drukowana A5
15.15
Pojednani

Bezpłatny fragment - Pojednani


Objętość:
43 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0751-8

I

Jest w Warszawie mnóstwo ludzi, których można by nazwać,,mijającymi” i sporo mieszkań, które zasługują na tytuł,,przechodnich”.

Człowiek „mijający” jest to jeden z tych setek, które nasco dzień wymijają na ulicach. Odznacza się tym, że można gospotykać wszędzie, że zawsze jest do wszystkich innych podobny,lecz że niepodobna jest określić jego samego. W ogrodziemijasz go na każdej alei i przy każdej bramie; w restauracjimija cię między nakrytymi stołami albo przy bufecie; wteatrze usuwasz mu się w przysionku, albo on tobie obok krzeseł.

Człowiek taki, mężczyzna lub kobieta, zawsze wygląda nalata średnie, ma cerę ani bardzo zdrową, ani chorowitą, odzieżani zbyt wykwintną, ani ubogą — przyzwoitą; wzrost niezbytwysoki i nie niski, fizjonomię ani zbyt inteligentną, ani idiotyczną,która jeżeli wyraża coś, to chyba roztargnienie.

Życie jego jest niewyraźne; nic o nim nie wiesz. Nie wiesz — jaksię nazywa, nie wiesz — co robi, nie wiesz — z czego się utrzymuje.I nie tylko nic o nim nie wiesz, ale nawet nic nie chcesz o nimwiedzieć. Może zdziwiłbyś się, gdyby ci powiedziano, że takiczłowiek rodzi się; lecz ani by ci nie przyszło do głowy martwićsię, usłyszawszy, że któryś z nich umarł. Są oni od tego, ażebyrobić ruch w mieście, jak krople wody są od tego, ażeby robićruch w rzece; wychodzą, Bóg wie skąd, płyną chodnikamispokojnie, mijają cię obojętnie i nie wiadomo gdzie znikają.

Jak są ludzie „mijający” nas, tak bywają mieszkania „przechodnie”, które cechują się tym, że można je obejrzećod razu, z sieni albo z podwórza. Jest to zazwyczaj długa izbaw oficynie, mająca trzy lub cztery okna, którą za pomocą kilkutynkowanych przepierzeń dzieli się na dwa albo trzy pokoiki,tudzież kuchenkę z przedpokojem.

Są to mieszkania suche, widne i ciasne; kuchenka biała,jeden pokój bladożółtawy, drugi bladoniebieskawy, trzeci,jeżeli jest, perłowy. Podłogi myje się raz na kwartał, ścianyodświeża się raz na trzy lata. W pewnych godzinach zaglądatam słońce, w innych ukazuje się woda w wodociągu; na zimęzakładają się podwójne okna. Przez podłogę słychać rozmowy,prowadzone na niższym piętrze, przez sufit kroki lokatora zwyższego piętra, a przez ścianę zegar, który wybija godzinę wsąsiedniej kamienicy.

W takich mieszkaniach nikt się nie rodzi, nikt się nie wychowuje,nikt nie umiera, bo nikt nie osiedla się tu na stałe. Każdywprowadza się na krótki termin, płaci miesięcznie, pozwalamnożyć się karaluchom; a gdy pociemnieją ściany od pyłu,i z każdego kąta na środek pokoju zaczyna się wysuwać śmiecie,człowiek bez żalu wyprowadza się na nowy lokal, gdzie ścianysą świeżo pomalowane i umyta podłoga. I znajduje takie samewarunki bytu: takie same widne i ciasne pokoiki, w tych samychmiejscach gwoździe, z tą chyba różnicą, że na dawnym mieszkaniusłońce pokazywało się o jedenastej z rana, na nowym zaś opierwszej po południu.

II

Jedno z podobnych mieszkań, niedaleko ulicy Marszałkowskiej,na drugim piętrze, zajmowali przez jakiś czas czterej studenciz wyższych kursów, panowie: Kwieciński, prawnik, Leśkiewicz,przyrodnik, tudzież Gromadzki i Łukaszewski, medycy.

Pan Kwieciński był to piękny młodzieniec; wysoki, śniady,z ciemnymi oczyma, czarnym wąsikiem i bardzo starannieutrzymanymi włosami. Odznaczał się doskonałym humoremi niezwykłą wrażliwością serca. Przed dwoma tygodniamiwrócił ze wsi, gdzie w czasie wakacji zajmował się guwernerkąi prawie zaręczył się z osiemnastoletnią siostrą swojego ucznia.Obecnie zaś wszedł w bardzo ścisłe stosunki z pewnąmagazynierką, co już nawet odbiło się na jego kieszeni i zarysowałosię na fizjonomii, nadając jej odcień powagi i znużenia.

