drukowana A5
30.15
Rozbitki

Bezpłatny fragment - Rozbitki


Objętość:
179 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0087-8

„Mojej żonie w upominku.”

OSOBY:

SZAMBELANIC CZARNOSKALSKI

SZAMBELANICOWA

MAURYCY, ich syn

GABRJELA, ich córka

DZIEŃDZIERZYŃSKI

POLA, jego córka

WŁADYSŁAW CZARNOSKALSKI

KOTWICZ-DAHLBERG CZARNOSKALSKI

JAN STRASZ

ŁECHCIŃSKA

ZUZIA

MICHAŁEK, strzelec Dzieńdzierzyńskiego

LOKAJ szambelanica

Pierwszy chłopiec z cukierni

Drugi chłopiec z cukierni

Rzecz dzieje się na wsi, w majątku Czarnoskalskich, z wyjątkiem aktu III, który odbywa się w Warszawie.

AKT I

Polanka w lesie. Z lewej w głębi, domek leśniczego, z prawej, na przodzie ławka pod drzewem. Strona prawa i lewa rozumie się od Publiczności.

SCENA I

Zuzia, Michałek stoją przed drzwiami domku. Michałek pije z dzbanka.

MICHAŁEK

oddawszy dzbanek

No, Bóg zapłać, to i dziad więcej nie powie. Otarłszy usta. A teraz do widzenia.

ZUZIA

Gdzież się tak spieszysz?

MICHAŁEK

Muszę iść, bo stary się tam skręci bezemnie... Słychać zdala parę chrapliwych zadęć trąbki.O! słyszysz? rozumiesz ty to? to się znaczy, że mieliśmy się strąbić. Ale nie myśl, żeby to było takie strąbienie, jak np. arakiem... broń Boże! to się znaczy, że on trąbi na mnie i powiada: naśladując trąbkę Miszel! chodź sam tu! a ja mu powinienem odtrąbić: tak samo Idę! idę! idę!

Dobywa z torby fajeczkę i nakłada.

ZUZIA

To idźże już sobie, kiedy ci tak pilno...

Odnosi dzbanek i wraca po chwili z koszykiem.

MICHAŁEK

który przez ten czas zapalił fajeczkę.

A ty dokąd z tym koszykiem?

ZUZIA

Na rydze. Ty sobie, ja sobie.

MICHAŁEK

Hola, czekajno... niewiem, czy to dla ciebie bezpiecznie.

ZUZIA

A to dla czego?

MICHAŁEK

Dla tego, że ja tu dopiero co spotkałem kogoś.

ZUZIA

Cóż dziwnego? wszakże dziś polują.

MICHAŁEK

Polują, polują... ja wiem! ten też poluje, ale mnie się to polowanie nie bardzo podoba.

ZUZIA

O, nie pleć.

MICHAŁEK

Widzisz, zrozumiałaś mnie, boś raki spiekła.

ZUZIA

Co ci się śni, nawet niewiem o kim mówisz.

MICHAŁEK

Nie wiesz? doprawdy? patrząc jej w oczy A wasz panicz, pan Maurycy? hę? spojrzyj mi w oczy... wskazując palcem he, he, he... a widzisz!

ZUZIA

No to cóż, że czasem do nas zajrzy? przecie moja nieboszka matka go wypiastowała.

MICHAŁEK

Hm! wiem, wiem... ale słuchajno, już kiedy tak, to żeby przynajmniej znał się na rzeczy i pamiętał o tobie... toby było pół biedy.

ZUZIA

Jakto?

MICHAŁEK

Ano żeby było przecie czem zacząć, jak się pobierzemy.

ZUZIA

Hm, toś ty taki? nie chodzi ci o mnie, tylko o pieniądze?

MICHAŁEK

Każdemu o to powinno chodzić. Nie myśl, żebym ja cię miał namawiać na jakie złe rzeczy, boć to przecie byłoby na moją skórę... ale widzisz, kto ma rozum, to drze łyka kiedy się da.

ZUZIA

Ej, żebyś czasem nie żałował, jeżeli to mówisz naprawdę.

MICHAŁEK

n. s.

Udaje że się gniewa, ale dobrze, że jej powiedziałem: niech wiedzą żem ja nie ślepy... może człowiekowi co z tego kapnie... słychać trąbkę; głośno Masz! znowu trąbi... trza lecieć... do widzenia.

Odchodzi na prawo.

SCENA II

Zuzia, po chwili Kotwicz, później Łechcińska.

ZUZIA

sama; po chwili zastanowienia

A to!.. czy on na prawdę mówi, czy tylko tak, żeby się czego dowiedzieć.. Co by mi nawet przez myśl nie przeszło, to on mnie sam uczy... p. c. Niech on jeno sobie ztego żarcików nie robi, bo jeszcze kiedy mu to na złe wyjdzie...

Wchodzi na chwilę do domku.

KOTWICZ

Wchodzi z prawej strony, rozglądając się.

Tu jest, tu go niema... Że też ja ich nie mogę nigdy zdybać razem, a wiem, że myszkuje. Sekreta przedemną... co mu się stało... Bardzobym chciał mieć czarne na białem. spostrzegłszy Zuzię, która wyszła zarzucając chusteczkę na głowę O! jest jedno... pewno i drugie niedaleko, pod umówionym jaworem. zastępując jej Gdzież to rybcia idzie? hę?

ZUZIA

Na spacer.

KOTWICZ

Ale fe! tak na pojedynkę, czy ma się z kim zejść?

ZUZIA

Co panu po tej ciekawości.

KOTWICZ

grożąc żartobliwie

Rybciu! Zatrzymując ją. Muszę się dowiedzieć.

ZUZIA

wydarłszy mu się

O! tyle!

Pokazuje mu figę i wybiega.

KOTWICZ

Ta figa daje bardzo wiele do myślenia.

ŁECHCIŃSKA

która weszła przed chwilą

Ha, ha, ha!

KOTWICZ

n. s.

A ta tu co robi?

ŁECHCIŃSKA

Pan hrabia! ha, ha, ha! nie w kniei, tylko na leśniczówce... a to ładnie, słowo daję... zamiast strzelać sarny w lesie, to się tu kręci koło sarny na dwóch nóżkach.

KOTWICZ

Co kręci, kręci... niewiedzieć co!

ŁECHCIŃSKA

Jakto, nie widziałam na własne oczy? zaraz wszystkim opowiem... komu to tu świat durzyć, jak matkę kocham!.. okropność.

KOTWICZ

Ale daję słowo honoru.

ŁECHCIŃSKA

A! więc hrabia chyba komu innemu robił interesa... to już prędzej ujdzie... n. s no, jestem w domu.

KOTWICZ

chodząc, kwaśno

Teraz mnie faktorem robią.

