drukowana A5
15.92
Przeklęte szczęście

Bezpłatny fragment - Przeklęte szczęście


Objętość:
50 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0754-9

I. Trochę światła

Pan Józef i pani Helena Wilscy zaślubieni byli dopiero od półroku. Działo im się dobrze na tym świecie, choć — nie najlepiej. Mieli trzy pokoje, w nich mebelki, takie tam — nieosobliwe,parę oleodruków, które im ofiarował drużba, i starą sługę Mateuszową, która przyszła Bóg wie skąd, ale jeść gotowałaniezgorzej.

Do inwentarza tego pani Helena wniosła niewiele. Naprzódkanarka, którego razem z klatką podarowała jej ciotka. Ciotczysko ubogie, więc i prezent nie był kosztowny; ale, żejadł i śpiewał, cieszono się nim i powieszono w oknie, jak należy.

Razem z kanarkiem wkwaterował się kuferek z bielizną,jeszcze jeden kuferek z sukienkami, pudło z kapeluszem i toaletanie wiadomo z czym. Dorożkarz, który przywiózł to biedactwo,dostał pół rubla i był kontent, a Helunia, ustawiwszy kuferki,pudełko i toaletkę na właściwych miejscach, także była kontentanawet więcej, aniżeli dorożkarz.

W kilka dni po wprowadzeniu się do nowego gniazda,pomiarkowawszy, że jej czegoś brak, sprawiła sobie fartuszekz kieszeniami i napierśnikiem. Czysty to był fartuszek, jakzłoto i miał u dołu falbanki; młoda gosposia ubrała się weńczym prędzej i chodziła całą dobę, trzymając ręce w kieszeniach,a nazajutrz schowała go do szafy, gdzie leży po dziś dzień. Prawdę powiedziawszy, nie było do czego stroić się w fartuszek.

W tydzień potem przybył nowy frasunek w domu; w jegonastępstwie pani Helena zawiesiła w oknach bardzo gęstemuślinowe firanki. Mąż przyznał, że dobrze zrobiła, choć niewiedział dlaczego; ale ja wiem. Miał ten pan brzydki, choćniezupełnie grzeszny zwyczaj często całować żonę. Całowałją w pierwszym pokoju, w drugim i trzecim, na krześle, podlustrem i przy oknie, a zawsze w sposób wyczerpujący. Naprzódw lewą rączkę, potem w prawą rączkę (albo na odwrót), potemw szyjkę z czterech stron, potem w buzię ze wszystkich stron...

Są fakty dowodzące, że pani Heleny całusy nie nudziły, animartwiły, lecz niewątpliwe jest, że w czasie tych uroczystościodwracała głowę od okna. Mąż przyznawał, że jest to zabawne,choć nie wiedział, dlaczego odwracała głowę od okna, ale żonawiedziała, że robi to z obawy. Naprzeciw nich bowiem byłoinne okno, a w nim pewien żółty starzec z rzadkimi, siwymifaworytami. Ile razy młodzi poczynali się całować, tyle razystaruch ukazywał się w swoim oknie, w białej szlafmycy, zponsowym fontaziem na wierzchu, i śmiał się, mrużąc oko ipokazując zęby takie żółte, jak on sam.

Helunia ze złości kupiła dziesięć łokci muślinu i pozasłaniaławszystkie okna. Od tej pory zamiast skrzywionej twarzysąsiada widziała tylko pąsowy fontaź jego szlafmycy, którytrząsł się jak galareta, prawdopodobnie z wielkiej irytacji. Dobrze tak dziadziskowi: niech się nie śmieje!...

Na śmierć zapomnieliśmy dodać, że oprócz niewielkich kufrów,pudełka, toaletki i kanarka, przyniosła Helenka na nowegospodarstwo jeszcze coś. Ale co?... Nie suszcie sobie, ludzie,głowy na próżno, bo nigdy nie zgadniecie!... Oto przyniosłaparę rączek drobnych, białych i pulchnych, a z nimi pracowitośćmrówki; do tego zwój włosów gęstych i miękkich jak jedwabi dwoje oczu jak pogodne niebo; wreszcie nosek zadarty iusta koralowe, i zęby drobne a białe, i serce takie szczere aczyste, takie kochające i wierne, jakiego, ach! dobrzy ludzie,trudno między nami odszukać.

