drukowana A5
28.93
Malte

Bezpłatny fragment - Malte


Objętość:
168 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0811-9

11 września, rue Toullier.

Tak, a więc tu przychodzą ludzie, aby żyć, myślałbym raczej, że tu można umierać. Byłem pozadomem. Widziałem szpitale. Widziałem człowieka,który zachwiał się i runął. Ludzie zebrali się wkołoniego, to oszczędziło mi reszty. Widziałem brzemienną kobietę. Sunęła ciężko wzdłuż wysokiego,ciepłego muru, którego czepiała się niekiedy, jakby chcąc się przekonać, czy jeszcze istnieje. Tak,mur stał jeszcze. A za nim? Poszukałem w planie:Maison d'Accouchement. Zgoda. Pomogą jej rodzić — potrafią. Dalej rue Saint-Jacques, wielkidom z kopułą. Plan objaśniał: Val-de-Grâce, Hospital militaire. Tego właściwie nie potrzebowałemwiedzieć, ale nie szkodzi. Uliczka zaczęła zewsządcuchnąć. Pachniało, o ile można było rozróżnić,jodoformem, tłuszczem od pommes frites, strachem.Wszystkie miasta cuchną w lecie. Potem widziałemdziwnie bielmooki dom, w planie go nie było,ale nad drzwiami był dość jeszcze czytelny napis:Asyle de nuit. Obok wejścia były ceny. Przeczytałem. Niedrogo.

A poza tym? Dziecko w stojącym wózku: grube,zielonawe, z wyraźną wysypką na czole. Krostygoiły się widocznie i nie bolały. Dziecko spało, miało otwarte usta, oddychało jodoformem, tłuszczem pommes frites, strachem. Na to nie ma rady. Cała rzecz w tym, żeby żyć. W tym cała rzecz.

Że też nie mogę odzwyczaić się od spania przyotwartym oknie. Elektryczne tramwaje pędzą z hukiem przez mój pokój. Automobile przejeżdżająpo mnie. Drzwi jakieś zatrzasnęły się. Gdzieś leciz brzękiem szyba, słyszę, jak śmieją się jej wielkieodłamki, jak chichoczą małe. Potem nagły, głuchy,zamknięty łomot z drugiej strony, w środku domu.Ktoś idzie po schodach. Zbliża się, zbliża bezustannie. Już tu jest, już dawno jest, przechodzi. I znówulica. Dziewczyna skrzeczy:

Ah, tais-toi, je ne veux plus.

Tramwaj nadbiega wzburzony do żywego, leciprzez nich, przez wszystko. Ktoś woła. Ludziepędzą, mijają się. Szczeka pies. Co za ulga: pies!Nad ranem nawet kogut pieje — i to jest błogośćbez granic. Potem zasypiam nagle.

To są szmery. Ale jest tu coś, co jest straszniejsze:cisza. Myślę, że przy wielkich pożarach czasem następuje nagle taka chwila najwyższego napięcia,strugi wody opadają, strażacy przestają się wspinać,nikt się nie rusza. Bez szmeru wysuwa się naprzódczarny gzyms w górze — i wielka ściana, za którąstrzela ogień, pochyla się bez szmeru. Wszyscystoją i czekają z podniesionymi ramionami, z twarząnamarszczoną na oczy, czekają straszliwego ciosu.Taka jest tutaj cisza.

Uczę się patrzeć. Nie wiem, dlaczego wszystkogłębiej wchodzi we mnie, a nie zatrzymuje się w tymmiejscu, gdzie się dawniej zawsze kończyło. Posiadam wnętrze, o którym nie wiedziałem. Wszystkotam teraz wchodzi. Nie wiem, co się tam dzieje.

Napisałem dzisiaj list, przy tym uderzyła mnie nagła świadomość, że jestem tu dopiero od trzechtygodni. Trzy tygodnie gdzieś indziej, na wsina przykład, to mogło być jak dzień, tu są to lata.Nie napiszę też już żadnego listu. Po co mam komuś mówić, że się zmieniam? Jeżeli się zmieniam,to przecie i tak nie pozostanę tym, kim byłem, a skoro jestem czymś innym niż dotąd, wtedy rzeczjasna, że nie mam znajomych. A do ludzi obcych,do ludzi, którzy mnie nie znają, pod żadnym pozorem pisywać nie mogę.

Czy powiedziałem to już? Uczę się patrzeć.Tak, zaczynam. Trudno mi jeszcze. Ale chcę czasswój wyzyskać.

Że też na przykład nigdy nie uświadomiłem sobie,ile istnieje twarzy. Jest moc ludzi, ale jeszcze znacznie więcej twarzy, bo każdy ma kilka. Są ludzie,co jedną twarz noszą latami, naturalnie twarzsię zużywa, brudzi, łamie w bruzdach, rozłazisię jak rękawiczki noszone w podróży. To są ludzieoszczędni, prości; nie zmieniają twarzy, nawetjej nie każą czyścić. Twierdzą, że jest dość dobra,a kto im dowiedzie, że jest inaczej? Pytanie, oczywiście, skoro mają kilka twarzy, co czynią z pozostałymi? Przechowują je. Ich dzieci mają je nosić.Ale zdarza się także, iż psy chadzają w nich po dworze.Dlaczegóżby nie? Twarz to twarz.

Inni ludzie niesamowicie szybko nakładają twarze, jedną po drugiej i zużywają je. Wydaje im sięzrazu, że zapas im starczy na zawsze, ale zaledwiedochodzą do czterdziestki: oto już ostatnia. Jestw tym oczywiście pewien tragizm. Nie przywyklido oszczędzania twarzy, ostatnia po tygodniu jestzużyta, dziurawa, w wielu miejscach cienka jak papier — i oto potem stopniowo wychodzi na wierzchpodkład, ta nie-twarz i z nią się obnoszą.

Ale ta kobieta, ta kobieta: zupełnie wtoczyłasię w siebie, całym ciężarem zapadła twarzą w dłonie. Było to na rogu rue Notre-Dame-des-Champs.Zacząłem stąpać cicho, skoro ją ujrzałem. Kiedyubodzy zamyślają się, nie wolno im przeszkadzać.Może jednak wpadnie im na myśl?

Ulica była zbyt pusta, jej pustka nudziła się i krokwyciągała mi spod nóg, i klekotała nim wokoło,tu i tam, jak drewnianym chodakiem. Kobietaw nagłym przestrachu poderwała się zbyt ostro,zbyt prędko — i twarz pozostała w rozwartychdłoniach. Ujrzałem tam tę twarz, jej pustą formę,z nieopisanym wysiłkiem przykułem się do tychdłoni, aby nie zobaczyć tego, co się od nich oderwało.Groza mnie zdjęła na widok twarzy od środka, alejeszcze więcej bałem się nagiej rany, tej głowy beztwarzy.

Boję się. Na strach trzeba coś zaradzić, skorosię go ma. Byłoby to brzydko tu zachorować, a gdyby ktoś wpadł na pomysł przewiezienia mnie do Hôtel-Dieu, umarłbym tam z pewnością. Ten hotel jest przyjemnym hotelem, ma niesłychane powodzenie. Trudno obserwować fasadę katedry paryskiej bez niebezpieczeństwa wpadnięcia podjeden z tych licznych pojazdów, które przez otwartyplac muszą tam wjeżdżać z najwyższą szybkością.Są więc małe omnibusy, co bezustannie dzwonią,a sam książę żegański musiałby zatrzymać swojąkaretę, jeśliby taki umierający nieborak uparł sięjechać prostą drogą do Hotelu Pana Boga. Umierający są uparci, a cały Paryż staje w miejscu, skoroMadame Legrand, brocanteuse z rue des Martyrs,zajeżdża na pewien plac w Citè. Zauważyć należy,że te piekielnie małe wózki posiadają wysoce interesujące szyby mleczne, poza którymi wyobrazićsobie można najwspanialsze agonie; na to wystarczy fantazja konsjerżki. Kto posiada wyższą jeszczeimaginację i skieruje ją w inne strony, dla tegodomysły nie mają granic. Ale widywałem tam i otwarte dorożki, płatne od czasu, dorożki z podniesionąbudą, jadące podług zwykłej taksy: dwa franki odgodziny umierania.

Znakomity ów hotel jest bardzo stary, już za czasów króla Klodoweusza umierano tu w paru łóżkach. Teraz umiera się w pięćset pięćdziesięciudziewięciu. Naturalnie fabrycznie. Przy tak znacznej produkcji poszczególna śmierć nie jest wykonana szczególnie dobrze, ale nie o to przecież chodzi. O masę chodzi. Któż dzisiaj da coś jeszczeza dobrze wykonaną śmierć? Nikt. Nawet bogacze,którzy by mogli przecież pozwolić sobie na szczegółowe umieranie, stają się niedbali i obojętni;życzenie posiadania własnej śmierci spotyka sięcoraz rzadziej. Jeszcze chwila, a stanie się równierzadkim jak własne życie. Boże, to wszystko jużjest. Przychodzi się, znajduje życie gotowe, że tylkosię w nie ubrać. Chce się odejść albo jest się do tegozmuszonym: no, bez fatygi:

Voilà votre mort, monsieur.

Umiera się, jak się zdarzy; umiera się śmiercią,jaka należy do tej choroby, którą się ma (bo odkądznane są wszystkie choroby, wiadomo także, iżrozmaite śmiertelne zakończenia należą do chorób,a nie do ludzi; pacjent poniekąd nie ma nic do roboty).

W lecznicach, kędy umieranie jest tak chętnei tak pełne wdzięczności dla lekarzy i sióstr, umierasię jedną z śmierci zaangażowanych w zakładzie;jest to mile widziane. Umierając jednak w domu,wybiera się oczywiście oną uprzejmą śmierć wyższych sfer, od której niejako już się zaczyna pogrzebpierwszej klasy, a z nim cały szereg jego przepięknychobrządków. I oto stoi tłum ubogich przed takimdomem i patrzy do syta. Ich śmierć jest naturalniebanalna, bez żadnych względów. Cieszą się, gdyznajdą śmierć dostosowaną jako tako. Za obszernamoże być: trochę na wyrost. Tylko jeśli się na piersiach nie dopina albo dławi, wtenczas jest bieda.

Kiedy myślę o naszym domu, gdzie teraz nie majuż nikogo, wtedy sądzę, że wówczas musiało byćinaczej. Dawniej wiedziano (albo może domyślanosię), że śmierć człowiek nosi w sobie jak owoc pestkę.Dzieci miały w sobie małą, a dorośli dużą. Kobietymiały ją w łonie, a mężczyźni w piersi. Dość, żesię ją miało — a to dawało człowiekowi osobliwą,dostojną i cichą jakąś dumę.

Po moim dziadku jeszcze, starym szambelanieBrigge, znać było, że nosił śmierć w sobie. I jakato ona była: przez dwa miesiące, a tak głośna, żeją słychać było aż na folwarku.

Długi, stary dwór za ciasny był na tę śmierć,zdawało się, że trzeba dobudowywać skrzydła,gdyż ciało szambelana stawało się coraz większe i chciał, aby go ustawicznie przenosić do innejkomnaty, i zapalał się straszliwym gniewem, skorodzień się nie kończył, a już nie było pokoju, w którym jeszcze nie leżał.

Potem cały ów korowód sług, niewiast i psów,które stale miał koło siebie, ruszał na górę po schodach do komnaty śmiertelnej jego nieodżałowanejnieboszczki matki. A ta komnata, opuszczona przeznią dwadzieścia trzy lata temu, zachowana byław nietkniętym stanie, a nigdy nikt nie miał do niejwstępu. Teraz wdarła się tam cała ta zgraja. Podniesiono rolety i pyzate światło letniego popołudnia jęło macać wszystkie te płoche, wystraszoneprzedmioty i obracało się niezdarnie w potłuczonych zwierciadłach. A ludzie nie inaczej się zachowywali. Więc były służebne, którym z ciekawościlatały palce, chłopcy kredensowi z wybałuszonymioczyma, starzy lokaje, którzy obchodząc dokołausiłowali przypomnieć sobie wszystko, co im naopowiadano o tym zamkniętym pokoju, do któregowtargnęli oto szczęśliwie.

