drukowana A5
32.57
Sprzysiężenie Fieska w Genui

Bezpłatny fragment - Sprzysiężenie Fieska w Genui


Objętość:
201 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0860-7

OSOBY:

ANDRZEJ DORIA, doża Genui.

GIANETTINO DORIA, jego synowiec.

FIESKO, hrabia Lawania.

WERRINA, sprzysiężony.

BURGONINO, sprzysiężony.

KALKANIO, sprzysiężony.

SAKKO, sprzysiężony.

LOMELLIN, powiernik Gianettina.

CENTURIONE, malkontent.

CIBO, malkontent.

ASSERATO, malkontent.

ROMANO, malarz.

MULEY-HASSAN, Murzyn z Tunisu.

NIEMIEC ze straży Doży.

TRZECH OBYWATELI.

LEONORA, żona Fieska.

HRABINA JULIA, wdowa po Imperialim.

BERTA, córka Werriny.

RÓŻA, pokojowa Leonory.

ARABELLA pokojowa Leonory.

Szlachta, obywatele, Niemcy, żołnierze, służący, złodzieje.

Rzecz dzieje się w Genui, 1547 r.

AKT PIERWSZY

Sala w pałacu Fieska — słychać z daleka muzykęi zgiełk biesiadny.

SCENA PIERWSZA

Leonora w masce. Róża, Arabella w pomieszaniu wpadają na scenę.

LEONORA

zrzucając maskę

Nie więcej! — anisłowa — to jak dzień widoczne.Rzuca się na krzesło. Ach! to —

ARABELLA

Łaskawa pani!...

LEONORA

powstając z krzesła

W moich oczach! na całe miasto głośna rozpustnica! w obliczuszlachty genueńskiej!Z boleścią. Różo! Bello!przed mymi oczyma zalanymi łzami!

RÓŻA

Weź pani tę rzecz za to, czym byław istocie — za grzeczność kawalerską. —

LEONORA

Grzeczność kawalerska? — A taich oczów gra nieustanna? To śledzenie jejruchów, ten długi ssący całus na jej obnażonymramieniu, tak że ślad jego zębów w czerwono-płomienistym znaku zajaśniał? A to ogłuszenie nieme, kamienne, w którym siedział pogrążonyjak malują zachwycenie, jakby świat cały w okołoniego zniknął i on tylko jeden z tą Juliąw wiecznej próżni pozostał. Grzeczność kawalerska? — Niewinna istoto, coś nigdy nie kochała!Przynajmniej ze mną nie wiedź sporu: co jestgrzeczność kawalerska, a co jest kochanie!

RÓŻA

Tym lepiej, pani! Strata małżonkadziesięciu cicisbeów sprowadza.

LEONORA

Strata małżonka? — Lekkie podniesienie pulsu rozgrzanego, i już Fiesko byłbystracony? Idź, jadowita szczebiotko — nigdy sięoczom moim nie pokazuj! — To żart niewinny —może grzeczność przelotna? Nieprawda, mojaczuła Bello?

ARABELLA

O! Tak bez wątpienia!

LEONORA

w zadumieniu

Ale żeby się mniemałapanią jego serca? — żeby jej imię za każdąmyślą stawało mu w pamięci? — przemawiałow każdym głosie natury? — Ha! co to jest? —gdzie ja się zapędzam? Żeby świat cały, piękny,majestatyczny był dla niego kosztownym brylantem, na którym tylko jej obrazjej obrazwyryty? — Żeby on ją kochał? — tę Juliękochał? O daj mi rękę — wspieraj mnie, Bello!

Chwila milczenia — słychać znowu muzykę.

Słuchaj! Czy to nie głos Fieska z tego sięzgiełku przebija? Możeż on śmiać się, gdy w samotni jego Leonora płacze? O nie, moje dziecko!To był głos chłopski Gianettina Dorii.

ARABELLA

W istocie to głos jego! Przejdźmy,pani, do drugiego pokoju.

LEONORA

Bledniejesz, Bello! kłamiesz — jaczytam w twoich oczach, w obliczach Genueńczyków coś — coś.Zasłaniając twarz.O zaiste! Ci Genueńczycy wiedzą więcej, aniżeli dla uchamałżonki wiedzieć potrzeba.

RÓŻA

O zazdrości wszystko zwiększająca!

LEONORA

w smętnym rozmarzeniu

Wonczas, gdyon Fieskiem był jeszcze — zjawił się w pomarańczowym gaju, gdzieśmy dziewczęta na igraszkibiegły, kwitnący Apollo z męsko pięknymAntinousem zlany. Tak dumnym i wspaniałympostępował krokiem, jak gdyby prześwietnaGenua na jego młodych kołysała się barkach;nasze oczy do jego lica się zakradały, alespotkawszy błyszczące spojrzenie w lot sięcofały, jakby je kto na świętokradzkim złowiłuczynku. Ach! Bello, jakże z nas każda chwytałajego spojrzenia, liczyła błyski oka do sąsiadkiposłane. Oczy jego jak złote jabłko niezgodymiędzy nas padały, tkliwe źrenice tlały dzikszymogniem, łagodne piersi gwałtowniej tętniły, zazdrośćnaszą harmonię rozdarła.

ARABELLA

Przypominam sobie. Cała Genuaniewieścia na odgłos pięknego zwycięstwa buntemzagrzmiała.

LEONORA

w uniesieniu

A dziś go moim nazywać!Zuchwała, straszna szczęśliwość! Moim nazywać męża w Genui największego, który w piękności kończonej wyszedł spod dłuta niewyczerpanegosztukmistrza, wszystkie płci swojej wielkościw najcudowniejszej harmonii połączył. — Słuchajcie, dziewczęta, już teraz przemilczeć nie mogę!Słuchajcie, dziewczęta, coś wam powierzę,tajemniczomyśl wam jedną powierzę. Gdym przed ołtarzemprzy Fiesku stanęła z dłonią w jego dłonizłożoną — miałam myśl, o której myśleć kobiecienie wolno: — ten Fiesko, którego rękę w twojejręce trzymasz — twój Fiesko — ale cicho, niechżaden mężczyzna nie podsłucha, jak się wysokonadymamy ździebełkami jego doskonałości — tentwój Fiesko — Biada, jeśli swym uczuciem wyżejsię nie wznosicie! — ten Fiesko nam Genuęod tyranów zbawi.

ARABELLA

zdziwiona

I to widzenie przyszłodziewicy na dniu jej wesela?

LEONORA

Dziw się, Bello! — ale tak jest —przyszło to oblubienicy w dniu jej szczęściaweselnego!Żywiej. Jestem kobietą, ale czuję krwimojej szlachetność — ścierpieć nie mogę, aby tendom Doriów nad naszymi przodkami miał góręzabierać. Ten łagodny Andrzej! — sprzyjać jemudla serca jest rozkoszą — on — bodajby sięwiecznie księciem Genui mianował; ale Gianettinojest jego synowcem, jego dziedzicem — a Gianettino ma bezczelnie dumne serce. Genua drżyprzed nim, a Fiesko — o, płaczcie nade mną! —Fiesko kocha siostrę Gianettina.

ARABELLA

Biedna, nieszczęśliwa kobieto!

LEONORA

Idźcie obaczyć to bożyszcze Genui,jak zasiada w bezwstydnym kole pijaków i rozpustnic, głaszcze im uszy niezgrabnym dowcipem,bajki o zaklętych księżniczkach opowiada — otomacie Fieska. — Ach, dziewczyno! nie tylkoGenua swojego utraciła bohatera — ja takżetracę swojego małżonka!