Z powodu piękności i nazwiska, jeszcze w gimnazjum koledzymianowali go ”Kwiatkiem”. Że zaś na pierwszym kursiepewna bona zrobiła mu awanturę, wołając na podwórzu: ”Jaci tego nigdy nie zapomnę!” — więc od tej pory nazywano go”Niezapominajką”. Kwieciński z początku martwił sięprzezwiskiem: gdy jednak liczba jego zmartwień poczęłazwiększać się z każdym rokiem, więc uspokoił się, tym bardziej,że przezwisko nie robiło złego wrażenia na pannach.

Najgłębszym jego pragnieniem było: dobrze skończyćuniwersytet i zostać sławnym adwokatem. Przede wszystkimzaś — zmienić lekkomyślny tryb życia, zerwać z nieustannymimiłostkami i zostać wiernym jednej wybranej kobiecie. Zachodziłatylko kwestia: której? — gdyż miał kilka zaprzysiężonych, zktórych każda uważała go za swoją własność.

Jakby dopełnieniem Kwiecińskiego był Leśkiewicz, przyrodnik,także brunet, ale niski, zgarbiony, dziobaty, z brodą, która muzarastała pół twarzy i nadawała fizjonomii wyraz ponury.

Dusza pana Leśkiewicza również nie znała spokoju, leczbynajmniej nie z sercowych powodów. Był on stypendystą,więc co pół roku musiał dobrze zdawać egzamin; dzięki temuprzez trzy miesiące w każdym półroczu martwił się tym, że ”trzeba się wziąć do roboty”, a przez miesiąc rozpaczał, żejuż za późno — lecz egzamin zdawał.

Troska egzaminacyjna nie była najmniejszą z goryczy jegożycia — czuł się bowiem ciężko chory na żołądek, serce i płuca:wątpił, czy się kiedy wyleczy, a nie spotkał dotychczas lekarza,który by... poważnie traktował jego chorobę.

— Widocznie choroba moja jest jeszcze ukryta — myślał, ciąglekręcąc się między medykami i prosząc, ażeby go opukiwali.

W tym nawet celu zbliżył się do Gromadzkiego, który przeszedłna piąty kurs i słynął jako tęga głowa. Leśkiewicz w zeszłympółroczu zamieszkał w jednym pokoju z Gromadzkim i z całymzaufaniem opowiedział mu o swych chorobach, burzliwie spędzonejmłodości, nareszcie o dziedziczności, która fatalnie ciążyła nadpłucami i żołądkami wszystkich Leśkiewiczów.

Czego chciał w zamian za swoją nieograniczoną szczerość?...Prawie niczego. Trochę serca i trochę wiary. TymczasemGromadzki, wysłuchawszy jego najgłębszych tajemnic, sam osobie nic, ale to nic nie opowiedział mu w zamian; tylkouśmiechał się obłudnie przy opisywaniu chorób, a w końcuoświadczył publicznie, że Leśkiewicz jest zdrów jak koń, i jeszczenazwał go „śledziennikiem”, co inni przerobili na „Śledzia”.

I otóż od kilku miesięcy, z niego, Leśkiewicza, poważnego ico najmniej zasługującego na współczucie, koledzy zaczęli takżartować, że prawie już z nikim nie rozmawiał o swoich chorobach.W dodatku zaś przezywali go „Śledziem”, co również nie byłoprzyjemne dla młodzieńca, który zawsze serio patrzał na życie.

Leśkiewicz nigdy nie śpieszył się z manifestowaniem swoichuczuć, więc choć w pierwszej chwili ciężko obraził się i chętniestarłby Gromadzkiego z powierzchni ziemi, nie zmienił jednakstosunków. Owszem, do wakacji mieszkał z nim w tym samympokoju i nawet rozmawiał o rzeczach obojętnych. Ale straciłdo niego zaufanie, nazywał go „Kretem”, który wkopuje sięw cudze tajemnice, ażeby je wyśmiać, a do kolegów nieraz mówił:

— Jest to jedyny człowiek, który na mnie nigdy nie powinienrachować. Przekonałem się, że jest pozbawionym uczuć egoistą,a nie zdziwię się, jeżeli kiedy zrobi jakie świństwo, nie licząc tego,co zrobił ze mną.

A choć Leśkiewicz po wakacjach sprowadził się na dawnemieszkanie (gdyż lubił dwu innych kolegów: Kwiecińskiego iŁukaszewskiego), już nie stanął w pokoju z Gromadzkim;rozmawiając zaś z nim, był posępny i uszczypliwy.

Nareszcie Gromadzki był to szczupły blondynek z rzadkimzarostem, zdolny, bajecznie pracowity, zamknięty w sobie jakogniotrwała kasa. Nic nie wiedziano o nim: ani jaką marodzinę, ani co zarabia, ani gdzie jada. Egzaminy składałświetnie, uczył się nocami, wieczorami dawał korepetycje; zawpis i mieszkanie płacił regularnie; niekiedy zaś ukradkiemłatał sobie obuwie i odzież, w czym miał wielką wprawę.

