drukowana A5
28.16
Intryga i miłość

Bezpłatny fragment - Intryga i miłość


Objętość:
161 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0853-9

OSOBY

Pan Walter, prezydent na dworze niemieckiego książęcia

Ferdynand, syn jego, major

Kalb, marszałek dworu

Lady Milford, faworyta księcia

Wurm, prywatny sekretarz prezydenta

Miller, skrzypek

Jego Żona

Ludwika, ich córka

Zofia, pokojowa Lady Milford

Pokojowy księcia

StrażSłudzy

AKT I

SCENA I

Pokój w domu Millera.

Miller wstaje z krzesła i kładzie na bok basetlę. Przystole Żona jego w rannym ubiorze pije kawę.

MILLER

w poruszeniu i przechadzając się po scenie

Dosyć już tego! To rzecz nie na żarty. Córkamoja z majorem pójdzie na języki. Mój dom okrzyczą. Prezydent rzecz całą przewącha — i cóż? —oto krótko i zwięźle ja paniczowi zakażę tubywać.

ŻONA

Wszakżeś go do domu twego nie namawiał —córki nie narzucał.

MILLER

Do domum nie namawiał, dziewki nie narzucał; a kto o tym wspomni? — Byłem tu panemi trzeba było córce mores nakazać, szanownemupapie o synku dać wiedzieć — a tak, młodemubaronowi wytrą kapitułę, a cała burza spadniena skrzypiciela.

ŻONA

popijając kawę

Koszałki, opałki! Co spaść może na ciebie?Kto ci za złe weźmie? Pilnujesz rzemiosła i zbierasz uczniów, gdzie ich znaleźć można.

MILLER

Ale racz mi powiedzieć, co z tego wszystkiego na końcu wypadnie? Dziewczynę na żonęwziąć nigdy nie może — o ożenieniu tu ani gadać — a jeśli ma być... Zlituj się Boże! — Dobry dzień Jejmości! — Przypuśćmy, że ten paniczyk, tu i tam się szastając, poradził już sobie —diabeł nie śpi! --- tożby zasmakowało takąszklaneczkę słodkiej wody wypić. Pilnuj dobrze!Gdybyś do każdej szparki oko przytknęła, przedkażdą krwi kroplą straż postawiła; on ci z przednosa dziewczynę uchwyci, na swoje przerobii córka zhańbiona, życie całe na koszu osiędzie,albo znudzona, przyczepi się do rzemiosła —grożąc pięścią. Jezu Chryste!

ŻONA

Boże nas zachowaj!

MILLER

Ty się tylko zachowaj. Za czym innym tenwietrznik upędzać się może? Dziewka pięknai zgrabna i czysto się przybiera. Pod dachemniech co chce będzie. U was kobiet to fraszka,byle pieścidełko na świecie pokazać. Niech nomój wiercipięta ten artukuł zwietrzy, to mu ażjasno w oczach zaświeci i dopiero żagielki nawszystkie wiatry rozepnie. Cóż ja mam mówić? — Człowiek jest człowiekiem.

ŻONA

Gdybyś ty odczytał wszystkie piękne listymajora do naszej córki. Boże mój! Tam jak słońce stoi, że mu tylko idzie o jej piękną duszę.

MILLER

W tym właśnie jest sztuka — bić po worku, a osła ogrzmocić. Kto miłe ciałko chce tylkouraczyć, niechaj do serca w kumy posyła. A jaźjak robiłem? — Skoro się czarno na białym pokaże, że dwie dusze zawarły przymierze, to idwa ciała niebawnie pójdą za przykładem. Służba idzie za panem — a koniec zawsze wyjaśnia, że srebrny księżyc był tylko kusicielem.

ŻONA

Obacz no piękne książki, które pan major dodomu poznosił. Córka nasza na nich odmawiamodlitwy.

MILLER

świszcząc

Hej ha! ona się modli! — dobrześ odgadła.Prosta polewka za przykra dla brzuszka tuczonego makaronem, trzeba ją pierwej w zaraźliwejkuchni beletrystów przez szatana zaprawić.W ogień mi te brudy! Dziewczyna wysysaz nich tylko Bóg wie jakieś figle niebieskie, co pokrwi biegają jak muchy hiszpańskie i wywracająnauki Chrystusa, które zaledwie ojciec jako takojeszcze utrzymać może. W ogień powiadam —panienka nabija sobie głowę piekła świecidłami,w czułych rozmowach próżniackiego świata nie obaczy swojego domu, zapomni, wstydzić się będzie, że ojciec tylko na skrzypcach umiał wygrywać i gotowa odmówić na końcu poczciwegozięcia, który by się chętnie z moim stanem pogodził. Nie! Na Boga, nie! Zaraz mi pasztetyw żywy ogień rzucić — a panu majorowi ja sampokażę, gdzie stolarz drzwi porobił.

Chce odejść.

ŻONA

Upamiętaj się, Millerze! Nie raz pięknygrosz się zebrał z prezentów...

MILLER

wraca się i staje przed żoną

Krwawy grosz za córkę moją? — Do piekłaruszaj, przeklęta kuplerko! Wolę na żebraczymkiju, z moją skrzypką za suchy kawał chlebapiosenki wygrywać, wolę moją basetlę w kawałki roztrzaskać, gnój na rolę wozić, niźli używać grosza, na który jedyne dziecko moje zgubąhonoru i zbawienia musiało zarabiać. Nie pij tejprzeklętej kawy i nie zażywaj tabaki — a niebędzie potrzeby twarz dziecka twego na targowisko wynosić. Ja Bogu dzięki miałem dosyćstrawy i białą koszulę na ciele nosiłem, choć tenszałaput w domu się moim jeszcze nie rozkochał.

ŻONA

Tylko się ze drzwiami twymi nie odgrażaj.Poczekaj, aż pierwszy zapęd gniewu minie. Powiadam ci, że nie można pana majora tak niegrzecznie traktować, choćby dlatego, że jest synem prezydenta.

MILLER

Otóż świrszcz w ukropie. Dlatego właśnie, dlatego dziś się wszystko skończy. Prezydent będzie mi wdzięczny, jeżeli poczciwymjest ojcem. Wyczyść mi mój ceglasty surdutbajowy — a zaraz się jemu przedstawię i powiembez ogródki: Syn jaśnie oświeconego pana rzucił oko na moją dziewkę. Dziewka moja za niska jest na żonę dla jego syna, ale za wysokana jego nałożnicę — i basta — nazywam sięMiller.

SCENA II

Poprzedzający i Wurm.

ŻONA

Ach! Dobry dzień, panie sekretarzu! Przecież znowu mamy przyjemność oglądania jego.

WURM

Mnie się zdaje, pani kumo, że gdzie łaskaszlachcica gości, tam moja przyjemność mieszczańska niewiele znaczyć może.