Nade wszystko jednak pobytem w komnacie,gdzie pachniały wszystkie rzeczy, podniecone były psy. Wielkie, szczupłe charty rosyjskie biegałyzaaferowane za wysokimi fotelami i w poprzekkomnaty długim, tanecznym krokiem, kołyszącymsię ruchem; stawały na zadnich nogach jak herbowe gryfy i wąskie łapy opierając na biało-złotymparapecie okna, spozierały spiczastym, skupionympyskiem i podniesionym czołem w prawo i w lewona dziedziniec. Małe, jak rękawiczka żółte jamnikiz wyrazem spokoju, jak gdyby wszystko było w najlepszym porządku, siedziały na szerokim jedwabnymfotelu pod oknem, a nastroszony, mrukliwy wyżełtarł grzbiet o pozłocistą nogę stołu, na któregopłycie malowanej drżały sewrskie filiżanki.

Tak, były to czasy okropne dla tych nieprzytomnych, zaspanych przedmiotów. Zdarzało się, żez książek, niezgrabnie otwartych porywczą ręką,wypadły chwiejnie zaschłe płatki róży i podeptanoje. Ktoś chwytał małe słabowite cacka i natychmiaststłuczone odkładał pośpiesznie, niejeden gracik ukryty wepchnięto za kotarę lub zgoła rzucono za złotąkratę kominka. A od czasu do czasu coś z brzękiemstłumionym padało na dywan, jasno padało na twardą posadzkę, bo rzeczy te, nader rozpieszczone,nie znosiły upadku.

I gdyby ktoś wpadł na pomysł zapytania, jakajest przyczyna tego wszystkiego i co na ów trwożniestrzeżony pokój sprowadziło pełnię zagłady — odpowiedź byłaby tylko jedna: śmierć.

Śmierć szambelana Krzysztofa Detlefa Briggena Ulsgaardzie. Ten bowiem, ogromny, przelewający się z granatowego munduru, leżał pośrodkuposadzki i nie ruszał się. W obcym, wielkim, nikomu już nie znanym obliczu oczy były zamknięte:nie widział, co się działo. Próbowano zrazu kłaśćgo na łożu, lecz on się bronił, bo łóżka nienawidziłod czasu onych pierwszych nocy, kiedy chorobajego urosła. Zresztą łóżko na górze okazało się zbytmałe, więc nic nie pozostało innego, jak złożyćgo tak na kobiercu; na dół bowiem wracać nie chciał.

Leżał więc tak i można było mniemać, że umarł.Kiedy powoli zaczęło zmierzchać, psy jeden podrugim wysunęły się przez szparę drzwi, tylko nastroszony wyżeł z mrukliwą twarzą siedział przyswoim panu, a szeroka, włochata jego łapa spoczęłana wielkiej, szarej ręce Krzysztofa Detlefa. Takżesłużba stała teraz za drzwiami w białym korytarzu,jaśniejszym niż pokój; ci wszakże, którzy jeszczepozostali wewnątrz, spozierali czasem na tę wielką,czerniejącą masę w pośrodku, z gorącym życzeniem,aby to nie było już niczym, tylko wielkim mundurem nad zepsutą rzeczą.

Ale to jeszcze było czymś. Było głosem, głosem,którego przed siedmiu tygodniami nie znał nikt:nie był to bowiem głos szambelana. Nie KrzysztofDetlef był właścicielem tego głosu, lecz śmierćKrzysztofa Detlefa.

Tak więc śmierć Krzysztofa Detlefa już od wielu,wielu dni żyła w Ulsgaardzie i gadała z wszystkimi,i żądała. Żądała, aby ją obnoszono, żądała błękitnejkomnaty, żądała saloniku, żądała wielkiej sali. Żądała psów, żądała śmiechu, rozmów, zabawy i ciszy, i wszystkiego na raz. Żądała widoku przyjaciół,niewiast i zmarłych, i żądała własnego skonu:żądała. Żądała z wielkim krzykiem.

Bo skoro noc przyszła i ci spośród przemęczonych sług, co nie byli wyznaczeni do czuwania,próbowali zasnąć, wtenczas śmierć Krzysztofa Detlefa krzyczała, krzyczała i stękała, wyła tak długoi nieprzerwanie, że psy zrazu wyjące do wtóru milkłyi nie śmiały się położyć, i stojąc na długich, smukłych,drżących nogach, bały się.

A ludzie we wsi, co słyszeli jej ryk poprzez daleką, srebrną, duńską noc letnią, wstawali jak w czasburzy i zasiadali bez słowa wkoło lampy, pókinie ustało. A kobiety bliskie rozwiązania układanow najdalszej izbie i pod najcięższe pierzyny; aleone słyszały, słyszały tak, jakby to było w ich własnymżywocie, i błagały, aby im także pozwolono wstać,i przychodziły białe i szerokie, i ze swymi zamazanymi twarzami przysiadały się do drugich. A krowy, które cieliły się w ów czas, były bezradne i zamknięte, a którejś wyrwano z brzucha martwy płódrazem z jelitami, kiedy nie chciał wyjść sam. I wszyscy pracę powszednią wykonywali źle i zapominalizwieźć siano, ponieważ za dnia lękali się nocy,a częstym czuwaniem i pełnymi strachu przebudzeniami tak byli przemęczeni, że nic sobie przypomnieć nie mogli. A kiedy w niedzielę szli do białego, pogodnego kościoła, modlili się, aby już niebyło pana na Ulsgaardzie: ten bowiem był strasznym panem. A wszystko to, co myśleli i o co sięmodlili, ksiądz mówił głośno z ambony, bo i onjuż nie miał żadnych nocy i Boga pojąć nie mógł.I to samo mówił dzwon, co doczekał się potężnegorywala, grzmiącego całą noc, na którego rady niebyło, nawet gdy dzwon rozdzwonił się pełnym spiżem. Tak wszyscy to mówili, a był jeden wśródmłodzieńców, który sen miał, że poszedł do pałacui dziedzica zabił widłami od gnoju — i wzburzeniebyło tak wielkie, tak ostateczne, tak przedrażnione,że słuchali wszyscy, kiedy opowiadał swój sen,i nieświadomie spozierali nań, czy aby był zdolnydo takiego czynu.

Tak czuła i mówiła cała okolica, która kilka jeszcze tygodni temu miała dla szambelana miłującąlitość. Ale chociaż tak mówiono, nie zmieniało sięnic. Śmierć Krzysztofa Detlefa, mieszkająca w pałacu Ulsgaard, nie pozwalała się naglić. Przyszłana dziesięć tygodni i tak też długo pozostała. A w tymczasie więcej była panem, niż panem był kiedykolwiek Krzysztof Detlef Brigge, była jak król, któregonazywają Groźnym później i zawsze.

Nie była to śmierć z pierwszej lepszej puchliny,to była zła, książęca śmierć, którą szambelan przezcałe życie nosił w sobie i z siebie żywił. Cały nadmiar dumy, woli i magnackiej siły, jakiego w spokojnych nawet dniach szambelan zużyć nie mógł,przeszedł na tę śmierć, na tę śmierć, która teraz siedziała w Ulsgaardzie i trwoniła.

Jakim wzrokiem spojrzałby szambelan Briggena kogoś, kto by odeń zażądał umierania inną śmiercią niż ta właśnie! Umarł ciężką swoją śmiercią.

A gdy myślę o tych innych, których widziałemlub o których słyszałem: zawsze to samo. Wszyscyoni mieli własną śmierć. Ci mężowie, którzy ją nosili w zbroi, wewnątrz, jak więźnia, te kobiety, costawały się stare i małe i potem na olbrzymim łożu, niby na otwartej scenie, wobec całej familii,służby i psów, dyskretnie i po magnacku oddawałyducha. I dzieci, nawet najmniejsze, miały nie jakąkolwiek dziecięcą śmierć — lecz skupiały sięw sobie i umierały tym, czym już były, i tym, cobyłoby z nich wyrosło.

A jaką to nadawało piękność melancholijną kobietom, kiedy w ciąży były i stały, a w ich wielkimłonie, na którym mimowolnie spoczęły wąskie ręce, były dwa płody: jedno dziecię i jedna śmierć.Czy ten gęsty, prawie pożywny uśmiech w ichzupełnie wyprzątniętej twarzy nie pochodził z przypuszczenia, że tamte rosną, jedno i drugie?

Zaradziłem coś na strach. Siedziałem całą noci pisałem, a teraz jestem zmęczony jak po dalekimmarszu po polach Ulsgaardu. Ciężko jest jednakpomyśleć, że tego wszystkiego już nie ma, że obcyludzie mieszkają w starym długim dworze. Możebyć, że w białej komnacie na górze, pod szczytem,teraz śpią dziewki, swój ciężki sen wilgotny śpiąod wieczora do rana.

I nie ma się nikogo i nic, i jeździ się po świeciez walizką i z pudłem książek, i właściwie bez ciekawości. Co to właściwie za życie: bez domu, bezodziedziczonych rzeczy, bez psów. Gdyby się miałoprzynajmniej wspomnienia. Ale kto je ma? Gdybydzieciństwo było, ale jest jak pogrzebane. Możetrzeba być starym, aby dosięgnąć tego wszystkiego?Dobrze to chyba być starym.

Dzisiaj był piękny jesienny ranek. Szedłem przezTuilerie. Wszystko, co było na wschód, pod słońce,raziło. Strona oświetlona była obwieszona mgłąjak jasnoszarą zasłoną. Szare w szarym wygrzewałysię w słońcu posągi w nie odsłoniętych jeszczeogrodach. Pojedyncze kwiaty wstawały w podłużnych klombach i mówiły: Rouge! głosem wystraszonym. Potem nadszedł bardzo wysoki, szczupłyczłowiek zza rogu od strony Champs-Elysées; niósłszczudło, ale już nie wsunięte pod pachę — trzymałje przed sobą, lekko, a niekiedy uderzał nim o ziemię silnie i głośno, jak laską herolda. Nie mógłpowstrzymać uśmiechu radości i uśmiechał sięwskroś wszystkiego ku słońcu, ku kwiatom. Krokmiał nieśmiały, jak krok dziecka, ale lekki niezwykle,pełen wspomnień dawnego chodzenia.

Czego to taki mały księżyc nie potrafi! Są dni,kiedy wszystko wokół człowieka jest światłe, lekkie,zaledwie napomknięte w jasnym świetle, a jednakwyraźne. Najbliższe rzeczy mają już tony dali,ktoś je zabrał i tylko ukazał, nie podał; a co odnosisię do dali: rzeka, mosty, długie ulice i place, i wszystko, co rozrzutnością oddycha, to ustawiło tę dalza sobą; jest na niej malowane jak na jedwabiu.Nie sposób wyrazić, czym może być wtedy jasnozielony wóz na Pont-Neuf albo cośkolwiek czerwonego, co nie da się powstrzymać, albo chociażbytylko afisz na ognistym murze perłowoszarej grupydomów. Wszystko jest uproszczone, sprowadzonedo kilku trafnych, jasnych płaszczyzn jak twarzna obrazie Maneta. I nic nie jest marne ani zbędne.Antykwariusze nad kanałem otwierają swoje witryny — i świeża lub spłowiała żółtość książek, liliowy brąz tomów, większa zieleń jakiejś teki:wszystko jest w porządku, jest ważne, ma udziałi tworzy pełnię, w której nie brak nic.

Na dole jest takie zestawienie: kobieta pchamały wózek; na przedzie katarynka ustawiona wzdłuż.Za nią w poprzek dziecięcy koszyk, w którym maleństwo stoi silnie na nogach, rozpromienione, w czepku, i nie pozwala się posadzić. Od czasu do czasukobieta kręci katarynkę. Maleństwo wtedy natychmiast podnosi się znowu tupiąc w swym koszyku,a dziewczynka w zielonej odświętnej sukience tańczy i bije w tamburino ku górnym oknom.

Sądzę, że powinienem zacząć jakąś pracę, teraz, kiedy uczę się patrzyć. Mam dwadzieścia osiem lati właściwie nic się nie stało. Powtórzmy: napisałemo Carpacciu studium, które jest złe, dramat, którysię zwie Małżeństwo i coś fałszywego usiłujedowieść dwuznacznymi środkami, i poezje. Ach, te poezje to takie nic, kiedy się je pisze za młodu.Powinno się z tym czekać i gromadzić sens i słodyczprzez całe jedno życie, i to długie o ile możności,a potem na samym końcu, może potem mogłobysię napisać dziesięć dobrych wierszy.