ŁECHCIŃSKA

Tego nie powiedziałam... do chłopca, który wnosi dwa spore koszyki i niewie co z niemi robić. No, czegoż tu stoisz, zanieś do izby... do Kotwicza śniadanie dla myśliwych... poufnie ale to tylko dyplomacja, bo inaczej niemiałabym z czem się zamówić.

KOTWICZ

Po co?

ŁECHCIŃSKA

Po co? nikt by nie zgadł... oto po prostu poto, żeby pilnować hrabiego.

KOTWICZ

Mnie?

ŁECHCIŃSKA

Nie inaczej, jak matkę kocham... bo hrabia taki ciężki do wszystkiego, że niech Bóg broni... może już i zapomniał, że pani sobie życzyła, aby po polowaniu przyjechali wszyscy do pałacu na obiad.

KOTWICZ

No tak, wspominała mi kuzynka. Więc cóż?

ŁECHCIŃSKA

A Strasz jest?

KOTWICZ

Jaka straż?

ŁECHCIŃSKA

O! już koncepta... Strasz, ten młody co się to teraz sprowadził do Zagrajewic, bo to o niego przedewszystkiem chodzi.

KOTWICZ

Ale fe! cóż to nowego się święci?

ŁECHCIŃSKA

Najprzód, czy jest? bo jeżeli go niemasz, to to wszystko niepotrzebne.

KOTWICZ

Ale jest, jest, i to nawet mnie zdziwiło... zkąd się wziął nie proszony? nikt go nie zna.

ŁECHCIŃSKA

tajemniczo

Właśnie że proszony.

KOTWICZ

Przez kogo?

ŁECHCIŃSKA

Wystaw sobie hrabia, to cała historja. Pani na bilecie wizytowym męża napisała parę słów ołówkiem, i postarałyśmy się, że mu zaniesiono dziś raniutko, niby to z polowania.

KOTWICZ

Ale fe!

ŁECHCIŃSKA

Jak matkę kocham! I jakże on wygląda? przyzwoicie?

KOTWICZ

Fagas... za kamerdynera bym go nie przyjął.

ŁECHCIŃSKA

E, hrabiego to niema się co pytać, bo taki arystokrata, jak niewiem co.

KOTWICZ

Szewcem dzięki Bogu się nie urodziłem.

ŁECHCIŃSKA

Co tam, jaki jest taki jest, dosyć że ma pieniąchy.

KOTWICZ

I grube, ani słowa! po prostu miljoner. p. c. z goryczą Dostało się w ładne ręce... mój Boże! Zagrajewice, taka pańska rezydencja.. gniazdo Zagrajewskich... to był dom, jakich dziś już niema. Jakeśmy się tam bawili! goście prawie nie wyjeżdżali... szampan lał się strumieniami.

ŁECHCIŃSKA

z admiracją

Jak matkę kocham, to były czasy!

KOTWICZ

Zwykle po takich bachandrjach zjeżdżano do mnie na barszczyk, z którego słynął mój kucharz. Prawda, że te barszczyki kosztowały mię tyle, że łajdak Wucherstein zlicytował mi Bębnówkę i zabrał jak swoją.

ŁECHCIŃSKA

A! to tak?... ale hrabia miał jeszcze i drugą jakąś wioskę.

KOTWICZ

Lipowiec? mam tu po nim pamiątkę. Otwiera cienki pugilaresik, do którego Łechcińska ciekawie zagląda. Przegrałem go na tę samą dwójkę pikową.

ŁECHCIŃSKA

Jezus! no i cóż?

KOTWICZ

A no, nic... oddałem w dwadzieścia cztery godzin... dług honorowy, trudno! p. c. no, ale się przynajmniej żyło i użyło po pańsku... a teraz!... pierwszy lepszy cham, prosty wyrobnik jakiś z pod płotu... chodzi zasmolony, przy fartuchu... będzie kamienie tłukł przy drodze... później, jest! wypływa na wierzch.. krezus!... I niechże taki potrafi dom prowadzić!...

ŁECHCIŃSKA

Chyba, że go panowie nauczą, bo to tak wszystko idzie w kółko... o! pokazuje palcem taki tam jakiś skoro się do chrapie grosza, to nie ma spokoju póki się nie wprosi do koligacji z jakim prawdziwie pańskim domem, i te miliony znowu wracają tam, skąd je wyciśnięto.

KOTWICZ

Żeby to!

ŁECHCIŃSKA

Niech mówią co chcą, pan panem zawsze będzie. Naprzykład hrabia stracił taki majątek, ale jak był tak jest hrabią, a to jest kapitał, i jaki! nie jedna majętna osoba na wydaniu, chętnieby oddała wszystko, żeby być hrabiną. Ja sama powiadam, że gdybym tak wygrała wielki los na loterji, albo gdyby mi dopisały jedne duże pieniądze — co jeszcze sekret — toby się hrabia musiał zaraz żenić ze mną, jak matkę kocham!

KOTWICZ

Ale fe! tak zaraz? na poczekaniu?

ŁECHCIŃSKA

Byłabym hrabiną... do siebie Jezus! dopierobym nosa zadzierała! ciekawa rzecz, jaką minę zrobiłaby na to stara szambelanicowa. do Kotwicza z przymileniem. Ożeniłby się hrabia ze mną, gdybym miała pieniądze? co?

KOTWICZ

p. c. przyjrzawszy jej się, pół żartem

Chyba bardzo grube.

ŁECHCIŃSKA

A co! jeszczeby grymasił, jak matkę kocham... nie powiedziałam? zaraz chce się krociów... dobre i coś.. zawsze byłby swój kąt, cóżby przyszło robić, gdyby zabrakło cudzych? przecie hrabiemu nie wypada się zaprzągać do podłej pracy, jak jakiemu pierwszemu lepszemu. To tak, jak gdyby np. naszemu państwu kazać być czem... Jezus! taka wielka familja, od książąt, hrabiów, nawet od królów podobno... Czy to prawda, że Czarnoskalscy pochodzą od królów?

KOTWICZ

zniechcenia

Właściwie, to tylko ta linja, do której ja się liczę, hrabiowska, Dahlbergów, jest skuzynowaną przez Stuartów z większą częścią domów panujących... a młodsza, z której pochodzi szambelanic.. ph! niby przez Poniatowskich... ale.. w każdym razie, to już tylko... dobra szlachta... więcej nic...

ŁECHCIŃSKA

No, to i to nie bagatela! Poniatowscy... i niechżeby im przyszło co robić, pracować na życie, Jezus! oni tak przyzwyczajeni do państwa, do wszelkich wygód, czyżby to mogli przenieść? chociaż nasza pani, to święta, anielska kobieta! pełna rezygnacji, a co za matka! nie ma ofiary, którejby nie była gotową zrobić dla dzieci... bo czyż to nie prawdziwa ofiara, pozwolić panu Maurycemu żenić się z córką takiego Dzieńdzierzyńskiego? zkądże to wyszło? jakiś kupiec!