ŻONA

Co też nie powiecie, panie sekretarzu! Wysoka łaska pana majora sprawia nam zapewnewielki plezir czasami; ale dlatego nikim wzgardzać nie będziemy.

MILLER

Żono! Krzesło podaj panu — racz się rozgościć.

WURM

kładzie laskę, kapelusz i usiada

No! jakże się miewacie, moi przyszli teściowie? — a może przeszli? — nie spodziewamsię jednak. Czy można pannę Ludwikę powitać?

ŻONA

Dzięki za pamięć, panie sekretarzu! Alemoja córka nie jest wcale dumna.

MILLER

ze złością trącając ją łokciem

Kobieto!

ŻONA

Żałuję bardzo, że nie może mieć honoru pozdrowienia pana sekretarza. W tej chwili poszłado kościoła.

WURM

To mnie cieszy, cieszy nieskończenie! Będęz niej dobrą chrześcijankę, pobożną mieć żonę.

ŻONA

z uśmiechem głupkowatym

Tak! — ale, panie sekretarzu! ...

MILLER

z widocznym pomieszaniem szczypie ją za ucho

Kobieto!

ŻONA

Jeśli mu w czym innym służyć możemy —to z wielką przyjemnością, panie sekretarzu!

WURM

z fałszywym spojrzeniem

W czym innym? — Pięknie dziękuję, pięknie dziękuję — hum, hum.

ŻONA

Ale pan sekretarz sam uzna...

MILLER

Pełen gniewu, silnie z tyłu uderzając żonę.

Kobieto!

ŻONA

Co dobre, to dobre, a co lepsze, to lepsze.Szczęściu własnego dziecka nie można na zawadzie stawać; sam to wyznasz, panie sekretarzu.

WURM

niespokojnie obraca się na krześle, skrobie się pogłowie i poprawia żaboty i manszetki

Sam wyznam? Nie! — ale tak!... Jakże torozumiecie?

ŻONA

No — ja myślę, mnie się zdaje, że kiedy PanBóg wybrał moją córkę na szlachciankę —

WURM

wstając z krzesła

Jak powiadacie? — jak? —

MILLER

Nie wstawaj! Siedź, panie sekretarzu! Mojażona to gęś głupia; skąd by się wziąć miała szlachcianka? Jakie tam diabeł rogi w tej gadaninie wyściubił?

ŻONA

Żartuj sobie, żartuj. Co wiem, to wiem —a co pan major mówił, to mówił.

MILLER

uniesiony porywa za skrzypce

Czy stulisz ty pysk twój przeklęty? Czychcesz, ażebym wiolonczelę na twojej czaszce potrzaskał? Co ty wiesz? — co on mógł mówić? —nie zwracaj, kumie, uwagi na paplarstwo kobiece. — Marsz do kuchni. Nie jestem przecieżtyle nierozsądnym, panie sekretarzu, ażebymdziewkę moją chciał przeć tak wysoko. O mniezapewne tego nie pomyślisz?

WURM

I na to nie zasłużyłem u was, panie kapelmajstrze! Miałem cię zawsze za słownego człowieka — a moje prawa do twojej córki były tak święte, jakby podpisane. Mam urząd, który na opędzenie potrzeb domowych wystarczy. Prezydentłaskaw na mnie. Gdy zechcę wyżej się podnieść,pleców nie zabraknie. Widzicie więc, że mojezamiary są prawdziwe; chyba jakiemu szlachcicowi wiercipięcie...

ŻONA

Panie sekretarzu Wurm! Więcej uszanowania, jeżeli prosić można.

MILLER

Trzymaj język za zębami, raz ci powiadam.Nie gniewaj się, kumie! Z nami po dawnemu.Co wam przeszłego lata mówiłem, to i dziś powtórzę. Córki mojej zmuszać nie będę. Starajsię o jej serce, a ona obaczy, czy może być z tobąszczęśliwą, pokręci głową — tym lepiej — w imięBoże chciałem powiedzieć; od niej weźmiesz harbuza, ale z ojcem wypijesz butelczynę wina.Nie ja, ale dziewczyna musi żyć z tobą. Dlaczegóż bym miał jej narzucać człowieka, którego ona kochać nie może? — Żeby mnie w starych latach zły duch, jak pieczeń na rożnieobracał, żebym w każdej szklance wina, w każdej łyżce zupy przypominał, słyszał wyrzuty: jesteś niegodziwiec, który własne dziecko zgubił.

ŻONA

Krótko i zwięźle, ja mego zezwolenia zupełnie odmawiam; moja córka na coś lepszegostworzona — a choćby mój mąż dał się namówić, ja przed sądem stanę.

MILLER

Czy chcesz ty, wietrzna pętlico, ażebym cinogi i ręce połamał!

WURM

Ojcowska rada u córki wiele znaczyć może — a wy mnie znacie, panie Millerze!

MILLER

Do piorunów! Dziewce, a nie mnie daj sięnaprzód poznać. Co ja, stary wyga, w tobieupatrzę, nie będzie łakociem dla młodej, wybrednej dziewczyny. Powiem ci, czy możesz przydać się do orkiestry — ale serduszko kobiecezanadto dla mnie figlarne. A potem kumie! Otci prawdę powiem, bom stary, poczciwy Niemiec.Córce mojej nikogo na męża doradzać nie będę — ale ciebie, panie sekretarzu, wręcz bymodradzał. Pozwól niech dokończę. Kochankowi,który ojca na pomoc musi przyzywać — daruj mi,ani na włosek wierzyć nie mogę. Jeżeli ma jakie uczucie, wstydzić by się powinien, swoje przymioty tą staromodną drogą do kochanki przyprowadzać — tam, za plecami ojca odbywa siękonkurencja. Trzeba, żeby dziewka wolała ojca i matkę, aniżeli jego opuścić; żeby samado nóg się rodzicom rzuciła i wypłakała sobiealbo czarną śmierć, albo najdroższego. Takiu mnie zuch! To u mnie się kochać nazywa,a kto tego u kobiet nie może — ten woli na drewnianym jeździć koniku.

WURM

porywa za laskę i kapelusz i wychodząc

Wielce obowiązany, panie Millerze!

MILLER

powoli idąc za nim

Za cóż? — za cóż, panie sekretarzu! Przecieżeście niczego nie doznali. (Wracając). Nie słucha i odchodzi. — A to jakbym truciznę, denderę zażywał ile razy tego lisiego skribusa obaczę — obrzydliwa istota, do ludzi niepodobna,jakby go przemycarz skąd inąd na świat Bożysprowadził. Małe mysie oczy, pełne chytrości —czerwone włosy, broda spiczasto zadarta — zdajesię, że natura z gniewu nad zepsutą pracą swoją,ten pień chropawy schwyciwszy, na rozdroże cisnęła. Nie — zanim bym córkę moją miał dać takiemu niecnocie, wolałbym ją — Boże odpuść!

