drukowana A5
12.39
Na Saskiej Kępie

Bezpłatny fragment - Na Saskiej Kępie


Objętość:
18 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0742-6

Bardzo byłbym rad poznać nazwisko i mieszkanie tak płochejosoby, która by poważyła się twierdzić, że panna Maria nie jestnajprzyjemniejszą szatynką, jakie istniały kiedykolwiek międzyjej imienniczkami, posiadały szare oczy, 50 tysięcy posaguw listach zastawnych i ubierały się w suknię koloru zgniłegosiana? Powtarzam: rad bym bardzo poznać tak lekkomyślnąosobę, nie dlatego, broń Boże, aby okaleczyć lub nadwyrężyćjakąś część jej ciała, lecz po prostu dlatego, aby ją spytać: czynie sądzi przypadkiem, że wahadłowy chód pani Radczyni(mamy) nie jest dość majestatyczny albo, że szczupły pan Radca(ojciec) nie jest dostatecznie napełniony godnością i powagą, którarozciąga się od najniższego punktu jego obcasów do najwyższegopunktu jego kapelusza, nadaje politurowy blask jego łysinie iomal że nie wytryskuje spoza stojącego i silnie wykrochmalonegokołnierzyka?

Szczęściem dla naszego miasta, w Warszawie podobnychgburów nie ma. Toteż nie dziw, że szanowni Radcostwo i ichponętna jedynaczka, idąc wzdłuż nadwiślańskiego wału kustacji czółen, przewożących na Saską Kępę, spotykają w drodzesame tylko fizjognomie, wyrażające głęboki podziw lub szczerąsympatię dla tak dobranej rodziny. Nie dziw też, że dobranejtej rodzinie towarzyszy pan Karol, brylant młodzieży,najwykwintniejszy z Karolów, jacy kiedykolwiek nosili ciemnemarynarki, jasne spodnie, bogate fryzury i wzmacniali naturalnewdzięki obfitymi dozami fiksatuaru i wonnych olejków. Nie dziw wreszcie, że świetne to grono doskonałych osób znakomicieubawić się może na Saskiej Kępie, choć niestety! Akompaniujeim blady i uczony a daleki kuzyn panny Marii, pan Adolf, któryz jednakowym chłodem traktuje majestatyczność pani Radczyni,jak stojące kołnierzyki pana Radcy, jak pędzelkowate wąsikipana Karola, a w końcu: wdzięki i posag uroczej panny Marii.

Wykwintny Karol zbyt jest pewny swego stanowiska, abymiał lękać się bladego i obojętnego Adolfa, niemniej jednakirytuje go ten pedant. Radca i Radczyni okazują za dużouprzejmości zimnemu kuzynowi, a panna Maria bardzo częstorumieni się pod jego wzrokiem, chociaż... i cóż to znaczy!... Nic, a przynajmniej prawie nic. Ludzie mówią wprawdzie,że pan Adolf skończył uniwersytet, że posiada dużo nauki, taktui zdrowego rozsądku, lecz mówią i to, że pana Adolfa więcejzajmują obrazy á vol d'oiseau, niż piękność panny Marii i jegowłasna powierzchowność — tymczasem on, pan Karol... Onprzecież jest urzędnikiem i bierze 400 rubli pensji, on makompletną i świetną a zawsze modną garderobę, umie graćtrzy sztuczki na fortepianie, tańczy jak anioł, a nade wszystkoposiada bardzo ładne mebelki i platerowaną cukiernicę.

Co za porównanie!... Toteż pan Karol nie wątpi o ostatecznejporażce swego przeciwnika wobec panny, jak nie wątpi i o tym,że gdyby sam Apollo chciał w końcu XIX wieku przedzierzgnąćsię w postać ludzką, wówczas niewątpliwie pożyczyłby od niego,to jest od pana Karola, nie tylko fryzury i wąsików, lecz nawetlakierowanych kamaszy z guzikami i okrągłego kapelusza zwentylatorem.

Mimo to przystojnego Karola dręczy blady Adolf, dręczygo tym więcej, że panna Maria jest dziś w złym sosie,prawdopodobnie z powodu obecności chłodnego kuzyna. Toteż pan Karol jak najusilniej i, we własnym przekonaniu, jaknajszczęśliwiej stara się neutralizować ten zgubny wpływ, wijesię jak pijawka między towarzyszami i przedmiot swoich marzeńbawi najwykwintniejszą i najdowcipniejszą rozmową.