Posądzano go o skąpstwo albo dziwactwo; w rzeczywistościbył to biedak, który okropnie wstydził się swojej biedy i kryłsię z nią jak z występkiem. Najśmielszym jego marzeniem byłoskończyć medycynę i dojść kiedy do takiego stanowiska, abymógł co dzień jadać obiady. A gdyby jeszcze sam nie potrzebowałreperować munduru i zamazywać atramentem białych szczelinna butach, uważałby się za zupełnie szczęśliwego.

Łukaszewski jeszcze nie powrócił z wakacji.

III

W połowie września, w niedzielę, około jedenastej z rana, trzejmłodzi panowie znajdowali się w mieszkaniu.

W pokoju bladoniebieskim, gdzie znajdowało sie jedno łóżkożelazne, drugie drewniane, żółta szafka na rzeczy i kilka półek,napełnionych książkami, przy stole, pod otwartym oknem,siedział Gromadzki. Był już od stóp do głowy ubrany, nawetmundur miał zapięty na wszystkie guziki, co trochę krępowałogo w ramionach --- i pisał. Raczej przepisywał drobno ikaligraficznie jakiś rękopis, źle zeszyty, niewyraźny i w dodatkumocno pokreślony.

Właściwie nie tylko pisał, ale jeszcze pił zimną herbatę, poktórej gęsto pływały liście, palił papierosa i kiedy niekiedyzagryzał kawałkiem chleba, który zdawał się posiadać wszystkiedietetyczne zalety oprócz świeżości.

Niekiedy Gromadzki rzucał pióro i przeciągał się, jak człowiek,któremu dokuczyło przepisywanie. Wnet jednak spoglądał naporządkowy numer stronicy, odkładał kilka kartek welinowegokajetu, jakby naradzając się z nimi, otrząsał się, może dlaodegnania nudów, i pisał dalej. W ogóle robił wrażeniepracownika, który nie zachwyca się swoim zajęciem, lecz chceje wykonać na czas.

Niekiedy podnosił głowę i patrzał na ścianę przeciwległejoficyny. Wówczas zdawało mu się, że między oknami czytajakiś bardzo długi spis tanich i gorących potraw i zastanawiasię: które z nich są najtańsze, najobfitsze i najgorętsze? Apotem uśmiechał się na myśl, że dzisiaj właśnie, gdy skończyprzepisywać arkusz dwudziesty piąty, zaprowadzi się w nagrodędo Wróbla, wybierze kilka tanich, tłustych i gorących potraw,zje przy tym mnóstwo chleba darmo i wypije kufel piwa.

W końcu nawet sformułował aforyzm: „Kto wczoraj niejadł gorącego, a dziś zarobił półtora rubla, ten ma prawo wydaćna siebie pół rubla”. Aforyzm podobał mu się, chociaż namyśl wydania pół rubla przebiegły go lekkie dreszcze.

— A jednak puszczę się... — mruknął.

Nagle ocknął się i przez otwarte drzwi wychylił głowę dopierwszego pokoju, jakby lękając się, ażeby jego rozpustnychprojektów nie podsłuchali koledzy.

Lecz koledzy nie zajmowali się nim. Kwieciński zupełnieubrany, tylko bez mankietów i munduru, leżał na łóżku, z rękamipod głową, usiłując to prawą, to lewą nogą dosięgnąć szafy,oddalonej o łokieć. Leśkiewicz zaś, ubrany w krawat i starąmarynarkę (dolna część jego istoty znajdowała się jeszcze wpłóciennym negliżu), siedział na amarantowym foteliku, któregoprzeszłość zdawała się być nader burzliwą. Leśkiewicz wprawej ręce trzymał fajkę, lewą od niechcenia opierał na dużymstole, na którym stygnął samowar, walały się okruchy bułek idwie skórki serdelków.

— No i co ty wyrabiasz ze swoimi nogami? — odezwał sięLeśkiewicz, patrząc z politowaniem pełnym goryczy nagimnastyczne zabiegi Kwiecińskiego.

— Stawiam kabałę: iść, czy nie iść do Tekluni. — odparłKwieciński.

— Jeżeli powiedziałeś sobie, że nie pójdziesz, to nie idź.

— W takim razie ona może przyjść...

— Masz diable kaftan! — odezwał się w drugim pokojuGromadzki, na którym, pomimo skromności, czy może z powodujego skromności, imiona żeńskie robiły silne wrażenie.

— A ty, Śledziu, dlaczego się nie ubierasz? — wtrąciłKwieciński, chmurnie spoglądając na negliż Leśkiewicza. —Pominąwszy, że może kto wejść do nas...

