drukowana A5
28.16
Poskromienie złośnicy

Bezpłatny fragment - Poskromienie złośnicy


Objętość:
161 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0984-0

OSOBY:

Pan, w Prologu

Krzysztof Sly, pijany kotlarz, w Prologu

Karczmarka, Paź, Aktorzy, Strzelcy i Służba, w Prologu

Baptysta, bogaty szlachcic z Padwy

Vincentio, stary szlachcic z Pizy

Lucentio, syn Vincentia, zakochany w Biance

Petruchio, szlachcic z Werony, konkurentKatarzyny

Gremio, konkurent Bianki

Hortensjo, konkurent Bianki

Tranio, sługa Lucentia

Biondello, sługa Lucentia

Grumio, sługa Petruchia

Curtis, sługa Petruchia

Pedant

Katarzyna, złośnica, córka Baptysty

Bianka, jej siostra, córka Baptysty

Wdowa

Krawiec, Kramarz, Słudzy Baptysty i Petruchia

Scena częścią w Padwie, częścią w wiejskiem mieszkaniuPetruchia.

PROLOG

SCENA I

Przed karczmą na polu.

Karczmarka i Sly

SLY

Wygrzmocę cię, na uczciwość!

KARCZMARKA

Dyby dla ciebie, włóczykiju!

SLY

A ty przekupko! Nie było włóczykija w rodzinie Slyów. Czytaj kroniki; przybyliśmy do Anglii z Ryszardem Zdobywcą. A więc: paucas palabris; niech świat idzie swoją drogą: Sessa!

KARCZMARKA

Co? nie zapłacisz za potłuczone szklanki?

SLY

Nie, ani szeląga, na św. Hieronima! Ruszaj mi zaraz do twojego zimnego łóżka i rozgrzej się.

KARCZMARKA

Mam ja na ciebie lekarstwo; idę zawołać dziesiętnika.

Wychodzi.

SLY

Zawołaj sobie dwudziestnika i trzydziestnika; odpowiem mu artykułem prawa. Nie ustąpię jednej piędzi; niech tylko przyjdzie, zobaczymy.

Kładzie się na ziemi i zasypia. — Przy odgłosie rogów wraca Panz polowania i Służba.

PAN

Strzelcze, miej dobre o psach mych staranie;

Biedny Wesoły na grudzie okulał;

Zesforuj zaraz Dudę z Zapaśnikiem.

A czy widziałeś, jak się Białek sprawił

Na skręcie płotu, gdy wszystkie ucięły?

Za sto talarów nie chciałbym go stracić!

I STRZELEC

Płaczek, mój panie, jest dobry jak Białek,

On jeden trzymał i za zwierzem gonił,

Gdy wszystkie inne dwa razy zatarły;

Wierzaj mi, panie, to z psów twych najlepszy.

PAN

Ba! gdyby Echo tak jak on był rączy,

Ja bym go nie dał i za tuzin Płaczków.

Lecz teraz wszystkim dobrą daj nawarę,

Bo jutro także zamierzam polować.

I STRZELEC

Idę i dojrzę wszystkiego, jak trzeba.

PAN

spostrzegając SlyaCóż to? umarły człowiek, czy pijany?

II STRZELEC

Oddycha: gdyby nie grzała go wódka,

Zimne byłoby łoże na sen taki!

PAN

O, brudne bydlę! jak wieprz w błocie leży.

O, śmierci, jakże obraz twój jest szpetny!

Pijak ten dobrą stręczy mi zabawę.

Kiedy w wygodne poniesiem go łóżko,

Gdy go owiniem w wonne prześcieradła,

Włożym na palce kosztowne pierścienie,

Przy łóżku ucztę wykwintną zastawim,

Gdy zbudzonego sług przyjmie czereda,

Czy swej przeszłości żebrak nie zapomni?

I STRZELEC

Nie wątpię, że się za magnata weźmie.

II STRZELEC

Dziwne dla niego będzie przebudzenie.

PAN

Jak snów rozkosznych przelotna ułuda.

Weźcie go, wszystko przyrządźcie, jak trzeba;

Do najpiękniejszej komnaty go wnieście,

W koło najmilsze rozwieście obrazy,

Omyjcie kudły jego wonnościami,

Pachnącym drzewem dom okadźcie cały,

Słodką muzykę miejcie w pogotowiu,

Aby zbudzenie jego powitała,

A pamiętajcie, gdy otworzy usta,

Wszyscy z pokornym powtarzać ukłonem:

Co nam dostojność wasza rozkazuje?

Jeden ze srebrną niech stoi miednicą,

Pełną różanej wody, pełną kwiatów;

Z adamaszkowym inny znów ręcznikiem,

Inny ze dzbankiem niech pokornie mówi:

Czy wielkość wasza ręce pragnie umyć?

A inny znowu niechaj go zapyta,

Jakie dziś szaty z garderoby dobyć.

Niech inny prawi o jego psach, koniach,

O smutku pani z tej jego słabości;

I wmówcie w niego, że był lunatykiem.

Jeśli przypadkiem powie, że jest kotlarz,

Wołajcie wszyscy, że marzy na jawie,

Bo on jest panem wielkim i potężnym.

Wszystko to niech się dzieje naturalnie,

A będziem mieli wyborną zabawę,

Jeśli swe role dobrze odegracie.

I STRZELEC

Wszelkiego, panie, dołożym starania,

Aby na koniec głęboko uwierzył,

Że jest w istocie tak, jak mu powiemy.

