drukowana A5
22.2
Dzieci pana majstra

Bezpłatny fragment - Dzieci pana majstra


Objętość:
107 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0817-1

Rozdział I. Tatko, mama, dzieci

Majster Tydzień, chwat nad chwaty,

będzie temu lat już wiele,

ujrzał, świeżą niby kwiaty,

młodą pannę — Imć Niedzielę.

Duchem posłał do niej swaty;

było trochę ceregieli,

lecz że chwat to był nad chwaty,

więc spodobał się Niedzieli.

Jak się zwykle potem zdarza,

już organy grzmią w kościele,

to Imć Tydzień od ołtarza

wiedzie żonkę — Imć Niedzielę.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dziatek dał im Bóg sześcioro,

nie za wiele, nie za mało;

córki z matki wdzięk swój biorą,

chłopcy zuchy gębą całą.

Syn najstarszy jak antałek;

młodszy znów jak pomidorek,

pierwszy — zwie się: Poniedziałek,

drugi — mamin pieszczoch: Wtorek.

Piątek, tym się mama biedzi —

na nic prośby jej i trudy;

Piątek nie je nic prócz śledzi

i dlatego jak śledź chudy.

Mniejsza odeń o dwa caleto Sobota jest krąglutka

(wszystko zmiata doskonale),

a rodzeństwo zwie ją: „Butka”.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wtorek majtki zdarł na płocie,

Czwartek się po rynnie wspina,

Piątek zgubił trzewik w błocie,

Środa wpadła do komina.

A prym wiedzie Poniedziałek!

Toż nie stracił omal ducha,

kiedy z dachu niby wałek

wprost do matki spadł fartucha.

Za urwisów starszych piątką

i Sobotka też głupiutka

wszystko robi jak małpiątko,

chociaż taka jest malutka!

Głośno śmieją się sąsiadki,

że poczciwa Imć majstrowa

na hultajów, na gagatkiwszystkie dzieci swe wychowa.

Pod jej okiem śmiało broi

rozhukana ta czereda,

bo się matki nic nie boi. —

Gorsza bywa z ojcem bieda.

Bo z Tygodnia majster tęgi:

,,Furdum, burdum, mocium panie!”.

Kto zawinił — bez mitręgina warsztacie bierze lanie.

Lecz gdy widzą swawolniki,

że im grozi basarunek,

wraz podnoszą lament, krzyki:

,,Mamo! mamo! na ratunek!”.

A już matka zadyszana

dłoń karzącą wstrzymać leci.

— Na toż wyszłam za waćpana,

byś niewinne dręczył dzieci?

— Żono! toć mu wziąłem z garści

rozstrzaskany zegar gdański...

— Jak to!? zegar milszy waściniż rodzony synek pański?

— Duszko! lecą ze mnie spodnie,

Wtorek pociął moje szelki...

— Chciał mieć lejce niezawodnie!

Ot, chłopięce to figielki.

— Spójrz na buzie twych dziewczątek,

miód wykradły ze spiżarki...

— O, te wejdą w każdy kątek,

będą dobre z nich kucharki.

— Pieprz mi wsypał do tabaki

twój synalek, żono, trzeci.

— I chcesz karać za żart taki?

Toć to mężu jeszcze dzieci!...

— Muszą, muszą wziąć raz baty,

Ty je, matko, nadto psujesz!

— Tydziu! rzekłeś mi przed laty,

że nad życie mnie miłujesz!

Tu majstrowa w głos zaszlocha

(majster dłonią przytka uszy).

Tydzień bardzo żonę kocha,

łzom jej ulżyć radby z duszy.

Choć się jeszcze srożyć stara:

— Furdum, burdum, mocium panie!

W zapomnienie idzie kara,

dyscyplina już na ścianie.

— Precz, hultaje! precz, zbytnice! —

huknie jeno majster z góry.

— Bo jak które z was przychwycę,

to obłupię je ze skóry!

Na gorący ten traktamentnie czekają lube dziatki,

lecz ogromny czyniąc zamęt,

wszystkie nikną z oczu tatki.