Poezje nie są bowiem, jak ludzie sądzą, uczuciami (uczucia miewa się dość wcześnie) — są doświadczeniami. Gwoli jednej strofy trzeba wiele miastzobaczyć, ludzi i rzeczy, trzeba znać zwierzęta,trzeba czuć, jak latają ptaki, i znać gest, z jakimmałe kwiaty otwierają się o świcie. Trzeba umiećmyśleć wstecz o drogach w nieznajomych stronach, o niespodzianych spotkaniach i rozstaniach, którychnadejście widziało się dawno — o dniach dzieciństwa jeszcze nie wyjaśnionych, o rodzicach, którychsię martwić musiało, skoro dziecku radość nieśli,a dziecko jej nie rozumiało (była to radość dla kogośinnego), o dziecięcych chorobach, co poczynająsię tak dziwnie w tylu ciężkich i głębokich przemianach, o dniach w cichych, bezszmernych izbach i o rankach nad morzem, o morzu w ogóle, o morzach, o nocach podróżniczych, co w dal szumiały henw górze i z wszystkimi gnały gwiazdami — a to jeszcze nie dosyć, jeżeli komuś wolno myśleć o tymwszystkim! Trzeba mieć wspomnienia wielu nocymiłosnych, z których żadna nie była równa drugiej,krzyku rodzących i wspomnienia lekkich, białych,śpiących położnic, które się zamykają. Ale i przykonających trzeba było spędzać czas, przy zmarłychtrzeba było siedzieć w izbie z otwartym oknem i miarowymi szmerami. A nie wystarcza i to jeszcze,że się ma wspomnienia. Trzeba je umieć zapomnieć,jeśli jest ich wiele, i trzeba mieć tę wielką cierpliwość czekania, póki nie wrócą. Bo wspomnieniasame to jeszcze nie to. Dopiero kiedy krwią się staną w nas, spojrzeniem i gestem, czymś bezimiennymi nie dającym się odróżnić od nas samych, dopierowtenczas zdarzyć się może, iż w jakiejś bardzoodosobnionej godzinie pierwsze słowo poezji wstanie pośrodku nich i z nich wyjdzie.

Wszystkie natomiast moje poezje w inny sposóbpowstały i dlatego nie są żadnymi.

A kiedy pisałem dramat, jakże jam wtedy błądził! Czy naśladowcą byłem lub błaznem, że potrzeba mi było kogoś Trzeciego, by opowiadaćo losie dwojga ludzi, którzy sobie nawzajem utrudniali życie? Jak łatwo wpadłem w pułapkę. A powinienem był przecież wiedzieć, że ten Trzeci,który idzie przez wszystkie życia i literatury — żeten upiór jakiegoś Trzeciego, który nie istniał nigdy, nie ma znaczenia, że go trzeba negować. Należyon do pretekstów natury, która wiecznie usiłujeodwieść uwagę ludzi od swych najgłębszych tajemnic. On jest parawanem, za którym odgrywasię dramat. On jest hałasem u wejścia do bezgłośnejciszy istotnego konfliktu. Można by sądzić, żewszystkim było dotąd za trudno mówić o tych dwojgu, o których chodzi; ów Trzeci, właśnie ponieważjest tak nierzeczywisty, jest łatwą stroną zadania,umieli go wszyscy. Na samym początku ich dramatów czuje się niecierpliwość dojścia do tego Trzeciego, trudno się go doczekać. Skoro on się zjawia,wszystko jest dobrze. Lecz jakaż nuda, kiedy onsię spóźnia, nic się dziać nie może bez niego, wszystkostaje, tamuje się, czeka. A nużby się na tym zatrzymaniu i zastoju skończyło? A nuż, panie dramaturgu, i ty, publiczności, która znasz życie, a nużon zaginie bez wieści, ten ulubiony viveur albo tenzarozumiały młodzieniec, co każde małżeństwo otwiera jak wytrych? A nużby jego, na przykład, diabliwzięli? Przypuśćmy. Czuje się nagle sztuczną pustkęteatrów, zamurowuje się je, jak niebezpieczne dziury, tylko mole z krawędzi lóż tłuką się w beznadziejnej próżni. Dla autorów dramatycznych skończyłosię używanie w wytwornych willach. Całe publiczne węszycielstwo szuka dla nich w odległych krajach tego jednego niezbędnego, który był akcjąsamą.

A tymczasem oni mieszkają wśród ludzi, nieci Trzeci, ale ci dwoje, o których można by mówićtak nieskończenie wiele, o których jeszcze nigdynic nie powiedziano, mimo że cierpią i działają,i rady sobie dać nie mogą.

Śmieszne to. Siedzę tu w moim pokoiku, ja, Brigge, który skończył dwadzieścia osiem lat i o którym nikt nic nie wie. Siedzę tu i jestem niczym.A jednak — to nic zaczyna myśleć i myśli, na wyżynie piątego piętra, pewnego szarego paryskiegopopołudnia taką myśl:

Czy to być może — myśli — że się jeszcze nicrzeczywistego ani ważnego nie widziało, ani poznało, ani rzekło? Czy to być może, iż przez tysiącelat miało się czas patrzeć, myśleć i spisywać — i żesię te tysiące lat spędziło jak pauzę szkolną, w którejzjada się kromkę chleba i jabłko?

Tak, to może być.

Czy to być może, iż mimo wynalazków i postępu,mimo kultury, religii i mądrości świata pozostałosię na powierzchni życia? Czy być może, iż tę nawet powierzchnię, która ostatecznie jednak byłabyczymś, pokryło się niesłychanie nudnym materiałem,skutkiem czego wygląda jak salonowe meble podczasletnich wakacji?

Tak, to może być.

Czy to może być, że całą historię świata zrozumiano fałszywie? Czy to być może, iż przeszłośćjest fałszywa, gdyż zawsze mówiono o jej masachtak, jak gdyby opowiadano o zbiegowisku licznychludzi, zamiast mówić o tym jednym, wkoło któregostali, ponieważ był obcy i umarł?

Tak, to może być.

Czy to być może, iż mniemano, że trzeba dogonić to, co się wydarzyło, zanim się przyszło na świat?Czy to może być, że trzeba było przypominać każdemu, iż powstał z wszystkich poprzednich ludzi,że on to wie i dlatego nic nie powinien sobie pozwolić wmówić tym, którzy wiedzą co innego?

Tak, to może być.

Czy to może być, że wszyscy ci ludzie znają najdokładniej przeszłość, której nie było nigdy? Czymoże być, że wszystkie rzeczywistości nie są niczymdla nich? Że życie ich upływa niezwiązane z niczym,jak zegar w pustym pokoju?

Tak, to może być.

Czy to może być, że się nic nie wie o tych dziewczynach, które przecie żyją? Że mówi się: „kobiety”, „dzieci”, „chłopcy”, a nie przeczuwa się (nie masię pojęcia mimo całego wykształcenia), że słowate już dawno nie mają liczby mnogiej, a tylko niezliczone liczby pojedyncze?

Tak, to może być.

Czy to być może, iż są ludzie mówiący „Bóg”i myślący, że to jest coś wspólnego? — I spójrz nadwoje dzieci szkolnych: kupi sobie jeden scyzoryk,a sąsiad kupi sobie taki sam tego samego dnia.I pokazują sobie po tygodniu te dwa scyzoryki,i widać, że już bardzo mało są podobne do siebie —tak odmiennie rozwinęły się w odmiennych rękach.(Tak — powie na to jedna z matek — bo wy zawszewszystko musicie od razu zużyć.) Więc tak: czymożliwe jest przypuszczenie, że można mieć Boga,nie zużywając Go?

Tak, jest możliwe.

Jeżeli wszakże wszystko to jest możliwe, jeżeli ma choć szczyptę możliwości — to wtedy,na miłość boską, musi się coś stać!

Pierwszy z brzegu, ten, który miał tę myśl niepokojącą, musi zacząć robić coś z tych zaniedbanychrzeczy; choćby tylko był kimkolwiek, bynajmniejnie najodpowiedniejszym: po prostu innego nie ma.Ten młody, byle jaki cudzoziemiec Brigge będziemusiał usiąść na piątym piętrze i pisać dzień i noc:tak, będzie musiał pisać, na tym się skończy.

Dwanaście chyba lat miałem w tych czasach albotrzynaście co najwyżej. Ojciec zabrał mnie z sobądo Urne. Nie wiem, co go skłoniło do odwiedzeniateścia. Ci dwaj ludzie nie widzieli się od wielu lat,od czasu śmierci mej matki, a nawet mój ojciec jeszcze nigdy nie był w starym zamku, w którym hrabia Brahe zamknął się dopiero w podeszłych latach.Osobliwego tego domu nigdy później nie ujrzałem; po śmierci mego dziadka przeszedł w obce ręce.To, co odnajduję w dziecięco ukształtowanymwspomnieniu, nie jest budynkiem; jest we mnie zupełnie pokawałkowane: tu komnata, ówdzie komnata, a tam kawał korytarza, który nie łączy dwu tychkomnat, lecz zachowany jest sam w sobie jako fragment. W ten sposób wszystko we mnie jest rozsypane — pokoje, schody, opuszczające się z tyluceregielami, i inne wąskie, kręcone schodki, a w ichciemnicy szło się tak, jak krew idzie w żyłach; izdebkina wieży, wysoko zawieszone balkony, niespodziane altany, na które wpadało się ni stąd, ni zowądz jakichś małych drzwi; wszystko to jest jeszczewe mnie i nigdy nie przestanie być. Obraz tego domu runął niejako we mnie z nieskończonej wyżynyi na dnie moim rozstrzaskał się.

Zupełnie utrzymana w moim sercu jest, jak sięzdaje, tylko ta sala, w której zbieraliśmy się na obiad,codziennie o siódmej wieczorem. Nigdy tej komnaty nie widziałem za dnia, nie przypominam sobienawet, czy miała okna i na co wychodziły; kiedyschodziła się rodzina, zawsze już świece jarzyłysię w ciężkich kandelabrach — i po kilku minutachzapominało się o czasie i o wszystkim, co się widziało na dworze. Wysoka i, jak się domyślam, sklepiona ta przestrzeń była mocniejsza nad wszystko;ciemniejącym stropem i nigdy do cna nie wyjaśnionymi kątami wysysała z człowieka wszystkie obrazy,nie dając w zamian nic określonego. Siedziałeśtam nieobecny duchem; bez żadnej woli, bez opamiętania, bez chęci, bez sprzeciwu. Byłeś jak pustemiejsce.

Przypominam sobie, że ten nieznośny nastrójprzyprawiał mnie zrazu niemal o mdłości, o cośw rodzaju morskiej choroby, którą przezwyciężyćumiałem tylko w ten sposób, że wyciągałem nogę,aż czubkiem trąciłem kolano ojca siedzącego naprzeciw mnie. Później dopiero uderzyło mnie to,że ojciec dziwne to zachowanie zdawał się rozumieć,czy przynajmniej znosić, choć był między namistosunek raczej chłodny, nieusprawiedliwjający podobnej poufałości. Tymczasem właśnie owo lekkiedotknięcie dawało mi siłę przetrwania długich obiadów. I po kilku tygodniach kurczowych zmagańtak dalece przywykłem, dzięki nieograniczonejwprost, dziecięcej zdolności przystosowania się doniesamowitości tych schadzek, że już bez wysiłkupotrafiłem siedzieć po dwie godziny przy stole;teraz mijały one dość nawet szybko, bo zajmowałamnie obserwacja obecnych.

Dziadek mój nazywał to „rodziną”, a słyszałemnawet u drugich to zupełnie dowolne wyrażenie.Chociaż bowiem czworo tych ludzi spowinowaconychbyło w odległym stopniu, nic a nic ich jednak niełączyło. Stryj, siedzący obok mnie, był to człowiekstary, o twardej, ogorzałej twarzy z kilku czarnymiplamami — pozostałością, jak się dowiedziałem,od eksplozji ładunku prochowego; mruk ten i malkontent podał się jako major do dymisji — i terazw nie znanej mi izbie pałacu robił doświadczeniaalchemiczne, a prócz tego, według opowiadań służby, utrzymywał stosunki z jakimś więzieniem, skądmu raz albo dwa razy do roku przysyłano zwłoki.Zamykał się z nimi na całe dni i noce, krajał i preparował w tajemniczy sposób, zabezpieczając od rozkładu.