— Teklunia — zachichotał Gromadzki.

— Ale nawet nieładnie tak pokazywać się sąsiadom z przeciwka— dokończył Kwieciński.

— Wiesz przecie, że mam robotę — odparł Leśkiewicz. — Ajeżeli ubiorę się, z pewnością wylazę na miasto... Znam siebie.

— Więc rób.

— Tak rób... Ale po co?... Kto mi zaręczy, że nie umrę poostatnim egzaminie?...

I potarł sobie palcem usta, ażeby sprawdzić, czy nie magorączki.

— No, zaraz po egzaminie...

— Więc w kilka lat później. A wtedy co mi przyjdzie z tego,że będę umiał trochę więcej, aniżeli na stopień kandydata?— mówił, krzywiąc się, Leśkiewicz. — Bakterie ani nasycą sięmoją uczonością, ani otrują.

— Ale nauka... Postęp... — wtrącił Kwieciński.

— Postęp!... cha... cha!... — zaśmiał się Leśkiewicz.— Właśnie teraz myślałem, że kto wie, czy Europa nie dosięgakresu swoich postępów, i czy już nasze wnuki nie zapadną wchińską rutynę, która przeżuwa i zapomina stare rzeczy, nietworząc nic nowego.

Odetchnął jak człowiek próbujący, czy jeszcze może oddychać,i wziął się za lewy bok.

— Otrułeś się serdelkiem, Śledziu, i barłożysz...

— Nie barłożę!... — oburzył się Leśkiewicz. — To są mojenajgłębsze myśli, którymi tylko nie mam zwyczaju dzielić się.Jak roztopiona lawa krzepnie w skałę, jak organiczne tkankiwapnieją, tak wapnieją całe społeczeństwa... Zamiera w nichciekawość, popęd do rzeczy nowych i stają się podobne do mrowisk,albo do rojów pszczelnych, gdzie od tysięcy lat wszystko robi siębardzo porządnie, bardzo systematycznie, ale rutynicznie inieświadomie.

— Skąd u diabla, przychodzą ci takie głupie myśli? — krzyknął,zrywając się z łóżka, Kwieciński.

— Bo widzę kresy cywilizacji tam, gdzie ty ich nie dostrzegasz— odparł podniecony Leśkiewicz. — Spojrzyj choćby na drobiazgi;na stół, na krzesło... Czy myślisz, że za pięćset lat będzie coślepszego w miejsce stołów i krzeseł?... Może sądzisz, że tabułka będzie inna?... A może wyobrażasz sobie, że ludziezaczną budować inny typ domów, i zamiast dzisiejszychpodziurawionych pudeł, zaczną wznosić budynki, podobne dokryształów, albo do skał fantastycznych?...

— I to mówi przyrodnik!... — wołał zaczerwienionyKwieciński.

— Właśnie przyrodnik, który wie, że już nie odkryje się stutysięcy nowych gatunków roślin i zwierząt, nie wynajdzie siękilkudziesięciu nowych pierwiastków, ani kilku nowych sił,takich, jak ciężkość, ciepło, elektryczność... Już dochodzimydo kresu... — zakończył śpiewnym tonem, niby od niechceniaugniatając sobie żołądek.

— To może wy, ale nie my — przerwał Kwieciński. — Patrz-żetylko, ile milionów ludzi zyskało od stu lat wolność osobistą,dobrobyt i oświatę... Zobacz, jak dziś traktują jeńców, rannych, anawet przestępców... Pomyśl, do czego może dojść prawomiędzynarodowe... Zrachuj, ilu ludzi z najniższych sfer przenosisię na wysokie stanowiska...

— Zapytaj się Gromadzkiego, kto był zdrowszy: jego ojciec wszkole elementarnej, czy on w uniwersytecie? — a zobaczysz, co tojest nasz postęp... — odparł z ironią Leśkiewicz i zaczął sobierachować puls.

Gromadzki zerwał się od stolika i stanął we drzwiach.

— Naturalnie, że jest postęp!... — zawołał. — Mój ojciec byłtkaczem, wuj felczerem, a ja już będę lekarzem...

— Za to mój pradziad miał dziesięć wsi i dwa miasta, a ja niemam dziesięciu koszul. To mi dopiero ulepszenie, gdzie, ażebyjakiś tam Gromadzki trochę zyskał, Leśkiewicze muszą stracićwszystko...

— To właśnie dobrze, że rodziny niezużyte wysuwają sięnaprzód, a upadają familie dziwaków i hypochondryków— odburknął Gromadzki, wracając do przepisywania.

Leśkiewicz poruszył się na ponsowym foteliku i ze złościugryzł piórko u cybucha. Ażeby nie dopuścić go do odpowiedziGromadzkiemu, Kwieciński wtrącił:

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.