Gdy Niedziela to zobaczy,

drzwi zamyka po cichutku

i mężulka miodkiem raczy,

gładząc rączką po podbródku.

Rozdział II. Jak się zakończyła wesoła zabawa

Lecą dziatki w wielkim pędzie,

każde z tęgą chleba kromą,

aż przycupły w polnej grzędzie

zasłonięte górką stromą.

— Ano było strachu trocha

Poniedziałek, jedząc, rzecze;

— szczęściem tatko mamę kocha,

więc nam zwykle się upiecze.

— Muszę jednak przyznać sama —

(w Środzie budzi się sumienie)

— że ta nasza biedna mama

wielkie z nami ma strapienie.

— E, bo tatko nadto srogi! —

bąknie Wtorek z kwaśną miną,

— za żart każdy, Boże drogi,

zaraz straszy dyscypliną.

„Tatko taki! mama taka!”

Każde z dzieci rzuci słówko...

Wtem Sobótka spoza krzaka

rzeknie, kręcąc płową główką:

— Źebym takie dzieci miała,

cio nić nie chcią śłuchać taty,

to bym siama im wśypała

na walśtacie doble baty!

— Nikt nie pyta ciebie, Butko!

więc najlepiej milcz, maleństwo! —

Tak z dzieciną zwięźle, krótko

rozprawiło się rodzeństwo.

— Jednak słuszność ma Sobotka —

po namyśle Środa powie;

— mama taka dobra, słodka,

a nam wiecznie figle w głowie.

— Co tam wdawać się z szkrabami! —

Poniedziałek huknie z śmiechem,

— toć rodzice mówią sami,

że zabawa nie jest grzechem.

Lecz dziewczęta przecie tchórze,

stąd morały o poprawie.

Siedźcie zatem tu, na górze,

a my zjedziem w dół, po trawie...

— Wiwat! — krzykną chłopcy. — Brawo!

I szalona zjeżdża czwórka;

ten na lewo, ten na prawo,

echem śmiechów tętni górka.

W płacz dziewczynki: — I my z wami,

nie boimy się ni troszki!

— Nie wdajemy się z babami,

co udawać chcą świętoszki!

Gdy usłyszy to Sobótka,

szybko z łez ociera oczy

i jak piłka okrąglutka

już za braćmi w dół się toczy.

Środa waha się przez chwilę,

lecz gdy cała piątka hula,

czyż wypada zostać w tyle?

więc się także na dół stula.

— Jest Sobótka! Jest i Środa,

a to zuchy dziewczyniska!

I tu każdy z braci doda:

— No, siostrzyczki! dajcie pyska!

Wszyscy razem, wszyscy w zgodzie

pną się użyć cudnej sanny,

każdy pragnie być na przodzie:

pędzą chłopcy! pędzą panny!

Toż to radość! to zabawa!

ziemia kręci się dokoła,

jak aksamit miękka trawa,

a jak ślicznie pachną zioła!

Hejże z górki na pazurki!

Hulaj dusza bez kontusza!

W takim pędzie lecą z górki,

aż w urwisach rośnie dusza!

Trach! roztargał się fartuszek,

tu tasiemka! tam guziki!

Ten potoczył się na brzuszek,

śmiechy, wrzaski, piski, krzyki!

Aż się słonko śmieje w górze

i spogląda w dół ciekawie;

aż skowronek ścichł w lazurze,

przypatrując się zabawie.

Dzieciom pot już z czoła kapie,

dyszy Środa, dyszy Wtorek;

ten jak miech kowalski sapie,

ten wywiesił swój ozorek.

— To mi jazda! to parada!

Tchu nie mogę złapać w płuca...

Poniedziałek ciężko siada

lecz natychmiast w bok się rzuca.

— Dzieci! — na rodzeństwo kiwnie —

niech popatrzy, proszę, które

czemu tak mi jakoś dziwnie,

jakbym wziął od tatka w skórę?

Gwałtu rety! spojrzą dziatki:

z hajdawerków pana brata

jeno strzępy, jeno szmatki,

na nic, zdarta cała szata.

