podał podporę dla moich starych kościi pieniądze na potrzebny posiłek ciała. Jeszcześmy się nie oddalili od tego kamienia, aOn pokazuje widocznie, że wysłuchał modlitwę naszą. Przeto nie rozpaczaj, ani sięsmęć, Bóg będzie i dalej miał o nas staranie!”

Stary strzelec żegnał się w łzach zeswoim dawnym kolegą: „Bądź zdrów, poczciwy Jakubie! Bądź zdrowa, dobra Marychno! — Ja was zawsze uważałem jak poczciwych ludzi, i teraz jeszcze jak takich poważam; co tam o was te odsądniki powiadają, to mię nie zachwiewa w mym zdaniu.Ja myślę, że i na was się ziści, że poczciwość trwa najdłużej. Tak jest, kto czynidobrze i Bogu ufa, tego też Bóg nie opuści — Niech was Bóg prowadzi!” Wzruszonyodwrócił się i szedł ku Eichburgowi. Jakub powstał, wziął córkę za rękę i szedłdalej w świat, drogą przez bór. —

Rozdział IX. Pielgrzymka Jakuba i Marianny

Jakub i Marianna coraz dalej biegli w świat;uszli już około dwudziestu mil, a jeszczeżadnego stałego pobytu nie wynaleźli dlasiebie. Lubo bardzo oszczędnie żyli, przecież te kilka złotych, które im ofiarował strzelec dworski, wydali i gdy już ani groszanie mieli, wypadało żebrać u serc miłosiernych o wsparcie. Z wielką trudnością przyszło im tą drogą zapewniać sobie wyżywienie, bo tego w życiu swym nie czynili, awstyd naturalny trudno było przełamać; konieczność wreszcie znagliła ich do tego. —Zdarzyło się często, że żebrzącym, zamiastwsparcia, dano złe słowo; albo suchy zapleśniały kawałek chleba. Czasem dostalii ciepłej strawy, lub kawałek mięsa, ale trzebabyło wprzód przypatrywać się, jak skąpa gospodyni sama do zbytku syta, nie wiedząca,co to bieda, wybierała najmniejszy i najgorszy kąsek. Zdarzyło się, że cały dzieńnic ciepłego nie dostawszy, noc gdzie w pustejstodole przenocować musieli. —

Pewnego dnia, gdy droga naszych pielgrzymów prowadziła przez bory i przykregóry, a znaczny już czas nie można byłoznaleźć ludzkiego pomieszkania, stary Jakubosłabł bardzo; nie chcąc dać poznać córce,że do dalszej podróży sił mu nie dostarcza,przezwyciężał się, aż wreszcie upadł na ziemię, wynędzniony, oddychać właśnie niezdolny. Marianna przerażona tą przygodą, napróżno szukała wody do otrzeźwienia jego,bo żadnej w bliskości nie było; na próżnowołała o ratunek, bo jej głos o drzewa odbity, echo tylko powtarzało, w okolicy niktnie mieszkał. W tak krytycznym położeniu, sama na siłach osłabiona, wdrapała sięna bliską górę, aby stamtąd dostrzec możejakie ludzkie pomieszkanie. I w rzeczy samej, z drugiej strony góry w nizinie spostrzegła chałupę wśrzód pola okrytego dojrzewającymi zbożami, samotnie położoną.Spiesznie biegła z góry ku onemu pomieszkaniu i stanęła zadyszona, z łzami prosząc abyw smutnym położeniu pomoc jej dano. —Gospodarze oboje w wieku podeszli, bylidobrzy i litościwi ludzie, przeto usilne prośbyMarianny łatwo ich przychylność zjednały.Gburka rzekła do męża: „Zaprząż konia dowózka, trzeba tego chorego w nasz dom sprowadzić.” Co gdy mąż wykonywał, onawzięła parę pierzyn, włożyła we worek, żebychoremu wygodną uczynić jazdę; nalała wodyw krokiewkę i octu w butelkę, aby go pokrzepić. Że Marianna posłyszała, że, abydostać się wozem do miejsca, gdzie jej ojciecpozostał, trzeba blisko godziny wkoło góryobjeżdżać, więc gdy gbur jechał, ona z wodąi octem szła wprost, aby spieszniej przybyć z pomocą.

Gdy wróciła do ojca, zastała go siedzącego pod sosną, już trochę przyszedł dosiebie, cieszył się niezmiernie, że zobaczyłcórkę, za którą już tęsknił, nie wiedząc, gdziesię podziała. Nadjechał tymczasem i gospodarz z wózkiem, na który pomógł wsiąśćJakubowi, i zawiózł go do swego domu. Miałtu ten dobry człowiek próżną komórkę zkominkiem, tam żona jego usłała dla Jakubałoże i umieściła z córką, która aby być zawsze na usługi chorego, za miło przyjęłaspoczynek na ławce. —

Choroba Jakuba pochodziła z osłabienia,przez zmartwienia, liche pożywienie i inneniewygody podróży, spowodowanego; uważali to ci litościwi ludzie, i wnosili słusznie,że odpoczynek i pokrzepiający posiłek potrafi wrócić siły i zdrowie choremu, a przetonic nie żałowali z tego co dom miał, abytylko nieszczęśliwego pokrzepić. Mleko, masło, jaja, stało to wszystko do użycia jegowolne. Gosposia nie żałowała dla słabegonawet kokoszy na rosół; a gospodarz mawiał żartobliwie, przyniósłszy tu i owdziegołąbka: „Ja ci się, moja żono, nie dam wyścignąć w twej dobroczynności; ochroń twojęzagrodę, a ugotuj z mojej dla tego poczciwego, a nieszczęśliwego człowieka.”

Jest to w Niemczech zwyczajem, że wrocznicę poświecenia kościoła, po nabożeństwie, schodzą się społem zuajomi i przyjaciele, aby się zabawić i użyć rozrywki popracach, na takie rzeczy wyda się kilka groszy.Gospodarze nasi nie zwykli byli wyłączaćsię od powszechnego obyczaju, tą razą przecież mówili sobie, zostaniemy w domu, oszczędzim parę złotych, a za te kupimy choremudobrego wina, żeby prędzej do sił przyszedł.Tak też i uczynili, a Marianna, gdy jej oddała butelkę z winem, aby tu i owdzie posiliła kieliszkiem, ze łzami rozczulenia dziękowala mówiąc: „Mój Boże, wszędzie znajdziesz poczciwych sług Twoich, okolice szorstkie mają ludzi ludzkości pełnych!”

Marianna była nieodstępną przy łożu ojcowskim, ale przecież nie próżnowała; umiała dobrze szyć i dziać; działa i szyła przetodla swej litościwej gospodyni, a to z wielkąpilnością. Gospodyni lubiła ją bardzo z jej pracowitości i uczciwego zachowania się.Jakubowi posłużyło dobrze pielęgnowanie,że wnet przyszedł do sił i zdolnym był łóżkoopuścić. Że przywykł do pracowitości,a nieczynność była mu nieznośna, więc skoropoczuł się być krzepciejszym, wziął się doplecenia koszyków. Marianna przyniosła zlasa błekicia i leszczyny, a ojciec począłsplatać ręczny koszyk dla swej ludzkiej gosposi z wdzięczności za dany mu przytułeki wygodę w jego nieszczęściu. Trafił jejzupełnie w gust; ale bo też to był koszyki trwały, i piękny; na pokryciu czerwonymiwitkami wyrobił pierwsze litery jej imieniai nazwiska, a na bokach zielonymi i brunatnymi wyrobił dom, i dwie jodły, jakowyraz ich posiadła i jego nazwy: Jodlina.Gdy Jakub zupełnie wyzdrowiał rzekł, doswych dobroczyńców: „Długośmy wam byliciężarem; czas jest udać się dalej, podziękowawszy wam najserdeczniej za waszę gościnność.”

„A cóż to sobie, mój dobry Jakubie, myślicie! — odrzekł gospodarz. — Czemuż to nasopuścić chcecie; przecież ja nie sądzę, żebywam tu źle było, przynajmiej ani ja, animoja, nie chcieliśmy wam dać powodu doopuszczenia nas. — Poznałem was jak człowieka rozsądnego, ale ta wasza myśl opuszczenia nas nie podoba mi się!”

Żona jego, której na to oświadczenie Jakuba miękko się zrobiło, ocierając łzy fartuchem dodała: „Zostańcie u nas! Toć tojuż późna pora roku, liść z drzew opada,zima za pasem, nie czas to do podróży.Chybać że chcecie znów nabawić się choroby i może gdzie zamrzeć, boć i nie dzisiejsi jesteście na szarapaty, włóczęgi.” —

„Mnieć tu z waszej łaski jest bardzo dobrze, nic też nie ma takiego, co by mię wświat ciągnęło; ale ja bym nikomu nie chciałbyć ciężarem.”

„Cóż tam o ciężarze mówicie, odrzekłgospodarz, — o to niech was głowa nie boli! —W tej małej izdebce nic zawadzacie nam; aczego do życia potrzebujecie, to sobie samizarobicie.”

„Bo i prawda, — dodała gospodyni, —to, co wy oboje spotrzebujecie, sama Marianna dzianiem i szyciem zarobi; a jeśli jeszczewy, Jakubie, zatrudniać się będziecie wyplataniem koszyków, to wam bieda w niczymnie dokuczy. Ostatnią razą, gdym stała wkumotry młynarce, wzięłam z sobą waszejroboty koszyk; wszystkie gburki podziwiałytakowy, i wszystkie życzą sobie takie posiadać. Róbcie, a będziecie mieli dosyć odbytu i zarobku.

Taką uprzejmością swoich gospodarzyskłoniony, Jakub został i z córką na miejscu, z wzajemnym zadowoleniem.

Rozdział X. Jakuba i Marianny szczęśliwe dni w Jodlinie

Jakub i Marianna, mając na dłużej zostać,urządzili swoję komórkę podług życzenia własnego; postarali się o potrzebne sprzęty, i tymi tak izbę, jak i kuchnię zaopatrzyli. Marianna czuła się być szczęśliwą stąd, że możeznowu, jak kiedyś, we własnej kuchni podług gustu ojca warzyć jedzenie. --- Żyli znowu pomyślnie, a gdy stary wyplatał koszyki,Marianna zaś szyła, rozmawiali sobie w zaufaniu. Niejeden wieczór zimowy przepędzili w izbie gospodarstwa, gdzie wszystkimzgromadzonym opowiadał Jakub ciekawe i nauczające przygody życia, a tak i przykrości zimowe przemijały im swobodnie.

Przy domu leżał znaczny kawał ogrodu,nie ze wszystkim korzystnie użyty, — poczęści dlatego, że gospodarze zajmowali sięistotniej polową robotą, po części, że nieumieli lepiej tego ogrodu użyć. Jakub zaich zezwoleniem postanowił ten ogród przerobić na sad; już na jesieni poczynił potrzebne do tego przygotowania, a jak skoro śniegstopiły promienie wiosennego słońca, pracował on i z córką, aż w późny wieczórokoło tej przemiany. Podzielili ogród narozmaite oddziały, dla rozlicznych ogrodowizn; wyprowadzili ścieżki, wysypali je piaskiem, osadziwszy ich brzegi kwiatami, porozrzucawszy tu i owdzie owocowe drzewa.Gdy ojciec z pobliskiego miasteczka przyniósł nasion ogrodowych, nie zapomniał teżzadowolić próśb Marianny, przyniósłszyrazem krzaki róż, cebulki lilii, — flanców inasion rozmaitych kwiatów. To wszystkowiernie pielęgnowane, rosło ślicznie, że wkrótce sadek ten szczycił całą okolicę; nawet stare drzewa pod ręką doświadczonegoogrodnika odmłodniały i niosły obfity owoc,na pociechę i korzyść właścicieli.

W tak miłym sobie zatrudnieniu wróciłJakubowi dawny wesoły humor; swoim zwyczajem czynił dowcipne uwagi nad roślinamii kwiatami.

Marianna w pierwszych dniach wiosny,szukała pod cierniowymi ogrodzeniami fiołków, ażeby jak zwykle oddać ojcu swemubukiet; znalazła, wybrała najśliczniejsze, uwiła bukiet i oddała ojcu. — „Otóż widzisz, —odrzekł, odebrawszy kwiatki, — kto szuka,ten znajdzie. Warto to uwagi, moja Marychno, iż te kwiateczki zwykły rość podcierniem, ta okoliczność nie jest bez nauki.Któż by to sądził, żebyśmy w tych ciemnychborach, pod tym starym, mchem pokrytymdachem, tyle zadowolenia i swobody znaleźli? — O wierz mi! nie maż tak cierpkiegopołożenia na świecie, żeby w nim nie natrafiło się na jakie przymilenia. Pozostań,moje dziecię, statecznie dobrą i pobożną, anigdy, choćby ci też jeszcze tak źle iśćmiało jak niegdyś, nie będziesz bez wewnętrznej pociechy.

Jakaś mieszczka przyjechała do Jodliny,ażeby od gburki nakupić lnu; przywiozła zsobą swego małego syna. W czasie gdylen oglądano, wybierano i o cenę tegoż układano się, wbiegł malec otwartymi przypadkiem drzwiami do sadu i nuż zrywać oburącz z najbliższego krzaczka różę, niebacznyukłuwszy się porządnie, począł wrzaskliwiepłakać. Na jego krzyk wpadła do sadu matka, gburka, Jakub i Marianna; — chłopiecstoi z zakrwawionymi rękoma, beczy i złożyczy złudnym kwiatom, które na pozór piękne, tają przy sobie szkaradne kolce! —

„Nie dziwić się dziecku! I my bywamyczęsto starymi dziećmi! Każda uciecha maswoje kolce jak róża, a my oburącz chwytamy się uciech, nie patrząc na ich kolce.Oto ten tańcem, oto pijaństwem, tamten szulerstwem lub czym gorszym rujnuje się doszczętu. A gdy skutki bolesne wynikną zuciech, płacze i narzeka, podobnie temu malcowi. Niechże nas piękne różę nie łudzą,mają one swe kolec! — Dał nam Bóg rozum,żeby nim pomierzać nasze postępowanie,a nie lecieć ślepo za namiętnością!”

Pewnego ślicznego poranku w niedzielę,po kilku dniach dżdżystych weszła Mariannado sadu z ojcem, i znalazła pierwszę lilięrozwiniętą; a jej białość w promieniachwschodzącego słońca cudnie połyskiwała. —Współmieszkańcy nie znali tego nadobnegokwiatu, i na opis jego piękności oświadczyliżyczenie widzenia onegoż, przeto gdy siępora nadarzyła zadowolenia ich życzeń,zawezwała ich Marianna do ogrodu. Ciekawi wszyscy zeszli się i podziwiali nadobny kwiat.

Gburka mówiła: „Jaka to świętna białość tego kwiatka, — jaka czysta i bez najmiejszej plamki.” —

„Tak jest, odrzekł Jakub, o, dałby toBóg! żeby tak umysł człowieka był czystyi nieskalany! — Bóg i jego Aniołowie cieszyliby się z tego, bo ludzie czystego sercaBoga oglądać będą, powiedział Pan Jezus!” —

„Jak to ten kwiat prosto, bez wszelkiegopochylenia się ku ziemi, wznosi się ku Niebu!” dodał gbur.

„Właśnie jak gdyby palcem wskazywałnam Niebo, dodał Jakub. — Życzyłbym, żebylilię każdy miał przy swoim domu. My, ludziewiejscy, grzebiemy z powołania naszego największą część roku w ziemi, a dlatego zapominamy łatwo o niebie; jakby to było korzystnie, żeby ten kwiat wpadając nam podoko, przestrzegał nas, że przy naszych ziemskich zatrudnieniach i pracach w górę naszumysł wznosić, a coś lepszego i trwalszego,jak nam ziemia dać może, szukać powinniśmy. — Wszystkie rośliny, nawet najdelikatniejsza trawka pnie się do góry, a co jestz siebie słabe, żeby siłą własną wznosiłosię w górę, to używa silniejszych sąsiadówjak podpory, a przecież dąży ku niebu. Takczyni oto ten chmiel, tak owe szable, co jepotyczyliście. — Źle by to było, żeby tylkoczłowiek, to na obraz boży uczynione stworzenie, dało się powstydzać roślinom; żebyjego myśli, życzenia i nadzieje tylko po ziemizawsze się czołgać miały.”

Gdy raz Jakub na świeżej roli sadziłrośliny, a Marianna pełła na zagonach, odezwał się do niej ojciec: „Te dwa zatrudnienia, sadzenie i pielenie, powinny, moja córko, być zatrudnieniami całego naszego życia.Nasze serce jest także ogrodem, który namBóg powierzył. Trzeba nam być starannymi, ażeby coraz co dobrego tam wsadzić,a wypuszczające chwasty wyrywać, jenaczejten ogródek zdziczeje. Ale kto te zatrudnienia należycie wykona i prosi Boga, od którego wszelki wzrost pochodzi, o jego błogosławieństwo, ten w duszy swej zbudujesobie najśliczniejszy ogródek, — istotny rajna ziemi.”