RÓŻA

Mów pani ciszej. Ktoś przez galerięprzechodzi.

LEONORA

przestraszona

Fiesko idzie. Uciekajcie!Uciekajcie! Mój widok mógłby jemu przykrąchwilę sprawić.

Wbiega do bocznego pokoju, służąceza nią.

SCENA DRUGA

Gianettino Doria zamaskowany, w zielonym płaszczu. Murzyn. Wchodzą rozmawiając.

GIANETTINO

Zrozumiałeś mnie?

MURZYN

Doskonale.

GIANETTINO

Maska biała.

MURZYN

Wiem.

GIANETTINO

Powiadam — biała maska.

MURZYN

Wiem, wiem, wiem.

GIANETTINO

Słyszysz? jeśli ją masz chybić —wskazując na pierśto jeno tu uderz.

MURZYN

Nie troszcz się, panie!

GIANETTINO

Tylko silnym pchnięciem!

MURZYN

Nie będzie się żalił.

GIANETTINO

Żeby biedny hrabia nie męczył siędługo.

MURZYN

Z przeproszeniem pana — ileżbygłowa jego mniej więcej ważyć mogła?

GIANETTINO

Sto cekinów.

MURZYN

dmuchając w palce

Pfu! Lekka jakpiórko.

GIANETTINO

Co tam pomrukujesz?

MURZYN

Mówię, że to lekka robota.

GIANETTINO

Twoja to sprawa. Ten człowiekjest magnesem. Wszystkie głowy niespokojneciągną do niego. Słuchaj, hultaju! Mierz gosprawnie.

MURZYN

Ależ panie! — Ja uporawszy sięmuszę spiesznie do Wenecji smykać.

GIANETTINO

Weź więc naprzód nagrodę.Rzucamu bilet bankowy. Najdalej we trzy dni powinienbyć nieboszczykiem.

Odchodzi.

MURZYN

podnosząc bilet

To u mnie kredyt!Jegomość zawierza memu złodziejskiemu słowubez żadnego podpisu.

Odchodzi.

SCENA TRZECIA

Kalkanio, za nim Sakko. Obaj w czarnych płaszczach.

KALKANIO

Postrzegam, że wszystkie moje krokiśledzisz.

SAKKO

Ja zaś uważam, że wszystkie przede mnąukrywasz. Słuchaj, Kalkanio, od kilku tygodnicoś w rysach twoich zdaje się poruszać, co tchnienie samym tylko uczuciem miłości ojczyzny. —Sądzę, iż moglibyśmy, braciszku, tajemnice naszezamieniać i na handlu nikt by, po ostatecznymrachunku, nie stracił — Chcesz być szczerymprzede mną?

KALKANIO

Tak nawet dalece, że jeśli uszytwoje nie mają ochoty do głębi łona megowstąpić, serce w pół drogi ustami naprzeciwciebie wyskoczy. — Kocham żonę Fieska.

SAKKO

cofając się zdziwiony

Tego bym przynajmniejnigdy nie odgadnął, choćbym wszystkich domysłów przegląd uczynił. — Wyborem swoim mójrozum wziąłeś na tortury, lecz go w niweczobrócisz, jeżeli ci się poszczęści.

KALKANIO

Mówią, że jest przykładem najsurowszej cnoty.

SAKKO

Kłamią. Jest całą księgą treści najnudniejszej. Jedno z dwojga Kalkanio, zrzecz sięrzemiosła swego albo uczuć swoich. —

KALKANIO

Hrabia niewierny, a zazdrość jestnajprzebieglejszą namową. Spisek na Doriów nieda hrabiemu odetchnąć, a mnie w jego pałacugospodarować pozwoli. Gdy on wilka od trzody odpędzać będzie, kuna wpadnie do kurnika.

SAKKO

Lepiej nie można, mój bracie! Dzięki, żeś mi tak szybko rumieńca oszczędził. O czym wstyd mi było pomyśleć, teraz głośno przed tobą wypowiedzieć mogę. Oto żebrakiem będę,jeżeli rząd teraźniejszy nie runie ze szczętem.

KALKANIO

Czy tak wielkie masz długi?

SAKKO

Tak ogromne, że nić życia megodziesięć razy ujęta, przy jednej dziesiątej ichczęści już by się wysnuła. Zmiana rządu da miwolniej odetchnąć i choć do zapłacenia niepomoże, to przynajmniej wierzycielom procesobmierzi.

KALKANIO

Rozumiem ciebie — a na końcujeżeli Genua przy takiej sposobności wolnośćuzyska, Sakko ojcem ojczyzny się nazwać gotów.Niechże kto teraz prawi niedorzeczną bajeczkęo poczciwości, kiedy tu bankructwo hultajai rządza rozpustnika rozstrzygają o szczęściu państwa.Przez Boga, mój Sakko, ja w nas obu podziwiammądrą nieba opatrzność, która serce ciała wrzodami członków ulecza. — Czy Werrina znatwój zamiar?

SAKKO

O ile patriota wiedzieć powinien.Genua, jak wiesz, jest wrzecionem, około któregowszystkie jego myśli toczą się z żelazną wiernością. Sokole jego oko spoczęło w tej chwili naFiesku. — Na tobie także zakłada nadzieję, żecię poniekąd użyje w śmiałym spisku.

KALKANIO

Ma węch wyborny. Spieszmy gowyszukać i jego uczucie wolności naszymżarzyć.

Odchodzą.

SCENA CZWARTA

Julia zagniewana. Fiesko w białym płaszczu za nią.

JULIA

Laufry, lokaje!

FIESKO

Hrabino, dokąd? Co czynić zamierzasz?

JULIA

Nic, nic zgoła. Służba wchodzi. Niechpowóz zajeżdża.

FIESKO

Przebacz! Nie dopuszczę. To jestobraza.

JULIA

Ej! gdzie tam? — Pójdź sobie! Drzeszw kawałki moje garnirowanie! — Obraza? Ktomnie tu obrażać może? Pójdźże, pójdź sobie!

FIESKO

przyklęka na jedno kolano

Nie wprzód, pani,aż mi zuchwalca wymienisz!

JULIA

patrząc na niego z wyciągniętymi rękoma

Ach! Pięknie! Pięknie, cudownie! Niechże kto hrabinęLawania prosi na to zachwycające widowisko! —Jak to, hrabio? Gdzież się podział małżonek? Takapostawa ujść by tylko mogła w sypialnym pokojutwojej żony, gdyby ta, przerzucając stronicekalendarza pieszczot, dostrzegła jakiego brakuw swoim rejestrze. Powstańże. Idź do kobiet,gdzie ci się lepiej powiedzie. Powstańże, hrabio!Alboż chcesz niegrzeczności żony odpokutowaćswoim nadskakiwaniem?

FIESKO

szybko powstając

Niegrzeczności? Wobecciebie, hrabino?

JULIA

Zerwać się — krzesło odepchnąć — dostołu tyłem się obrócić — do stołu, hrabio, przyktórym ja siedzę!

FIESKO

To nie do przebaczenia.

JULIA

A więcej nic? — — Jestże to mojąwiną, że hrabia ma oczy w głowie?

FIESKO

Wina twojej piękności, pani, że ichwszędzie nie mam.

JULIA

Żadnego względu, hrabio, gdzie o honoridzie. Mnie zemsty potrzeba. Czy jej szukaću ciebie? czy w piorunach księcia?

FIESKO

W objęciu miłości, która cię błaga,żebyś występek zazdrości puściła w niepamięć.