Na ten widok każdy czuje,

(oto skutki są swawoli! ),

że go też coś piecze, kłuje,

że go też coś trochę boli.

Spójrzcie tylko na ich miny!

,,Dziura! dziura!” — słychać krzyki,

w strzępach nawet koszuliny!

Wszystko do cna zdarły smyki.

Ach, bo cudna jazda owa,

co się zdała jedną chwilką,

a dla ubrań tak niezdrowa,

trzy godziny trwała tylko.

Jak pokazać się tak komu?

choć do mysiej skryj się dziury...

Jeśli ojciec będzie w domu

toż dobierze się do skóry!

Zaczem wszystkie w płacz dziateczki,

kiedy gruby Czwartek wrzaśnie:

— Góra zdarła nam majteczki!

Niech ją za to każdy trzaśnie!

Na to walka w mig zawrzała,

każdy ziemię bije, łupie,

gdy znów rzeknie Butka mała:

— Wy jeśteście baldzio głupie!

Prawda! spojrzą na się dziatki —

cóż im z bicia góry przyjdzie?

Czyż naprawi to ich szatki?

Co tu robić? hańbo! wstydzie!

Najpierw zatem dwie siostrzyczki

z buzią w pąsach, z łezką w oku

ciągną z trudem swe spódniczki

i spinają je na boku.

Z braćmi gorszy jest ambaras...

Czym zastąpić zdarte szmatki?

a wtem Środa: — Mam coś dla was!

z liści wam porobię łatki!

Ach ty mądra! ty poczciwa!

już przy malcach Środa siada,

liść za liściem rączką zrywa,

dziwne łaty z nich układa.

Gdy podniosły się grubaski,

śmiech każdego porwał pusty.

— Mój liść wklęsły! a mój płaski!

Mój z łopuchu! mój z kapusty!

Lecz czy Środy dobre chęci

zechce uznać srogi tata?

czy rad będzie z tych pieczęci

zieloniutkich jak sałata?

— Do dom nie ma wracać po co,

bo tam zaraz bomba pęknie;

trzeba skryć się gdzie przed nocą —

Poniedziałek dzieciom rzeknie.

Na południe właśnie dzwonią,

gdy spod górki w lęku, wstydzie,

przytrzymując liście dłonią,

na włóczęgę dziatwa idzie.

Rozdział III. Czego się Środa dowiedziała od mądrego kruka

Idą, idą w szarym pyle,

utrudzone wlokąc nogi;

aż uszedłszy blisko milę,

na rozstajne przyszły drogi.

Gdzie się zwrócić? W którą stronę?

Słońce tak nieznośnie pali;

dzieci głodne, pomęczone,

żadne iść nie może dalej.

Płyną łezki z ócz Sobótce:

— Stlasnie pusty dziś mój bzusek!...

Piątek piszczy: — Umrzem wkrótce!

Czwartek buczy: — Ja chcę klusek!

Wreszcie między wrzosów krzaki,

pod skrzypiącym drogowskazem,

jak Cyganie, jak żebraki

wszyscy się pokładli razem.

Podłożywszy pod się rączki,

wnet zasnęły małe smyki;

jeden widzi przez sen: pączki,

drugi widzi: naleśniki.

I gdy leżą tak pokotem,

gdzieś z zachodniej nieba strony

z wielkim szumem i łopotem

nadleciały dwa gawrony.

Większy spytał się mniejszego

(bo to gawron był i wrona),

— Czyś słyszała co nowego?

żonko moja ulubiona?

 Wrona na to: Kra! kra! kra!

 jest nowina jedna zła,

 lecz nie powtórz jej nikomu —

 dzieci majstra

 pokryjomu

 wyszły z domu.

 Nie wróciły na południe.

 Wilk je może

 pożarł w borze,

albo wpadły w jaką studnię.

Majster rwie na głowie włosy,

matka szlocha wniebogłosy —

bo już pewność jest niezbita,

że z urwisów majstra kwita!

