drukowana A5
34.01
Dziewica Orleańska

Bezpłatny fragment - Dziewica Orleańska


Objętość:
214 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0852-2

OSOBY:

KAROL VII, król francuski

KRÓLOWA IZABELA, jego matka

AGNIESZKA SOREL, jego kochanka

FILIP, zwany Dobrym, książę Burgundii

HRABIA DUNOIS, poboczny syn księcia Orleanu

LA HIRE, DU CHATEL, oficerowie królewscy

ARCYBISKUP z Reims

CHATILLON, rycerz z Burgundii

RAOUL, rycerz z Lotaryngii

TALBOT, wódz naczelny Anglików

LIONEL, FASTOLF, wodzowie angielscy

MONTGOMERY, rycerz z Walii

RADCY MIEJSCY z Orleanu

HEROLD ANGIELSKI

TEOBALD D'ARC, zamożny wieśniak

ANNA, ANIELA, JOANNA, jego córki

STEFAN, KLAUDIAN, RAJMUND, młodzi pasterze z Dom-Remy

BERTRAND, wieśniak

RYCERZ CZARNY

WĘGLARZ i JEGO ŻONA

Żołnierze

Lud

Służba królewska

Księża

Zakonnicy

Marszałkowie

Członkowie magistratu

Dworzanie i orszak koronacyjny

Rzecz dzieje się w latach 1429--1431.

PROLOG

Wiejska okolica.

Na prawo widać obraz Najświętszej Panny w kaplicy,na lewo wysoki dąb.

SCENA I

Teobald D'Arc, jego trzy córki, trzejpasterze

TEOBALD

Tak jest, sąsiedzi, dziś jeszcze się zwiemy

Synami wolnej, francuskiej ojczyzny;

Dziś jeszcze swoim nazywać możemy

Kraj ten, krwią ojców i znojem ich żyzny.

Ale któż zgadnie, jakich jutro panów

Znosić nam przyjdzie? Zewsząd od Loary,

Tratując końmi plony naszych łanów,

Anglik zwycięskie potrząsa sztandary.

Niewierny Paryż czci go śród swych progów

I Dagoberta, dotąd nieskażoną,

Świętą, odwieczną, rycerską koroną

Wieńczy niemowlę z pokolenia wrogów.

A król nasz prawy — o, hańbo i wstydzie! —

Wnuk królów naszych, Pański pomazaniec,

Lud swój o wsparcie próżno błagać idzie,

W państwach swych własnych błądzi, jak wygnaniec.

A przeciw niemu, wpośród krwi i gruzów,

Najbliższy z krewnych, najpierwszy z Francuzów,

Ha! własna matka — potwór pełen zgrozy! —

Nieprzyjacielskie prowadzi obozy.

Wioski i miasta jedną wielką łuną

Świecą ich drodze; a dym i popioły,

Kłębiąc się na kształt czarnej chmury, suną,

Ćmiąc kirem niebo i kraj nasz wesoły.

— A więc, sąsiedzi, zgodnie z wolą nieba

Dziś zabezpieczyć chcę i przedsięwziąłem

Los córek moich, bo dziś to im trzeba

Męża obrońcy; a dzielona społem

Miłość pomaga znieść wspólną niedolę.

do pierwszego z pasterzy

Zbliż się, Stefanie! Wiem, że kochasz Annę.

Z pastwiskiem mojem graniczy twe pole;

Wzrośliście razem: przywiązanie ranneSzczęśliwe wróży stadło.

      do drugiego Klaudianie!

Cóż to? Drżysz cały i mojej Anieli

Twarz, widzę, zbladła. Skąd to nieufanie?

Zaliż myślicie, że ojciec rozdzieli,

Co Bóg połączył dlatego, że łanu,

Że skarbu nie masz równego jej wianu?

Któż dziś ma skarby? — Dom, stodoła, trzody,

Są pastwą ognia lub pierwszego wroga;

Ale dłoń męża, śmiała na przygody,

Ale pierś męża, co nie zna, co trwoga,

To skarb, co żadnej nie boi się szkody,

To puklerz lepszy niż zamki i grody!

ANIELA

Ojcze!

KLAUDIAN

      Anielo!

ANIELA

ściskając Joannę

Siostro moja droga!

TEOBALD

Każdej z nich daję tyle, com zostawił

Pola sam sobie, i trzodę w wyprawie,

Dom i zagrodę. Bóg mnie błogosławił,

Z Bogiem, jak ojciec, ja was błogosławię.

ANNA

ściskając Joannę

Czyż i ty ojca nie zechcesz pocieszyć?

Młodsza z sióstr starszych niechby przykład brała.

TEOBALD

Idźcie! — Ślub jutro, potrzeba się śpieszyć.

Gościem na godach będzie wioska cała.

Obie pary biorą się za ręce i odchodzą.

SCENA II

Teobald, Rajmund, Joanna

TEOBALD

Joanno, czemu nie idziesz ich torem?

Widok ich szczęścia cieszy starość moję;

Ty, ty mię tylko trapisz swym uporem.

RAJMUND

Dość, ojcze! Przestań martwić dziecię swoje.

TEOBALD

Oto jest młodzian, ozdoba wsi całej,

Pilny, poczciwy! Już to trzecie żniwo,

Jak tając boleść, pokorny a stały,

W sercu ku tobie żywi miłość tkliwą.

A ty, ty zimna, zasklepiona w sobie,

Ulżyć mu nawet nie umiesz cierpienia.

Ani widziałem, by kto inny w tobie

Obudził tkliwsze czucia lub wzruszenia.

A jednak widzę, że piękność dziewicza

Zewsząd ku tobie ciągnie serca ludzi;

Anielska słodycz twojego oblicza,

Blask twego oka podziwienie budzi.

Bóg cię obsypał, jako drzewo kwiatem,

Dary swojemi; lecz czyliż dożyję,

Że miłość kiedyś, jako słońce latem,

Szczęścia twojego owoc z nich wywije?

Bo serce zimne, nieczułe za młodu

Lub znaczy ciężką pomyłkę natury,

Lub wbrew jej woli popełnia grzech, który

Zwarzy je samo tchem własnego chłodu.

RAJMUND

Krzywdzisz ją, ojcze! Miłość twej Joanny

Nie jest to owoc powszedniego drzewa.

Szybko, jak rozkwitł, przemija kwiat ranny,

Co ma trwać wiecznie, powoli dojrzewa.

Myśl jej dziś jeszcze, jak ptak na swobodzie,

Buja po świecie, po wysokiem niebie.

Bojąc się zniżyć ku wiejskiej zagrodzie,

Gdzie mieszka troska, myśląca o chlebie.

Widzę ją nieraz, gdy na wzniosłych górach

Idzie za trzodą lub na skał urwisku,

Na wpół ukryta w mgły porannej chmurach,

Duma, podobna wietrznemu zjawisku.

Jest coś w jej twarzy, w postaci, w jej ruchach.