Tak to przy pracy ziemskiej krasili sobieżycie pięknymi i budującymi ducha uwagami.Nie znali nudnych chwil, ani owej zwykłejprzy trudnych pracach niecierpliwości. Przeztrzy lata swobody zapomnieli o dawnym swoim nieszczęściu; lecz gdy jesień rozpoczęłaczwarty rok ich pobytu w Jodlinie, gdydrzewa traciły liść, zimno poczęło stopniowowzmagać się, rośliny w ogródku udały sięna zimowy spoczynek i nie potrzebowałyludzkiej pomocy, począł i Jakub opadać nasiłach ciała i umysłu. Starał się w prawdzie ukrywać przed córką swe położenie,ale troskliwa córka, która na ojca przywykła wielką dawać baczność, zrozumiała jegoodmianę, choćby tylko z tych uwag, któreon nad każdym umiał dawać przedmiotem.Kiedy te dawniej zwykle bywały jędrne iczasem wesołe, teraz nabierały coraz większej posępności; co ją niemało obchodziło. —

Już w jesieni znalazła jeszcze Marianna rozkwitłą różę, która się za swymitowarzyszkami spóźniła, gdy ją zrywała,opadły listeczki i leżały rozsypane na ziemi.,,Otóż to obraz człowieka! mówił przytomnyojciec. — W młodości możemy się przyrównaćdo świeżej rozwiniętej róży; ale z czasemwiędniemy jak ona; krótki czas bawiemy oczyludzkie, a potem opadamy i gnijemy jakona. Nie bądź, moje dziecko, dumną z piękności i zgrabności twego ciała, bo to wszystko przemija i niszczeje; bądź nierówniestaranniejszą o piękność ducha, o cnotę, bota ozdoba nie więdnieje, nie niknie nigdy!”Zbierał pod wieczór stojąc na drabinie Jakub z drzewa jabłka i podawał je Mariannie, która składała je ostrożnie w koszyk;a że nie zwykł był żadnej opuszczać okoliczności, żeby coś nauczającego nie powiedzieć, więc i tu rzekł do córki: „Jak to jesienny wiatr okropnie po rżysku przewiewai igra ze zżółkłymi liśćmi, jako i z mymizsiwiałymi włosami! — Tak to, Marychno, moja jesień już się znalazła — i twoja też kiedyś nadejdzie! — Starajże się w twoim życiu, abyś jak ta jabłoń obfitowała w owoce,a Pan cieszył się z onego!”

Gdy Marianna rzucała w ziemię siew,nadmienił ojciec: „Tak to i nas kiedyś, mojacórko, włożą w ziemię; ale nie troszczmysię; jak te nasionka po niejakim przeciąguczasu, puszczą kiełki, ożyją i kwiat wydadzą, tak i my kiedyś ożyjemy i powstaniemyz ziemi. Pamiętaj o tym, córko, gdy miękiedyś pogrzebią. Kwiat, który pewnie namoim posadzisz grobie, niech ci zwiastujeobraz zmartwychwstania i nieśmiertelności.”

Marianna spojrzała na ojca, a dwie krople łez stanęły w jej oczach; — przeczucieśmierci ojca przeraziło ją.

Rozdział XI. Choroba Jakuba

Na początku zimy, która bardzo ostro rozpoczęła i wielkim okryła pola śniegiem, zachorował Jakub. — Marianna prosiła go, abypozwolił z pobliskiego miasteczka powołaćlekarza, a gospodarz pojechał po niego sankami. — Lekarz, przyjechawszy i wyrozumiawszy chorobę, przepisał lekarstwo, a Marianna wyszedłszy za nim z izby, zapytała,co by myślał o stanie choroby?

„Tymczasem, odrzekł jej, nie ma żadnegoniebezpieczeństwa; ale że choroba możeprzejść w suchoty, a te w wieku choregonie mogą dać nadziei życia, jest wielkiepodobieństwo.” —

Ta nowina przeraziła Mariannę, poczęłarzewnie płakać; wszakże usiłowała uspokoić się i przybrać spokojną powierzchowność, ażeby wróciwszy nie zasmucić ojca.

Opatrywała chorego ojca z najwytworniejszą starannością; czegokolwiek tylkozażądał, tego mu dostarczyła, życzenia nawet jego uprzedzała. Czuwała przy nimcałe noce, a gdy ją, chroniąc od choroby zniewczasu wyniknąć mogącej, zastępowano,kładła się zwykle na blisko łóżka stojącąławę, aby nie zasnąć za bardzo; a skorochory kaszlnął lub poruszył się, wstajałacichutko, aby się przekonać, czy czego nieżąda. — Sporządzała mu pokrzepiające posiłki; poprawiała mu poduszki; czytywałamu, aby go rozerwać; a jak skoro zasnął,klękała i modliła się serdecznie do Boga ojego zdrowie. — „O Boże! spraw łaskawie,aby ozdrowiał mój kochany ojciec! — Zachowaj mi go aby jeszcze na parę lat!” —

Pilną swą pracowitością, — że siadałaczasami do północka zatrudniona szyciem idzianiem, — zebrała sobie kilka groszy; tychnie szczędziła, aby ojcu przynieść jakie ulżenie.

Pobożny starzec, któremu choć się wprawdzie polepszyło, przecież był pewnym,że to jego ostatnia choroba, mimo to byłspokojnym i na śmierć gotowym, przeto mówił o końcu życia swego z zupełnym zdaniem się na wolę Boga, i właśnie z wesołością.

Dla Marianny były takie mowy nieznośnie bolesne, ze łzami mawiała: „O, nie mówo tym drogi ojcze! — O tym trudno mi jestnawet wspomnieć, bo cóż bym ja sobie bezciebie poczęła? — Ach! natenczas nikogo bym na świecie nie miała, komu by zaufaćmożna!” —

„Nie płacz, moje dziecię! — odpowiadałpodając jej drżącą rękę starzec. Nie płacz!a wszakci masz dobrego Ojca w Niebie.Wszakci On pozostanie, choć utracisz twego ojca na ziemi. — Jak się ty, gdy mnienie będzie, utrzymasz i używisz na świecie,o to ja się bynajmniej nie troszczę. --- Ptakiniebieskie znajdują dla siebie żywność, aty byś miała żyć w niedostatku? — Biednewróble żywi opatrzność, a czemuż by ciebienie miała wyżywić? — Toć człowiek niewielepotrzebuje do swego utrzymania, a i potrzeby jego są zakreślone niedługim przeciągiem czasu! — Co mnie niespokoi, to jestto, żebyś ty w tej pobożności i poczciwości, jaką się obecnie odznaczasz, stateczniewytrwała! — Ach moja córko! ty jeszcze niewiesz, jak złym i zepsutym jest ten świat,jak ludzie są złymi. Z żalem mówić ci muszę, że są tacy ludzie, u których to niczymbędzie ciebie, biedną dziewczynę, odrzeć zniewinności, sławy i spokojności serca —a tak uczynić cię nieszczęśliwą na całe życie. — Jeżeli im mówić będziesz o bojaźniBoga, sumieniu, przykazaniach bożych, piekle, na ten czas nazwą cię dziecinną, to jestgłupią. Unikaj takich ludzi, jakby to wcielone diabły były! — Gdy ci będą pochlebiać:nazwą cię piękną, zgrabną, i wokoło ciebie, jak motyle około kwiatów uwijać siębędą, nie wierz im! Oni cię chcą zdradzić! —Nie odbieraj od nich żadnych ofiar, bo przezto zaprzedałabyś się onym! --- Nie ufaj ichprzyrzeczeniom, ani nawet przysięgom, boto wszystko kłamstwa! — Wszakci wiesz, żepod skórką owczą może być drapieżny wilk —a to jest ich właściwy obraz!” —

„Dał ci Bóg, jako Anioła stróża, świętąwstydliwość: jeżeli po tobie wymagają cośtakiego, co się sprzeciwia czystości obyczajów, albo choć jeno wymówi jakie nieuczciwe,niewinność obrażające słowo, natenczasrumianość pokrywa twarz twoję; — to jestprzestroga tego stróża niewinności; uważaj na nię, jako na głos samego Boga! —Nie pogardzaj tym prawym twoim przyjacielem, bo dopokąd on ci towarzyszyć będzie, wolną będziesz od zdrady. — Ale jakskoro aby raz w najmniejszym skłonisz sięna stronę przeciwną, już będziesz w niebezpieczeństwie zguby!” ---

„O Marianno! i w twoim własnym sercuobudzi się głos nieprzyjaciela. Przyjdą czasy, gdzie poczujesz w sobie skłonność dozłego, i chętna będziesz wmówić w siebie,że to pragnieuie nie jest tak złe; możenawet niewinne. Ale przestrzegam cię iproszę, zapisz słowa umierającego ojca głęboko w sercu twoim! Nie mów, ani czyńnic takiego, za co byś się w mojej przytomności wstydzić musiała. — Moje oczy wnet sięna zawsze zamkną, niedługo już będę cimógł być stróżem; ale wiedz, że Ojciec twójniebieski zawsze ci jest przytomny, i widzimyśli twoje. — Wiem, iżbyś w przytomności mojej nic takiego nie popełniła, za co byś się wstydzić musiała; daleko bardziejbój się i wstydź Ojca niebieskiego!” —

„Spojrzyj na mię, Marianno, a jeśli kiedynapadać cię będą pokusy, wspomnij na mojąwybladłą twarz, na te moje łzy, z którymicię przestrzegam! Włóż twoją w moję wyschłą i wnet w proch obrócić się mającądłoń, a przyrzecz mi, iż przestróg moich nie zapomnisz! — W czasie nagabań nieprzyjacielskich wystaw sobie, że ta ręka chwyta cię,iżbyś w zgubę nie wpadła.

„Popatrz się na mnie, z wolna w pierwiastkowy proch obracającego się, i widź znikomość rzeczy doczesnych! — I ja byłemkiedyś czerstwym i rześkim młodzieńcem,jak ty dziś jesteś, i ty kiedyś będziesz takwynędzniałą, jak ja obecnie, jeśli Bóg cięwcześniej jak mnie z tej ziemi nie zabierze! —Swobody mojej młodości tak znikły, jak wiosenne kwiaty, których pod ten czas i śladunie znajdziesz, — jak rosa na roślince, którakrótki tylko czas istnieje i ginie. Szlachetne zaś czyny, cnota, sumienie, podobnieklejnotom, nie giną nigdy; żadna siła ludzkanie zniszczy ich; — o takie klejnoty starajsię! — Co ja dobrego w życiu twoim uczyniłem, to mię obecnie cieszy i słodzi mojesmutne skądinąd położenie; — gdzie widzępopełniony błąd, przekroczenie, tam wynikapowstydzenie i żal. Obym ja był nic złegonie popełnił!” —

„Bądź zawsze pobożną, moje dziecko!Pamiętaj o Bogu i chodź w obecności jego,miej go nieustannie w sercu! W Nim znalazłem zawsze niezawodną pociechę w smutnych położeniach życia, — w Nim pokrzepienie w każdym razie!”

„Wierz mi, Marychno; ja mówię prawdę!Gdyby się rzecz jenaczej miała, nie zamilczałbym ci. I ja poznałem świat, gdy zhrabią byłem w podróży. Gdzie tylko cośznakomitego widzieć można było, tam iśćnie omieszkałem. Po całych tygodniach bawiłem na uciechach; bywałem na świetnychucztach, maszkaradach, hucznych muzykach,w wesołych i dowcipnych towarzystwach,tak dobrze jak i mój pan, — i z nim brałemudział w wytwornych potrawach i napojach;ale wyznać ci muszę szczerze, że przy tymwszystkim było moje serce czcze i puste;a jedna godzina cichego nabożeństwa w naszej altance w Eichburgu, albo tu pod tymubogim dachem, ba nawet na tym łożu boleści, więcej moję duszę zadowala, niżtamte wszystkie krzykliwe uciechy. I tyszukaj twej uciechy w Bogu, a znajdzieszją w obfitej mierze.”

„Wiesz, moje dziecię, że mi w moimżyciu nie zbywało na cierpieniach. Gdytwoja umarła matka, długi czas podobne byłoserce moje roli ogrodowej mocnym upałemsłońca spieczonej i porozpadanej, której deszczu potrzeba. Tak potrzeba mi było pociechy; w Bogu ją znalazłem. Przyjdą nacię dni podobne, ale nie upadaj na sercu —szukaj w Bogu pociechy, a znajdziesz ją wpotrzebnym razie! — Miej zawsze mocne zaufanie w boskiej opatrzności; kochającymBoga wszystko na dobre wychodzi; przezcierpienia zwykł prowadzić do swobody.”

„Pamiętasz, jak dużo ucierpiałaś wówczas, gdym w naszej nędznej podróży padłna ziemię bez sił! A oto tę moję chorobęprzypuścił Bóg na to, żebyśmy u tych poczciwych ludzi znaleźli spokojny kącik. Wszakci gdyby nie ta choroba, nie bylibyśmy tutrafili lub nie znaleźli tego politowania; daliby nam może byli miseczkę mleka z kawałkiem chleba i trzeba by pewnie było iśćdalej w świat. Gdyby nie moja choroba,nie bylibyśmy się z tymi poczciwymi ludźmiwzajem poznali i pokochali; wszystkie więcte dobre i swobodne dni, które tu przeżyliśmy, były skutkiem owej choroby. — Tak towe wszystkich smutnych zdarzeniach naszego życia, znachodzić można ślady dobroci Boga. Jak Bóg nadobne kwiaty rozsiał po górach i dolinach, w lasach i polach, nad strumieniami i na bagnach, abyśmyw tym widzieć mogli jego przychylność kunam; tak też we wszystkich naszych położeniach życia, znajdziem ślady jego mądrości, miłości i litości, tak jawnie, że uważnyna to umysł wyczerpnie dla siebie rozweselenie i pociechę. Niech no człowiek będzieuważnym na zajścia życia swego, a uczyniw nich takowe pocieszające spostrzeżenia.”

„Najdotkliwsze nasze cierpienia były niezawodnie wtenczas, gdy nas o złodziejstwo posądzono, gdy leżałaś w więzieniuokuta, osmagana, na śmierć skazana; gorzkoopłakiwaliśmy siebie wzajem! — O! i to cierpienia niewinne nie będą bez korzyści; —a mnie się widzi, że już teraz wyrodziłybłogosławieństwo boskie! — Wspomniałmoje słowa! — Wówczas, gdy cię hrabiankanad wszystkie wyniosła dziewczęta, zaszczyciła cię swoim towarzystwem, podarowała ci piękną suknię i chciała cię mieć pod bokiem swoim, sądziłaś się być najszczęśliwszą;o, jakżeś się myliła! — teraz widzisz, żewłaśnie to twoje mniemane szczęście byłoprzyczyną wszystkich naszych nieszczęść!Nie ufaj nigdy doczesnemu powodzeniu! Tojest robaczywy orzech: powierzchnia piękna,wewnątrz brzydkie próchno. Sodomskiejabłka, — rosnące nad Morzem Martwym, gdziestały owe od Boga skarane miasta, --- śliczne na pozór, a rozsypią się w brzydkiepróchno, gdy je radosną zerwiesz ręką. —I dobrze, że ci Bóg wytrącił z ręku owobawidełko, bo może by honor, dostatek, zbytek zrobił cię próżną, lekkomyślną, cielesną; — może byś nareszcie i o Bogu zapomniała; wszystko to możebne; żaden człowiekza sobą ręczyć nie może. — W biedzie, wewięzieniu, na naszej pielgrzymce, poznaliśmy Boga bliżej i lepiej. W tej oto szorstkiej okolicy, dalekiej od roztargnień i zepsucia światowego, zapewnił ci Bóg miejscebezpieczne, gdzie rośniesz jak nadobny kwiatek, pewny, że go ręka nie naruszy złośliwa.”

„Przekonasz się, że dobry Bóg wyprowadzi twoje cierpienia na twoje szczęście.Prosiłem gorąco Boga, żeby niewinność twojęna jaw wykazał, a moje zaufanie powiada mi,że mię Bóg wysłuchał. Ja tego może niedożyję, ale ty dożyjesz i radość po tychwszystkich cierpieniach zakwitnie ci jeszczena tym świecie, chociaż, jak ci to dobrzewiadomo, ziemska szczęśliwość jest najmniejszym darem Bożym, a istotna nagroda zacierpliwie znoszone nieszczęścia dopiero wNiebie się znajdzie, do którego tylko drogąkrzyża dostać się można.”

„Nie martw się, ty dobra duszko, gdyci dokuczać będzie niedostatek, troskami twymi nic sobie nie nadsporzysz; — wiedz, żeBóg ma pieczą nad tobą, a twoje troski sązbytne. — Przeto gdziekolwiek zaprowadzicię ręka Opatrzności, chociażby tam położenie twoje nieprzyjemne było, mów sobie:to jest właśnie miejsce wskazane mi od Najwyższego Pana! I wierz, że właśnie potrzebne do twojego wykształcenia. — Właśniejak ogrodnik, tam posadzi drzewko, gdziewie że mu najlepiej rola posłuży, i tak sięz nim obchodzi, jak zna, że natura jego wymaga; tak Bóg tam stawi w świecie człowieka, gdzie wie, że mu jest najzbawienniej.I ta moja choroba, moja Marychno! śmierćmoja nawet wyjdzie ci na dobre.”

