drukowana A5
39.3
Pogrobek

Bezpłatny fragment - Pogrobek

Objętość:
262 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-288-0452-4

Prezesowi

Izby Handlowej Krakowskiej

Panu Baranowskiemu

na pamiątkę z nim odbytej podróży

ofiaruje

Autor

1880. W dzień Zwiastowania N. Panny

Drezno.

Tom Pierwszy

Rozdział I

Ze wszystkich dworów książęcych w Polsce w drugiej połowieXIII wieku, nie było mniej wystawnego, skromniejszego nad kaliski, księcia Bolesława, zwanego Pobożnym. Wojak zawołanya razem mąż bogobojny, za żonę miał, równie jak sam, zacnąi świątobliwą niewiastę Jolantę, siostrę Kingi, żony Bolesława,krakowskiego książęcia. Nieustanne wojny go trapiły, to z napadającymi na granice jego Brandeburczykami, to z książęty śląskimi,to z innymi powinowatymi chciwymi ziemi, a nie mogącymi usiedzieć spokojnie. Nie mógł więc prawie wytchnąć dnia jednego, kręcąc się ciągle po rubieżach u Santoka i Drdzenia, zakładająci zdobywając zameczki, później strzegąc już nie tylko swoich posiadłości, ale i zdanego mu w opiekę młodego Przemysława Pogrobka, który się był poznańskiemu Przemysławowi już po jegozgonie narodził. Losy tego sieroty obchodziły go tym mocniej, żewłasnego syna nie miał, a trzy córki tylko, którym ziemi po sobieoddać nie mógł, bo męskiej dłoni potrzebowała.

Było więc co robić i siąść pod dachem na wypoczynek nie mógłani pomyśleć książę Bolesław, ale to była krzepka i zdrowa natura, do pracy i znoju stworzona, nie przykrząca sobie nimi, zawszewesołej myśli, spokojnego oblicza, czystego serca, prostoty wielkiej. Wśród tych mnogich dworów ówczesnych książęcych w Krakowie, Sieradzu, Poznaniu, Wrocławiu, Lignicy, Opolu, Płocku,kaliski najmniej oczy ściągał i nie starał się błyszczeć.

Ludzi do wojny sposobnych Bolesław musiał mieć ciągle, bomu odetchnąć nie dawano, ale to byli jakby bracia młodsi, jakprawa drużyna i dzieci. Wszyscy z nim żyli na stopie poufałościz poszanowaniem połączonej, którą dobroduszność jego wyzywałai cieszyła się nią. Kochali go bliżsi i dalsi, a choć czasy owe wymagały, aby wódz odznaczał się, budził cześć dla siebie, Bolesław mało dbał o to, by się dumnie postawić. Chodził jak prosty rycerz,nie dbając o piękne zbroje ani o drogie szkarłaty i bisiory; klejnotów nie lubił, a gdy w domu siedział, nosił się w kożuszku prostym i skórzniach, w czapce starej i wytartej, że go nieraz obcyprzybywający poseł wziął za urzędnika dworskiego, z czego onśmiał się tylko.

Wpatrzywszy się w jego niepozorną twarz ogorzałą, z żywymi oczyma czarnymi, mógł jednak każdy domyśleć się w nim szlachetnej krwi i pańskiego ducha. Wejrzenie miał śmiałe a bystre,uśmiech przy łagodności pełen zaufania w sobie, czoło jasne a rozumne. Ale postawą nie nadrabiał wcale, zdał się chrześcijańskąpokorą chcieć pokryć swe pochodzenie, a ludzi lubił, gdy mu zamiast bić czołem, zbliżali się doń z zaufaniem jak do ojca. Nie byłolitościwszego nadeń człowieka w powszednim życiu, bo dobrychrześcijanin w każdym widział brata swojego w Chrystusie, choćna placu boju czy z pogany, czy z Sasami a Brandeburczykami(bo ci razem chodzili), żołnierz był zuchwały, niemal szalony.

Szedł do boju przeżegnawszy się, z modlitwą i ową starą pieśnią do Bogarodzicy, niezapomnianą od czasów Chrobrego, alewpadłszy w zamęt i wrzawę bojową, gdy się w nim krew rycerskaocknęła i zakipiała, stawał się strasznym dla wrogów. Gdy potem,ostygłszy, poszedł na pobojowisko z księżmi, bo miał ten zwyczaj,że do rannych i konających ich prowadził, łzy mu się toczyły patrząc na pokaleczonych i dogorywających. Łamał ręce, narzekającna te nieuchronne a nieustanne wojny.

— Nie będzie temu końca — mawiał — aż jednego pana dostaną te ziemie, a nas, drobnych, los albo wymorzy, lub wyżenie.Sami się my wypleniamy i niszczym ten kraj, który Bóg opiecenaszej poruczył.

Ale daremne to były narzekania, gdyż zamiast jednoczyć się,dzieliły się ziemie polskie na coraz drobniejsze cząstki. Mazowieccy się rozłamywali, śląscy rozradzali jak mrowie, Kraków z Sandomierzem szedł osobno. Poznań z Gnieznem stały same przez się.Im więcej przybywało dzieci, tym rosło więcej chciwych władzynieprzyjaciół. Brat bratu, synowiec stryjowi wydzierał, nierzadkosyn powstawał na ojca. Niektórzy, sami ku obronie i napaści niemając siły, przyzywali Prusaków i Litwę. Siedzieli już na karkuMazowsza i Pomorza niemieccy panowie krzyżowi prawem i bezprawiem zawojowując ziemie.

Czasy były zaprawdę ciężkie. Nikt nikomu nie wierzył.Straszno było pojechać zaproszonemu w gościnę, aby jak to sięnieraz trafiało, nie zostać schwyconym, więzionym w klatce i zmuszonym oddawać powiaty za życia. Wyruszyć do odleglejszego kościoła bał się każdy bez silnego orszaku, bo i tam u ołtarza mógłnań czyhać brat, swat albo jaki pokrewny. Nie pomagały na to animałżeństwa, ani kumania się i krwi związki.

Namiętności były rozhukane. Pobożność posunięta do szałuniemal, rozpusta do bezwstydu, a obok wstrzemięźliwość do klasztornego w małżeństwach odosobnienia. Gdy Bolesław Wstydliwyz własną nie żył żoną, Mszczuj pomorski trzymał sobie mniszkęze słupskiego klasztoru wziętą. Działy się rzeczy straszne, dzikie,znamionujące naturę namiętną, ludzi nieokiełznanych, równie gorąco goniących za złem i dobrem. Miary w niczym nie było. Niewiasty ówczesne dawały przykład świątobliwości nadzwyczajnej,a mężczyźni niektórzy szli pociągnięci za nimi.

Na Bolesława Pobożnego wpływała, choć łagodna i dobra,ale jak siostra świątobliwa, Jolanta, żona jego, która wzdychałaprzy mężu do klasztoru. Bolesław we wszystkim, oprócz wojennego szału, umiarkowańszy, nie dał się jej jednak skłonić do naśladowania szwagra Pudyka. Małżeństwo było przykładne, miłujące się, a Bolesław wymógł na żonie, iż o Bogu nie zapominając,o dzieciach i o nim też pamiętała.

Siostra Kinga napominała ją ciągle do surowszego życia, doprzygotowania się, aby owdowiawszy, razem z nią poszła resztężycia w klasztorze poświęcić Bogu. Jolanta godziła pobożność swąz obowiązkami. Trzy córki wyrosły u boku troskliwej matki wychowane skromnie i pobożnie.

Książę Bolesław, gdy mu dawały spocząć Brandeburczyki,a mógł posiedzieć trochę na kaliskim zamku, prawdziwie był szczęśliwy. Wojak nie stracił prostoty prawie dziecięcej. Siedział z żonąi dziećmi u komina, bawił się rozmową z nimi i służbą, śmiał sięi rozkoszował życiem jakby prostego ziemianina.

Niejeden zamożny panek może więcej nad niego sadził się naprzepych, na stół i suknie. Książę kaliski drugim pozwalał się tymbawić, sam nie potrzebując żadnego zbytku. Skarbiec był dostatni, ale też z niego córki trzeba było wyposażyć i rycerstwo opłacić;dla siebie zaś oboje księstwo tak mało potrzebowali, iż go wcale nie trwonili. Każda zaś wyprawa łupem zdobytym go pomnażała.

Księżna Jolanta, wyjąwszy dni świąteczne i gdy goście nadwór zjechali, nosiła szaty wełniane, szare, klejnotów nigdy, zasłonę białą na głowie. Dziewczęta chadzały w bieliźnie albo zimąw prostych sukniach wełnianych. Książę w swoim kożuszku, podpasany rzemieniem, jedwabiu nie wkładał, chyba na wielkie święto do kościoła dla Boga, nie dla siebie i ludzi. Rozumie się, żeprzy takim panu i dwór bardzo się stroić nie mógł, choć mu z tymczasem bywało markotno, gdy który z powinowatych książąt nawykły do zbytków niemieckich na dwór zajechał.

W Kaliszu rzadko dobywano sreber i złocistych naczyń lubopon ze Wschodu przywiezionych, chyba na uczczenie jakiego dostojnika Kościoła lub na uroczystość domową. Gdy książę Bolesławzmuszony był przybrać się i nawieszać łańcuchy na siebie, chodziłw nich jak w kajdanach, zrywając te więzy co najrychlej.

Oboje księstwo pobożni byli bardzo, co nie przeszkadzało impowszednie życie mieć w pamięci. Kapelan, który razem kancelarskie pełnił obowiązki, ciągle był u jego boku. Niekiedy drugi pobożny staruszek kapłan go wyręczał. Miał wojewodów, podkomorzych, urzędników dworu, ale ci jak przyjaciele domowi stali przynim. Padać przed sobą nie dawał Bolesław nikomu, poufalszychnajwięcej kochał, kłamstwem, choć dla poczczenia, się brzydził.

Miał przy tym książę różne zamiłowania ziemianina. Koniei stada swe lubił, o urodzaje u ludzi pilno się dowiadywał, z prostymi zagrodnikami rozmawiał i żartował, jakby mu równi byli.Nieraz ubogiego dziada na drodze spotkawszy, wiódł go z sobą,śmiejąc mu się i wyzywając na gawędę. Miał to szczęśliwe usposobienie, że wesołym rad był być, czoła dla powagi nie chmurzył.Posąpnych też ludzi podejrzewał, iż chyba złego coś na myśli miećmusieli.

W ostatnich latach, Bolesław mało zażył spoczynku, bo goszczególniej Brandeburczyki napastowali. Zmarła była matkaPrzemysława Pogrobka, nad którego spadkiem czuwać musiał jaknad własną ziemią. Ledwie Santok spalili umyślnie, aby się niedać w nim Niemcom zagnieździć, ledwie Pobożny trzy zameczkina granicy założył dla obrony, już Brandeburczycy odbudowalitwierdzę nadgraniczną i Suliniec jeszcze wznieśli, aby w nim zasiadłszy się, czatować.

Suliniec tedy odbierać im trzeba było, a że go rozpaczliwiebroniono, szli Polacy jak mostem tarczami okryci pod świeże jego ściany, toporami odbili glinę z nich i podpaliwszy, dopiero opanowali. Dostał się Sas Sabel w niewolę, ale Santoka odebrać nieudało się. Następnego roku znowu Santockie trzeba było niszczyć,aby Brandeburczykom i Sasom pokoju nie dać, a do Soldyna podrabinach się dobijać. Z obu stron napadano się nieustannie,a o ten Santok niemało się krwi przelało.

Wychowaniec księcia Bolesława, Przemysław Pogrobek, którego doma poufale Przemkiem Sierotką zwano, dochodził lat szesnastu. Chłopię było na podziw piękne, silne, postawne, żywe i rwało się już spod stryjowskiej opieki, nie dla władzy, bo dzieckobyło powolne, ale dla rycerskich popisów. Książę Bolesław zaś niepuszczał go za wcześnie na wojnę, bo obawiał się i kochał go, a jedyny u niego był. Wiedział, że młodego puścić na swobodę najniebezpieczniejsza rzecz. Wstrzymywał go, jak mógł, ale w szesnastuleciech młodzieniaszka naówczas od wojny powściągnąć, gdy tabyła każdego książęcia powołaniem, nie mogła największa powaga.

Tymczasem wiosną 1272 roku, znowu ten Santok, aby sięNiemcy w nim nie zagnieździli i nie zagospodarowali, trzeba byłoalbo im wyrwać z rąk koniecznie, lub przynajmnej nie dać imw nim chwili pokoju. Książę Bolesław sam się już na nich wybierał, gdy majowe powietrze wilgotne, na które się rankiem naraził, sprowadziło zimnicę. Zwołano zaraz baby, aby na to radziły;dały mu pić ziele gorzkie okrutnie, zażegnywały, odprawił ksiądz nabożeństwo, a zimnica nie chciała precz. Zawsze łatwiej jej dostać, niż się pozbyć.

Książę na wszystkie cierpienia wytrzymały, że mu to choróbsko było nie na rękę, smucił się i niecierpliwił. Najpiękniejszapora roku do wyprawy mijała, rozścielały się bujnie zielone trawy,pasza dla koni była wyborna, powietrze dla żołnierzy ni skwarne,ni nadto zimne. Wyprawić zaś ludzi bez siebie nie mógł książę,bo go nikt przy nich zastąpić nie umiał. Gdy on — wesoły — swójgruby, rubaszny podniósł głos, leciało rycerstwo razem z nim, niebacząc na nic.

Bądź co bądź tedy, a było to w drugiej maja połowie, książęjuż nawet z zimnicą wybierać się był gotów. Mówił, iż miał todoświadczenie raz w życiu, że na koniu się dobrze wytrząsłszyi spotniawszy, choroby pozbył pośród wojny. Księżna Jolanta,która mu nigdy w niczym na zawadzie nie stawała, opierać sięnie śmiała, ale niespokojną była.

Pięknego wieczora majowego siedzieli w podsieniu zamku kaliskiego Bolesław, Jolanta i córka jej najmłodsza. Gród ten, choćna owe czasy dosyć warowny, wspaniałym wcale nie był. Dworce w większej części stały z drzewa budowane i niskie.

Książę właśnie, w kożuszku za stołem siedząc, winem ciepłymkorzennym na zimnicę sobie radził, księżna, mając córkę u boku,z dala cicho z nią rozmawiała, gdy pacholę dworskie wbiegło z radosną twarzą, oznajmując, że z Poznania jechali goście. A żePrzemka Sierotkę kochali wszyscy, radość wybuchła wielka.

— Mów, gość a nie goście! — zawołał książę do chłopca, który stał z oczyma wesołymi, pewien, że mu za nowinę będą wdzięczni.

I kubek na stole postawił.

— Ależ goście, proszę Miłości Waszej — dodało chłopię — bo nie sam książę Przemko, ale z nim dużo jakichś panów.

Księżna Jolanta wstała trochę niespokojna, spoglądając na męża:

— Przemko bo lubi — odezwał się książę — aby koło niegobyło świetnie, ludno, błyszcząco. Musiał już sobie dwór pańskiprzystroić, a temu się zda, że nie sam jedzie.

I wyszedł książę na spotkanie pod drugie drzwi ku podwórcom, gdy goście właśnie z koni zsiadali. W istocie orszak był ludnyi świetny. Na czele jego jechał młodziuchny, szesnastoletni, jużbujno wyrosły, z długimi włosy złotawymi, z niebieskimi oczyma,zręczny, gibki, silny, dziwnie pańsko patrzący z góry Przemko.

Można mu było lat dać więcej, niż ich miał w istocie. Bródkai wąsy już mu się wysypywały, a nie tknięte jeszcze, okrywałyjakby puszkiem złocistym ładną jego twarzyczkę, wesoło się uśmiechającą. Chociaż w podróży, książę miał zbroję stalową, bogatowysadzaną i złoconą, ubranie obcisłe, pas błyszczący, nożyk u pasajak cacko, ostrogi złocone, a na jednym ramieniu płaszcz lekki,ciemnoczerwony ze złotem. Widać było, że się przystroić lubił, żedbał o to, co miał na sobie. Hełm też, w pasy złocone, skrzydłamibłyskał w kamienie sadzonymi. W stroju tym Przemko tak byłw istocie piękny, tak wyglądał pańsko, iż spojrzawszy nań, stryjręce podniósł dobrodusznie wołając: — Toś mi pan! Toś mi piękny!

I po otaczających powiódłszy wzrokiem, przekonał się, że chłopię słuszność miało, bo nie sam przybywał Przemko, ale z paradąi dostojnymi gośćmi, jakby w uroczystym jakimś poselstwie.

Na koniu okrytym obok jechał poważny mąż, także odzianyi zbrojny jak na gody, Przedpełk, wojewoda poznański, za nimMścibór, kasztelan i trzech ziemian starszych, dalej Nałęcz Pawełek i Zaręba, Michnem zwany, co się razem z księciem wychowywali. Wszyscy oni na wzór pana byli poprzyodziewani świątecznie,bo Przemko lubił i wymagał, aby koło niego wszystko piękniewyglądało.

