drukowana A5
11.81
Z ,,Wigilii"

Bezpłatny fragment - Z ,,Wigilii"

Objętość:
8 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0777-8

Siedzę i myślę, czemu cię kochać musiałem.

Serce rozpala się wspomnieniem, jaśniejeprzebłyskami ognia, co w najtajniejszej głębi mejduszy się żarzy.

Zmrok wieczorny w kościele wiejskim. Głęboka cisza. Cisza oczekiwania czai się na sklepieniach i ścianach, cisza w parnym upojeniu kadzideł, cisza w głuchym, jakoby podziemnym, odgłosie organów.

Kamienne filary rzucają gęste cienie, ostrei czarne plamy przy głównym ołtarzu, co sięw blasku setek świec jarzy, niejasne i rozpłyniętew średniej nawie, a pod chórem rozlane w ciepłych pieszczotach półzmroku. A jakby odległedrganie powietrza rośnie coś i płynie przez kościół, wznosi się jakby ciche westchnienie, prężysię jak tygrys przysadzony do skoku, a narazpęka cisza, ryknęły organy, a z żelaznych objęćciszy i czekania wyrywa się pieśń straszna, potężna, pieśń co mury rozpiera i groby rozsadza,pieśń bólu i dnia sądnego:

Salve Regina.

I znowu noc. Iskrzy się niebo, o iskrzy się jakolbrzymia przestrzeń przed dworcami wielkich miast. Miliony świateł, jeden olbrzymi las rozpalonych pochodni, światła i światełka wichrzą, piętrzą się w górę, spływają w jedno ognisko —a w dali kwieci się łąka różnobarwnych palącychsię kwiatów.

A woń róż rozkwitłych płynie gdyby jaśnieniemgieł w parnej nocy letniej. I widzę tłum ludziz jarzącymi się świecami, a ponad nim zwieszanieszczęście czarne skrzydła upiora. I znowuśpiew, straszny, bolesny; śpiew, co serce szarpiei mózg przepala.

A pieśń staje się linią, oddech wiosny przybiera kształty, nastrój duszy stroi się w tęczowebarwy, a skłębiony chaos barw, dziwnie poplątane kształty i linie, oddech i woń: to wszystkotak różne, tak rozmaite, ale we wszystkim brzmiten sam ton nastroju, ten sam akord, co wrazw inne się formy wciela.

Bo w głębiach duszy przemienia się drżącewzruszenie i nabożna skrucha mrocznych kościołów w miękkie a drobne kształty twego ciała,a odległe drganie ciszy i westchnień stapia sięw cichym zamyśleniu twych oczu — głucha pieśńsmutku i bólu: toć to tęsknota twego głosu.

Pomnę: dzieckiem jeszcze jestem.

Niebieskie dale przede mną, bladoniebieskie,żarem płonące dale. Słońce przepala ziemię, trawizieloność, stoi nad jeziorem miliardem ostrychskaczących płomyków, a nade mną wybiega topólbystrym wierzchołkiem w błękit niebios.

A me oczy błądzą w bladoniebieskich dalach,w drgającym żarze do biała roztopionego słońca.To drganie, ten żar letniego słońca widziałem kiedyś wokół twych oczu, gdyś się w parnym spowiciu naszych ciał do mnie tuliła.

Tam przede mną obraz, któryś tak bardzo kochała: szeroki step burzanów, pożółkła trawa, spiekłe zielsko. Małe bagno porosłe sitowiemw zmroku wieczornym. Wyschłe gałęzie wierzbobwisły nad brudną wodą, a gdzieś w mglistejdali na wpół rozpadła chata.

A smutek stepów, posępna jesień, syta bólui tęsknoty, szeroka duma spieczonych burzanów — toś Ty!

I widzę niebo, jak gore we wszystkich blaskach. Kłębią się tęczowe chmury, na krańcachnieba leją się strugi roztopionego złota, zapadłesłońce tryska w górę krwawą pożogą, a od zachodu do wschodu piętrzy się wściekła kaskadapurpury i ognia. Z wolna gasną purpury i ognie,tylko jedna szeroka rana krwawi się na olbrzymim czole nieba.

