drukowana A5
14.82
Pan Wesołowski i jego kij

Bezpłatny fragment - Pan Wesołowski i jego kij


Objętość:
40 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0748-8

Pewnego dnia otrzymałem duży pakiet w szarej kopercie,zaadresowany: „Do rąk własnych..., od L. Wesołowskiego”.Z rozpaczą pomyślałem, że znajdę rękopis noweli albo komedyjki;okazało się jednak, że jest to tylko list na kilkunastu arkusikach.

Oto co pisał jego autor:

„Mam do pana wielką prośbę; a że w zeszły piątek zwichnąłemsobie nogę, muszę więc skomunikować się z panem listownie.Nudzę się, bodaj czy nie pierwszy raz w życiu, ale strach! Jaksię nudzę; mógłbym więc napisać list długi jak bandaż, którymmnie obezwładniono. Szanując jednak pański czas, postaramsię być treściwym.

Przeczytawszy zdanie, że: ja mam do pana wielką prośbę — zpewnością zapytasz się: kimże jest ów petent? na czympolega jego prośba? I z jakiej racji nazywa ją wielką? Mamwięc obowiązek odpowiedzieć na każdy taki punkt, a zarazemprzytoczyć kilka szczegółów z mego życia, które objaśnią:dlaczego w wypadku na pozór drobnym muszę odwoływać sięaż do pomocy dzienników?

I

— Kto więc jestem? — Powszechnie mówią, że jestem dobrymczłowiekiem, i co prawda, ja sam nigdy nie doświadczam wyrzutówsumienia. Zresztą, jeżeli nawet budzi się kiedy w moim sercujakiś łagodny niepokój, to nie dotyczy on, broń Boże, występków,ale... raczej... może — nie dość subtelnego pojmowaniazobowiązań małżeńskich.

Pośpieszam dodać, że skrupuły te nie są owocem mojej własnejnatury: według mnie bowiem człowiek nawet powinien trochęgrzeszyć, ażeby łaskawe niebo miało mu co przebaczyć. Naniesz... to jest na szczęście, jestem mężem kobiety doskonałej,pełnej taktu i surowości zasad; nie dziw więc, żemusiałem trochę zarazić się rozmaitymi skrupułami, notabene — po trzydziestopięcioletnim pożyciu.

Czy jestem szczęśliwy? Nie i tak. Nadludzkich rozkoszy, o jakich pisują poeci, nie doświadczyłem w życiu; bo nawet miłość,jedyna rzecz, którą znam fachowo, piękniej mi dziś wygląda wpragnieniach, aniżeli w urzeczywistnieniu.

Ale też i nie znałem ciężkich zmartwień. Nigdy niebankrutowałem, nigdy nie straciłem wielkiego stanowiska, ajeżeli na przykład umarł kto z bliskich, to zwykle zostawiał mitaki zapis w testamencie, że smutek z mojej strony byłbyhipokryzją.

Żyję więc bez trosk i zbyt wielkich wymagań. Lubię zjeśćnie dużo, ale smacznie, wypić jeden kieliszek wina — ale dobrego;w dodatku zaś nie robi mi przykrości przechodzenie od cygar dopapierosów i odwrotnie. Lubię też w dobranym towarzystwiepogadać o polityce, albo zagrać preferansa; z rana czytam,,Figaro”, do poduszki jaki świeży romans — i w trakcie tegozasypiam.

Zwykle nie śni mi się nic, a czasem — że mam lat dwadzieściapięć. Niekiedy jednak (zwykle po rautach, gdzie późno dająkolację) marzę — iż spadam z niezmiernej wysokości. Sny tezaliczam do największych przykrości w życiu i rzucam sięwtedy, wołam i naturalnie budzę żonę, która, obawiając sięzdenerwowania mnie, zapytuje słodko:

— Czy chciałeś czego, Ludwiku?

Przecieram oczy, skupiam uwagę i powiadam:

— Nie, duszko... Niczego...

— Boś tak krzyczał...

— Krzyczałem?... To pewnie przez sen. Śpij, duszko.

— Tak, mam spać, kiedyś mnie wybił ze snu... Pewnie niezamknę oczu do rana... Ach! Te późne kolacje. Zawsze jemusisz jeść. Nic nie dbasz o zdrowie...

I przez cały następny dzień słyszę wymówki (ale spokojnewymówki), że nie dbam o swoje zdrowie...

