drukowana A5
31.03
Rodzina Bernheimów

Bezpłatny fragment - Rodzina Bernheimów


Objętość:
187 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0820-1

Część pierwsza

I

Przypominam sobie jeszcze czasy, kiedy toPaweł Bernheim zapowiadał się na geniusza.

Był wnukiem handlarza koni, który zaoszczędził sobie mały majątek, i synem bankiera, któryjuż nie umiał oszczędzać, lecz któremu sprzyjałoszczęście. Ojciec Pawła, pan Feliks Bernheim,szedł przez życie z beztroskim i pyszałkowatymobliczem i miał wielu wrogów, chociaż normalnystopień głupoty powinien był zapewnić mu szacunek współobywateli. Jego niezwykłe szczęściepobudzało ich zazdrość. Jak gdyby uwziąwszy się,by ich do ostatniej doprowadzić rozpaczy, losobdarzył go pewnego dnia główną wygraną.

Ludzie główną wygraną przeważnie zachowują w tajemnicy, jak plamę na honorze rodziny.Pan Bernheim jednakowoż podwoił swoje ostentacyjne lekceważenie dla otoczenia; zredukowałi tak już skąpą liczbę ukłonów, którą zwykł byłcodziennie rozdawać i zaczął ludziom, którzy musię kłaniali, odpowiadać z obraźliwym i obojętnymroztargnieniem, jak gdyby w obawie, że jegoszczęście nie zostanie przyjęte do wiadomościz dostateczną złośliwością. I nie dość na tym. On,który dotąd wyzywał jedynie ludzi, jął wyzywaćprzyrodę. Mieszkał w obszernym domu ojca, niedaleko miasta, przy wielkim gościńcu prowadzącym do jodłowego lasu. Pośrodku starego ogrodustał dom, pomiędzy drzewami owocowymi, dębami i lipami. Był na żółto pomalowany, miał czerwony, stromy dach i otoczony był szarym murem wysokości człowieka. Drzewa stojące na skrajuogrodu sterczały ponad murem i sklepieniem koron sięgały do środka gościńca. Od dawnych czasów opierały się o mur dwie szerokie, zieloneławki. Znużeni mogli tam spocząć. Jaskółkignieździły się w domu, w letnie wieczory w listowiu drzew rozbrzmiewał świegot — a długimur, drzewa i ławki były dobrym i chłodnym pocieszeniem, wśród gorącego kurzu letniej drogi.A wśród gorzkich dni zimowych obiecywałyprzynajmniej sąsiedztwo ludzi.

Pewnego dnia, w lecie, ławki znikły. Wzdłużi powyżej muru wznosiło się nagie, drewnianerusztowanie. Stare drzewa w ogrodzie zostałyścięte. Można było słyszeć trzask i łomot i ostatniposzum koron, które po raz pierwszy dotykałyziemi. Mur upadł. Przez dziury i szczeliny drewnianego rusztowania widzieli ludzie ogołoconyz drzew ogród Bernheimów, żółty dom oddany napastwę gnuśnego opustoszenia, i niechęć ich ogarniała, jak gdyby to był ich dom i ich drzewa, i ichmur.

W parę miesięcy później stał na miejscu żółtego domu ze szpiczastym dachem, nowy, biały,lśniący, z kamiennym balkonem opartym na wapiennych barkach Atlasa, z płaskim dachem, mającym przypominać Południe, z modną sztukaterią między oknami, z główkami aniołów i maszkarami czartów pod dachem na przemian, orazz pompatyczną wprost rampą, która byłaby godnym zajazdem dla sądu apelacyjnego, parlamentulub wyższej uczelni. Zamiast kamiennego murustanęła gęsta siatka z szarego drutu z ostrymikolcami, przeciw niebu, ptakom i złodziejom.W ogrodzie można było zobaczyć okrągłe grządkilub grządki w formie serca, sztuczne trawnikiz gęstą, krótką i prawie że niebieską trawą, wątłekrzaczki róży podparte deszczułkami. Na środkukażdej grządki stał karzeł z pomalowanej glinki.Karły miały czerwone kapuzy, uśmiechnięte twarze, białe brody, a w drobnych rączkach trzymałyłopaty, rydle, młoty i polewaczki. Cały baśniowyludek z fabryki Grutzer i S-ka. Kunsztowniesplecione ścieżki wiły się jak węże pomiędzygrządkami, które były usłane żwirem, skrzypiącym już przy oglądaniu. Jak daleko okiem sięgnąć nie było ławki. I chociaż przecież stało sięna dworze, odczuwało się w nogach zmęczenie nawidok tej niespokojnej wspaniałości; jakby pokilkugodzinnej przechadzce po niej. Karły uśmiechały się nadaremnie. Cienkie krzaczki różydrżały, bratki wyglądały jak malowana porcelana. Nawet gdy długi wąż ogrodnika rozpylał kryształową wodę, nie odczuwało się chłodu, a raczejprzypominał się delikatny, odurzający płyn, którym bileter kinowy skrapia odkryte głowy widzów. Nad balkonem polecił pan Bernheim umieścić słowa: Sans souci. Były to złote, zębate, trudno czytelne litery.

Często można było widzieć pana Bernheimaspacerującego pomiędzy grządkami i gwałcącegowspólnie z ogrodnikiem przyrodę. Słyszało sięwówczas syczący trzask nożyc i suche trzeszczenie małych żywopłotów, które świeżo co zasadzone, ledwie zaczęły rosnąć, a już musiały zapoznaćsię ze swoim regulaminem służbowym. Okna domu nigdy nie były otwarte. Story przeważniebyły zapuszczone. Zdarzały się wieczory, kiedypoprzez żółte, gęste firanki można było widziećprzechadzające się lub siedzące cienie osób, kontury i świetlne węzły pająka. Wtedy domyślanosię, że w domu pana Bernheima odbywa się uczta.

Przebieg uczt miewał u państwa Bemheimówjakąś chłodną godność. Wino, które w ich domupodawano, nie wywoływało odpowiedniego efektu, mimo że było znakomitego pochodzenia. Gośćpił wino i stawał się trzeźwy. Pan Bernheim zapraszał z zamiłowaniem kilku właścicieli dóbrz sąsiedztwa, kilku wojskowych, zawsze ludzio wielkopańskich ambicjach, oraz wybrane jednostki przemysłu i finansjery. Respekt przed swoimi gośćmi i obawa przed naruszeniem powagi,nie pozwalały mu być wesołym. Goście wyczuwali nieśmiałość gospodarza i zachowywali sięprzez cały wieczór jak na wstępie, mianowiciepoprawnie. Pani Bernheim nie rozumiała dowcipów sytuacyjnych, a w anegdotach nie znajdowała niczego zabawnego. Była zresztą żydowskiego pochodzenia — a ponieważ anegdoty, które kursowały pomiędzy gośćmi, przeważnie zaczynałysię od słów: „Pewnego razu Żyd siedział w pociągu...”, czuła się pani Bernheim dotkniętą i gdytylko ktoś czynił przygotowania do opowiadaniamałej historii, popadała w mętne i zakłopotanemilczenie. Obawiała się, że rozmowa zejdzie naŻydów. Pan Bernheim nie uważał za stosownerozmawiać z gośćmi o swoich interesach. Oniznów uważali, że nie ma sensu donosić mu o gospodarce, o wojsku, o koniach. Niekiedy Berta, jedyna córka domu i dobra partia, grywała nafortepianie Chopina ze zwykłą wirtuozerią lepiej wychowanych panien. Niekiedy tańczonou państwa Bernheimów. W godzinę po północygoście rozchodzili się. Za oknami gasły światła.Wszystko spało. Jedynie stróż, pies i karływ ogrodzie czuwały.

Paweł Bernheim udawał się o dziewiątej godzinie na spoczynek, jak to przyjęte jest u dobrze wychowanych ludzi. Mieszkał w jednym pokoju z młodszym bratem Teodorem. Paweł czuwał dłużej i zasypiał dopiero, gdy w całym domupanowała już cisza. Był wrażliwym chłopcem.Nazwano go „nerwowym dzieckiem” i wywodzono z jego wrażliwości specjalne uzdolnienia.

W młodszych latach usiłował zdolności te wykazać. Gdy Bernheimom przypadła główna wygrana, dwunastoletni Paweł wyposażony był rozumem osiemnastoletniego młodzieńca. Nagłaprzemiana mieszczańskiego domu w dom bogatyz wielkopańskimi aspiracjami spotęgowała jegoprzyrodzoną ambicję. Wiedział o tym, że bogactwoi towarzyska pozycja ojca mogą zdobyć dla synapotężne „stanowisko”. Naśladował zarozumiałośćojca. Prowokował kolegów i nauczycieli. Miałmiękkie biodra, wolne ruchy, pełne, czerwone,na wpół otwarte usta i białe, drobne zęby, skóręo zielonawym połysku, jasne i próżne oczy ocienione długimi i bardzo ciemnymi rzęsami, orazdługie, podniecająco łagodne włosy. W ławce siedział niedbale, roztargniony, uśmiechnięty. Jegopostawa zdradzała nieustannie żywą myśl: mójojciec może kupić całą szkołę. Inni byli bezsilnii mali, oddani na pastwę przemocy szkoły. Jedynie on mógł szkole przeciwstawić potęgę ojca,jego anglosaskie śniadanie, jego ham-and-eggs z sokiem pomarańczowym, instruktora domowego, którego lekcje konsumował codzienniepo południu wraz z czekoladą i keksami, piwnicęz winami, powóz, ogród i karły.

Czuć go było mlekiem, ciepłem, mydłem, kąpielą, gimnastyką pokojową, lekarzem domowymi pokojówkami. Zdawało się, że szkoła i zajęciaszkolne stanowiły jedynie nieważną część jegodnia. Jedną nogą stał już w świecie. Mając w uchuecho jego głosów, siedział w klasie jak gość. Utrzymywał ograniczone relacje z kolegami. Czasami przychodził poniego ojciec. Przyjeżdżał powozem na godzinęprzed zakończeniem nauki. Następnego dnia przynosił Paweł świadectwo od lekarza domowego.

Wszelako niekiedy wyglądało, jak gdyby tęsknił za przyjacielem. Ale nie znajdował drogi.Zawsze pomiędzy nim a tamtymi stało jego bogactwo. Mówił czasami: „Przyjdź dziś po południu domnie — mój instruktor zrobi nam obu naszewypracowania”. Lecz tylko rzadko któryś przychodził. Wymawiał bowiem z naciskiem „mójinstruktor”.

Uczył się łatwo i wielu rzeczy domyśliwał się. Czytywał pilnie. Ojciec urządził mu bibliotekę.Mówił niekiedy, gdy to było niepotrzebne: „Biblioteka mojego syna!”. Albo do służącej: „Annapójdzie do biblioteki mojego syna” — mimo że innej w domu nie było. Pewnego dnia próbowałPaweł zrobić portret ojca na podstawie fotografii.,,Mój syn ma frapujący talent” — orzekł staryBernheim — i począł kupować szkicowniki, kolorowe ołówki, płótna, farby olejne, pędzle. Przyjąłnauczyciela do rysunków i przebudował częśćpoddasza na atelier.

Dwa razy w tygodniu, przed wieczorem, odpiątej do siódmej godziny, ćwiczył Paweł ze swoją siostrą na fortepianie. Gdy się przechodziłoobok ich domu, słyszało się, jak grali na czteryręce, wiecznie Czajkowskiego. Czasami któryś z kolegów mówił: „Słyszałem, jak wczoraj grałeś na cztery ręce”. — „Tak jest, z moją siostrą!Ona gra jeszcze o wiele lepiej ode mnie”. I wszyscybyli źli z powodu tego małego słówka „jeszcze”.

Rodzice zabierali go ze sobą na koncerty. Nucił wtedy melodie, wyliczał dzieła kompozytorów, sale koncertowe i kapelmistrzów, których chętnie naśladował. Na letnie ferie wyjeżdżałw daleki świat — z guwernerem, ażeby niczegonie zapomniał z tego, czego się nauczył. Wyjeżdżałw góry, nad morze, na dzikie i obce wybrzeża.Wracał milczący i dumny, ograniczał się do wyniosłych uwag, jak gdyby w przekonaniu, że ci, do których się zwraca, posiadają znajomośćświata. Był doświadczony. Widział już wszystko,o czym słyszał i o czym czytał. Jego chyży mózgstwarzał pożyteczne asocjacje. Ze „swojej biblioteki” czerpał zbędne szczegóły, którymi mógłbłyszczeć. Jego kartka z „lekturą prywatną” byłanajobszerniejsza. Przebaczano mu jego niedbałość. Nie rzucała cienia na jego „obyczaje”. Przyjmowano, że taki dom, jak Bernheimów, daje dostateczną gwarancję dobrego zachowania się. Opornych nauczycieli poskramiał ojciec Pawła, zapraszając ich na „skromną kolację”. Wracali do swoich mieszkań onieśmieleni widokiem parkietowejpodłogi, obrazów, służby i pięknej córki.