Co mimowolną cześć i trwogę budzi,

I mimowolna myśl o wyższych duchach

Łączy ją z niemi i wznosi nad ludzi.

TEOBALD

I to jest właśnie, co mię trwoży o nią.

Obca śród swoich; smutna, gdzie się śmieją;

Posępne lasy, odludne ustronie,

To jej zabawa. Nim kury zapieją,

Zrywa się z łoża i w strasznej godzinie,

Gdy każdy człowiek rad szuka człowieka,

Cóż ją tak ciągnie w najdziksze pustynie,

Że jak ptak nocny od ludzi ucieka?

I wiem, że nieraz na rozstajnych drogach

Rozmawia z echem, czy z wiatru powiewem;

I nie pamięta o ojca przestrogach,

Godziny trawi pod tem zgubnem drzewem,

Gdzie przed wiekami swe krwawe ofiary

Święcił druida, a dziś nikt z sąsiadów

Za skarby świata nie siadłby w mrok szary.

Bo któż nie słyszał od ojców i dziadów

Strasznych powieści i podań? Kto nie wie,

Jakie tu szatan widziadła i mary

Wywodził nieraz lub jakie na drzewie

Słyszano głosy? Mógłbym nie dać wiary,

Lecz sam, pamiętam, gdym był jeszcze młody,

Wracając tędy — ja, ja sam widziałem

Widmo-niewiastę olbrzymiej urody,

Cała okryta jakby płótnem białem,

Stała pod drzewem i skinieniem dłoni

Zwała mię k'sobie; lecz ufałem w Bogu,

Szybko, nie patrząc, przebiegłem koło niejI na pół martwy padłem na mym progu.

RAJMUND

wskazując na obraz w kaplicy

Lecz skąd wiesz, ojcze, że ów obraz święty,

Źródło niebieskiej łaski i otuchy,

Nie ma dla córki twej większej ponęty

Niż to złowrogie drzewo z swemi duchy?

TEOBALD

Nie, nie, niestety! Długo tak mniemałem,

Lecz sen mi odkrył prawdę tajemnicy.

Trzykroć się zdało, że ją w Reims widziałem,

Zasiadającą na królów stolicy.

Siedm gwiazd jej skronie otaczało kołem,

A z berła w ręku trzy lilije białe,

Jak z pnia żywego wykwitały społem.

Biskupi, wodze, wojsko zda się całe,

Ja, sam król nawet, bili przed nią czołem,

A okrzyk ludu ogłaszał jej chwałę.

Skądże to? Czyliż spodziewać się mogę,

By w mej lepiance taki blask się zjawił?

Nie! Bóg to we śnie zesłał mi przestrogę,

W widzeniu pychę myśli jej objawił.

Wstyd jej niskiego stanu poniewierki

I, że zbyt wiele wzięła z ręki Pana,

Że się zna wyższą nad inne pasterki,

Nie chce znać granic duma rozigrana.

A grzech to przecież, co aniołów chóry

Potrącił w przepaść i najpierwszych ludzi

Wygnał z bram raju, i aż do tej pory

Przezeń to szatan najłatwiej nas łudzi.

RAJMUND

Mylisz się, ojcze! Bo w czemże jej pycha?

Kto tu jej równy? A przecież znajdź drugą,

Co by tak skromna, pokorna i cicha,

Zdała się wszystkich najuboższych sługą!

Kto z nas ją widział, by, w pracy leniwa,

Od powinności zraziła się trudem?

Czyż pod jej ręką twe trzody i żniwa

Jakby widocznym nie mnożą się cudem?

W każdym jej czynie znać wpływ łaski bożej,

Co na nią zlewa szczęście niepojęte.

TEOBALD

Tak, niepojęte! I toć to mię trwoży,

Nie wszystko bowiem nadludzkie jest święte.

Lecz dosyć o tem! Chciałżebym oskarżać,

Ojciec swe dziecię? Lecz milczeć nie mogę.

Nie! Jedno zawsze będę ci powtarzać:

Pomnij na Boga, na ojca przestrogę!

Nie chodź tu sama ni we dnie, ni w nocy,

Nie błądź po polach przy księżyca blasku;

Nie zbieraj nocnych ziół, nie śledź ich mocy,

Ani kreśl znaków na wietrze, ni piasku!

Bo wiedz, o córko, że ducha jaskini

Każda występna myśl nasza ośmiela.

Nie stroń od ludzi! Pomnij, że w pustyni

Szatan śmiał nawet zwodzić Zbawiciela.

SCENA III

Ciż i Bertrand (wchodzi, trzymając hełm w ręku)

RAJMUND

Patrz! Bertrand wraca! Cóż to? Z hełmem w dłoni?

BERTRAND

Dziwno wam, widzę, że wracam tak zbrojny.

TEOBALD

Skąd masz ten szyszak? W spokojnej ustroni

Znakiem złej wróżby zda się godło wojny.

Joanna, która dotąd milcząco i obojętnie stała na stronie, zbliża się i słucha z uwagą.

BERTRAND

Słuchajcie! Jest w tem jakby trochę cudu.

Byłem w Vaucouleurs. W mieście, na ulicy,

Na rynku, wszędzie tłum i ciżba ludu:

Orlean bowiem napadli Anglicy,

I, kto mógł, stamtąd ucieka w te strony.

Patrząc więc na nich, idę zamyślony;

Aż na zakręcie zjawia się przede mną

Jakaś Cyganka; urody olbrzyma,

Czarna, okryta jakąś płachtą ciemną,

Idzie wprost do mnie, a hełm w ręku trzyma

I, wzrok swój we mnie wlepiwszy, powiada:

«Wiem, szukasz hełmu, masz! Tanio go przedam».

«A mnież to na co? — rzekłem — co mi nada?

Jam, Bogu dzięki, nie żołnierz, nic nie dam».

A ona znowu: «Bracie, czas wojenny!

Hełm dziś pewniejszą ochroną dla głowy

Niż dach miedziany albo mur kamienny!»

I krok w krok za mną, z podobnemi słowy,

Idzie przez miasto i hełm swój podaje.

Zniecierpliwiła mię w końcu: więc staję,

Biorę go w ręce: myśląc, że jak zganię,

Da mi już spokój; lecz patrzę, robota

Cudna, i kruszec, i droga pozłota.

Rycerz go mógłby użyć za ubranie.

Gdy go więc ważę i próbuję dźwięku,

Coś mi się nagle migło przed oczyma;

Spojrzę: Cyganki przede mną już nie ma;

Szukam, na próżno! Hełm został w mem ręku.

JOANNA

szybko i gwałtownie sięgając po niego

Daj mi go!

BERTRAND

Na co? Blask wojennej stali

Dziko odbija na dziewiczem czole.

JOANNA

wyrywając mu hełm

Daj mi go, mówię! Dla mnie go przysłali!

TEOBALD

Co tej dziewczynie?

