drukowana A5
21.32
Koszyk kwiatów

Bezpłatny fragment - Koszyk kwiatów


Objętość:
99 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0862-1

Rozdział I. Ojciec Jakub i jego córka Marianna

W miasteczku Eichburg żył przed więcej jak sto laty rozumny i poczciwy mążnazwiska Jakub Rode. Jako ubogi chłopczyna przyszedł do Eichburga, ażeby w ogrodzie hrabiego wyuczyć się sztuki ogrodniczej. Jego piękne przymioty duszy, jegodobre serce, zręczność z którą wszystko wykonywał i powabność postaci ciała i twarzyzjednały mu przychylność państwa. — Polecano mu niejedno zatrudnienie w pałacu,które zręcznie i sumiennie wykonał, a gdyhrabia, wówczas jeszcze młody człowiek,wybrał się w podróż na zwidzenie rozmaitych krajów, obrał Jakuba jako towarzyszapodróży. — Nie była ta podróż bez chwalebnego wpływu na Jakuba, bo ubogacił swójumysł, zapatrując się ciekawie na rozliczneprzedmioty, rozmaitymi wiadomościami, wykształcił swój sposób wysłowienia i wzięciasię, a co jeszcze więcej znaczy zachowałswe piękne serce od wszelkiego złego wpływu.Hrabia postanowił z czasem wynagrodzić jegowierne usługi i zaopatrzyć go dostarczającym utrzymaniem. Jakub mógłby był dostąpić urzędu rządcy domu hrabiowskiego wstolicy; ale że milsze mu było życie wiejskie, a właśnie naówczas w Eichburguzwrócono hrabi małą osadę z ogrodem dotąd wydzierżawianą, przeto na prośbę przekazał mu hrabia takowę i to do żywocie,bezpłatnie, z wyznaczeniem deputatu w zbożui drzewie, co wystarczyć mogło do uczciwego utrzymania. Tak uposażony łaskawością hrabi, pojął Jakub małżonkę z tejże wsii swobodnie żył zbiorem swej osady, któraprócz pięknego domku miała znaczny ogród,którego jedna połowa zasadzona była drzewemowocowem wybornych gatunków, a drugaużyta była na warzywo.

Po kilkunastoletnim szczęśliwym pożyciu z zacną swą małżonką, stracił ją Jakubprzez nieubłaganą śmierć, a jego smutek stąd wynikły był bardzo dokuczający; widoczniechylił się ku ziemi i głowa jego siwiała.Jedyną jego pociechą była, pozostała z wieluzmarłych dzieci, córka imieniem Marianna,w czasie jak umierała matka, tylko pięć latstara. Wierny obraz swej poczciwej matki,a z wzrostem i duch jej stawał się ozdobniejszy nadobnymi przymioty: niewinność,skromność, uprzejmość, dodawały jej piękności, ozdób. Z twarzy jej wyglądało cośtak ujmującego, jak gdyby Anioł boży mieszkał w jej ciele. Zaledwo doszła piętnastegoroku swego życia, a już prowadziła małeojczyste gospodarstwo z zupełnym zadowoleniem ojca. W izbie nie spostrzegłbyś pyłku,w kuchni wszystko błyszczało jak nowe, a całydom był wzorem porządku i ochędostwa.Przecież umiała tak czas swój oszczędnie rozporządzić, że go zbyło do pomocy ojcu zatrudnionemu w ogrodzie, — a te godziny byłynajmilszymi jej życia, bo je słodził rozumnyojciec, powabnymi i na obyczajność wpływającymi powieściami i w ten sposób pracęczynił dwojako korzystną i przyjemną.

Marianna, która właśnie wzrosła między ziołami i kwiatami, której przeto światem był ogród, mocno kochała kwiaty; a ojciec dla jej zadowolenia sprowadzał co roknasiona, cebulki i korzenie rozmaitych, acoraz nowszych kwiatów, pozwalając nimiosadzać brzegi zagonów; w ten sposób miałaMarianna w wolnych od domowego zarządugodzinach przyjemną zabawę. Hodowała zpilnością delikatne roślinki, przypatrywałasię pączkom zgadując, jaki wydadzą kwiatek,a gdy się ten rozwinął, czuła niezmiernąradość. —

„Jest to niewinna i czysta radość!” mawiał ojciec przypatrując się z uśmichem córce.,,Inni wydają znaczne pieniądze na złoto i jedwabie dla swych córek, a przecież im nieczynią tyle uciechy, co ja mojej za kilka groszy.” — I w rzeczy samej kwitła co miesiąc,co tydzień nowa dla Marianny pociecha, żemogła mówić: „jak raj miłym jest nasz ogródek!” bo i przechodzący około niego nie mogli się dosyć napatrzyć, a dzieci wiejskiezamanąwszy przypatrując się szparami parkanu, z radością odbierały od Mariannykwieciste podarunki. —

Rozumny ojciec usiłował radości Marianny z powodu kwiatów dać wznioślejszeznaczenie; uczył ją bowiem w piękności kwiatów, ich rozmaitych kształtach, ich rozmiarach, farbach, zapachu widzieć i podziwiaćmądrość dobroć i wszechmocność Boga.Zwykł on był pierwsze godziny dnia poświęcać modlitwie, a przeto raniej wstawać niżtego jego prace wymagały; był bowiem tegoprzekonania, że życie ludzkie dużo traci naswojej cenie, skoro człowiek nie ujmie muco dzień kilka godzin, lub przynajmniej półgodzinki, aby je Stwórcy swemu poświęcić i w nich zatrudnić się swym przeznaczeniem dla Nieba. W porankach wiosennych i letnich, bierał Mariannę do swegoogródka, gdzie przy ślicznym śpiewie ptasząt, rosą skropionych ziołach, i nadobnierannym promieniem słońca oświeconej i orzeźwionej okolicy, mawiał z nią o Bogu, którytak przyjemnie oświecać świat słońcu każe,rosą i dżdżem pokrzepia roślinki, ptastwożywi i kwiaty tak nadobnie stroi. Tu uczyłją poznawać Wszechmocnego, jako dobregoojca ludzi, który nierównie przychylniejszymi dobrotliwszym jak w swych stworzeniach,pokazał się w daniu nam Syna swego, dlazbawienia człowieka. Tu uczył ją modlićsię, gdy z nią razem podług uczucia swego modlił się do Boga. — Te godziny ranneprzyłożyły się niezmiernie do wykształceniaserca Marianny; bo prosta, bezprzesadnapobożność zajęła trwałe miejsce w jej sercu.