Dziewczęta żadnym sposobem nie mogłyPawła Bernheima onieśmielić. Stał się z czasemświetnym danserem, przyjemnym gawędziarzem,dobrze przysposobionym sportowcem. Z biegiemmiesięcy i lat zmieniały się jego zamiłowaniai talenty. Pół roku jego namiętność należała domuzyki, miesiąc oddawał się szermierce, jedenrok rysunkom, rok literaturze i wreszcie młodejżonie okręgowego sędziego, której zapotrzebowanie na młodzieńców nie mogło zostać pokrytew miasteczku średniej tylko wielkości. W miłoścido niej skupił wszystkie swoje zdolności i namiętności. Dla niej malował landszafty i białe krowy,dla niej fechtował się, komponował, układał pieśni o przyrodzie. W końcu obdarzyła swoimi względami pewnego chorążego, a on zanurzył się w historii sztuki „celem zapomnieniajej”. Historii sztuki postanowił obecnie poświęcićżycie. Niebawem nie mógł widzieć człowieka, aniulicy, ani kawałka pola, ażeby nie zacytowaćsławnego malarza lub znanego obrazu. Brakiemzdolności do bezpośredniego przeżycia i prostegookreślenia czegokolwiek prześcignął już w młodych latach wszystkich historyków sztuki o głośnym nazwisku.

Ale i ta namiętność zgasła. Ustąpiła miejscaambicji towarzyskiej. Była może tylko pomostemdo niej... Była pomocniczą nauką potrzebną dla kariery towarzyskiej. Pewne błogo-naiwne, miłei pytające spojrzenie podpatrzył może u pewnychmalarzy świętych obrazów. Było to spojrzenie,które na wpół trafiało człowieka a na wpół muskało niebo. Oczy Pawła zdawały się filtrować światłoniebieskie przez swoje długie rzęsy.

Wyposażony takimi powabami, ze smakiemwyszkolonym na sztuce i jej komentarzach, rzuciłsię w wir towarzyskiego miastowego życia, któregłównie polegało na usiłowaniach matki oddaniaza mąż dorastającej córki. We wszystkich domach,w których były dziewczęta, Paweł był mile widziany. Umiał uderzyć w każdy ton, który przypadkowo był pożądany. Podobny był do muzykanta, który opanowuje wszystkie instrumentyorkiestry i który potrafi na nich z wdziękiem źlezagrać. Był w stanie mówić mądre rzeczy (zmyślone i przeczytane) przez całą godzinę. W godzinę później okazywał ciepły i roześmiany zapał dopogawędki, opowiadał po raz dziesiąty płytkąanegdotę, ozdabiając ją ciągle nowymi rysami,pieścił językiem banalny aforyzm, trzymał gojeszcze chwilę między zębami, smakował go wargami. Bez skrupułów raczył dowcipami, które innym się udały albo też wyszydzał bezwstydnienieobecnych rówieśników. A dziewczęta chichotały — był to nagi chichot. Pokazywały tylko zęby, lecz tak jak gdyby odkrywały swoje młodepiersi. Klaskały rękami, lecz tak jak gdyby rozstawiały nogi. Pokazywały mu książki, obrazyi nuty, lecz tak jak gdyby ofiarowały mu swojełóżka. Poprawiały sobie włosy, lecz tak jak gdybyje rozpuszczały. W owym czasie Paweł zacząłchodzić do burdelu, dwa razy na tydzień, z regularnością starzejącego się urzędnika. Opowiadałnastępnie o cudownościach zmyślonych kobiecychciał, które naturalnie porównywał ze słynnymiobrazami. Opowiadał tajemnice o tej i owej córcei opisywał piersi, które rzekomo widział i których pono dotykał.

Wciąż jeszcze malował, rysował, komponował i pisał wiersze. Gdy siostra się zaręczyła —z rotmistrzem zresztą — ułożył dłuższy okolicznościowy wiersz, skomponował do niego sam muzykę, sam go zagrał i śpiewał. Później — jego szwagier bowiem interesował się maszynami — zacząłi Paweł zajmować się techniką i rozebrał własnoręcznie motor swego auta, jednego z najlepszychw mieście. W końcu uczył się jeździć konno, żebytowarzyszyć szwagrowi w alei lasku jodłowego.Obywatele miasta zaczęli na pana Bernheima patrzeć pobłażliwie, gdyż udało mu się obdarzyćmiasto rodzinne geniuszem. Niejeden z wrogówBernheima, który przez dłuższy czas czuł się dotknięty, zaczął znowu kłaniać się uniżenie Feliksowi Bernheimowi, gdyż w jego rodzinie podrastała córka na wydaniu.

W owym czasie rozeszła się wieść, że panaBernheima czeka jakieś wielkie odznaczenie. Niektórzy mówili o nadaniu mu szlachectwa. Pouczające było zaobserwować, jak te widoki na tytułszlachecki Bernheima uspokoiły złośliwość jegowrogów. Przyszłe szlachectwo Bernheima zdawało się dostatecznym wyjaśnieniem zarozumiałościmieszczanina. Poznano obecnie naukowe podstawy jego dumy i uważano ją za uzasadnioną. Zdaniem miasta bowiem, arogancja była ozdobąszlachcica, jak też mieszczanina, któremu szlachectwo nadano lub nawet niebawem nadać miano.

Nie jest wiadomym, jakie były rzeczywistepodstawy owej pogłoski. Może byłby pan Bernheim został tylko tajnym radcą komercjalnym.Gdy wtem wydarzyło się coś nieoczekiwanego,coś nieprawdopodobnego. Tak banalna historia,że byłby nawet wstyd opowiedzieć ją, na przykład w powieści.

Pewnego dnia zjechał do miasta cyrk wędrowny. Podczas dziesiątego czy jedenastegoprzedstawienia zaszedł nieszczęśliwy wypadek:młoda akrobatka spadła z trapezu do loży, w której siedział pan Feliks Bernheim.

(Był sam, gdyż jego rodzina uważała przedstawienia cyrkowe za coś wulgarnego). Opowiadanopotem, że pan Bernheim „z przytomnością umysłu” chwycił artystkę w swoje ramiona. Ale tegonie można było stwierdzić. Nie można było również sprawdzić owej pogłoski, która utrzymywała, że pan Bernheim od pierwszego dnia zainteresował się dziewczyną i że jej posyłał kwiaty.Pewne jest, że ją odwiózł do szpitala, że ją odwiedzał i nie pozwolił jej już odjechać z cyrkiem. Wynajął dla niej mieszkanie i miał odwagęzakochać się w niej. On, chluba mieszczaństwa,kandydat na szlachcica, teść rotmistrza, zakochałsię w akrobatce. Pani Bernheim oświadczyła swojemu mężowi: „Możesz swoją metresę sprowadzićdo domu, wyjeżdżam do siostry”. Pojechała dosiostry. Rotmistrz postarał się o przeniesienie doinnego garnizonu. Dom Bernheimów zamieszkiwali jeszcze tylko dwaj synowie i służba. Żółte firanki miesiącami wisiały nad oknami. Co prawdastary Bernheim nie zmienił swej postawy. Zostałzarozumiały, stawiał światu czoło, kochał dziewczynę. O jego odznaczeniu nie mówiono więcej.

Był to jedyny śmiały czyn, na który FeliksBernheim zdobył się w swoim życiu. Później,gdy jego syn Paweł mógłby był zdobyć się na podobny czyn, myślałem o ojcu i ponownie przekonałem się na tym przykładzie, jak odwaga z biegiem pokoleń się wyczerpuje i o ile synowie sąsłabsi od swoich ojców.

Obca dziewczyna żyła tylko parę miesięcyw mieście. Jak gdyby spadła z nieba jedyniew tym celu, żeby zagrzać Feliksa Bernheimaw ostatnich latach jego żywota do śmiałego postępku, darować mu jeszcze przemijające lśnieniepiękna i uskutecznić prawdziwe nadanie naturalnego szlachectwa. Pewnego dnia dziewczyna znikła. Może — gdyby ktoś wolał powieściowe zakończenie tej romansowej historii — cyrk znowuprzybył w te okolice i dziewczyna stęskniła sięza swoim trapezem.

Akrobatyka bowiem również może być powołaniem.

Pani Bernheim wróciła. Dom umiarkowaniesię ożywił. Paweł, którego przygoda ojca zasmuciła, ponieważ przepadło oczekiwane odznaczeniei ponieważ znikł rotmistrz, rychło się podźwignął,a nawet cieszył go fakt, że „stary jest jeszczechwatem”.

Zresztą czynił przygotowania do wyjazdu.

Miał wkrótce rozpocząć nowe życie.

II

Egzamin dojrzałości zdał z odznaczeniem, jakto było do przewidzenia. Odtąd nosił parę nowych ubrań. Stare uczniowskie ubrania zdawałymu się niezdrowe, jak odzież, którą nosiło siępodczas długiej zakaźnej choroby. Nowe ubraniabyły luźne, jasne, o niewyraźnym deseniu, miękkie i włosiste, lekkie i ciepłe. Materiały przychodziły z Anglii, z kraju, do którego Paweł Bernheim się wybierał.

Żaden z młodych ludzi nie wybierał się do Anglii. Jedyny, który wyraził nieśmiały zamiar nauczenia się w Paryżu mówić „biegle po francusku”, wydawał się reszcie podejrzany. Ale stary Bernheim rzekł pewnego razuw towarzystwie: „Natychmiast po maturze wyślęmego syna w świat!”. A dla pewnych kół lepszegomieszczaństwa światem była Anglia.

Panowie ci od kilku lat już zamawiali swojeubrania w Anglii, byli członkami ligi morskiej,chwalili brytyjską politykę i brytyjską konstytucję, spotykali często i jak gdyby przypadkowokróla Edwarda VII na promenadzie marienbadzkiej, robili interesy z Anglikami, pili whiskyi grog, mimo że lepiej smakowało im piwo pilzneńskie, zakładali kluby, mimo że chętniej byliby się schodzili w kawiarni, udawali milczących,mimo że z natury byli wymowni, zbierali różnenieużyteczne przedmioty, wmawiali sobie bowiem, że dobrze urodzony człowiek musi mieć,,spleena”, uprawiali w rannych godzinach gimnastykę, lato spędzali na wybrzeżach i na morzach,ażeby skóra poczerwieniała od wiatru i słonegopowietrza, opowiadali cudy o londyńskiej mgle,londyńskiej giełdzie i londyńskiej policji. Niektórzy posuwali się tak daleko, że zamiast „tak jest” mówili „well” i abonowali angielskie pisma,które za późno przychodziły, żeby z nich możnabyło dowiedzieć się czegoś nowego. Ale abonencinie przyjmowali na razie do wiadomości wydarzeń, których nie czytali jeszcze po angielsku.,,Zaczekajmy!” — mówili, gdy coś się zdarzyło —,,jutro przyjdzie gazeta”. Ich dzieci uczyły sięmówić po angielsku jak po niemiecku. I przez pewien czas wyglądało, jak gdyby w samym środkumiasta podrastał mały anglosaski szczep, ażebyprzy sposobności dobrowolnie przyłączyć się dobrytyjskiego imperium. Musieli w tym mieście,które miało wybitnie kontynentalny charakter,i w którym nigdy nie było śladu mgły, ubierać sięjak na płukanych morzem wybrzeżach Anglii.

Gdy Paweł przez kilka tygodni nosił swojeangielskie ubrania, oświadczył, że chce w Angliipozostać parę lat. W obawie, że ktoś mógłby nie docenić studiów i życia w Anglii, dodał: „Warunki dostania się na wyższą uczelnię w Anglii wcale nie są tak łatwe, jak się to niektórym wydaje.Cudzoziemiec musi w ogóle mieć polecenia oddwóch reprezentatywnych Anglików, w przeciwnym razie nigdy w życiu się tam nie dostanie!Przede wszystkim trzeba umieć się zachowywaćbez zarzutu, co u nas niestety tak rzadko się spotyka! Pojadę do Oxfordu! W następnym tygodniu wyćwiczę się jeszcze w pływaniu”.

Brzmiało to, jak gdyby miał zamiar dotrzeć doKolegium, pływając.