JULIA

Zazdrość? Zazdrość? Czegoż chce tagłówka? W zwierciadle się przezierając. Możeż ona większą pochwałę za swój gust otrzymać, niżże ja w jej wyborze swój własny znajduję?Dumnie. Doria i Fiesko! Czy to nie dosyć zaszczytu dla hrabiny Lawania, gdy synowicaksięcia jej wyborowi zazdrości? Przyjaźnie podajerękę hrabiemu do całowania. Przypuszczam, hrabio, żetak jest istotnie.

FIESKO

z żywością

Najokrutniejsza — i mnietak udręczać! Wiem ja, boska Julio, że ode mniecześć tylko tobie się należy. Rozum nakazujezginać korne kolano przed krwią Doriów, aleserce ubóstwia piękną Julię. Występną jestmiłość moja, ale bohaterską zarazem. Ona madosyć odwagi warowny mur różnicy stanu przełamać i lecieć do ognistego słońca majestatu.

JULIA

Wielkie hrabiowskie kłamstwo, co naszczudłach kuleje. Język twój ubóstwia mnie,a serce uderza pod miniaturą innej kobiety.

FIESKO

Mów raczej pani, że niechętnie podtym ciężarem uderza i chce go czym prędzejodrzucić. Zdejmuje sylwetę Leonory na błękitnej wstędzezawieszoną i oddaje Julii. Postaw twój obraz natym ołtarzu, a wolno ci będzie to pogańskiemalowidło zdruzgotać.

JULIA

chowając czym prędzej miniaturę

Na mójhonor, wielka ofiara, która na podziękowaniezasługuje. Zawiesza mu swą miniaturę. Noś więc,niewolniku, barwę pana twego.

Odchodzi.

FIESKO

Julia mnie kocha! Julia! Bogu janawet nie zazdroszczę. Z radością przebiegając salę. Niechaj ta noc będzie bogów biesiadą, uciechaniechaj wykona mistrzowskie swe dzieło! Hola, jesttam kto? Wielka liczba służących. Niechaj po podłogachmoich pokojów leją się cypryjskie nektary, niechkapela ze snu ołowianego północ wypłoszy,tysiąc pochodni zapalonych niechaj ćmi rannąsłońca jaskrawość. W godach powszechnychniech taniec bachancki królestwo śmierci zawaliw grzmiące gruzy.

Wybiega. Głośne allegro. Środkowazasłona podnosi się i ukazuje wielką oświeconą salę, gdziemnóstwo masek tańczy. Po bokach stoły z kartami i napojem, przy nich goście.

SCENA PIĄTA

Gianettino wpół pijany. Lomellin, Cibo, Centurione, Werrina, Sakko, Kalkanio, wszyscy w maskach. Wiele dam i szlachty.

GIANETTINO

głośno krzycząc

Brawo! brawo! Wina pienią się wspaniale, nasze tanecznice skaczą wybornie. Niech który z was po Genui roztrąbi,że dziś jestem w wesołym humorze; mogą sięradować. — Na ród mój przysięgam; dzień tenw kalendarzu czerwono naznaczą i napisać muszą:Dziś książę Doria wesoły.

GOŚCIE

wznosząc toasty

Niech żyje Rzeczpospolita!

GIANETTINO

rzuca kielich z całą mocą o podłogę

Tamleżą czerepy.

Trzy czarne maski otaczają Gianettina.

LOMELLIN

biorąc księcia na stronę

Łaskawy panie!Mówiłeś mi niedawno o pewnej dziewczynie,którą spotkałeś w kościele S. Lorenzo.

GIANETTINO

Prawda, mówiłem i muszę z niąsię zapoznać.

LOMELLIN

Mogę tę znajomość nastręczyćłaskawemu panu.

GIANETTINO

Możesz? — czy możesz?... Lomellin, niedawno podałeś się na prokuratora.Będziesz nim.

LOMELLIN

Łaskawy książę, jest to drugiemiejsce w państwie; więcej jak sześćdziesięciuszlachty dobija się o nie, a wszyscy bogatsii znakomitsi niżeli twój najpokorniejszy sługa.

GIANETTINO

Pioruny i Doria! będziesz prokuratorem. Trzy maski przysuwają się. Szlachta genueńska! Niechaj spróbuje na szali położyć,wszystkich przodków swoich i herby wszystkie,a jeden włosek z siwej brody mego stryja całąszlachtę genueńską w powietrze wysadzi. Jachcę, i ty prokuratorem zostaniesz. Moja wolawięcej znaczy niżeli głosy całej seniorii.

LOMELLIN

ciszej

Dziewczyna jest jedyną córkąniejakiego Werriny.

GIANETTINO

Dziewczyna jest piękną, i pomimowszystkich czartów piekła muszę ją skosztować.

LOMELLIN

Łaskawy panie! Jedyna córka najuporniejszego republikanina.

GIANETTINO

Pójdź do biesa z swoim republikaninem. Gniew wasala i moja namiętność! Jakby wieża latarni morskiej miała się w gruzachrozsypać, dlatego że uliczne chłopaki muszlamina nią ciskają. Trzy maski w silnym poruszeniu przysuwają się jeszcze bliżej. Czy dlatego książę Andrzejokrył się bliznami w bitwach tych łapserdakówrepublikańskich, żeby jego synowiec musiał żebraćo względy ich dzieci i oblubienic? Piorunyi Doria! W tej chęci przełkną sobie ślinkę, albona popiołach stryja mego wystawię im szubienicę,na której ich genueńska wolność na śmierć sięzadławi.

Trzy maski cofają się.

LOMELLIN

Właśnie w tej chwili dziewczynajest samą. Jej ojciec tu się znajduje i jest jednąz trzech masek.

GIANETTINO

Tym lepiej! Prowadź mnie do niejnatychmiast.

LOMELLIN

Ale Wasza Wysokość szukać będziezalotnicy, a znajdzie tkliwe dziewczę.

GIANETTINO

Gwałt jest najlepszą wymową.Prowadź mnie co prędzej. Chciałbym obaczyć,czy pies republikański skoczy na niedźwiedziaDorię.Fiesko spotyka go we drzwiach.Gdzie jest hrabina?

SCENA SZÓSTA

Poprzedzający. Fiesko.

FIESKO

Właśnie ją do powozu odprowadziłem.Ściska rękę Gianettina i przykłada ją do piersi. Książę,podwójnie jestem w więzach twoich. Gianettinonad moją głową i Genuą panuje, jego boskasiostra nad sercem moim.

LOMELLIN

Z Fieska zupełny zrobił się epikurejczyk. Wielki świat dużo stracił na nim.

FIESKO

Ale Fiesko nie stracił nic na wielkimświecie. U mnie żyć to marzyć; być mądrym,Lomellinie, to marzyć przyjemnie. A na toczyż nie lepiej być na łonie rozkochanej kobiety,niźli pod piorunami tronu, gdzie koła rządzącejwładzy wiecznie skrzypią w uszach pełnychhałasu? Niech Gianettino Doria nad Genuą panuje!Fiesko chce kochać.

GIANETTINO

Chodź, Lomellin. Północ niezadługo,zbliża się godzina. Dzięki, Lawania, za ugoszczenie wasze. Jestem zadowolony.

FIESKO

To wszystko, książę, czego pragnąć mogę.

GIANETTINO

A więc dobranoc. Jutro zabawa u Doriów, i Fiesko jest zaproszony. Chodź, prokuratorze.

FIESKO

Hej! Światła, muzyki!

GIANETTINO

dumnie obok trzech masek przechodząc

Z drogi przed imieniem księcia!

JEDNA Z TRZECH MASEK

mrucząc

W piekle —ale nie tu w Genui!

GOŚCIE

ruszając się

Książę wychodzi. — Dobranoc, Lawania!