W kwiatach, a właśnie tych, które onalubiła, wskazywał jej godła cnót, które pannyzdobić powinny. Gdy radosna przyniosłamu w początku marca pierwszy fiołek; mówił jej ojciec: „fiołek, moja Marysiu, niechcię uczy: pokory, skromności i dobroczynności w ukryciu bez przechwałek, jak to PanJezus kazał, żeby nie wiedziała lewa, co czyniprawa ręka. Fiołek przybrany w barwęskromności, kwitnie ukryty w listkach, anapełnia powietrze wyborną wonią. Bądźi ty Marysiu takim fiołkiem, co gardzi krzyczącymi farbami i działa dobrze w ukryciu,aż okwitnie.

Gdy róże i lilie rozkwitły, zdobiąc ogródek i napełniając przyjemną wonią powietrze, mówił ojciec do radosnej tym Marianny: „Lilia, moja córko, niech ci będzie obrazem niewinności! Widzisz ją jaka czysta iniczym niepokalana. Najpiękniejszy atłasjeszcze nie jest tak śliczny jak ona. Szczęśliwa panna, której serce tak czyste, dalekie od brudnych myśli! Ale najczystsza zewszystkich farb, najtrudniej się w swej świetności utrzymuje; łatwo skazić listek lilii,szorstkie dotknięcie już pozostawi plamę;tak to jedno brudne słowo, jedna myśl skaziniewinność! — Róża niech ci będzie godłemwstydliwości. Piękniejszą farbą jak różyjest rumieniec wstydliwości panieńskiej; aszczęśliwa ta panna, która na każdy zawolnyżarcik rumienić się umie, i przyjmie ten rumieniec jak przestrogę zapowiadającą niebezpieczeństwo. — Oblicze, co się zwykło rumienić, bywa trwale czerstwe i nadobne;gdy to, co nie umie rumienić się, straciłowstyd i wszystką krasę panieństwa — poblednie, zżółknie niebawem i przed czasemzgnije w grobie.” Zerwał lilię i różę, złączył w bukiet, a oddając go Mariannie odrzekł: „lilie i róże, te rodzinne kwiatki, sąz sobą spowinowacone i stoją w bukietachi wieńcach bardzo harmonicznie; tak niewinność i wstydliwość są bliźniętami i rozłączyć ich nie można. Tak jest, w pielgrzymce życia obecnego oddał Bóg niewinności wstydliwość za towarzyszkę, aby tamtę strzegła ichroniła. — Bądź wstydliwą, moja córko, będziesz niezawodnie niewinną. Niech będzieserce twoje czyste jak lilia, a lica twoje utrzymają kolor róży.

Najpiękniejszą ozdobą ogródka była jabłoń, nie większa jak dobry krzak róży; stałana jednym z zagonów. Sadził ją ojciec w dzieńurodzin Marianny, na wiosnę okryła się najpiękniejszym kwiatem, tak że się zdawało,jakoby to był jeden tylko tak wielki kwiat,Marianna stąd wynikłej radości ukryć niemogła. W parę dni potem zwarzył nocnymróz ten piękny kwiat tak, że całe drzewięprzedstawiało smutną postać zniszczoty. Marianna nie mogła powściągnąć łez swoichna ten smutny widok; a ojciec tak jej te okoliczności zastosował: „tak to, moja kochana,potrafi namiętność zniszczyć róż niewinności. Gdyby i tobie podobnie temu drzewięciu przydarzyć się miało, gdyby, mówię, tepiękne nadzieje, które mnie ty postępowaniem twoim rokujesz, nie tak jak tu na rok,ale nieodwetowanie zniknąć miały; — o natenczas daleko boleśniejsze wylewałbym nadtobą łzy, jak ty wylewasz obecnie! Znikłybynatenczas dla mnie godziny pociechy, aciało moje, ktorego twarz nosiłaby znaki obficie w życiu wylewanych łez, poniesiono bydo grobu.” — W istocie, samo wspomnieniemożebności zrosiło lica jego, — na Mariannie wywarła ta okoliczność głębokie wrażenie! —

Pod okiem tak mądrego i miłością pałającego ojca rosła Marianna jak kwitnącaróża, niewinna jak lilia, skromna jak fiołek,a obiecująca wiele, jak drzewko obficie kwitnące.

Z zadowalającym uśmiechem popatrywał się Jakub na swój ogródek, co mu sięza prace jego tak pięknie wywdzięczał; alenieskończenie większą miał stąd radość, żew córce usiłowania jego tak śliczne wydawały owoce.

Rozdział II. Marianna na pałacu hrabiego

Pewnego pięknego poranku w maju poszłaMarianna do bliskiego lasu, aby uzbieraćprątków laskowych i wierzbowych do koszyków, które jej ojciec w wolnych od innychzatrudnień godzinach zwykł był wyrabiać;przy tej sposobności znalazła konwalię iuzbierała tego tak przyjemny zapach wydającego kwiatu, z którego zrobiła dwa bukiety, jeden dla ojca, drugi dla siebie. Gdywracała do domu ścieżką kwiatem ozdobioną przez łąkę, spotkała hrabinę Eichburgi jej córkę Emilię, które pospolicie mieszkaływ stolicy, a tu przyjechały przed parą dniami, dla użycia świeżego powietrza.

Skoro je Marianna zbliżające się spostrzegła, zeszła ze ścieżki, aby im wolnezostawić przejście, i stała z uszanowaniem.

Przechodząc i widząc kwiatki, rzekła hrabianka: „tak to wczesną konwalię znalazłaś?” —

Z tej radość tłumaczącej odezwy, wniosłasłusznie Marianna, że hrabianka lubi konwalię; a przeto grzecznie ofiarowała obapęczki, jeden matce, a drugi córce. — Za coodwdzięczając się hrabina, dobyła sakieweki chciała pieniędzmi wynagrodzić grzecznąofiarę.