Na podstawie wyobrażenia, jakie sobie urobiło Anglikach, sądził, że mają praktyczne niejakonastawienie i że u nich mało można będzie wskórać historią sztuki. Postanowił przeto studiowaćnauki społeczne, historię i prawo. O obrazachi malarzach nie było już mowy. Zanim się człowiek oglądnął, wszystkie potrzebne mu naukowedzieła stały w jego bibliotece. Z prospektów wiedział już, jak wszystko w Oxfordzie wygląda.Opowiadał historie z Oxfordu, jak gdyby stamtądwracał, a nie jak gdyby się dopiero tam wybierał.Dziwniejsze jednak niż fakt, że mówił o kolegiach z autorytetem długoletniego znawcy, byłozainteresowanie i łatwowierność ludzi, którzy gowypytywali. I nie tylko on, ale i ojciec opowiadało studiach w Oxfordzie, a wszyscy członkowieklubu, do którego stary Bernheim należał, cytowali w domu rozkład godzin w Oxfordzie. I wszystkie dziewczęta na wydaniu opowiadały sobie:,,Paweł jedzie do Oxfordu!”. Mówiły Paweł, i taknazywała go sfera mieszczaństwa. Był ulubieńcem. Jest to los miłych mężczyzn, że obcy ludzienazywają ich po imieniu.

Pewnego pięknego dnia w czerwcu Paweł wyjechał do Oxfordu. Kilka młodych pań odprowadziło go na dworzec. Rodzice opuścili miasto jużparę tygodni wcześniej. Wyjechali na wywczasyletnie, gdyż matka Pawła oświadczyła: „Nie chcębyć w domu, gdy Paweł odjeżdża na tak długiczas. W podróży zniosę to łatwiej”. Paweł miał nasobie ubranie o niewyraźnym kolorze, w lewymkąciku ust trzymał krótką fajkę i stał przy oknieprzedziału, niczym figura z pisma mód. Podczasgdy pociąg ruszył z hali, rzucił trzem najpiękniejszym pannom, z zadziwiającą zręcznością, pojednej róży. Tylko jedna spadła na ziemię, pannaschyliła się, a gdy znowu podniosła głowę, niemogła już Pawła dosięgnąć wzrokiem. Wyjazdjego był ostateczny i miasto zdawało się to odczuwać w ów letni wieczór. Było smutne.

W pewnych odstępach czasu ten lub ów dostawał od Pawła Bernheima list. Były to wzorowelisty, dżentelmeńskie listy. Na złożonym we trojepapierze listowym, przypominającym pergaminowe dokumenty, maszerowały szerokie, rzymskielitery, nieco rozpieszczone i nieco nadęte, w wielkich odstępach i z szerokim marginesem. Na górnym brzegu, po lewej stronie, błyszczał monogram Pawła na ciemnoniebieskim tle. Na kopercie nigdy nie było nazwiska nadawcy. Mniej więcej na środku koperty wytłoczony był monogramna ciemnoniebieskim laku. Duże P ułożone artystycznie w brzuchu litery B, jak płód w łoniematki. W listach tych panował przeważnie bardzoogólnikowy, konwencjonalny ton. Fachowe terminy z dziedziny sportu, wstrząsająco obce określenia żaglowców i łodzi przeplatały się z wykwintnymi nazwiskami, a krótkie, jednozgłoskowe imiona kolegów, Bob, Tedd i Pitt, były rozsiane potekście jak pękające kapiszony.

Pewnego dnia został przez konsularnego lekarza w Londynie wcielony do armii. Otrzymał kilkuletnie odroczenie. Przydzielono go oczywiście do kawalerii.

O swoim przyjęciu do wojska zawiadomił w następujących słowach:

„A więc, moi kochani; przyszedł na mnieczas! Kawaleria, spodziewam się, dragoni. Staremu momentalnie telegrafowałem. Dwa lata odroczenia, do tego czasu będę uprawiać prawdziwie kowbojską jazdę. Kupiłem tu konia, nazywa sięKentucky, liże mi twarz, ma usposobienie kocura.Lekarz był znakomity. Byłem zresztą najprzystojniejszym młodzieńcem, nic dziwnego, reszta towszystko urzędnicy handlowi, jeden jedyny robotnik. Nędzna rasa. Brali ich jednak. Jak podczas wojny. Potem dwa dni w Londynie, rozbijałem się po ciemnych zaułkach. Znowu kobiety, podługim rygorze klasztornym w Kolegium. Wspominałem katechetę. Był jednak morowym gościem.Czy żyje? A więc, mój stary, jeszcze roczek;a spędzę dwa tygodnie w domu. Muszę pędzić, trzeba potrenować przed przyszłym tygodniem.Okropne! Turniej szermierski połączony z balem.Prawie że zapomniałem, jak się tańczy, muszę nanowo zabrać się do tego. Jak widzisz, moc roboty.Wszystkiego dobrego, bądź zdrów!”

Podobne listy pisywał do domu. Zdaje się, żewłaściwie nie miał o czym zawiadamiać i że jegokorespondencja była nieuniknionym następstwem planu zajęć w Kolegium, w którym pisaniedo ukochanych w domu było takim samym obowiązkiem, jak szermierka i wiosłowanie.

„Chciałbym tylko wiedzieć” — mówił staryBernheim w klubie — „kiedy nicponie mają czasna naukę! O nauce nic nie pisze!”

Fabrykant Lang, którego z Anglią łączyły,,najlepsze stosunki”, nie dopuścił do żadnych powątpiewań pod adresem metody naukowej Kolegium i oświadczył nie bez pewnego oburzenia:

„Już Anglicy będą wiedzieć, co robią! Popatrzcie proszę na angielskich panów, umiejąwięcej od nas. Zdrowy duch w zdrowym ciele,moi panowie, oto zasada”.

Na to czterech albo pięciu panów zawołałorównocześnie i szybko: „mens sana in corporesano”. W tym zamieszaniu tylko jeden z panówmógł cytat dokończyć. Pan Lang żałował, że samnie podał mądrości klasycznej w oryginale, naglerzucił na stół karty i po wielu latach znowu zawołał: „Alea iacta est!”. Tym samym stwierdzone zostało, że wszyscy ci panowie o anglosaskiej orientacji byli skończonymi humanistami.

I rozpoczęto partię taroka.

Przy tej sposobności będzie może na miejscudodać, że owa miłosna przygoda pana Bernheima,zaledwie na kilka tygodni po zniknięciu artystki,wywietrzała z pamięci ludzi bez śladu. Jeżelisię weźmie pod uwagę wcale jeszcze pokaźnąliczbę wrogów i zazdrośników Feliksa Bernheima,był to nie lada wyczyn w dziedzinie zapominania.Z tego można by prawie wnosić, że ludzie nie lubią, gdy kompromituje się nawet ktoś z nielubianych przez nich autorytetów. Istotnie historiata nie miała żadnych trwałych następstw, pozaprzeniesieniem zięcia i wyjazdem córki. PaniBernheim od dawna znowu rezydowała w swoim,prawnie do niej należącym domu. Może być, żew sercu ukrywała jeszcze żal do swego męża. Alezachowywała się wzorowo, jak o niej wtedy mówiono, i niczego nie zdradzała. Miała ograniczony,lecz w obrębie wąskich granic dobrze funkcjonujący rozum. Co prawda skłonna była go częstoprzeceniać. Zdarzało się, że wypowiadała swojezdanie o jakimś ministrze, poecie, o renesansie lubreligii — a o wszystkim w ten sam lekceważącysposób, w jakim zwykła była mówić o służbie domowej. Zdarzało się, że rozpieszczonym głosemwypowiadała głupstwa, które uważano by za sympatyczne lub nawet urocze, gdyby byłao trzydzieści lat młodsza. Ba, zdawało się: jejpiękne i pełne usta niegdyś cały świat tak długow zachwyt wprawiały głupstwami, że właścicielka tych ust w końcu uwierzyła, iż jest czarująca,gdy miesza się do wszystkiego, na czym się niezna. Zapomniała, że się postarzała. Zapominała otym tak dalece, że, mimo siwiejących włosów,które z lekka zaczęła farbować, w chwilach, gdywypowiadała głupie zdanie, w jej startych rysachpojawiał się dawny, dziewczęcy błysk. Przez jedno mgnienie oka po twarzy jej przebiegał uroczy cień jej młodości. Ale cień bardzo szybko znikał, a dźwięk głupstwa długo w pokoju się unosił.Zakłopotanie słuchaczy trwało i wzmagało sięjeszcze, gdy pan Bernheim robił daremne próbyratowania sytuacji niesmacznym dowcipem.

Od wielu lat powtarzała się ciągle ta przykrasytuacja! Jedynie on między wszystkimi obecnymi wiedział, jaka przerażająca różnica była pomiędzy naiwnym słowem, które spływało ongiśz kwitnących warg jego żony, a tym samym naiwnym słowem wypowiedzianym obecnie przez pobladłe wargi. Przestraszony, wyrywał się z dowcipem, jak ktoś, kto w strachu wydaje okrzyk.Pani Bernheim atoli w takich wypadkach była,,obruszona”. Dąsała się, jak to z pewnością w młodości praktykowała z wielkim powodzeniem, i wskutek tego wyglądała o dziesięć lat starsza.Sądziła zresztą, że ma uzasadnione prawo do mądrych poglądów. Była przekonana, że „wykształcenie” — o którym miała wysokie wyobrażenie —jest nie tylko przywilejem lepszych sfer, ale również jej dziedzictwem, i że wystarczy mieć bogatego męża oraz syna posiadającego „bibliotekę”,ażeby móc rozprawiać na kulturalne tematy.

Była kiedyś piękna i rozpieszczono ją. Na jejszerokiej, nieskazitelnie ukształtowanej twarzy — miała podobne włosy i podobny kolor skóry, jak jej synPaweł — leżał niezmącony spokój, zimny, niedostępny spokój, przypominający zamkniętą bramę,a nie wolną, samotną przestrzeń. Jej twarz nieznała zmarszczek spowodowanych zgryzotą,a zmarszczki starości odczuwała jako obrazę i jakoobcych, nieproszonych gości. Jej lśniące, szare, kokieteryjne oczy patrzyły zalotnie i wrogo zarazem.Jej spojrzenie można było uważać za królewskie— a za takie ona sama je uważała — gdyby nieto, że wyraźnie zdradzało, na czym się ćwiczyło:na firankach, sukniach, pierścionkach i koliach,na tzw. „interieurs” i na sprzętach gospodarstwadomowego. Tak jest, na sprzętach gospodarstwadomowego. Pani Bernheim miała bowiem obokambicji, żeby mieszkać „po książęcemu” i prezentować się „po królewsku”, tę jeszcze ambicję, żeby uchodzić za „skromną kobietę”. Gdy przedwielkanocnymi świętami do zbędnych kap przypinała niepotrzebne hafty, żeby komuś zrobić „niespodziankę”, była przeświadczona o tym, iż składała ofiarę potwierdzającą cnotę oszczędności.Sprawiało jej to słodki, przyjemny ból, któryprzynosił taką bez mała ulgę, jak płacz. „Popatrz,Feliksie — mawiała — pani Lang z pewnością tego sama nie robi”.

— Przecież ty także nie potrzebujesz tego robić — odpowiadał Feliks.

— A któż to ma zrobić? Czy chciałbyś na towydać majątek?

— Ja w ogóle mogę z tego zrezygnować.

— Naturalnie, a gdyby tego nie było, krzywiłbyś się!

— Zwróć lepiej uwagę na guziki przy moimpalcie — dziś urwał mi się jeden!

— Daj mi go! — rzekła pani Bernheim uradowana. — Na Lizę i tak zdać się nie można! Wszystko, wszystko muszę sama robić!

Z wesołym westchnieniem, dzięki któremu praca wydaje się trudniejsza i bardziej cenna, a które uspokaja sumienie pracującego, zabrała się pani Bernheim do przyszywania guzika.

— Paweł pisze mi — rzekła nagle — że mu zamało posyłasz!

— Wiem, co robię!

— Tak jest, ale nie znasz Oxfordu!

— A ty go nie znasz lepiej.

— Tak?! A mój kuzyn Fryc, czy nie studiował na Sorbonie?

— To jest coś zupełnie innego, i w ogóle to nicnie jest!

— Ależ Feliksie, proszę cię, nie bądź ordynarny!

Feliks zastanawiał się, czy może był ordynarny. Milczał. W końcu pani Bernheim wszystko zapominała.

— Tak, teraz guzik będzie się trzymać wiecznie! — rzekła z radością dziecka.

I udali się na spoczynek.