PAN

A więc co prędzej nieście go do łóżka,

Bądźcie gotowi, jak tylko się zbudzi.Wynoszą Slya; słychać za sceną trąbkę.Idź i zapytaj, co trąbka ta znaczy?Wychodzi jeden.To może jaki pan podróżujący

Na wypoczynek chce się tu zatrzymać!Wchodzi Sługa.Cóż to?

SŁUGA

      Aktorów wędrujących trupa,

Służby ci swoje ofiaruje, panie.

PAN

Niech się tu stawią.Wchodzą Aktorzy.

      Przybywacie w porę.

AKTORZY

Za dobre słowo dziękujem pokornie.

PAN

Czy chcecie noc tę w domu mym przepędzić?

AKTOR

Jeśli pan raczy służby nasze przyjąć.

PAN

Z całego serca. Przypominam sobie,

Że kiedyś tego widziałem aktora,

W roli dzierżawcy najstarszego syna,

Jak do szlachcianki stroił koperczaki;

Z pamięci imię twoje mi wybiegło,

Ale pamiętam dobrze, że swą rolę

Z naturalnością rzadką odegrałeś.

AKTOR

Jak sądzę, panie, to mówisz o Soto.

PAN

Zgadłeś. W twej roli byłeś niezrównany.

W szczęśliwą dla mnie przybywacie porę,

Bo mam na myśli wyborną zabawę,

W której mi wielką będziecie pomocą.

Jest tu pan, który dziś chciałby was widzieć;

Na wstrzemięźliwość mogę liczyć waszą?

Lękam się, żeby dziwactw jego widok

(Bo ten pan nigdy komedii nie widział)

Waszych niewczesnych śmiechów nie wywołał,

I dostojnego nie obraził widza,

Bo was ostrzegam, że uśmiech wasz jeden

Może rozbudzić jego niecierpliwość.

AKTOR

Nie bój się, panie, zdołamy się wstrzymać,

Choćby to pierwszy na świecie był cudak.

PAN

Prowadź mi zaraz gości do kredensu,

Niech każdy dobre znajdzie tam przyjęcie,

Niechaj żadnemu na niczym nie zbywa.Wychodzi Sługa z Aktorami.A ty dopilnuj, by paź mój, Bartłomiej,

Natychmiast damskie wdział na siebie szaty,

Wprowadź go potem do izby pijaka,

Z wielką pokorą panią go nazywaj;

Z mojej zaś strony dobrze mu wytłumacz,

Że gdy na łaski me zasłużyć pragnie,

W postępowaniu swym niech naśladuje,

Jak widział wielkie damy przy swych mężach;

Niech siądzie skromnie przy pijaka łożu,

Niech mu powtarza słodkim, cichym głosem:

Racz mi powiedzieć, mężu mój i panie,

Czym ci potrafi twa pokorna żona

I posłuszeństwa i miłości dowieść?

Niech potem głowę na piersiach mu oprze,

Niech go słodkimi kusi całunkami,

I łzy wylewa jak gdyby z radości,

Że pan szlachetny powrócił do zdrowia,

Gdy przez lat siedem upornie powtarzał,

Że był obrzydłym, ubogim żebrakiem.

Jeśli paź sztuki kobiecej nie umie

Łez gorzkich strugi na rozkaz wylewać,

Na to cebula wybornie się przyda;

Niechaj ją dobrze w swą zawinie chustkę,

A będzie płakał jakby Magdalena.

Bez straty czasu zrób co rozkazałem,

A później dalsze odbierzesz instrukcje.Wychodzi Sługa.Mój paź potrafi dobrze naśladować

Głos, wdzięk i ruchy wykwintnej szlachcianki.

Chciałbym już słyszeć jak mężem go nazwie,

Chciałbym już widzieć, jak moi dworzanie

Śmiech będą tłumić, gdy pokorne służby

Będą składali temu prostakowi.

Teraz pośpieszę, aby moją radąI obecnością miarkować rozpustę

I w należytych zamknąć ją granicach.Wychodzą.

SCENA II

Sypialny pokój w domu Pana.

Sly w bogatym szlafroku, otoczony Dworzanami; jedni trzymająróżnego rodzaju suknie, inni miednicę i inne potrzeby toalety. Wchodzi Pan w ubiorze służącego.

SLY

Na miłość Boga, dajcie mi kwartę podpiwku.

1 SŁUGA

Czy wielkość wasza chce szklankę węgrzyna?

2 SŁUGA

Czy godność wasza nie pragnie konfitur?

3 SŁUGA

Jakie dziś szaty wdzieje pan dostojny?

SLY

Nazywam się Krzysztof Sly — dajcie mi pokój z waszą wielkością i godnością, i dostojnością. Jak żyję, nie piłem węgrzyna, a jeśli chcecie dać mi konfitur, dajcie mi konfitur wołowych. Nie pytajcie, jakie chcę wdziać szaty, bo nie mam więcej sukni jak grzbietów, więcej skarpetek jak goleni, więcej trzewików jak nóg, a zdarza mi się nawet czasem, że mam więcej nóg jak trzewików, albo takie trzewiki, że wyglądają z nich pięty.

PAN

Niech Bóg odwróci pańskie przywidzenia!

Ach, czemuż magnat wielki i potężny,

Słynny majątkiem, rodem i powagą,

Tak niskie myśli w swojej duszy chowa!