KOTWICZ

z gorzką ironją

Także miljoner... p. c. zniechcenia Te pieniądze o których pani Łechcińska wspomniała, to pewno po referendarzu.

ŁECHCIŃSKA

Być może... nie wiem.

KOTWICZ

machnąwszy ręką

Na księżycu.

ŁECHCIŃSKA

O, bardzo przepraszam, nie na księżycu... Ah! gdyby był referendarz jeszcze trochę pożył, inaczejbym śpiewała... byłby się ożenił ze mną, jak amen w pacierzu... ale i tak mi zapisał. Zapierają mi szachrują, przekupują w sądach, ale wydobedę! wydobędę! choćby mi przyszło nie wiem co...

KOTWICZ

I dużo to tego?

ŁECHCIŃSKA

n. s.

Pokaże się w swoim czasie... ah! jaki hrabia ciekawy... Jezus! żebym ja go też złapała. głośno Ale my tu gadu gadu, a nic o interesie. Niechże hrabia się postara tego Strasza sprowadzić dziś do nas koniecznie... trzeba to zrobić dla pani...

KOTWICZ

z godnością

Dla czegoż kuzynka nie raczyła wtajemniczyć mnie w powody?

ŁECHCIŃSKA

Dla czego, dla czego... wszystko opowiem szczegółowo, tylko siadajmy, bo mi nogi ścierpły... siadają na ławeczce po prawej Otóż, widzi hrabia, rzecz się ma tak... tuż za nimi pada strzał, Łechcińska z wielkim krzykiem rzuca się Kotwiczowi na szyję; on podobnież drgnąwszy, chwyta ją w pół Jezus! jakżem się przelękła... spuszczając oczy i odejmując ręce Przepraszam hrabiego... nie wiedziałam, co się ze mną dzieje...

KOTWICZ

nie puszczając jej

Ale fe! taka nieostrzelana?.. n. s. One jednak wszystkie mają w sobie coś te kobiety...

Pada drugi strzał i zaraz po nim śmiech; oboje z krzykiem padają sobie w objęcia.

ŁECHCIŃSKA

zrywając się

Ah! dla Boga! oni nas jeszcze postrzelą, jak matkę kocham... Uciekajmy stąd, znajdźmy sobie jaki kącik spokojny do pogadania.

KOTWICZ

Jest racja, pójdźmy do kątka.

Wychodzą spiesznie w głąb ku prawej stronie.

SCENA III

Maurycy, Władysław, Dzieńdzierzyński potem Michałek

Dzieńdzierzyński w eleganckim stroju myśliwskim z wszystkiemi przyborami, przy kordelasie, ale mina mieszczańska; wyrazy cudzoziemskie wymawia mocno polskim akcentem.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Tak się strzela, moi panowie... cały nabój w centrum! do Władysława wskazując na Maurycego, który na boku zwija papieros voyez vous, quel nez... jak mu się nos wyciągnął.. nie strawi tego mojego trjumfu... ale bo też to był strzał kapitalny. n. s. Zkąd mi się wziął, ani wiem.. głośno No cóż, nic nie mówisz?

WŁADYSŁAW

Zdziwienie odebrało mi mowę.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Aha! Zdziwienie... widzisz! nie spodziewałeś się?

WŁADYSŁAW

Ale bo papka tak sobie z pod pachy strzelił.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

dotknięty

Comment? jakto z pod pachy? co gadasz! czy myślisz, że nie wiem jak trzymać strzelbę? ja myśliwy!... z pod pachy!

WŁADYSŁAW

Proszę! papka myśliwy, a nie zna myśliwskiego wyrażenia. Z pod pachy, to jest z niechcenia, nie mierząc, tak sobie, o!...

Pokazuje, podrzucając strzelbę lufą ku niemu.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

przechodząc na drugą stronę

Savez vous quoi, c'est bon! śmiejąc się Złapałeś mnie za słówko... no! patrzcież! przecież znam doskonale... Istotnie, prawie nie mierzyłem, je n'ai pas mesuré, ma parole... tak sobie, paf!... to już z natury, znajcie prawowiernego szlachcica, którego nie macie żadnej racji prześladować o mieszczańskie nawyknienia, jak sobie pozwalacie.

WŁADYSŁAW

Papko, żarty.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Jeżeli burze krajowe jednego z moich przodków wypędziły do miasta, gdzie wziął się do kupiectwa... comme cela... z nudów... pour le passez-temps, to mimo to, nie przestaliśmy być szlachtą łęczycką, piskorzami z dziada pradziada... Dzieńdzierzyńscy de Kurzy-jama... Weź herbarz!

WŁADYSŁAW

Więc istotnie, dla tego papka trafił w centrum?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment? a dla czegoż? dobra krew przemówiła i kwita.

WŁADYSŁAW

Fe! któż dziś wierzy w takie przesądy.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Mój panie Władysławie, jakże można odzywać się w ten sposób, comment peut on? to świętokradztwo! uroczyście są rzeczy sakramentalne, których lekceważyć nie wolno. Kpijcie sobie ile wam się podoba z majątku, bo tego lada dureń może się dorobić; ale to co mamy po antenatach, imię, stanowisko, noblesse oblige, którego za pieniądze nie kupi, powinniśmy czcić jak świętość... Panie Maurycy, nie prawdaż? poprzej mnie.

MAURYCY

Ale czy pan go nie zna?... kontent, gdy może dowcipkować.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Masz rację... z nim nie ma szansy.

WŁADYSŁAW

Ale bo papka jest plus pape que le pape.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Savez vous quoi, c'est bon!... papka plus pape que le pape... ha, ha, ha... to jest niby innemi słowy, że... n. s. co to właściwie może być? tuż za sceną słychać parę zadęć trąbki a! mój Miszel.. bierze trąbkę i dmie w nią, wydobywając tylko chrapliwe tony; za pierwszem zadęciem Michałek wchodzi i staje tuż przy nim. Cóż u djabła! czy tę trąbkę kto zaczarował. do Michałka Gdzieżeś ty się chował? trąbiłem, aż mnie płuca bolą.

MICHAŁEK

Słyszałem, ale nie mogłem odtrąbić, bo upatrzyłem kota i nie chciałem go płoszyć.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Aha!

MICHAŁEK

Zaprowadzę jaśnie pana prosto do kotliny, jaśnie pan będzie miał satysfakcję.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Bon! n. s. plus pape que le pape... muszę się spytać Poli, co to znaczy. gł. ale on ucieknie tymczasem.