Wszakże domyślając się tego Mariannaodrzekła: „Ach Jaśnie Pani! — ja nie dlanagrody ofiarowałam bukiet; dla mnie dosyćjuż wielkie zadowolenie, że panie tę małąofiarę wdzięcznie przyjmują z rąk biednejdziewczyny; a cóż dopiero za radość, że tądrobnostką mogę okazać moją wdzięcznośćza tyle już doznanych łask i dobrodziejstw!” —

Hrabina uśmiechnęła się wdzięcznie naten piękny zwrot Marianny i żądała, aby częściej Emilii przynosiła do dworu tak pięknekwiaty; co ona każdego wykonała poranku,dopokąd konwalię znaleźć można było, a takco dzień znajdowała się na dworze. Emilia podobała sobie w towarzystwie Marianny; jej zdrowy rozsądek, jej skromność,jej umysł wesoły, jej nie wykwintne, ale grzeczne postępowanie, to wszystko wiązało hrabiankę; — a choć już wszystka konwalia znikła, to Marianna na żądanie Emilii musiałabywać na dworze i jej towarzyszyć. Co więcej, można było oczywiście wnosić, żeżyczy sobie mieć Mariannę zawsze przy sobie, i wziąć ją na usługi.

Zbliżała się rocznica urodzin Emilii, aMarianna przemyślała, jakie by dać solenizantce wiązanie. Bukiet już jej kilka razyofiarowała, taki więc zdawał się jej być czymsiś spowszedniałym, przeto trzeba było cośrzadszego ofiarować. Zeszłej zimy zrobiłbył ojciec kilka pięknych koszyków dla dam,i jeden z nich najpiękniejszy podarował Mariannie, ten postanowiła napełnić wyboremkwiatów i w dzień urodzin ofiarować Emilii. Ojciec nie tylko zezwolił na to, ale cowięcej ozdobił koszyczek sztucznym wyrobem herbu hrabiów. —

Z rana w dzień urodzin Emilii nazrywała Marianna najpiękniejszych róż, różnobarwnych lefkoi, laku, gwodzików i rozmaitych innych kwiatów i tak wszystko to gustownie ułożywszy w koszyczku, ten, a osobliwie imię Emilii obwiodła wybornym wianuszkiem z niezapominajków. W istocie, całyten koszyczek i wyborem kwiatów, i doborem ich farb jak najprzyjemniej głaskał oko,nawet poważny jej ojciec znalazł w tym wielkie zadowolenie, że z uśmiechem odrzekł,,wstrzymajże się cokolwiek z odniesieniemtego koszyczka, aż mu się do syta przypatrzę!”

Marianna poniosła ten koszyk do dworui z wynurzeniem prostym swych najszczerszych życzeń oddała Emilii. — Ta siedziaławłaśnie przy gotowalni, garderobianna stałaza nią zajęta trefieniem włosów swej pani.Emilii ofiarowany koszyczek z prostym aszczerym powinszowaniem tak dalece sięspodobał, że nie znalazła dosyć życzeniu swemu odpowiednich wyrazów na oświadczenieswej wdzięczności. „Dobre dziewczę!” rzekła, „tyś cały swój ogródek ogołociła z najpiękniejszych ozdób, aby się mnie przysłużyć! — A twój ojciec tak ślicznie zrobił tenkoszyczek, że nic piękniejszego w tym rodzaju nie widziałam! — O pójdźże ze mnądo mej matki, niech widzi tę tak mi miłąofiarę!” — Powstała, wzięła Mariannę za rękęi poprowadziła na pokoje matki na piętrzedworu będące.

„O przypatrzże się, matko! zawołała radośnie hrabianka wchodząc na pokoje, jaknieporównanie piękną przyniosła mi dziśMarianna ofiarę! — Piękniejszego koszyczkadoprawdy nie widziałam! — A kwiatki jak towyborne, jak kolory gustownie dobrane!” —

„W istocie! — odrzekła hrabina, wszystkotak ślicznie, że żaden malarz nie zdobyłbysię na tak wdzięczny obraz. Czyni to wielkihonor tak wdzięcznemu sercu Marianny, jakjej wybornemu smakowi! — Poczekaj, mojamiła, cokolwiek!” —

To wyrzekłszy, wyszła z córką do przyległego pokoju, gdzie do Emilii tak mówiła:,,bez wynagrodzenia nie można tego dobregodziewczęcia puścić; cóż jej ofiarować myślisz?”

Po małym namyśle odrzekła hrabianka:,,mnie się zdaje, żeby sukienka była dla niejnajstosowniejsza, zwłaszcza jeżelibyś matkapozwoliła dać jej sukienkę ową w białe iczerwone kwiatki na tle ciemnozielonym. Jestona jeszcze dobra, jak nowa; parę razy tylkojej użyłam; ale już po części z niej wyrosłam;Marianna potrafi ją sobie przerobić, i będzie dla niej odświętną. Jeżeli przeto matkapozwolisz.” —

„Bardzo chętnie! — Gdy się ludziom cóśofiaruje, trzeba na to uważać, iżby z ofiarymieli istotną korzyść. Sukienka ta będziejej do twarzy.”

Wyszedłszy z Emilią do stancji, w którejpozostała Marianna, rzekła hrabina: „bieżcie, moje dzieci, miejcie pieczą, aby te kwiatkido obiadu nie zwiędły, bo chcę je wraz zkoszykiem mieć ozdobą stołu, przy którymdziś gości mieć będziemy. — Tobie, Emilio,pozostawiam odwdzięczenie się Mariannieza jej przysługę.”

Emilia pobiegła z Marianną do swegopokoju i rozkazała garderobiannie przynieśćwiadomą sukienkę. — Jutka, tak się zwałagarderobianna, stanęła i rzekła: „przecieżpani dziś tej sukni nie obleczesz?”

„Pewnieć że nie! — Ale ją Marianniepodaruję.”

„Te suknię? — Czy wie o tym JaśniePani?”

„Cóż ciebie to obchodzi? — Spełnij rozkaz,a ja biorę na siebie odpowiedzialność.”

Jutka odwróciła się nagle, ażeby zakryćswe zmartwienie, i wyszła. Oblicze jej pałało złością; z gniewem porywała ubiory zeskrzyni i szemrała: „godziłoby się, żebymwszystkie dziś podarła w drobne sztuczki.Ta przebrzydła ogrodowianka! — Połowyprzychylności mego państwa już mię pozbawiła, a teraz mi jeszcze tak piękną sukienkękradnie, boć zużywane mnie należą. — Oczy bym mogła wydrapać tej brzydnej kwiaciarce!”— Z tym wszystkim utłumiła jak mogła swązłość; wróciwszy oddała pani swej żądanąsuknię.

Hrabianka, odebrawszy sukienkę, rzekłado Marianny: „lubo odebrałam dziś droższejak twój upominki, ale żaden z tych nie byłmi tak przyjemnym jak twój koszyk. Kwiatkitej sukienki nie są wprawdzie tak pięknejak twoje, przecież sądzę, że dla mej miłościnie pogardzisz nimi. Noś tę sukienkę namoją pamiątkę, i pozdrów ode mnie twojegoojca.” Marianna dziękując pocałowała hrabiankę w rękę, i odebrawszy podarunekodeszła.