„Dobre dziecię! że wymówiłem to słówkośmierć, zalewasz się łzami. — O, nie płacz!Nie myśl, że śmierć jest czemsiś okropnym,owszem jest ona koniecznie potrzebną donaszego wykształcenia. Wszakci wiesz, jaksię rzecz ma z roślinkami do przesadzania;zasiane na małym zagonie, wzrosną społemsłabe i mało się odznaczające, nie poznasz,jak piękny kwiat albo drogi owoc w której siedzi; i gdybyś je w tej ciasności zostawiła, nie wydałyby żadnej korzyści i zniszczałyby; — dlatego też z małej objętościroli przesadzamy je na miejsce przestronniejsze, gdzie każda podług własnej przyrody rozwija się, kształci i wydaje owoce.Tak właśnie ma się rzecz i z nami; nie jesttu na ziemi właściwe nasze miejsce, — tujesteśmy ściśnieni, rozwinąć się nie można,przeto Ogrodnik niebieski przesadza nas, naobszerniejszą i lepiej dogadzającą naszej naturze rolę, a tam wyda się, co w każdymnas siedzi, czego tu ledwie doświadczone dostrzeże oko. Bolesne jest to przesadzenie,ale wielce korzystne, i tak, że ta momentalna boleść opłaci się obficie.”

„Przeto nie płacz! — Mnie tam lepiej jaktu będzie! Ja się z tego cieszę, iż mamodejść do mego ojca! — Jak to dobrze będzie,gdy złożywszy uciążliwe to ciało, w szczęśliwszym znajdziemy się położeniu! — Wspomnij sobie, jak się to cieszyliśmy, gdy wnaszym ogródku wiosennego poranku znaleźliśmy rozwinięte nadobne kwiaty, którepoprzedniego wieczora jeszcze kryły się wswoich listeczkach! — Oto ja idę do Nieba,miejsca, gdzie wieczna wiosna, i nie miałżebym się z tego cieszyć? Miałażbyś się z tegosmucić, że idę w miejsce szczęśliwości? O, starajże się raczej, żebyś była zawsze poczciwąi pobożną, a przeto godną Nieba i bycia tam,gdzie twój ojciec, żebyś go tam znalazła. —Jeżeli ci pójdzie dobrze na świecie, nie dajżesię uwikłać w tej światowej pomyślności,żebyś dla niej nie straciła wiecznej! — Niepłaczże, moje dziecko! Owszem ciesz się tąbłogiej przyszłości nadzieją!” —

Tak to cieszył umierający ojciec poczciwąswą córkę, tak ją napominał, aby wytrwaław granicach wiary, a nie dała się ni namiętności, ni ludziom z nich wyprzeć; a każdajego myśl była nasionkiem, co na dobrą padło rolę. „Prawda, kończył, iżem cię zasmucił, i wiele łez ci wycisnąłem, ale tełzy będą dobroczynne: co wśrzód łez sięsieje, będzie zbierane w radości, mówi DuchBoży! — właśnie jak nasionka rozsiane iskropione rosą niebieską, lepiej się przyjmąi lepszy wydadzą owoc!”

Rozdział XII. Śmierć Jakuba

Choroba starego Jakuba coraz stawała sięgroźniejszą, co gdy Marianna spostrzegła,dała o tym znać proboszczowi, do któregoparafii należeli, prosząc, aby chorego odwiedził. — Szanowny kapłan odwiedzał częściejchorego, rozmawiając z nim o rzeczach duszy tyczących, aż gdy spostrzegł, że starzecw istocie schyla się ku końcowi, nadmieniłmu o przyjęciu sakramentów świętych, czymi tak usposobionego na śmierć bynajmniejnie zatrwożył, owszem w ten moment gotowym znalazł. Ustąpiła z izby Marianna,a chory przyjął sakrament pokuty. Gdysię to skończyło i Marianna wróciła, odezwał się do niej ojciec:

„Oto, Marychno! usprawiedliwiłem sięwłaśnie Bogu, a jutro zamyślam przyjąć Najświętszy Sakrament z rąk księdza proboszcza, wiesz, jaksię do tego usposobić.”

Mariannę przeszedł zimny dreszcz i łzyzalały jej oczy, bo pierwsza myśl o śmierciojca przeraziła ją, lecz wkrótce uspokoiłasię i odrzekła: „Słusznie czynisz, kochanyojcze; bo cóż lepszego czynić możemy, jakw naszych smutnych położeniach udawać siępod opiekę Boga?” —

Resztę dnia i wieczór cały przepędziłJakub na modlitwie: widzieć było, jak jegoduch zebrany był, — mało mówił, ciągle byłzamyślony. — Pobożność, z jaką na drugi dzieńprzyjmał komunię świętą, niepodobna do opisania. Wiara i miłość, — nadzieja przyszłego życia przemieniła jego oblicze; rzewnełzy toczyły się po jego twarzy. Mariannaklęczała przy łożu, pobożna, łzami zalana.Gospodarz z żoną i czeladzią towarzyszylipobożni świętemu obrządkowi. —

„Teraz — rzekła Marianna po skończonym opatrzeniu ojca — teraz jest mi lekkona sercu, i czuję siebie być pocieszoną.Otóż to prawda, że religia święta w potrzebach życia i śmierci daje niebieską pociechę!”

Jakub tymczasem zbliżał się ku swemukońcowi. — Gospodarz i gospodyni, którzygo jak doświadczonego przyjaciela szanowali i kochali, błogosławiąc ten dzień, w którym do nich zawitał, czynili, co tylko mogli dla ulgi i pociechy chorego. Kilkanaście razy na dzień zaglądali do niego, abysię przekonać o jego powodzeniu. Marianna właśnie za każdą razą pytała ich, czysądzą, że wyjdzie z choroby? —

Gospodyni odpowiedziała raz: „Moje dziecko! niech cię to nie smuci, ale dłużej siępewnie nie powlecze, jak do wiosny.”

Odtąd wyglądała Marianna z bojaźniąokienkiem swej izby do ogrodu; nadziejazbliżającej się wiosny cieszyła ją niegdyś,tą razą widziała wypuszczający pączki angrest ze smutkiem, a śpiew zięby przerażał ją, bo przepowiednia doświadczonej gospodyni zwiastowała jej ze zmartwychwstającą naturą śmierć ojca. „Mój Boże! — mawiała sobie smętna — wszystko odżywa, —cały świat w błogiej nadziei, tylko mój ojciecbez nadziei zdrowia! Ale nie! I on nie jestbez nadziei! — On podług zapewnienia Chrystusa nie umrze, tylko złoży zwłoki ziemskie, i zacznie dopiero żyć właściwie w życiuwieczności!” —

Starzec chętnie słuchał, gdy mu Marianna czytywała, bo to czyniła głosem przyjemnym, z pobożnością. W ostatnich dniachchoroby najchętniej słuchał, gdy mu czytałamowy Zbawiciela z Ewangelii i ostatnią Jegomodlitwę w wieczerniku. Raz czuwała przynim sama w nocy; Księżyc przyświecał doizby tak, że światełka błyszczącej lampki nie znać było; ojciec wyrzekł do niej: „Marychno, przeczytajże mi jeszcze raz modlitwęPana Jezusa!” Marianna zapaliła gromnicęi zadosyć uczyniła żądaniu ojca.

„A teraz daj mi tu książkę i przyświecaj mi gromnicą”; co gdy uczyniła, odrzekł:,,oto teraz będzie moja ostatnia modlitwa narzecz twoję.” Wskazał na miejsce pismaświętego i ściągając wyrazy na siebie i córkęurywanym słabym głosem modlił się mówiąc:

„Ojcze, oto już niedługo będę na tymświecie; ale ta oto zostanie tu jeszcze czasjakiś. Tak sobie tuszę, Ojcze, iż przyjdę doCiebie! Ją zachowaj od zepsutości światatego. Dopókąd żyłem na tym świecie, usiłowałem w Imię Twoje zachować ją odzguby; teraz idę do Ciebie, ją opuszczam:Nie o to Cię proszę, abyś ją zabrał z tegozepsutego świata, lecz żebyś ją strzegł odzepsutości. Utrzymaj ją w Twej świętejprawdzie; Twoje słowo jest prawdą. Ojcze,spraw, aby ta, którąś mi dał, kiedyś tamdostała się, dokąd ja, spodziewam się, przyjdę. Amen.”

Marianna stała przy łóżku z gromicą,drżąca, i powtórzyła czułym głosem za ojcem: „Amen”.

„Tak, moja kochana córko! tam widziećbędziemy Jezusa w całej Jego świetności;tam zobaczym się wzajem!”

Położył głowę na poduszki, aby trochęwypocząć, zatrzymawszy książkę w ręku. — Po niejakiej dobie począł znowu mówić: „Dziękuję ci, moja kochana Marychno, za twojęprzychylność i miłość, których dowody dałaś i dajesz mi w mej chorobie. Wykonałaś tu chętnie i dowolnie to, co Bóg żądapo dzieciach czwartym przykazaniem. Pamiętaj na moje słowa, że ci pójdzie dobrzena świecie, choć cię w biednym pozostawiam stanie, bo to Bóg obiecał dobrem dzieciom. Nic ci pozostawić nie mogę, jak mojebłogosławieństwo i tę oto książkę; bądź pobożną i poczciwą, a to błogosławieństwonie będzie czczym słowem. Błogosławieństwo w Bogu ufność pokładającego ojcawięcej jest korzystne dobrym dzieciom jaknajbogatsze spuścizny. — Tę książkę zatrzymaj na pamiątkę po twoim ojcu; kosztujeona tylko kilka groszy, ale gdy ją pilnieczytać i jej nauki sumiennie pełnić będziesz,znajdziesz w niej skarb tysiącami nie opłacony. Gdybym ci w spuściźnie tyle pozostawił dukatów, co wiosna odrodzi liści ikwiatów; przecieżbyś za te skarby nic lepszego nabyć nie mogła; bo oto w tej książeczce zawarte jest słowo boże, a to mataką dzielność, że może każdego wiernegozbawić. — Czytaj co poranek, a choćby tylkocokolwiek — przecież do tego, kto chce, czasznajdzie — rozważ, coś czytała, i zachowajw twym sercu. Jeżelibyś czegoś nie zrozumiała, poradź się twego pasterza, jak toja zawsze czyniłem; a to nie będzie bezwielkiej twej korzyści. Zważ tylko to jedno zapewnienie Chrystusa w tej książeczce umieszczone: »przypatrzcie się liliompolnym!«, to jedno zapewnienie, mówię, więcej mię nauczyło, jak te wszystkie książki,które w mej czytałem młodości. — A potembyło mi ono źrzódłem, z którego tysiące pociech czerpałem; — w tysiącznych dolegliwościach, gdzie by troski może mię do rozpaczydoprowadziły, zupełnie mię zaspokoiło, boczyniło ufnym w Opatrzności dobrego Boga.”

Z rana około trzeciej godziny odezwał sięojciec: „Marianno, mnie jest tak duszno;otwórzże trochę okno.”

Marianna wypełniła rozkaz ojca. Księżycjuż zaszedł; ale gwiazdy przyświecały prześlicznie. „Widzisz jak to piękne jest niebo! —Cóż są wszystkie kwiaty ziemskie, w porównaniu z tą pięknością gwiazd? — Oto jatam teraz pójdę! — Jakże mię to wielce cieszy! Żyj poczciwie, żebyś i ty tam kiedyśprzyszła!”

Po wyrzeczeniu tych słów upadł wznakna posłanie i zasnął szczęśliwie. — Marianna,która jeszcze umierającego człowieka nie widziała, sądziła, iż omdlał; nigdy by zresztąnie sądziła, że się tak prędko z życiem rozstanie. Z tym wszystkim przestraszonaobudziła mieszkańców domu, — zeszli się wszyscy i gdy zapewnili, że Bogu ducha oddał,Marianna ścisnęła zwłoki ojca, z głośnympłaczem całowała je i mieszała swe łzy ześmiertelnym potem zmarłego.

„O ty, dobry ojcze! mówiła — jakże ja cimogę odpłacić się za to wszystko, coś ty miw życiu uczynił! — Nie jest mi to rzeczą podobną, boś bardzo wiele dla mnie czynił! — Dziękici za każde słowo, za każde napomnienie, którewyszło z twych teraz zsiniałych ust! — Z rozczuleniem całuję tę zimną rękę, która mi tyledobrodziejstw wyświadczyła; która na mojeutrzymanie ciężko pracowała — mię po ojcowsku za błędy dzieciństwa karała. Teraz japoznaję, że i karcąc kochałeś mię skutecznie. —Dzięki ci serdeczne! A wybacz, żem cię lekkomyślnością dziecinną kiedykolwiek zasmuciła! — Boże wielki! wynagródź mu jego miłość. — Ach, gdybym ja teraz mogła oddać duchai tak z tobą, ojcze, pośpieszyć do Nieba! —Boże! spraw, żeby kiedyś i moja śmierć taklekką była, jak tego sprawiedliwego! — Ach,jak to niczym jest życie na tej ziemi! Jak todobrze, że jest Niebo, że jest życie wieczne! —To jest obecnie moją jedyną pociechą!”

Wszyscy przytomni płakali; gospodyni,że widziała, jak przytomność zwłok ojca drażniczucie Marianny, prośbą i namową skłoniłają, iż przeszła do jej izby. Przecież tegojej wzbronić nikt nie zdołał, że noc całą przepędziła przy zwłokach, na czytaniu i modlitwie. Zanim zamknięto trumnę, przypatrywała się zwłokom i mówiła: „Ach, mój Boże!ostatni raz zapatrywam się, ojcze, na twojąszanownę twarz! — Jakże nadobna — właśnieuśmiecha się, w promieniach przyszłego uwielbienia! — Żegnam cię, drogi ojcze! — Niechszczątki twe swobodnie spoczywają w grobie,gdy — jak się spodziewam — Aniołowie duszętwę zaprowadzili do przybytków bożych!” —

Urwała parę gałązków rozmarynu, złotożółtych kluczyków i błękitnych fiołków,związała w bukiet i dała w rękę trupa, mówiąc: „te pierwiastki ożywiającej się zieminiech będą obrazem twego zmartwychwstania; a ten zawsze zielony rozmaryn godłemmojej pamięci, w której ciebie ojcze na zawsze zachowam.”

Gdy trumnę wiekiem nakrywano, każdeuderzenie dotykało jej serca, mdlała, a dlatego poprowadziła ją gospodyni do swej izbyi prosiła aby się uspokoiła i zasnęła.

Przy pogrzebie szła Marianna za trumną,ubrana w czarną suknię, pożyczoną od pewnej litościwej dziewczyny ze wsi, — bladajak trup, a każdy litował się nad tą sierotą,ojca i matki niemającą.

Że ojciec Marianny w Erlenbrun nie byłznajomy, przeto przeznaczono jego zwłokomgrób w rogu cmentarza pod murem; paraświerków ocieniała tenże. Proboszcz miejscowy miał czułą mowę przy pogrzebie ztych słów Chrystusa: „Zaprawdę powiadamwam, jeśli ziarno pszeniczne wrzucone wziemię nie obumrze, tedy samo zostawa. —Lecz jeśli obumrze, wielki owoc przyniesie.”Mówił jak ten pobożny starzec cierpliwie ize zdaniem się na wolę Boga znosił swojąchorobę i tak wszystkim, co nań patrzyli, dałpiękny wzór zachowania się w biedzie; —mówił wiele na pociechę pozostałej sieroty;dziękował włościanom w imieniu zmarłego,za wszystkie wyświadczone mu przysługi idobrodziejstwa i wymagał, aby względem pozostającej sieroty zastąpić zechcieli miejscematki i ojca.

Marianna odwiedzała grób ojca, ile razybywała na nabożeństwie parafialnym, a prócztego wieczorem, jak tylko mogła oderwać sięod pracy, tam w rozczuleniu modliła się; bomawiała, iż nigdzie tak czule modlić się niemoże, jak na grobie ojca. Tu wydaje misię świat nikczemnym; tu czuję, że człek przeznaczony jest do lepszego świata, tu pobieramię tęsknota do niego.” Od grobu ojcowskiego nie wracała jenaczej, jak z postanowieniem gardzić pożądliwościami świata,a żyć dla Boga i cnoty, w nadziei połączenia się z rodzicami w Niebie.