MICHAŁEK

ciszej

Nie ucieknie, bo już ze dwie godziny jakem go zastrzelił... leży pod sosną.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Cicho! ściska mu ramię Masz u mnie rubla, tylko tak zrób, żeby się nikt nie domyślił. głośno Je vous dis, mój Miszel, to perła między strzelcami... nieraz jem sobie śniadanie, a on przychodzi i powiada: jaśnie panie, upatrzyłem w kotlinie zająca. Bon! gdzie? przy borsuczych dołach; nawiasem mówiąc, pół mili drogi... un joli morceau.. zaprzęgać! jedziemy... prowadzi mnie, ustawia w dobrem miejscu, a sam idzie prosto na kota... wystrasza go, kot pomyka... kiedy sadzi w najlepsze, ja paf, paf...

WŁADYSŁAW

Kot sadzi jeszcze lepiej.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

zbity z tonu

A to jakim sposobem?

WŁADYSŁAW

No, ze strachu, cóż dziwnego.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ale nie ma czasu, bo go trafiam... koziołkuje w miejscu, i... finita la comedia.

WŁADYSŁAW

Dramat chyba.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

No, dla niego dramat, to prawda... ale dla mnie...

WŁADYSŁAW

Czy to papce robi przyjemność?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment? to nie ma robić przyjemności?

WŁADYSŁAW

Ciekaw jestem jaką... patetycznie że biedne zajączysko które nikomu nic nie zawiniło, porażone z pańskiej ręki skrzeczy głosem krającym serce? to ma być przyjemność? winszuję.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

patrząc na Michałka

Skrzeczy?

WŁADYSŁAW

Czy papka tę krwiożerczość odziedziczył w spadku po przodkach?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

n. s.

Jużcić, że to nie musi sprawiać miłej sensacji.

MICHAŁEK

Jaśnie panie, jeżeli mamy iść, to się spieszmy, bo kot może nie dosiedzieć.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

po chwili wahania

A dobrześ go zabił?

MICHAŁEK

Ani zipnął.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Ręczysz, że nie będzie skrzeczał?

MICHAŁEK

Chyba na rożnie.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

z fantazją do Władysława

Mów sobie co chcesz, jak się ma już żyłkę, to się ma... nie wyprujesz jej. do Michałka No, idź naprzód, allons... do siebie plus kap... klu pak... jakże tam, a! plus papa que le papa.

Wychodzą na prawo. Dzieńdzierzyński odwodzi kurki u strzelby i trzyma ją w pogotowiu do strzału.

SCENA IV

Maurycy. Władysław.

MAURYCY

Mój drogi, przestań też raz tej zabawki niegodnej ciebie. Nie rozumiem co za przyjemność brać na fundusz człowieka, który nawet nie potrafi się bronić.

WŁADYSŁAW

śmiejąc się

To tak tylko w kółku familijnem... za to po za oczy zawsze trzymam jego stronę, szanując w nim bądź co bądź zacny charakter.

MAURYCY

Twój humor drażni mnie.

WŁADYSŁAW

Dla czego?

MAURYCY

Dla tego, że ja go mieć nie mogę.

WŁADYSŁAW

A to egoizm.

MAURYCY

Tyś kontent ze wszystkiego począwszy od siebie, gdy ja nieraz miałbym doprawdy ochotę w łeb sobie palnąć.

WŁADYSŁAW

Tak kiedy wolnym czasem, w braku innej rozrywki.

MAURYCY

Zaręczam ci, że nie żartuję, bywają chwile, żeby mnie to nic a nic nie kosztowało. Te kajdany, bez których kroku zrobić nie mogę, za nadto mi już ciężą.

WŁADYSŁAW

Jakie kajdany? chyba ukute w twojej wyobraźni.

MAURYCY

Zazdroszczę ci, żeś się od nich wyzwolił... jedna krew w nas płynie, a jakżeśmy daleko od siebie! te wszystkie względy, które mnie krępują, dla ciebie nie istnieją. Najswobodniejszy w świecie w swoim dworku pod słomianą strzechą, dorabia się, orze, sieje, ujada się z parobkami... i szczęśliwy! ah! gdybym ja tak mógł!

WŁADYSŁAW

Przypominasz mi tego właściciela pensjonatu, który zajadając przy uczniach kapłona, zazdrościł im kaszki na wodzie i kartofli w mundurach, mówiąc: ah! jakbym ja to jadł! To tylko obłuda mój bracie, bo gdybyś chciał, tobyś i mógł.

MAURYCY

ironicznie

Za twoim przykładem zakasawszy rękawy chwycić za pług, nie prawdaż?

WŁADYSŁAW

Czyżbyś nie miał do tego siły?

MAURYCY

Miałbym, gdybym był sam jeden jak ty... zapominasz, że mam rodziców.

WŁADYSŁAW

Tem silniejsza pobudka.

MAURYCY

Zatem podług ciebie, mam ich skłonić, aby sprzedali majątek, pospłacali długi i za te resztki któreby nam pozostały, kupili parę włók gruntu z chałupką pod lasem, w romantycznem położeniu, w którejbyśmy osiedli wszyscy razem i rozpoczęli sielankowy żywot dorabiając się na nowo?... ha, ha, ha, czyżby oni w tych warunkach wyżyli?

WŁADYSŁAW

A! mój drogi, już na to nie mam co powiedzieć.

MAURYCY

Dla nich całą nadzieją jestem ja! wychowali mnie na filar upadającego domu

WŁADYSŁAW

n. s.

Piękny filar.

MAURYCY

Przejęci wiarą, że świetna przyszłość należy nam się z prawa urodzenia, wpajali ją we mnie, kołysali bajeczką o księżniczce z djamentami, która spłynie z obłoków i odda mi swoją rękę...

WŁADYSŁAW

ironicznie

Aha! tymczasem zamiast księżniczki...

MAURYCY

To mnie dobija!

WŁADYSŁAW

Więc kupcówna ci nie wsmak?

MAURYCY

unosząc się

Że też ty z najświętszych rzeczy musisz drwić!

WŁADYSŁAW

Nie wiedziałem, że przesądy kastowe są taką świętością... biję się w piersi.

MAURYCY

j. w.

Człowieku! czy ty nie widzisz co mnie nęka?... oto rola moja upokarzająca w tym całym stosunku. Wstydzę się jej, a nie mam na to rady. Jeżeli mi odda rękę, to w brew swojej woli, bo wpływają na nią... już nie mówię kto inny, ale własny ojciec zachwycony widokiem koligacji z nami.

WŁADYSŁAW

A ty?

MAURYCY

po chwili

Czyż tu o mnie chodzi?

WŁADYSŁAW

Ale powiedz że mi tak otwarcie... jesteś gotów do tej ofiary?