ŻONA

Tak! — a każesz mi milczeć.

MILLER

Tyś także z twoim przeklętym paniczemgorącego sadła mi za kołnierz nalała. Co znaczyła ta gadanina o szlacheckiej pani i o córcetwojej? To stary smyk! Połóż mu co na nosie,a jutro na targowisku obaczysz. Paniczyk należy do tych ludzi, co przeglądają wszystko, cosię w domu dzieje; rozmawiają o piwnicy i kuchni,a przemknie się któremu przez język nieostrożnesłowo — baff — książę, faworyta, prezydent iwszyscy wiedzą — a na ciebie pioruny i burze.

SCENA III

Ludwika z książką w ręku. Poprzedzający.

LUDWIKA

kładzie książkę na stole i ojca w rękę całuje

Dobry dzień, kochany ojcze!

MILLER

Brawo moja Ludwiko! — cieszy mnie, że takpilnie o Stwórcy twoim myślisz. Bądź tak zawsze — a jego ramię wesprze cię w potrzebie.

LUDWIKA

Och! Jam wielce grzeszna, ojcze mój! —Był on tu, matko?

ŻONA

Kto, dziecię moje?

LUDWIKA

Zapominam, że oprócz niego i inni są ludzie.W mojej głowie taka pustynia. — Czy nie byłoWaltera?

MILLER

Rozumiałem, że moja Ludwika od dziś toimię w kościele zostawi.

LUDWIKA

patrząc w oczy ojca osłupiale

Pojmuję cię ojcze — czuję to żelazo, którezagłębiasz w sumienie moje; ale za późno. Pobożność mnie opuściła. Niebo i Ferdynand, mójojcze! walczą w duszy mojej — lękam się, lękam —ale nie, ojcze kochany! Mistrz największą pochwałę odbiera, gdy o nim zapominamy, patrząc nadzieło jego. Radość moja nad Boga arcydziełemkaże mi o Bogu zapomnieć. — Ojcze! Czyliż goto cieszyć nie powinno?

MILLER

ze smutkiem rzuca się na krzesło

Otóż mamy owoc bezbożnego czytania?

LUDWIKA

niespokojnie spozierając w okno

Gdzie on jest? Wysokie panie może go w tejchwili oglądają, słuchają rozmów jego — ja biedna opuszczona dziewczyna. Przestraszona własnymi słowami rzuca się w objęcie ojca. Ale nie!przebacz; nad losem moim nie płaczę — jedną mutylko myśl poświęcę — to tak mała ofiara! Dostatecznym byłoby szczęściem dla mnie to trochężycia mojego wyzionąć w cichy, uśmiechającysię zefirek, byle tylko lice jego ochłodzić — tenkwiatek drobny młodości mojej, w fiołek zamienić i umrzeć pod nogami jego. — Dumne, majestatyczne słońce nie ukarze muszki, co się w jego jasnych przegląda promieniach!

MILLER

wzruszony opiera się na poręcz krzesła i twarz sobie zakrywa

Słuchaj, Ludwiko! To trochę życia, które mizostaje, dałbym chętnie, gdybyś ty nigdy majoranie znała.

LUDWIKA

Co mówisz, ojcze? — Nie — tak myśleć niemożesz! Czyż nie wiesz, że Ferdynand jest moim; dla mnie stworzonym, dla mojej rozkoszyod ojca miłości. Po krótkim namyśle. Gdym poraz pierwszy ujrzała jego — i krew mi na twarzbiła, i radośniej pulsa uderzały — każde wzruszenie gadało, szeptał każdy oddech: to on, to ondawno marzony od serca twego — i głos ten byłechem całej natury radującej się ze mną! Wtenczas, o wtenczas pierwszy ranek zawitał do duszy mojej. Tysiące młodych uczuć serce napełniło, rozwinęło się jak kwiatki za wiosny błyśnieniem. Jużem świata nie widziała — a jednakon nigdy nie był dla mnie piękniejszym. — Zapomniałam Boga na niebie — a jednak go nigdywięcej nie kochałam.

MILLER

zbliżając się do niej i przyciskając do piersi

Ludwiko! Drogie, szlachetne dziecię moje —weź tę starą pochyloną głowę — weź wszystko, wszystko — ale majora, Bóg moim świadkiem — majora dać ci nie mogę.

Odchodzi.

LUDWIKA

I ja go teraz nie żądam, mój ojcze! Jednomarzenie, marzenie o Ferdynandzie wypija rozkosznie tę kroplę skąpą czasu życia doczesnego.Tu, na tej ziemi, wyrzekam się kochanka. Tam,matko, tam, gdy stanów różnice przepadną — ludzie będą ludźmi — ja tylko z sobą niewinnośćprzyniosę. Ale ojciec nie raz mi powiadał, żepyszne tytuły i marne ozdoby stracą wartośćswoją, gdy Bóg przyjdzie i ceny serca podniesie.Tam będę bogatą, bo tam łzy za tryumfy, a piękne myśli za przodków rachują. Twoja córka,matko, będzie szlachcianką i on niczym nad niąnie zdoła się wznosić.

ŻONA

podskakując w górę

Ludwiko! Major! — skacze już przez kładkę — gdzie się ukryję?

LUDWIKA

ze drżeniem

Zostań tu, matko!

ŻONA

Boże! Jakże ja wyglądam! — muszę sięwstydzić — dalibóg, tak się przed nim pokazaćnie można.

Odchodzi.

SCENA IV

Ferdynand, Walter i Ludwika.

FERDYNAND

bieży do niej — Ludwika blada upada na krzesło —on w niemym wzruszeniu staje przed nią — chwilamilczenia

Ty taka blada, Ludwiko!

LUDWIKA

wstaje i wiesza mu się na szyi

Nic mi nie jest — tyś się pokazał i wszystko już przeszło.

FERDYNAND

całując jej rękę

Kochasz mnie jeszcze, Ludwiko moja? Bomoje serce wczorajsze. Przylatuję, chcę widzieć, czy ty jesteś wesołą, i odejść, i z tobąwspólnie się radować. Tyś smutna, Ludwiko!

LUDWIKA

Nic — nic, mój kochanku!

FERDYNAND

Mów prawdę! Tyś smutna! Ja w duszy twojej tak jasno patrzę, jak w czystej wodzie tegobrylantu pokazując na pierścień. Tu ja postrzegę skazkę najdrobniejszą, a na twojej twarzykażdą myśl grającą. Co ci jest? — mów prędko.Byle na twoim licu pogoda jaśniała, nie ma dlamnie chmurki na niebie całym. Co cię udręcza?