Pewnego dnia (miała już wtedy lat siedemnaście), dzisiejszymąż jej, a ówczesny student szkoły politechnicznej, rzekł doniej:

— Chciałbym pani coś powiedzieć...

— Niech pan powie — odparła.

— Kiedy się boję!...

— To musi być coś niedobrego?

— Kocham panią.

Helenka otworzyła usta ze zdziwienia, a potem odpowiedziała:

— A wie pan, że... to dobrze.

— A pani mnie kocha?

— Czy ja wiem?...

— A będzie pani czekała na mnie?

— O, niezawodnie!

— Mam pani słowo. Jak skończę szkołę, pobierzemy się.

— Proszę być przyzwoitym! — zgromiła go Helunia.

Tyle tylko mówili o miłości, a we trzy lata pobrali się.

Władysław był mechanikiem, co jego żonę obchodziło niewiele,i miał opinię zdolnego i szlachetnego człowieka, a to ją obchodziłowięcej. Miał przy tym ładną figurę, czarną brodę i włosy,piwne oczy i piękną twarz, co Helunię obchodziło jeszcze więcej. Wreszcie kochał ją, a ona za nim szalała.

Rezultatem takiej kombinacji zdrowia, urody i przywiązaniabyła wielka radość w trzech pokoikach na drugim piętrze, przezcałe pięć miesięcy bez czegoś. Od kilkudziesięciu dni jednakna horyzoncie małżeńskim ukazał się punkt czarny: Władysławnie miał roboty!

Bankier Welt, przy którym Wilski w ciągu roku zarobił półtoratysiąca rubli, jakoś od dnia ślubu zaniedbał mechanika, awreszcie zupełnie się od niego odsunął. Pozostały oszczędności,nadzieje i robota dorywcza, wszystko to jednak nie wystarczałona utrzymanie domu. Ograniczono więc wydatki, zmienionoostatnią dwudziestopięciorublówkę i... wydano przedostatniegorubla!...

Dzień ten był bardzo przykry dla małżonków. Władysław,unikając wzroku żony, zamknął się w swoim pokoju po to, abyrobić sobie wyrzuty, że unieszczęśliwił kochającą go kobietę. Helunia znowu, widząc męża zmienionego ze smutku, sobieprzypisywała kłopoty i mówiła:

— Moj Bóże! Gdyby on się ożenił z bogatą?... Ja bymchyba umarła, ale na cóżem ja się zdała komu na świecie?!... Zeszłego kwartału sprawiłam sobie aż za dziesięć rublisukienkę!... Ach!... Gdyby ją kto odkupił!...

Tak myślała, stąpając na palcach i oglądając swoje kwiatki. Niekiedy podchodziła pod zamknięte drzwi mężowskiego pokojui słuchała. Ale tam było cicho. Natomiast z kuchni dolatywałłoskot przesuwanych rondli, a z okna świergotanie kanarka.

— Czego ten kanarek tak wrzeszczy?... — odezwał sięnagle Władysław z odcieniem niecierpliwości w głosie.

— On już będzie cicho! — odpowiedziała Helenka, następniezbliżywszy się do klatki, dodała półgłosem: — Cicho, mójptaszeczku, cicho! Pan się gniewa na nas, cicho!...

Kanarek spojrzał na nią naprzód jednym okiem, potem drugim,ruszył ogonem na prawo i na lewo, a potem zaświergotał jeszczegłośniej. Przestraszona Helenka nakryła mu klatkę czarnymszalem, ptak uspokoił się.

— Teraz pewnie będzie spał — rzekła i przystąpiła do drzwimężowskich.

Położywszy jednak rękę na klamce, jakby spłoszona swojąśmiałością, cofnęła się na środek pokoju i stała tak parę chwil,tłumiąc, oddech w piersiach.

— Nie można mu przeszkadzać! — rzekła i, wprowadzającw czyn tę uwagę, otworzyła drzwi.

— Czyś mnie wołał, Władziu? — spytała.

— Nie.

Zbliżyła się ostrożnie do siedzącego męża i pocałowała go.

— Myślałam, żeś mnie wołał.

— Ten kanarek mnie drażni — odparł Władysław.