Tak na przemian śpiąc i czuwając, myślę nieraz, że naprawdę:,,życie jest snem”. Bo i czymże jest moje dzieciństwo, kiedymod bony dostawał klapsy w Saskim Ogrodzie? Czym pierwszamiłość, którą powziąłem właśnie dla tej samej bony, ale jużwówczas, kiedym był w szkołach, a ona została guwernantką?Czym wreszcie wiek młodzieńczy, gdym był najlepszym tancerzemi — na cześć mojej sąsiadki, córki intendenta wojskowego,uczyłem się grać na flecie?

Ta ostatnia umiejętność nawet dziś uprzyjemnia mi życie, aniegdyś omal że nie stała się dla mnie źródłem sławy. Wyobraźpan sobie, że miałem grać na flecie w koncercie amatorskim na celdobroczynny. Zaangażowano mnie, zapowiedziano występ,nauczyłem się kilku arii. Ale — kiedym wszedł na estradę ispojrzałem na natłoczoną salę, opanował mnie taki strach, żezgrabiały mi palce i żadną miarą nie mogłem dmuchnąć we flet.Przyniesiono mi szklankę wina (zamiast wody), kilka życzliwychosób uderzyło brawo — wszystko na nic... Wino wypiłem,ukłoniłem się za oklaski, ale zadąć we flet nie mogłem.Schowałem nawet na pamiątkę ówczesny „Kurier”, opisujący tenwypadek.

Pomimo melancholijnej zasady, że „życie jest snem,” niemogę powiedzieć, ażebym nie posiadał wyższego celu. Jestnim — jakiekolwiek, bodaj honorowe, stanowisko, co znowułączy się z wymaganiami mojej żony.

Trzeba wiedzieć, że żona moja jest ściśle spokrewnioną zksiążętami X, i pochodzi z ambitnej rodziny, której członkowiezawsze piastowali jakieś urzędy kościelne, cywilne, albo wojskowe.Gdym się więc o nią oświadczył, zarzucono mi, że wprawdziemam dobre ułożenie, talenta i ładny majątek, ale — nie posiadamstanowiska.

Naturalnie, że po takim dictum, natychmiast podałem się naaplikanta w komisji spraw wewnętrznych i w następstwiepołączyłem się z najdroższą Ewcią. Gdy jednak wkrótce poweselu trafiła mi się owa przygoda z koncertem, byłem takzłamany na duchu, że rodzina moja i Ewci (ażeby ochronić mnieod możliwego samobójstwa) namówiły nas do wyjazdu zagranicę.

Bawiliśmy tam parę lat, wróciliśmy, wyjechaliśmy znowu;potem spadły na mnie troski ojcostwa, potem edukacja syna,wydanie za mąż starszej córki, i — tak jakoś czas zeszedł.

Dopiero po upływie trzydziestu lat żona moja przypomniałasobie, że ja koniecznie powinienem zajmować jakieś stanowisko.

Rozmowa nasza o tym przedmiocie odbyła się w szczególnychwarunkach. Słońce zachodziło i w gabinecie mojej żony był jużpomrok. Ewcia siedziała na amarantowym fotelu, w czarnejsukni, mając z jednej strony palmę, z drugiej tamburek, naktórym haftowała mi pantofle. Zazwyczaj posągowo piękna,twarz żony wyglądała w tej chwili prawie surowo.

Spostrzegłszy ten wyraz, szybko przypomniałem sobie historiękilku dni ostatnich. Ponieważ jednak nie znalazłem nic w tychczasach, co bym sobie mógł wyrzucać, więc ogarnął mnie takiniepokój, że, usiadłszy na taburecie, nie śmiałem ust otworzyć.

„Czy nie narobił kto jakich plotek?...” — myślałem,czując chłód na plecach, gdy tymczasem żona utopiła we mniespokojne, lecz przenikliwe spojrzenie. Prawie nie mogłemoddychać.

— Mój Ludwiku — zaczęła Ewcia — mamy około 12, 000 rublirocznie...

— Jeżeli nie więcej... — wtrąciłem.

— Trochę nawet mniej.

— Z pewnością więcej — dodałem, czując, że budzi się wemnie duch sprzeczki.

— Wierz mi, że mniej — przerwała, gromiąc mnie oczyma. — Jalepiej wiem.

— Może być.

— Otóż — ciągnęła Ewcia — mamy trochę mniej niż 12, 000rubli rocznie, jedną córkę zamężną, drugą na wydaniu, a nadewszystko — syna, który już ukończył trzydzieści i trzy lata.Na pozór niczego nam nie brak, lecz mimo to nie jesteśmy aniszczęśliwi, ani spokojni.