Naprzeciwko siadywała przy stole panna MatyldaBrahe. Osoba w nieokreślonym wieku — dalekakuzynka mojej matki, a wiedziano o niej tylko tyle, że utrzymywała nader ożywioną korespondencjęz pewnym austriackim spirytystą, który nazywałsiebie baronem Nolde i któremu tak była oddana,że najmniejszej rzeczy nie umiała zdziałać bezuprzedniego uzyskania jego zgody lub raczej czegośw rodzaju błogosławieństwa. W tych czasach byłaniezwykle otyła, o miękkiej, leniwej tuszy, jakbywlanej nieuważnie w luźne, jasne suknie. Ruchymiała zmęczone i niewyraźne, a oczy nieustannieprzepełnione łzami. A jednak było w niej coś, comi przypominało moją cichą, wiotką matkę. Imdłużej obserwowałem ją, tym więcej odnajdywałemw jej twarzy owych delikatnych i cichych rysów,których od śmierci matki nigdy sobie wyraźnieprzypomnieć nie mogłem; teraz dopiero, kiedywidywałem codziennie Matyldę Brahe, wiedziałemznowu, jak wyglądała nieboszczka; tak, wiedziałemto może po raz pierwszy. Teraz dopiero z seteki tysięcy szczegółów układałem w sobie obraz zmarłej,ów obraz, który mi wszędzie towarzyszy. Późniejwyjaśniło mi się, że w twarzy panny Brahe istotniebyły wszystkie szczegóły, określające rysy mejmatki — tylko że coś jak cudze oblicze stanęłow poprzek tych rysów, roztrąciło je, powyginałoi zatraciło ich łączność.

Obok tej damy siadywał synek pewnej kuzynki,chłopiec mniej więcej w moim wieku, ale mniejszyi wątlejszy. Z pomarszczonej kryzy wyrastała cienka,blada szyja i ginęła pod długim podbródkiem.Wargi miał wąskie i zaciśnięte, nozdrza drgałylekko, a z pięknych ciemnych oczu jedno tylkobyło ruchome. Patrzało ku mnie czasem spokojniei smutno, a drugie tymczasem utkwione było w zawszeten sam kąt, jak gdyby już było sprzedane i pozanawiasem.

Na drugim końcu stołu stał olbrzymi fotel megodziadka, przysuwany przez lokaja, który poza tymnie miał żadnej roboty. W tym fotelu starzec zajmował tylko małą część miejsca. Byli ludzie, którzygłuchawego despotę nazywali ekscelencją i marszałkiem, inni dawali mu tytuł generała. I pewnie teżnaprawdę miał prawo do wszystkich tych godności,ale to sprawowanie urzędów minęło już tak dawno,że tytuły podobne nie bardzo już były zrozumiałe.Mnie się w ogóle wydawało, że do tej tak w pewnychchwilach ostrej, a jednak i nieokreślonej osobistościnie da się przyczepić żadne imię. Zdecydować sięnigdy nie mogłem, żeby go nazwać dziadkiem, chociażbywał niekiedy uprzejmy dla mnie, wołał mnienawet do siebie, przy czym imię moje starał sięzabawić żartobliwym tonem. Zresztą cała rodzinawobec hrabiego okazywała cześć i lęk zarazem, tylkomały Eryk poniekąd poufalił się ze zgrzybiałympanem domu; jego ruchome oko rzucało niekiedyszybkie, porozumiewawcze spojrzenia, na które starzec odpowiadał z równą szybkością. Czasami teżpodczas długich popołudni widywano ich, jak wyłaniali się na końcu głębokiej galerii, jak trzymającsię za ręce szli wzdłuż starych ciemnych portretów,nic nie mówiąc, snadź porozumiewając się w innysposób.

Ja spędzałem całe dni w parku i daleko w lasachbukowych albo na wrzosowiskach. A były na szczęście w Urne psy, które mi towarzyszyły; był tui ówdzie domek dzierżawcy czy folwark, gdzie dostaćmogłem mleka i chleba, i owoców, a zdaje mi się,że wolności używałem dość swobodnie, nie dającsię zastraszyć, przynajmniej w najbliższych tygodniach, myślą o wieczornych biesiadach. Nie rozmawiałem prawie z nikim, bo samotność radowała mnieszczerze. Z psami tylko trochę gadałem od czasudo czasu; rozumieliśmy się wyśmienicie. Zresztąmilkliwość była poniekąd przymiotem rodzinnym,znałem ją u ojca i nie dziwiłem się, że przy wieczerzach nie mówiło się prawie nic.

W pierwszych co prawda dniach po naszym przyjeździe panna Matylda okazywała znaczną rozmowność. Pytała ojca o dawnych znajomych z zagranicznych miast, przypominała odległe wrażenia, wzruszała sama siebie do łez, wspominając zmarłe przyjaciółki i pewnego młodzieńca, o którym napomknęła, że się w niej kochał, a ona nie chciała reagowaćna to gorące i beznadziejne uczucie.

Ojciec mój słuchał uprzejmie, raz po raz kiwałpotakująco głową i odpowiadał tylko najkonieczniejszymi słowami. Hrabia na końcu stołu uśmiechałsię bez przerwy, obwisłymi wargami, twarz jegowydawała się większa niż zwykle, jak gdyby miałmaskę. Sam się zresztą czasem odzywał, przy czymgłos jego nie odnosił się do nikogo, ale słychać gobyło, choć mówił bardzo cicho, w całej sali. Głosten miał coś z jednostajnego, obojętnego tykaniazegara; cisza dookolna jak gdyby miała swój własnypusty rezonans, dla każdej sylaby ten sam.

Hrabia Brahe za szczególną grzeczność w stosunkudo mego ojca poczytywał sobie rozmowy o jegonieboszczce żonie, mojej matce. Nazywał ją hrabinąSybillą, a wszystkie jego zdania kończyły się, jakbyo nią pytał. Nawet zdawało mi się, sam nie wiemdlaczego, że mowa o bardzo młodej, białej dziewczynie, która lada chwila mogłaby tu wejść. W tymsamym również tonie słyszałem go mówiącego o „naszej małej Annie Zosi”. A gdy pewnegodnia zapytałem o tę panienkę, którą tak szczególnielubił dziadek, dowiedziałem się, że miał na myślicórkę Wielkiego Kanclerza Konrada Reventlow,świętej pamięci małżonkę Fryderyka Czwartego, odpółtora z górą wieku wiecznym spokojem odpoczywającą w Roskilde. Zmiany czasu niczym były dlaniego, śmierć była epizodzikiem bez znaczenia,osoby, raz przyjęte do jego wspomnień, istniały,a zgon ich nic absolutnie zmienić nie mógł.

W wiele lat potem, już po śmierci staruszka,opowiadano sobie, jak z tym samym uporem odczuwał przyszłość jako coś teraźniejszego. Podobnokiedyś pewnej młodej damie opowiadano o jej synach,przede wszystkim o podróżach jednego z tych synów,podczas gdy owa dama, znajdująca się właśniew trzecim miesiącu swojej pierwszej ciąży, bliskazemdlenia z przerażenia i strachu siedziała obokrozgadanego jegomościa.

Ale zaczęło się od tego, że ja się roześmiałem.Śmiałem się nawet głośno i nie mogłem się uspokoić.Pewnego wieczora brak było panny Matyldy. Stary,prawie zupełnie ślepy lokaj podszedł do jej miejscai podał usłużnie półmisek. Przez chwilę tak stał;potem zadowolony odszedł dostojnie i podawałdalej, jak gdyby nic nie zaszło. Obserwowałem tęscenę i w momencie, kiedy na nią patrzałem, wcalenie wydała mi się komiczną. Ale po pewnej chwili,właśnie gdy miałem pełne usta, porwał mnie śmiechtak raptowny, że zachłysnąłem się i narobiłem szalonej wrzawy. I chociaż sytuacja mnie samemu byłanader przykra, choć wszelkimi sposobami starałemsię odzyskać powagę — śmiech wielkimi falami zalewał mnie raz po razie i najzupełniej mną zawładnął.

Ojciec, chcąc pokryć moje zachowanie, spytałswym płaskim, stłumionym głosem:

— Czy Matylda chora?

Dziadek uśmiechnął się na swój sposób, poczym odpowiedział zdaniem, na które, zbyt będąc zajęty sobą, nie zwróciłem uwagi, a które brzmiało mniej więcej tak:

— Nie, tylko nie chce spotkać się z Krystyną.

Więc też nie poczytywałem tego za skutek jegosłów, że mój sąsiad, śniady major, wstał i mruczącniewyraźnie „przepraszam”, z ukłonem w stronęhrabiego opuścił salę. Uderzyło mnie tylko, że zaplecami pana domu raz jeszcze odwrócił sięw drzwiach, dając zapraszające i potakujące znakimałemu Erykowi, a ku memu największemu zdumieniu także i mnie, jak gdyby nas zachęcał dowyjścia razem z nim.

Byłem tak zaskoczony, że śmiech nagle przestałmnie męczyć. Zresztą już na majora nie zwracałemuwagi; nie lubiłem go, a przy tym spostrzegłem,że i Eryk nie patrzy na niego.

Wieczerza wlokła się dalej jak zwykle i już podawano deser, kiedy uwagę moją zajął ruch, poczynający się w głębi sali, w półcieniu. Tam w kącie z wolna rozwarły się drzwi, według mego przekonaniawiecznie zamknięte, o których opowiadano mi,że prowadzą na półpiętrze — i nagle oto, kiedy z nowym dla mnie zgoła uczuciem ciekawości i zdumienia wytrzeszczałem oczy, w czerni otworu pojawiłasię smukła, jasno ubrana postać kobieca, z wolnaprzybliżająca się ku nam.

Nie wiem, czy zrobiłem ruch jaki, czy wydałemgłos — łoskot przewróconego krzesła oderwał mójwzrok od osobliwej postaci. Ujrzałem ojca, któryzerwał się — i teraz, blady jak ściana, z zaciśniętymi,zwisającymi pięściami szedł prosto na zjawę.

Ona tymczasem, obojętna zupełnie na tę scenę,sunęła ku nam, krok za krokiem — i już była niedaleko miejsca hrabiego, kiedy ów poderwał się nagłym ruchem, ojca złapał za rękę, pociągnął wsteczdo stołu i trzymał. Obca dama wolno i obojętnieszła przez opustoszałą przestrzeń, krok za krokiem,wśród nieopisanej ciszy (a tylko gdzieś z drżeniemzabrzęczało szkło), i w jakichś drzwiach przeciwległej ściany zniknęła. W tej sekundzie spostrzegłem,że to mały Eryk z głębokim ukłonem zamknął tedrzwi za nieznajomą.

Ja jeden do tej chwili siedziałem przy stole.Taki na moim krześle zrobiłem się ciężki, że miałemuczucie, jakbym nie był nigdy już zdolny podnieśćsię sam. Przez chwilę patrzałem nie widząc. Wtemprzypomniałem sobie ojca i zauważyłem, że starzecwciąż jeszcze trzyma go za rękę. Twarz ojca byłateraz gniewna, krwią nabrzmiała, ale dziadek, palce jak białe pazury wpijając w dłoń ojca, uśmiechałsię swoim sztucznym uśmiechem.

Słyszałem potem, że coś mówił zgłoskę po zgłosce,a nie pojmowałem treści słów. Wraziły mi się jednakgłęboko w słuch, bo po jakich dwu latach odnalazłemje nagle na dnie pamięci i odtąd je znam.

Rzekł:

— Krewki jesteś, szambelanie, i nieprzystojny.Czegóż nie puszczasz ludzi do ich zajęć?

— Kto to jest?! — przekrzykiwał ojciec.

— Ktoś, kto ma prawo pono być tu. Nikt obcy.Krystyna Brahe.

Tu nastała znowu ta dziwna, rozrzedzona cisza —i znowu zabrzęczało szkło. Wtem ojciec jednymszarpnięciem wyrwał się i jak szalony wypadł z sali.

Całą noc słyszałem, jak chodził tam i sam po swympokoju. Bo i ja spać nie mogłem. Lecz nagle nadranem zbudziłem się jednak z czegoś, jak ze snu.Z przerażeniem, które ścięło mi krew do ostatniejkropli, zobaczyłem coś białego, siedzącego przy moimłóżku. Straszna rozpacz dała mi wreszcie siłę zagrzebania głowy pod kołdrą i tam w bezradnymstrachu począłem płakać.

Nagle nad zapłakanymi oczami zrobiło mi sięchłodno i jasno. Zacisnąłem je, całe we łzach, żebynie widzieć nic. Lecz głos, który oto tuż przemawiałdo mnie, muskał mi twarz ciepło i słodko — i poznałem go: był to panny Matyldy głos.

Uspokoiłem się natychmiast. I nawet kiedy jużbyłem do cna spokojny, pozwalałem się wciąż jeszcze pocieszać. Czułem wprawdzie, że dobroćta była zbyt mdła, ale raczyłem się nią jednak i miałem wrażenie, że jakoś na nią zasłużyłem.

