drukowana A5
13.82
Sukienka balowa

Bezpłatny fragment - Sukienka balowa


Objętość:
31 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0756-3

Rozdział I, w którym Artur pomyślał o damie swego serca.

Pewnego wtorku, około 2-ej w południe, zwykli śmiertelnicy,przechodząc ulicą Wierzbową, mieli nieporównaną rozkosz oglądać i podziwiać ozdobioną małpami algierkę dobrzewychowanego Artura, razem z jej właścicielem, wypełniającymwnętrze pięknej szaty na zasadzie poręczenia, złożonego wskładzie futer przez dwie wiarygodne i odpowiedzialne osoby.

Z boleścią zaznaczyć musimy, że ogół mieszkańców miastaWarszawy, prawdopodobnie skutkiem roztrzepania, nie zwracałdostatecznej uwagi na naszego bohatera, a tym mniej zapytywało rodzaj jego zajęć i nazwisko. Raz tylko (lecz działo się tonie na Wierzbowej), jakiś zgryźliwy staruszek, potrącony przezArtura, rzucił niebacznie słówko: „Cóż to za błazen...?”Szczęściem niedelikatne to pytanie nie dosięgło uszu młodzieńca;ten bowiem zamiast odpowiedzi, podwoił kroku i począł nucićulubioną arię z Traviaty.

Nie podzielając nagannej obojętności współobywateli, choćw kilku wyrazach postaramy się skreślić biografię miłego chłopca.Nie dlatego bynajmniej, aby miał odegrać jakąś wydatniejsząrolę w naszej powiastce (tacy bowiem, jak on, nigdzie żadnejnie odgrywają roli), lecz dlatego, aby przekazać potomnościukochany przez nas typ, który od wieków już istnieje i wiekijeszcze istnieć będzie.

Główną finansową podporę Artura stanowiła jego ciotka:dama sędziwa, sparaliżowana i ubóstwiająca swego wychowanka.Ona to co dzień o pierwszej częstowała go skromnym obiadkiemi dawała mu co miesiąc rubli sześć na drobne wydatki.Wywzajemniając się, Arturek w ciągu obiadu bawił ją bardzogroźnymi pogłoskami wojennymi, po obiedzie zaś kładł swejkarmicielce miękką poduszkę pod głowę, życzył smacznej drzemkii wychodził „do biura”.

Biuro jego mieściło się w pewnej sali bilardowej, gdzienajsystematyczniej pracował od 10 do 12 z rana i od 2 do 7 po południu. Bilard lepiej znał, niż Jan Śniadecki trygonometrięsferyczną; grał na nim stojąc, siadając i kładąc się, w tużurkui bez tużurka, słowem: jak prawdziwy artysta. Ponieważzaś na przeciwników wybierał zawsze młodzież niewprawną,lecz zasobną, i ponieważ, dzięki słabej pamięci, sobie niekiedydoliczał punkty, a swym partnerom ujmował — praca więc,,biurowa” przynosiła mu 2 do 3 rb. na dobę.

Bez względu na tak przyzwoity dochód, Artur, hołdującwymaganiom wieku, miał długi. Załatwiał się też z nimi wsposób ogólnie przyjęty — zaciągając dla spłacenia dawnej, nowąpożyczkę „z ogonem”. Skutkiem tych operacji długi rosły;bohater nasz jednak był pewny ostatecznego uregulowania ichprzy pomocy kapitaliku, który po najdłuższym życiusparaliżowanej ciotki miał odziedziczyć.

Pewien rodzaj ludzi nigdy nie pyta: skąd masz? — lecz: ilemasz? — a ponieważ Artur był młodzieńcem nader miłejpowierzchowności, i ponieważ łatwiej można mu było wykazać:oszustwo w grze, plotkarstwo i skłonność do blagi, aniżelinajmniejsze zaniedbanie form towarzyskich — dobry tenwięc chłopak w najuczciwszych domach bywał przyjmowanyz otwartymi rękoma, a nawet... konkurował o pewną posażnąjedynaczkę z widokami wygranej!...

