drukowana A5
26.94
Miasto

Bezpłatny fragment - Miasto

Objętość:
150 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0769-3

OSOBY:

KSIĄŻĘ LESZEK, prawowity władca miasta.

MŚCISŁAW, naturalny syn ojca Leszka, uzurpator miasta.

RENATA, babka Leszka, matka ojca jego.

KINGA, stryjeczna siostra Leszka.

ZYGWART, najmożniejszy pan na dworze Mścisława.

HALSZKA, siostra Zygwarta.

WYSZOMIR, wojewoda, rycerz.

DAMIAN, syn jego, rycerz.

GNIEWOSZ, rycerz.

BOLKO z Mysłowic, rycerz.

SZALUTA, rycerz.

WITA, powiernica Kingi.

Rycerze, damy dworskie, paziowie, giermki, heroldzi,służebne i żołnierze.

AKT I

Scena: świetlica zamku książęcego na przełomie XII i XIIIwieku. Poprzez szerokie romańskie arkady pałacu widaćczerwoną symfonię dachów starożytnego miasta, które sięrozścieliło u stóp zamku położonego na wzniesieniu. Dzieńupalny słońcem lipcowem, więc wszystkie kotary, zasłaniająceszerokie arkady, są rozsunięte, tak, że widz ma ustawicznieprzed oczyma daleką perspektywę miasta, a raczej hardegogrodu. Po lewej i po prawej stronie komnaty, zamkniętejw głębi arkadami, duże wejścia, zasłonięte ciężkiemi kotarami, a prowadzącemi do przyległych komnat. Czas późnego popołudnia. Słońce ma się ku zachodowi, ale jeszczew pełnym blasku, całe miasto tonie w purpurze i złoci sięw fioletach i w całej ogromnej fanfarze światła gasnącego dnia.

SCENA I

KSIĄŻĘ MŚCISŁAW i ZYGWART.

ZYGWART

na pozór oddany, ale buńczuczno i hardo.

Wasza mość książęca miała już dosyć dowodówmej wierności, a i tym razem zrobiłem wszystko, cow mej mocy było. Nie jest to wątpliwem, gdy powiem,że samego djabła umiałbym w pole wywieść, ale duszatego młodzieniaszka dla mnie zamknięta na tysiąc spustów i zgoła niezrozumiała.

MŚCISŁAW

Czyś postępował według rad moich?

ZYGWART

cynicznie.

Wasza książęca mość wie aż nadto dobrze, że wewszelakiej sztuce chytrego podstępu, najkunsztowniejszych przebiegów, jestem niezrównanym mistrzem...poufale wszak tysiąc razy chwiała się głowa na moimkarku, zaczem mogłeś się panie tak szeroko rozeprzećna tym stolcu książęcym.

MŚCISŁAW

patrzy nań z ukosa, nakazująco.

Milcz!

ZYGWART

Nie wypominam tego, panie, boć na nic nie zdałybysię najwięcej kręte drogi, które ryłem do serc twoichpoddanych, na nic nie zdałyby się pułapki i wilcze doły,które kopałem dla niechętnych i opornych, gdyby nietwa mężna, iście książęca moc — a jeżeli z mych ustcoś się wyrwało, co twoją niechęć wzbudziło, to jedynieto, żem...

urywa

MŚCISŁAW

niespokojny.

Wiem, już wiem!

ZYGWART

Jestem, co prawda, łotrem, jak to ludzie nazywają...

MŚCISŁAW

pogardliwie.

Aż nadto jestem o tem przekonany...

ZYGWART

szyderczo.

O ile oczywiście moją miłość i przywiązanie dowaszej książęcej mości można nazwać łotrostwem...

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha!

ZYGWART

bezczelnie.

A wierność moja, tak wielka, że nie wahałbymsię mojej duszy djabłu zaprzedać chytrym służalstwemi chęcią zysku...

MŚCISŁAW

przerywa gniewnie.

Jeszcze ci mało?!

ZYGWART

składnie.

Obsypałeś mnie panie łaskami bez miary i liku,ale jałową rzeczą mi się wydaje, wyliczać ci, panie,moje zaiste łotrowskie usługi, którem w twej służbiepoczynił.

MŚCISŁAW

patrzy na niego podejrzliwie i z pewnym lękiem.

Miarkuj się w twych słowach, kryje się poza niemiharda niechęć i bunt.

ZYGWART

z lekkim uśmiechem.

Panie! Gdyby ktoś lata całe miał smażyć swójmózg, aby wynaleźć sposób, by doświadczyć mej miłości i wierności dla Ciebie, zaiste nie znalazłby takiego,któregobym chętnie na sobie wypróbować nie pozwolił.

MŚCISŁAW

przerywa.

Dosyć już, dosyć — Co wiesz o królewiczu?

ZYGWART

obojętnie.

Nic, zupełnie nic.

MŚCISŁAW

gniewnie.

Jakto? nic?!

ZYGWART

flegmatycznie.

Próbowałem wszystkich dróg, by się do skrytnychkomnat jego duszy dostać. Okazywałem mu przyjaźńtak gorącą i oddaną, jakiejby mu żaden śmiertelnikokazać nie mógł: na włosku wisiało moje życie, gdygo z ciężkim trudem dostałem w zasadzkę, która muniechybną śmiercią groziła, a ja z cięższym jeszcze trudem z niej go wyratowałem, bo aby dać dowód megowiernego oddania, nasadziłem skrytobójcę, którego potem sam na miejscu ubiłem, by królewicza ratować...Czyż to nie dosyć mości książe? Na nic się nie zdało,uśmiechał się wdzięcznie, dziękował wylanie, nagrodziłhojnie, ale do skrytek swej duszy nie przypuścił.