— Ciociu — rzekłem wreszcie, usiłując z jejrozpłyniętej twarzy wydobyć rysy matki. — Ciociu,kto to był ta dama?

— Ach — odrzekła panna Matylda z westchnieniem, które mi się wydało dziwne — kobieta nieszczęśliwa, moje dziecko, nieszczęśliwa.

Tego dnia rano zauważyłem w jednym pokojukilku służących zajętych pakowaniem rzeczy. Pomyślałem, że wyjedziemy, uważałem to za zupełnie naturalne, że teraz wyjedziemy. Może i takibył zamiar ojca. Nie wiem, co go skłoniło, że potym wieczorze jeszcze pozostał w Urne. Więc niewyjechaliśmy. Całe osiem czy dziewięć tygodnijeszcze zostaliśmy w tym domu, znosiliśmy naciskjego dziwów i trzy razy jeszcze widzieliśmy Krystynę Brahe.

Nic wtenczas nie wiedziałem o jej historii. Niewiedziałem, że dawno, dawno temu umarła przydrugim porodzie, wydając na świat chłopca, co rósłku ciężkim i okrutnym przeznaczeniom — niewiedziałem, że była umarłą. Ale mój ojciec wiedział.Czy chciał się zmusić, on, który był tak namiętnyi skłonny do jasnej konsekwencji, czy chciał się zmusić do wytrzymania tej przygody spokojnie i bezpytań? Nie pojmując, widziałem, jak walczył z sobą, nie rozumiejąc, przeżyłem chwilę, kiedy sięostatecznie opanował.

Było to wtedy, kiedy Krystynę widzieliśmy ostatni raz. Tym razem panna Matylda przyszła do stołu; ale była inna niż zwykle. Podobnie jak w pierwszych dniach po naszym przyjeździe, rozmawiałanieustannie bez określonego związku i mieszającsię ustawicznie, a przy tym był w niej niepokójfizyczny, który sprawiał, że co chwila poprawiałasobie włosy lub suknie — aż nagle zerwała się z przenikliwym okrzykiem skargi i zniknęła.

W tej samej chwili zwróciłem spojrzenie mimowolnie ku wiadomym drzwiom i naprawdę Krystyna Brahe zjawiła się.

Sąsiad mój, major, zrobił ostry, krótki ruch,który udzielił się i mnie, ale najwidoczniej nie miałjuż siły wstać. Śniadą, starą, plamistą twarz obracał od jednych do drugich, usta miał otwarte, a język wił się za popsutymi zębami. Potem nagle tatwarz zniknęła i siwa głowa leżała na stole, ramionajak w kawałach leżały na niej i pod nią, a gdzieśwyłoniła się zwiędła plamista ręka i dygotała.

I w tej chwili mijała nas Krystyna, krok za krokiem, powolnie jak chora, wśród ciszy nieopisanej, w którą wgryzł się jeden tylko jękliwy dźwięk,jak skowyt starego psa. Ale nagle po lewej stroniesrebrnego łabędzia, pełnego narcyzów, wysunęłasię wielka maska starca z szarym swoim uśmiechem.Kielich wina podniósł w stronę ojca. I oto ujrzałem,jak ojciec w chwili, kiedy Krystyna przesuwałasię za jego krzesłem, sięgnął po swój kielich i uniósłgo, jak coś bardzo ciężkiego, na trzy cale ponadstół. I tejże samej nocy wyjechaliśmy.

Siedzę i czytam poetę. Wielu jest ludzi w sali,ale nie czuje się ich. Są w książkach. Czasem ruszająsię wśród stronic jak ludzie, którzy śpią i obracająsię między dwoma snami. Ach, jak to dobrze byćpośród czytających ludzi. Czemu oni nie są zawszetacy? Choćbyś podszedł do którego i dotknął golekko: nie poczuje nic. A gdy wstając potrąciszsąsiada i przeprosisz go, skinie w stronę, z którejposłyszał twój głos, twarz jego zwraca się ku tobiei nie widzi cię, a włosy jego są jak włosy śpiących.Jak to błogo!

A ja siedzę i mam poetę. Co za przeznaczenie.Jest oto w sali ze trzystu ludzi, którzy czytają;ale to nie jest możliwe, aby każdy poszczególnymiał jednego poetę. (Bóg wie, co oni mają.) Trzystupoetów nie istnieje. Ale patrz, co za przeznaczenie:ja, może najmizerniejszy wśród tych czytających,ja, cudzoziemiec, ja mam poetę. Chociaż jestemubogi. Choć ubranie, które noszę co dzień, zaczyna świecić w różnych miejscach, choć moim butommożna by zarzucić to i owo. Wprawdzie kołnierzykmam czysty i bieliznę też — i mógłbym, tak jakjestem, pójść do pierwszej lepszej cukierni, przypuśćmy na wielkich bulwarach, i mógłbym śmiałoręką sięgnąć do talerza z ciastkami. Nie widzianoby w tym nic dziwnego, nie zwymyślano by mnieani wyrzucono, bo jest to mimo wszystko ręka z wyższych sfer, ręka, którą się myje cztery czypięć razy dziennie. Nawet za paznokciami nie manic, nie ma śladów atramentu, a przede wszystkimprzeguby są bez zarzutu. Tak daleko ubodzy ludzie się nie myją, jest to fakt stwierdzony. Więcz czystości przegubów można snuć pewne wnioski.Wysnuwa się je, owszem. Wysnuwa się w sklepach.Ale jest jednak, na Boulevard Saint-Michel naprzykład albo na rue Racine, parę istot, które niedają sobie oczu zamydlić, które kpią sobie z przegubów. Tacy spojrzą na mnie i już wiedzą. Wiedzą,że właściwie to ja do nich należę, że tylko trochębłaznuję. Są przecież zapusty. A oni nie chcą mipsuć zabawy; oni się tylko trochę uśmiechają szyderczo i mrugają oczami. Nikt tego nie widzi. Zresztą traktują mnie jak pana. A skoro tylko ktoś jestw pobliżu, no, to już płaszczą się przede mną. Kłaniają się, jakbym miał futro, a przed domem powóz. Niekiedy daję im dwa sous i drżę, że nie przyjmą; ale przyjmują. I byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to, że znów uśmiechają się i mrugają cichaczem.

Co to za ludzie? Czego chcą ode mnie? Czy namnie czekają? Po czym poznają mnie? Prawda,wąsy mam nieco zaniedbane, a trochę, troszeczkępodobne są one do ich starych, chorych, spłowiałych bród, które zawsze na mnie robiły wrażenie.Ale czyż mi nie wolno zaniedbywać wąsów? Wieluzapracowanych ludzi to czyni, a nikomu się przecież nie śni zaliczać ich do wyrzutków. To bowiemjest mi jasne, że oni są wyrzutkami, nie żebracytylko; nie, to właściwie nie są żebracy, trzeba rozróżniać. To są odpadki, łupiny ludzi wyplutychprzez los. Wilgotni od śliny losu przylepiają się domuru, do latarni, do plakatów na słupie albo ściekająz wolna wzdłuż uliczki, a za nimi ciągnie się ciemny,brudny ślad.

Czegóż u licha chciała ode mnie ta starucha,kiedy z szufladką od nocnego stolika, w którejklekotało kilka igieł i guzików, wypełzła ku mniez jakiejś nory? Dlaczego szła bez przerwy obok mniei bacznie mnie śledziła? Jakby usiłowała poznaćmnie mokrymi oczami, które wyglądały, jak gdybyktoś chory napluł jej zielonego śluzu pod krwawepowieki.

I skąd wtedy owa szara kobiecina wpadła na pomysł stania u mego boku przed wystawą okiennąprzez kwadrans, pokazując mi stary, długi ołówek,wysuwający się nieskończenie powolnie z jej zniszczonych, zaciśniętych rąk? Udawałem, że przyglądam się wystawie i że nie widzę nic. Ale ona wiedziała, że ją spotrzegłem, wiedziała, że stałem rozmyślając, co ona takiego robi. Bo że nie mogło chodzić o ten ołówek, to rozumiałem dobrze, czułem,że to był znak, znak dla wtajemniczonych, znak,który znają wyrzutki. Przeczuwałem, iż daje mi dozrozumienia, że gdzieś mam pójść czy coś uczynić.A co najdziwniejsze, że absolutnie nie mogłem pozbyć się uczucia, jakoby naprawdę istniała pewnaumowa, do której przynależał ów znak, i jakobyta scena była w istocie rzeczy czymś, czego powinienem się był spodziewać.

To było dwa tygodnie temu. Lecz teraz prawienie mija żaden dzień bez takiego spotkania. Nietylko o zmroku, ale w biały dzień, w najludniejszychulicach zdarza się, że nagle stoi przede mną człowieczek albo staruszka, kiwa głową, coś mi pokazuje i znika, jak gdyby wszystko już było zrobione.Pewnego dnia mogłoby im się nawet zachcieć przyjśćaż do mego pokoju, wiedzą na pewno, gdzie mieszkam, a oni już potrafią tak się urządzić, że ichkonsjerżka nie zatrzyma. Ale tu, moi mili, tu jestembezpieczny przed wami. Idę trochę nieśmiały, cojest naturalne, ulicami, ale wreszcie staję przeddrzwiami oszklonymi, otwieram je, jak gdybym byłu siebie, u następnych drzwi pokazuję bilet (zupełnie tak samo, jak wy mi pokazujecie wasze rzeczy,z tą jeno różnicą, że u mnie wiadomo, co myślę),a potem jestem wśród książek, jestem wam zabrany,jak gdybym umarł, i siedzę, i czytam poetę.

Wy nie wiecie, co to jest — poeta?

Verlaine...

Nic? Żadnych wspomnień? Nie.

Czy nie rozróżnialiście wśród tych, których znacie? Różnice dla was nie istnieją, to wiem. Ale poeta,którego czytam, to jest inny, nie mieszkający w Paryżu, zupełnie inny. Ktoś, kto ma cichy domekw górach. Taki brzmi, jak dzwon w czystym przestworzu. Szczęśliwy poeta, który o swoim oknieopowiada i o szybach szafy do książek, gdzie odbijasię w zamyśleniu dobra, samotna dal. To jest właśnie ten poeta, którym chciałbym być, bo on tylewie o dziewczynach, a ja też bym o nich wiedziałwiele. On wie o dziewczynach, które żyły przedstu laty; to nic nie znaczy, że one nie żyją, bo onwie wszystko. A to jest najważniejsze. On ich imiona wymawia, te ciche, smukło pisane imiona o przestarzałych zawijasach długich liter, i dorosłe imionaich starszych przyjaciółek, w których rozbrzmiewa już drobina losu, szczypta rozczarowania i śmierci. Może w szufladce mahoniowego biurka ma onwyblakłe ich listy i luźne karty pamiętników, w których są imieniny, wycieczki letnie, imieniny. Albomoże w brzuchatej komodzie w głębi jego sypialnijest szuflada, gdzie przechowano ich wiosennesuknie; białe sukienki, które się w czas Wielkiejnocy kładło po raz pierwszy, sukienki tiulowew groszki, właściwie stosowne na lato, któregodoczekać się nie można.

O, jakiż los szczęśliwy, siedzieć tak w cichejizbie odziedziczonego domu wpośród samych spokojnych, zasiedziałych rzeczy i słyszeć na dworzew lekkim, seledynowym ogrodzie te pierwsze szczygły, które próbują, a w oddali zegar na wiejskim kościołku. Siedzieć i spoglądać na tę ciepłą smugępopołudniowego słońca, i wiele wiedzieć o dziewczynach, co przeminęły, i być poetą. I myśleć, żeja też stałbym się takim poetą, gdyby mi danym było mieszkać gdziekolwiek, gdziekolwiek na świecie,w jednym z tych wielu zamkniętych wiejskichdomków, o które nikt się nie troszczy. Jednegotylko potrzeba by mi pokoju (słonecznego pokojupod facjatą). Tam mieszkałbym sobie z moimigratami, wśród portretów rodzinnych, wśród książek. I fotel byłbym miał, i kwiaty, i psy, i sporą laskę na kamieniste drogi. I nic więcej. Tylko książkę, oprawną w żółtawą skórę, w tonie kości słoniowej, z kwiecistym starym wzorem od środka:w niej bym pisał. Pisałbym dużo, gdyż miałbymwiele myśli i wspomnień o wielu.

Ale inaczej się stało, Bóg będzie wiedział, czemu. Moje stare meble gniją w stodole, w którą pozwolono mi je wstawić, a ja sam, tak, mój Boże, ja niemam dachu nad sobą, a deszcz pada mi w oczy.