Tej prostoty obyczaju, jaką miał stryj, nie nauczył się odniego — a i po ojcu zamiłowania tego w blasku odziedziczyć niemógł, bo Przemysł stary, pan pobożny, co noce spędzał na modlitwach, także się w przepychu nie kochał, ani matka nieboszczka,Elżbieta, wagi do niego nie przywiązywała. Jak się to często zdarza, wziął może po pradziadach skłonność tę Przemko lub mu jądała krew gorąca i fantazja młodzieńcza.

U niego wszystko, co go otaczało, aż do najprostszej czeladzi,strojne być musiało. Konie też pobrzękiwały i połyskiwały, a nagłowach ich kity sterczały i na piersiach chwostów było pełnoi blaszek. Cały orszak wielkopolskiego księcia połyskiwał i błyszczał. On sam, żywo z konia skoczywszy, hełm zdjął i do stryjapodszedł uniżenie, pokornie się kłaniając a po rękach go całując.

Ten oburącz go chwycił za szyję i ściskał jak własne dziecko,a gdy Przemko głowę podniósł, z rozkoszą mu się przypatrywaćpoczął.

— Szesnaście lat! Młokos! — zaśmiał się. — A takie tojuż wybujałe, zmężniałe, jak gdyby miał dwadzieścia! Co ci takpilno!

— Pewno, pewno, pilno mi, stryju kochany, pilno! — odparł Przemko wesoło. — Już bym w pole rad! Czas! Moi wszyscy w tych latach co ja, już się ucierali, a ja muszę z kapelanemczytać i w dziedzińcu do tarczy oszczepem ciskać, gdy mnie świerzbi dłoń użyć go na tych Sasów lub...

— O, będziesz tej zabawki dosyć jeszcze miał! — westchnąłBolesław. — Niemców się nie przebierze tak prędko! Zaczekaj!

Przerwał mowę wojewoda Przedpełk, przystępując dla powitania. Spojrzał nań Bolesław i uprzejmie go pozdrowił, a poteminnych przybyłych z synowcem witał poufale, uśmiechając siędo nich, całą tę starszyznę pociągając za sobą do dworu.

Że w izbach duszno było, zasiedli znowu w podsieniach, gdziejuż księżnej Jolanty nie było. Staruszek tylko ksiądz Malcher stałna uboczu. Był to ulubiony obojgu księstwu, pobożny a jak oniłagodny człowiek, spokojnego ducha, pokory wielkiej, która przyświątobliwości zdała się ubłogosławieniem. Przemko postąpił kuniemu, aby go, jak należało, w rękę pocałować, a staruszek pobłogosławił go z rozrzewnieniem.

Książę Bolesław, wnet biedę swą przypomniawszy, począł nazimnicę narzekać.

— Gdyby to licho później choć przyszło! — zawołał. — Mnietu potrzeba iść na tych przeklętych zbójów, na Santok, na Strzelce... a jam się do niczego nie zdał. Jeszcze dopóki trzęsie, niedbałbym o nią; gdy zacznie palić, łeb trzaska i człowiek sobą niewładnie.

Przemko popatrzył na swego wojewodę, przemówili do siebieoczyma.

— Stryju kochany — rzekł — gdyby to nie był grzech i niepoczciwość wielka, powiedziałbym, że się z tej choroby cieszę.Zimnica przejdzie, a teraz ona tego dokazać może, iż mnie pozwolicie iść na Santok za siebie.

Książę Bolesław ręce podniósł żywo do góry.

— Nie pozwolę! — zawołał. — Nie pozwolę! Z tymi zbójaminie twoja rzecz się mierzyć; na pierwszą wyprawę ja cię sambędę prowadził.

Przemko się zasępił i obrócił ku swemu wojewodzie.

— Mówcież wy za mną! — zawołał. — Mówcie wy!

Wojewoda podszedł krok ku księciu Bolesławowi.

— Miłościwy Panie! — odezwał się. — Naszemu młodemuksięciu czas by siły spróbować i trudno nam go utrzymać, rwiesię strasznie!

— Ale nie pora dlań jeszcze! Nie pora! — rzekł książę Bolesław spokojnie. — Kiedy czas ma być, mnie do sądu zostawcie!Jednego jego mamy! — I poszedł Przemka uścisnąć.

— Stryju miłościwy! Puść! Puść mnie! Wrócimy cali. Przedpełk mi za kuma do tego chrztu krwi służyć będzie. Mąż jest doświadczony.

— Nie przeczę — zawołał książę — ale i ja w kumy nie gorszym od niego!

Wojewoda cofnął się, schylając głowę.

— Ja bo sam chciałem cię w pole prowadzić, gdyby nie ta nieszczęsna zimnica — mówił stary. — A! W poręż ona mnie złapała! W porę! Tymczasem Sasy i Branderburgi okopują się, pale biją,zamki klecą, a coraz mocniejsi się stają. Dać się im tu osiedzieć,później trudno będzie wykurzyć! Ze spoczynku korzystają, a tupasza, a tu ludek wypoczęty!

— Skińcież tylko! Pozwólcie, na miłego Boga! My z wojewodąruszym jutro!

Na to właśnie wszedł Jan, zwany Janko, kasztelan kaliski,poufny ksiącia, przyboczny sługa i przyjaciel, mąż jak on niemłody, ale zawiędły, krzepki, twarz spalona, aż brunatna, w marszczkach cała, włos przerzedzony, ramiona szerokie, pierś duża, nogi krótkie i jakby przegięte od konia. Odzież miał domową, prostą,jak książę, dlatego może kwaśno się oglądał po strojnym dworzemłodego pana.

— W porę mi przychodzisz — zwrócił się do niego Bolesław — ty, stary mój! Pomożesz mi! Ten młokos, patrzaj go, wyrywa mi się. Słyszysz? Chce mu się Santoka!

Janko zadumany spojrzał na Przemka i na wojewodę, ale comiał wziąć stronę swego pana, ramionami ruszył.

— Ano — zamruczał — książę pan zostałbyś z zimnicą doma,a my, z księciem młodym i wojewodą ruszylibyśmy Sasów nastraszyć. Czemu nie?

— To i ty, niegodziwy zdrajco, przeciwko mnie?! — rozśmiałsię zafrasowany książę.

Skłonił się kasztelan.

— Wasza Miłość przebaczy, staremu słudze wydaje się, że toby było niezgorzej.

— Beze mnie się obchodzić! — dodał książę.

— Z Waszą Miłością byłoby nam lepiej — odezwał się prawdomówny przyjaciel — toć pewna. Ale jak nam książę pojedzieszsłaby, a będziemy go musieli w drodze strzec, to nas Niemcystrzepią.

Książę Bolesław obejrzał się dokoła, a wojewoda poznańskidodał:

— Naszemu panu, daj Boże zdrowie, jużci też pora skosztować pola. A od czegóż my we dwu z kasztelanem? Strzec go będziemy lepiej niżli oka w głowie, bo każdy z nas by zań obojeoczów oddał.

— Stryju — odezwał się Przemko, podchodząc ku niemui śmiejąc się wesoło — byłeś mi zawsze ojcem, bądźże dobrymi łaskawym! Mnie już wnętrzności goreją, aby raz w pole wyciągnąć!

— Na te pierwociny jam właśnie sam chciał być z tobą — rzekł stryj smutnie — a ty mi się wyrywasz! Należy mi się dotwojego rycerskiego pasa podać ci samemu rękę, kiedym się chował i chuchał nad tobą. Ty, niewdzięczny, dla pośpiechu i mniesię wyrzekasz!

Przemko aż pokląkł przed nim i ręce złożył. Stary skłopotanyprzysunął się, ściskając go, milczący. Nie odpowiedział nic. Sprawa młodego zdawała się wygraną, ale słowo stanowcze wyrzeczone jeszcze nie było. Wojewoda i kasztelan stali milczący, spoglądając na księcia, który zadumał się i coś jak łzę otarł z oka.

— Ale boś ty mi jedyny! — rzekł powoli i łagodnie. — Strachmi o ciebie. Przy moim boku bezpieczniejszym byś był.

— My go też nie spuścimy z oka! — zawołał Janko czule. — Waszej Miłości potrzebny spoczynek. Choróbsko to na wyprawę,gdzie trzeba w polu na rosie spać nie mając się gdzie ogrzać,a uznoić, a znużyć... to najgorsze utrapienie! Z zimnicą w poleiść nie można, a w pole ciągnąć musiemy. Niechaj młody pan popróbuje!

— Niech próbuje! — wstawił się wojewoda poznański.

Drudzy z dala stojący poczęli też mruczeć, prosząc za nim.Bolesław stał w niepewności, wahając się i raz jeszcze uścisnąłchłopca.

— A, a — mówił — ja bo na tej twej głowie wszystkie przyszłości złożyłem nadzieje! Śmieje mi się na niej więcej niż książęca czapka. Kto wie? Odrodzona korona może!

Przemko się zarumienił, oczy mu się zaiskrzyły, wtem Bolesław nagle umilkł, spuścił wzrok ku ziemi, posmutniał.

— Wola boża, wola boża — szepnął cicho. — Niech będzie,jako pragnie i jak wy żądacie, ale strzeżcie go! Strzeżcie!

Przemko upadł na kolana i natychmiast porwał się, rękę podnosząc do góry, zwrócony ku swoim.

— Wojewodo! Kasztelanie! — krzyknął podniesionym głosem,który brzmiał radością i zwycięstwem. — Na Santok! Na Santok!Choćby dziś jeszcze!

Rozdział II

W kilka dni potem książę Bolesław sam znowu ze swą zimnicą i starym księdzem Malcherem siedział na kaliskim zamku,szerzej niż zwykle wiosenną wodą Prosny oblanym. Przemkoz wojewodą i kasztelanem dodanymi mu za opiekunów pociągnąłna Santok. Stryj miał się czym niepokoić. Chłopię to było jegomarzeniem, nadzieją, przyszłością. Bolesław w myśli swej budował na nim przyszłe odrodzenie kraju. Chciał go mieć rozumnym,pobożnym, wstrzemięźliwym, miłość i poszanowanie u ludzi umiejącym sobie pozyskać.

Obok wychowania sieroty, wedle ówczesnych pojęć o nim,książę chodził bardzo troskliwie, najlepszych, najzdolniejszych ludzi przydając mu do boku. Tylon kanclerzem był razem i nauczycielem młodzieńca, wojewoda Przedpełk uczył go rycerskiej sprawy i obyczaju książęcego. Oba mężowie stateczni nie spuszczaligo z oka, kształcili tak, aby nadziejom stryja odpowiedział. Często też Bolesław brał go do siebie i nauczał sam, ale za miękkimsię czuł dla niego i długo nie trzymał. Kochał go nadto, więc mu pobłażał.

Rosnąc tak Pogrobek na prześlicznego wybujał młodziana,któremu nic zarzucić nie było można, oprócz że w nim za wcześnie gorąca krew Piastowska grać zaczynała, którą w innych ledwie najpobożniejsze ówczesne niewiasty pohamować mogły i poskromić. Ciągnęły go już nad miarę wdzięczne liczka, a choć mistrzowie do zbytku surowymi nie byli, choć Tylon patrzał na toprzez szpary, niepokoili się trochę tą za wczesną dojrzałością.

Księża, nie bacząc na to, że miał zaledwie lat szesnaście, jużgo żenić chcieli. Wojewoda nie był też od tego. Pociągało to zasobą usamowolnienie, a choć książę Bolesław nie był zazdrosnymwładzy synowca i puściłby mu chętnie, co trzymał pod opieką,lękał się, aby gorącością młodzieńczą nie popsuł, co on z wielkimtrudem mu zabezpieczał.

Teraz, gdy go już puszczono w pole, na wojnę, szły za tymnastępstwa konieczne, trzeba go było żenić i wypuścić na wolę.Książę Bolko więcej myślał o tym niż o swojej zimnicy, którąpora wiosenna i błotniste zamku okolice sprowadziły.

— Księże Malcherze — mówił do staruszka — mężu dobrejrady, powiedz mi, poradź mi, co poczynać z tym kochanym Przemkiem! Poszedł już w pole! Niech go tam Bóg uchowa całym! Wojewoda i kasztelan ręczyli mi głowy swoimi, że go nie odstąpią.Młodość zawsze zbyt gorącą bywa. Da Bóg powróci, trzeba go będzie wypuścić na swobodę.

Ksiądz Malcher począł z cicha:

— Tak należy. Wasza Miłość za żywota swojego właśnie cuglimu popuść. Zobaczysz, jak wolności zażywać będzie. Sposób tonajlepszy. Zapędzi się za daleko, to go swą powagą powstrzymacie.Gdyby później nagle całą wolę oddzierżał, nie wypróbowawszysiebie, mógłby się nadto rozbrykać.

— I to prawda! — rzekł Bolesław. — Rad bym go wodziłi z oka nie spuszczał. Wojewoda donosił mi, że na niewiasty jużrzuca nadto pożądliwymi oczyma, więc go i żenić trzeba.

Ksiądz potwierdził wniosek.

— Młodyć jest bardzo — dodał — ale wedle rady św. Pawłalepiej, by się ożenił, niżby gorzeć miał.

— Z wyborem żony troska nie mała — westchnął stary książę. — Niemieckich dziewek na seciny jest, które by nam chętniedano dla niego, ale patrząc na Śląsko i na innych naszych, którymza żonami Niemcy dwory poobsiadali, Niemki nie chcę. Rusinkami też nie do smaku, bo dumne są i samowolne. Dalej szukać trudno.

Wzdychał biedny opiekun ciężko.

— Byle pobożna, świętobliwa niewiasta była — zamknąłks. Malcher.

— Takich jak moja w świecie mało — odezwał się Bolesław — zaś świętych jak Jadwiga, Salomea i Kinga dla Przemkanie chcę, bo mu potomstwa trzeba. Prostemu człowiekowi łatwarzecz ożenić się, byle niewiasta do serca przypadła, a dziedzicowiziem znacznych na wszystko zważać trzeba.

Ksiądz Malcher słuchał z uwagą, lecz nie odzywał się już,w politykę mięszać nie chcąc.

— Jedną z moich dziewcząt byłbym mu swatał — mówił Bolesław — choć powinowactwo bliskie, ale wiek nie przystał i rachuba była niedobra. Po mnie on i tak Kalisz zabierze, a trzeba mu innej, co by albo ziemię, albo nadzieję dziedzictwa przyniosła.

Wzdychał staruszek, gorzkie ziele popijając, które przed nimstało, krzywił się i spluwał.

— Niemało, księże mój, troski z tym synem przybranym, więcej niż z dziećmi własnymi. Żony mu teraz potrzeba rychło, abydziewki nad nim nie przewodziły, co zła rzecz i grzeszna. Rokjeszcze jaki przebrykać może swobodnie, dalej go do domu przywiązać trzeba, aby i ziemianom ich niewiast nie bałamucił lub jakMestwin mniszek po klasztorach nie szukał i gorszej jeszcze obrazy bożej się nie dopuszczał.

Nawzdychawszy się, książę wstał i począł przechadzać. Zaledwie wyprawa na Santok poszła, coraz się nią mocniej niepokoił.Pilno mu było dostać języka.

— Sasy te — mruczał do księdza się zbliżając — biją sięwściekle. W pierwsze pole na nich iść, guza można napytać. Źlemzrobił, że na nich Przemka puściłem, na Litwę bezpieczniej było,ale wstrzymać takiego w ukropie kąpanego sposobu nie było.

— Bóg łaskaw — rzekł starowina uspokajając.

Dzień tak minął jeden, drugi i trzeci, rósł niepokój straszny.Bolesław gniewać się już chciał, że mu ani Janko jego, ni Przedpełk nic znać nie dawali; kazał im przecież mieć gońców pogotowiu. Milczenie uparte złe myśli nastręczało.

— Któż wie — mówił książę dnia trzeciego — te łotry Sasy,przebiegli ludzie, mogli się zawczasu dowiedzieć o wyprawiei uczynić na nich zasadzkę.

Ksiądz staruszek i księżna Jolanta próżno się go uspokajaćstarali. Słowa ich pomagały mało. Zbierał się już słać za wojskami, tak go gryzło, iż nic o Przemku nie wiedział. Rozważniejszy ksiądz Malcher bardzo dokładnie obrachowywał panu, iż, przynajwiększym pośpiechu, wiadomość żadna przyjść tak prędko niemogła. Nic i to nie pomagało. Wyrzucał sobie stryj, iż nierozważnie młokosa puścił.

— Gotów wojewodę swego i kasztelana opętać, a do jakiegoszalonego namówić kroku — gderał. — Santok ten dla nas zawsze był nieszczęśliwym. Braliśmy go, brali i wziąć nie mogli, a cokrwi kosztował!

Dopiero dnia czwartego nadbiegł goniec od poznańskiego wojewody z pozdrowieniem i wiadomością, że nigdzie nieprzyjacielaspotkać nie mogli, bo się wszystek po zamkach i gródkach pozamykał. Wtargnęli w Santockie pustosząc je, ale bić się z kim niebyło i młody wojak narzekał. Sasi, zawczasu pomiarkowawszy,iż siłom połączonym Bolesława kaliskiego, Ziemomysła kujawskiego, który też im wysłał posiłki, i poznańskiego Przemka niepodołają, skryli się do miejsc obronnych, dopóki by nawała nieprzeszła.