Jutka, pełna zazdrości i zemsty, któreile możności w sobie tuliła, poczęła przerwane trefienie włosów wykonywać. Tłumienie burzliwych namiętności niemało ją zatrudniało, że nie mogła się obejść, iż tu iowdzie drasnęła panię.

Z tego powodu odezwała się hrabianka:,,Czy się ty gniewasz, Jutka?”

„A to by też było bardzo głupie ode mnie, żebymsię miała o to gniewać, że Pani jesteś dobra!”

„Bardzo rozumnie mówisz, życzę, abyśteż tak rozumnie i myślała!” — TymczasemMarianna biegła radosna z sukienką do domu. Ojciec, zobaczywszy sukienkę, nie dzielił z córką radości, pokręcił głową i powiedział: „wolałbym, żebyś nie była poniosła koszyka do dworu! — Podarunek ten jako odnaszego państwa pochodzący jest mi wprawdzie miły; ale może zrodzić zazdrość, a co bygorzej było, ciebie nauczyć próżności. Bądźże ostrożną, moja Marychno, żeby przynajmniej na ciebie złego upływu nie wywarła.Wiedz, że skromność i obyczajność dalekowięcej zdobi dziewczynę, jak najpiękniejszyi najwyborniejszy ubiór!”

Rozdział III. Skradziony pierścionek

Zaledwo Marianna przymierzyła sukienkęi zdążyła onę złożyć i schować do skrzyni,wchodzi do izby hrabianka blada, drżącai rzecze: „Przebóg, Marianno, cóżeś ty zrobiła! — Zginął pierścień matki z diamentemz izby, w której prócz ciebie nikt obcy nie był. — Zwróć go, to się ta rzecz da jeszczezatrzeć, jenaczej gdy się zguba rozgłosi, narobisz sobie i nam wielkich nieprzyjemności.”

Przelękła Marianna odrzekła: „mój Boże!ja o żadnym pierścionku nie wiem! — Animwidziała pierścionka; — ani nawet nie ruszyłam się z miejsca, na którym stanęłam, gdyściewyszły do przyległego pokoju.”

„Marianno! mówiła dalej hrabianka, natwoję własnę pomyślność zaklinam cię, oddajpierścionek! — Ty nie wiesz jak drogi jesttaki pierścień, oto jest wart około tysiącatalarów. — Wiem, iżbyś go nie była wzięła,gdybyś jego cenę wiedziała; sądziłaś pewnieże to taka nikczemna bagatelka. — Zwróć go,a darujemy ci dziecinną lekkomyślność!” —

Marianna zalała się łzami i odrzekła:,,Za prawdę mówię, iż nie wiem o żadnympierścionku. Nigdym w życiu nie pozwoliła sobie cudzej rzeczy poruszyć, a miałażbym tak wielką rzecz skraść? — O zanadtogłęboko wpoił mi mój ojciec szacunek dlacudzej własności, żeby dać się złudzić chciwości!”

W tym wszedł ojciec do izby, bo pracując w sadzie, widział hrabiankę spieszniedo chaty biegnącą; a wyrozumiawszy, o corzecz idzie, zawołał żalem trapiony: „MójBoże! — Dziecko! taki pierścień skraść, jest tozasłużyć na śmierć! A to jeszcze najmniejsza;wspomnij no na przykazanie Boże, mówiące:,,nie kradnij!” Za taki występek stajemy sięodpowiedzialnymi nie tylko ludziom, ale iBogu, daleko wyższemu Panu, Sędzi, przedktórego wiadomością nic się utaić nie może,bo jest świadkiem czynów i nawet myśli naszych; — przed którym nie popłaca żadnaczcza wymówka, ani kłamstwo! — Jeżeliśo tym bożym przykazaniu zapomniała, jeżeliśnie wspomniała na moje napomnienia, a zaślepiona blaskiem złota i drogiego kamienia,pozwoliłaś chciwości wziąć górę nad sobąi zgrzeszyłaś; to przynajmniej nie trwaj wgrzechu, nie przecz, przyznaj się i oddajpierścień!”

„Ach ojcze! wierz mi, że pierścienia nawet nie widziałam! — Gdybym taki pierścieńna ulicy znalazła, doprawdy nie miałabym żadnej spokojności, dopokąd bym go nie złożyła wręce właściciela; a miałażbym takowy ukraść?”

„Córko! oto hrabianka Emilia, która jakAnioł stróż przyszła tu, aby cię oswobodzićz nieszczęścia i odwrócić od ciebie hańbę ikarę, — która cię dopiero co tak hojnie obdarzyła, nie zasługuje na to, żebyś ją okłamywała i na twoje własne nieszczęście oszukiwała! — Masz pierścień; to się przyznaj:a hrabianka przez swoje pośrednictwo urodziców ocali cię od haniebnych skutków kradzieży! — Marianna! bądź rzetelną; nie kłam!”

„Ojcze! wszakże ci to wiadoma, iż w życiu moim nic takiego, co by najmniej wartebyło, nie skradłam! — Wszakże nawet jednegojabłuszka z cudzego drzewa, garstki trawyz cudzej roli, a cóż dopiero miałabym takwielki skraść klejnot? — Wierzże mi ojcze!Wszakże w życiu moim okłamać cię nie odważyłam się!”

„Marianno! spojrzyj na moją zsiwiałągłowę! — Nie przyczyniaj się do tego, iżbymzgryzotą znękany życie moje nędznie kończył! — Oszczędź mi żalu i zgryzoty! —Wyznaj wobec Boga, który złodzieja karać będzie, czy masz pierścień? — Na miłość duszy twej i jej zbawienia zaklinam cię,powiedz prawdę!” —

Marianna wzniosła oczy ku niebu, złożyła ręce i rzekła: „Bóg wie że nie mampierścienia! — Jak chcę być zbawioną, takpewno nie wzięłam pierścienia!”