Wychodzą tłumnie.

SCENA SIÓDMA

Trzy czarne maski. Fiesko. Chwila milczenia.

FIESKO

Postrzegam tu gości, co uciech biesiadymojej nie dzielą.

MASKI

z nieukontentowaniem jedna po drugiej

Anijeden.

FIESKO

Miałżeby, mimo dobrej mej chęci, choćjeden Genueńczyk wychodzić stąd niezadowolony!Służba, hej żwawo! niech bal na nowo rozpocznąi wielkie napełnią kielichy. Nie chciałbym, żebyktoś nudów u mnie doświadczał. Każecie, bymwasze oczy sztucznymi ubawił ogniami? Niepodoba wam się czasem słuchać śmiechówmojego arlekina? Może przy moich pokojówkachznajdziecie rozrywkę? Albo siądziemy do faraona,żeby czas grą zabić?

JEDNA MASKA

Myśmy go zwykli płacićczynami.

FIESKO

Męska odpowiedź — i to jest Werrina!

WERRINA

zdejmując maskę

Fiesko prędzej przyjaciół twoich pod ich maskami znajduje niż oniFieska pod jego.

FIESKO

Tego nie rozumiem. Ale co znaczykrepa na twoim ramieniu? Miałżeby Werrinakogo ze twoich pochować — a Fiesko o tymnie wiedzieć?

WERRINA

Wiadomość pogrzebowa nie przydasię dla Fieska biesiad wesołych.

FIESKO

Ale jeżeli przyjaciel go woła?Cisnąc jegorękę z uczuciem. Przyjacielu duszy mojej! Ktoumarł nam obu?

WERRINA

Prawda — nam obu, nam obu!Ale nie wszyscy synowie noszą żałobę po matce.

FIESKO

Matka twoja od dawna w proch sięobróciła.

WERRINA

znacząco

Pamiętam, że Fiesko bratemmnie nazywał dlatego, żem był synem jegoojczyzny.

FIESKO

żartobliwie

Ach! Czy to o tym? Na tenżart więc cała wymierzona mowa? Żałoba poGenui! A w samej rzeczy, Genua już dogorywa.Pomysł nowy i jedyny. Nasz krewniak zaczynadowcipną być głową.

KALKANIO

On ci to, Fiesko, bez żartu powiedział.

FIESKO

Zapewne, zapewne! Właśnie tak było.Sucho i płaczliwie. Żart wszystko traci, gdyżartowniś sam się śmieje — a tu właśnie pogrzebowa twarz była. Czyżem ja myślał, żeponury Werrina na stare swoje lata wesołymszpakiem zostanie?

SAKKO

Chodź, Werrina! Nigdy on naszym niebędzie.

FIESKO

Tylko wesoło odchodźmy, kolego!Bądźmy przynajmniej jak ci chytrzy dziedzice, coszlochając idą za karawanem, a pod chustkągłośno się śmieją. Czy dlatego zła macocha masię nam dostać? Choćby i tak było, macochaniech zrzędzi, a my hulajmy.

WERRINA

żywo poruszony

Boże na niebie! I nicnie róbmy? — Gdzież ty, Fiesko, zaszedłeś? Kędyja znajdę owego tyranów nieprzyjaciela! Pamiętamczas, gdzie ty łamania kości na sam widokkorony dostać by mogłeś. — Upadły synu rzeczypospolitej! Kiedy czas duchy nawet zużywa, naciebie spadnie wina, że ja szeląga nie dam zaswoją nieśmiertelność.

FIESKO

Z ciebie gdera wiekuisty. Niechsobie Genuę schowają do kieszeni i tunezyjskiemusprzedają korsarzowi — co to nas obchodzi?My cypryjskie pić będziemy wino i pięknedziewczęta całować.

WERRINA

surowym patrząc na niego okiem

Czy to jest twoja prawdziwa, bez żartu odpowiedź?

FIESKO

Czemu nie, przyjacielu? Czy to takarozkosz wielka być jedną nogą tego leniwegowielonożnego zwierzęcia, które rzecząpospolitązowiemy? Dziękujmy raczej, jeżeli kto skrzydełzechce mu użyczyć i od posług nogi uwolnić.Gianettino Doria będzie książęciem — sprawykrajowe nas więcej troszczyć nie będą.

WERRINA

Fiesko! I to jest twoja prawdziwa,bez żartu odpowiedź?

FIESKO

Andrzej ogłasza swojego synowcasynem i dziedzicem dóbr swoich, kto będzieszaleńcem i o dziedzictwo jego władzy się spierać?

WERRINA

z najwyższym nieukontentowaniem

Chodźciewięc, Genueńczycy!

Opuszcza Fieska, inni wychodząza nim.

FIESKO

Werrina! — Werrina! — Ten republikanin twardy jest jak stal. —

SCENA ÓSMA

Fiesko. Nieznajoma maska.

MASKA

Czy masz jedną wolną chwilę, Lawania?

FIESKO

przystępując do niej

Dla ciebie godzinę.

MASKA

Bądź więc łaskaw wyjść ze mną na miasto.

FIESKO

Mamy pięćdziesiąt minut na dwunastą.

MASKA

Czy zechcesz, hrabio?

FIESKO

Każę zaprząc do powozu.

MASKA

To zbyteczne. Wyślę konia naprzód.Więcej nie potrzeba, bo mam nadzieję, że tylkojeden z nas wróci.

FIESKO

zmieszany

I...?

MASKA

Za pewną łzę krwawego od ciebieżądają rachunku.

FIESKO

A ta łza?

MASKA

Niejakiej hrabiny Lawania. Znam dobrzetę kobietę i chcę wiedzieć, czym ona zasłużyłaofiarą być głupiej niewiasty?

FIESKO

Teraz cię rozumiem. Czy mogę zapytaćo imię tego dziwnego opiekuna?

MASKA

Jest to ten tam, który pannę Ciboniegdyś ubóstwiał i ustąpił przed narzeczonymFieską.

FIESKO

Scipio Burgonino.

BURGONINO

zdejmując maskę

A który dziś tustaje zadosyć uczynić honorowi swojemu, coustąpił przed rywalem tak mało wzniosłym, żeprzez niego łagodna dusza ponosi męczarnie.

FIESKO

ściska go z uczuciem

Szlachetny młodzieńcze! Błogosławię cierpienia małżonki mojej,kiedy tak godną znajomość mi podają. Czujęwzniosłość twojego gniewu, ale bić się nie będę.

BURGONINO

cofając się

Hrabia Lawania miałbysię lękać pierwszej próby mojego oręża!

FIESKO

Burgonino! Z całą potęgą Francji bićsię będę, ale nie z tobą! Szanuję ten drogi zapałza powód jeszcze droższy. Na wieniec laurowychęć twoja zasłużyła, ale czyn byłby dziecinny!

BURGONINO

urażony

Dziecinny, hrabio! Dziewicaobrażona płakać tylko może — do czegóżmężczyzna?

FIESKO

Wybornie powiedziane; ale ja bić sięnie będę.

BURGONINO

odwraca się i chce odchodzić

Pogardzętobą.

FIESKO

z żywością

Na Boga, młodzieńcze! Tegonie uczynisz, chociażby cnota stracić miała cenę.Biorąc go za rękę. Miałeś kiedy dla mnie uczucie,które — jakże ja powiem? czcią nazywa się?

BURGONINO

Czyżbym ustąpił człowiekowi, którego bym pierwszym nie uznał z ludzi?