Młody książę, z męstwem swym na popis wyjść nie mogąc,rozpaczał. Bolko, wieść o tym odebrawszy, gońca nazad odprawiłz krótkim słowem: „Nie chce się Brandeburczyk bić, kraj muobrócić w perzynę, wykurzycie go z jamy!”

Wieść tę odebrawszy, stary odetchnął, mniej się już lękająco ukochanego synowca. Łowy to już były i plądrowanie a niewojna. Niebezpieczeństwo młodemu nie groziło. W ciągu całejtej wiosennej wyprawy, co dni kilka przychodziły wieści, zawszejedne, że Santockie niszczono i łupy brano ogromne. Odwet to byłkonieczny, ale nie bój, którego się lękał stary. Nim się skończyłouganianie, zimnica księcia Bolesława przeszła z cieplejszymi dniami, stary ozdrowiał, a że się o synowca nie lękał, i dobra myślmu wróciła.

Nie upłynęło niedziel kilku, gdy przodownicy pędzący trzodyi niewolnika zjawili się w Kaliszu. Wojska wracały zwycięskie.Wojewoda poznański ze swą częścią łupu wprost poszedł do domu,kujawscy też. Przemko z Jankiem, kasztelanem kaliskim, jednegowieczora przybył na zamek. Stał już u wrót książę Bolesław, czekając na umiłowanego, który skoczył z konia, witając go równieserdecznie.

— Chwała Panu! Powracasz cały! Zwycięsko! — odezwał sięstary rozjaśniony i wesół. — Chwała Panu!

— A mnie zwycięstwa tego wstyd! — odpowiedział Przemko.— Mieliśmy do walczenia ze starcami i babami. Trzeba było tylkopalić i niszczyć! Łupu jest dość, pociechy żadnej. Gdybym nieuprosił wojewody, abyśmy Soldyna dobywali koniecznie, żołnierza bym nie widział.

Twarz się Przemkowi zapalała, gdy mówił.

— O, około Soldyna mieliśmy co robić — ciągnął dalej. — Zameczek, prawda, niezbyt warowny, ale załodze przyznać trzeba,iż się tęgo bronić umiała. Naszych też widzieć trzeba było, gdysię na ściany drapali, bo inaczej jak po drabinach nie bylibyśmyich dostali. Naspadało dużo, nazabijali wielu, ażeśmy ich przemogli, wdarliśmy się na gród i zburzyli do szczętu.

To mówiąc, obrócił się za siebie, chcąc wskazać stryjowi niewolników niemieckich, których mu wiódł wraz z dowódcą. Bolesław zaś nie chciwy tego widoku, a młodego wychowańca pragnąc mieć co rychlej, pociągnął go za sobą do izby. Tu posadziwszyprzy sobie, sam wojak namiętny, badać go dopiero począł, ażebyzobaczyć, co się w duszy młodego działo.

Pierwsze łowy, pierwsza wojna, pierwsza miłość — pierwociny życia, zawsze upajają młodych. Przemko też zdał mu siępijany tą wyprawą. Wszystko w niej wydawało mu się osobliwe,szczególne, piękne; słowa z ust lały się potokiem. Uśmiechał sięstryj słuchając.

Zimniejszy daleko kasztelan kaliski stał, potakiwał, choć zapału tego nie dzielił. Dla niego przejście kraju nieprzyjacielskiegoogniem i mieczem było rzeczą tak zwyczajną, iż o niej mówićnie było warto. On razy tyle przeszedł już ze swymi Santockie,i całe pogranicze Marchii Brandeburskiej.

Z dumą ukazywał Przemko na zbroi ślad pchnięcia i razów,które przy zdobywaniu Soldyna otrzymał. Wolałby był ranę cięższą, krwawą, lecz nie poszczęściło mu się. Za stołem u wieczerzynie było o niczym mowy, tylko o zwycięskiej wyprawie, udzialew niej Kujawiaków i Poznańczyków, i o tym, jaki łup się dostałkomu. Nawet najmniej chciwy wódz, jakim był książę Bolesław,pragnąć musiał zdobyczy, bo ona zubożała i trwożyła nieprzyjaciela.

Dla spoczynku chciał Bolesław zatrzymać u siebie synowca,lecz ten mu się, jak nigdy, z niecierpliwością wyrywał wielką.Nad dzień jeden nie mógł się nim pocieszyć. Nigdy jeszcze takimrozgorzałym nie widział młodego, tak razem szczęśliwym i niespokojnym. Przypisywał to urokowi pierwszej rycerskiej wycieczki.

Trzeciego dnia przed świtem, unikając gorąca, wymknął musię Przemko, a stary zajął się podziałem i rozdaniem spędzonychtrzód i zabranego niewolnika. Łup był znaczny, nie tak ze zdobytego zamczyska, jak ze wsi i zagród splądrowanych niemiłosiernie obyczajem wieku. Gnano ogromne stada bydła, owiec, koni,szły wozy pełne odzieży, sukna i płócien, a za nimi szli powiązani łykami i sznurami jeńcy, których w oddalonych od granicymiejscach osadzano pod dozorem lub na zamkowe oddawano posługi.

Na samej rubieży od Marchii Brandeburskiej, w jednymz zameczków pobudowanych przez księcia, zwanym Niesłusz, siedział naówczas na straży jego osiwały w wojnach Krzywosąd, jeden z Bolesławowych ulubieńców. Wielkiej tam pilności było potrzeba, nieustannego czuwania; zdziwił się więc mocno książę, gdygo ujrzał przybywającego do Kalisza w kilkanaście koni. Uląkłsię, czy Sasi gródka mu nie wzięli, mszcząc się za spustoszenia,ale Krzywosąd przybywał nie potłuczony, w całej zbroi, z jasnątwarzą.

— A cóż ty mi, stary, przynosisz?! — zawołał Bolesław, pokłon przyjmując. — Tameś ty w Niesłuszu potrzebniejszy niż tu.Ściany z chrustu gliną lepione, licha warte, a ty tam muremi ścianą.

Krzywosąd śmiał się, ocierając uznojone czoło.

— Nie ma niebezpieczeństwa — rzekł. — Po tej wyprawieBrandeburczyk posiedzi cicho. Ja za sprawą pewną do MiłościWaszej.

— Co za sprawa?

— A to, o tę dziewkę dowódcy ze Soldyna — odezwał sięKrzywosąd — co ją razem z innymi w niewolę zabrono. Stryji matka ofiarują okup znaczny. Do mnie się z zaklęciami wielkimiudali, abym ją odzyskał.

— A gdzież ta branka jest? — spytał książę.

— Musielić ją tu przywieść, bo ze wszystkich jeńców najcenniejszą była — rzekł kasztelan. — Dziewczyna lat piętnaściei piękna bardzo; ojciec pokumany był z margrafem.

— Spletli ci baśń — odparł stary książę — bo ja tu o żadnej takiej dziewce nie wiem.

— Przecież jej by nie zabili ani by się mogła ukryć!

Kazał książę zawołać kasztelana Janka, który się wkrótcezjawił. Spytany o brankę, Soldynowego dowódcy córkę, ramionami poruszył.

— Ja o niej nie wiem — rzekł.

Mówił jednak tak jakoś, że mu uwierzyć było trudno. Bolesław, popatrzywszy nań, podumawszy, Krzywosądowi kazał iśćspoczywać i jeść, a sam na bok szedł ze swym kasztelanem.

— Co się z tą Niemką stało? — naparł go. — Ty wiesz?

Janko pomilczał trochę.

— Pono Przemko ją swoim kazał wziąć i jak oka w głowiestrzegąc, aby palcem jej nikt nie śmiał tknąć, do Poznania prowadzić. A zagroził, gdyby jej się co stało, że na gardle ukarze.

Bolesław namarszczył się i zakłopotał.

— A widziałeś ty ją? — spytał.

— Jakże nie! — rzekł Janko. — Ojciec jej bronił tak zajadle,że gdyby z tyłu pochwyciwszy, go nie rozbroili, dałby się byłpewnie za nią rozsiekać. Dziewka młodziuśka, piękności osobliwej,śmiała jak ojciec, bo też z nożem się uwijała, aż jej go z rąkwyrywać musiano, i kilku pokaleczyła. Co za dziw, że młodemuw oko wpadła!

— Młodość, głupstwo! — odparł książę.

— Żeby ją tak zaraz miał za okup dać, nie myślę — rozśmiałsię Janko — prędzej by sam jeszcze zapłacił. Niemiecka dziewczyna, biała jak kołacz pszenny, włosy złote a oczy czarne. Urodziwa!

Książę stary posmutniał słuchając. Wieczorem Krzywosądawziął do komory swej.

— Jeżeli się o Niesłusz nie boisz — rzekł — jedź wprost doPoznania, a dziewkę odbierz. Sam bym za nią zapłacił, aby miPrzemka nie opanowała. Młody jest — co się tam stało — nato nie ma rady, ale jak do niej nawyknie a przylgnie, popsujemi się. Odbierz mu ją gwałtem! Wracaj do mnie z tym, bom frasobliwy, co się stanie.

Nazajutrz Krzywosąd jechał już do Poznania, a w kilka dnibył z powrotem. Zobaczywszy go, książę podszedł żywo z pytaniem:

— Masz brankę?

— Nie dostałem jej. Nikt o niej nie wie. Mówią, że nie mażadnej.

— Cóż się z nią stało?

— Różnie mnie uwodzili, że zbiegła nocą, drudzy, że po drodze głodem się morząc, zmarła.

Mówił to Krzywosąd, a z twarzy mu patrzyło, że sam temunie dawał wiary.

— A ksiądz Tylon, a Przedpełk? Ci wiedzieć muszą, co się z jeńcami stało!

— Ni jeden, ni drugi nie chcą wiedzieć o niczym. Ramionamizżymają, rękami rozkładają i milczą. Dziewkę może gdzie schowali, a wydać jej za największy okup nie myślą.

— Przemka pytałeś?

— Wiedział, z czym przybyłem, i sam to zagaił. Odsyłał mniedo drugich i tylem widział, że pozbyć mnie się chciał co rychlej.

Tu Krzywosąd, pomilczawszy, dokończył:

— Nie taka to wielka rzecz jedna niemiecka dziewczyna, abyza nią czynić pogonie. Jestli gdzie, pewnie na wierzch wypłynie.W wojnie jeńców się nie doliczyć, a po drodze zawsze ich niestanie tylu, co było w łykach.

Krzywosądowi pono ta jazda i tropienie już się naprzykrzyło,rad był do Niesłusza wracać i księciu radził, aby go nie strzymywał dłużej, bo choć czuł grodek bezpiecznym, wszelako diabełi Brandeburczyk nigdy nie śpią.

I o brance potem słychać już nie było. Baczny opiekun miałjednak swych donosicieli na dworze w Poznaniu. Nic tam baczności jego nie uchodziło. W miesiąc potem wiedział na pewno, iżniemiecka branka na zamku siedziała ukryta, a Przemko w niejrozmiłowany był strasznie, o wszystkim dla niej zapominając.Wojewodzie poznańskiemu, który go o to upominał, surowo odpowiedział młody książę, aby mu się do tego nie mieszał i księdzu Tylonowi wyrzutów sobie czynić nie dał.

Bolesław, niewiele myśląc, sam wybrał się do synowca. Ilekroć do Poznania przybywał znany z pobożności i łaskawości dladuchownych książę kaliski, biskup, kanonicy, zakony i co byłodostojniejszych, przyjmowali go uroczyście. Sam Przemko też szanował go i kochał, więc wybiegł na spotkanie i gościł go jak ojca.Tym razem przyjazd nastąpił tak niespodziewanie, iż nikt nawetprzeciw niemu wyjechać nie miał czasu. Książę wysiadał jużw podwórcu, a nikogo, oprócz dworu, do przyjęcia go nie było.Wybiegł synowiec nierychło w ubraniu nie rycerskim, ale dworskim, strojny i uśmiechnięty, a po raz może pierwszy widokiemopiekuna zmięszany, jakby przelękły, do izb go wprowadził.

Bolesław bacznie wszystko zważał, lecz miłość mu pomiarkowanie dawała i nie dawał poznać po sobie, co w myśli miał.Wiedział, że się tu źle działo, lecz przebojem iść przeciwko temulękał się, aby gorzej jeszcze nie było i — żal mu może byłochłopaka.

Na wieczerzę już się mieli czas zebrać wszyscy na zamek;ludzi było dosyć. Siedzieli za stołem oprócz Przedpełka wojewody, Mikołaj łowczy poznański, Blizbór sędzia, Petrek z Prędocina, Gniewomir podsędek, Tylon kanclerz i innych wielu.

Kaliski książę zdał się być dobrej myśli i ozwał się do synowca żartobliwie:

— Nie wiesz pono ani się spodziewasz, z czym ja przybyłemdo ciebie. Oprócz miłości mej, dla której zawsze cię rad widzę,sprawa niemałej wagi.

Wszyscy oczy obrócili na księcia. Ten wesołą twarz okazywał,co świadczyło, że sprawa groźną nie była. Pomilczał trochę, abysłuchający zgadując, co to było, głów sobie trochę nałamali. Przemko patrzał niespokojny, nie bez pewnej obawy, która w licu drgała.

— Gdy z was nikt nie odgaduje — ciągnął dalej Bolesław— muszę sam odkryć, z czym przybywam. Sądzę, że gniewu nieściągnę. Ot, swatem przybyłem!

Zarumienił się Przemko, inni po sobie patrzali.

— Nie byłbym odgadł tego — ozwał się młody książę — bomod Waszej Miłości słyszał niedawno, że mi do małżeństwa byłoza wcześnie. Jeszczem też wojny nie dosyć skosztował, aby odpoczynku pragnąć.

— Prawda to — rzekł Bolesław — aleś ty u nas jedyny, rodu trzeba, a dlań macierzy. Więc żenić się musisz nie dla siebie, a dla nas. Poświadczy ksiądz Tylon, że ci, których Bóg postawiłna świeczniku, nie sobie żyją i nie dla siebie się żenią.

Przemko milczał, dolewał do kubka stryjowi i ręka mu drżała.

— Niewiastkę dla was napatrzoną mam — mówił Bolko —właśnie taką, jak potrzeba. Musimy na Pomorze się oglądać, abyje odzyskać. Konieczna to rzecz, choćby dla Krzyżaków i Brandeburgów, aby oni go nie wzięli. W Szczecinie u starego Barwinawnuczka się chowa, córka Kaszuba. Dziewczyna młoda, przez niąsię z Pomorzany zwiążemy. Wiem ja, że mi jej dla was nie odmówią.

Gdy to mówił, Przemko słuchał go z oczyma na stół zwróconymi, lice mu się wcale nie rozjaśniało.

— Wziąłem o niej wiadomość dobrą — ciągnął dalej stryj — dzieweczka piękna, młoda, jak potrzeba dla ciebie. Wiano teżbędzie niczego, a Pomorze nam potrzebne. Stary Barwin zniemczał, ale wnuczkę baby wychowały inaczej.

Wojewoda poznański pierwszy głos zabrał, chwaląc wybórksięcia.

— Nie ma co na to rzec, tylko dziękować — rzekł — jechaća swaty słać.

Przemko zmilczał. Było to zagajenie dopiero. Drugiego dniajuż stryj mówił o podróży do Szczecina, jako o pilnej sprawie,do której się zaraz sposobić należało. Nie mógł się synowiec sprzeciwiać, tylko zwlekał. Stryj w żarty obracał powolność jego.

— Gdy zobaczysz pomorskie dziewczę, jako mi o niej sprawę zdano — będziesz rad dziękował. Najpiękniejszą jest międzypięknymi, a lat nie ma jak kilkanaście. Dziad już zawiadomionyczeka. Jechać potrzeba i brać tylko!

Nie mając się czym tłumaczyć, młody książę składał się tym,iż bez pięknego orszaku ruszyć nie mógł i podarki ślubne przygotować musiał. Ludzie i konie czasu potrzebowali, nim by ichpodobierano.

Na wszystko to Bolesław odpowiedź miał gotową, iż z Kalisza dostarczy, czego zabraknie. Naglił i nastawał tak, że zwlecbyło niepodobna. A że na zamku poznańskim jak u siebie w domubył, co dzień go cały obchodził, wciskając się we wszystkie kąty,opatrując szopy, stajnie i komory nawet, dla czeladzi przeznaczone. Miał może nadzieję, iż klatkę odkryje, w której ptaszka niemieckiego chowano. Nie znalazł go nigdzie.

Błądząc tak dnia jednego i do okien zaglądając, zaszedł doksiędza Tylona, który przy księciu jako pisarz i duchowny nauczyciel był ciągle i co się na zamku działo, o tym wiedzieć musiał. Mieszkał on nie opodal pana swego, w dwu izbach pełnychksiąg, skór przygotowanych do pisania i wszelkiego kancelaryjnego przyboru. Człowiek był ze swej notarialnej nauki i wprawy bardzo dumny, próżny i pokłony lubiący. Nie gardził teżi groszem. Mówiono o nim, iż dla dzieci brata zbierał go chciwie,nim się jednak miał im dostać, skrzętnie uciułany zamykając.