Wiedząc o tym, nie zdziwią się zapewne czytelnicy, skoro impowiemy, że w chwili, gdy przyjaciela naszego spotkaliśmy naulicy Wierzbowej, jakiś bardzo przyzwoity mężczyzna zastąpiłmu drogę i z najniższym ukłonem rzekł:

— Jakież to szczęście, że spotykam szanownego pana Artura!

— Witam. Czymże mogę służyć? — zapytał uprzejmiemłodzieniec.

— Powiem krótko: we czwartek żona moja i ja wydajemy wieczorek... Znam mało przyzwoitej młodzieży, i dlategoośmielam się prosić pana o pomoc...

— Rozumiem i chętnie służę! — odparł młodzian, któremuprzemknęły w tej chwili przez myśl: polędwica z sałatą, szczupakz białym sosem i kilka gatunków win różnej narodowości.

— Gdzież szanowny pan mieszka? — zawołał rozpromienionygospodarz balu. — Już od tak dawna pragnąłem mu złożyćwizytę...

— W tej chwili... To jest... — bełkotał Artur.

— Domyślam się! Masz pan zapewne nieuporządkowanyapartament. Więc tymczasem do widzenia, a przy pierwszejsposobności...

Mówiąc to, człowiek przyzwoity czule ściskał rękę Artura,który wyglądał tak, jakby mu frazes „o uporządkowaniuapartamentów” nasunął jakąś myśl znakomitą. Nim więcznajomy zdołał dostatecznie określić potęgę swej wdzięczności,Artur rzekł:

— Przepraszam za ciekawość...

— Owszem, panie, bardzo proszę!

— Czy państwo Gwizdalscy są także inwitowani?

— Panna Helena i jej ojciec?... Na śmierć zapomniałem!... Ale zaproszę ich niezawodnie, mam nawet przy sobie bilety inatychmiast poślę.

— Będę dziś u tych państwa i z całą przyjemnością podejmęsię pośrednictwa.

— Pan taki łaskaw... tyle grzeczności!... Musimy jednakwstąpić gdzieś dla napisania adresu.

Po króciutkiej naradzie, przyzwoity człowiek i eleganckimłodzieniec weszli do najbliższej cukierni. Tu przyzwoityczłowiek, nachyliwszy się do subiekta, szepnął:

— Czy mogę prosić o atrament i pióro?

— Dwie erbeti!... huknął subiekt.

— Nie herbaty, panie! Ośmielam się prosić o atrament i pióro.

Podano żądane rekwizyta, i za chwilę miły Artur schowałdo kieszeni bilet, na którym stało:

„M-me Kukalska, née Hebesowicz, z małżonkiem, ma honorprosić M-elle Helenę Gwizdalską, wraz z ojcem, na wieczórtańcujący o godzinie 11-tej we czwartek.”

Dobrze wychowany Artur czuł, że w sprawie zaprosin tkwiwiele nieformalności, pocieszył się jednak widokami przyszłegoszczęścia, i śpiewając, poszedł ku domowi.

Rozdział II, w którym do granitowego serca pana Horacjusza przypuszczonopierwszy atak.

W obszernym lokalu Horacjusza Gwizdalskiego, właścicielakilku pierwszorzędnych nieruchomości przy jednej zdrugorzędnych ulic, bawiło się w tej chwili półtorej osoby:ładna Helunia, 20-letnia córka pana Horacego i Jaś, sześcioletnisynek tegoż.

Zabawa ich była bardzo prosta. Panna Helena zwijaławłóczkę, a Jaś, siedząc na krześle, trzymał motek. W każdejchwili jednak urozmaicała się ta niesłychanie prosta sytuacjaz powodów następujących:

— Proszę Helci! — mówił Jaś.

— Czego chcesz, malcze?

— Co to tak w kłębku grzechocze?

— Mówiłam ci już tyle razy, że groch.