Gdy tak wrona, kracząc, gada,

Środa niby mały duszek

pod drogowskaz się zakrada

i nastawia pilnie uszek.

— Ha! — rzekł gawron — tak się zdarza,

gdy kto dzieciom zbyt pobłaża.

Niechże jejmość więc pamięta

dobrze chować gawronięta.

Bo to, proszę jejmość żony,

kto chce dzielne mieć gawrony,

tęgie w dziobie, tęgie w duchu,

musi uczyć je posłuchu.

Skoczy wrona obrażona:

— Po co waść to mówisz do mnie?

toć rzecz dawno dowiedziona,

że ja dziatki chowam skromnie.

Ostro trzymam wszystkie w łapie,

każde mores dobrze zna,

gdy na psocie które złapię

zaraz łaję: „Kra! kra! kra!”.

 Zafurczały, zakrakały

 i z łopotem uleciały.

— To naprawdę nie do wiary —

Środa, oczka trąc, powiada,

— toć z tą wroną gawron stary

niby tatko z mamą gada.

Ach, gawronkom małym dobrze,

choć się bawią przez dzień cały,

ich ubranko się nie podrze

i nie będą basów brały.

Gdy tak Środa smutnie biada,

kryjąc w rączkach oczka łzawe,

chmara ptasząt z góry spada,

czyniąc wielki zgiełk i wrzawę.

Skądże naraz tyle ptaszków?

a to wróble, dudki, trznadle

z dwóch maleńkich gawronaszków

śmieją się i kpią zajadle.

— Patrzcie! patrzcie! gawronaszki

pogubiły ogonaszki!

Ojca, mamy nie słuchały,

w przyjaźń się z kocurem wdały.

   Kot niecnota

   hyc! zza płota

poturbował gawronaszki,

poukręcał ogonaszki!

Tu ćwierknęła Imć dzierlatka:

— Kto nie słucha mamy, tatka,

   dudy stroi,

   bo się boi,

   że mu tatko

   kurtę skroi!

Bez ogonka chodzić wstyd!

Ćwirku, ćwirku, wit! wit! wit!

I z świegotem, śmiechem, wrzawą

poleciały w lewo, w prawo.

A nieszczęsne dwa gawronki

z wstydu się pod pierzem płonią,

kryją kuse swe ogonki

i łzy gorzkie w trawę ronią.

Pokiwała Środa głową

i do siebie rzekła z cicha:

— Wszystkim dzieciom jednakowo,

wszystkich dola równie licha.

Wtem spod nieba ktoś zawoła:

— A wy skąd tu, wiercipięty?

I nadleciał kruk jak smoła,

a miał oczy jak diamenty.

Gawronaszki hyc! na nóżki:

— Wujku kruku, wujku stary,

ty na służbie jesteś wróżki,

co zna różne mądre czary;

popatrz, jaka łysa skórka,

to nam kocur wydarł piórka!

Poproś, poproś ją wujaszku,

niech nam da po ogonaszku.

Będziem kochać cię bez miary,

bo się strasznie boim kary.

Gdy się dziatwa kruka czepia,

z wrzosów znów wystrzeli główka.

Środa w kruka oczka wlepia,

nie chcąc stracić ani słówka.

Kruk miał wujków przymiot rzadki,

gawronięta psuł po trochu;

nieraz wstawiał się u matki,

kiedy klęczeć miały w grochu...

Więc się z wolna w łeb poskrobie.

— Hm, więc macie dostać łaźnię,

a pan ojciec tęgo dziobie...

Tu gawronki pisły: — Właśnie!...

— Hm, urwisy z was nie lada,

lecz się znajdzie może rada;

ja zawracać się nie mogę,

bo w daleką lecę drogę,

lecz te muszki, moje służki,

zaprowadzą was do wróżki.

Gdy skrobniecie dwakroć w bramę,

drzwi otworzą się wam same.

W sad możecie wejść bezpiecznie,

byle cicho, byle grzecznie.

Wróżka nigdy nie odmawia,

jeśli gość się grzecznie sprawia.

Więc wam przykazuję srodze,

nic nie wolno tknąć po drodze!