Rozdział XIII. Nowe cierpienia Marianny

Od śmierci ojca była Marianna ciągle smętną, zdawało się jej, jak gdyby wszystkie jejulubione kwiatki straciły swą świeżość ikolor, jak gdyby drzewa powleczone byłyczarną krepą. Czas uleczył po części jejsmutek, ale naszły ją znowu świeże cierpienia. We wsi od śmierci ojca zmieniłysię okoliczności znakomicie. Gospodarz i jegożona zdali gospodarstwo synowi, człowiekowi dobremu, cichemu, pracowitemu; a tenpojął w małżeństwo kobietę dosyć pięknąi bogatą; która przecież prócz zarozumieniai próżności nic tak wielce nie ceniła, jakpieniądze. Pycha i chciwość tak jej twarznapiętnowały, że mimo jej piękności z odrazą nań patrzeć przychodziło. Skromnie iz niechęcią oddawała teściostwu zastrzeżonywymiar żywności; choć wiedziała, że można bysię im czemsiś przypodobać, tego umyślnienie uczyniła; tysiąc nieprzyjemności im wyrządzała i każdy właśnie kąsek im rachowała.Starzy usunęli się do tylnej izdebki i żebyuniknąć swarów, nie bywali w przedniej izbiegdzie dzieci mieszkały.

Synowi nie szło też lepiej z żoną. Obchodziła się z nim po grubiańsku, a zamanąwszy przytaczała mu jej wniesiony majątek;jeżeli chciał mieć spokojną godzinę, trzebabyło cierpieć i milczeć. Wymagała nawet,żeby nie odwiedzał rodziców, bo jak wyrzucała, co może to im wywlecze, i takciężko będzie dorobić się czego; on przetotylko wieczorem po pracy i to ukradkiemodwiedzał rodziców. Siadali starzy zwyklesmętnie na ławce, syn, gdy ich odwiedził,siadał takoż z uciśnionym sercem przy nich,a rozmowa tak wzajem udręczonych nie mogłabyć pokrzepiającą smutkiem skołatanego ducha.

„Tak to tak! mawiał stary. Wszyscyśmysami sobie winni: ty, matko, dałaś się blaskiempieniędzy, ty, synu, czerwonymi policzkamioszałamocić, a i jam nie bez winy, iżem uległwaszym przedstawieniom i prośbom. — Takwięc wszystko troje zasłużoną cierpimy karę. Trzeba nam było słuchać rady staregoJakuba, temu roztropnemu człowiekowi niepodobało się to małżeństwo, gdy o nimjeszcze za życia jego była mowa; pamiętamja wszystkie jego słowa i widzę obecnie jaksię sprawdzają. — Pamiętasz, matko, twojewłasne słowa: dziesięć tysięcy złotych topiękny pieniądz. — On na to: pięknyć niejest, bo te oto kwiaty w ogrodzie są dalekopiękniejsze. Chcieliście pewnie mówić ciężkipieniądz, a to jest prawda, bo trzeba niemałej siły, żeby tyle pieniędzy unieść bezszwanku na ciele — a pewnie i na duszy, bote skarby zwykły robić człowieka ziemskim,cieleśnikiem, jaki o duszy i Bogu zapomina.I czemuż to chcecie tyle nabyć pieniędzy? —Alboż wam to kiedy na czym zbywało? —A wszakcić i odłożyć na stronę po troszemogliście. — Wierzcie mi, zbytek nie jest dobry dla człowieka, czyni go dumnym, i coświęcej jeszcze, bo doprowadza go do zwierzęcości. Deszcz lubo jest potrzebny dlaroślin, ale jeśli go za wiele, gniją rośliny! —To są słowa Jakuba, a mnie tak w pamięciutkwiły, jak gdybym go słyszał właśnie mówiącego.”

„I ty, synu, mówiłeś raz w jego przytomności: przecież ona jest bardzo pięknadziewczyna, właśnie świeżo rozwinięta róża! — a on ci odrzekł: kwiat nie ceni sięsamą pięknością, łączy on z pięknością ikorzyść, bo daje nam wosk i miód, co zniego zbierają pszczółki. Piękna postać bezcnoty, jest to róża z papieru, rzecz nikczemna,bez życia i zapachu, bez miodu i wosku.Tak mówił Jakub, myśmy nie chcieli słuchać, otóż nam teraz trzeba doświadczać icierpieć. Co nam wówczas zdawało się byćnajwiększym szczęściem, to nam dziś do żywadokucza. Daj nam Boże łaskę, żeby to wszystko znieść cierpliwie, a nie potępić przy tymduszy; bo odwołać tego wszystkiego niemożna.”

Marianny powodzenie było także bardzoprzykre. Że starzy wprowadzili się do izdebki, przeto ona musiała z niej ustąpić; amłoda gospodyni wskazała jej pomieszczeniena górze, swarząc się z nią caluteńki dzieńi przyganiając wszelkim jej postępkom, takdalece, że oczywiście pojąć było można, iżchce jej się pozbyć z domu. Starzy samiudręczeni nie mogli jej dać żadnej pociechy.Tak przeto opuszczona sierota uznawała, iżtrzeba opuścić ten bolesny przytułek, aledokądże miała się udać? — W tak krytycznympołożeniu poszła do proboszcza, a przedstawiwszy mu swoje położenie, prosiła o radę.Roztropny kapłan wysłuchawszy zażaleniaMarianny, taką jej dał radę: „W takim rzeczy położeniu nie możesz na długo pozostaću twoich gospodarzy; do takich ciężkich robót,jakie na cię wkładają, nie jesteś dość silnąi od młodości przyzwyczajoną; wszakże zaraz opuścić miejsce i udać się w świat naniepewne nie wypada; trzeba trochę jeszczepocierpieć, a Boga serdecznie prosić o siłędo zniesienia tych nieludzkich prześladowań;ja tymczasem postaram się o stosowne dlaciebie miejsce, u jakiej uczciwej familii. Módlsię i ufaj w Bogu, znoś cierpliwie prześladowania, a doczekasz się, że Bóg twe położenie przemieni.”

Marianna podziękowała za radę i obiecała do niej się zastosować.

Jej najmilsze na ziemi miejsce był gróbjej ojca. Posadziła na nim krzak róży imówiła sobie: „O, gdybym ja tu zawsze przebywać mogła! Łzami bym go polewała, żebysię przyjął i zakwitł.” —

Doczekała się i tego, krzaczek się zazielenił i wydał śliczne pączki.

„Miał mój ojciec prawdę — mówiła sobie — gdy mi powiadał: życie ludzkie podobne jest krzaczkowi róż; czasami jest gołyi suchy, a nie widać na nim, tylko kolce;ale gdy się trochę cierpliwie poczeka, to sięznajdą listki i śliczne kwiaty. — Obecnie jestdla mnie czas ciernia, ale nie traćmy nadziei, — przysłowie pewnie się ziści, cierpliwość rodzi różę!” —

Rozdział XIV. Wyrzucenie Marianny

W czasie tych rozmaitych dolegliwości, jakie ciężyły na Mariannie, nadszedł 25 lipca, rocznica imienin jej nieboszczyka ojca.Niegdyś był ten dzień dla niej dniem radości, ale dziś przy wschodzącym słońcu powitała go ze łzami. Niegdyś zwykła była wtym dniu zrobić ojcu jakąś radość, albo podarowała mu jakąś tajemnie wygotowaną ręczną pracę, — albo stawiła mu ulubione potrawy z butelką wina, lub coś podobnego;tą razą chciała takoż uczcić dzień imieninjego, ale czymże to okazać? — Włościanieokoliczni mieli zwyczaj w takowych dniachzdobić groby swoich lubych kwiatami, przytakich okolicznościach zwykli byli prosić jąo kwiaty, których im nigdy nie odmówiła.Przyszło jej przeto do myśli grób ojca takożkwiatami przyozdobić. Koszyczek, który spowodował wszystkie jej cierpienia, stał naskrzyni i wpadł jej pod uwagę. Zdjęła go,a napełniwszy zielonym i rozmaitymi kwiatami, poszła do Erlenbrun godziną prędzej,niż się msza święta zwykle rozpoczynała, i stawiła go na grobie ojca. — „Otóż — mówiław rozczuleniu — kochany ojcze, wychowałeśmię starannie, i dałeś mi niezliczone dowody twej miłości, a ja ci za to nic daćnie mogę, przynajmniej grób twój zdobiękwiatami.” — Wysłuchawszy mszy świętej, zostawiła koszyk na grobie, bo mogła byćpewną, iż go nikt nie ruszy. I prawda, ludzie,spostrzegłszy koszyczek, cieszyli się owszemz pobożności córki i życzyli zmarłemu spokoju i wiecznej światłości, przykładem jejpociągnięci.

Zaraz na drugi dzień po tym, gdy ludziegospodarza zatrudnieni byli grabieniem siana,zginęła z bielnika przy domu sztuka płótna.Gospodyni dostrzegła tego dopiero pod wieczór, a że była podejrzliwą, jak zwykle ludziechciwi, zwróciła swe podejrzenie na Mariannę, której nie lubiła. Stary Jakub nie czynił tajemnicy z owego zginionego pierścienia, powierzył ją w zaufaniu gospodarzom;syn to wiedział, powierzył niebacznie swejzłośliwej żonie, ta też łatwo rzuciła pomysłna niewinną Mariannę. Skoro więc ta wspólnie z innymi dziewkami wracała od siana,wybiegła gospodyni jak oparzona z kuchni,poczęła na Mariannę krzyczeć i wymyślać,żądając, aby natychmiast oddała skradzionąsztukę płótna.

Marianna odpowiedziała skromnie, żetego płótna nie skradła i że nie ma nawetpodobieństwa, aby to uczynić mogła, ile żecały dzień z drugimi służącymi oddalonaod domu, była przy sianie. Pewniej to jest,że gdy gospodyni zatrudniona była w kuchni,ktoś obcy przyszedł i płótno ukradł. — I takteż było w samej rzeczy, ale zaślepiona kobieta, nie przypuszczając żadnej zdrowej uwagi, nie ustała wymyślać, nazywając ją złodziejką itp. „Albo ja to nie wiem, jakaśty jest? — krzyczała. — Nie wiem pewnie, żeśskradła pierścień; żeś o mało uszła szubienicy, — że cię za granicę wypędzono! —Natychmiast wynoś się z mego domu! —Pod moją strzechą nie ma miejsca dla takiejhołoty!” —

Gbur, już i tak przytłumiony ostrościążony, przecież ośmielił się żonę uspokoić idlatego nadmienił: „przecież jej dziś niewypędzisz z domu, toć już noc; dajże jejprzynajmniej zjeść wieczerzę, którą pracująccały dzień, zarobiła; — niech przynajmniejprzenocuje.”

„Ani godziny, — krzyknęła szalona kobieta — ani minuty niech mi tu nie zawadza! —A ty, głupi chłopie, zamknij gębę, bo ci jągłownią przypiekę!” —

Gospodarz, widząc, że rozzłoszczonej swymi uwagami nie upamięta, zamilkł. Marianna zaś milczała; zebrała w białą chustęswoje rzeczy, zapewniła jeszcze raz skromnie,że złodziejstwa nie jest winną, i prosiła, abynie broniono pożegnać się ze starymi. „A któżci będzie tego bronił? — mówiła gospodynidrwinkując. — Idź i pożegnaj się, a lepiej byśjeszcze zrobiła, gdybyś ich z sobą zabrała,ile że śmierć nie ma widać ochoty, ciepnąćsię na tę domową zawadę!” —

Oboje starcy słyszeli ten hałas i zrozumieli po większej części, a przeto zapłakali nad sobą i nad tą biedną dziewczyną;cieszyli ją jak mogli, dawszy na drogę, comieli gotowizny, która kilka złotych wynosiła. „Idź, dobre dziewczę, z Bogiem! — mówili w końcu. Nie trać nadziei; błogosławieństwo twego ojca będzie ci niewyczerpanym skarbem; zobaczysz może nie za długo, że wyda nadobny owoc. Wspomniszna nasze zapewnienie, gdy ci dobrze pójdzie!”

Marianna pożegnawszy się, szła z zawiniątkiem w ręku ku cmentarzowi, chciałaalbowiem pożegnać grób ojca, zanim oddalisię z tych stron. Gdy wychodziła z boru,słyszała jak w kościele dzwoniono na AniołPański, a gdy stanęła na cmentarzu, była jużciemna noc. Z tym wszystkim nie przerażały ją bynajmniej tam znajdujące się groby; szła prosto ku grobowcowi ojca, klękła i modliła się czule; łza łzę potrącała.Księżyc w pełni oświecał nadobnie cmentarz,a przesyłając swe światło przez dwa przygrobie stojące świerki, oświetlił grób, widziała krzak róż i koszyk z kwiatami, którynie tknęła ręka lekkomyślna. Lekki wiatrszeptał smutne tony w gałęziach drzew iigrał swawolnie z listkami róż; zresztą byłosamotnie, cichutko, jak zwykle na cmentarzach bywa.

„Dobry ojcze! obyś ty jeszcze żył, żebytwoja Marianna mogła się tobie poskarżyćw swej biedzie i tak ulżyć sobie w cierpieniach! — Wszakże i tak dobrze jest, iżeś niedożył tej nędzy, w której obecnie zostaję.Tobie już jest dobrze, nie dokucza ci żadnaboleść! — O, gdybym ja też z tobą połączonabyła! — Jeszczem ja też w życiu moim taknieszczęśliwą nie była, jak jestem obecnie. —Wtenczas, gdy księżyc przez kraty zaglądał do mego więzienia, żyłeś jeszcze, kochany ojcze, dziś ten księżyc oświetla twójgrób! — Wówczas, gdy mię wypędzano zrodzinnej siedziby, miałam jeszcze ciebie, ojcadobrego, wiernego opiekuna, przyjaciela wiernego! — Obecnie nie mam nikogo; uboga, haniebnym splamiona podejrzeniem, wszędzieobca, od wszystkich opuszczona, niemającażadnego przytułku. Nawet z tego miejsca,gdzie jakie takie skłonienie głowy miałam,wygnano mię złośliwie; i pociecha, która mistąd wynikała, iż czasami mogłam popłakaćsobie nad grobem ojca — wzięta mi, bo trzebaodejść w daleki i nieznany mi świat.” I znowupoczęła serdecznie płakać.

Po chwili płaczu klękła i tak się modliła: „Boże i najlepszy ojcze! spojrzyj zwysokiego nieba na biedną sierotę płaczącąna grobie ojca swego, — i zmiłuj się nadnią! — Gdzie bieda najwyższego dochodzistopnia, tam bywa Twoja pomoc najbliższą;moja niedola nie może już być większą, sercemi właśnie pęka pod jej ciężarem; — pokażo, dobry Ojcze, że ramię Twoje nędznychwspierające nie jest ukrócone; uświetnijTwoją dobroć we mnie, nie opuść mnie;boć już nikogo nie mam, do kogo bym się uciecmogła. — Weźm mię tam, gdzie są moi rodzice, — albo spuść kroplę pociechy do megozmartwieniem skołatanego ducha. — WszakżeTy upałem zwiędniałe kwiatki pokrzepiaszchłodzącą rosą, pokrzep, Ojcze, i moją duszęTwą ożywiającą łaską!” — Łzy nie pozwoliły jej więcej mówić. —

„I jakąż ja biedna dam sobie radę? —Gdzież się opuszczona podzieję? — Choćbymdo którego domu wstąpiła z prośbą o nocleg,a czy mię przyjmą, jeśli powiem, dlaczegoze służby oddalona?” —

Spojrzała wokoło siebie, i spostrzegłszymchem porosły kamień przy grobie ojca leżący, który że gdzie indziej zawadzał, podmur cmentarza złożony, służył za ławkę —rzekła: na tym kamieniu siądę i przy ojcowskim grobie noc całą spoczywać będę; isłuszna, bo może ostatni raz przy nim jestem,niechże moja bytność będzie przedłużona.Jutro z dniem pójdę dalej, gdzie mię rękaBoska poprowadzi.”

Rozdział XV. Pomoc z Nieba

Marianna siadła na kamieniu pod murem,ocieniona gałęźmi świerków, osłoniwszytwarz chustą łzami zmoczoną. Duch jej byłbardzo strapiony, a tak tkliwie się modliła,że tego opisać niepodobna. Raz westchnęła:,,Mój Boże! czy to nie masz dla mnie Anioła,który by mi wskazał, dokąd się mam udać?”

Wtem zdaje się jej, iż słyszy swe imięgłosem bardzo przyjemnym wyrzeczone; spojrzy i przelękniona widzi postać nadobną,właśnie Anioła, — oczy świetnią radością,twarz rumienna jak róża, głowa i szyja złotym włosem pokryte, suknia biała jak najczystszy śnieg, — stojącą przed nią w świetlesrebrnym księżyca; — widzi i z drżeniem padana kolana. „O mój Boże! — Czy to Aniołaprzysyłasz na moje pokrzepienie?” —

„Nie, kochana Marianno! Aniołem niejestem, lecz człowiekiem jak ty; wszakże stawam ci na ratunek! — Bóg wysłuchał pobożne twe modły! — Przypatrz się mnie; bopodobno mię nie poznajesz!”

„Boże Wielki! — odrzekła Marianna —Hrabianka Emilia! — Jakżeś tu Pani się znalazła, na tym smutnym miejscu, w tej późnejgodzinie, tyle mil od domu rodzinnego?”

