drukowana A5
13.82
Powiastki cmentarne

Bezpłatny fragment - Powiastki cmentarne


Objętość:
31 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0752-5

I. Opowiadanie autora

Rzecz dzieje się pod werendą pewnej cukierni w ogrodzie...

...Wieczór letni, słońce idzie już spać i mówi dobranocgwiazdom, które tu i owdzie wyglądają z przepaści błękitu, nibykąpiące się dziewice z gęstwin tataraku, dokąd zapędziły jezuchwałe spojrzenia nieskromnego, lecz ognistego chłopca.

Balsamiczna woń ogrodu miesza się z dymem tytoniu,wyziewami kawy i herbaty i pyłem, wznieconym przez damskiesuknie. Szmer liści przedwcześnie zgrzybiałych drzewek i kaskadasłowiczego śpiewu walczą o lepsze z szelestem wykrochmalonychogonów, brzękiem łyżeczek, basowymi głosami gości i dyszkantemkrótko ostrzyżonych, lecz nie dość krótko utrzymywanychchłopców.

Od kilku godzin, przed zmieniającymi się dość często szklankamiponczu, siedzą trzy indywidua z linii obrończej. Jedno z nichjest patronem, drugie adwokatem, trzecie mecenasem.

Panowie ci o godzinie piątej mówili o tym, że dni są gorące,o szóstej przeszli do reform sądowych, o siódmej do polityki,o ósmej do piękności natury, przy czym jednomyślnie zgodzilisię, że widok księżyca w pełni pozostanie na zawsze piękny.

Gdy słońce zaszło, na ulicach zapłonął gaz, a każdy z obecnychpowitał szóstą z kolei szklankę ponczu, gdy w dodatku księżycukazał się na firmamencie — wówczas lodowata skorupawzajemnej nieufności poczęła topnieć. Trzej juryści dostrzegli,że w piersiach ich, obok kodeksu cywilnego i kryminalnego,istnieją jeszcze serca, poczęli rozmawiać o miłości i o dawnoubiegłych młodzieńczej swobody latach...

Potem nastało milczenie...

Potem niebo okryło się gwiazdami, niby złotym makiem, asłowiki w różnych stronach ogrodu śpiewały tak, jak śpiewaćumieją tylko zakochane słowiki...

Potem dusze prawników wypełniły się wspomnieniami, jakąśnieokreśloną melancholią, jakimś uczuciem potrzeby wylania się..

Potem wniesiono nowe szklanki ponczu i zaczęły się opowieści.

II. Opowiadanie patrona

— Mówię wam, panie dobrodzieju, że w naturze jest coś!...— rzekł patron.

— Może być! — dorzucił krótko mecenas.

— O jest i nie jedno!... Woda, arak, cukier na przykład...— zakończył adwokat.

— Kolego! — upomniał go patron — kolego... Znałemja takich, którzy wyśmiewali wszystko, byli zdecydowani nawszystko i w końcu, panie dobrodzieju, zbankrutowali na czysto! W naturze jest coś i w duszy ludzkiej także coś. Nie drwijciez tej struny tajemniczej, bo jak wam, panie dobrodzieju,pęknie!...

Patron zabębnił w stół palcami, skosztował odrobinę ponczui zamyślił się. Młody adwokat z lekkim uśmiechem spojrzałna mecenasa, lecz dostrzegłszy w twarzy jego chłóddyplomatyczny, spuścił oczy i słuchał.

— W szkołach jeszcze — prawił podtatusiały obrońca —kolegowałem z niejakim Stefanem... Kochaliśmy się bardzo. Kiedy profesor wykładał lekcję, a nasi towarzysze sensaciczytywali romanse, my obaj rżnęliśmy w diabełka, albo podławką spaliśmy na jednym płaszczu.

Chłopak ten miał wielki spryt. Toteż kiedy jedni utrzymywalisię z lekcji, drudzy z przepisywania, inni nawet z czyszczeniabutów profesorom, on opłacał mundur i stancję swoim dowcipem,bo ojciec, co prawda, oprócz starych, panie dobrodzieju, szopówi wolteriańskich zasad nic mu nie zostawił.

