drukowana A5
30.15
Dzieci szatana

Bezpłatny fragment - Dzieci szatana

Objętość:
179 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0766-2

Pierwszy rozdział. Król nowego Syjonu

I

Gordon silnie pochylił się naprzód i zmierzył Ostapa ostrym, niespokojnym spojrzeniem.

— Musisz to zrobić, Ostapie, nie możesz się cofnąć, skoro raz przyrzekłeś; teraz już za późno.

Ostap spojrzał na niego bezrozumnie, pomyślał chwilę i rzekł:

— Nie, nie mogę! Rozumiesz? nie mogę!

Zbladł niezwykle, a twarz mu drgała.

Gordon przechylił się na krześle.

— Musisz! — wyrzekł po chwili.

— Nie chcę! — krzyknął Ostap rozszalały. — Nie chcę! Wszak jesteś człowiekiem! Czyż nie pojmujesz, że tu idzie także o mego ojca? Czyż nie pojmujesz: skoro tylko wskaże mi sposób otwarcia szafy, stanie się współwinnym.

Gordon uśmiechnął się.

— Jeżeli nic nie przeszkadza prócz ojca...

— Co? Co chcesz przez to powiedzieć?

Gordon znowu się uśmiechnął.

— Dziwny z ciebie człowiek. Czasem jesteś ostry jak lancet, a potem sentymentalny, miękki i śmieszny jak dziewczynka. Co to właściwie jest — ojciec? Mnie nie omamisz takimi powodami. Masz zapewne na myśli takiego pana, który cię spłodził wbrew swojej własnej i twojej woli. Ha, ha, ha... Wszakże nie prosiłeś go o to, co? Życie przecież nie jest znowu tak nadmierną rozkoszą — he? Zresztą nie mam ochoty do dysput filozoficznych. Musisz to zrobić, i zrobisz! Ależ to śmieszne, ta historia z ojcem!... Co pijesz, herbatę czy grog?

Ostap usiadł i tępo spoglądał ku ziemi.

Milczeli długo.

Gordon palił papierosa i nieustannie patrzył na Ostapa.

— Nie, nie mogę! — Ostap zerwał się i gorączkowo zaczął chodzić po pokoju. — Nie mogę gubić siebie i ojca.

— Ależ o tym nikt się nie dowie. — Gordon zaczął się niecierpliwić. — Nikt się nie dowie, że w ogóle miałeś klucze w ręce, i nikomu nawet przez myśl nie przejdzie, że ojciec wskazał ci, w jaki sposób otwiera się szafę... Tak głupim nie jestem, a ty zanadto mi jesteś potrzebny, abym chciał gubić cię dla takiej błahostki... Szafę potem się rozbije...

— Boże, jakiś ty przebiegły! — Ostap stanął przed nim szyderczo, ale w tej samej chwili począł znowu chodzić zamyślony po pokoju.

— Zresztą nikomu przez myśl nie przejdzie, żeby szukać szafy.

— Co? co? — Ostap stanął zdumiony. — A co z nią zrobisz?

— To już moja rzecz; wiesz, że umiem sobie radzić z takimi drobnostkami.

Gordon wstał niecierpliwie, ale wkrótce znowu usiadł.

Ostap zaśmiał się złośliwie.

— A jeżeli mimo wszystko tego nie zrobię?

Zmierzyli się nienawistnym okiem.

— Pytasz się, co wtedy?

— Tak.

— Ano, następstwa znasz tak samo jak ja... Ot, napij się herbaty; nie, weź lepiej rumu... czy ci zimno? Ty drżysz.

— Tak, zaziębiłem się. Wszak nieustannie deszcz pada.

Ostap pił gorączkowo i długo tarł czoło.

— Byłem zaciekawiony twoim podnieceniem.

— Może tylko dla ciebie... — Gordon uśmiechnął się.

Ostap spojrzał na niego ponuro, nic jednak nie powiedział i popadł w tępe zamyślenie.

— Co zrobić z psem? — zapytał nagle.

Gordon spojrzał nań zdziwiony.

— Pies? No, cieszy mnie, że pamiętasz o szczegółach... Psa naturalnie się otruje. Kawałek ciasta z tłuszczem zatrutym za pomocą nux vomica... co?

— Doskonale się na tym znasz, jak się zdaje — zaśmiał się Ostap wrogo.

— Czyś jeszcze tego nie zauważył? Czy choć raz jeden byłeś narażony na niebezpieczeństwo przy naszej robocie? Zresztą postępowanie twoje bardzo mnie dziwi. Jeszcze przed dwoma dniami zupełnie się na to zgodziłeś...

— Czy może się boisz, że zdradzę plan? — zawył Ostap rozwścieczony.

— Nie, o to mi nie idzie. Ale sądzę, żeś ty chory. Mózg twój jest nieco nadpsuty... kobieta cię niszczy... Słaby z ciebie człowiek...

Gordon spoglądał nań bardzo długo i poważnie.

— Słaby z ciebie człowiek — powtórzył.

Ostap stanął i spojrzał na Gordona niezwykle smutnie.

— Nie, słuchaj... ja właściwie nie jestem słaby, jestem bardzo, bardzo znużony.

— Znużony?

— Tak, znużony! A w takich stanach znużenia ogarnia nas trwoga przed każdym czynem. Dotychczas nie lękałem się, ale teraz jestem znużony. Szuka się w takich chwilach wymówek, żeby tylko wykręcić się od działania. Ja przecież wiem, że tyś tę całą sprawę obmyślił... A prawda, kasa łączy się z budzikiem...

— W takim razie musisz przeciąć druty.

— Ja?

— Tak, ty!

— Niech i tak będzie... Ale, cóżem to miał powiedzieć? Aha, widzisz, jestem znużony. Zadałem sobie pytanie, po co my to wszystko robimy. Po co?

Spojrzał na Gordona i chory uśmiech przewijał mu się przez usta.

— Po co? Czy czekasz na odpowiedź?

— Odpowiedź? Hm, nie — właściwie nie. — Przecież główne warunki czynu muszą istnieć, wszak prawda? Nienawiść lub miłość. Tak, nienawiść lub miłość... ale do kogo?

— Powiedzmy do siebie samego.

— A jeżeli ktoś swoje ja utracił?

— W takim razie trzeba to zrobić po to, żeby je odzyskać.

— A jeżeli komuś zupełnie nie zależy na tym, aby swoje ja odzyskać?

— Nie można żyć bez tego ja. Człowiek musi w takim razie zginąć. A skoro już ma zginąć, to przecież obojętne, czy przedtem spełni taki czyn. Można go spełnić z różnych pobudek... ty wiesz.

— Ja nic nie wiem. Nie wiem, dlaczego mam ten czyn spełnić. Wszakże to obojętne, jeżeli go nawet nie spełnię.

— Rozumie się.

— A więc nie zrobię tego!

Gordon wzruszył ramionami.

— Jak uważasz! Jeżeli ci obojętne, czy zginiesz za kilka dni, czy za kilka lat...

Ostap długo patrzył na Gordona, jakby nieprzytomny.

— A więc istotnie sądzisz, że mnie usuną, jeżeli tego nie zrobię?

— Tak.

Ostap nie słyszał odpowiedzi. Trząsł się z zimna.

— Pewnie całkiem przemokłeś? — zapytał Gordon.

— Nie. Zagotuj tylko dobrze wodę... — skupił się... — Otóż, Gordonie, wszak ty wiesz, że ja wszystko mogę zrobić, tylko że od pewnego czasu źle ze mną. Rozumie się, że wszystko, co obiecałem, zrobię. Wszakże nie wątpiłeś o tym ani na chwilę... Nie mam teraz wiary, ale idę za tobą, bo ty ją masz... Ja właściwie nie wiem, dlaczego ty masz dla mnie tak wielkie znaczenie, i nie zastanawiałem się nad tym nigdy, ale, kiedy wówczas przed dwunastu laty wszedłeś do klasy i kiedy zmierzyliśmy się pierwszym ponurym spojrzeniem, od razu poczułem — tak, wiedziałem doskonale: ten oto, to twoje fatum! Właściwie nie stałeś się nim... Wszakże miałem te same myśli i te same zbrodnicze skłonności... ale twój mózg był silniejszy...

Zamilkł i spojrzał na Gordona. Gordon siedział z nieruchomą twarzą i patrzył niemal obojętnie przed siebie.

— Gordon, czy ty wierzysz w to, co robisz?

— Dlaczego się pytasz?

— Chcę wiedzieć! Nie chcę, ażebyś mnie wodził na pasku.

— Ależ nie krzycz tak! Ogromnie egzaltowany z ciebie pan... Nie trzeba nigdy badać, czy się wierzy czy nie. Wiara jest, to wystarczy. Wiary się wcale nie traci. Nie wierzę, żeby można ją stracić. Albo cały byt, cała dusza i wszystkie jej instynkty tak są przesycone pewnymi zasadami, a każdy nerw tak zrośnięty z pewnym dogmatem, że musi się coś robić, we śnie, z konieczności, mimowolnie, wbrew wszelkiemu przeciwnemu rozumowaniu, albo też nie... W pierwszym razie mamy do czynienia z wiarą, w drugim... no tak, drugi wypadek wcale nie istnieje. Miliony ludzi wyzbyło się teoretycznie wiary w dobro, a jednak postępują dobrze, bo mają wiarę w instynkcie, bo dobro jest wiarą... A tak, wcale nie jestem usposobiony do filozofowania. Ja zresztą wcale nie chcę wodzić cię na pasku. Chcę niszczyć nie na to, żeby odbudować ruiny, ale na to, żeby niszczyć. Bo zniszczenie jest moim dogmatem, moją wiarą, moim ubóstwieniem. Może się mylę, może pragnę nieświadomie dobra, może przecież w tym wszystkim tkwi myśl o ludzkości, ale to jest mi obojętne. Chcę tylko zniszczenia. Zresztą nie mam wcale ochoty powtarzać ci jeszcze raz, co już tysiąc razy ci powiedziałem... Szukasz zastrzeżeń, zarzutów, bo jesteś zakochany... a miłość wszak jest absolutną rzeczywistością... Jest pragnieniem szczęścia, życia, rozkoszy, wszystkiego tego, czym gardziłeś jeszcze przed pół rokiem (mówię: przed pół rokiem)... He, he, dlaczegóż byś i ty nie miał być szczęśliwym? Tylko nie powinieneś kłamać i szukać gdzie indziej przyczyn twego stanu... Ale tyś taki blady... Czy może zmienisz ubranie?

— Nie, dziękuję, odchodzę zaraz...

Ostap opuścił głowę, potem spojrzał na Gordona z idiotycznym uśmiechem.

— Słuchaj, nieprawdaż... Wszak ona mnie nie kocha?

— Kto?

— Hela.

— Nie!