MAURYCY

Ofiary! wiem, że nie jeden tak to nazwie.

WŁADYSŁAW

Więc tak nie jest? Maurycy milczy masz dobrą i nieprzymuszoną wolę? nie zrażają cię te malutkie względy i względziki, na które nasz światek tak lubi kręcić nosem?

MAURYCY

z zapałem

To jest anioł!

WŁADYSŁAW

zdziwiony

Ba! także mi gadaj!.. po chwili Jak się to można omylić! ja byłem pewny, że ty się przymuszasz dogadzając woli rodziców... co większa ciszej byłbym przysiągł, że ta mała Zuzia na prawdę cię przywiązała do siebie.

MAURYCY

rozdrażniony

Czy i ty zaczynasz się już bawić w babskie plotki?

WŁADYSŁAW

Jeżeli doszło coś do mnie, ręczę ci że mimo chęci.

MAURYCY

gwałtownie

I wierzyłeś temu? śmiejąc się z przymusem dziewczyna prosta, ograniczona... co za myśl, żeby zabawkę bez konsekwencji.

WŁADYSŁAW

Jakto bez konsekwencji? pozwól że to już wyrafinowany egoizm.

MAURYCY

niecierpliwie

Ale niemasz najmniejszej racji do moralizowania, bo to wszystko co możesz powiedzieć, ja sobie już dawno powiedziałem! Jeżeli kiedyś były z mojej strony jakie zamiary niekoniecznie godziwe, to ich żałuję.

WŁADYSŁAW

Ba!

MAURYCY

Nieposunąłem się tak daleko, żeby mi nie wolno było się cofnąć.

WŁADYSŁAW

No, chyba...

MAURYCY

I daję ci słowo, że dziś już z tego wszystkiego niema nic.

WŁADYSŁAW

Słowo honoru?

MAURYCY

Słowo honoru... nic a nic. Czyż możesz przypuszczać, żebym ja teraz jeszcze dawał powody do plotek?

WŁADYSŁAW

po chwili

Skoro tak, gdy kochasz Polę, więc o cóż ci chodzi?

MAURYCY

z ogniem

O nią! o nią!.. o jej wzajemność, szacunek, o pewność, że mną nie pogardza.

WŁADYSŁAW

Pierwsze jest wszystkiem. Największą pewność będziesz miał, gdy ją rozkochasz.

MAURYCY

Z tobą nie można mówić poważnie.

WŁADYSŁAW

To jedyny środek... Zresztą, czyż to tak trudno? mój drogi, żeby cię przekonać, gotów jestem zrobić ci wyznanie... o którem dawno już myślałem, ale... jakoś... nie przyszło do tego. Cóż powiesz na to, że ja którego zasady znasz, nie wiedząc jak i kiedy, doprowadzony zostałem do tej ostateczności, że się zakochałem po uszy, i robię krok, który zimny rozum może potępić.

MAURYCY

Ej!

WŁADYSŁAW

Nie wierzysz? więc posłuchaj. Postanowiłem sobie był za prawidło ignorować kobietę o ile nie przedstawiała widoków odpowiednich moim celom. I udawało mi się to przez czas jakiś. Najokrzyczańsza piękność, skoro nie znajdowała się w warunkach dostępnych, robiła na mnie wrażenie tylko pięknego posągu. Ta uwaga, że ona nie dla mnie, była okładem z lodu, który mnie zabezpieczał najdoskonalej. Tymczasem znalazła się osoba, i notabene osoba znająca mój sposób myślenia, która uwzięła się zburzyć cały ten gmach mądrych postanowień z taką troskliwością wzniesiony... i dokazała swego. Ale ty mnie nie słuchasz i nie ciekawyś nawet dowiedzieć się, kto jest ta czarodziejka? Otóż odkryję ci tajemnicę, bo i tak w krótce dowiedziałbyś się... Jestto... twoja siostra!

MAURYCY

bardzo zdziwiony

Gabrjela!

WŁADYSŁAW

Wszak niespodzianka? chowaliśmy się niemal razem od dzieciństwa, przez tyle lat patrzałem na nią jak na prześliczną kuzyneczkę, z której wdzięków byłem dumnym, ale pomyśleć oczem więcej ani mi w głowie nie powstało, bo to byłbym nazwał po prostu zawiązaniem losu nam obojgu. Wszystko to trwało dopóty, dopókim się nie przekonał, że opierać się dłużej magnetycznej sile jaką posiada spojrzenie kobiety, nie sposób; pod jej wpływem moje serce zamieniło się w wulkan.

MAURYCY

Ty, wulkan!

WŁADYSŁAW

Jak cię kocham, przeobraziła się cała moja natura. Więc widzisz! dla czegożbyś ty nie dał sobie rady z Polą, która z pewnością jest pełną najlepszych chęci, i niczego więcej nie pragnie, jak kochać. Tylko, uważasz co do nas, nie mieszajże ty się do niczego, zostaw to nam samym. Kochamy się, jak para turkawek i Gabrjeli jestem pewny, ale przewiduję trudności ze strony stryjowstwa... Ojciec jak ojciec, ale z matką najgorzej... Robiąc ci zwierzenie zapędziłem się może za daleko, stało się to pod wpływem naszej rozmowy... więc proszę cię o tajemnicę do czasu... mógłbyś wszystko zepsuć wyrywając się zbyt pospiesznie.

MAURYCY

Mój Władku, życzę wam obojgu jak najlepiej, ale...

WŁADYSŁAW

ściskając go

Tylko zlituj się, żadnych uwag.

MAURYCY

Ale bo, czy ty się nie łudzisz?

WŁADYSŁAW

Gdyby tak było, to proszę cię, nie otwieraj mi oczu. Całą nadzieję złożyłem w tem złudzeniu... niech więc przynajmniej trwa jak najdłużej.

SCENA V

Poprzedzający, Zuzia, Kotwicz, Strasz.

ZUZIA

w kulisie, tonem pewnej zalotności, chcąc odebrać koszyk Straszowi, który go przytrzymuje wraz z jej ręką

Oj, oj, bo to boli!... po co pan tak ściska, cóż to znowu... niech mi pan odda koszyk.

STRASZ

Powiedziałem że ci oddam, jeżeli mi dasz całusa.

ZUZIA

j. w.

To, to, to... nie mam takich rzeczy na rozdawki.

STRASZ

Jakto! taka śliczna dziewczyna, i tak nieprzystępna? to grzech!

ZUZIA

Tak mnie uczyli.

KOTWICZ

dopomagając Straszowi

Ale fe! i któż taki? jeżeli pan Maurycy, to właśnie powinnaś być z tem otrzaskaną.

ZUZIA

hardo do Kotwicza

A pan co sobie myśli o mnie?