RAJMUND

      Zostaw jej swą wolę,

Strój ten rycerski przystoi dziewicy,

W której też piersiach tchnie serce rycerza.

Któż nie pamięta w naszej okolicy,

Jak dzieckiem prawie pokonała zwierza,

Wilka-hienę, który tak bezkarnie

Pustoszył nasze trzody i owczarnie?

Z rąk młodzi naszej wypadała dzida

Na widok jego; pierzchali, a ona,

Jakby w nią z góry wstąpił duch Dawida;

Dziewica, sama, lecz nieustraszona,

Z pasterską tylko łaską w słabej ręce,

Puszcza się w pogoń za mordercą trzody

I młode jagnię, co już niósł w paszczęce,

Beczącej matce powraca bez szkody!

O, czyjekolwiek hełm ten zdobił skronie,

Godniejszych nie mógł!

TEOBALD

do Bertranda

      Cóż opowiadali

Ci z Orleanu? Gdzie król? W jakiej stronie

Jest wojsko nasze?

BERTRAND

      Bóg się niech użali

Ziemi francuskiej, bo dłoń Jego kary

Cięży nad nami! Znowuśmy przegrali

Dwie krwawe bitwy. Anglik wzdłuż Loary

Stanął obozem... rabuje i pali,

I obiegł zewsząd mury Orleanu.

TEOBALD

Boże, strzeż króla!

BERTRAND

      Mówią, co widzieli,

Że jak szarańcza, gdy padnie śród łanu,

Jak pszczoły w ulu, rój nieprzyjacieli

Nieprzeliczony, jak oko zasięga,

Zaczernił wkoło równiny i wzgórza.

Cała Burgunda zebrana potęga,

Od gór szwajcarskich do zimnego morza:

Ludzie różnego narodu i stanu,

Różnych języków, zgromadzeni razem,

Przysięgli, mówią, zgubę Orleanu

I chcą go zniszczyć ogniem i żelazem.

TEOBALD

O, straszne czasy! Gdy się brat krew brata,

Ziomek krew ziomka przelewać ośmiela!

Mściwy Burgundzie!

BERTRAND

      Gorszy wzór dla świata:

Matka królewska, dumna Izabela,

Jest też z Filipem. Konno, w pełnej zbroi,

Przejeżdża szyki; błaga i zaklina

Wszystkich o pomstę niby krzywdy swojej.

Matka!... o pomstę przeciw swego syna!...

TEOBALD

Oby skończyła jak owa, do której

Tak jest podobną z pychy i imienia,

Sprośna Jezabel!

BERTRAND

Straszny Salisbury

Stoi na czele wojsk i oblężenia.

Przy nim Lionel i tygrys, niesyty

Krwi naszej, Talbot. Trzy wysokie wieże

Wznieśli przed miastem: na jednej rozbity

Namiot ich wodza, z którego on strzeże

Poruszeń miasta; z dwóch drugich dzień cały

Ogniste kule miota na kształt gromów.

Połowę miasta gruzy zasypały,

Mieszkańcy giną pod zwaliskiem domów.

Sam katedralny ów kościół wspaniały

Najświętszej Panny od gęstych wyłomów

Grozi upadkiem; a prochowe miny,

Ten wymysł piekieł, podkopane wszędzie.

I nikt tam nie wie dnia ani godziny,

Gdy na sąd straszny powołany będzie.

Joanna przysłuchuje się z natężoną uwagą i wkłada hełmna głowę.

TEOBALD

Lecz gdzież są nasi waleczni obrońcy,

La Hire i Santrailles, i niezwyciężony

Dunois? Gdzie są, że tryumfujący

Wróg tak się wdziera w nasz kraj opuszczony?

Gdzie król? Czyż zawsze jako zimny świadek

Patrzy na państwa, na miast swych upadek?

BERTRAND

Król z dworem bawi w Chinon, lecz snać nie ma

Dość wojska z sobą, by wyjść przeciw wroga.

Lecz, choćby wyszedł, czyż garstka dotrzyma

Pola tysiącom, gdy strach, jak od Boga,

Jako zaraza powiał w serca ludzi

I w najmężniejszych krew i zapał mrozi?

Próżno głos wodzów nadzieję w nich budzi,

Ojczyzna błaga i monarcha grozi.Jak trzoda owiec, gdy ją zwierz napadnie,

Francuz, niepomny swej sławy od wieka,

Kupi się tylko i pierzcha bezładnie,

Lub, zgiąwszy szyję, na miecz wroga czeka!

Jeden się tylko znalazł, jak słyszałem,

Co zebrał kilka chorągwi konnicy,

I, w pomoc króla z tym małym oddziałem

Ciągnąc, po naszej błądzi okolicy.

JOANNA

prędko

Jak imię jego?

BERTRAND

      Baudricour. — Lecz czyli

Zdoła się przerznąć i pogoń omyli?...

Wątpię, bo zewsząd ściskają go wrogi.

JOANNA

Wiesz, gdzie on teraz?

BERTRAND

      O dzień ledwo drogi

Od Vaucouleurs'u.

TEOBALD

do Joanny

Skąd ci to pytanie

W rzeczach, co wcale nie tyczą się ciebie?

BERTRAND

Że wróg tak mocny, a król nasz nie w stanie

Dać nam odsieczy ni wsparcia w potrzebie,

W Vaucouleurs przeto dziś mają uchwalić,

Że Burgundowi poddać się należy.

Bo tak i miasto może się ocalić

Od angielskiego jarzma i łupieży,

I nam spod władzy pokrewnego księcia

Łatwiej powrócić do prawego pana,

Gdy, sytych wreszcie wspólnego zawzięcia,

Złączy znów kiedyś zgoda pożądana.

JOANNA

z zapałem

Żadnych układów! Żadnego przymierza!

Bo przyszła chwila, że wstanie obrońca.

Pod Orleanem wróg kresu domierza.

Dzień chwały jego chyli się do końca!

Dojrzał na zgubę, jako plenna niwa,

I już żniwiarka z krwawym sierpem w ręce

Zbliża się... Przyjdzie... i z wzgardą pozrywaZ gwiazd dumy jego rozwieszone wieńce!

Nabierzcież serca, ludzie małej wiary,

Bo nim ten księżyc dojdzie pełni swojej,

Żaden angielski koń z nurtów Loary,

Żaden krwią naszą wróg się nie napoi!

BERTRAND

Minął czas cudów!

JOANNA

      Nie! Przyszedł czas cudu!

Biała gołąbka wzleci orła lotem,

Spadnie na sępów, chciwych krwi jej ludu,

Skruszy Burgunda zdrajcę i z Talbotem,

Bluźniercą nieba, i z owym ponurym

Łupieżcą świątyń, dzikim Salisburym,

I z tym Fastolfem, i z tymi wszystkiemi

Najezdnikami naszej pięknej ziemi

Łamać się będzie — i wszystkich wyżenie,

Jako lew trzody lub tygrys jelenie!