SLY

Co? Czy wy chcecie do szaleństwa mnie doprowadzić? Czy to nie ja nazywam się Krzysztof Sly, synstarego Slya z Burtonheath; z urodzenia kramarz,z wychowania kartownik, dla odmiany niedźwiednik, a na teraz z profesji kotlarz? Zapytajcie sięMarysi Hacket, tłustej szynkarki z Wincot, czy mnienie zna; a jeśli wam nie powie, że stoję u niej zapisany na czternaście groszy za szumówkę, ogłościemnie za największego łgarza w całym chrześcijaństwie.Dzięki Bogu, jeszcze nie zwariowałem; to jest —

SŁUGA

To właśnie budzi naszej pani boleść.

2 SŁUGA

Przepełnia smutkiem dworzan twoich serca.

PAN

Te przywidzenia dziwne, z twego domu

Wygnały, panie, wszystkich twoich krewnych.

Stare twe myśli przywołaj z wygnania,

A wygnaj podłe i niskie marzenia.

Patrz, jak cię koło wiernych sług otacza,

Każdy gotowy na twoje skinienia.

Czy pragniesz pieśni? Gra ci sam Apollo,Muzyka.W klatkach dwadzieścia śpiewa ci słowików, —

Czy usnąć żądasz? Pościelem ci łoże

Miększe, wonniejsze od miękkiej pościeli

Usłanej niegdyś dla Semiramidy.

Pragniesz przechadzki? Rozłożym kobierce.

Chcesz się przejechać? Koni twoich uprząż

Będzie kapała złotem i perłami.

Chcesz wyjść z sokołem? Twój Ćwik, wielki panie,

Wyżej skowronka uleci ku niebu.

Wolisz polować? Gończych twoich granie

Rozbudzi echo po lasach i skałach,

Nawet mu same chmury odpowiedzą.

SŁUGA

Chceszli z chartami polować? Smycz twoja

Wyprzedzi łatwo jelenia i sarny.

2 SŁUGA

Lubisz obrazy? Zaraz ci przyniesiem

Nad przezroczystą strugą Adonisa,

Albo Wenerę ukrytą wśród trzciny,

Która w oddechu jej zda się kołysać,

Jak gdy po trzcinie lekki wieje zefir.

PAN

Pokażem Io, gdy jeszcze dziewicą

Była Jowisza wybraną kochanką;

Wszystko tak żywe, jakby rzeczywistość.

3 SŁUGA

Lub Dafne, kiedy przez ciernie ucieka,

Z nóg podrapanych, zda się, że krew płynie;

Łzy i krew sztukmistrz tak wiernie przedstawił,

By na ten widok płakał sam Apollo.

PAN

Ty jesteś panem i niczym jak panem,

A twoja pani pięknością prześciga

Wszystkie kobiety w naszych smutnych czasach.

1 SŁUGA

A nim łzy, które dla ciebie wylała,

Twarz jej uroczą bladością powlekły,

Była najpierwszym świata tego cudem,

Choć i dziś jeszcze żadnej nie ustąpi.

SLY

Więc jestem panem? i taką mam panią?

Czy teraz marzę, czy dotąd marzyłem?

Ale nie, nie śpię, widzę, słyszę, mówię,

Wącham zapachy, czuję rzeczy miękkość;

Trudno już wątpić, tak jest, jestem panem,

A nie Krzysztofem Slyem, nie kotlarzem.

Więc mi co żywo przyprowadźcie panią,

A jak mówiłem, i kwartę podpiwku.

2 SŁUGA

Czy wielkość wasza pragnie umyć ręce?Sługi przynoszą mu dzbanek, miednicę i ręcznik.O co za radość, że rozum ci wrócił!

Że wiesz na koniec, czym byłeś i jesteś!

Igraszką marzeń byłeś lat piętnaście,

Lub rozbudzony byłeś jak w marzeniu.

SLY

Przez lat piętnaście! a to niezła drzemka!

I przez piętnaście lat nic nie mówiłem?

1 SŁUGA

Mówiłeś, panie, lecz zawsze bez ładu.

Bo gdy w tej pięknej leżałeś komnacie,

Wołałeś, że cię wyrzucono za drzwi,

I nieuczciwą łajałeś szynkarkę,

Chciałeś do wójta prowadzić, że piwo

W niestemplowanej podała ci kwarcie.

O Magdzie Hacket mamrotałeś czasem.

SLY

Ach, ach, to była służąca w szynkowni!

3 SŁUGA

Panie, szynkowni tej nie znasz ni dziewki,

Ani tych ludzi, o których prawiłeś,

Stefan Sly, albo Jan Trębacz z Podgórza,

Lub Piotr Murawa, lub Henryk Biedrzeniec,

Albo dwadzieścia nazwisk tym podobnych,

Których nie było, których też nikt nie zna.

SLY

Dziękuję Bogu, żem przecie wyzdrowiał.

WSZYSCY

Amen.

SLY

      Dziękuję, — nie stracicie na tym.

Wchodzi Paź w ubiorze damy, Służba.

PAŹ

Jak stoi teraz z mego pana zdrowiem?

SLY

Stoi niezgorzej, bo jadła mi nie brak.

Gdzie żona moja?

PAŹ

      Tu, szlachetny panie.

Co żądasz od niej?

SLY

      Jesteś moją żoną?

Czemuż mnie, proszę, mężem nie nazywasz?

Ja pan dla moich ludzi, lecz dla ciebie,

Dla ciebie jestem mężulkiem, czy słyszysz?

PAŹ

Mężem i panem, panem mym i mężem,

A ja we wszystkiem posłuszną ci żoną.