— Przykryłam go, już śpi.

Znowu go pocałowała.

— A jeżeli będziesz potrzebował — mówiła dalej — tozawołaj... Jestem ciągle w drugim pokoju...

I znowu go pocałowała.

Potem popatrzała chwilę na smutną twarz męża i wyszła pocichu, zamykając drzwi za sobą...

„Rzekł onego czasu Pan Bóg: niedobrze być człowiekowisamemu...”

„A gdy stworzył Pan z ziemi wszelki zwierz polny...”

„Tedy przypuścił twardy sen na Adama, i zasnął: i wyjąłjedno żebro jego i zbudował Pan z żebra onego, (które wyjąłz Adama), niewiastę i przywiódł ją do Adama...”

O, Panie! O, Panie!

II. Trochę cieni

Pokój Władysława był obszerny i widny, jak przystało napracownię technika. Prócz niezbędnego biurka, szezlonga ikrzeseł, był tam stół do rysunków, mały warsztat ślusarski istolarski do robienia modelów, książki, plany, modele i mnóstwonarzędzi, które mają przywilej budzenia ciekawości profanów. Na wszystkim tym jednak znać było bezrobocie. Ani jedenwiórek, ani jedna szczypta opiłków nie zanieczyszczała warsztatu. Tusz i karmin w miseczkach wyschły, plany pożółkły, a narajzbretach i rozpoczętych rysunkach leżała warstwa kurzu.

Władysław czytał z hydrauliki rozdział o turbinach. Gdyweszła żona, z niewymowną goryczą przypomniał sobie, żeprzed tygodniem żądano od niego planu turbinowego młyna,wczoraj zaś odpowiedziano mu, że młyn zbuduje kto inny.

— Miałem też po co pracować całe lata wśród niedostatku— szepnął, pomyślawszy, że owym lepszym od niego ktosiembył cieśla od wiatraków, który plany układał z patyków.

Po tej uwadze rzucił hydraulikę i wziął się do rachunkucałkowego. Tu wzrok jego padł na formułę: T(1) = T(2) = 1,i otóż przypomniał sobie że ma tylko jednego rubla wdomu!

— Ja mógłbym jeść przez parę dni suchy chleb, do któregomsię przyzwyczaił, ale ona?!...

„O mnie nie myśl, mój Władziu... ja mogę jeść suchy chleb,nieraz mi się to przecież zdarzało...”

Obejrzał się, ale w pokoju nie było nikogo. Teraz dopieroprzypomniał sobie, że słowa te przed kilku dniami powiedziałamu Helunia.

„Ja tam z państwem za jedno; jak państwu, tak i mnie!...”— odpowiedziało echo wspomnień głosem Mateuszowej.

— Wielki Boże! Jakiż ze mnie egoista!... — pomyślał i krewuderzyła mu do twarzy.

Z tym wszystkim, na trzy osoby jest w domu rubel!...

Odwrócił kilkanaście kart książki i trafił na formułęprawdopodobieństwa zdarzenia przyszłego ze zdarzeń przeszłych.

— Jeżeli przez czterdzieści dni nie miałem roboty, jakie jestprawdopodobieństwo, że ją dostanę jutro?

— Jedna czterdziesta pierwsza! — odpowiedziała formuła.

Ciekawym bardzo, jakie też jest prawdopodobieństwo, żezostanę złodziejem lub samobójcą?...

Formuła milczała.

Przez okno widać było śnieg topniejący na dachach, paręnapuszonych wróbli i skraj nieba. Władysław podniósł oczyna niebo i pomyślał, że dziś jest połowa marca, i że nie prędzej niżw maju dostanie miejsce rysownika w fabryce, z pensją trzydziesturubli na miesiąc, za dziesięć godzin pracy!...

Odrzucił rachunki i wziął Maksymy Epikteta. Filozofniewolnik bywał często lekarzem zbolałej duszy; Władysławotworzył książkę i począł przewracać kartki.,,Wygnaj twoje pragnienia i obawy — mówił mędrzec — apozbędziesz się tyrana.”

„O, ślepy i niesprawiedliwy! Mógłbyś tylko zależeć od siebie,a chcesz zależeć od tysiąca rzeczy, które ci są obce i które oddalają cię od prawdziwego dobra!... ”

Władysław nagle przestał czytać i słuchał. W drugim pokojuszeptano.