MŚCISŁAW

zniecierpliwiony.

I to wszystko?

ZYGWART

O nie, panie... Zastawiałem dla niego uczty, o których się nawet Lukulusowi nie śniło — chętnie przyjmował moje zaproszenia — pił przez noc całą najcięższe wina, a gdy się już wszyscy pijani pod stół zwalali, on trzeźwy wychodził, pilnował wart po murach i,nie mówiąc słowa i nikomu nie schlebiając, jednał sobieserca żołnierzy.

MŚCISŁAW

coraz więcej rozburzony.

A o najgłówniejszej przynęcie zapomniałeś?

ZYGWART

z obojętną swobodą.

O nie, panie, żaden choćby najwięcej przeżytyrozpustnik nie oparłby się takim pokusom, na jakie jago wystawiałem. Ale rzecz dziwna: z cichym, obojętnymi prawie szyderczym uśmiechem patrzył na najwięcejponętne kobiety, głaskał, gdy mu się łasiły i uśmiechałsię dobrotliwie, gdy już — już — jakby się zdało —miała go która usidlić, a potem pokłonił się raz, drugii trzeci — podszedł do jednej, poradził, by się lepiejodziała, inaczej naraża się na zaziębienie — tamtej znówpowiedział, że przejrzyste tiule i lekkie tkaniny nieukładają się tak dobrze na jej wspaniałych biodrach, jakciężkie brokaty: jednem słowem kpił sobie z wszystkiego: jak najwyraźniej kpił.

MŚCISŁAW

niespokojnie, wahająco.

A cóż powiedział, gdyś mu oznajmił, że wzywamgo na mój dwór?

ZYGWART

Pokłonił się i powiedział, że uważa sobie zaproszenie Twoje za nadmiar zaszczytu i z chęcią Twój rozkaz spełni.

MŚCISŁAW

porywczo.

Rozkaz?

ZYGWART

To też zaraz się poprawił, miłościwy panie, powiedział, że pragnie również poznać swego brata, aczkolwiek nie rodzonego.

MŚCISŁAW

wzburzony.

Co?! Co?!

ZYGWART

Temi słowy się wyraził.

Pauza. Mścisław chodzi silnie podniecony, ale hamuje się.

MŚCISŁAW

To wszystko?

ZYGWART

spokojnie.

Raz tylko udało mi się pochwycić na błysk momentu coś, czem zdradził, co w głębi jego duszy siędokonuje, albo się już dokonało.

MŚCISŁAW

niespokojny.

Co takiego?

ZYGWART

Może się mylę, może dlatego to dojrzałem, żem takgorąco czegoś się w nim dopatrzeć pragnął i tajemnicejego duszy poznać, ale gdy mu napomknąłem, że spotkana waszym dworze księżniczkę Kingę, córkę jego stryja,a którą sławetny władyka, stary książę na swym dworzerazem z młodym królewiczem wychowywał — to przeleciało coś gorącym ogniem po jego twarzy, a potemzastygło... Powiedział, że cieszy się, ujrzeć najbliższąkrewną — jak po długim namyśle dodał — a nierówniedroższą mu towarzyszkę lat dziecinnych.

MŚCISŁAW

w silnym podnieceniu, chwyta Zygwarta za ramię.

To, to powiedział?

ZYGWART

spokojnie.

Nic więcej ponad to, ale w oczach jego rozkwieciły się dziwne płomyki, których przedtem nigdy tamnie widziałem skłania się, może dlatego, przyznajęszczerze, że w nich czytać nie umiem.

Pauza.

MŚCISŁAW

obiega w najwyższem wzburzeniu komnatę, nagle przystajeprzed Zygwartem, ciężko dyszy.

Ty, ty, mówiłeś mi, że jesteś łotrem, a ja widzę,że nim nie jesteś. Powiedziałeś, że umiesz kłamać,a widzę, że kłamstwem się dławisz, że za tysiącemmasek się kryjesz, ale w tej chwili musisz być szczerym!

ZYGWART

po namyśle hardo.

Będę nim!

Znowu ciężka chwila milczenia i wyczekiwania, podczas której Mścisław obiega niespokojnie komnatę, jakby się lękał pytać, ale z nagłem postanowieniemstaje przed Zygwartem.

MSCISŁAW

z zapartym oddechem.

To oni — oni... wybucha oni się kochają?!

ZYGWART

Nie wiem, panie, waha się chwilę kazałeś mibyć szczerym i zrzucić maskę? tak?

MŚCISŁAW

Tak!

ZYGWART

A więc ci powiem szczerze, żeś księżniczkę Kingęsprowadził na twój dwór na zgubę swoją, zaślepionymiłością ku niej.

MŚCISŁAW

gwałtownie.

Milcz! chodzi ciężkim krokiem i znowu przystajeprzed Zygwartem Ona go kocha?!

ZYGWART

Nie wiem, panie, ale com zdołał wymiarkować, tojedynie to, że w oczach jego na wspomnienie Kingirozpaliły się dziwne płomyki i wydało mi się, jakobychętnie na wasz dwór z tej przyczyny przyjeżdżał.

MŚCISŁAW

pochmurnie, z dalekim zamysłem.

Tak, tak, tego, właśnie tego chciałem po chwiliniepewnie i chytrze trze czoło dłonią. Cóż ja to chciałemci powiedzieć? Aha! Aha! prawie szeptem Słuchaj,ty masz bardzo piękną siostrę — widziałem ją niedawno,bardzo piękna i jak mi się wydaje... rozumiesz?