Hrabianka podniosła Mariannę z ziemi,ujęła ją w swe objęcia i całowała w najrzewniejszem rozczuleniu. „Dobra Marychno! — myśmy ci wielką krzywdę wyrządzili! Owa radość, którąś mi uczyniła, podarowawszy ów piękny koszyk, była ci bardzoźle odpłacona. Ale twoja niewinność jestobecnie odkryta. O! możesz ty mnie i moimrodzicom tę krzywdę — darować? — Oto mypragniem, co tylko siły zdołają, wynagrodzićci pokrzywdzenia! — Tylko nam wybacz kochana dzieweczko!” —

Na to odpowiedziała Marianna: „Mojadobra pani! W steku ówczesnych okoliczności, dosyć jeszcze łagodnie obeszliście się zemną! — a przeto ani mi na myśl przyszło,żeby się na wasze postępowanie gniewać;owszem wspominałam zawsze o was z wdzięcznością. Co mię najwięcej martwiło, to byłata okoliczność, iż mieliście powód, choć i nieprawy, ale przecież powód złego o mniesądzenia; następnie nic więcej sobie nie życzyłam, jak żeby moja niewinność wyszłakiedyś na jaw, a to życzenie oto Bóg uiścił. Niech mu za to wieczne dzięki będą!”

Hrabianka, która trzymała jeszcze Mariannę w swoich objęciach, gdy spuściwszyna dół oczy spostrzegła grób Jakuba; złożywszy pobożnie ręce mówiła: „O! ty, poczciwy starcze, który pod tą spoczywasz mogiłą, którego od mego dzieciństwa lubiłam,który zdziałałeś kosz, w którym pierwsze dniżycia mojego spoczywałam; którego ostatnią,a tak źle odpłaconą ofiarą, był oto ten koszyk, co tu na grobie twoim stoi; — o, gdybyśty jeszcze żył, aby można było za wyrządzoną ci obrazę ciebie przebłagać! MójBoże! gdybyśmy byli z większą rozwagądziałali; więcej ufali twojej z dawna doświadczonej wierności, pewnie byś tu był nie legł,lecz żył jeszcze na pociechę naszą! — Wybacz! oto ja w mym i moich rodziców imieniu ślubuję przy twym grobie, że czego tobiewynagrodzić nie możem, to twej córce wdwójnasób wynagrodzimy! — Daruj urazy!” —

„Ale, pani, mój ojciec nie miał żadnejurazy względem państwa; owszem co dzieńz rana i w wieczór łączył ich w swej modlitwie tak dobrze, jak to czynił pod bytnośćswą w Eichburgu. Nawet błogosławił imw skonaniu, bo mówił do mnie krótko przedzgonem: „Marianno! mam to mocne przekonanie, że nasze Państwo uzna naszą niewinność i powoła cię z wygnania do siebie. — Zapewnij natenczas hrabię, hrabinęi tego anioła pannę Emilię, którą, gdy jeszczedzieckiem była, na ręku nosiłem, że moje sercejeszcze dotąd pełne jest uszanowania i wdzięczności! Wierz pani; to są jego słowa!” —

To zapewnienie rozczuliło hrabiankę. W końcu rzekła: „Siądźmy tu sobie na tym kamieniu;bo od grobu ojca twego ciężko mi jest narazoddalić się, ile że tu mi tak dobrze, jak w jakiej świątyni, jakby duch twego poczciwegoojca unosił się nad nami!”

Rozdział XVI. Jakim sposobem znalazła się tu hrabianka

Siadłszy z Marianną na kamieniu, poczęłamówić Emilia. „Marianno! rzecz oczywista, że Bóg jest z tobą! Bo mię tu cudownie dla twego dobra przyprowadził. Stałosię to jakby z prostego i naturalnego porządku rzeczy, a przecież jest w tym coś widocznie dziwnego, boskiego.”

„Od czasu, jak się widocznie odkryła twoja niewinność, żadnej nie miałem spokojności; ty i twój ojciec ciężyliście mi na sercu.Wierz mi, niejedną gorzką łzę wylałam dlawas! — Moi rodzice śledzili was wszędzie,ale nie można było nic wyśledzić. — Przedkilku dniami przyjechałam z ojcem i matkądo owego tam książęcego zamku, co leży przyonej tam wsi, od dwudziestu lat niezamieszkały, tylko przez leśniczego. Mój ojciec,który, jak wiesz, jest intendentem lasów książęcych, przyjechał tu dla sprostowania granic w borach tutejszych, cały dzień dzisiejszyprzepędził w borach z dwoma obcymi panami,którzy w tym samym interesie, co mój ojciec,tu przebywają. Matka moja z żonami tychpanów i dorosłą jednej z nich córką zasiadły do gry, a mnie, która w grach sobie niewiele podobam, od takowej zwolnili. Pogorącym dniu nastał przyjemny wieczór, okolica tutejsza nader przyjemna, wywabiła mięna przechadzkę; szłam więc z córką leśniczego.”

„Szliśmy przez wieś, drzwi cmentarzabyły otwarte, grobowce pozłociło zachodzącesłońce; a że od wczesnej młodości lubiłamodczytywać napisy i wiersze na pomnikach,więc weszliśmy na cmentarz. Nie uwierzysz,jak mi to jest przyjemno, gdy czytam tu, żew kwiecie wieku zmarł młodzieniec lub panna; tam jak mężczyzna lub kobieta dożylilat sędziwych i spoczęli po trudach i pracy.Nawet wiersze, które trzeba nieraz dobrymusprawiedliwiać celem, są mi godne czytania i rozwagi. Wszystko to wzbudza wemnie tkliwe, pobożne, moralne myśli.”

„Gdyśmy już wszystkie zwiedzili grobowce, rzekła córka leśniczego: „Warto, żebym pani jeszcze coś pięknego wskazała; —grób pewnego ubogiego człowieka, którylubo nie ma ani pomnika ani napisu, któryprzecież nader przywiązana do ojca córkaumie wybornie ozdabiać. — Spojrzyj pani naów, pod cieniem świerków wsadzony na mogile krzak róż i ten tak gustowny koszyczekz pięknymi kwiatami.” — Spojrzę, dostrzegami stawam jak wryta. Od razu poznaję koszyk, o którym tyle razy od twego oddalenia z Eichburga smutnie wspominałam; — agdyby mogła się wcisnąć jeszcze jaka wątpliwość, tę zbiłaby wyrobiona na nim mojacyfra i herb rodzicielski. Dopytuję się skwapliwie o ciebie i twego ojca; a córka leśniczego zawiadomiła mię o chorobie ojca twegoi smutku, jaki z jego ponosisz śmierci. Pospieszyłam natychmiast do tutejszego proboszcza, widać godnego kapłana, który tamto potwierdził i wiele dobrego o was mi napowiadał. Chciałem natychmiast udać się dociebie, ale zanim wszystko opowiedział ksiądzproboszcz, było późno w wieczór, i nie można było życzenia wykonać. Cóż tu robić,jutro już mamy powracać; — otóż proboszcz,ułatwiając trudność, posłał po nauczyciela, abyciebie zawezwał, iżbyś natychmiast przyszłana probostwo.”

Nauczyciel, stanąwszy przed proboszczem,oznajmił, że tak daleko chodzić nie trzeba,bo jest przy grobie ojca. Biedne dziewczędodał — obawiać się trzeba, żeby nie nabyłajakiej choroby z ciężkiego żalu; ciągle płacze i narzeka. Już po dzwonieniu na AniołPański, — gdym około zegara był zatrudniony, żeby ten gruchot aby pod bytność państwa w biegu utrzymać — widziałem ją nagrobie ojczystym kwilącą się.”

„Proboszcz chciał mi tu towarzyszyć; alejam mu za to podziękowała, aby bez świadków, podług uczucia mego serca, przywitać cię. Za to prosiłam go, aby poszedł domoich rodziców, uwiadomić ich, gdzie jestem,i przysposobić na przyjęcie ciebie. — W takito sposób zaszło moje nagłe zjawienie; koszyczek, jak nas smutnie rozłączył, tak nas znowuspołem połączył, żeby nigdy się nie rozdzielić.”

„Tak jest, — mówiła Marianna, złożywszy ręce i wzniósłszy oczy w górę — totak Bóg zrządził! — Zmiłował się nad mojąnędzą, gdy żadnego nie miałam widoku. O, jakżedobrotliwym i łaskawym jest dla mnie! —Mówią, że Bóg nie posyła pod te czasy, jakniegdyś, Aniołów, ażeby byli ludziom pomocą; — ale ja wiem z doświadczenia, że posyła szlachetne dusze, pełne czucia i ludzkości, które umieją czynnie podźwignąć nędzarza, jak hrabianka Emilia. — Bóg kierujeich krokami aż do miejsca, gdzie ich przytomność, tak pociesza jak zjawienie Anioła.”

Emilia, przerywając Mariannie, rzekła:,,Jeszcze jedno powiedzieć ci powinnam, mojaprzyjaciółko, co w tej historii jest osobliwszym, a co mię przeraża; bo pokazuje, jaksprawiedliwość Boska ściga człeka jeszczena tym świecie! Oto Jutka, twoja największa nieprzyjaciółka, usiłowała ciebie wyprzeć z mego serca, aby siebie tam osadzić,przeto wymyśliła owo złośliwe kłamstwo naciebie i zdawało się, iż jej się to udało.Wszakże właśnie to kłamstwo było przyczyną, że straciła nasze zaufanie i służbę,a ty stałaś się wtenczas jeszcze droższąsercu naszemu. — Usiłowała ciebie na zawszeoddalić, już tryumfowała z twego wygnania,rzuciła ci z diabelską radością koszyk pod nogi;pewnie nie pomyślała nawet, że ten sam koszyk posłuży do wzajemnego naszego połączenia, a przecież posłużył. — Iści się tuprzeto, że poczciwym żaden zły człowiekszkodzić właściwie nie może; — że wszystko,co nam źli ludzie, wyrządzą, Bóg obróci nanasze dobre; że właściwie usiłowania złośliwych na naszą zgubę, Bóg używa donaszej swobody.” —

„Ale powiedzże mi, moja luba, czemu wtak późnej dobie znajdujesz się przy grobieojca, i czym tak szczególniej zdajesz się byćzmartwioną?”'

Marianna opowiedziała hrabiance, jakhaniebnie wygnaną została z domu ostatniegoprzytułku swego, a hrabianka zdziwiła sięniemało nad tym zdarzeniem. W rzeczy samej — mówiła — już to Bóg tak zrządził, żewłaśnie w ten sam moment tu stanęłam, gdyśty najsmętniejszą była, i z łzami Boga oopiekę błagała! — A wszak ci i w tej okoliczności potwierdza się, że Bóg to złe conam nieludzkość wyrządza, na nasze dobroobraca. Złośliwa gospodyni wypędziła cięz domu i sądziła, iż cię nieszczęśliwą czyni; — a oto mimo woli popędziła cię w mojęi moich rodziców bliskość, którzy cię dawnotroskliwie szukają i z radością przyjmą.”

„Teraz czas, mówiła Emilia, żebyśmystąd odeszli; bo moi rodzice pewnie się omnie troszczą. Pójdźże więc, kochana Marychno, i wiedz, że cię już nie popuszczę odmego boku; jutro odjeżdżamy do dóbr rodzicielskich.” —

Marianna, która z boleścią serca wspomniała, że jej przychodzi opuścić grób ojczysty na zawsze, w łzach żegnała się z nimi trudno się mogła od niego oderwać. Hrabianka przeto wzięła ją pod ramię i rzekła:,,Pójdź, kochana Marychno, weźm z sobą koszyk, a będziesz miała pamiątkę po twoimdobrym ojcu. Zamiast koszyka, którym twojamiłość ozdobiła mogiłę, stawimy mu pomnik,z którego się ty ucieszysz. — Pójdźmy, bezwątpienia, życzysz sobie wiedzieć historięowego pierścionka, tę ci w drodze opowiem.”

Prowadząc się wzajem pod ramię, szły przyłagodnym świetle księżyca ku zamkowi.

Rozdział XVII. Znaleziony pierścień

Droga do zamka prowadząca wysadzonabyła starymi lipami; postąpiwszy nią cokolwiek w zadumaniu, przerwała takowe hrabianka opowiadaniem, jak znaleziono ów sygnet, o którego kradzież niesłusznie obwiniono Mariannę.

„W roku bieżącym wyjechaliśmy z rezydencji do dóbr wcześniej jak zwykle, a tow pierwszych pięknych dniach marca, bo takchciały interesa ojca. Jak skorośmy stanęliw Eichburgu, poczęło powietrze majaczyć,a osobliwie jednej nocy tak szalał wiatr itaki był plusk, że aż drzewa do ziemi przyginał. Przypomnisz sobie pewnie owe wielkie drzewo gruszkowe w zamkowym ogrodzie w Eichburgu. Stare to było drzewo imało już wydawało owocu; burza tak mudopiekła, że groziło obaleniem; żeby więczapobieżyć możebnemu nieszczęściu, nakazałojciec ono wyciąć, ale tak ostrożnie, żebywywrotem nie uszkodziło drzew przyległych,a przeto do tej czynności wszyscy słudzyużyci zostali. Ojciec, matka i całe rodzeństwo zeszliśmy do sadu, aby być świadkamikońca tej stoletniej mieszczanki sadu.”

„Gdy to drzewo z wielkim padło łoskotem, rzucili się moi mali dwaj bracia nakrucze gniazdo, na tym drzewie będące, a naktóre oni z dawna ząbki ostrzyli. Że w nimani jajek, ani młodych nie znaleźli, poczęliowo gniazdo pilnie rozbierać; pod czas rozbierania spostrzegł August między splecionemu gałązkami coś błyszczącego. — Jutkadojrzała najprzód, że to ów zgubiony sygnet,krzyknęła przeraźliwie, zemdlała i padła naziemię. — Bracia wydobyli ów sygnet z gałęzi i z tryumfem ponieśli go matce.”

„Matka za jednym rzutem oka poznała, żeto ten sam sygnet, który ci tyle zmartwienia spowodował i rzekła: „Jakąż to krzywdęwyrządziliśmy poczciwemu Jakubowi i biednej Mariannie! — Lubo się cieszę ze znalezienia zguby, ale nierównie więcej cieszyćsię będę, jak skoro Jakuba i Mariannę wynajdę. Z radością oddam ten klejnot, żebywynagrodzić wyrządzoną krzywdę!”

„Przytomna temu zapytałam: ale powiedzcież mi proszę, jakim sposobem mógł się tenpierścień dostać na sam wierzchołek tegowysokiego drzewa?”

„A ja to pani zaraz wytłomaczę, — odrzekł Antoni, stary myśliwy, ze łzą radościw oku. — Że ani stary Jakub, ani Mariannatego pierścienia tam, gdzie znaleziony, niezłożyła, jest rzecz jasna; bo i drzewo zawysokie, i wierzch za smagły, żeby się tamczłowiek wdrapał. A potem i czasu niemieli po temu, żeby go tam włożyć, boć skoro Marianna wróciła z pałacu, wnet ją iojca uwięziono. — Niezawodna rzecz, że krucygnieżdżący się na drzewie, którym się topodoba, co błyszczy, zwędzili pierścień i wswój rezydencji złożyli. Ale to dziwna,że ja, stary myśliwy, nie przyszedłem na tęmyśl wcześniej! Ha! musiało to być dopuszczenie Boże, żeby mój stary przyjaciel ipoczciwa jego córka cierpiała!”

„Masz prawdę mój stary! — mówiła matka. — Teraz dopiero pojmuję rzecz całą.Przypominam sobie bowiem, że kruki często przylatywały na moje okna; że natenczas,gdy pierścień zginął, okno było otwarte, astolik, na którym pierścień leżał, stał zupełnie przy oknie, i że gdym tę izbę zamknęła,w przyległej niemały czas zabawiła: jasnawięc rzecz, że w mojej nieprzytomności ptakspostrzegł błyszczący sygnet, wpadł otwartym oknem do pokoju i, porwawszy go, złożył w swym gnieździe.”

„Ojciec mój, gdy się w taki sposób przekonał, iż ty i twój ojciec niewinnie zostaliście ukarani, był bardzo zatrwożony. —,,Martwi mię to okropnie — mówił — żeśmytak dużą krzywdę tym poczciwym wyrządzililudziom! — To mię tylko trochę pociesza, żetu nie nasza zła wola, lecz niewinny błądzachodzi; nie zaspokoję się przecież prędzej,aż tych poczciwych ludzi wynajdę, im odartąsławę wrócę i wyrządzoną krzywdę wynagrodzę.”

Po czym przystąpił do Jutki, która samamiędzy radośnymi stała jak zbrodniarz bladai drżąca, i odezwał się głosem surowym:,,Ty fałszywa jaszczurko, jakieś się ty poważyć mogła okłamać twoje państwo i sąd —i skusić ich do takiej o pomstę wołającejniesprawiedliwości! — Jakieś ty mogła przenieść na twoim sumieniu, żeś tych poczciwych ludzi w tak wielkie nieszczęście pogrążyła!” —

„A obróciwszy się do dwóch tam przytomnych sług sprawiedliwości, rozkazał:weźmcie ją i okujcie w te same żelaza, któreniewinnie nosiła Marianna; rzućcie w tożsamo więzienie; dajcie tyle rózg, co odebrała tamta. Wszystkie pieniądze i ubiory, któreta sobie zebrała, zabierzcie na wynagrodzenie tamtej; jak stoi, tak po tym wszystkimi przez tegoż samego sługę, co Mariannęwyprowadził, ma być wyprowadzona za granicę.”