SLY

Wiem o tym dobrze. Jak mam ją nazywać?

PAN

Pani.

SLY

      Pani Elżbietka, czy pani Joasia?

PAN

Pani, nic więcej; taki panów zwyczaj.

SLY

Pani i żono! słyszałem przed chwilą,

Żem spał piętnaście lat, a może więcej.

PAŹ

Które od łoża twego oddalonej

Zdały się długie jakby lat trzydzieści.

SLY

Nie ma co mówić, czas trochę za długi.

Wynoś się, służbo, zostawcie nas samych.

Rozbierz się, pani, i idźmy do łóżka.

PAŹ

Szlachetny panie, błagam cię pokornie,

Racz mi przebaczyć jedną lub dwie noce,

A jeśli nie chcesz, to choć do zachodu,

Bo mi twój doktor wyraźnie powiedział,

Że dawna słabość wróci niezawodnie,

Jeśli od twego nie wstrzymam się łoża.

Słowa te, sądzę, wymówką mi będą.

SLY

Tak stoją rzeczy, trudno mi będzie czekać tak długo;nie chciałbym przecie do starych marzeń powrócić.Co robić, trzeba czekać na przekór krwi i ciału.

Wchodzi Sługa.

SŁUGA

Nadworna trupa waszej wysokości,

Gdy o szczęśliwej usłyszała zmianie,

Pragnie wesołą przedstawić komedię,

Do czego doktor chętnie się przychyla;

Bo skoro smutek pańską krew oziębił,

A melancholia mamką jest szaleństwa,

Uznał za dobre, by wesoła sztuka

Do śmiechu pańskie myśli nastroiła;

Śmiech jest lekarstwem i życie przedłuża.

SLY

I owszem, niech grają. Komedia to coś niby jasełka,albo kuglarskie sztuki?

PAŹ

Nie, dobry panie, to rzecz zabawniejsza.

SLY

Cóż to być może?

PAŹ

To rodzaj historii.

SLY

Dobrze, zobaczymy. Pani żono, siadaj tu przy mnie;niech świat po staremu się toczy; nie będziemy nigdy młodsi. Siadają.

AKT PIERWSZY

SCENA I

Publiczny plac w Padwie.

Lucentio i Tranio

LUCENTIO

Na koniec, Tranio, ja, co tak pragnąłem

Zobaczyć Padwę, tę piękną sztuk mamkę,

Przybywam dzisiaj do żyznej Lombardii,

Tego Włoch wielkich rozkosznego sadu.

Z dobrego ojca chętnym przyzwoleniem,

Przybywam w twoim miłym towarzystwie,

Ty sługo wierny, w złej i dobrej doli.

Spocznijmy tutaj, aby się poświęcić

Literaturze i umiejętnościom.

Piza, powagą dzieci swych sławiona,

Jest mą kolebką, ojciec mój, Vincentio,

Kupiec po całej ziemi giełdach znany,

Swój ród prowadzi z domu Bentivolio.

Ja, syn Vincentia, chowany w Florencji,

Nie chciałbym zawieść ojcowskich nadziei,

Lecz wielkim skarbom wielkich czynów dodać;

Dlatego, Tranio, przez ciąg moich nauk

Chcę naprzód zgłębić tę część filozofii,

Która traktuje o prawdziwym szczęściu,

Jak na opoce opartym na cnocie.

Powiedz, co myślisz, bom opuścił Pizę,

I tu przybyłem, jak człowiek, co nagle

Z płytkiej kałuży w głębokie wpadł morze,

I chce ugasić palące pragnienie.

TRANIO

Mi perdonate, kochany mój panie,

Ja zdanie twoje podzielam we wszystkim;

Z radością widzę, że trwasz w przedsięwzięciu

Ssać soki słodkie słodkiej filozofii;

Lecz, dobry panie, mimo uwielbienia

Dla pięknej cnoty i moralnych nauk,

Niech nas stoicyzm w drewno nie przemienia,

A dla miłości Arystotelesa

Nie wyrzekajmy się i Owidiusza:

Zgłębiaj logikę w twych przyjaciół kole,

W zwykłych rozmowach ucz się retoryki,

Szukaj natchnienia w muzyce, poezji,

Matematyki i metafizyki

Bierz, ile zdoła strawić twój żołądek:

Nie ma korzyści, gdzie nie ma rozkoszy;

Ucz się więc tego, do czego masz pociąg.

LUCENTIO

Dzięki ci, Tranio, za twe dobre rady.

Gdyby Biondello był już wylądował,

Dziś bym rozpoczął me przygotowania,

Wziąłbym mieszkanie przyjaciół tych godne,

Których nam pewno w Padwie nie zabraknie.

Lecz cicho! któż to w te strony się zbliża?

TRANIO

Może procesja na nasze przybycie.

Wchodzi Baptysta, Katarzyna, Bianka, Gremio i Hortensjo.Lucentio i Tranio odchodzą na stronę.

BAPTYSTA

Proszę, panowie, nie nudźcie mnie dłużej,

Znacie niezmienne me postanowienie:

Póty nie wydam za mąż córki młodszej,

Póki dla starszej męża nie wynajdę.

Jeśli z was który kocha Katarzynę,

Gdy znam was obu i obu was kocham,

Pozwalam, niech się o rękę jej stara.

GREMIO

A raczej, niech się od ręki jej strzeże;

Trochę to dla mnie za twardy jest kąsek.

A ty, Hortensjo, czy chcesz pojąć żonę?