O Teodorze, młodszym synu, mówili rzadko.Nie uchodził w domu za genialnego człowieka,jak jego brat, gdyż był więcej podobny do ojcaniż do matki. Tak przynajmniej utrzymywała pani Bernheim. Pani Bernheim uważała swego mężaza szczęśliwca, urodzonego w czepku. Nie przypisywała mu żadnej wiedzy, ani też zdolnościnabycia jakichkolwiek umiejętności. Do interesów i kupców odnosiła się z lekceważeniem, jakieniektóre córki z mieszczańskich domów w dziewięćdziesiątych latach dziedziczyły razem z wykształceniem, wyprawą, grą na fortepianie i beletrystyką. Według poglądów pani Bernheim,urzędnik państwowy przewyższał rangą bankiera, a finansista nie był zdolny do nabrania „kultury”.Ponieważ jej kuzyn był adwokatem, małżeństwojej na wieki w jej oczach pozostawało mezaliansem. Gdy była młodsza, myślała niekiedy o tym, ażeby zdradzić męża z akademikiem albo oficerem. Cudzołóstwo z człowiekiem o wyższej godności towarzyskiej byłoby rehabilitacją za pożycie ze zwykłym bankierem. Gdy się słyszało, jakpani Bernheim, która naturalnie także miała swoje „nerwy”, wypowiadała słowa „Ależ Feliksie!”;albo jak unosiła się i narzekała na ten „głośnydom”, gdy wiatr z trzaskiem zamykał drzwi lubokna, albo jak mówiła: „Zachowuj się ostrożniej!”,gdy jej mąż przypadkiem przewracał krzesło —można było po tych zwrotach poznać niezmiernąkrzywdę, jaką los wyrządził pani Bernheim.

A jednak umiała często udzielić mężowi zdumiewająco dobrych rad. Przewidywała niebezpieczeństwa w interesach. Przeczuwała złe zamiarypewnych osób. Do służby, rachunków i dostawcówodnosiła się z nieufnością graniczącą z jasnowidztwem. Umiała utrzymywać w domu porządek, organizować letnie podróże i zaskarbić sobie szacunek u konduktorów, oficerów marynarki i służbyhotelowej. Posiadała zwierzęcy instynkt domowyi familijny. Był on źródłem jej ostrożności, mądrości i dobroci, która co prawda sięgała jedynie dosiatki drucianej ogrodu.

Za siatką zaczynała się twardość jej serca, jejnieustępliwość, jej ślepota i jej głuchota. Rozróżniała pomiędzy biednymi, którzy w jakiś sposóbzdobyli dostęp do jej domu, a żebrakami na ulicach. A swoją dobroczynność potrafiłatak zorganizować, że jej serce mogło funkcjonować wyłącznie w pewnych godzinach, w pewnychdniach. Odczuwała potrzebę w ten sposób i w regularnych odstępach czynić dobrze. Gdy opowiadano jej jednak o nieszczęściu, które spotkało pewną obcą rodzinę, interesowały ją okoliczności,w jakich owo nieszczęście miało miejsce, na przykład, czy to było w środę czy we czwartek, w nocy czy w dzień, na ulicy czy w mieszkaniu. Mimociekawości dla szczegółów, nie byłaby się za żadnącenę udała w pobliże nieszczęścia. Omijała bowiem niedolę i choroby, cmentarze i obowiązkikondolencyjne. Przeczuwała wszędzie możliwośćzarażenia się. Gdy ją mąż czasami zawiadamiał:,,pan Lang jest chory, czy pan Steuffer; czy paniWagram” — odpowiadała regularnie: „Nie chodźtylko tam, Feliksie!”. Każdy fanatyzm jest okrutny. Fanatyzm powodzenia również...

Tęskniła za synem Pawłem. Czytała po kilkarazy jego dziarskie listy, nie wiedziała nigdy, cozawierają, i usiłowała między wierszami poznać,czy „jej dziecko” jest zdrowe, czy też ukrywa jakąś chorobę. Uważała go bowiem za „szlachetnegochłopaka”, który zamilkł w bólu. Pisała do niegodwa razy w tygodniu. Nie były to odpowiedzi aniwiadomości, lecz słowa, litery zastępujące całusyi pieszczoty, utrzymujące cielesny kontakt. Pawełczytał te listy pobieżnie i palił je. Nie był z matkizadowolony. Byłby sobie życzył matki, która byłaby „prawdziwą lady”. Taką ją przedstawiał,gdy się składało, że miał o niej opowiadać obcym.Niekiedy śnił o tym, ażeby ją jeszcze raz wychować. Wyobrażał sobie, że mieszkałby z nią w angielskim dworku. Musiałaby mieć białe włosy,czytać Hardy'ego i cieszyć się szacunkiem szlachty. W jego opisach przybierała formy, kontury,charakter i znaczenie, jakie ona sama chętnie sobie przypisywała. Gdy mówił o ojcu, karykaturował go z lekka według tendencji matki. Wszelakorzadko mówił o ojczyźnie i o swoim domu, boprawdy opowiadać nie mógł, a w kłamaniu nie byłpewny.

Miał jeszcze pozostać w Anglii co najmniejpółtora roku. Ale pewnego dnia otrzymał depeszę wzywającą go natychmiast do domu.

Stary Bernheim udał się przed tygodniemw daleką podróż. Miał pojechać do Egiptu zewzględu na swoją podagrę. Ale zmarł, kiedy wsiadł na statek w Marsylii. Znajdował się w towarzystwie młodej damy, którą przedstawiał jakoswoją córkę, a która — któż to może wiedzieć —była może pośrednią przyczyną jego nagłejśmierci. Gdy zabierano jego zwłoki, nie znalezionoprzy nim pieniędzy. Niektórzy ludzie utrzymywali, że młoda osoba była ową akrobatką. Ale ludzie skłonni są doszukiwać się romantyzmu w najprostszych wydarzeniach. Prawdopodobne jest,iż pociąg starzejącego się pana do młodych dziewcząt w ogólności był wielki, a jego wierność dlaokreślonej osoby, niełatwej zresztą do wyśledzenia, była wymysłem. W każdym razie śmierć jegona pokładzie okrętu, na progu morza i w objęciachpięknego prawdopodobnie dziecka, była godniejsza i większy miała rozmach niż lwia część jegożycia lub co najmniej część jego życia znana ogółowi. Jest bowiem możliwe, że pan Feliks Bernheim nigdy nie wiódł jednoznacznego trybu życia.Jest możliwe, że istotnie był „chwatem”, jak wyrażał się jego syn Paweł. Zamaszystym, zdrowym, szczęśliwym i lekkomyślnym chwatem.

Zięć jego, rotmistrz, przybył po zwłoki. Pawełprzyjechał na pogrzeb.

Pani Bernheim płakała nad grobem, może po raz pierwszy w życiu. Stała w otoczeniu swoichdzieci. Jej piękne, zimne oczy były czerwone.Przypominały zakrwawione, błyszczące grudkilodu. Ciało pana Bernheima pochowane zostałow marmurowym grobowcu. Na szerokiej płyciew niebieskie żyłki wszystkie jego zasługi wyryte były prostymi czarnymi literami, które miały więcej godności niż napis „Sans souci” nad jego willą.

Lecz zasmucony anioł pochylony nad krzyżem jest bratem małych aniołków zdobiących górne okna domu Bernheimów.

III

Paweł stopniowo odzyskał kontynentalneusposobienie. Zdawało się ono harmonizować z ciemnymi i statecznymi ubraniami, które nosił w żałobie po ojcu. O powrocie do Anglii na razie myśleć nie mógł. Na interesach znał się mało. Nie wiedział, czy ma zostać w banku, czy dalej studiować. Nie wiedział również, co miał studiować. Ojciec pozostawił trzy testamenty, ale wszystkietrzy napisane były dość dawno. Dorozumiewanosię jakichś tajemnic w domu Bernheima i w banku.Z pogłosek można było wnosić, że majątek Bernheimów był o wiele mniejszy niż przypuszczano.

Paweł nie wypowiadał niczego pewnegoo swoich planach na najbliższą przyszłość. Ciąglejeszcze mówił o Kolegium, opowiadał jednako nim, teraz zapoznawszy się z nim, to samo, codawniej, gdy znał je jedynie z prospektów. Przesiadywał całymi godzinami w biurze ojca, znudzony zaglądał do ksiąg, mówił z sekretarzamii starymi urzędnikami i obawiał się wciąż, że goktoś przychwyci na nieznajomości rzeczy i wyzyska ją. U Pawła wyszło obecnie na jaw coś z nieufności matki i jej ograniczonej surowości. Nigdyna przykład nie byłby przyznał starszemu urzędnikowi, że czegoś nie rozumie. Ostatecznie musiałjeszcze walczyć z radami matki i jednego z jejbraci, którzy z Bernheimem wiecznie wiedli spory, a obecnie pojawiali się powoli na planie.

W tym nieprzyjemnym położeniu znajdowałsię Paweł, gdy mu wojna przyszła z pomocą. Odpierwszej chwili poświęcił swój zachwyt ojczyźnie, koniom, dragonom. Pani Bernheim znowumiała okazję być dumną ze swego syna; tym bardziej, że według jej przekonania śmierć trafia tylko biednych piechurów. Gdy po raz pierwszy stanął przed nią w mundurze, płakała (szedł bowiem się zaciągnąć od razu w wojskowym stroju, mimo że nigdy wcześniej nie był żołnierzem) po pierwsze: z radości z powodumęskiej urody Pawła, po drugie: ponieważ mążnie mógł go zobaczyć; po trzecie: ponieważ widokmunduru zawsze ją wzruszał. (Był to powrót dodziewczęcych lat).

Wierny tradycjom dragońskim pułku — które zresztą rozluźniły się z biegiem lat i z powoduwojny — zapuścił sobie mały, do szczoteczki podobny wąsik. Wyglądał bardziej aktywnie niżinni jednoroczniacy — ochotnicy. Jego jazda konna, jego postawa, jego zapatrywania i jego mundur mogłyby u obcego wywołać wrażenie, jakobypochodził ze starej kawaleryjskiej rodziny. Swojemieszczańskie pochodzenie kompensował, wśródtak licznej szlachty, dzielną postawą. A nazwiskoswoje podpisywał odtąd tak niewyraźnie, że mogłorównie dobrze znaczyć „von Bernheim” jak,,Bernheim”.

Mimo to musiał na podstawie zarządzenia, które go tak przeraziło, jak innych powołanie, opuścić kawalerię. Państwo straciło dzięki swoimprzesądom świetnego oficera, może nawet bohatera. Nie ulega bowiem wątpliwości, że u PawłaBernheima próżność byłaby źródłem patriotycznego heroizmu. Na podstawie owego zarządzeniajednakowoż musiał zostać oficerem prowiantowym.

Ilu ludzi byłoby chętnie z nim się zamieniło!On jednak został, w chwili opuszczenia dragonów,zaciętym wrogiem wojny. Zdawała się otwieraćprzed nim inna droga do znaczenia. Zaczął obcować z pacyfistami, pisywać do małych, zakazanych i rewoltujących pisemek, przemawiać nazgromadzeniach przeciwników wojny. I chociażnie był dobrym dziennikarzem ani mówcą, wywierał wrażenie wśród przeciętnych ludzi, zwykłychżołnierzy, dezerterów, rewolucjonistów, a to dzięki swej randze oficera, dobrej prezentacji i — cobyło widoczne — pochodzeniu z dobrego domu.Ludzi fascynował blask jego dystynkcji, brzękostróg — jako oficer prowiantowy bowiem również należał do konnego oddziału — śniada delikatność jego cery, miękkie ruchy jego ramioni bioder. A że wrogom wojny ofiarował porcję bohaterstwa, którą przeznaczył ojczyźnie, zaskarbiłsobie wdzięczność prześladowanych. Patrzyli naniego z dumą. A duma ta wypływała z tych samych źródeł, z których wywodziła się nienawiśćdo innych członków czołowej klasy społecznej.Przecenia się wszystkich renegatów. Temu prawuzawdzięczał Paweł Bernheim swoje znaczeniew rewolucyjnych kołach.

Pouczające było obserwowanie faktu, że rewolucyjne zapatrywania Pawła w niczym nie mogły zmienić blasku jego powierzchowności. Przywłaszczył sobie kokieterię heroizmu wraz z rewolucyjnymi przekonaniami. Parę odznak na czapce,sznury przy pasowanej litewce, krótki sztylecikzamiast szabli na czerwonych skórzanych pasach,miękkie, żółte buty i rajtuzy o niezwykłej szerokości: tak kroczył, niczym bóg prowiantowy. Jegosłużba polegała na zakupywaniu oraz rekwirowaniu bydła i zboża, a pełnił ją na tyłach, w etapiei na terenie okupacji. Jeździł przez miasta i kraje, jadał i sypiał u właścicieli dóbr, którym miłośćojczyzny nie przeszkadzała w tym, że starali sięosiągnąć u Pawła wygórowane ceny i łagodne stosowanie rekwizycji. Uprzejmości jego ofiar niewywierały na nim wrażenia. Państwo straciło bohatera a zyskało niesprzedajnego oficera prowiantowego. Paweł rekwirował bowiem i obniżał cenyz fanatyzmem rewolucjonisty. Jego obowiązeksłużbowy popierał jego przekonania, a strach,z jakim przyjmowały go jego ofiary, schlebiał muw równej mierze, jak szacunek, jakim darzyli goprzeciwnicy wojny. Zresztą ceniono również jegosłużbową sumienność. Strzegła go przed wszelkimpodejrzeniem. I tak udało mu się — jak rzadkokomu — połączenie cnót żołnierskich z antymilitarystycznymi przekonaniami. Tak jak umiał dawniej czytać mądre książki, prowadzić mądre rozmowy, a następnie opowiadać w towarzystwie dziewcząt tanie dowcipy, tak samo mógł teraz gawędzić w kasynach oficerskich i w „dworach”, grać przeboje operetkowe na fortepianie, tańczyći równocześnie przygotować swój następny artykuł, zastanawiać się nad możliwościami demonstracji, układać przemówienie. W sercach i mózgach ludzkich przekonania i namiętności są powikłane, a psychologiczna konsekwencja nie istnieje.