Patrzę na niebo i na skon białego dnia. A ranarośnie i wgłębia się w ciemny błękit, zmienia sięw otchłań stęchłej krwi, coraz głębsza wrastaw niebo czarna cień ziemi, rozdarta drgającymprzebłyskiem ostatnich promieni, aż wreszcie wszystko zanika i gaśnie w ciężkich, czarnych oponach nocy.

A blask zachodu, krwawe łuny na ciemnychbłękitach, ta chmurna zmiana, przebłysk i zanik — toś Ty.

I słyszę pieśń: jeden ciemny głęboki ton, a nanim rozlane niebieskawe cętki światła. I płynieton cicho i poważnie jak strumień górski, z obustron niebotyczne ściany nagich skał. Naraz jakbłyskawica prześlizgnął się wąż chciwych pragnień, lubieżnego śmiechu i spłonął w gorącymkrzyku rozkoszy.

O, nieraz wytrysły te węże z twych oczu w spokojne głębie mego serca. Oplotły je w nęcącychpieszczotach, tarły się o nie lubieżną rozkosząi kładły się w jego namiętnym żarze do snu.

Ciebie tylko, ciebie jedyną odtwarzała wieczniemoja dusza, w każdym kształcie, każdej myślii każdym nastroju. Tyś mi dostroiła wszechświatdo tego jednego tonu i ja stałem się Tobą.

A żeś była kształtem mojej pieśni, a żeś byłalinią mej tęsknoty i mych pragnień, a żeś byłabarwą i tonem i wonią mej duszy, musiałem ciękochać.

Zaczem cię ujrzałem, już byłaś we mnie. Zaczem cię do serca tuliłem, drgałaś w mych pieśniach, płonęłaś w blaskach mych barw, a jak zorza wieczorna łagodziłaś, kojąc smutek mej duszy,koiłaś i wświecałaś we mnie twe źrenice, a z życiamego splatałaś jaśniejącymi rękoma szerokie dumy mych pól rodzimych.

I kocham cię! Kocham cię jako moją sztukę,kocham cię jako całą moją odwieczną przeszłość,kocham cię jako tchnienie mej ziemi rodzinnej,jako upojenie i zachwyt kościelnej zadumy, bośbyła moją wiosną i mojej potęgi kwitnącą pychą,byłaś mi purpurowym przeczuciem rannych brzasków i drżącym niepokojem rwącego się dnia.

I kocham cię jeszcze, boś dała mi cierpieniei tęsknotę — tęsknotę, co myśli twórcy kojarzy,ręce ku Bogu wyciąga, mózg trawi żądzą poznania, bolesną a odwieczną tęsknotę bytu, wiecznyniepokój a rozkosz.

Zapomniałem o tobie, zagasł mi przepychtwego ciała, zanikła żądza. Tylko to jedno pozostało, czym cię pragnąłem, czym cię wypieściłem,czym się dusza moja przetrawia: tęsknota.

Ty, ty, odwieczna kochanko moja!

Wokół Twej głowy wieniec zwiędłych kwiatówgdyby korona czarnych słońc, a Twe oblicze płonie żałobą zastygłych gwiazd.

U nóg Twych kona burza mego żywota, gasnącą falą oblewa Twe stopy chory płód mej duszy —

Szarymi skrzydły okrąża Cię obłęd mych ciemnych przeznaczeń — kolebko Ty moja, grobie Ty mój!

Z czarnych mgławic mego początku wyrosłaśw chmurne nieb stropy, w słabej muszli perłowejmego bytu płyniesz w głuche bezkresy, Ty bolesna piękności, coś jest ponad wszechpięknością —

Tęsknoto Ty!