LUDWIKA

patrzy na niego czas niejaki w milczeniu, a potemz boleścią wymawia

Ferdynandzie! Gdybyś ty wiedział, jak śmiesznie w tej mowie wygląda córka mieszczańska.

FERDYNAND

Co to jest! — Dziewczyno! Skąd te myśliwzięłaś? Ty dla mnie jesteś Ludwiką moją! Ktomówi, że ci więcej jeszcze potrzeba? Fałszywa!Czy w tej zimnej rachubie mam cię spotykać?Gdybyś ty cała w miłości była, gdzieżby czas sięznalazł na porównywanie. Przy tobie mój rozum w jeden wzrok się topi — bez ciebie w jeden sen o tobie — a ty w miłości rozsądku przyzywasz? Wstydź się! Tę nawet chwilę twegorozważania ukradłaś życiu twojego kochanka.

LUDWIKA

bierze go za rękę i wstrząsa głową

Chcesz mnie uśpić, Ferdynandzie! Odwrócićoczy od tej przepaści, do której runąć muszę niewątpliwie. Ja patrzę w przyszłości. — Głossławy — twoje zamiary — twój ojciec — mojenic! — przestraszona spuszcza jego rękę. Ferdynandzie! Miecz wisi nade mną i nad tobą —rozdzielą nas!

FERDYNAND

Rozdzielą nas? Skąd to przeczucie, Ludwiko moja? Rozdzielą nas? kto może zniszczyćdwóch serc przymierze — dwa dźwięki jednejrozerwać harmonii. Ja szlachcic — ale czyż dyplom mój starszy niżeli zarys do wielkiej świataprzestrzeni, ale czyż herb mój ważniejszy, niżeli w oczach Ludwiki napis niebiański: ta kobieta dla tego człowieka. Jestem prezydenta synem — cóż, jeżeli nie miłość, osłodzi przekleństwa,które mi zdzierstwo ojca mojego w testamencieprzekaże?

LUDWIKA

O! Tego ojca — jakże ja się lękam.

FERDYNAND

Ja niczego — tylko granic miłości twojej.Choć przeszkody jak góry między nami staną —ja je wezmę za wschody i po nich w Ludwikiobjęcia polecę. Burze przeciwnego losu podniosąuczucia moje — niebezpieczeństwa w ponętniejszych kolorach malować cię będą. A więc nic niemów o bojaźni twojej. Ja sam — sam nad tobączuwać będę, jak smok nad podziemnym złotem.Mnie się powierz! Gdzie lepszego wynajdzieszanioła? Między tobą i losem piersi ja nastawię —za ciebie każdą ranę przyjmę — z kielicha radości każdą kroplę wezmę; w kubku miłości do usttwych zaniosę. Czule ją obejmując. Na tym ramieniu po drodze życia prowadzić cię będę, oddam niebu piękniejszą, niźli byłaś pierwej i zmuszę go wyznać: że tylko miłość może duszęwykończyć.

LUDWIKA

odpychając go

Nic więcej — błagam — ani słowa więcej —gdybyś wiedział, puść mnie, ty nie wiesz, że twojenadzieje, jak furie biją w serce moje.

Chce odejść.

FERDYNAND

zatrzymując

Ludwiko? — jak to? — skąd te myśli przyszły?

LUDWIKA

Już te sny w mej duszy zapomniane były —Szczęście wróciło — a teraz, teraz — od tejchwili zginął pokój życia mojego. Dzikie pragnienia — już widzę — powstaną w piersi mojej.Idź — Bóg niech ci przebaczy. Zarzewie pożaruw moje ciche, młode serce rzuciłeś i nikt go nigdy nie ugasi.

Wybiega Ferdynand ją gont.

SCENA V

Sala w domu prezydenta.

Prezydent z orderem na szyi — gwiazdą na piersiach i Wurm.

PREZYDENT

Miłość prawdziwa? — mój syn? — Nie — temunigdy wiary nie przydam.

WURM

Jaśnie oświecony pan niech każe dowodywyłożyć.

PREZYDENT

Ze się umizga do miejskiej kanalii, pali koperczaki — a wreszcie miłość udaje — to są rzeczy podobne, godne przebaczenia. Ale żeby — ito w córce kapelmajstra powiadasz?

WURM

Kapelmajstra Millera córce.

PREZYDENT

Czy piękna? — to się ma rozumieć.

WURM

żywo

Najdoskonalszy egzemplarz blondynki, który bez przysady mógłby między najpierwszymipięknościami dworu królować.

PREZYDENT

śmiejąc się

Mówisz, Wurmie, że sam o niej myślisz,to dobrze; ale uważ tylko, kochany sekretarzu,że syn mój pociąg ma do płci niewieściej, robi minadzieje, że go panienki nie będą odrzucać — tomu się przyda na dworze. Dziewczyna jest piękną, powiadasz — widać, że ma dobry gust. Kłamie jej zręcznie o wiernej miłości — tym lepiej —ma dowcip kłamstwa za prawdę podawać — to godo prezydenckiego krzesła zaprowadzi. Dojedzieswojego! — wyśmienicie — pokaże, że szczęściemu się uśmiecha, a jeśli się cały figiel na zdrowym wnuku zakończy — nieporównanie! — wypiję więcej jedną butelkę malagi na dobry znakrozrodzenia się mojego plemienia i zapłacę sądową karę za uwiedzenie dziewczyny.

WURM

Wszystko, cokolwiek życzyć mogę jaśnieoświeconemu panu, jest żebyś nie potrzebował butelki malagi na roztargnienie umysłu.

PREZYDENT

Pamiętaj Wurmie! że gdy raz wierzę, wierzę najuporniej — w szaleństwo wpadam, gdymnie gniew ogarnie. Wiem, że byś rywala chętnie chciał się pozbyć. Pojmuję, że nie mogącsyna mego wyrugować, chcesz ojca biczyk naprowadzić. Filuterny twój dowcip cieszy mnieniewymownie. Tylko, mój Wurmie kochany,mnie nie oszukuj — żartami swymi, rozumiesz,nie waż się moich zasad naruszać.

WURM

Jaśnie oświecony pan raczy mi przebaczyć,ale gdyby istotnie zazdrość grać tu miała rolę —widziałbyś ją pan w oczach, a nie na języku.

PREZYDENT

I stąd, i zowąd lepiej ją odrzucić. Głupimazgaju — czy ci nie wszystko jedno dukat z mennicy, czy od bankiera otrzymać. Ciesz się przykładem szlachty tutejszej — widomo czy nie widomo — rzadko u nas małżeństwo się odbędzie,żeby najmniej półtuzina gości, albo usłużnychprzyjaciół, przed ślubem jeszcze, raju narzeczonego geometrycznie nie odmierzyło.