KATARZYNA

do BaptystyMój panie ojcze, czy jest twoją myślą

Pójść o mnie w targi z tymi ichmościami?

HORTENSJO

W targi o ciebie, moja piękna panno?

Zanim cię kupię, musisz wprzód osłodnąć.

KATARZYNA

Nie troszcz się o to, boś jeszcze nie przebył

Połowy drogi do mojego serca;

Gdybyś tam zaszedł, mym pierwszym staraniem

Byłoby główkę sczesać ci trójnogiem,

I tak cię ubrać, żebyś był rarogiem.

HORTENSJO

Od takich diabłów zachowaj mnie, panie!

GREMIO

I ja powtarzam tę samą modlitwę.

TRANIO

O, cicho, panie, komedia to rzadka:

Złośnica straszna z niej albo wariatka.

LUCENTIO

Drugiej milczenie i pogodne czoło,

Dziewiczy urok rozlewają w koło.

Cicho, mój Tranio!

TRANIO

      Dobrze mówisz, panie,

Cicho! a oczy pięknym paś widokiem.

BAPTYSTA

Żeby uczynkiem moje stwierdzić słowa,

Bianko, natychmiast wracaj mi do domu;

A, dobra Bianko, niech cię to nie martwi,

Bo ja cię zawsze z całej kocham duszy.

KATARZYNA

Wsadź palec w oczy biednemu kurczątku,

Żeby przynajmniej miała czego płakać.

BIANKA

Z mojego smutku raduj się więc, siostro.

Z pokorą twoje wypełnię rozkazy:

A w moich książkach, moich instrumentach

Znajdę osłodę mojej samotności.

LUCENTIO

na stronieO, słuchaj, Tranio, jak mówi Minerwa!

HORTENSJO

Panie Baptysto, dziwny z ciebie ojciec.Żal mi, że nasze dobre dla niej chęci

Tylko jej smutek przyniosły.

GREMIO

      Więc pragniesz

Dla tego diabła do klatki ją zamknąć?

Ciężko ją karać za zły język siostry?

BAPTYSTA

Skończmy rzecz, proszę; taka moja wola.

Idź, Bianko.Bianka wychodzi.A że wiem dobrze, jak sobie podoba

W poezji, śpiewie, różnych instrumentach,

Na mistrzach w moim nie braknie jej domu,

Aby jej młodą kierowali zdolność.

Jeśli, panowie, znacie zdolnych ludzi,

Będę wam wdzięczny, gdy mi ich przyślecie,

A ja z należną nagrodzę szczodrością

Ludzi z talentem, co mi w pomoc przyjdą,

By dzieci moje uczciwie wychować.

Na teraz, żegnam. — Zostań, Katarzyno,

Bo mam co z Bianką sam na sam pogadać.Wychodzi.

KATARZYNA

I ja też myślę, że pójść także mogę;

Moje godziny mają mi wyznaczać,

Jak gdybym sama nie mogła osądzić,

Co mi wziąć, a co opuścić należy?

Ha!Wychodzi.

GREMIO

Możesz iść sobie do diablej maci. Posiadasz tak dobre przymioty, że wszyscy od ciebie uciekają. Miłość ich nie jest tak wielka, Hortensjo, abyśmy niemogli dmuchać sobie w palce i pościć cierpliwie: nasze ciasteczka z dwóch stron jeszcze niedopieczone.Bądź zdrów! przez miłość dla mojej słodkiej Bianki,jeśli mi się zdarzy spotkać człowieka, zdolnego kształcić ją w przedmiotach, w których ma upodobanie, poślę go do jej ojca.

HORTENSJO

I ja zrobię to samo. Lecz nim się rozstaniemy, jeszcze jedno słowo. Choć natura naszego współzawodnictwa nie dozwoliła nam dotąd żadnej eksplikacji, dzisiejsze wypadki uczą nas, że jeśli chcemy znaleźć jeszcze przystęp do naszej pięknej ukochanej, jeśli pragniemy być szczęśliwymi rywalami w miłości Bianki, musimy przede wszystkim dołożyć starania, aby jedną sprawę załatwić.

GREMIO

Jaką, proszę?

HORTENSJO

Czy nie domyślasz się jeszcze? Znaleźć męża dla jej siostry.

GREMIO

Znaleźć męża? Znaleźć diabła!

HORTENSJO

Powtarzam, znaleźć męża.

GREMIO

Powtarzam, znaleźć diabła. Czy przypuszczasz, Hortensjo, że mimo bogactw jej ojca, znajdzie się człowiek tak szalony, żeby chciał piekło do swego domu wprowadzić?

HORTENSJO

Choć to przechodzi naszą cierpliwość znosić jej głośne klekotania, wierzaj mi, są na świecie zuchy, a szukając wpaść na nich można, którzy wziąć ją gotowiz wszystkimi jej wadami i dobrze wypchanym workiem.

GREMIO

Co do mnie, tyle mam chęci dostać jej posag podtym warunkiem, co każdego rana odebrać chłostę narynku.

HORTENSJO

Wyznaję, jak mówisz, że mały wybór w zgniłychjabłkach. Ale skoro ta prawna przeszkoda robi nasprzyjaciółmi, zachowajmy przyjaźń, dopóki nie znajdziemy męża dla starszej córki Baptysty; później,gdy młodsza siostra będzie miała wolność pójść zamąż, odnowimy starą walkę. Słodka Bianko! Szczęśliwy, kto cię dostanie! Kto najdzielniej goni do pierścienia, wygrywa pierścień. Co mówisz na to, signorGremio?