FIESKO

A więc, przyjacielu! Człowiek, który nacześć moją zasłużył, długo by czekał, nim bym nimpogardził. Sądzę, że tkanina mistrza powinna takbyć sztuczną, żeby lekkomyślnemu czeladnikowina pierwszy rzut do oka nie wpadła. — Wracajdo siebie, Burgonino, i użyj czasu, aby rozważyć,dlaczego Fiesko tak a nie inaczej działa.Burgonino w milczeniu odchodzi. Idź, szlachetny młodzieńcze! Jeśli takie serca biją w ojczyźnie,Doriom mocno stać trzeba.

SCENA DZIEWIĄTA

Fiesko. Murzyn wchodzi bojaźliwie i starannie naokoło się ogląda.

FIESKO

uważając go pilnym okiem

Czego tu chceszi kto jesteś?

MURZYN

Niewolnik rzeczypospolitej.

FIESKO

Niewola jest podłym rzemiosłem. Zawszego pilnie śledząc oczyma. Czego tu szukasz?

MURZYN

Panie, uczciwym jestem człowiekiem.

FIESKO

Ten szyld przyczep do czoła, zbytecznymnie będzie. — Czegoż tu szukasz?

MURZYN

starając się bliżej przystąpić. Fiesko usuwa się

Panie, łajdakiem nie jestem.

FIESKO

Dobrze, że o tym uwiadamiasz — ale tonie dosyć.Z niecierpliwością. Czego tu szukasz?

MURZYN

Czy wy jesteście hrabia Lawania?

FIESKO

dumnie

Ślepi w Genui znają mój chód.— Na co ci hrabia potrzebny?

MURZYN

Bądźcie ostrożnym, Lawania!

Ostronacierając.

FIESKO

odskakując na drugą stronę

Jestem w istocie.

MURZYN

znowu nacierając

Niedobre mają przeciwwam zamiary, hrabio Lawania!

FIESKO

usuwając się

Widzę to wyraźnie.

MURZYN

Strzeżcie się Dorii.

FIESKO

poufale zbliżając się do niego

Przyjacielu!Może niesprawiedliwy byłem względem ciebie.Tego imienia lękam się w istocie.

MURZYN

Chroń się więc przed nim. Umiecieczytać?

FIESKO

Zabawne pytanie! Sługiwałeś zapewneu szlachty. Masz co na piśmie?

MURZYN

Twoje imię, przy kilku innych biednychgrzesznikach.

Podaje mu papier i stara się blisko niegoumieścić. Fiesko staje przed zwierciadłem i zyzem spogląda na papier. Murzyn obchodzi go wokoło, na koniecdobywa sztyletu i chce nim przebić.

FIESKO

odwraca się zręcznie i chwyta za ramię Murzyna

Powoli, hultaju!

Wyrywa mu sztylet.

MURZYN

tupiąc nogą o podłogę

Tam do diabła!— przepraszam!

Chce uciekać.

FIESKO

porywa go i głośno woła

Stefan! Drullo!Antonio! Za gardło trzymając Murzyna. Zatrzymaj się,dobry przyjacielu! Piekielne łotrostwo!Służącywpadają. Zostań i odpowiadaj! Niegodny czynpopełniłeś. U kogo o twój zarobek upominać siębędziesz?

MURZYN

po wielu próżnych usiłowaniach wymknięciasię, z rezygnacją

Wyżej mnie powiesić nie mogąjak na szubienicy.

FIESKO

O nie, pociesz się! Na rogach księżycanie powieszą pewnie — jednakże tak wysoko,że ci się szubienica wyda piórkiem od zębów.Ale twój wybór był mądro polityczny, i twemuwrodzonemu dowcipowi przypisać go nie można.Mów więc, kto cię wynajął?

MURZYN

Możesz mnie, panie, łajdakiem nazywać, ale nazwiskiem głupca lżyć siebie niepozwalam.

FIESKO

Patrzajcie, to bydlę ma jeszcze dumę.Mów mi, ośle, kto cię wynajął?

MURZYN

namyślając się

Hum! Więc ja nie samgłupi byłem? — Kto mnie wynajął? — i za stonędznych cekinów! — Kto mnie wynajął? —Książę Gianettino.

FIESKO

urażony przechadzając się wzdłuż pokoju

Stocekinów i nic więcej za głowę Fieska? Wstydźsię, królewiczu Genui! Idąc do szkatułki. Tu jest,hultaju, tysiąc cekinów dla ciebie i powiedztwojemu panu, że z niego skąpy rozbójnik.Murzyn ogląda to od stóp do głowy. Namyślasz się?Murzyn bierze pieniądze, kładzie i znowu, znowu podnosii ciągle ogląda Fieska z największym zadziwieniem. Corobisz, hultaju?

MURZYN

rzucając pieniądze na stół

Panie, ja tychpieniędzy nie zarobiłem.

FIESKO

Łotrze z baranią głową, na szubienicęzarobiłeś! Rozgniewany słoń tratuje człowieka,ale nie robaka pełznącego. Kazałbym cię powiesić,gdyby mnie to co więcej nad dwa słowakosztować miało.

MURZYN

z niskim ukłonem

Pan zanadto łaskawy!

FIESKO

Broń Boże, nie dla ciebie. Podoba misię, że takiego łajdaka jak ty, mogę podługkaprysu zdruzgotać albo ocalić — dlategowolno odejść możesz. Uważaj tylko: twojaniezręczność jest dla mnie rękojmią nieba, żemja do czegoś wielkiego przeznaczony — stądłaska moja, stąd twoje uwolnienie.

MURZYN

Uderz w dłoń, Lawania! Pięknaczynność warta jest drugiej. Jeżeli kto na tejpółkuli nosi gardło niepotrzebne tobie — rozkaż,a poderżnę go bezpłatnie.

FIESKO

Grzeczne bydlę — cudzym gardłemchce mi odpłacać.

MURZYN

My nic darmo nie bierzemy, panie,i u nas honor w duszy.

FIESKO

Honor rzeźnika!

MURZYN

Może on żywszy i silniejszy jakwaszych ludzi honorowych. Oni przysięgi swojełamią Panu Bogu, my je święcie dochowujemyszatanowi.

FIESKO

Zabawny łotr z ciebie!

MURZYN

Cieszę się, że macie gust do mnie.Wystaw mnie hrabio na próby, a poznasz człowieka, co swoje rzemiosło zna ekspedite. Wyzwijmnie, panie — a z każdego cechu łotrostwapokażę świadectwa najdoskonalsze — od najniższegodo najwyższego.

FIESKO

Cudowne rzeczy! Siadając. A więcłotry nawet mają swoje prawa i godności?Zacznijże od najniższego.

MURZYN

Pfe, łaskawy panie, jest to pogardliwewojsko długorękich. Nędzne rzemiosło, cojeszcze wielkiego nie wylęgło człowieka — nabizuny i dom poprawy pracuje i wiedzie conajwięcej do szubienicy.

FIESKO

Ponętny cel podróży? Ciekawy jestemlepszego.

MURZYN

Są to szpiegi i podsłuchiwacze.Znakomici panowie, którym magnaci użyczająswojego posłuchu, iżby do swojej wszechwiedzycokolwiek zaczerpnąć. Oni to jak pijawki doduszy się wgryzą, wysączą truciznę z głębi sercai podadzą komu należy.

FIESKO

Znam to — dalej!

MURZYN

Kolej przychodzi na zbójców, naprzyprawiaczów trucizn i tych wszystkich,co swoją ofiarę długo upatrują, zanim ją z nienacka z tyłu pochwycą. Lękliwe piecuchy, a jednakza naukę szatanowi biedną duszą płacą. Tu jużsąd ziemski wyżej się posuwa: łamie ich kościna koła, głowy ich sprytne na palach wystawia.Jest to trzecia klasa.

