drukowana A5
13.5
Pieśń o głodźe

Bezpłatny fragment - Pieśń o głodźe


Objętość:
28 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
zeszytowa
ISBN:
978-83-288-0320-6

REŃI

W ROCZŃICĘ ŚMIERĆI

7 — V — 1922

ZAMIAST KWIATUW

libres de tous liensdonnons-nous la main

apollinaire

Prolog

w wielotyśęcznyh, stuulicyh miastah

wyhodzą codźenńe tyśące gazet,

długie, czarne kolumny słuw,

wykszykiwane głośno po wszystkih bulwarah.

piszą je mali, starśi ludźe w okularah.

ńeprawda,

pisze je Miasto

stenografją tyśąca wypadkuw.

rytmem. tętnem. krwią.

długie czterdźestoszpaltowe poematy.

wystukują je stutyśęczne aparaty,

kture słyszą puls świata za miljony mil,

agencje reutera, havasa, paty,

długie, kilometrowe papierowe zwitki.

komuńikaty.

miasto słyszy wszystko.

wie za kogo wyhodźi kśężńiczka hiszpańska

i co spiskują w gdańsku ńemcy wćąż ńesforńi,

o budowie w himalajah nowego wiaduktu,

radiodepesze z kaliforńji

i stan pogody w timbuktu.

o wszystkim pisze miasto w swoih 40-szpaltowyh poematah:

strajki w elektrowńah. pszejehańa. samobujstwa.

oto jest prawdźiwa gigantyczna poezja.

jedyna. dwudźestoczterogodźinna. wieczńe nowa.

ktura dźała na mńe, jak śilny elektryczny prąd.

jak śmieszne są wobec ńej wszystkie poezje.

poeći, jesteśće ńepotszebńi!

ja ńe czytam strinberga, ańi norwida,

ńe pszyznaję śę do żadnego spadku.

czytam świeże, pahnące farbą dźenńiki,

z bijącym sercem pszeglądam rubryki wypadkuw,

kture mńe kłują, jak ostre pilńiki.

o, nadzwyczajne wypadki.

samobujstwa. podżuceńa. katastrofy.

krutkie spięća. tajemńicze pożary.

czarne strajki. rozstszelańa. napady.

jaka ogromna kryje śę w was tajemńica.

ńepszetłumaczalna.

tajemńica pulsującyh miast.

kszyczy w was ukszyżowana ulica.

żywe, odpreparowane od naskurka mięso.

ja,

ktury śpię,

kiedy otello morduje desdemonę,

czuję, jak mi śę nogi pszerażone tszęsą,

gdy na rogu, otoczony gawiedźą

zdyha ślepy, zajeżdżony koń.

oto jest prawdźiwy, ńemalowany teatr.

wielobarwne, heraklitowskie wszystko,

walące konkretnośćą, jak obuhem, z nug.

wie o tem dobże i motłoh,

kiedy gapi śę na bezpłatne widowisko.

ńe wiedzą tego pańe i panowie

z taktem

pszehodzący na drugą stronę, gdy na płytah

wśrud grobowej, naprężonej ćiszy

idźe ćężki, pszedśmiertelny balet.

panowie ńe mogą pogodźić śę z faktem

że teatr ten ma wiele ńewątpliwyh zalet.

piszą o tym wszystkim gazety.

piszą więcej.

w rubryce nadzwyczajnyh wypadkuw

są małe, ńewyraźne wzmianki

o śmierćah

jakihś ńewiadomyh ludźi,

kture śę kończą słowami:

«... zawezwany lekaż pogotowia skonstatował śmierć głodową...»

o ńewiadomi, bezimienńi ludźe

zagłodzeńi w saharah miljonowyh miast,

kturym ńe miał kto podać nawet bułki z masłem.

o wasze śine, popuhńęte trupy,

jak o własne,

upomńi śę żarłoczne, wszystkożerne Miasto.

czarne, natłoczone prosektorja

wyeksploatują wasze zwłoki,

rozdłubią resztki waszyh ćał od kośći.

wy jesteśće pszedźiwnym nawożącym sokiem

wielkiej, ńeobliczalnej, wspańałej Ludzkośći!

I

daj tważ do kolan swoih pszytulić.

krew z twoih palcuw zliżem.

z odżuconymi bezwładńe

rękami

ulic

leżało Miasto kszyżem.

pszybili go do źemi ćwiekami lamp

jażące białe gwoźdźe wżarły śę,

jak kszyki.

pszyszła noc

i pszylgnęła do krwawyh ramp

palącą hustą werońiki.

okropna,

lepiej deszczem po tważy tłuc,

jak tyh

ukszyżowanyh na bramah rajuw.

krople czarne,

maleńkie,

natrętne,

wyżucone z krwią razem zpowrotem

z płuc

po czarnej pooranej szynami tważy

spłynęły łzami tramwajuw.

jeszcze i jeszcze

bezkształtne, wypukłe

domy czarne, obślizgłe, karmione deszczem

napęczńały, jak gąbki,

napuhły,

rozlały śę, rozpełzły rozdęte, stulice

wystąpiły ńa hodńiki z ćemnośći,

zsunęły śę,

pszyćęły kszyczącą ulicę

— ludźe!

— pomużće!

— rozgńotą!

wypłynęły w uśćisku skrwawione wnętsznośći

i bez jęku wylały śę w błoto.

a czarne śćany rosną,

ćągną śę do gury.

zasłońiły całe ńebo,

zakryły szczyty,

jakby ogromne ołowiane hmury

na źemi użądźiły meeting.

ńe będę żył, jak kato, ńi walczył, jak samson.

głud, ktury rośńe we mńe, ćiska mną w gorączce.

był człowiek, ktury ńe jadł, nazywał śę hamsun

i zrobił na tym puźńej sławę i pieńądze.

na wytartej kanapie, skręcony w sześć

leżę prężąc do gury zśińały profil.

dźeń odhodząc wył długo zjeżywszy szerść,

a teraz noc mi śpiewa swe dźiwne strofy...

zaraz sufit bez szmeru zsuńe śę w pokoju.

pszygńeće pomaleńku

ćiho i jasno.

wolno tynk śę na śćanah rozdwoił,

jakby pokuj wargami mlasnął.

śćan rozmokńętyh bezzębne dźąsła

poruszyły śę wolno.

żują cmokając.

nagle stuł po podłodze zapląsał

i piec podskoczył, jak pajac.

coraz bliżej i bliżej zsunęły śę śćany.

ńe odephnąć rękami pełznącyh tapet.

ćiho...

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.