drukowana A5
12.94
Poematy zazdrosne

Bezpłatny fragment - Poematy zazdrosne


Objętość:
23 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0499-9

Tarcza

Prócz mnie — nie będziesz miał oblubienicy,

Prócz mnie — nie ujmiesz innego zwierciadła,

Byś w niem się własnej odeśnił źrenicy,

Do mosiężnego podobien widziadła!

Żadne ci dziewczę różanem brzemieniem

Kruchego ciała — ramion nie obarczy,

Ni warg znikomem nie skala imieniem, —

Rycerzu! wiernym pozostań swej tarczy!

Ja ci przechowam, odbite w mem łonie,

Doliny, góry, jeziora, niebiosy, —

Ja wrażych mieczów pogróżki i ciosy

W śpiżowe hymny dla ciebie rozdzwonię!

Twój sen lękliwy uzbroję swą chwałą,

Aby mógł śnić się bez trwogi, bez skazy!

Obronię ciebie miłością wytrwałą

Od złego ognia, od rdzawej zarazy!

Obronię ciebie od wszelkiej tęsknoty

I od uroku zatrutych strumieni, —

Od burzy czarnej, szkarłatnej i złotej,

I od tej, co się po grobach zieleni!

Od niepamięci błękitnych pocisków,

Których się orły w niebie nie ustrzegą!

Od zemsty bożej, od ciebie samego

I od mych własnych ku tobie rozbłysków!

A gdy już w ciszy, pod moją obroną

Pierś twa dojrzeje w kwiat wielki i wonny,

Wtedy jej żadną nie kalaj osłoną

I bądź mi — nagi, i bądź mi — bezbronny!

Nie poskąp krwi swej, ni serca, ni ciała

Pazurom bogów, aniołów lub sępów!

Nie wzbraniaj światu, co tęskni i pała,

Nieprzeliczonych do duszy dostępów!

Choćby cię zgrają opadły zaciężną

Wylęgłe w słońcu upiory i płazy,

Ty — pierś, śpiewowi na wieki przysiężną,

Odsłoń na ognie, na rdzawe zarazy,

Odsłoń ją nagle na wszelką tęsknotę,

I na uroki zatrutych strumieni,

Na burze czarne, szkarłatne i złote,

I na tę, co się po grobach zieleni!...

Na odtrąconych ukochań powrotność,

Na różobrańczą wichury swawolę,

Na wrzaski orle, na żądze sokole

I rozszalałą istnienia samotność!

Często o tobie sny miewam mosiężne

I o tej chwili — i mojej i twojej, —

Gdy, bezbronnością wyzwolon ze zbroi,

Dosięgniesz tego, co nie jest dosiężne!

Gdy żaden odzew prawdziwy lub mylny

Nie ujdzie twojej stubramnej gościnie,

I gdy świat cały, ku tobie pochylny,

W zaświecie twoim, jak w morzu, zaginie!

Gdy, spłonion ku mnie zniechętą słoneczną

I przytakując zadumie brwią ciemną,

Mnie — już spełnioną, czarownie zbyteczną —

Ciśniesz o ziemię w niepamięć nikczemną!

A ja się z jękiem u stóp twych rozpadnę

Na ognie błędne, na rdzawe zarazy,

Na dzwonnej śmierci ostatnie rozkazy

I zanieśpiewań lamenty kaskadne!

Na wszelką niemoc, na wszelką tęsknotę

I na uroki zatrutych strumieni,

Na burze czarne, szkarłatne i złote,

I na tę, co się po grobach zieleni!...

Na mchy i bluszcze, wypełzłe odziemnie

Ku podeptanej mych śpiżów ruinie,

I na to wszystko, co zginąć ma we mnie,

I na to wszystko, co w tobie nie zginie!

Ogród zaklęty

Tak mi mówili aniołowie,

Co znają prawdę, skrytą w słowie,

Że tam, gdzie, wisząc nad przestrzenią,

Brzegi wieczności się zielenią,

Przedarłszy czasu mdłe osłony,

Wzgórzami tęsknot otoczony,

Zakwita ogród niezbadany,

Zaczarowany, obłąkany —

Zaczarowany skonem zorzy

I obłąkany mgłą bezdroży!

Więc, wizyą skrzydeł spromieniony,

Szedłem w cudowne owe strony,

Poprzez stężałych snów urwiska,

Przez dawnych bytów uroczyska,

I napotkałem w swej podróży

Zerwanej niegdyś widmo róży,

I mary lilij, co w przestworze

Na widziadlanem tkwią jeziorze.

I spotykałem śród rozdołów

Omszone zwłoki tych aniołów,

Których Bóg strącił w te bezdenie

Za potępieńcze serc płomienie.

I spotykałem senne kraje,

Gdzie wszystko mgłą i mgłą się staje,

Gdzie się kołysze w mgieł odmęcie

Dziwaczny okręt przy okręcie,

A melancholii słodkie fale

Przez ich pokłady mkną niedbale

I w bezpowrotne płyną dale!..

Aż wreszcie, depcząc pierś obłoku,

Jakiegoś Boga mając w oku,

Z duszą na wschodzie i zachodzie,

Stanąłem blady w tym ogrodzie!

Tam każde drzewo jest zaklęte,

Tam są topole wniebowzięte,

Kaskady drętwe, w snach skąpane,

Mocą obłędów sfałdowane,

I takich jezior tonie sine,Że straszno spojrzeć w ich głębinę,

Że straszno spojrzeć w ich zwierciadła,

By twarz ci nagłe nie pobladła,

Gdy ujrzysz skryte w nich widziadła.

Pod jednem drzewem niezbadanem,

Zaczarowanem, obłąkanem,

Gdzie każdy liść od marzeń kona,

Nawpół stworzona, wpół wyśniona,

Królewna cudna odpoczywa!

Z skroni jej warkocz wonny spływa,

Spływa i wpływa w alej głębie,

Zwisa na każdej skały zrębie,

Po wszystkich ścieżkach tak się ściele,

Jak czarodziejskie jakieś ziele,

A w górze — srebrem pałająca,

Niewyczerpana głąb miesiąca!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.