— Oto już zbliżamy się do kresu naszej wędrówki — donosiuprzejmy Karol. — Za chwilę wyminiemy Solny Magazyn, młynparowy i staniemy przy czółnach... Jak Wisła opadła!... Czy nie lęka się pani, abyśmy nie musieli przechodzić jej suchąnogą?

— Nie lękam się — uspokoiła go panna Maria.

— Uważam, że bardzo wiele osób idzie w tamtą stronę;będziemy mieli zatem dość liczne, lubo niekoniecznie przyjemnetowarzystwo... Policja powinna by zabronić kąpieli przy brzegu,po którym tyle dam przechodzi... Otóż i stacja... Coza tłum!... jakie mnóstwo czółen i żagli!... Cha! Cha!...Cha! Słyszę harmonijkę... Czy nie obawia się pani, abyśmy niedostali miejsca...

— Nie obawiam się — upewnia znowu wytrwałego mówcę panna.

W tej chwili grono nowych przyjaciół naszych dotarło dostacji, położonej u stóp parowego młyna. Stacja jest to dośćbrudny i błotnisty brzeg, zawalony stosami belek, gromadąpustych beczek, ogromną kupą drobnego żwiru i ciąglezmieniającym się tłumem amatorów na Saską Kępę, którzyprzybywali z miasta, gapili się, wsiadali na czółna, ciesząc sięprzy tym wszystkim niewymownie i gadając niemiłosiernie.

Przez ten czas grzeczny pan Karol odczytuje pannie wypisanena żaglach statków tytuły i stara się jak najpopularniej objaśnićróżnice między Jowiszem a Izabellą i Pod Kogutem, tudzieżmiędzy Zygmontem, Szybkobiegiem, a Salomońską Extrum.

— Proszę pana!... Proszę państwa!... — wołali przewoźnicy —zara odjeżdżam!... Do kompanii!... Zara odpływam!... Jużmam kilka osób!... Graj, Władziu!...

— I granie nie pomoże!... — odparł siedzący w jednymz czółen Władzio, o którym trudno było powiedzieć, czywięcej w tej chwili pracuje nad wydobyciem dźwięków z potężnejharmonijki, czy też nad utrzymaniem w równowadze swej własnejpostaci, którą z dziwnym uporem ciągnęła do siebie woda.

Lecz mimo piękną, choć nie dosyć wyraźną grę wielkiejharmonijki, mimo wymowne nawoływania przewoźników, mimoniecierpliwości reszty towarzystwa, systematyczny Radca nieśpieszył się z powierzeniem kruchemu statkowi swoich i swejrodziny losów. Natomiast, jako człowiek lubiący i umiejącybadać, dostrzegł on, że pewien mały chłopiec w barchanowychmajtkach i przyszytym do nich takimże spencerku, co czasjakiś uderza o puste beczki butami, trzymanymi w ręku.Dostrzegł również, że z rozmaitych otworów młyna parowegowydobywają się w dość regularnych odstępach czasu sycząceprądy pary, i że z ogromnej kupy żwiru także dość regularniestacza się na dół jakiś pełnoletni mężczyzna, usiłującyw niewiadomych celach dostać się tą drogą na górę.

— Proszę państwa na Zygmonta, bo zara odpływam!— przerwał dumania Radcy kapitan tak nazwanego statku.

— Panie Radco, już czas!... Mężu... Ojczulku,siadajmy!... — uzupełnili razem blady Adolf, tudzież małżonkai jedynaczka czcigodnego myśliciela.

Na te hasła pan Radca poprawił stojący kołnierzyk, podniósłostro zakończoną brodę ku niebu i postawił nogę na krawędzi Zygmonta.

— Na Izabelę, wielmożny panie!... Do kompanii!... — wezwał Radcę inny kapitan, i otóż Radca postawił nogę nakrawędzi Izabeli.

— Diabła warta, panie, ta skorupa, Paryska Gondola, tomigdał!... — odezwał się trzeci kapitan, a Radca, uznajączapewne słuszność tej uwagi, wsiadł do Szybkobiega. Damy idwaj satelici młodszej z nich nie omieszkali naśladować tegoprzykładu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.