„Po takim zarzeczeniu wierzę ci! — Wierzę żebyś wobec Bogi, u przytomnościhrabianki, starego ojca twego nie okłamała.Że jesteś niewinną, jak się przekonywam,więc ta okoliczność zaspokoja mię; zaspokój się i ty, a nie obawiaj się niczego. Jednotylko i to istotne złe jest na świecie, a tymjest grzech. Więzienie, haniebna śmierć,są niczym względem tamtego. Niech więcprzyjdzie na nas, co chce, niech nas wszyscyopuszczą, niech przeciw nam wszyscy powstaną, przecież przy czystości sumienia Bógnas nie opuści, i będzie niewinnych przyjacielem. Jego potężna opieka wykryje zczasem naszą niewinność, prędzej czy później, tu albo na sądzie bożym!” —

Hrabianka, tuląc swe rozczulenie, odezwałasię: „moi mili ludzie, gdy was tak mówiących słyszę, muszę w prawdzie wierzyć, żepierścionka nie macie; wszakże wziąwszy zdrugiej strony na uwagę okoliczności towarzyszące zgubie, nie inaczej się zdaje, jakże go mieć musicie! — Matka moja przypomina sobie z pewnością, że przed przyjściem moim z Marianną do jej pokoju pierścień leżał na stoliku, wie nawet dokładnieoznaczyć miejsce, na którym go w ten momentwidziała. Żywa dusza prócz nas nie była wtym pokoju; Marianna sobie przypomni, żeprzy tym stoliczku nie byłam nawet. Gdyśmyz matką poszły do drugiego pokoju, samaMarianna została tam, gdzie leżał pierścień,przed naszym przyjściem i potem aż do spostrzeżenia zguby, nikt tam nie był. Skorośmysię oddaliły, zamknęła matka na zamek drzwipierwszego, a udała się do drugiego pokoju,aby się tam ubrać. Gdy ubrawszy się wróciła, i chciała wsadzić sygnet na palec; jużgo nie znalazła. Przerzuciła wszystko w pokoju, — nie pozwoliła nikomu, nawet mnie,wejść do niego, aż przetrząsnęła wszystkoszukając; to przecież było bezskutecznie. —Powiedzcież teraz sami, któż ten pierścieńmógł wziąć?” —

„Ja tego nie pojmuję! — pojmuję to tylko,że nas Bóg wielce doświadcza! — Wszakżebądź co bądź, — rzekł ojciec z wzniesionymiw niebo oczyma i rękoma, — Boże! oto tujestem, rób ze mną, co święta wola Twojarozporządzi! Nie usuwaj mi tylko Twej łaski,a na tym dosyć mi będzie!” —

„Wierzcie mi, rzekła hrabianka, ja wracam z ciężkim sercem do domu! Smutna tomnie rocznica urodzin! — Już widzę jakokropna stąd powstanie historia! — Jeszczematka, chroniąc Mariannę, nikomu o zgubienie powiedziała; ale na długo nie da się tozataić. Matka ten pierścień musi dziś mieću stołu; bo ojciec, którego się dziś na obiadze stolicy spodziewamy, spostrzegłby łatwo,że go nie ma, ile że jej go w dzień moichurodzin ofiarował i ona go odtąd w każdąnosi rocznicę, oczekuje więc, że jej go niezawodnie przyniosę. — Bądźcie zdrowi! rada bym powiedziała, że jesteście niewinni,ale któż mi uwierzy?”

Wyszła Emilia, ucierając zapłakane oczy;ojciec wraz z córką zanadto odurzeni bylismutkiem, żeby ją odprowadzić. — Ojciec siadłna ławce, wsparłszy głowę na ręku, patrzałzamyślony w ziemię, łzy toczyły się po licachjego. Marianna uklękła przed nim, spojrzała mu w oczy i rzekła: „Ojcze kochany!wierz mi, że w tym zdarzeniu na włos niezawiniłam.”

Jakub podniósł ją, popatrzył się w jejniebieskie oczy i odrzekł: „tak Marianno,ty jesteś niewinna! — bo tak śmiało i poufnie winowajca nie spojrzy!” —

„O ojcze! Jakiż to koniec weźmie naszeutrapienie! Jaki nas los czeka! O gdyby tasmutna przyszłość mię samą dotknęła, zniosłabym ją cierpliwie; ale że ty dla mnie maszcierpieć, to mi jest najokropniejsza!”

„Ufaj Bogu i nie rozpaczaj. — Bez jegowoli włosek nam z głowy nie spadnie. —Wszystko, co nas czeka, jest z dopuszczeniabożego — i na dobro nasze, bo od ojca naszego pochodzi, i cóż możesz chcieć więcejna naszą pociechę? — Niech cię przyszłośćnie trwoży; stój zawsze przy prawdzie. Czyci grozić będą, czy łudzić cię obietnicami,nie zbaczaj na włos od prawdy, nie obrażajsumienia. Czyste sumienie jest najlepszą pociechą nawet we więzieniu. Pewnie nas zechcą rozłączyć; ojciec twój, Marianno, niebędzie ci mógł nieść pociechy, szukajże więctakowej u Ojca Niebieskiego, który zawszejest bliski ciebie; tego potężnego obrońcynie zdołają ci zabrać.”

Wtem z trzaskiem roztworzono drzwi,a na progu pokazał się urzędnik sprawiedliwości, jego pisarz i kilka sług sądowych.Marianna przelękniona, krzyknęła i rzuciłasię w objęcia ojca. —

„Rozłączcie ich!” zawołał sędzia, a oczyjego iskrzyły się gniewem. — „Córkę okujcie w kajdany i zaprowadźcie do więzienia;a ojca osadźcie takoż pod strażą. — Dom iogród weźcie tymczasem w dozór, żebytu nikt nie wszedł, aż wszystko z pisarzemprzejrzymy.”

Rozkaz ten słudzy natychmiast wykonali:Mariannę porwali z objęcia ojcowskiego iokuli w kajdany; zemdlała, i w takim staniewynieśli ją z domu. Gdy ojca i córkę wyprowadzono na ulicę, przyjęła ich wielkaliczba zgromadzonego ludu, bo historia opierścieniu wnet rozeszła się po całej wsii zwabiła dużo ciekawych. Jak zwykle różniróżnie sądzili, byli tacy, co im się nie mogłopomieścić w głowie, jakby Marianna i Jakub,ta para poczciwych ludzi, mogli być tak wielkimi winowajcami; — Inni litowali się nadich nieszczęściem, sąd Bogu zostawiając; —a najwięcej było takich, którzy łatwo uwierzyli, że są zbrodniami. Byli to ludzie albolekkomyślni, co chcieliby wszystkich próczsiebie widzieć złymi, albo zazdrośni, co imciężko było widzieć szczęśliwszych od siebie.,,Teraz widzieć, mówili ci ostatni, skąd imtak przyrastało wszystkiego! — W taki sposób,o pojmujem, że jest łatwo zbogacić się, kiedysię sięga po to, czego się nie położyło;” i takpodobnie sądzili przed czasem. Przed czasem?A prawda, bo dopiero, gdy Bóg swój sądogłosi, pokaże się prawda; wprzód możesię człek dużo omylić, osobliwie gdy namiętność jaka i brak miłości bliźniego wmieszasię do naszego sądu.