WURM

kłaniając się

W tej mierze wolę, jaśnie oświecony panie, zostać mieszczaninem.

PREZYDENT

Oprócz tego, możesz w krótkim czasie miećuciechę wypłatania rywalowi porządnej sztuczki. Właśnie teraz ułożono w gabinecie, naprzyjazd nowej małżonki panującego księcia, Lady Milford pozornie pożegnać — a nawet dla lepszego udania rzeczy, męża jej wynaleźć. WieszWurmie, jak wiele moje znaczenie na wpływieLady się opiera, jak moje wszystkie sprężynyzależą na dogadzaniu chęciom książęcia. Szukaon małżonka dla Milford. Ktoś inny może siępojawić, kupno zawrzeć i z faworytą księciastać się panującemu niezbędnym. Żeby więc książę w sieciach mojej rodziny pozostał, Ferdynandmusi zaślubić Lady Milford. Czy jasno ci teraz?

WURM

Aż mi w oczach piecze. Prezydent dowodzi, że ojciec tylko początkującym jest uczniem;ale jeżeli major tak posłusznym okaże się synem, jak wy, panie, ojcem pełnym czułości, bojęsię, ażeby zamiar odrzuconym nie był.

PREZYDENT

Szczęściem, nigdy się nie troskałem o doprowadzenie zamiarów moich do skutku, skoro razwyrzekłem: tak stać się musi. Otóż, Wurmie,jesteśmy znowu na punkcie, z któregośmy wyszli.Przed południem jeszcze oznajmiam synowi memu ożenienie. Jego twarz twoje podejrzenieusprawiedliwi, albo zupełnie zniweczy.

WURM

Łaskawy panie! — racz mi przebaczyć —ale smutną twarz, którą niewątpliwie syn ci pokaże, odnieść będzie można albo do oblubienicy,którą mu dajesz, albo do tej, którą mu wydzierasz.Ja żądam ostrzejszej próby. Racz mu przedstawić najlepsze w kraju małżeństwo — a jeżeliprzyjmie, możesz na trzy lata Wurma do łańcucha skazać.

PREZYDENT

gryząc wargi

Piekło!

WURM

To nie może być inaczej. Matka, uosobionegłupstwo, w prostocie mowy swojej zanadto miwiele powiedziała.

PREZYDENT

w gniewie szybko się przechadzając

A więc dobrze — tego jeszcze rana.

WURM

Tylko, panie! Racz pamiętać, że major mojego dobrodzieja jest synem.

PREZYDENT

Nic się o tobie nie wspomni.

WURM

I że usługa uwolnienia cię od nieproszonejsynowej...

PREZYDENT

Wyciąga wzajemnej usługi Wurmowi do żony dopomóc — nie zapomnę.

WURM

kłaniając się

Zawsze twój najuniżeńszy, mój łaskawy panie.

chce odejść

PREZYDENT

To, com ci powierzył grożąc jeżeli wydasz...

WURM

śmiejąc się

Jaśnie oświecony pan pokażesz wtenczasmoje fałszywe podpisy.

Odchodzi.

PREZYDENT

O tom spokojny — trzymam cię na twojejzbrodni jak chrząszcza na nici.

LOKAJ

anonsując

Marszałek dworu pan Kalb.

PREZYDENT

Jakby zawołany! — przyjemnie mi go przyjąć.

Lokaj odchodzi.

SCENA VI

Marszałek Kalb w bogatej ale bez gustu suknidworskiej, z kluczem szambelańskim, dwoma zegarkami, szpadą, stosowanym kapeluszem i ufryzowany.Bieży z głośnym tupaniem i śmiechem i ściska Prezydenta.

KALB

Dobry dzień ci mój najdroższy! Jakże spałeś, jak spoczywałeś — daruj, że tak późno mamprzyjemność — ale naglące zatrudnienia: Cettelkuchenny, karty wizytowe — ułożenie par nadzisiejszą saniami przejażdżkę — ach — a potemprzy wstawaniu musiałem być obecnym i JegoKsiążęcej Mości porę oznajmić.

PREZYDENT

Prawda, marszałku, nie tak łatwo mogłeśsię uporać.

KALB

Jeszcze ten krawiec niegodziwy zabrał miczasu.

PREZYDENT

I mimo tego na nogach i gotów?

KALB

To nie wszystko — nieszczęście za nieszczęściem idzie. Posłuchaj tylko.

PREZYDENT

z roztargnieniem

Czy podobieństwo?

KALB

Posłuchaj tylko. Zaledwie wysiadam z powozu, rumaki moje wierzgać i bić kopytami zaczynają — tak dalece — proszę cię, że błoto uliczne pada na spodnie moje. Co tu począć? Postaw się, na imię Boga, w położeniu moim, baronie! Stałem na progu! wszystko za późno —na dniu białym trzeba pokazać się jego książęcejmości. Boże mój sprawiedliwy! — wpadam namyśl — udaję omdlenie — na łeb na szyję niosąmnie do powozu — ja w całym pędzie koni jadę dodomu, zmieniam odzienie, przyjeżdżam nazad —i cóż powiesz? Jestem najpierwszy w przedpokoju — co myślisz?

PREZYDENT

Cudowne impromptu ludzkiego dowcipu. Aleo tym potem, mój Kalbie. Mówiłeś więc z księciem?

KALB

z powagą

Dwadzieścia minut i pół.

PREZYDENT

Doprawdy? — wiesz więc zapewne o ważnejnowinie?

KALB

po niejakim milczeniu

Jego książęca mość wystąpił w Merde d'Oieodzieniu bobrowym.

PREZYDENT

Proszę uniżenie! Nie, marszałku! Ja mamci lepszą oznajmić wiadomość. Zapewne nie wiesz, że Lady Milford ma być majorowąWalter?

KALB

Czy podobna? I to zupełnie ułożone?

PREZYDENT

Podpisane, marszałku — a ty zobowiążeszmnie, jeżeli bez odwłoki uprzedzisz Lady o wizycie syna mojego, a całe miasto o jego postanowieniu uwiadomisz.

KALB

z zachwyceniem

Z największą przyjemnością, mój drogiprzyjacielu! Cóż dla mnie może być więcej pożądanym? — lecę co prędzej ściskając go. Bądźzdrów — w trzech kwadransach całe miasto siędowie.

wyskakuje

PREZYDENT

śmiejąc się

Niechże mówią, że takie stworzenie na nicsię światu nie przyda? — No, teraz mój Ferdynand musi się zgodzić, albo całe miasto skłamałodzwoni, wchodzi Wurm. Syn mój niech przyjdzie!

Wurm odchodzi, Prezydent zamyślony przechadza się.

SCENA VII

Ferdynand, Prezydent, Wurm.