Pewnego dnia zawarł Paweł znajomość z dzierżawcą dóbr Nikitą Bezborodko. Działo się to parę mil na południe od Kijowa. Bezborodko szczycił się pochodzeniem z rodziny kozackiej. Silny, nieustraszony, chytry i zuchwały Nikita odparł jużkilkakrotnie rekwizycję, oszukał wojskowych,czyniących zakupy dla wojska na pokaźne sumy, lekceważył rozkazy, fałszywie wykonywał dostawy, dostarczając armii chorych i ślepych koni zamiast asenterowanych zdrowych.

Po raz pierwszy natrafił na opór u Pawła Bernheima. Paweł wniósł na Kozaka doniesienie. Ale nie doszło do rozprawy. Pewnego razu Paweł spotkał Ukraińca na stacji w Żmierzynce.

— Dzień dobry, panie poruczniku! — rzekł Kozak.

— Pan nie jest zamknięty?

— Jak pan widzi, panie poruczniku! Mam swoje stosuneczki.

Wypili parę kieliszków. Siedzieli w zaimprowizowanym szynku, w ciemnym i ponurym baraku z desek. Przez małe, otwarte okienka wiałwiatr i latały ptaki. Nagle odezwał się Kozak:

— Mam tu parę ulotek dla pana, panie poruczniku!

— Każę pana aresztować — odrzekł Bernheimi wstał.

Kozak stał przy drzwiach, których strzegł, natwarzy miał szeroki uśmiech, w prawicy nóż. „Ręce do góry” zawołał, ze śmiechem w głosie.

Bernheim nie wiedział, czy Ukrainiec byłszpiclem i w służbie tajnej policji wojskowej, czybył rewolucjonistą, czy ulotkę dostał do rąk przypadkowo, czy też był pijany. Wieczór zapadł,wiatr wył, Paweł Bernheim postanowił na wszelkiwypadek zażądać wydania ulotek. Mógł potempowiedzieć, że musiał użyć podstępu.

Kozak lewą ręką rzucił mu pakunek: stał ciągle przy drzwiach i w ręku trzymał do ciosu przygotowany nóż. W mroku wydawał się wyższy. Z jego żółtego jak piasek płaszcza, jego jasnoszarej czapki, z żółtych butów z niewyprawnej skóryi szarych oczu, szedł srebrzysty migot. Sięgał dopowały baraku. Bernheim w tej mierze wydawałsię kurczyć, w jakiej ten drugi rósł. Lęk, wyłaniający się z dawno przebrzmiałych lat dziecięcych,wspomnienia koszmarnych snów, grozą przejmujących zwidów w ciemnych pokojach, sięgały poniego tysiącem ramion. Wódka, która mu nigdyprzedtem nie szkodziła, przyprawiła go dziś o zawrót głowy, ponieważ od pół dnia niczego nie jadł. „Po co tu poszedłem z tym facetem?” — to byłajedyna jasna i cała myśl, którą w stanie był pomyśleć. Poza tym mknęły przez jego mózg częścizdań, i zwrot „ostatnia godzina” wracał bezustannie, jak ból, który na chwilę mija, którego się jednak niecierpliwie oczekuje, gdyż męka czekaniajest jeszcze większa.

Nagle jeszcze jedno słowo wpadło Bernheimowi na myśl. Słowo, którego głupota w innej godzinie nie byłaby wpłynęła na postanowienie Pawła.Było to jedno z tych pustych słów, które jak odłamki tradycyjnych nauk, formułek pedagogicznych, przepisanych książek, bohaterskich podańdla dzieci, przez całe życie gnieżdżą się w naszychmózgach. Jak długo czuwamy, są one bez ruchujak nietoperze i czekają tylko na pierwszyzmierzch naszej świadomości, ażeby znowu w naskrążyć. Takie słowo wpadło Bernheimowi na myśl,mianowicie „marny koniec”. Jest to wyobrażenie,które, chociaż może śmieszne, nawet mądrzejszegomężczyznę może spowodować do zmobilizowaniatego, co się nazywa męskością. W Pawle Bernheimie żyły jeszcze wyobrażenia, do których jakoprzeciwnik wojny i rewolucjonista nie chciał sięprzyznać, jak na przykład wyobrażenie o „godnejśmierci”. Gdyż chociażby najkrótsza służba przydragonach nie pozostaje bez wpływów. Ledwiew jego przyćmionym mózgu wylęgło się owo słowo, a uczynił, co w jego sytuacji mógł najgłupszego uczynić: sięgnął po swój rewolwer, jak bohater. W tym momencie nóż Bezborodki utkwił w jegoprawym ramieniu. Paweł mógł tylko jeszcze widzieć, jak bardzo szybko otworzyły się drzwi baraku i jak ostatnie zielonkawe światło zmierzchającego nieba wpadło do wnętrza, pogrążonegoobecnie w zupełnej ciemności. Potem drewnianedrzwi z trzaskiem się zamknęły — Paweł słyszałtrzask — i tylko ciemność została. Bezborodkoznikł.

Paweł nie próbował już noża wyciągać z ramienia. Otaczająca go ciemność zdawała się wytwarzać w jego wnętrzu jeszcze gęstszą ciemność,która jak gdyby z nerwu wzrokowego wpływałado oka, tak jak ciemność zewnętrzna przez siatkówkę. Ciemność wewnątrz i zewnątrz. Nie wiedział, czy oczy ma otwarte, czy je zamknął. Bólw jego ramieniu zdawał się dzwonić, jak gdybykrew wydawała metalowy dźwięk, uderzająco stal.

Zbudził się po kilku godzinach, z zabandażowanym ramieniem, na sofie, w pokoju żydowskiego szynkarza, i po chwili znowu zasnął.

Po kilku dniach opuścił Zmierzynkę. Ulotkiznikły. Wszystko wydawało mu się obecnie nierzeczywiste, jak sen; zaczął nawet powątpiewać,czy Bezborodko rzeczywiście go zranił. Ten również znikł. W każdym razie to wydarzenie podważyło pewność, w której żył dotąd. Wojna trwałajuż trzeci rok. Kto może powiedzieć, czy to byłstrach, czy sumienie, co spowodowało Pawła Bernheima do zrezygnowania z przyjemnej służbyi zgłoszenia się dobrowolnie na front? Jak gdybyśmierć, która musnęła go w ów wieczór w baraku,obdarzyła go przeczuciem swojej czerwoneji czarnej i strasznej słodyczy, budząc tęsknotę zanią. Jego przyjaciele, ich gazety, ich mowy, nic gojuż nie obchodziły. Zdezerterował z ich obozu,jak niegdyś zdezerterował do nich.

Tak niepojęty i złożony jest człowiek.

IV

W ten sposób poszedł Paweł Bernheim na front.Był ponury, chłodny dzień listopadowy — deszczpadający z nieba mieszał się z mgłą unoszącą sięz ziemi — gdy Bernheim samotnie wyruszył na teren walki.

Był obecnie podporucznikiem X-tego pułkupiechoty, który od kilku tygodni zajął stanowiskaw południowej części wschodniego frontu. „Alemasz szczęście” — mówili koledzy w kadrze — „właśnie idziemy na najspokojniejszy front. Kilkatygodni temu byłbyś nas musiał szukać w Alpach,w piekle”. Paweł byłby wolał szukać pułku w Alpach, gdzie śmierć była bardziej zadomowiona,niż na wschodzie. Front wschodni nazywano obecnie „idyllicznym”, a to rozluźniało stanowczość,z jaką zgłosił się do piechoty, chcąc swoje dotychczasowe życie bezwzględnie odgraniczyć od przyszłego. W tym stanie, w jakim się obecnie znajdował, życzył sobie najsilniejszych przeżyć, największych niebezpieczeństw, najtwardszychprzeciwieństw. Chodziło o to, jak sobie powiedział, ażeby gruntownie wykorzystać szczęśliwyi rzadki stan stanowczości i zamienić go w końcuw stan trwały. Obawiał się, że stan ten mógłbyprzeminąć, nie przyniósłszy spodziewanego zysku.Było to zresztą jego dawne usposobienie, którepchnęło go do historii sztuki, do Anglii, do kawalerii i do pacyfizmu. Tak jak usiłował dawniejzostać stuprocentowym Anglikiem, tak samo próbował teraz zostać doskonałym piechurem.

Ale o tych utajonych popędach sam mało wiedział. Nad nimi leżała posępna i mglista obojętność, ociężała i zgęszczona, jak ten dzień listopadowy. Od kilku godzin siedział już sam w zimnymprzedziale drugiej klasy. Drugi pasażer, któryprzez dwie godziny dzielił z nim przedział, dawnowysiadł. W półmroku popołudnia mrugała już zatłuszczona lampa, mimo że nie było jeszcze wieczora. Żółta i oliwą błyszcząca lampa przypominała Pawłowi światła na grobach w dzień zaduszny. Czasami ścierał rękami mgłę z szyby, żebyprzekonać się, czy pociąg rzeczywiście się porusza.Widział wówczas szarą zasłonę listopadowegodeszczu. Zbliżał się etap. Za zasłoną deszczu widział małe wsie, rozsiane i opuszczone gospodarstwa, kobiety okrywające głowy spódnicami,czarnych Żydów w chałatach, żółte ścierniskai żółte, kręte uliczki, pokryte czarnym błotembłyszczącym w deszczu, wyprostowane i przewrócone słupy telegraficzne, samotne i w błocie sterczące kuchnie polowe, maszerujących saperów,ciemne baraki, szyny i małe stacyjki, na którychmusiał się zatrzymywać pociąg. Stawał zresztączęsto w polu. Jak gdyby pociąg sam miał zastrzeżenia wobec frontu i wykorzystywał każdą sposobność, ażeby zatrzymać się i czekać na zawieszenie broni.

Jakkolwiek ta myśl była absurdalna, a obawaPawła, że mógłby spóźnić się na wojnę, dziwna, tojednak przez mózg jego przemykało tu i ówdzieurojenie, że gdzieś tam przygotowują pokój i żeznajdzie się w tym okropnym położeniu, zmuszony powrócić do pokojowego życia, tak jakstał, niezmieniony, obciążony wspomnieniemo ostatnim, hańbiącym przeżyciu z Kozakiem. Jego chwilowym potrzebom odpowiadała wojna,która by trwała jeszcze co najmniej pięć lat. Takimbezradnym widział siebie w obliczu pokoju, domu, matki, banku, służby i urzędników. Gdy sobieprzypominał, że niedawno stosunkowo pisał płomienne protesty przeciwko wojnie, nie mógł zrozumieć minionych miesięcy i lat. Leżały niepojęteza strasznym przeżyciem z Nikitą, za tym zagadkowym przeżyciem. Człowiek groził mu, zranił go,odniósł nad nim zwycięstwo i znikł. Nic ponadto.Tak, ale ten człowiek może więcej wie o mnie,może wie wszystko o mnie i więcej, niż ja sam wiemo sobie. Trzyma moje życie w ręku, może mniezniszczyć — a ja nie widzę go, znikł na zawsze.Ale teraz trzymam moje życie sam, mam je w moim ręku — pocieszał się — jak długo jestem nafroncie. Każdej chwili mogę umrzeć. Gdyby zresztą Ukrainiec coś wiedział, wyprę się wszystkiego.Będę dzielny, uwierzą mi. Może zdradził mnie tenlub ów z moich przyjaciół lub towarzyszy. Zaprzeczę. Nie mają dowodów. Nie mają nawet artykułów z moim ręcznym pismem. Były bowiem pisane na maszynie — pod obcym nazwiskiem.A zresztą to jest obojętne.

Ile razy pociąg stawał, uspakajała go monotonna melodia deszczu, który z równą wytrwałością i z tą samą łagodną dobitnością rozciągał się setkami mil, znosząc jakby wszystkie odległości oraz różnorakość obszarów i krajobrazów.Świat nie składał się już z gór, dolin i miast, ale jedynie jeszcze z listopada. I w tej ołowianej obojętności tonęły na razie zmartwienia Pawła. Czułswoją wspólnotę z bezbronnymi przedmiotami napolu, oddanymi na pastwę deszczu, ze znikomymi,martwymi istotami, ze źdźbłem słomy na przykład,które leżało bez woli, oczekując swego kresu, pełneszczęśliwości właściwie, gdyby w ogóle było w możności odczuwać szczęście. Strumień mógł je zabrać i unieść ze sobą, but mógł je rozdeptać.