FIESKO

Mówże, kiedy twoja przyjdzie?

MURZYN

Pioruny! Tu łaskawy panie, właśniejest szczyt chwały. Jam te wszystkie klasyprzechodził. Geniusz mój wcześnie każdą przeskakiwał zaporę. Wczoraj w wieczór dokonałemmistrzowskiego popisu w trzeciej, przed godzinąfrycem zostałem w czwartej.

FIESKO

Któraż więc czwarta?

MURZYN

żywo i z zapałem

Tu są ludzie, coswoją zwierzynę między czterema ścianami wyśledzą, wśród niebezpieczeństw wyrąb dla swojejdrożyny przygotują, prosto w oczy skocząi pierwszym ukłonem nie dadzą czasu zadrugi ukłon podziękować. W naszym językunazywają się oni piekła ekstrapocztą. Jak tylkoMefistofela kaprys napadnie, jedno skinienie —a ciepła mu z rożna kurzy się pieczeń.

FIESKO

Z ciebie łotr na wszystkie zastawki.Dawno mi takiego było potrzeba — podaj mi rękę!Biorę cię do służby.

MURZYN

Czy to prawda, czy żart?

FIESKO

Prawda najistotniejsza — tysiąc cekinówmasz na rok.

MURZYN

Top, Lawania! Jestem twoim i doczarta niech idzie życie prywatne. Używaj mniedo czego zechcesz. Bierz mnie na wyżła, nabrytana, na lisa, na węża, na kuplera czy nakata. Do wszystkich spraw posyłaj; tylko naduszę moją, do uczciwej nie zaprzęgaj roboty, botam ja jak pniak niezgrabny.

FIESKO

Nie troszcz się — komu ja jagnięposyłam, wilka na posła nie wezmę. Zaraz więcrano Genuę obiegaj i dośledź, jak stoją interesapaństwa. Dowiedz się, co myślą o rządzie, coo domu Doriów podszeptują. Wybadaj na ostre,co moi ziomkowie o moim rozpustnym przebąkują życiu, co myślą o moich miłostkach. Zalejim winem mózgownice, żeby się serca z swoimuczuciem wylały. — Tu są pieniądze, syp jepomiędzy kupcami jedwabiów.

MURZYN

w niepewności patrzy mu w oczy

Panie!...

FIESKO

Nie lękaj się — nic w tym uczciwegonie ma. Bież i całą twoją hałastrę na pomocprzyzwij. Na rano przyniesiesz swoje nowiny.

Odchodzi.

MURZYN

idąc za nim

Spuść się na mnie. Terazjest czwarta? Jutro o ósmej tyle wiadomościnaznoszę, ile sto uszów nie zdoła usłuchać.

Odchodzi.

SCENA DZIESIĄTA

Pokój w domu Werriny.

Berta na sofie z głową rękoma zakrytą. — Werrinawchodząc ponury.

BERTA

przestraszona wstaje

Boże! To on!

WERRINA

w milczeniu, spogląda na nią zdziwiony

Mojacórka ojca się przelękła.

BERTA

Uciekaj! Puszczaj mnie! Ach ty strasznyojcze!

WERRINA

Straszny dla mego jedynego dziecka?

BERTA

z bolesnym wejrzeniem

Nie! Tobie trzebainną mieć córkę.

WERRINA

Czy ci czułość moja dokucza?

BERTA

Ach! Na śmierć, ojcze!

WERRINA

Jak to? Jakież to, córko, przyjęcie?Niegdyś gdy do domu z ciężkim jak góra w sercuwracałem brzemieniem, Berta naprzeciw mnieleciała i jednym uśmiechem zdejmowała ciężar.Chodź, uściskaj mnie, córko! Na tym łonieognistym niech się rozgrzeje moje serce przyłożu śmiertelnym ojczyzny przeziębłe. Dziecięmoje! Dziś ja wszystkie uciechy natury pożegnałem i tylko ty jedna pozostałaś dla mnie!

BERTA

spogląda na ojca długim spojrzeniem

Nieszczęśliwy ojcze!

WERRINA

przyciskając ją do siebie

Berto! jedyne dziecię moje! Berto, moja ostatnia nadziejo!Wolność Genui przepadła — Fiesko zgubiony —Bądź ty nałożnicą!

BERTA

wyrywa się z jego objęcia

Boże święty — ty wiesz?

WERRINA

drżący

Co?

BERTA

Cnota moja dziewicza...

WERRINA

z wściekłością

Co?

BERTA

Tej nocy...

WERRINA

jakby w szaleństwie

Co?

BERTA

Gwałt!

upadła na kanapę

WERRINA

po długim straszliwym milczeniu, głosem przytłumionym

Jeszcze raz tylko, córko, raz ostatniodetchnij i powiedz — kto?

BERTA

Biada mi! ach! Tej bladości śmiertelnejnie przybieraj, ojcze! Wspomagaj mnie, Boże! Onjąka się i drży.

WERRINA

Nie mogę jednak wiedzieć, mojacórko! kto?

BERTA

Spokojnie, spokojnie, mój drogi, mójnajlepszy ojcze!

WERRINA

Na imię Boga! Kto?

Chce upaść przednią na kolana.

BERTA

Maska.

WERRINA

cofając się

Nie! To być nie może!Tej myśli Bóg mi nie przysyła. Z szyderskimuśmiechem. Stara głowo, czyliż wszelki jad z jednejtylko i tej samej ropuchy wybryzga? Do Bertyspokojniej. Wzrostu jak mój, czy niższego?

BERTA

Wyższego.

WERRINA

prędzej

Włosy czarne, kędzierzawe?

BERTA

Kędzierzawe, czarne jak węgiel.

WERRINA

odchodząc od niej chwiejącym się krokiem

Boże, moja głowa! Moja głowa! — A głos?

BERTA

Głos gruby i mocny.

WERRINA

żywo

Jakiego koloru? — Nie, jużsłyszeć nie chcę! — Płaszcz — jakiego koloru?

BERTA

Płaszcz zielony, jak mi się zdawało.

WERRINA

obie ręce trzymając na twarzy upada nasofę

Nie bój się, to tylko zawrót głowy, córko.

Opuszcza ręce, bladość pokrywa twarz jego.

BERTA

załamując dłonie

Litościwe nieba! Ja ojcaw tych rysach poznaję.

WERRINA

z gorzkim uśmiechem po chwili milczenia

Dobrze ci tak, dobrze ci tak, lękliwy Werrino— za mało ci było, że łotr świętość praw naruszał, musiał aż świętości krwi twojej dotykać.Zrywając się. Żywo, wołaj mi Mikołaja — prochui ołowiu! — albo czekaj, co innego przyszłomi do głowy. Daj mi miecz mój, a sama odmawiaj Ojcze nasz. Kładąc rękę na czole. Co ja chcęrobić?

BERTA

Ojcze! Mnie tak okropnie!

WERRINA

Chodź tu, usiądź przy mnie. Znacząco.Berto, opowiedz mi, Berto, co zrobił ten siwyRzymianin, gdy jego córkę takie — jakże bopowiedzieć? tak przystojną, jak ciebie znaleziono...Słuchaj Berto, co mówił Wirginiusz do swojejcórki znieważonej?

BERTA

ze strachem

Nie wiem, co mówił.

WERRINA

Głupia głowo! — Nic nie powiedział. Za oręż swój chwytając. Za nóż porwałzabójczy.

BERTA

przestraszona rzuca mu się na łono

Boże mój wielki! Co ty począć chcesz, ojcze?