Bo Pan z nią będzie, bo, jak wiatr palący,

Duch Jego przed nią, bo On jej prawicy

Da siłę śmierci i w słabej dziewicy

Okaże światu, że On wszechmogący!

TEOBALD

Co za duch, przebóg! opętał dziewicę?

RAJMUND

Hełm to w niej budzi ten zapał wojenny.

Ale patrz, ojcze! Patrz na jej źrenice,

Co w nich za jasność! Co za blask promienny!

JOANNA

Kraj by nasz upadł? Kraj zwycięstw i chwały,

Raj krajów świata, wybrany od Boga?

Dzieci by jego wiecznie dźwigać miały

Hańbiące więzy zamorskiego wroga?

Nie! Tu runęła moc poganów dzika,

Krew męczenników oblała tę ziemię;

Tu leżą prochy świętego Ludwika,

Skąd odzyskano grób w Jeruzalemie!...

BERTRAND

z podziwieniem

Któż by nie wierzył, że mówi natchniona?

Bóg ci, sąsiedzie, dał cudowne dziecię!

JOANNA

Naszychże królów odwieczna korona

Pójdzie w pogardę lub zniknie na świecie?

Gdzie są królowie, by jej byli godni,

Prócz królów naszych? — Rolnika obrońcy,

Opiekunowie wszystkiego, prócz zbrodni;

Dawce i Stróże swobód; panujący

Z Bogiem po ludzku; sędziowie łagodni,

Straszni rycerze, lecz nienastający

Na właść sąsiada, ni ludu szczęśliwość!

W cieniu ich tronu trzy lilije białe

Rozkwitły: Wiara, Miłość, Sprawiedliwość,

A woń ich święta tchnie na państwo całe!...

Czyliż król, obcej wychowaniec ziemi,

Którego przodków nie tu prochy leżą,

Co dzieckiem z dziećmi nie igrał naszemi,

Młodzieńcem z naszą nie kochał młodzieżą,

Któremu słowa naszej pięknej mowy

Czczym tylko dźwiękiem, pamięć wielkich czynów

Przeszłości naszej, chwały narodowej,

Nie zabrzmi w duszy jak pieśń cherubinów: —

Będzież on ojcem swej ojczyźnie nowej?

Lub czyż w niej dla się znajdzie miłość synów?

TEOBALD

Boże, zachowaj Francyję i króla!

Lecz nie nam dumać o losach mocarzy:

Wieśniak pilnuje swej chaty i pola

I czeka, komu Bóg zwycięstwo zdarzy.

Bo losem bitew boska rządzi wola,

Bo los narodów Bóg w swej ręce waży.

Dla nas ten będzie pomazaniec boży,

Kto w Reims koronę królów naszych włoży!

Lecz czas do pracy! — W naszym niskim stanie

Dość myśleć tylko o jutrze. Królowie

I radcy królów niech myślą o zmianie

Przyszłości świata, bo na ich to głowie

Leży świat cały. Mniejsza nasza troska.

Co bądź się dzieje, my możem spokojnie

Patrzeć na przyszłość, bo ta ziemia boska,

Co nam uprawiać kazał, choć ją zbrojnie

Najdzie i zdepce wróg, choć dom i wioska

Ulecą z dymem, ona znów nam hojnie

Nagrodzi stratę. Bo, gdzie szczera praca,

Gdzie ufność w Bogu, szczęście prędko wraca.

Odchodzą wszyscy prócz Joanny.

SCENA IV

JOANNA

sama

Góry wy moje, wy pola rodzinne,

 Joanna wiecznie, wiecznie żegna was!

Przeszły jej lata, jej mary dziecinne.

 Swobody serca przeszedł dla niej czas.

Z wami me były zabawy niewinne:

 Tu mi z wiatrami mroczny śpiewał las;

Tu zdrój, kryształy przetaczając płynne,

 Dźwiękiem harmonii słodki zwabiał wczas;

Tu, łąk tych wonnym owiana oddechem,

Pieśnią z tych dolin rozmawiałam echem.

Kwitnijcie w ciszy i miłej pogodzie,

 Mnie tam w kraj burzy i piorunów zwą!

Trzody wy moje, igrajcie w swobodzie,

 Pasterka wasza traci wolę swą!

Innej ja teraz przewodniczyć trzodzie

 Pójdę na pola, ludzką zlane krwią!

Pcha mię i ciągnie moc wyższego ducha,

Nie żądza sławy, nie szczęścia otucha.

Bo Ten, co niegdyś ogniem na Horebie

 W duszę Mojżesza swoją wolę tchnął

I Izajasza, pacholę, do siebie

 Wzniósł i z przyszłości chmurę przed nim zdjął,

On, wszechmogący na ziemi i niebie,

 On mnie, pasterkę, za swą sługę wziął.

I z drzewa tego tchem wiatru rzekł do mnie:

«Idź i na ziemi daj świadectwo o mnie!

Uzbrój twe serce, jak twą pierś dziewiczą,

 Piersi i serce w twardą odziej stal!

A wzgardź miłością i ziemską słodyczą,

 Zamrzyj na ziemskie wesele i żal!

Ani się chwałą daj unieść zwodniczą,

 Ale mnie tylko każdem dziełem chwal!

Bo ja to będę, co sławy wojennej

Na skronie twoje dam wieniec promienny.

I, gdy wróg hardy moc Francyji zetrze,

 Gdy zadrżą przed nim rycerze i król,

Ty mą chorągiew roztoczysz na wietrze,

 Ty, jak żniwiarka plony bujnych pól,

Zmieciesz ich wojska, a strach jak powietrze

 Wejdzie w ich piersi; pomścisz wstyd i ból

Ojczyzny twojej i, przez cię zbawioną,

W Reims króla swego uwieńczysz koroną!»

Bóg znak swej woli miał mi zesłać w porę —

 Hełm ten jest znakiem. On go zesłał mnie!

Nieziemski ogień we krwi mojej gore.

 Nieziemski? męstwo w piersiach moich tchnie.

Ty mi daj, Panie, stałość i pokorę,

 Bym mogła godnie spełnić dzieło Twe!

Głos trąb wojennych już słyszę w mem uchu:

Stało się! Wiedź mię, tajemniczy Duchu!

Odchodzi.

AKT PIERWSZY

Obóz króla Karola pod Chinon.

SCENA I

Dunois i Du Chatel

DUNOIS

Nie! Zostać dłużej nie chcę i nie mogę,

Opuszczam króla, co się sam opuszcza.

Cóż bym tu czyni!? Radę i przestrogę

Obrazą tronu zwie dworaków tłuszcza.

A we mnie serce zalewa się łzami,

Widząc, jak wrogi dzielą naszą ziemię,

Jak ku nim miasta wychodzą z kluczami,

Jak lud nasz cierpi i — jak tu król drzemie!