— Czy jesteś tego pewny?

— Zdaje mi się, że tak.

Ostap rozśmiał się ochryple.

— Czy ona ciągle jeszcze jest twoją kochanką?

Gordon zaniepokoił się, oczy mu błyszczały.

— Czy tak?

Gordon nie odpowiedział, ale lekki uśmiech przebiegł po jego twarzy.

— Dlaczego się śmiejesz? — krzyknął Ostap.

— Nie śmieję się. Nie, nie... ale to takie dziwne, że wszyscy ludzie zadają w tej samej chwili to samo pytanie w tej samej formie... Tak, znam tę wściekłość, która chce skalać najbrutalniejszymi myślami kobietę, upadłą kobietę...

— Tak, tak... czy i ty to znasz? Ha, ha, ha... tyś bardzo doświadczony!...

— Nie ma żadnego bólu, którego bym ja nie był doznał — rzekł Gordon cicho i bardzo smutnie, jak gdyby mówił do siebie samego.

Ostap bardzo spoważniał.

— Słuchaj, Gordonie, zrobię wszystko, co zechcesz, ale czy odpowiesz mi na kilka pytań?

— Pytaj!

— Kiedy wówczas pojechała do Londynu do przyjaciółki, pojechała przecież do ciebie, chociaż krążyła pogłoska, że tyś wyjechał do Ameryki — wszak prawda?

— Tak, była u mnie.

— Czy chciałeś ją poślubić?

— Tak.

— I dlaczegoś jej nie poślubił?

— Bo przedtem posiadł ją inny.

— I miałeś na tyle siły, żeby się wyrwać z jej objęcia?

— Tak.

— Skąd wziąłeś tę potęgę?

— Z siebie, z wiary, której się nie rozbiera, ale która jest faktem — obcą mocą, która wykonywa wszelkie czynności, nie troszcząc się o mój rozsądek.

Ostap pił nieustannie, spoglądał od czasu do czasu na Gordona z chciwą ciekawością, potem opuścił głowę.

Milczeli długo.

— Ty tęskniłeś za pięknością — rzekł wreszcie Ostap, grzebiąc w myślach. — Rozumiem cię. I ja także tęskniłem za tym szczęściem, za szczęściem stopienia się dwóch dusz. Ale to możliwe tylko u kobiety czystej, która nigdy przedtem nie kochała, której nigdy nikt nie posiadł, wszak prawda?

— Tak jest.

— A każda inna miłość, miłość ku kobiecie, która już przedtem była kochanką innego, to tylko surogat?

— Tak.

— Dlaczego?

— Bo to pierwsze szczęście jest równocześnie jedyną chwilą, w której chuć jest piękna — piękna, czy pojmujesz?

— Jedyną?

— Tak. Kobieta zawsze należy do pierwszego, świadomie czy nieświadomie, ognista plama pierwszej miłości wżera się na zawsze w jej duszę, a posiąść kobietę, w której duszy jest pierwszy — to wstyd.

— Wstyd? — Ostap utkwił w nim wzrok pełen niewymownego bólu.

— Tak. — głos Gordona był bezdźwięczny i ochrypły.

— Ona cię nienawidzi! — rzekł Ostap mimowolnie i jakby nieprzytomny.

Gordon uśmiechał się.

— Czyś ty ją w sobie pokonał? — zapytał Ostap po długiej pauzie.

Gordon nie odpowiadał. Wychylił szklankę do dna. Znowu milczeli.

— Ale ty nie zachorujesz, Ostapie? Co? Tyś bardzo blady. W ostatnim roku pewnie bardzo źle ci się wiodło?

Ostap wzdrygnął się i patrzył nań bezmyślnie.

— Śmierć twego dziecka pewnie bardzo cię wzruszyła?

Ostap pokrył się trupią bladością, ręce zaczęły mu drżeć, a oczy rozwarły się nadmiernie.

Gordon spojrzał nań zdumiony.

— Lękasz się — rzekł — ja zawsze uważałem, że ty się czegoś lękasz.

— Czy ja się lękam?

— Tak. — Gordon uśmiechnął się.

— Dlaczego się śmiejesz?

— Nie śmieję się. Kocham ludzi, którzy zawsze się czegoś lękają. To dobrze, bardzo dobrze.

— Dlaczego?

— Bo tacy ludzie... — Gordon urwał nagle i uśmiechnął się.

Przez chwilę ostro spojrzeli sobie w oczy.

Gordon spuścił oczy.

— Bo tacy ludzie do mnie należą — rzekł po chwili.

— Do ciebie?

— Tak. Do mnie.

— Jam nie twój człowiek! Nie chcę jąć się twojej sprawy. Nie chcę być twoim narzędziem.

W kącikach ust Gordona zadrżało coś lekko.

— Nie zrozumiałeś mnie. Nie tak to rozumiałem. Myślę tylko, że wszyscy my jesteśmy spojeni. My... tak, my, którzy mamy czegoś żałować, krwawo żałować — którzy lękamy się czegoś, wszystko jedno: żandarma czy sumienia, własnego instynktu czy więzienia...

Ostap powstał.

— Czy odchodzisz?

— Tak.

— Może wypijesz jeszcze szklankę herbaty?

— Nie. Idę do domu. Chory jestem. Zresztą zrobię wszystko, co zechcesz. Idzie tylko o mojego ojca. Zapewne wiesz, że stanowisko kasjera miejskiego jest bardzo odpowiedzialne.

— Już się o to nie troszcz.

Gordon zastanowił się.

— A prawda — jeżeli się spotkasz z Helą, powiedz, że przesyłam jej ukłony.

— Załatwię to — zachichotał stary.

II

Gordon siedział długo pogrążony w myślach.

Od czasu do czasu wstawał, chodził po pokoju jakby nieprzytomny, chłodził czoło o szybę, potem usiadł znowu i — usnął.

Nagle zerwał się, wziął płaszcz gumowy i wyszedł.

Na drodze zdziwiła go ciemność. Deszcz padał. Zdało mu się, że krople deszczu szpilkami śnieżnymi zastygają mu na twarzy. Widział światła migające od przedmieścia; przez jakiś czas zajął go taniec świateł, rozpływających się ciągle w ciemnościach, ale znowu zapomniał o wszystkim.

Kiedy zaszedł do miasta, czuł, że zupełnie przemókł. Trząsł się, drżał jak w febrze. Gdyby tylko znaleźć dorożkę. Spojrzał dookoła i uśmiechnął się. Oczywiście nie znajdzie teraz dorożki. Począł iść prędko, przeszedł kilka ulic, zboczył w jakąś uliczkę i doszedł wreszcie do małego domku, który stał w odosobnieniu, prawie na otwartym polu.

Wyszedł na górę i zapukał.

Otworzono mu drzwi bardzo ostrożnie.

— Dobry wieczór, Polu!

— Cicho! On śpi...

Gordon wszedł cicho.

— Jak się ma Stefan?

Spojrzał dziewczynie w oczy i zatrzymał jej rękę w swojej dłoni.

— Coraz gorzej, coraz gorzej...

W tej samej chwili chory uniósł się na łóżku.

— Ach! to pan, panie Gordon! Boże, jakże ja długo na pana czekałem...

Gordon przystąpił do łóżka.

— Jak się pan ma?

— Pewnie niedługo już potrwa... Polu, przynieś herbaty... Palę teraz znowu... wszak to obojętne. Stary Mizerski był tu raz i widział mnie palącego. Sprawiało mi uciechę, tak móc dmuchać mu dymem w twarz. Wszakże to lekarz, powinien mi pomóc... He, he, czy wie pan, co powiedział? Przybrał grzeczną minę, poklepał mnie po barkach i powiedział, że ze mnie dzielny, młody człowiek, z rodu Rzymian, którzy potrafią nawet umierać z elegancją... He, he... z elegancją...

Zakaszlał.

— Ale co najgorsza, że to tak długo trwa. Przeciągnie się pewnie jeszcze z pół roku.

Spojrzał na Gordona wielkimi, wylęknionymi oczyma, jak gdyby szukał pocieszenia.

Ale Gordon milczał, jak gdyby myślał o czym innym.

— Czy Mizerski był u pana dzisiaj?

— Nie, wyjechał.

— Wyjechał? Na długo?

— Na kilka dni. Pola była u niego. Panna Mizerska bardzo uprzejmie wypytywała się o mnie. He, he... są tacy, co współczują ze mną... Nie potrzeba mi tego, u licha. Nie potrzeba mi litości. Pan jest jedynym, którego mogę przyjąć, bo pan nie ma tak żałosnej miny jak tamci inni. Wypędziłem ich wszystkich do diabła.

Twarz młodego człowieka skurczyła się paroksyzmem bezsilnej wściekłości.

— Nie rozdrabniaj się pan, panie Stefanie. Bardzo pan rozgoryczony... Czy panna Mizerska pytała się o pana?

— Tak.

Gordon jakby nie czekał na odpowiedź, rozejrzał się roztargniony po pokoju.

— Powinien pan wyprowadzić się stąd — rzekł nagle. — Ściany są pełne wilgoci i grzybów. To pana zabije.

— Wszak to teraz obojętne. Niechaj sobie grzyby dalej rosną w spokoju.

— Ale siostrze pana to zaszkodzi.

Chory pogardliwie ruszył ręką.

— Wszystko to obojętne. Wcześniej czy później...

Opadł znowu na posłanie i wpił się okiem w sufit.

— Teraz znowu muszę leżeć — rzekł po chwili. — Te dni listopadowe mogą do rozpaczy doprowadzić. He, he... to bardzo ciekawe, tak leżeć w łóżku i być absolutnie pewnym, że wkrótce zawrze się bliższą znajomość z robactwem.

Zaśmiał się i spojrzał na Gordona.

Pola weszła z samowarem.

— Ależ pan całkiem mokry, panie Gordonie. Napij się pan prędko gorącej herbaty... Daj mi pan płaszcz, osuszę go...

Była bardzo rozdrażniona.

— Ależ pan się jeszcze straszliwie zaziębi.

— Ach, przyzwyczajony jestem do tego. Spałem raz na polu, a deszcz lał jak kiedy chmury się obrywają...

Uśmiechnął się, zdjął płaszcz i podał.

— A może i lepiej osuszyć go — rzekł roztargniony.

Kiedy była we drzwiach, chory zawołał:

— Zostań w swoim pokoju, mam ważne sprawy omówić z Gordonem. Nie przeszkadzaj nam.

— Nie, nie!

— Czy pan dużo teraz pracuje? — spytał Gordon.

— Tak, pracuję bardzo dużo. I pracuję z szczególną bystrością i jasnością. No, pan przecież wie... Prawdopodobnie słyszał pan już o tym wyrocznym jasnowidzeniu... He, he... Jasność zawsze nastaje, kiedy się ma ku końcowi...