ZYGWART

wrogo.

Wasza miłość raczy przestać!

MŚCISŁAW

z szyderczą dobrotliwością.

O co ci chodzi? To, że masz piękną siostrę, aznowu wiesz dobrze, że wszystkie serca niewieścielgną do tego pięknego młodzieniaszka, a, o ile mniepamięć nie myli, toś przed chwilą powiedział, że niemaani zbrodni ani łotrostwa, któregobyś dla mnie popełnić nie mógł...

ZYGWART

patrzy na niego długo, a potem:

Więc co?

MŚCISŁAW

twardo i jakby od niechcenia.

Nic!

ZYGWART

I ja staram się nic nie rozumieć.

MŚCISŁAW

rozdrażniony z szyderczym śmiechem.

Jakto? nagle nic nie rozumiesz? A niedawnochełpiłeś się, że ci żaden łotr nie dorówna?! syczącoWięc raz ci jeszcze powtarzam: twoja siostra piękna,twoja siostra bardzo piękna, rozumiesz teraz?

ZYGWART

wściekły.

Żądaj odemnie, panie, czego chcesz, ale rajfuremsiostry mej nie będę!

MŚCISŁAW

podchodzi, uśmiechnięty, lisim krokiem ku niemu.

He, he? Coś ty powiedział?

patrzy wyczekującona Zygwarta.

ZYGWART

opanowany.

Ja? nic! jeżeli miłościwa wasza łaskawość zapragnęła w nieskończonej swej dobroci, aby moja siostra zasiadła obok królewicza Leszka na waszym stolcukrólewskim, to przystoi mi wyrazić wam moją wdzięczność.

MŚCISŁAW

zaskoczony — potem śmieje się i patrzy wrogo na Zygwarta.

Dowcipny jesteś Zygwarcie i jaki nieporównaniesprytny z głuchem postanowieniem Bacz tylko o rycerzyku, czy twoja głowa dość silnie na twym karkusiedzi.

ZYGWART

kłania się głęboko z udaną pokorą.

A gdyby się nawet chwiać miała, chętnie ją u stópmiłościwego pana złożę.

MŚCISŁAW

patrzy chwilę, uśmiecha się i popada w roztargnienie.

A i to dobrze powiedziane... przechadza się zamyślony i znowu podchodzi do Zygwarta, surowo i nakazująco. Nie zapominaj, że masz piękną siostrę! PauzaTeraz wiesz, co masz robić. Zdaje mi się, że grzywęjeżysz, ale cokolwiek mówisz, lub czynisz, radzę cibacz końca i nie waż się o tem zapomnieć, że pięknąmasz siostrę.

ZYGWART

Posłusznym sługą twoim jestem, ale racz pozwolić, by sługa twój mógł odejść w spokoju.

Mierzą siędługą chwilę oczyma.

MŚCISŁAW

jak nieprzytomny.

A jednak, jednak, być może jeden, przeciera czoło.w całem mieście tyś jeden...

urywa, bo wchodzi księżniczka Kinga z służebną Witą.

SCENA II

KINGA

spostrzegłszy Mścisława zatrzymuje się w drzwiach, zanią postępuje powiernica i służebna jej Wita.

MŚCISŁAW

zdumiony.

Jakiż wielki zaszczyt mnie spotyka, iż księżniczkaraczyła po raz pierwszy, przekroczyć podwoje mojejkomnaty...? Zaiste, ważna okoliczność musiała was,księżniczko, do tego zmusić.

KINGA

wyniośle.

Dowiedziałam się, że bliski mój krewny, książęLeszek, z którym się na dworze jego ojca chowałam,przebywa na dworze waszej książęcej mości, chciałabym go widzieć i z nim pomówić.

MŚCISŁAW

patrzy na nią z dziwnym uśmiechem.

I ja już sam o tem pomyślałem — stanie się według twej woli, księżniczko — uprzedziliście tylko mój zamiar, bo już kazałem księcia Leszka prosić, by zechciałwłaśnie w tej godzinie swego z naciskiem brata odwiedzić.

KINGA

z ukrytą pogardą.

Brata?!

MŚCISŁAW

uśmiecha się szyderczo.

Oczywiście! Jeden ojciec ale inne matki — i cóż toma z całą sprawą wspólnego? Ale to są rzeczy jedynienasz ród obchodzące... Pozwólcie, księżniczko, przedstawić sobie mego znakomitego rycerza i, o ile wymiarkować zdołałem, mego najwierniejszego sługę Zygwarta...ponoć jedyny w całem mojem państwie, który się mnienie lęka, ani też za srogiego tyrana nie uważa, a nawet twierdzi, że mnie miłuje.

ZYGWART

Po swojemu, książę, po swojemu...

MŚCISŁAW

Dobrze i tak być miłowanym, choćby i tak — jakktoś głodny to i okruchami się zadawalnia.

ZYGWART

Gorzką jest, królu twoja mowa, ale bywa i tak,że widzi się próżnię tam, gdzie przez brzegi się przelewa.

MŚCISŁAW

Pewno — pewno, gdy się w sobie czuje taką pustkę,i próżnię, której nic wypełnić nie może... Masz słuszność Zygwarcie — idź w spokoju... roztargniony i wybacz jeśli jakieś gorzkie słowo powiedziałem: nie o tobiemyślałem.

Zygwart kłania się i wychodzi.

SCENA III

MŚCISŁAW

Zechcijcie księżniczko odprawić swą służebną, nietylko służebną, ale, jak do uszu mych doszło, najbliższąpowiernicę, bo nie chciałbym, by rzeczy, tyczące z naciskiem naszego rodu — obce, przynajmniej dla mnie — obce uszy wysłuchały.