Nie bardzo starym był jeszcze, ale pergaminy, z którymi miałdo czynienia, odbiły się w barwie twarzy jego żółtej, długiej, pociągłej, zasznurowanej dla powagi, jaką sobie nadać usiłował. Samtu na dworze uosabiając powołanie władcy pióra i stylisty, nosiłsię ze swą uczonością wielce. Dla tych, co mu piękny podarekobiecywali, gotów był świeży wstęp aktu utworzyć, innym dawał jeden z tych kilku, które do wszystkich służyły. Na jegotwarzy nikt nigdy nie widział uśmiechu, a kto mu w poszanowaniuuchybił, nigdy tego nie darował.

Szanował on wielce księcia Bolesława już dlatego, że częstodlań szczodrym bywał, już że miał siłę i znaczenie. Ujrzawszy gowchodzącego, zerwał się do pulpitu, przy którym zawsze coś miałdo czynienia. Trzcinkę położył i z uroczystym wystąpił pokłonem,ręce na piersiach składając.

— Ojcze mój — odezwał się wesoło i dobrodusznie Bolesław — ja do was przychodzę z wyrzutem i na zwiady. Przemkomi coś posmutniał, ludzie plotą, że się do jakiejś dziewki, brankiniemieckiej, uwiązał. Czyż byście o tym nie wiedzieli?

Ksiądz Tylon rękami uczynił ruch, wstręt i obrzydliwośćoznaczający.

— Nic nie wiem! — rzekł. — Nic wiedzieć nie chcę. Na oczymoje nie przyszło nic. Uszy moje na gwar pospolitego tłumu sągłuche. Nic nie wiem.

Książę się uśmiechał.

— A mnie mówiono, że on ją gdzieś na zamku chowa.

— Nic nie wiem — dobitnie powtórzył Tylon i podniósł głowę — a prawda li to jest, nie moja wina! Wojewoda, kasztelanwinni, świeckie ramię, nie duchowne. Moim obowiązkiem wystawiać mu szkaradę grzechu, obrzydliwość zwierzęcej rozpusty, toczynię nie omieszkając, to czynię; dalej, nie moja rzecz! Sprawaludzi świeckich!

I rękami potrząsał.

— Wojewoda mówi, że o niczym nie wie — rzekł książę.

Notarius oburzył się.

— Zatem winien niedbalstwa, opieszałości, gnuśności, ślepoty! Winien jest, gdy, postawiony na straży, nie strzeże, gdy opiekunem będąc, nie opiekuje się.

Książę Bolesław zapalającemu się przerwał, dając znak, abyzamilkł. Z poszanowaniem popatrzył na pergaminy i pergaminowego człowieka, który stał jeszcze nachmurzony.

Odetchnąwszy, Tylon rzekł już łagodniej:

— Pozwolicie mi dodać, że tego, co być nie powinno, czasemnajlepiej nie wiedzieć, lecząc chorobę, jak to Wasza Miłość czynicie, innymi środkami. Dać mu żonę, to najlepiej, krwi młodzieńczej inaczej nie powstrzymać, nie pohamować! Wasza Miłość najlepiej wiecie, co pomoże, w czas, jak Bóg przykazał, dać mu małżonkę. Ustanie zgorszenie pokątne.

Książę, nie odpowiadając na to, wyraził życzenie, aby ksiądzTylon towarzyszył Przemkowi do Szczecina i baczne miał oko nawszystko. Notarius skłonił się pokornie, znaczącym odpowiadająctylko spojrzeniem. Szczodry stryj za podobne usługi zawsze sięczymś wypłacał.

— Sposóbcież się do podróży rychło — rzekł Bolesław, zabierając się do wyjścia. — Ja nie ruszę się stąd, dopóki go niewyprawię do Szczecina, gdzie nań już czekają. Przywiezie ze sobążonę — wszystko umówione, da Bóg, Niemki zapomni.

Z wielką ufnością, że małżeństwo wszystkiemu zaradzi i lekceważeniem całej sprawy, ksiądz Tylon ręką zamachnął.

— Słomiane to ognie! — zamruczał. — W młodości łatwosię one zapalają, ale i gasną prędko. Caro infirma — cielsko słabe!

Pokłonił się.

— Sposóbcież siebie i jego do podróży — zakończył książę,wychodząc.

Rozdział III

W czasie pobytu w Poznaniu, stryj na chwilę od siebie nieodpuszczał Przemka, w nocy jednak spać musiał, a choć w komorze sąsiedniej kładł się na spoczynek, tak że ich ściana tylko dzieliła, śpiący snem twardym książę kaliski nie wiedział o tym, jakmu się nocami wymykał. W domku na podzamczu, pod dozoremstarej Krywichy, mieszczanki, której mąż niegdy służył u dworu, otoczona czeladzią wierną, ukryta siedziała owa Niemeczka,która młodego księcia całkiem przykuła do siebie, z niewolnicystając się panią.

Mina miała zaledwie rok szesnasty, ale była córką żołnierza,wykołysaną we zbroi. Za wcześnie wyrwała się z rąk matki nakolana ojca. Śliczne dziecko, do którego on był przywiązany bardzo, zastępowała mu syna. Umiłowana, pieszczona, swawolna i zuchwała Saksonka, była na wpół dzieckiem, pół mężczyzną. Najulubieńszą jej zabawką było strzelanie z łuku, ciskanie oszczepkami do celu. Krew przelana nie czyniła jej wcale wstrętu, naśmierć patrzyła nieraz z bliska obojętnie lub ciekawie. Konia dosiąść umiała jak chłopiec i wszystkie zabawy męskie lepiej jejsmakowały niż dziewczęce.

Mimo tego obyczaju germańskiego wyrosła delikatną, piękną,jak żadna z rówieśnic, a na zamku w Soldynie kochali ją wszyscy bałwochwalczo. Średniego wzrostu, silna, gibka, z włosem jasnym, czarnymi oczyma, biała i rumiana, miała twarzyczkę dumnądziecka rycerskiego, nie lękała się nikogo i niczego. W czasie oblężenia walczyła zajadle obok ojca, a gdy ją biorący w niewolęzmogli, kąsała ręce tym, co ją wiązali. Piękność i młodość ocaliły ją od śmierci.

Przemko, który nadbiegł gdy ją wiązano, zobaczywszy dziewczę, cały rozpłomieniał dla niej i ze wszystkich zdobyczy jednąją sobie zachował. Usłużni dworacy ukryli ją przed oczyma wojewody i kasztelana. Płaczącą i buntującą się zawieziono do Poznania, a Przemko rychło jakoś potrafił dziewczę uspokoić i pozyskać sobie. Znała ona prawa wojenne, wiedziała, że się musiałapoddać losowi swemu, ale pochlebiało jej, że nie prostemu żołdakowi dostała się, tylko księciu. Przemko młody był, piękny i rozmiłowany w niej namiętnie. Kłócąc się z sobą, rozpoczęli tę miłośćosobliwą, która miała się skończyć przywiązaniem gwałtownymi brankę uczynić panią.

Mina przerażała niedoświadczonego zuchwalstwem swym,gniewliwością, ale właśnie może takiego charakteru było potrzeba,aby łagodniejszego, choć dumnego, panka podbić. Widywał tylkoniewiasty bojaźliwe, drżące, uległe i bezmówne. Ta miała dlańurok nowy. Rozmiłowawszy się w niej, oszalał młokos. Mina, poczuwszy to, korzystała ze swej władzy i już mu się wyrywać naswobodę nie myślała, ale i jemu wyrywać się nie pozwalała. Podobało się jej to życie półksiężnej z nadzieją, iż kiedyś może całąksiężną zostanie. Niemka to sobie obiecywała, z pewną pogardąpatrząc na pokorne i strwożone niewiasty, które ją otaczały. Byłatu panią, rozkazywała, czyniły, co zechciała. Czeladź padała natwarz przed ulubienicą księcia, on sam nie umiał jej nic odmówić.

Gwałtowna miłość młoda, namiętna, rozwijała się wśródkłótni, sporów, dąsań, w których zawsze zwyciężała Mina. Stosunek, zrazu drapieżny, stał się później szałem. Niemka była zazdrosną, Przemko szczęśliwy z tego nawet, gdy go za włosy targała.Pod różnymi pozory raz w raz dobiegał do niej a przesiadywał,póki go niemal gwałtem nie wyciągnięto. Mina, choć jej potajemnie dawano środki do ucieczki, nie myślała z tego korzystać.

Wśród tego szczęśliwego upojenia obojga, gdy nic nie zdawało się im zagrażać, książę Bolesław przybył ze swatami — z rozkazem, któremu opierać się nie było podobna. Opiekun miał władzę i powagę ojcowską. Dworacy natychmiast o wszystkim Miniedonieśli. Przemko we dnie przychodzić do niej nie mógł, bo stryjmiał nań oko, nocami wykradał się tylko. Gdy trzeciego dnia poprzyjeździe Bolesława przybiegł do niej, przywitała go dzikim,złośliwym śmiechem.

— Cóż to? Żenić chce was ten poganin kaliski! Ten stary! — zawołała. — Ja tu drugiej nie zniosę, a biada tej, co mi się poważy...

Zacisnęła ręce. Przemko objął ją i ucałował, usta zamykając pocałunkami.

— Ty zawsze u mnie będziesz jedyna.

— Coś to ty, niewolnik stryja? Nie pan sobie? Co on ci tu mado rozkazywania?

— Był mi ojcem.

— Na co ci żona? Ja nie dam ci z inną żyć i drugiej kochać!Ja tego nie chcę!

A gdy Przemko milczał, dodała ze złością dziecięcą:

— Przyprowadź sobie żonę, przyprowadź! Ja ją zabiję lub struję!

Przemko kłamał dla uspokojenia jej, że małżeństwo to możejeszcze nie przyjść do skutku, a gdyby go nawet zmuszono wziąćżonę, ona mu niczym nie będzie, zostanie obcą. Siedzieć będziezamknięta w osobnych komnatach, a on z Miną żyć jak przedtem.

— Niech mi tu spróbuje przyjechać, choćby królówna! — wołała, pięści podnosząc, zła dziewczyna. — Będzie jej tu ciepło!Niech przyjedzie! Wproszę się na dwór na sługę, a usłużę jejdobrze! Prędko jej tu nie stanie!

Książę dawał jej wywoływać tak, niewiele do słów tych przywiązując wagi, uspokajał ją, jak mógł. Wykradał się potem cichoi wracał na swe łoże, ciesząc się, gdy słyszał w sąsiedniej komnacie chrapiącego stryja.

Któregoś wieczora, gdy wychodził, drzwi skrzypnęły głośniej,Bolesław się obudził. Tknęło go coś, podkradł się zobaczyć, czyw miejscu swym śpi Przemko, i puste namacał łoże! Nazajutrznie powiedział mu nic, ale coraz mocniej zaczął nalegać o wyjazddo Szczecina. Książę zwlekał niezręcznie, wynajdywał różne powody, aby się to przeciągnęło, w końcu, naciśnięty, ulec musiał.Książę Bolesław zaczynał przemawiać surowo.

Dwór dla pana młodego sam stryj wybrał z ludzi poważnych,mężów dostojnych i dziarskiej a statecznej młodzieży, uboższychwyposażając w najlepsze konie, zbroje, płaszcze, pasy, ażeby musynowiec wystąpił świetnie. We skarbcu też po Przemysławie starym, pobożnym, nie zbywało na niczym. Było z czego podarkizawieźć i wystąpić.

Jechali z młodym panem: Przedpełk, wojewoda poznański,ksiądz pisarz Tylon, kilku duchownych, podczaszy, podkomorzy,ochmistrz, łowczy i młodzieży rycerskiej kilkudziesięciu najśliczniejszej, a we wszystkich sprawach wojennych wyćwiczonej. Odznaczali się między nią Zaręba i Nałęcz, którzy prawie od dzieciństwa się z nim wychowywali i nie opuszczali go nigdy. Należelioni do dwu rodzin zamożnych, rozrodzonych, które, jak to byłow obyczaju, dzieci na dwór pański dawały chętnie, bo tym sposobem można się było nauczyć wiele, dosłużyć i dorosnąć do wyższych godności, a i nadanie ziemi pozyskać.

Zaręba i Nałęcz, słowiańskim prastarym obyczajem, byli sobie na pobratymstwo poprzysięgli, bo i w Polsce naówczas jeszczepobratymców znano. Rówieśnicy prawie Pawełek Nałęcz i MichnoZaręba oba byli urodziwi, razem się do rycerskiego sposobili zawodu, ale się charakterami różnili bardzo od siebie. Właśnie tomoże ich ze sobą związało. Zaręba był jak huba zapalny łatwo,ognisty, pyłki, do zwady skłonny, wielomówny, gorączka, prędki i niepomiarkowy. Nałęcz mężny, wytrwały, uparty, ale w sobiezamknięty i na oko powolny.

Zaręba Nałęczowi dodawał ognia, tamten hamował druhai do opamiętania go przyprowadzał. Jeden bez drugiego nie stąpił,a gdy na dłuższy czas musieli się rozłączyć, tęsknili do siebie,ciągle i każdy z nich to mocno odbolał. U obu jeden był worek,jedno mienie, wszystko wspólne. Za nieprzytomnego Zarębęujmował się Nałęcz, Pawłek też słowem nie dał dotknąć przyjaciela. Znano ich z tego na dworze i przezywano żartobliwie bliźniakami, że się tak bardzo kochali. Oba mieli siostry w domu i dlabliższego połączenia się, obiecywali sobie na niewidziane pobraćje za żony. W bitwach jeden drugiego bronił i zasłaniał, choćbyżycie dać przyszło.

Przemko obu ich dosyć lubił, oni też doń przywiązani byli,ale za pochlebców i zauszników mu nie służyli, bo Zaręba śmiałoi rześko w oczy panu mówił prawdę. Traf chciał, że ich obu książę Bolesław dla dobrego rodu i dla rycerskiej powierzchownoścido orszaku synowca naznaczył. Wybierali się wesoło, dość radzi,że zobaczą nowy dwór i trochę świata.

Wiedzieli oni oba o Niemce, ale do tych pokątnych miłostekksięciu nie posługiwali. Zaręba z nich złego coś wróżył księciu,za co ten gniewny milczeć mu kazał. Nie sądzili, aby się to przedłużać mogło, i jak się to najczęściej działo, myśleli, że Niemkęza mąż wydadzą wyposażoną za którego dworaka, a książę o niejprzy żonie zapomni.

Książę Bolesław w Poznaniu dosiedział aż do wyjazdu synowca. Nie dowierzał mu, nie ruszył się więc, aż go nie zobaczył wyciągającego z całym dworem. Goniec wyprawiony poprzedzał godo Szczecina. Nazajutrz dopiero, mszy świętej wysłuchawszyw zamkowym kościele, książę kaliski do domu zawrócił, a wielkiciężar spadł mu z serca.

Przemko wyjechał smutny i gniewany, myśląc ciągle o Minie,którą rozpaczającą porzucił, a gdy mu się przy pożegnaniu uwiesiła na szyi, ledwie się zdołał wyrwać od niej. Padła potem, rycząc z płaczu, na posłanie, przeklinając stryja, synowca i przyszłąksiężnę, przeciw której się odgrażała. Przez całą drogę Przemkomyślał tylko i z poufałymi, którzy go pocieszali, ciągle mówiło niej. Zaręba jeden, gdy o nią zagadnął, lekce sobie ważąc radził,aby lepiej dziewkę prostą zapomniał, która niczym nie była, tylkobranką i niewolnicą.

Na dworze w Szczecinie, wcześnie do tego przygotowani,przyjęli młodego pana ze czcią wielką. Stary Barwin siwobrody,całe jego życie, a szczególniej niewieście otoczenie i domowy obyczaj nie były podobne do tych, jakie się naówczas po innych dworach książąt słowiańskich spotykało. Wprawdzie i tu zakradło sięjuż niemczyzny dużo, ale szanowane były podania i zwyczaje prastare, z których tu więcej, niż gdzie indziej, niewiasty przechowały. Zamożność była wielka, ale i prostota dawna, umyślnie pielęgnowana, jakiej indziej widać nie było. Dwór się pewną wieśniaczą rubasznością odznaczał.

Zmuszony do stosunków z Niemcami, stary Barwin, choć sięim kłaniał i sam czasem Niemca udawać chciał, w duszy ich nienawidził. Bolało go tyle ziem utraconych, zagrabionych, oderwanych i owa przymusowa uległość sile, która dumie jego była nieznośna. Rad był, że wnuczkę jedyną wyda za polskiego księcia.

Na zamek na wyspie położony, a po dawnemu jeszcze wyglądający, wiódł stary Przemka, już jak syna go przyjmując. Mążbył poważny, milczący, nie narzekający nigdy, zbolały a smutny,lecz radość wielka, jaką miał z przybycia księcia, na pogodnymobliczu się malowała.

Wszystko, co otaczało Barwina, miało staroświecką jakąś cechę. Zachowywano tu nawet dawny obyczaj, oddzielający zupełnieniewiasty od mężczyzn, a chociaż już naówczas w Niemczechi u nas bywały one do uczt przypuszczane, u Barwina pospolitychdni przy stole się nie ukazywały. Pierwszego też dnia, gdy wieczerzano w izbie dolnej przy pochodniach i gędźbie a śpiewach,nie było ani jednej niewiasty. Może tylko przez rozwarte gdziedrzwiczki z dala mogły panu młodemu się przypatrzeć. Barwinobok siebie na wysokim siedzeniu Przemka posadziwszy, wieczoratego nic o swadźbie nie dopuścił mówić, bo ta wedle starychzwyczajów dopiero nazajutrz uroczyście się odbyć miała. Narzeczoną swą miał Przemko zobaczyć naówczas, gdy dziad, zezwoliwszy na małżeństwo, rozkaże ją przywieść.

