drukowana A5
12.6
Lokator poddasza

Bezpłatny fragment - Lokator poddasza


Objętość:
20 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0740-2

Uczony Reb Lajzer Skowronek poprawił aksamitną krymkęna siwiejącej już głowie, wytrząsnął na ziemię i schował w tylnąkieszeń prunelowego chałata porcelanową fajkę i, stojąc naśrodku brudnej sieni, głęboko rozmyślał nad tym: za którąteż wyjrzeć ma bramę?...

Jeżeli wyjrzy za zieloną, na ulicę, może zobaczyć tamrzeźnika, pędzącego woły, starą babę z konewką, chlebem lubbutelką w ręku, a w każdym razie brunatny drewniany dom,którego parter zajmuje blacharz i waciarz, a facjatkę... PanLajzer skrzywił się, odwrócił i postąpił parę kroków ku bramieżółtej.

W tej stronie wszystko należy do niego. Ten stróż pokorniestojący z czapką w ręku, i to kwadratowe podwórze z wielkąszopą na środku, i te poduszki czerwone, pierzyny w niebieskiekratki, suszące się na słońcu, i ta o dach szopy oparta drabina,gdzie na trzecim szczeblu od ziemi dokonuje cudów zręcznościpejsaty Dawidek, najmędrszy ze Skowronków, jacy egzystowalina świecie — wszystko to należy do niego.

Czy tylko to?... A tenże za szopą dom drewniany, mającyosiem okien na górze i pięć na dole?... A tenże drugi, naprawo, z trojgiem drzwi i dachem blaszanym?... A tenchodnik, po którym mały Josek ciągnie na sznurze przewróconydo góry nogami stołek?... A ta na lewo zbutwiała parterowarudera, pod którą na stosie desek gnijących igra troje brudnychi obdartych dzieci, a goj bednarz z hałasem podbija wielkąbeczkę?

Smutna rudera. Żadna deska w jej ścianach nie przystaje dodrugiej, żadne drzwi nie domykają się, żadnego okna otworzyćnie można, żeby się nie rozleciało. Sczerniały, mchem porosłydach tworzy tak zawikłaną powierzchnię wichrowatą, żenajznakomitszy geometra nie podjąłby się jej badać, aprzykrywa takich biedaków... Ach... Takich biedaków,że miłosierny Reb Lajzer już piąty miesiąc ociąga się z wymówieniem im komornego.

Żółtawe oko Skowronka zatrzymało się na ostatnim okniefacjatki, skąd przez wybite szyby od godziny już buchają kłębypary. Tak wielka ilość pary zdradza wielki ogień, a zbyt wielkiogień...

— Ach... Ach... — mruknął uczony Żyd — oni mijeszcze domy spalą...

I zwolna postąpił ku bednarzowi.

— Niech będzie pochwalony, Marcinie...

— Na wieki wieków — odparł bednarz, składając narzędziai dotykając ręką czapki.

— Co u tego Jakuba taki ogień w izbie?

— To ona... Gotuje wodę do prania.

— Ny... Ny... A jak tam z nim?

Bednarz machnał ręką.

— Wun tam czasem wygląda, jak pijany — ciągnął Żyd.

— Gdzie zaś on tam pijany! Zwyczajnie spadł z ruśtowaniai z onych czasów zrobił się taki jakiś... że to... eee...— objaśnił bednarz.

— Ny... Ny... Ja to zara pomiarkowałem. Wun raz umnie drwa rąbał, ale nawet godziny nie porąbał i ustał. Żejemu we śpitalu nic nie pomogli?

— Co ta mieli pomóc, nawet mu nogi nie zgoili...

— Franek... Franek... Chodź ino tu — odezwał sięgłos z facjatki, a rozmawiający ujrzeli w wybitym oknie owiniętąw żółtą chustkę głowę kobiety.

Najstarsze z obdartych dzieci, które na widok gospodarzakryły się między gnijącymi belkami, pobiegło na schody.

— To jego dzieci? — spytał Lajzer.

— A jego — odparł Marcin. — Troje na dole, a dwoje chorychw izbie.

— A wa! — mruknął Żyd, i pochyliwszy głowę, począłprzysłuchiwać się rozmowie na górze.

— Gdzie wczorajsze kartofle, co były w rynce... Co?— pytał gniewnie głos kobiecy.

— A bo ja wiem... matusiu — odpowiedział z pewnymwahaniem głos dziecinny.

— Łżesz, boś sam zjadł w nocy; Józia cię widziała... Jaci dam...

— Jak Boga kocham, matusiu... żeby mi ręce i nogipołamało... żeby mnie cholera... — piszczał chłopak przyakompaniamencie uderzeń.