Niech się nawet wam nie przyśni

skubnąć choćby jednej wiśni,

fig, daktyli albo gruszki,

bo stracicie łaskę wróżki.

Pamiętajcie gawronięta:

,,Cudza własność to rzecz święta!

Kto w łakomstwie nie zna miary,

nie uniknie srogiej kary.Adieu smyki! dzioby w górę!”,

i kruk wzbił się popod chmurę.

Klasną w skrzydła dwa gawronki:

— Będziem znowu mieć ogonki!

Chwilkę pościć, toć to fraszka

dla mądrego gawronaszka!

I już dzióbkiem w dzióbek kują,

i uciesznie podskakują.

Środa nie mniej od nich rada

wszystkie dzieci w kupkę zgania;

co słyszała opowiada,

i by w drogę szły, nakłania.

— Gdy dwa razy skrobniem w bramę,

drzwi otworzą się nam same;

przez tę bramę w sad wejdziemy,

wróżce dziury pokażemy.

Ona tak je ślicznie złata,

że nie pozna nic nasz tata.

Tylko niech się wam nie przyśni

skubnąć choćby jednej wiśni,

bo kruk mówił: „Gawronięta!

cudza własność to rzecz święta!”.

To wam nakazuję srodze,

nic nie wolno tknąć po drodze!

Rozdział IV. Jaką drogą dzieci pana majstra dostały się do ogrodu wróżki

Poprzez pola, poprzez łąki

zapatrzone w złote muszki

biegną raźno dwa gawronki,

wyciągając cienkie nóżki.

A na ziemi troszkę dalej,

depcąc kwiaty, depcąc zioła,

banda pana majstra wali

roześmiana i wesoła.

Błyszczą oczka, płoną uszka,

radość z każdej tryska twarzy.

— Jak też przyjmie nas ta wróżka?

Czym ugości? czym obdarzy?

Na wyścigi wszystkie prawią,

jakie to tam będą czary,

jak ubranka się naprawią,

jak unikną w domu kary...

Chmurna tylko czegoś Butka —

a gdy proszą, by szła prędzej,

trząść zaczyna się jej bródka:

— Nie chciem iść do Baby Jędzy

U niej domek jest z pielnika,

z domku baba źła wyleci

i dźwi na kluc poziamyka,

i poźjada wsyśtkie dzieci!

— Ha! ha! ha! to bajki przecie,

nic się nie bój, tchórzu mały,

Bab Jędz nie ma na tym świecie! —

Chórem dzieci się zaśmiały.

Znów o wróżce gadu, gadu...

— Gdybyż raz już trafić do niej!

— Toć my przecież bez obiadu!

Pędzą, aż im w uszach dzwoni.

Wtem gromadka krzyknie: — Co to?

I z podziwu staje drżąca;

to mur szklany z bramą złotą

lśni jak klejnot w blaskach słońca.

Alabastry i kryształy

wonnych kwiatów sploty wieńczą;

ponad nimi sad wspaniały

w słońcu gra kolorów tęczą.

Niżej ogród jak mozajka

barw tysiącem się rozkwieci —

,,Czy to prawda? czy to bajka?'',

zapatrzone myślą dzieci.

Ścichły śmiechy i igraszki —

dzieciom drżą z wzruszenia nóżki;

dziób otwarły gawronaszki:

— Jakże cudnie jest u wróżki!

Trącą chłopcy się po cichu,

każdy naprzód iść się wzdraga;

w czarodziejskim tym przepychu

prysła naraz ich odwaga.

(Bo ichmoście oczywiście

przypomnieli sobie liście).

Więc dumają zuchy cztery,

że gdy wejdą jak Cyganie

z podartymi hajdawery,

kto wie, co się z nimi stanie?

Środa prosi, ręce składa,

przypomina słowa kruka —

oni swoje: — Nie wy-pa-da!

Niech kto inny szczęścia szuka.

Gdy tak szepcą, gdy tak radzą,

w kropkę ozwie się Sobótka:

— Niech nas wlonki źaplowadzą,

chciem do kwiatków i oglódka!