Słyszę, że bliska zguba Orleanu:

Rzucam się na koń; z brzegów oceanu

Pędzę, przybywam, drżąc, zali już może

Król nie zwiódł bitwy, pewny, że już stoi

Na czele wojska; a on tu, na dworze,

Z trubadurami swoją arfę stroi,

Śpiewa ballady lub u stóp Agnieszki

Wzdycha i świetne wyprawia biesiady.

Jakby na świecie nie było zamieszki!...

To nadto! Idę w konetabla ślady:

Opuszczam wojsko i kraj! Ale biada!

Biada nam wszystkim!

DU CHATEL

      Cicho! Król na progu.

SCENA II

Ciż i król Karol

KAROL

Konetabl miecz swój odesłał i składa

Urząd swój w ręce nasze. Dzięki Bogu!

Mniej będzie jednym, co z całego świata

Nieradzi, wszystkim mistrzować by chcieli.

DUNOIS

Nie tak mnie małą zda się jego strata,

Mąż taki dzisiaj wart tysiąc minstreli...

KAROL

Dunois, mówisz przez ducha przekory:

Póki był z nami, waśniłeś z nim nieraz.

DUNOIS

Prawda, że lubił i rad wszczynał spory,

Nie wiedząc nigdy, co wybrać; lecz teraz

Wybrał najlepsze i w czas się oddala

Z miejsc, w których pobyt bez sławy i celu.

KAROL

Dunois zawsze szlachetny: wychwala

Tylko za oczy! Słuchaj, Du Chatelu,

Od króla René przybyli posłowie,

Króla wesołych pieśni i pasterzy;

Trzeba ich przyjąć: wszyscy trzej bardowie,

Każdemu złoty łańcuch dać należy.

do Dunois

Czego się śmiejesz?

DUNOIS

      Że łatwo królowi

Ze słów królewskich wić złote łańcuchy.

KAROL

do Du Chatela

Cóż to?

DU CHATEL

Niestety! Gorzką prawdę mówi.

Skarb twój, o królu, od dawna już suchy!

KAROL

To się postaraj skąd nie bądź! Śpiewacy

Nie mogą od nas odejść nieuczczeni.

Oni nam słodzą trud królewskiej pracy,

Ich sprawą berło laurem się zieleni.

Duch ich sam twórca swych wietrznych pałacy,

Rządzi z nich sławą w czasie i przestrzeni.

Stąd się wieszcz z królem równać może śmiele:

Obadwaj stoją na ludzkości czele.

DU CHATEL

Królu i panie, oszczędzałem ciebie,

Póki sam mogłem dać pomoc i radę,

Lecz dziś wzgląd musi ustąpić potrzebie,

Nie stać cię, panie, ach, nie na biesiadę,

Nie na podarki, lecz na chleb powszedni!

Niepłatne wojsko burzy się; niejedni

Broń już rzucili; ledwie wiem co ranku,

Jak dzień opatrzyć twój i dworzan twoich.

KAROL

Obmyśl więc sposób: zastaw w jakim banku

Dochody celne lub które z dóbr moich.

DU CHATEL

Cło na trzy lata zastawione z góry.

KAROL

Ziem przecież pięknych mamy jeszcze wszędzie.

DUNOIS

Tak, póki zechce Bóg i Salisbury!

I niech no jeszcze Orlean zdobędzie,

Wtenczas ci chyba z królem René w parze

Wziąć kijek w rękę... i grać na fujarze.

KAROL

Zawsze swój dowcip ostrzysz na tym królu —

On przecież jeden pomni nas w złym czasie.

DUNOIS

Mała pociecha, gdy zamiast wojsk w polu,

Nasz sprzymierzeniec sam swe owce pasie!

KAROL

Jest to żart tylko, zabawa niewinna!

Nęci go urok pasterskiej prostoty,

Ich szczera radość, ich miłość niewinna.

Chce sobie w życiu przypomnieć wiek złoty.

Lecz, co prawdziwie wielkiego zamierza,

To jest zwrot owych bohaterskich czasów,

Gdy miłość była natchnieniem rycerza,

A piękność celem i sędzią zapasów.

W tych czasach starca żyje duch młodzieńczy,

I, jak je dawne pieśni przekazały,

Chciałby je wskrzesić, wznieść jak gmach wspaniały,

Z mgły przezroczystej i kolorów tęczy.

Dwór swój uczynił tych wieków obrazem,

Gdzie rycerz musi hołdować piękności,

Gdzie piękność tkliwa i skromna zarazem,

A sąd osobny przestrzega wierności.

Sąd ten dziś właśnie, za króla rozkazem,

Śle mi dyploma na Księcia Miłości.

DUNOIS

Któż jej potęgę czuć może nade mnie,

Com jest jej razem dowodem i czynem?

Przez nią krew książąt płynie tylko we mnie

I Orleańskim nazywam się synem.

Lecz w ojcu moim mam wzór, jak należy

Skarbić jej łaski, w ojcu moim, który,

Jak serca niewiast, na czele rycerzy

Umiał zdobywać nieprzyjaciół mury.

Jeśliż więc, królu, chcesz piastować godnie

Nowy twój urząd, ucz się jego czynów!

Wdziej hełm na skronie, a dłoń z sercem zgodnie

Niech nam przypomną sławę paladynów!

Bo, jak czytałem, nie owiec pasterze,

Jak ów król René, za okrągłym stołem,

Lecz w twardych zbrojach i laurach rycerze

Z królem Arturem biesiadali społem.

Bo, kto niewiasty obronić nie zdoła,

Nie wart jej serca! Teraz czas, o królu!

Potrzeba nagli i powinność woła:

Wystąp jak rycerz i na bitew polu

Walcz o tron przodków, o cześć twej ojczyzny!

A, gdy ją zbawim i wroga pobijem,

My sami wtedy twe znoje i blizny

Otrzem laurami i mirtem okryjem.

KAROL

do Pazia, który wchodzi

Cóż?

PAŹ

Z Orleanu przybyli posłowie.

Proszą o wejście.

KAROL

      Wprowadź!

Paź odchodzi

      Chcą pomocy —

Jakąż im damy?

SCENA III

Ciż i trzej radcy z Orleanu

KAROL

      Witam was, panowie!

Cóż nam niesiecie? Czy wrogów przemocy

Miasto się jeszcze opiera? Czy zdoła

Oprzeć się długo?

RADCA

      Królu nasz i panie,

Miasto do ciebie o ratunek woła,

W tobie ostatnie złożyło ufanie!

Zewnętrzne szańce runęły, załoga

Przez pół zginęła na murach lub w mieście

Wymiera z głodu, a cała moc wroga

Bije do szturmu dzień i noc, że wreszcie

Musim się poddać lub zginąć. Wódz zatem,

Rochepierre hrabia, łącznie z magistratem,

Weszli w umowę z wrogiem, której mocą,

Jeśli w przeciągu całych dni dwunastu

Wojska nam, króla, nie przyślesz z pomocą

Lub skąd żywności nie opatrzysz miastu —

Miasto się podda.