GREMIO

Zgoda. Dałbym najpiękniejszego konia z całej Padwytemu, co by chciał rozpocząć z nią umizgi, dobić targu,pojąć ją za żonę, do ślubnej poprowadzić komnatyi dom od niej uwolnić. Idźmy!

Wychodzą. — Tranio i Lucentio wracają na przód sceny.

TRANIO

Powiedz mi, panie, czy miłość tak nagle

Człowieka serce może opanować?

LUCENTIO

Pókim tej prawdy nie stwierdził na sobie,

Nie chciałem nigdy wierzyć drugich słowu;

Lecz gdym tu stojąc patrzył w nią bezczynnie,

W mej bezczynności miłość mnie podbiła.

A teraz z całą wyznam ci szczerością,

Tobie, co jesteś wierny mi i drogi,

Jak niegdyś Anna kartagińskiej pani,

Tranio, goreję, o Tranio mój! zginę,

Jeśli tej skromnej nie zyskam piękności.

Bądź mi, o, Tranio, bo wiem, że to możesz,

Bądź mi pomocą, wiem, że nie odmówisz.

TRANIO

Nie pora teraz łajać cię, mój panie,

Wyrzuty z serca uczuć nie wygonią:

Jeśli gorąca drasnęła cię miłość,

Jedyną teraz dać ci mogę radę:Redime te captum, quam queas minimo.

LUCENTIO

Dzięki! mów dalej, bo każde twe słowo

Leje pociechę do zbolałej duszy.

TRANIO

Tak długo oczy w dziewkę tę wlepiałeś,

Żeś może sprawy tej nie dojrzał rdzenia.

LUCENTIO

W słodkiej jej twarzy tylem wdzięków widział,

Ile ich miała córka Agenora,

Przed którą Jowisz, choć świata był panem,

Kreteńskie brzegi całował kolanem.

TRANIO

Jak to? niczego więcej nie widziałeś?

Czy nie słyszałeś starszej siostry fuków,

Zaledwo znośnych dla śmiertelnych uszu?

LUCENTIO

Widziałem ruchy ust jej koralowych,

Czułem w powietrzu oddechu jej wonie.

Słodkie i święte, wszystko, com w niej widział.

TRANIO

Czas go, jak widzę, z zachwytu rozbudzić. —

Ocknij się, panie, gdy dziewkę tę kochasz,

Szukaj sposobów, jakimi ją dostać.

Rzeczy tak stoją: starsza jej siostrzyczka

Tak jest swarliwa, tak nieznośnie zrzędna,

Że póki się jej ojciec nie pozbędzie,

Musisz twą miłość zamknąć jak w klasztorze.

Dlatego ojciec w klatce trzyma młodszą,

By ją uchronić od natręctwa gachów.

LUCENTIO

O, Tranio, Tranio, okrutny to ojciec!

Lecz czy zważałeś, że jego jest myślą

Wyszukać dla niej mistrzów doskonałych?

TRANIO

Ja na tym wszystkie plany me gruntuję.

LUCENTIO

Ja także moje.

TRANIO

      O zakład, mój panie,

W jedno ognisko myśli nasze biegną.

LUCENTIO

Powiedz mi twoje.

TRANIO

      Będziesz bakałarzem,

Młody jej umysł kształcić się podejmiesz,

To jest twój zamiar.

LUCENTIO

      Prawda. Co ty na to?

TRANIO

To być nie może. Kto na twoje miejsce

Syna Vincentia weźmie w Padwie rolę,

Będzie za ciebie nad księgami ślęczał,

Przyjmował gości, rodaków traktował?

LUCENTIO

Nie troszcz się wcale; mam na to sposoby.

Wszak nas w tym mieście nikt jeszcze nie widział

I z twarzy nikt nas rozpoznać nie zdoła;

Ty więc na moim miejscu będziesz panem

Będziesz sług trzymał, będziesz dom prowadził

Ja będę jakim biedakiem z Florencji,

Albo też z Pizy, albo z Neapolu.

Myśl się wylęgła, trzeba ją wychować.

Natychmiast, Tranio, zamieńmy ubiory,

Weź mój kapelusz i płaszcz mój barwisty;

Biondello twoim sługą jest, gdy przyjdzie;

Ja mu zalecę, by język miarkował.

TRANIO

To zalecenie bardzo jest potrzebne.Zmieniają ubiór.Skoro więc, panie, taka twoja wola,

Jestem ci moje winny posłuszeństwo,

Bo przy odjeździe mówił mi twój ojciec:

,,Dla mego syna bądź zawsze usłużny”,

Chociaż to w innym mówił rozumieniu;

Więc dla miłości mojego Lucentia

Chętnie Lucentia podejmę się roli.

LUCENTIO

Zrób tak, Lucentio bowiem zakochany

Jest niewolnikiem na wszystko gotowym,

Aby dziewicę posiąść, której widok

Zabrał w niewolę ranne jego serce.Wchodzi Biondello.Otóż Biondello — Gdzieś ty był, hultaju?

BIONDELLO

Gdzie byłem, mniejsza; gdzieś ty jest, mój panie?

Czy płaszcz twój ukradł kolega mój, Tranio,

Albo, czy jego ty ukradłeś, panie,

Lub czyście razem okradli się oba?

Co się to znaczy? co to za nowości?

LUCENTIO

Słuchaj, hultaju, nie na żart to czasy,

Postępowanie stosuj więc do czasu.