Wszakże nie wszyscy eichburszczaniebyli tak nielitościwymi; wielu było z rzeczywistym politowaniem w dotyczeniu Jakubai Marianny, a wielu mówiło sobie: „MójBoże jak też to człowiek jest ułomnym! I najpoczciwszy nie jest wolen od upadku! Któż bybył źle myślał o tych poczciwych ludziach. —Któż wie? Może to też i nie jest tak źle, jakpowiadają; niechże Bóg wykryje ich niewinność! — albo doda im łaski nawrócenia, jeżliw samej rzeczy upadli! — a nas niech bronii zachowa od podobnego upadku!” Stało tami wiele małych dziatek, które rzewnie płakałyi mówiły sobie: „jeżli ich uwiężą, jakże nambędzie mógł dać Jakub owocu, a Marychnakwiatów?” — Niewinne samoluby! — Nie umieliźle sądzić o ludziach, bo sami wolni byli odwystępków; — kto im dobrze czynił, tegokochali.

Rozdział IV. Marianna w więzieniu

Wniesiono Mariannę omdlałą do więzienia; gdy się ocuciła, poczęła rzewnie płakać,załamywać ręce, wyrzekać i modlić się, ażtym wszystkim znurzona i osłabiona padłana posłanie ze słomy i zasnęła. Odeckła sięgłęboko w noc: w ciemności nie mogła pojąć,gdzie jest; zajście z owym pierścieniem, którejej przyszło na myśl, sądziła być snem, izdawało się jej, że leży na swym łożu. Jużpoczęła się cieszyć, że znikł ten dręczący sen,gdy uczuła kajdany na ręku i nogach; przeląkłszy się, powstała z posłania, a klęnąwszyi wzniósłszy ręce swe tak się modliła: „Cóżtu innego czynić mogę, jak te niewinne, kajdanami ociążone ręce, wznieść do ciebie Boże! — Spojrzyj na mię łaskawie, wspomnij,że niewinną źle i fałszywie osądzili ludzie!Jesteś opieką i wybawicielem niewinnych,wybaw i mię z tej niedoli! — Zmiłuj się nade mną! Zmiłuj się i nad moim niewinniecierpiącym ojcem! — Wlej pociechę w sercejego, ujmij jemu boleści, choćbyś mnie jegocząstkę nałożył!”

Na wspomnienie o ojcu potok łez skropił jej twarz: boleść i litość przytłumiły jejgłos, długi czas słychać było łkanie i kwilenie. — Zajaśniał dotąd czarną okryty chmurą księżyc, zajrzał małym okienkiem do więzienia przez żelazną kratę, którą odznaczyłna posadzce; przy świetle jego widziała Marianna cztery brudne i wilgotne ściany więzienia, — tę garść zbutwiałej słomy, na której spoczywała, — dzban z wodą i kawałczarnego chleba dane jej na posiłek; tak rozpoznawszy swoje nieszczęśliwe położenie,odnowiła się zgryzota i żal; lecz że widziała,iż smutkiem tylko pogorsza swoje położenie, przeto usiłowała rozerwać swe smętnemyśli, i poczęła rozmawiać z księżycem jakbyz przyjacielem, mówiła więc: „Ty dawny mójprzyjacielu, odwiedzasz mię i chcesz wiedzieć,jak mi się powodzi? — O! dawniej, gdyś zaglądał do mojej komórki przez liściem pokryteokienko, świeciłeś przecież wesoło, dziś przezte kraty, posępne jest twoje światło, czy tysię smucisz nad moim obecnym położeniem? — Nigdy nie myślałam widzieć cię wtak bolesnej dobie! — Cóż tam robi mój biednyojciec! — pewnie ucieka sen z oczu jego inarzeka nad dolę swoją. Ach! gdybym jago też choć na moment widzieć mogła! —Pewnie ty, księżycu, także zaglądasz do jegowięzienia! O, gdybyś ty mógł mówić i powiedzieć mu, jak córka ubolewa nad jegonieszczęściem.”

„Ale jakże niedorzecznie mówię w moimsmutku! — Daruj mi, Boże, moje próżne mowy! — Ty, Boże, jesteś wszędzie; widzisz mniei ojca mego we więzieniu! — Ty rozumieszmyśli nawet człowieka, a przeto wiesz, żetak mnie jak ojca niewinnie posądzają o złodziejstwo! — Twej wszechmocnej pomocy animury, ani kraty żelazne przeszkodzić nie mogą! Poślijże nam uciemiężonym ojcowską twępociechę!” —

Z podziwieniem wielkim Marii, rozszedłsię po więzieniu miły zapach kwiatów; ranogdy ubierała koszyk kwiatkami, związała zbywające w bukiet zatknęła za bawet i te tonapełniły wonią więzienie. Doszedłszy tego,wyjęła bukiet i mówiła: „Ach, to i wy, niewinne kwiateczki, dostałyście się do więzienia?! — Wy niewinne i ja niewinna; toteżto jest ulgą w moich cierpieniach, bo gorzejby było jeszcze, gdyby sumienie czyniło zarzut!”

Przypatrując się bliżej bukietowi i spostrzegłszy w nim pączki róż i kilka niezapominajek, mówiła dalej: „Kiedym was, różyczki, dziś rano zrywała i zbierała błękitnejak czyste niebo niezapominajki, któż by tobył śmiał mówić, że wieczorem tegoż samego dnia leżeć będę w więzieniu? — Gdymwiła wieniec dla ozdoby koszyka, któż bysądził był, że pod wieczór opasaną będę tymżelaznym wieńcem? — Tak to wszystko naświecie podlega zmianie! — Tak to nie wieczłowiek, jak prędko położenie jego zmienićsię może! — jak najniewinniejsza jego czynność spowodować może jego wielkie nieszczęście! — W takiej niestateczności położeń ludzkich najlepiej rozpoczynając dzieńpolecić się opiece wszechmocnego Boga, —na nim wsparty nie zachwieje się; — On niedopuści zginąć ufającemu w opiece Jego!”I zanuciła sobie dwie ostatnie zwrotki Psalmu 90.