Dunois wzdryga się z gniewem.

KAROL

      Czas krótki.

RADCA

      O panie!

Ślą nas ku tobie bracia i ziomkowie,

By do twych uszu doszło ich wołanie,

Byś w czas nieszczęsnej zabieżał umowie.

DUNOIS

Jakże mógł Santrailles przystać na haniebną?

RADCA

Póki żył Santrailles, ufano w orężu.

DUNOIS

Santrailles nie żyje?

RADCA

      Legł śmiercią chwalebną

Za kraj i króla.

KAROL

      Ach, w tym jednym mężu

Straciłem wojsko!

Rycerz wchodzi i rozmawia cicho z Dunois, który porywa się przerażony.

DUNOIS

      Zdrajcy!

KAROL

      Co się stało?

DUNOIS

Wojsko się szkockie buntować zaczyna

O żołd zaległy i zapowiedziało,

Że rzuci oręż. Lord Duglas zaklina

O prędką radę.

KAROL

do du Chatela

      A więc jaka rada?

DU CHATEL

wzruszając ramionami

Niestety! Żadnej!

KAROL

      Nie zechcąż poczekać?

Przedam, zastawię wszystko!

DU CHATEL

      Nic nie nada!

Nie będą wierzyć. — Bo cóż im przyrzekać?

KAROL

To są najlepsze ze wszystkich wojsk moich.

Cóż poczniem bez nich?

RADCA

padając na kolana

Pomnij o nas, królu!

W nas jest ostatnie przedmurze państw twoich:

Jeśli upadniem, nie oprzesz się w polu!

KAROL

z rozpaczą

Co mam uczynić? Widzicie, słyszycie!

Czyliż mi zboże wyrośnie na dłoni

Lub wojsko z ziemi? Mam i oddam życie,

Lecz skąd wziąć złota, żołnierzy i broni?

Postrzega wchodzącą Agnieszkę Sorel i z otwartemiramionami rzuca się na jej spotkanie.

SCENA IV

Ciż i Agnieszka Sorel (ze szkatułą w ręku)

KRÓL

O, pójdź najmilsza, mój stróżu aniele!

Pójdź! Niech twe słowa mą rozpacz ukoją!

Z tobą mi wszędzie pokój i wesele,

Nic nie stracone, pókiś ty jest moją!

AGNIESZKA

rozglądając się naokoło wzrokiem pytającym i bojaźliwym

Prawdaż to? Mówcie! Prawdaż, co słyszałam?

Wojsko się burzy?

DU CHATEL

Niestety!

AGNIESZKA

      Karolu!

Ja tobie serce, ja siebie oddałam,

A tyś nie zwierzył twych potrzeb i bolu!

do du Chatela, podając mu szkatułę

Masz! Tu jest złoto, tu drogie kamienie:

Przedaj, stop wszystko, a zapłać żołnierzy!

Mam jeszcze zamki, mam bogate mienie,

Bierz, przedaj, śpiesz się, nim pora ubieży!

Zmusza go do odejścia.

KAROL

I cóż wy na to, przyjaciele moi?

Jestżem ubogi, gdy takiego serca

Miłość posiadam? Czyż jej nie przystoi

Cześć, co mam dla niej? Niejeden oszczerca,

Wiem, szukał dumy w jej miłości ku mnie,

Lecz, godna rodem, wyższa sama sobą,

Dość niechby tronu pożądała dumnie,

Najpotężniejszych byłaby ozdobą.

Lecz ona gardzi tronem; ziemskie dary

Nogą pomiata i w tem jest jej pycha,

Że, wszystkie dla mnie poniósłszy ofiary,

Wszystkie wzajemne, prócz serca, odpycha.

I teraz — patrzcie! — na obronę moją

Oddała resztę, do Dunois Czujesz wielkość w czynie?

DUNOIS

Czuję to, żeście szaleni oboje:

Ciebie nie zbawi, sama tylko zginie.

W dom gorejący rzuca skarby swoje!...

Leje w bezdenne Danaid naczynie!...

AGNIESZKA

O, nie wierz jemu! Sto razy dla ciebie

Krew swą poświęcał, a na mnie się gniewa,

Że ci strój błahy oddaję w potrzebie,

Chce, bym bez ciebie być mogła szczęśliwa!

Nie, nie, Karolu! Precz od nas blask zwodny,

Precz miękkość zbytku w niebezpieczeństw chwili!

Daj wzór poświęceń, jeśli chcesz być godny,

By się za ciebie drudzy poświęcili.

Dwór swój zmień w obóz! Pierś odziej żelazem!

Znoś głód i trudy! Płać życiem i zdrowiem!

Niech żołnierz widzi, że i król ich razem

Wiatr ma przykryciem, a ziemię wezgłowiem.

Wtenczas w ich piersiach znajdziesz tarcz niezłomną.

Dokażą cudów, bo siebie zapomną!

KAROL

z uśmiechem

Teraz pojmuję tajemnicze słowa,

Com z ust natchnionej niegdyś prorokini

Słyszał w Clermoncie: że mię białogłowa

Zbawi, zwycięzcą i królem uczyni.

Wierzyłem wróżbie, lecz do jej spełnienia

Czekałem matki, aż swój gniew rozbroi,

Lecz tyś jest anioł mego przeznaczenia,

Bóg mi zbawczynię dał w najmilszej mojej!

AGNIESZKA

Miecz twych przyjaciół przepowiednię ziści.

KAROL

W niezgodzie wrogów mam także nadzieję.

Wiem, że od dawna żar skrytej zawiści

W sercu Burgunda i Anglików tleje.

La Hire’a przetoż wysłałem do księcia,

Azali, pomny na krwi naszej związki,

Nie złoży z serca mściwego zawzięcia

I w dawne ku nam wróci obowiązki? —

Co chwila nazad oczekuję gońca.

DU CHATEL

u okna

Widzę go właśnie, jak pędzi do bramy.

KAROL

Tem lepiej! Prędzej dowiemy się końca,

Czego się lękać lub spodziewać mamy.

SCENA V

Ciż i La Hire

KAROL

idąc naprzeciw niemu

Witaj nam! Jakież przynosisz nowiny?

Jestże nadzieja?

LA HIRE

      Tak! W Bogu i w broni!

KAROL

Co? Burgund nie chce naprawić swej winy?

Odrzuca zgodę? Cóż powiedział o niej?

LA HIRE

Przed wszystkiem innem, nim dalszej umowie

Nakłoni ucha, chce, byś Du Chatela,

Co go zabójcą ojca swego zowie,

Wydał mu w ręce.

KAROL

      Ja dać przyjaciela

Na zemstę wrogom! Cóż, jeśli odmówię?

LA HIRE

Układ zerwany.

KAROL

      Nazbyt się ośmiela!