Żeby me życie uratować, Tranio

Wziął moją odzież i mnie zastępuje,

A ja z potrzeby jego wziąłem miejsce,

Bo w nagłej kłótni, na brzeg wysiadając,

Zabiłem męża, lękam się odkrycia.

Służ mu więc wiernie, ja bowiem, bez zwłoki

Muszę ucieczką życie me ratować.

Czy mnie rozumiesz?

BIONDELLO

      Ja? nie, ani słowa.

LUCENTIO

A przede wszystkim wygnaj z twych ust: Tranio;

Bo Tranio dziś się na Lucentia zmienił.

BIONDELLO

Więc szczęść mu Boże! tym lepiej dla niego,

I ja też chciałbym na jego być miejscu.

TRANIO

Przystałbym na to, gdyby tym sposobem

Lucentio córkę Baptysty otrzymał.

Teraz, nie dla mnie, lecz przez wzgląd na pana

Pomiędzy ludźmi prowadź się uczciwie:

Sam na sam, chętnie jestem z tobą Tranio,

Ale śród ludzi ja twój pan, Lucentio.

LUCENTIO

Idźmy! Rzecz jedna jeszcze pozostaje,

Której się, Tranio, ty sam podjąć musisz:

Ty będziesz jednym z liczby zalotników.

Nie pytaj, proszę, jakie mam powody,

Dość, że ci powiem, iż wielkiej są wagi.Wychodzą.

1 SŁUGA

do Slya Drzemiesz, mój panie, komedii nie słuchasz.

SLY

Na świętą Annę, najuważniej słucham.

Piękna to sprawa. Czy jeszcze nie koniec?

1 SŁUGA

Ledwo początek.

SLY

      Moja pani żono,

Wyznaję, jest to nie lada robota;

Pragnąłbym jednak, żeby się skończyła.

SCENA II

Padwa — Przed domem Hortensja.

Petruchio i Grumio

PETRUCHIO

Moja Werono, żegnam cię na chwilę,

Dziś w Padwie moich odwiedzam przyjaciół,

A przed wszystkimi dobrego Hortensja,

Co mi dał tyle dowodów miłości.

To jest dom jego, jeśli się nie mylę.

No, dalej, Grumio, grzmoć mi z całej siły!

GRUMIO

Grzmocić, panie? kogo mam grzmocić? czy kto uchybił wielmożnemu panu?

PETRUCHIO

Hultaju, dobre daj mi tu grzmocenie!

GRUMIO

Dać tu panu dobre grzmocenie? Jak to, panie? Cóżja jestem, panie, abym śmiał panu dobre dać grzmocenie.

PETRUCHIO

Mówię, hultaju, grzmoć dobrze w tę bramę,

Albo inaczej ja ci grzbiet wygrzmocę.

GRUMIO

Pan mój kłótliwy; gdybym go wygrzmocił,

Wiem dobrze, co by spotkało mnie potem.

PETRUCHIO

Co, nie chcesz? dobrze, to ja zacznę grzmocić,

Zobaczę, w jakim tonie sol, fa śpiewasz.

Ciągnie go za uszy.

GRUMIO

Rety, o, rety! toć pan mój szaleje.

PETRUCHIO

Co, czy rozkazów będziesz teraz słuchał?

Wchodzi Hortensjo.

HORTENSJO

Co to? co się tu dzieje? Stary mój przyjaciel

Grumio i dobry mój przyjaciel Petruchio!

Co tam słychać u was nowego w Weronie?

PETRUCHIO

Przybywasz w porę, by wojnę zakończyć.Con tutto il cuore ben trovato, wołam.

HORTENSJO

Alla nostra casa ben venuto,Molto honorato signor Petruchio.

No, wstawaj, Grumio, spór ten zakończymy.

GRUMIO

Mniejsza o to, co on tam szwargocze po łacinie. Jeśli to nie jest prawny dla mnie powód do opuszczenia jego służby! Słuchaj tylko, panie, chciał gwałtem,żebym dobre dał mu grzmocenie; no, i proszę, czyto przystoi słudze swojego pana tak traktować, człowieka, który, o ile wiem, może trzydzieści i dwa latarachować.

Gdybym posłuszny zaraz go wychłostał,

Może by Grumio grzmocenia nie dostał.

PETRUCHIO

Bez mózgu hultaj; dobry mój Hortensjo,

Gdy mu kazałem w bramę twoją grzmocić,

Nie chciał, pomimo wszystkich mych nalegań.

GRUMIO

Co? w bramę grzmocić? panie, czyś nie mówił:

Hultaju, dobre daj mi tu grzmocenie?

A teraz prawisz o grzmoceniu bramy.

PETRUCHIO

Zmykaj, lub trzymaj język za zębami!

HORTENSJO

Cierpliwość, bracie, ja ręczę za Grumia,

Bo mi jest smutno, gdy cię widzę w gniewie

Przeciw staremu i wiernemu słudze.

Powiedz mi teraz, drogi przyjacielu,

Co za szczęśliwy wiatr z starej Werony

Dzisiaj do naszej przywiewa cię Padwy?

PETRUCHIO

Wiatr, który młodzież rozgania po świecie,

Aby szukała szczęścia poza domem,

W którym niewiele doświadczenia rośnie.

Słuchaj w skróceniu, jak me stoją sprawy:

Zamknął już oczy ojciec mój, Antonio,

Ja w zamęt świata rzucić się zamierzam,

Żony i szczęścia wedle sił tam szukać;W worku grosiwo, zasoby mam w domu;

Tak więc przybywam, by się przyjrzeć światu.