„Wszyscy przytomni zdrętwieli, bo jeszcze nigdy tak rozgniewanego ojca nie widzieli. Cichość taka nastała, że najmniejszeporuszenie listka można było słyszeć, ażpo dobrej chwili poczęli wyjawiać swe myśli.Jeden ze sług sądowych powiedział: „Dobrze ci tak! — Kto pod kim dołki kopie, tensam w nie wpadnie!”

„Otóż masz skutki twoich matactw! —mówił drugi, biorąc ją z drugiej strony zaramię. — Czy prędzej, czy później, wydadząsię szydła z miecha!”

„Kucharka temu przytomna dodała: złośćna Mariannę, z powodu owej sukni zawiązana, spowodowała ją do kłamstwa, jakobywidziała pierścień w jej ręku; raz to wyrzekłszy, nie mogła się cofnąć bez okazania,że jest nieuczciwą kłamczynią; a tak iści sięprzysłowie: pozwól diabłu włosek, a on cięcałego pochwyci!” —

„Możeć jej ta próbka sprawiedliwościBożej będzie skuteczną; — kończył woźnica,mając siekierę na ramieniu, którą ściął drzewo — uzna swój błąd i poprawi się; jenaczej jeszcze gorzej by jej poszło tam, jak tuna tym świecie. Drzewo nierodzące dobrych owoców będzie wycięte i w piec, naspalenie rzucone!”

Wnet rozeszła się wieść o znalezionymsygnecie po całej wsi, i ściągnęła mnóstwoludzi do zamkowego sadu; przyszedł też isędzia, który wydał wyrok na Mariannę.Nie uwierzysz, jakie wrażenie na niego tarzecz uczyniła; bo lubo to jest człowiek ostryi surowo z tobą postąpił, przecież przyznaćtrzeba, że ściśle trzyma się prawa i sprawiedliwości. „Połowę majątku mego dałbym — mówił — gdyby mi się taki przypadeknie był zdarzył; bo to okropna jest, niewinnego ukarać!”

„Obrócił się potem do zgromadzonegoludu i rzekł wzniosłym głosem: „Bóg tylkojest sędzią, który się pomylić nie może iktórego oszukać nie można. — Ten tylko,któremu nic nie jest ukryte, wiedział, jak tensygnet zginął i gdzie się znajdował. Sędziowie ziemscy mylą się w swoich wyrokach,bo ich wiadomość określona, tak więc niewinnego nierzadko ukarzą, gdy zbrodniarzwyjdzie spod ich rąk bezkarny. Upiekasię taka niesprawiedliwość czasami na tymświecie; ale tą razą Sędzia odwieczny, którykiedyś wszelką takową niesprawiedliwośćsądem swym sprostuje, już tu i w oczachnaszych odkrył niewinność i ukarał zbrodnię. — Uważajcie no, jak to wszystko służyćmusiało woli jego świętej! — Na jego skinienie powstał wczorajszy okropny wicheri nagiął drzewo, że zagroziło niebezpieczeństwem; posłał ulewny deszcz, żeby wypłukał gniazdo i wykrył tam złożony pierścień;z Jego rozporządzenia było hrabiostwo przytomne ścięciu drzewa, i panicze ciekawi nagniazdka, wybrani byli jako niepodejrzaniwidze i wynalazcy pierścienia; musiała iJutka być przytomną i sama przeraźliwymkrzykiem ogłosić niewinność Marianny, tawłaśnie, co zeznaniem swym fałszywym najwięcej się przyłożyła do jej zguby. LuboBóg dopiero na końcu świata przetrząśniewszystkie procesa ludzkie i każdemu wymierzy sprawiedliwości miarę podług prawdy; — przecież, żeby ludzie przez długieociąganie się tego sądnego dnia nie ostygliw wierze o Jego rzeczywistości, żeby ożywił pewność, iż czuwa nad nami niewidzialna,a przecież wszystko doskonale wiedząca sprawiedliwość, dosyć silna, żeby złego ukarać,dobrego nagrodzić, wprowadza na widownięświata tego podobne obecnemu zajścia! —Nie myśl, że gdy okłamiesz siebie, ludzii sędzię ziemskiego, — już możesz być spokojnym, iże się rzecz twoja skończyła.O nie! — Jest ci taki przytomny, który wszystko doskonale widzi, będzie pamiętał i pośmierci będzie twoim surowym sędzią. Miejtę prawdę przed oczyma twymi zawsze, inie dopuszczaj się żadnych matactw!” —

„Ta odezwa uczyniła niemałe wrażenie na przytomnych, zamyśleni rozeszli siędo domów.”

Podczas tej rozmowy doszły obie tepoczciwe dziewczyny do drzwi zamkowych.

Rozdział XVIII. Jak szlachetni ludzie wynagradzają krzywdy

Hrabia z małżonką swoją i innymi gośćmizgromadzeni byli w wielkiej sali zamkowej,w guście staroświeckim ozdobionej. Ścianyjej były wybite tapetami, na których igłą szytebyły sceny myśliwskie, z myśliwymi, końmi,psami, jeleniami i dzikami. Kolory tych choćjuż starych obić były jeszcze dość żywe iświeże. Kto osobliwie wieczorem, gdy kryształowe świeczniki pozapalane były, wszedłdo tej sali, zdało mu się, że jest w boruwśród uganiania myśliwskiego.

Proboszcz już od znacznej doby znajdował się w salonie, a zgromadzeni goście znatężoną uwagą słuchali jego opowiadaniao Jakubie i Mariannie. Prawił im historiępoczciwego starca tak serdecznie i czule; —przedstawił sposób myślenia i całe postępowanie tego dobrego człowieka w tak zajmujących zarysach, — oznaczył szczególniej tego starego sługi miłość i przywiązanie kuswemu państwu, które zbiegiem osobliwszychokoliczności omamione było zmuszone z nimostro postąpić, w żywych kolorach. —Marianny miłość ku ojcu, jej pieczołowitośćokoło swobody onegoż, jej pracowitość, pobożność, cierpliwość i skromność tak dobitnie opowiedział; — że wszystkim przytomnym łza zrosiła oczy, a hrabina od łez wstrzymać się nie mogła.

Wtem weszła Emilia do salonu, prowadząc jedną ręką Mariannę, w drugiej niosącznajomy koszyczek. Wszyscy goście powstalii spieszyli powitać Mariannę, którą z opowiadania proboszcza nauczyli się cenić i szanować.

Hrabia wziął łaskawie Mariannę za rękęi rzekł: „Biedne, dobre dziecko! Jakże to typobladłaś i wynędzniałaś! — A to nasze niedosyć rozważne postępowanie przywiodło ciędo tego stanu. Wybacz nam! — Bądź pewną, że nie zaniedbamy użyć żadnych środków do podźwignienia twego służyć mogących. — Wyrzuciliśmy cię z twego rodzinnego domku, otóż odtąd ma być twoją własnością. Oto domek i ogród, który ojciectwój dożywocie posiadał, daruję ci na własność; mój sekretarz odebrał rozkaz wygotowania tegorzecznego zapisu, a Emilia wręczy ci takowy.”

Hrabina uścisnęła Mariannę serdeczniei zdjąwszy z palca sygnet — ten sam co tylespowodował nieszczęścia — i oddając go onej, rzekła: „Moja kochana córko! Lubo twojaniewinność i cnota daleko wyższym i droższym jest klejnotem, jak ten w pierścieniuosadzony diament, choć posiadasz nierówniewiększe przymioty duszy, niż ten pierścień,nie gardź przecież nim, jako nagrodą krzywd,które ci poczyniliśmy, i zadatkiem macierzyńskiej mój przychylności. Jeżeli nadejdzieczas, w którym potrzebna ci będzie wyprawa, na ten czas pierścień ten jego ceną wykupię.” — I w czasie tej odezwy wsadziłaMariannie pierścień na palec.

Marianna tą dobrocią hrabiów tak przytłoczoną była, że nie mogła się zdobyć nawynurzenie myśli swych; tyle tylko czuła,że pierścienia, ile zanadto drogiego i niestosownego do jej stanu upominku, przyjąćnie powinna.

Gdy tak się oświadcza i trzyma w celuzwrócenia pierścienia, jeden z przytomnychpanów odezwał się: „Weźm, dobre dziewczę,co ci wspaniałomyślność daje. Bóg ubogaciłmajątkiem szanownego hrabię i czcigodnęhrabinę; ale dał im, co więcej jak majątkiznaczy — wspaniałomyślne serce, że umiejąskarbów użyć na dobre!”

„Zanadto schlebiasz nam, baronie! —Nie jest to tu czyn wspaniałomyślności, leczsprawiedliwości! — Pokazaliśmy światu czynwielkiej krzywdy, o którym bez powstydzenia w życiu naszym wspomnieć nie można,dla naszego zaspokojenia jest rzeczą nieodzowną podług możności błąd nasz wynagrodzić. Zasługi tu nie skarbimy sobie, boczynimy, co każe powinność sprawiedliwości.”

Skromna Marianna trzymała pod ten czaspierścień w ręku, który zdjęła z palca, i zwróciła swe łzą zroszone oczy na księdza proboszcza, jak gdyby go prosiła o pomoc w pozbyciu się tej ofiary, smutne wspomnieniaw sobie łączącej.

Co gdy ten zrozumiał, tak do niej mówił:,,Tak, Marianno! pierścień ten zatrzymać musisz. — Hrabiostwo zanadto myślą szlachetnie, żeby raz ci daną ofiarę na powrót przyjąć mieli. Oto, dobre dziecko! Bóg ci nagradza twoją wzorową miłość ku ojcu, bokto rodziców swych jak Pan przykazał szanuje, temu daną obietnicę niezawodnie uiści,a tu oto daje ci obiecaną nagrodę przez ręcetwego Państwa. — Przyjm przeto ten darz wdzięcznością; a gdy będąc w nieszczęściuumiałaś poddać się rozporządzeniom bożymi być cierpliwą, sądzę, że teraz w szczęściunie będziesz dumną, lecz Bogu wdzięczną ibliźnich szanującą.”

Włożyła przeto sygnet na palec, alewzruszona nie zdołała wyrazić usty swejwdzięczności.

Emilia, która stała obok Marii, trzymając w ręku koszyczek z kwiatami, widocznieucieszoną była spaniałomyślnością swoichrodziców; w oczach jej wyczytać można byłoprzywiązanie do Marianny. — Proboszcz,który czasami przeciwnych usposobień bywałświadkiem, gdzie dzieci krzywym okiempatrzały na dobrodziejstwa innym przez rodziców świadczone, nie mógł pominąć bezinteresownej dobroci serca, jaką widział wEmilii, mówił więc do hrabiów: „Niech Bógnagrodzi szlachetne czyny wasze, a cościeuczynili sierocie, niech zleje na godną córkęwaszą, która widzę w szlachetności serca rodzicom wyrównywa!” —

„Tego się spodziewamy; bo to, co myz doczesnych dóbr cierpiącej ludzkości udzielamy, to jest kapitałem dla wieczności złożonym, którego nikt na tym świecie uszkodzić nie potrafi.”

Rozdział XIX. Jeszcze znakomite zdarzenie tyczące niniejszejhistori

Hrabina kazała dać wieczerzę, zaprosiwszy proboszcza i Mariannę do stołu. —Podczas modlitwy, którą wszyscy przytomni pobożnie mówili, stanęła Mariannie następująca tkliwa myśl: „Mój Boże! — myślała sobie, — któż by to był pomyślał, gdymię gburka bez wieczerzy wygnała, że tęzajadać będę w tak świetnym gronie? —A przecież tam byłam tak małowierną w boskiej opatrzności! — Wybacz mi, Panie, touchybienie i daj łaski, abym nigdy nie chwiałasię w ufności, którą w Tobie pokładać trzeba!

Przy stole naznaczono Mariannie miejsce między hrabiną i Emilią, a gdy się, wuznaniu swej niskości, wzbraniała zająć wyznaczonego sobie miejsca, wzięła ją hrabinaza rękę i posadziła, mówiąc: „Ty jesteś naszą córką, nie zgubioną, lecz odrzuconą —słuszna, byś, gdyśmy cię znaleźli, zajęła wuczcie miejsce honorowe.” Podczas stołuwłaśnie o niczym więcej, jak o Mariannyprzypadkach nie mówiono. A że hrabia przywiózł z sobą swego wiernego leśniczego Antoniego, który więcej z przywiązania, jakz powinności posługiwać zwykł był państwuswemu przy stole, więc i tą razą pełnił swąusługę, ale właśnie ciągle stał za krzesłemMarianny, często ocierał płynącą z oka łzę.Jako staremu zasłużonemu słudze wolno byłoczasami wmieszać się w rozmowę, użył i tąrazą swej wolności i tak rzekł do Marianny:,,Nieprawdaż to, panno Marianno, że się ziściło,cofa ojcu i tobie przy owym granicznym kamieniu w lesie powiedział: że poczciwośćtrwa najdłużej, a kto w Bogu ufa, tego Bógnie opuści. — Jednego tu jeszcze nie dostaje; trzeba by, aby twój ojciec, a mój staryprzyjaciel dożył był dzisiejszego dnia radości! — Mój Boże! jakżeby się to był cieszyłpoczciwy Jakub, będąc świadkiem odkrytej niewinności swojej córki! — To mi z głowyustąpić nie chce i zdaje mi się, że powinienbył te parę miesięcy przeżyć, aby widziałtę cześć, jakiej córka jego dziś jest uczestniczką, a choćby wreszcie i z radości dziśumarł!” —

„Dobry starcze! — odrzekł proboszcz —umiem ja ocenić wasze uczucia, które zdobią ducha waszego. — Wszakże nasza uwaganie powinna się zwracać i zakreślać tylkona to życie doczesne, krótkie i mizerne; życie teraźniejsze jest tylko wstępem życiaprzyszłego; życie obecne jest przygotowaniem do Nieba. --- Jeżeli teraźniejsze życieuważać będziem samo w sobie, bez związkuz przyszłym, o, natenczas znajdziemy wieletakich zdarzeń, które nie będą nam zgodnez mądrością, dobrocią i sprawiedliwościąBoga. Ale gdy wzniesiem naszą myśl kuNiebu, jak ono łączy się z teraźniejszą pracąna zyskanie onego, a wtenczas pierzchnąwszelkie wątpliwości. To widzim właśniew historii Jakuba i Marianny. Temu dobremu dziecku wspaniałomyślność wynagrodziła na tym świecie jej cierpienia; ojcieczaś jej nie poznany z względu swej poczciwości umarł w nędzy, a co najwięcej zapewno umierającemu dokuczało, była ta okoliczność, że dziecię swe pozostawia bez opiekiw ubóstwie. Gdyby nie było życia przyszłego, ta nierówność nagrody za cierpienia byłaby wielką niesprawiedliwością, i oburzyłaby każdego, jak nasz Antoni nadmienił.Ale nie! Jest życie przyszłe! — Jest Niebo!gdzie Bóg sprawiedliwy wynagradza zasługiżycia teraźniejszego. Więc tam nasz poczciwyJakub, co tu tylko cierpieć musiał, pewnieobficiej od Boga wynagrodzonym jest, jak jegocórka od naszego państwa.

„Co więcej, tak mi moje czucie powiada, — a to czasem więcej ma prawdy, jakrozum, — że ten starzec, który poniósł zesobą na tamten świat uczucia ojcowskie, więcej może ma udziału w niniejszym weselu,jak my sądzimy. — Muszę tu jedną przytoczyć okoliczność, która tę myśl zdaje mi siępotwierdzać. — Ilekolwiek w tym starcu wielkie znalazłem zaufanie w Bogu, to przecieżtrapiła go troska o dalsze powodzenie jegocórki. — Jednego poranku, gdym go odwiedził, znalazłem go nader wesołego; podałmi rękę z wdzięcznym uśmiechem i dodał,,Teraz, księże proboszczu, spadł kamień z sercamego, to jest troska o los córki, gdy mnienie będzie; teraz zupełnie jestem o nią spokojnym. Zeszłej nocy tak czule mogłem sięmodlić, jak nigdy w życiu; takie zadowolenie i tak słodkiego doznałem spokoju, żemi się zdaje, że to jest szczególna łaska ipociecha od Boga pochodząca i Bóg mojemodły wysłuchał. Zawrę teraz oczy spokojnie, bo jestem pewnym, iż niewinność córkimojej będzie odkryta, a państwo moje zastąpi miejsce rodziców we względzie na mojęcórkę.” Tak mówił, a to właśnie po nocy,której, jak słyszę, wicher obalił owo drzewo,gdzie kruk złożył ów sygnet — tak to widaćRządźca Najwyższy na pociechę sprawiedliwego dał mu uczuć szczęśliwe i tak wielkiwpływ na los córki wywierające zdarzenie,a czyż nie można sobie pomyśleć, że uiszczenie tego przeczucia jest mu wiadome,i wiadoma dzisiejsza szczęśliwość jego córki? — Bądź co bądź, to dziś nam jest jasnąprawdą, że modlitwa Jakuba w owej nocy i jej wysłuchanie najpiękniejsze światło rzucana tę całą historię, bo powiada jawnie, żebyła dziełem wszystkim rządzącej Opatrzności. Bóg dopuścił upokorzenie na tę familię; a gdy widział niezwichniętą jej cnotę choćw nędzy, podźwignął i pocieszył onę. — Nie,tego nie mógł skojarzyć bezrozumny przypadek, ślepy traf, ale Boska mądrość, wszechmocność i sprawiedliwość. —

„Ta historia powiada nam, jak to wielkąmiłość zapalił Bóg w sercach rodzicielskichna rzecz ich dzieci; ale nierównie większąmiłością pała On sam ku wszystkim ludziom.Żyjmy w tej wierze, że Bóg, co rządzi wszystkim, miłuje nas serdecznie, bo ta będziejedyną pociechą naszą w biedzie i śmierci,od których nikt ochronionym być nie może.”