Czasami przechodzę koło sklepików, gdzieś w okolicy rue de Seine. Handlarze starzyzny albo sztychów, albo starych książek z przepełnionymi wystawami. Nikt nigdy do nich nie zachodzi, widoczniemało zarabiają. Ale skoro zajrzysz do środka, siedzątam, siedzą i czytają, bez kłopotu; nie troskają się o jutro, nie boją się niepowodzeń, mają psa, dobrzewytresowanego, który siedzi w nogach, albo kota,który ciszę czyni jeszcze większą, sunąc wzdłuższeregu książek, jak gdyby napisy ścierał z grzbietów.

Ach, gdyby to starczyło: mam czasem ochotękupić sobie taką przepełnioną wystawę książek i usiąść za nią z psem na dwadzieścia lat.

Dobrze jest powiedzieć głośno:

— Nic się nie stało.

Jeszcze raz:

Nic się nie stało.

Czy to pomaga?

Że mój piec znowu dymił i że musiałem wyjśćz domu, to naprawdę nie jest tragedią. Że czujęsię zaziębiony i nieswój, to nic. Że cały dzień latałempo ulicach, to moja własna wina. Mogłem tak samosiedzieć w Luwrze. Lecz nie, nie mogłem. Tam sąpewni ludzie, którzy się chcą ogrzać. Siedzą na pluszowych ławkach, a ich nogi stoją w rzędzie, jak wielkie puste buty, na kratach kaloryferów. Są to bardzo skromni ludzie, którzy są wdzięczni, jeśli woźni w ciemnych mundurach pełnych orderów tolerują ich. Ale kiedy ja wchodzę, oni uśmiechają sięwyzywająco, kiwając lekko głową. A potem, kiedyposuwam się wzdłuż obrazów, nie spuszczają mniez oka, nie spuszczają mnie wcale z tego rozbełtanego,mętnie spłyniętego oka.

Dobrze zatem, że nie poszedłem do Luwru.Byłem bez przerwy w ruchu. Bóg wie, w ilu byłemdzielnicach, miastach, na ilu cmentarzach, mostachi wiaduktach. Kędyś widziałem człowieka, pchającego wózek z jarzynami. Krzyczał:

Chou-fleur, chou-fleur...

To „fleur” z dziwnie zamąconym „eu.” Przynim szła kanciasta, brzydka kobieta, trącając good czasu do czasu. A kiedy go trącała, krzyczał.Czasami krzyczał też sam, ale wtedy krzyczałdaremnie i zaraz potem musiał krzyczeć znowu,bo byli przed domem, który kupował. Czy mówiłem już, że był ślepy? Nie? A więc był ślepy.Ślepy był i krzyczał. Fałszuję, jeśli tak mówię,sprzeniewierzam ten wózek, który on pchał — udaję,że nie zauważyłem, jak anonsuje kalafiory. Aleczy to jest istotne? A gdyby nawet było istotne —czyż nie o to chodzi, czym cała ta rzecz była dlamnie? Widziałem starego człowieka, który ślepybył i krzyczał. To ja widziałem. Widziałem.

Czy kto uwierzy, iż są takie domy? Nie, ludziepowiedzą, że fałszuję. Tym razem jest to prawda,bez opuszczeń, oczywiście, i bez dodatków. Skądbymi się to miało wziąć? Wiadomo, żem ubogi. Wiadomo. Domy? Ale chcąc być ścisłym, były to domy,których już nie było. Domy, które rozebrano odgóry do dołu. A istniały tylko te drugie domy, którestały obok tamtych, wysokie domy sąsiednie. Byłoniebezpieczeństwo oczywiste, że się przewrócą, skoro tuż obok pozabierano wszystko; całe bowiemrusztowanie z długich, wysmołowanych masztówwbite było skośnie między powierzchnię placuzasłanego gruzem a obnażony mur. Nie wiem, czymówiłem już, że myślę o tej ścianie. Ale to niebyła, że tak powiem, pierwsza ściana istniejącychdomów (co przecież można było przypuścić), leczostatnia ściana byłych domów. Widać było ichścianę wewnętrzną. Widać było na poszczególnychpiętrach ściany pokojów, a na nich przylepionejeszcze tapety i tu, i ówdzie szczątki podłóg albosufitów. Obok ścian pokojowych wzdłuż całegomuru pozostało jeszcze brudnobiałe pasmo — i tędy pełzała w niesłychanie wstrętnych, miękkichjak glista, jakby trawiących ruchach otwarta, rdzawarura klozetowa. Po szlakach, którymi szedł gazświetlny, pozostały na brzegu sufitów szare, zapylone ślady, które tu i tam zgoła niespodzianie skręcały okrągło i wbiegały w kolorową ścianę, gdzieśw dziurę wydartą czarno i bezwzględnie.

Najbardziej wszakże niezapomniane były samete ściany. Twarde życie tych izb nie dało się zdeptać. Było jeszcze, trzymało się pozostałych gwoździ,stało na wystających na jeden łokieć podłogach,skuliło się pod resztkami kątów, kędy jeszcze byłotrochę wnętrza. Widziało się, że było to życiei w farbie, którą powolnie rok za rokiem przemieniło:błękit w spleśniałą zieleń, zieleń w szarzyznę, a żółtość w starą odstałą biel, która gnije. Ale żyło ononiemniej w miejscach świeżych, co się zachowałyna tyłach luster, obrazów i szaf; bo naszkicowałoi obrysowało ich kontury i, razem z kurzem i pająkami, było także w tych ukrytych miejscach, obnażonych teraz. Było życie ono w każdym zdartympaseczku i w bąblach wilgotnych u dołu tapet,chwiało się w zwisających strzępach, wydzielałosię z szpetnych, bardzo dawno powstałych plam.

I oto z tych ścian, niegdyś niebieskich, zielonychi żółtych, obramowanych szlakami odłupanych murów, wystawało tych żyć powietrze, zacięte, leniwe,zbutwiałe powietrze, żadnym dotąd wiatrem nierozwiane. Tam tkwiły obiady i choroby, i wyziewy,i wieloletni dym, i pot, co wydziela się spod pachwin i obciąża suknie, i czczy zapach z ust, i fetorspotniałych nóg. Tam tkwił kwas uryny i żarsadzy, i szary opar ziemniaczany, i ciężki, śliskismród zestarzałego smalcu. Słodkawa, długa wońzaniedbanych niemowląt i bojaźliwe wyziewy dzieci,co idą do szkoły, i zaduch z łóżek dojrzewającychchłopców. I przyłączyło się wiele rzeczy, które przyszły z dołu, z parującej otchłani ulicznej, a innepościekały z góry z deszczem, który nad miastaminie jest czysty. I niejedno naznosiły słabe, oswojonewiatry domowe, pozostające zawsze na tej samejulicy, i wiele tam było jeszcze rzeczy o niewiadomym pochodzeniu. Wszak mówiłem, że wszystkiemury były rozebrane doszczętnie? Otóż o tej ścianiemówię bez przerwy. Powie ktoś, że długo przed niąstałem; ale gotów jestem przysiąc, że zacząłem biecz chwilą, gdy poznałem tę ścianę. To bowiem jestwłaśnie straszne, że ją poznałem. Poznaję to wszystkoi dlatego tak po prostu to wchłaniam; czuje się tow moim wnętrzu jak u siebie.

Czułem się nieco wyczerpany po tym wszystkim,rzekłbym, niemal nadwerężony — i przeto za wieleto było na mnie, że i on jeszcze na mnie czekał.Czekał w małej crêmerie, gdzie chciałem zjeśćjajecznicę; głodny byłem, przez cały dzień nie zdobyłem się na jedzenie. Ale i teraz nie mogłem nicspożyć; zanim jajecznica była gotowa, coś mnie znowu wygnało na ulice, płynące ku mnie zgęstniałącieczą ludzi. Był bowiem karnawał i wieczór — i ludzie wszyscy mieli czas, i wałęsali się, i ocieralijeden o drugiego. A twarze ich były pełne światłabijącego z bud widowiskowych i śmiech wyciekałim z ust jak ropa z otwartych ran. Śmiali się corazbardziej i tłoczyli coraz ciaśniej, im niecierpliwiejstarałem się ruszyć z miejsca. Chustka jakiejś dziewki zaczepiła się o mnie, zacząłem ją wlec za sobą,a ludzie zatrzymywali mnie ze śmiechem — i czułem, że i ja miałem się śmiać, ale nie mogłem. Ktościsnął mi w oczy garść confetti i to paliło jak bicz.Na rogach ludzie byli zaklinowani, jeden wsuniętyw drugiego, i nie było w nich żadnego posuwaniasię, tylko lekkie, miękkie, miarowe ruchy, jak gdyby się parzyli stojąc. Ale choć oni stali, a ja nadbrzegiem jezdni, kędy były w ciżbie wyłomy, biegłem jak wariat, to w rzeczywistości tak było, że oni się ruszali, a ja ani drgnąłem. Bo nie zmieniło sięnic; kiedy podnosiłem oczy, widziałem wciąż tesame domy po jednej i budy po drugiej stronie.Może też stało w miejscu wszystko, a tylko we mniei w nich był zawrót, co zdawał się kręcić wszystkim.Nie miałem czasu myśleć o tym, ciężki byłem odpotu i ogłuszający ból wirował we mnie, jakbyw mej krwi krążyło społem coś zbyt wielkiego,rozsadzającego żyły, gdziekolwiek się wdarło. A przytym czułem, że powietrze dawno się skończyłoi że już tylko wdychałem wyziewy, których płucanie przyjmowały.

Ale teraz już po wszystkim; przetrwałem. Siedzęw swoim pokoju przy lampie; jest chłodno, bo niemam odwagi spróbować pieca; a nuż by kopciłi znów bym musiał uciekać?

Siedzę i rozmyślam: gdybym nie był ubogi,wynająłbym pokój inny, pokój z meblami nie tak zniszczonymi, nie tak pełnymi poprzednich lokatorów. Na początku naprawdę trudno mi było głowę oprzeć na tym fotelu; jest tam bowiem w zielonym obiciu lepko-szare zagłębienie, do którego zdają się pasować wszystkie głowy. Przez pewien czas byłem na tyle ostrożny, że podkładałem pod włosy chustkę, ale teraz zbyt jestem zmęczony.Zauważyłem, że i tak można, i że ta mała wklęsłość zrobiona jest akuratnie na moją czaszkę, wprostna miarę.

Gdybym jednak nie był ubogi, kupiłbym sobieprzede wszystkim dobry piec i paliłbym czystym,mocnym drzewem, które jest z gór, a nie tymiopłakanymi têtes de moineau, których swąd takściska pierś i głowę mąci. I dalej musiałby ktośbyć, kto sprząta bez rubasznego hałasu i piec opatrzy, jak mi potrzeba. Bo często, kiedy przez całykwadrans muszę klęczeć przed piecem i grzebaćw nim, z czołem naprężonym od bliskiego żarui z ogniem w rozwartych oczach, wydaję całą siłę,na jaką mnie stać w ciągu dnia — i skoro potemzjawiam się wśród ludzi, wtedy im naturalnie łatwo. Czasem, gdy jest wielki natłok, brałbym powóz,przejeżdżałbym, codziennie jadłbym u któregośDuvala... a nie włóczył się po kremeriach...

Czy on by też był u takiego Duvala?

Nie. Tam nie byłoby mu wolno czekać na mnie.Umierających nie wpuszcza się. Umierających?Ja przecież siedzę teraz w swoim pokoju. Mogęprzecież próbować spokojnie myśleć o tym, co misię przydarzyło. Dobrze jest nic nie pozostawićw niepewności.

A więc wszedłem i zrazu spostrzegłem tylko,że stolik, przy którym często siadywałem, zajętybył przez kogoś innego. Skinąłem w stronę bufetu,zamawiając danie, i usiadłem obok. Ale uczułemgo, choć się nie ruszał. Tę właśnie nieruchomośćuczułem i pojąłem piorunem. Łączność międzynami powstała i wiedziałem, że on zmartwiał z przerażenia. Wiedziałem, że to przerażenie sparaliżowało go, przerażenie na widok czegoś, co się w nimdziało. Może jakieś naczynie w nim pękło, możetrucizna, której się bał dawno, teraz właśnie wkraczała w komorę jego serca, może wielki wrzód pękłw jego mózgu jak słońce, które mu przemieniłoświat. Z nieopisanym wysiłkiem zmuszałem się dopatrzenia nań, albowiem jeszcze wierzyłem, że towszystko przywidzenie.