KINGA

daje Wicie znak, Wita z głębokim ukłonem wychodzi.

SCENA IV

Chwila milczenia. — Mścisław chodzi roztargniony wokółkomnaty — nagle z uśmiechem.

MŚCISŁAW

Raczcie usiąć, księżniczko.

KINGA

siada i milczy, ale śledzi każden ruch jego.

MŚCISŁAW

obrzuca długiem spojrzeniem Kingę — przystaje przed nią.

KINGA

Czy Wasza Książęca mość czeka jakiego słowaodemnie, ma mi coś do rozkazania, lub chce mnie ukarać za jakieś niewczesne słowo? Słowo, które może bezwiednie wyrzekłam?

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha... Co też wy, księżniczko, sobie wyobrażacie?! Wprawdzie tam coś niecoś w nieporządkuz moim rodowodem...cynicznieale Zygwart, jedynymój przyjaciel w całem państwie — a wierzyć mu muszę,że mnie miłuje — twierdzi, że krew królewska nie plami, i ja miałem sam na tyle mocy i siły, że objąłemtron mego ojca, mimo, że mnie bastardem zowią... nieznacznie uśmiechniętyi wy, księżniczko, też musicie sięz tem liczyć, że mojej władzy podlegacie...

KINGA

zrywa się.

MŚCISŁAW

sadza ją z powrotem na krześle.

Tylko nie tak gwałtownie — książę Leszek tu zaraz nadejdzie... Ja wiem, aż nadto dobrze, żeście tylkodlatego tu przyszli, boście zapragnęli ujrzeć mego brataLeszka.

KINGA

z wzgardliwem zdumieniem.

O jakim bracie mówicie, książę?

MŚCISŁAW

O bracie Leszku, jak najoczywistszym moim bracie.Wprawdzie przypadek zdarzył, że nasze matki inaczejsię mienią — ale to niema nic do rzeczy. Może to tylkodziwny zbieg okoliczności — ha, ha, ha — a może i konieczność — bo ja wiem — ja tego wiedzieć nie mogę — w każdym razie do waszego rodu przynależę i jestemwaszym opiekunem poniekąd, jako pierworodny...

KINGA

zrywa się.

Nie potrzebuję opiekunów!

MŚCISŁAW

podbiega ku niej.

Wybaczcie! księżniczka — uniosła się niepotrzebnie — ja całkiem o czem innem myślałem — jestem rozdrażniony przykremi wieściami — nie lękajcie się mnie — wyście wystraszona — wybaczcie. Zygwart powiedział,że bywam czasami gorzki — tak — to mi się raz po razzdarza — nie wiem dlaczego i czemu bierze ją za rękę.Wierzcie mi, że przemawiało przezemnie li tylko jakieśprzesadne pragnienie, by wszystkim było dobrze ze mną,żeby na mnie ludzie nie patrzyli z przestrachem — ale...no, o miłowaniu nie mówię, ale z pewną przychylnościąi z tem przeświadczeniem, że djabeł nie taki zły, jakgo malują — Ja nic więcej ponadto...

opada w nagłej, ciężkiej zadumie.

KINGA

z odcieniem współczucia.

Dziwną jest wasza mowa, mości książę.

MŚCISŁAW

patrzy się na nią chwilę i uśmiecha się.

To już mi Zygwart powiedział poważnieje nagle izachmurza się, a nagle z ironią. Księżniczka wybaczy,że zapomniałem o tem, iż oczekujecie niecierpliwie księcia Leszka, więc nie dziw, że gdy mnie spotkał tengłęboki zaszczyt, bym mógł ujrzeć Jej piękne oblicze,posłyszeć Jej wyniosłe słowa, musiałem wprzódy przypomnieć sobie że ja, sierota, prawem mego pierworodztwa muszę być opiekunem sierot...

KINGA

wstaje wyniośle.

MŚCISŁAW

Cóż znowu, księżniczko? Padło znowu jakieś niebaczne słowo, którem cię uraziłem?

KINGA

patrzy na niego hardo i milczy.

MŚCISŁAW

Wybaczcie, raz jeszcze, wybaczcie — wyraziłemsię nieoględnie — mówiłem o sierotach, a wyście możniejsi od najmożniejszych możnowładców... Przecież jawiem, wiem, żeście pragnęli Leszka ujrzeć, jego widokiem się nacieszyć, przypomnieć sobie lata dzieciństwaz nim razem na dworze jego i mego ojca spędzonych —i dlatego sprowadziłem go na mój dwór.

KINGA

surowo.

Nie dlatego go szukam, by cieszyć moje oczy jegowidokiem i przypominać dzieciństwo, na dworze stryjamego spędzone, ale dlatego, by go prosić o wstawieniesię za mną do waszej książęcej mości...

MŚCISŁAW

zdumiony.

O co?

KINGA

wybucha.

Obmierzł mi ten przepych, którym mnie otaczacie,duszą mnie kwiaty i wonności któremi moja komnatazatruta, nogi moje się plączą w zbyt kosztownychi miękkich kobiercach, nudzą mnie niepotrzebne służebnice — krzyk pawiów i rajskich ptaków sen mi zakłóca, a tu jest klucz od szkatuły, której jeszcze nieotworzyłam, a kosztowności, w niej zawartych, oglądaćnie pragnę.

MŚCISŁAW

patrzy na nią w zamyśleniu.