Przy wieczerzy szła rozmowa leniwo i niewesoło, Przedpełkwojewoda młodego pana zastępował. Jadła i napoju w bród byłodla gości, lecz mimo ochoty, do której zagrzewano, coś zawisłonad głowami biesiadujących jakby trwoga czy przeczucia. Ustasię nie rozwiązywały, spozierano na się nieufnie. Dwór Przemkapo części niemiecki, po trosze zniemczały, nie mógł się dobrze porozumieć z Pomorzanami.

Młody książę, który szczęśliwym się powinien był okazywać,nie mógł się przemóc, aby się staremu uśmiechnął. W starym Barwinie coś było poszanowanie obudzającego, ale razem i trwogę.Siwa do pasa broda, krzaczaste brwi, spod których para bladych,ostygłych oczów patrzyła, usta zaciśnięte i pokryte czyniły gotajemniczym i groźnym. Głos miał stłumiony i grobowy. Do jegousposobienia wszystko się tu nastrajało, smętnie i trwożno.

Gdy Przemka odprowadzano do komór mu przeznaczonych,a sam pozostał ze swoimi dworakami, bo wojewoda u księcia starego miał posłuchanie, narzeczonemu zrobiło się smutno i tęsknotak, że gotów był nazad nocką do Poznania uciekać. Widząc go takprzybitym, młodzież siliła się, aby czymś rozerwać.

Zaręba, gdy wjeżdżali na zamek, spostrzegł był ponad wrotami, w górnych oknach, kilka pięknych twarzy niewieścich,ciekawie się im przyglądających. Pomiędzy nimi uderzyła go byłaszczególniej jedna, dzieweczka z długo na ramiona rozpuszczającymi włosami jasnozłotymi, w wianuszku zielonym ze złotymijagody, cała w bieli ubrana. Dokoła jej cisnęło się innych wiele.Domyślił się w niej łatwo księżniczki Lukierdy. Była cudowniepiękną, ale nie tak, jak wówczas pięknymi dziewczęta mieć chciano. Wątła, bieluchna, ze swymi niebieskimi oczyma jasnymi, zdawała się niby cieniem onej jakiejś zwodnicy, co się zwykła nadbrzegami stawów lub w powietrzu ukazywać, by człeka zawieśćna zgubę. Piękną była jak jaka Murawa. Patrząc na nią strachbrał, aby lada powiew wiatru nie rozdmuchnął ją we mgłę.

Z trwogi może, gdy jej się Zaręba przypatrywał, bledszą stała się jeszcze. Wydała mu się piękna jak anioł, ale wątłą jak dziecina. Była też niewielkiego wzrostu, szczupła i drobna. Inne kołoniej urodziwsze i kraśniejsze niewiasty i dziewczęta choć oczy ciągnęły ku sobie, ta między nimi królowała. Znać w niej było panią.Rączki bielutkie, które przyciskała do piersi, małe były jak u dzieciny. Zarębie się zdało, że łzy w oczkach miała.

Później, się u ludzi rozpytując, przekonał się, iż nie kto innybyła, tylko Lukierda, dla Przemka przeznaczona. A że oprócz niego nikt nie dopatrzył księżniczki, Zaręba pospieszył z tym do pana,aby go urodą jej pocieszyć, opisując, jak wielkiej piękności i młodziutką mieli dostać panią, nad którą jak żyw śliczniejszej niewidział. Przemko słuchał, ale mało go to zdawało się obchodzić,choć drudzy wszyscy ciekawi cisnęli się dopytując i ciesząc.

— Bóg mnie skarz — mówił Michno — jeżelim ja kiedy drugą taką albo do niej podobną widział niewiastę. W kościele naobrazie, który ksiądz Teodoryk przywiózł z włoskiej ziemi, jedenanioł grający podobny trochę do niej, aleć żywa piękniejsza odniego. Młodo tylko i bardzo dziecinnie wygląda, ano i nasz pannie stary, więc para będzie dobrana. Włos długi, złocisty, jakpłaszcz ją okrywał, puszczony po ramionach, twarzyczka białajak kość słoniowa, oczy niebieskie jak bławatki, a oblicze jakby dośpiewu i modlitwy stworzone.

Drudzy dworzanie prychali, śmiejąc się z Zaręby, iż w niejprawie rozmiłowany był, na co on odpowiedział broniąc się, żejuści świętych i błogosławionych miłują ludzie, a grzechu w tymani wstydu nie ma. Nałęcz nieodstępny od Zaręby, choć się zrazunie chwalił tym, potwierdzał, że i on widział księżniczkę, która musię też bardzo piękna wydała.

Inni, sądząc, księcia tym rozerwą, znosili, o czym się dowiedzieli u dworu, iż nie tylko była piękną, ale dobrą, łagodną, miłosierną, wiele robót niewieścich osobliwych umiała i pieśni przygęśli śpiewała tak cudnie, jak żadna. Na tych powieściach zeszłareszta wieczora. Przemko słuchał ich roztargniony, potem zarazległ, a gdy Przedpełk oznajmić przyszedł, że nazajutrz swadźba sięuroczyście odbyć miała, do której wielkie czyniono przygotowania,ani słowem nie odpowiedział. Czeladź szeptała między sobą, iżNiemkini swej zapomnieć nie mógł i markotno mu było po czarnookiej.

Drugiego dnia z rana do siedzącego w otoczeniu swych wojewodów i urzędników Barwina szedł młody książę z Przedpełkiem, ze dworem, przywdziawszy szaty bogate, łańcuchy, klejnotyi co kto miał najpiękniejszego. Mieli na co patrzeć szczecińscy,bo Przemko choć nie wesół był i serca nie miał do tego wesela,ale występować lubił i na ten dzień przystroił się bogato i pokaźnie. Chwalili go, że pięknym się wydawał. Wojewoda z pociechąi dumą widział, że tu się nikt z nim równać nie mógł.

Nastąpiły przemówienia, na które ze strony Barwina odpowiadano starodawnymi mowy obrzędowymi, jakie przy swadźbach od wieków były w użyciu. Gdy się ta wymiana pytań i odpowiedzi skończyła, dopiero na dany przez starca znak, rodzona ciotka panny młodej z wielkim orszakiem postrojonych niewiast wyprowadziła do izby księżniczkę. Taką się ona teraz wydała wszystkim, jaką ją opisywał Zaręba. Strwożoną wielce i zaledwie iśćmogącą ciotka musiała i drużki podtrzymywać. Szła bielusieńkajak lilia, drżąca, chwiejąc się i, gdy do nóg dziada przypadła, prawie omdlałą podnosić z ziemi musiano. Godzili się wszyscy, iż cudnie była piękną, ale jakąś urodą, której człek tknąć się nie czułgodzien. Czy ją trwoga tej godziny życia, co o życiu całym wyrokowała, ogarnęła, czy żal po dziadowskim domu, ale siły całkiempostradała, aż ją otrzeźwić musiano i wieść, bo nie wiedziała, cosię z nią działo.

Przemko też niewiele przytomniejszym był. Gdy ich potemoboje jako narzeczonych u stołu posadzono obok siebie, słowado niej przemówić nie śmiał ani nawet spojrzeć na nią. Ona też niejadła nic, oczki trzymała spuszczone, drżała. Wianuszek ją zdradzał. Kiedy niekiedy, gdyby perła duża, padła łza spod powiek,co oczy osłaniały, na białą, złotem szytą sukienkę, znikając gdzieśw jej fałdach. Kazał im tedy rozweselony stary pić z jednegokubka na znak, że odtąd wszystko między nimi wspólnym byćmiało. I padła łez para z oczów do napoju, który Przemko wychylić musiał, a gdy mu kubek podawała, a dotknął jej ręki przypadkiem, zimną była jak złote naczynie, które trzymała.

Dziewiczego wieczora obrzędy, choć po innych dworach jużzapomniane były, tu się starym zwyczajem odbywały, jak u pospolitego na wsiach ludu. Przy czym osobliwe nucono pieśni pomorskie i kaszubskie, które tylko po chatach jeszcze posłyszeć byłomożna. Stary Barwin chciał mieć i gęślarzy, i śpiewy, i wszystkiezapomniane obrzędy, może więcej dla własnej pociechy, niż dlawnuczki, którą męczono sadzając, splatając i rozplatając jej kosy,wodząc po izbach i kątach. Starsze niewiasty, którym miód ochotydodawał, raz począwszy nie darowały już pieśni żadnej ani najmniejszego słowa.

Narzeczony też musiał wedle wskazówek druhów kłaniać się,na pytania odpowiadać, to przy dziewczęciu siadać, to za drzwiprecz iść i powracać. Zniemczałemu dworowi wielkopolskiego księcia wszystko się to może śmiesznym wydawało, ale ciotka i baby,gdy się rozgospodarowały i rządzić zaczęły, na śmieszki nie zważały wcale.

W ciągu tych śpiewów i chodów, Przemko razy kilka stawaćmusiał przy Lukierdzie, coś do niej przemówić, rękę jej ująć. Tabyła jak lód zimna, a gdy księżniczka odpowiadać musiała, głosjej tak był cichy i łzawy, iż go prawie nie mógł dosłyszeć. Późnosię to w noc skończyło. Kilka razy Przemko spojrzał w te niebieskie oczy łzawe i ona trwożliwie spotkała się z jego wzrokiem. Oboje jakby przestraszeni drżeli. Książę, który zawczasu do ladadziewczęcia taką miał pokusę, że wszystkie przed nim uciekały, dlatej ślicznej swej narzeczonej prawie wstręt okazywał. Zdawało musię, że go mrozem wzrok jej oblewał, ona płakała mimowolnie, gdypatrzał na nią.

Po tym wieczorem mężczyźni sami zostali jeszcze za stołemz pieśniami i żarty, których i Przemko słuchać musiał. WojewodaPrzedpełk namawiał do tego, aby weselszą myśl obudzić. Ozwałysię piosnki po troszę swawolne, rubaszne żarciki, jakich sobie tylko przy weselach pozwalano, ale książę zdawał się ani słuchać,ni zważać na nie. Krzywił się raczej, niż uśmiechał, gdy je wprostdo niego zwracano. Wojewoda szeptać musiał do ucha, że na weselu przecież pan młody szczęśliwego choćby udawać był powinien.

Domownicy Barwina ściągnęli do izby gęślarzy, których powołaniem było zabawiać gości i starego wesołka książęcego, zwanego Kluską, mającego dar opowiadania baśni śmiesznych. Szczeciński pan lubił bardzo swego dworaka, bo, sam zawsze prawiebędąc markotnym, czasem się choć z błazeństw jego mimowolniemógł rozśmiać. Garbaty, malutki, łysy, z długimi do kolan rękami,ubrany dziwacznie w kusy kubraczek w pasy czarne i czerwone,w takimże kapturku, z mieczykiem drewnianym, Kluska siadłszy u nóg Przemka dokazywał, udając napiłego. Wolno mu byłoprawić, co ślina do gęby przyniosła, bezkarnie.

— Hej, paneczku polski — wołał zwracając się do niego — powinniście sobie u Barwina wyprosić, aby dał mnie wam w posagu za wnuczką! Nie dałbym ja długo tak ponurym być, jak otodziś! Za młodu trzeba się wyśmiać, bo potem nie będzie czasu.Albo to wasza bohdanka nie piękna? Na królowę by się zdała!Na rękach ją nosić a klękać przed nią! A żebyście głos jej posłyszeli, kiedy śpiewa... Chyba aniołowie w niebie Panu Bogu takpieją!

Przemko milczał sparty na ręku. Im bardziej mu ją chwalono, tym się wydawała wstrętliwszą, niewiedzieć dlaczego.

— Panku mój — ciągnął Kluska dalej — napij bo się wina!Dziś trzeba ci koniecznie śmiać się i wesołym być. Księżniczkaza dwoje płacze, bo jej tak prawo każe. Jej by nie przystało sięradować, kiedy dziadusia opuścić musi, a wianuszek utracić! E, wianuszek ów złoty!

Chcąc się zbyć natręta, Przemko rzucił garbusowi garstkępieniędzy, które on wsypał do torby dużej na plecach zawieszonej, ale nie ustępywał.

— Zabierzecie nam z zamku, zabierzecie, co najlepszego było— mówił smutnie. — Patrzcież, gdy wieść będziecie gołąbkę, abysłońce nie przypiekło, bo się roztopić może, aby wiatr nie zawiał,bo się we mgłę rozpłynie. My tu na nią chuchali, my tu ją takkochali!

— Nie bójcie się — odezwał się wojewoda ze strony — znajdzie ona i u nas miłość i chuchanie. Strzec będziemy kwiatuszka, a posadzimy go na pięknym, wysokim zamku.

— Ale, ale — odparł Kluska — choćbyście ją w złoto i diamenty oprawili, tak jej, jak u nas nie będzie, jeśli jak my jejnie umiłujecie!

Spuścił głowę.

— Nam tu bez niej zostać jak bez słonka, bez powietrza i bez wody.

Nie jeden stary garbus tak biadał. Wszyscy w zamku po księżniczce płakali. Szczególniej bo dobrą była i miłosierną dla biednych, prostemu ludowi zbliżać się dawała do siebie, pychy niemiała żadnej, a gdy wieśniaczki przychodziły do niej, najweselszą,najszczęśliwszą bywała z nimi. Napierała się często dziadkowi, abyją na wieś puścił, to na wesele jakie, to na Kupałę, na świętostare do lasu. Ciągnęła swój dwór z sobą, a powracała w wianuszku z kwiatków leśnych, z fartuchem pełnym ziół wonnych, lepiej się tym zabawiwszy niż na dworze z Niemcami.

Taką jakąś miała naturę prostaczą, co jej niektórzy za złemieli, a drudzy ją sławili z tego. Szedł do niej lud z wiosek, dziewczęta i baby z prośbami różnymi śmiało, o każdej godzinie, jakbyksiężniczką nie była, ale rodzoną mu i równą. Nie poznać teżw niej było pani, gdy się po wiejsku przyodziała i z piosnką naustach szła w pole. Dziad i ciotka chcieli ją od tego odzwyczaići nie mogli. Pocieszał się tylko stary tym, że gdy w obce stronypójdzie, obyczaju tego zabyć musi.

Całą noc śpiewami i okrzykami brzmiał dworzec w Szczecinie. Stały beczki smolone nad rzeką dokoła, noc była pogodnai jasna. Jedni zabawiali się w izbach, drudzy w podwórcach ochoczo. Barwin nie skąpił w tym dniu ni napoju, ni jadła, puszczano,kto chciał, aby ludzie pamiętali zaślubiny Lukierdy.

Kluska, przekonawszy się, że Przemka nie rozchmurzy, poszedł do izby starego pana, który choć nie spał, spoczywał już.Siadł mu w nogach na ziemi i patrzył na Barwina długo.

— Coż, ty stary? Radujesz się? — zapytał.

— Czemu bym nie miał być rad?

— Bo twój polski narzeczony jakby się kwasu napił, a trzeba przecie, aby na weselu komuś wesoło było. Ja za wszystkichnie starczę.

— I narzeczony potem wesół będzie — rzekł Barwin.

Kluska głową kręcił.

— Księżniczka płacze też.

— A ty? — przerwał stary książę.

— Jam zły, choć się śmieję — rzekł błazen. — Pilno bo cibyło owoc niedojrzały na ostre zęby dawać! Co ty teraz sampoczniesz na tym pustym zamku, jak ci się jej piosenka nie odezwie, jej śmieszek cię nie rozweseli. Nuż jeszcze z dala jęk przyleci.

Barwin się pogniewał.

— A! Ty kruku przeklęty, co nawet na swadźbę krakasz!— krzyknął. — Stulże ty mi dziub zaraz!

Oburącz chwycił się za twarz Kluska spełniając rozkaz, a oczytakie wlepił w starego, że on od niego wzrok odwrócić musiał.

Wesołek po chwili mruczał znowu:

— Nie było jej przed czasem swatać! Nie było! Niechby pączek rozkwitnął, niechby my się nim pocieszyli!

Barwin stary ręką powiódł po czole, milczał, nie chcąc nawetodpowiadać błaznowi, co się na kaznodzieję przerobił.

— Piękny panek! Młody, a pyszny! Kapie z niego złoto, znać,że ziemi dużo będzie miał, ale czy tyle szczęścia? Pogrobek onjest, a pogrobkom różno bywa.

Książę stary kopnął go nogą. Kluska zamilkł. Z cicha potemzaczął jakąś piosenkę zawodzić. Żal mu się już zrobiło starego,któremu dokuczył, i przypomniawszy sobie śpiewkę z dawnychczasów — której Barwin słuchając zawsze się rozpłakał, a po łzachmu potem lżej było — ją zaśpiewał.