Słuchaj, mówi Pan: że mi ufał szczerze,

Czcił imię moje, zachował przymierze,

Ja go też także w każdą jego trwogę

Nie chcę zapomnieć i owszem wspomogę.

Głos jego n mnie nie będzie wzgardzony,

Ja z nim w przygodzie: ode mnie obrony

Niech będzie pewien, pewien uwielbienia,

I lat sędziwych, i mego zbawienia. —

Poczęła znowu płakać, a łzy spadały kroplami na kwiatki i błyszczały w świetle księżyca jak rosa. „Ten co o kwiatach pamięta,i posila one rosą, nie zapomni i o mnie! —Tak dobry Boże! spuść kropłę pociechy wsmutne serce moje i mojego ojca, jak zasilasz rosą po ojcowsku biedne kwiatki polne!”

Wspomniawszy o ojcu, pomyślała: „O ty,dobry ojcze! gdy spojrzę na te kwiatki, przychodzą mi na myśl twoje słowa, któreś mityle razy powtarzał, zwracając na nie uwagęmoją.”

„Te pączki róż wyrosły spośród kolców;tak z boleści moich, wyrodzą się niezawodnie radości. Kto by usiłował tę z wolna rozwijającą się różę za wcześnie wydobywaćz pączka, ten by ją zniszczył. Bóg tylko umierozwinąć powoli te delikatne listeczki, i nadać im ten śliczny zapach. Tak i z moichcierpień wywinie z czasem swoją nieograniczoną mądrością swoje łaski, a choć to z wolna idzie, trzeba czekać czasu, który On najlepiej wie, — i ufać, bo On nie zawiedzie.”

„Niezapominajki, — mówią mi: nie zapominaj o Bogu, jak On o tobie nie zapomina! — Są błękitne jak niebo; — niebo mabyć pociechą twoją w cierpieniach, bo będzie odpoczynkiem po mężnym wytrwaniu!”

„Wiczka z listkiem białym i różowym; —pozioma roślinko jakżebyś ty się musiała czołgać w prochu ziemi, gdybyś nie miała podpory, na którą się wwijasz, i tak podnosiszw górę! — I ja bym tak nikczemną była i niszczała w prochu ziemi, gdybyś Ty, Boże,nie stał mi za podporę w mej słabości! ---Daj mi, Boże! pamięć na ten stosunek mnienieszczęśliwej względem Ciebie, potężnegoPana!”

„Ta gałązka rezedy zapełnia swą przyjemną wonią całe więzienie; i temu nawetudziela swego błogiego zapachu, kto ją zerwał; — stanowię być tobie podobną, nie gniewać się na tych, i tym być dobroczynną,którzy mię wyrwali z mego ogródka i w tymsmutnym osadzili więzieniu.”

„Oto tu jest różczka barwinku: ten i wzimie nawet zachowuje swoję świeżość, aw ostrej porze roku swą zieloną farbą głosibłogą każdemu nadzieję! — To ziółko uczymię, że w moich cierpieniach nie powinnamupadać na sercu, lecz unosić się nad to wszystko, co mię tłoczy, nadzieją w Boga. Toćten, co ziółko to wśród wichrów zimowych,pod mrożącym śniegiem i lodem, w jego świeżości i zieloności utrzymuje, i mnie pokrzepiać zechce w moich cierpieniach.”

„Oto i listki wawrzynowe w moim bukiecie, przypominają owe wawrzyny, któreobiecane są tym, co mężnie walczyli w tymżyciu z dotkliwymi przeciwnościami i niedali się onym zwyciężyć. Wierzę, coś powiedział, Panie! że zwycięzcy dasz koronężywota! I spodziewam się, że za mężne przezwyciężenie siebie samej raczysz mi onężudzielić. — Wy, kwiatki, łatwo więdniejecie irównie ziemskie radości, nikniecie! — aletamta korona, co nas czeka po krótkich cierpieniach, jest wieczna!” —

Ciemny obłok zakrył przyświecający księżyc; Marianna nie mogła widzieć swych kwiatków i rozmawiać z nimi, posępna ciemnośćzapełniła więzienie. Smutne myśli poczęłyją straszyć, aleć przeleciała chmura tamującaświatło księżyca i znowu jasność napełniławięzienie: „Tak to, mówiła sobie z tego powodu, może niewinność być zaćmioną naczas jakiś, ale potem zajaśnieje na nowo.Obecnie ciężą na mej niewinności ponurechmury okrutnych podejrzeń, aleć Ty, Boże,rozpędzisz te fałszywe zarzuty i pokażeszprawdę, że jestem niewinną!”

Po tych uwagach położyła się Mariannana posłaniu i zasnęła pokrzepiającym snem;śniło jej się: że chodziła po sadzie, położonym wśrzód pustyni otoczonej niebotycznymi świerkami, w okolicy nieznanej, przyświetle księżyca. Jeszcze jej księżyc nigdytak jasno i powabnie nie przyświecał; a ślicznekwiatki rozlewały najprzyjemniejszy zapachi barwiły rozmaitością farb swoich. Znalazła tam i ojca swego z wypogodzoną twarzą; pośpieszyła ku niemu i z radości, iż gotak widzi, płakała na piersiach jego spoczywając. Gdy odeckła, zroszona łzą była jejtwarz.

Rozdział V. Marianna przed sądem

Zaledwo Marianna odeckła, wszedł do więzienia sługa sądowy i poprowadził ją przedsąd. Zgroza przejęła ją, gdy weszła do izbyposępnej, wysokie starożytne mającej sklepienie i okna z sześciobocznych szyb złożone.Sędzia zasiadł krzesło czerwonym oszyte suknem, w czarnym obszernym ubraniu, z potężną na głowie peruką. Pisarz siadł z piórem w ręku przy wielkim stole od starościzupełnie czarnym. Sędzia zadał jej wielepytań, na które ona sumiennie odpowiedziała.Z płaczem zarzekała się, że jest niewinnązarzuconej jej kradzieży, wszakże na to odrzekł jej sędzia: „Mnie ty nie oszukasz i niewymożesz na mnie, abym to, co jest niepodobieństwem, miał uznać za prawdę. — Niktprócz ciebie nie był w tej izbie, z której pierścionek zginął, nikt też nie może go miećjak ty; więc wyznaj, iżeś go skradła.”

Z rozrzewnieniem odpowiedziała Marianna: „Nie mogę jenaczej mówić, tylko jakmówiłam: że o pierścionku nic nie wiem, nie mam go, ani nawet widziałam.”