FERDYNAND

Kazałeś, mój ojcze.

PREZYDENT

Musiałem, chcąc syna mojego choć raz obaczyć. Zostaw nas, Wurmie. Wurm odchodzi.Ferdynandzie, od dawna uważam i nie widzę jużw tobie tej żywej, otwartej młodości, która mnietyle zachwycała. Dziwna jakaś posępność zaległa twarz twoją — unikasz ojca, unikasz towarzystwa. Wstydź się. Wiekowi twojemu prędzejtysiąc uchybień niż jedno strapienie darować można. Strapienie mnie zostaw — ja sam, kochanysynu, pracować będę nad szczęściem twoim, tytylko podług moich postępuj zamiarów. Chodź,uściskaj ojca, Ferdynandzie!

FERDYNAND

Wielce jesteś łaskawym dzisiaj, mój ojcze!

PREZYDENT

Dzisiaj? — figlarzu! I to dzisiaj wymawiaszze skrzywioną twarzą? surowo Ferdynandzie,dla kogo ja wstąpiłem na niebezpieczną drogę doserca książęcego? — dla kogo z sumieniem i Bogiem na wieki zerwałem? Komu otwarłem miejsce wydaleniem poprzednika mego? — Strasznahistoria, która tym krwawiej tnie głąb duszymojej, im staranniej żelazo przed światem ukryte. Słuchaj — dla kogo to wszystko, Ferdynandzie?

FERDYNAND

z przerażeniem odstępując od ojca

Przecież nie dla mnie, mój ojcze? Na mnieodbicie strasznego występku spadać nie powinno!Przez Boga potężnego, lepiej było na świat nie przychodzić, aniżeli zbrodni za wymówkę służyć!

PREZYDENT

Co to jest? — co to znaczy? — Ale przebaczam twojej romansowej głowie. Ferdynandzie, nie chcę gniewem się unosić. Chłopcze gwałtowny! Także mi płacisz za noce bezsenne, zanieustanne troski, za tego robaka, co wiecznie sumienie mi toczy? Na mnie spadnie ciężar odpowiedzialności, na mnie przekleństwo, na mniepiorun sędziego. Ty z drugiej ręki szczęście odbierasz — zbrodnia nie spada w dziedzictwie.

FERDYNAND

podnosząc prawą rękę do Nieba

Uroczyście, przed niebem zrzekam się dziedzictwa, które mi o zbrodni ojca przypominać musi.

PREZYDENT

Młodzieńcze! — słuchaj — nie obudzaj gniewu! — Gdyby cię własnej woli zostawić, całe byśżycie czołgał się w prochu.

FERDYNAND

Lepiej w prochu niż przy tronie czołgać się,mój ojcze!

PREZYDENT

tłumiąc gniew

Zmusić cię trzeba, żebyś szczęście uznał.Gdzie dziesięciu innych w trudzie i pracy dojśćnie zdołają, ty się podnosisz śpiąc słodko, igraszkipędząc dziecinne. W dwunastym roku chorążym,w dwudziestym majorem. Teraz za prośbą mojązrzucisz mundur i wejdziesz do ministerium.Książę mi mówił o tajnym radcy, o poselstwach,o łaskach nadzwyczajnych. Wspaniała przyszłośćotwiera się przed tobą. Ubita droga do pierwszego miejsca po tronie — do tronu samego, jeżeli władza ma tyle ponęty, ile jej oznaki — i toż cię niezapala?

FERDYNAND

Moje pojęcie o szczęściu i wielkości różnejest od twojego. Wasza szczęśliwość rodzi sięzniszczeniem. Zazdrość, bojaźń, złorzeczenie —oto są smutne zwierciadła, gdzie się wysokość panującego przegląda. Łzy, przekleństwa, rozpacz — oto są potrawy strasznej uczty, przy której uderzeni szczęściem swym biesiadują, ikończą pijaństwem, żeby w tym stanie przed tronsię Boga do wieczności zatoczyć. Marzenia mojeo szczęściu we mnie się samym zbierają. W moim sercu wszystkie chęci leżą pogrzebane.

PREZYDENT

Mistrzowsko — wybornie — nie można lepiej!Po trzydziestu latach znowu pierwsze kazanie.Szkoda tylko, że pięćdziesiątletnia głowa mojaza twarda do nauki. Ale żeby te rzadkie przymioty próżno nie rdzewiały, przydam do boku osobę, przy której mógłbyś się ćwiczyć do woliw twoim pstrofarbnym szaleństwie. Przygotujsię — dziś jeszcze — do ożenienia.

FERDYNAND

cofa się przerażony

Mój ojcze!

PREZYDENT

Posłałem w twoim imieniu kartę wizytowąLady Milford. Bez odwłoki masz się tam udaći oznajmić jej, że przychodzisz jako narzeczony.

FERDYNAND

Lady Milford, mój ojcze?

PREZYDENT

Jej samej, jeżeli ci znana.

FERDYNAND

Jakiemuż pręgierzowi w księstwie nie jestona znana? Ale śmieszny jestem, żart twój zaprawdę uważać. Chciałżebyś ojcem bezwstydnego być syna, który uprzywilejowaną zaślubia rozpustnicę?

PREZYDENT

Jeszcze więcej, starałbym się o jej rękę,gdyby nie pięćdziesiąt lat moich. Chciałżebyś synem być bezwstydnego ojca?

FERDYNAND

Nie! Jak Bóg żywy na niebie.

PREZYDENT

Zuchwałość — na mój honor — której dlaosobliwości tylko przebaczyć trzeba.

FERDYNAND

Proszę cię, ojcze, nie zostawiaj mnie dłużejw tej niepewności, gdzie by mi nieznośnie byłosynem się twoim nazywać.

PREZYDENT

Młodzieńcze! Czy szał cię napadł? Któryżbyczłowiek rozumny nie pożądał honoru w jednymsię miejscu z panującym stykać?

FERDYNAND

Jesteś mi zagadką, mój ojcze. Nazywaszhonorem — honorem dzielić się z panującym tam,gdzie panujący między ludźmi pełza.

PREZYDENT

głośno się śmiejąc

FERDYNAND

Możesz się śmiać — ale ja z tym odejdę. —Z jaką ja twarzą, mój ojcze, przed najnędzniejszym stanę wyrobnikiem, który przynajmniej niepodzielne ciało z żoną wziął w posagu? — z jaką twarzą stanę przed światem, przed księciem —z jaką przed tą nałożnicą, która skazę czci swojejw moim wstydzie obmyć usiłuje?

PREZYDENT

Gdzie znowu, młodzieńcze, język cię prowadzi?