— Czy skończył już pan broszurę?

— Dam ją panu za dwa dni... Ale podaj mi pan herbatę... Tak. Dziękuję.

Wyciągnął flaszkę spod poduszki.

— Czy napije się pan koniaku?

— To pan teraz znowu pije? — zapytał Gordon ze zdumieniem...

— Tak. To dodaje odwagi... He, he... Wszystko obojętne... Cokolwiek zrobię... Teraz mi już nic nie zaszkodzi, nic. Och, to takie dziwne uczucie, kiedy się wie, że nic już nie może zaszkodzić. Nieprawdaż? Jeżeli skazany na śmierć w przededniu zepsuje sobie żołądek, to wszak to nic nie szkodzi, nieprawdaż?

— Nie! — rzekł Gordon roztargniony.

Stefan patrzył nań smutnie przez chwilę.

— Posłuchaj mnie pan, ja tak tęsknie na pana czekałem, jestem panu tak wdzięczny, że pan przyszedł, ale pan nie jest teraz u mnie.

— Tak, jestem u pana... Ja bardzo pana lubię, panie Wroński, bardzo pana lubię...

Powiedział to prawie obojętnie.

Wroński zaniepokoił się.

— Poczekaj pan, muszę wstać, nie mogę myśleć w łóżku, a muszę z panem mówić.

Wyszedł z łóżka i ubrał się gorączkowo. Gordon ożywił się nagle. Pomógł Wrońskiemu i ustawił mu krzesło.

— Nie, dziękuję. Będę chodził po pokoju.

Ale wkrótce usiadł i chciwie wypił herbatę pół na pół z koniakiem. Twarz mu pałała, a oczy pokryły się upiornym blaskiem.

Gordon spoglądał nań zamyślony. Jakby go nie widział.

Chory chwycił go nagle za ramię.

— Posłuchaj pan... Czy wie pan, co znaczy umrzeć? Umrzeć w moim wieku? W dwudziestym roku życia? Czy pan w ogóle wie, co znaczy umrzeć? Nie śpię całymi nocami i myślę; staram się dokończyć tę myśl. Ale to się nie da pomyśleć... Widzi pan, ja już zupełnie jestem spokojny. Wiem, że muszę umrzeć. Ale co to znaczy? Co znaczy umrzeć? Powiedz pan! Jest pan dla mnie największym człowiekiem. Jest pan moim Bogiem. Powiedz mi pan, co znaczy: umrzeć?!

— Nie wiem.

— Nie wie pan? Powinien pan wiedzieć! Musi pan! Zawsze pan odpowiadał na moje pytania. Dlaczego teraz nie potrafi pan odpowiedzieć? He, he... Człowiek umiera! Dusza, powiedziano gdzieś, umiera wcześniej. Wielki Boże, co za szaleństwo! dusza ma umierać! Tylko kretyni w to wierzą!... He, he... Po co ja w ogóle żyję?... Ha, ha... cel ma istnieć tylko w świadomości ludzkiej... I pan nie wie, po co ja żyję? Starałem się myśleć o tym! Ciało moje rozkłada się! Dobrze! Dusza moja... nieśmiertelne ciało astralne...

Sapał i dusił się kaszlem.

Gordon wziął go za ręce i spojrzał mu w oczy.

Wroński uspokoił się natychmiast.

— Czy wierzy pan w piekło? — spytał Gordon.

— Nie!

— Czy może pan wyobrazić sobie coś tak brutalnego?

— Nie!

— Czy wierzy pan w ogóle w męki cielesne po śmierci?

— Nie!

— Czy po śmierci mogą być większe męczarnie od tych, które teraz pana dręczą?

— Nie!

Gordon wypuścił jego ręce z dłoni i spojrzał na ziemię.

— A więc czy są jeszcze większe? — spytał Wroński trwożnie.

— Tak. Ale pan ich nigdy nie będzie przechodził. Czy nigdy pan nie kochał kobiety?

— Siostrę moją, Polę.

— Jako kobietę?

— Nie!

Milczeli długo.

Wroński powstał.

— Och, ta trwoga! Ta straszliwa trwoga. Chciałem dziś skończyć, i — i... Och, jakie to dziwne! Serce bije, całe ciało drży, zimny pot oblewa ciało, włosy stają na głowie... Ależ pijże pan! Zrób to pan dla mnie! Pij pan ze mną. Nie lubię pić sam...

— Tak, napiję się chętnie.

— Czy pan lubi pić? He, he... A więc lubi pan pić... Hm... Gordon! Czy wierzy pan w Boga?!

— Nie, bo Szatan starszy od Boga.

— A więc czy Szatan jest Bogiem pana?

Gordon milczał i uśmiechał się.

Wroński wpatrzył się weń nieruchomo.

— Słuchaj pan, panie Gordonie, słyszałem o pewnej sekcie, która czci Szatana...

Gordon milczał w zamyśleniu.

— Nie, nie jestem palladystą — rzekł w końcu. — Znam zresztą bardzo dobrze tę sektę. Jest tam dużo głupich ludzi, jak wszędzie.

— Ale i wielcy są? Wielcy! Jak pan?

— Może... Ja zresztą nie jestem wielkim człowiekiem... Pan mnie uważa za wielkiego, bo pan jeszcze młody i za mało zna pan ludzi...

— Czy to prawda, że sekta ta czci nierząd przeciw naturze jako rodzaj sakramentu?

— To możebne.

— Ależ powiedział pan dopiero co, że pan dobrze zna tę sektę.

— Znam tylko jej podstawowe zasady, a te mi się podobają. Czy pan rozumie? Mówię z punktu widzenia czysto estetycznego. Jest przecież wiele w tym prawdy, że wszyscy jesteśmy dziećmi Szatana. Wszyscy ci, którzy gnani rozpaczą i zwątpieniem czują trwogę, wszyscy ci, których sumienie jest obciążone... I jest w tym wiele słusznego, że życie jest królestwem Szatana: piekłem... Po śmierci ujrzymy może coś tak głupiego i banalnego jak raj... Zresztą sądzę, że wszystko to, w co ludzie wierzą, jest nieprawdą — przeciwnie...

— Czy więc, że każdy ma po śmierci zapewniony raj?

— Każdy, kto tutaj popadł w kleszcze Szatana...

— Nie szydź pan! — zawołał Wroński rozdrażniony. — Nie powinien pan szydzić! Czy pan rozumie? Tak tęskniłem za panem, a teraz szydzi pan z mojej trwogi i męki!

— Nie szydzę! Mówię całkiem poważnie!

Gordon powiedział te słowa bardzo spokojnie.

— Ależ to wszystko mistyka, estetyka. Nie chcę estetyki! Ja mam umrzeć! Chcę faktów! Pan zniszczył mi moją wiarę. Pan zabrał mi wszystko, co by mnie teraz pocieszyć mogło. Stałem się kapłanem ateizmu, zawlokłem go do szkoły, wszczepiłem go w serca wszystkich moich kolegów, plułem na wszystko, co święte, niszczyłem i psułem, bo pan byłeś moim Bogiem, bo wierzyłem w pana, a teraz, kiedy mnie lęk śmierci ogarnia, karmi mnie pan estetyką, ty...

Nagle nieruchomo spojrzał na Gordona i uczuł się głęboko zawstydzonym. Ochłonął.

— Nie, Gordonie — rzekł cicho — to oczywiście tylko trwoga, ale ja nie porzucę swych przekonań.

Gordon spojrzał nań uważnie.

— Połóż się pan, Stefanie, masz febrę, mówisz bezładnie. Burżuazja ma Boga! Bóg jest tylko środkiem służącym do uregulowania pojęć „Moje i Twoje”, do zapobieżenia nadużyciom. Ja zniszczyłem panu tylko religię małomieszczańską, drobnostkową, religię obywatela, który lęka się złodziei i morderców. Ale nigdy nie zniszczyłem w panu Boga, którego ja czczę...

— Którego Boga?

— Siebie samego.

— Czyż ja jestem Bogiem?

— Nie jeszcze. Póki jeszcze szamotasz się z Bogiem drobnego obywatela i z Bogiem bogatego żyda, póty nie będziesz Bogiem.

Zamilkł. Wroński zawstydzony wpatrzył się w ziemię, ale niepokój jego rósł gwałtownie. Pił, ręce mu drżały, rozlał herbatę.

— Och, straszny z pana człowiek. Boję się pana. Ja zawsze lękałem się pana. Powiedział pan, że wszyscy jesteśmy dziećmi Szatana... Pan jesteś Szatanem, a ja jestem twoim dzieckiem. I pan jest piekłem. Teraz nie będę już panu posłuszny. Ja sam mam piekło w sobie. Teraz sam jestem Szatanem... Ha, ha, ha... Nie, nie, nie! Pan jest aniołem, a ja tylko nędznym Jakubem, który chciałby wydrzeć straszliwe tajemnice Wielkiemu, Wspaniałemu... Och, jak ja pana nienawidzę i jak ja pana kocham! Ale pan wszczepił we mnie nienawiść... Duszę się nią, umieram przez tę nienawiść...

Zerwał się.

— Ale tego jednego jeszcze tylko pragnę, pozwól mi dożyć wielkiego zniszczenia, wielkiego szczęścia, tego jednego uczucia, że wszystko dookoła mnie zginie wraz ze mną!

— Wreszcie mnie zrozumiałeś! — rzekł Gordon bardzo cicho.

— Nie chcę szczęścia, gardzę szczęściem, ale chcę się zemścić, bo jestem tak nieszczęśliwy!

Pochylił się ku Gordonowi i szepnął bardzo cicho:

— Czy wie pan, czy pan wie, co ja wymyśliłem?

Szeptał jeszcze ciszej.

— Podpalę ratusz...

Porwał się tryumfująco, ale opadł zaraz w tył, przechylił się silnie naprzód, chwycił się gwałtownie za piersi, jak gdyby się dusił kaszlem.

— W jakim celu? — zapytał Gordon poważnie.

Wroński był wściekły.

— Czy mnie pan masz za głupca? Czy nie mówił pan o takim planie, czy nie mówił pan sam, że przy pomocy tych pieniędzy ukrytych w ratuszu można by zrewolucjonizować całą prowincję? Czy nie mówił pan, że trzeba by spalić ratusz po wypróżnieniu kas? Wszak pan tylko szukał człowieka, który by się tego podjął, a teraz ma pan oto mnie, ja pana chcę uszczęśliwić, ja chcę panu pokazać, żem pana wart, a pan mnie pyta o cel?!

Zbrakło mu oddechu, sapiąc, opadł na łóżko.

Nagle znowu powstał, całkiem spokojny i zimny.