Nawiasem wspomnę, że Stefanek, nie kto inny, wynalazłloterię na rubla. Rozpisywał sto biletów po pięć groszy, losował,i — wygrywającemu oddawał rubla, a sam chował półtora. Chcieli go tam inni naśladować w tej sztuce, ale chłopak miałpięść, panie dobrodzieju, twardą i przy monopolu utrzymał się.

Mnie osobiście najwięcej imponował odwagą. W naszychczasach człowiek w dwudziestym roku życia nie bawił się w filozofię,ale jak i jego ojcowie w karty grał, czasem wypił, jeżeli co było,za dziewczętami, panie dobrodzieju, latał jak kot z pęcherzem,a dla strachów poszanowanie miał wielkie. Stefan zaś, o ile whulatyce trzymał prym, o tyle kpił sobie z żywych i umarłych,tak jak na przykład nasz kochany adwokat, co zresztą kryminałujeszcze nie stanowi.

Jednego dnia, jakoś w czasie egzaminów, zeszło się nas kilkuna mojej stancji, gdzieśmy mieli pokoik pod strychem do nauki. W dzień jeszcześmy tam miętosili trochę książczyny, ale jaknadszedł wieczór ciepły, widny, taki, panie dobrodzieju,pociągający do złego... Odleciały, powiadam wam, książki wkąt! Każdy czuł, że trzeba dziś zrobić jakieś głupstwo, ponieważjednak na to, co by nam się podobało, pieniędzy nie mieliśmy,ktoś zatem szepnął, aby iść na cmentarz...

W tym punkcie opowiadania mecenas zauważył, że wieczórrobi się chłodny, uwagę tę potwierdzili dwaj inni, skutkiem czegona stole ukazały się nowe szklanki ponczu.

— No, ale może was nudzi to opowiadanie? — spytał naglepatron.

— Bynajmniej! Gdzież znowu!... — zaprzeczyli słuchacze.

— Ha! Jeżeli tak, panie dobrodzieju, to słuchajcie dalszegociągu.

W stancyjce było nas ośmiu, lecz wyszło nas tylko siedmiu,potem na mieście zrobiło się sześciu, a na rogatce zostało tylkopięciu. Ile pamiętam, kpinkowaliśmy sobie całą drogę, stopniowojednak gardła nam jakoś chrypły, dowcip zakulał na powagę, au wrót cmentarnych skończyło się na tym, że wszyscy, zwyjątkiem pogwizdującego Stefana, zdjęliśmy, panie dobrodzieju,czapeczki, i przeżegnali się z większą, niż kiedykolwiek,pobożnością.

Szanowny mówca, zapewne dla nadania dźwięczności swemugłosowi, coraz częściej podnosił szklankę do ust, choć, jakoczłowiek wstrzemięźliwy, niewiele połykał od razu.

— Kiedyśmy się znaleźli za cmentarnym murem, rzetelniepowiadam wam, że nam w pierwszym momencie tchu, paniedobrodzieju, zabrakło. Cmentarz zupełnie inaczej wygląda wdzień, a inaczej w nocy...

Księżyc jakoś wtedy nie świecił, wiatr wiał... Kiedyśmyjeszcze szli prędko naprzód i każdy o własnym strachu myślał,było jako tako; ale kiedyśmy się już znaleźli na środku...

Patron znowu łyknął ogrzewającego likworu.

— Cmentarz w porze nocnej, powiadam wam, to nie chychy!

Przed tobą groby, za tobą groby, na prawo i na lewo takżegroby, pod tobą resztki, panie dobrodzieju, ludzkie, a nad tobąbyć może rój duchów... Ten krzyż pokazuje ci, że pod nimleży, panie dobrodzieju, umarły, ten kamień, zdaje ci się, żeprzyciska nieboszczyka, który inaczej wychyliłby, paniedobrodzieju, na świat głowę; te drzewa i krzaki, wykarmionekrwią i ciałem, pochylają się tak, jakby ci w oczy, paniedobrodzieju, spojrzeć, lub do ucha szepnąć coś chciały...