W ten sposób odczuwał Paweł wojnę po razpierwszy, i jak miliony zmobilizowanych mężczyzn, odczuł wzniosły spokój umysłu ludzi poddającychsię bezwolnie ślepemu przeznaczeniu. Prawdopodobnie zginę, myślał, słodko się pocieszając. A gdywieczór zapadł, a za oknami podniosła się czarnaściana ciemności, gdy przyćmione światło w przedziale świeciło mocniej, zdawało mu się przezdłuższą chwilę, że jest nieboszczykiem, nieboszczykiem w oświetlonym grobowcu. Daleko za nimleżały jego troski i radości, obawy i nadzieje życia! Wszystko to zostawił i uciekł. Dla takiegouciekiniera jak on nie było spokojniejszego celu,pewniejszego schroniska, jak front i śmierć.

Przypomniał sobie testament, który ułożył nakrótko przed wyjazdem. Na wypadek śmierci zostawiał wszystko matce, a tylko małą część bratu, którego ojciec również w testamencie pominął. Paweł przepędził szybko myśl o Teodorze. Niechętnie o nim myślał. Chociaż dobrowolnie, a nawet chętnie szedł ku śmierci, bezustannie ogarniała gomała, zwinna zazdrość, że młodszy brat bezpiecznie kroczy pod opieką swojej młodości. Zabezpieczony przed wojną i niezagrożony czeka kresuwojny i lepszych czasów. Nie zasługuje na to! —pomyślał Paweł. I znowu oddał się błogim przeczuciom śmierci.

W tym nastroju przeceniał bogactwo, liczbęi wartość minionych lat. Nawet i tę przesadę podyktowało mu dumne poczucie własnej godności.Byłem bogaty — mówił sobie — młody, piękny;silny. Posiadłem kobiety, poznałem miłość, widziałem świat. Mogę spokojnie umrzeć. Nagle opanowało go wspomnienie o Nikicie. Powinienem byłwcześniej pójść na front — pomyślał. Nie powinienem był zostać przeciwnikiem wojny. Nie idęteraz dobrowolnie w śmierć, coś mnie gna. Zasłużyłem na to.

Im dalej noc postępowała, tym więcej przynosiła zimna. Paweł próbował zgasić lampę. Chciałleżeć spokojnie w ciemności, żeby wyobrażeniegrobu było zupełne. Chciał leżeć w grobie na kołach i potoczyć się na tamten świat. Nie mógł zgasić lampy, była wiecznym światłem, paliła się jużza spokój jego duszy. Nie mógł zasnąć. Usiłowałprzemarzniętymi palcami zapisać coś do notesu.Napisanie myśli wyjaśnia je! — pomyślał sobie.Nie był w stanie zanotować jednego zdania i jąłkreślić bezsensowne ornamenty na białych stronicach, jak niegdyś na lekcji religii. Przypomniałsobie kolegów z czasów szkolnych. Udało mu sięnarysować niektóre twarze, zrekonstruował całąklasę, ławkę, nauczycieli.

Tak przeszła noc.

Następnego dnia deszcz zamienił się w drobnygrad i szklany śnieg. Krople uderzały o okna delikatnym, metalowym dźwiękiem.

Pociąg zbliżał się do ostatniej stacji. Był tokoniec świata. Stąd szła wąskotorowa, konna kolejka. Prowadziła bezpośrednio do komendypułku.

Paweł siedział w towarzystwie kilku żołnierzy, w otwartym, niskim wozie. Jakby poprzezgruby mur słyszał ich śpiew, któremu wtórowałz daleka huraganowy ogień. Ledwie czuł wiatri kłujący, zlodowaciały deszcz. Widział pierwszychrannych, którzy mieli białe bandaże i utykaliprzez całą drogę oparci o ramię sanitariuszy. Widział ślady krwi na czarnej, wilgotnej ziemi i namiękkiej, gęstej, żółtej glinie. Bernheim stał w kącie z podniesionym do góry kołnierzem, rękomaw kieszeni, z nieruchomym wzrokiem skierowanym na grupy wracających, na lśniącą biel, nasoczystą czerwień krwi, na zesztywniałą szarośćmundurów, na czarne błoto ulic. Strzały stawałysię wyraźniejsze, żołnierze przestali śpiewać, drugi dzień zapadał się w mrok.

Gdy nadeszła noc, ruszył do okopów i miał niespodziane szczęście. Szczęście takie, jak on jewówczas pojmował, i jeszcze w innym znaczeniu.Tej nocy oczekiwano ataku. Wszyscy towarzyszepisali do domu pocztówki polowe. Nie z potrzeby,lecz ażeby nie zwrócić na siebie uwagi — Pawełrównież napisał do matki. Będzie może płakała pomnie — pomyślał, i przypomniał sobie pogrzeb ojca i łzy w lśniących, szklanych oczach matki. Dlabrata Teodora nie dopisał ukłonów.

Lecz Paweł Bernheim nie umarł! Bagnet przekłuł mu prawy policzek. Następnego dnia dostałsię do szpitala polowego. Operowali mu szczękę.Podczas gdy jego rana się goiła, zapadł na tyfusi został przetransportowany do szpitala zakaźnegow etapie. Zdawało się, że stary Feliks Bernheim,który prawdopodobnie także i w niebie dumny byłze swego syna, opiekował się nim po ojcowsku.Że szczęście, które przynosiło staremu dobre interesy i główną wygraną, chroniło młodego przedśmiercią. Teraz dopiero bowiem, w gorączce, gdyz czterema innymi leżał na oddziale baraku oficerskiego, teraz dopiero obudził się w Pawle strachprzed śmiercią i ochota do życia, co mu na parędni tak zobojętniało. Z całą siłą wierzył, że zostanie przy życiu. Szczęśliwą ranę, otrzymaną podczas utarczki, uważał za przyrzeczenie losu darowania mu życia. I chociaż codziennie któryś z towarzyszy stawał się siny, nieruchomy i straszny,Bernheim podczas największej jeszcze i mącącejprzytomność gorączki wiedział, że nie umrze.

Stan jego się polepszył. Opuścił szpital, przeziębił się, dostał zapalenia płuc i wrócił do innegoszpitala.

Nowa choroba zdawała się również być następstwem jego życzenia, żeby nie wrócić już na front.Dawno już wyparł z pamięci owo wydarzeniez Nikitą. Stał się znowu starym Pawłem Bernheimem. Leżał w łóżku stojącym pod ścianą w pobliżu okna, ze świadomością, że zwyciężył i że byłmądrzejszy od wszystkich. Jego pycha pojawiłasię przy jego łóżku, jak dobry i wierny przyjaciel.Niebieskawe, nocne światełko płonęło nad drzwiami. Niespokojny, szybki i jakby piłujący powietrze oddech chorego towarzysza przypominał nieludzkie głosy; jakby głosy obcych, nieznanychzwierząt. W niebieskim blasku lampy podobnej doświatła zimowego księżyca, widział Paweł ostatniąprzeszkodę, którą należało pokonać. Protestowałprzeciw niewinnej lampie. Lampa ta uniemożliwiała takiemu mężowi, jak Paweł Bernheim, któryprzecież niewątpliwie inne jeszcze miał potrzebyniż zwykli chorzy, zapalenie świecy, żeby mógłczytać, pisać czy rysować. Nie dość na tym, żedniem i nocą musiał wdychiwać zapach karbolui jodyny, nie mógł czytać, kiedy mu się podobało.O, piękne, obszerne pokoje w domu rodzinnym!Paweł przypominał sobie dokładnie wzory tapet,ciepłe, miękkie uderzenie gongu, wołającego naśniadanie, melodie Czajkowskiego, które grywałz siostrą na cztery ręce. Różnica pomiędzy cisząpanującą w tym szpitalu, ostrym i mocnym zapachem tych sal, ofiarną bielą lekarskich płaszczy,chorobą, westchnieniami i zmęczeniem towarzyszy,wiecznym szumem skrzydeł śmierci — a czuwającą, ciepłą a pyszałkowatą tęsknotą Pawła za życiem, była tak wielka, jak różnica pomiędzy chorobą a zdrowiem. Paweł Bernheim dumny byłz postępów, jakie poczyniło jego zdrowie, jak gdyby to była jego zasługa. Gardził chorymi, jak gdyby byli podłymi istotami. Nisko cenił lekarzy, bokarbol śmierdział. Przyzwyczaił się do tego, byuważać każdego lekarza przystępującego do jegołóżka za technika dentystycznego, który tylkopodczas wojny wykonywał funkcje lekarza. Zdaniem Bernheima bowiem, technik dentystycznyznaczył mniej niż internista, podobnie jak jegomatka urzędnika państwowego stawiała wyżej nadbankiera. W każdej pielęgniarce widział służącą,mszcząc się w ten sposób za rozporządzenia szpitalne, które nie brały dostatecznie pod uwagę jego specjalnych życzeń. Zdawało się, że owe godziny, w których wyrzekł się życia i nie był swojąosobą tak zachwycony, jak przez całe życie; zdawało się, że te godziny wytwarzały obecnie podwójną zarozumiałość. Zdawało się, że natura PawłaBernheima nie znosiła nawet przemijającej skromności i że postanowił to naprawić. Nie jest bowiemprawdą, że cierpienia, niebezpieczeństwa i pobliżeśmierci, człowieka zmieniają. Na Pawła Bernheima wcale nie wpłynęły.

Jego rekonwalescencja istotnie tak długo trwała, że nie potrzebował więcej obawiać się wojny.Gdy opuścił szpital, otrzymał urlop wypoczynkowy, a zanim mógł wrócić, wybuchła rewolucja.

Nie należy pominąć szczegółu, że Bernheimw owym czasie ośmielał się wychodzić na ulicęw swoim mundurze oficerskim i że wzbraniał sięwłożyć na siebie cywilne ubranie. Rangi swojejjuż nie cenił, gdyż należał do zwyciężonej armii.A on, który wiele rzeczy nienawidził, niczego takbardzo nie nienawidził, jak pokonanych. Przeciwnie, był zadowolony, teraz bowiem jego antywojenny epizod nie mógł mu już zaszkodzić. Z cichą,głęboko utajoną dumą myślał o tym, że Anglia,jego Anglia zwyciężyła. Zdawało się, jakoby historia świata przyznała rację anglomanii Bernheima. Gdy mówiono o wojnie, przybierał minę ludzi, którzy chętnie myślą: „Ja to przecież mówiłem”. A mimo to nie mógł zdecydować się na złożenie dystynkcji jedynie dlatego, że jakiś tam żołnierz tego się domagał. Rewolucjonizującym narodem pogardzał tak samo, jak pokonaną ojczyzną.

Tak więc zdarzyło się, że pewnego dnia pobityzostał przez kilku żołnierzy do krwi. Figurowałwówczas w kilku prawicowych pismach jako wzórheroicznej, patriotycznej wierności. Po raz pierwszy nazwisko jego było drukowane. I jak gdybynigdy nie był przeciwnikiem wojny, jak gdyby nigdy nie cenił życia ponad śmierć w polu, a Anglię ponad swoją ojczyznę, zaczął myśleć konserwatywnie i patriotycznie. Widział siebie już posłem i ministrem.

Rozumie się, ministrem.

V

Paweł Bernheim byłby chętnie zapowiedziałswój powrót telefonicznie. Lecz z panią Bernheimniełatwo było rozmawiać przez telefon. Nie mogła niczego pojąć, gdy nie patrzyła na mówiącego. Co najmniejmusiała go sobie wyobrazić. Dopiero gdy sobieuzmysłowiła osobę, z którą mówiła, mogła pojąćsens pytania. Zdawało się, że słowa, że mowa ludzka w świecie pani Bernheim przedstawiała jedynie niedostateczny środek porozumiewawczy i służyła tylko do podkreślania ruchów i spojrzeń.Stąd może wywodziła się owa lekkomyślność, z jaką używała pewnych ważkich wyrazów w nieodpowiednich sytuacjach.

Paweł zatelegrafował więc. Depesze równieżwytrącały panią Bernheim z równowagi. Jej zdaniem telegraf w tym celu wyłącznie został wynaleziony, aby szybko i pewnie mógł donosić o nagłych nieszczęściach. Od kiedy została wdową,a szczególnie od wybuchu wojny, zaczęła paniBernheim stopniowo „ograniczać się” — jak sięchętnie wyrażała — i przy każdej depeszy, którąPaweł wysyłał, obliczała jej koszta. Jej radośćz powodu przyjazdu Pawła odpowiadała w przybliżeniu lękowi, który ogarniał ją, gdy otrzymaładepeszę i jej bólowi z powodu roztrwonionych pieniędzy. I stosunkowo długo trwało, zanim pojęłasens wieści w całym jej radosnym znaczeniu, wolną od lęku i przeczuć.