— Odkąd pan mówił ze mną o tym, stałem się innym człowiekiem. I tylko o tym myślałem. O tym i o śmierci. Teraz zapominam o śmierci. Kocham pana, chcę się panu podobać, chcę czynem wzniecać rokosz i wzburzenie... Piekło moje rozpryska się... Mam umrzeć, a czy umrę tu, czy w więzieniu, to obojętne... He, he, mistrzu mój, mój mistrzu...

Gorączkowo chwycił Gordona za rękę i ucałował ją pełen zachwytu.

Gordon wydarł mu rękę.

— Ależ pan szalony!

— Ja więcej jeszcze zrobię! — szeptał Wroński, śmiejąc się bezrozumnie. — Zemszczę się, zemszczę się!

Opadł go gwałtowny kaszel, ale nie zważając na to, bełkotał niezrozumiale; w ekstazie zapominał o męczarni.

— Na wszystkich się zemszczę! Ojciec mój pracował pięćdziesiąt lat jak wół przy pługu i pozostawił mi tylko tę norę przepełnioną bakcylami. Wie pan, wie pan — targał kurczowo Gordona za ramię — ten jeden rok na uniwersytecie... Och, och... Gdyby mi pan nie był pomógł, zginąłbym jak pies pod płotem... Głód mnie szarpał! Boże, jak ja cierpiałem! Raz, posłuchaj pan — to straszne! Nie jadłem już nic od trzech dni, znalazłem kawał chleba w wychodku i zjadłem, przestałem już być człowiekiem... Teraz się zemszczę! Zawsze myślałem o zemście, wtedy już, kiedy zaczął tu grasować tyfus głodowy przed dziesięciu laty. Ha, ha, nie wierzy pan? Zobaczy pan! Ja jestem poddanym pana, ale i ja mam swoje sługi!... Dawniej to głupie plemię nie chciało być bogiem, ale ja zamienię się w boga. Dreszcz szczęścia przebiega mnie na myśl, że będę takim jak pan... Widzi pan tam — tam, wielką willę... Ha, ha, ha... właściciel jej wyjechał, mój kuzyn jest tam stróżem... Panie, mój panie, za dziesięć dni, po pełni księżyca!... Zobaczysz pan iluminację! Święcić będę urodziny pana, ty, ty wielki książę ciemności! Niechaj mają światła, dużo światła! światła! Tyle światła miasto nigdy jeszcze nie widziało...

Mówił prędko, urywanymi zdaniami.

— Pan myśli, że ja obłąkany! Nie, nie! Pan myśli, że ja chcę palić bez celu! Panie, pan dopełnisz tego celu! Ja jestem ślepym trafem, a pan mądrą opatrznością... Ja jestem naczyniem, a pan jego zawartością... Ja palić będę, ale nie pierwej, aż pan wypróżni kasę... Ha, ha, ha... Ale dlaczego pan tak ozięble siedzisz?

Był wściekły.

— Myślałem, że tym nieba panu przychylę!

— Czy opowiadałem panu o Botce? — zapytał Gordon nagle i powstał. — Jeżeli przyjdzie do pana człowiek, który dotknie się palcem twojej piersi, to wiedz, że to Botko.

— Plwam na pańskiego Botkę! Nie chcę go widzieć! Tylko z panem chcę plan wykonać, tylko z panem!

— Ja mam coś ważniejszego do roboty. Czy pan rozumie, panie Wroński? Proszę pana, po raz pierwszy o coś pana proszę. Tym razem będzie pan pracował wspólnie z Botką.

Wroński jakby nagle o wszystkim zapomniał.

— Tylko to jedno... — powiedział to szeptem prawie dosłyszalnym — tylko to... nie jest dla mnie obojętnym... Nie odchodź pan... Mam panu coś ważnego powiedzieć.

Gordon spojrzał na zegarek.

— Wpół do jedenastej, mogę jeszcze zostać pół godziny.

— Zostań pan, zostań pan... pan jest moim dobroczyńcą: ja... i siostra moja zawdzięczamy panu wszystko, bez pana zginęlibyśmy z głodu. Ja i moja siostra...

Zamilkł nagle i spojrzał bezsilnie na Gordona.

— Posłuchaj, Gordonie — wyrzekł wreszcie z trudem. — Zrozumie mnie pan, ja nie chcę pana obrażać... Ale — dziś w nocy — opadła mnie straszna myśl... myśl, która... która... Posłuchaj pan, czy chce mnie pan posłuchać? Czy może mnie pan zrozumieć? To oczywiście szaleństwo, pomysł maniaka, ale nie mogę go się pozbyć.

Podniósł się.

— Gordonie! Czy siostra moja jest twoją kochanką?

— Byłem przygotowany na to pytanie — rzekł Gordon bardzo spokojnie.

— Pan... pan był przygotowany?

— Oczywiście! To przecież całkiem naturalne pytanie! Wszakże pan sam jest mężczyzną.

Gordon uśmiechnął się lekko i powstał znowu.

— Teraz muszę już iść, wkrótce do pana znowu przyjdę... Bardzo pana lubię...

— Och, jak obojętnie pan to mówi!

— Nigdy tego nikomu nie mówiłem... Zresztą, czy kuzyn pana zechce rozdać i porozlepiać proklamacje?

— Tak.

Gordon zapukał do bocznych drzwi.

Pola weszła.

— Muszę już iść, pani.

— Ależ płaszcz pana jeszcze mokry.

— Och, to nic nie szkodzi.

Wyszła.

— Pola pana kocha — szeptał Wroński — zdaje mi się, że przez pół dnia stała przed drzwiami i czekała na pana. Nie gub pan tego dziecka!

Gordon spojrzał na niego, ale nic nie odpowiedział.

Pola wróciła z płaszczem.

— Teraz poświeć mi pani.

Kiedy z nią schodził, chwyciła go gwałtownie pod ramię i silnie się doń przytuliła.

— Ty moje bożyszcze, ty!

Uśmiechnął się i pocałował ją w czoło.

Na dole przed bramą stanęli.

— Czy często teraz bywasz u panny Mizerskiej? — spytał Gordon.

— Ona taka dla mnie dobra.

— Hm...

Chciał coś powiedzieć, namyślił się jednak, uścisnął ją i poszedł.

III

Na ulicy Gordon stanął zamyślony. Deszcz padał ciągle, ale on nie zważał na to.

Nagle zerwał się, przeszedł kilka ulic i zatrzymał się na rynku.

Tu stanął w bramie jakiegoś domu i długo i nieporadnie spoglądał na dom po drugiej stronie.

Może by przecież pójść na górę? Starego Mizerskiego nie ma w domu. Służba oczywiście śpi...

Grzebał w myślach, ale coś go pchało naprzód; zdawało mu się, że nie może tej sprawy odłożyć. Musiał oderwać od niej Ostapa, inaczej Ostap mógłby jeszcze stać się prawym obywatelem.

Zaśmiał się pogardliwie i prawie lękliwie szedł wzdłuż domów.

Ona nie śpi, w oknach jej jeszcze jasno, wszak można spróbować, pomyślał.

Przed domem stanął, potem wstąpił do sieni i znowu długo stał zamyślony.

W końcu wszedł cicho i ostrożnie po schodach.

Po długim szukaniu znalazł guzik od dzwonka, ale palec bezwładnie się zatrzymał.

Czyżby to istotnie było koniecznym?

Nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, oparł się o ścianę i stał tak przez chwilę zamyślony.

A może by się przecież wrócić?

Ale w tej samej chwili przycisnął guzik.

Nadsłuchiwał. Serce mu biło gwałtownie.

Usłyszał szmer w przedpokoju, słyszał, jak gaz zapalano — i w tej chwili otworzono drzwi.

Hela stała przed nim.

Patrzyła nań jak na upiora, skupiła się jednak natychmiast, ustąpiła, i, nie mówiąc ani słowa, wpuściła go do mieszkania.

— Przemokłem — rzekł Gordon spokojnie — wszak można tu zawiesić płaszcz?

Nie ozwała się ani słowem.

— Mam z panią coś bardzo ważnego do omówienia. Wybacz pani, że przychodzę o tak niezwykłej porze, ale zdawało mi się, że sprawy tej nie można odkładać.

W milczeniu otworzyła drzwi do pokoju.

Usiedli i długo milczeli.

Zauważył, że Hela spogląda nań z najwyższą trwogą, i że koło ust jej zastygnął obłąkany uśmiech. Ale powoli wracała do równowagi, twarz jej pokurczyła się nienawistnie.

— Pokonałeś mnie; nie przypuszczałam, że cię ujrzę jeszcze. Czego chcesz ode mnie?

Gordon uśmiechnął się, a potem znowu poważnie na nią spojrzał.

— Wypiękniałaś, jesteś piękniejszą niż dawniej, ale ja cię już nie kocham. Nie, już nie kocham! — rzekł po chwili milczenia.

— I tylko tyle chciałeś mi powiedzieć? I po to przyszedłeś?

— O nie, nie po to. A może tak... nie wiem... Może szukałem tylko pretekstu, żeby przyjść do ciebie...

— Żeby mnie dręczyć?

— Nie, nie będę cię dręczył. Dlaczegóż bym cię dręczył? Wszak dałaś mi wszystko, co miałaś...

— Kłamiesz! Ja nic ci nie dałam. Właśnie tobie nic nie dałam! Nie sądziłam, że byłeś tak głupim, żeby wmawiać w siebie, że ja ci coś dałam.

— Może się mylę. Może mi nic nie dałaś, bo niczego nie miałaś.

— Otóż widzisz. Zaczynasz od razu mówić rozsądnie.

Zaśmiała się brzydko.

On spojrzał na nią smutnie.

— To, co ty mi dałaś, nie było właściwie datkiem — rzekł zamyślony — wszakże nic cię to nie kosztowało, nie czułaś bólu i nie musiałaś przechodzić walki przezwyciężenia się.

Ona zbladła, ale nic nie odpowiedziała.

— Dusza twoja jest zła — rzekł po chwili i spuścił oczy. — Dusza twoja jest zła — powtórzył — bo niczego dać nie może, bo niczego nie ma... Nienawidzisz mnie, bo ja pierwszy cię poznałem. Ja ciebie nienawidzę tylko czasem, ale i nie kocham cię.

— Czy jeszcze tak cierpisz jak dawniej? — spytała z uśmiechem.

— Nie, teraz cierpię tylko czasem. Ale wtedy tylko estetycznie.

— Estetycznie?

— Tak. Najwyższym pięknem u dziewicy jest chwila narodzin kobiety. Ja pragnąłem dopełnić w tobie tego najwyższego piękna. Mężczyzna rozwija się, rozwija się zawsze. Kobieta rozwija się tylko póki jest dziewczęciem. Jako kobieta jest zastojem. Jest to jedyny wypadek w całej przyrodzie, w którym doprowadza się rozwój do spoczynku, jedyny wypadek, w którym wieczność stawania się dochodzi do końca, a to dla mnie jest najwyższym pięknem.