Stary, posłuchawszy, łagodniej spojarzał na błazna, czołomu się wypogadzać zaczęło. Cichym głosem, drżącym a łzawymnucił niewyraźnie Kluska. Ale oni we dwu i tę nutę ledwie pochwyconą, i słowa jej nie dosłyszane rozumieli, a łzy się im obutoczyły.

Długo, długo odzywała się pieśń ta, którą czasem z podwórcówdolatujące przerywały okrzyki, aż stary pan i sługa stary usnęlijeden na wezgłowiu, drugi u nóg jego na podłodze. I przespalitak dziewiczy wieczór, a gdy nad ranem przebudzili się, w zamku po nocnej biesiadzie wszystko twardym snem ujęte leżało.

Rozdział IV

Skwarny dzień był lipcowy, niebo wypogodzone miało barwę dni letnich, płową od gorąca i jakby oparami przyćmioną. Słońce, zniżając się ku zachodowi, pozbawione promieni, toczyło sięjak krwawa kula, wkrótce mając w pościeli mglistej zatonąć.Straszne swą rubinową czerwonością, płynęło powoli, stało, patrzało na ziemię zakrwawioną źrenicą, a ludzie trwożyli się tymobliczem rozgorzałym, które według nich gniew jakiś zwiastowało.Słonko gniewało się na ziemię.

Stare niewiasty, brody popodpierawszy na wyschłych rękach,potrząsały siwymi głowami; wiedziały one, że takie w posoce umyte słońce prorokowało zawsze: mord, krew, pożogi, wojnę. A dlaczegóż właśnie tego siódmego lipca pokazało się z takim rozpłomienionym obliczem, gdy w Poznaniu oczekiwano na młodą księżną, którą Przemko ze Szczecina przywoził. Nawet duchowniskłonni byli widzieć w tym jakąś przestrogę, palec boży i stali posępni, poszeptując modlitewki.

Stara Krywicha, stojąc przed dworkiem swoim z babą Wojtkową, nie mówiła nic, bały się, aby nie były podsłuchane, lecz coraz to spozierały ku słońcu, to na siebie, a zaciskały usta, a głowysię im kołysały znacząco.

Skwar nie zmniejszał się mimo wieczora; owszem, teraz corazciężej jakoś oddychać było, a tu całe miasto wysypało się w ciasne,kręte uliczki, na podwórka, na wały, na rynki, nad rzekę, na gościniec wiodący od Szczecina, bo każdy chciał młodą panią zobaczyć.Na wieży zamkowego kościoła stał strażnik postawiony tam popołudniu zaraz, który miał dać znać chorągwią, jakby tylko orszakz dala zobaczył. I miano wnet we wszystkie uderzyć dzwony. Nawałach zamkowych, gotując się wyjechać na przyjęcie z orszakiemwspaniałym, siedział, pot ocierając z czoła, Bolesław kaliski, rad,że to małżeństwo doprowadził do skutku.

Przy kościele stało duchowieństwo w komżach i kapach, samna czele sędziwy biskup Mikołaj, kler, kanonicy i zakony, którew Poznaniu i sąsiedztwie miały klasztory. Ludzie w pogotowiutrzymali chorągwie, baldakim dla pasterza, kadzielnice, w które chłopy dmuchali, aby nie zagasły, naczynie z wodą święconą, całyprzybór do uroczystego przyjęcia.

Przy księciu Bolesławie kasztelanów kilku, mnóstwo ziemianstało poubieranych jaskrawo i świątecznie. Z dala wydawali sięjak pole zakwitłe makiem, bławatkami i wszelkimi dziećmi lata.Konie rżały i kopały nogami, pachołkowie zdjętymi czapkami powiewali, rozpędzając skwar wielki, bo niejeden jak w wodzie stałod znoju. Coraz to ktoś głowę ku górze podniósł, spoglądając nawieżę, czy z niej jakiego znaku nie dadzą. A słońce coraz czerwieńsze, bezpromienne, straszne, zdało się wciąż okiem krwawym i załzawionym spoglądać na te ludu tłumy.

Po domach i dworkach nie było żywej duszy, wszystko wyległo w ulice; młódź i chłopcy, którzy się docisnąć nie mogli, abycoś zobaczyć zza szerokich pleców starszyzny, okrywali płoty,zasiadali dachy, trzymając się dymników, ustawiali się na całychdrabinach do domostw poprzystawianych.

Na podzamczu we dworku Krywichy, która stała z Wojtkowąw ulicy, obie paradnie strojne, z ogromnymi chustami powiązanymi na głowach, w jedwabnych kaftanach, w mnóstwie sznurówkorali na szyjach — z otwartego okienka widać było twarz jakbyw ramy oprawną, śliczną twarz dziewczęcia jasnowłosego, z oczyma czarnymi, ognistymi, zagniewaną, groźną, namarszczoną, zarumienioną, dyszącą. Obie ręce białe trzymała na ramach okna,sama wychylając się z niego z ciekawością gorączkową. Nie widziała nic, na nią patrzali wszyscy, a niektórzy, poszeptując coś,pokazywali ją sobie palcami. Wśród tego ludu przybranego świątecznie, strojnego, wesołego, radującego się, czarnooka stała jednawcale nie odziana, włosy miała w nieładzie, białą tylko koszulkęna sobie. Ale stroju jej nie było potrzeba, aby być piękną. Młodośćmiała, która najlepiej ubiera, i wdzięk taki, że nawet z gniewembyło jej do twarzy. Młode parobczaki, zerkając ku niej, cmokalii lubowali się tej śliczności.

Choć tłum mruczał i szmer głuchy przelatywał w powietrzu,wyrównywał on prawie milczeniu, gdy się spojrzało na tych ludzitysiące. Wszyscy, wstrzymując oddech, słuch wytężali w oczekiwaniu, a oczy zwracali ciekawe, gdzie człek na wieży na strażystał wychylony z okna, nie rozpuszczając czerwonej chorągwi.Słońce krwawe jakby mrok jakiś zaczął okrywać jak mgła. Dołem pod nim liliowe wyziewy z ziemi wstawały, nad lasem w dali majaczało sino.

Wtem nagle na wieżycy powiała szeroko puszczona purpurowa chorągiew i pierwszy dzwon się odezwał niby krzykiem boleśnym. Cały tłum ów ruszył i jakby jednym głosem zahuczał.Oczy wszystkich pobiegły na gościniec. Na zamku słychać byłotętent koni, pokrzykiwania ludzi; za dzwonem jednym poczęłyco prędzej wyrywać się wszystkie inne, wielkie i małe, i zlało sięich brzmienie w jeden ton uroczysty, żywy, spieszny. Szum tłumuzmienił cię w gwar, a gwar we wrzawę, wśród której śmiechytylko można było rozróżnić. Z zamku wyciągali wszyscy. Duchowni pochód rozpoczynali, chorągwie powiewały nad ich głowami,z kadzielnic dym siny obłoczkiem podniósł się ku górze.

— Jadą! Jadą! — krzyczano zewsząd, niewiasty plaskaływ dłonie, dzieci krzyczały.

Tłum, nie mogąc się poruszyć, tak był ściśnięty, w miejscuszeptał, kołysał się, falował.

— Jadą! Jadą!

A na gościńcu w dali widać było duży tuman płowy i kurzawęwzbitą do góry. Niewielu ucho pochwycić mogło z tamtej stronyjakby odgłos trąb, którym z wieży dzwony i trąby też odpowiadały.

Orszak księcia Przemka był wspaniały. Poprzedzali go w kapach czerwonych z szytymi na piersiach orłami trębacze i bijącyw kotły tarabaniarze. Dalej jechał wojewoda poznański orszakiemdowodzący, w złota też i purpury odziany, w hełmie złotym. Nasiwym koniu pokrytym kapą aż do ziemi spadającą, z głową przystrojoną w czub i brzękadła jechał sam książę Przemko we zbroizłotej z orłem na piersi, w hełmie lśniącym, piękny, młody, leczpoważny i smutny. Obok niego na takimże koniu, w czapce książęcej na główce, w płaszczu jedwabnym szkarłatnym, jechałapiękna Lukierda, lecz gdyby Zaręba pieszo idący konia jej za uzdęnie trzymał, a dwu dworzan nie stało po bokach, rękami wyciągnionymi ją podpierając, może by nie dosiedziała na wierzchowcu,tak była blada, przelękniona, osłabła. Jechała nie jak na gody, leczjak skazany na męki, oczu nie śmiejąc podnieść, rączkami drżącymi chwytając za siedzenie, chyląc się jak kwiat na łodydze, gdynim wiater słania.

Radością brzmiało wszystko dokoła, a w niej strach i trwogęwidać było. Kilka razy, żywo, ukradkiem przeżegnała się krzyżemświętym, oczy jej strzeliły ku miastu i grodowi i zamknęły się. Zaręba konia jej prowadzący coraz to spoglądał na nią i żal mu jejbyło. Im bardziej zbliżali się ku zamkowi, tym jej bojaźń wyraźniejszą się stawała.

W chwili, gdy mijali dworek Krywichy, błędne oczy Lukierdypadły na okienko, z którego wyglądała czarnooka, i ujrzały dwiezaciśnięte pięści, które jej, nie komu innemu, podniósłszy się groziły. W otwartych ustach dziewczyny zobaczyła zaciśnięte zębybiałe. Zdawało się jej, że posłyszała przekleństwo i groźbę. Z przestrachu krzyknęła, ale wrzawa pospólstwa zagłuszyła głos jej cichy, który w łkaniu utonął. Pierwsza w progu stała, czekając nanią, jakaś groźba i proroctwo niedoli. W tejże chwili prawie nadciągnęło duchowieństwo, biskup, książę Bolesław. Kościelny śpiewzabrzmiał hymnem wesołym i wszystko znikło z jej oczów.

Nie opodal na zamku widać tylko było szeroko rozwarte drzwikościoła, w którego głębi pozapalane światła zdały się jakbykatafalk otaczać. Z nowym przestrachem Lukierda oczy wlepiław ten obraz wieszczy. I zdało się jej, że widzi trumnę całunemokrytą, otoczoną świecami, a w trumnie czuła siebie. Dreszcz jąprzeszedł i łzy się z oczów polały.

Dokoła brzmiały okrzyki: „Witajcie! Żyjcie!” Trąby corazgłośniej huczały dzikim triumfem, niby urągając się łzom biednej.

Biskup, który ich wiódł, przyjął parę u drzwi kościelnych. Nacichej modlitwie u ołtarza jak liść drżała Lukierda. Potem widaćbyło wszystkich znowu ciągnących na zamek. Stary książę wesółprowadził parę swoją. Tego dnia on tu pewnie był najszczęśliwszym. Spełniło się, czego pragnął. Usłał gniazdo, Przemko miałżonę. Wątła była i blada, lecz zmęczona i wylękła. Szczęście jąożywić musiało.

Krywicha mówiła do Wojtkowej:

— Widzieliście wy ją? Toż to jak powisemko lnu wątłe,oczy zapłakane i blade. Nam nie takiej na księżnę było potrzeba.Pamiętacie nieboszczkę Elżbietę! Ta była zażywna, silna a krzepka! Słyszę, ma piętnaście lat, a wydaje się, jakby trzynastu niemiała.

Wojtkowa potwierdziła wszystko.

— Z twarzy niczego, ino blada, blada! Czym oni ją tam karmili?

— Słabowite to będzie, a do takiej, co piszczy, mąż się nieprzywiąże, bo to tego ani tknąć.

I głowami wahały. Krywicha się pospiesznie do okna zbliżyła,w którym Niemka czarnooka gniewem dyszała. Śmiejąc się, szepnęła do niej:

— A co? A co?

— A co? Trupa mu do łoża przywieźli! — zawrzała Mina z pogardą. — Krwi w niej nie ma! Jechała jak płótno blada. A ja obie do niej wyciągnęłam pięści — widziała, i krzyknęłam: „Przeklęta!”Słyszała. Zachwiała się na koniu, o mało nie padła. Cha! cha!

Roześmiała się Mina. Krywicha przerażona załamała ręce.Niemki już w oknie nie było.

Na zamku sadzano Lukierdę przy księciu mężu i Bolesław stary gospodarzył rad i wesół, jak rzadko go kto widział, ściskającsynowca co chwila. Nie w smak mu szło, iż nowożeniec wyglądał,jakby mu źle było na świecie. Słowa z niego dobyć nie mógł, patrzał w oczy, gniewał się. Młoda żona przecie na podziw piękną była, czegóż mógł pragnąć więcej?

Siedzieli u stołu długo, potem obyczajem niemieckim pląsysię rozpoczęły, ale Lukierda, opierając się, ledwie raz do nich wyciągnąć dała. Przeszła jak cień, chwiejąc się. Skarżyła się na znużenie podróżą i wymknęła do komnat swoich, w których proguczekała na nią niespokojna stara piastunka Orcha. Tej od wyjazduze Szczecina oczy od łez nie osychały.

Orcha kochała swą panią jak dziecię, wykołysała ją na rękach,wszystkich pieśni uczyła. Ujrzawszy bladą, słaniającą się, upadającą pod ciężarem sukien swych, łańcuchów i złotych brzemion,pochwyciła ją silnymi rękami i gwałtownie zatrzasnęła drzwi, abydziecię jej mogło odpocząć same... z nią tylko. Lukierda obejrzałasię po izbach. Wszystko tu obce jej było. Wspaniałe stały i strojne,ale to, w co je przybrano, spuścizna po Przemka matce, wiało zbutwieniem i stęchlizną. Powietrze jakieś trupie czuć było w komnatach, które długo stały puste i zamknięte.

Nie były to jej wesołe izdebki na zamku w Szczecinie, z których na rozlane szeroko dokoła wody patrzyła i na łąki zielone.Z okien widać było wały wysokie, mury szare, jakby ściany więzienne. Zakryła oczy Lukierda i rozpłakała się. Orcha ją objęłarękami i przytuliła do siebie. W niemym uścisku pozostały takchwilę, a stara piastunka, czując omdlewającą panią, poczęła z niejżywo zdejmować, zrywać, zrzucać łańcuchy, kolce, pas i suknie,co ją swym ciężarem przygniatały.

— Uspokój się, gołąbko moja! Uspokój! Zamknęłam ja drzwi,nie wpuścimy nikogo!

— A! Jaki to zamek straszny! Jak grób! — wyjąknęła Lukierda.

Orcha pewnie myślała toż samo, ale się słowem nie odezwała,nie chciała dodawać jej bólu. Spiesznie, posadziwszy na łożu, rozdziewała swą księżnę, gdy do drugich drzwi gwałtownie dobijać sięzaczęto.

Lukierda strwożyła się i drżeć mocniej zaczęła, ale Orcha,podbiegłszy, za drzwiami usłyszała głosy niewieście. Był to nowydwór księżnej, który się dobijał do swej pani. Na czele jego szłaochmistrzyni, zamaszysta i otyła, cała we wstęgach i galonach, znana we dworze Niemka Berta, która za czasów księżnej Elżbiety dziewką przy niej była. Wyszczekana, zła, zazdrosna, chciwa, zalotna jeszcze, choć jej lat czterdzieści przeszło, pewna siebie, bomiała u Przemka łaski, parła się dumna, dopominając praw swoich. Mówiono o niej, że księciu się zasługiwała, mimo duchownychi wojewody, pomagając do pokątnych miłostek.

Berta już się znała z Miną. Szła do swej nowej pani uprzedzona przeciw niej, na piastunkę gniewna, że się jej tu wdzierała,wiodąc za sobą sześć dziewcząt służebnych dobranych tak krasąi zdrowiem, aby panią zaćmiły. Wszystkie one patrzały dziko,zuchwale, śmiało. Orcha chciała im wzbronić wstępu, gdy samowolna Bertocha poparła drzwi z całej siły i gwałtem wtargnęłado sypialni, poczynając od głośnej kłótni.

— Cóż to? Nie wiecie, że ja tu za rozkazaniem książęcymstarszą jestem?! — krzyknęła biorąc się w boki. — Tu nie ma prawa nikt około pani mej chodzić, krom mnie i sług!

— Ja jestem jej piastunką!

— Nie dzieckoż ona! Piastunki jej nie trzeba! — roześmiałasię Bertocha.

Spór wszczął się u drzwi, którego Lukierda płacząc słuchała.W obawie, ażeby jej piastunki nie odebrano, półrozebrana do drzwipobiegła. Widząc ją nadchodzącą, dziewczęta ciekawie wyciągnęłyszyje, wytrzeszczały oczy, śmiejąc się i mrugając. Bertocha staławcale nieulękniona.

— Ja tu, nie kto, jestem starszą do usług waszych! — zawołała.

— Na Boga, zostawcież mi piastunkę moją! — odpowiedziała,płacząc, Lukierda. — Ja nikogo oprócz niej nie potrzebuję, słaba,odpocząć muszę.

— Możesz Wasza Miłość spoczywać — poczęła zuchwale Bertocha — my na obcych się zdać nie chcemy, nam tu usługa należy!

— Ona mi nie obca! Wyście obce! — z płaczem odparła Lukierda. — Idźcie! Ja rozkazuję!

Głosu jej brakło, a Bertocha przerwała:

— Pierwszy u mnie rozkaz mego pana!