— A masz!... A masz!... — krzyczała kobieta. — Tobędziesz łgał, będziesz kradł... będziesz się przysięgał?...A masz!...

Każdemu wyrazowi towarzyszył trzask mokrej ścierki,upadającej na różne części ciała chudego i brudnego chłopca,który zanosząc się od płaczu, mówił:

— A co ja temu winien, że mi matusia jeść nie dają, co?...A bom to jadł kolację?... A bom jadł śniadanie... Co?I jeszcze mnie matusia biją za to... U... hu... hu!...

Zrobił się straszny wrzask, w którym oprócz bijącej matkii bitego pacjenta wzięło udział dwoje dzieci na górze i dwojena dole. Zniecierpliwiło to Żyda, który po chwili namysłuwszedł do sieni, z sieni na brudne i ruchome schody, i sapiącze zmęczenia, stanął na progu izby pełnej pary, zaduchu i wonimydła.

— Jakubowa, pani Jakubowa!... Co u was zawdy takiekrzyki? — zaczął przybyły.

— Ooo... To pan gospodarz?... — zdziwiła się lichoubrana kobieta, a potem płacząc dodała: — A cóż ja pocznęnieszczęśliwa z tymi bachorami, kiedy się nic przed nimi nie uchowai niczym ich nie nakarmi? Ten roboty nie ma, dzieci pięcioro,wszyscy wołają jeść, a ty choć sobie ręce do łokcia pozdzieraj,choć się sama rozedrzyj...

— Ja wam co powiem, moja Jakubowa — przerwał oburzonyLajzer. — Że wy biedni, to jest prawda, ale że wy mi wiele nieporządku w domu zrobicie i nie płacicie, to także prawda. Zawdyu was pranie, wylewanie, suszenie, ze świecą po strychu chodzenie,zawdy krzyk, a zapłaty nie ma, a pięć rubli winniście... Wymi głowę rozkrzyczycie, wy mi domy spalicie, wy... Wy sięwyprowadzić musicie. Już ja i was, i waszych pieniędzy widziećnie chcę.

— A panie gospodarzu! — zawołała kobieta. — Niechże pantego nie robi, niech pan jeszcze będzie cierpliwy..

— Co to cierpliwy?... Ja już jestem pięć miesięcycierpliwy...

— Może się też Pan Bóg nad nami zlituje i staremu da jakąrobotę, to się jeszcze wypłacimy...

— Robotę... Robotę... — mruknął Żyd. — Abo wy dbacieo co?... Abo wy nie wygnaliście od siebie jednej lokatorki?...

— To jest prawda, panie gospodarzu, ale widzi pan gospodarz,ona to była takie nic dobrego, że panu i nam wstyd robiła...Niech się pan Lajzer zmiłuje... — mówiła dalej, składającręce. — Niech się pan zmiłuje przynajmniej nad tym drobiazgiem.

Gospodarz spojrzał po izbie, gdzie wszyscy jej mieszkańcyznajdowali się w komplecie. Troje chudych, z nadmierniewielkimi brzuchami dzieci kryło się między balią a stołem,zarzuconym mokrą bielizną. Czwarte, okryte jakimś czarnymłachmanem, leżało na łóżku, piąte w drewnianej pace na słomie,a ich nędzny ojciec z rozczochranym włosem, najeżonymi wąsami,z bojaźnią w oku stał oparty o komin, obok ciekącej konewki,na której siedział przed chwilą.

Poważną twarz Żyda przebiegł dreszcz wzruszenia.

— Co tamtemu? — spytał już łagodniej, wskazując pakę.

— Coś kaszle, panie gospodarzu — odparła matka.

— A temu co? — ciągnął, wskazując łóżko.

— To dziewczyna, oparzyła się niechcący ukropem.

— A wa!... — syknął gospodarz, i zwracając się do Jakuba,dodał:

— A jak z wami, Jakubie?

Biedak wstrząsnął głową, skurczonymi palcami podrapałkomin, lecz milczał.

— No, odpowiedzże panu gospodarzowi — wtrąciła żona.

Jakub poruszył ustami, wlepił niespokojnie swoje okrągłeoczy w twarz gospodarza, lecz znowu milczał.

— Zostańcie z Bogiem — szepnął Żyd i nagle opuścił izbę.

— Niech Pan Bóg prowadzi! — odpowiedziała kobieta,wychylając się przez poręcz za schodzącym gospodarzem, któregow sieni zatrzymał bednarz pytaniem:

— A cóż, panie Lajzer?...

— Niech go Bóg ratuje, to bardzo biedny człowiek...— odparł Żyd i poszedł dalej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.