— Wszakże masz tysiące dziewcząt wszędzie. W nich możesz wstrzymać rozwój, w nich możesz dopełnić najwyższego piękna, którego zresztą każdy parobek dopełnić potrafi.

— Piękno istnieje tylko dla tego, kto je sobie uświadomił. Parobek nigdy go sobie nie uświadomi... Zresztą mylisz się: co u jednej kobiety jest pięknem, to u każdej innej staje się ohydą.

— A tą jedną kobietą dla ciebie byłam ja?

— Tak, ty.

Milczeli bardzo długo.

— Teraz możesz odejść — rzekła wreszcie cicho i tajemniczo. — Teraz rozdarłeś mi serce na całe miesiące. Idź już teraz, idź — jestem tak strasznie znużona... — Spojrzała nań błagalnie i zamilkła.

— Czy zawsze jesteś tak smutny? — spytała nagle i przysunęła się do niego.

Przesłyszał pytanie.

— Nie przyszedłem na to, żeby cię dręczyć — rzekł wreszcie — nie! Przyszedłem, żeby swoją męczarnię odnowić. Trzeba mi teraz dużo męki, ażeby dokonać tego, czego chcę dokonać.

— Co ty zamierzasz? — Zerwała się pełna lęku.

Spojrzał na nią z uśmiechem.

— Dziwne, że wasz kobiecy mózg taki ciasny. Oczywiście pierwszą twoją myślą było samobójstwo; nieprawdaż? — O nie. Samobójstwo popełniają starcy, dzieci i ciężarne kobiety... Ty nigdy nie miałaś dziecka? — spytał zamyślony. — Niegdyś chciałem dziecka od ciebie... Wtedy było już za późno... Ale, prawda, co też miałem powiedzieć... — powstał. — Tak... oszczędź Ostapa. Dusza twoja jest taka chciwa i mściwa. Ty chcesz go zniszczyć. Może nieświadomie. Ale drażni cię to, wszak to ci wystarcza. I ja mu powiedziałem, że go nie kochasz. Zdaje mi się, że sama powinnaś mu to otwarcie powiedzieć. Tak będzie lepiej. Czy nie widzisz, jak go dręczysz?

Ona jakby nie słyszała. Spojrzał na nią uważnie.

— Czyś mnie słyszała?

— Nie!

— Czy mam ci powtórzyć? — powstał niemal groźnie.

— Niekoniecznie! Nie usłyszę ani słowa. Możesz teraz mówić i mówić, ja nie posłucham ani na chwilę.

Usiadł obok niej i ujął ją za rękę. Cofnęła ją porywczo.

— Dlaczego cofasz rękę? Wszakże nie jesteśmy wrogami... Czy pamiętasz ową noc w Londynie? Ja ci wszystko tak otwarcie i serdecznie powiedziałem — powiedziałem ci, dlaczego nie możesz być moją kochanką. Pokazałem ci cały ten brud, w którym byśmy żyć musieli. Powiedziałem ci wtedy, że dusza moja nie potrafi stopić cię w sobie, bo tylko ta miłość jest piękna dla mnie, która zdoła stopić kobietę w duszy mężczyzny. Odszedłem od ciebie, ażeby cię nie skalać. Odszedłem od ciebie, ażeby cierpieć z powodu ciebie. Tak, ja jeszcze ciągle cierpię. Ale to cierpienie otacza cię aureolą w oczach moich. Odszedłem od ciebie, ażeby nie stać się brutalnym, ile razy bym musiał myśleć o tym pierwszym, który w tobie zrodził kobietę. Czyż mam ci to wszystko powtórzyć? Ty wiesz, że tylko dlatego, jedynie dlatego cię opuściłem... Pytałaś mnie, czy zawsze jeszcze jestem tak smutny. Ja właściwie nie jestem smutny. Ale ja kocham piękno i smutno mi, że nie mogłem być ci pierwszym... Nie, ty — wszak ty wiesz wszystko. Zresztą jesteśmy tak spokrewnieni. Kiedym cię ujrzał po raz pierwszy, to było, jakbym widział samego siebie... Dlaczego mnie nienawidzisz?

Ona długo nań spoglądała bezrozumnie.

— Ach, jak ja cię nienawidzę, jak ja cię nienawidzę!

Powtarzała te słowa nieustannie i z wściekłości zgrzytała zębami.

— Kacie, ty! jak ty zniszczyłeś mą duszę! Jad wszczepiłeś mi w każdą żyłkę. Każdą cząstkę mojej istoty przesyciłeś mi odrazą...

— Ty mnie więc istotnie nienawidzisz? Nie wierzyłem, teraz widzę.

Gordon posmutniał jeszcze bardziej, twarz pokryła mu się trupią bladością.

— Teraz szydzisz ze mnie, teraz powiadasz, że nie mogłam ci nic poświęcić... Boże, Boże! Jak brutalnym jest twój mózg! Jakiś ty brutalny!

Ścisnęła pięści. Dusza jej płonęła nienawiścią i rozpaczą.

— Ty nigdy mnie nie zrozumiesz — rzekł powolnie i spojrzał na zegarek. — Ty mnie właściwie nie rozumiałaś. I ty nie wiesz także, co to jest piękno. Czy wolałabyś pozostać ze mną i brnąć we wstrętnym brudzie, kalać się? Gdybym był pozostał przy tobie, musiałbym cię skalać. Poszedłem i pomnę o tobie, gdyby o wielkim, smutnym przeznaczeniu. Poszedłem i widzę cię gdyby błędną gwiazdę we mgle, co nieszczęście oznacza, ale nieszczęście jest piękne. A teraz, teraz...

Urwał nagle, pogrążył się w myślach na chwilę, a potem rzekł bardzo powolnie.

— Przychodzę do ciebie, aby cię poprosić: zostaw Ostapa w spokoju, odepchnij go od siebie. Ty zapewne dałaś mu mały paluszek, a on był na tyle głupi, żeby zapragnąć ręki całej. Nie o niego mi idzie, nie, tylko o ciebie. Wszak ty go nie kochasz, jestem tego pewny. Przecież to niezmiernie komiczne, ujarzmiać jednego mężczyznę, żeby się zemścić na drugim... Widzisz... Dawniej myślałem o tobie, jak o aniele upadłym, pełnym cichego majestatu, smutnej wielkości, która serce ma śmiercią przepełnione. A teraz przychodzę do ciebie i proszę cię: nie bądź banalną! nie ośmieszaj się w duszy mojej!

Zaśmiała się histerycznie.

— Kłamco! — krzyknęła.

— Nie powinnaś tego mówić — utkwił w niej wzrok nieruchomy. — Ja ci tylko jeszcze raz chciałbym wszystko powiedzieć. Widzisz: ja czasem mogę zapomnieć, że byłaś już w objęciach innego, że przeżyłaś już z innym straszną zagadkę narodzin kobiety, że...

Dusił się, cierpiał.

— Mogę zapomnieć, że najwyższe piękno, jakie jest dostępne człowiekowi, dla ciebie już dawno minęło, kiedym cię poznał, że grozę i skurcz, w którym jedna dusza przelewa się w drugą...

— Kłamco! Kłamco! — krzyczała i drżała na całym ciele. — Idź! Zostaw mnie! Szatanie ty!

Wpił się oczyma w jej oczy, a dziki, szpetny uśmiech wykrzywił jego twarz.

— Mogę zapomnieć... — chwycił ją za ręce i ściskał je jak obłąkany. — Mogę zapomnieć, że wśród grozy i lęku przed tą największą ze wszystkich zagadek leżałaś owej nocy w jego objęciach i że go kochałaś, bo posiadł potęgę, i że go nienawidziłaś, bo...

Podskoczyła i uderzyła go pięścią w twarz.

Patrzał na nią bezprzytomnie. Twarz mu drgała.

Ona cofnęła się przerażona.

Gordon uspokoił się nagle, tylko głos mu jeszcze drżał. Mówił jeszcze ciszej i smutniej. Szeptał prawie do siebie samego.

— ...ale nigdy nie zdołam zapomnieć, że mogłaś po mnie stać się kochanką innego. Bo wtedy odrazę czuć będę ku tobie i wstręt, i wstyd, a przecież nigdy nie czułem wstydu, nawet teraz, kiedyś mnie w twarz uderzyła. Właśnie teraz nie czułem wstrętu, bo czuję, że ty nie zdołasz stać się kochanką innego... Kochanką! Bo kobietą można stać się tylko raz.

Nastało długie milczenie. Gordon spojrzał niespokojnie na zegarek. Twarz jego była prawie obojętna. Na stole leżał nóż do rozcinania papieru, wziął go i w roztargnieniu począł się nim bawić, spojrzał potem nagle na nią, bawił się znowu i rzekł wreszcie z lodowatym spokojem.

— A teraz posłuchaj, powiem ci jeszcze coś nadzwyczaj ważnego. Właściwie po to tylko tu przyszedłem. Idzie mi o Polę Wrońską.

Zatrzymał się, spojrzał na nią i bawił się mechanicznie nożem.

— Chcę poślubić Polę — rzekł nagle, jak gdyby mówił coś niezmiernie obojętnego.

Ona patrzyła nań oniemiała, a po chwili zaśmiała się głośno.

— Tego nie zrobisz!

— Tak, zrobię. Ona jest jedyną, przy której zdołam ciebie zapomnieć.

— Przysięgam ci, że tego nie zrobisz.

— Tak. Zrobię. Uczynię to za miesiąc. Ona już jest moją żoną.

Podkreślił słowo „jest”.

— Kłamiesz!

— Nie, nie kłamię!

Zbliżyła się doń groźnie.

— Powiedz, że kłamiesz! Powiedz natychmiast!

— Czy znowu chcesz mnie bić? — zaśmiał się cicho. — Nie bij mnie; wszak biłaś mnie tylko ze wstrętu przed sobą samą.

Opadła wycieńczona na krzesło.

— Widzisz, Helu, ja bym ci chętnie wyjaśnił, ale brak mi dzisiaj sił. Zresztą to obojętne. Wiem tylko, że w jakiś sposób dowiedziałaś się o moim stosunku z Polą. Wiem, że chcesz z niej zrobić swoją przyjaciółkę, i wiem także, że już teraz nad tym pracujesz... Ale dlaczego się śmiejesz? Czy jesteś zrozpaczona?

— Nie, nie... mów dalej.

— Otóż, nie mam już nic więcej do powiedzenia. Powtarzam ci tylko, że wszystkie twoje wysiłki są nadaremne. Poli nie odwrócisz ode mnie. Nie trudź się daremnie. Tym się tylko ośmieszysz.

Zaśmiała się jeszcze gwałtowniej.

On usiadł znowu i bawił się nożem.

Nagle przestała się śmiać.