HORTENSJO

Mówmy otwarcie: co powiesz, Petruchio,

Gdybym cię swatał ze straszną złośnicą?

Może za projekt nie będziesz mi wdzięczny,

Ręczę ci jednak, że będzie bogata,

Bardzo bogata; lecz przyjacielowi

Nie chciałbym żony podobnej nastręczać.

PETRUCHIO

Gdzie szczera przyjaźń, krótkie eksplikacje:

Słuchaj, Hortensjo, jeśli znasz kobietę

Dosyć bogatą na żonę Petruchia,

(A pieniądz treścią jest moich umizgów),

Niech będzie szpetna, jak Florenta miłość,

Niech będzie stara, jak stara Sybilla,

A sekutnica, jak druga Ksantypa,

Ba! choćby nawet gorszego co trochę,

Na to nie zważam, bo to w moim sercu

Bynajmniej moich nie przytępi uczuć,

Choćby tak była burzliwa i groźna,

Jakby wzburzone fale Adriatyku.

Skoro bogatej szukam w Padwie żony,

Byle bogata, na ślepo ją biorę.

GRUMIO

Słuchaj mojego pana; mówi otwarcie, co myśli. Dajmu dość złota, a żeń go z lalką lub figurką, lub starączarownicą, która jednego nie ma zęba, a tyle chorób, co pięćdziesiąt dwa konie: to wcale nie przeszkodzi, wszystko dobre, byle były pieniądze.

HORTENSJO

Petruchio, gdyśmy daleko tak zaszli,

Com żartem zaczął, na serio ci skończę.

Wierzaj mi, mogę wynaleźć ci żonę

Z wielkim posagiem, młodą, urodziwą,

W szlacheckim domu uczciwie chowaną;

Jedyna tylko, lecz wielka jej wada

To — że okrutna jest z niej sekutnica,

Zła i swarliwa, tak bardzo uparta,

Że gdybym w gorszej biedzie był, niż jestem,

Za górę złota pojąć bym jej nie chciał.

PETRUCHIO

Nie znasz potęgi złota, przyjacielu.

Powiedz mi tylko ojca jej nazwisko;

Pójdę w zaloty, chociażby fukała

Głośniej od grzmotów w łonie chmur jesiennych.

HORTENSJO

Ojciec jej zwie się Baptysta Minola,

Szlachcic uprzejmy i pełny grzeczności,

A imię córki jego Katarzyna;

Padwa zna cała język jej swarliwy.

PETRUCHIO

Znam dobrze ojca, chociaż nie znam córki;

Znał on mojego ojca nieboszczyka.

Nie usnę, póki sam jej nie zobaczę;

Daruj więc, jeśli opuszczę cię zaraz,

Chyba że sam chcesz do niej mnie prowadzić.

GRUMIO

Proszę cię, panie, nie zatrzymuj go, niech idzie, pókitrwa w swoim widzimisię. Daję słowo, gdyby goona tak dobrze, jak ja, znała, wiedziałaby, że fukaćna niego, to jak groch o ścianę rzucać. Może goona obrzucić pół tuzinem obelg, lub cośpodobnego, ale to fraszka, bo jak on raz zacznie, pokaże jej dopiero, jak się swarzą przekupki. Czy wiesz,panie, co? Jeśli się ona odważy czoło mu postawić,to on jej twarzy taki nada fason, że ją zdefasonuje; a z tym, co jej zostanie z oczu, nie będzie widziała lepiej od kota. Nie znasz go, panie!

HORTENSJO

Czekaj, Petruchio, pójdę razem z tobą,

Bo mój skarb także w Baptysty jest straży;

W jego jest ręku klejnot mego życia,

Najmłodsza córka jego, piękna Bianka

On ją zazdrośnie przede mną zamyka

I przed rywali moich licznym kołem.

Pewny, że nigdy starsza Katarzyna,

(Dla wad, o których poprzednio mówiłem),

Nie znajdzie męża, by ją wziął za żonę,

Nie chce do Bianki nikogo przypuścić,

Póki swarliwej córki nie wyswata.

GRUMIO

Swarliwej córki! najgorsze przezwisko

Ze wszystkich przezwisk dla młodej dziewczyny.

HORTENSJO

Teraz, Petruchio, wyświadcz mi przysługę:

W skromną, poważną przybranego odzież,

Przedstaw Baptyście jak biegłego mistrza,

Zdolnego Biankę w muzyce ukształcić;

Tym bowiem tylko potrafię sposobem

Moją głęboką oświadczyć jej miłość,

Bez podejrzenia serce jej pozyskać.

Wchodzą: Gremio i Lucentio przebrany, z książkami pod pachą.

GRUMIO

Nie, żadnego nie ma w tym szalbierstwa! Patrzcie tylko, jak knują młodziki, żeby starowinę oszukać! Panie, panie! spójrz tylko za siebie, kto idzie?

HORTENSJO

Milcz, Grumio! jest to jeden z mych rywali.

Na krótką chwilę odejdźmy na stronę.

GRUMIO

Nie ma co mówić, ładna gachów para.

Odchodzą na stronę.

GREMIO

O, bardzo dobrze; odczytałem pismo.

Słuchaj mnie; każ je prześlicznie oprawić;

Książki miłosne; nie zważaj na koszta,

Daj baczność, żeby nie czytała innych;

Czy mnie rozumiesz? A bądź przekonany,

Że oprócz płacy signora Baptysty

I ja się także skąpym nie okażę.

Papiery także twoje wyperfumuj,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.