FERDYNAND

Na Boga i ludzi zaklinam cię, ojcze! Przezponiżenie syna twojego nigdy tyle szczęśliwymnie będziesz, ile go nieszczęśliwym uczynisz.Dam ci życie moje, jeżeli cię to podnieść może.Życie mam od ciebie, nie będę się wahał jednejchwili twojej go wielkości poświęcić. Ale mójhonor, ojcze! — jeżeli go zabierzesz, to życie midawać nazwę lekkomyślnym niegodziwca dziełemi będę zmuszony ojca jak kuplera przeklinać.

PREZYDENT

przyjaźnie uderzając go po ramieniu

Brawo, kochany synu — widzę, że jesteśprawym człowiekiem i godnym najlepszej kobietyw tym księstwie. Otrzymasz ją, i tego południajeszcze z hrabiną Ostheim będziesz zaręczony!

FERDYNAND

znowu pomieszany

Czy ta godzina przeznaczona na moje zniszczenie?

PREZYDENT

przenikające spojrzenie na niego rzucając

Tu honor twój zapewne nic nie zdoła zarzucić?

FERDYNAND

Nie, mój ojcze! Fryderyka Oslheim każdegoinnego uszczęśliwić by mogła. do siebie. Co złośćjego w moim sercu zostawiła, dobroć jego niszczy.

PREZYDENT

nie spuszczając z niego oka

Czekam na twoje podziękowanie, Ferdynandzie.

FERDYNAND

całując jego ręce ze wzruszeniem

Ojcze! Łaska twoje zapala wszystkie mojeuczucia — przyjmij moje najszczersze podziękowanie. Wybór twój najzacniejszy — ale —ja nie śmiem — nie powinienem — żałuj mnie, ojcze! — ja hrabiny nigdy kochać nie mogę.

PREZYDENT

cofając się

Hola! — mam cię w łapce, młody paniczu —wpadłeś w sidła, chytry pochlebniku. — Nie honor od Lady Milford oddalał ciebie. Nie osoby,ale małżeństwa nie chciałeś.

FERDYNAND

przez chwilę stoi niemy — potem chce odejść

PREZYDENT

Dokąd? Zaczekaj. Jestże to uszanowaniewinne ojcu twojemu? Major wraca. Lady o twoim przyjściu już jest uprzedzona. Książę słowomoje otrzymał. Dwór i miasto wiedzą o moimzamiarze. Jeżeli mnie zrobisz kłamcą przed księciem — przed Lady — przed miastem, przeddworem kłamcą mnie zrobisz — słuchaj młokosie!— jeżeli ja wpadnę na pewne historyjki... poczekaj — hola, skąd ci naraz ten ogień do twarzy wystąpił?

FERDYNAND

zbladły i drżący

Jak to? — to nic — w istocie nic, mój ojcze!

PREZYDENT

groźnie patrząc na niego

A jeżeli jest coś? — a jeżeli ja ślad znajdę,skąd twój upór pochodził? Ha młodziku, samopodejrzenie szaleństwo sprowadza. Idź natychmiast — na placu zaczyna się przegląd. Po służbie zaraz udasz się do Lady. Skoro ja się pokażę, państwo drży całe. Zobaczymy, czy tauporna głowa potrafi mną przewodzić — oddalasię i wraca. Powtarzam ci jeszcze, musisz tambyć albo uciekać przed gniewem moim.

Odchodzi.

FERDYNAND

obudzony z głębokiego zamyślenia

Czy już odszedł? — Byłże to głos ojca?Tak — pójdę do niej, będę jej mówić, przedjej oczy postawię zwierciadło. Bezwstydna! Jeżeli jeszcze wtenczas będziesz mojej ręki żądać — w obliczu zgromadzonej szlachty, wojskowych i ludu — o! przywołaj całą dumę twojej Anglii — w obliczu wszystkich odrzucę cię —ja, niemiecki młodzieniec.

AKT II

Sala w pałacu Lady Milford — po prawej ręce sofa,po lewej fortepian.

SCENA I

Lady w rannym pięknym stroju — włosy jeszcze nieułożone — przygrywa na fortepianie. Zofia od oknaodchodząc zbliża się do pani.

ZOFIA

Oficerowie już się rozchodzą. Przeglądskończony — ale Waltera nie widać.

LADY

wstaje i z niespokojnością przechodzi wzdłuż sali

Nie wiem, gdzie dziś jestem? — jeszcze minigdy tak tęskno nie było. Więc go nie widziałaś.O! pewnie; nie spieszy się. Jak zbrodnia ciężyna piersi mojej... Idź, Zofio! każ mi najdzikszego z mojej stajni osiodłać rumaka. Ja muszęna wolne — obaczyć ludzi i niebo błękitne, i sercu mojemu ulżenie wyjeździć.

ZOFIA

Jeśli wam niedobrze, Milady — trzeba zwołać assemblée, księcia do stołu zaprosić, alboprzed waszą sofą kazać grać lombra. Mnieżbyksiążę i dwór cały stali na rozkazy, a w głowiemojej miał szumieć kaprys niezaspokojony?

LADY

rzuca się na sofę

Zostaw mnie, proszę: dam ci diament za każdą godzinę, w której się ich pozbędę. Czyż jatą ciżbą mam pokoje moje meblować? Ach! Tosą ludzie źli i godni politowania — przestraszająsię jednego słowa, gdy go czułym, gorącym sercem wymówię — krzywią nos i usta, jakby upiora postrzegli. Niewolnicy skaczący po druciewertepowym, którym ja łatwiej niźli szydełkiemkieruję. Co począć z ludźmi, których dusze takjednakowe, jak ich zegarki? Jakąż przyjemnośćznajdę zapytywania ich o co, kiedy wiem naprzód, jaką dadzą odpowiedź? Albo prowadzeniarozmowy, kiedy im lękliwość w zdaniu różnić sięnie pozwoli. Precz z nimi. — Przykro jeździć nakoniu, który nawet uzdy kąsać nie umie.

zbliża się do okna

ZOFIA

Księcia przynajmiej wyłączysz, Milady —najpiękniejszego człowieka, najognistszego kochanka, w całym kraju głowę najdowcipniejszą.

LADY

wraca od okna

Bo to jego kraj się nazywa — a tylko księstwo, Zofio, może służyć gustowi memu za wymówkę. Mówisz, że mi zazdroszczą? O! raczejhołota żalić się nade mną powinna. Ze wszystkich ludzi, co się przy piersiach majestatów tuczą, faworyta kończy najgorzej, bo ona jedna ożebraczym kiju, bogaczowi drogę zachodzić będzie! Prawda — on może talizmanem swojejwielkości, każdej żądzy mojego serca, czarownypałac z pod ziemi wywołać — mój stół sokamidwóch Indii zastawić — w raj pustynię zamienić — w jednym fajerwerku spalić wszystek szpikpoddanych swoich — ale swojemu sercu czyż rozkaże wspaniale i ogniście uderzać o moje serceogniste i wspaniałe? Ubogi swój rozum zlać w jedno piękne uczucie? Przy szumnym zmysłów upojeniu ja noszę duszę spragnioną — co ja z tysiącem lepszych uczuć pocznę — tam, gdzie tylkodzikie namiętności ugasić się mogą?