KOTWICZ

Że mogłabyś nie robić ceremonji.

przytrzymuje ją, a Strasz całuje

ZUZIA

krzyknąwszy

Ah!... p. c. do Kotwicza z dąsem Stary!... w tej chwili spostrzegłszy Maurycego, biegnie do niego zostawiając koszyk w ręku Strasza; pomieszana, tonem jakby szukała opieki Proszę pana!

KOTWICZ

n. s.

Sytuacja naprężona.

STRASZ

zbliżając się z koszykiem, który Zuzia odbiera

Fant wykupiony, oddaję ci... a za przestrach..

sięga do portmonetki

ZUZIA

z pewną afektacją, przysuwając się do Maurycego

Niech mnie pan broni.

MAURYCY

zimno, usuwając się

Nie udawaj, moja kochana, bo nie zdaje mi się, żeby ci ta napaść robiła tak wielką przykrość.

WŁADYSŁAW

n. s.

Zawsze go to jednak dotknęło.

MAURYCY

A jeżeli naprawdę tak się boisz, to siedź w domu i nie biegaj po lesie kiedy wiesz, że możesz kogo spotkać.

ZUZIA

zawstydzona

Czyż ja wiedziałam? p. c. To tak zawsze, jak napastować, to każdy gotów... a do obrony nie ma nikogo.

KOTWICZ

Ale bo panowie zapewne się nie znacie... pan Strasz, nowy dziedzic Zagrajewic... sąsiad.

MAURYCY

z dwuznaczną grzecznością

A!... domyśliłem się tego, ujrzawszy na polowaniu osobę nieznajomą.

KOTWICZ

Panowie Czarnoskalscy.

STRASZ

Bardzo mi przyjemnie.

MAURYCY

do Władysława

Idziemy?

WŁADYSŁAW

Zapewne, nie mamy tu co robić...

ZUZIA

zmuszając się do płaczu

Tylko człowiek się wstydu naje, nie wiedzieć z jakiej racji, i tyle.

STRASZ

wtykając jej pieniądze do ręki

Weźże.

ZUZIA

Niech pan sobie schowa dla innych.

odchodzi do domku

STRASZ

który zrobił kilka kroków za nią; wracając

Wiecie panowie, że to bardzo ładna dziewczyna, daję słowo... podobno córka leśniczego; tatki teraz nie ma, wartoby pójść za nią i utulić ten żal... złóżmy się jej na jakiś podarek... dobrze?

MAURYCY

do Władysława

Chodźmy na stanowiska, może się jeszcze co trafi.

KOTWICZ

Mieliśmy się tu zejść na bigos.

WŁADYSŁAW

przechodząc koło Strasza, jakby do siebie

Mała rzecz, a wstyd.

Maurycy i Władysław wychodzą na prawo.

SCENA VI

Kotwicz, Strasz.

KOTWICZ

n. s.

Jak oni mu będą takie finfy puszczać, to wszystko na nic się nie zda... a potem będzie na mnie.

STRASZ

po chwili

Mój panie, co to miało znaczyć?

KOTWICZ

Jakto? co?

STRASZ

Proszę pana, czy ja jestem smarkacz? powiedz pan.

KOTWICZ

Ale skąd znowu, przecie pan musisz być pełnoletnim.

STRASZ

Mam lat dwadzieścia pięć i niezależną pozycję. Przyznałem się panu otwarcie, że lubię kobiety, i bardzo lubię, to jest moja słaba strona... a że wyszedłem z pod kurateli, zdaje mi się, że nie mam potrzeby kryć się z tem mojem upodobaniem i wolno mi je objawić. Gdybym przebrał miarkę i obraził przyzwoitość publiczną, jest na to władza policyjna, któraby mnie wsadziła do ciupy, albo kazała zapłacić karę.. ale żeby mi jakiś tam arystokrata prowincjonalny ubliżał prawieniem morałów...

KOTWICZ

Zupełnie pana nie rozumiem; o cóż chodzi?

STRASZ

Pomijam niegrzeczne obejście się tych panów, chociaż zdaje mi się, że kiedy kto mówi do mnie, przyzwoitość nakazuje odpowiedzieć — ale co znaczyło to: „mała rzecz, a wstyd” które jeden z nich powiedział odchodząc?

KOTWICZ

Nie słyszałem.

STRASZ

To było wymówione z akcentem, panie, i musiało mnie obrazić... Wdzięczny panu jestem za zaproszenie, ale korzystać z niego nie myślę. Ja nie jestem pierwszy lepszy, panie, żebym mógł słuchać impertynencyj i znosić fumy jakichś tam półpanków,

KOTWICZ

n. s.

O, jakiś drażliwy. głośno Ale panie, panie, jaki pan jesteś niedomyślny... a warszawiak!... Gdzież tu chęć obrażenia; to była prosta zazdrość, a w takich razach trzeba być wyrozumiałym.

STRASZ

Jakto, zazdrość...

KOTWICZ

Czyż potrzebuję panu tłómaczyć?... Wkraczałeś pan na cudze terytorjum, przywłaszczałeś sobie prerogatywy osób trzecich...

STRASZ

Aha! teraz rozumiem... więc ta dziewczyna?...

Zapytuje wzrokiem.

KOTWICZ

odpowiada podobnież

Emhę!

STRASZ

Kiedy tak, to co innego... p. c. Ale zawsze kwituję z tych stosunków... jest coś co mi się nie podoba... po co mi się cisnąć do wysokich progów... najlepiej niech swój z swoim przestaje... ot, jak my naprzykład... z panem ja jestem swobodnym, jakbyśmy się znali Bóg wie odkąd... Ale! powiedz mi pan, jakiż pan masz tytuł zapraszać mnie do tych państwa?

KOTWICZ

Bardzo prosty... jako ich krewny.

STRASZ

Nie może być! pan jesteś ich krewnym? nie wiedziałem.

KOTWICZ

z pańska

Miałem zaszczyt rekomendować się przy poznaniu.. Kotwicz-Dahlberg Czarnoskalski.

STRASZ

Także Czarnoskalski? nie uważałem, daję słowo.. Kotwicz-Dahlberg, Dahlberg... a, a, a... to pan, co to go nazywają hrabią... teraz wiem... n. s. Hrabia von Habenichts.

KOTWICZ

urażony

Skoro nazywają, zdaje mi się że jest do tego prawo... jestem z starszej linji.

STRASZ

n. s

Jakto szydło wyłazi z pustego worka. głośno A, to mocno przepraszam.. ja bo myślałem, że to tak sobie na żarty. Mnie, w kawiarni u Andzi na Trębackiej nie nazywano inaczej tylko hrabią... prawda, że właśnie wtenczas spadła na mnie ta sukcesja.

