drukowana A5
11.46
Rycerz Toggenburg

Bezpłatny fragment - Rycerz Toggenburg


Objętość:
5 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0859-1

„Rycerzu! Siostry niewinnej

   Wierne ci serce oddaję,

Lecz nie chciej miłości innej,

   Bo to we mnie serce kraje.

Niech moje oczy spokojne

   Ciebie spokojnym obaczą,

Te łzy ciche, nieprzystojne,

   Pojąć nie mogę, co znaczą”

Takie słysząc słowa ostre

   Z bólu ustami nie włada;

Gwałtownie uściskał siostrę

   I milczący na koń wsiada.

Śle do Helwetów krainy,

   Wnet luźny poczet ściągnięty

Jedzie w grody Palestyny,

   Na piersiach błyszczy krzyż święty.

Na czele bratnich orszaków

   Wieczystej dobił się chwały,

Zawsze kity ich szyszaków

   Pośród wrogów powiewały.

Zwalczył liczne muzułmany,

   Imię jego było trwogą,

Ale ciężkie serca rany

   Niczym się zgoić nie mogą.

Rok się już przed smutkiem chroni,

   Schronić się dłużej nie zdoła,

Już pokoju nie dogoni,

   Więc porzuca mężnych koła;

Na okręcie z podróżnymi

   Od Jopy brzegów odpływa,

Płynie do kochanej ziemi,

   Gdzie jej tchnieniem wiatr powiewa.

Przybywa przed zamek miły,

   Uderza we drzwi trzy razy,

Ale gdy się otworzyły,

   Słyszy te srogie wyrazy:

„Niebu teraz zaślubiona

   Malwina, świata się zrzekła,

Wczoraj przed ołtarz stawiona

   Zakonne szaty oblekła”.

Na to z ojcowskich podwoi

   Wychodzi w cichej rozpaczy;

Już nigdy lubych zbroi

   Ani konia nie zobaczy;

Zrzeka się chwały rycerza,

   Schodzi z grodu niepoznany,

Miasto hełmu i pancerza

   Włosianą szatą odziany.

Stawia chatkę na dolinie,

   U podnóżka owej góry,

Gdzie w czarnych świerków gęstwinie

   Bielą się klasztorne mury.

Tam czy wieczór, czy poranek,

   Ciągle patrząc na mur święty,

Siedział samotny kochanek

   Cichą nadzieją zajęty.

Tak wieczory i poranki,

   Tak przesiadywał dzień cały,

Patrzył się w okna kochanki,

   Aże szyby zabrzęczały,

Aż ujrzał lubą Malwinę,

   Aż jak anioł cicha, miła,

Poglądając na dolinę,

   Głowę z okna wychyliła.

A tak znowu pocieszony

   Szedł spokojny na posłanie,

Spał nadzieją otulony,

   Aż jutro ranek nastanie.

I tak wiele dni przeczekał,

   Tak przesiedział lat niemało,

Ani bolał, ni narzekał,

   Aże okno zabrzęczało.

Aż ujrzał lubą Malwinę,

   Aż jak anioł cicha, miła,

Poglądając na dolinę,

   Głowę z okna wychyliła.

I tak jednego poranka

   Ujrzano siedzące ciało:

Umarłe oko kochanka

   Jeszcze się w okno patrzało.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.