WERRINA

rzuca oręż na ziemię

Nie! — jeszczesprawiedliwość jest w Genui.

SCENA JEDENASTA

Poprzedzający. Sakko. Kalkanio.

KALKANIO

Werrino! Co żywo gotuj się natychmiast. Dzisiaj wybory rzeczypospolitej zaczynają się. Chodźmy wcześnie do seniorii, dziewięciu senatorów wybierać. Ulice tłumem ludunapełnione. Cała szlachta do ratusza dąży.Szyderczo. Przecież pójdziesz z nami, na tryumfnowej spoglądać wolności.

SAKKO

Miecz na zemi leży. Werrina dzikopogląda. Berta ma oczy czerwone.

KALKANIO

Przez Boga — dopiero to postrzegam,Sakko! Tu jakieś nieszczęście się stało.

WERRINA

stawiając dwa krzesła

Siadajcie.

SAKKO

Zastraszasz nas, przyjacielu!

KALKANIO

Jeszczem cię takim nigdy nie oglądał.Gdyby Berta nie płakała, musiałbym pytać, czyGenua nie przepada.

WERRINA

straszliwym głosem

Przepada! — Siadajcie!

KALKANIO

gdy obaj usiedli

Człowieku! Zaklinam cię!

WERRINA

Słuchajcie!

KALKANIO

Jaki domysł przychodzi mi, Sakko!

WERRINA

Genueńczycy! Wy obaj znacie starożytność imienia mojego. Wasi przodkowie ogonyszat za moimi nosili. Moi ojcowie w bitwachprzewodzili krajowi. Moje matki matkom genueńskimza przykład służyły. Honor był jedynym dobremnaszym i syn go po ojcu odziedziczał — czyzna kto inaczej?

SAKKO

Nikt!

KALKANIO

Nikt, jak Bóg na niebie!

WERRINA

Ostatni jestem z rodu mojego.W grobie żona spoczywa. Ta córka jest Jejostatnią spuścizną. Genueńczycy, wyście świadkami,jakem ją wychowywał. Czy jest kto, co by wystąpiłi mnie oskarżał, żem swoją Bertą zaniedbywał?

KALKANIO

Twoja córka jest w kraju wzoremcnoty.

WERRINA

Przyjaciele! Jestem stary człowiek.Gdybym ją utracił, drugiej mieć już nie mogę.Pamięć ma zniknie. Straciłem ją! Zhańbiony ródmój!

OBAJ

wzruszeni

Niech cię Bóg od tego zachowa!

Berta w jękach, tarza się po sofie.

WERRINA

Nie! — Nie rozpaczaj, córko! Ciludzie mężni są i uczciwi. Nad tobą gdy onizapłaczą, krew gdzieś toczyć się będzie. Niepoglądajcie z takim podziwieniem. Wolno z naciskiem. Kto Genuę ujarzmia, może zgwałcićdziewicę.

OBAJ

powstając z krzeseł

Gianettino Doria!

BERTA

z krzykiem

Zwalcie się mury na mnie!Mój Scipio!

SCENA DWUNASTA

Ciż. Burgonino.

BURGONINO

Podskocz, dziewczyno — szczęśliwa wiadomość. Szlachetny Werrino, przyszedłemniebo swoje na twoich ustach położyć. Od dawnajut kocham córkę twoją, a nigdy nie śmiałemo jej rękę prosić, bo całe mienie moje płynęłona wiotkich statkach. Ale w tej chwili pięknymajątek przybija do portu i jak mówią, niezmierzone wiedzie dla mnie skarby. Jestem bogaty —daj mi Boże, ja ją szczęśliwą uczynię.

Berta się zasłania. Długa pauza.

WERRINA

Czy masz chęć, młodzieńcze, w błotoserce swoje rzucić?

BURGONINO

porywa za oręż, ale w tej samej chwili cofa rękę

To ojciec powiedział.

WERRINA

To samo ostatni łajdak powie ciwe Włoszech. Czyż zadowalasz się resztkami zestołu innych?

BURGONINO

Starcze! Nie przywódź mnie doszaleństwa.

KALKANIO

Burgonino! Starzec prawdę mówi.

BURGONINO

w uniesieniu zbliża się do Berty

Prawdęmówi? Mnieżby dziewka oszukać miała?

KALKANIO

Nie tam, Burgonino! Dziewicajak anioł czysta.

BURGONINO

staje osłupiały

Jak zbawienia pragnę! — czysta, i zhańbiona! Nie pojmujętego. Spozieracie na siebie i stoicie w milczeniu.Jakieś nieszczęście, zbrodnia drży na ustachwaszych. Zaklinam was — na igraszkę nie ciągnijcie rozumu mojego. Ona byłaby czystą!Kto mówił, że czysta?

WERRINA

Moje dziecię winnym nie jest.

BURGONINO

A więc gwałt! Podnosi oręż z podłogi. Genueńczycy, przez wszystkie zbrodniepod słońcem! Gdzie — gdzież ja zbójcę wynajdę?

WERRINA

Tam, gdzie znajdziesz złodzieja Genui.

Burgonino w osłupieniu. Werrina w milczeniu przechadza się, wreszcie wraca.

WERRINA

Jeżelim zrozumiał skinienie twoje,o przedwieczna Opatrzności, ty chcesz Genuęprzez moją Bertę oswobodzić. Przystępuje do niej i z wolna odwija krepę z ramienia swego. Dopóki krewz serca Doriów nie zmyje haniebnej plamy twojego honoru, niech promień dzienny na tę twarznie pada. — Aż do tej chwili rzuca krepę na niąociemnij.

Milczenie — wszyscy wzruszeni spoglądają naniego.

WERRINA

kładąc uroczyście dłoń swoją na córki głowie

Przeklęte powietrze, co ciebie owieje! Przeklętysen, co twoje członki orzeźwi! Przeklęty człowiek,co litością nędzę twoją nawiedzi! Idź do najgłębszych sklepień mojego domu! Jęcz, skowycz,męczarnią swoją bieg czasu zwalniaj. Przerywanymgłosem. Twoje życie niech będzie wijącym siętarzaniem zdychającego robaka, uporną gruchocącąwalką między bytem i zniszczeniem! — Niech toprzekleństwo trzyma cię, dopóki Gianettino ostatniego nie wycharczy oddechu. Jeżeli nie —ciągnij je za tobą przez wieczność, aż znajdzieszpunkt, gdzie dwa końce jej koła stykają sięz sobą.

Długie milczenie, postrach w twarzach. Werrinaspogląda na każdego silnym i przenikliwym wzrokiem.

BURGONINO

Wyrodny ojcze! Cóżeś ty uczynił?To okrutne, potworne przekleństwo twojej biednejniewinnej córce?

WERRINA

Prawda — to straszliwie, mój czułyzięciu? — Z najsilniejszym znaczeniem. Kto z wasteraz wystąpi i z krwią zimną o przewłoce paplaćbędzie? Dola Genui na moją Bertę rzucona.Serce moje ojcowskie za powinność obywatelaodpowiada. Kto do tyla lękliwym będzie i zechcezbawienie Genui odwlekać, wiedząc, że to jagnięniewinne jego bojaźń męką nieskończoną opłacaćmusi? Przez Boga, to nie był pomysł głupca!Wykonałem przysięgę i nad dzieckiem nie zlitujęsię swoim, aż Doria upadnie, choćbym miałcoraz nowe męczarnie wymyślać jak pachołekkatowski, choćbym to jagnię niewinne na kanibalskiej zgruchotał katowni. Oni drżą — bladymijak duchy otaczają mnie twarzami! Jeszcze raz,Scipio! biorę ją w układ — żebyś ty tyranaumordował. Na tym drogim węźle trzymammocno twoją, moją, waszą powinność. GnębicielGenui upaść musi, albo dziewicę rozpacz umęczy.Nie odwołam.