Wiedziała o długiej chorobie Pawła i o jego ranie. Ponieważ jednak nigdy nie zawiadomił jejo swym przeniesieniu do piechoty, zaufanie, jakim obdarzała zawsze kawalerię, zostało od początku do końca nienaruszone. I nawet gdy dowiedziała się o tym, że Paweł został ranny, nie przyszło jej ani na chwilę na myśl, że mógłby umrzeć.Zostać rannym przy kawalerii znaczyło dla niejtyle, co zaciąć sobie scyzorykiem palec. Równieżtyfus nie zagrażał, jej zdaniem, życiu kawalerzysty. Paweł jest oficerem — myślała — z pewnością troskliwie nim się opiekują. Podczas całejwojny ani przez godzinę nie troszczyła się o syna,lecz dniem i nocą myślała o pieniądzach. Obawiała się ubóstwa. Widziała, że przez cały czas notowano duże rozchody a małe dochody. Pan Merwig,starszy współpracownik jej męża, przychodził razna miesiąc i zdawał sprawę ze stanu interesów.Była tak bardzo zajęta zakończeniem wojny, rewolucją, inwalidami na ulicy i wielką liczbą żebraków, którzy — według jej słów — „nachodzilidom”; że przyjazd Pawła sprawił jej tylko paręchwil radosnego podniecenia. Gdy Teodor wieczorem przyszedł do domu, pokazała mu depeszę.Złożył ją skrupulatnie, rzucił na stół i zabrał siędo czytania gazety. Pani Bernheim sięgnęła polorgnon wiszące zawsze przy jej boku jak broń.Lorgnon z trzaskiem prztyknęło. Przyłożyła je dooczu i przypatrywała się synowi, jak gdyby patrzyła na scenę. Chętnie posługiwała się szkłami, gdybyła oburzona. Zauważyła, że służbaboi się szkieł. Teodor słyszał trzask i jeszcze głębiej pogrążył głowę w gazecie. Pani Bernheimznowu opuściła lorgnon. Po kilku sekundach rzekła: „Masz tyle serca, ile miał twój ojciec. Ale onbył przynajmniej mądry. Miał genialny kupieckizmysł. Ty jednak jesteś jeszcze do tego nicponiem. Niczego nie nauczyłeś się w ciągu lat. Gdyby nie te znakomite wojenne egzaminy, do dziś siedziałbyś w ławie szkolnej albo byłbyś został szewcem. Przypominasz mi bardzo zmarłego kuzynaArnolda. Robił długi i umarł w domu dla obłąkanych. Ale i to kosztowało pieniądze, bo w przeciwnym razie bylibyśmy mieli tę przyjemność widziećgo w więzieniu”.

Czekała parę minut. Gdy Teodor ciągle czytałgazetę, uniosła się nagle: „Nie mamy więcej pieniędzy. Teodorze, słyszysz? Nie mamy pieniędzy,żeby nicponiów ratować przed kryminałem! Zakują cię w kajdany, słyszysz?”.

Teodor zatkał sobie uszy rękoma i dalej czytał gazetę.

— Odłóż natychmiast gazetę, gdy matka do ciebie mówi — ciągnęła dalej, ale spokojniej.

Niekiedy udawało mu się tak długo milczeć,dopóki nie opuszczała pokoju z głośnym westchnieniem. Ale zdawało się, że dziś nie ustąpi. Zabrałasię znowu do kazania. Zaczęła mówić głosem drażniącym monotonią i odwijała zdania powoli i równomiernie, jak nici ze szpulki. Przy każdym zdaniumiał Teodor uczucie, że nić nie urwie się nigdy.Jak gdyby pani Bernheim wiedziała o tym, że tensposób mówienia zrobił na synu wrażenie, podkreślała dobitność swoich słów równomiernymi, gładzącymi ruchami rąk po obrusie. Podczas gdy mówiła, jej płasko ułożone ręce bezustannie i w wolnym tempie tarły brzegi stołu od lewej ku prawejstronie. I chociaż pogrążył się w gazecie, białe ręce matki, porysowane niebieskimi żyłkami, docierały do jego wzroku i stopniowo ogarnął gostrach przed tymi słabymi rękami starzejącej siękobiety, jak przed rękami mordercy. Nie ruszyłsię. Przestał czytać. Kolumny gazety rozpłynęłysię przed jego oczami. Lecz nie dał tego po sobiepoznać i na dowód, że jest zajęty lekturą, przewracał pomału kartki gazety, w tym samym tempie,w jakim płynęły słowa matki i jakby pod działaniem ich rytmu.

— Gdy brat z wojny wraca do domu — mówiła pani Bernheim — porządny człowiek powiniensię cieszyć. Ale ty żałujesz, że Paweł nie zginął.Czy nie wierzysz, że matka wszystko wie o swoichdzieciach? Bóg jest moim świadkiem, i nasz świętej pamięci ojciec też o tym wiedział, chociaż nigdy mi wierzyć nie chciał, a ja powtarzałam mu tociągle, że jesteś złym dzieckiem, złośliwym jak pająk, fałszywym jak kot, i głupim jak osioł. Jesteścałym podręcznikiem zoologii, całe wychowaniebyło na nic, nie można dzieci wychować, mówiłamzawsze do Feliksa, jeżeli nie urodziły się z duszą,ty, zdaje mi się, nie masz duszy. Gdybyś się niebał, biłbyś swoją starą matkę, chciałbyś już widzieć mego trupa, straszne, mego trupa. Ale ja nieumrę spokojnie, dopóki nie będę wiedziała, że jesteś porządnym człowiekiem. Nie możesz nim jednak zostać. Co robisz całymi dniami? Wałęsasz sięze swoimi kochanymi przyjaciółmi, którzy mi sięwszyscy nie podobają. Paweł w twoim wiekuumiał już tańczyć, był doskonałym danserem,miał powodzenie u młodych panien i wylegiwał sięcałymi dniami w lesie i nie bawił się strzelaniem jak ty, boję się twoich morderczych noży i pistoletów, Anna nie chce już sprzątać w twoimpokoju; czy może mam to sama robić?

Ciemna, prawie że niebieska czerwień pokryłatwarz Teodora. Szybkim ruchem rzucił na ziemięgazetę. Wstał, nogą przewrócił w tył krzesło; jegomałe, ruchliwe oczy zdawały się pod ciemnymibrzegami okularów szukać jakiegoś przedmiotu nadługimi i szerokim stole, którym mógłby cisnąćw matkę. Ponieważ nie znalazł niczego, począłdwadzieścia razy z rzędu krzyczeć bez sensu:

— Schowaj gazetę, schowaj ją, schowaj ją,schowaj ją, matko, schowaj gazetę, matko, matko!

Momentalnie znowu zbladł.

Jego płaska, żółta, chuda twarz podobna byłado niekwaszonego, zapadniętego chleba w piecu.Była wklęsła. Nos sterczący delikatnym, bezkrwistym, tępym końcem do góry, zdawał się należeć jeszcze do policzków. Wargi były cienkiei nie przylegały całkiem do długich zębów. Brodawysunięta była naprzód, jak u ludzi, którzy wysoko podnoszą głowę. Uszy były żółte, duże, przeźroczyste, jak z pergaminu i bez brzegów, jak gdybynie starczyło już substancji dla brzegów. Nad niskim chłopięcym czołem, które jednak jak u starego człowieka przecięte było czterema czy pięcioma podłużnymi zmarszczkami i dwiema grubymipionowymi kreskami ponad nasadą nosa, leżałycienkie jasnoblond włosy, uczesane zamaszyście dogóry. Wodniste oczy za błyszczącymi się szkłamimiały straszny wyraz. Miały wyraz człowieka patrzącego na pożar, który wybuchł nagle. Głos byłjasny i płaczliwy. Można było przypuszczać, żeTeodor woła matkę na pomoc, podczas gdy wołał,ażeby podniosła gazetę. Drżał cały. Zacisnął zęby,by nie dzwoniły. I tak z językiem przyciśniętymdo zębów wyrzucał syczące, trudno zrozumiałeokrzyki:

— Podnieś gazety, podnieśśś je, podnieśś!

Pani Bernheim, która nie bez radości przyjmowała tego rodzaju wybuchy Teodora, podniosłaznowu lorgnon. Ceniła te chwile. Były jedyne,w których czuć się mogła górą — i w których budziła się jej logika, jak gdyby pobudzona zupełnąbezmyślnością partnera. Mimo że ani trochę ustnie skrzywiła, w zimnych jej oczach był już blaskuśmiechu. Spokojnym głosem wypełniła przerwę,w której Teodor stał niemy i bez tchu:

— Nie potrzebowałeś wcale rzucać gazety napodłogę. A nawet gdyby to było konieczne, matkanie powinna ci jej podnosić. Schyl się, to ci dobrzezrobi. To jest co najmniej tak zdrowe, jak rozbijanie się po lasach. Schyl się, mój synu, schyl się!

Wypowiedziała te zdania łagodnym, matczynym głosem, którym opakowana była złośliwość,jak instrument z cienkiego metalu w miękką watę.

Teodor wyszedł z pokoju. Pani Bernheim patrzyła jeszcze przez chwilę na drzwi, które za sobązamknął. Czekała, aż przeminie echo trzasku.

Następnie schyliła się, podniosła gazetę i zaczęła czytać.

Teodor wyszedł na korytarz.

Uśmiechał się. Starał się stąpać po cichu. Jegokrótki wzrok uczynił go ostrożnym. Wyciągnąłgłowę. Obracał ją na wszystkie strony. Podszedłdo szerokiej, ściennej szafy naprzeciw garderoby.Na drugiej półce, po lewej stronie stała blaszanapuszka, skarbonka. Pani Bernheim przyniosła jąpewnego razu z towarzystwa dobroczynnego. Razna tydzień ją wypróżniano. Ale pani Bernheimchciała własnymi oczyma widzieć, gdzie jej pieniądze się podziewały. Pokwitowania nie podobałysię jej. Przechowywała przeto w puszce drobnepieniądze dla regularnie przychodzących żebraków. Zgłaszali się raz na tydzień, w określonymdniu.

Skarbonka miała małą kłódeczkę. Teodor kilkakrotnie próbował ją otworzyć jednym z wielukluczy, które posiadał. Wiedział, że pani Bernheimnie można przysporzyć większego zmartwienia,jak kradzieżą pieniędzy, których i tak dość żałowała, gdy je musiała rozdać.

Zabrał puszkę do swego pokoju. Zamknąłdrzwi na klucz, próbował jeden klucz za drugim,głowił się, chwycił nóż i jął ostrożnie rozchylaćszparę. Serce biło mu ze strachu i radości. Postawiłpuszkę na parę minut i usiłował wyobrazić sobiezdenerwowanie matki. Usta jego rzekły nagle głośno: „Kanalio!”. Nadsłuchiwał. Nie słyszał żadnego szmeru, zabrał się więc znowu do puszki. Dzwoniła głośniej, niż się spodziewał. Otworzył drzwi,żeby przekonać się, czy nikogo na korytarzu niebyło. Następnie zaczął z niezwykłą ostrożnościąwyciągać jedną monetę po drugiej. Niektóre wysuwały się przez szparę gładko i posłusznie. Innestawiały opór i zostawały wewnątrz. Zmęczył się,usiadł, opanowała go namiętność myśliwego. Pracował do późnej nocy. Pozostało w puszce wszystkiego kilka postukujących monet. Ostrożnie z powrotem ścisnął razem rozchylone brzegi puszki,wykradł się i postawił ją na swoje miejsce.

Przeliczył pieniądze. Suma wystarczyła naskładkę miesięczną na stowarzyszenie „Bóg i Żelazo”, do którego od dwóch lat należał.

Stowarzyszenie założył młody człowiek nazwiskiem Lehnhardt. Prócz niego, założyciela, którybył jedynym mieszczaninem, miano przyjmowaćwyłącznie szlachciców. Ale znalazło się ich podwóch miesiącach zaledwie czterech. Zmienionozatem statut w ten sposób, że przyjęci być mogliwyłącznie „blondyni z aryjskich rodzin”. Przybliższym zbadaniu okazało się jednakowoż, że włosy założyciela raczej były brunatne niż jasne.W każdym razie odrzucono prośbę syna prezesasądu okręgowego, z powodu jego czarnych włosów.Syn poskarżył się ojcu. Twierdził, że Lehnhardti Teodor Bernheim nazwali go Żydem. Bardzooburzony prezes sądu okręgowego zawezwał obui nakłonił ich do przyjęcia syna. Statut ograniczyłsię w końcu do nieprzyjmowania Żydów.