ZOFIA

z zadziwieniem

Jak dawno, Milady, jestem w twojej służbie?

LADY

Że dziś mnie tylko poznajesz? — Zofio! Jamój honor zaprzedałam księciu, chowam wolneserce, godne może człowieka, serce przez którezaraźliwy wiatr dworu przeszedł tylko jak dechpo zwierciadle. Wierz mi, kochana, ja bym temuksięciu dawno się oparła, gdyby moja duma pozwoliła innej oddać miejsce.

ZOFIA

I to serce tak łatwo dumie się poddało?

LADY

żywo

Czy się nie mściło, nie mści się jeszcze? Zofio! kładąc ręce na jej ramieniu My kobiety tylko między panowaniem i służbą wybierać możemy; ale władzy rozkosz najwyższa nędzną jesttylko igraszką, gdy nam braknie większegoszczęścia — szczęścia być niewolnicą człowieka,którego kochamy.

ZOFIA

Jest to prawda, Milady, którą od ciebie najpóźniej usłyszeć myślałam.

LADY

Dlaczego, Zofio? Czyż nie znać po tymdziecinnym wodzeniu berła, żeśmy tylko do paska dziecinnego stworzone? Czyś nie postrzegłapo tej kapryśnej lekkości umysłu, po dzikich uciechach, żem tylko inne pragnienie w duszy mejzagłuszyć usiłowała?

ZOFIA

cofając się

Milady!

LADY

Ukój to pragnienie; daj mi męża, o którymmarzę, którego ubóstwiam, którego posiadać lubumrzeć muszę. Niechaj posłyszę z ust jego własnych, że łzy miłości piękniej się w naszychoczach błyskają niż brylanty we włosach —a pod nogi księcia rzucę i berło, i serce jego;z tym mężem ucieknę, ucieknę w najdalsząświata pustynię.

ZOFIA

z przestrachem

Boże! Co robisz? Co wam jest, Milady?

LADY

pomieszana

Bledniejesz? — Zanadtom może powiedziała — O! Niech ufność moja zawiąże ci mowę —słuchaj dalej, słuchaj wszystkiego.

ZOFIA

Lękam się, Milady — lękam się.... słuchaćcię dalej nie mogę.

LADY

Związek z majorem — ty i świat rozumiecie,że tylko jest dworu intrygą. Zofio! Nie czerwieńsię — nie pogardzaj mną — związek ten jestdziełem mojej miłości.

ZOFIA

Przez Boga! — ja przeczuwałam.

LADY

Dali się uwieść — słaby książę, chytry Walter — głupi marszałek — każdy z nich przysięgnie, że w tym małżeństwie jedyny jest sposóbzachowania mnie księciu, umocnienia naszegowęzła — Tak! Rozdzielenia nas na zawsze, rozerwania na wieki tych łańcuchów hańbiących.Okłamani kłamce! Dali się słabej oszukać kobiecie. Oni mi sami kochanka sprowadzą — tegopotrzeba — skoro go otrzymam, skoro będzie moim — żegnaj na zawsze, wystawo ohydna!

SCENA II

Poprzedzający. Lokaj stary księcia z pudełkiem brylantów.

LOKAJ

Jego książęca mość poleca się łasce Milady,i na jej wesele przysyła brylanty właśnie terazz Wenecji przywiezione.

LADY

otwiera pudełko i odskakuje przerażona

Człowieku! Co książę za te brylanty zapłacił.

LOKAJ

z posępnym wejrzeniem

Nie kosztują go ani złamanego szeląga.

LADY

Co? — nic? Czyś szalony? — i rzucasz namnie wzrok — jakbyś chciał mnie przeszyć — nicnie kosztują te niezmierzenie kosztowne kamienie?

LOKAJ

Wczoraj siedm tysięcy młodzieży krajowejmusiało jechać do Ameryki — te siedm tysięcywszystko zapłaciło.

LADY

kładzie brylanty i przechadza się szybkim krokiem —po chwili zbliża się

Co ci jest, człowieku? — zdaje się, że płaczesz?

LOKAJ

ociera łzy — straszliwym głosem

Dwa brylanty, jak ten — ja mam dwóch synów między porwanymi.

LADY

Ale nie zmuszonych?

LOKAJ

O Boże! — nie — istni ochotnicy! Kilkuz nich wprawdzie przed frontem pytało pułkownika jak drogo książę w jarzmo ludzi przedaje —ale łaskawy nasz pan kazał wszystkim pułkomna plac się zebrać i śmiałków rozstrzelać. Słychać huk było i widać, jak mózg ich bruk pofarbował, a wojsko krzyknęło — hejże do Ameryki!

LADY

rzucając się na sofę

Boże mój Boże! A jam nie słyszała, nie wiedziała o niczym?

LOKAJ

Tak — łaskawa pani! Czemu właśnie w tejchwili, gdy na czas do odjazdu w bębny uderzono,jechałeś z księciem na walkę niedźwiedzi — byłabyś świadkiem wspaniałego widowiska: jakjęczące sieroty za ojcem goniły; jak wściekła matka niemowlę od piersi na ostrze bagnetu wsadzała; jak szabli cięciami kochankę z kochankiemrozdzielali; jak starce ze siwymi włosami staliw rozpaczy i odjeżdżającym na pożegnanie rzucali szczudła drewniane do nowego świata — apośród tego grzmiał łoskot bębnów, żeby Bógmodlitw naszych nie usłyszał.

LADY

powstając w wielkim wzruszeniu

Precz z brylantami — z nich piekielne blaski do mego serca wpadają. Utul żal twój, staryczłowieku — oni powrócą, obaczą jeszcze ojczyznę.

LOKAJ

Bóg to raczy wiedzieć. U bramy miasta jeszcze się zwrócili i krzyknęli do nas — Bóg z wami żono i dzieci — niech żyje nas książę! Na strasznym sądzie znowu się obaczym.

LADY

Strasznie! Niegodziwie! Przekonać mniechcieli, żem wszystkie łzy kraju otarła — okropnie — okropnie otwarły się oczy. Idź, mów panu,że mu osobiście przyjdę podziękować, rzucającworek do kapelusza a to weź dla siebie, żeś miprawdę powiedział.

LOKAJ

rzucając kiesę na stół z pogardą

Schowaj to z tamtymi —

odchodzi

LADY

patrząc z podziwieniem za odchodzącym

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.