— Teraz możesz już iść. Wizyta twoja zbyt długo trwa.

— Tak, istotnie. Zresztą i tak muszę już iść. Ale słowo jeszcze. Jeżeli istotnie chcesz przywiązać do siebie Ostapa, to wiedz, że ilekroć spojrzy na ciebie...

Urwał nagle.

Ona pokryła się trupią bladością. Wzrok jej błądził gdzieś bez celu.

Gordon wyciągnął ku niej rękę.

Hela jakby tego nie spostrzegła.

— Nie chcesz podać mi ręki. Szkoda. Ja nie czuję ku tobie nienawiści. My właściwie tak jesteśmy sobie pokrewni...

U drzwi stanął.

— Dziwne, że nie pomyślałaś o tym, że mógłbym cię skompromitować swoją wizytą. A może myślisz, że nikt mnie nie zobaczy w taką słotę?

Wyszedł do przedpokoju.

— Ja zresztą pomyślałem o tym, że mógłbym cię skompromitować. Ale wiedziałem, że ojciec twój wyjechał...

Zdziwił się nagle, że mógł mówić o rzeczach tak obojętnych. Włożył płaszcz i spojrzał jej w twarz.

— Nie widziałem cię nigdy tak bladą... Nigdy do ciebie już nie przyjdę... Nigdy już z tobą mówić nie będę. To ostatni raz. Bądź zdrowa i pamiętaj o tym, co ci powiedziałem.

Otworzył drzwi i zeszedł. Nagle ujrzał ją we drzwiach.

— Chcesz mi pewnie pokazać, że nie boisz się kompromitacji — rzekł cicho.

— Pamiętaj wziąć zimne okłady na twarz — szepnęła złośliwie i zatrzasnęła gwałtownie drzwi.

IV

Gordon był jakby zdruzgotany. Oparł się o mur i silniej owinął się płaszczem. Zdało mu się, że nie może ruszyć się z miejsca. Trząsł się od zimna.

Wyszedłszy z miasta, podążył przez pole, na którym ujrzał światło elektryczne migotające z olbrzymich zakładów fabrycznych.

Z boku stał mały, jednopiętrowy domek; Gordon przystąpił do okna i zapukał lekko kilka razy. Potem wszedł do sieni; otworzono jakieś drzwi i wszedł.

— Dobry wieczór, Hartmann. Wszak prócz pana nikt nie mieszka w tym domu? — zapytał Gordon cicho.

— Z trudem go odnalazłem. Dotychczas nikt jeszcze nie mieszka.

— A więc otrzymał pan ostatecznie posadę inżyniera?

— Tak.

— To dobrze.

Gordon zrzucił płaszcz i drżał od zimna jakby w febrze.

— Dobre czasy dla nas. Nie mógłbym składać wizyt przy innej pogodzie. Wszak ma pan herbatę?

— Tak, oczywiście.

Hartmann nalał mu gorącej herbaty.

— Kupiłem także koniaku dla pana — rzekł, uśmiechając się z zakłopotaniem.

— A pan nie pije? — Gordon spojrzał na niego ze szczególną uwagą.

— Nigdy.

Usiedli. Hartmann jakby głęboko pogrążał się w siebie.

— I nie pali pan także? — zapytał Gordon.

— Ja? Nie, nie palę.

— Ależ wszak widziałem pana palącego w Londynie, ostatnim razem.

— Teraz już nie palę.

— Dlaczego?

— Nie chcę mieć żadnych potrzeb. Nie chcę niczego używać. Niczego.

— Bo chcesz pan wyswobodzić swoją wolę ze wszystkich pęt. Wszak prawda?

— Tak.

Nastało znowu długie milczenie.

— I pan nigdy także nie kochał? — spytał Gordon nagle.

— Nie, nigdy! — odrzekł obojętnie.

— Czy gardzi pan kobietami?

— Nie mogę nimi gardzić, bo nie uznaję różnicy płci, uznaję i znam tylko ludzi i kocham wszystkich ludzi.

Hartmann pił herbatę powoli i z namysłem i zdawało się, jakby wcale nie czuł ochoty do dalszej rozmowy. Ale nagle twarz jego ożywiła się. Spojrzał ponuro na Gordona.

— Ja już wyszedłem z siebie. A tylko człowiek, który wyszedł z siebie, może spełnić ten czyn. Przed rokiem zabiłem kota, który zamordował młode ptaszęta w gnieździe. Wtedy po raz ostatni byłem nieszczęśliwy, bo czułem, że jeszcze mam z sobą do czynienia, że jeszcze nie wyszedłem z siebie, że jeszcze nie dojrzałem do czynu. Teraz już nie jestem nieszczęśliwy. Nieszczęśliwy człowiek nie dojrzał do czynu. Czyn musi w mózgu mieć swe korzenie, a nie w uczuciu. Gardzę anarchistami, bo u nich wszystko pochodzi z uczucia. Dla mnie czyn nie jest czynem, jeżeli ma źródło swoje w uczuciu litości lub zemsty. Nie! ja muszę zrozumieć, że coś jest dobre, i jeżeli coś zrobię, to właśnie dlatego, że rozumiem.

Gordon był tak wycieńczony, że tylko z trudem mógł zdążyć za tokiem myśli Hartmanna. Ale ostatnie zdanie zaciekawiło go.

— Czy pan niczego nie żałuje w swoim życiu?

— Tak. Mógłbym był bardzo wygodnie zabić kiedyś właściciela plantacji, który nieludzko bił swoich niewolników, i nie skorzystałem ze sposobności.

— Zresztą niczego?

— Nie!

— I nie czuje pan również nienawiści?

— Nie!

— I dlaczego chce pan spełnić ten czyn?

— Bo zrozumiałem i przekonałem się, że jest dobry.

Milczeli bardzo długo. Gordon pił szklankę herbaty jedną po drugiej i ponuro patrzył przed siebie. Nagle ostro spojrzał na Hartmanna.

— Panu pewnie z trudem przychodzi wyrazić swoje myśli?

— Dlaczego?

— Bo pan zawsze milczy.

— Czy ja milczę? Ja nie wiem o tym. Myśli moje są tak głośne, że rozmawiam z nimi.

— Pan pewnie bardzo dużo myśli?

— Ja zawsze myślę.

Zamilkł znowu. Ale nagle ożywił się.

— Czytałem pracę pana. Krytykę istniejących utopii ekonomicznych, jak je pan nazywa. Zajęła mnie bardzo, chociaż zupełnie się z panem nie zgadzam. Jesteśmy, że tak powiem, na dwóch krańcowych biegunach. Ja wierzę w potęgę mózgu, w potęgę uświadomionej i świadomej woli, która zdoła stworzyć nowe systemy ekonomiczne i wprowadzić je w życie. Pan w to nie wierzy?

Spojrzał pytająco na Gordona.

— Nie, nie wierzę — rzekł Gordon opryskliwie.

— Twierdzi pan więc, że mózg niczego zdziałać nie zdoła? — Hartmann nerwowo kręcił wąsa.

Gordon zauważył nagle, że Hartmann ma bardzo piękną rękę. Palce były długie i kończaste, a tak cienkie, że zdały się ogromnie wątłymi.

— Tego nie powiedziałem — Gordon mówił bardzo wyraźnie, jakby chciał przemóc znużenie. — Powiedziałem, że mózg zdoła kombinować na podstawie niezliczonych doświadczeń, zdoła to, co nieznane, sprowadzić, do tego, co znane i tworzyć nowe — nie, nie nowe, lecz bardziej skomplikowane połączenia i stosunki; ale twierdzę stanowczo, że mózg żadną miarą nie zdoła objąć milionów bardzo drobnych i najdrobniejszych przyczyn. A zatem nie potrafi z góry przewidzieć, jakim się okaże najsubtelniej obmyślany system. Przypuściwszy nawet, że zdołałby uregulować niezliczone zewnętrzne przypadkowości i oznaczyć z góry np. konsumpcję za pomocą starannej statystyki, to przecież nie zdoła obliczyć i wtłoczyć w jakiś szemat duszy, a więc tego, co przede wszystkim jest nieprzewidziane, przypadkowe. Że nasz ustrój psychiczny jest wytworem stosunków ekonomicznych, to głupstwo; i jeszcze większym głupstwem jest przypuszczenie, że ustrój ten zmieni się ze zmianą stosunków ekonomicznych. A że właśnie nie można oznaczyć jedynego czynnika wszelkich stosunków: duszy, więc każdy nowy system ekonomiczny jest dla mnie utopią, kwadratowym kołem, biczem z piasku.

— A więc stan istniejący jest dobry — wtrącił nerwowo Hartmann.

— Nie! nie dobry, lecz konieczny.

— Ależ przez miliony wieków uczono nas, że to, co konieczne, jest dobre.

Gordon uśmiechnął się.

— Tego nas nie uczono. Ale niech i tak będzie. Przypuśćmy, że to prawda. Ale w takim razie trzeba je zniszczyć, właśnie dlatego, że jest dobre. Ja chcę je zniszczyć, bo jest dobre, a pan chce je zniszczyć, bo jest złe. Pan chce zniszczyć stan istniejący, bo ma pan nowy system w pogotowiu. A ja chcę niszczyć, bo na gruncie zniszczenia wykwitnie nowy stan rzeczy, zupełnie od woli niezależny, nieobliczony, ale nie mniej konieczny i uzasadniony. W gruncie to na jedno wychodzi. Skoro tylko zniszczymy stan istniejący, natenczas nie pozostanie mi już nic do roboty, a przyszłość może pan zbudować sobie według swoich zasad.

Hartmann długo spoglądał na Gordona.

— Dlaczego pan chce niszczyć?

— Bo nienawidzę.

— Nienawidzi pan? — uśmiechnął się.

— Tak, nienawidzę. A nienawiść moja świętsza jest od miłości pana, bo pan odczuwa miłość tylko mózgiem. Nienawiść moja jest starsza i głębsza, bo była przed wszelką miłością. Lucyfer jest starszy niż świat, bo świat jest dziełem miłości.

— Jesteś za bystry, panie Gordonie — rzekł Hartmann bardzo powolnie. — Nie mogę podążyć za myślą pana, mózg mój niewyszkolony nie zdoła pojąć pańskich paradoksów. Zresztą nie wierzę wcale w to, co pan mówi. Wszak to tylko surogat pańskiego myślenia, wszak to drzazgi tylko, które mózg dokoła siebie rozrzuca. W tym tkwi zupełnie co innego.

— Tak pan sądzi?

— Ukrywa pan i chowa swoje wnętrze, tryskasz paradoksami i dowcipnymi słówkami, żeby tylko nie pokazać najgłębszego dna duszy. Pan bardzo nieprzystępny. Pan jest arystokrata. Może ostatni...

Urwał nagle i umilkł.