Nagle stało się: zerwałem się błyskawicznie i wypadłem na ulicę; nie omyliłem się. Siedział tamw grubym, czarnym płaszczu zimowym, a szaranatężona twarz zwisała głęboko w wełniany szal.Usta były zawarte, jakby z impetem zatrzaśnięte,ale nie sposób było orzec, czy oczy jego jeszcze patrzały: zamglone, jak dym szare szkła okularówleżały przed nimi i drżały z lekka. Nozdrza miałrozdęte, a długi włos nad skrońmi, skąd wszystkobyło zabrane, wiądł jak w upale nadmiernym.Uszy były długie, żółte, z wielkim za sobą cieniem.Tak, on wiedział, że teraz oddala się od wszystkiego:nie tylko od ludzi. Jedna chwila jeszcze, a wszystkostraci sens — a ten stół i ta filiżanka, i stołek ten,którego się ręce czepiają, wszystko codzienne i najbliższe stanie się niezrozumiałe, obce i ciężkie.Tak siedział oto i czekał, aż to się dokona. I jużsię nie bronił.

A ja się bronię jeszcze. Bronię się, choć wiem,że serce mam już wywieszone i że i tak już żyć niemogę, nawet gdyby teraz moi dręczyciele poniechalimnie.

Mówię sobie: nic się nie stało — a jednak jak japotrafiłem pojąć tego umierającego człowieka, ponieważ i we mnie dzieje się coś, co zaczyna mnieod wszystkiego dzielić i oddalać. Jaką ja grozę czułem, gdy słyszałem, jak mówiono o konającym:już nie rozpoznawał nikogo! Wtedym wyobrażałsobie samotne oblicze, które podniosło się z poduszek i szukało, czegoś znajomego szukało, czegośjuż raz widzianego szukało, a nie było nic — nic.Gdyby strach mój nie był tak ogromny, pocieszyłaby mnie myśl, że nie jest niemożliwością widziećwszystko inaczej, a jednak żyć. Ale ja się boję, jasię boję straszliwie tej przemiany. Ja przecie wcalejeszcze nie oswoiłem się z tym światem, który misię wydaje dobry. Cóż mam począć w innym?Tak bym bardzo chciał pozostać wśród tych kategorii, które polubiłem, a skoro już coś się musizmienić, chciałbym przynajmniej żyć pośród psów,które mają świat pokrewny i rzeczy te same.

Jeszcze przez chwilę mogę spisywać to wszystkoi mówić. Ale przyjdzie godzina, kiedy ręka będziedaleko ode mnie, a gdy rozkażę jej pisać, będziepisała słowa, których nie mam na myśli. Czas nadejdzie innego wykładania i słowo na słowie niepozostanie, i treść wszelaka rozpłynie się jak chmura,i jak woda opadnie. Przy całym tym strachu jednakjestem ostatecznie jak ktoś, co stoi przed czymświelkim — i przypominam, że dawniej często podobnie działo się we mnie, nim zaczynałem pisać. Ale tym razem ja będę pisany. Jam jest wrażeniem, które się przemieni. Och, maluczko, a mógłbym to wszystko pojąć i zaaprobować. Jeden krok,a wielka nędza moja stałaby się szczęśliwością. Aleja tego kroku uczynić nie umiem, ja upadłem i jużpowstać nie mogę, bo jestem złamany. Wieczniemjeszcze wierzył, że pomoc jakaś przyjść może.

Oto tu leży przede mną, własnym moim pismempisane, com się modlił w każden wieczór. Odpisałem to sobie z książek, gdzie to znalazłem, żebymi było najzupełniej bliskie i z mojej wydane rękijak własne. I teraz jeszcze raz to spiszę, tu przedmoim stołem uklęknę i spiszę. Bo tak dłużej będęto miał niż czytając — a każde słowo trwa i ma czasprzebrzmieć.

„Mécontent de tous et mécontent de moi, jevoudrais bien me racheter et m'enorgueillir unpeu dans le silence et la solitude de la nuit. Amesde ceux que j'ai aimés, âmes de ceux que j'ai chantes, fortifiez-moi, soutenez-moi, eloignez de moile mensonge et les vapeurs corruptrices du monde;et vous, Seigneur mon Dieu! accordez-moi lagrâce de produire quelques beaux vers qui meprouvent à moi-même que je ne suis pas le dernierdes hommes, que je ne suis pas inférieur à ceuxque je meprise.”

„Synowie głupich i podłych i na ziemi zgoła sięnie ukazujący.

Teraz obróciłem się w piosnkę ich i stałem sięim przypowieścią.

Rozkopali drogi moje...

Wniwecz jestem obrócony... a nie był, kto bydał pomoc.

A teraz we mnie samym więdnie dusza mojai opanowały mię dni utrapienia.

W nocy wiercą boleści kość moję; a ci, którzymię jedzą, nie śpią.

Od mnóstwa ich kazi się odzienie moje i jakoobojczykiem szaty opasali mię.

Wnętrzności moje wezwrzały bez żadnego odpoczynku, ubieżały mię dni utrapienia.

Arfa moja obróciła się w żałobę i organy mojew głos płaczących”.

Lekarz mnie nie zrozumiał. Nic. Trudno teżto było opowiedzieć. Chcieli próbę zrobić z elektryzowaniem. Dobrze. Dostałem kartkę: o pierwszejmiałem być w Salpêtrière. Byłem. Długo musiałemmijać różne baraki, kilka dziedzińców, gdzie tui ówdzie pod pustymi drzewami stali ludzie w białych czepkach jak skazańcy. Nareszcie wszedłemw długą, ciemną, korytarzową przestrzeń, którapo jednej stronie miała cztery okienka z matowego,zielonego szkła, a okna te rozdzielone były szeroką,czarną ścianą. Przed nią ciągnęła się ława drewniana,mijając wszystko, a na tej ławie siedzieli oni, którzyznali mnie i czekali.

Tak, byli tu wszyscy. Skoro przywykłem dozmroku izby, zauważyłem, że wśród tych siedzących ramię przy ramieniu w nieskończonym szeregu mogło być też kilkoro innych ludzi, małychludzi, rzemieślników, posługaczek i tragarzy. Nadole, po wąskiej stronie korytarza, na specjalnychkrzesłach rozsiadły się, rozmawiając, dwie grubekobiety, przypuszczalnie stróżki.

Spojrzałem na zegarek. Za pięć minut pierwsza.No, za pięć, powiedzmy za dziesięć minut musiprzyjść kolej na mnie, więc nie najgorzej.

Powietrze było złe, ciężkie, pełne ubrań i oddechów. W którymś miejscu ze szpary w drzwiachdobywał się mocny, wzmagający się chłód eteru.

Zacząłem chodzić tam i z powrotem. Przyszłomi na myśl, że mnie tu przysłano, do tych ludzi,w tę przepełnioną, publiczną godzinę przyjęć. Było to poniekąd pierwsze oficjalne potwierdzenie,że należę do wyrzutków. Czy lekarz to wyczytałz mej miny? Ale wizytę składałem w nie najgorszymubraniu, posłałem bilet wizytowy. A jednak musiałon się jakoś dowiedzieć, może sam się zdradziłem. Teraz, gdy to było faktem, wcale tego nie uważałem za coś bardzo złego; ludzie siedzieli cichoi nie zważali na mnie. Niektórzy mieli bóle i kiwalinieznacznie nogą, aby sobie ulżyć. Różni mężczyźnizłożyli głowy w otwartych dłoniach, inni spalitwardo z ciężką, zachmurzoną twarzą. Gruby jakiśjegomość z czerwoną, spuchniętą szyją siedziałpodany naprzód, gapił się na podłogę i spluwałod czasu do czasu głośno w jeden punkt, który wydawał mu się odpowiedni. Dziecko szlochało w kącie; długie, chude nogi podciągnęło na ławkę i trzymało je w silnym uścisku, jak gdyby miało się rozstać z nimi. Mała, blada kobieta w okrągłym, czarnymi kwiatami przybranym kapeluszu krepowym,krzywo nasadzonym na włosy, wokół wąskich wargmiała grymas jakiegoś uśmiechu, lecz obolałe powieki wilgotniały nieustannie.

Niedaleko posadzono dziewczynę o gładkiejokrągłej twarzy i wypchniętych na wierzch oczach,które były bez wyrazu; miała otwarte usta tak,iż widziało się białe lepkie dziąsła i stare zanikające zęby.

I wiele było opatrunków. Były opatrunki opasujące całą głowę, warstwa przy warstwie, aż ostałosię jedno tylko oko, nie należące już do nikogo.Opatrunki, które pokrywały, i opatrunki, któreukazywały to, co było pod spodem. Opatrunki,które otwarto i w których teraz jak w brudnym łożu leżała ręka, co już ręką nie była. I owinięta noga, stojąca poza szeregiem, wielka jak cały człowiek.

Chodziłem wzdłuż i wszerz i siliłem się na spokój.Zajmowałem się skwapliwie przeciwległą ścianą.Spostrzegłem, że zawiera szereg pojedynczych drzwii nie sięga sufitu, tak iż korytarz ten niezupełniebył oddzielony od przestrzeni przylegających.

Spojrzałem na zegarek; od godziny już przechadzałem się... Po chwili zjawili się lekarze. Najpierwkilku młodych, którzy przeszli z obojętną twarzą,wreszcie ten, u którego ja byłem, w jasnych rękawiczkach, chapeau à huit reflets, w nieskazitelnym palcie. Spostrzegłszy mnie, uniósł nieco kapeluszai uśmiechnął się roztargniony. Była teraz nadzieja,że mnie zaraz zawołają, ale minęła znów godzina.Nie pamiętam, jak ją spędziłem. Minęła. Staryczłowiek, coś jak posługacz, zjawił się w poplamionym fartuchu i trącił mnie w ramię.

Wszedłem do którejś z przyległych izb. Lekarzi młodzieńcy siedzieli koło stołu i patrzyli na mnie,podano mi krzesło. Już. I teraz miałem opowiedzieć,jak i co. Jak najkrócej, s'il vous plaît. Bo wiele czasuci panowie nie mają. Było mi dziwnie na duszy.Młodzieńcy siedzieli i spoglądali na mnie z tą godną,fachową ciekawością, której się nauczyli. Lekarz,którego znałem, głaskał bródkę i uśmiechał się roztargniony.

Myślałem, że wybuchnę płaczem, lecz usłyszałemsiebie mówiącego po francusku:

— Miałem już przyjemność udzielenia panu,panie doktorze, wszelkich informacji, jakich udzielić mogę. Skoro pan uważa za potrzebne wtajemniczanie tych panów, to po naszej rozmowie z pewnościąpotrafi pan to uczynić własnymi słowami, mnie tojest bardzo trudno.

Lekarz powstał z uprzejmym uśmiechem, podszedł z asystentami ku oknu i powiedział kilka słów,które podkreślił poziomym, kołyszącym ruchemręki. Po trzech minutach jeden z młodzieńców,dystrakt i krótkowidz, wrócił do stołu i rzekł starając się patrzeć na mnie surowo:

— Pan, proszę pana, dobrze sypia?

— Nie, źle.

Po czym odskoczył z powrotem do grupy. Tamnaradzano się jeszcze przez chwilę, a potem lekarzzwrócił się do mnie i oznajmił, że mnie każą zawołać.Przypomniałem, że zamówiono mnie na pierwszą.Uśmiechnął się i białymi rączkami wykonał kilkaszybkich, skocznych gestów, które miały znaczyć,że jest niesłychanie zajęty.

Wróciłem zatem na swój korytarz, gdzie powietrze zrobiło się znacznie duszniejsze, i znów zacząłem chodzić tam i sam, choć byłem znużony śmiertelnie. Wreszcie wilgotny, gęsty smród zakręciłmi w głowie. Stanąłem przy drzwiach wejściowychi uchyliłem ich nieco. Ujrzałem, że na dworze jestjeszcze dzień i szczypta słońca — i było mi z tymnieskończenie dobrze. Ale nie postałem tak animinuty, a już posłyszałem, że ktoś mnie woła.Kobiecisko jakieś, o dwa kroki siedzące przy stoliku, syknęło coś ku mnie. Kto mi kazał drzwiotwierać, pytała. Odparłem, że nie mogę znieśćtego powietrza. A ona, że dobrze, że to moja rzecz,ale że drzwi muszą być zamknięte. Czy nie możnaby otworzyć okna? Nie, jest zakaz.