Wybaczcie, księżniczko — jestem głęboko zasmuconymoją niedołężną gorliwością. Pragnąłbym, by wam tuna moim dworze było jak najlepiej — ja nie znam sięna sprawach niewieścich — mówiono mi, że to wszystko jest dla oczu i reszty zmysłów wysoce urodzonych księżniczek miłem, i ich dostojnego pochodzeniagodnem. Nie moją to winą, że mnie w błąd wprowadzono. Pośrednictwa księcia Leszka, z którym razem wychowaną byłaś, nie było na to potrzeba. By pawiom irajskim ptakom kazać mojemu kucharzowi karki poukręcać — zdadzą się na pieczyste na stół królewski —by kwiaty podeptać i powyrzucać — gdy pogniją będądoskonałą mierzwą, miękkie kobierce przydadzą się podczułe i powabne kolana służebnic, gdy zechcą na klęczkach wyrażać panu swemu czołobitność swoją: by towszystko spełnić nie potrzeba zaiste niczyjego pośrednictwa.

KINGA

Dość książę, tych niecnych szyderstw...

MŚCISŁAW

poważnie.

Mylicie się, księżniczko — ja nie szydzę — ja jestemna wasze rozkazy — nie potrzebujecie prosić: rozkazujcie, księżniczko, a w mig jej rozkazy spełnione zostaną.

KINGA

Pastwicie się nademną? Taki możny i silny władca chce się pastwić nad bezwładną niewiastą?!

MŚCISŁAW

ostro.

Dosyć! Nie myślę się pastwić — nagle nie wiemtylko, czem dogodzić? twardo. Nijakiej krzywdy księżniczce nie czynię. Wam się zdaje, żem was, ciebie i Leszka, sprowadził tu w niewolę — mylicie się — chciałemwas mieć przy sobie — by... urywa, uśmiecha się. Nielękajcie się, żadna krzywda wam się nie stanie — dopóki nie zapomnicie, że ja — ja pierworodny — tu wtem państwie jestem panem i władcą.

KINGA

Grozisz?

MŚCISŁAW

Nie, nie grożę, ale przypominam, chodzi wzburzony,po chwili opanowany — zimno. Jestem powolny rozkazom księżniczki. Jakiej zmiany żądasz?

KINGA

Dobrotliwym jesteś — zbyt dobrotliwym. Przytłaczasz mnie nadmiarem swej dobroci.

MŚCISŁAW

Nie jestem ani dobrotliwym, ani dobrym, ani nawet wspaniałomyślnym — najlepszym dowodem, że niemam ochoty pozbywać się władzy, która, jako pierworodnemu, nie z łaski Boga, ale po ojcu moim naturalnym prawem odziedziczyłem — chcę tylko młodszegomego brata zarówno jak ciebie, już nie jako krewnych,bo tego krewieństwa uznać nie chcecie, ale jako miłychmoich gości jak najlepiej wedle sił moich podjąć.

KINGA

Więc daj mi celę — prostą celę — by wreszcie mojaniewola się skończyła: prosty, taki zupełnie prosty klęcznik — i sznur i włosiennicę, bym mogła Boga przebłagać za grzechy brata mego ojca.

MŚCISŁAW

patrzy na nią długo, nagle wybucha śmiechem.

Ha, ha, ha! jak doskonale to powiedziałaś — i jakgłęboko tkwi niewidzialny korzeń, który syci niebotyczną koronę palmy twej nienawiści ku mnie — ha, ha, ha...chciałaś powiedzieć: stryja twego, który i mnie spłodził...Nie zrywaj się, księżniczko Kingo — gdybyś wiedziała,jak jesteś piękną w tej chwili — jak królewską dumą pałatwe oblicze... I o jakiej to niewoli mówisz? Niewola to,że cię otoczyłem zbytkiem i bogactwem, którem gardzisz bo nie Leszek, ale ja, ja je posiadłem? — niewolaże pozwoliłem zatrzymać służebną twoją Witę, o której aż nadto dobrze wiem, że mnie z wszystkich siłnienawidzi — a może niewola, żem sprowadził towarzysza twych lat dziecinnych, księcia Leszka, który wtej chwili tu się zjawi, aby ci swym widokiem rozjaśnił twą niewolę? Ha, ha, ha!

bije pałką w tarcz — wpadapaź do komnaty.

MŚCISŁAW

W tej chwili wprowadź tu księcia Leszka!

paź wybiega.

MŚCISŁAW

przystaje chwilę przed Kingą, z szyderczym bólem.

Och, jak jesteś teraz podziwu godną! jak błyszczątwoje oczy, jak płoną lica, jak nozdrza twoje się rozdęły, jak gdyby wietrzyły woń świeżej krwi mojej —gdybyś to widziała, samabyś siebie, księżniczko, podziwiać musiała! Ha, ha, ha!

SCENA V

Wchodzi Leszek — patrzy zdumiony i ogarnia oczyma Kingęi Mścisława, kłania się głęboko i przystaje z udaną pokorą.

KINGA

zrywa się.

Leszku! Leszku!

LESZEK

nieśmiało, głosem cichym przytłumionym.

To ty Kingo?

KINGA

Ja, Ja!

LESZEK

chyli się, by jej rękę pocałować.

KINGA

wyciąga do niego serdecznie obie ręce.

Zapomniałeś mnie? To ja — ja — Kinga!

Mścisław patrzy się na całą scenę z tajonym bólem.

LESZEK

nieśmiało.

Tak cię dawno nie widziałem — nie śmiem moimoczom wierzyć, że to ty — ty...

KINGA

prawie równoczesnie.

Tak dawno cię nie widziałam, że oczom moimnie wierzę... To ty Leszku?!