I czemuż stałaś mi się grobem, czemuż płonąceTwe pienia, którymi innych rwiesz w niepojętekrainy piękna, kraczą w mej duszy złowrogiewróżby, a czerwone pochodnie, które innym stawiasz po drodze ku wzgórzu szczęścia, czemużgromniczną żałobą obstawiły mi łoże?

Byłaś mej braci słowem Boga, co z Niczegoświaty wyrzuca, byłaś jej żebrem Adama, coświęte cuda w sobie nosi, byłaś jej wiecznościąi bezgraniczem potęgi — tylko w moją głowęwwierciłaś suche kolce cierniowego wieńca —

Ty bolesna piękności, coś jest ponad wszechpięknością,

Tęsknoto Ty!

A przecież stało napisane, że moja dusza, sytaTwej boskiej siły, odrodzi od nowa w nowej potędze i piękności świat cały i wszechstworzenie —

— Bo i jemu i mnie dany ten sam początek —

Stało napisane, że dusza moja będzie mocąTwojej wszechmocy, powietrzem, które wszechstworzenie nową rozkoszą upoi, obejmie wszechświaty, porozrywa pieczęcie ich tajemnic, a nadgwiazdami od jednej do drugiej rozpostrze sięgdyby płaszcz królewski, a na nim spocznie Twójświęty majestat Odkupienia.

I jeszcze stało napisane, że oddasz się w mocmoją, dasz się ująć ślubną obręczą mego słowa,rozświetlisz mi dźwięki, co spod mych rąk wypłyną, w słoneczne dale mych pól rodzimych, roztętnisz barwy moje tą siłą i życiem, jakim drgawiosna we wiecznych porodach.

Spoza ciemnych gór miałaś wzejść krwawymsłońcem nad Twym nowym królestwem i nigdyjuż nie zapadać, bo w nowym Twym królestwiesłońce nie zapada.

Moją męką, moją Gehenną miałaś się odkupić na nową przyszłość, na Nowy Zakon.

A otóż patrz! Tu króluję, jak Pan Zastępów,Ja, Twoje odkupienie, i piekło Twoje!

Patrz! Majestat mój opanował wszechbyty. Ja,Twoje ostatnie słowo, co nieskończoną i przepotężną ręką pisze w ciemnościach przyszłości Czyn z Boga urodzony, Czyn Nowego Testamentu, Czyn rozerwania wszelkich pieczęci.

Tu siedzę na mym tronie i myślę, czym by Cięodkupić można.

A teraz widzę Cię!

Wokół Twej głowy wieniec tysiąca nagich błyskawic, burze lat tysiąca rozszarpały Twoje włosyi cała wieczność szczęścia i rozpaczy ludzkiej rozpasała się w Tobie. Płyniesz na tęczach rozszalałych mocy, a wola Twa gdyby otchłań kipiącychsił.

O daj mi akord, co by objął Twoją moc. Dajmi to wszechmocne słowo, daj mi to Stań się!pierwszego dnia, co by Cię wypowiedzieć mogło.

Ten akord, to słowo, co światy z ich torów postrąca, akord, co się jednym olbrzymim słońcem,jedną olbrzymią pożogą słońca od jednego krańcado drugiego na niebie rozleje — och, akord ten!och, słowo to!

Silniej, bliżej, straszniej! Ha! Kto zna tosłowo, kto zna ten akord?

Ja, ja znam tę pieśń, Ja, syn Twej burzy, Ja,syn Twojej rozpaczy, Twoich wiecznych obłędów!

Daj mi tę nową pieśń — silniej, bliżej! Bliżejjeszcze!

Rozlej się na światów przestworza strugamikrzyczących błyskawic, rozszalej się orkanem, cogóry piasku pod niebo rzuca, rozpioruń się groząJehowy, gdy ze Synai swe gromy ciskał: Jam jestPan Bóg Twój.

Już słyszę wściekłą wichrzycę skrzydeł tej pieśni, już kłębi się orkan jej mocy w moich żyłach,już prężę się, rosnę, wybiegam głową w niebo,już pękają fale, już przebłysk bezgranic, już oddech wieczności już...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.