„Kłamiesz! przecież są tacy, co go w rękutwoich widzieli. Cóż na to powiesz?”

„Nikt go widzieć nie mógł, bo ja go nigdynie miałam, ani widziałam.”

Sędzia zadzwonił i wprowadzono Jutkę:ta, ze zemsty, iż ją ominęła darowana Mariannie suknia, w celu żeby zniszczyć zaufanie państwa swego, jakie powzięli dla Marianny, powiedziała była swoim koleżankom:,,Pierścionka tego nie mógł kto inny skraść,jak ta niegodziwa ogrodowianka. Odchodzącze dworu, właśnie gdy schodziła ze schodów, przypatrywała się pierścionkowi z oczkiem; gdy mię spostrzegła, przelękła się ischowała go. Zaraz mi to było rzeczą podejrzaną, ale nie chciałam o tym mówić, bosobie myślałam; może jej go podarowano jaki inne rzeczy; — jeżeli ukradła, zrobi sięniezawodnie hałas, a w ten czas nie będzieza późno powiedzieć moje spostrzeżenie. —Cieszy mię to dużo, że dziś nie byłam jeszcze w tym pokoju, z którego pierścień zginął; bo takie lizuski jak ta Marianna, zdolnesą uczciwych ludzi w podejrzenie wprawić.”Jutkę schwycono za słowo i spowodowanozeznać to spostrzeżenie przed sądem. Gdyweszła do izby sądowej, a sędzia ją napominał, żeby wobec Boga wszystko wiedzącego wyznała prawdę, zadrżały wprawdziepod nią nogi i serce poczęło się lękać, alezłośliwa nie usłuchała głosu sędziego i sumienia, głosu Boga, bo sobie pomyślała:gdybyś się teraz przyznała, iż nakłamałaś nanię, odpędziliby cię ze służby, albo wcaledo więzienia wtrącili. Pozostała więc przyswym kłamstwie i w oczy Mariannie powiedziała: „Ty masz ten pierścionek; ja widziałam go w twoich ręku.”

Marianna wzdrygnęła się na to bezczelnekłamstwo, ale nie potwarzyła, ani złożyczyła,lecz ze łzami odrzekła: „To, co ty mówisz,jest kłamstwo, bo nie widziałaś u mnie pierścionka. Jakże też ty możesz tak szkaradniekłamać i mnie, która ci nic złego nie zrobiłam, tak nieszczęśliwą przez twoję potwarzczynić!”

Jutka, której szło tylko o pomyślnośćdoczesną, — a przy tym jej serce zazdrosne pałało zemstą ku Mariannie, nie zważała nazarzuty jej, lecz powtórzyła jeszcze raz swojezeznanie, z wymyślonymi okolicznościami.

Na dany znak przez sędziego odprowadzono Jutkę, po czym ten odezwał się doMarianny: „Otóż twoja wina jest udowodniona: wszystkie okoliczności mówią przeciwtobie; a pokojowa hrabianki zeznała nawet,że pierścień widziała w twoich ręku. Zeznajteraz, gdzieś go podziała.”

Że Marianna statecznie twierdziła, iż pierścionka nie wzięła i nie ma; przeto sędzianakazał ochłostać ją rózgami aż do krwi.Serce się krajało na jej płacz i narzekania,ale zawsze jedno prawiła, że jest niewinną,co przecież nie zmiękczyło śledzcy. — Zbladłą, zkrwawioną, na pół tylko żywą, wrzucono na powrót do więzienia. Zadane jejrany, wyrządzona jej hańba, dokuczały jejdo żywa; padła na posłanie, jęczała płaczącrzewnie i modliła się do Boga, aby ją wzmacniał w cierpieniach, aż wreszcie zasnęła.Nazajutrz kazał sędzia stawić Mariannę przedsobą, a że wszelkie ostre postępowanie nicna niej nie wymogło, przeto usiłował środkiłagodnymi przyprowadzić ją do zeznania. —,,Przez tę kradzież, mówił jej, zasłużyłaś naśmierć, mieczem by cię ścięto, ale skoropowiesz, gdzieś pierścień schowała, i oddaszgo, będzie ci wszystko darowano. Plagiodebrane, będą ci za karę przyczytane, będziesz uwolniona od dalszego śledztwa i wrócisz do spokojnego życia z ojcem twoim. Rozważ to sobie dobrze i obieraj śmierć lub spokojne życie! — Ja ci życzę dobrze, bo cóżci pomoże skradziony pierścień, gdy ci głowę zetną?”

Marianna stała przy swoim pierwszymzeznaniu.

Sędzia, który wiedział, jak wielce Marianna miłuje ojca swego, postanowił z tejstrony natrzeć na jej serce; mówił tedy: „Jeżelić tak upartą jesteś, że nie dbasz na własne życie, to przecie miej wzgląd na twegostarego ojca! — Czy chcesz, żeby jego zsiwiała głowa padła pod hańbiącym mieczemkatowskim? — Bo któż by cię inny, jak on,namówił do tak uporczywego tajenia złodziejstwa, które jest dowiedzione? — Wiedz, żei jego głowa, jako wspólnika kradzieży, paśćmusi!” —

Gdy widział, jak się Marianna wzdrygnęła,dodał: „Wyznaj, iżeś pierścień wzięła; jednotwoje słowo, może uratować życie ojca twego!”

Była to wielka pokusa dla Marianny;milczała długo; — przechodziło jej przez myśl:,,mogłabyś powiedzieć, żeś wzięła i w drodzezgubiła”, ale przemogła tę myśl rzetelność;,,lepiej trzymać się prawdy, kłamstwo jestgrzechem, a grzeszyć dla żadnej korzyści nietrzeba, choćby nawet dla zaratowania życiaojcowskiego. — Tobie, Boże, chcę być posłuszną i Tobie polecam moję sprawę!” —Po takich myślach lubo drżącym, lecz wyraźnym odpowiedziała głosem: „Gdybym powiedziała, iż mam pierścień, byłoby to kłamstwem, a kłamać choćby dla zaratowania życia nie będę! — Wszakże gdy chcecie, abykrew płynęła, niechże płynie moja, ochrońcie tylko ojca mego. Ja chętnie i za niegoumrę.”

Ta odezwa wzruszyła wszystkich przytomnych, dotknęła nawet serca surowegosędziego. Skiwnął na sługi sądowe i odprowadzili Mariannę do więzienia.

Rozdział VI. Jakub w więzieniu córki

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.