LESZEK

Ja — ja Kingo...

ogląda się niespokojnie na Mścisława,puszcza jej ręce — znowu w pokornej, nieśmiałej postawie.Mścisław patrzy bacznie na całą scenę i Leszka z jakimśzłowrogim uśmiechem, cicho podchodzi do Leszka.

MŚCISŁAW

Jakże się wasza książęca mość czuje na moimdworze?

LESZEK

Niezgorzej, królu — wcale nienajgorzej. — Wybaczcie powściągliwe słowa moje, ale zaledwie tydzieńupłynął, jak raczyliście mnie do siebie powołać.

MSCISŁAW

roztargniony — jakby myślał o czem innem.

Witam was serdecznie. Zbyt poważne i nie cierpiące zwłoki sprawy nie pozwoliły mi dotychczas waspowitać, ale wieści, które mnie o was doszły, pozwalają mi żywić nadzieję, że staniecie się silną i pewnąpodporą mego — rozumiecie? — mego tronu. Cóż tak zdziwieni na mnie patrzycie?

LESZEK

Ja? zdziwiony? Słucham, królu, uważnie wszystko,co mi na wagę mego rozumu kładziecie.

MŚCISŁAW

Nie wymagam, ani chcę, byście... trzeba być wtych ważnych sprawach otwartym, bo... aha! cóż ja tochciałem wam rzec? przeciera czoło i siada. Wiesz —pewno, i wiedzieć musisz... no tak! Mamy wspólnegoojca... Wyczekująco patrzy, jakie wrażenie jego słowa naLeszka wywarły. — Z naciskiem wspólnego ojca!

LESZEK

kłania się i milczy.

MŚCISŁAW

z piorunem w oku.

Zanim tyś na świat przyszedł, już ja byłem jegosynem!

LESZEK

znowu kłania się i milczy.

MŚCISŁAW

Ha, ha, ha... To ci może nie na rękę? Co? hamuje się O prawa pokrewieństwa ani z księżniczkąKingą ubiegać się nie mam chęci, ani czasu — prawomnie nic nie obchodzi, bo ja — ja sam stanowię prawoi jestem prawem.

LESZEK

znowu ze spuszczonemi skromnie oczyma, kłania się.

MŚCISŁAW

patrzy długo to na Leszka, to na Kingę, która z zaciętymuporem patrzy na Leszka — potem wstaje uroczyście.

Tu ja panuję prawem mego pierworodztwa, jamtu królem. Cokolwiek odemnie, swego króla zażądacie,nie zaznacie hojniejszej ręki...

KINGA

nie mogąc się dłużej hamować.

Cokolwiek raczymy od ciebie przyjąć...

MŚCISŁAW

Milcz!

LESZEK

daje znaki Kindze, by się opanowała, Kinga cofa się, hamując gniew.

MŚCISŁAW

Jakeś to powiedział przed chwilą? Kładę słowa nawagę rozumu? tak powiedziałeś?

LESZEK

Tak powiedziałem.

MŚCISŁAW

Aczkolwiek mi przykro już na progu powitać cięsłowem, które nie licuje z otwartem i szczerem obliczem mej gościnności, to jednakowo powiedzieć ci muszę, że będę ci najmiłościwszym panem...

i patrzy wyczekująco.

LESZEK

z pochylaną lekko głową, milczy.

MŚCISŁAW

Panem i bratem — rozumiesz?

LESZEK

kłania się, nie zmieniając wyrazu twarzy ni pozy.

MŚCISŁAW

z naciskiem.

O ile nie zapragniesz przekroczyć progu mojejwładzy, mojej mocy i mych praw. Baczysz?

LESZEK

Baczę pilnie na każde słowo waszej mości.

MŚCISŁAW

Pamiętaj, że ja tu jestem władcą i panem.

LESZEK

jak echo.

Władcą i panem.

MŚCISŁAW

siada i wlepia w Leszka oczy, po chwili.

Leszku!

LESZEK

tym samym głosem.

Do usług twoich, panie.

MŚCISŁAW

patrzy coraz uporczywiej na niego.

LESZEK

po chwili.

Co wasza mość...

MŚCISŁAW

uśmiecha się.

Nic — zupełnie nic (mruczy). No tak — tak... patrzyna Kingę każę przygotować celę, Kingo — i klęczniktwardy i włosiennicę... patrzy przed się zamyślony, nagle, jakby ochłonął z ciężkiego snu: Teraz pozostawiamwas samych — Dawnoście się nie widzieli... podchodzido Leszka: Wybacz, jeśli z ust moich padło jakieś twarde słowo — wszak nie miałeś dotychczas powodu skarżyć się na mnie — przyznaj...

LESZEK

Nie, królu!

MŚCISŁAW

A ty Kingo?

KINGA

kłania się i uparcie milczy.

MŚCISŁAW

Czemu milczysz? Czym cię kiedykolwiek uraził?

KINGA

Milczenie moje najdoskonalszem świadectwem, żenie mam innego życzenia, prócz tego, by zostać razemz towarzyszem moich najrychlejszych lat, którego takdawno nie widziałam.

MŚCISŁAW

patrzy na nią długo.

Stanie się według waszego życzenia do Leszka:Za chwil parę zawoła cię mój herold do sali tronowej,zwołałem tam możnych i panów mego grodu, by cięgodnie uczcić i w poczet moich rycerzów zaliczyć.

wychodzi.

SCENA VI

LESZEK i KINGA

patrzą chwilę na siebie.

KINGA

Leszku — bracie mój — podchodzi ku niemu: Cośty taki nieśmiały, to przecież ja, Kinga, towarzyszkatwoich lat najmłodszych...

LESZEK

schyla głowę.