— Pani! — mówiła Mateuszowa — Kobieta masło przyniosła.

— Nie wezmę dziś — odparła Helunia.

— Śliczności masło, pan takie lubi...

— Niech przyjdzie na drugi raz.

— Co tu czekać na drugi raz?... Ona już nie przyjdzie takprędko! Zresztą... ja kupię za swoje, to pani mi odda? Mamprzecie trzynaście rubli...

Chwila milczenia. Władysławowi opadły ręce.

— Powiedziałam Mateuszowej, że nie chcę! — odparła Helunia.

Służąca oddaliła się, mrucząc.

— Mam rubla — szepnął Władysław.

Potem przypomniał sobie, że dziś jest środa, i że jutro przyjdziedo nich na obiad pewien ubogi student, brat zmarłego kolegi.

„Nie pragnij, aby w świecie działo się tak, jak ty chcesz, alechciej, aby się działo tak, jak się dzieje, a będziesz zawszęzadowolony”.

Władysław ruszył ramionami, złożył książkę i upadł na szezlong. Podobna filozofia dobra była dla ludzi, którzy wypiwszy czarnąkawę, idą spać po smacznym obiedzie, albo dla tych, w którychcierpienie wypleniło już wszelkie uczucia.

Leżąc na szezlongu, przymknął oczy, jak człowiek, który chceprzypatrzyć się wnętrzu swojego ducha, i ze zdumieniemrozmyślał, z jak małych przyczyn powstają wielkie boleści.

— Jutro — mówił — nie będzie już w domu ani grosza. Gdybym był sam, śmiałbym się z tego, ale mam żonę... Ach!Jej rezygnacja zabija mnie!... Od czterdziestu dni prosiłem,żebrałem o pracę i nie dano mi jej... Dziś techników więcej,niż szewców... Wyjechać nie ma gdzie i nie ma po co. Umrzeć?... Jeżeli rzeczy zaczną sprzedawać... A jeżeli pojutrzejuż obiadu nie będzie?...

— Władziu!... Władziu!... Patrz!... — krzyknęła nagle Helenka, wbiegając do pokoju.

— Co to jest?...

— W twojej kamizelce znalazłam pięć rubli... Wzięłam jądo naprawy i w górnej kieszeni... Patrz!...

Władysław usiadł na szezlongu, a żona upadła mu na szyję.

— Widzisz, jaki Pan Bóg łaskaw?... Mieliśmy tylko rublaw domu, tyś się martwił, widziałam to, i otóż mamy pieniądze. To na parę dni nam wystarczy, a potem będziesz miałrobotę!

— Skąd?... — spytał mąż.

— Czy ja wiem, skąd?! — odparła pieszcząc go. — Aleprzecież mieć musisz, bo to już ostatnie pieniądze!

— Dziecko!

— Ciekawam bardzo, skąd one się tam wzięły?

— Przypominam sobie. Zdał mi ktoś resztę, ja schowałempięć rubli do kamizelki, a potem pomyślałem, żem zgubił. Rokjuż tam leżą!

— No, widzisz, jak to nie trzeba się martwić. No, uśmiechnijsię! Tak, dobrze... Więc nie podziękujesz żonie, że ci starekamizelki naprawia?... Ach! Ty nic dobrego... Już trzecidzień płakać mi się chce! Nie mówisz nic do twojej żony kochanej,na kanarka się gniewasz, desperujesz po kątach. No, przeprośżonę!... Tylko prędzej!... Jeszcze raz!...

Władysław czuł, że pod wpływem tego szczebiotania, a możei znalezionych pięciu rubli, powraca mu spokojność. Uśmiechnąłsię ze swojej rozpaczy i prawie nie mógł wierzyć, że tak drobnarzecz, jak znalezienie trochy pieniędzy, może przywrócićzachwianą równowagę i zniszczyć wielką burzę duchową.

— Każę już dawać obiad — mówiła Helenka. — Mamy zupępiwną ze śmietaną, z grzankami i z serem i jeszcze kartofleosmażane.

— Uważam, że zupę rachujesz co najmniej za cztery potrawy?

— Ale, bo widzisz, dla ciebie kazałam jaj ugotować.