„Tej wiary ja jestem,” skończyła hrabina — i wstali wszyscy od stołu, aby pospoczynku nazajutrz powrócić do dóbr swoich.

Rozdział XX. Nawiedziny

Na drugi dzień wszystko było w ruchu, gotując się do odjazdu; panna Emilia i jej towarzyszka krzątały się zwinnie około Marianny,szło tu o jej ubranie. W Eichburgu ubranabyła, jak się ubierają wieśniaczki, i twierdziła,że to ubiór jej stanu, zmieniać go nie powinna bez podejrzenia o pychę; tamte zaśtwierdziły, że ponieważ obecnie przyjęta zacórkę hrabiów i będzie nieodstępną towarzyszką Emilii, przeto nie wypada, aby w dawnym chodziła ubiorze; dawny stan zmienia,zmienić też winna i ubranie. Mimo tych słusznych przyczyn ledwo ją uprosiły, że przywdziała na siebie ofiarowane ubiory.

Zeszła tak ubrana z koleżankami na śniadanie, a przytomni zadziwili się, jak piękniestroił nowy ubiór Mariannę. Po śniadaniusiadła z Emilią i jej rodzicami do powozu,aby odwiedzić dotychczasowe jej pomieszkanie, bo hrabia chciał poznać gospodarzy, którzy przyjęli miłosiernie Jakuba z córką, i podziękować im za ich uczynność. W drodzedopytywał się o stosunki tych starych, a Marianna nie mogła zamilczeć, że ich obecnepołożenie, odkąd synowa w dom weszła, niejest najlepsze, mało mają szczęśliwych godzin.

Gdy zatoczył się powóz przed dom gburów, zdziwiono się, skąd ta niesłychana nowość. Gburka wybiegła, aby powitać przybyłych i pomóc paniom wysiadającym z powozu. Gdy spostrzegła po pańsku ubranąMariannę, którą niedawno z domu wygnała, zakwasiła twarz i, niby ją bąk zagryzł, odskoczyła.

Stary pracował w sadku, wskazała gopaństwu Marianna, a ci podali mu przyjacielską dłoń na powitanie i pochwalili jegodobroczynność względem nieszczęśliwego Jakuba. Na co on im w szczerości odrzekł:,,O! powinienem ci ja jemu więcej, niż onmnie wdzięczności! — Z nim bowiem wkroczyło pod dach mój błogosławieństwo boże,a gdybym go był we wszystkim słuchał, byłoby mi dziś lepiej, jak jest. — Od jego śmierci nie ma dla mnie pociechy, prócz tego ogródka,a i tę pociechę zawdzięczam jemu, bo za jego radą zastrzegłem sobie ten kawałek ziemi,a od niego nauczywszy się obchodzić z drzewem i ziołami, tu znajduję rozrywkę, którejbym próżno szukał w domu.”

Wtem wynalazła Marianna starą gburkęw jej kąciku i nieśmiałą stawiła państwu.Oboje starzy, zobaczywszy zmianę powodzenia swej lubej Marychny i dowiedziawszysię z ust hrabiny, jak ta nastąpiła, rozczulili się; a stary rzekł: „Nie mawiałem ci tego, Marysiu, że tobie pójdzie raz jeszcze dobrzena świecie, a to za tę wielką miłość, z jakąśbyła dla twego ojca! — Widzisz, jak się tochwatko ziściło!” Staruszka ośmielona łaskawością państwa dodała, wskazując na piękny ubiór Marianny: „A widzisz, jak to prawda, co ci prawił twój poczciwy ojciec, gdymówił, ten, co kwiaty tak pięknie zdobi, i otobie nie zapomni!”

Młoda gburka stała z daleka i tak sobiedumała: jak też to opacznie idzie na świecie! Ta żebraczka wnet stała się jejmościanką! Tylko że to ludzie widzą, co ona w istocie jest, bo nie zapomnieli, jak wczoraj z zawiniątkiem pod pachą pod ową tam wędrowała górę, aby rozpocząć żebraninę po kraju! — Dziś ani przystąp do pani!”

Hrabia pojął jej myśl z pogardliwej miny i mówiąc: „To niegodziwa kobieta!”, przeszedł kilka razy po sadzie w myślach i wreszcie stanął przed starym i rzekł: „Mam ja wam, ojcze, cóś przedłożyć; jeśli przystaniecie na moje: oto ową posadę w Eichburgu, którą dzierżył Jakub, darowałem Mariannie; ale ona, jaki mi się zdaje, tak łatwo nie zechce swej własności osiąść; nie chcielibyście wy ze swoją tam pociągnąć? Zaręczam, że wam się tam podobać będzie; a Marianna pewnie od was dzierżawy żądać nie będzie. Tam będziecie mogli oddać się miłemu i nietrudnemu gospodarstwu, a w pomieszkaniu przyzwoitym znajdziecie na stare lata spokój i wygodę.”

Hrabina, Emilia i Marianna przyłączyłysię do zdania hrabiego, a oboje starcy przystali z ochotą, bo im w ich własnym domuźle było; ciężko było wytrzymać to piekło,jakie zła kobieta codziennie podsycała.

Nadszedł z pola młody gbur sprowadzony ciekawością, co by znaczył powóz pańskiprzed jego domem; a gdy się dowiedział, oco rzecz idzie, zezwolił na przesiedlenie rodziców, przekonany, że sobie o tyle ulży, iżsam za siebie tylko cierpieć będzie, a będziemiał tę pewność, iż jego rodzice szczęśliwi; —bo dotąd cierpiał od złej kobiety podwójnie,i sam za siebie, i przez litość nad nieszczęśliwymi rodzicami.

Młodej gburce dogodnie też było, że starych pozbędzie, przeto poczęła starym dogadywać w tej myśli, żeby to była wielkaniewdzięczność nie przyjąwszy ofiary — tegoogromnego szczęścia! — Na to jej odpowiedział z przycinkiem mąż: „A to mnie cieszy,że ty przecież przyszłaś do rozumu! Mawiałem ja zawsze: że dobroczynność świadczona biednym przynosi w dom błogosławieństwo; a tyś nie chciała wierzyć. A terazwidzisz, że miałem po sobie słuszność.”

Na to żonka gdyby gotowany rak poczerwieniała, ale nie śmiała wobec państwa wydać swej złośliwej odpowiedzi, lubo ją każdyw zaiskrzonych oczach mógł wyczytać.

Gdy tak się ułożyli, zapewnił hrabia, żeskoro wróci do domu, przyśle swe wozy postarych, i udał się ze swymi w dalszą podróż.

Rozdział XXI. Co tu więcej jeszcze zdarzyło się

Hrabia dotrzymał danego starym gburomsłowa, przysłał bowiem po nich i ich sprzętywozy z Eichburga. Przy pożegnaniu z rodzicami płakał syn serdecznie; ale synowa, która z utęsknieniem liczyła godziny odjazdu,wielce się stąd cieszyła, iż się raz starychz domu pozbędzie; lubo jej radość zasępiłopismo hrabiego, w którym uwiadomiał, żeotrzymanie, które sobie zapisem zastrzegli rodzice, co kwartał w pieniądzach płacić majądo najbliższej kasy krajowej, a ta prześletę płacę starym; w przypadku nieregularności nastąpi egzekucja. — To synowę mocnozmartwiło, bo sądziła, że z przeniesieniemstarych ustanie obowiązek utrzymania onych, a tu inaczej; a potem przez pośrodek rządu trzeba było dać i regularnie, i wszystko, gdy tymczasem wprost dało się z rodzicami różnie zrobić.

Starzy wyjechali na drugi dzień z ranawśród szczerych i rzewnych pożegnań synaa dąsów synowej. Tej niegodziwej kobieciedał Pan Bóg z czasem przestrogę, bo jejtak poszło, jak zwykle idzie chciwcom. Pożyczyła ona była pewnemu kupcowi pieniędzy na duży czynsz: dziesięć od sta. Niebrała czynszu rocznie, lecz zbijała go w kapitał, a tak rósł czynsz od czynszu i kapitał się zwiększał. Cieszyła się takim panoszeniem i często liczyła mężowi, jak w dziesięć lat wielką w ten sposób zgromadzi sumę. Ale że to powiedział Pan Jezus, iż kto z nimnie zbiera, ten rozprasza, więc i te lichwiarskie rachuby na nic wyszły: kupiec zrobiłbankrut, a kapitał z procentami przepadł. Odtąd jak się o tym dowiedziała, nie miała żadnej spokojności we dnie i w nocy; dnie całebiegała po sądach, po rzecznikach, a po długim kłopocie i umartwieniu, zamiast spodziewanych tysięcy, ledwie paręset wydostała; i to jej tak dokuczyło, iż sobie życiecałkiem obrzydziła. Wreszcie wpadła w chorobę; a gdy jej mąż radził lekarza, odrzekłaz gniewem: „A cóż on pomógł staremu Jakubowi? — Lepiej się zna na chorobach kat,tego mi sprowadź.” — I to radziło skąpstwo,bo spodziewała się, że kata usługę za paręzłotych mieć może, gdy lekarz kosztowałbykilka talarów. Oparł się temu mąż i, poradziwszy się doktora, przyniósł flaszkę medycyny, ale ona tę wyrzuciła za okno, a użyłalekarstwa katowskiego, które zgubiło prawdafebrę, ale sprowadziło suchoty.

W czasie choroby odwiedzał ją proboszczz Erlenbrun kilkakrotnie i widząc, że dogorywa, mawiał o nikczemności rzeczy doczesnych, o potrzebie zapewnienia sobie zbawienia przez nawrócenie do Boga, pogardzeniu znikomych zysków i zamiłowaniu Bogai przykazań Jego. To ją nudziło: „Co on sobiemyśli z tymi perorami? — Kupcowi, co nasoszukał, żeby tak prawił, pochwaliłabym, boto oszukaniec; ale jać taką łotrzyną przecienie jestem. Dopókąd mogłam się włóczyć,chodziłam do kościoła, modlitwy i inne obrządki religii pełniłam; pracowałam, oszczędzałam, grosza na psią nie wydałam; czegóżtrzeba więcej? — Wszakże zachowałam sięjak wzorowa gospodyni; a on mi tu prawio nawróceniu! — Nic innego, tylko musielimu starzy głowę nabechtać.”

W takim zaślepieniu trzeba było proboszczowi mówić jaśniej i dobitniej: że kochapieniądze, bo dla ich zguby zmartwieniemżycie sobie ukróca; że jest złośnicą i o tyleco kłóci się z mężem, że ten spokojnej godzinki nie ma; że to skąpstwo i ta złośćbyła powodem, iż poczciwą dziewczynę wygnała z domu, że i starzy, chroniąc się przedjej zjadliwością, swoję lubę własność, gdziesię schowali i wzrośli, opuścić z ciężkimsercem musieli; że przez lichwę, którą sięzbogacić chciała, splamiła ducha chrześcijańskiego i ściągnęła na się karę bożą, stratęwłasnego zarobku i chorobę. Że przy tymniedostatku miłości Boga i bliźnich, wszystkie jej pobożności nic nie znaczą, bo prawa pobożność nie na samych paciorkach sięzasadza, jak to powiedział Pan Jezus: „Niekażdy, kto mówi: Panie! Panie! wnijdzie doKrólestwa Bożego; lecz ten, co pełni wolęBoga, ten wnijdzie do Królestwa Bożego!”

Nie dała skończyć, lecz poczęła szlochać,nie z żalu, lecz z oburzenia na mówiącego:,,Ach! ja jestem najnieszczęśliwszą na świeciekobietą! Nikt mię cierpieć nie może! — a tonajgorzej mi dokucza; że i mój pasterz uwziąłsię na mnie! — A cóżem ja to waćpanu zrobiła złego, że mię tak nienawidzisz i tak mniekrzywdzisz?” —

Cóż tu było więcej robić? — „Jak to jestźle — odrzekł proboszcz — kiedy serce człowieka przylgnie do doczesności! — niepodobna mu wznieść go ku niebu. Prawda, copowiedział Zbawiciel: łatwiej wielbłądowiprzedostać się przez ucho igły, jak bogaczowi wejść do nieba. — Gdzie twój skarb, tam iserce twoje! — Jak się to ludzie wielce mylą,gdy myślą, że majątek ich uszczęśliwi! —Przy twoim gospodarstwie i pieniądzachmiałażeś ty aby kiedy prawdziwą szczęśliwągodzinę? — Zawsze w pracy, aby mieć; zawsze w kłopocie, aby nie stracić! Doznajesz teraz smutku, gdy ci wszystko niknie! — Obyś ty była mniej przywiązaną do tej znikomości,pewnie by cię teraz znikająca nie tak martwiła! — Obyś ty w Bogu całe twe uszczęśliwienie pokładała była — byłoby ci obecnielekko i swobodnie, bo On by cię, ten celserca kochającego, nie opuścił!”

Zaręczywszy, że to wszystko mówi, nieżeby ją zmartwić, lecz do uznania swegoobłąkania doprowadzić, pożegnał chorą i odszedł. — Gburka męczyła się jeszcze kilkatygodni, żałując sobie niejednego, co by jejulżyć mogło. Wreszcie gdy czuła bliski zgon,poprosiła proboszcza — przyjęła ze łzamiświęte sakramenta — i umarła właśnie w połowie wieku życia ludzkiego, jako ofiara chciwości i oczywisty dowód, że szczęśliwośćczłowieka nie w posiadaniu doczesności leży.

Rozdział XXII. Smutne zdarzenie

Hrabiostwo, wyjechawszy do stolicy państwa, wzięli Mariannę z sobą. Pewnegoporanku przyszedł do mieszkania ich kapłan,którego głowa dobrze posiwiała, i kazał siępoprowadzić do Marianny, zapewniając, iżma z nią coś ważnego mówić. Pewna choraosoba, bliską będąc śmierci, chce z nią mówić, zapewniając, że bez tego spokojnieumierać nie będzie mogła; kto jest tą osobą,zechce się Marianna sama przekonać. — Wezwanie takowe zadziwiało Mariannę i zapytała o radę w tej mierze hrabinę, ta żeznała tego kapłana ze strony zalecającej go,radziła Mariannie iść za wezwaniem. — Nażądanie kapłana, towarzyszył jej stary sługaAntoni.

Szli długo, aż w sam koniec miasta, gdziew odległej ciasnej uliczce stanęli przed domom posępnej postaci, weszli weń po pięciu wschodach, a kapłan wskazał na drzwiska połachane i dodał: „Nim wejdziesz, przydadzą się parę kropel tej wódki” — i polałjej na chustkę melisowego spirytusu.

Nad izbę, do której weszli, nic smutniejszego nie było: ciemne okienko, pozalepianepapierem, łóżko ubożuchne, złamany stołek, dzbanek na pół stłuczony z wodą, składały sprzęta; postać leżącej w tej izbie osobybyła odrażająca. Mariannie zdało się, żewidzi trupiokost, odzywający się chrapliwymgłosem i wyciągający do niej z ciała opadłą rękę. Przelękła się i tyle z mowy podziemnym o jej uszy obijającym się głosem,wyrozumiała, że to jest owa Jutka, co nadworze w Eichburgu tak pięknie jak kwitnąca róża wyglądała.

Nieszczęśliwa dowiedziała się od kapłana,że Marianna jest z państwem w stolicy,prosiła go przeto, aby ją sprowadził w zamiarze przeproszenia za wyrządzonę krzywdęw procesie o ów wiadomy sygnet. Nazwiska swego nie powiedziała wprzód, bo sądziła, iżby skrzywdzona przez nią Marianna,wiedząc, kto jej żąda, nie byłaby do niej przyszła. Dobroduszna Marychna, zalana łzamina ten bolesny widok, zapewniła chorą, żejuż dawno o wszystkim zapomniała i darowała, a obecnie tylko politowanie czuje; wdowód tego chciała chorą uściskać i ucałować; ale ksiądz odsunął ją od łóżka i rzekł:,,Dla Boga! Nie czyń tego! Bo to chorobazaraźliwa!” — Na zapytanie: „Cóż to przecieżza choroba, której chronić się każesz?” —spuścił oczy i milczał. — To milczenie przerwała chora, wzywając, aby dla przestrogiodpowiedział na pytanie.