KOTWICZ

Ph!... w knajpie uchodzą takie koncepta.

STRASZ

dotknięty

Ale za to nie uchodzi wiele rzeczy, które muszę znosić w salonie.

KOTWICZ

Także porównanie!

STRASZ

Przedewszystkiem używam przyjemności otwarcie, nie potrzebując grać komedji i jestem panem za swoje trzy grosze.

KOTWICZ

Ha, są gusta i guściska... Ale jako wielbiciel kobiet, gdzież pan szukasz ich towarzystwa? bo kobietę, tak jak się ją pojmuje idealnie, może wyhodować tylko atmosfera salonu.

STRASZ

A, winszuję!... ha, ha, damy salonowe... czyż to są kobiety?

KOTWICZ

A cóż?

STRASZ

Jakieś istoty zagadkowe, z obliczem sfinksów, sercem pełnem niestworzonych zachceń a z pretensjami na aniołów.

KOTWICZ

Gdzieżeś je pan miał sposobność tak studiować?

STRASZ

Teoretycznie, za pomocą patologji, bo to wszystko się tłómaczy stanem chorobliwym. U Andzi bywał jeden doktor medycyny, młody chłopak świeżo wyszły z uniwersytetu.. no! co ten nam nagadał o kobietach, to proszę było słuchać... stanowczo hrabia nie znajdziesz w salonach jednej kobiety zdrowej.

KOTWICZ

Ale fe!

STRASZ

To jest fakt. Więc co mi za przyjemność... ja nie szukam jakiegoś pół bożyszcza, przed którem musiałbym chodzić na palcach, tylko kobiety z krwi i ciała, o której byłbym przekonany, że nie dostanie spazmów, gdy jej powiem słowa prawdy bez obwijania w bawełnę... chcę zdrowej natury a nie sztuki. Ot naprzykład, ta tutaj dziewczyna, to rozumiem..

KOTWICZ

Pod tym względem gusta młodych ludzi zmieniają się... zobaczymy, co pan powiesz o tem za miesiąc...

STRASZ

Dla czegoż za miesiąc?

KOTWICZ

No, niby mniej więcej, gdy się porobi stosunki, gdy pan zżyjesz się z naszem towarzystwem, i spotkasz w niem zdrowe natury.

STRASZ

miękko

Kiedy ja nie mam do tego najmniejszej ochoty.

KOTWICZ

To prosty obowiązek, panie.

STRASZ

skromnie

Nie myślę się narzucać.

KOTWICZ

Narzuca się ten, kto może mieć wątpliwość jak będzie przyjętym... ale pan nie jesteś, jak sam powiedziałeś, jakiś tam pierwszy lepszy.

STRASZ

No, zdaje mi się... taki majątek jak moje Zagrajewice piechotą nie chodzi.

KOTWICZ

n. s pociągając nosem

Jak zaleciał parweniusz. głośno Więc jedziesz pan z nami do Czarnoskały, i kwita!.. i tak nie dziś to jutro trzeba to zrobić, tego pan nie unikniesz... stanowisko pańskie to nakazuje.

STRASZ

Hm! subjekcja... przyznam się, że mi nie pilno... spoglądając po sobie Zresztą, czyż tak mogę?

KOTWICZ

Nie masz pan się w co przebrać?

STRASZ

Wziąłem tużurek na wszelki wypadek.

KOTWICZ

Ano!

STRASZ

Ale nie wiem, czy to uchodzi tak z polowania... nie byłem z wizytą etykietalną.

KOTWICZ

Złożysz ją pan później, nic nie szkodzi.

STRASZ

Ha, kiedy nic nie szkodzi... to jazda!... n. s. Co tam!

KOTWICZ

n. s

No, ja swoje już zrobiłem

wchodzi z prawej strony Łechcińska, przywołuje gestem Kotwicza i zamieniwszy z nim kilka słów, wchodzi do domku.

STRASZ

po chwili, n. s.

Puszczam się na bystrą wodę! p. c No i niechże mi kto powie, kiedy ja byłem na swojem miejscu, czy wtenczas gdy jako gryzipiórek sądowy wieszałem psy na arystokracji, czy dziś, gdy jestem tak słabym, że mnie te zaprosiny połechtały? Głupia natura ludzka, daję słowo: czuję formalnie jakiś nastrój uroczysty... p. c. Żeby się tylko nie pośliznąć na tych woskowanych posadzkach!... ale prawda! to za coby dependentowi pokazano drzwi, ujdzie dziedzicowi Zagrajewic... nie ma kłopotu.

SCENA VII

Kotwicz, Strasz, Szambelanic, Maurycy, Władysław, później Dzieńdzierzyński

SZAMBELANIC

Nie! teraz jest niemożliwem polowanie w swoim własnym lesie, słowo uczciwości daję.. komunizm jakiś, zuchwalstwo bez granic... Co to był za jeden?

WŁADYSŁAW

śmiejąc się

Pisarz wójta.

SZAMBELANIC

oburzony

Nie może być! No patrzcież, i taki fagas, panie, pozwolił sobie zająć stanowisko obok mnie, za pan brat... Lis szedł prościusieńko na mnie, wtem jak go poczuł..

WŁADYSŁAW

Za pozwoleniem, bo to jeszcze pytanie kogo on poczuł... może nie jego, tylko właśnie stryja.

SZAMBELANIC

niecierpliwie

Jakże chcesz... palił jakieś śmierdzące cygaro i nadto jeszcze przygwizdywał sobie, bo to jest!... na stanowisku, gdy psy gonią, słyszeliście co podobnego?... Złości mnie porwały... wołam: cicho, tam! a ten zdejmuje czapkę i powiada: moje uszanowanie panu dobrodziejowi.. jeszcze mi się błazen kłania.

WŁADYSŁAW

No, grzeczny, cóż stryj chce.

SZAMBELANIC

Mój Władysławie, nie dowcipkuj kosztem zdrowego sensu, a przedewszystkiem nie pozuj na demagoga, bo ja cię dobrze znam.

STRASZ

poufale, stając przed Szambelanicem

To pewno ten sam lis był, co wyszedł później na mnie... nie wiedziałem nawet że to lis, ale domyślam się po ogonie.

SZAMBELANIC

zdziwiony

A!... n. s. A toż znowu kto.. (głośno) Z kimże mam szczęście?

KOTWICZ

n. s.

A to palnął! głośno Przedstawiam kuzynowi naszego nowego sąsiada... pan Strasz, dziedzic Zagrajewic z przyległościami.

SZAMBELANIC

rozweselając się

Aha! to pan jesteś..

KOTWICZ

Pan Szambelanic Czarnoskalski..

STRASZ

podając rękę

Bardzo mi przyjemnie.