Twoja piękność onieśmiela mnie — pozwól przeciera czoło, niech sobie uprzytomnię, że najnieuchwytniejszy sen staje się zjawą... Małą dziewczynką byłaś,gdy nas wola tego — tego naszego pana i władcy rozłączyła — pamiętam cię małem drobnem dzieckiem —dziś widzę cię... zmieszany Jestem tak olśniony... nie,nie to... ja cię taką zawsze w snach widziałem i znowunie taką...

KINGA

Leszku — gdybyś wiedział, jak moje serce za tobąwołało — tyś — patrzy na niego jabym ci chciała wszystko powiedzieć, a język mój się plącze, ja nie wiem — nic już nie wiem — ja tylko miałam jedną myśl, jednopragnienie: Leszek — Leszek! śmieje się i płacze i rzuca mu się na szyję — nagle: Coś taki wylękniony? Niejesteś szczęśliw, żeś razem ze mną?

LESZEK

patrzy na nią uporczywie.

Jakaś ty piękna!

KINGA

Dziwi cię to?

LESZEK

Czyż to grzech, że nawet w mych najwięcej stęsknionych snach nie widziałem cię tak piękną?

KINGA

Szczęśliwa jestem tem, co mi mówisz. Gdyby mito kto inny mówił... ten — nasz król — zapragnęłabymbyć brzydką, jak noc, ale dla ciebie, Leszku...

LESZEK

tuli ją i milczy.

KINGA

Czemu nic nie mówisz?

LESZEK

Tęskniłem za tobą, nie mogę teraz uwierzyć, żeto ty, ty... Kinga przy mnie!

KINGA

śmieje się płacząc.

Leszku jedyny! Gdybym ja była w stanie pojąć toszczęście, że cię widzę — ciebie — och jaki ty — urywa jakiś ty mi nieskończenie bliski i... i... obcy — Czemupatrzysz na mnie tak obco? Czemuś taki strwożony...?

LESZEK

Nie — nie — jeszcze nie mogę uwierzyć, że to, zaczem tak gorąco tęskniłem... że ten sen stał się ciałemodwraca się od niej i patrzy poprzez arkady krużgankana w dali zarysowany widok miasta Widzisz?

KINGA

Widzę! Wszystko widzę, co chcesz, bym widziała...

LESZEK

zamyślony.

To nasze miasto.

KINGA

Nasze? To przecież jego...

LESZEK

Czyje?

KINGA

Jego!

LESZEK

Ha, ha, ha... Jego, jego — O nie! To nasze — on jetylko dzierżawi do czasu — do czasu...

KINGA

Nie rozumiem cię.

LESZEK

To miasto nasze! Moje! Wypuściłem je w dzierżawę, to moje miasto! Ty go nie pamiętasz, boś jeszcze dzieckiem była, ale ja pomnę każdy zakątek, każdą bramę, każdą basztę otaczających go murów. Tam,gdzie sterczy ta wyniosła wieża — widzisz? Tam ojciecmój przyjmował obce poselstwa — tam mu składano kosztowne podarki, by sobie przyjaźń jego zaskarbić — tamna rynku, pod tą wieżą, rozbrzmiewały okrzyki i wiwatyna cześć ukochanego króla, tam się odbywały turniejei zabawy rycerskie — tam, widzisz tę basztę? Było oblężenie — ojciec drwił sobie z wroga — wziął mnie naręce, pokazał mi cały ogromny obóz pod muramimiasta i powiedział: jutro tu ich nie będzie — dobrzesię przypatrz — i jutro ich już śladu nie było — atam — tam za tą bramą te łąki i lasy, widzisz? Ośmiulat nie miałem, a już dosiadałem najdzikszego rumakaze stajen królewskich — miałem ich dziesięć i naklęczkach ojca prosiłem, by mi wraz z sobą w poleprzeciwko wrogom naszego miasta pozwolił wyruszyći ty — ty...

KINGA

Nic, już nic — teraz wiem: to nasze miasto — nasze!

LESZEK

Jakie ono piękne, dumne! Takiem go już dawnonie widziałem: wyblakło mi w pamięci, a teraz w gorętszych jeszcze barwach odżyło — widzę je przed sobą, a nigdy tak za niem nie tęskniłem patrzy w uniesieniu. Och tu — tu razem z nią — tak! razem z niąchłonąć ten wielki cud — patrzeć na te mury, co z takąmacierzyńską pieczołowitością przywarły do miasta,patrzeć w głąb na wijącą się dolinę, na ciemne wodyfos, na wysokie leszczyną i dzikim bzem porosłe wały,tę przednią, wierną straż, co mego świętego miasta,miasta mych ojców strzeże — och, nocami całemi siedzieć tu z nią razem i patrzeć... z nią razem...

KINGA

Z kim? z kim razem?

LESZEK

A w czasach wielkich tryumfów nieść ją na rękach, gdyby święty sakrament.

KINGA

Kogo? kogo?

LESZEK

A w czasach pokoju i beztroski chadzać z niąw cienistym parku zamkowym, w miesięcznych nocachszeptać jej słowa tak ciche i słodkie, jak poszum blasków gwiezdnych...

KINGA

Nudzi mnie to miasto — obmierzło mi i zbyt sięopatrzyło — chodźmy stąd — poproszę jutro króla, bymi pozwolił wrócić do klasztoru, z którego nie wiemdlaczego tu mnie przywleczono.

LESZEK

nie zważa.

Tu z nią razem — z nią tu usiąść syt bojów ichwały i tulić ją do siebie i szeptać jej tylko: patrz:to nasze miasto...

KINGA

zrywa się.

Czyje?