— Ależ duszko...

— Nie zapieraj się — mówiła żona — bo nieraz widzę, jakziewasz.

— Ja?...

— Ty, i ziewasz z nudów, z braku zajęcia — dodała, akcentującostatnie wyrazy. — I kiedy ty ziewasz, ja wzdycham, myśląc,że przez tyle lat nie postarałeś się o jakie stanowisko, i że naszsyn, Mieczysław, całkowicie wstępuje w twoje ślady. Proszęcię, Ludwiku, zachęć Mieczysława własnym przykładem i ocokolwiek się postaraj. Tylu przecie znamy prezesów, a choćbywiceprezesów, dyrektorów i członków rozmaitych zarządów,iż doprawdy jest mi wstyd, że nie należysz do ich grona. Proszęcię, postaraj się o coś, a w takim razie troskę o Mieczysławasama wezmę na siebie.

W gabinecie zrobiło się jeszcze ciemniej. A kiedy podniosłemoczy na Ewcię i na amarantowym tle aksamitu spostrzegłem,że ma siwe włosy, nagle przypomniałem sobie moją matkę — ipierwszy raz w życiu pomyślałem, że Ewcia robi na mniewrażenie ś.p. matki.

— Spełnię, co każesz, Ewciu — odpowiedziałem, całując ją w rękę.

Znalazłszy się w swoim pokoju, rzuciłem się na szezlong, abypodumać.

„Naturalnie, że Ewcia ma rację — mówiłem sobie. — Choćbydla dania przykładu Mieczysławowi (który w ostatnich czasachzaczął coraz częściej pożyczać ode mnie pieniędzy), muszę zająćjakieś stanowisko i pozyskać tytuł. Tym bardziej, że od wielulat jakiekolwiek stanowisko jest moim marzeniem...”

Tu przerwał się potok myśli. Zasnąłem. A gdym się obudził,byłem już tak zdecydowany na zajęcie stanowiska, żepostanowiłem — kazać zrobić swój portret.

Niepodobna, ażebyś pan przed pięciu laty nie zauważył nawystawie sztuk pięknych portretu mężczyzny w sile wieku,z białą, krótko ostrzyżoną brodą, a cerą dwudziestolatka. Tłumy,szczególnie kobiet, zatrzymywały się przed nim, i nierazsłyszałem uwagi:

— Patrz, jaka to czerstwa cera...

— Jakie żywe oko...

— Prześliczny starzec!

To, panie, był mój portret, ukończony w miesiąc po stanowczejrozmowie z Ewcią. Muszę jednak dodać, że — starcem nazywająmnie kobiety tylko dla przekomarzania się. Czują bowiem i onewe mnie, i ja sam w sobie — młodość od stóp do głowy;przedwczesna siwizna niczego nie dowodzi, ponieważ jest wnaszej rodzinie dziedziczną. Mój ojciec już w pięćdziesiątym siódmym roku życiabył siwy, syn (młokos!) znalazł kilka białych włosów, a nawetEwcia, jak to nadmieniłem, osiwiała również przedwcześnie.

II

Może za wiele piszę o sobie; wybacz pan, ale to tak miłorozpamiętywać swoje, choćby skromne zasługi, szczególniewówczas, gdy człowiek ma obandażowaną nogę.

Nim zakomunikuję panu właściwą prośbę, muszę choć pokrótcewspomnieć o tym, jak pracowałem nad zdobyciem stanowiskaw społeczeństwie, a także o tajemniczych wypadkach, którewplątały się do moich usiłowań.

Ostrzegam, że nie jestem przesądny i w cuda nie wierzę;owszem — jestem raczej sceptykiem. Mimo to historia megokija, którą zaraz opowiem, przekonała mnie, a może przekonai pana, że — są rzeczy na ziemi, o jakich nie śniło się filozofom.

Przede wszystkim zobacz pan, jak zrobiłem znajomość zeswoim kijem.

Chodząc ulicami, mam zwyczaj spoglądać w okna sklepów.W ten sposób można zapoznać się z jakąś przystojną sklepową,upatrzyć tani prezent dla jakiejś cnotliwej i niewymagającejdziewczyny, a w najgorszym razie — można przejrzeć się wszybie, jak w lustrze. Nie jestem pyszałkiem, wyznam jednak,że lubię swoją fizjognomię, a nie znoszę nieporządku w ubraniu.Podwinięty kołnierz, źle zapięty krawat, albo, broń Boże!plamka na klapie surduta, na cały dzień mogą mi zepsuć humor.