SZAMBELANIC

drwiąco, podając palce

A! i mnie także... nie wiedziałem, że przybył w sąsiedztwo taki myśliwy... Więc jakże to było z tym lisem?

STRASZ

A no, ja stałem, a on przyszedł do mnie... ot tak blisko...

SZAMBELANIC

I nie strzelił pan?

STRASZ

Myślałem, że to był pies... chciałem nawet na niego zawołać, bo bardzo lubię psy, ale skorom się poruszył zniknął mi, tylko zobaczyłem ogon ogromnie długi.

SZAMBELANIC

z drwiącą powagą

No, to oczywiście był lis.

WŁADYSŁAW

do Maurycego

Wiesz ty, że on paradny sobie.

SZAMBELANIC

oglądając Strasza

Dubeltóweczka ładna bo ładna...

STRASZ

Dałem za nią dwieście rubli... lepażówka.

SZAMBELANIC

Widzę, widzę, caca... z tem wszystkiem, wielkiej szkody zwierzynie pan nią nie zrobi.

STRASZ

Bo też mnie o to nie chodzi poufale Za to na inną zwierzynę to ja jestem majster.

SZAMBELANIC

Naprzykład?

STRASZ

Jaką pan szambelanic masz dziewczynę w tym tu domku, to dawno nie zdarzyło mi się spotkać.

SZAMBELANIC

obrażony

Cóż to za koncept?

MAURYCY

Ojcze, mieliśmy jechać.

SZAMBELANIC

wyniośle z gestem

Padam do nóg! n. s. Przyznam się, że trochę zanadto poufałości...

Idą w głąb.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

wchodząc z zającem przy torbie

No, gdzie? dokąd?... quousque tandem? już odjeżdżacie? jakżeż można, comment peut on! ja w najlepsze zaczynam, jestem w sztosie... patrzcie, quel zając!

WŁADYSŁAW

I po co to samemu dźwigać, zamiast oddać strzelcowi.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Savez vous quoi, c'est bon!... kot moją własną ręką zabity? nie czuję ciężaru... ja to noszę, jak znak honorowy... spostrzegłszy Strasza, do Kotwicza Qui es-ki-e-sa ce monsieur?

KOTWICZ

Strasz z Zagrajewic.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

A! sąsiad, sąsiad idzie do Strasza podając mu obie ręce; nagle wpatrując się weń, n. s. Jak on mi przypomina...

STRASZ

Pan Dzieńdzierzyński?

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Pan mnie znasz?

STRASZ

Doskonale... Miałeś pan handel kolonjalny na miodowej uiicy.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

n. s.

To ten sam... głośno Tak... z amatorstwa... bawiłem się... zaambarasowany Pardon... patrzy na zegarek już tak późno... n. s. człowiek, któremu dałem w łapę kilka rubli za kopję wyroku... Jezus Marja! oni tu chyba o tem nie wiedzą... głośno panie szambelanie... monsieur chambelan... ja jadę do was, bo tam jest moja Pola... pojechała właśnie do szambelanówny.

SZAMBELANIC

I owszem, bardzo nam będzie przyjemnie do Kotwicza, który mu mówił do ucha Co? zapraszać go! a dajcież mi pokój... w imię ojca i syna!... czy ja wiem co za jeden..

WŁADYSŁAW

do Dzieńdzierzyńskiego

Oddajże papka tego zająca na wóz, bo krwawi... powala siedzenie w wolancie.

DZIEŃDZIERZYŃSKI

Comment?... attendez... mam tu papier od butersznitów...

Dobywa z torby i obwija zająca; odchodzą, Maurycy i Władysław kłaniają się zdaleka Straszowi.

SCENA VIII

Kotwicz, Strasz, potem Łechcińska.

STRASZ

po chwili

A my?

KOTWICZ

Ano, i my jedziemy.

STRASZ

Przyznam się, że mógł był ten pan szambelanic powiedzieć mi choć słówko.

KOTWICZ

Ale panie, to jest człowiek, który niewolniczo trzyma się form... nie wypadało mu... zkądże?... wszak to nie jest proszona zabawa, tylko po prostu, pan korzystając z sposobności, robisz krok grzeczności sąsiedzkiej.

ŁECHCIŃSKA

w progu, załamując ręce

Odjeżdżają!... cóż teraz będzie?

STRASZ

p. c.

Nie jadę.

KOTWICZ

Ale panie, dla czego?

STRASZ

Stanowczo powiadam, nie jadę i skończony interes.

KOTWICZ

na gest Łechcińskiej, która zaraz znika

No, to przynajmniej przetrąćmy co, jest tu śniadanie.

STRASZ

Gdzie?

KOTWICZ

U leśniczego.

STRASZ

żywo

A ta dziewczyna jest tam?

KOTWICZ

podobnież

Jest! jest!

STRASZ

No widzisz pan, jak mi kto robi rozumną propozycję, to zupełnie co innego. ściskając mu rękę Zgadzam się.

KOTWICZ

Więc służę. prowadząc go, n. s Gdzie djabeł nie może, tam babę pośle... Referendarzowa da sobie z nim radę.

Wchodzą do domku. Zasłona spada.

AKT II

Salonik — umeblowanie gustowne, ale zszarzane — troje drzwi: jedne w głębi, dwoje po bokach — z prawej okno — po tejże stronie źwierciadło stojące — z lewej kanapa, fotele i stół, na którym pisma, parę książek, album z fotografiami i t. p.

SCENA I

Pola, Służący wchodzą głównemi drzwiami; potem Gabrjela.

POLA

z której służący zdejmuje okrycie

Więc starsza pani słaba?

SŁUŻĄCY

Tak... po swojemu.

POLA

Jakto, po swojemu?

SŁUŻĄCY

Niby... jak zawsze, na głowę... n. s. więcej ambarasu, jak co warto.

POLA

Panna Gabrjela jest przy matce?

SŁUŻĄCY

A jakże.

POLA

Zaczekam tu... służący wychodzi z okryciem; Pola zdejmuje kapelusz, przygładza włosy przed zwierciadłem, potem przeszedłszy się parę razy w milczeniu, zbliża się do stołu i przegląda pisma; po chwili, biorąc album z fotografiami A!... nie ma świadków... mogę sobie pozwolić. znalazłszy fotografię wpatruje się w nią Mój drogi!... gdybyś ty wiedział... gdybyś mógł temi martwemi oczyma zajrzeć w głąb mojej duszy... p. c. Jak on tu jest doskonale trafiony... wysuwając kartę Gdybym tak sobie przywłaszczyła... dobra sposobność... ale brak mi odwagi... ah! na samo przypuszczenie, że mógłby kto spostrzedz...

Oglądając się machinalnie, spostrzega Gabrjelę.

GABRJELA

wchodząc z lewej strony

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.