Gdy się tak spierano u progu, dziewczęta wszystkie wcisnęłysię już do izby, Bertocha wpadła do środka i zaczęła gospodarzyć.Nie zważając na księżnę, porwała suknie zdjęte, dawała rozkazysłużebnym. Orcha, uspokajając, odprowadziła Lukierdę ku łożu.Niepotrzebnej usługi zbyć się nie było można. Księżna płakała,a dziewczęta prychały, śmiały się kręcąc i popychając po sypialni.Ażeby coś robić i niby służyć do czegoś, nalewały wodę do misy,przenosiły dzbany, targały opony, zasuwały i odsuwały okna, nie mogąc szyderskich utulić śmiechów.

Nie wdając się już w spory z nimi, Orcha dawała im czynić,co chciały, sama zasiadła przy dziecku swym, postanowiwszy nieopuszczać go, choćby się bronić przyszło siłą. Ręką konwulsyjniezaciśniętą trzymała ją za szatę Lukierda. Bertocha snuła się dokoła, zachodziła ze wszystkich stron, zagadywała na próżno, w końcugniewna a uparta siadła na ławie dziewczętom rozkazawszy, abydo drugiej izby odeszły.

Ze znużenia i płaczu usnęłaby była może Lukierda, bo jużi noc nadeszła, ale krzyki na zamku i groźna, nasępiona twarz Bertochy, której oczy ciągle spotykała wymierzone ku sobie, zasnąćjej nie dozwalały. Orcha, objąwszy rękami, kołysała ją jak dziecię,półgłosem nucąc pieśń od kolebki znaną, tę, którą ją usypiała maleńką. Zamknąwszy oczy, biedne dziecko mogło się jeszcze sądzićna zamku dziadowskim, swobodną. Sprzykrzyło się w końcu siedzieć tak niemej Bertosze, zżymnęła ramionami, zamruczała jakbyprzekleństwem i wyszła.

Lukierda otworzyła oczy. A! Znowu były same. Siadła na łożu, włosy jej rozpuszczone okrywały ramiona, musiała ręką odgarnąć je z oczu, aby oczyma rzucić po swym więzieniu. W izbie byłociemno, jedna lampka u obrazu Najświętszej Panny, zapalonaprzez Bertochę, płonęła małym światełkiem pomrugując. Na ścianach i stołach wielkiej komnaty, tu i ówdzie we złocie i kamieniach, światełko to odbijało się, jakby oczki stworzeń jakichś szpiegujących młodą panią. Po kątach grube zalegały ciemności pełnewidm strasznych. Poruszające się zasłony, migające światło — łudziły niby życiem tam, gdzie go nie było.

Dreszcz przechodził nieszczęśliwą wygnankę, chwyciła za szyję Orchę i płacząc szeptać poczęła:

— Moja ty, moja! A! Jak tu obco i straszno! Jak ja tu żyćpotrafię! Nie opuszczaj mnie choć ty jedna! Nie mam nikogo! Testraszne sługi napadły mnie jak zbóje. Słyszałaś ich śmiechy? Tastarsza, jakie ona ma oczy! Ukąsiła mnie wzrokiem.

— Gołąbko moja! — tuląc ją i oglądając się, aby z ciemnościktoś nie podsłuchiwał, szeptała Orcha. — Uspokój się! Takie przeznaczenie nasze. Pamiętasz pieśni dziewczęce? One to prorokowały: na obce pójść ręce i słuchać pana obcego! Los to każdej dziewczyny i biednej, i możnej. Przywykniemy do tego! Pan twój dobrym będzie i kochać cię musi. Uśmiechniesz mu się i zrobisz z nim,co zechcesz. Zawsze straszne pierwsze doby.

— Uspokój się, gołąbko moja! Zaśnij, zaśnij!

— Nie mogę! Serce mi bije. Ty nie wiesz — mówiła księżnapo cichu — ja się go bardzo boję! Młody i piękny jest, ale ja jego,on mnie nigdy miłować nie będzie. Czuję, jakby ściana z kamieniastoi między nim a mną. Gdy spojrzy na mnie, jakby się odgrażał,gdy się uśmiechnie, zębami zgrzyta. A! Orcho, ja się go boję!

— A a! — wciąż ją przyciskając i głaszcząc szeptała piastunka. — Tak zawsze pierwszych dni bywa! Mężczyzna się wydajewrogiem, ale potem niewolnikiem się stanie. Tylko mu bądź wesołą, dobrą, łaskawą, pokłoni się, posłusznym będzie. A nie pomoże nic, damy mu ziele pić i węzełek od sukni oderwać mu trzebaa nosić przy sobie u piersi, na sercu.

— Nie, nie! — opierała się Lukierda. — Nie pomoże nic! Jato czuję! Boję się go! Gdy ręki jego dotknę, dreszcz mnie przechodzi, serce bić ustaje.

Piastunka mówić jej dłużej nie dała.

Szepty może by się przeciągnęły jeszcze, ale Bertocha drzwiotwarła, wniosła drugi kaganek, postawiła na ławie, a sama dlasiebie słać poczęła u drzwi.

Chciała pozostać na straży, dopóki by pan nie przybył. Alekury piały, zamek się rozlegał pieśniami, książę Bolesław z wojewodą gospodarzyli ziemian goszcząc, a o Przemku nie wiedziano,gdzie się podział. Myślano, że był u żony.

Przekradał się właśnie, nie postrzeżony chcąc wymknąć sięz podwórca, gdy na drodze spotkał Zarębę. Ten mu od wrót zaszedł i z poufnością dawną zapytał:

— Dokąd Miłość Wasza?

Przemkowi oczy się zaiskrzyły i popchnął go. Zaręba nie ustępował.

— Na miłego Boga — wołał — miejsce wasze gdzie indziej,nie za wrotami! Zobaczą ludzie! Co pomyślą! Co powiedzą? Żoniei sobie wstyd uczynicie!

Książę, coraz gniewniej unosząc się, rękę podniósł na niego.

— Tyś tu panem czy ja?! — krzyknął. — Idź mi z drogi zaraz precz!

Zaręba do nóg mu się schylił.

— Co robicie? — wołał poruszony. — Co robicie?! Godziż sięto? Ludzie zobaczą!

— Puszczaj! — powtórzył, miecza dobywając, Przemko. — Puszczaj albo ubiję!

Zaręba namarszczony musiał się cofnąć, ale twarz mu się zaczerwieniła gniewem, brwi ściągnęły. Książę, odepchnąwszy go,poszedł do wrót i — zniknął.

Noc była ciemna, z dala tylko błyskało gdzieś na niebie bezchmury. W zamku i na podwalach lud się snuł około beczek, piłi śpiewał piosnki o chmielu i weselu. Księciu łatwo było nie postrzeżonemu przecisnąć się przez ciżbę opiłą. Rozpychając, potrącając, nie patrząc nawet przed siebie, jak szalony biegł wprost dodworku Krywichy, którego okiennica stała otworem dla skwaru,a we wnętrzu się świeciło. Do drzwi mu było za daleko, takniecierpliwy biegł, dopadł niskiego okna i skoczył przez nie doizby.

Krzyk się dał w niej słyszeć. Z posłania, na którym leżała,Niemka zerwała się nóż pochwyciwszy zawsze pod ręką leżący,ale poznawszy księcia, rzuciła go na ziemię i zawisła mu na szyi.

Nagle, jakby opamiętawszy się, popchnęła go od siebie.

— Precz, ty przeniewierco! — krzyknęła.

Przemko ręce ku niej wyciągnął.

— O, widziałam cię — mówiła głosem namiętnym — widziałam jak jechaliście bok w bok z piękną panią bladą. Maszżonę! Masz żonę! Precz stąd!

Książę cisnął się ku niej, Mina, łając, już go nie odpychała,siedzieli razem na łożu.

— Widzisz — rzekł Przemko — porzuciłem ją samą, a przyszedłem do ciebie. Czy ci tego jeszcze mało? Wyrwałem się, choćtam za mną śledzą. To żona narzucona, ja nigdy jej kochać niebędę, nie mogę! Nie dla mnie ona! Niech w pustej izbie więdnieje!

Mina patrzyła mu w oczy, na pół gniewna, pół rada, odpychałago i chwytała za szyję, cisnęła ku sobie i odwracała się. Łzy, cobłysnęły na jej oczach, od ich żaru osychały. Z drugiej izby Krywicha ukradkiem przypatrywała się przez szpary tej scenie, z jakąś zabobonną obawą żegnając się, szeptając.

Książę, jakby zapomniał o zamku, o żonie, o świecie całym,pozostał przy Minie. Szeptali z sobą, śmiał się, poruszał żywo, odzyskał młodzieńczą rzeźwość. Niemka też przebłagać się dała, choćwracały jej jeszcze dąsy i groźby.

Krótka noc lipcowa już się ku końcowi miała, świtać poczynało, gdy Krywicha, w obawie jakiejś otwarłszy drzwi, poczęładniem straszyć. Nie chciała, aby go tu wyszpiegowano.

— Wracaj, Miłość Wasza, dopóki nie zadnieje, potem ludzie poznają!

Mina puszczać go nie chciała, ciągnąc prawie gwałtem. Złymusiał się jej wyrwać, korzystając z rannego mroku, aby na zamek powrócić. We wrotach zastał jeszcze Zarębę siedzącego nakamieniu, który, głowę w ręce ująwszy, na straży tu przetrwałoczekując jego powrotu. Zobaczywszy Przemka, nie odezwał siędo niego, nie wstał i dopiero, gdy ten go szybkim pominął krokiem, powlókł się za nim.

Wszedłszy do izb, w których mało już biesiadowało, a więcejna ławach lub pod nimi legło, albo z głowami i rękami na stolezasypiało, Przemko się zawahał. Myślał, dokąd pójść, i zamiast dożony, wrócił do swojej sypialni. Tu czeladź także spała podedrzwiami odpoczywając snem potrójnym: znużenia, młodości i napoju. Nie obudził się z nich żaden nawet, choć książę drzwi sweotworzył z hałasem i jeden tylko Zaręba wsunął się za nim do izby.

Pan i sługa a dawny towarzysz spojrzeli na siebie jak wrogi.Przemko się nie odezwał do niego. Zrzucał z siebie odzież niecierpliwie na ziemię. Widok człowieka, co śmiał wstrzymywaćgo, sprzeciwić mu się, burzył go i gniewał.

Zaręba niezlękniony, chłodny stał i patrzał. Zdawał się czekać na rozkazy. Niegdyś wyrostkami uganiali się z sobą, nierazszli sił próbować, znali się, jak zrośli w jednym gnieździe, bo Zaręba mu chłopięciem do zabaw i posługi był dany.

Przemko rzucił się na posłanie.

— Hej! — zawołał, rękę ściśniętą wyciągając ku niemu. — Jeśli ty mi raz jeszcze się ośmielisz...

— Żal mi i wstyd za was! — mruknął Zaręba. — Niewartatego Niemka, aby dla niej książęca córka łzy wylewała, a nawas pluły ludzkie języki. Dajcie ją komu, niech precz idzie stąd.Nieszczęście urośnie z tego.

Przemko obojętnie głowę sobie zakrywał.

— Milczże — odezwał się w końcu — milcz! Robię, co chcę,i czynić będę, co mi się podoba. Tobie do tego nic! Nic nikomu!

Zaręba popatrzał nań, zawrócił się milczący i poszedł precz.W Przemku zuchwalstwo sługi wrzało gniewem, uspokoić się niemógł i zasnąć. Obawiał się, aby go stryj nie poszlakował, ludziemu nie donosili, gniewał na siebie i na wszystkich.

— Narzucili mi żonę! — mruczał, przewracając się na łożu.— Będzie miała izby książęce i imię książęce, ale mnie nie będziemiała. Kto mnie zmusić może, abym tego trupa miłował?

U drzwi zaszeleściało coś, zerwał się książę. Z kagankiemw ręku wchodziła, czy spodziewając się, czy nie wiedząc, że gotu znajdzie, Bertocha. Spostrzegłszy go, zaśmiała się szydersko.Przemko marszczył się już.

— Nie potrzebuję nic — zawarczał — precz idź!

Bertocha głową potrzęsła, wskazując ku izbom Lukierdy,że tam jego miejsce było. Książę usta dumnie podniósł.

— Ty idź tam! — rzekł. — Idź! Pilnuj! Spocznę.

Baba miała coś jeszcze do powiedzenia, uśmiech dwuznaczny przebiegł po jej wargach, obejrzała się dokoła po izbie, kagnek podnosząc i z wolna próg jej przestąpiła.

— Niedawno wrócił — zamruczała — a gdzie był, to ja wiem!I musiało tak być! Ta go nie puści!

Rozdział V

Gody w Poznaniu trwały całą niedzielę. Ziemian przyjmowano, którzy nie tylko z okolic, od Kalisza i Gniezna, z Kaszubi dalszych stron przybywali z podarkami i winszowaniem. Książękaliski więcej tu gospodarzył niż sam pan, który okazywał siętylko, gdy go wyciągnięto razem z młodą panią, zawsze bladąi zlęknioną. Znikał potem on i ona, a stryjowi zdało się, że przyżonie być musiał.

Tam on w istocie mało kiedy i krótko gościł. Przychodził czasem, jak z musu, milczący i chłodny, siadał z dala, pytał sługi czywszystko było, jak potrzeba, dla księżnej. Czasem coś przykazałBertosze, przemówił słowo do Lukierdy, która mu nieśmiało i cicho odpowiadała, i co prędzej wychodził. Widząc trwającą tę obojętność, Orcha zalewała się łzami, ale składała ją na to, że i Lukierda nadto była nieśmiałą, a mało mu serca okazywała.

Bertocha, pilne na wszystko mając oko, urządzała zawszetak, aby Przemkowi dogodzić, uwolnić go co rychlej, a Lukierdziedać uczuć, że bez jej pomocy męża sobie nie pozyska. Rachubajednak na skutek tej groźby chybiła. Powzięła więc ochmistrzyninienawiść wielką i do pani, i do Orchy, której pozbyć się postanowiła. „Dopóki to babsko tu siedzieć będzie, ja nic nie zrobię — mówiła sobie — pozbyć się trzeba czarownicy. Po co nam tu obca?Albo nas sług mało? Czy to nam wiary nie dają?”

Na zamku był zjazd jeszcze i książę Bolesław do Kalisza niepowrócił, gdy zabiegliwa Bertocha weszła do niego jednego rana.Nie lubił tej starej, podejrzywając o pomoc w miłostkach, ale baba pochlebiać się umiała. Wsunęła się do izby pokornie, z twarząposępną.

— A! Co tam powie Bertocha? — ozwał się książę. — Możemwam nie piękną dał młodą panią? A co?

— O, Miłościwy Książę — przemówiła sługa — nie ma coprzeciw niej powiedzieć! Piękna pani i młoda, bardzo śliczna,a co po tym, kiedy ona z mężem przystać jakoś do siebie niemogą!

Pokręciła głową.

— Jak to? — pochwycił Bolesław. — Czemu?

— Albo ja wiem! Niech Miłość Wasza kogo chce pyta! W tymjest jakieś licho, czar jakiś, zadanie. No, bodajbym ja nie zgadła, skąd ono pochodzi — ciągnęła, głos zniżając tajemniczo, Bertocha. — Ja, proszę Miłości Waszej, nie darmo lat tyle żyję naświecie; znam dużo i przeczuję.

Zbliżała się coraz do księcia, przybierając smętną a wielcezakłopotaną minę.

— Po co księżna tu z sobą przywiozła piastunkę starą? Tojest czarownica! Z oczów jej to patrzy! Do kościoła nie chodzi,ziołami jakimiś panią poi!

Książę słuchał z obawą razem i niedowierzaniem.

— Tej baby się potrzeba zbyć koniecznie — szeptała Bertocha. — Ma swoją mądrość! Dziecka żałuje, dlatego od niej mężaodpycha. Prawda, księżna słabowita, wątła, ale takim małżeństwo służy, a póki ona tu, nic nie będzie. Jam tego doszła, że onaich z dala trzyma od siebie. Zazdrosna, zwyczajnie jak piastunka.Odstręcza ją od męża. Trzeba starą przepędzić, zaraz będzieinaczej.

Bolesław słuchał, niedobrze rozumiejąc. Bertocha, widząc, żego przekonać było trudno, tym mocniej zmagała się na dowodyprzeciw piastunce, że z niej wszystko zło było.

— Na co jej baba ta? Dosyć nas jest, obcych nie potrzebujemy!

Ostrożny książę, nic jej nie odpowiadając, dał się wygadaći odprawił. Stary Lukierdę miłował bardzo, choć ona do niegośmiałości nie miała, obawiając się jak wszystkich. Rozmyśliwszysię Bolesław sam poszedł do niej.

Rano było, księżna tylko co z Orchą wróciła z zamkowegokościoła. Dwoje dziewcząt stało u progu. Książę wszedł, ciekawieprzypatrując się piastunce, którą widział już wprzódy, nie bardzozważając na nią. Teraz pomarszczona, stara, smutna twarz jejmocno w nim ciekawość budziła. Bladość Lukierdy, która na widok wchodzącego drżeć zaczęła, uderzyła Bolesława.

— Dziecko moje — rzekł przystępując ku niej łagodnie — cóż wam tu u nas źle, że tak biało wyglądacie? Prawda, i z tymwam pięknie, ale ja bym rad widzieć u was na licu rumieniec i wesele.