— A dla siebie?

— Ja jaj nie lubię. Ale zresztą... w tej chwili przyszedł miapetyt. Każę dołożyć parę, dla mnie i dla Mateuszowej...

Niebawem zrzędna Mateuszowa podała obiad, a Władysławzdjął szal z klatki. Kanarek, zobaczywszy światło, zatrzepotałsię i począł świergotać. Towarzyszyły mu wróble na dworze,krople rosy obficie spływające z dachu i wesoły śmiech Helenki.

Teraz Władysławowi nie wiadomo skąd przyszła na myślwiosna. Przypomniał sobie, że dzieckiem jeszcze będąc, wybiegłpewnego dnia do ogrodu, po wielkim deszczu. Trawa, wczorajblada, dziś była zielona jak szmaragd; drzewa, okryte wczorajpączkami, dziś pełne były młodych listków. Na ziemi stałykałuże wody, na niebie jaśniała tęcza, a w jego duszy dziecięcejobudziło się coś, czego jeszcze nie umiał nazwać.

Wszystko to przypominało mu się bardzo dokładnie, skutkiemczego uściskał i ucałował żonę, która mimochodem spojrzawszyprzez firankę, dostrzegła w oknie po drugiej stronie śpiczastąszlafmycę z fontaziem i żółtą twarz chytrego staruszka.

Chudy starzec śmiał się jak dawniej i jeszcze mocniejprzymrużał oko, lecz tym razem Helenka nie gniewała się naniego. Miłosierny Bog tak już ten świat urządził, że młodzimężowie cieszą się na nim pięciorublówkami, młode żony mężami,a staruszkowie radością młodych!...

III. Widziadła

W parę dni, małżonkowie mieli jeszcze całkowite trzy ruble,lecz widoków na robotę nie było. Mimo to cieszyli się jakdzieci i nie bez powodu. Dziś był u nich na herbacie dawnya wypróbowany przyjaciel Władysława, zarazem drużba obojga, Józef Grodzki, który w przejeździe spod gór Uralskich do Londynu,wstąpił na kilkanaście godzin do Warszawy.

Grodzki, z powołania inżynier, od pół roku mieszkał na granicy Azji i robił tam fortunę. Był to blondyn niski i tłusty, mówiącygłośno, śmiejący się jeszcze głośniej, przy tym energiczny,trzeźwego umysłu i z najlepszym sercem chłopak. Kochał Wilskich jak własną rodzinę i przywiózł im z odległej swojejsiedziby gościńca: parę chińskich filiżanek, okruch rodzimegozłota i kawał malachitu.

W tej chwili troje naszych przyjaciół siedziało przy herbacie,a Grodzki opowiadał im swoje dzieje, które zakończył wnastępujący sposób:

— No! A wam jakże się powodzi?... Spodziewam się, żedobrze! Ja mam wprawdzie sześć tysięcy rubli pensji, leczw kraju, gdzie nie wierzą w skarpetki i chustki do nosa, człowiek,chcący żyć po europejsku, musi dużo wydawać. Toteż zaledwieuciułałem sobie tysiąc rubli i te złożyłem dzisiaj w naszymbanku. Nędza!... Co?...

Usłyszawszy to, Helenka podniosła na męża swoje słodkie,szafirowe oczy z dziwnie żałosnym wyrazem, a Władysławlekko brwi zmarszczył. Grodzki uchwycił w przelocie tę niemąrozmowę biedaków, czegoś się domyślił, i rzekł:

— Z tym wszystkim mam duży kłopot. Obstalowano u mnieprojekt tartaka parowego i takiegoż młyna. Wierny zasadzie:drzyj łyko, dopóki się da, przyjąłem obstalunki, zaceniłemtrzysta rubli sztukę, a pieniądze wziąłem z góry. Dziś za karębędę musiał szukać technika, który by je wykonał, a czasu niemam.

— Może by Władzio?... — wtrąciła śpiesznie Helenka,oblewając się purpurowym rumieńcem.

Władysław siedział jak na szpilkach.

— Władzio!... — odparł Grodzki. — Najchętniej oddammu robotę, byle ją tylko raczył przyjąć. No, i cóż ty, Władysławie?...

— Przyjmę!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.