Czy żeś go wyzwał, by jako mąż z mężem,

Mimo krwi związków i stanu różnicę,

Sam spór swój ze mną rozstrzygnął orężem?

LA HIRE

Złożyłem przed nim twoją rękawicę,

Mówiąc, że zstąpisz z wysokości tronu,

By kraj swój przed nim swą piersią zasłonić,

I, choć niewinny ojca jego zgonu,

Czci swej chcesz mieczem od zarzutów bronić.

Lecz odpowiedział, że nie ma potrzeby

Wieść bojów o to, czego jest już panem.

Gdy zaś koniecznie chcesz tego, ażeby

Walczyć z nim, znajdziesz go pod Orleanem.

To mówiąc, usta przygryzał zawzięcie,

I z tem do innych oddalił się gości.

KAROL

Żadenże za mną w moim parlamencie

Nie wzniósł się czystej głos sprawiedliwości?

LA HIRE

Głuszy go wściekłość stronnicza. Parlament

Ród twój i ciebie pozbawił korony.

DUNOIS

O biedny kraju, gdzie, ufny w praw zamęt,

Gmin chce obalać i stanowić trony!

KAROL

Cóż matka moja? Byłżeś u niej?

LA HIRE

po chwili namysłu

      Panie,

Byłem w Saint-Denis, gdy przywłaszczyciela

Święcono królem. Strojni Paryżanie,

Jak w dzień godowy, z okrzykiem wesela

Stali po drodze, a gminna hałastra

Śród muru włóczni i puklerzy stalnych

Ciągnęła powóz Henryka Lankastra

Pod cieniem łuków i bram tryumfalnych.

Król-dziecko omal nie płakał z przestrachu,

Gdy lud z szalonym witał go zapałem.

Angielskie wojska przy kościelnym gmachu

Stały pod bronią. Wszedłem i widziałem,

Jak siadł na świętej Ludwika stolicy.

Po bokach stali dumni jego stryje,

Bedford i Gloster, a u stóp lennicy

Na klęczkach, kornie nachylając szyje,

Hołd mu składali. Burgund na ich czele!

KAROL

O zdrajca!

LA HIRE

      Dziecię patrzyło nieśmiele,

I, wchodząc na tron, potknęło się w kroku.

«Zły znak, zła wróżba!» szeptano dokoła,

Śmiech nawet powstał; gdy wtem nagle z boku

Matka twa, panie, weszła do kościoła...

I...

KAROL

Mów!

LA HIRE

      I, w pomoc podawszy mu dłonie,

Sama go na twym posadziła tronie.

KAROL

O matko, matko!

LA HIRE

      Widziałem: lud cały

Wzdrygnął się na to i nawet Anglicy

Spuścili oczy. Sam Burgund zuchwały

Oblał się wstydem, a w każdej źrenicy

Znać było zgrozę. Zapewne dostrzegła,

Wzrok jej zaiskrzył i, skinieniem ręki

Dając znak, groźnem lud okiem przebiegła,

«Francuzi! — rzekła — mnie składajcie dzięki,

Że w pień spróchniały waszych królów domu

Zaszczepiam gałęź laurowego wieńca

I tron wasz świetny ochraniam od sromu,

By na nim wami rządził syn szaleńca!»

Król zakrywa twarz — Agnieszka bieży ku niemu i bierze go w swoje objęcia — wszyscy obecni okazują wzgardęi przerażenie.

DUNOIS

Tygrzyca! Potwór! A! furyja z piekła!

KAROL

po pauzie do radców

Widzicie sami, w jakim rzeczy stanie.Śpieszcie, by próżno krew ludzka nie ciekła,

Powiedzieć waszym braciom w Orleanie,

Że ich uwalniam od wierności ku mnie,

I na Burgunda, radzę, by się zdali.

Zawzięty na mnie, postępuje dumnie,

Lecz zwą go Dobrym, on miasto ocali.

DUNOIS

Jak to? Czyż innych nie znajdziesz już środków?

RADCA

klękając

Nie! Słów tych, królu, nie odniesiem ziomkom.

Sławę z wierności wzięliśmy od przodków

I nieskażoną zostawim potomkom.

Ty nam swej tylko nie cofnij opieki,

A zginiem raczej!

DUNOIS

Nie wstydże ci, królu,

Że wolisz hańbą okryć się na wieki,

Niż oko w oko wrogom zajrzeć w polu,

Że poniewierasz miast Francyji perłą,

Co, jako ona, przodków twoich berło

Zdobiło z wieków?...

KAROL

      Dość już krwi płynęło!

Bóg snać swą rękę ociężył nade mną.

We wszystkich bitwach wojsko me pierzchnęło,

Najwaleczniejsi zginęli daremno;

Parlament wyzuł mię z tronu; stolica

Z bezwstydną pompą święci tryumf wroga;

Najbliższy krewny, ha! własna rodzica

Zguby mej pragną; lud przejęła trwoga!

Mamliż krew jeszcze, jak próżną ofiarę,

Lać dla mej dumy? Nie, ustąpmy raczej!

Opór daremny! — Przejdźmy za Loarę

Czekać i znosić, co nam Bóg przeznaczy.

AGNIESZKA

Nie dopuść, Boże, byś spełnił twe słowa,

Byś tak sam sobie i ojczyźnie skłamał!

Nie! Nie z twej duszy pochodzi ta mowa:

Sprośny czyn matki twoją stałość złamał!

Lecz wiem, że męska wnet wróci otucha,

I znów, jak puklerz, moc twojego ducha

Zostawisz losom!

KAROL

ponuro

Nie! Dłoń przeznaczenia

Widna w tem wszystkiem: Bóg od mego domu

Twarz swą odwrócił; matki złorzeczenia

Wzięły swój skutek! Pasmo klęsk i sromuSnuje się z dawna: ojciec mój w szaleństwie

Wiek skończył, bracia pomarli w lat kwiecie,

A ja!... Ach, próżno, próżno ufać w męstwie!

Plemię Walezych upadło na świecie.

AGNIESZKA

W tobie, Karolu, zakwitnie na nowo!

Wierz tylko w siebie! O, nie bez zamiaru

Bóg cię ocalił, gdy i nad twą głową

Wisiał cień śmierci, i z Jego to daru

Dzierżysz to berło, co trzech pierworodnych

Posiąść wprzód miało. Bo On w duszy twojej,

W uczuciach twoich słodkich i łagodnych,

Upatrzył balsam, co kiedyś zagoi

Rany ojczyzny i w sercach niezgodnychUśmierzy gniewy i zemstę rozbroi!

Tyś jest wybrany, by w cieniu oliwy

Dźwignąć i wsławić swój naród szczęśliwy!

KAROL

Ja? Nie, niestety! W tej burzliwej toni,

Z której ojczyźnie nie wyniść bez cudu,

Ster jej silniejszej potrzebuje dłoni.

Ach, i ja może byłbym ojcem ludu,

Co by mię poznał, co by chciał mię wspierać

I miłość płacił miłością wzajemną!