Wahała się z odpowiedzią Lukierda, gdy Orcha, nisko się pokłoniwszy, odważyła panią zastąpić.

— A! Proszę Miłości Waszej, niełatwo to choćby do szczęściaa do nowego przystać! Starego się zawsze żałuje. Tak i mojemukwiatkowi, a takie to młode!

Książę słuchał, patrząc wciąż na Lukierdę, która oczy spuściwszy, odpowiadać mu nie śmiała.

— Teraz jeszcze na zamku tłumno i gwarno — odezwał się— Przemko gości swych zabawiać musi. Rychło się to rozjedzie,boć już czas; zostaniecie sami. Dzięki Bogu wyprawy pilnej niema. Poznacie się lepiej, weselej się stanie.

I na to nie umiała nic odpowiedzieć młoda pani, a Orcha,patrząc w oczy staremu, poruszała ustami.

— Dajcie czas! Dajcie czas, Miłościwy Panie — szepnęła. — Wszystko się dobrze złoży! Droga niebożątko zmęczyła, bo tosłabe, bo to młode. Tu wszyscy obcy, niech się rozpatrzy a ośmieli.

Przemko, któremu oznajmiono, że stryj był u jego żony,wszedł niespokojny, jakby się rozmowy tej sam na sam obawiał.Groźno od proga spojrzał na Orchę, oczyma jej nakazując ustąpić.Dla stryja przybrał oblicze wesołe i do żony się zbliżył.

— Pilnuj mi ty jej i strzeż, a miłuj — odezwał się stary — żeby prędzej ośmieliła się a panią tu poczuła i rozkwitła znowu.

Z lekka popchnął go ku żonie, którą Przemko ujął za rękędrżącą i zimną. Patrzał na nią z wymówką i jakby pogróżką, aleLukierda spojrzenia tego nie spotkała, bo oczów od ziemi nie podnosiła i przemówić nie śmiała.

Litując się jej a sądząc, że się go wstyda, Bolesław zabrał się do wyjścia, samych ich chcąc zostawić. Przemko z przymuszonym śmiechem pożegnawszy żonę, pośpieszył za stryjem.

— E, twoja wina czy nie — rzekł Bolesław, za drzwi wyszedłszy — ale smutna ona jest, zabawiać ją potrzeba!

— Tęskni za dziadem i za swymi — odparł Przemko. — Pląsów nie lubi. Dziś turniej będzie, to mu się przypatrzy i rozerwie. Sług też ma dosyć, jest komu i pieśni śpiewać, i baśni prawić.

Mówił żywo, roztargniony, niespokojny, więcej dla ułudzeniastryja, niżby go to wiele obchodzić miało.

— Piastunkę tę starą — dodał — wypadnie precz stąd wysłać do Szczecina, bo ona jej dziada przypomina i głowę smutkami nabija.

Nic na to nie odpowiedział stary książę i poszli do ziemian.Po stole, do którego księżnę przyciągnięto, zabierało się na turnieje w podworcu zamkowym. Nie pierwsze to już były czasuwesela, ale te najuroczystsze i najświetniejsze być miały. Księżnasama miała nagrody rozdawać, a po nich, jak zwykle, następowałypląsy i do późna biesiada a śpiewy. Bawiło to niewiasty, gdy sięprzypatrywały zapasom zręcznej młodzieży, rzadko się kończącymtragicznie. Padali z koni niektórzy, czasami z ranami od włócznilub nabitymi guzami, zabitych mało bywało i to chyba z przypadku. Sam książę Przemko miał wystąpić dnia tego w szranki;było i Niemców kilku, a Zaręba i Nałęcz sposobili się także doboju, bo do najzręczniejszych należeli.

Zabawie tej księżna odmówiła przytomności swej, opowiadając się chorą. Księciu na gniew się zebrało, chciał ją tu miećkoniecznie. Poszedł sam. Orcha przy łóżku jej siedziała. Zapytał,zaburczał, wszedłszy Przemko, okazał gniew, usłyszał płacz i wyszedł nie nalegając. Bertocha czatowała nań w progu.

— Nie chce księżna iść! — zawołała. — O tak! Jej tu i tejstarej wiedźmie wszystko złe, nic nie w smak! Naumyślnie, naprzekor położyła się do łóżka. Z rana zdrowa była, gdy do kościołachodziła. Póki przy niej ta czarownica jest, wszystko tak iść będzie. Precz potrzeba wygnać tę starą! Niech no ja przy niej zostanę, będzie wszystko inaczej.

Ale Przemko nadąsany słuchać jej nie chciał. Turniej odbyłsię bez księżnej. Księciu na nim nie bardzo się poszczęściło. Samon przeciw sobie kazał wystąpić Zarębie. Starli się w szrankachtak nieszczęśliwie, iż książę został z siodła podniesiony, zachwiałsię i o mało nie spadł. Przeciwko prawom szrankowym Niemiecpodbiegłszy podparł go i zsunąć się nie dał. Przemko w tej chwiliZarębę, nie spodziewającego się już ciosu, pchnął tak silnie podpachę, że z koniem razem go obalił. Zwyciężył wprawdzie, ale widzieli wszyscy, iż Przemko nie praw był, a gdyby się to innemutrafiło, sędzia by go potępił. Uszło to panu; ale sam on czułsię pokonanym i gniew przeciwko Zarębie wzmógł się jeszcze.

Stłuczonego mocno wyniesiono ze szranków dworzanina, który słowa nie rzekł ani się poskarżył. Nadbiegł zaraz przyjaciel Nałęcz i powlekli się, gdy do siebie przyszedł, razem do izby,którą na zamku zajmowali. Kulał Zaręba, nie mówiąc nic i nienarzekając na to, że go pokrzywdzono. Trzeba było zaraz rozdziaćgo ze zbroi i zawołać babę, ażeby radziła na silne potłuczenie.Rany wprawdzie nie było, ale krew nabiegła i zsiniała w miejscu,na które padł ze zbroją ciężką. Bolało ciało całe. Nie stękał, ustaściąwszy, bo mu więcej co innego dolegało. Z tym się odzywaćnie śmiał.

Kochał dawniej księcia, a teraz doń tracił serce z powodupłochości, a gniewne uderzenie przeciw prawu oburzało go. Nałęczowi o tym mówić nie potrzebował, bo ten go zgadywał.

W milczeniu druh krzątał się około pobitego, chłopca posłanopo babę, gdy drzwi otwarły się z trzaskiem i Przemko do izbywpadł sam, jeszcze jak stał, we zbroi. Na głowie tylko hełmu niemiał i twarz, na którą spojrzał Zaręba, wydała mu się zmienionądziwnie.

Przemko zawsze dumnie i pańsko się stawił, nigdy go jednak takim nie widzieli. Szedł, gdyby majestatem jakimś odziany piękną twarz namarszczywszy. Stanął nad leżącym, w bok sięujął i począł mówić z wolna:

— Słuchaj, Zaręba, a nie szkodzi żebyś i ty — tu na Nałęcza wskazał — także ucha nadstawił. Co było między nami zamłodu, gdyśmy wyrostkami biegali po podwórcach, to było i skończyło się. O tym pamiętajcie! Jam tu dziś panem i przede wszystkim chcę, by mnie szanowano! Nikt mi nie ma prawa nauk dawaćza to, co czynię, okrom księdza na spowiedzi. Kto mi się w najmniejszym sprzeciwi, tego tu cierpieć nie będę. Nie zapominajcie,że starego Mieszka krew we mnie płynie.

Panem chcę być, a jako pan wszędzie górę mieć muszę — i na turnieju! Dla pospolitego człowieka, goniąc z koniem paść,niesławy nie ma, książęciu na urągowisko ludzi być zwyciężonym— nie godzi się. Powiesz, że prawa turniejowe zachowane nie były — dla mnie praw nie ma. Ja prawa daję! Wynagrodzę cię,Zaręba!

— Rycerzowi za niesławę się nie płaci! — odparł leżący.

— Ja mówię, że niesławy nie ma! — odparł książę. — Nagrodę turniejową odstąpiłem dla ciebie — ale mnie paść nie przystało!

— Dobrze to ze mną — rzekł — com Waszej Miłości sługą,ale w innym turnieju, a w wojnie, losy niepewne. Daj Boże, abytam was Niemiec jaki podtrzymał!

— Ty sam — odezwał się książę — gdy ci żal ten odejdzie,trzymać mnie będziesz. Dziś sierdzisz się i gniew ci rozum odejmuje. Potem ci serce do mnie powróci.

To powiedziawszy, wyszedł książę, a dwaj przyjaciele zostali sami i długo siedzieli milczący.

— Dawniej lepszym był — rzekł w końcu Zaręba — terazmu się na wielkie państwo i dumę zebrało. Kto wie, przyjdzie może ze dworu iść precz, gdy wyżyć z nim będzie trudno.

— Precz? — zapytał powolny Nałęcz. — A toż, gdybyś tystąd musiał i ja bym za tobą się powlókł. A dokąd-że?

— Albo to ich mało? — odparł Zaręba. — Młodym, rycerskiego rzemiosła a dobrego rodu ludziom wszędzie radzi. Leszekprzyjmie, w Krakowie też powinowatych mamy, a i na Śląsku sięznajdą, choćby i na Mazurach. W ostatku i u Mszczuja na Pomorzu.

— Gdzie ty pójdziesz, tam i ja z tabą — dodał Nałęcz — o tym nie ma co i mówić. Ale mnie tego zamku, a bodaj i księcia, żal będzie. Zawsze człowiek tu jak w swoim gnieździe się czuje.

— Prędko to gniazdo niewygodnym się nam stanie! — zawołał Zaręba. — Od czasu jak tę Niemkę wziął, a potem mu żonędali, stał się Przemko innym człowiekiem. Widziałeś go przedchwilą, jak tu stał; rzekłbyś inny, a nie ten, com go nieraz, za karkchwyciwszy, dusił.

Rozśmiał się.

— Pójdę stąd — dodał bez namysłu — ciężko mi, nie strzymam. Wiesz czemu?

— Któż cię zgadnie — szepnął Nałęcz. — U ciebie po głowiezawsze ptaszki latają.

— Śmiej się, kiedy chcesz, albo i łaj — mówił Zaręba. — Nie będę mógł długo patrzeć na tę młodą panią, cośmy ją tuprzyprowadzili. Żal mi jej okrutnie! Oni ją tu zamęczą. Żywejduszy litościwej dla siebie nie znajdzie. Przemka Niemka, któramu coś zadała, nie puści tak łatwo, a tę niewinną panią złe babskazadręczą. Słyszałem już, gdy się niepoczciwa Bertocha odgrażała,że jedyną jej piastunkę, którą przywiozła ze Szczecina, wypędziprecz. Zostanie sama. Gorzej tu jej będzie niż niewolnicy. Ja nato patrzeć nie chcę!

— A cóż pomoże, gdy stąd pójdziesz? — odezwał się Nałęcz. — Kiedy ci już tak na sercu los tej pani, lepiej żebyś jejtu pilnował i pomagał. Ano — tu się zaciął poczciwy Nałęcz — dałbyś temu pokój! Ludzie z tej litości co innego zrobią i jejz tym będzie źle, i tobie gorzej być może.

Zamyślił się Zaręba długo.

— Kto wie? Słuszność masz może. Zostanę do czasu, zdamsię na coś, posłużę. Żal mi tej pani nieszczęśliwej.

— Mnie też jej żal, bo ona tu nie na gody przybyła — dodał Nałęcz — ale co nam się mięszać w sprawy książęce i palcekłaść między drzwi.

Ustała rozmowa. Ostatni dzień jeszcze turniejów pozostawał, którego Zaręba świadkiem być nie mógł i nie chciał. Ależe go ciekawość brała, jak też wypadnie, Nałęcza posłał, którygonić sam nie miał i jako świadek tylko stanął przy sznurachszrankowych. Przemko, doświadczywszy, iż łacno w turnieju sromu napytać, przez dumę nie chciał już iść z nikim w zawody.

Tego dnia jeden wszystkich prawie zwyciężał i najwięcej nabrał nagród i wianków. Był nim młody, bogatego ziemianina syn,Jakub Świnka. Powracał on ze dworu cesarskiego, na którym czasjakiś przebywał; zamierzając teraz wkrótce się udać na dwór królaFrancji i do Włoch, aby więcej zobaczyć świata. Jedynak u ojca,piękny, młody, silny, odznaczał się też, naówczas co rzadkimbyło, wychowaniem takim, iż równie na kleryka zdać się mógł,jak na rycerza.

Mówiono o nim, że oprócz rycerstwa, mądrość wielce miłowałi księgi rad czytywał. Śmiano się nawet z tego upodobania, bow Niemczech zwłaszcza, choć który z rycerzy czytać się nauczyłprzypadkiem i podpisać umiał — sromał się do tego przyznawać.Nie rycerska to rzecz była, a klesza. Klechą nazwać młodego wojaka obelgą było. Przecież Jakub Świnka wcale się tego nie wstydził, co umiał. Księża, śmiejąc się, wróżyli mu, że chyba sukienkęich oblecze. On się z tego śmiał też, bo młodym będąc, wcale o tym nie myślał.

Z dowcipu i rozumu, choć jeszcze pono lat trzydziestu niemiał, czcili go nawet starzy. Bystrość miał myśli wielką i niemniejszą śmiałość w słowie. Jedno mu tylko zarzucić było można,że do polskiego zamaszystego, gardłującego ziemianina pospolitegowcale nie był podobnym. Wziąć go było można za Włocha lubFrancuza, chociaż językiem swym doskonale mówił i wolał nimrozmawiać niż innymi. Na dworze cesarskim gładkich nabrawszy obyczajów, choć czasem swojskiej rubaszności zażył, umiałją tak okrasić, że pewny osobliwy wdzięk miała. Lubował sięnim wielce książę kaliski, stary biskup i inni panowie.

W turniejach okazywał zręczność nadzwyczajną i siłę, aleoboje sobie lekceważył. Gdy go potem, jako zwycięzcę, blisko książąt posadzono, bawił opowiadaniem o dworach i obyczajach,które widział, Bolesław, słuchając, jak o wspaniałościach obcychmonarchów prawił, westchnął i dodał:

— Byłoby i u nas inaczej, gdyby się ten kraj wielki nie porozpadał na części tyle i nie narosło nas, małych książąt, jakmrowia. Dawniej było lepiej, za starych Mieszków i Chrobrych,bodaj za Szczodrego. Od niego poszło nieszczęście pierwsze, gdyśmy koronę utracili, a od Krzywousta, co państwo na małe działypokrajał. Da Bóg, trzeba do pierwszego powrócić!

— Tak ci jest pewnie, Miłościwy Książę — odezwał się rześkoŚwinka — święte słowa wasze. Niech tylko jeden kilka dzielniczagarnie, reszta się do niego przyłączy. Królem go zaraz ukoronujemy.

Przemko uśmiechnął się z niedowierzaniem.

— Dobra to rzecz pomyśleć — rzekł — ale dokonać inaczejjak przez krew nie można, a krew i koronie błogosławieństwanie przynosi.

— Gdy Bóg zechce a zrządzi, i bez krwi się obejść może — dorzucił Świnka. — Ot, Miłość Wasza, macie już Polskę Większą. Bóg da, weźmiecie co z Pomorza.

— Da mu Mszczuj pewnie dziedziczyć po sobie — przerwałBolesław żywo — a ja mu Kaliskie zostawię.

— Kraków i Sandomierz też bezpańskie pono zostaną — mówił Świnka dalej — bo się o nie wielu chyba dobijać będziepo bezdzietnych. Łatwo przyjdzie ich dostać, a tak naszemu panu,jak nic, może przyjść królestwo do rąk i korona na skronie. A! — zawołał rozochocony Świnka. — Zaraz go w Gnieźnie ukoronujemy. Chowają tam w skarbcu ów sławny Szczerbiec Chrobrego,co mu go anioł przyniósł z nieba, i koronę starą Chrobrową.

Przemkowi uśmiech dumy przeleciał po ustach.

— Ano, dobrze tak! — rzekł szydersko. — Ino wy zostańciearcybiskupem, abyście wy mnie ukoronowali!

Jakub i wszyscy śmiać się głośno zaczęli, bo patrząc na młodzieńca rycerskiej postawy, który właśnie na turnieju wiankizdobywał, zdało się jego arcybiskupstwo równie do wiary niepodobnym, jak żeby rozbite państwo na nowo zjednoczyć się miało.

Słysząc śmiechy te, Jakub zamilkł, usta mu się też dożyłyjak do uśmiechu, i po tych jasnych myślach osmutniało naglewszystko. Bolesław zadumał się.

— Daleko jeszcze do tego, daleko! — zamruczał. — Lecz Bógwielki jest i cudowny. Karze on nas i chłoszcze, a gdy za grzechyodpokutujemy, zlitować się może.

— Amen! — dokończył sędziwy biskup poznański.

Długo w noc gwarzono przy stołach dnia tego, nazajutrzostatek gości już się z zamku wybierał. Jakub Świnka jechał teżdalej za granicę, gdzie co poczynać miał, nie spowiadał się. Domyślano się, że wszelkiego rycerstwa probować chciał, bo miałwielką świata ciekawość.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.