Postanowiłem zacząć chodzić znowu tam i z powrotem, bo to jednak było ostatecznie pewnymodurzeniem, a nie gorszyło nikogo. Ale kobiecieprzy stoliku teraz i to się nie podobało. Spytała,czy nie mam żadnego krzesła. Nie, nie mam. Chodzić tu nie wolno; powinienem znaleźć sobie miejsce.Znajdzie się.

Miała rację kobieta. Znalazło się istotnie natychmiast miejsce obok dziewczyny z wysadzonymina wierzch oczami. Siedziałem więc z uczuciem,że stan taki z pewnością musi przygotować mniena coś straszliwego. Na lewo była zatem dziewczynaz gnijącymi dziąsłami; co było na prawo ode mnie,to zdołałem poznać dopiero po chwili. Nieruchoma,olbrzymia masa, która miała twarz i wielką, ciężkąbez ruchu rękę. Strona twarzy, którą widziałem,była pusta, bez żadnych rysów i bez wspomnień —a niesamowity był ubiór, jak szata trupa ubranegodo trumny. Wąska, czarna przepaska na szyi w równie luźny, nieosobisty sposób była przypięta dokołnierza, a po ubraniu widać było, że je ktoś innynaciągnął na to bezwolne ciało. Rękę położonona spodniach, tam gdzie leżała, a nawet włosy uczesane były jak przez umywaczki trupów i sztywnoułożone, jak włos wypchanych zwierząt.

Obserwowałem to wszystko z uwagą i przyszłomi na myśl, że to więc było miejsce z dawna miprzeznaczone, czułem bowiem, że teraz wreszciedotarłem do punktu mego życia, na którym pozostanę. Tak, przeznaczenie dziwnymi chadza drogami.

Nagle tuż obok podniosły się szybkie, przerażone, obronne krzyki dziecka, a po nich cichy,zduszony płacz. W czasie kiedy wytężałem się, aby wywnioskować, gdzie to było, przedrżał znowunikły, stłumiony okrzyk — i usłyszałem głosy, które pytały, i stłumiony głos, rozkazujący — a potemrozturkotała się jakaś obojętna maszyna i nie dbała o nic. Teraz przypomniałem sobie oną półścianę i zrozumiałem, że to wszystko dochodziło z tamtejstrony drzwi i że tam szła robota w najlepsze. Istotnie, od czasu do czasu posługacz w brudnym fartuchu zjawiał się i kiwał. Już nawet nie myślałem o tym,że to mnie mogło dotyczyć. Czy to ja? Nie. Dwóchmężczyzn stało tam z krzesłem na kółkach. Posadzili w nim nieruchomą masę i ujrzałem oto, że to był stary, chromy człowiek, który miał jeszczedrugą, mniejszą, życiem zużytą stronę — z otwartym, mętnym, smutnym okiem. Wieźli go i obokmnie zrobiło się dużo miejsca.

I siedziałem myśląc, co też oni uczynią tej tępejdziewczynie i czy ona także będzie wrzeszczeć.Te maszyny w tyle warczały tak miło, fabrycznie,nic w tym nie było niepokojącego.

Lecz nagle wszystko się uciszyło — i w tę ciszęrzeki przemożny, zadowolony z siebie głos, którypono znałem:

Riez!

Pauza.

Riez!... Mais riez, riez!

Ja już się śmiałem.

Nie mogłem pojąć, dlaczego ten człowiek tamsię nie śmieje. Maszyna jakaś zaczęła turkotać,ale zaraz znów zamilkła, zamieniano słowa, potem podniósł się znowu ten sam energiczny głos i rozkazał:

Dites nous le mot: avant.

Sylabizując:

— A-v-a-n-t.

Cisza.

On n'entend rien. Encore une fois...

I oto, kiedy tam bełkotało tak ciepło i tak soczyściejak gąbka — w tej chwili po raz pierwszy od wielu,wielu lat zjawiło się! To, co mnie rozsadzało pierwszym, głębokim przerażeniem, gdy jako dzieckoleżałem w gorączce: to Wielkie. Tak, tak zawszemawiałem, kiedy wszyscy stali wkoło mego łóżkai macali mi puls, i pytali, co mnie przestraszyło:

— To Wielkie.

A kiedy lekarza wzywali i on był, i przemawiałdo mnie, wtedym go prosił, aby się tylko postarał,by to Wielkie sobie poszło, bo wszystko inneto nic. Ale on był taki jak inni. On go zabrać niemógł, choć przecież wówczas byłem mały i takłatwo było mi pomóc.

I teraz przyszło znowu. Później po prostu niezjawiało się, nie powracało nawet w nocach gorączki, ale teraz było tu, chociaż gorączki nie miałem.Teraz było. Teraz wyrastało ze mnie jak spęczniaływrzód, jak druga głowa — i było częścią mnie samego, aczkolwiek nie mogło przecie wcale należećdo mnie, bo było tak wielkie. Było jak wielkie martwezwierzę, co niegdyś, gdy żyło jeszcze, było mojąręką albo moim ramieniem. I krew moja szła przezemnie i przez nie, jak przez to samo ciało. A sercemoje musiało się wysilać, by wpędzać krew w toWielkie; prawie nie było dosyć krwi. A krewniechętnie wkraczała w to Wielkie i wracałachora i zepsuta. Ale Wielkie pęczniało i wyrastało mi przed twarz jak ciepły, siny bąbel i wyrastało mi przed usta — i nad ostatnim moim okiemjuż był cień jego krawędzi.

Nie mogę sobie przypomnieć, jak wydostałemsię przez tę moc dziedzińców. Był wieczór i zbłądziłem w nieznanych stronach, i szedłem wzdłużbulwarów o nieskończonych murach w jednym kierunku, a gdy potem nie chciały się kończyć, wracałem w przeciwną stronę aż do jakiegokolwiekplacu. Stamtąd poczynałem iść jakąś ulicą i wyłaniały się inne ulice, których nie widziałem na oczy,i jeszcze inne. Tramwaje przejasne z twardym,stukającym dzwonieniem gnały czasem z pędemna mnie i poza mnie. Lecz na ich tablicach byłynazwy, których nie znałem. Nie wiedziałem, w jakim jestem mieście i czy tu gdzie mam jakie mieszkanie, i co mam zrobić, żebym już nie musiał chodzić.

A teraz na domiar jeszcze ta choroba, która zawsze tak dziwnie działała na mnie. Jestem pewien,że się ją bagatelizuje. Zupełnie tak samo, jak sięprzecenia znaczenie innych chorób. Ta chorobanie ma określonych właściwości, ona przybierawłaściwości osoby, którą zawładnie. Z lunatycznąpewnością wyciąga z każdego najgłębsze jego niebezpieczeństwo, które wydawało się minione —i znowu przed nim je stawia, tuż, tuż, w najbliższągodzinę. Ludzie, co kiedyś w czasach szkolnychpróbowali bezradnego nałogu, którym oszukanymipowiernikami były biedne twarde dłonie chłopięce — tu się znów odnajdują albo choroba się w nichod nowa zaczyna, którą przezwyciężyli w dzieciństwie; albo zagubione nawyknienie znów się zjawia,jakieś wahające odwracanie głowy, właściwe imprzed laty. A z tym, co nadchodzi, cały splot obłędnych wspomnień podnosi się i uwiesza, jak mokrewodorosty na zatopionej rzeczy. Życia, o którychnie byłby się człowiek dowiedział nigdy, wyłaniająsię i mieszają z tym, co było naprawdę — i odpychają minione, o którym myślałeś, że je znasz:w tym, co powstaje, jest bowiem wypoczęta, nowasiła, to zaś, co było zawsze, zmęczone jest zbytczęstym wspominaniem.

Leżę na moim łóżku, na wysokości pięciu pięter,a dzień mój, niczym nie przerywany, jest jak tarcza zegarowa bez wskazówek.

Jak rzecz od dawna zgubiona pewnego rankanagle zjawia się na swoim miejscu, ochronionai cała, bardziej nowa niemal niż w czasie zgubienia,zupełnie tak, jakby u kogoś była w pieczy — taktu i tam na mojej kołdrze leżą zguby dzieciństwai są jak nowe. Wszystkie utracone strachy zjawiająsię znowu.

Strach, że mała wełniana nitka wystająca z brzegu kołdry twarda jest, twarda i ostra jak stalowa igła.Strach, że ten guziczek u nocnej koszuli jest większyniż moja głowa, wielki i ciężki. Strach, że ta kruszynachleba, staczająca się oto z mego łóżka, upadnie naziemię szklana i stłuczona, że tym samym właściwie wszystko będzie stłuczone, wszystko na zawsze.Strach, że to pasmo z brzegu rozciętego listu jestczymś zakazanym, czego nikt wiedzieć nie ma,czymś nieopisanie cennym, i że w całym pokojunie ma dlań dość bezpiecznego miejsca. Strach,że skoro usnę, połknę ten kawał węgla leżący podpiecem. Strach, że jakaś liczba w moim mózgupocznie rosnąć, aż nie starczy jej we mnie przestrzeni. Strach, że to, na czym leżę, to granit, szary granit. Strach, że mógłbym wrzasnąć i że przedmoimi drzwiami zbiegliby się ludzie i wyłamaliwreszcie te drzwi, strach, że mógłbym się zdradzići powiedzieć to wszystko, czego się boję, i strach,że nie mógłbym powiedzieć nic, bo wszystko jestniewypowiedziane — i te inne strachy... te strachy...!

Prosiłem o moje dzieciństwo i ono wróciło —i czuję, że wciąż jest tak ciężkie jeszcze, jak wtedy,i że na nic się nie zdało, że się zestarzałem.

Wczoraj z gorączką było lepiej, a dzisiaj dzieńjak wiosna się zaczyna, jak wiosna w obrazach.Spróbuję wyjść do Bibliothèque Nationale, do mojego poety, którego nie czytałem tak dawno —i może później potrafię przejść wolno przez ogrody.Może jest wiatr nad wielkim stawem, który ma takprawdziwą wodę — i przyjdą dzieci, które na niąpuszczą okręciki o czerwonych żaglach, i przyglądać się będą.

Dzisiaj nie byłem na to przygotowany, wyszedłemtak odważnie, z taką prostą naturalnością. A jednakznowu coś przyszło i porwało mnie jak papier,zmięło i odrzuciło — zjawiło się coś niesłychanego.

Bulwar St. Michel był pusty i przestronny i łatwo się szło po jego lekkiej pochyłości. Okna otwierały się w górze z brzękiem szklanym, a błysk ichleciał jak biały ptak przez ulicę. Powóz o jasnoczerwonych kołach przejechał, a dalej w dole ktoś niósłcoś zielonego. Konie w błyszczącej uprzęży biegłyprzez ciemno spryskaną, czystą jezdnię. Wiatr byłporuszony, nowy, łagodny, a wszystko wznosiłosię: zapachy, wołania, dzwony.

Mijałem jedną z kawiarń, w których co wieczórgrywają fałszywi czerwoni cyganie. Z rozwartychokien pełzało z nieczystym sumieniem niewyspanepowietrze. Kelnerzy gładko uczesani właśnie zamiatali pod drzwiami. Jeden z nich zgięty wpół ciskałgarść po garści żółty piasek pod stoły. Wtem któryśz przechodzących trącił go i wskazał na dół wzdłużulicy. Kelner z mocno czerwoną twarzą przez chwilępatrzył z wytężeniem, po czym śmiech rozpostarłsię na wygolonych policzkach, jakby rozsypany nanich. Kiwnął na resztę kelnerów, pośpiesznie obróciłkilka razy twarz z prawej strony ku lewej, aby zwołaćwszystkich, a samemu nic nie uronić. I już staliwszyscy i spozierali; to patrząc w dół, to szukając,z uśmiechem lub złością, że jeszcze nie odkryli, cogdzie jest śmiesznego.

Czułem, że wzrasta we mnie odrobina lęku.Coś pchnęło mnie na drugą stronę ulicy; leczzacząłem tylko przyśpieszać kroku i zlustrowałemmimowolnie garstkę ludzi przed sobą, nie widzącna nich nic szczególnego. Ujrzałem wszakże, żejeden z nich, chłopiec w niebieskim fartuchui z pustym koszykiem na ramieniu, patrzał za kimś.Skoro się napatrzył, obrócił się w miejscu ku domomi do roześmianego kupczyka po drugiej stronieulicy stuknął się w czoło ruchem powszechnieznanym. Potem łypnął czarnymi oczyma i zadowolony począł iść ku mnie kołyszącym krokiem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.