Podczas jednej wędrówki zauważyłem w oknie sklepu tokarza— bardzo ładną twarzyczkę. Zatrzymałem się, zacząłem udawać,że przypatruję się laskom, fajkom, szachom i dominom, rzucającjednak słodkie spojrzenie na piękną sklepową.

Nieznajoma dostrzegła oznaki mojej życzliwości, a nawetuśmiechnęła się znacząco. I właśnie, gdy podnosiłem rękę dokapelusza, aby złożyć jej ukłon, osłupiałem...

Między laskami w oknie była jedna czarna, posiadającazamiast gałki — rzeźbioną główkę Murzyna. PrawdziwegoMurzyna z czarną cerą, białymi zębami, ciemno-wiśniowymiwargami, a nade wszystko — ze szklanymi oczyma, które, lubotrochę rozbiegłe, zdawały się mieć pozór życia i myśli.

Otóż w chwili, gdy podniosłem rękę do kapelusza, aby ukłonićsię pięknej sklepowej, spostrzegłem ze zdumieniem, iż rzeźbionyna lasce Murzyn patrzy mi w oczy i — śmieje się na całe gardło.Przechylił się w tył, jakby miał upaść, szeroko otworzył grubeusta i śmiał się ze mnie, no, ale tak, że gdyby był żywymczłowiekiem, choćby Murzynem, musiałbym zażądać od niegowyjaśnień.

Nim otrząsnąłem się z przykrego wrażenia i przypomniałemsobie, że bądź co bądź jest to tylko rzeźbiona laska, sklepowaznikła.

Od tej pory często przechodziłem obok sklepu. Nieznajomejjuż w nim nie było, ale za to kij z gałką w formie Murzynanabierał coraz więcej życia i wyrazu. Niekiedy zdawało się, żepochylony na prawo, rozmawia z laską, mającą na wierzchołkugłowę starca. Innym razem, pochylony na lewo, zdawał siędrwić z kija zakończonego końskim kopytkiem. Czasamizwracał grube wargi do zawieszonej obok cygarnicy, jakbychciał zaciągnąć się dymem papierosa. A innym razem znowuzdawało się, że — mnie poznaje.

Wówczas albo pochylał się do mnie, jakby kłaniając się, alboprzykładał usta do szyby (może chciał mnie pocałować?), alboobrażony moją dla niego obojętnością, stał sztywnie i patrzałgdzieś, na drugą stronę ulicy.

Nigdy nie używałem laski; idąc, trzymałem zwykle w prawejręce rękawiczkę, i to mi wystarczało. Jednakże około sześćdziesiątegoroku życia przyszła mi chęć sprawienia sobie kija. Nie dlategobynajmniej, ażeby się podpierać, bo tego nawet dziś nie potrzebuję,ale — uważałem, że z kijem w ręku będę wyglądał poważniej.Doszedłem nawet do wniosku, że trzymanie złożonej rękawiczkistosowne jest dla mężczyzny tylko między dwudziestym a trzydziestym rokiem.

Pomimo tych uwag, nie wiem jak długo jeszcze decydowałbymsię na kupno laski, gdyby nie okoliczność, że — zostałemczłonkiem Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

„Jużci — pomyślałem — zwierząt nie można protegować bezkija.”

I postanowiłem kupić sobie ów kij z główką Murzyna.

Nie wiem dlaczego, wchodząc do sklepu tokarza, uczułem niecoprzyśpieszoną pulsację. Spoglądam za kontuar — nie ma pięknejsklepowej; miejsce jej zajmuje jakiś zatabaczony jegomośćw okrągłych okularach. Patrzę na okno... Nie ma megoMurzynka!...

— Gdzie pan ma tę laskę z głową Murzyna? — spytałemtokarza. — Chcę ją kupić.

— Murzyna? — spytał. — A to dziwny traf! Nie makwadransa, jak kupił go jakiś pan. Ale znajdę dla panadobrodzieja coś stosowniejszego: kij z dużą, gładką gałką...

— Dziękuję panu — odparłem i opuściłem sklep prawie z żalem.

Już mi nawet laski zaczynają porywać z przed nosa!

Co pan jednak powiesz?... Przechodzę obok sklepu nadrugi dzień i — w oknie widzę znowu mego Murzynka. Pochyliłsię tak, że o mało nie rozbił szyby głową, i zdawał się szeptaćdo mnie z najwyższym niepokojem:

— Chodźże tu prędko, bo mnie jeszcze kto złapie...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.