— Dobrze — rzekną chłopcy cicho —

niech gawronki idą w przedzie,

nuż bram strzeże jakie licho?

Patrzmy, jak się im powiedzie...

Ptaszki wcale się nie bały

dziwów, czarów, ni złych mocy

(za to chętnie unikały

chłopców, co strzelają z procy).

Więc zerk oczkiem w lewo, w prawo,

a ujrzawszy, że są same,

hyc! hyc! hyc! na nóżkach żwawo,

i skrob, skrob pazurkiem w bramę.

Bums! rozwarły się podwoje,

odskoczyły na bok dzieci.

Beknął Piątek: — Ja się boję!

A Sobótka naprzód leci.

Nim kto pojął, co się dzieje,

— Idem do tej Baby Jędzi!

Tak dziecina się zaśmieje

i jak kulka w ogród pędzi.

— Stój! Stój! — krzykną dzieci ostro.

Błysła w słońcu plama złota,

bums! i za malutką siostrą

już się zwarły wielkie wrota.

— Czekaj! Puszczaj! Wielki panie!

Dzieci nagły strach opęta.

Nuż Sobótce się co stanie?

a tu brama zatrzaśnięta!

Hurmem rzuci się dzieciarnia,

szturm przypuszcza jeden, drugi;

chłopców taki szał ogarnia,

że z nich potu płyną strugi.

(Trzeba przyznać, że gromada

bardzo swoją Butkę kocha)

ale próżno krzyczy: „Zdrada!”,

próżno Środa głośno szlocha.

Próżno każdy kopie, stuka,

z gniewu, żalu i urazy

zapomnieli zleceń kruka,

żeby skrobnąć w drzwi dwa razy!

Gruz, kamienie gradem lecą,

razy biją coraz gęściej;

z krzykiem: „Poddaj się forteco!”,

walą, aż im puchną pięście.

A zuchwała brama złota

jak świeciła, świeci w słońcu...

Odejść z niczym? toć sromota!

Jednak... atak słabnie w końcu.

— Niech ją tysiąc kaczek kopnie! —

zagrzmi wreszcie Poniedziałek.

— Górą przeleźć najroztropniej!

I pod mur już biegnie śmiałek.

Lecz tu nowa czeka bieda;

po szkle wchodzić rzecz niełatwa;

tak się nie da i tak nie da.

,,Co tu zrobić?”, myśli dziatwa.

Na dobitek tam, na górze,

z ślicznych kwiatów barwy zorzy

na przejrzystym jak szkło murze

taki napis się utworzy:

Kto uczciwy,bramą wchodzi;przez murwchodzijeno złodziej!

Środa czuje nagłą trwogę;

— Chłopcy! — głośno się odzywa,

przez mur przejść wam nie pomogę,

to jest droga nieuczciwa!

— Proszę! co mi za pogróżka! —

Wtorek jej odburknie w złości.

— To niech mądra jejmość wróżka

bramą wpuszcza swoich gości.

Środa swoje, chłopcy swoje,

gdy wtem Piątek cienko piśnie:

— Ajajajaj! dzieci moje!

ajajajaj! tam są wiśnie!

Prawda! wisien strumień cały

przez mur ku nim się przelewa;

i myśl rodzi w dziatwie małej,

jakby dostać się do drzewa?

Tak im pilno napaść brzuszki,

że już żadne nie pamięta,

że Sobótka jest u wróżki

i że „cudza własność święta!”.

Gdy się troszkę Środa waha,

Poniedziałek huknie z góry:

— Kto ma boja, kto ma stracha,

niech do kreciej wlezie dziury!

Chłopcy! zrobić mi drabinę!

za mną! śmiało! na okopy!

co tam zważać na dziewczynę!

Hurra, naprzód! za mną, chłopy!

Raz, dwa, trzy! i jest drabina!

Patrzcie, młodsi dwaj na spodzie,

a po Czwartku się wyspinaich wódz jak najtęższy złodziej.

Już dosięgnąć ma krawędzi,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.