BURGONINO

rzucając się do nóg Berty

Upadnieon — za Genuę upadnie — jako wół ofiarny.Jak pewno, że oręż ten w sercu Dorii zagłębię,tak pewno, że na twoich ustach złożę całusoblubieńczy.

wstaje

WERRINA

Pierwsza para, którą furie błogosławią! Podajcie sobie ręce. W sercu Dorii zagłębisz swój oręż? Weź ją — ona twoja.

KALKANIO

przyklęka

Oto jeszcze jeden klękaGenueńczyk i straszne swoje żelazo u nóg kładzie niewinności. Niech tak Kalkanio drogę donieba znajdzie, jak ten oręż ścieżkę do żywotaDorii.

wstaje

SAKKO

Ostatni, lecz niemniej w postanowieniumocny, klęka tu Rafał Sakko. Jeśli ten miecz mójnagi więzienia Berty nie otworzy, to niechajzamknie się ucho Zbawiciela na moją ostatniąw skonie modlitwę.

wstaje

WERRINA

rozweselony

Genua dziękuje wam przeze mnie, przyjaciele! Idź teraz, córko. Ciesz się, że ojczyzny jesteś wielką ofiarą.

BURGONINO

przyciskając ją

Idź, ufaj Bogu i Scipionowi. W jednym i tym samym dniu Bertai Genua będą wolne.

Berta oddala się.

SCENA TRZYNASTA

Pozostali.

KALKANIO

Nim dalej pójdziemy, jeszcze jednosłowo, Genueńczycy!

WERRINA

Zgaduję.

KALKANIO

Będzież dosyć trzech patriotówdo zgniecenia hydry tyraństwa? Nie trzebażlud podburzyć, szlachtę do naszego spiskuprzyciągnąć?

WERRINA

Rozumiem! Słuchajcie więc: oddawna na mojej płacy trzymam malarza, którycałą sztukę wysilił, ażeby upadek Appiusza Klaudiusza przedstawić. Fiesko jest malarstwa wielbicielem, wspaniałe sceny rozpalają go. Zaniesiemyobraz do jego pałacu i obaczymy, z jakim uczuciem oglądać go będzie. Może ten widok duchajego obudzi — Może...

BURGONINO

Precz z nim! Podwój niebezpieczeństwo, bohater mówi, ale nie liczbę walczących.Dawno ja w łonie swoim czułem takiego coś,czego niczym zaspokoić nie mogłem. Terazdopiero wiem, co to było. Mam cię, tyranie!

zasłona spada

AKT DRUGI

Przedsala w pałacu Fieska.

SCENA PIERWSZA

Leonora. Arabella.

ARABELLA

Nie — powiadam. Źleś pani widziała — zazdrość ci brzydkich pożyczyła oczów.

LEONORA

To był Julii żywy obraz — niewmawiaj daremnie. Moja sylweta na błękitnejwstędze wisiała, a ta była czerwono płomienista.Mój los rozstrzygnięty.

SCENA DRUGA

Poprzedzające. Julia.

JULIA

wchodząc z afektacją

Hrabia mi pałacswój ofiarował, ażebym się przypatrzyła paradzie,ciągnącej do ratusza. Czas mi się będzie za długiwydawał. Nim zrobią czekoladę, zabawiaj mniepani.

Bella oddala się i wraca po chwili.

LEONORA

Rozkażesz pani, ażebym towarzystwosprosiła?

JULIA

Zabawne — jakbym towarzystwa tutajszukać miała. Ty, pani, rozrywać mnie będziesz.Przechadzając się. Jeżeli do tego zdolną jesteś, pani! Bo wcale mi nie pilno.

ARABELLA

Ale wiele do czynienia miałby tenmurzynek! Jakie okrutnie, rozważ sinioro, pozbawiać perspektywki młodych elegantów tak pięknegowidoku? Ach! A też perły błyszczące, że ażoczy mogą oślepnąć! Przez Boga wszechmocnego!Pani całe morze wybrałaś!

JULIA

przed zwierciadłem

I to ci się dziwnąrzeczą wydaje, panienko? — Ale słuchaj nodziewczę, czyś ty i język swojej pani wynajęła?Ślicznie, pani! Gości swoich przez sługi zabawiać.

LEONORA

Jest to nieszczęście, sinioro, żemój zły humor zmniejsza przyjemność twojejobecności.

JULIA

Szkaradna nieznajomość świata robicię śmieszną i ociężałą. Żywo — a z dowcipem!to nie jest sposób przywiązania męża.

LEONORA

Jeden tylko sposób znany mi,hrabino! Twój niech na zawsze zostanie środkiemsympatycznym!

JULIA

nie zważając

A jak się trzymasz, mojapani! Pfe! Na ciałko twoje więcej potrzebawydatków — trzeba sztuki użyć, gdzie naturabyła ci macochą. — Na twarz trochę różu,żeby ta bezbarwna namiętność oczów nie raziła.Biedne stworzenie! Tym sposobem twarzyczkatwoja pewnie kupca nie znajdzie.

LEONORA

wesoło do Belli

Winszuj mi szczęścia,dziewczę moje! Niepodobieństwo, żebym Fieskamego straciła, albo nie straciłam nic na nim.

Bella nalewa czekoladę.

JULIA

O straceniu coś tam pomrukujesz?Ale, mój Boże! Skąd ci przyszedł ten napadtragiczny brać Fieska? Dlaczego piąć się natę wysokość, moje dziecko, z której konieczniemusisz być widzianą, porównywaną być musisz?Na mój honor, kochaneczko, musiał to być jakiśzłośnik, albo głupiec, co cię z Fieskiem złączył.Z litością biorąc ją za rękę. Poczciwa duszo, człowiek, który w towarzystwach dobrego tonuchciałby być cierpianym, nigdy twoją partią byćnie mógł.

Bierze filiżankę.

LEONORA

uśmiechając się do Arabelli

Albo w tychdomach dobrego tonu nie życzyłby sobie byćcierpianym?

JULIA

Hrabia ma postawę — znajomość świata— gust. Hrabia miał szczęście porobić dystyngowane znajomości. Hrabia ma charakter, ogień.I cóż? Wyrywa się gorący z tego koła świetnegotowarzystwa. Przychodzi do domu. Żona go witapowszednią czułością, gasi żar jego zimnym,ślinionym całusem, wydziela mu porcję pieszczotswoich, jak stołownikowi w oberży. Biednymałżonek! Tam mu kwitnący ideał się uśmiechał,tu smak mu brzydzi czułość nudząca. Sinioro, naBoga! nie straciż on rozumu — albo cóżodbierze?

LEONORA

podając jej filiżankę

Ciebie pani, jeżeligo już utracił.

JULIA

Dobrze. Widać, że ten ugryzek doszedłci aż do serca. Drżyj za ten żart, ale nim tonastąpi, rumień się.

LEONORA

Umiesz to, sinioro? Ale prawda!Wszakże to strój gotowalniany.

JULIA

Patrzajcie — trzeba aż było robaczkarozgniewać, żeby z niego iskierkę naturalnego dowcipu wydobyć. Na teraz dobrze. To był żart,pani — podaj mi rękę twoją, na zgodę!

LEONORA

podając jej rękę ze znaczącym wejrzeniem

Imperiali! — przed moim gniewem możesz byćbezpieczną.

JULIA

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.