Ale nie umiem serc mieczem otwierać,

Które nienawiść zamyka przede mną.

AGNIESZKA

Lud dał się uwieść, namiętność go łudzi!

Ale dzień bliski, że, z mlekiem wyssana,

W sercach się Franków na nowo obudzi

Dziedziczna miłość dla prawego pana;

Obudzi dawna dwóch ludów nienawiść,

Co je na wieki jak morze rozdziela,

A dumnych wodzów niezgoda i zawiść

Musi osłabić moc nieprzyjaciela.

Wytrwaj więc tylko i nie cofaj kroku!

Każdy ślad wrogów niech krew ich naznaczy!

A nade wszystko, jak źrenicy w oku,

Strzeż Orleanu! Popalić każ raczej

Mosty i łodzie, poniszczyć przeprawy,

Niżbyś swą hańbę i żywot tułaczy

Niósł za Loarę, ten Styks twojej sławy!

KAROL

Com mógł, zrobiłem! Pojedynczym bojem,

Rycerz z rycerzem, chciałem spór mój skończyć,

Pokój okupić chciałem życiem mojem.

Lecz mamże darmo krew mych ludów sączyć?

Mamże, jak owa nieprawdziwa matka,

Dozwolić raczej, by wróg krwawym mieczem

Płatał me kraje, niszczył do ostatka?

Nie! By je zbawić, sami się ich zrzeczem.

DUNOIS

Toż mowa króla? To zapał młodzieńca?

To zamiar, który mężowi przystoi?

Najlichszy z gminu krew, życie poświęca

Zdaniu, miłości, nienawiści swojej.

Strona jest wszystkiem, gdy domowej wojny

Sztandar powionął. Starzec i niewiasta

Chwyta za oręż; rzemieślnik spokojny

Kruszy swój warsztat; kupiec pali miasta;

Rolnik swe własne zasiewy wyniszcza,

By ci zaszkodzić lub pomóc w potrzebie.

Nikt nie oszczędza drugich, ani siebie.

Walcząc za swoje bogi lub bożyszcza.

A ty! Król! Miałbyś z litości niemęskiej

Praw się swych zrzekać, odrzucać nadzieje,

By skrócić wojny nieuchronne klęski?

Nie! Niech się wojna sama wyszaleje!

Nie tyś ją zaczął, a że lud za króla

Krew swą lać musi, w tem jest niebios wola,

W tem prawo świata! I biada narodom,

Co by swym królom, swej czci i swobodom,

Krwi swej lub mienia szczędziły w ofierze!

KAROL

do radców

Próżno czekacie! Bóg was niechaj strzeże!

Ja nic nie mogę.

DUNOIS

      Niechże Bóg zwycięstwa

Tak się na wieki odwróci od ciebie,

Jak ty od kraju w dniach niebezpieczeństwa!

Ale pamiętaj, że zgubisz sam siebie.

Że cię nie Burgund, nie moc Albionu,

Lecz własna małość strąca z ojców tronu!

Francyji trzeba króla-bohatera,

A ty!... Żegnam cię!

do radców

Król się was wypiera...

Lecz ja, w tej ojca mojego dziedzinie,

Idę się z wami zagrzebać w ruinie.

Chce odchodzić, Agnieszka go zatrzymuje.

AGNIESZKA

do króla

O, nie dopuszczaj, aby odszedł w gniewie!

Zbyt ostry w słowach, prawda! Lecz któż nie wie,

Jakim jest w sercu, jak w każdej potrzebie

Ostatnią kroplę krwi odda za ciebie?

Pójdź, pójdź, Dunois! Wyznaj, że w zapale

Nadtoś powiedział! A ty mu wspaniale

Przebacz z prędkości niemyślane słowo!

O pójdźcie, pójdźcie! Niech złączę na nowo

Dłonie i serca wasze, nim zawzięty

Gniew je zajątrzy i drobną dziś szparę

Zamieni w przepaść!

Dunois pogląda na króla, zdając się oczekiwać na jegoodpowiedź.

KRÓL

do du Chatela

      Każ mój dwór i sprzęty

Przenieść na łodzie! Idziem za Loarę.

DUNOIS

prędko do Agnieszki

Żegnaj!

Odwraca się śpiesznie i odchodzi; za nim radcy.

AGNIESZKA

załamuje ręce

      O, teraz, tośmy pozostali

Jedni prawdziwie! On był nam podporą!

Idź, śpiesz, La Hirze! Błagaj go, azaliNie da się zmiękczyć i wróć go nam skoro!

La Hire odchodzi.

SCENA VI

Karol, Agnieszka, Du Chatel

KAROL

Także to wielkiem dobrem jest korona,

Iżby ją tylko utrzymać na czole,

Znieść miałbym raczej, by nieukrócona

Duma mi czyjaś krępowała wolę!

Zdać się na łaskę zuchwałych wasali,

By żyć, czuć, myśleć gwoli ich skinieniu?

O! to jest boleść, co rdzeń duszy pali,

To ciężej, niźli ulec przeznaczeniu!

do du Chatela, który się jeszcze waha

Czyń, com rozkazał!

DU CHATEL

padając na kolana

Panie!

KAROL

      Przedsięwzięcia

Mego nie zmienię! Ogłoś to na dworze!

DU CHATEL

Królu, przejednaj burgundzkiego księcia!

To jeszcze jedno, co cię zbawić może.

KAROL

Ty mi to radzisz? A on twojej głowy

Żąda za pieczęć do naszej umowy.

DU CHATEL

Masz ją, o królu! Krew mą nie dopiero

Jam ci poświęcił i zarówno z chlubą,

Pod mieczem wroga czy kata siekierą,

Umrę za ciebie — byleś moją zgubą

Ukoił księcia, bylebym w spuściźnie

Zostawił pokój tobie i ojczyźnie!

KAROL

spoglądając na niego chwilę w milczeniu i ze wzruszeniem

Do tegoż przyszło, że ci, co mą duszę

Znają najbliżej, że ci hańby drogę

Śmią mi wskazywać? I mówią, że muszę

Iść nią... i myślą, że zechcę i mogę?

O, teraz czuję, że wszystko stracone,

Gdy i mój honor ufność ludzi stracił!

DU CHATEL

Rozważ!

KAROL

      Dość o tem! Za świata koronę

Krwią bym przyjaciół moich nie zapłacił!

Idź, spełń, com kazał! Niech się niemieszkanieGotują w podróż!

DU CHATEL

Wola twoja, panie!

Powstaje i odchodzi; Agnieszka płacze rzewnie.

SCENA VII

Karol i Agnieszka

KAROL

chwytając ją za ręce

Nie płacz, o luba! Wszak i tam, za rzeką,

Francyja jeszcze i milsze daleko

Niebo i ziemia! Tam na łonie twojem

Odetchnę znowu szczęściem i pokojem.

AGNIESZKA

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.