— Chcę z panem wspólnie pracować — rzekł po długiej chwili milczenia.

Po twarzy Gordona zamigotała jakby jasna iskra błyskawiczna, ale wnet znikła i twarz przybrała wyraz zwykłej obojętności.

— To bardzo rozsądnie — rzekł prawie niedbale.

— Wczoraj jeszcze się opierałem. Pobudki pana były mi niejasne. I teraz ich jeszcze nie rozumiem zupełnie. Ale ufam panu...

— Wszak mnie pan nie zna.

— Nie! Nie znam pana. Nie znam myśli pana, ale znam twoją duszę.

Uśmiechnęli się do siebie pełni zakłopotania.

— Mówił pan kiedyś w Londynie o wszystkich tych wydziedziczonych i zrozpaczonych, o wszystkich tych dzieciach Szatana, jak ich pan nazwał. Jest coś ponętnego w tej myśli, która nieustannie w ciągu wieków powraca. Wszystkie ludy i wszystkie czasy wierzyły w pierwiastek zła, a pan, wszak pan jest ojcem zła, a to dobrze.

— Czy to dobrze?

— Tak, to dobrze.

— Czy pan to dzisiaj dopiero zrozumiał?

— Tak. Na chwilę przed przyjściem pana. Wiele zastanawiałem się nad panem... Teraz już jestem gotów... Ależ pan drży. Napij się pan herbaty, naleję panu koniaku... Tak... Wystarczy?

— Czy pan jest pod dozorem policji?

— Nie. Nigdy nie brałem udziału w żadnym ruchu. Czekałem na Jedynego.

— A tym jestem ja?

— Tak. Pan.

Siedzieli długo w milczeniu.

Kiedy Hartmann znowu podniósł oczy, spostrzegł, że Gordon śpi.

Wstał cichutko, przyniósł kołdrę z łóżka i przykrył go starannie.

Twarz śpiącego jakby zastygła w najrozpaczliwszym smutku. Zdawało się, jakby ledwo oddychał.

Hartmann odwrócił oczy, ale wciąż musiał na nowo wpatrywać się w tę rozpaczliwą twarz. Tak siedział blisko godzinę.

Nagle Gordon otworzył oczy. Całkiem spokojnie. Jakby je dopiero co przymknął.

— Muszę już iść — rzekł, odłożył kołdrę i powstał. — Dziękuję panu. Pan jest dla mnie jedynym. Jutro znowu przyjdę, a wtedy omówimy szczegóły.

— Może napije się pan jeszcze herbaty?

Gordon spojrzał na zegarek.

— Jest już po trzeciej, ale chętnie zostanę i chętnie z panem będę rozmawiał.

Usiadł znowu.

— Czy lubi pan filozofię?

— Lubię myśleć.

Hartmann chodził po pokoju, spoglądał od czasu na Gordona i zdawało się, że szukał słów.

— Co pan właściwie ceni, filozofię Nietzschego? — spytał nagle.

— Filozofię? Wcale nie. Ale sztukę Nietzschego cenię bardzo.

— A filozofię jego pan ma za nic? — spytał Hartmann zdumiony i usiadł znowu.

— Tak jest. Filozofia jego nie zaciekawia mnie wcale. Bo cóż on stworzył lepszego lub gorszego od któregokolwiek innego filozofa burżuazyjnego? Wszak Nietzsche-filozof to czysto burżuazyjny mózg... Czymże jest cała dotychczasowa filozofia? Marną etyką burżuazyjną, jedyną etyką, jaką w ogóle burżuazja posiada, a mianowicie etyką, która głosi świętość i nienaruszalność własności. I dlaczego, sądzi pan, zgodzono się wreszcie na to, że życie nic nie warte. Wszakże wszystkie powody, jakie filozofowie przytaczają na uzasadnienie tego poglądu, dadzą się ostatecznie sprowadzić do przyczyn ekonomicznych. Utopista, doszedłszy do tego poglądu, chce stworzyć inne warunki bytu, ale filozofowi burżuazyjnemu takiego wniosku wyciągać nie wolno, bo własność jest nienaruszalna. A więc gdzie szukać wyjścia. Bajeczny imiennik pana chce wyzwolić się przez samobójstwo. A Nietzsche? Wszakże i on wyszedł z pesymistycznego poglądu na życie, wszakże i on jasno zdawał sobie sprawę z tego, że życie nic nie warte; ale nie chciał zatrzeć granicy między „moim” a „twoim”, nie chciał uciec się do banalnego środka wybawienia przez śmierć, więc woła do ludzi: bądźcie nadludźmi! Ale dlaczego mamy stać się nadludźmi? Bo powinniśmy się wznieść ponad nędzę, która wytworzyła własność. He, he, he! Nie ma dobra ni zła, ale Nietzsche ciągle mówi o anarchistach jak o psach, które przebiegają wszystkie targi europejskie... He, he... Bądźcie nadludźmi, to znaczy, bądźcie szlachetni i mądrzy, pracujcie przy pomocy pojęć, nie dbajcie o burżuazyjny porządek społeczny, lecz druzgotajcie jego tablice, naturalnie na papierze i gardźcie nim... He, he, he... Nigdy jeszcze ta trwoga burżuazyjna, co drży przed możliwym naruszeniem własności, nie ukryła się tak dobrze. W gruncie, to przecież nic innego, tylko nauka chrystianizmu: nie troszczcie się o skarby, które rdza pożera... Ha, ha... Jedni udają się do Indii i wchłaniają w siebie naukę brahminów... drudzy chcą się oczyścić i uszlachetnić środkami czystego człowieczeństwa, inni stają się nawet nadludźmi!...

Gordon wpadł w niezwykłą wściekłość.

— Jaka ona śmieszna, ta drżąca trwoga, która teraz dla odmiany stworzyła sobie nadczłowieka. Ta trwoga, ta trwoga, rozumie pan — ta trwoga drobnego obywatela, który drży przed dynamitem anarchisty. Nienawidzę tych kłamliwych ideologów burżuazyjnych, bardziej nimi gardzę niż Napoleon...

Ustał nagle i niemal zakłopotany spojrzał na Hartmanna. Zdało mu się, że za wiele powiedział.

— Wydaje pan strasznie lekkomyślne i jednostronne sądy — rzekł Hartmann po długim milczeniu. — Obchodzi się pan z takim Nietzschem jak z żakiem szkolnym...

— Być może... Tak, istotnie. Jestem jednostronny, jestem fanatykiem... Ma pan słuszność... To zresztą moja rzecz... Jedyny filozof, którego czczę, to Napoleon. Szczęście nie nęci mnie wcale, nie troszczę się o nie. Cała etyka, wszelkie przyczyny i cele nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Ale znam i ubóstwiam jedną rzecz, jedyną, która jest piękna — czy pan rozumie? piękna — a jest nią potęga, potęga, potęga!

Hartmann spojrzał nań ponuro.

— Wiedziałem, że pobudki pana są złe.

— Co to pana obchodzi, czy są złe czy dobre? Zresztą potęga nie jest ni zła ni dobra, jest tylko piękna! Napoleon sam był śmiesznym ideologiem, był małym człowiekiem, bo chciał zdobyć potęgę na to, żeby się nią rozkoszować, z potęgi chciał zrobić przedmiot własności...

— A pan?

— Ja chcę pić potęgę i upajać się nią w czynie, potęga jako przedmiot własności jest dla mnie śmieszna, tak śmieszna jak ta nędzna, obdłużona wioska, na której siedzę. Chcę być potężnym, ale nie chcę potęgi posiadać. Gdyby Napoleon zniszczył świat dla niszczenia, gdyby druzgotał trony i nie obsadzał ich na nowo, gdyby zniszczył był porządek rzeczy i nie przekształcił go na inny, natenczas byłby dla mnie Bogiem! Nie! nie Bogiem! Wszak Bóg istnieje tylko na to, żeby strzec własności mienia i życia... Ale byłby dla mnie Szatanem! Najwyższym! Ten, który niczego nie posiada, dla którego życie jest obojętne, nie potrzebuje Boga, Bóg jest dla niego zbyteczny, ale potrzebuje Szatana — Boga, który przemawia czynem, który do czynu pędzi... zresztą gardzę także Napoleonem...

Milczeli długo.

Hartmann wstał powoli.

— Teraz idź już pan. Był pan bardzo szczery. Nie mam dla pana ani odrobiny sympatii. Nie współczuję z panem, bo nie jesteś człowiekiem. Człowiek, który jest tylko czynem, nie jest człowiekiem.

Gordon uśmiechnął się wzgardliwie.

— Wiele pan ma przesądów burżuazyjnych, kochany Hartmannie. Zdawało mi się, że mózg pana lepiej wyszkolony. Musi pan długo jeszcze pracować nad mózgiem swoim.

Gordon posmutniał nagle, czoło pomarszczyło mu się niezwykle, a oczy mgłą się przesłoniły.

— Pan jeszcze korzysz się przed pojęciami, które burżuazja wynalazła dla ochrony własności. Pojęcie „ludzkość” ogrzewa ci serce. Ale czyż pan nie pojmuje, że to pojęcie, to tylko imię zbiorowe dla ochrony kolektywnej własności? Przecież ja właśnie gardzę anarchistami. Chcą usunąć własność, ale czczą ludzkość. Ludzkość jednak nie może istnieć bez własności. Tylko o tyle uważam się za cząstkę ludzkości, o ile mam z nią coś wspólnego: własność. Jeżeli mam własność, to i miłość odczuwam ku ludzkości i nie wolno mi niszczyć...

Zaśmiał się nagle.

— A skoro nie wolno mi niszczyć, to czymże jestem, jeżeli nie ideologiem i obywatelem. Bądź pan zdrów, i nie zapominaj pan o przyrzeczeniu.

— Nigdy nie zapominam tego, co przyrzekłem.

Hartmann spojrzał nań ponuro.

— Był pan bardzo szczery — rzekł powoli.

— Pan jest jedynym, który to wszystko ode mnie usłyszał.

Gordon podał mu rękę i uśmiechnął się.

— A kiedy wszystko będzie zniszczone, wówczas ja pójdę i zostawię panu miejsce do budowania.

V

Hela stała przy oknie i przyciskała rozpalone czoło do szyby.

Na dworze deszcz padał, padał nieprzerwanie.

Nie myślała o niczym. Był to stan obłąkanego i bezładnego pogmatwania, pogrążenia, z którego zrywała się od czasu do czasu.

Och, ona to znała.

Zmierzch zapadał, zaczęło się szybko ściemniać.

Zaświeciła lampę, usiadła na fotelu i ukryła twarz w dłoniach.

Tak siedziała bardzo długo. Nagle zerwała się: ktoś pukał.

Wszedł Ostap. Zdawał się zmieszanym, rozejrzał się lękliwie dookoła i usiadł, nie mówiąc ani słowa.