— A prawda!... Groch...

Następowała przerwa, w ciągu której kłębek, jak fryga, kręciłsię i grzechotał w ręku Heluni, a Jaś znowu na krzesełku kręciłsię, jak dwa kłębki.

Ponieważ jednak milczenie nie zgadzało się, ani z wiekiem,ani z temperamentem Jasia, dziecię więc zaczynało na nowo:

— Proszę Helci!

— Cóż tam dał Pan Bóg nowego?

— Dlaczego ja mam takie nóżki krótkie, a Helcia takie długie?

— Cicho bądź, ty mała papugo! — zgromiła go siostra.

Nowa przerwa i nowa interpelacja, zaczynająca się odsakramentalnych słów:

— Proszę Helci!

— Co powiesz?

— Tak mi się nudzi! — szepnął Jaś nieśmiało.

Dobra siostra, nie pytając o nic więcej, ucałowała chłopca,zdjęła go z krzesełka na ziemię i zwijanie włóczki odłożyła doczasów lepszych.

W tej samej chwili szczęknął pęknięty dzwonek w przedpokoju,i niebawem ukazał się elegancki Artur z szapoklakiem w ręku.

Helunia zaczerwieniła się.

— Wpadam tylko na chwilę, złożyć państwu uszanowanie izałatwić nader ważny interes — zaczął dandy, niespokojnieoglądając się dokoła, po czym zbliżył się do panny Heleny ipocałował ją w rączkę.

Helunia stała się purpurowa.

— Niechże pan siada, papa zaraz wróci.

Niewinna wzmianka o powrocie papy zachęciła eleganta dopowtórzenia pocałunku. Oczy panienki zrobiły się szkliste.

— Niech pani wyobrazi sobie, jaki mam kłopot. Bankier X.zaprosił mnie na bal we czwartek... — pytlował Arturek.

— Pan zna bankiera X.?

— Jesteśmy przyjaciółmi, a nawet więcej... on mi bowiemzawdzięcza swoją karierę. Poradziłem mu, aby napisał dzieło okolejach, powiem nawet, żem mu sam udzielił kilku rad, no!I dzieło to zrobiło mu niesłychany rozgłos.

— Musi być panu bardzo wdzięczny.

— O niewątpliwie! W roku zeszłym wydał dla mnie kolację.Było nas tylko trzydziestu, sama śmietanka towarzystwa.Każdy miał za krzesłem lokaja. Piliśmy dwanaście gatunkówwin, po kieliszku z butelki, samych zaś kwiatów w sali było zadwanaście tysięcy rubli.

Piękny Artur urwał nagle, dostrzegłszy, że mimo widocznejpobłażliwości, panna słucha go z niedowierzaniem. Niezbityjednak z tropu zaczął znowu:

— Otóż bankier X. prosi mnie na czwartek, i jednocześniepaństwo Kukalscy zaklinają mnie, abym w ten sam czwartek byłu nich w charakterze wice-gospodarza...

— Pan naturalnie nie waha się w wyborze? — szepnęła Helunia.

— Tak jest, nie waham się, i idę do państwa Kukalskich,ponieważ pani tam będziesz...

— Ja?...

Wykwintny młodzian, zamiast odpowiedzi, podał zmieszanejpannie bilet z zaproszeniem.

— Nie wiem, czy będę mogła...

— Domyślam się! — rzekł piękny Artur z odcieniemmelancholii. — Ojciec pani pragnie, abyś unikała zebrań...Zabawy nie mają dla niego powabu, i z tego też powodu ja, którymam nieszczęście być rozrywany w towarzystwach, nie posiadamjego względów! Lecz trudno!... Muszę ulec, choć czuję, żew tej grze stawiam na kartę szczęście całego życia...

Mówił to jednym tchem, z oczyma spuszczonymi ku podłodze.Tym razem nie znająca ludzi Helunia wierzyła mu tak, jakredaktorowie niektórych pism swojej własnej nieomylności.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.