Patrząc na garbate mogiły, przypomniałem sobie kretowiskana łąkach. Co będzie, pomyślałem, jeżeli się kopce te poruszą,panie dobrodzieju, rozpadną i jeżeli uwolnieni z grobów, paniedobrodzieju, nieboszczykowie tłumem pędzić poczną około nas,uciekając z tych, panie dobrodzieju, miejsc strasznych, doktórych my, dzieciaki głupie, przyszliśmy samochcący?...

Mówiąc to, szanowny patron był widocznie nie tylko głębiejwzruszony od obu swoich towarzyszów, ale nawet od wszystkichrazem spacerujących w Saskim Ogrodzie.

— W tej chwili — ciągnął obrońca — dzika myśl przemknęłami przez głowę. Przypomniałem sobie, że ja mam szkielet i moikoledzy mają także szkielety, że cały ten piękny świat jestniczym więcej, tylko pokrywką, z poza której wyszczerza, paniedobrodzieju, zęby śmierć obrzydliwa.

Powiadam wam, myśli te tak mi zamąciły w głowie, że podsłowem, zwariowałbym niechybnie, gdybym w tej chwili jakiśoryginalny szelest usłyszał. Na szczęście oprócz jednostajnegoszumu liści i krakowiaków, wygwizdywanych przez Stefana,nie było słychać nic...

Gdyśmy nieco z wrażenia ochłonęli, odezwał się jeden, jużnie pamiętam który:

—,,Więc ty, Stefek, naprawdę się nie boisz, czy tylko takminą, panie dobrodzieju, nadrabiasz?”

—,,Cha! Cha! Cha! Jak się masz głupi! — krzyknął Stefan. — Ja się boję?... Jeżeli chcecie, to wam zaraz trupią, paniedobrodzieju, głowę wykopię...”

—,,I ja bym to potrafił!” — szepnął któryś.

Stefan zakipiał z rozdrażnienia.

—,,No, słuchajcie! Ja zrobię to, czego żaden z was niepotrafi... Oto przyniosę wam ten krzyż spróchniały, okołoktórego przechodziliśmy.”

—,,Zgoda!”

Krzyż ów, porosły mchem i opleciony, panie dobrodzieju,bluszczem, stał o kilkaset kroków, pośród gąszczu, do któregożaden z nas pojedyńczo nie poszedłby za neapolitańskie sumy. Stefan jednak ani się zawahał; pobiegł śmiało naprzód, a mytymczasem usiedliśmy na mogiłce.

Dziś jeszcze słyszę szelest jego kroków i klątwy, jakie rzucał,potykając się o groby. Drżałem jak listek, zdawało mi się, że Stefanowi ktoś drogę zastępuje, albo znowu, że nieboszczyk,którego przysiedliśmy, chce kościstymi i z mięsa obranymipalcami uszczypnąć mnie, panie dobrodzieju, w łydkę...

Brru...

Nagle ucichły kroki Stefana, a w mojej piersi dech... Słucham, coś puka: łup! łup! łup!... — to tak pulsa bijąmi w głowie. Wreszcie i pulsa bić przestały, a wtedy rozległsię na cmentarzu suchy, przeciągły trzask, którego nawet przyśmierci nie zapomnę...

To Stefan złamał krzyżyk nadpróchniały i ciągnął ge z wielkimhałasem po zagonach grobów.

Pobiegliśmy naprzeciw. Tamci winszowali Stefanowi odwagi,a ja tymczasem obejrzałem złamaną figurę. Drzewo byłosczerniałe i miękkie, a na nim blacha zardzewiała, na której ztrudnością przeczytałem:

Maryja...

... t 17...

... stchnie...

... Boga.

W kwadrans potem byliśmy już przy rogatce...

Patron umilkł, a mecenas odezwał się:

— W opowiadaniu tym uważam jakiś brak. Spodziewałemsię, że będzie ono cudowne, tymczasem zaś nie widzę tego...

— Przypominam koledze — odparł patron — żem ja co innegomiał na myśli. Chciałem po prostu naszemu koledze adwokatowidowieść, że ludzie zdecydowani na wszystko stają się niekiedymoralnymi bankrutami...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.