Hela stała i czekała.

Spojrzał ku niej z zakłopotaniem.

— Pewnie na mnie czekałaś. Z takim trudem wybrałem się z domu. Ból rozsadza mi głowę. Co masz mi powiedzieć? Wielki Boże, tak ponuro wyglądasz? Cóż to takiego?

— Czyś ty chory? — spytała.

— Nie, tylko pijany. Teraz zawsze jestem pijany — wykrztusił Ostap.

— A czy zrozumiesz przynajmniej, co ci powiem?

— Mów, mów!

— A więc słuchaj, nigdy nie chcę cię już widzieć. Postanowiłam zerwać z tobą.

Podskoczył i spojrzał na nią idiotycznie.

— Nie przerywaj mi, bo inaczej pójdę i nic nie powiem. Zresztą kłamiesz, nie jesteś pijany. Wcale nie jesteś pijany.

— Nie!

— Czyś ty chory?

— Nie, nie! Mów dalej, mów!

Spoważniała jeszcze bardziej.

— Śmiejesz się! Myślisz, że mówię pod wpływem kaprysu. Nieprawda. Nigdy nie mówiłam tak szczerze. Teraz dopiero stałam się tak szczerą...

Przerwała, jakby jej sił zbrakło.

— Och, taka szczera jestem — powtórzyła nieprzytomnie.

Nagle oprzytomniała i usiadła obok niego.

— Ostapie, okłamałam cię; ja nie mogę być twoją. Miłość twoja była tak gwałtowna, oszołomiłam się twoją miłością. Byłam tak szczęśliwa. Ty jesteś pierwszym, który mnie kochasz, ale ja cię nie kocham.

— Nie kochasz mnie?

— Nie! Sądziłam, że o wszystkim przy tobie zapomnę — o wszystkim... Ale ty jesteś zbyt słaby. Ja muszę czuć moc i straszliwą siłę dookoła siebie, inaczej upadam... tak, upadam — upadam... Och, nie ma dla mnie człowieka dość silnego. Muszę czuć dookoła siebie taką potęgę, żebym w niej stopniała jak drobny punkcik. Potęgę, która by mnie tysiąckrotnie osłoniła tak, żebym o sobie zapomniała i czuła się bezsilnym dzieckiem i stała się znowu dzieckiem... Ty nie jesteś takim człowiekiem. Tyś sam słaby i zawsze się lękasz. Ty o wiele bardziej się lękasz niż ja...

Umilkła.

On chwycił ją za rękę, ścisnął ją boleśnie i rzekł ochrypłym głosem:

— Dalej, dalej!

— Och, puść, puść... To boli... Ja muszę czuć, jak mnie cudza potęga unosi, porywa, bo wtedy znowu czuję się dzieckiem i nie pamiętam odrazy... Ale i ty odczuwasz wstręt. Do siebie i do mnie...

— Kocham cię! — rzekł Ostap bezdźwięcznie. — Nigdy nie czuję wstrętu do ciebie.

— Kłamiesz! Kłamiesz! Często czujesz wstręt do mnie. Bardzo często. Czy powiedzieć ci, kiedy czułeś? Czy pamiętasz, kiedy staliśmy na peronie na stacji kolejowej? Jakiś mężczyzna całował dziewczynę, która z lękiem rozglądała się naokoło. Czuła tyle trwogi, tyle miłości i tyle bólu, bo on musiał odjeżdżać. Czy wtedy nie myślałeś: „Ach, tak ona stała niegdyś obok pierwszego kochanka, kiedy on musiał odjeżdżać? Lękała się, żeby jej nie spostrzeżono, i ogromnie była smutna, że on odjeżdża!”. Czy ty tak nie myślałeś o mnie? Czy myślisz, że nie spostrzegłam, jak wzdrygnąłeś się z bólu? Najlżejsza drobnostka sprawia ci ból. Wszystko, co we mnie jest, co mnie otacza, sprawia ci ból. Każdy dom, każda ulica, każde wspomnienie staje się dla ciebie męczarnią. Gdziekolwiek spoglądam, prześladuje cię myśl: „Och, czy to nie tu, czy nie w tym domu ona stała się kobietą? Czy to tu ona siedziała z nim i wspominała noc miłosną?”... Widzisz, ja tego znieść nie mogę. Ja taki bezmierny wstręt czuję dla mojej przeszłości... Nie chcę, żebyś mi ją nieustannie przypominał. Nie! Nie chcę... Och, jam taka znużona!

Opuściła bezsilnie ręce.

— Ty chwytasz się mojej istoty — rzekła po długiej pauzie. — Ciebie dręczy tak wielka trwoga. Chciałbyś zgłuszyć ją w miłości. Chciałam wziąć cię za rękę i stopić swój wstręt w twojej trwodze. Ale braknie mi sił...

Umilkła znowu, oczy jej zapełniły się łzami.

Ostap chciał coś powiedzieć, ale wykrztusił tylko ochrypły jakiś dźwięk.

Spojrzała nań pytająco.

Oczy jego roztwierały się pełne chorego lęku.

— Nie opuszczaj mnie! nie opuszczaj mnie... Bez ciebie zginę. Odkąd cię tu spotkałem... odkąd cię kocham, jestem inny, lepszy... Miłość twoja wzmocniła mnie... Już nie mam tych strasznych snów...

Porwał ją za ręce.

— Ty napoiłaś mnie nadzieją... a ja uchwyciłem jej się rozpaczliwie... Kocham cię. O wszystkim zapomnę. Stanę się siłą i potęgą, której ci trzeba, której pragniesz...

Płakał jak dziecko.

Hela niecierpliwiła się.

— Ty nie możesz być silnym! Nie okłamuj się! Nie utrudniaj sobie tej bolesnej rozłąki. Teraz zapomniałeś już o tym, o czym jeszcze przed pięciu minutami myślałeś... Czyż nie zdałeś sobie sprawy z tego, że byłam kochanką Gordona i jeszcze dawniej kochanką śmiesznego studenta? Tutaj, tak, w tym mieście! Chodź ze mną, a pokażę ci dom, w którym przeżyłam długie, długie godziny miłości.

Zaśmiała się szyderczo.

— Czyż nie możesz sobie wyobrazić, czy nie możesz odczuć całego wstrętnego brudu, którym się kalasz, kochając kobietę, której ciało oplecione było już rękami innego? Ha, ha, ha... Tylko namiętnością rozpalony, lubieżny chłopczyna nie odczułby grozy i bólu w takich razach... Idź! Nigdy już nie chcę oglądać cię! Nie kocham cię!

Ostap jakby stracił równowagę. Porwał ją znowu za ręce i ściskał je gwałtownie.

— Pozwól przynajmniej, abym cię widział, królowo. He, he... Tyś moja królowa! Czuję się tak silnym przy tobie. Czy przyprowadzić ci go, czy rozumiesz, jego, króla? Czy sprowadzić ci tu Gordona? Tylko mnie nie odpędzaj! Ja w tej chwili go tu sprowadzę...

Śmiał się jak obłąkany.

— Znam czarowne słowo! Natychmiast przyjdzie! Jego miłość dla potęgi większa jest niż jego miłość ku tobie...

Tupnęła nogą.

— Nie chcę go! Nienawidzę go!

— Bo go kochasz, królowo. Ja go także kocham... Będziemy go kochać oboje. Oboje będziemy szczęśliwi w jego potędze i drobni, ha, ha, ha... i nie będziemy lękać się... Ha, ha, ha... ja tak ogromnie się lękam...

Hela powstała.

— Idź! Wszystko już skończone! To moja ostatnia wola! Nie chcę was widzieć, ani ciebie, ani jego. Chcę być sama. Gordon jest kłamcą. On nikogo nie kocha. On tylko stara się wmówić w siebie, że kocha, ale on nie kocha.

— Tak on kocha, ciebie kocha, ciebie, bo ty... bo ty...

Powstał i zatoczył się.

— Słuchaj, Helu... Pozwól mi przynajmniej... Tak, o to jedno cię proszę... Pozwól mi czasem przyjść i widzieć cię...

— Nie! Nie chcę! Kalacie mnie każdym uściskiem dłoni, kalacie mnie oczyma swoimi, dźwiękiem głosu... Wszyscy chwytacie się mnie z tą myślą, że łatwo mnie posiąść, bo mnie już posiadł ten i ów. Brzydzę się wami! Idź już! Idź!

On uśmiechnął się jak obłąkany.

Hela porwała się trwożnie. Obezwładniał ją dziki wyraz najrozpaczliwszej trwogi, który skrzywiał mu twarz.

— Czego się lękasz? — szepnęła cicho i cofnęła się mimo woli.

On podszedł ku niej.

— Czego się lękasz? — powtórzyła.

Nagle Ostap spojrzał na nią jasno i poważnie.

— Chodź do mnie. Powiem ci. Chodź, usiądź tu koło mnie.

Usłuchała.

On pochylił się nad nią.

— Lękam się, bo — bo...

W okamgnieniu objął jej głowę i ugryzł ją w szyję.

Hela krzyknęła z bólu.

Ostap ochłonął. Cofnął się w odległy kąt i stanął z bezwładnie obwisłymi ramionami.

Upłynęła długa chwila. Hela drżała i wcisnęła się trwożnie w kąt pokoju.

On ciągle patrzał na nią i uśmiechał się jak obłąkany. Po policzkach jego spływały nieprzerwanie wielkie łzy, a na twarzy nie zadrgał mu ani jeden muskuł.

W końcu opamiętał się. Zwrócił się ku oknu, stał długo nieruchomo i spoglądał na ulicę. Potem z wolna odwrócił się do niej.

— Pewnie cię przestraszyłem — spytał obojętnie. — Od czasu do czasu miewam takie napady... No tak... teraz oczywiście pójdę...

Usiadł, ale wstał znowu.

— Ale powiedz, czy istotnie nie sprowadzić ci tu Gordona?

Patrzył na nią przeciągle, potem uśmiechnął się.

— A więc, bądź zdrowa... masz słuszność... Ja wiele cierpiałem przez to... przez... przez — No tak...

Dotknął się jej ręki końcami palców.

Przed drzwiami zetknął się z Polą Wrońską.

Na dworze musiał się oprzeć o mur, żeby nie runąć.

Po chwili zaczął schodzić ze schodów, ale siły go opuściły.

Usiadł na stopniach, wszystko zaczęło dookoła niego krążyć, jakieś wielkie niebo stało w płomieniach, żółte błyskawice wpadały w słońce...

Zemdlał.

VI

Kiedy się zbudził, spostrzegł Gordona siedzącego przy stole. Był zajęty samowarem.

Ostap natychmiast przymknął oczy, ale wnet usiadł na łóżku.

— Czy mnie znaleziono u niej?

Gordon spojrzał nań uważnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.