LESZEK

Nasze!

KINGA

O kim mówisz?!

LESZEK

Jakby się ocknął z dalekich snów, zdumiony.

O kim ja mówię?

KINGA

Leszku!

LESZEK

zrywa się.

Tyś nie wiedziała o kim ja mówię? gwałtowanie O tobie i o mnie!

KINGA

O mnie mówiłeś? Ze mną to wszystko — to... tow blasku — w tryumfie — w sytej potędze — ze mną?

LESZEK

w zamyśleniu dalekiem.

Z tobą, Kingo — tylko z tobą!

KINGA

Leszku! panie jedyny — władco... Może my śnimy?przeciera czoło jakiś ciężki, bolesny, a tak nieskończenie rozkoszny sen... Och, jak tu parno! — chodź — wyjdźmy stąd.

LESZEK

zupełnie trzeźwo.

Nie mogę — lada chwila nadejdzie tu posłanieckróla, który mnie ma zawezwać do sali tronowej.

KINGA

Przecież tyś tu królem!

LESZEK

Jeszcze nie — jeszcze nie... Niezadługo...

SCENA VII

Drzwi się zwolna rozchylają — w drzwiach staje siwowłosa, surowa, majestatyczna stara matrona i zwolna itajemniczo wchodzi do komnaty.

KSIĘŻNA RENATA

zwrócona do Leszka.

Szczęśliwe oczy moje, że danem im było ujrzećraz jeszcze swego wnuka.

LESZEK

cofa się zdumiony.

KSIĘŻNA RENATA

Nie dziwię się, iż mnie nie poznajesz — dzieckiembyłeś wówczas... spostrzega Kingę A — a... i ty tu jesteś — patrzy długo na Kingę. Wszystko przedemnąukrywali, ale wojewoda Wyszomir tajemnicę mi wyjawił. Do Leszka zwrócona że tu jesteś... zamyślona doKingi. A po co ciebie, dziecko, tu więżą? śmieje sięcicho pewnoś im na coś potrzebna... No — chodźże,Leszku, stare moje oczy tęskniły, by cię ujrzeć.

LESZEK

idzie ku niej, ale lękliwie, jakby widmo widział przed sobą —całuje jej ręce.

KSIĘŻNA RENATA

głaszcze jego głowę i coś niewyraźnie mruczy, naglełagodnie do Kingi.

Oddal się stąd, dziecko, tyle — tyle lat nie widziałam mojego jedynego wnuka na — dworze Mścisława —mówiono mi, że on daleko, ale ja od kilku dni jużczułam, że on tu jest.

KINGA

strwożona.

Czemuż mnie oddalacie — czyż nie należę i ja dowaszego rodu?

KSIĘŻNA RENATA

Są rzeczy, które tylko z ust do ust iść mogą,które tylko jednemu z rodu powierzyć można — ja samazwiązana jestem tajemnicą, którą tylko jedynemu z rodupowierzyć mogę.

KINGA

bezradnie.

Leszku!

LESZEK

spokojnie ale stanowczo.

Trzeba uszanować wolę tej, która była matkąmego ojca.

KSIĘŻNA RENATA

wyniośle.

Więcej nad to!

urasta nagle do siły majestatu iwładzy.

KINGA

cofa się ku wyjściu, składa głęboki pokłon i wychodzi.

LESZEK

chce ku niej podejść, ale księżna przykuwa go rozkazującymwzrokiem.

SCENA VIII

KSIĘŻNA RENATA

siada na krześle, patrzy długo na Leszka — tajemniczo.

Leszku — bliżej — bliżej tu ku mnie — patrz! tymipalcami wystukiwałam minuty i sekundy, kiedy cięstęsknione oczy moje znowu ujrzą... A moje oczysłabły i ślepły, ale rozkazałam im jeszcze tyle mocyzatrzymać, by obraz twój pochwycić i już po całąwieczność wkuć w siebie mogły — słyszysz mnie?

LESZEK

klęka u jej stóp.

Czego żądacie odemnie, babko?

KSIĘŻNA RENATA

Ofiary, wnuku!

LESZEK

zrywa się.

Ofiary?!

KSIĘŻNA RENATA

Czas twój nadszedł — będziesz panem tego grodui miasta, jeżeli spełnisz tę jedną ofiarę.

LESZEK

Jaką myślicie — babko?

KSIĘŻNA RENATA

ciszej.

Mścisław — ten bastard przeklęty, miłuje Kingę — ty zjednaj sobie Zygwarta, a Zygwart ma piękną siostrę, i pragnie, by jego piękna, dumna siostra zasiadłana stolcu książęcym.

LESZEK

przerażony.

Kinga ma być ofiarą — czemu? dlaczego?

KSIĘŻNA RENATA

Bo inaczej być nie może.

LESZEK

milczy w ciężkiej rozterce.

KSIĘŻNA RENATA

Mów!

LESZEK

milczy.

KSIĘŻNA RENATA

Będziesz niepodzielnie panował nad tem miastem — a ten bastard... zrywa się z płonącemi oczymapodstępem, fałszem, zdradą i zbrodnią przywłaszczyłsobie po śmierci twego ojca, który zginął, broniąc wolności tego miasta, władzę i dziedzictwo i odebrał, natwoje życie czyhał, ale ja czuwałam — w tem świętem mieście zaklęta jest dusza twoich ojców i praojców przez wieki wieków — do odwiecznego łańcuchaprzyczepiło się niegodne z innego nieszlachetnego metalu ogniwo — skrusz je! skrusz na proch!

LESZEK

trwożnie.

A nadszedł już czas?

KSIĘŻNA

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.