Z politowaniem spojrzawszy na Mariannę, tak kapłan zadowolił żądanie Jutki:,,Choroba ta, moja panno, jest skutkiem szkaradnych zbytków. Tak to lubieżność zbezecnić najpiękniejszą postać, i sprowadzićnajokropniejszą śmierć zdoła! Jesteś, mojedziecko, młoda i niedoświadczona, zdarzy cisię pewnie, że cię nazwą piękną, będą cischlebiać; nie wierz! Bo to są pajęczynki,które rozpościerają straszne pająki, abyschwytać głupie muszki i zabić! — Muszkawrzeszczy i usiłuje wydobyć się z sieci, alena próżno; a pająk się cieszy! Tak i cifałszywi schlebcy drwić będą z ciebie, gdycię nieszczęśliwą uczynią. Gdzież są dziści, co tej nieszczęśliwej oświadczali swą przyjaźń? Oto dają jej z głodu umierać! — Napatrzysz się wiele złych przykładów, nasłuchasz, jak grzech będą usprawiedliwiać; nieufaj im! Wierz, co boskie przykazanie szóste i dziewiąte mówi, bo to dał Bóg, żebyodwrócić człowieka od nieszczęścia doczesnego i wiecznego! — Pamiętaj na to, co tudziś widzisz! Widzisz, mówię, do czego to grzechdoprowadza! A pamięć na tę nędzę odstraszyć cię zdoła od myśli brudnych. — O, gdybymożna było sprowadzić tu wszystkie miastatego dziewice, aby im dla przestrogi wskazać tę nędzną ofiarę lubieżności! — Obym jatu mógł sprowadzić wszystkich tych łotrów,co pod maską przyjaźni i miłości zgubilii do tej nędzy przyprowadzili to biedne dziewczę! Niechby widzieli: że gorsi są odzbójców! — Nas, księży, nazywają oni tetrykami psującymi rozkosz, jakiej świat młodyużywać może; ale uciecha, która do tak opłakanego prowadzi końca, czyż może być zachwalaną? Biada temu, kto tak podłą zachwalarozkosz!” —

Jutka, już dawniej gdy z państwem bywała w stolicy, zadała się z niegodziwymimężczyznami. — Gdy ją państwo oddalili zesłużby, wróciła na łono swoich mniemanychprzyjaciół, żyła czas jakiś w rozkoszy, ubierała się wspaniale, aż z czasem zarwała choroby. Ani ją pies potem nie opytał, ubioryswe, które składały cały jej majątek, ledwoza dziesiąty grosz sprzedała, a gdy i tegonie stało, gdy i miłosierdzie rzadko podałowsparcie, opuszczona, bez pociechy, żyć byłazmuszona w nędzy. Wszystko to ona ze łzami szczerze wyznała.

„Ach! — mówiła — jestem ja wielką grzesznicą, los mój stokrotnie zasłużyłam! —Kiedym o Bogu przestała myśleć, nie chciałasłuchać przestróg, na głos sumienia nie uważała, nic nie miłowała prócz strojenia się,pochlebstw i rozkoszy; wtenczas położyłam niecne początki niniejszego mego nieszczęścia! — Oby przecież na tym się skończyło, a darował mi Bóg zasłużone kary życia przyszłego. — Darowałaś mi, Marychno,krzywdę ci wyrządzoną, mam nadzieję, żei miłosierny Bóg takoż mi grzechy odpuści!”

Co mogła, dała chorej Marianna, a wróciwszy do domu, nie mogła jeść, bo zawszejej stał przed oczami widok Jutki i napełniałją obrzydzeniem. — Wspomniała sobie wszystko, co jej nieboszczyk ojciec w podobnejmawiał materii, i wielbiła jego nauki, utwierdzając ducha swego w cnocie! —

Że sama nie mogła dać Jutce dostarczającego wsparcia, przyczyniła się za nią dohrabiny, która posyłała lekarza, żywność izresztą wszystko, co chorej służyło ku wygodzie. Wszystko to niewiele pomogło, bopo wycierpianych okropnych bólach, po nieznośnym smrodzie, który każdego od jej łóżkaodpędzał, umarła Jutka mając 23 lat życia.

Rozdział XXIII. Zdarzenie radosne

Na wiosnę opuściło państwo stolicę, abyw dobrach swoich Eichburgu użyć wiosennego powietrza, Marianna siedziała w powozie obok Emilii; gdy się zbliżali do celu, aona pod zachód słońca spostrzegła kościół,zamek i własną chatkę, nie mogła się wstrzymać od łez i gdy ją o przyczynę pytano, odrzekła: „Mój Boże! Wówczas, gdym z biednym moim ojcem stąd wychodziła, mogłamżemyśleć, że tak jak dziś wracać będę? — Jakże to cudownie Bóg wszystkim rządzi! JakOn jest dobrym!” —

Gdy zajechali przed zamek, wszyscy urzędnicy i słudzy stali gotowi na przyjęcieswego państwa. I Mariannę przywitali radośnie, ciesząc się, że jej niewinność tak dobrotliwie Bóg wyjawił. — Stary Amtmanwziął ją prawdziwie z ojcowskim uniesieniem za rękę, prosił o wybaczenie, iż z niąsurowo postąpił, zapewniając, że gdy zawinił, chce też uchybienie wynagrodzić.

Mariannę zbudziło słońce bardzo wcześnie, ubrawszy się pobiegła do swej chatki,z którą tak wiele łączyło się wspomnień; każdy, kto ją spotkał, cieszył się z jej szczęśliwego powrotu, a starzy gospodarze, obecniedzierżyciele jej chatki, spostrzegłszy idącą,wyszli naprzeciw niej, dziękując jej za to,że przez nią teraz swobodnie sobie żyją.

„Niegdyś, kiedyś była bez przytułku, przyjęliśmy cię, a ty nawzajem, gdyśmy smutneprowadzili życie, dałaś nam swobodę! Prawda to, mówili, że dobrze być ludzkim i miłosiernym, bo nie wiedzieć jak może człowiekprzyjść w położenie liche i potrzebować miłosierdzia i ludzkości. A lubośmy wtenczasnie czynili usługi w chęci zyskania nagrody,to przecież ziściło się słowo boże: bądźciemiłosiernymi, a dostąpicie miłosierdzia!”

Marianna zwiedziła wszystkie kąty domu, stajni, sadu, a wszędzie stanął jej namyśli dobry jej ojciec, wszędzie odnowiłojej się jakieś zajście i wzbudziło uczucia tkliwe. Każde drzewko, które sadził jej ojciec,witała jak dawnego znajomego, a stanąwszyprzy jednej, okrytej kwiatem jabłoni, odrzekła: „Jak to krótką jest bytność człowiekana ziemi! Schodzi człek z tego świata, drzewa i krzaki przeżyją go!”

Siadła w altanie, w której tyle przyjemnych z ojcem spędziła godzin; stąd widokna sadek, po którym uwijającego się ojcazdawało jej się widzieć; uroniła łzę, którąutłumiła tą pocieszającą myślą, że obecnieużywa korzyści prac życia teraźniejszego wNiebie. — Takie wspomnienia były jej przyjemne i często przychodziła odświeżać sobieoneż.

Właśnie siedziała z Emilią przy stolikuzatrudniona szyciem, gdy wszedł Amtman,choć to w dzień powszedni, ubrany odświętnie. Spojrzały po sobie, właśnie z zapytaniem, co by to znaczyło. — Gdy on, oddawszyuszanowanie hrabiance, oświadczył, że z Marianną ma cóś ważnego mówić: „Syn mójFryderyk — mówił — który z łaski hrabiegojest mi dany do pomocy a to z obietnicą, żebędzie moim w urzędzie następcą, oświadczyłmi wczoraj: że z powodu szlachetnego sercai pięknych przymiotów, spodobał sobie pannęMariannę i że sądzić siebie będzie szczęśliwym, jeśli jej rękę w małżeństwo osiągnie.Jako dobry syn wprzód, zanim pannie sweskłonności oświadczy, powierzył je ojcu i prosił o zezwolenie. Z wielką radością przyjąłem oświadczenie syna i zobowiązałem sięprosić panny o rękę dla niego. — Co właśnietym chętniej czynię, że uspokoję moje takczęsto strofujące mię sumienie, z powodu ubliżenia, którem jak ostry sędzia wyrządził. Spodziewa się, że panna Marianna nie przypisze to synowi, co ojciec przez gorliwośćw swoim urzędowaniu zawinił.” — Zamilkłi czekał na odpowiedź.

Marianna, zadziwiona tym przedstawieniem, nie wiedziała co odpowiedzieć, razpo raz rumieniła się. Syn Amtmana był tomłodzieniec dobrych obyczajów, nauki sweskończył na uniwersytecie, a w biurze ojcowskim pracując, zebrał sobie wiele biegłości pod doświadczonym ojcem; postawa jegopiękna, wzięcie ujmujące. Pod bytność Marianny w Eichburgu widywał ją często nadworze i towarzyszył w pańskim sadzie naprzechadzkach po obiedzie, okazując jej szczególne uszanowanie. Ona domyślała się, co tomiało znaczyć, i przeszła jej czasami myśl,iżby z nim szczęśliwie żyć mogła; ale odrzucała takowe myśli, sądząc, iż są zanadtogórne; i unikała przechadzek po sadzie. Byłoto bardzo roztropnie, bo zapobiegła wzrostowi skłonności, która by ją niepokoiła była.Chociaż więc oświadczenie trafiło w jej myśl,nie mogła się przecież nagle, bez rozwagiwyrazić; odrzekła przeto z nieśmiałością, żeilekolwiek czuje się być uwzględnioną oświadczeniem pana Amtmana, prosi przecież o czasdo zastanowienia się nad tą rzeczą, zwłaszcza że powinna poradzić się swoich dobroczyńców, którzy zajmują względem niej miejsce rodziców.

Ta odpowiedź zadowoliła Amtmana, ileniewątpiącego, że hrabia i z małżonką nie tylkosię skłonią do życzenia jego, ale owszemtakowe poprzeć nie zaniedbają. Za świeżaprzeto udał się do państwa i rzecz im przedstawił.

Hrabia, wysłuchawszy Amtmana, odrzekł:,,Mój szanowny Amtmanie, zwiastujesz namrzeczywiście bardzo pocieszającą nowinę! —Ja i moja żona zauważaliśmy między sobą,że z twego syna i Marianny byłoby bardzodobre stadło; aleśmy to nasze zdanie zachowali u siebie z obawy, aby naszego życzenianie wzięto za jakiś rodzaj rozkazu, w przekonaniu, że małżeństwa powinny być z wszelkąwolnością, bez obcego wpływu zawierane.Gdy teraz życzenie nasze uiszczacie, jest tonam tym milej, iżeśmy się w to nie wmieszali.”

Hrabina zaś tak mówiła: „Z całego sercażyczę ci, panie Amtman, szczęścia; w Marianniebędziesz miał najgodniejszą córkę, a synnajgodniejszą żonę! — Marianna wychowanajest w szkole cierpień, a to jest najlepszaszkoła dla ludzi; bo tam najdzielniej otrzei oszlifuje się szorstkość charakteru, i ogładząsię przywary, od których nikt wolen niejest. — Wychowanie jej nie jest zwichniętepieszczeniem, ani pochlebstwami; — jest tojedna z najskromniejszych osób, bez pretensji, bez chęci występowania; grzeczna, roztropna, a co najważniejsza: gruntownie pobożna. — Od młodości przyzwyczajana dopracowitości, zarządzała sama domem ojcaswego, a jak była w tym porządną i starannąo chędostwo, każdy to widział, spodziewaćsię, że będzie i teraz dobrą gospodynią.Co do wzięcia się towarzyskiego, korzystaładużo pod naszą bytność w stolicy; w niejpiękność z niewinnością ściśle złączona;zgoła jest to we wszystkich względach wzorowa dziewczyna, i jestem pewną, że synpański będzie z nią szczęśliwym. Z mej stronyz wielką chęcią przyłożę się do tego związku,przekonana, że Marianna nie będzie jemusprzeczną! --- O, i darowany jej sygnet zdasię do czegoś! — będzie pierścionkiem ślubnym, a wyprawę biorę na siebie.”

Ślub nastąpił z taką okazałością, jakiej wEichburgu jeszcze nie widziano. Cała familiahrabiów stanęła o naznaczonej godzinie ślubuw kościele, który już napełniony ludem z całego hrabstwa zebranym, bo to było cośszczególnego, że uboga dziewczyna, któraniegdyś więzieniem i wygnaniem niewinnieskaraną była, obecnie uczczoną według zasług została.

Emilia towarzyszyła swej przyjaciółce dokościoła; nie była bowiem dumną, a przetosądziła, iż sobie nie ubliża przez społeczeństwo z nierównie niższą stanem od siebie;owszem zyskała na szacunku i miłości u ludu,który był świadkiem jej ludzkości i uprzejmości.

Marianna w wieńcu z białych i czerwonych róż, w błękitnej sukni, z wypogodzonątwarzą, która swą krasą przewyższała róże,jak anioł skromna, stała obok nadobnegooblubieńca swego przed ołtarzem. — Wszystkich oczy na nich zwrócone były.

Stary Antoni stał z boku przy ołtarzu,a zapatrując się na tak piękną oblubienicę,pomyślał sobie: „Jaka to wielka różnica między tą, a ową Jutką? Trzeba by, żeby wszystkie tu przytomne dziewczyny mogły obiete figurki porównać, aby pojęły, dokąd tedwie drogi, na których obie postępowały, prowadzą. Tamta łotrzyca najokropniej skończyła; ta oto jak świetnego stopnia doszładrogą cnoty!”

Proboszcz z Erlenbrun, w którego parafii żyła wygnana Marianna, a który najej ślub zaproszony przyjechał, prawił przyślubie bardzo pięknie: przedstawił krótkohistorię Marianny i jej ojca, i wielbił opatrzność boską, która nas ludzi na świecieprzez cierpienia wykształca, od zabłąkaństrzeże; ćwiczy w pobożności, ufności, cierpliwości i pokorze; usposobił do szczęśliwości na ziemi nam przeznaczonej; a co najważniejsza, sposobi do Nieba, podając sposobność do zasługi. — Napominał rodziców,aby dzieci swe w bojaźni bożej, miłości,cnoty, nienawiści występku wychowywali,bo to spuścizna najlepsza i najtrwalsza, jakąim pozostawić mogą. Mówił do dzieci, abypobożnie żyli, rodzicom byli posłuszni, niewinność nieskażoną dochowali, i boskieprzykazania wiernie pełnili, bo te są właśnie wskazówką, czego się strzec, a co czynić, żeby być zbawionym.

Uczta dana była w sali zamkowej; — zamiast zastaw srebrnych, które zwykle stółzdobiły, stał w śrzodku koszyk kwiatów.Emilia ozdobiła go świeżymi kwiatami i tamgo na pociechę gości jako symbol, tak znakomitą w tej historii grający rolę, postawiła.

„Piękna to myśl tego, kto ozdobił stółtym koszykiem — rzekł proboszcz z Erlenbrun — więcej on bowiem zdobi, jak złotoi srebro! — Same te śliczne kwiaty wprowadzają na myśl o Bogu, jak dobrym jestdla człowieka, gdy go nie tylko służącymido potrzeby, ale nawet do wygody i rozweselenia opatruje przedmiotami; — a koszykten wspomina opatrzność boską, która imało znaczących rzeczy umie użyć do naszego uszczęśliwienia. — Mnie się zdaje, żeten powinien być zachowany w familii, napamiątkę dobroci Boga, i aby powodowałdo tych wzniosłych wspomnień.”

Rozdział XXIV. Pomnik Jakuba

Przyrzekła Emilia postawić pomnik na grobie Jakuba, ten właśnie był wykończony; —zrobiony był z białego marmuru z prostymnapisem, literami złoconymi; — prócz imienia, nazwiska, stanu, wieku i czasu śmierci,nosił ten wiele obejmujący napis: „Ja jestemzmartwychwstaniem i życiem, kto wierzyi żyje we mnie, nie zginie na wieki.” —U dołu wyrżnięty był koszyk kwiatów, jakwątek, około którego owijała się cała historia Jakuba i Marii. — W górze, nad pomnikiem, wznosił się krzyż w ogniu złocony.

Ten pomnik między dwoma topolami stawiony, mający parę krzewów róży obok siebie, pięknie podpadał pod oko widzów; byłozdobą piękną cmentarza i pamiątką zdarzenia umysł do Boga wznoszącego. — A kiedyproboszcz poprowadził gości na cmentarz,aby im wskazać ten pomnik, opowiedział imznaczenie jego, i tak niejeden odszedł rozczulony i z wzniesionym do Boga umysłem. —Życzę i ja, aby czytanie tej historii pobożną myśl i dobre obyczaje wzbudziło.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.