Wspomagali się wzajemnie pieniędzmi, książkami i bronią. Po zdaniu egzaminu wojennegoprzysięgali pozostać zawsze w stowarzyszeniu. Na razie zgłaszali się dobrowolnie do oddziału sanitarnego. Pełnili „służbę”, szli do transportu rannych, ciągnęli nosze, siedzieli obok szoferów w autach sanitarnych, gwizdali na ulicy przeraźliwymigwizdawkami, żeby zatrzymać inne wozy. Codziennie budzili się w oczekiwaniu ogłoszenia mobilizacji ich rocznika. Gdy jednak przyszedł pokój, przysięgli republice zemstę, szukali i znaleźlidostęp do tajnych organizacji i maszerowali dwarazy w tygodniu za miasto na ćwiczenia.

Przy tych ćwiczeniach Teodor nie wybijał się.Nie był zdolny do wysiłku cielesnego. Bladość jegoskóry, jego szybkie, krótkie kroki, jego wymowa:bezbarwna często, podniecenie, z jakim opowiadałobojętne rzeczy, gwałtowność jego ruchów,wszystko to wywoływało wrażenie, że słyszy sięjego nerwowy puls. W jego piersi zdawało się bićmałe, nerwowe, skaczące serce ptaka. Mógł przystąpić do kogoś z wyrazem człowieka, który przedchwilą dowiedział się czegoś rewelacyjnie nowego,żeby donieść mu tak prostą rzecz, jak następującą:

„Wie pan już? Czy panu już mówiłem? —Otrzymałem wczoraj list od Gustawa”.

Najbardziej nieznacznym wydarzeniom nadawał niebezpiecznej i tajemniczej ważności, takjest, przede wszystkim tajemniczej. Miał tę ambicję, żeby wiedzieć o czymś przed innymi i opowiedzieć to komu innemu w najgłębszej tajemnicy.W ten sposób podsycał ciągle wiarę w jego znaczenie. Ale też ciągle o nie drżał.

Miał zmysł dla spraw publicznych i dla wielkich słów: cześć, wolność, naród, Niemcy. Zawszelką cenę chciał mieć jakieś znaczenie. Niecierpliwiła go obawa przed chorobą. Anginą, zapaleniem płuc, czy zapaleniem opłucnej. Nie byłw stanie przeczytać książki do końca. Ale wystarczyło mu przeczytać dziesięć stron, aby być bezgranicznie zachwyconym lub też nazwać książkę,,świństwem”. Lubował się bowiem w dosadnychwyrazach — a to była może jedyna wyraźna oznaka jego młodości.

Uważał się za niezwykle arystokratycznego.Czasami marzył o napisaniu historii swojej rodziny, o zbadaniu drzewa genealogicznego Bernheimów i przeprowadzeniu dowodów na to, że to jeststara, szlachecka rasa. Przeszkadzało mu w tymżydowskie pochodzenie matki. Choroby nawet niebał się tak bardzo, jak tego, żeby nie musiał kiedyś przed kolegami zdawać sprawy o rodzinie jegomatki. Postanowił za wszelką cenę kłamać. Postanowienie to było tak silne, a jego obawa tak wielka, że pomału doszedł do przekonania, że nie ma niczego do ukrywania. Wszystkie wymówki, którewynalazł, stały się dla niego z biegiem czasu prawdami. Przekonanie o szlachectwie wyrażało sięw jego dumie, którą koledzy znosili jedynie dlatego, że tu i ówdzie bywał poufały, intymny, a nawetschlebiał im niekiedy. Teodor mógł odezwać się doswego kolegi:

„Między nami, mogę to powiedzieć; pan przecież tu jest jedynym człowiekiem, który wie, czegochce!”. Albo: „To było świetne, znakomite; rzeczywisty czyn!”.

Można przyjąć, że Teodor wierzył w te słowa,kiedy je wypowiadał.

Niechętnie brał udział we wspólnych wycieczkach i ćwiczeniach. Nie tylko dlatego, że dbało swoje zdrowie, ale i dlatego, że obrażały go niektóre ordynarne słowa, natręctwa czy niesmacznepowiedzenia. Tak sobie zasugerował swój arystokratyzm, że przyswoił sobie nawet elegancką wrażliwość. Maszerowanie, strzelanie, obozowanie podgołym niebem nie sprawiało mu radości. W towarzystwie przyjaciół trzymał go jedynie fakt, że tojest stowarzyszenie tajne, połączone z niebezpieczeństwem, że mógł uchodzić za spiskowca i zdobyć posłuch u towarzyszy. Nie lubił dużych butówi owijaczy. Przywiązanie do przyrody u skautówuważał za ordynarne. O wiele więcej spodziewałsię po technice. „Na przyszłość” — słowo, któreszczególnie cenił. Szczerze byłby chciał zobaczyćNiemcy triumfujące nad światem, ale przy pomocy nowoczesnych środków. Przy pomocy samolotów, bokserów, dobrych i tanich samochodów, chemicznych aparatów, dziwnych maszyn. Ćwiczenia w lesie nazwał w tajemnicy i dla siebie: romantyzmem. Wszelako musiał na razie brać udział w tejromantyce, ażeby tą drogą dojść do realnej potęgi,lub co najmniej do jakiegoś wpływu. Nie przeszkadzało mu to, że na razie kłamał. Należało to do jego zasad.

Tej nocy długo nie mógł usnąć. Z powodu próżnej puszki nie tylko matka na śmierć się zagryzie(— tak jest, na śmierć — bo gdyby jej nie było,miałby o jedną obawę mniej —), ale też zaoszczędzi sobie jeden wydatek z kieszonkowego, któretak rzadko dostawał.

Jedynie myśl o powrocie Pawła mąciła jegoradość. „Widzę już — pomyślał około drugiej godziny nad ranem — znów spędzę bezsenną noc.A w dodatku zaczyna jeszcze padać deszcz”.

Istotnie zaczęło kwilić w rynnie, umieszczonejtuż za oknem Teodora. Zapalił lampę na stolikunocnym, uważał że za mało daje światła, wstał;ażeby zrobić duże światło, włożył okulary, gdyżczuł się niepewny w mroku, i stanął — gdy zrobiłosię jasno — przed lustrem. Zauważył, nie bez zadowolenia, że jego piżama dobrze się prezentuje.Miała jedwabisty połysk, grube taśmy, plecione nawzór kawaleryjskich litewek, a kolor wieczornego, opalowego, letniego nieba. Teodor lubił pyjamy, dobrą bieliznę, jedwabne skarpetki. Uważał toza oznakę wykwintności być w nocy ubranym bezzarzutu. Sprawiało mu przyjemność codziennie rano wiązać dobrze i z fantazją krawat. A jednym,i to nie ostatnim z powodów, dla których był zaprzyjęciem czarnowłosego syna prezesa, był ten,że chłopak abonował czasopismo poświęcone męskiej urodzie, a Teodor czasem je pożyczał.

Aby móc zasnąć, Teodor wziął tabletkę weronalu. Co prawda mogło to „zaszkodzić jego sercu”.Wyobrażał sobie, że aptekarz się pomylił, i dał mutruciznę zamiast lekarstwa. Cierpiał z powodu tegowyobrażenia. Ci głupi aptekarze — pomyślał —trują człowieka, jak szczura. Jeżeli takiemu farmaceucie nie jestem sympatyczny, myśli o mojejśmierci. Należy z tymi „gośćmi” obchodzić sięgrzecznie. Będę wobec niego jutro uprzejmy.Wszystkich mężczyzn nazywał „gośćmi”. Rozróżniał dwa rodzaje gości: takich, których podziwiał,i takich, których nienawidził.

Brat jego Paweł należał do gości, których nienawidził i którym zazdrościł. „A więc jutro tengość wraca do domu! Jest bogaty, młody i zdrowy,i bezczelnie mu się szczęści. Czy da mi choćby jednego grosza? Z pewnością nie. Jest sknerą”. (Należało to do właściwości Teodora, że znienawidzonym gościom, zarówno jak i cenionym, przypisywałskąpstwo). „Jutro wróci i weźmie w posiadanie cały dom. Połączy się teraz z matką przeciwko mnie.Przywitam go bardzo ozięble. Jak ja to potrafię”.

„Jak ja to potrafię” — dodał szeptem. Znowuopanował go lęk. Weronal nie pomógł, spowodował bicie serca, rynna nie przestawała kwilić,wiatr w nieregularnych odstępach uderzał o oknaciężkimi kroplami wody, jak kamykami. Teodorpoczął wertować książkę, którą znalazł w bibliotece Pawła. Była to książka p.t. „RembrandtowiNiemcy”. Natknął się na zdanie, które mu się podobało. Postanowił je sobie zapamiętać i zacytowaćnastępnego dnia podczas rozmowy z Lehnhardtem.To zmęczyło go i uśpiło.

Szary poranek napełnił okno.

VI

Teodor obudził się późno.

Słyszał głos Pawła na korytarzu. Postanowiłmożliwie długo przewlec zobaczenie się z bratemi poleżeć jeszcze dwie godziny. Matka zapukała dodrzwi. Nie odezwał się, chrząknął tylko. Słyszał,jak matka się oddaliła i mówiła coś w jadalni doPawła.

Ubrał się szczególnie starannie i włożył do klapy odznakę stowarzyszenia „Bóg i Żelazo”. Miałuczucie, jak gdyby wybierał się na spotkanie z niebezpiecznym przeciwnikiem, a instynkt jego doradzał mu poczynić odpowiednie przygotowania,wciskając mu jeszcze w końcu do ręki jeden z jegotrzech pistoletów. Obejrzał magazyn i wsunął brońdo kieszeni. Potem podszedł cicho, jak gdyby miałzaskoczyć kogoś, do drzwi jadalni, nadsłuchiwałprzez chwilę i wszedł.

Bracia uścisnęli się pobieżnie, nachylili się machinalnie i ucałowali powietrze.

— Jaką nosisz odznakę? — zapytał Paweł.

— To jest nasze stowarzyszenie — odrzekłTeodor.

— Co tam robicie?

— Różne rzeczy.

Długa przerwa.

Teodor nie znosił ciszy i zaczął spacerować popokoju ze spuszczoną głową. Robił krótkie kroki;kciuk prawej ręki wsunął między kamizelkę a rękaw koszuli. Wyglądało to, jak gdyby sobie coś powtarzał, lub jak gdyby w pośpiechu rozwiązywałzagadkę zadaną mu przez brata.

— Późno dziś wstałeś?

— Tak jest — warknął Teodor.

— Poszedłeś późno spać?

Teodor nastawił uszy. Czyżby brat wiedziałjuż o puszce?

— Tak, wiesz — deszcz nie daje mi spać, a poza tym pracowałem.

— Studiujesz?

— Tak jest, zajmuję się od kilku tygodniMarksem.

Teodor lubował się w oszałamiających kłamstwach. Efekt był ten, że drugi rozmówca z powoduzdumienia nie mógł myśleć o wątpliwości jegosłów i myślał o nich z szacunkiem.

— Jak wpadłeś na Marksa?

— Są prawdziwe rzeczy u tego gościa. Miał dobrego nosa. A poza tym należy wroga wpierw poznać, zanim się go zaczyna zwalczać.

— Chcesz więc przeciw niemu pisać?

— Pisać?! Te czasy minęły! To pozostawiamtobie. Nasze nowe pokolenie zna czyny!

— Co to są czyny?

— Co się wykonywa głową i ręką. Na przykład: zrobić w Niemczech porządek, zmusić rząd do ustąpienia, przepędzić bolszewików i Żydówwszystkich partii, zapalić ogień radości i wypowiedzieć wojnę.

— Czy mówisz w imieniu stowarzyszenia? —zapytał Paweł.

— Zawsze — odparł Teodor. — U nas nie mazwariowanych indywidualistów, jak ty. My nieprzegramy już żadnej wojny.

— Czy robisz mnie zarzut z powodu klęski?

— Oczywiście, tobie i innym Żydom!

— A więc wypowiadasz mi wojnę?

— W każdym razie jestem twoim wrogiem,a jeżeli trzeba będzie, to i wojnę wypowiem!

— Wśród takich warunków — ciągnął Pawełpo chwili bardzo spokojnie i pomału — nie możemy żyć pod jednym dachem. Zapytamy może matki — gdyż dom jest według testamentu ojca jejwłasnością — kto z nas może tu pozostać.

— Gwiżdżę na prawo. Według rzymsko-żydowskiego prawa musiałbym się może wyprowadzić.

— Germańskiego co prawda nie mamy.

— Zobaczymy!

Teodor znowu rozpoczął swoją wędrówkęz prawym kciukiem w kamizelce. Usiłował wprowadzić pewnego rodzaju spokojną, rzeczowąwrogość.

— Czy czytałeś kiedykolwiek Marksa?

— Nie — odrzekł Paweł — tylko przeciętneprace o nim.

Mimo to mniemał Teodor, że obiektywne uznanie zalet Marksa usposobi Pawła przychylniej.Rzekł więc:

— W każdym razie, wielka rzecz, ten Marks!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.